.
Strona główna Blog Strona 416

Jacek Trojanowski

Rozmowa z Jackiem Trojanowskim, dyrektorem generalnym Citroën Polska

– Citroën należy do nielicznych na naszym rynku firm, które inwes­tują w pracowników i niechętnie się z nimi rozstają.
– Dotyczy to również mnie. Trafiłem do polskiej filii koncernu w 1994 roku, kilka miesięcy po jej powstaniu. Byłem absolwentem romanistyki, nie miałem jednak ochoty na karierę nauczycielską; pociągał mnie prawdziwy biznes. Trafiłem do działu handlowego, gdzie odpowiadałem za rozwój sieci w terenie i politykę handlową. Natychmiast zrozumiałem, że to praca dla mnie. Był to okres, w którym powstawały nowe struktury. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, brakowało nam profesjonalizmu, ale nasze spontaniczne działania przynosiły bardzo dobre efekty. Była to prawdziwa przygoda z Citroënem.

– Nigdy nie nabrał pan ochoty, by zmienić „barwy klubowe”?
– Powiem żartem – nigdy nie miałem czasu, by rozstrzygać takie dylematy. Regularnie otrzymywałem nowe zadania, co wiązało się ze zmianą stanowiska. Dzięki temu znam firmę od podszewki. Zajmowałem się wieloma sprawami – byłem m.in. odpowiedzialny za szkolenia handlowe, reklamę, a potem za cały dział marketingu. Od stycznia 2012 roku jes­tem dyrektorem generalnym, pierwszym Polakiem na tym stanowisku.

– Co charakteryzuje sposób działania Citroëna?
– Jasno określone cele i reguły działania. Jest to firma odporna na jakiekolwiek naciski polityczne, itp. Ważną kwes­tią jest szacunek dla pracowników, którzy wiążą z firmą nierzadko całą swoją karierę zawodową. Cieszy mnie to, że mogę współpracować z kolegami, z którymi zaczynałem na początku lat 90. Zajmujemy różne pozycje w hierarchii, ale to w niczym nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – wiem, że to osoby, na które zawsze mogę liczyć. Generalnie opieram się na wierze w zaangażowanie mojego zespołu, darzę współpracowników zaufaniem, delegując im wiele zadań. Zdarza się, że nawet ktoś mnie pyta: „czy przypadkiem doza autonomii nie jest zbyt duża?”. Jestem przekonany, że w sprawnie działającej organizacji zawsze przynosi to znakomite efekty. Co więcej – buduje dobrą atmosferę.

– Jak wyglądały początki Citroëna w Polsce?
– Zaczynaliśmy skromnie. Kiedy pojawiłem się w firmie działało 12 dilerów, a sprzedaż osiągnęła poziom 1000 aut. Dla porównania: dziś mamy 58 dilerów i sprzedajemy  12 tys. samochodów rocznie. Nasz udział w krajowym rynku to 3,5 proc. Gdybyśmy mogli sobie pozwolić na długofalową politykę handlową – efekty byłyby lepsze. Nasz podstawowy problem to niestabilność związania z częstymi zmianami kursu euro. Kupujemy auta płacąc tą walutą, a sprzedajemy za złotówki. Trudno w takiej sytuacji porządnie planować. Kolejny element destabilizujący rynek stanowi reeksport około 15 proc. aut sprzedawanych w Polsce na Zachód. Dzieje się tak oczywiście w związku z różnicami cen. Nas tego rodzaju operacje nie interesują, koncentrujemy się na polskich klientach, to przecież dzięki nim funkcjonuje nasza sieć dilerska. W tym biznesie nie można funkcjonować w sposób: „sprzedam auto i nic więcej mnie nie obchodzi.”

– Sprzedaż aut to również system zachęt.
– Od czerwca tego roku wszystkim klientom, którzy zdecydują się złomować stary pojazd, proponujemy 8 tys. zł upustu. Nie muszę chyba dodawać, że tego typu działanie przynosi korzyść naszemu państwu – po naszych drogach jeździ stanowczo za dużo niesprawnych technicznie samochodów. Niestety, nie możemy się doczekać podobnych inicjatyw na szczeblu centralnym. Podobnie jak w innych krajach UE, powinny u nas obowiązywać dopłaty premiujące niskie normy spalania i emisji szkodliwych substancji. Kolejna kwestia to możliwość odpisania podatku VAT przy zakupie auta przez firmę. Rozwiązanie byłoby stymulatorem wzrostu rynku motoryzacyjnego w Polsce, co w konsekwencji oznaczałoby wzrost wpływów budżetowych.

– A jak wyglądają relacje w ramach koncernu PSA – między Citroënem a Peugeotem?
– Nasza oferta dobrze się uzupełnia, choć w pewnych dziedzinach konkurujemy jako dwa oddzielne podmioty. Dzieje się tak z korzyścią dla klientów. Przez pewien czas obie marki były zarządzane wspólnie, ale rozwiązanie to miało z założenia charakter tymczasowy. Tak więc znów na powrót działamy osobno – realizując strategię koncernu.

– Jakie modele są „końmi pociągowymi” marki?
– Znakomicie sprzedaje się C3, Berlingo i cała linia Picasso. Ważnym wydarzeniem było wprowadzenie prestiżowej linii DS – nawiązującej do najsłynniejszego z Citroënów. Nie chodziło tu o stworzenie współczesnej kopii klasycznego auta, ale o odwołanie do tych elementów, dzięki którym DS przeszedł do historii motoryzacji. Projektanci, zamiast powtarzać stare, skądinąd świetne, wzory, zdecydowali się na „anty-retro” – innowacyjne rozwiązania techniczne oraz wyrafinowany design. Dziś gama ta obejmuje cztery auta: DS3, DS3 Cabrio, DS4 i DS5. Za design serii DS odpowiada Thierry Metroz, a gamy C – Alexandre Malval.

– Jeśli chodzi o formę plastyczną, prawdziwą rewolucję zapowiada pokazany za frankfurckich targach Citroën Cactus.
– Możemy się pochwalić wieloma nowatorskimi prototypami. Warte podkreślenia jest to, że śmiałe linie nie zostały zarezerwowane dla aut wystawowych, ale stanowią inspirację kolejnych modeli naszej oferty. Proszę zwrócić uwagę, że francuski design jest znów symbolem zmian w motoryzacji. Między innymi dzięki bezkompromisowemu designowi nasza marka jest wybierana przez wielu przedstawicieli świata filmu, teatru i sztuki. Naszymi stałymi klientami są m.in. Justyna Steczkowska, Artur Żmijewski, Tomasz Karolak, Maciej Zień.

– Przed laty Citroën postanowił pójść własną drogą stawiając na własne unikalne technologie, jak choćby zawieszenie hydropneumatyczne.
– Widać to i dzisiaj. Wielu właścicieli Citroënów podkreśla, że są wierni marce, ponieważ w ten sposób wyrażają swój indywidualizm. Od pięciu lat aktywie wspieramy „Citromianiaków”, którzy stworzyli klub skupiający już ok. 70 użytkowników zabytkowych aut. Cieszy mnie ich aktywność, m.in. na Facebooku, gdzie publikują setki zdjęć i wpisów. Co tu kryć – to jedna z ciekawszych form promocji naszej marki. Postanowiliśmy się też włączyć w organizację 21. edycji światowego zlotu 2CV, który odbędzie się w Polsce w 2015 roku. Inna, bardzo dla firmy istotna forma aktywnoś­ci to Citroën Racing, którego szefem operacyjnym w podparyskim Wersalu jest nasz kolega Marek Nawarecki. Na marginesie – jest to przykład kariery polskiego managera, który dziś świetnie radzi sobie we Francji. Jedną z jego zasług jest to, że Robert Kubica jeździ Citroënem DS3 w Rajdowych Mistrzostwach Świata.

Co lubi Jacek Trojanowski?

Wypoczynek – jeździ po świecie starając się nie odwiedzać dwa razy tego samego miejsca. Ceni egzotykę, poznając świat poprzez organizowane samodzielnie wyprawy. Interesują go bezpośrednie kontakty z ludźmi reprezentującymi różne kultury. Zafascynowała go Birma i jej mieszkańcy
Kuchnia – włoska, owoce morza
Samochód – Citroën C5, oczywiście z zawieszeniem hydropneumatycznym
Hobby – żeglarstwo, ma patent sternika morskiego. Wybiera rejsy wymagające dużej odporności, ponieważ pociąga go walka z żywiołem, możliwość sprawdzenia samego siebie w trudnych warunkach

Michał Skowronek

Rozmowa z Michałem Skowronkiem, dyrektorem generalnym na Polskę, Ukrainę, Czechy i Słowację w MasterCard Europe.

– Rozpoczynał pan swoją karierę w sprzedaży. Czy to pana zdaniem najlepszy sposób na naukę zawodu?
– Jak najbardziej, chociaż nigdy nie pracowałem w sprzedaży bezpośredniej B2C. Pochodzę ze Śląska, studiowałem w Katowicach. Zaraz po zakończeniu studiów rozpocząłem pracę w banku Sygma jako sprzedawca kart kredytowych dla sklepów detalicznych i firm. To był w owym czasie zupełnie nowy produkt. Miałem niemal 200 klientów w regionie i świetny zespół wdrażający ten nowy model biznesowy. Oferowaliśmy sklepom i firmom kartę kredytową zamiast powszechnego wtedy systemu ratalnego. Akceptacja kredytu odbywała się w zaledwie kilka minut i pierwsza transakcja mogła być realizowana niemal natychmiast po rejestracji nowego klienta, nawet bez samej plastikowej karty w ręku. Klient wiedział, że zaciągnięty kredyt na karcie zostanie spłacony w dogodnych ratach. W ten sposób pomagaliśmy w rozwoju handlu, bo ludzie mogli kupować to, czego potrzebowali, bez gotówki. Wtedy, 10-14 lat temu, to była nowość na polskim rynku.

– Czy czuje się pan staro, kiedy uświadamia sobie, że rewolucyjne jak na tamte czasy rozwiązania, które pan wprowadzał, są teraz już przestarzałe?
– Nie sądzę, że te rozwiązania są przestarzałe. Teraz mamy po prostu kolejny etap rozwoju form płatności. Cztery lata temu olbrzymią innowacją był system PayPass, dzisiaj to już codzienność. Kolejny etap to płatności dokonywane za pomocą telefonu. Mnóstwo badań pokazuje, że ludziom zdarza się wyjść z domu bez kluczy, portfela, żony czy psa, ale nigdy nie wychodzą z domu bez telefonu komórkowego. Telefon to jakby przedłużenie naszego ciała.

– Pamiętam, że kiedy pojawiły się pierwsze komórki mówiono, że w przyszłości będą one podstawowym narzędziem do wszystkiego w naszym życiu. W tamtym czasie brzmiało to jak science fiction.
– No, tak. Ale jesteśmy tu i teraz. Komórki i smartfony to rzeczywistość. Dlaczego więc nie używać ich do dokonywania płatności? Można to robić na dwa sposoby. Po pierwsze, mamy system NFC (Near Field Communication), który jest tak naprawdę PayPassem w telefonie. Można też zmieniać zachowania konsumentów i przyzwyczajać ich do zakupów z użyciem telefonu. Wyobraźmy sobie, że siedzimy wygodnie na kanapie w salonie, oglądając telewizję i pijąc kawę, jednocześnie kupując za pomocą telefonu bilet do kina. Potem wystarczy wyjść z domu i bez stania w kolejce po odbiór zakupionego biletu po prosu wejść na film, z biletem w telefonie! Bez fizycznego przepływu pieniędzy, bez drukowania biletu. Jesteśmy świadkami, jak gładko i bezproblemowo e-commerce przekształca się w m-commerce. Często się śmieję, gdy myślę o tym, że kiedyś telefony komórkowe były coraz mniejsze, a teraz są coraz większe, by móc spełniać wszystkie te funkcje, jakich się od nich wymaga. Wyświetlacze są coraz większe, bo nasze telefony, tablety czy laptopy muszą odpowiadać na nasze potrzeby wtórne.

– Czy to już koniec plastikowego pieniądza?
– W najbliższej przyszłości karta i telefon komórkowy będą musiały współistnieć. Przy użyciu PayPassa możliwe są wypłaty zbliżeniowe, co na razie jeszcze nie jest możliwe przy wykorzystaniu telefonu. W Polsce mamy już gotowe, przyjazne środowisko dostosowane do tego typu transakcji. Pod tym względem jesteśmy bardzo innowacyjnym krajem. Jesteśmy pionierami jeśli chodzi o płatności mobilne. Sposoby dokonywania płatności są bardzo różne w różnych krajach, inaczej jest w Rosji, inaczej w Niemczech, Stanach Zjednoczonych czy Ameryce Południowej. Jesteśmy mocno zaawansowani na tle wielu innych krajów, nawet na tle państw Unii Europejskiej, w których tradycyjny sposób dokonywania płatności jest wciąż normą. Dlatego, na przykład, chociażby dla ludzi, którzy podróżują, a takich jest wielu, karta pozostanie uniwersalną metodą dokonywania transakcji. W Polsce mamy wszelkie warunki na to, by sprawić, że mobilne płatności z wykorzystaniem NFC staną się dominujące. Taką gotowość zgłosiła już Turcja, która obwieściła, że do 2023 r., dla uczczenia stulecia powstania republiki, stanie się całkowicie bezgotówkowym społeczeństwem. Oczywiście, w kwestii płatności musimy liczyć się z globalnymi trendami, ale na naszym, rodzimym gruncie możemy dokonać rewolucji w płatnościach.

– Czy PayPass jest w stanie dokonać takiej rewolucji?
– Prawdopodobnie nie do tego stopnia, by wyprzeć potrzebę posiadana tradycyjnych kart. Przecież nie każdy używa PayPassa. 65 proc. kart wydanych w Polsce w systemie MasterCard jest wyposażonych w możliwość obsługi PayPass, ale nie wszyscy użytkownicy z tej możliwości korzystają. Podobnie sprawa się ma z telefonami komórkowymi. Około 35 proc. użytkowników telefonów komórkowych ma smartfony. I nie wszyscy użytkownicy smartfonów używają ich do mobilnych płatności czy wielu innych możliwości, jakie otwierają przed nami smartfony.

Tak więc, mimo że telefony są przyszłoś­cią w świecie płatności, to na pewno nie jest to rozwiązanie dla każdego. Zawsze duża rzesza użytkowników będzie wolała tradycyjne karty. Trzeba również pamiętać, że w Polsce nadal istnieje spora grupa ludzi, która nie miała jeszcze kontaktu z bankami. Dla tych ludzi potrzebne są prostsze rozwiązania. Jak ktoś, kto nie potrafi zaufać bankowi powierzając mu swoje oszczędności, może zdecydować się na korzystanie z technologii NFC?

– Ale czy w ogóle powinno się brać pod uwagę tego typu konserwatywnych konsumentów? Przecież mówi się już o tzw. fenomenie srebrnych serferów, czyli emerytów z doświadczeniem on-line.
– Może tak być, ale trzeba pamiętać, że sytuacja Polski odbiega od sytuacji w innych krajach, gdzie ta grupa wiekowa od dłuższego czasu miała możliwość obcowania z nowoczes­nymi technologiami. Polacy są bardzo otwarci na innowacje, takie jak PayPass czy technologie NFC w płatnościach. Trzeba jednak bardzo ostrożnie definiować, które grupy konsumentów są gotowe na przyjęcie nowych rozwiązań. Moi rodzice kilka lat temu zaczęli korzystać z Internetu, nie robili tego jeszcze 15 lat temu. Używają też smartfonów. Zmiany w społeczeństwie już się dokonują, ale nie jestem pewien, czy będą tak radykalne, jak w Wielkiej Brytanii czy Australii, gdzie praktycznie wszyscy korzystają z Internetu, niezależnie od wieku.
To mi przypomina pewne zdjęcie świetnie ilustrujące tradycyjne podejście Polaków do nowych technologii. Stary, rozpadający się dom z anteną satelitarną na dachu. To świadczy o tym, że mimo iż wiele rzeczy się nie zmienia, to jesteśmy gotowi na rozwiązania, których naprawdę potrzebujemy i które poprawiają wygodę naszego życia.

– Polska plasuje się na 49. miejscu na Globalnym Indeksie Innowacji 2013 przygotowywanym przez World Intellectual Property Organisation (WIPO). Dlaczego jesteśmy na tak dalekiej pozycji, czy jest to tzw. luka pokoleniowa i co należałoby zrobić, by tę sytuację zmienić?
– Byliśmy daleko za Zachodem, ale bardzo szybko nadrabiamy te zaległości, w dodatku w o wiele szybszym tempie niż kiedyś kraje zachodnie. Jesteśmy bardzo innowacyjni jeśli chodzi o płatności i sposoby ich dokonywania. Świetnie udaje nam się ściąganie do kraju liczących się firm technologicznych, które otwierają w Polsce swoje oddziały, jak HP w Łodzi. Banki otwierają wewnętrzne działy poświęcone innowacjom. Na przykład, Alior Bank jako pierwszy zdecydował się na utworzenie stanowiska Chief Innovation Officer. Teraz coraz więcej banków z różnych części Europy chce się uczyć od Alior Banku. Polski mBank z kolei był pierwszym bankiem wirtualnym w Europie, tzn. bankiem działającym z wielkim sukcesem wyłącznie w Internecie.

Sądzę, że luka, o której pan wspomniał, jest naprawdę luką pokoleniową. Młodzi ludzie są bardzo otwarci na innowacje, chętnie podejmują ryzyko i inwestują, a przede wszystkim są otwarci na samodzielne prowadzenie biznesu. To oni odegrają kluczową rolę w tym, by Polska prześcignęła inne kraje w kwestii innowacyjności. Żeby jednak tak się stało, powinno zostać wprowadzone odpowiednie środowisko do rozwoju tej przedsiebiorczości i ograniczone administracyjne bariery utrudniające prowadzenie biznesu. Młodzi przedsiębiorcy działają w oparciu o Internet i nowoczesne technologie, tempo i czas działania są bardzo istotne. Jeżeli chcemy zachęcić tych młodych ludzi do prowadzenia innowacyjnego biznesu, ograniczenia związane z prowadzeniem biznesu powinny zostać zniesione.

– W jaki sposób można wspierać innowacyjność?
– Innowacyjność można wspierać na wiele sposobów, ale chyba najważniejszym elementem wspierania innowacyjności jest ciągle dążenie do tego, aby wyprzedzać rynek, szukać nowych możliwości i nowych rozwiazań. Równie ważne jest też nastawienie i dobór ludzi, z którymi się pracuje. Jedną z kluczowych kompetencji managera jest otaczanie się ludźmi, którzy na różnych polach są od nas sprytniejsi, wiedzą od nas więcej, mają lepszą intuicję w danej dziedzinie. Później to już jak praca z orkiestrą. Mamy wirtuozów skrzypiec, fortepianu, wiolonczeli, itp., ale to od dyrygenta zależy, czy ich wspólny występ będzie harmonijny. Sam dyrygent nie musi umieć grać na każdym z instrumentów, którymi kieruje, ale za to potrafi sprawić, by współdziałały dla osiągnięcia jak najlepszych rezultatów. W tak szybko zmieniającym się świecie, w którym obecnie żyjemy, elastyczność i umiejętność dopasowania się do zmieniającego się otoczenia to sposób na przetrwanie. Dobranie ludzi, którzy bez problemu poruszają się w tej szybko zmieniającej się rzeczywistości jest ważne. Do managera należy rozpoznanie indywidualnych talentów ukrytych w ich pozornie chaotycznych zachowaniach i połączenie ich w siłę zdolną do stworzenia całkowicie nowego produktu.

– Jak ważna jest lojalność w zespole?
– Są dwie strony medalu, jakim jest lojalność. Ja sam pracowałem do tej pory dla trzech firm, w każdej z nich przez około 7 lat. Mogę powiedzieć, że byłem lojalny wobec moich pracodawców, a oni wobec mnie. Ktoś jednak mógłby powiedzieć, że coś takiego jak lojalność nie istnieje. To mało popularne twierdzenie, ale spójrzmy, co dzieje się w czasach kryzysu? Czy przedsiębiorstwa są w stanie zaakceptować niższe zyski? Nie, zamiast tego zwalniają ludzi. Gdzie tu lojalność? A jeżeli pracownik opuszcza swojego pracodawcę, bo znalazł lepszą ofertę pracy, czy jest lojalny? Nie, ale chce wykorzystać nadarzającą się okazję. Nieraz musiałem umieć zaakceptować fakt, że pracownicy, mimo iż utożsamiali się z naszą firmą, lubili swoją pracę i środowisko, w jakim pracują, znaleźli nową, lepszą, bardziej atrakcyjną pracę. Czy myślę, że byli nielojalni? Nie, po prostu wykorzystali okazje, jakie przyniosło im życie…

– Ale zawsze stara się pan zatrzymać ludzi i być tym wymarzonym pracodawcą?
– Staramy się stworzyć taką atmosferę, by pracownicy z chęcią zjawiali się rano w pracy i mieli odczucie, że znajdują się w przyjaznym środowisku, środowisku, które ekscytuje i przynosi nowe wyzwania. W końcu jesteśmy firmą, która wprowadziła, i nadal wprowadza, największe innowacje w zakresie płatności, innowacje, które zmieniają ten rynek. Weźmy PayPass. Rozpoczęliśmy bezstykową rewolucję w Polsce. Wdrożyliśmy system programów lojalnościowych MasterCard Rewards. Jako pierwsi wprowadziliśmy system płatności mobilnych.
Jesteśmy pionierami, jeśli chodzi o współpracę z branżą handlową czy transportową, dzięki wprowadzeniu elektronicznych biletów. Możemy z czystym sercem wymienić wszystko to, czego dokonaliśmy i tak samo mogą to zrobić nasi pracownicy.

– I z dumą?
– W pewien sposób tak. Jednak duma może być niebezpieczna, bo w pewnym momencie można się obudzić z głową w chmurach i stracić poczucie rzeczywistości, umiejętność dostrzegania, co się dzieje na ziemi… Wolałbym raczej powiedzieć, że tworzymy środowisko, w którym nasi współpracownicy czują, że przyczyniają się do powstania czegoś nowego i czują się odpowiedzialni za wartość i przyszłość MasterCard. To niez­wykle inspirujące doświadczenie, które sprawia, że chcą dla nas pracować.

Co lubi Michał Skowronek?

Zegarki – „Uwielbiam zegarki oryginalne, ale niekoniecznie markowe, bo w końcu to tylko kawałek metalu na ręce.”
Pióra – długopisy w Hotelach Marriott
Ubrania – szyte na miarę
Wypoczynek – ciepłe kraje
Kuchnia – włoska i azjatycka
Restauracja – „Nie mam ulubionej, staram się zawsze jeść w jakimś nowym miejscu.”
Samochód – BMW
Hobby – Harley-Davidson i bieganie. „Bieganie to ciekaway sposób na zwiedzanie miast, które odwiedzam, gdy wyjeżdżam służbowo. Najciekawsze miejsca, w których biegałem,
to Buenos Aires, Bogota, Miami i Hyde Park”.

Janusz Piechociński

Rozmowa z Januszem Piechocińskim, Wicepremierem, Ministrem Gospodarki

– Mija rok od czasu, gdy objął pan jedno z kluczowych stanowisk w naszym kraju. Co stanowiło pańskie priorytety w tym okresie?
– Przypomnę, że nie paliłem się jako nowy lider PSL do wejś­cia do rządu. Chciałem przez pierwszy rok realizować inny scenariusz. Zamierzałem skoncentrować się na wizytach w terenie, przemianie PSL. Zależało mi na tym, by dotychczasowy minister gospodarki zakończył sprawy, którymi się zajmował. Dla niego było to zaskoczenie, że przegrał. Proponowałem, żeby został na stanowisku przynajmniej do marca tego roku. Proszę pamiętać o tym, że każda zmiana personalna może des­tabilizować pewne procesy.

– Stało się jednak inaczej.
– Cóż – propozycja nie została przyjęta przez mojego poprzednika, a wśród działaczy partii zaczęły się pojawiać głosy, że moje stanowisko może zostać niewłaściwie zrozumiane – jako gra, uchylanie się od odpowiedzialności. Tak więc musiałem skorygować swój program, co nie oznacza, że od niego odstąpiłem. Nasza drużyna polityczna została znacząco odmłodzona. Mamy najmłodsze kierownictwo w historii PSL, ale też polskiej polityki. Średnia wieku to trzydzieści kilka lat. Jestem najstarszy i w polityce, i w kierownictwie.

– Wszedł pan do Ministerstwa Gospodarki w szczególnie trudnym okresie.
– Wygasły proste rezerwy, wykorzystane zostały środki unijne wspierające naszą gospodarkę. Spowolnienie – zwłaszcza w działach związanych z infrastrukturą – było bardzo wyraźne. Część przedsiębiorstw nie mogła się odnaleźć w zaistniałej sytuacji. A jednocześnie radykalizowały się nastroje, rosły napięcia społeczne. Musieliśmy zdecydować się na niepopularne decyzje, by pobudzić gospodarkę na nowo. Proste rozwiązania, które przynosiły świetne efekty w latach 2008-09, polegające na wspieraniu procesów inwestycyjnych, emisji obligacji czy też zaciąganiu kolejnych kredytów – już się wyczerpały. Tak więc pierwsze miesiące mojego urzędowania nie należały do łatwych. Co więcej – musiałem wejść do zespołu, który działał wspólnie od 6,5 roku. Nie było to proste.

– Nie zaczął pan od rewolucji…
– Mam taki zwyczaj, że każdemu daję szansę. W związku z tym decyzje personalne ograniczyłem do minimum. Interesuje mnie jedno – efektywność działań, a nie to, kiedy i przez kogo urzędnik lub członek rady nadzorczej został powołany. Ważne jest dla mnie pełne zaangażowanie i rezultaty pracy, a nie poglądy polityczne. Moja filozofia jest prosta: wymieniam tylko najsłabsze ogniwa lub te, które totalnie zawiodły. Największym problemem, z którym się zetknąłem na początku pracy w ministerstwie, była niewydolność w dziedzinie podejmowania decyzji. To fatalny nawyk, gdy cały sztab czeka na opinię szefa, zamiast przyjść i powiedzieć: mamy problem, który planujemy rozwiązać w następujący sposób… Mam wrażenie, że przychodząc do ministerstwa zaskoczyłem wiele osób, które kierując się starymi nawykami oczekiwały tzw. dożynek, nie mających nic wspólnego z oceną kompetencji. Udało mi się utworzyć przestrzeń zaufania. Dziś moi współpracownicy wiedzą, że oczekuję kreatywności i odpowiedzialnych decyzji.

Tymczasem niektóre media punktowały mnie złośliwie podkreślając, że zbyt dużo mówię o pracowitości, rzetelności, konsekwencji, nowym tempie działania resortu. Zapomnieli, że jestem politykiem nietypowym, który nie czeka aż zło zapuka do drzwi gabinetu, tylko wychodzi mu naprzeciw. Odwróciłem role – nie chowamy się przed niebezpieczeństwami, stosując starą znakomitą zasadę: nie leczyć tylko zapobiegać. Nie znoszę sytuacji, gdy w szafach i szufladach leżą znakomite pomysły, których nie wprowadza się w życie, ponieważ mogą kogoś zdenerwować. Kiedy przez pięć kadencji byłem posłem nierzadko przychodzili do mnie koledzy z rządu prosząc: Janusz powiedz głośno, że w jakiejś sprawie źle się dzieje, bo wezwie nas szef i będziemy mogli zareagować…

– Ma pan opinię polityka niezwykle aktywnego.
– Uczestniczyłem w 120 konferencjach, odwiedziłem 140 zakładów. I nie były to tzw. gospodarskie wizyty w terenie. Zależało mi na tym, żeby dotknąć samemu prawdy o polskiej gospodarce, spotkać się na poziomie operacyjnym z ludźmi. Nie boję się konfrontacji ze środowiskami, które są bardzo krytyczne wobec rządu. Chętnie spotykam się z przedsiębiorcami, nie obawiam się publicznie wymieniać dobrych polskich firm czy też produktów. W obecności prezydenta Węgier zwróciłem uwagę, że przez lata jeździliśmy Ikarusami, a nasza PESA została wycięta z przetargu na tramwaje dla Budapesztu. Powołałem zespoły i grupy doradcze. Myślę, że uruchomiłem stały już proces pobudzania naszego eksportu i wchodzenia na nowe rynki.

– Środowisko biznesu skarży się – moim zdaniem słusznie – na nieufność ze strony polityków.
– Politycy, którzy unikają takich spotkań zdają sobie sprawę z tego, że brakuje im kompetencji. To nie są proste sprawy, trzeba mieć wiedzę na temat gospodarki. A z drugiej strony, czołowi przedsiębiorcy upraszczają ważne kwestie społeczne mówiąc: obniżcie nam podatki, zapewnijcie nam tanią siłę roboczą, wprowadźcie ograniczenia importu, by chronić nasz rynek, ale za to wspierajcie eksport. W tej dziedzinie potrzebna jest przestrzeń do racjonalnej, transparentnej wymiany myśli. Każdą sprawę należy przedstawiać w szerszym kontekście, pamiętając o racjach wszystkich stron. Nie oznacza to,  że nie podejmujemy interwencji w konkretnych przypadkach. Coraz częściej do Ministerstwa Gospodarki przychodzą ci, którzy nie mogą się dostać do innych urzędów państwowych, prosząc na przykład o to, by w jasny sposób określić kryteria tworzenia list leków refundowanych, a informacje na ten temat publikować z odpowiednim wyprzedzeniem.

– Co stanowi piętę achillesową naszej gospodarki?
– Irytuje mnie głęboko zakorzeniona zasada, że to, co dobre, jest moje, a to, co złe, wasze, czyli polityków, państwa, itd. Niepokojący jest brak pogłębionego dialogu między pracodawcami a pracobiorcami. Z jednej strony, możemy mnożyć przykłady znakomitych firm, koncentrujących się na społecznej odpowiedzialności biznesu. A z drugiej, trudno pominąć przykłady fatalne: gdy ktoś może pozyskać pracownika za pół darmo, to go bierze. Przekonał się o tym na własnej skórze mój syn, który nigdy nie próbuje korzystać z mojej pomocy, a pytany o zbieżność nazwiska z wicepremierem odpowiada, że jest z innej linii Piechocińskich.

Jako student postanowił dorabiać jako barman. Znalazł ofertę zapewniającą mu dorywczą pracę pod warunkiem, że pierwsze 6 godzin przepracuje za darmo. Nie doczekał się obiecanej pracy, ponieważ w tym samym barze zmywa kolejna grupa studentów-praktykantów na raz. Relacje między pracodawcami i pracownikami są coraz gorsze. Media publikują alarmujące dane o tym, ile tracimy miejsc pracy. A jak się okazuje to właśnie media są liderem smutnego procederu samozatrudnienia. Coraz więcej pracowników branży usługowej chcąc nie chcąc, zakłada własne firmy. Ma je większość pielęgniarek, coraz więcej lekarzy, a nawet stewardesy. W ten sposób budżet ZUS-u staje się głównym problemem państwa. A jednocześnie słyszymy narzekania przedsiębiorców, że ZUS jest zbyt wysoki.

– Jak powinien działać polityk godny tego miana?
– Decydent z demokratycznego wyboru musi rozumieć i ujawniać konflikty interesów między określonymi grupami po to, by w efekcie wybierać najlepsze kompromisowe rozwiązania. Jednocześnie powinien pamiętać, że szybka decyzja, nawet na nie, jest zawsze lepsza niż odpowiedź: zobaczymy. Poraża mnie niska wydolność aparatu państwowego. Między sferą biznesową, w której wydajność jest znakomita, a nami, ludźmi budżetu, pozostaje prawdziwa przepaść. Często powtarzam, że politycy i urzędnicy żyjący z podatków powinni sprawnie obsługiwać procesy gospodarcze.

Najgorsze przykłady to sądownictwo gospodarcze, funkcjonowanie aparatu skarbowego czy też publiczna służba zdrowia. Kiedy znalaz­łem się wewnątrz rządu stwierdziłem, że politycy – czyli my sami – jesteśmy największą słabością systemu. Dotyczy to również instytucji, którymi kierujemy bezpośrednio lub poś­rednio. Niestety, przedsiębiorcy też nie są bez winy. Często przywołują tzw. ustawę Wilczka, przypominając, że dała nam ona wolność gospodarczą, sugerując jednocześnie, że chcieliby i dziś takich rozwiązań. Zapominają o tym, że jesteśmy w Unii, że obowiązują u nas określone dyrektywy. Co gorsza – nie mają żadnej silnej reprezentacji przy Parlamencie Europejskim, która mogłaby wesprzeć mnie w staraniach o rozwiązania korzystne dla krajowego biznesu.

– Czy potrzebny jest dziś  patriotyzm gospodarczy?
– Na to pytanie powinni odpowiadać nie tylko politycy. Za jakość polskiej gospodarki jesteśmy odpowiedzialni my wszyscy. W dzisiejszym zglobalizowanym świecie niemożliwy jest prosty protekcjonizm polegający na ochronie własnego rynku, bo oznacza to nieuchronną katastrofę. Dla mnie największym dramatem jest wizyta na terenie byłej Stoczni Gdańskiej. Nieważne kto w tej sprawie bardziej narozrabiał – jaki minister lub lider związkowy. Spora część naszego majątku narodowego została zmarnotrawiona. Nie potrafiliśmy płynnie przejść od gospodarki socjalistycznej do kapitalistycznej. Ile razy mamy powtarzać restrukturyzację poprzez upadłość PGR-ów? Jakże dziś inaczej patrzymy na decyzję o wygaszeniu produkcji węgla w Wałbrzychu i okolicach. Można to było zrobić inaczej. Dziś mamy przed sobą olbrzymie wyz­wanie wymagające przełomowych decyzji. Tymczasem politycy nakręcani przez media gonią za sensacjami dnia, zamiast skoncentrować się na tym, co naprawdę ważne. W konsekwencji tracimy poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności, a w dodatku sprzedajemy narodowi półprawdy mówiąc: „podczas wyborów wystarczy przy moim nazwisku postawić krzyżyk, a wszystko się rozwiąże”.

– Koszty zmian gospodarczych ponosi przede wszystkim młode pokolenie.
– Nigdy nie zapomnę spotkania w Kielcach na uniwersytecie Jana Kochanowskiego. Wstała dziewczyna mówiąc: „Panie premierze, co takim ludziom jak ja, którzy zaraz skończą studia, macie w imieniu  waszego państwa do zaproponowania, żebym nie musiała  emigrować?” Pięć minut trwało zanim wyjaśniliśmy sobie, że to jest nasze wspólne państwo. Następnie zapytałem, co studiuje. Okazało się, że marketing i zarządzanie, bo jej matura nie poszła. „A czy rodzice prowadzą firmę?”  „Nie – matka jest nauczycielką, a ojciec policjantem”. „W jakiej więc firmie chce pani pracować? Ile jest stanowisk kierowniczych, o jakie może się pani ubiegać w Kielcach? Po co wybrała marketing?”

Reasumując zwróciłem uwagę młodym słuchaczom, że są współodpowiedzialni za swoją przyszłość, zapewne co drugi będzie musiał podjąć wysiłek zbudowania swojego miejsca pracy. Kiedy to powiedziałem, sala zasyczała z wściekłości. „Jak to, przyjechał polityk z Warszawy i zamiast tak jak każdy polityk powiedzieć nam to, co chcemy usłyszeć, mówi nam o naszej odpowiedzialności.” Tak się składa, że nie jestem politykiem, który wszystko obieca, żeby ponownie zostać wybranym. A potem już nie ma z nim o czym rozmawiać, bo załatwił sobie ciepłą posadkę w firmie państwowej lub Parlamencie Europejskim. Szkoda, że jako politycy nie potrafimy głośno powiedzieć, że obecny system kształcenia w naszym kraju jest nieodpowiedni, ponieważ produkuje przyszłych bezrobotnych. Tylko jak powiedzieć ambitnemu młodemu człowiekowi, że nie każdy zostanie prezesem, profesorem, a potrzebni są też szlifierze lub fryzjerzy. W efekcie mamy ogromne rozgoryczenie wśród ludzi,  szczególnie tych po studiach.

– Jedną z cech naszej gospodarki jest nadmierny fiskalizm.
– Z łatwością dokręca się śrubę uczciwemu podatnikowi, zamiast znaleźć sposób na nieuczciwego. Kiedy w państwowej kasie zaczyna brakować pieniędzy, każdy minister finansów spuszcza ogary ze smyczy. Tylko, że kontrolerzy nie idą tam, gdzie działa szara strefa lub przemytnicy, tylko szukają błędów w firmach, które płacą podatki. To właśnie motywuje mnie do pracy już od kilku miesięcy nad nową, przyjazną przedsiębiorcy i podatnikowi ordynacją podatkową.

– Transformacja naszej gospodarki ciągle trwa…
– Gdy studiowałem na SGH moją pasją były transformacje ustrojowe i procesy integracyjne światowej i europejskiej gospodarki. Jestem przekonany, że w ciągu 2-3 lat zdecydują się losy Polski na kolejne pokolenia – czy dołączymy do krajów zaliczanych do światowej czołówki, czy też zostaniemy zepchnięci do roli poddostawcy, kraju o gospodarce surowcowej. To niezwykle poważne zagrożenie. Wczoraj wziąłem udział w bardzo elitarnym spotkaniu, podczas którego usłyszałem, że nie powinno się budować dużych konkurencyjnych firm, bo mogą zdominować nasz rynek. Wielki błąd, przecież nie ścigamy się tylko na krajowym rynku – a fryzjer nie wejdzie na rynek globalny ze swoją ofertą… Tym bardziej martwi niechęć polskiego kapitału do inwestowania. Zasoby finansowe firm, to kilkanaście miliardów złotych, które mogłyby ożywić gospodarkę. Pobudzenie tych środków, to kluczowe zadanie na koniec 2013 roku.

– Co tu dużo mówić – media zajmują się dziś dziwnymi sprawami – absurdalnymi wypowiedziami polityków, życiem celebrytów, sondażami, z których nic nie wynika.
– Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego poważni dziennikarze w opiniotwórczych gazetach szukają sensacji tam, gdzie jej nie ma, np. piszą, że co druga kopalnia może być zlikwidowana. Gdy zadzwoniłem do redakcji w tej sprawie, usłyszałem: chcieliśmy wywołać temat, teraz ma pan szansę się wypowiedzieć. Tego rodzaju nieprawdziwa wiadomość wywołuje potem miliony komentarzy internautów. Przy okazji dezawuuje się ważne przedsięwzięcia. Poświęciliśmy np. wiele starań nawiązania współpracy gospodarczej z Kongo. Jest to jeden z ciekawszych potencjalnych partnerów naszego biznesu w Afryce. Wie pan, jak skomentowano tę sprawę? Dużym tytułem: „Kulczyk już jest, Piechociński pomaga.” Ręce opadają… Nikt nie zauważył, że otwieramy dla naszego biznesu ten surowcowy rynek, który ma w dodatku 4 mld dol. nadwyżki i jest przewidywalny politycznie, że chcemy dziesięciokrotnie zwiększyć wymianę handlową koncentrując się na eksporcie.

– Po sześciu miesiącach pańskiej pracy w ministerstwie pojawiły się dobre sygnały.
– Rolą polityków w gospodarce jest budzenie nadziei. Ciężka praca, entuzjazm, dynamika – o których mówiłem wcześniej – zaczynają przynosić efekty. W odróżnieniu od krajów, które wyjście z kryzysu okupiły 10-procentowym spadkiem płac – jak Hiszpania – lub wyprzedażą majątku narodowego – jak Słowenia – poradziliśmy sobie całkiem nieźle. Najbardziej cieszy mnie 6-procentowy wzrost polskiego eksportu i otwieranie się na nowe rynki. Opinia o Polsce i Polakach jest znakomita, to imponujące co mówią o nas cudzoziemcy. Nie możemy się jednak zatrzymać, dzisiejsza gospodarka przypomina mi Tour de France – nie wiadomo, która ucieczka się uda, więc trzeba być cały czas w czołówce peletonu. Trzeba więc szanować nasze górnictwo, ale budować obok energetykę metanową i technologię czystego węgla. Należy doceniać nasze hutnictwo i jednocześnie tworzyć warunki, w których Mittal zbuduje u nas wytwórnię blach karoseryjnych. Można smucić się, że Fiat podjął niekorzystne dla nas decyzje biznesowe, ale nie wolno krzyczeć w parlamencie, że trzeba Fiata znacjonalizować.

– W pańskim gabinecie na honorowym miejscu wisi portret Eugeniusza Kwiatkowskiego.
– Był to wybitny polityk i manager, który potrafił wyciągnąć wnioski ze światowego kryzysu i polityki Nowego Ładu. Udało mu się pobudzić koniunkturę w kraju bez istotnych zasobów. Nasze pokolenie również otrzymało wyjątkową szansę – nie wolno jednak zapominać, że najważniejsze zadania czekają nas w najbliższych latach.

– Jak wygląda pański dzień pracy?
– Wychodzę codziennie z domu około 7 rano, wracam najwcześniej o 22. W tygodniu pracuję, a w weekendy tyram. Na szczęście, mam „power” piłkarza amatora. Zdarza się jednak, że ktoś z rodziny pyta: „Czy ty jeszcze wiesz, w czym uczestniczysz? Czy jeszcze kierujesz sobą, czy już rządzi tobą pracoholizm?” Czasem mam nadzieję na wolną sobotę, ale raczej jakoś się ten planowany czas odpoczynku odsuwa w nieskończoność. Jednak nie narzekam – wiedziałem, na co się decyduję. Przykra jest tylko utrata anonimowości, zwłaszcza gdy ktoś z brudnymi butami pcha się w życie mojej rodziny. To naprawdę nic przyjemnego być żoną, córką lub synem wicepremiera.

Co lubi Janusz Piechociński?

Ubrania – styl klasyczny, kupuje garnitury firmy z Nowego Sącza
Wypoczynek – grzybobranie w Puszczy Kozienickiej lub podwarszawskich lasach
Kuchnia – polska; kopytka, pierogi z grzybami
Samochód – pierwszy Fiat 126p. Jeździ służbowym Audi A8
Hobby – amatorska piłka nożna, historia – ulubiony okres średniowiecze

Mateusz Kusznierewicz

Rozmowa z Mateuszem Kusznierewiczem, sportowcem i biznesmenem, mistrzem olimpijskim

– Imponująca lista pańskich osiągnięć i przedsięwzięć wskazuje, że ma pan wiele pasji.
– Mam to szczęście, że zajmuję się tym co lubię i sprawia mi przyjemność. Można powiedzieć, że mam pięć pasji. Pierwszą i najważniejszą jest moja rodzina. Bardzo ważne jest dla mnie dokładanie wszelkich starań, by spędzać z nią czas każdego dnia. Następnie należy wymienić sport, tak żeglarstwo, jak i golf. Na trzecim miejscu plasują się moje przedsięwzięcia biznesowe, które pozwalają mi utrzymać rodzinę najlepiej jak potrafię oraz finansować moje inne pasje. Później jest moja działalność społeczna, która jest dla mnie czymś w rodzaju misji. Kiedy zdobyłem złoty medal olimpijski, postanowiłem przeznaczyć część swojego wolnego czasu pomagając innym. Dzięki Programowi Edukacji Morskiej, której jestem pomysłodawcą, już ponad 10 tys. uczniów wzięło udział w nieodpłatnych kursach szkoleniowych. Jako prezes Fundacji Gdańskiej i ambasador Miasta Gdańska ds. Morskich, odwiedzam również wiele szkół. W prelekcjach opowiadam zarówno o ekscytujących przygodach z delfinami czy rekinami, które dzieci uwielbiają, jak i porady, jak dążyć do celu, jak osiągnąć sukces i radzić sobie z porażkami. Na piątej pozycji listy pasji jest czas, który przeznaczam dla siebie. Daję z siebie dużo innym i zdałem sobie sprawę, że muszę również wygospodarować czas, by zadbać o własne samopoczucie.

– Wspomniał pan uczniów i edukację. Spoglądając na pańskie dzieciństwo, proszę powiedzieć jak to wszystko się zaczęło?
– Według mnie, rola rodziców jest niesłychanie ważna w okresie rozwoju dziecka. Miałem wiele szczęścia, że moi rodzice dokładali starań, żebym zapoznał się z jak najszerszą gamą aktywności, między innymi muzykę i modelarstwo, gimnastykę i pływanie. Uważam, że jest to doskonały sposób na poznawanie świata, w którym żyjemy i odkrywanie zainteresowań, talentów i pasji, które w nas drzemią. Dokładam starań, by podejście to, zaczerpnięte od rodziców, wdrażać teraz, gdy sam mam dzieci. Kiedy miałem 9 lat, miałem okazję wziąć udział w dwutygodniowym obozie żeglarskim. Podobało mi się, choć nic wtedy nie wskazywało na to, że będzie to moja przyszła kariera. Żeglarstwo było jednym z moich hobby i dopiero 3 lata później coś we mnie zaskoczyło i potraktowałem je poważnie.

– Czy mógłby pan wyjaśnić na czym to polegało?
– Trudno to ubrać w słowa, gdyż według mnie nie ma uniwersalnego impulsu, który sprawdza się w przypadku każdego. Może było to coś w rodzaju przebudzenia, a może było mi to pisane. Mój ojciec pochodzi z Giżycka, a rodzice pobrali się na jachcie. Wiem również, że rodzice, nauczyciele i trenerzy odgrywają kluczową rolę w wychwytywaniu i rozwijaniu predyspozycji i talentów u dzieci. Pamiętam, że mój ojciec zmuszony był sprzedać nasz rodzinny samochód, żeby kupić nowy żagiel do mojego jachtu i wysłać mnie na regaty. Z perspektywy czasu, była to zdecydowanie dobra inwestycja. Zawsze będę mu za to wdzięczny.

– Do historii przejdzie pan jako pierwszy polski żeglarz, który zdobył olimpijskie złoto. Pamięta pan co myślał przekraczając linię mety w Atlancie?
– Szczerze mówiąc, nie byłem świadom tego, co właśnie się stało i czego się spodziewać. Pamiętam tylko to, jak wszyscy wskakiwali do wody żeby mi pogratulować. Jeden z członków mojej drużyny podszedł do mnie uścisnął z całej siły i powiedział „Mateusz, nie masz pojęcia co właśnie zrobiłeś”. On już wtedy wiedział co niesie przyszłość i jaki wpływ to zwycięstwo na mnie wywrze. Patrząc wstecz, potrafię teraz docenić, jak zmieniło to moje życie i doprowadziło do wzrostu popularności
żeglarstwa w Polsce.

– Na Olimpiadzie w Sydney działał pan pod dużą presją?
– Tak, ogromną. Nie byłem na to psychicznie przygotowany i nie byłem w stanie sobie z tym poradzić. Popełniłem dwa zasadnicze błędy. Przede wszystkim, uwierzyłem w to, co przeczytałem w mediach. Według nich, Robert Korzeniowski, Otylia Jędrzejczak i ja byliśmy pewniakami i złoto mieliśmy w kieszeni. Jest to najgorszy możliwy rodzaj motywacji. Byłem Mistrzem Świata i Olimpijskim i ruszyłem do Sydney tylko z jedną myślą – wywalczyć złoto. By sprostać wymaganiom, moim również, przesadziłem z treningami właśnie wtedy, gdy należy zwolnić tempo. To był mój drugi błąd. Koniec końców, szczytową formę osiągnąłem zbyt wcześnie.

– Jaka była reakcja publiczności kiedy powrócił pan bez medalu?
– Pamiętam, że w prasie było o tym głośno przez mniej więcej dwa lub trzy tygodnie. Potem wszystko ucichło.

– Pytam, bo interesuje mnie, czy polscy fani potraktowali pana podobnie jak krajową reprezentację piłkarską po ubiegłorocznych Mistrzostwach Europy? Jestem Australijczykiem, ale żal mi było polskiej reprezentacji po tym, jak fani i media nie pozostawili na niej suchej nitki.
– Ja sam nie doświadczyłem niczego na taką skalę, ale wiem o czym mowa. Mieszkałem w Sydney przez 15 miesięcy i naprawdę podziwiam sposób, w jaki wy, Australijczycy, wychowywani jesteście w duchu pracy zespołowej i uczciwego współzawodnictwa ponad wszystko. Wspieracie waszych sportowców bez względu na to, czy zwyciężają, czy nie. Jest to coś, czego my w Polsce musimy się jeszcze nauczyć. Wspomniana nagonka nie jest przypadkiem odosobnionym. Z podobnym zjawiskiem borykał się Adam Małysz. W jego karierze, jak chyba w każdej, były wzloty i upadki. Kiedy stawał na podiach, media go ubóstwiały. Kiedy miewał gorsze dni, te same media nie miały litości. Gdy tylko odzyskiwał pozycję, powracały do wychwalania. Głęboko wierzę w naukę, jaką czerpiemy od innych, w tym także od najbliższego sąsiada. Chciałbym, by więcej ludzi podzielało tę wiarę. Możliwe, że powodem obecnego nastawienia jest trwająca aż do 1989 roku izolacja, jaką spowodowały władze komunistyczne; w rezultacie której nie mieliśmy szans na porównanie z innymi kulturami. Obecnie mamy możliwości podróżowania, a jak wiadomo, podróże poszerzają horyzonty. Uważam jednak, że jako naród powinniśmy bardziej otworzyć się na innych, jak również czerpać naukę z dobrych wzorców, takich jak wspomniane już podejście Australijczyków.

– Mawiamy, że nieważne czy się wygrywa, czy przegrywa, lecz jak się gra. Czy jest to filozofia, pod którą się pan podpisuje?
– Bezapelacyjnie… zarówno na stadionie, jak i poza nim. Najważniejsze są praca zespołowa i uczciwe współzawodnictwo. Nawet jeśli pracuje się w pojedynkę, nie wolno stracić z oczu tego co najważniejsze i przyświecających nam idei. Po części to właśnie spotkało mnie na olimpiadzie w Sydney. Liczył się tylko złoty medal i w rezultacie wróciłem z pustymi rękami. Na igrzyskach w Atenach przyrzekłem sobie, że nie powtórzę tego błędu. Postanowiłem dać z siebie wszystko, skupić się na ideach olimpijskich – szacunku, radości czerpanej z wysiłku i wsparciu dawanemu innym poprzez własny przykład. Nadal lubię odnosić sukcesy, jak każdy, ale nie za wszelką cenę, a zasada ta stosuje się tak do sportu, jak i biznesu. W zespole niesłychanie ważna jest relacja, którą między sobą budujemy. Jak małżeństwo… na dobre i złe. To nie problem porozumieć się, kiedy wszystko układa się pomyślnie. O wiele trudniejsze i ważniejsze jest wytrwanie przy współpracownikach kiedy pojawiają się czarne chmury. Całkowicie niedopuszczalne jest natomiast dołowanie leżącego na łopatkach.

– Czy jest to przesłanie, które stara się pan przekazywać korporacyjnym uczestnikom rejsów Premium Yachting?
– Jak najbardziej. W ramach strategii CSR wszystkie firmy zobowiązane są trzymać pieczę nad rozwojem poczucia wspólnoty między pracownikami. Jest to podstawowy wymóg zdrowego środowiska pracy. Na szczeblu kierowniczym, działowym czy grupowym pracownicy i ich przełożeni muszą sprawnie współpracować i okazywać sobie wzajemny szacunek. Obowiązki mogą ich dzielić, ale nikt nie pracuje w odosobnieniu. Nieważne jak duża jest dana grupa, jeśli jej członkowie nie potrafią ze sobą współdziałać, nigdy nie osiągną wyznaczonych celów. Co więcej, nie powinniśmy nigdy zapominać, by uczcić nawet małe osiągnięcia indywidualne, wiodące do celu. Każdy ma prawo czuć się doceniany.

– Ale w jaki sposób przekłada pan to co dzieje się na pokładzie jachtu na grunt pracowniczy?
– Tak jak w pracy wszyscy mamy przydzielone nam zadania, tak i na wodzie każdy jest za coś odpowiedzialny. By uniknąć komplikacji, wszyscy muszą ze sobą harmonijnie współpracować. Na szczęście, nasze łódki są najbezpieczniejszymi z możliwych, a zespół złożony jest z zawodowców, więc uczestnicy naszych rejsów korporacyjnych nie są nigdy narażeni na prawdziwe niebezpieczeństwo. Pod starannym nadzorem naszych szyprów w końcu, po przeszkoleniu, muszą przejąć stery. W naszej flocie mamy dwie jednostki pływające, a punktem kulminacyjnym, do którego prowadzi szkolenie, są regaty między dwoma zespołami. Wracając do tego co mówiliśmy o znaczeniu ducha sportowego, mimo że zwycięska drużyna może być tylko jedna, ciekawie jest obserwować, jak wynik zmagań ustępuje miejsca zadowoleniu jakie uczestnicy odczuwają, gdy widzą, że sprostali wyz­waniu. Zwycięzcom oczywiście gratulujemy, ale ważniejsze jest to, że wszyscy mogą poczuć się jak zwycięzcy, ponieważ zdobyli nowe umiejętności i nauczyli się jak współdziałać. Doświadczenie to zabierają do miejsc pracy i w tym właśnie leży prawdziwa wartość naszych rejsów.

– Wygląda to na ciężką pracę.
– Ale dającą satysfakcję. Jest też czas na wypoczynek. W prog­ram rejsu wpisane jest wiele okazji do relaksu, integracji, jak również oglądania pięknych krajobrazów wzdłuż Zatoki Gdańskiej. Naturalnie, jeśli celem rejsu jest dostarczenie rozrywki klientom czy negocjacja warunków nowego kontraktu, nie przerywamy uczestnikom, gdy trzeba oddać cumy czy stawiać żagle. Oferujemy ekskluzywne usługi mające na celu pomoc w podejmowaniu partnerów biznesowych i handlowych i udostępnienie zachwycających oczy widoków, jak Gdańskie stocznie, największe wrażenie robiące właśnie z morza, czy półwysep Westerplatte.

– Są to dwa miejsca potwierdzające, jak unikalne miejsce w historii zajmuje Gdańsk. Był on sceną zarówno wybuchu II Wojny Światowej, jak i upadku komunizmu. Ile innych miast może pochwalić się, że dwukrotnie odmieniło losy świata?
– Niewiele, jeśli w ogóle takie znajdziemy. Jest to jeden z powodów, dla których przyjąłem nominację na stanowisko prezesa Fundacji Gdańskiej. Cztery lata temu, gdy przeprowadziłem się do Gdańska, zostałem jego ambasadorem ds. morskich. Był to wielki zaszczyt, wynikający z mojej kariery doświadczonego i wyczynowego żeglarza. Praca z Fundacją Gdańską pozwala mi zaznajomić się dogłębnie z innymi aspektami miasta, jak na przykład jego bogatą historią. Kultura, tradycja i morze, to jest właśnie mój Gdańsk, który z dumą promuję poprzez nasze programy edukacyjne. Jednak fundacja zajmuje się nie tylko popularyzacją krajową i międzynarodową miasta. Szuka także sposobów na odnowienie jego wizerunku. Tysiącletnie dziedzictwo miasta należy wychwalać i promować, nie możemy jednak skupiać się wyłącznie na przeszłości. Powinniśmy spojrzeć naprzód i dołożyć starań, by w przyszłości można było powiedzieć więcej nie tylko o samym Gdańsku, ale i całym Trójmieście. Gdańsk, Sopot i Gdynia, wspólnie oferują rozległy wachlarz atrakcji, zarówno dla turystów krajowych, jak i zagranicznych, a także możliwości biznesowych. Jeśli możliwości te wykorzystamy, możemy optymistycznie popatrzeć w przyszłość.

Co lubi Mateusz Kusznierewicz?

ZEGAREK – Omega Seamaster
PIÓRA – Sheaffer, które otrzymał przy podpisaniu kontraktu reklamowego z Wartą
UBRANIA – smart casual – Matinique. Moda żeglarska – Marinepool
WYPOCZYNEK – latem nad morzem, zimą w górach. W Polsce wypoczywa w Trójmieście lub w Tatrach, za granicą we Włoszech, w Skandynawii lub w Portugalii. Na odległe wyprawy wybiera Dubaj lub Nową Zelandię
KUCHNIA – polska, włoska, tajska
RESTAURACJA – „Tekstylia” w Gdańsku, „Thai-Thai” w Sopocie, „Sztuczka” w Gdyni
SAMOCHÓD – Mercedes-Benz CLS Shooting Brake
HOBBY – golf, narty, squash, fotografia

Wojciech Szpil

Wojciech_SzpilRozmowa z Wojciechem Szpilem, prezesem Totalizatora Sportowego

– Wyniki Totalizatora Sportowego są znakomite, ale kiedy się pan pojawił w firmie wyglądało to zupełnie inaczej…
– Lubię prawdziwe wyzwania. Trafiłem do firmy w przełomowym okresie, gdy wprowadzono zmiany, które spowodowały bardzo poważne problemy i spadek obrotów. Nie biorąc pod uwagę tradycji i przyzwyczajeń klientów, zmieniono produkty. Nie chciałbym odpowiadać na pytanie – dlaczego tak się stało lub z jakiego powodu zdecydowano się na bardzo kosztowny rebranding. To nie były moje decyzje. W każdym razie sprawy zabrnęły zbyt daleko, by można się było wycofać. Dodatkowe problemy pojawiły się w związku z tzw. ustawą hazardową. Trafiliśmy do jednego worka z jednorękimi bandytami. Związana z tym negatywna kampania spowodowała, że 6 proc. osób zrezygnowało z gry w Lotto.

– Od czego zaczął pan zmiany?
– Postawiliśmy na pozytywną w wymowie kampanię marketingową, akcentując element dobrej zabawy. Na przykład, harleyowiec pytany, co zrobiłby z wygraną, odpowiadał: „Kupię ziemię i stajnię. Będę hodował kucyki. Moja córka je kocha”. Nie kryję, że w tej dziedzinie miałem wiele doświadczenia, opracowywałem kampanie m.in. dla Centertela, a potem Orange. Pozytywny, sympatyczny wizerunek Totalizatora Sportowego pomógł nam przełamać spadek obrotów i odwrócić tendencję. Nasze przychody z 2010 roku to zaledwie 2,5 mld złotych, o cały miliard mniej niż w rekordowym 2008 roku. Założyłem, że musimy wykonać szybki marsz do przodu i to się udało wykonać. W ub. roku doszliśmy do 3,35 mld. Pomogły nam w tym niewątpliwie kumulacje, które powodują, że przed kolekturami ustawiają się kolejki. W tym roku mieliśmy w tej dziedzinie mniej szczęścia – cóż, nikt nie jest w stanie przewidzieć liczby kumulacji – ale i tak osiągniemy 3,35 mld. W przyszłym roku na pewno przekroczymy 3,5 mld.

– Skąd ta pewność?
– Powiem żartem – pomagamy losowi. A mówiąc poważnie – rozszerzamy ofertę. Dotychczas Lotto, jako najważniejszy nasz produkt, dostarczało 68 proc. wpływów, a obecnie już tylko 43 proc. Chciałbym podkreślić, że zdrapki to dziś ok. 18 proc. naszych obrotów. Przyrost w tej dziedzinie wynosi 30 proc. rocznie. Na marginesie, nasz „payout”, czyli kwota, jaką przez­naczamy na nagrody, wynosi 53 proc., podczas gdy w innych krajach jest to 63 proc. Sprawy te analizowaliśmy podczas spotkań European Lotteries & Toto Association (EL&TA), organizacji zrzeszającej 81 operatorów loterii z całej Europy.

– Media doniosły, że po raz pierwszy w historii do zarządu tej instytucji został powołany Polak – właśnie pan.
– Rzeczywiście, zostałem wybrany do Komitetu Wykonawczego EL&TA. Powierzono mi zarządzanie grupą odpowiadającą za innowacje, czyli właściwie core biznesem wszystkich loterii w Europie. Jak widać, zagraniczni specjaliści docenili nasze doświadczenia. Dodam, że jest to sukces nie tylko Totalizatora Sportowego i jego pracowników, ale także, a może przede wszystkim, sukces Polski. Do niedawna Europa nie brała z nas przykładu, a teraz tak. Mamy zatem powody do dumy.

– Proszę pamiętać o starym porzekadle: nikt nie jest prorokiem we własnym kraju.
– Pamiętam i dlatego skupiam się na pracy u podstaw. Dlatego też tak bardzo cieszą mnie nasze wyniki – w kontekście danych, które otrzymujemy z EL&TA. Na przykład, nasze Lotto Plus przynosi dodatkowo 16-18 proc. wpływu, a w świecie zaledwie 10 proc. Bardzo dobrze udała nam się też letnia Loteriada, która polega na tym, że kupując w lipcu lub sierpniu kupon za 5 złotych można wziąć udział w losowaniu cennych nagród rzeczowych. Warunkiem wzięcia udziału w zabawie jest zarejestrowanie kuponu. W tym roku uczyniło to 30 proc. klientów. To znakomity wynik, a światowe firmy o podobnym profilu zamierzają wprowadzić podobne rozwiązanie. Nie lubię się chwalić, ale obecnie wyznaczamy trendy w naszej branży.

– Jak Totalizator realizuje swoją misję?
– Najlepiej ilustrują to cyfry. Gdyby doliczyć dopłaty, do których jesteśmy zobowiązani, nasz przychód wyniósłby w tym roku 4,2 mld zł. Może wyjaśnię w tym miejscu, czym są owe dopłaty. Otóż jest to rodzaj – jak u nas mówimy – zaszczytnego podatku w wysokości 25 proc., którym obciążone są gry liczbowe, a 10 proc. – loterie pieniężne. Z dopłat 77 proc. przeznaczane jest na fundusz sportu, 20 proc. na kulturę, a 3 proc. na zdrowie. W ub. roku była to kwota 750 mln zł. Pamiętajmy, że kwoty te trafiają na wsparcie wyżej wymienionych celów dzięki naszym graczom. Co to oznacza? Że są oni największymi mecenasami polskiego sportu i kultury. Chcemy to wszystkim przypomnieć, bo mają naprawdę wielkie zasługi dla rozwoju tych dwóch niezwykle ważnych dziedzin życia społecznego.

– Wpływy rosną, a jak rozwija się sieć?
– Liczba punktów wzrosła w ciągu ostatnich 4 lat z 12 tys. do 13,5 tys. Największe przychody generują nasze własne kolektury, których mamy 800. Dbamy o regularne szkolenia naszych pracowników, co owocuje 30-procentowym wzros­tem przychodów w skali roku. Zmieniamy też wizerunek punktów LOTTO. W kilku dużych miastach są już nasze salony, które można określić mianem wzorcowych.

– Co roku „produkujecie” całą rzeszę nowych milionerów.
– Specjalnie dla nich przygotowujemy specjalny poradnik, co zrobić z wygraną, jak znaleźć się w nowej sytuacji życiowej, gdzie szukać pomocy i porady – z jednej strony w bankach, a z drugiej – u psychologów. Niestety, nie możemy – tak jak w USA – posługiwać się wizerunkiem osób, które skreśliły sześć właściwych cyfr… Chcemy jednak nakręcić film o tych, którzy wyrazili na to zgodę. Są to naprawdę niezwykłe historie. Podczas jednej z ostatnich kumulacji pewien warszawiak wyszedł z psem na spacer. Zwierzak pociągnął go w inną niż zwykle stronę. Po drodze znalazł 10 zł. Gdy wrócił do domu poprosił syna, by przyniósł mu piwo i kupon Lotto. Inny szczęściarz przyszedł do kolektury i poprosił, żeby wypłatę zrealizowano dopiero za miesiąc, bo wcześ­niej musi uporządkować sprawy rodzinne… Takie historie mógłbym mnożyć w nieskończoność. Jeszcze raz podkreślę, że nie wypytujemy naszych Lottomilionerów o to, kim są, jakie mają plany, itd. Przytoczyłem historię tych, którzy chcą się podzielić swoim szczęściem.

– Najeży pan do managerów, którzy dysponują naturalną charyzmą. Kiedy zrozumiał pan, że pańskim powołaniem jest kierowanie ludźmi?
– Bardzo wcześnie, już w dzieciństwie lubiłem organizować czas zabawy rówieśnikom. Zawsze ceniłem też niezależność, a że działo się to w czasach poprzedniego ustroju więc najpierw wybrałem szkołę fotograficzną, a potem studia, które dawały największe poczucie swobody, czyli warszawską Akademię Sztuk Pięknych. Studiowałem na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego. Bardzo mi się spodobały słowa jednego z profesorów: „Pamiętajcie, że nie jesteście artystami. Prawdziwy projektant to biznesmen”. Co więcej – potraktowałem to bardzo poważnie i zacząłem współpracę z agencją Interpress, dla której przygotowywałem wystawy i projekty scenograficzne. Miałem co robić, co rusz pojawiały się nowe zlecenia, związane np. z wizytą naszego Papieża, George Busha czy też Margaret Thatcher. Najciekawszą przygodą, związaną z wyjazdami była organizacja wystaw promujących Polskę za granicą, m.in. w Chinach i Afryce. Przy okazji załat­wiałem – przepraszam za słowo – fuchy asystentom z uczelni, co bardzo ułatwiało mi studiowanie. Chociaż w związku z tym nie powinienem specjalnie narzekać na życie „za komuny”, to jednak wyjechałem do Szwajcarii, gdzie udało mi się zostać art. directorem w poważnej agencji.

– Wrócił pan jednak do Polski.
– Nasz kraj stanowił na początku lat 90. najlepsze miejsce dla osób kreatywnych, które miały pomysł na biznes. Uznałem, że warto poszerzyć wiedzę, toteż ukończyłem wiele prestiżowych kursów managerskich. To jednak za mało, by odnieść sukces w tej dziedzinie. Mówiąc wprost, trzeba czuć biznes. Ciekawą przygodę stanowiła dla mnie rola dyrektora kreatywnego wielkiej światowej agencji J. W. Thompson. Użyłem określenia rola, a nie praca, ponieważ nigdy nie miałem ochoty na typową karierę. Może zabrzmi to dziwnie, ale pierwszy raz w życiu pracuję na etacie jako prezes Totalizatora. Prawdziwym wyzwaniem była dla mnie natomiast możliwość utworzenia jednej z pierwszych w naszym kraju agencji reklamowych w Polsce, czyli Upstairs, którą kierowałem do 2005 roku. W związku z tym, że Upstairs zostało sfuzjonowane z największą na świecie grupą agencji Young & Rubicam, pełniłem funkcję prezesa polskiego oddziału. Potem doszedłem do wniosku, że nadszedł czas, by trochę odpocząć i zacząć się cieszyć życiem, ale nie potrafiłem przestać zajmować się biznesem. Zaangażowałem się w proces wprowadzania na giełdę ArtNewMedia, byłem też dyrektorem do spraw strategii i komunikacji w międzynarodowym koncernie Instalexport. Od czterech lat zarządzam Totalizatorem Sportowym.

– Jakie najważniejsze doświadczenia w dziedzinie zarządzania zdobył pan w swojej bardzo nietypowej karierze managerskiej?
– Nie znoszę głupoty. Praca z ludźmi inteligentnymi i otwartymi sprawia mi wielką przyjemność, ale też wprost przekłada się na wyniki firmy. Jako szef staram się nakreślać cele. Jestem otwarty na nowe pomysły ludzi, z którymi pracuję. W spółce każdy wie, że może ze mną omówić szczegóły niemal każdego projektu. Zamykanie się w gabinecie oznacza skazanie się na brak informacji i klęskę zarówno firmy, jak i samego odizolowanego managera.

– Kiedy rozmawiałem z pańskimi podwładnymi, powtarzali: nasz szef to człowiek, który zaraża wizją i entuzjazmem. Praca z nim to prawdziwa przyjemność. Rzadko słyszę takie słowa.
– Dziękuję, to bardzo miłe. Rzeczywiście, bardzo mi zleży na dobrej atmosferze w pracy, ale nie oznacza to, że jestem nadmiernie wyrozumiały. Przekonało się o tym kilka osób, które musiały sobie znaleźć inną pracę. Jestem głęboko przekonany, że warunkiem sukcesu jest doskonały, zgrany zespół. Miałem to szczęście, że kilka razy mogłem budować taką ekipę od zera. W Totalizatorze stanąłem na czele sformowanego zespołu, któremu musiałem przedstawić cel działania, nauczyć innego sposobu pracy. Razem udaje nam się osiągać kolejne sukcesy. Mogę powiedzieć, że jesteśmy dobrze zgranym zespołem. Jestem pewny, że będzie tylko lepiej.

– A co powinno charakteryzować dobrego managera?
– Powiem krótko – talent managerski, talent biznesowy, talent i umiejętności managerskie, wzrok wizjonera, zmysł pozwalający wychwycić najlepszy na rynku interes. To najważniejsze cechy, jeśli ktoś ich nie posiada, nie powinien zarządzać nawet najmniejszym biznesem. Oczywiście, ważna jest wiedza, doświadczenie, umiejętność podejmowania odważnych decyzji i perspektywiczne myślenie.

Co lubi Wojciech Szpil?

Zegarki – „Mam słabość do znakomitego designu, nie zwracam jednak uwagi na marki, to dla mnie drugorzędna sprawa.”
Pióra – ceni – właśnie za design – projektantów z firm Montblanc, Visconti i Graf von Faber-Castell. Na co dzień chętnie też używa długopisu BIC
Ubrania – styl włoski, stonowana elegancja
Wypoczynek – Włochy
Kuchnia – „Mojej mamy. Tę opinię podziela cała nasza rodzina. Przed kolejną wizytą moje dzieci pytają: co dobrego zrobi dla nas dzisiaj babcia?”
Samochód – służbowy Mercedes, jest wielkim fanem aut terenowych
Hobby – podróże. Najbardziej lubi samotne wyprawy z plecakiem. Podkreśla, że w Afryce, z dala od cywilizacji, można nabrać dystansu do naszego świata. Chętnie też wyjeżdża w góry, łącząc wędrówki z elementami wspinaczki. Lubi adrenalinę związaną ze sportami ekstremalnymi – zwłaszcza ze skokami spadochronowymi

Leszek Balcerowicz

Rozmowa z prof. Leszkiem Balcerowiczem, wybitnym ekonomistą

– Panie profesorze, prywatyzacja w naszym kraju nie została doprowadzona do końca.
– To błąd. Własność państwowa oznacza władzę polityków w firmach. Nie znaczy to, że politycy zawsze są źli, ale w naturalny sposób dążą do popularności. Unikają trudnych, choć niezbędnych decyzji do funkcjonowania określonego przedsiębiorstwa, a niekiedy narzucają dobre dla siebie, ale złe dla firmy. To jest po prostu konflikt interesów. Im większa dawka własności państwowej, tym więcej polityki w gospodarce. Szczytową dawką był socjalizm… Mniejsza dawka wcale nie jest dobra przez to, że jest mniejsza. Jest ciągle szkodliwa. Popatrzmy na to, co jeszcze zostało w orbicie polityki i z jakimi skutkami. LOT nie jest tu żadnym wyjątkiem, ale potwierdza regułę, że gdy przedsiębiorstwo państwowe wystawione jest na konkurencję, ponosi straty. Musi więc korzystać z subsydiów lub upada. Interesującym przykładem był Pewex, który miał bardzo mocną pozycję w socjalizmie. Wypracował świetną markę, mógł się utrzymać, ale bronił się przed prywatyzacją i w konsekwencji upadł.

Często słyszymy, że jakieś przedsiębiorstwo musi być państwowe, bo jest „strategiczne” lub „narodowe”. To jest odwołanie do emocji, a nie do rozumu i doświadczenia. Chciałbym przypomnieć, że największe zasługi w dziedzinie prywatyzacji miał minister Emil Wąsacz, który był potem ścigany przez prokuraturę (oraz Sejm). Podobnie Janusz Lewandowski – narazili się na prześladowania, a ci, którzy nic nie zrobili, mogą spać spokojnie, choć należało by ich rozliczyć za karygodne zaniedbania. Dlaczego dziedziną najbardziej zapóźnioną w reformach jest wymiar sprawiedliwości? Kierowało nim chyba 22 ministrów, a ci, którzy byli wyrzucani, tracili posady nie za to, czego nie zrobili, ale za to, że coś nieopatrznie powiedzieli.

– Był pan kiedyś zwolennikiem podatku liniowego, którego jednak pan nie wprowadził.
– Gdy patrzy się z perspektywy, to widać, że dobrze byłoby jeszcze w pierwszym pakiecie, w 1990 roku wprowadzić szeroką reformę podatkową. I my tego nie zrobiliśmy z tej prostej przyczyny, że było mnóstwo innych, pilniejszych spraw: waląca się gospodarka, dług zagraniczny, hiperinflacja, itd. Ponadto, nie było wtedy jeszcze dostatecznej analizy systemu podatkowego. Żałuję, że nie udało się tego zrobić. Próbowałem to nadrobić z pewnym opóźnieniem. W roku 1998 zaproponowałem podatek płaski – flat tax. Podatek liniowy to jest jedna stawka – np. 20 proc. Z kolei podatek płaski to też jedna stawka, ale pozostaje kwota wolna. W ten sposób uzyskujemy łagodnie progresywny podatek, ale bez progów. To każdy może sobie wyliczyć.

Ci, którzy mają najmniejsze dochody, płacą niższy odsetek, a stawka dochodzi asymptotycznie do 20 proc. To, co zaproponowałem, zostało zablokowane zarówno przez opozycję, jak i brak poparcia koalicjanta. W 1990 roku wynegocjowałem z AWS kompromisową reformę. To były dwie stawki. Pomimo betonowej opozycji SLD, udało się to jednak przeprowadzić przez Sejm, ale ku mojemu zaskoczeniu ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski to zawetował. Na tym jednak się to nie kończy. Proszę sobie wyobrazić, że kolejny rząd, którym kierował Leszek Miller – co mu mam na plus – wprowadził jednak podatek płaski w stosunku do osób, które były samozatrudnione, a potem PiS wprowadził reformę, którą zablokował A. Kwaśniewski… Tak że nie jesteśmy odlegli od podatku liniowego. Naszym największym problemem nie jest brak podatku liniowego, ale to, że łączne podatki są zbyt wysokie.

– Jaka jest tego geneza?
– Nadzwyczaj prosta – bo wydatki budżetowe są bardzo wysokie, o czym decyduje poziom wydatków socjalnych, na czele z emeryturami i rentami. Stanowią one główną przyczynę wysokich podatków. Tak więc koncentrowanie się na samych podatkach jest bezproduktywne. Trzeba najpierw zabrać się za wydatki. Bez ich ograniczenia podatki zawsze będą bardzo wysokie, a na dodatek będzie rósł dług państwa – jawny i ukryty. Obecna koalicja pilnowała wydatków, które nie są sztywne, a więc na administrację publiczną, itp. Ale nie na tym polega główny problem. Główny problem to tzw. część sztywna wydatków budżetowych; wielki wpływ mają różne przywileje – np. dla górników, którzy brutalnym nacis­kiem na Sejm wywalczyli sobie ich przywrócenie.

– Sporą część podatków dochodowych pożera utrzymanie aparatu skarbowego.
– Gdyby podatki były prostsze, zwłaszcza VAT, zatrudnienie w urzędach skarbowych mogłoby się znacznie zmniejszyć. Trzeba pamiętać, że najwyższą pozycję w budżecie stanowią wydatki socjalne, które w dodatku podlegają rozmaitym mitom. Politycy licytują się obiecując podwyższenie kolejnych zasiłków. W dodatku ulegają magicznemu myśleniu typu: „Jeżeli więcej rzucimy na politykę prorodzinną, to będzie więcej dzieci”. Administracja publiczna kosztuje dużo mniej niż „socjal”. Ponadto, jeżeli jest dużo wydatków socjalnych oznacza to, że duża jest też administracja zajmująca się tymi sprawami, czyli biurokracja socjalna.

– Panie profesorze, wyobraźmy sobie taki scenariusz: kolejny premier zaprasza pana do rządu…
– Jednostka się liczy, ale tylko wtedy, gdy ma dostateczne polityczne poparcie. Gdy rozpocząłem swoją działalność polityczną w 1989 r., miałem takie poparcie. Dzięki temu przez pierwszych 800 dni wiedziałem, że możemy działać. Nie wzięło się to z niczego. Kilkanaście lat wcześniej, gdy mało kto wierzył w szanse zmian, stworzyłem nieformalną grupę młodych ludzi, którzy zajmowali się reformami. Wtedy wyglądało to na bezużyteczne hobby. Na szczęście, doświadczenie to przydało się i, co równie ważne, istniał zespół, bez którego bym sobie potem nie poradził. Słowem, w polityce ważne są dwie rzeczy: wiedzieć, co się chce zrobić i mieć grupę, z którą się to robi. Kiedy po raz drugi, przez ponad 2 lata byłem odpowiedzialny za gospodarkę, udało się stworzyć koalicję AWS-UW, która – o dziwo – przyspieszyła reformy. Najważniejsza polegała na przyspieszeniu prywatyzacji. Udała się też kolejna, fundamentalnie ważna reforma – emerytalna. Dzisiaj trudno mi uwierzyć, że mój były doradca, min. Jacek Rostowski, oraz kolega z UW, Donald Tusk, proponują zniszczenie kapitałowej części systemu emerytalnego.

– A co się wówczas nie udało.
– Myślę, że w ramach reformy administracyjnej nie należało tworzyć nowych powiatów, albo przynajmniej ograniczyć ich liczbę do minimum. Niestety, naciski oddolne były tak silne, że mój opór okazał się nieskuteczny.

– Na czym powinni się skupić pańscy następcy?
– Za najważniejsze uważam działania, które należy podjąć, by uniknąć bardzo groźnego scenariusza, czyli trwałego spowolnienia polskiej gospodarki. I nie mówię o tym czy też przyszłym roku. Chodzi mi o perspektywę kilkunastu lub więcej lat. Bez dodatkowej dawki reform, Polska spowolni z przeciętnego poziomu rozwoju 4 proc. do 2-3 proc. Oznaczałoby to, że luka w poziomie życia między naszym krajem a np. Niemcami zmniejszałaby się znacznie wolniej niż dotychczas. A to z kolei oznaczałoby silne bodźce skłaniające do emigracji z Polski. Dziś ludzi nie można już zamknąć siłą w kraju, więc trzeba stworzyć pozytywne bodźce, żeby chcieli pozostać. Wszystko to, co osłabia wzrost polskiej gos­podarki, jest narodowym szkodnictwem. Należy do tego wstrzymywanie prywatyzacji, kolejny proponowany zamach na oszczędności emerytalne w drugim filarze systemu emerytalnego. Mamy też wiele do zrobienia w dziedzinie szkolnictwa wyższego.

– W środowisku biznesu panuje przekonanie, że brakuje mu wsparcia władz, na jakie mogą liczyć przedsiębiorcy np. w USA lub Niemczech.
– Mam wrażenie, że po czasach rządów PiS mamy do czynienia z popisowską paranoją polegającą na tym, że kontakty władzy z przedsiębiorcami wydają się podejrzane. Wśród ludzi władzy dominuje obawa: „Co powie PiS?” Jest to nienormalna, pożałowania godna sytuacja. Nie trzeba chyba przypominać, kto tworzy produktywne miejsca pracy – przedsiębiorcy, bo nieproduktywne – jak w Grecji – bardzo łatwo wykreować. Tak więc najważniejsze jest likwidowanie przeszkód, które utrudniają działalność prywatnym przedsiębiorcom. Chodzi tu nie tylko o podatki, ale też o wymiar sprawiedliwości. To niesłychane, że niektórzy prokuratorzy mogą bezkarnie niszczyć firmy. Żeby się to zmieniło potrzebny jest silny nacisk organizacji przedsiębiorców i innych ludzi.

– Od kilku lat mówi się o wprowadzeniu euro, które powinno ożywić polską gospodarkę, ale nic się w tej sprawie nie dzieje.
– Zasadnicze pytanie nie brzmi: „Czy euro?”, ale jaka jest kondycja kraju, który wprowadza unijną walutę, a to zależy od reform. W naszym przypadku sprawa jest prosta. Zmiany, które muszą poprzedzić wprowadzenie euro są i tak potrzebne polskiej gospodarce. Zamiast więc bawić się w zgaduj – zgadulę i pytać kiedy, lepiej zadbać o finanse publiczne, bardziej elastyczny rynek pracy, o prywatyzacje, itp. Krótko mówiąc – skupmy się na reformach, bez których nie bylibyśmy w stanie z pożytkiem dla nas przyjąć euro. Zła polityka gospodarcza zawsze się mści na ludziach, z tym, że jeżeli prowadzi się taką politykę mając euro, to skutki mogą być po dłuższym czasie jeszcze bardziej dotkliwe, niż jeśli jest się poza strefą euro. Brak tam bowiem mechanizmów szybkiego ostrzegania, a waluta jest stabilna. Z kolei przy dobrej krajowej polityce gospodarczej euro może dać korzyści.

– Co stanowi więc podstawowy warunek przyjęcia w przyszłości euro?
– Skupiłbym się na reformach. Ostatecznie w demokracji decyduje wypadkowa dwóch sił. Z jednej strony, mamy siły roszczeniowe czy też etatystyczne, które mówią – więcej przepisów, wydatków (dla siebie), itp. Jeżeli więc managerowie i inne grupy ograniczą się do narzekania, to w końcu każda władza ugnie się w kierunku rozdymania świadczeń i mnożenia przepisów, co doprowadzi do stagnacji lub kryzysu. W Polsce mamy za mało obywatelskiej proreformatorskiej mobilizacji. I to trzeba zmienić. Za mało jest wiedzy co trzeba zrobić i za mało poparcia… Nie mam tu na myśli tylko rządzących, ale też opozycję. Ją też trzeba rozliczać i wyśmiewać obiegową głupotę, że „zadaniem opozycji jest zawsze być w opozycji”. Tak nie musi być, np. w Niemczech reformy kanclerza Gerharda Schrödera z SPD były wspierane przez CDU. Z kolei Tony Blair kontynuował w pewnej mierze działania Margaret Thatcher. W Polsce mamy dziką kulturę polityczną, którą trzeba zmieniać. Ale do tego potrzeba więcej obywatelskiej mobilizacji.

– Wspomniał pan o grupie młodych ekonomistów, którą stworzył pan w latach 70. Czy w pokoleniu pańskich studentów widać kogoś, kto mógłby zostać „Balcerowiczem bis”?
– Za jedno ze swoich największych osiągnięć uważam to, że udało mi się skłonić do współpracy wielu świetnych ludzi. Wielu moich byłych studentów jest już obecnych w życiu publicznym lub w sektorze prywatnym. Mam dzięki temu dużą satysfakcję. Nie chciałbym wymieniać nazwisk, żeby kogoś nie pominąć.

– Pańscy byli studenci zajęli się ostatnio reformowaniem PKP?
– Rzeczywiście, jest tam teraz grupa ludzi – na czele z Jakubem Karnowskim – spoza kolei, znających się na zarządzaniu i finansach. Mają przed sobą trudne zadanie, z którym nikt sobie chyba dobrze nie poradził przez ostatnich 20 lat. W 1991 roku J. Karnowski przyjechał do Warszawy z Sosnowca i został moim studentem. Napisał pracę magisterską na temat reform M. Thatcher, co mu sam zasugerowałem, potem w obronionym doktoracie zajął się problematyką wejścia do strefy euro. Był przedstawicielem Polski w Banku Światowym, zdobył najwyższe kwalifikacje w dziedzinie doradztwa finansowego. A teraz sformował grupę reformatorów by zmienić PKP. Jestem pewien, że im się powiedzie, o ile oczywiście politycy nie przeszkodzą.

– Jakie nadzieje wiąże pan z Forum Obywatelskiego Rozwoju, które pan zainicjował?
– Próbujemy wzmocnić to, co jest za słabe, a konieczne do tego, by Polska nie przestała doganiać Zachodu. To jest obywatelski nacisk na reformy.

– Jak to działa?
– Na podstawie rzetelnych badań publikujemy analizy, które staramy się prezentować w możliwie jak najbardziej atrakcyjnej formie – np. komiksów. Staramy się tworzyć sieci – wirtualne i inne – żeby mieć większą moc oddziaływania. Podobne organizacje działają za granicą, np. Freedom Works w USA. Oczywiście, korzystamy z tego typu dobrych wzorców. Naszą działalność wspierają osoby i firmy prywatne, podobnie jak to się dzieje na Zachodzie. Ale muszę z przykrością powiedzieć, że nawet wśród przedsiębiorców i managerów mało jest zrozumienia, że bez nacisku organizacji obywatelskich nie będzie więcej reform i rozwoju. Na Litwie pod tym względem jest dużo lepiej, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych. Musimy pamiętać o tym, że reform nie wybłagamy ani też nie wypłaczemy, trzeba je wycisnąć. Politycy działają zwykle pod naciskiem – tak więc nacisk proreformatorski musi być silniejszy niż żądania grup domagających się kolejnych przywilejów. Poświęcam FOR większość swojego czasu.

– Szkoda, że w naszym kraju biznes i polityka mają tak niewiele punktów stycznych.
– Środowiska rozumiejące gospodarkę powinny wspólnie ustalić, jakie są ich priorytety – oczywiście nie partykularne, ale dotyczące wszystkich. Należałoby stworzyć krótką listę koniecznych reform, a następnie w sposób możliwie jak najbardziej profesjonalny informować opinię publiczną i mobilizować ją w celu ich wymuszenia.

– Ciągle jeszcze przedsiębiorcy, którzy tworzą miejsca pracy są słabsi niż górnicy protestujący pod Sejmem.
– Przedsiębiorcy narzekają po kątach i póki tak będzie, zawsze będą słabsi. Siła nacisku nie jest, niestety, proporcjonalna do społecznego znaczenia. Gdyby tak było – żylibyśmy w kraju mlekiem i miodem płynącym. Trzeba się po prostu napracować, żeby mieć większą siłę przebicia. A tego jest w Polsce zdecydowanie za mało. FOR mogłoby zrobić dużo więcej dla rozwoju polskiej gospodarki i podwyższenia poziomu praworządności, gdyby więcej przedsiębiorców, managerów i innych ludzi nas wspierało.

Co lubi Leszek Balcerowicz?

Zegarki – nosi Longinesa, którego dostał od wychowanków w prezencie na 60. urodziny  (mam tylko jeden)
Kuchnia – chińska, włoska, tajska
Wypoczynek – w Polsce Mazury. Często bywa we Włoszech. Podziwia parki narodowe w USA
Samochody – „Mój ociec był wielkim miłośnikiem motoryzacji, co w PRL nie było łatwe. Mam prawo jazdy od 16. roku życia. Jedną z największych przyjemności jest dla mnie prowadzenie samochodu. Zaczynałem od małego Fiata, potem miałem Moskwicza, Ładę Samarę, Hondę, Toyotę. Obecnie mam Audi A4 z napędem na 4 koła.”
Hobby – „W moim życiu dużą rolę odgrywał sport wyczynowy – lekkoatletyka, a potem przerzuciłem się na lżejsze bieganie. Od kilku lat – razem z żoną – jeździmy na rowerach. Poza tym gram w ping-ponga z moim wnukiem. Ruch ma ogromne znaczenie, gdy ma się stresującą pracę. W wolnych chwilach czytam kryminały w różnych językach. Ulubieni autorzy? Amerykańscy klasycy gatunku – Raymond Chandler i Ross Macdonald, ale też Skandynawowie, szczególnie ciekawy jest Jo Nesbø. Odkrywam ciągle nowych autorów, przeczytałem niedawno wszystkie książki Lee Childa.”

 

Adam Ustynowicz

Adam Ustynowicz, producent i reżyser filmowy, należy do szczęściarzy, którzy łączą pracę i hobby. Ukończył Wydział Lotniczy, pisał doktorat, marzył o tym, żeby polecieć w kosmos. Jakby tego było mało – dostał się na studia do elitarnej łódzkiej „Filmówki”.

Działo się to w połowie lat 80., gdy zdolni absolwenci uczelni filmowej szerokim łukiem omijali telewizję. W związku z tym wspólnie z żoną zdecydował się na wyjazd do Chin, gdzie pracowali jego teściowie. I tam znów uśmiechnęło się do niego szczęście. W lokalnej gazecie przeczytał, że do Pekinu przyleciał właśnie wielki włoski reżyser Bernardo Bertolucci, który ma kręcić tam „Ostatniego cesarza”. Niewiele myśląc Adam Ustynowicz wybrał się na plan i podszedł do mistrza. Po kilku minutach rozmowy otrzymał zaproszenie na dwutygodniową praktykę, która przedłużyła się do trzech miesięcy asystowania przy produkcji słynnego filmu.

Po powrocie do kraju, korzystając z możliwości, jakie stwarzał wprowadzony właśnie wolny rynek, założył własną firmę. Tym razem przekonał do współpracy najwybitniejszego polskiego pisarza s-f Stanisława Lema i przygotował poświęcony mu pełnometrażowy dokument. Film powstał na zamówienie brytyjskiej BBC, która zapewniła młodemu reżyserowi całkowitą swobodę działania. Film doczekał się wielu emisji. Wkrótce – na rosnącej fali nowego zainteresowania S. Lemem – powstanie w podkrakowskim studio Alwernia wersja HD utworzona z negatywów filmowych 16 mm.

– Tematyka lotnicza i kosmiczna towarzyszy mi przez cale życie – stwierdza A. Ustynowicz. – Wyprodukowałem 250 filmów i programów na ten temat, które prezentowała Telewizja Edukacyjna. Ale to nie wszystko – udało mi się nawiązać znakomite kontakty z amerykańskimi astronautami polskiego pochodzenia.

W 1997 r. zrealizował w studio TVP niezwykłą transmisję z lądowania sondy Pathfinder na powierzchni Marsa. Gościem specjalnym programu był gen. Charles Duke – pilot Apollo 16, który w 1972 r. stanął na powierzchni Księżyca.

Na marginesie, choć A. Ustynowicz dotychczas nie poleciał w kosmos, to jednak przeżył namiastkę tego, co czują astronauci. Podczas specjalnego lotu treningowego ,,Zero G” 30 razy po pół minuty szybował w stanie nieważkości. Razem z Ambasadą USA i Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności zaprosił do naszego kraju Scotta Parazynskiego i George’a Zamkę. Co więcej, namówił ich, żeby zabrali na pokład wahadłowca plakietkę 7. Eskadry im. Tadeusza Kościuszki, utworzonej przez amerykańskich pilotów-ochotników, którzy walczyli z bolszewikami w wojnie 1920 roku. Warto wspomnieć, że emblemat ten zdobił też myśliwce słynnego Dywizjonu 303. Kolejnym eksponatem z naszego kraju, który poszybował w przestrzeń, był rysunek dziesięciolatka z Gorzowa Wielkopolskiego, zwycięzcy konkursu plastycznego.

– Kiedy spotkałem Geoge’a Zamkę zapytałem go, czy chciałby posłuchać w kosmosie Chopina – mówi Adam Ustynowicz. – Początkowo trochę się zdziwił, bardziej odpowiednie wydawało mu się brzmienie elektroniczne. W końcu jednak się zgodził. Stwierdziłem, że to fantastyczna okazja do promocji naszej kultury. Skontaktowałem się z wybitnym pianistą Karolem Radziwonowiczem, który zgodził się na udział w projekcie. Sam wybrałem utwory, które moim zdaniem najpełniej oddają emocje astronautów na orbicie: zachwyt, uniesienie, tęsknotę. Po kilku miesiącach G. Zamka, który został dowódcą kolejnej ekspedycji, zabrał płytę w bagażu podręcznym. Największą przyjemność sprawiła mi jednak wiadomość, którą od niego otrzymałem po powrocie na Ziemię: „Słuchaliśmy Chopina w kosmosie, to wspaniałe uczucie. Był jak 7. członek załogi”.

Załoga STS-130 Endeavour dostarczyła do stacji kosmicznej kopułę z siedmioma dużymi oknami, przez które można było jak nigdy dotąd fotografować i filmować Ziemię. Wcześniej astronauci robili zdjęcia przez bulaje podobne do okrętowych. Podczas wyprawy astronauci wykorzystywali każdą wolną chwilę do robienia zdjęć filmowych, których inspiracją była muzyka Chopina. Niezwykły talent fotograficzny objawił japoński astronauta Soichi Noguchi, który 6 miesięcy spędził na pokładzie Stacji Kosmicznej.

– Przez wiele miesięcy, korzystając wyłącznie z własnych środków, montowałem film, który jako pierwszy łączył kosmos i muzykę Chopina, kojarzonego dotąd z polskim dworkiem i wierzbą płaczącą – opowiada A. Ustynowicz.  – Od początku byłem pewien, że tego typu praca może zmienić sposób postrzegania muzyki naszego wielkiego kompozytora, którego naz­wisko jest najlepiej rozpoznawalnym w świecie symbolem Polski. Chciałem pokazć uniwersalność i ponadczasowość polskiego Romantyzmu.

Po raz pierwszy „Chopin – The Space Concert” został zaprezentowany 21 października 2012 roku podczas konferencji inaugurującej wejście naszego kraju do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Projekcji towarzyszył koncert w wykonaniu K. Radziwonowicza i kwintetu smyczkowego. Obecni na sali Japończycy, którzy obok nas są największymi w świecie entuzjastami Chopina, zwrócili się do reżysera z propozycją powtórzenia koncertu w ich kraju. Kolejne tego typu pokazy mają się odbyć w kilku parlamentach europejskich.

Choć film zdobył Grand Prix na fes­tiwalu w Monaco, w Polsce słyszało o nim na razie niewiele osób. Pewnie się to zmieni za sprawą premiery Blu-Ray i DVD, która nastąpi 8 października. Dystrybucję prowadzi firma Warner Classics, która po przejęciu EMI Classics ma ambicje stać się największą firmą na rynku muzyki klasycznej.

– Mam pomysł, żeby pójść krok dalej i pokazać światu „kosmicznego Chopina” jako wizytówkę polskich firm z branży technologii innowacyjnych – dodaje A. Ustynowicz. – Jest w Polsce wielu ludzi, którzy potrafili spełnić swoje marzenia i dla których nie ma rzeczy niemożliwych. Wizerunek Polski w świecie to nie reklamowe slogany, ale odważni i kreatywni ludzie i stworzone przez nich najwyższej jakości produkty. Technologiczna perfekcja, wyrafinowana prostota i romantyczna wyobraźnia – to wszystko utożsamia Chopin w kosmosie. Warto dodać, że kosmiczną pasję Adam Ustynowicz podziela z córką, która ukończyła kosmonautykę.

Co lubi Adam Ustynowicz?

Zegarki – Omega Speedmaster (księżycowy)
Fashion – Yves Saint Laurent
Wypoczynek – Seszele, gdzie był 2 razy i chętnie wróci po raz kolejny
Kuchnia – polska, ale z dworku, a nie karczmy
Samochód – Volvo od wielu lat
Hobby – lotnictwo, kosmonautyka. Uzyskał licencję pilota. Muzyka klasyczna, nurkowanie i tenis

Mirosław Godlewski

Rozmowa z Mirosławem Godlewskim, Prezesem Netia SA

– Jak rozpoczęła się pańska kariera managerska?
– Wcale jej nie planowałem. Podczas studiów na Politechnice Warszawskiej byłem przekonany, że zostanę programistą. Stało się jednak inaczej. Na początku lat 90., w okresie przełomu, kształtujący się rynek stwarzał setki różnych możliwości. Na czwartym roku studiów podjąłem etatową pracę w firmie specjalizującej się w badaniach marketingowych. Kiedyś, pod nieobecność szefa, pojawił się zagraniczny klient. Wprawdzie miałem najkrótszy staż, ale za to sprawnie mówiłem po angielsku, więc musiałem się nim zająć. Jak się wkrótce okazało, był to Niemiec z PepsiCo, który organizował w Polsce oddział tego koncernu. Wkrótce potem zaproponował mi zmianę pracy. Byłem jednym z dziesięciu pierwszych pracowników Pepsi-Coli w naszym kraju. Początkowo pełniłem funkcję managera sprzedaży, żeby 5 lat później wejść w skład zarządu a potem zostać prezesem.

– Ile miał pan wtedy lat?
– Zaledwie 33, a podlegało mi 1,3 tys. pracowników. Dobrze zdawałem sobie sprawę z własnych ograniczeń, więc po dołączeniu do zarządu polskiej Pepsi-Coli, zdecydowałem się na studia MBA w brytyjskim Ashridge Management College. W trakcie studiów natknąłem się na badania, które stwierdzały, że połowa osób, zmienia pracę w ciągu roku od ukończenia MBA. Wówczas nie chciało mi się w to wierzyć, ale również w moim przypadku okazało się to prawdą. Sytuacja polskiego oddziału Pepsi-Coli była ustabilizowana, a ja chciałem zarządzać zmianami. Poza tym – mówiąc pół żartem, pół serio – chciałem sprawdzić czy jest inna „Way” niż „Pepsi Way”.

– Kto stworzył panu taką szansę?
– Amerykańska spółka GATX, która przejęła firmę Dec Sp. z o.o. dysponującą 80 proc. polskiego taboru cystern kolejowych. Firma świadczyła dotychczas klasyczne usługi transportowe. Moim zadaniem było przekształcenie ich w długoterminowy najem. Po trzech latach, gdy z większością klientów zawarliśmy pięcio lub siedmioletnie kontrakty, stwierdziłem, że nie mam już nic ciekawego do roboty. I tak – za sprawą Enterprise Investors – właściciela Opoczno SA, przez rok zarządzałem tą spółką. Sprzedaż zrestrukturyzowanego Opoczno Cersanitowi, zbiegła się z propozycją od innego funduszu inwestycyjnego, islandzkiego Novatora, objęcia stanowiska prezesa Netii. Wtedy Netia to było jedno wielkie wyzwanie, dlatego nie ukrywam, że dopiero po dłuższej chwili wahania zdecydowałem się przyjąć tę propozycję.

– I to już na drugą kadencję…
– Ja nie traktuję sprawy kadencyjności zbyt dosłownie. Zos­tałem powołany na kolejne 5 lat, ale przecież w każdej chwili mogę zostać odwołany – weryfikacja następuje i powinna następować w sposób bieżący.

– Biorąc pod uwagę wyniki, jakie osiąga Netia wydaje się to mało prawdopodobne… Przez większość życia zawodowego jest pan top managerem. Co wydaje się panu najważniejsze w tej pracy?
– W nowej firmie trzeba umieć szybko stawiać diagnozę i niezwłocznie wprowadzać konieczne zmiany.

– Cechuje to młodych managerów.
– Mnie nauczyło tego doświadczenie, które zdobywałem latami. Często powtarzam współpracownikom, że nic nigdy nie dzieje się dostatecznie szybko…

– Wielu managerów zmieniając pracodawcę, zabiera swój zespół.
– Nigdy tego nie robię, nie mam stałych wieloletnich współpracowników. Grupa kadry zarządzającej nie może stanowić kliki kierującej się własnymi interesami. Na rynku jest wielu bardzo zdolnych ludzi, tylko trzeba pozwolić im działać.

– Co powinno cechować prawdziwego managera?
– Umiejętność połączenia skrajności. Rozumiem przez to umiejętność godzenia holistycznego, strategicznego planowania z codziennym pilnowaniem detali. Kolejna sprawa to zdecydowane nastawienie na realizację celu, które jednak musi się łączyć z dbałością o dobrą atmosferę w zespole.

– A czego pan nie akceptuje?
– Wazeliniarstwa, potakiwania i fałszywej jednomyślności. Oczekuję od moich współpracowników kreatywności. Tylko w ten sposób buduje się wartość biznesu. Niezależnie od sytuacji nie umiem pogodzić się z trwałym brakiem efektów. Zawsze kryje się za tym czyjś błąd lub zaniedbanie. Jestem też skrajnie uczulony na zachowania nieetyczne, niezależnie od wyników, jakie osiąga określony pracownik.

– Zarządzana przez pana Netia przejmuje coraz większe obszary rynku. Jest jak lokomotywa, której nie są w stanie zatrzymać konkurenci.
– Nie lubię się chwalić, ale rzeczywiście mamy powody do zadowolenia. Przez ostatnich 6 lat nasze zyski wzrosły 4-krotnie, przychody dwuipółkrotnie, a liczba abonentów zwiększyła się trzykrotnie. Złożyło się na to bardzo wiele czynników: między innymi odpowiednia polityka cenowa, silny marketing, innowacyjność i dobrze zrealizowane akwizycje. Przy tak dużym tempie wzrostu nie zanotowaliś­my żadnej poważnej wpadki. Tylko parę razy, na początku 2007 roku, gdy zaczynaliśmy przełamywać monopol TP SA w zakresie dostępu do internetu na ich sieci oraz pod koniec 2009 roku, mieliśmy swego rodzaju „klęski urodzaju”, spowodowane zaprezentowaniem bardzo atrakcyjnych ofert i efektywnych kreacji reklamowych. Dochodziło wtedy m.in. do opóźnień w aktywacjach i utrudnionego kontaktu z infolinią, ale nie towarzyszył temu szczególnie negatywny oddźwięk w mediach.

– Obecnie firma stawia na modernizację sieci.
– Na inwestycje wydajemy ponad 200 mln zł rocznie. W pop­rzednich latach, używając branżowego języka – uwalnialiśmy pętlę abonencką TP. Obecnie największy nacisk kładziemy na rozwój i modernizację własnej sieci, z którą docieramy do około 2,5 mln lokali a po podłączeniu również sieci kablowych po dawnym Aster w Warszawie i Krakowie, będziemy docierać do około 3 mln lokali. Modernizacja w praktyce oznacza, że zbliżamy się ze światłowodami do końcowych klientów. Łączy się z tym stopniowa wymiana technologii ADSL na VDSL i ETTH. Można w ten sposób osiągnąć nawet tysiąckrotne przyspieszenie transmisji danych. Klientom indywidualnym oferujemy maksymalnie 100 Mb/s, zaś dla firm praktycznie nie ma w tym zakresie żadnych ograniczeń, mogą to być nawet dziesiątki Gigabitów na sekundę.

– Przed spotkaniem z panem znalazłem w Internecie sporo opinii waszych klientów, jak np.: „Netia zmodernizowała linię i w mojej okolicy rozpoczęła działalność w systemie VDSL. Na skantarku pomiar wykazał, że moja linia może wyciągnąć ponad 30 Mbit/s. Zamówiłem wersję bez limitu i dostałem router VDSL Technicolor.” Nie kryję, że jako klient konkurencyjnej firmy od lat walczę z połączeniem 6 Mbit/s, które ciągle się rwie…
– Mogę tylko powiedzieć: proszę zmienić operatora. Jeśli połączenie kablowe, którym pan dysponuje, okaże się nieodpowiednie, jesteśmy w stanie zaproponować łączność radiową na poziomie 100 Mbit/s. Takie łącze kosztuje oczywiście dużo więcej niż normalne łącze kablowe, dlatego jest to raczej rozwiązanie dla terenów pozbawionych infrastruktury kablowej i raczej dla firm, niż klientów indywidualnych. Generalnie rzecz biorąc łączność na poziomie 10-50 Mbit/s wyczerpuje dziś oczekiwania nawet bardzo wymagających klientów.

– Pod koniec 2011 roku media informowały o wielkiej transakcji: Netia kupiła za 944 mln zł operatora telefonii stacjonarnej Dialog, a za 100 mln zł radiowego operatora dla biznesu Crowley Data Poland. Jak wyglądał proces łączenia firm?
– Naszym celem było stworzenie „Stanów Zjednoczonych Netii”. Każda ze spółek wniosła coś nowego i wartościowego: wysokiej klasy specjalistów, klientów, rozwiązania produktowe. Nasz Assessment Centre rzetelnie ocenił kompetencje poszczególnych managerów, którzy znaleźli swoje miejsca w nowej organizacji. Dyrektorzy z Dialogu i Crowleya zajmują dziś kilka kluczowych stanowisk w Nowej Netii.

Scalenie firm oznacza też poważne oszczędności – nie było oczywiście potrzeby dublowania określonych działów. Chciałbym podkreślić, że decydując się na akwizycję – przejmujemy 100 proc. udziałów danej firmy. Wariant polegający na zakupie części akcji i budowaniu luźno połączonej grupy firm nie przynosi synergii, jest znacznie trudniejszy do przeprowadzenia i efektywnego zarządzania w przyszłości.

– Jednym z symboli pozycji, jaką zajmuje na polskim rynku Netia jest organizowany już po raz piąty Kongres „Biznes to Rozmowy”.
– Rzeczywiście, nasz Kongres wpisał się już na stałe do kalendarza najważniejszych wydarzeń biznesowych. Jak co roku, i tym razem weźmie w nim udział ponad 1 000 osób. Gościem specjalnym tegorocznego Kongresu będzie Jeremy Gutsche jeden z najbardziej rozchwytywanych mówców, twórca Trendhunter.com – najważniejszego serwisu internetowego w świecie „trend-spotting’u”, czyli wychwytywania nowych trendów. W latach poprzednich gościliśmy Steve’a Woźniaka, współzałożyciela Apple, Tima Bernersa-Lee – „ojca chrzestnego” Internetu oraz Randi Zuckerberg, byłą szefowa marketingu Facebooka a jednocześnie siostrę założyciela oraz Stewarta Butterfielda współzałożyciela Flickr. Warto podkreślić, że „Biznes to Rozmowy” to nie jest wydarzenie stricte telekomunikacyjne. Prelegenci i zaproszeni goście reprezentują wiele różnych dziedzin i branż, co czyni z naszego Kongresu wyjątkowe forum wymiany opinii i pomysłów. Tak więc, innowacyjność była motywem przewodnim, organizacji Kongresu po raz pierwszy, ale przy każdej kolejnej edycji staramy się jeszcze bardziej uatrakcyjnić formułę tego wydarzenia. Zapraszam na tegoroczną edycję już 3 października.

Co lubi Mirosław Godlewski?

Zegarki – Omega
Pióra – „Bamboo Pen”, który służy do pisania na iPadzie, a po odwróceniu zamienia się w długopis
Fashion – preferuje styl casual, często kupuje garnitury firmy Boss
Wypoczynek – W lecie – Jurata lub Rodos. Zimą – snowboard w Dolomitach
Kuchnia – włoska
Restauracja – „Dom Polski” w Warszawie
Samochód – służbowe Audi A6
Hobby – gadgety elektroniczne, ze wskazaniem na Apple. Snowboard i kitesurfing

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...