.
Strona główna Blog Strona 436

Medycyna estetyczna

Rozmowa z Katarzyną Chwedoruk, dyrektorem ds. medycznych Kliniki Medycyny Estetycznej SkinClinic.

– Kierowana przez panią klinika, jak mówi hasło reklamowe, powstała z pasji do pięknego ciała. Jak to się zaczęło?
– Miejsce pod marką SkinClinic funkcjonuje od 3 lat, natomiast działalność kosmetyczno-medyczną rozpoczęliśmy jako pierwsi w Polsce już w roku 1992. Na początku zaproponowaliśmy Polkom innowacyjne w tym czasie odchudzanie komputerowe. Specjalizowaliśmy się również w zabiegach typu beauty – takich jak na przykład makijaż permanentny. Dzięki nam premierę w Polsce miał w 2004 roku zabieg implantacji Złotych Nici.

– Kiedy właściwie zaczął się w Polsce boom na medycynę estetyczną?
– Myślę, że początek lat 90. jest takim momentem. Wszystko, co się wtedy pojawiało na rynku było absolutną nowością – zwłaszcza jeżeli dotyczyło rozwiązań technologicznych. Moda na wykorzystywanie urządzeń we wszystkich zabiegach trwała przez kolejne kilka lat. Po pewnym czasie większy nacisk zaczęto kłaść na znaczenie kosmetologii i nieinwazyjnych metod estetycznych. Rynek zaczął się też mocno różnicować, a dzięki wprowadzaniu kolejnych rozwiązań i otwieraniu nowych klinik, zabiegi estetyczne stały się bardziej dostępne dla dużej liczby pacjentów.

– Ile osób pracuje w SkinClinic?
– SkinClinic może poszczycić się najlepszym na rynku zespołem ekspertów medycyny estetycznej i pielęgnacji kosmetycznej. To specjaliści w swoich branżach, cenieni w środowisku i przez pacjentów, mający wieloletnie doświadczenie. Obecnie w SkinClinic pracuje 20 osób.

– Co jest hitem w pani klinice?
– Wszystkie zabiegi w swoich kategoriach są niezwykle popularne. SkinClinic wyznacza trendy i kreuje standardy w podejściu do rozwiązywania problemów skóry i jej pielęgnacji. Nasz sukces opiera się na ciągłych inwestycjach w nowe urządzenia i rozwiązania medycyny estetycznej. W tej chwili możemy poszczycić się kolejną rewolucyjną technologią, która dostępna jest wyłącznie w klinice: to Ulthera – nowość również na światowym rynku. To urządzenie do nieinwazyjnego liftingu skóry, którego rezultaty są porównywalne z efektami, jakie daje chirurgia plastyczna.

– Jak wygląda państwa oferta zabiegowa?
– Nasze menu zabiegowe jest bardzo rozbudowane i wciąż dodajemy do niego nowe pozycje. Zachęcam państwa czytelników do wizyty na naszej nowej stronie internetowej. Można tu wybierać zabiegi w zależności od problemu skóry czy konkretnego obszaru ciała. Co ważne, w obrębie jednego zagadnienia estetycznego – na przykład, liftingu skóry – proponujemy kilka różnych rozwiązań. Dla pacjentów mogą być one podobne, ale pozwalają lekarzom wybrać najbardziej skuteczną i odpowiednią metodę dostosowaną do ich oczekiwań.

– Czy te zabiegi są bolesne?
– Odczuwalność zabiegów jest różna, w zależności od zastosowanej metody czy technologii. Główną cechą tworzonych w tej chwili urządzeń czy nowych rozwiązań estetycznych jest ich możliwie najniższa bolesność lub po prostu jej brak. Jest to również kwestia indywidualna dla każdego pacjenta. Nasze odczucia są różne i mogą również wynikać z oczekiwań co do zabiegów – warto pamiętać, że nawet nieinwazyjne procedury stanowią ingerencję w strukturę skóry.

– Klinika, pacjenci, zabiegi – to określenia czysto medyczne…
– Medycyna estetyczna czerpie inspiracje i wykorzystuje osiągnięcia tej klasycznej. Na przykład, botox został najpierw wprowadzony jako środek do leczenia przykurczy i tików nerwowych, a następnie wykorzystano go w anti-agingu. SkinClinic ma status Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej. To potwierdzenie przeprowadzania zabiegów według najwyższych standardów i podkreślenie bezpieczeństwa stosowanych w klinice procedur medycznych.

– Jak duże jest obecnie zainteresowanie zabiegami medycyny estetycznej?
– Coraz większe – głównie dlatego, że tradycyjna, inwazyjna chirurgia plastyczna ustępuje miejsca nowoczesnym technologiom estetycznym oraz zaawansowanej kosmetologii. Warto podkreślić, że jest to zjawisko pozytywne – oznacza korzyści zarówno dla pacjentów, jak i lekarzy przeprowadzających zabiegi upiększające. Kobiety są coraz bardziej świadome konieczności dbania o swoje ciało również z pomocą ekspertów i profesjonalnych rozwiązań estetycznych. Trend ten coraz bardziej uwidacznia się również w przypadku mężczyzn, którzy stanowią już dużą grupę naszych klientów.

– No właśnie, a z jakich zabiegów najczęściej korzystają mężczyźni?
– Oczekiwania mężczyzn w zakresie pielęgnacji skóry i ciała są bardzo różne. W większości posiadają oni co najmniej podstawową wiedzę na temat rozwiązań estetycznych, które są dla nich przeznaczone i najczęściej potrafią precyzyjnie określić swoje potrzeby. Najchętniej poddają się zabiegom z zakresu wyszczuplania ciała i kuracjom regenerującym skórę. Dużą popularnością cieszy się wśród panów nowatorska metoda usuwania tkanki tłuszczowej Body Jet.

– Na czym polega zabieg Body Jet?
– To najskuteczniejsze obecnie urządzenie przeznaczone do wyszczuplania i modelowania sylwetki. W czasie zabiegu kaniulą podawany jest specjalny roztwór, który uwalnia komórki tłuszczowe z tkanki łącznej. Substancja ta jednocześnie znieczula operowany obszar. Następnie płyn razem z komórkami tłuszczowymi jest delikatnie odsysany z obszaru ciała poddawanego zabiegowi. Procedurę wykonuje się jedynie w znieczuleniu miejscowym i jest mało inwazyjna, dzięki czemu okres rekonwalescencji został praktycznie wyeliminowany. Pacjenci już po dwóch dniach po zabiegu mogą normalnie wrócić do swoich codziennych zajęć.

– Z państwa usług korzystają też gwiazdy…
– To prawda. Różnorodnością i wyjątkowością naszego menu zabiegowego zachwyciła się między innymi Edyta Górniak, Magdalena Cielecka, Karolina Malinowska, Maja Ostaszewska, Magdalena Różczka, Edyta Olszówka, Anna Jagodzińska.

– Czy można przejść u państwa totalną metamorfozę?
– Program całkowitej metamorfozy to nasz wyjątkowy projekt. Kompleksowo pomagamy zmienić sylwetkę, przywrócić harmonijne kształty, poprawić kondycję skóry i zmienić wygląd na młodszy. Oczekiwane przez pacjentów zmiany są przeprowadzane pod okiem naszego zespołu – lekarzy i ekspertów pielęgnacji, którzy proponują terapie łączone i uzupełniające.

– Obserwujemy więc w tej chwili prężny rozwój medycyny estetycznej…
– Tak, zauważalny dynamiczny rozwój medycyny estetycznej potwierdzają statystyki opisujące zmiany zachodzące w klinikach oraz analizy potrzeb i oczekiwań pacjentów. Warto podkreślić też, że rozwój medycyny estetycznej w Polsce odbywa się równolegle do postępu tej branży na świecie. Można nawet powiedzieć, że jesteśmy w czołówce, która wyznacza trendy i na której wzorują się inne rynki. Szybki rozwój i ogromna popularność medycyny estetycznej sprawia jednak, że elementem wykorzystywanym w osiąganiu przewagi nad konkurentami nie jest jakość, ale cena zabiegu i sposób jego przeprowadzania. Problemem jest wyposażenie wielu miejsc oferujących zabiegi estetyczne oraz zdolności lekarzy. Urodę możemy poprawić i podkreślić, ale również sprawić, że procedura przyniesie jeszcze więcej szkód skórze i ciału.

– Czy to trudny biznes?
– Na pewno wymagający, ale też dający ogromną satysfakcję w przypadku osiągnięcia sukcesu. To dostarczanie pacjentom czegoś więcej niż tylko określonej usługi z cennika – to sprawianie, że mogą oni zmienić swój wygląd, a dzięki temu niejednokrotnie zmienić swoje życie. To także poznawanie i budowanie relacji z wieloma interesującymi osobami oraz pomoc w rozwiązywaniu ich problemów medycznych.

Co lubi Katarzyna Chwedoruk?

Ubrania
– włoskiej marki Celyn b.
Biżuteria – raczej nie nosi, ale podobają jej się wyroby duńskiej firmy Dyberg/Kern
Kuchnia – włoska i azjatycka
Restauracja – Baccio, Deco Kredens w Warszawie
Samochód – BMW
Hobby – praca, sport, podróże

Wonna I de Jong

Rozmowa z Wonną I de Jong, wybitną inwestorką ze Szwecji

– Na początku muszę wyjaśnić sposób zwracania się do pani, Iwono czy Wonno?
– Od dawna używam imienia Wonna, nie lubiłam nigdy swojego imienia Iwona. Kiedyś byłam Ivette, tak się przedstawiałam znajomym. Dzisiaj definitywnie jestem Wonna… a nazwisko de Jong to taki niderlandzki Kowalski. Noszę je po moim trzecim, holenderskim mężu.

– Przez wiele lat pracowała pani w zaciszu, z dala od mediów, na swój dzisiejszy sukces. Koronowano panią jednego dnia na „królową nieruchomości” w Szwecji, i nagle, jak z rogu obfitości posypały się propozycje wywiadów i występów telewizyjnych?
– Sama jestem zaskoczona tym całym zamieszaniem wokół mojej osoby. Ta wrzawa medialna była spowodowana przede wszystkim moim udziałem w programie „Den hemlige miljonären” (Ukryci milionerzy”). Nie będę udawała skromnej dziewczynki i kłamała, że to w pewien sposób nie łechce mojej kobiecej próżności. Zazwyczaj wchodząc w wielkie interesy, zdobywając coraz większy majątek, gdzieś w podświadomości czai się takie naturalne oczekiwanie na aplauz, jak po dobrym spektaklu teatralnym nagradza się aktorów.

– Czym się pani kierowała decydując się na udział w „Den hemlige milionären” i na tydzień zamieszkania w dość spartańskich warunkach ze 130 zł w kieszeni?
– Otóż, kiedy zaproponowano mi udział w tym programie to pomyślałam sobie, że moja partycypacja może dodać temu programowi innej jakości. A ja zdobędę nowe doświadczenie i zrealizuję misję, w pewnym sensie wsparcia szlachetnej idei wolontariatu. Będę taką wartością dodaną do misji edukacyjnej. Nie szukałam popularności, przedtem bowiem wystąpiłam w innych programach telewizyjnych i radiowych. Nie byłam no name’m. Program osiągnął wielki sukces i ogromną oglądalność. Na koniec programu, ku zdziwieniu jego uczestników, wypisuję czeki na kilkaset tysięcy koron… Sverige är fantastisk (Szwecja jest fantastyczna) – i coś w tym jest. W państwie socjalnym, takim jak Szwecja, robimy wiele rzeczy, także przy otwartej kurtynie, które mobilizują społeczeństwo do myślenia zespołowego. A propos zasiłku, to udało mi się połowę zaoszczędzić z tej niewielkiej sumy.

– Imperium warte miliard koron, czuje się pani kobietą sukcesu?
– Na ten sukces pracowałam wiele lat. Nie wygrałam go na loterii. Z perspektywy tych wszystkich lat pokuszę się o nies­kromne twierdzenie, że jest to sukces wyjątkowy. W ostatnich latach zgromadziłam majątek warty ok. miliarda koron szwedzkich (430 mln złotych). Na tę wartość składa się 850 mieszkań, 100 lokali użytkowych oraz mój dom w Djursholm i zamek Yxtaholm. Może to i konsekwencja tego, że jak większość moich przyjaciół uważa, nie należę do osób tuzinkowych. Kiedy inni wydawali pieniądze, ja oszczędzałam. Kiedy dookoła bawiono się, ja ciężko pracowałam. Wielkie pieniądze potrzebują koncentracji i spokoju. Dopiero przy anonsowaniu reality show, w którym wzięłam udział w szwedzkiej telewizji, informacja poszła w świat, że oto istnieje taka Wonna I de Jong, która urodziła się w Polsce. Zainteresowanie moją osobą przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Poczułam się w pewnym sensie celebrytką. Codziennie otrzymuję zaproszenia na eventy i coraz to nowe oferty instytucji finansowych. Po 1. lutego, kiedy wyemitowano program w szwedzkiej telewizji Kanal 5, zatkały się totalnie moje skrzynki e-mailowe i Facebooka.

– A wszystko zaczęło się kilkadziesiąt lat temu w mazowieckim Przasnyszu? Czy to prawda, że handlowała pani pietruszką na przasnyskim rynku? Z mediów szwedzkich jawi nam się Iwonka Koziatek – „dziewczynka z zapałkami” z baśni Andersena?
– Dziennikarze wprowadzają czytelników w błąd niewłaściwie interpretując moje wypowiedzi. W Przasnyszu mieszkałam w ogromnym domu, a moi rodzice nie byli biedni. Odwrotnie. Gdzieś wspomniałam w wywiadzie dla szwedzkich mediów, że jako sześciolatka zanosiłam pietruszkę i szczypiorek dla pani Szarmach, właścicielki sklepu. Tak, bo mieliśmy duży ogród i spory warzywniak. To takie dziecinna chęć dorobienia do kieszonkowego. To tak jakby – a w tych czasach było to nagminne – o milionach dzieciaków w Polsce pisało się, że żyły z handlu butelkami, co dzisiaj odczytywane jest za postawę obywatelską i ekologiczną. Ale ja nie musiałam tego robić. Jeżeli to by napisano w odpowiednim kontekście, to inaczej też by brzmiało w mediach. A tak wykrzywia to w pewien sposób mój wizerunek.

– Była pani ponoć najlepszą uczennicą w przasnyskiej podstawówce i liceum?
– Zawsze miałam świadectwa z czerwonym paskiem. Miałam szczęście do znakomitych pedagogów zarówno w szkole podstawowej, jak i liceum im. KEN. Ale jak powracam pamięcią do lat szkolnych, to miewam także i mieszane uczucia. Żałuję, że nikt nie docenił wówczas moich przeróżnych talentów. Miałam żyłkę społecznikowską, moi rówieśnicy często to wykorzystywali i prosili mnie o napisanie pracy domowej. A ja pisałam. Występowałam na akademiach i moja polonistka zawsze powtarzała – Koziatkówna, ty powinnaś zostać aktorką. Ale nie było na to zgody w domu rodzinnym. Rodzice widzieli mnie na prawie albo na handlu zagranicznym. Już będąc w Szwecji wybrałam trzeci wariant – medycynę na Akademii Karolińskiej, gdzie spędziłam trzy lata. Potem studiowałam prawo, aby w końcu bez reszty poś­więcić się biznesowi.

– Na swojej wizytówce umieściła pani znamienne słowa: „If you can dream it, you can do it”. Co ma oznaczać ten przekaz?
– Jeżeli o czymś marzysz, to możesz to zrealizować. W moim przypadku to nie banał. Jako kilkulatka zafascynowana byłam zagranicą, kolorowym światem i dobrobytem zachodnim, który w porównaniu z szarą rzeczywistością polską, a co dopiero przasnyską, tam był – tak się wydawało – na wyciągnięcie ręki. Wtedy kolekcjonowało się wszystko, co symbolizowało ten lepszy świat. Ja miałam to szczęście, że moja starsza siostra wyszła za mąż za Niemca, który przysyłał jej katalogi z meblami, ubraniami etc. Kiedyś w jednym z takich folderów zobaczyłam przepiękne zdjęcie pałacu, pod którym dostojnie stał Rolls-Royce z dżentelmenem w cylindrze i laską. Wtedy w dziecięcych marzeniach pojawiła się myśl, że może i mnie uda się zaistnieć w takim świecie dobrobytu. Kiedy swoim rówieśnikom mówiłam o swoich marzeniach, kim chcę być i co zamierzam osiągnąć, śmiali się w niebogłosy przez wiele lat. Ciekawe, czy dzisiaj – bez obrazy – ciągle się śmieją z tych moich ówczesnych marzeń?

– Nie sposób w kontekście innych powielanych przez media informacji zapytać, jak to było z tym szmuglem złota z dawnego ZSRR?
– Jako trzynastolatka pojechałam na wycieczkę szkolną do ZSRR z TPPR (Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej), którego byłam szefem koła w podstawówce. Wystroiłam się na ten wyjazd, zabierając najlepsze ubrania. Ale nie pojechałam tam z myślą o zarabianiu pieniędzy. Ten tzw. handel został spowodowany sytuacją na miejscu. Wielu Polaków w moim wieku pamięta dobrze te czasy i tzw. wycieczki do krajów wtedy zwanych demoludami. W tej ówczesnej szarzyźnie i mizerii radzieckiej wszystko, co było zagraniczne, było lepsze od rodzimego. Po prostu, proszono mnie o sprzedaż ciuchów, w których tam byłam i tak zrobiłam. Sprzedałam prawie wszystko. Wróciłam do kraju w dresie sportowym z widocznym na plecach rosyjskim napisem – Judo. Jak sprzedałam te rzeczy, to kupiłam złote obrączki i okazało się, że jest to opłacalne. Później takie obrączki sprzedawało się w komisie z wielokrotnym zyskiem. Ale cieszę się, że mogłam zobaczyć cały ZSRR, od Leningradu po Kazachstan. Przejechałam ZSRR 13 razy, samolotami, statkami, pociągami. Ale to też było wyzwanie, trzeba było wiedzieć, gdzie upłynnić towar, gdzie kupić złoto, aby nie być namierzonym. To taki bagaż doświadczeń, który zapewne zaowocował później w normalnym biznesie. Zgadzam się, że na potrzeby mediów wykorzystuje się takie historie, aby dodać pikanterii mojej biografii, uzasadnić źródła i genezę mojego dzisiejszego sukcesu.

– Wspomina pani często, że to „imperium” to rezultat wielu wyrzeczeń. Pamięta pani zakup pierwszej nieruchomości?
– Pierwszy raz pamięta się na zawsze. Nieruchomości zawsze kojarzyłam z czymś pewnym, „real estate”, to przecież coś, co istnieje naprawdę, to przeciwieństwo dzisiejszej rzeczywistości wirtualnej. Coś, co zawsze będzie miało swoją wartość. Do Szwecji przybyłam z Polski w 1979 r. Zamieszkałam w emigranckiej dzielnicy Sztokholmu – Rinkeby. Gdy urodził się mój syn, chciałam stamtąd się wyprowadzić do jakiejś bardziej nobliwej dzielnicy. Postanowiłam poszukać tzw. domku szeregowego, w Polsce bardziej znanego pod pojęciem bliźniak. Po jakimś czasie udało mi się kupić domek za 78 tys. koron. Nie było to jakieś miejsce premium, ale lepsze od Rinkeby. Przeprowadziłam remont i po niespełna dwóch latach sprzedałam tę nieruchomość za 430 tys. koron. Wtedy też mój kapitał przekroczył magiczną cyfrę miliona koron. Stałam się jeszcze bardziej wiarygodna dla banków, które odtąd stały się sojusznikami moich projektów. A branża nieruchomości jest bardzo kapitałochłonna. Nabrałam wtedy przekonania, że to jest mój segment rynku, w tym będę się realizować. Tym bardziej że ceny rosły jak szalone.

– Ale nie spoczęła pani na laurach i robiła pani też inne interesy?
– Widzi pan sam, ile mam energii. Czy ja mogłabym usiąść i nic nie robić? Łatwiej by było powiedzieć, czego nie robiłam. Miałam w tym czasie własne sklepy, handlowałam wszystkim, czym się dało. Kiedy byłam hostessą na targach medycznych w Sztokholmie na początku lat 80., poznałam ludzi związanych z sektorem medycznym, co dało mi możliwość handlu np. strzykawkami. Moje gromadzenie kapitału odbywało się wielotorowo i w różnych branżach. Potem przez wiele lat handlowałam, praktycznie z całym światem, dywanami, kasetami, kosmetykami. Mam jeszcze jedną zasadę, ja kupuję nieruchomości, ale nie sprzedaję. Mam swoistą świadomość posiadania i przywiązuję się do moich własności. To też uchroniło mnie przed skutkami kryzysu ostatnich lat.

– Czy miała pani już wcześniej przygodę z mediami?
– W 1999 roku wybierałam się do USA, gdzie miałam rozpocząć pracę w mediach, mieliśmy produkować programy telewizyjne, ale sytuacja zdrowotna mojego syna przekreśliła te plany. Syn mój bardzo ciężko zachorował i musieliśmy wrócić do Holandii. Mieszkaliśmy przez jakiś czas w USA i w Holandii. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na powrót do Szwecji z uwagi na to, iż Szwecja jest najbardziej stabilna, pewna i przewidywalna. Wtedy zrozumiałam, że z uwagi na to, że mój syn jest ciężko chory, muszę budować coś, co przetrwa mnie, a dla potomnych pozostanie wielki majątek.

– Posiada pani intuicję do robienia pieniędzy. Jaki jest pani przepis na sukces?
– Jestem bardzo pracowitą osobą. A więc, po pierwsze, praca. Dalej zarządzanie: umiejętne i konsekwentne zarządzanie. No i trzeba mieć zapewne jakiś talent, co z kolei przekłada się na wiele funkcji w zarządzaniu. Nie potrzebuję wiele snu. Sypiam po kilka godzin i to mi wystarcza. Lubię mieć kontrolę nad wszystkim i całym moim interesem. Dlatego też nie zamierzam udać się na giełdę z moim przedsiębiorstwem. Dość szybko się uczę, dzięki fenomenalnej pamięci. Kiedy rozstrzygam oferty, np. budowlane, wcześniej przygotowuję się merytorycznie do zadawania fachowych pytań, bardzo szczegółowych i profesjonalnych, tak że kontrahentom najczęściej oczy otwierają się ze zdziwienia, że kobieta może wiedzieć, o czym mówi. Jestem dociekliwa i ciekawska. Mam pełną kontrolę nad wydatkami, co stanowi dla mnie ważny element zarządzania. Ale intuicja jest ważna, czasami ignoruję analizy i prognozy rynkowe i dobrze na tym wychodzę. Pamiętam, kiedy robiłam biznesy z fondami banków szwajcarskich i postanowiłam jednego dnia wycofać wszystkie środki z ich kont. Spotkało się to z dużym zdziwieniem: po co to robisz, przecież te pieniądze zarabiają… Teraz kupuję nieruchomości – twardo powiedziałam. To były bardzo dobre pieniądze, ale miesiąc potem zaczęło wszystko lecieć w dół. Po trzech miesiącach dzwoni do mnie bankier ze Szwajcarii i pyta: Wonna, skąd ty wiedziałaś, że to nastąpi? A ja naprawdę nie wiedziałam, tylko poczułam, że jest czas się wycofać, taka kobieca intuicja.

– Sama o sobie pani mówi, że jest, selfmade, co oznacza, że sama się pani wykreowała jako businsesswomen?
– Aby efektywnie działać w czymkolwiek, już na początku stworzyć trzeba pewien system i struktury. Trzeba wiedzieć, co się chce uzyskać, postawić sobie cel. Trzeba mieć też klarowny biznesplan. Następnie konsekwentnie go realizować i mieć odrobinę szczęścia, któremu stale należy pomagać. Na początku sama się wszystkim zajmowałam. Nie korzystałam z porad konsultantów ani adwokatów. I do tego momentu, na starcie, selfmade businesswoman to określenie odpowiada mojej rzeczywistości. A był to moment najważniejszy. Szybko się rozwijałam w biznesie. Dzisiaj z dumą mogę stwierdzić, że cały majątek zdobyłam pracą i nie muszę być nikomu wdzięczna za swój sukces finansowy. To bardzo komfortowa sytuacja. A nie zawsze było łatwo, zwłaszcza w instytucjach i urzędach, u których dało się wyczuć pewną nieufność,  może jako do cudzoziemki i… atrakcyjnej kobiety. Jako że zawsze byłam sfokusowana na pracę, na karierę finansową, nie rozmieniałam się na drobne. To, co sobie zaplanuję – wykonuję, niektórzy przewrotnie mówią o mnie czarownica.

– To już się zaczynam bać… Może i coś w tym jest, bo spoglądając pani w oczy, odnoszę wrażenie, że to raczej czar osobisty niż zdolności – przepraszam za wyrażenie – wiedźmy…
– Czar osobisty jest w pewien sposób funkcją pomocną w efektywności biznesu. Nie do końca lubimy się spotykać w interesach z ludźmi niemiłymi, zamkniętymi, z posępnymi minami. Interes jest, co prawda, w pewnym sensie wojną, ale lepiej zamiast tzw. Killer insinct warto mieć coś, co ma każda kobieta, no powiedzmy prawie każda, czar osobisty, swego rodzaju niegroźną kokieterię, która jest wpisana w kobiecy charakter i genotyp.

– Podczas występów w programach polskich telewizji można było zauważyć duży talent medialny. Czy następne programy w telewizji szwedzkiej to krok w stronę kolejnej kariery, tym razem w show- biznesie?
– Moje zainteresowania sztuką, teatrem i filmem wywodzą się jeszcze z mojego okresu polskiego. Już jako dziecko nie bałam się sceny i wystąpień publicznych. Uwielbiałam widownię, miałam taki naturalny dar do prowadzenia akademii, konferansjerki, ba, nawet z sukcesami brałam udział w konkursach krasomówczych. Z perspektywy czasu widzę, że takie umiejętności mogą być i są bardzo przydatne w interesach. Trzeba posiadać to coś, siłę przebicia, swego rodzaju pewność siebie, co się przekłada na zdolności negocjacyjne, powiem trochę kolokwialnie, wygadanie, ale i umiejętność argumentowania, stawiania akcentów, robienia pauzy tam, gdzie potrzeba. A co do kariery w branży filmowej, to mam dość ambitne plany w tej dziedzinie.

– Zdradzi nam je pani?
– Mieszkałam jakiś czas w Ameryce. Mam tam wielu przyjaciół także w branży filmowej. Ostatnio, na początku stycznia, byłam zaproszona na premierę bardzo ciekawego obrazu „Violent Blue”. Do Hollywood pojechałam już ze swoimi własnymi pomysłami na film, a może na filmy. Tam są znakomici fachowcy i po wstępnych rozmowach, prezentacji kosztorysów, zdecydowałam się, że wejdę w ten biznes. O szczegółach jeszcze nie mogę rozmawiać, ale będzie to zapewne film, który odbije się szerokim echem w mediach. Mam sporo projektów w głowie, które powoli realizuję i myś­lę w tej chwili o produkcjach hollywoodzkich, bo film zawsze mnie interesował i fascynował. Chciałabym zacząć od produkcji średniobudżetowej. Na początku stawiam na kino edukacyjne, wstrząsowe, które ma uświadomić widzom oraz światu, ile złych rzeczy dzieje się wokół nas. Bo szok od czasu do czasu jest jak katharsis – oczyszczający.

– Czy kobiecie tak atrakcyjnej jak pani, uroda pomaga w biznesie?
– W programie DDTVN dziennikarka zapytała mnie na wstępie, czy jestem taką Alexis w biznesie. Szybko zripostowałam, że wolę być porównywana do Elisabeth Taylor. Moja uroda była zawsze dla mnie ogromną przeszkodą. Nie miałam żadnych korzyści z tego, że uznawano mnie za atrakcyjną. Odwrotnie. Wiem, że kobiety robią różne interesy, czasami wykorzystując swoją atrakcyjność. Nie znajdzie pan żadnego człowieka na świecie, który powie, że ja zrobiłam interes przechodząc przez łóżko. Czasami wręcz odwrotnie, jestem uważana za heterę. Zdarzało się, że mężczyźni zakochiwali się we mnie w bardzo głupi sposób. A dla mnie to była przeszkoda w biznesach. Nikt nigdy nie chciał uwierzyć, że tego nie rozumiem i nie chcę wykorzystać, wręcz odwrotnie, uważano że jestem cwana i mogę sprzedać cały świat. Mogę stwierdzić, że jakby tej urody było może mniej, to byłabym jeszcze bardziej szczęśliwa w biznesie. Zdarzało się, że stawiano warunki: coś za coś, ale nie podejmowałam nawet rozmów na ten temat, odwracałam się i odchodziłam.

Kiedyś robiłam bardzo dobre interesy ze Szwedem, który pracował w firmie Skanska. Po półtora roku współpracy zaprosił mnie na party do swojego domu. I przedstawił mnie z błyskiem w oku swojej żonie, jako partnerce biznesowej. Acha – powiada ta pani, spoglądając na mnie z góry na dół – to ja sobie wyobrażam, jakie ty interesy możesz robić… Odwróciła się na pięcie i odeszła. Po kilku miesiącach byliśmy zmuszeni zakończyć wspólne interesy. A nic mnie nie łączyło z człowiekiem, tylko biznes. Bardzo często pokutuje stereotyp, że ładne kobiety w biznesie wiele załatwiają seksem, albo zostają żonami znanych biznesmenów, co też gdzieś uważane jest za naganne. Nie bierze się pod uwagę faktu coraz lepszego wykształcenia, predyspozycji i dążenia do celu oraz konsekwencji, jaką ma nasza płeć. To jest krzywdzące. Takie myślenie i taka mentalność.

– Zauważyłem, tutaj w Warszawie, że ma pani łatwość nawiązywania kontaktów i to bez względu na miejsce i okoliczności.
– Zawsze byłam otwarta na ludzi. Ale ta umiejętność pozwala też poznawać właściwych ludzi. Mam umiejętność otwierania każdych drzwi, nawet tych zamkniętych na trzy spusty. Ich otwarcie powoduje pojawianie się wielu nowych możliwości i ułatwianie sobie robienia interesów. Byłam bardzo wzruszona, gdy w jednej z galerii handlowych w Warszawie podchodziły do mnie dziewczynki prosząc o autograf, czy też w innych miejscach fotografowano się ze mną.

– Dlaczego nasza placówka dyplomatyczna w Szwecji nie starała się pani wypromować wcześniej?
– Z przykrością muszę stwierdzić, że ambasada polska nigdy nie reagowała na mój sukces, pomimo że odnotowany został w największych szwedzkich tytułach biznesowych. „Dagens Industri” poświęcił mi dwie strony ze zdjęciami, czego nie można było przeoczyć. Też bez echa w polskich mediach i ambasadzie przeszedł fakt zakupu zamku, chociaż dudniło o tym w całej prasie szwedzkiej, bo zakupu dokonałam od Naeringsliv. Z pewnością byłoby mi miło, gdyby ambasada kraju, z którego pochodzę doceniała moje osiągnięcia. Przecież to pośrednio też promocja Polski. Ja jak tylko mogę promuję nasz kraj i aktywnie wspomagam. Cztery lata temu na balu dobroczynnym dałam dużą kwotę dla niepełnosprawnych sportowców w Polsce i nawet mi za to nie podziękowano. I jest mi z tego powodu przykro, że nie zostało to zauważone i docenione w moim własnym kraju. I dlatego cieszę się, że teraz zwykli ludzie okazują mi sympatię i doceniają moje osiągnięcia.

– Pokazała pani, że można osiągnąć sukces w Szwecji, i to jako cudzoziemka…
– Jest wielu ludzi sukcesu w Szwecji. Może nie aż tyle osób ma takie pieniądze jak ja, ale pomiędzy wielkimi karierami są też te średnie, mniej spektakularne. Szwecja jest krajem poukładanym, przewidywalnym, pozbawionym korupcji. Docenia i ceni się kobiety w biznesie, które już dawno osiąg­nęły realne równouprawnienie, powtarzam realne, a nie takie na papierze. Po sukcesie ekonomicznym przyszedł czas na inne dziedziny, w których chciałabym się realizować. I dlatego też zakupiłam przepiękny zamek Yxtaholm, sto hektarów lasu, jezioro, w którym zamierzam teraz otworzyć szkołę dla młodych zdolnych artystów z całego świata. Oprócz tego w tym magicznym miejscu będzie restauracja, której menu oparte zostanie wyłącznie o lokalne produkty ekologiczne oraz największe i najbardziej ekskluzywne w tej okolicy centrum konferencyjno-szkoleniowe. Myślimy także o specjalnych eventach i niezapomnianych przyjęciach weselnych.

– Na początku lutego zaczęła pani poważnie myśleć o własnej linii designerskiej „Wonna de Jong”.
– Uświadomiono mi, że kostiumy, które noszę, są bardzo oryginalne i eleganckie. W większości pochodzą spod igły chińskiego designera Galo. Spotkały się z wielkim zainteresowaniem kobiet w przedziale wiekowym 40-60. Na wybiegach królują młode dziewczyny, wychudzone, z którymi moje pokolenie nie do końca się identyfikuje. Czasami też wzornictwo, krój i fason tych ubrań nie nadaje się do codziennego użytku, zwłaszcza dla 50- i 60-latek. Dlatego jest to odpowiedź na zapotrzebowanie rynku modowego. I nowe wyzwanie.

– Powstaje książka o pani, swoista autobiografia. Czy zamierza w niej pani odsłonić wiele tajemnic swojego życia?
– Zarówno na mojego e-maila, jak i na Facebook przychodzi codziennie kilkaset zapytań, kiedy ukaże się książka o mnie. Ona powstaje. Myślę, że jeszcze przed wakacjami trafi do księgarń w Polsce i Szwecji, następnie do innych krajów. Będzie zawierała wiele prywatnych faktów z mojego życia, ale przede wszystkim będzie to swoiste vademecum biznesu, jak ja doszłam do tego, co dzisiaj nazywa się potocznie imperium Wonny de Jong. Mam nadzieję, że zostanie odebrana jako interesująca i pouczająca lektura.

– Czy miliarderzy miewają jeszcze marzenia?
– Chciałabym zrzucić parę kilogramów, które mi ostatnio przybyły. Taka zmiana sylwetki była związana z uczestnictwem w programie „Ukryty milioner”. Trochę się poczułam jak Robert de Niro, który przytył bardzo dużo na potrzeby wizerunku filmowego, a później wrócił do swojej młodzieńczej wagi. Dlatego mnie się też to uda, bo jest to dla mnie dyskomfort. I szukam ciągle prawdziwej miłości…

Co lubi Wonna I de Jong?

Zegarki – wyłącznie marki Rolex
Pióra – „W kolekcji posiadam wiele piór Montblanc”
Ubrania – nie przywiązuje wagi do marek. Uwielbia chińskiego designera Galo. Najczęściej swoje kreacje kupuje w kilkanaście minut, idąc jak burza przez sklep
Wypoczynek – podróże po całym świecie, a ostatnio chętnie spędza wolny czas w Yxtaholm, swoim zamku położonym 100 km od Sztokholmu
Kuchnia – lobstery i mięsa wszelkiego rodzaju
Restauracja – w Warszawie Kompania Piwna
Samochód – duże Mercedesy
Hobby – zbieranie antyków

Restaurator na Harleyu

Cel, który postawił sobie Jarosław Chrobociński, był z pozoru oczywisty: uruchamiając pierwszą restaurację, postanowił wprowadzić w życie regułę, że najważniejsza jest relacja jakości do ceny.

Drugie z jego marzeń było następujące: jako miłośnik kuchni świata chciał, żeby każdy kolejny jego lokal reprezentował inne tradycje kulinarne. Choć odniósł sukces, droga, którą musiał przebyć, wcale nie była łatwa, ani prosta.

Na szczęście, udało mu się połączyć pracę z hobby, więc łatwiej niż innym przedsiębiorcom przychodziło mu pokonywać przeciwności. Kulinarną karierę zaczął już jako uczeń szkoły podstawowej. Potrafił piec tak dobre ciasta, że zamawiali je sąsiedzi. Gotować nauczył się od matki, Joanny – dziś managera jednej z jego restauracji. Nic więc dziwnego, że zdecydował się podjąć naukę w Zespole Szkół Gastronomicznych, specjalizując się w ciastkarstwie.

– W czasach poprzedniego ustroju, gdy zdobycie najprostszych składników było problemem, moja matka dokonywała istnych cudów w kuchni – wspomina J. Chrobociński. – Kiedy do kogoś ze znajomych przyjeżdżali goście z zagranicy, zawsze przygotowywała tradycyjną polską ucztę. Słynne „śledzie pani Asi” były rarytasem zabieranym za granicę. Mistrzowskie potrawy stanowiły rodzinny kapitał. Moja babcia, która gotowała równie doskonale, przez wiele lat była szefową restauracji w Radzyminie.

Kierunek kariery młodego adepta sztuki kulinarnej wydawał się oczywisty. Stało się jednak inaczej. Zdecydował się na studia biznesowe. Wyspecjalizował się w obrocie nieruchomościami. Już podczas studiów uruchomił dobrze prosperujące biuro. Kuzyn, manager w dużej firmie, zachęcił go jednak, by zajął się czymś innym. Utworzył firmę marketingową BTL, która w szczycie zatrudniała 70 osób i obsługiwała kilka znanych firm.

– Nie narzekałem na brak pracy, ani też na przychody – wspomina. – Z zazdrością patrzyłem jednak na kolegów, którzy prowadzili z sukcesem własne restauracje. Wiedziałem, że to branża, w której mogę sprawdzić się najlepiej. Wspólnie z kuzynem postanowiliśmy uruchomić sieć restauracji włoskich „Va Bene”. Kiedy w 2002 roku otwieraliśmy pierwszy lokal, przy ulicy Kasprzaka w Warszawie, wiele osób stukało się w czoło. Byłem pewien, że to dobra lokalizacja – w pobliżu powstawały nowe biurowce, m.in. siedziby banków. Restauracja, choć na obrzeżu centrum, szybko osiągnęła sukces i to nie tylko dzięki rozsądnym cenom. Stało się tak za sprawą bardzo atrakcyjnej karty przygotowanej przez świetnego szefa kuchni, przyjaciela Macedończyka, który wiele lat przepracował we Włoszech. W dodatku postanowiłem, że nie będziemy oszczędzać na produktach, to one przecież decydują o jakości potraw.

Zgodnie z założeniem, w ciągu trzech lat „Va Bene” przybrało postać małej sieci składającej się z 4 restauracji. Jak to często bywa w spółkach, koncepcje właścicieli okazały się rozbieżne i dwa lata temu zdecydowali się podzielić biznes. J. Chrobociński postanowił zrealizować więc marzenie o kilku restauracjach o kompletnie różnej specjalności. Lokal przy ul. Kasprzaka nadal specjalizuje się w kuchni włoskiej, choć nosi już inną nazwę – „Trattoria Boccone”. Przy ursynowskim ryneczku uruchomił „Le Regal”, jeden z nielicznych w Polsce lokali oferujących tradycyjne potrawy kuchni francuskiej. Następnie otworzył „Grubą rybę”, która oferuje sushi i inne specjały japońskie. Najnowszy projekt to „Kresowiak”, restauracja wyspecjalizowana w kuchni kresowej, której dobrym duchem, a zarazem autorką menu jest Elena Dubowskaja, wybitna kucharka, gwiazda kulinarnej telewizji białoruskiej.

J. Chroboociński nie kryje, że prowadzenie restauracji nie jest łatwym kawałkiem chleba. Ludzie, którzy próbowali wejść do tej branży z bardzo dużymi pieniędzmi, ale nieprzygotowani, zwykle zaliczali spektakularną klapę. Chcąc utrzymać wysoką jakość, trzeba pilnować interesu przez cały dzień. Klucz do sukcesu, poza umiejętnym zaplanowaniem przedsięwzięcia, to odpowiedni ludzie. Managerami jego restauracji są: matka, brat i zaufany kolega. Pomimo to codziennie przejeżdża wiele kilometrów po zatłoczonej Warszawie, żeby od razu interweniować, gdy pojawia się problem. Zwykle zaczyna dzień pracy od odwiezienia synka do przedszkola o godz. 8 rano. Rzadko wraca do domu wcześniej niż o godz. 22.

– Cieszę się, że udało mi się znaleźć odskocznię od problemów dnia codziennego – stwierdza. – Jest to mój ulubiony Harley V-rod, na którym jeżdżę od pięciu lat. Jazda na nim to fantastyczny relaks. A w dodatku znacznie szybciej niż samochodem udaje mi się pokonywać zatłoczone ulice, kiedy odwiedzam moje lokale. Jestem członkiem warszawskiego chapteru Harley Owners Group, organizacji, do której na całym świecie należy 1,3 mln osób. Warunki udziału są proste – trzeba mieć Harleya i akceptować zasady obowiązujące w klubie. Jako „Activity Officer” zajmuję się organizacją imprez harleyowych, z których najważniejsza to nasz klubowy coroczny zlot. Przez kilka lat zloty gościł Kołobrzeg, obecnie Poznań. To wspaniałe święto, w którym bierze udział około tysiąca harleyowców z Polski i kilku europejskich krajów.

Jak się nietrudno domyślić, J. Chrobociński myśli o uruchomieniu lokalu z prawdziwego zdarzenia dla motocyklistów. Najbardziej podoba mu się klimat w słynnym na całym świecie londyńskim „Ace cafe” ze specjalnymi parkingami i wieloma innymi udogodnieniami dla właścicieli jednośladów.

Co lubi Jarosław Chrobociński?

Zegarki – Tag Heuer Monaco, planuje zakup zegarka Patek Philippe
Pióra – niestety gubi, najbardziej lubił Porsche Design
Ubrania – casual i oczywiście oryginalne stroje firmowane przez Harleya
Wypoczynek – regularnie południe Europy oraz egzotycznie Bali
Kuchnia – francuska, która – jak podkreśla – jest matką wszystkich kuchni
Restauracja – „Banja Luka” w Warszawie, (właściciel to jego przyjaciel)
Samochód – Audi. Jak podkreśla: „Żaden pojazd nie dorównuje Harleyowi”
Hobby – podróże motocyklowe po najdalszych zakątkach świata. Sztuka współczesna, kolekcjonuje prace młodych artystów, szczególnie ceni Normana Leto

Piotr Zmelonek

Rozmowa z Piotrem Zmelonkiem, dyrektorem wydawniczym „Polityki”.

– Słysząc, co mówią media elektroniczne o obecnym kryzysie prasy, mam wrażenie, że ktoś próbuje za wszelką cenę wysłać nas do kąta. 
– To złożony proces, który trudno sprowadzać do problemów, jakie mają dzienniki, z którymi konkurują internetowe portale informacyjne. Moim zdaniem, przełomowy był rok 2001, gdy pękła bańka internetowa i runęły wieże WTC. Wtedy zaczęły się problemy mediów, i to nie tylko drukowanych. Telewizja ma swoje kłopoty. Internet również. Bardzo szybko zachodzą w nim zmiany; ktoś na krótko zostaje liderem i odkrywcą nowego lądu, by za chwilę zupełnie stracić znaczenie.

– Niektóre internetowe imperia są jak zamki na piasku. Zmywa je pierwsza mocna fala.
– Dziś liderem jest „Facebook”, a kto jeszcze pamięta o „MySpace”? W odróżnieniu od internetowych, media drukowane wykazują ogromną stabilność. Wbrew temu, co twierdzą zwolennicy życia w sieci, coraz więcej osób lubi być „off line”. Prasa nie służy do pospiesznej, natychmiastowej konsumpcji. Ulubiony magazyn zabiera się do domu, by czytać go w spokoju. Powiedziałbym żartem, że kontakt z mediami elektronicznymi przypomina romans, niekoniecznie miły i udany. Z kolei związek emocjonalny z ulubionym magazynem jest czymś w rodzaju porządnego małżeństwa. Kontakt z czasopismem jest o wiele intymniejszy niż z szybkimi mediami elektronicznymi. iPada do wanny nie zabiorę, a gazetę i owszem.

– Wbrew wieszczeniom, kończący się kryzys nie doprowadził do rozwodu czytelników z gazetami. „Polityka” notuje w tym roku bardzo stabilną sprzedaż.
– To, co działo się w gospodarce w ostatnim czasie, przypomina samospełniającą się przepowiednię. Media, podobnie jak inni uczestnicy rynku, odczuły spadki przychodów z reklam i sprzedaży egzemplarzowej. Teraz jest już lepiej, choć nie osiągnęliśmy jeszcze poziomu z 2007 roku. Obawiam się, że raczej nie ma powrotu do sytuacji sprzed 2001 roku, ale nie widzę powodu, żeby bić na alarm. Wiele zależy też od nas, czyli ludzi, dla których prasa jest ważna nie tylko jako element biznesu, ale też pewnego ładu demokratycznego.

– Powinniśmy przypominać o zaletach prasy, zamiast koncentrować się na problemie, czy czytelnicy będą woleli iPady od papieru. Ja sam chętnie korzystam z czytnika elektronicznego, ale jestem daleki od entuzjazmu. Ile jest na rynku iPadów? Jak niewiele stworzono na nie treści… Od listopada tego roku będzie można na nich przeczytać „Politykę”. Nie spodziewam się jednak z tego powodu żadnej rewolucji w strukturze przychodów naszego wydawnictwa.

– „Polityka” jako jedno z pierwszych wydawnictw utworzyła portal z prawdziwego zdarzenia, nie będący próbą prostego przełożenia treści z gazety do Internetu.
– Oczywiście, był to krok w dobrym kierunku, choćby z marketingowego punktu widzenia. Działalność w sieci jest jednak deficytowa. Dochody z prezentacji reklam są zbyt niskie, by utrzymać wysoki poziom merytoryczny i jednocześnie zarabiać. Jak pan zwrócił uwagę, od początku zaplanowaliśmy biznes internetowy inaczej od gazetowego. Portal żyje swoim własnym życiem, choć współtworzą go znakomici autorzy „Polityki”. Rekordy oglądalności biją blogi Daniela Passenta i Janiny Paradowskiej. Bardzo wysoki poziom prezentują komentarze internautów-blogowiczów, którzy poświęcają mnóstwo czasu na przygotowanie własnych minifelietonów. Niektóre z internetowych inspiracji przekładają się później na nasze decyzje biznesowe. Na przykład, ogromna popularność poświęconego muzyce poważnej blogu Doroty Szwarcman zachęciła nas do przygotowania dostępnej obecnie na rynku kolekcji „Wirtuozi muzyki poważnej”.

– Można je kupić w waszym sklepie internetowym.
– To dobry przykład, jak biznes wydawniczy korzysta z możliwości sieci. Nasze kolekcje – podobnie jak wszystko, co robimy – kierujemy do określonego, bardzo wymagającego odbiorcy, czyli ciekawego świata inteligenta. Wszystko, co proponujemy, musi być najwyższej jakości – niezależnie od tego, czy stawiamy na współczesną literaturę polską, książki dla dzieci, jazz, bluesa lub też ambitne powieści kryminalne. Warto dodać, że niektóre z naszych bezpłatnych dodatków zaczęły żyć swoim własnym życiem i dobrze sobie radzą na rynku, jak np. „Niezbędnik inteligenta”, „Pomocnik historyczny” czy „Poradnik Psychologiczny Ja, my, oni”.

– Ilustruje to siłę brandu „Polityki”?
– Stanowi on ogromną wartość, na którą składają się talenty autorów tygodnika. Żadna z polskich gazet nie może się poszczycić tak poważnym gronem znakomitych, powszechnie rozpoznawalnych dziennikarzy, którzy w dodatku czują silny związek z firmą. Niełatwo jest kierować grupą równie silnych indywidualności, których spotkania to prawdziwe burze mózgów. Redaktor naczelny, a zarazem prezes Jerzy Baczyński świetnie sobie radzi w roli kapitana, a zarazem sternika tego statku. Obok Adama Michnika, jest redaktorem naczelnym, który najdłużej piastuje swą funkcję… Kolejnym, obok autorów, kluczem do sukcesu „Polityki” jest to, że co tydzień piszemy wyłącznie o tym, co nas samych naprawdę interesuje.

– O „Polityce” mówi się, że to firma, w której pracuje się od matury do emerytury.
– Dużo w tym prawdy, w naszym zespole są osoby związane z tygodnikiem od pół wieku, jak niezastąpiony Marian Turski. Tylko u nas pracuje dwoje dziennikarzy roku – Janina Paradowska i Jacek Żakowski. Nie brakuje też jednak młodych, bardzo utalentowanych dziennikarzy. Tytuł ma wielką siłę przyciągania znakomitych autorów, którzy wcześniej pracowali dla konkurencyjnych pism, jak choćby satyryk Stanisław Tym, rysownik Henryk Sawka, czy wróg publiczny celebrytów Kuba Wojewódzki.

– Dla młodego dziennikarza publikacja w „Polityce” to prawdziwa nobilitacja, o czym sam się przekonałem publikując u was pierwszy tekst.
– Najlepsze tego potwierdzenie stanowią „Paszporty Polityki”, które co roku wręczamy młodym twórcom. Nierzadko nagroda ta stanowi dla nich punkt zwrotny w rozwoju kariery.

– „Polityka” zawsze pełniła szczególną rolę. W czasach poprzedniego ustroju uchodziła za najbardziej niezależne pismo „demoludów”. Świetnie też dostosowała się do nowych czasów, choć jej forma organizacyjna jest nietypowa.
– To prawda, wydawcą tygodnika jest spółdzielnia, co stanowi pozostałość przekształceń okresu przełomu ustrojowego, kiedy Komisja Likwidacyjna RSW przekazała sporo tytułów zespołom dziennikarskim. Firma startowała z dwiema maszynami do pisania, by po kilkunastu latach dorobić się własnej kamienicy w centrum Warszawy. Przypomina to, że spółdzielcy mądrze gospodarowali kapitałem. Siedziba, warta dziś kilkadziesiąt milionów złotych – sąsiednią, mniejszą od naszej działkę wyceniono na 6 mln zł – powstała bez kredytów. Kolejną udaną inwestycją był zakup prestiżowego tygodnika „Forum” od innej dziennikarskiej spółdzielni. Na marginesie – to właśnie „Forum” było pierwszym moim miejscem pracy w tym miejscu.

– Jak trafił pan do „Polityki”?
– Moja droga była dość nietypowa. Zacząłem studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, skąd przeniosłem się najpierw do Bochum, a potem do Düsseldorfu. Po studiach podjąłem w Niemczech pracę w agencji PR, ożeniłem się z Brytyjką, którą poznałem wcześniej w Krakowie. Wspólnie wyruszyliśmy w długą, roczną podróż po świecie. W końcu musieliśmy sobie odpowiedzieć, gdzie chcemy zamieszkać – w Anglii, Niemczech czy w Polsce. Wybraliśmy Warszawę, gdzie wygrałem konkurs na dyrektora Izby Wydawców Prasy. Po roku zdecydowałem się przejść do „Polityki”, gdzie najpierw byłem doradcą prezesa, by wkrótce objąć kierowanie pionem wydawniczym. Jak już wspomniałem, firmą niepodzielnie kieruje Jerzy Baczyński. Natomiast operacyjnym zarządzaniem zajmują się szefowie trzech pionów. Mam przyjemność współpracować z dwiema managerkami z prawdziwego zdarzenia, które odpowiadają za Biuro Reklmay – Krystyną Jarosz i finanse i administrację – Jadwigą Kucharczyk.

Co lubi Piotr Zmelonek?

Zegarek – nie nosi, każdy zegarek, który zakładał, natychmiast się psuł
Pióra – najbardziej ceni ołówki, ponieważ… nie skrzypią
Ubrania – z materiałów naturalnych, buty firmy „El Naturalista”, garnitury z Wólczanki
Wypoczynek – najchętniej spędza czas we własnym ogrodzie pod Płońskiem lub spacerując z dziećmi po polskich parkach narodowych. Często wyjeżdża do rodziny żony do Cotswolds w Anglii. Jest to uroczy zakątek zwany „Heart of England”
Kuchnia  indyjska i włoska. Zdecydowanie nie lubi sushi
Restauracja – w Londynie wegetariańska „Place Below”, a w Warszawie „Rozbrat 20”, praktycznie i blisko mieszkania
Samochód – z rodziną podróżuje siedmiomiejscowym Dodgem, a na co dzień jeździ służbowym Seatem Leonem
Hobby – jest członkiem Polskiego Towarzystwa Dendrologicznego, miłośnikiem ornitologii. Jego wielka pasja to jazz, przede wszystkim bebop

 

Kobieta biznesu XXI wieku

Rozmowa z Mary Daley Yerrick, jedną z założycielek i członkinią zarządu Vital Voices Global Partnership.

– Dlaczego postanowiła pani zająć się sprawami kobiet w biznesie?
– We wszystkich krajach w różnym stopniu widać, że kobiety są w tyle za mężczyznami pod względem równości ekonomicznej, dostępności edukacji, środków finansowych (kredyty bankowe na rozkręcenie firmy), udziału w polityce (głosowanie i ubieganie się o urzędy), a także silnych wzorów osobowościowych tej samej płci, które młode kobiety mogłyby naśladować. W ten sposób koło się zamyka i kolejne pokolenia są w podobnej sytuacji. Przerwanie tej kolei losu poprzez szkolenia dla kobiet z zakresu zdolności przywódczych stwarza im szansę. Widzimy coraz większe efekty.

– Jaki status ma, pani zdaniem, kobieta biznesu w XXI wieku?
– Jeśli się spojrzy na świat, w którym żyjemy z perspektywy ekonomicznej, widać, że nad gospodarką lokalną czy krajową mamy jeszcze gospodarkę globalną. Świat w coraz większym stopniu ma wspólną siłę roboczą, zasoby naturalne i talenty. Kobiety są w punkcie zwrotnym pod względem dostępu do większych możliwości. Ale pierwszy krok to edukacja. W miarę, jak kobiety na całym świecie uzyskują większy dostęp do edukacji, udowadniają swoją wartość. Dziewczęta, jeśli już dostają szansę, żeby się uczyć, bardziej się przykładają i dostają w szkole lepsze oceny niż chłopcy i w wielu rozwiniętych krajach to kobiety stanowią większość studentów na uczelniach wyższych. Praca w XXI wieku będzie w coraz większym stopniu pracą umysłową, inaczej niż w przeszłości, kiedy to siła fizyczna miała większe znaczenie. Kobiety mogą być dobrze przygotowane do zajęcia wielu ważnych stanowisk.

– Sama jest pani kobietą biznesu, ale zdobyła pani doświadczenia też na wielu innych polach, jest pani też rzeczniczką, mentorką i liderką kilku organizacji pozarządowych oraz charytatywnych. Które doświadczenie było najważniejsze w pani życiu zawodowym?
– Sądzę, że wszystkie doświadczenia życiowe są ważne. Kiedy zastanawiam się nad swoim życiem, myślę, że wszyscy ci ludzie, których spotkałam, cała wiedza, wszystkie doświadczenia, które nabyłam, wszystko to stało się takim moim własnym złożonym unikalnym DNA. Nikt nie ma dokładnie takiej samej kombinacji doświadczeń jak ktoś inny, nawet jeśli pracuje w tej samej dziedzinie. Jeśli pozwolimy sobie na czerpanie z przeszłości, wnosimy do sytuacji, w których trzeba się zmierzyć z wyzwaniami, unikalną perspektywę. Ja zaczęłam swoją edukację od studiów medycznych i wiedza, którą tam posiadłam, pomogła mi w wielu sytuacjach, mimo że nigdy nie wykonywałam pracy związanej z medycyną. Większość swojego życia zawodowego spędziłam w biznesie, a później zajęłam się współpracą z organizacjami pozarządowymi. Miałam to szczęście, że spotkałam na swojej drodze mentorów i mentorki, którzy byli dla mnie cudownymi wzorami do naśladowania. Wiele się od nich nauczyłam. Uważam, że moja kariera rozwijała się dzięki temu, że potrafiłam wykorzystać to, co wydarzyło się wcześ­niej. Żadne moje życiowe doświadczenie nie poszło, ani nie pójdzie na marne; doświadczenia z przeszłości zawsze mogą nam się przydać w nowej sytuacji w przyszłości.

– Czy jest pani feministką? Co to dla pani oznacza?
– Określenie „feministka” pierwotnie oznaczało tyle co „sufrażystka” i odnosiło się do grup działaczek walczących wspólnie o prawo kobiet do głosowania. Termin ten powrócił w latach 60. i wówczas chyba zaczął bardziej kojarzyć się ze złością, z paleniem staników, ruchem siostrzanym będącym w opozycji do mężczyzn, z dążeniem do złamania męskiej dominacji. Przynajmniej tak było w Stanach Zjednoczonych. Doceniam wiele osiągnięć feministek, ale niekoniecznie pochwalam taktykę, jaką stosowały. Myślę, że dziś termin „feministka” ma nadal pod wieloma względami negatywną konotację, więc osobiście wolę nie używać tego słowa, bo to często zaburza przekaz. Sądzę, że chcę tego samego, co feministki, jeśli chodzi o równość płci. Myślę, że pracujemy teraz na fundamentach, które to one położyły, by poprawić pozycję kobiet. Dzięki temu możemy dążyć do równości dla kobiet, nie koncentrując się przy tym na poprawianiu wyłącznie pozycji kobiet w większości grup społecznych. I mamy tu dobrą wiadomość. Poprawa dostępu do różnych możliwości dla kobiet nie oznacza zabierania tych możliwości mężczyznom. W środowiskach, w których kobiety mogą liczyć na to samo, zwiększają się szanse dla wszystkich i ogólnie dochodzi do wzrostu dobrobytu.

– Tymczasem rośnie liczba kobiet na najwyższych stanowiskach w swoim zawodzie…
– Nie ma co do tego wątpliwości, ale jeszcze nie osiągnęłyśmy wszystkiego, o co nam chodziło. Osiąganie równości płci (pod względem tytułów i wynagrodzeń) to jest proces, który cały czas trwa. Dopiero mniej więcej w ciągu ostatnich 20 lat kobiety zaczęły poważnie podchodzić do swojej kariery i przebijać się przez szklany sufit na kierownicze stanowiska. Nie osiągniemy równości z dnia na dzień. Zmierzamy w dobrym kierunku i dziś liczba kobiet na kierowniczych stanowiskach średniego szczebla jest większa niż kiedykolwiek. Kobiety cały czas pną się do góry.

– Czy może pani porównać trudności, z jakimi stykają się kobiety w biznesie w Eurazji, Ameryce i Afryce?
– Mam mało doświadczeń związanych z prowadzeniem interesów z kobietami w Eurazji czy Afryce, ale sadzę, że kobiety w Afryce muszą zmierzyć się z największymi wyzwaniami pod względem dostępu do edukacji, finansów, opieki zdrowotnej i problemu korupcji.

– Działała pani w Estonii, na Litwie i Białorusi… Jaka jest sytuacja kobiet biznesu w tych krajach?
– Największą szansą kobiet w tych krajach jest świetny dostęp do edukacji. Są bardzo zmotywowane, zwłaszcza w krajach bałtyckich. Sama osobiście byłam mentorką dla wyjątkowej kobiety biznesu z Łotwy przez ostatnie 10 lat i obserwowałam, jak pięła się po kolejnych szczeblach kariery jako przedsiębiorca. Widzę znacznie więcej wyzwań i mniej możliwości dla kobiet na Białorusi.

– Czy w oparciu o swoje doświadczenia dostrzega pani różnice w funkcjonowaniu kobiet w biznesie w różnych krajach?
– Tak, ale widzę też wiele podobieństw. Wygląda na to, że kobiety wszędzie bardzo ciężko pracują, usiłując jednocześnie zachować równowagę między domem a pracą, chociaż myślę, że kobiety w Ameryce są bardziej zdeterminowane do rozwoju swojej kariery i do osiągnięcia perfekcji również w rodzicielstwie i w związku z tym są często zestresowane i przeciążone. Myślę, że mężczyźni coraz bardziej się angażują jako ojcowie, i tak powinno być, ale jest to zmiana kulturowa, która, być może, będzie następowała powoli.

– Jakie są najważniejsze punkty programu Vital Voices? 
– To dobre pytanie. Po pierwsze, stanowimy świetny przykład tego, jak można sprywatyzować rządową inicjatywę. Zwykle programy inicjowane przez rząd są przez jakiś czas przez ten rząd kontynuowane, a potem wygasają. Dostrzegliśmy wielką wartość tego programu w sektorze prywatnym i uznaliśmy, że należy zrobić wszystko, abyśmy nie stali się stronniczą organizacją pozarządową, zdominowaną przez jedną partię. I to się udało. Włączyliśmy w projekt liderów biznesu i przywódców organizacji pozarządowych. Hillary Clinton, jako Pierwsza Dama, doskonale to rozumiała i była nam bardzo pomocna. Od samego początku pełni rolę honorowej współprzewodniczącej, podobnie jak senator Kay Bailey Hutchison z Teksasu. Udało się nam nawiązać współpracę między rządem, kręgami biznesowymi i organizacjami pozarządowymi. Po drugie, już na samym początku zainteresowaliśmy się programem mającym na celu zwalczanie handlu ludźmi. Chcemy uświadamiać opinię publiczną, że takie zagrożenie istnieje i szkolić liderów w krajach, gdzie te zjawisko występuje, jak temu przeciwdziałać i jak ratować osoby, które padły ofiarą tego procederu. I wreszcie uważamy, że ekonomiczny postęp kobiet jest najważniejszym elementem wpływającym na sukces, kobiet i dziewcząt w przyszłości. Jeśli kobiety odnoszą ekonomiczny sukces nasze pozostałe cele zostaną osiągnięte. Mamy taką złotą zasadę „czyń innym to, co chciałabyś, aby inni czynili tobie”. Warto stosować tę zasadę. Mam jeszcze inną złotą zasadę, według której „ludzie, którzy mają złoto, ustanawiają zasady”. Tak więc kobiety odnoszące ekonomiczne sukcesy przyczyniają się do politycznego awansu kobiet i zapewniają gwarancję poszanowania ich praw.

– A programy mentorskie?
– Jednym z naszych flagowych programów jest program o nazwie Mentorowanie Kobiet. Prowadzony jest pod egidą amerykańskiego Departamentu Stanu i czasopisma „Fortune”, administrowany przez Vital Voices. Każdego roku amerykańskie ambasady na całym świecie szukają i nominują kobiety kandydatki. Około 30 dobrze zapowiadających się liderek biznesu zostaje następnie skojarzonych z kobietami z listy Najbardziej Wpływowych Kobiet Świata, według czasopisma „Fortune”, które stają się następnie ich mentorkami. Reprezentują one także często czołówkę 500 Najlepszych Przedsiębiorstw, według tegoż czasopisma. Podopieczne wracają z miesięcznego pobytu w USA z nową dozą energii i zapału, aby odnieść nie tylko własny sukces, ale również pomóc innym kobietom w osiągnięciu tego celu. I często tak się właśnie dzieje. Kilka kobiet z Polski wzięło udział w takim programie, po powrocie do kraju otworzyło filię Vital Voices i teraz same rozwijają mentorskie programy.

– Vital Voices preferuje liderów. Jaki jest lider idealny? Czy można nauczyć się być liderem?
– Tak. Często mówimy: liderzy się nie rodzą, czyni ich okazja oraz… trening. Idealny lider to ktoś pewny siebie, kto potrafi inspirować i podejmować trudne decyzje w warunkach stresu. Liderka musi być zręcznym managerem, wyróżniać się zdolnością budowania zespołu, a także przyciągać zdolnych ludzi gotowych do pracy pod jej przywództwem. Musi świetnie komunikować się z zespołem i go motywować. Musi w sposób jasny przekonać zespół do swej wizji, tak aby jego członkowie ochoczo chcieli wziąć w niej udział i tym samym osiągnąć cel, jaki ta wizja sobie stawia.

– Credo Vital Voices brzmi: „Inwestuj w kobietę, ulepszaj świat”. Dlaczego uważa pani, że inwestowanie w kobiety jest tak ważne?
– To ważne dla przyszłej kondycji i stabilności świata. Nie oznacza to, że kobiety są lepsze od mężczyzn. Oznacza tylko, że trzeba rozwijać bardziej globalne społeczeństwo, gdzie wkład zarówno mężczyzn, jak i kobiet jest szanowany. Ponieważ jeśli kobiety nie siedzą przy jednym stole negocjacyjnym z mężczyznami podczas rozmów biznesowych, politycznych lub tych o prawach człowieka, to połowa populacji świata zostaje w tyle. Kobiety często wnoszą do debaty publicznej inne spojrzenie na zasadnicze sprawy, a zatem nie wysłuchanie ich zdania jest równoznaczne z ignorowaniem opinii połowy populacji świata.

– Brytyjski tygodnik „The Economist” ocenia, że w ciągu ostatniej dekady kobiety przyczyniły się do wzrostu Produktu Krajowego Brutto bardziej niż nowe technologie czy takie potęgi ekonomiczne, jak Chiny lub Indie…
– Tak, to prawda. ONZ obliczyła, że 60 procent światowej pracy jest wykonywana przez kobiety. Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych kobiety stanowią większość ogółu wszystkich zatrudnionych pracowników. Zarówno kręgi biznesowe, jak i rządy formułują takie strategie, aby przekuć energię kobiet w dobrobyt. Ale chodzi też o coś więcej niż tylko o wkład kobiet we wzrost gospodarczy. Częścią tego credo jest druga część hasła – „ulepszaj świat”. Porównywalna do mężczyzn zdolność kobiet do społecznego i politycznego rozwoju jest tutaj często przeoczana. Finansowa rekompensata to tylko skrawek tego obrazu. W społeczeństwach, gdzie kobiety mają równy dostęp do oświaty i reprezentowania świata polityki, rządy są bardziej otwarte i wolne, ponieważ młodsze pokolenia mają zazwyczaj zdrowsze podejście i są lepiej wykształcone. Według szacunków ONZ, prawie 90 procent własnych dochodów kobiety inwestują w rodzinę i w społeczność, w której żyją.

– A jak wyglądają te inwestycje?
– Trzeba je uważnie śledzić. Nie zostały zebrane dane o postępie ekonomicznym kobiet w przeszłości, zwłaszcza w krajach rozwijających się. Vital Voices jest we wstępnej fazie zawiązywania współpracy z organizacją o nazwie Economic Intelligence Unit, która za pośrednictwem zaufanych międzynarodowych źródeł będzie mierzyć ekonomiczny postęp kobiet, i w oparciu o te dane zdawać z niego raport. Składa się nań 26 wskaźników. Już teraz wiadomo, że jeśli chodzi o możliwości kobiet w sferze ekonomicznej, w rankingu znajdzie się 113 gospodarek, czyli 113 państw. W chwili obecnej na czele listy znajdują się Szwecja, Belgia i Norwegia. Na samym dole listy znajdują się Czad, Jemen i Sudan. Według raportu tylko 20 procent kobiet w Czadzie potrafi czytać i pisać. Raport opublikuje także ranking regionalny i, być może spowoduje, że państwa te zaczną w końcu ze sobą konkurować. Na tej liście Polska zajmuje 33. miejsce.

Co lubi Mary Daley Yerrick?
Ubrania – preferuje styl klasyczny, ale nie ten z górnej półki. Uwielbia detaliczne ciuchy firmy Ann Taylor i markowe ubrania Eileen Fisher oraz rzeczy projektantki mody Diane von Furstenberg, która jest członkiem zarządu Vital Voices, autorką hasła „Inwestuj w kobiety, ulepszaj świat”
Biżuteria – ręcznie wykonana, która odzwierciedla kulturalną tradycję. Kiedy jest nią zmęczona, oprawia w ramki i wiesza na ścianie jako dzieło sztuki
Torebki – nie ma ulubionej marki. Kupuje torebki tam, gdzie jeździ. Służą i są pamiątką
Kuchnia – włoska. Uwielbia makaron
Hobby – czyta beletrystykę i literaturę faktu, a także… przewodniki duchowe. Pracuje nad wyrobieniem bliższych relacji z Bogiem. Lubi pracę w ogrodzie
Książka – powieści historyczne. „Filary Ziemi” (Pillars of the Earth) Kena Folleta
to wspaniała lektura, podobnie jak „Pomoc” (The Help) autorstwa Kathryn Stockett. Obie te książki opisują czasy, w których dorastała w Ameryce. Mówią o uprzedzeniu w każdej postaci
Samochód – ma 8-letniego Mercedesa

Don King

Pokora nigdy nie była jego główną cnotą. Ekstrawaganckie włosy, zawsze postawione do góry, i od lat trwający szum medialny wokół jego osoby, który niejednokrotnie sam wznieca.

W Polsce jego popularność wzrosła w czasie, kiedy Andrzej Gołota święcił swoje triumfy, a ostatnio znów jest o nim głośno za sprawą sukcesów Tomasza Adamka na zawodowych ringach bokserskich. Don King to ikona światowego boksu, najbardziej rozpoznawalny do niedawna, czyli do prezydentury Baracka Obamy, czarny Amerykanin, któremu się udało w biznesie.

Ten prawie osiemdziesięcioletni Amerykanin swoją karierę rozpoczął dawno, bo w latach 50. Któż teraz pamięta, że pierwsze pieniądze zdobywał jako number runner sprzedający kupony loteryjne. Po przeróżnych perturbacjach i kłopotach z prawem – pobycie w więzieniu za zabójstwo – wypłynął w latach 70. jako organizator kultowego pojedynku pięściarskiego w Kinszasie, „Rumble in the Jungle” pomiędzy Muhammadem Ali i Georgem Foremanem. Jego długie życie usłane jest wieloma procesami, pomówieniami i oskarżeniami o machlojki finansowe, oszukiwanie bokserów z własnej stajni, ale nigdy nic z tego nie zostało udowodnione przed sądem.

Jedno jest pewne, od ponad 40 lat z megasukcesami porusza się w świecie managementu i marketingu sportowego. Negocjuje stawki, rozmawia z mediami, a jego nazwisko jest gwarancją sukcesu finansowego. Na czym polega fenomen Kinga?

Ci, którzy go znają bliżej, jak T. Adamek czy Z. Rozalsky, twierdzą,  że jest to człowiek-instytucja. Jemu świat boksu zawdzięcza tak wysokie gaże za walki pięściarskie. To on spowodował, że bokserzy stali się autentycznymi milionerami. Dzisiaj mieszka w przepięknej posiadłości na Florydzie i rzadko już udziela wywiadów. Dla Managera zrobił wyjątek.

 

Roman Karkosik: Należę do osób, które stawiają sobie cele i starają się je osiągnąć

Rozmowa z Romanem Karkosikiem, wybitnym inwestorem

– Pańskie nazwisko od kilku lat pojawia się na listach najbogatszych ludzi świata. Jakie to ma dla pana znaczenie?

– Niewielkie. Należę do osób, które stawiają sobie cele i starają się je osiągnąć. I to daje mi satysfakcję. Rzadko pokazuję się publicznie, nie udzielam się w mediach. W biznesie pozwalam  zarządzać managerom, którym ustalam określone zadania. To, że utrzymuję pewien dystans do bezpośredniego zarządzania, pozwala mi lepiej widzieć całość biznesu i w porę dostrzegać zagrożenia. Twardo stąpam po ziemi, doskonale znam wartość wszystkiego, za co płacę.

– Rozmiary kierowanego przez pana biznesu są imponujące.

– Łączne obroty wynoszą 3 mld zł rocznie, a zatrudnienie 7000 osób. To również wielka odpowiedzialność za firmy i ludzi, którzy w nich zarabiają na utrzymanie. Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że za dużo kupowałem. Stara mądra maksyma głosi: „Kiedy za dużo obejmujesz, za mało ściskasz”. Jeden z kolegów powiedział mi: „Kup sobie rower?”. Zapytałem: „Po co?”. „Żebyś miał co sprzedać”. Rzeczywiście bardzo nie lubię sprzedawać. Myślę podobnie jak amerykańscy inwestorzy, którzy uważają, że ci, którzy na giełdzie nie wykonują nerwowych ruchów, zawsze w końcu wygrywają. To prawda – w skali 40 lat amerykańska giełda wciąż rośnie.

– Przewidział pan ostatni kryzys, ostrzegając w czasie, gdy wszyscy tryskali optymizmem.

– Kiedy stwierdziłem, że czeka nas bessa, rynek przyjął to z niedowierzaniem. Wynikało to z analizy przegrzanej koniunktury. Firmy, których wartość można było określić najwyżej na poziomie ośmioletniego zysku, sprzedawano za równowartość trzydziestokrotności zysku. Co gorsza, analitycy  utwierdzali inwestorów w przekonaniu, że hossa potrwa jeszcze długo.

– Wielu inwestorów stara się naśladować pańskie działania.

– Przestrzegam przed tym, choćby dlatego, że, ci którzy powołując się na mój przykład, czasem kupią akcje określonych firm na szczycie, a potem narzekają, że stracili.

– Panie prezesie…

– Nie jestem prezesem, moja funkcja ogranicza się do członkostwa w radach nadzorach kilku firm. Jak wspomniałem, generalnie nie interesuje mnie zarządzanie operacyjne, po to są zarządy.

– Kryzys spowodował jednak, że na jakiś czas zmienił pan przyzwyczajenia i ruszył z misją ratunkową do swoich przedsiębiorstw. Zapewne po to, żeby osobiście „ścisnąć”.

– Co tu kryć – dało to świetne rezultaty. Przez pół roku wspólnie z zarządami wypracowaliśmy strategie na czas kryzysu . 2009 rok był to dla mnie czas restrukturyzacji i zmasowanej pracy w radach nadzorczych, w których dokonaliśmy wielu zmian. Wiele uwagi poświęciłem sprawie oddłużania firm pod naciskiem nie zawsze racjonalnie zachowujących się banków. Szczególnie przykrą decyzją były cięcia w Hucie Aluminium w Koninie, gdzie związki zawodowe na własna szkodę wywalczyły zbyt wygórowane płace. Gdy wysokie ceny energii uderzyły w produkcję aluminium, połowa załogi straciła pracę. Relatywnie najlepiej poradziła sobie „Alchemia”.

– Rzec można, że sukces tej firmy, doskonale odzwierciedla jej nazwę – wszystko, czego tknęła „Alchemia” zamieniło się w złoto.

– Rzeczywiście, start nie był imponujący – wszystko zaczęło się od zakupu nierentownej garbarni w Brzegu Dolnym. W związku z tym, że przemysł skórzany zabił import z Chin, trzeba było znaleźć nowe pole aktywności. Zdecydowaliśmy się kupić od syndyka upadającą Hutę Batory. Już po pierwszych 8 miesiącach od zakupu czyli do końca 2005 wynik był prawie 40 mln zł, a w kolejnym roku  już ok. 80 mln. Doskonały wynik, zwłaszcza przy cenie zakupu – 105 mln zł. Duża w tym zasługa prezes „Alchemii” Kariny Wściubiak-Hankó, która doskonale poradziła sobie też z kolejnymi akwizycjami. Choć zeszły rok był trudny, „Alchemia” i tak zamknęła go zyskiem. Kolejne lata powinny być znacznie lepsze. W związku z niezbędnymi inwestycjami w dziedzinie energetyki, budową stadionów itp., nasze wysoko wyspecjalizowane huty na pewno nie będą narzekać na brak zamówień.

– Niewiele osób wie o pańskiej niezwykłej zdolności liczenia w pamięci i zapamiętywania cyfr.

– Wiem, że to zabrzmi zaskakująco, ale nie mam kalkulatora. Sam liczę szybciej… Moi współpracownicy świetnie zdają sobie sprawę, że zawsze zapamiętuję dane, które mi przekazują. Czasem żartobliwie ostrzegam ich, żeby mi za dużo nie obiecywali, bo sobie to zakoduję i potem będę męczył pytaniami. Muszę się przyznać, że chociaż jestem w stanie zapamiętać setki liczb, to jednak dotyczy to wyłącznie cyfr istotnych i użytecznych. Nie pamiętam na przykład swojego numeru telefonu komórkowego, bo przecież sam do siebie nie dzwonię.

– Kolejna pańska nietypowa umiejętność dotyczy praktycznych wynalazków.

– Czasem żartuję, że jestem „:Pomysłowym Dobromirem”. Nauczyłem się tego prowadząc biznes w warunkach gospodarki  socjalistycznej, kiedy brakowało wszystkiego. W tamtym okresie, chcąc osiągnąć sukces,  trzeba było pracować od świtu do nocy, dowodząc samemu sobie i otoczeniu, że każdy problem można jakoś rozwiązać. To nie żart, ale jedno z udanych rozwiązań polegało na… przerabianiu rajstop na śruby, Także i dziś, kiedy już trafiam do którejś z fabryk odzywa się we mnie dusza racjonalizatora. Obserwując proces produkcji nierzadko jestem w stanie podpowiedzieć rozwiązania, które potem nieźle sprawdzają się w praktyce.

– Podobno nie ma pan wrogów.

– Staram się unikać konfliktów. Nigdy na nikogo nie nakrzyczałem, choć współpracownicy twierdzą, ze potrafię spokojnie powiedzieć, coś takiego. że „w pięty pójdzie”. Trudno mnie urazić, choć niektóre przykre zdarzenia potrafią we mnie utkwić na długo i głęboko. Sam o sobie mówię, ze wybaczam, ale pamiętam.

– Jaki jest pana wzór managera?

– Najlepszy manager ma duszę przedsiębiorcy. Pracując w cudzej firmie, zachowuje się tak, jakby należała do niego. Zwykle osiąga doskonałe efekty. Jedyny problem polega na tym, że taki człowiek ma wkodowaną potrzebę zarządzania własnym biznesem i prędzej, czy później wizja ta go skusi. Kilkanaście lat temu, człowiek do którego miałem ogromne zaufanie, ukradł technologię i uciekł do konkurenta, który obiecał mu 50 proc. firmy, mieszkanie i BMW. Zanim to zrobił, przez dłuższy czas unikał mnie, nie umiał mi spojrzeć prosto w oczy. Po jakimś czasie spotkaliśmy się przypadkiem. Zapytał: „Na pewno nigdy mi pan nie wybaczy?”. Odpowiedziałem, że zdarzenie to oczywiście mnie zbulwersowało, ale go rozumiem, więc wybaczam.

– Czy korzysta pan z usług headhunterów?

– Rzadko i niechętnie. Najwłaściwsza ścieżka kariery to awans wewnątrz firmy. Od czasu do czasu wiążą się z tym jednak przykre sytuacje. Zdarza się, że ktoś, kto był znakomitym szefem działu, zupełnie nie sprawdza się jako dyrektor. Co zrobić w takiej sytuacji? Zdegradować pracownika to bardzo zły pomysł. Zwykle więc trzeba podjąć decyzję o zwolnieniu, co jest przykre dla pracodawcy. A zwolniony ma poczucie krzywdy. Niełatwo powiedzieć do kogoś, kogo się zna od lat: „ Personalnie cię lubię, ale do biznesu się nie nadajesz”. Jeszcze gorzej wygląda to, gdy headhunter promuje osobę, która ma znakomite wykształcenie, biegle zna kilka języków, ale generalnie zawsze ma pecha. Widziałem już sporo CV managerów, którzy zdobyli doświadczenie w znakomitych firmach, ale zawsze byli zwalniani. Słowem – dobór odpowiednich współpracowników to sprawa niełatwa. Umiejętność wyłonienia odpowiednich kandydatów musi cechować managera stojącego na czele dużej organizacji.

– Pańska kariera biznesowa to sukces za sukcesem.

– Także i mnie zdarzały się wpadki. Znajomi lekarze z Torunia postanowili zainwestować w największą i najbardziej luksusową dyskotekę w mieście. Zrobili dobry biznes plan, zapożyczyli się w 7 bankach, ale zapomnieli, że to interes, który jest nie do upilnowania. Pomimo, że zaangażowałem się z pomocą, to jednak skończyło się plajtą.

– Jest pan wielkim znawcą róż miłośnikiem ogrodów.

– Szczególny stosunek emocjonalny mam do własnego ogrodu, przy pałacu w Kikóle niedaleko Torunia. To niezwykle piękne miejsce. Odwiedzało, je wielu wybitnych artystów, min. Chopin, który pisał o tym w listach. Czasem żartuje, ze  mam najtańszy dom spośród wszystkich moich znajomych i współpracowników. Kompletnie zniszczonego pałacu nikt nie chciał kupić, oferowano go na trzech przetargach. W końcu zapłaciłem 450 tys. złotych.

– Podobno chętnie sam zajmuje się pan ogrodem?

– Nie przepadam za typowymi pracami ogrodniczymi. Zajmuję się planowaniem i nadzorem. Nad 12 ha ogrodu czuwa 14 osób. Projekt sporządził John Brooks – jeden z najbardziej cenionych specjalistów w branży, autor ponad 50 książek o ogrodach. Kiedy przyjechał do mnie po raz pierwszy, stwierdził, że nasz klimat jest bardzo sprzyjający, porównywalny do północnej Francji. Sprawy związane z ogrodem wydały mi się fascynujące, przeczytałem na ten temat mnóstwo książek. Niedawno jeden z dziennikarzy postanowił mnie przeegzaminować ze znajomości odmian róż. Powiem nieskromnie, że poradziłem sobie bez problemu, ponieważ był to bardzo łatwy test. Dużą przyjemność sprawiła mi natomiast opinia Brooksa, który po trzech latach znajomości stwierdził, że możemy  porozmawiać, jak dwaj profesjonaliści.

– Czy udostępnia pan ogród zwiedzającym?

– Chętnie przyjmuję zapowiedziane wcześniej wycieczki szkolne. Zastanawiałem się nad wyznaczeniem określonych dni dla zwiedzających, podobnie jak robią to inni miłośnicy ogrodów z Europy Zachodniej. Musiałbym jednak zmienić swój styl życia i pracy, żeby nie kolidowało to z moimi obowiązkami.

– Jak wygląda pański rozkład dnia?

– Budzę się o 8,30, ale pracę zaczynam o godz. 10. Spędzam w ogrodzie każdą wolną chwilę, to znakomity relaks. Po godz. 10 zaczynają do mnie dzwonić współpracownicy. Muszę, oczywiście, na bieżąco znać sytuację na giełdach.

– W mediach pojawiają się informacje, że zamierza pan częściowo ograniczyć rozmiary biznesu.

– Sam co jakiś czas mówię o potrzebie „skrócenia się” i koncentracji, co pozwala na bardziej efektywne zarządzanie. Ale zgodnie z porzekadłem, że „ciągnie wilka do lasu”, nie potrafię przestać planować kolejnych akwizycji, które wydają mi się szczególnie interesujące.

– Wiele komentarzy wzbudził pański alians z Tadeuszem Rydzykiem w dziedzinie sprzedaży telefonów komórkowych.

– Pomysł, żeby ofertę skierowaną do osób w starszym wieku, prezentować w „Radiu Maryja”,  doskonale zdał egzamin. Udało się dotrzeć do dużej grupy potencjalnych klientów. Konkurencja zdała sobie z tego sprawę po fakcie. Dla mnie jest to działanie czysto biznesowe. Nigdy nie wiązałem się z żadnymi ugrupowaniami politycznymi. Pytany o poglądy zwykle odpowiadam: „Zawsze rządzą nasi, to przecież nasz naród ich wybiera”.

Co lubi Roman Karkosik?

Zegarki – jedyny, jakiego używał jako dziecko, dostał na komunię.

Pióra, długopisy – na co dzień posługuje się niebieskimi cienkopisami, zawsze ma w torbie przynajmniej jeden.

Ubrania – preferuje eleganckie, ciemne garnitury szyte na miarę, ale nie nosi krawata. Mówi: „nie byłem w sklepie odzieżowym od 20 lat”

Wypoczynek – ciepłe miejsca świata, najbardziej lubi plaże nad Oceanem Indyjskim.

Kuchnia – „Od 30 lat codziennie jem drobiowy rosół. Nie wyobrażam sobie też funkcjonowania bez zielonej kawa Jacobs”.

Samochód – Maybach, w którym pracuje podczas podróży. Samolotami lata tylko z konieczności.

Hobby – literatura na temat ogrodów i kwiatów, eseje Jacka Bocheńskiego

About

ManagerOnline

This tells you a bit about this blog and the person who writes it.

When you are logged in you will be able to edit this page by clicking on the edit icon.

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...