.
Strona główna Blog Strona 142

Rada nadzorcza powołała Jima Rowana na stanowisko CEO i prezesa Volvo Cars

21 marca Jim Rowan dołączy do Volvo Cars i obejmie w niej stanowisko prezesa i dyrektora generalnego. Jim jest obecnie CEO i członkiem zarządu Ember Technologies, wcześniej był dyrektorem generalnym grupy Dyson. Nowy prezes Volvo Cars, którego wybór poprzedziła staranna selekcja, ma duże doświadczenie w przeprowadzaniu transformacji cyfrowej firm i pracował w produktów innowacyjnych. Zastąpi Håkana Samuelssona, który dołączył do Volvo Cars jako członek zarządu w 2010 r., a od października 2012 r. pełni funkcję dyrektora generalnego i prezesa. Jego kontrakt wygaśnie tak jak planowano – w 2022 roku.

Jim wnosi ze sobą ponad trzy dekady doświadczenia w sektorach konsumenckim i technologicznym, które zdobył w międzynarodowych firmach. Realizowane przez niego strategie transformacji i działania angażujące klientów, zapewniły tym firmom intensywny wzrost i rentowność. Pracował również intensywnie nad cyfryzacją firm, eliminowaniem zakłóceń ich działalności, innowacjami, inżynierią i łańcuchami dostaw. Te doświadczenia będą cenne dla firmy Volvo Cars, aby w przyszłości zrealizować jej strategiczne ambicje.

Jim Rowan pracował z Ember jako inwestor, członek zarządu i CEO od lutego 2021 roku. Pełnił funkcję CEO Grupy Dyson w latach 2017-2020 oraz jako COO w latach 2012-2017, w tym czasie przyspieszył strategię e-commerce firmy, która wprowadziła na rynek nowe innowacyjne produkty i zwiększyła swój udział w rynku światowym. Przed Dysonem był dyrektorem operacyjnym BlackBerry. Obecnie jest starszym doradcą globalnej firmy inwestycyjnej KKR oraz członkiem Komitetu Akcjonariuszy Henkel AG, niemieckiej firmy technologicznej i dóbr konsumpcyjnych, działającej na całym świecie.

Bardzo się cieszę, że mogę powitać Jima Rowana jako nowego dyrektora generalnego Volvo Cars. Volvo Cars przechodzi intensywną, cyfrową transformację, dlatego chcieliśmy zaangażować kogoś z doświadczeniem globalnego dyrektora generalnego spoza branży motoryzacyjnej. Jim to właściwa osoba, która przyśpieszy wejście Volvo Cars w przyszłość. Dzięki temu Volvo stanie się najszybszym transformatorem w swojej branży, z całkowicie zelektryfikowaną ofertą i milionami bezpośrednich relacji z klientami — powiedział Eric Li, prezes zarządu Volvo Cars.

Chciałbym skorzystać z okazji, aby szczerze podziękować Håkanowi Samuelssonowi za jego zaangażowanie i determinację w ciągu ostatnich dziesięciu lat w Volvo Cars. Håkan wraz ze swoim zespołem zarządzającym stworzył odnowioną i mocną gamę produktów, przywrócił Volvo jako marce pozycję w segmencie premium, która jest dobrze przygotowana na przyszłość i umożliwiła udane wejście na rynek Volvo Cars – kontynuował Li.

Cieszę się, że mogę dołączyć do Volvo Cars w tak ekscytującym czasie dla firmy i w tak przełomowym momencie zarówno dla branży, jak i konsumentów. Volvo Cars ma liczne osiągnięcia w zakresie innowacji, bezpieczeństwa, technologii i jakości oraz zrównoważonego. Do tego mamy zespół ze światowej klasy talentami, co stawia markę w świetnej pozycji na drodze do dalszych zmian – powiedział Jim Rowan.

Cieszę się, że mogę powitać Jima w jego nowej roli, aby kontynuować wspaniałą podróż, którą odbywa Volvo Cars. Chciałbym również podziękować wszystkim pracownikom Volvo Cars za niesamowity postęp, jakiego dokonaliśmy razem w ciągu ostatnich 10 lat – nie tylko czyniąc z Volvo jedną z najszybciej rozwijających się i najbardziej zaufanych marek motoryzacyjnych premium, ale za nieustanną innowacyjność i rozwój we właściwym kierunku. Życzę wam wszystkiego najlepszego w nadchodzących ekscytujących latach – powiedział Håkan Samuelsson.

Håkan Samuelsson pozostanie na swoim stanowisku aż do przejęcia steru przez Jima Rowana w marcu bieżącego roku. Wówczas Håkan opuści zarząd Volvo Car AB. Håkan będzie nadal pełnił funkcję prezesa Polestar Automotive Holding UK Limited („Polestar”), aby przeprowadzić proces de-SPAC, ponieważ oczekuje się, że będzie notowany na giełdzie Nasdaq pod symbolem „PSNY” jeszcze w tym roku, zgodnie ze wcześniejszą deklaracją.

Milion w filiżance herbaty

Ze Stanisławem Kluzą, prezesem Quant Tanku, wykładowcą SGH, byłym szefem KNF, o roli doradztwa w dziedzinie prawa i relacji zewnętrznych rozmawia Piotr Cegłowski

Proponuję, byśmy tym razem na starcie odwrócili role. To ja zadam pierwsze pytanie: jaką objętość powinna mieć typowa filiżanka herbaty?

Taka, jaką lubię, przynajmniej 250 ml, ale zwykle podaje się ją w malutkich, bardziej nadających się do kawy filiżankach o pojemności 150 ml.

Umówmy się więc, że przeciętna filiżanka powinna pomieścić 200 ml. Gdybyśmy ją wypełnili złotem, ile ważyłby kruszec? Biorąc pod uwagę dużą masę własną złota, byłyby to dokładnie 4 kg. Ile dziś kosztowałaby filiżanka złota? Milion złotych.

Żyjemy w czasach sporej niepewności, czemu towarzyszy napięcie geopolityczne, więc wiele osób stara się o najlepsze zabezpieczanie swojego majątku.

Zastanówmy się, czy powinny to być rzeczy ruchome, instrumenty finansowe czy nieruchomości? Każda klasa aktywów ma swoje zalety, ale też i słabości. Posłużmy się przykładem. Ziemię i nieruchomości można znacjonalizować i nie sposób ich wywieźć w przypadku wyjazdu z kraju. Z drugiej strony, cenne przedmioty łatwo przewieźć, ale są bardziej narażone na zniszczenie lub pospolitą kradzież. Nieruchomości, samochody, akcje, lokaty w bankach, etc. podlegają ewidencji i państwo ma o nich wiedzę. Z drugiej strony, kolekcje lub cenne przedmioty nie są widoczne dla urzędników. Aktywa rynku finansowego zazwyczaj są płynne, ale są narażone na ryzyko inwestycyjne, tj. wahliwość wyceny, a czasami na bankructwo ich wystawcy. W tym sensie dobrze być choć częściowo zdywersyfikowanym.

A jak w tym wszystkim ulokować kwestię zaufania?

To jeszcze trudniejszy temat. Państwo ma chronić majątek i dobra obywateli, ale zarazem je opodatkowuje. Czasami opodatkowanie może być wręcz wywłaszczające. Opodatkować może to, co jest ewidencjonowane, a najłatwiej nieruchomości. Przykładowym przeciwieństwem jest fizyczne złoto, które łatwiej ukryć. Myślę, że jest to istotny argument dla tych, którzy zainteresowali się tym kruszcem.

Nieruchomości mają też wadę – mogą zostać urzędowo przewłaszczone, jak w Rosji sowieckiej…

Żeby nie szukać daleko, w Warszawie nadal borykamy się ze skutkami dekretu Bieruta sprzed 75 lat. Ale ten przykład nam się kojarzy z doktryną komunistów, którzy również nie pogardzili przejmowaniem innych wartości materialnych w imię interesu publicznego i sprawiedliwości społecznej. Kolejnym przykładem może być wymiana pieniądza, którą przeprowadzono w 1950 r. Dla niepoznaki została nazwana „drugą reformą walutową”, a w praktyce pozbawiła ludzi ponad 60 proc. wartości posiadanych zasobów gotówkowych. Towarzyszyło temu wydanie dekretu o zakazie posiadania i handlu walutami obcymi i kruszcami, a zostało to nazwane „przestępstwem dewizowym”.

Czyli złoto nawet w banku nie musi być bezpieczne?

Paradoksalnie ciekawym przykładem są wydarzenia z USA po Wielkim Kryzysie.
5 kwietna 1933 roku prezydent Franklina D. Roosevelt wydał dekret nakazujący, aby „Wszystkie osoby dostarczyły do 1 maja 1933 wszystkie złote monety, złoty bulion i certyfikaty złota znajdujące się w ich posiadaniu do Banku Rezerwy Federalnej, jej biura lub agencji albo do dowolnego banku Systemu Rezerwy Federalnej”. Posiadanie monet i sztabek inwestycyjnych w USA stało się przestępstwem, nota bene zagrożonym karą do 10 lat więzienia lub kolosalną wówczas grzywną w wysokości 10 tys. dol. Prawdopodobnie państwo przejęło pomiędzy 120 a 500 ton złota. Po jakimś czasie złoto znowu zalegalizowano, ale uncja już nie kosztowała 20 dol., tylko 35 dol. Tak więc złota moneta dwudziestodolarowa ważąca uncję, która dotąd symbolizowała stabilność amerykańskiej waluty, zaczęła kosztować 35 dol.

Kiedyś pisałem o złocie jako przedmiocie inwestycji. Ekspert wytłumaczył mi, że właściwe każda inwestycja jest lepsza niż gromadzenie złota. Lepiej kupować sztukę, broń zabytkową, samochody. Dlaczego? Nasz pradziadek, zamawiając porządny garnitur na początku XX wieku płacił pół uncji złota. Za markowy garnitur dzisiaj płacimy dokładnie tyle samo. Rzec można, że złoto jest ponadczasowym równoważnikiem pewnych wartości.

Słusznie, podobnie wygląda to w przypadku samochodu. Ile dzisiaj kosztuje porządne auto? 250 tys. zł. Jeżeli przyjmiemy, że 1 g złota to 250 zł, a 1000 g to 250 tys. zł, to cena samochodu dobrej klasy odpowiada wartości 1 kg złota. A ile kosztował rydwan w starożytnym Rzymie, będący odpowiednikiem dzisiejszego samochodu? Również kilogram złota. Podobnie zresztą jak dobrej klasy automobil sto lat temu w USA. Przykładowo, popularny Ford T kosztował wtedy pół kilo złota, a lepsze auta odpowiednio więcej.

Ale za to przeznaczając na początku XX wieku uncję złota na zakup ziemi na Manhattanie zyskuje się przebitkę na poziomie tysięcy.

Spójrzmy na to inaczej. Kupując za tę samą uncję działkę w Warszawie lub Petersburgu, nic byśmy nie zyskali, ponieważ ziemia w tych miastach została przejęta przez władze. Ziemia ma to do siebie, że podlega działaniom regulacyjnym, czyli państwo może ją przejąć lub wykupić. Może też nałożyć tak wysoki kataster, że płacąc 3 proc. rocznie od wartości działki czy nieruchomości, w ciągu 30 lat oddaje się państwu równowartość tej inwestycji. A propos wspomnianej działki na Manhattanie: nie można jej dzielić na metry lub centymetry kwadratowe, a wartość ma jedynie w całości. Inwestycje w ziemię są ograniczone ryzykiem płynności. A nawiązując do wspomnianego Nowego Jorku, obowiązywały przepisy umożliwiające odebranie nieruchomości właścicielowi, o ile o nią nie dba.

W tym kontekście lepiej widać auty złota.

Ale ma również dużo wad. Główna z nich polega na tym, że cena doświadcza dużych rynkowych fluktuacji. Niedawno było po 1200 dol., a teraz kosztuje 1800 dol. za uncję. Inny problem wiąże się z tym, że złoto fizyczne można ukraść. Jeśli przechowuje się je w przysłowiowej skarpecie, ktoś może ją po prostu zabrać. Nie metodą regulacyjną, tylko za sprawą zwykłej kradzieży. Mamy tu więc zupełnie inne typy ryzyka, niż w przypadku inwestycji w nieruchomości.

Ile zatem powinno być warte złoto?

Państwo, jeżeli będzie chciało, może wydrukować każdą ilość pieniędzy, ale nie da się wydobyć dowolnej ilości złota, bo jest ona w jakimś sensie uwarunkowana technologicznie. Spójrzmy na dane dotyczące rocznego wydobycia. W czasach, kiedy popyt jest nieco obniżony, w XXI w. przekracza poziom 2000 ton w skali rocznej. Kiedy z kolei popyt wzrasta, tak jak teraz, możemy nawet zbliżyć się do 4000 ton. Czy to dużo, czy też mało? W odróżnieniu od diamentów, które można uzyskać w procesie technologicznym, złota nie da się wyprodukować. Co więcej, jest to dobro precyzyjnie wyceniane, jeśli kupuje się złoto bulionowe, a nie biżuteryjne, artystyczne czy numizmaty. Wtedy liczy się sama masa. Dzisiaj cena w Polsce zbliża się do historycznych rekordów, tj. do prawie 8000 zł za uncję. Tak wysoka cena jest symbolicznym miernikiem niepewności naszych czasów.

Wróćmy do kwestii, jaka jest realna wartość złota?

„Złoto to pieniądz. Wszystko inne to kredyt” powiedział kiedyś J.P. Morgan, założyciel jednego z największych banków inwestycyjnych świata. Zacznijmy od tego, że nie ma ono zastosowania technologicznego czy w masowym przemyśle. Ma więc po części wymiar umowny, tak jak pieniądz. Wówczas jedną z miar, która pozwala oszacować kierunek wyceny, jest nominalna podaż pieniądza. Jeżeli nadmiernie rośnie nominalna podaż pieniądza – a w ostatnim pocovidowym czasie wiele gospodarek dokonało operacji nazywanej luzowaniem ilościowym, której konsekwencją jest właśnie nadmiar pieniądza – musi nastąpić zmiana wyceny aktywów. Podobnie jest z ceną złota. Kiedyś przyjrzałem się ciekawej ponadczasowej relacji ceny złota do podaży pieniądza liczonej jako M1 i M2 w USA. Wyznacza ona pasmo, w którym w długim okresie można przewidywać zakres wychyleń ceny. Wyliczenia te mogą jednak w ostatnich latach ulegać pewnym zaburzeniem ze względu na rozwój walut wirtualnych.

Podrożeje biżuteria i złoto w sztabkach, coś więcej? Czy jest na to popyt?

Śladowe ilości są wykorzystywane w elektronice, czy w przemysłach precyzyjnych. Złoto jest bardzo kowalne. Czasami na potrzeby przemysłu kosmicznego w ramach nanotechnologii robi się powłoki o grubości kilkunastu atomów, a wówczas jednym gramem można pokryć już bardzo duże powierzchnie. Takie zapotrzebowanie nie może wykreować poważnego popytu. W tym miejscu dochodzimy do kolejnej kwestii: czy złota jest za dużo, czy jest go za mało? W pierwszym przypadku musi tanieć. I na odwrót. Spróbujmy sobie wyobrazić tak zwane duże liczby o złocie. Jeżeli przyjmiemy, że wydobywamy 2500-3500 ton rocznie, to znaczy, że gdybyśmy przyjęli, iż możemy wydobywać 3100 t. To z kolei oznacza, że wydobywalibyśmy 100 milionów uncji rocznie. Jeżeli zobaczymy, jak się zmienia ludność świata, a przyrasta mniej więcej o 100 milionów rocznie, okaże się, że ludności przybywa mniej więcej tyle, ile uncji złota wydobywa się średniorocznie. Jeżeli zastanowimy się, ile złota wydobyto w historii świata, to okaże się, że ponad 90 proc. pozyskano w okresie ostatnich 150 lat. Kiedy porównamy te liczby ze światowymi zasobami złota wydobytego, to możemy zauważyć, że ilość kruszcu na przestrzeni dziejów – w porównywalnych trendach i proporcjach – rosła jak liczba ludności na świecie.

Postarajmy się oszacować, ile złota wydobyto dotychczas.

Osiągnęlibyśmy wynik na poziomie 200 tys. ton. Gdybyśmy przeliczyli to na uncje, zbliżalibyśmy się do 7 miliardów. Liczba ludności świata w tym roku to 7,8 mld. Tak więc średnio na jednego obywatela świata przypada nie więcej niż jedna uncja złota. Abstrahując od pewnych fluktuacji w górę lub dół, na przestrzeni dziejów ta proporcja się utrzymuje. Jedna uncja – dużo to, czy mało? Biorąc pod uwagę wyposażenie w pierścionki przeciętnej Polki, to sporo. Czy statystyczna Polka posiada 10 pierścionków po 3 g czystego złota?

Powinniśmy pamiętać, że 90 proc. bogactwa świata jest w rękach 10 proc. najbogatszych ludzi.

A to znaczy, że na 10 proc. najbogatszych powinno przypadać 10 uncji złota na głowę, przy założeniu, że 90 proc. biednych ludzi nie będzie posiadało go w ogóle. 10 uncji to już jest 300 gramów. To jest 10 złotych monet np. popularnych 20 dolarowych. Są osoby, które inwestują w złoto i mają w sztabkach po kilka kilogramów. Spróbujmy jeszcze zwizualizować całe złoto, jakie wydobyto w historii świata. To trochę ponad 200 tys. ton. Gdybyśmy z niego stworzyli wielką kulę – jaki byłby jej promień? Pamiętajmy, że ciężar własny złota jest duży, więc potrzeba jakieś 19 ton na metr sześcienny. Otóż promień takiej kuli miałaby 13,5 m. Może łatwiej będzie sobie jednak wyobrazić sześcian zbudowany z identycznej ilości kruszcu. Długość boku takiej kostki wynosiłaby 22 m. Całe złoto wydobyte w dziejach ludzkości pozwoliłoby zbudować kostkę do gry o boku 22 m długości. Przyjmując, że średnio jedno piętro w budynku, to trochę ponad 3 m, taki sześcian można przedstawić jako złoty odpowiednik budynku sześciopiętrowego.

Trudny start na rynku fotowoltaiki – klienci najchętniej wybierają doświadczonych wykonawców

Osobiste wrażenia po kontakcie z przedstawicielem firmy, cena usług i opinie w internecie to główne aspekty, którymi kierują się polscy inwestorzy wybierający wykonawcę instalacji fotowoltaicznej – wynika z raportu Oferteo.pl

Tekst: Wojciech Gryciuk

Bardzo trudne zadanie staje więc przed nowymi firmami, ponieważ zleceniodawcy znacznie chętniej korzystają z usług specjalistów z długoletnim stażem. Co ważne, po zrealizowanej usłudze 89 proc. inwestorów było zadowolonych z usług firmy, na którą się zdecydowało.

Ponad 600 tysięcy instalacji w Polsce

Zainteresowanie Polaków fotowoltaiką nieprzerwanie rośnie. Dodatkowo wpływają na nie podwyżki cen energii elektrycznej oraz inflacja, zachęcająca do rozważnego inwestowania pieniędzy. Według danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych, moc zainstalowanych paneli fotowoltaicznych w połowie bieżącego roku wyniosła w Polsce ponad 5,2 GW. Liczba wszystkich instalacji wynosiła wówczas 602 021.

Rosnący popyt wpływa na zwiększającą się liczbę firm oferujących usługi związane z fotowoltaiką. Czy jednak wszyscy wykonawcy mają takie same szanse na pozyskanie klientów? Okazuje się, że dla inwestorów kluczowe jest przede wszystkim wrażenie, jakie robi na nich wykonawca. Odczucia po pierwszym kontakcie wpłynęły w ostatnim roku na decyzję niemal połowy zleceniodawców (49 proc.). Dla 38 proc. badanych ważną rolę odgrywała wycena usługi, a 32 proc. podejmowało decyzję kierując się opiniami na temat firmy w internecie. Wiele osób zwracało uwagę na polecenia najbliższych (22 proc.), długość okresu gwarancji (21 proc.) oraz dostępność w konkretnym terminie. Warto podkreślić, że większego znaczenia nie miała lokalizacja firmy.

Jakie szanse dla małych firm?

Z badania wynika, że dla aż 81 proc. ankietowanych duże znaczenie miało to, jak długo dana firma funkcjonuje na rynku oraz jak wiele zleceń dotychczas zrealizowała. Specjaliści z długoletnim doświadczeniem byli zdecydowanie najbardziej pożądani, mimo iż ich terminy są najbardziej odległe. Oznacza to, że pozyskanie nowych klientów może być utrudnione dla przedsiębiorstw, które zaczynają dopiero swoją działalność na rynku OZE.

Dodatkowo aż 55 proc. badanych przyznało, że do skorzystania z usług wykonawcy przekonałaby ich możliwość odbierania 100 proc. energii z sieci. Jest to opcja oferowana od niedawna przez największe firmy zajmujące się fotowoltaiką i stanowi dodatkową przeszkodę dla młodych przedsiębiorców.

Od projektu po instalację

Polacy najchętniej powierzali pracę nad inwestycją jednemu wykonawcy. Zajmował się on zatem całością zlecenia: od załatwienia formalności, projektu, wyceny po dobór odpowiedniego sprzętu i montaż całej instalacji. Część badanych (11 proc.) zdecydowała się samodzielnie dopełnić formalności, a 2 proc. skorzystało z usług różnych firm przy jednym projekcie.

Pełne zaufanie do wykonawcy

Polacy zlecający wykonanie instalacji fotowoltaicznej zwykle w pełni ufają wybranemu specjaliście w kwestiach technicznych. Aż 59 proc. badanych powierzyło wykonawcy pełną realizację zlecenia, nie ingerując w nią. To dobra wiadomość dla osób, które chciałyby zainwestować w fotowoltaikę, ale obawiają się, że może im to utrudnić brak znajomości tematu. W rzeczywistości rozeznanie to nie jest niezbędne, ponieważ samo użytkowanie mikroinstalacji nie przysparza wielu trudności, natomiast w jej wykonaniu inwestor niekoniecznie musi brać jakikolwiek udział. Co trzeci ankietowany zdecydował się jednak częściowo polegać na własnej wiedzy, a tylko w niektórych kwestiach zdać się na firmę realizującą zlecenie. 8 proc. pytanych zależało, aby mieć jak największy wpływ na ostateczny kształt projektu.

Szybka realizacja

Właściciele mikroinstalacji wykonywanych w ciągu ostatniego roku zostali zapytani o to, jak długo w ich przypadku trwała realizacja całego zlecenia. Okazuje się, że w co trzecim przypadku cały proces udało się zamknąć w zaledwie tydzień. U 22 proc. ankietowanych trwał on od 1 do 2 tygodni, natomiast 32 proc. czekała na uruchomienie instalacji od 2 do 4 tygodni.

Dane przedstawione w raporcie o fotowoltaice w Polsce pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego przez Oferteo.pl w sierpniu 2021 r. metodą CAWI na próbie 500 osób.

 

Radisson: dynamiczny model biznesowy

Radisson Hotel Group wierzy w silny polski rynek i będzie kontynuować ekspansję w tym kraju – komentuje Valerie Schuermans, wiceprezes Business Development Central Europe.

Radisson Hotel Group jest jedną z największych grup hotelowych na świecie. Obejmuje ponad 1600 działających i rozwijających się hoteli w 120 krajach. Ma zasięg globalny i odpowiednie portfolio dziewięciu różnych marek, od budżetowych po premium. Opierając się na sukcesie swojego pięcioletniego planu transformacji, skoncentrowanego na 26 inicjatywach, firma jest gotowa na pełny powrót do podróży i mocno zdeterminowana, by stać się marką wybieraną przez właścicieli, partnerów i gości, dostarczając elastyczny model kosztów, najlepszy w swojej klasie system zarządzania przychodami oraz w pełni zaktualizowaną architekturę marki w każdym segmencie.

Silna pozycja firmy w Polsce obejmuje 15 hoteli i ponad 3500 pokoi. Ponadto trzy hotele są w budowie i w przygotowaniu, w tym dwa nowe ekscytujące hotele Radisson RED – w Krakowie i Warszawie. Ma mocną i zróżnicowaną reprezentację marki, w tym nasz wielokrotnie nagradzany flagowy Radisson Collection Hotel w Warszawie i osiem hoteli Radisson Blu, od 10 lat największą markę wyższej klasy w Europie. Z niecierpliwością czekamy na powitanie wiosną 2022 roku naszego najnowszego hotelu Radisson Blu w Ostródzie, rozległego ośrodka z 369 pokojami, własną przystanią i parkiem wodnym. Tym najnowszym dodatkowym hotelem i otwarciem Radisson Resort Kołobrzeg w sierpniu 2021 roku potwierdza pozycję największego międzynarodowego operatora kurortów w Polsce.

W ostatnim, niełatwym czasie dla branży jednym z kluczowych obszarów okazała się dobra reputacja Radisson Hotel Group. To dzięki niej szybko reaguje na pojawiające się możliwości i wyzwania oraz dostosowuje do zmian warunków rynkowych i opinii gości, które są codziennie gromadzone w systemach jakości.

Zwłaszcza w ostatnich miesiącach na pierwszym miejscu firma postawiła zdrowie i bezpieczeństwo, wprowadzając nasz „Protokół bezpieczeństwa hoteli Radisson”, we współpracy z SGS, wiodącą na świecie firmą testującą i certyfikującą. Była pierwszą grupą hotelową, która uruchomiła kompleksowy program testowy i usługę szybkiego testowania dla uczestników spotkań i wydarzeń w obiektach z naszego portfolio w regionie EMEA jako sposób na ułatwienie bezproblemowego powrotu do spotkań biznesowych i wydarzeń oraz kontynuowanie współpracy z SGS w celu ponownego, bezpiecznego powitania gości.

W ciągu ostatnich trzech lat firma zainwestowała ponad 400 mln dol. w dalsze wzmacnianie znaczenia swoich marek i opracowała nowe, innowacyjne oferty biznesowe, takie jak hybrydowe spotkania i sale, przyspieszyła rozwój Obsługiwanych Apartamentów i uruchomiła koncepcję miejskiego kurortu. Radisson Hotel Group zainwestowała również ponad 100 milionów dolarów w najnowocześniejszą infrastrukturę IT, aby zapewnić właścicielom i gościom najnowsze światowej klasy rozwiązania cyfrowe, które koncentrują się na obsłudze gości i zarządzaniu nieruchomościami, a także optymalizacji przychodów i kosztów.

Podczas gdy wiele grup hotelowych wstrzymało swoje plany rozwoju podczas pandemii, Radisson Hotel Group odnotowała od początku pandemii 250 podpisanych umów hotelowych w regionie APAC i EMEA, a także wprowadzenie nowej marki, Radisson Indywiduals, w październiku 2020 roku.

Firma zauważyła niszę na rynku, w której właściciele szukają rozwiązań ułatwiających konwersję, oferujących istniejącym hotelom możliwość dołączenia do silnej międzynarodowej sieci w poszukiwaniu większej widoczności i zaufania konsumentów. Od czasu uruchomienia Radisson Indywiduals marka rozszerzyła na całym świecie swoją obecność, z niedawnym kontraktami i otwarciami w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Hiszpanii, Austrii, Bułgarii i Afryce. Z niecierpliwością czekamy na wprowadzenie tej marki na polski rynek, gdzie idealnie nadaje się dla hoteli zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym.

Odniosła również wielki sukces dzięki Obsługiwanym Apartamentom, które dają inwestorom możliwość współpracy z nami w atrakcyjnym i rozwijającym się segmencie, przewyższającym resztę rynku. Radisson Hotel Group postawiła sobie za cel ponaddwukrotne zwiększenie swojego portfolio Obsługiwanych Apartamentów w ciągu najbliższych pięciu lat w regionie EMEA i wprowadziła ten segment na rynek polski w Gdańsku i Zakopanem pod markami Radisson i Radisson Blu.

Dynamiczny model biznesowy hoteli wynajmowanych, zarządzanych i franczyzowych oznacza, że możemy zaoferować właścicielom rozwiązanie szyte na miarę i zapewnić jedne z najwyższych marż GOP w branży. Do tej pory około 65 proc. naszych właścicieli posiada u nas więcej niż jedną nieruchomość. Te długotrwałe relacje opierają się na zaufaniu, zobowiązaniu i odpowiedzialności. W Polsce oferujemy również opcje finansowania kondominium, dające deweloperom większą elastyczność, a oszczędzającym atrakcyjne możliwości inwestycyjne w czasach wysokiej inflacji. Radisson wierzy w siłę branży i jest w pełni gotowy na bezpieczny powrót do podróżowania.

W magazynie – Nie jesteśmy chłopcami do bicia

O biznesie windykacyjnym, który jest oficjalną, pełnoprawną częścią rynku finansowego i pełni pozytywną rolę w udrażnianiu gospodarki, mówi Jan Kuchno, prezes zarządu Giełdy Praw Majątkowych „Vindexus” S.A.

Za nami podsumowane III kwartału 2021 roku. Czy wyniki są zgodne z pana oczekiwaniami?

Wyniki są zgodne z założeniami, chciałbym jednak podkreślić widoczne efekty reorganizacji, usprawnień oraz automatyzacji procesów w firmie. Szczególnie cieszy ponad trzykrotny wzrost zysku netto w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku, a także poprawa rentowności i zwiększenie efektywności naszej pracy. Przyjęta strategia wyraźnie się sprawdza się. Poza tym business as usual, robimy swoje…

Jeśli miałby pan uchylić rąbka tajemnicy – jakie są pana przewidywania co do II półrocza i całego roku?

Patrząc na wyniki trzeciego kwartału sądzę, że drugie półrocze będzie przynajmniej zbliżone do pierwszego. A dalsza automatyzacja, wykwalifikowana i stabilna załoga oraz wyważona polityka zakupowa powinny przynosić pozytywne efekty także w dłuższej perspektywie.

Czy biznes oparty na odzyskiwaniu wierzytelności to lekki kawałek chleba?

Na początku chciałbym sprostować jedną kwestię. Zajmujemy się zarządzaniem wierzytelnościami, a to proces znacznie szerszy i bardziej skomplikowany niż odzyskiwanie należności, które stanowi tylko jego niewielką część. Wracając do pytania, z pewnością nie jest to lekki kawałek chleba. Ważni są odpowiedni ludzie, których pozyskanie, wyszkolenie i związanie na długi okres nie jest łatwe. Bez profesjonalnej kadry zarządzającej oraz zaangażowanego w pracę zespołu nie przetrwalibyśmy na rynku tak długo i nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy teraz.

GPM „Vindexus” S.A. działa na rynku prawie 30 lat. Jak postrzega pan biznes windykacyjny z perspektywy czasu? Czy zmiany idą w dobrym kierunku, czy niekoniecznie?

Z pewnością nasza branża dziś jest czymś zupełnie innym niż 30 lat temu. Jest oficjalną i pełnoprawną częścią rynku finansowego, a nie ubogim krewnym. Cechuje ją duże zróżnicowanie pod względem wielkości podmiotów w niej działających, przyjętych przez nie modeli działania czy specjalizacji. Na pewno uległa też znacznej profesjonalizacji za sprawą wieloletnich doświadczeń i rozwoju, wejścia do Unii Europejskiej i adaptacji regulacji unijnych, czy też ostatnio automatyzacji działań bądź procesów. Z perspektywy minionych lat postrzegam te zmiany bardzo pozytywnie. Nasz rynek cały czas się rozwija i – w mojej ocenie – będzie przez najbliższe lata ciągle rósł. Nie wszystko wygląda jednak cukierkowo. Pomimo oczywistego przełożenia działalności branży windykacyjnej na poprawę dochodów Skarbu Państwa od dawna mamy pod górkę. Jednakże niedawne. mam na myśli okres ostatnich kilku lat, działania ustawodawcy spowodowały wręcz zachwianie pewnej równowagi we wzajemnych relacjach firm windykacyjnych i dłużników. Niestety, na korzyść tych drugich.

Co konkretnie zmieniło się na lepsze, a co na gorsze?

O pewnych pozytywach już wspomniałem. Okresowo pojawiają się jeszcze te będące pochodną bieżącej sytuacji społecznej czy gospodarczej. Pandemia spowodowała, że więcej podmiotów zdecydowało się na szybsze przekazywanie wierzytelności firmom windykacyjnym, zaś dobra koniunktura i stosunkowo niewielkie bezrobocie przyczyniło się do tego, że dłużnicy chętniej spłacali swoje zaległe płatności.

Jeśli zaś chodzi o zmiany niekorzystne dla naszej branży na przestrzeni kilku ostatnich lat, to jest to brak przychylności politycznej do prowadzenia tego typu działalności. Przykłady? Chociażby zmniejszenie okresu przedawnienia wierzytelności z 10 do 6 lat, uwzględnianie przez sąd przedawnienia z urzędu, wzrost opłat sądowych czy coraz większa ochrona osoby zadłużonej ze strony państwa.

Jaka jest dzisiaj kondycja rynku wierzytelności?

Rynek bardzo się ustabilizował. Wzrasta jego mobilność, śmiało wkraczają nowe technologie, rośnie wartość i cena transakcyjna kupowanych portfeli, co świadczy o dobrej kondycji naszej branży. Prawdziwym papierkiem lakmusowym był okres pandemii, z której, moim zdaniem, wyszliśmy mocniejsi, bardziej przystosowani do funkcjonowania w świecie techniki niż to było dotychczas. Jak wygląda sytuacja finansowa poszczególnych firm? To oddzielny temat, bardzo zależny od polityki i strategii każdej z nich oraz sposobów i technik zarządzania.

Jak widzi pan przyszłość biznesu windykacyjnego?

Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, to konieczna intensyfikacja automatyzacji w branży i zwiększenie w niej roli IT. Jest to o tyle istotne, że jesteśmy częścią sektora finansowego, który musi dźwigać coraz większe obowiązki informacyjne wynikające z wytycznych właściwych organów krajowych i zagranicznych. Krótko mówiąc, mierzy się z coraz większą papierologią, różnego rodzaju formalnościami, częstszym raportowaniem, itp. Muszą nas w tym wyręczyć komputery. Nowa technologia oznacza dla mnie wszelką możliwą automatyzację działalności i kontroling procesów. Uważam, że ten ostatni będzie w następnych latach priorytetem dla wszystkich firm. To oczywiście ma swoją cenę, potrzebne będzie też wsparcie państwa. Z pewnością na takie po cichu liczą przede wszystkim mniejsi gracze, ci wielcy poradzą sobie z tym sami. Brak pomocy dla małych firm oznacza, że będą zmuszone do konsolidacji bądź zmiany zakresu działania. Z ich perspektywy smutne jest to, że na tę chwilę temat jest dla decydentów marginalny i mało poprawny politycznie.

Wracając do negatywnych zjawisk, jakie dotykają firmy windykacyjne. Które wskazałby pan jako szczególnie uciążliwe?

Poza tymi, które już wymieniłem wcześniej, nie można zapominać o wciąż aktualnym, złym PR. Jesteśmy traktowani jak czarny charakter. Zarówno społeczeństwo, jak i ustawodawca zdają się nie dostrzegać naszej pozytywnej roli w udrażnianiu gospodarki poprzez usprawnianie przepływu finansowego. Pracujemy w coraz bardziej niekorzystnym środowisku prawnym i nikt nie chce realnie nam pomóc.

To jednak nie wszystko. Ostatnio zacząłem bliżej przyglądać się kwestii obowiązku alimentacyjnego, który nie działa właściwie za sprawą licznych luk. Niedoskonałości te są bez skrupułów wykorzystywane przez pewne grupy. Zastanawiający jest brak adekwatnej reakcji naszego państwa w tym zakresie. Alimenty są zasądzane w zasadzie bezwyjątkowo. Traktuje się je jako rzecz oczywistą, niemalże dogmat. Moim zdaniem przeczy to zasadzie sprawiedliwości społecznej. Odnoszę wrażenie, że wrażliwość tematu i idące za tym przyzwolenie społeczne góruje nad indywidualnym traktowaniem każdej ze spraw i w efekcie wypacza regułę sprawiedliwości dla wszystkich .

Czy mógłby pan nieco przybliżyć ten proceder?

Może narażę się wszystkim, ale zacząłbym od samej ustawy, której przepisy pozwalają na przyznawanie dla swoich dzieci astronomicznych kwot na co miesięczne alimenty dla zaspokojenia ich potrzeb.

Czy jest coś w tym złego? Każdy rodzic chce jak najlepiej dla swoich dzieci…

Oczywiście, to z pozoru nic zdrożnego. Sęk w tym, że duża część tego typu przypadków dotyczy ucieczki przed wierzycielami i ma służyć do zabezpieczenia przed nimi swojego majątku. Wiadomo – alimenty dla windykatora są nietykalne.

Mamy więc do czynienia, mogę to śmiało powiedzieć, z patologią, która powoduje, że finalnie wierzyciele nie mogą odzyskać swoich środków i tym samym finansują pośrednio alimenty swoich dłużników. I to zgodnie z wyrokiem sądów, które, mam wrażenie, mają świadomość nieprawidłowości. Jednak w większości przypadków akceptują taki stan rzeczy. Horrendalna wysokość tego typu świadczeń to element układanki, która prowadzi do upadłości konsumenckiej i bezkarności. Przecież dzieci powinny być traktowane tak samo. Rozbieżności alimentacyjne mogą być, jednak nie powinno być aż tak drastycznej różnicy. Jeśli rodziców na to stać, mogą przecież ustanowić alimenty „dodatkowe”, ale te powinny być już obciążone podatkiem dochodowym. Przecież chodzi tu o elementarną sprawiedliwość społeczną. Tę samą, która jest odmieniana przez wszystkie przypadki przez polityków. O dziwo jednak żaden decydent jeszcze się nad tym tematem nie pochylił. Może najwyższy czas określić maksymalną opłatę alimentacyjną? Wszystkie pozostałe zobowiązania byłyby wówczas płacone przez dłużnika alimentacyjnego, ale tylko w przypadku, gdy nie ma pokrzywdzonych wierzycieli. Obecne przepisy tego nie precyzują i dlatego są niesprawiedliwe. Uważam, że sądy przyznając ogromne opłaty alimentacyjne powinny uwzględniać pewne procedury, np. nadzór państwa nad sposobem pozyskiwania środków na te roszczenia.

Sytuacja patowa?

Cóż więcej mogę dodać? Poprawie sytuacji nie służą też społeczne emocje, które generowane są przy okazji prasowych rewelacji, bardzo często podkoloryzowanych do granic możliwości, dotyczących bezwzględnych i bezdusznych praktyk windykacyjnych. Jesteśmy w nich kozłem ofiarnym. Ten obraz jest tak zafałszowany, że nie oddaje nawet w przybliżeniu stanu rzeczywistego. W praktyce bowiem to my wyciągamy do dłużnika rękę i pomagamy mu wyjść z kłopotów finansowych. Dopasowujemy harmonogram i wielkość spłat do możliwości danego klienta. Nie jesteśmy komornikiem, który może zająć cały majątek. Sądy zdają się nie brać pod uwagę tego, że są różne rodzaje osób zadłużonych i jeden dłużnik nie musi być równy drugiemu.

Czy możemy z drugiej strony mówić o pewnej przychylności względem dłużników?

Mam wrażenie, że sądy i przy okazji wadliwe przepisy prawne, na podstawie których orzekają, nie są w stanie skutecznie odsiać oszusta od osoby rzeczywiście potrzebującej wsparcia. Wszyscy zostali tu zrównani i brak jest instytucji (np. prokuratury), która mogłaby to zweryfikować, eliminując w ten sposób różnego rodzaju nadużycia.

Sprawia to brak odpowiednich regulacji, wsparcia innych instytucji państwowych czy jeszcze coś innego?

Mam wrażenie, że projekt nie do końca został przemyślany i przygotowany. Nie wzięto pod uwagę skali zjawiska, a założono, że wszystko rozstrzygnie niezawisły sąd. Jego rolą nie jest jednak prowadzenie śledztwa, a postępowanie oparte na bazie przygotowanych dokumentów. Temu ma służyć sala sądowa. Wniosek o upadłość składa często dłużnik, niejednokrotnie dobrze sytuowany, a przy bierności wierzycieli, zazwyczaj instytucji finansowo-bankowych, które także nie posiadają możliwości śledczych, wniosek jest podtrzymany i wszystko kończy się po myśli bankruta. Po kilku latach okazuje się, że on i jego rodzina przez cały ten czas dysponowali odpowiednimi środkami, aby żyć na wysokim poziomie bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek. Gdzie tu jest zasada sprawiedliwości społecznej?

Drugą sprawą konieczną do rozwiązania jest problem składania przez dłużników wniosków o upadłość w razie niepowodzenia w kolejnych krajach. Znam przypadki, w których odmowa upadłości w Wielkiej Brytanii, nazywanej rajem upadłościowym, skutkowała wnioskiem i jego akceptacją w Polsce. Przecież to absurd.

Wszyscy o tym wiedzą, ale nikt z tym nic nie robi?

Temat jest skomplikowany. Państwo tworzy prawo i powinno pilnować jego przestrzegania. Do sprawowania kontroli ma przecież szereg powołanych do tego instytucji. Dodatkowo każda z nich powinna mieć inicjatywę ustawodawczą albo chociaż możność opiniowania pod względem zgodności z zasadami współżycia społecznego. Tak widziałbym też rolę regulatora, jakim jest KNF. Brakuje mi obowiązkowego udziału tej instytucji we wszelkich sporach korporacyjnych, ale też dokonywania oceny ustaw, które mają istotne znaczenie dla funkcjonowania rynku. W konsekwencji sądy, na bazie niepełnych informacji lub też świadomie wprowadzane w błąd przez jedną ze stron sporu, wydają często postanowienia oparte na pomówieniach. Smutne w tym wszystkim jest to, że strony często są reprezentowane przez kancelarie, które uprzednio brały aktywny udział w tworzeniu prawa. Dodatkowo wspomniane kancelarie oficjalnie reprezentują dłużników „pro publico bono”, czyli w ramach darmowej pomocy prawnej. Jednak to tylko są pozory. Rzeczywistość pokazuje nam, że ani osoby, które korzystają z tego rodzaju wsparcia nie są w tragicznej sytuacji, ani mecenasi w znakomitej większości nie wykonują tej pracy darmowo. Pobierają wynagrodzenie od klienta, choć z innego tytułu. Jest to czyn jak najbardziej naganny, ale niestety, sankcjonowany i przemilczany przez palestrę. To jest nieetyczne i rodzi poważne podejrzenia.

Czy problem mógłby się rozwiązać, gdyby KNF bardziej angażował się w postępowaniach sądowych i mógł opowiedzieć się po jednej ze stron?

Rola regulatora KNF i GIF jest określona w ustawie oraz regulaminach i sposobach działania. Zdaniem wielu, mając tak duży wpływ na rynek, regulator powinien być aktywnym jego uczestnikiem także w postępowaniach prawnych. Określone już role i znaczenie KNF powinny jedynie zostać doprecyzowane w ustawach. Sensowny byłby układ, w którym odgrywa on rolę animatora rynku, bo przecież to ta instytucja ma najlepszą wiedzę zarówno o nieprawidłowościach rynku, jak i o jego uczestnikach. Nie wykluczam, że takie działanie powinno skutkować powołaniem własnego zespołu prawników lub zaangażowaniem w sprawę Prokuratury Generalnej. Oczywiście jest to pomysł, który wymagałby szerszej dyskusji i przemyśleń. Szef tej instytucji (KNF), jako jedna z ważniejszych osób w państwie, musiałby mieć rozległą wiedzę dotyczącą realiów funkcjonowania na tym obszarze.

A czy branża windykacyjna odpowiednio silnie lobbuje w swoich sprawach? Może jest to kwestia lepszej organizacji, solidarności w celu działania na rzecz własnych interesów?

Ogólnie pojęte lobby jest, jak widać, niewystarczające. Generalnie problem polega na tym, że zmiany zależą od bardzo wielu czynników, w tym od przychylności sceny politycznej, a tej niestety nie ma. Pobłażliwość prawa wobec dłużników daje możliwość zjednania setek tysięcy wyborców, co jest kuszące dla każdej partii. I tu rywalizację przegrywamy na starcie. Biorąc jednak pod uwagę pozycję, z której musieliśmy zaczynać, nie jest źle. Z marginalnej branży o dużej niechęci społecznej, staliśmy się częścią sektora finansowego, czego dziś nikt nie kwestionuje. Na pewno umocnienie pozycji naszej branży leży w interesie całego sektora. Lepsze, bardziej dopasowane do realiów regulacje prawne dla windykacji byłyby wzmocnieniem skuteczności działania całego rynku.

Czego pan, jako przedstawiciel branży, oczekiwałby od państwa w kwestii naprawy tej sytuacji?

Chciałbym przede wszystkim, żeby kolejne pokolenia miały większą wiedzę odnośnie własnych finansów i zarządzania nimi. Dzisiaj co rusz obserwujemy przykłady ludzi, którzy przez brak podstawowych kompetencji w zarządzaniu własnymi finansami wpadają w spiralę długów. To im zazwyczaj staramy się pomóc wyjść na prostą. Tak więc większy nacisk na edukację finansową i konkretne działania ze strony państwa w tym obszarze są bardzo, bardzo pożądane. Liczę na to, że moje życzenie kiedyś w końcu się spełni.

EFEKT MOTYLA – felieton Ediego Pyrka

W Genewie 11 marca 2020 roku było zimno i sucho. W siedzibie WHO kłębili się dziennikarze z całego świata. Wyraźnie zmęczony i podenerwowany szef WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus oświadczył: „Powodowana przez koronawirusa SARS-CoV-2 choroba COVID-19 zostaje uznana za pandemię”. Tego dnia skończył się świat, który znaliśmy. Pandemia Covidu jest typowym „efektem motyla”. W teorii chaosu efekt motyla opisuje małą zmianę, która może mieć ogromne, nieprzewidywalne konsekwencje. Motyl trzepoczący skrzydłami w Afryce powoduje tornado na Florydzie. A zjedzenie nietoperza przez jakiegoś zapracowanego chińczyka z Wuhan powoduje, że Warren Buffet pozbywa się wszystkich akcji linii lotniczych i…

Jakieś 750 kilometrów od Genewy mieszka Ervin Laszlo. Pisarz, muzyk, wizjoner dwukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla oraz myśliciel uznawany za jednego z 50 najbardziej wpływowych nauczycieli duchowych XX wieku.

Jego dom, stara włoska, średniowieczna kaplica, stoi na wzgórzu. Pod nim dolina z wąską nitką rzeki. W domu tam, gdzie kiedyś był ołtarz, stoi otwarty fortepian. Laszlo właśnie skończył grać. Pod nim, pod grubą warstwą średniowiecznych kamieni, jest podziemna, kościelna krypta. Ervin nigdy jej nie otworzył. Nie chce wiedzieć, co tam jest. Jest to jego maleńki, podziemny kot Schrödingera, który mu przypomina, że zawsze będą rzeczy, których nie będziemy rozumieć i wiedzieć.

– Powrót do normalności, zachowań i praktyk oraz wartości i założeń z niedawnej przeszłości jest niemożliwy, a co więcej jest… samobójczy – mówił Laszlo. – Pandemia otworzyła dla nas nowe drzwi i możemy przez nie wejść. Nasz stary świat jest zdestabilizowany. Systemy społeczne, ekonomiczne, polityczne i kulturowe, które kształtowały nasze życie, zostały wstrząśnięte do korzeni. Ta przełomowa zmiana jest wstępem do całkowitej transformacji naszej rzeczywistości. Musimy więc przygotować się na nieznane.

Pandemia nie tylko zmusiła nas do zatrzymania i uświadomienia sobie, że nie da się żyć tak, jak przedtem, że coś musimy zmienić, inaczej żyć, myśleć, działać. Ale już zmieniła naszą codzienność na każdym poziomie.

Wydaje się, że jednak najważniejsze zmiany, bo systemowe, zaczęły zachodzić w sferze świadomości i religii. Bo wielu wiernych oczekujących pomocy i wsparcia ze strony Kościołów zawiodło się. Instytucje nie były zdolne do wystarczająco szybkiego dostosowania się do nowych potrzeb wyznawców. Do ich pytań.

Paul Tillich, jeden z najsłynniejszych teologów XX wieku, który opracował koncept teologii korelacji, powiedział: „Odpowiedzi, jakie oferuje religia, powinny odpowiadać na pytania, które stawia kultura”.

Dzisiejsza zinstytucjonalizowana religia miała z tym problem już przed pandemią. Teraz tym bardziej nie będzie w stanie odpowiedzieć na pytania, jakie stawi przed nami nowy świat.

Nawet w Polsce, gdzie blisko 90 proc. Polaków przyznaje się do katolicyzmu, tylko 5 proc. z nich jest tzw. katolikami prawdziwymi, wierzącymi w piekło, dziewictwo Maryi i nieomylność papieża. Reszta swój katolicyzm wzbogaca wiarą w horoskopy, karmę i reinkarnację. Powstają więc lawinowo „sałatkowe religie”, bo każdy komponuje swoją religię z tego, co chce. Miesza chrystusową miłość, karmę buddyjską, tarot i kabałę żydowską, mantry hinduskie i fizykę kwantową oraz wiarę w czarnego kota. Jeszcze większe zmiany w rozumieniu duchowości przyniesie pandemia.

Dr Diane Winston jest religioznawcą oraz medioznawcą i profesor nadzwyczajną na Uniwersytecie Kalifornijskim.

– Koronawirus będzie przełomowym momentem w historii religii oraz w historii naszej duchowości. Zostaliśmy zmuszeni do postawienia sobie pytań, których nigdy przedtem sobie nie stawialiśmy. I te pytania dotyczące moralności, śmiertelności i metafizyki będą częścią każdej opowieści o tej pandemii. Kto ma przeżyć? Kto ma umrzeć? Kto dostaje respirator? To są pytania religijne, pytania etyczne. A my zaczynamy powoli rozumieć, że za każdym razem wychodząc z domu podejmujemy decyzje moralne. Przecież przy kolejnej fali pandemii świat się już tak bardzo nie zatrzyma. Kiedy na jednej szali będą pytania o gospodarkę a na drugiej życie kilku osób wraz z ich chorobami towarzyszącymi to… Co zrobimy? Co wybierzemy?

W czasie kolejnych fali pandemii kilka europejskich krajów proponowało wprowadzić wskaźniki „przydatności społecznej” obywateli. W zależności od ilości punktów na skali przydatności podejmowane będą decyzje, co do wyboru ścieżki leczenia. Leczony będzie ten, kto będzie bardziej użyteczny. Kto włoży więcej do krajowego PKB.

Okazało się więc, że wartość naszego życie da się sprowadzić do prostego algorytmu. A my powoli zaczęliśmy to akceptować. Życie człowieka przestało być wartością bezwzględną. Nasze myślenie niezauważenie zaczęło się zmieniać. Nasze wartości ulegać transformacji. Nie da się już zatrzymać tych pytań i naszych na nie odpowiedzi.

Dlatego też wpływ na losy świata ma efekt Covidu, który często jest porównywany do efektu Czarnej Śmierci. Wtedy też motyl zamachał skrzydłami. I istniejące dotąd pewniki i instytucje tłumaczące człowiekowi świat zachwiały się.

Zakończyło się średniowiecze, a rozpoczęło Oświecenie. Zmienił się system polityczny i ekonomiczny – feudalizm zamienił się w kapitalizm, absolutyzm w demokrację, a wiara w szkiełko i oko. Powstały „Mona Lisa” i hiszpańska inkwizycja, reformacja i maszyna parowa. Zmieniła się nasza świadomość.

A ludzkość stanęła przed pytaniami, których dotąd sobie nie stawiała. Dżuma była prawdopodobnie pierwszą epidemią, która doprowadziła do zmiany paradygmatu. Covid będzie drugą.

Podkarpacie: wzorcowa transformacja

Władysław Ortyl, marszałek województwa podkarpackiego, o wielkich zmianach w Mielcu i w całym regionie oraz o kamieniach milowych swojej kariery

Podkarpacie to region, który kojarzy się z udaną transformacją gospodarczą.

Tak, to prawda, możemy mówić o sukcesie gospodarczym Podkarpacia. Dla mnie, jako inżyniera, szczególnie ważne są miejsca pracy w przemyśle, które powstały w ostatnich latach oraz innowacyjne technologie, wprowadzane w znajdujących się na terenie województwa przedsiębiorstwach. Firmy, które stawiają na badania i rozwój, lokując tu swą działalność wybierają właściwy adres. Jesteśmy otwarci na nowe technologie i tworzymy wszystkim dogodne warunki do działania.

Pan też ma doświadczenia i swój udział w tworzeniu dobrej przestrzeni dla biznesu?

Tak, pracując w Agencji Rozwoju Regionalnego byłem zaangażowany w powstawanie Specjalnej Strefy Ekonomicznej w Mielcu. Współpracowałem też z Agencją Rozwoju Przemysłu, która pozyskiwała kolejnych inwestorów. W Mieleckim Parku Przemysłowym działa obecnie wiele firm o znanych markach. Zasada „Jesteś innowacyjny i będziesz prowadził prace badawczo-rozwojowe, na pewno znajdzie się dla ciebie miejsce” ustalona na podstawie doświadczeń z mieleckiej strefy, obowiązuje dziś także w Parku Naukowo-Technologicznym w Jasionce.

Gdy wychodzi się z lotniska, od razu rzucają się w oczy budynki o nowoczesnej architekturze i świetna infrastruktura drogowa.

Z wielu względów jest to dla nas powód do dumy. Na Podkarpaciu mamy świetny klimat dla inwestycji, a co równie ważne, mieszkają tu pracowici, kompetentni i uczciwi ludzie. Ważnym czynnikiem, który pobudził rozwój gospodarczy naszego regionu, była specjalizacja w takich dziedzinach, jak lotnictwo, kosmonautyka, motoryzacja, informatyka i jakość życia. Ważnym elementem tego rozwoju było przemyślane wykorzystanie środków europejskich i budżetowych, które kieruje się przede wszystkim na badania i rozwój, innowacje, nowe technologie i na tworzenie miejsc pracy z tak zwaną wartością dodaną. Gdybyśmy popatrzyli na różnego rodzaju statystki, Podkarpacie sytuuje się obecnie bardzo wysoko. Myślę o danych dotyczących nakładów na badania i rozwój oraz naukę. To zasługa przedsiębiorców. W tej dziedzinie przegrywamy tylko z nielicznymi regionami, choć ciągle jeszcze trudno nam konkurować z Mazowszem, które ma nieporównywalny potencjał.

Jak widać, polityka zorientowana na innowacje daje świetne efekty.

Jak już wspomniałem, do Strefy Ekonomicznej i Parku Naukowo-Technologicznego pozyskujemy firmy, które rzeczywiście są innowacyjne. Pomagając im na wiele sposobów, inwestujemy w przyszłość regionu. Wierzymy, że w efekcie tych działań są szanse na powstanie innowacyjnych produktów i wartościowych prototyówy. A to z kolei może zaowocować eksportem. Właśnie w taki sposób staramy się nadrobić zaległości goniąc bardziej rozwinięte części kraju. W roku 2019 przesunęliśmy się w górę o jedną pozycję. Co ważne, mieliśmy najwyższy przyrost PKB w kraju.

Podkarpackie startowało z niskiego poziomu…

To prawda, byliśmy na ostatnim lub przedostatnim miejscu.

Dzisiaj region ma znakomity PR.

Jest to efekt konsekwentnego stawiania na innowacje, wspierania inwestorów, którzy wprowadzają nowe technologie i ich aktywnego poszukiwania. Niespecjalnie interesuje nas współpraca z podmiotami, które nie chcą wiązać się na dłużej z regionem. Zależy nam na firmach, które tworzą własne centra badawczo-rozwojowe i planują rozwój na długie lata, mądrze wykorzystując oferowane przez nas wsparcie oraz ulgi i preferencje. Kolejny nasz atut to dobra infrastruktura: lotnisko, autostrada, budowana obecnie droga szybkiego ruchu S19. To wszystko – w kategoriach decyzji inwestycyjnych – zdecydowanie przyciąga. Ktoś, kto u nas zaczyna budować firmę, wie, że może w sensowny sposób planować rozwój biznesu. Kiedy udało nam się pozyskać światowe marki, był to prawdziwy sukces, również w dziedzinie PR. To pomaga budować wizerunek naszego regionu. Te uznane firmy i marki potwierdzają, a nawet dają nam swoisty „certyfikat” – warto na Podkarpaciu inwestować.

Co stanowi kolejny priorytet samorządu?

W naszych perspektywicznych planach dużą rolę odgrywa kształcenie, lepsze przygotowanie młodzieży do pracy. Mamy politechnikę, uniwersytet i wiele innych wyższych uczelni, utworzyliśmy 12 centrów kształcenia praktycznego finansowanych z Regionalnego Programu Operacyjnego. Są to średnie szkoły techniczne, których uczniowie mają do dyspozycji m.in. obrabiarki sterowane numerycznie. To zupełnie inny typ placówek oświatowych, niż szkoły w starym stylu. Stanowią dużą wartość dla inwestorów, np. firma EME Aero (w niej udziałowcem jest Lufthansa), która zajmuje się naprawą i przeglądem silników lotniczych, nawiązała współpracę z Zespołem Szkół w Łańcucie w zakresie szkolnictwa zawodowego. Jest to godny promocji przykład kompleksowego działania na rzecz przemysłu i młodzieży, która wkrótce zasili, jako dobrze przygotowani pracownicy, nasze podkarpackie firmy.

Kolejny z naszych priorytetów stanowi infrastruktura. Spodziewamy się, że droga ekspresowa S19 na odcinku Rzeszów-Lublin zostanie oddana do użytku na początku przyszłego roku. Bardzo skróci to czas podróży z Rzeszowa do Lublina i dalej, do Warszawy.

Wasze Centrum Wystawienniczo-Kongresowe to ważne miejsce na eventowej mapie kraju.

Inwestycja ta została sfinansowana z Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej. To dla nas wizytówka regionu. Odbywa się tu dużo ważnych wydarzeń, z Kongresem 590 na czele. Jest to miejsce, w którym możemy w pełni zaprezentować nasz region. Centrum wielokrotnie gościło czołowych polityków, z prezydentem i premierem na czele, ale też najważniejszych przedstawicieli gospodarki. Lista imprez jest zbyt długa, by wymienić je wszystkie. Wspomnę jednak o Aerospace and Defense Meetings Central Europe, gdzie spotykają się firmy branży lotniczej i obronnej oraz o targach produktów i żywności wysokiej jakości Ekogala, na której prezentujemy nie tylko specjalności regionu, ale również prowadzimy działania ukierunkowane na prezentację oferty polskich i zagranicznych producentów żywności ekologicznej.

Na Podkarpaciu działa kilka inkubatorów przedsiębiorczości.

Ostatnio został uruchomiony bardzo nowoczesny inkubator technologiczny w Krośnie. Tam właśnie – podobnie jak w innych tego rodzaju placówkach, a jest ich na Podkarpaciu aż 7 – ulokowało się wiele interesujących startupów. Pojawiają się twórcze rozwiązania. Ich autorami zwykle są młodzi ludzie, którzy niedawno jeszcze studiowali. Kilka firm stworzyli przedsiębiorcy, którzy zdecydowali się wrócić z zagranicy i rozpocząć swoją działalność właśnie w naszym regionie. Za szczególnie cenną uważam możliwość wymiany doświadczeń między firmami działającymi w inkubatorach.

Kiedy zostanie uruchomione Podkarpackie Centrum Nauki „Łukasiewicz”, które wyróżnia świetna architektura?

W przyszłym roku. Uczcimy w ten sposób dwusetną rocznicę urodzin Ignacego Łukasiewicza, który zgodnie z decyzją Sejmu, będzie patronem roku 2022. Planujemy wiele wydarzeń upamiętniających postać tego wielkiego wynalazcy i jego zasługi dla rozbudowy przemysłu naftowego. Chcemy pokazać na Expo w Dubaju w przyszłym roku nie tylko osiągnięcia Łukasiewicza, ale też przypomnieć, że pierwsza kopalnia ropy powstała właśnie na Podkarpaciu, a nie w Teksasie.

Na czym będzie polegała działalność Centrum?

To nasz regionalny, nieco skromniejszy, odpowiednik warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Zależy nam na tym, by wspierało ono kształcenie nowych kadr dla przemysłu, pomagało uruchamiać twórcze myślenie i inżynierskie procesy. Podobną rolę pełnił nasz mobilny Podkarpacki Festiwal Nauki, który jeździł po całym regionie. Prezentacje odbywały się w szkołach, najczęściej w salach gimnastycznych. Widać było głód wiedzy wśród młodzieży, co warto wspierać i rozwijać.

Jak sam pan to ujął na wstępie – patrzy pan na świat jak inżynier.

Studiowałem na Politechnice Rzeszowskiej, ponieważ pociągała mnie motoryzacja, ale kiedy mieszka się w Mielcu, oczywistym wyborem jest WSK i lotnictwo. Przez prawie 10 lat konstruowałem samoloty w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym. Pracowałem m.in. nad Iskierką, Mewą i Skytruckiem. Bardzo cenię sobie tamto doświadczenie, lubiłem próby lotniskowe Kiedyś zastanawiałem się, czy słusznie zrobiłem rzucając tak ciekawe zajęcie. Ale dziś wiem, że umiejętności inżynierskie przydały mi się jednak w późniejszej karierze managerskiej, politycznej i samorządowej.

Co zadecydowało o zmianie zawodu?

W 1980 roku, wkrótce po rozpoczęciu pracy, zaangażowałem się w działalność NSZZ „Solidarność”, by po 1989 roku zostać wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w WSK Mielec, zatrudniającym wówczas ponad 20 tys. pracowników. Wkrótce potem zostałem przewodniczącym związku, działałem w krajowej sekcji przemysłu lotniczego. A to spowodowało, że zainteresowałem się problematyką rozwoju regionalnego. Brałem udział w szkoleniach i spotkaniach organizowanych przez Fundację Gospodarczą „Solidarność”. W tym okresie w WSK dużo się działo, walczyliśmy o przemysł lotniczy, wybuchły dwa potężne strajki, miałem kontakt z politykami z pierwszych stron gazet. Co ważne, zawsze uważałem, że powinniśmy nie tylko protestować, ale też coś konstruktywnego i wartościowego proponować. Jest to sposób myślenia, który zawsze był mi bliski. Tym pomysłem było stworzenie instytucji, która wspierała rozwój regionu i walczyła ze strukturalnym bezrobociem. Był to bardzo ważny problem – zatrudnienie w WSK spadło z ponad 20 tys. do prawie 12 tys. osób.

I tak powstała…

Agencja Rozwoju Regionalnego MARR S.A., trzecia w kraju. W Komisji Zakładowej Solidarności WSK powstał statut, stworzyliśmy pierwszy zespół i co szczególnie ważne – pozyskaliśmy akcjonariuszy, ponieważ MARR miała formę spółki akcyjnej. Korzystaliśmy z doświadczeń Fundacji Gospodarczej NSZZ „Solidarność” i współpracy z Agencją Rozwoju Przemysłu. Jako zupełni nowicjusze pożeglowaliśmy na bardzo głęboką wodę. Warto dodać, że jako aport rzeczowy otrzymaliśmy willę przedwojennego dyrektora WSK, co miało symboliczną wymowę. Dużym impulsem finansowym było wsparcie funduszy japońskich. A to z kolei pozwoliło nam stworzyć fundusz restrukturyzacyjny, pożyczkowy, promocyjny, szkoleniowy i inwestycyjny i wybudować właściwie pierwszy w kraju inkubator przedsiębiorczości. Dystrybucja tych środków była łatwiejsza niż dziś, gdy dzielimy pieniądze unijne. Dobrze je wykorzystaliśmy, m.in. na budowę światłowodu pomiędzy centralą telefoniczna miasta i WSK oraz stację ozonowania wody z Wisłoki, którą notorycznie zatruwały ścieki przemysłowe. Słowem, były to inwestycje prospołeczne i prorozwojowe. Opracowaliśmy też przy pomocy ekspertów z Warszawy program restrukturyzacji, zakładający powstanie wolnego obszaru przemysłowego, pierwowzór specjalnej strefy ekonomicznej i inkubatora przedsiębiorczości. Po raz pierwszy miałem wtedy okazję współpracować ze śp. Grażyną Gęsicką.

Później kierowała ona Ministerstwem Rozwoju Regionalnego, w którym pełnił pan funkcję wiceministra.

Zanim do tego doszło, dużo się wydarzyło w moim życiu. Przez osiem lat byłem prezesem Zarządu Agencji Rozwoju Regionalnego MARR S.A. pozyskując znaczne środki na jej działalność. Zdecydowałem się wystartować w wyborach do samorządu województwa podkarpackiego. Już jako radny otrzymałem propozycję wejścia do zarządu województwa. Stało się tak za sprawą moich doświadczeń związanych ze środkami europejskimi i rozwojem regionalnym. Wkrótce potem zostałem wicemarszałkiem. Po kolejnych wyborach wróciłem do mieleckiej agencji, już jako zwykły pracownik. W wyborach 2005 roku zdobyłem mandat senatora, a Grażyna Gęsicka zaproponowała mi stanowisko wiceministra.

Po raz kolejny został pan senatorem w wyniku wyborów w 2007 roku i ponownie w 2011 roku, by jednak złożyć mandat i objąć w 2013 roku stanowisko marszałka województwa. Obecnie jest pan marszałkiem już po raz trzeci…

Praca na rzecz regionu jest zgodna z moimi predyspozycjami. Lubię tę pracę, lubię negocjować, mediować, działać na rzecz Podkarpacia wykorzystując wcześniejsze doświadczenia ministerialne, parlamentarne i managerskie.

W tym miejscu samo nasuwa się pytanie o pański model zarządzania.

Kluczowa jest umiejętność współpracy z zespołem, którego członkowie nie mogą konkurować między sobą. Najważniejsza jest realizacja wspólnego celu. Wewnętrzna walka wyniszcza. To zasadniczy powód, dla którego czasami podejmuję decyzję o zerwaniu współpracy z określoną osobą. Jak wiadomo tego rodzaju sytuacje są trudne, ale można je rozwiązywać w taki sposób, by w przyszłości uniknąć zadrażnień. Ważna jest też otwartość i bezpośredniość w relacjach międzyludzkich. Współpraca ze wspomnianą wcześniej minister Gęsicką nauczyła mnie, by wymagać przede wszystkim od siebie, a dopiero potem od innych. Kolejna sprawa to zdolność pamiętania o tym, że nie zawsze jest się na „szczycie”. Powrót na zwykłe stanowisko w spółce, którą wcześniej kierowałem, spowodował, że także dzisiaj czasami sam wykonuję wiele zadań, które mógłbym komuś zlecić. Nie wolno tracić praktycznych umiejętności, które mogą się okazać niezbędne, gdy zostaniemy bez zaplecza, do którego przywykliśmy. Zawsze trzeba być gotowym do tego, by wziąć do ręki przysłowiową łopatę…

Co lubi Władysław Ortyl?

Hobby – „Moją pasją jest też majsterkowanie. Zacząłem od uruchomienia starego motocykla WSK, który dostałem od ojca. Kiedyś często, a dziś już tylko czasami sam wykonuję prace w domu i w ogrodzie. Wielką przyjemność sprawa mi modelarstwo, którym staram się zarażać wnuki. Sklejamy rakiety i modele latające.”

Wypoczynek – „Bardzo lubię wykorzystywać urlop na pobyt w Bieszczadach, na Roztoczu oraz Beskidzie Niskim. W tym roku, w czerwcu pływałem kilka dni po Solinie, poznając zalew znacznie lepiej, z zupełnie innej strony.”

Kuchnia – „Kocham tradycyjną kuchnię, najbardziej w wykonaniu mojej żony.”

Motoryzacja – To moja kolejna pasja. Ulubiona firma to FIAT, której jestem wierny od bardzo dawna. Zaczynałem od Fiata 126p, obecnie używam modelu 500. Preferuję małe samochody. Jeżdżę też na motocyklu Hondzie Shadow 125, który pomimo niewielkiego silnika świetnie sobie radzi. Niedawno, wspólnie z wnukiem i wnuczką, przejechaliśmy nim Pętlę Bieszczadzką.

IKE i IKZE, czyli bezpieczna emerytura

Mając 20 lub 30 lat niewiele osób zastanawia się, jak będzie wyglądało ich życie na emeryturze. Niesłusznie, ponieważ umiejętność myślenia perspektywicznego może przynieść znakomite efekty w przyszłości. Dlatego warto zainteresować się indywidualnymi kontami emerytalnymi (IKE) i indywidualnymi kontami zabezpieczenia emerytalnego (IKZE). Są to dobrowolne produkty, pozwalające na samodzielne gromadzenie oszczędności emerytalnych przy zastosowaniu korzystnych rozwiązań podatkowych.

Prawo do wpłat na IKE lub IKZE ma każda osoba fizyczna, która ukończyła 16 lat. Osoby w wieku od 16 do 18 lat mogą dokonywać wpłat na IKE lub IKZE tylko w roku kalendarzowym, w którym uzyskują dochody z pracy na podstawie umowy o pracę.

Instytucjami finansowymi prowadzącymi IKE lub IKZE są:

  • fundusze inwestycyjne (oszczędzający może zawierać umowy o prowadzenie IKE lub IKZE z różnymi funduszami inwestycyjnymi zarządzanymi przez to samo TFI i dokonywać konwersji jednostek uczestnictwa funduszy zarządzanych przez to samo towarzystwo),
  • podmioty prowadzące działalność maklerską,
  • zakłady ubezpieczeń,
  • banki (w takim przypadku umowa o prowadzenie IKE lub IKZE ma formę rachunku oszczędnościowego) oraz
  • dobrowolne fundusze emerytalne.

Oszczędzający może zmienić instytucję finansową prowadzącą jego IKE lub IKZE, dokonując wypłaty transferowej (bez obowiązku zapłaty podatku). Nadzór nad prowadzeniem IKE oraz IKZE przez instytucje finansowe sprawuje Komisja Nadzoru Finansowego.

Warto pamiętać, że na IKE lub IKZE może gromadzić oszczędności tylko jeden oszczędzający (nie może tego robić wspólnie np. małżeństwo). Oszczędzający na IKE ma prawo do zwolnienia podatkowego, jeżeli gromadzi oszczędności na jednym IKE, a oszczędzający na IKZE ma prawo do odliczenia od dochodu wpłat na IKZE, jeżeli gromadzi oszczędności na jednym IKZE. Podstawę prawną stanowi ustawa z 30 sierpnia 2019 r. o indywidualnych kontach emerytalnych oraz indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego (Dz.U. z 2019 r. poz. 1808).

IKE – roczny limit wpłat i wypłata bez podatku

W ramach IKE w danym roku kalendarzowym można wpłacać środki do limitu określonego w ustawie.

W 2021 r. limit ten wynosi 15 777 zł.

Wypłata środków zgromadzonych na IKE następuje na wniosek oszczędzającego:

  • po osiągnięciu przez niego 60 lat lub nabyciu uprawnień emerytalnych i ukończeniu 55. roku życia oraz
  • spełnieniu warunku dokonywania wpłat na IKE co najmniej w 5 dowolnych latach kalendarzowych albo dokonania ponad połowy wartości wpłat nie później niż na 5 lat przed złożeniem wniosku o wypłatę (tego warunku nie stosuje się do środków przeniesionych z PPE na IKE).
  • Wypłata może być, w zależności od wniosku oszczędzającego, dokonywana jednorazowo albo w ratach.
  • Oszczędzający, który dokonał wypłaty jednorazowej albo wypłaty pierwszej raty, nie może ponownie założyć IKE.
  • Oszczędzający nie może dokonywać wpłat na IKE, z którego dokonał wypłaty pierwszej raty.

W przypadku IKE ulga podatkowa przewidziana jest na koniec oszczędzania. Wypłacając środki z IKE oszczędzający nie płaci podatku (otrzyma całą kwotę zgromadzoną na IKE).

IKZE – roczny limit wpłat i odliczenia od podstawy opodatkowania

Również w ramach IKZE w danym roku kalendarzowym można wpłacać środki tylko do limitu określonego w ustawie. W 2021 r. wynosi on 6310,80 zł. Dla osób prowadzących działalność gospodarczą (pozarolnicza działalność w rozumieniu art. 8 ust. 6 ustawy z 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych) limit ten jest podwyższony – w 2021 r. wynosi 9466,20 zł.

Inaczej niż w przypadku IKE, przy IKZE przewidziano uprawnienie do odliczenia wpłat z danego roku kalendarzowego od podstawy opodatkowania podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Wpłaty na IKZE odliczane są od: dochodu – przez podatnika opodatkowanego według skali podatkowej lub 19-procentowym podatkiem liniowym, albo przychodu – przez podatnika opodatkowanego ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych. Jeżeli wysokość dochodu w danym roku podatkowym jest niższa od wpłaty na IKZE, podatnik dokona odliczenia do wysokości dochodu. Pozostała kwota nie podlega odliczeniu w latach następnych.

Podstawą rozliczenia ulgi związanej z wpłatami na IKZE są dowody wpłat, to jest dokumenty stwierdzające poniesienie wydatku, wskazujące w szczególności dane identyfikujące podmiot dokonujący wpłaty, odbiorcę wpłaty, jej tytuł i kwotę. Dowód ten powinien zawierać również datę poniesienia wydatku, co pozwoli ustalić prawo do ulgi w danym roku.

Wypłata środków zgromadzonych na IKZE następuje, na wniosek oszczędzającego, po osiągnięciu przez niego 65 lat oraz pod warunkiem dokonywania wpłat na IKZE co najmniej w 5 latach kalendarzowych.

  • Wypłata może być, w zależności od wniosku oszczędzającego, dokonywana jednorazowo albo w ratach.
  • Oszczędzający może w każdym czasie zmienić wniosek o dokonanie wypłaty w ratach i żądać wypłaty jednorazowej, o ile nie zostały wypłacone wszystkie środki zgromadzone na IKZE.
  • Wypłata w ratach środków zgromadzonych przez oszczędzającego następuje przez co najmniej 10 lat. Jeżeli wpłaty na IKZE były dokonywane przez mniej niż 10 lat, wypłata w ratach może być rozłożona na okres równy okresowi, w jakim dokonywane były wpłaty.
  • Oszczędzający, który dokonał wypłaty jednorazowej albo wypłaty pierwszej raty, nie może ponownie rozpocząć gromadzenia oszczędności na IKZE.
  • Oszczędzający nie może dokonywać wpłat na IKZE, jeżeli została dokonana wypłata pierwszej raty.

Przy wypłacie z IKZE pobierany jest podatek w wysokości 10% (nie pobiera się podatku od zysków kapitałowych, czyli tzw. podatku Belki).

Zwrot w każdym czasie i dziedziczenie środków

Oszczędzający może w każdym czasie wypowiedzieć umowę o prowadzenie IKE lub IKZE, co spowoduje zwrot zgromadzonych środków. Można wystąpić z wnioskiem o częściowy zwrot, jeśli te środki pochodziły z wpłat na IKE.

  • W przypadku, gdy na IKE oszczędzającego przyjęto wypłatę transferową z PPE, instytucja finansowa przed dokonaniem zwrotu – w ciągu 7 dni, licząc od dnia złożenia przez oszczędzającego wypowiedzenia – przekaże na rachunek bankowy wskazany przez ZUS kwotę w wysokości 30 proc. sumy składek podstawowych wpłaconych do PPE. Informacja o tej kwocie zostanie zaewidencjonowana jest na koncie ubezpieczonego jako składka na ubezpieczenie emerytalne.
  • Podlegające zwrotowi środki z IKE są pomniejszone o 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych.
  • Natomiast kwoty uzyskane z tytułu zwrotu środków z IKZE stanowią przychód z innych źródeł, opodatkowany według skali podatkowej.

W umowie o prowadzenie IKE lub IKZE oszczędzający może wskazać jedną lub więcej osób, którym zostaną wypłacone środki zgromadzone na IKE lub IKZE w przypadku jego śmierci. W razie niewskazania tych osób, środki z IKE lub IKZE wejdą do spadku. Nabycie tych środków w drodze spadku nie podlega podatkowi od spadków i darowizn.

PFR Portal PPK pomaga przedsiębiorcom

W promocję omawianych programów zaangażowany jest PFR Portal PPK, który prowadzi działania informacyjno-edukacyjne na temat PPK dla pracodawców i pracowników.

W ofercie edukacyjnej znajdują się także bezpłatne szkolenia dotyczące rozliczenia subwencji dla przedsiębiorców z sektora MŚP, którzy otrzymali wsparcie w ramach Tarczy Finansowej PFR 2.0. Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju 2.0 to program mający na celu pomoc finansową firmom, które musiały ograniczyć lub zawiesić działalność z powodu sytuacji epidemiologicznej związanej z COVID-19 (więcej informacji na stronie: www.pfrportal.pl/tarcza-finansowa-pfr-2-0/).

Eksperci PFR Portal PPK prowadzą online również cykle dot. wezwań do zawarcia umowy z PPK: „Wezwanie do zawarcia umowy o zarządzanie PPK” oraz „Jak wdrożyć PPK po terminie?” (więcej informacji: www.mojeppk.pl/wezwania).

foto: pixabay.com

Ważne Informacje

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...