.
Strona główna Blog Strona 143

W magazynie – Górska lekcja zarządzania

Michał Leksiński na co dzień wspiera korporacje w zakresie komunikacji i kryzysów wizerunkowych, wcześniej pomagał przy tworzeniu portalu Patronite w Polsce. Dzisiaj przekazuje wiedzę innym w ramach wielu projektów edukacyjnych.

Góry i biznes – te obszary mają naprawdę ze sobą tak wiele wspólnego?

Zdziwiłby się pan jak wiele ile. Jednak warto sobie to wszystko usystematyzować. Jest kilka filarów tej wiedzy: zarządzanie projektowe, działanie w warunkach wysokiego ryzyka i stresu, budowanie zespołu, fundraising, storytelling i w końcu najważniejsze – uniwersalne wartości, które wyniesione z gór mogą pomagać w życiu na nizinach. W każdym z tych obszarów jest wiele mechanizmów podobnych do siebie w kontekście działań korporacyjnych, komunikacji korporacyjnej, czy w końcu zarządzania dużymi projektami. Góry to mój poligon metafor i staram się go przenosić na co dzień do swojej pracy. Oczywiście działa to w dwie strony, ponieważ umiejętności zawodowe przekładam również na grunt planowania ekspedycji i mniejszych wypraw.

Zacznijmy od tego zarządzania projektowego, bo to chyba najpojemniejsza kategoria?

Zarówno w życiu zawodowym, jak i w górach jest ono fundamentem, na którym buduje się wszystko inne. Każdy projekt w kontekście komunikacji składa się z określonych cegiełek ułożonych w starannie zaplanowaną mozaikę, która na końcu ma przynieść określony skutek wizerunkowy. Planowanie wypraw w góry w tym przypadku jest podwójnie identyczne. Po pierwsze, tak samo wygląda planowanie i zarządzanie, a po drugie, identycznie wygląda sytuacja komunikacyjna: przy dużych wyprawach, gdzie praca ze sponsorami jest istotnym elementem. Adaptacja, umiejętność przewidzenia dalekosiężnych konsekwencji, wizualizacja potencjalnych kryzysów – wszystkie te składowe w obu przypadkach są równie ważne. Dla mnie to było pewne odkrycie dopiero po pewnym czasie. Gdy już miałem kilka wypraw za sobą, jak również trochę więcej lat doświadczenia zawodowego, wtedy zacząłem dostrzegać mnogość wspólnych mianowników. To fascynująca przygoda – porównywać te dwa światy i nieustannie dostrzegać podobieństwa. Sprawdzać co działa, na którym gruncie.

Wspomina pan o trochę bardziej abstrakcyjnych umiejętnościach, jak storytelling i fundraising. W pracy stratega komunikacji korporacyjnej to ważne komponenty?

Zawsze powtarzam, że dzisiaj bez lektury „Bohatera o tysiącu twarzy” Josepha Campbella trudno umiejętnie interpretować świat i zjawiska komunikacyjne. Przedstawiona przez niego struktura monomitu jest niejako podwaliną pod współczesny storytelling – trend mówiący o tym, żeby nasze idee, pomysły i produkty traktować w kategoriach wartościowych opowieści, a nie jednorazowych promocji. Storytelling ma w tym względzie niebagatelne znaczenie. Górskie przygody każdorazowo również staram się przekuć w wartościowe opowieści. Nie wspominając już o fakcie, że gdy rozmawiasz ze sponsorami, aby zaprosić ich do wspólnej przygody, takiej jak wyprawa na Antarktydę czy Everest, trzeba umieć zbudować wokół tego wartościową historię. Te umiejętności są nieodzowne dla specjalistów zajmujących się jakąkolwiek sferą komunikacji. Jeśli chodzi o fundraising, niewątpliwie nie ma przełożenia jeden do jednego w kontekście działań w obszarze komunikacji korporacyjnej, ale zdobyte doświadczenie pozwala lepiej zrozumieć rynek. Wysłałem prawie 2 tysiące ofert sponsorskich, rozmawiałem z przedstawicielami działów marketingu, prezesami wielkich i małych spółek, piąłem się po szczeblach działów komunikacji, wielokrotnie oczywiście mi odmawiano – taki urok tej dziedziny. Bywało też tak, że ostatecznie udawało mi się za trzecim lub czwartym razem przekonać kogoś do swojej idei. Fundraising daje ogromną znajomość rynku, sektorów i mechanizmów działania struktur korporacyjnych. To doświadczenie z pogranicza masowego networkingu.

Zatrzymajmy się tu i wróćmy do początku – skąd te góry i czym jest właściwie projekt Korony Ziemi?

Góry pojawiły się w moim życiu stosunkowo niedawno. Dokładnie 5 lat temu, gdy znajomy zaprosił mnie na wyprawę na Mount Blanc. Wtedy byliśmy całkowitymi żółtodziobami górskimi i nic nie wiedzieliśmy o wspinaczce wysokogórskiej. Zrobiliśmy sporo kursów i zaczęliśmy naszą przygodę z górami od nieudanej próby zdobycia Dachu Europy. Wszedłem na ten szczyt dopiero za trzecim razem. To spora lekcja pokory. Wtedy dość odważnie, żeby nie powiedzieć zuchwale, podjąłem decyzję, iż chcę podążać szlakiem gór Korony Ziemi – najwyższych szczytów poszczególnych kontynentów. Nawet obwieściłem to publicznie. To szalona przygoda i wielkie wyzwanie górskie, choć do prawdziwego himalaizmu takiemu wyzwaniu daleko. Przede wszystkim to siedem kontynentów i 9 gór. W wersji rozszerzonej zdobywa się po dwa szczyty w Europie i Australii – wynika to z rozbieżności definicji geograficznych. Tego projektu nie da się zaplanować od A do Z – to przygoda, która zawłaszcza dużą część twojego świata i jednocześnie żyje swoim własnym życiem. Wiedząc, ile to będzie kosztować czasu i poświęceń, uznałem, że chciałbym robić to w formule, która będzie umożliwia mi pomaganie innymi. By w większym lub mniejszym wymiarze ta wieloletnia górska wędrówka miała jakiś swój cel nadrzędny. Połączyłem siły z Fundacją Happy Kids zawiadującą kilkunastoma rodzinnymi domami dziecka, stworzyliśmy projekt „7 Happy Summits”, którego motywem przewodnim jest właśnie Korona Ziemi, a my realizujemy sporo działań dookoła na rzecz Fundacji.

Czyli warto pomagać?

Zdecydowanie. To jedna z ważniejszych prawd, jakie staram się przekazywać niezależnie od tego, czy spotykam się z uczniami, czy też z przedstawicielami korporacji. Jeśli mamy taką możliwość, warto pomagać innym i do naszych pasji czy aktywności dodać komponent charytatywny.

Realizuje pan wiele działań na polu edukacji – od najmłodszych po profesjonalistów.

Kiedyś poświęcałem dużo czasu na własną edukację. Z jednych studiów podyplomowych przeskakiwałem od razu na kolejne. 10 lat temu nie przewidziałbym, że tak potoczą się moje losy i sam będę stał po drugie stronie sali w roli wykładowcy. Początki były niewinne, zostałem pro bono zaproszony na zajazd Super Belfrów, aby opowiedzieć o górskich metaforach, które mogą być przydatne w edukacji i rozmowie z najmłodszymi. To był pierwszy mały kamień, który uruchomił całą lawinę. Miałem okazję spotkać się z setkami, jeśli nie tysiącami, młodych ludzi w całej Polsce i rozmawiać o tym, czego uczą góry. Chciałem też stworzyć od podstaw projekt edukacyjny kierowany do profesjonalistów – International Public Affairs Academy (IPAA). Jest to projekt realizowany przy współpracy z CEC Group i  TrendHous w Cambridge Innovation Center. IPAA to akademia lobbingu i komunikacji korporacyjnej, w ramach której zgromadziliśmy fantastycznych wykładowców, praktyków najwyższej klasy, którzy podczas dwumiesięcznego kursu przekazują profesjonalną wiedzę na temat polityki, mediów i otoczenia biznesowego. Wystartowaliśmy z pierwszą edycją w październiku i już dzisiaj planujemy kolejną na marzec 2022 roku – tak duże było zainteresowanie projektem. Nie ukrywam, że jestem bardzo dumny z tego projektu, widzę tu wielką przestrzeń do integracji środowiska specjalistów public affairs.

Wszystko to brzmi niezwykle interesująco, ale czy jest pan w stanie zarządzać taką ilością projektów i jeszcze myśleć o wyprawach?

Jest to jedno z najczęstszych pytań jakie otrzymuję. Jestem fanem list zadaniowych, więc mam swoją aplikację z serii To Do, na której mam co najmniej dziesięć kategorii, w których lokuję zadania. Każdego dnia rano i wieczorem robię rewizję tych punktów i przesuwam je do kategorii „Do zrobienia dziś”. Ma to, niestety, też ciemną stronę – muszę uważać, żeby nie stać się zakładnikiem listy zadań. Do tego dochodzi planowanie e-maili i ich kategoryzacja – tak, aby odpisywać i nie pominąć niczego. Bywa, że dzień wcześniej przygotowuję drafty maili do wysłania rano. Staram się, aby pod koniec dnia nie mieć żadnego SMSa, wiadomości na WhatsApie, Facebooku, czy maila bez odpowiedzi. No i na koniec kalendarz: próbowałem wielokrotnie używać papierowego kalendarza, ale nigdy mi to nie wychodziło. Zostałem przy wirtualnym, w którym mogę nadawać priorytety zdarzeniom.

A teraz w żołnierskich słowach: proszę o pięć krótkich lekcji zarządzania, które opiera pan na wiedzy wyniesionej z gór.

Przygotowanie i wiedza to podstawa, niezależnie, czy jest to projekt komunikacyjny, czy wyprawa. Wiedza pozwala przewidywać zdarzenia i szybciej się adaptować do zmieniającej się rzeczywistości. Nie przygotujemy się na wszystkie kryzysy – nie ma takiej możliwości, żeby wymyślić wszystkie potencjalne scenariusze zagrożenia. Liczy się zdolność adaptacji i szybkie podejmowanie decyzji. To one często definiują efektywne wyjście z kryzysu. Zespół jest kluczowy, bez niego nigdy nie osiągniemy tyle, ile byśmy próbowali osiągnąć sami. Współpraca, rozumienie potrzeb zespołu, wsparcie – to kluczowe elementy zarówno w górach, jak i w codziennej pracy. Mentorzy mają moc: otaczanie się ludźmi mądrzejszymi od nas samych jest szalenie ważne. Dzięki temu szybciej i lepiej możemy się uczyć i zdobywać doświadczenie, niezależnie od dziedziny. „Aby być zwycięzcą, należy nauczyć się być doskonały przegrywającym” – te słowa Simone’a Moro, włoskiego himalaisty w odpowiedzi na pytanie o to, jak ocenia porażkę Polaków pod K2 zimą 2017-2018, stały się moją mantrą. W każdej drodze rozwoju porażka jest naturalnym elementem. Umiejętność jej zrozumienia jest być może najważniejszym elementem na drodze do rozwoju zawodowego. W zarządzaniu projektami czy w górach – porażki będą się pojawiać. To nie pytanie „czy”, a bardziej „kiedy”. Musimy odpowiednio do nich podchodzić, aby wyciągnąć najlepsze lekcje z naszych potknięć.

Jakie są pana najbliższe plany zawodowe i górskie?

W styczniu 2022 roku ruszam na najbardziej skomplikowaną logistycznie wyprawę w ramach Korony Ziemi – na Antarktydę. To projekt, który zajął mi dwa lata przygotowań, więc jestem w kulminacyjnej fazie. Pozyskanie sponsorów, przygotowania logistyczne i sprzętowe to proces, który pochłaniał mój wolny czas bez reszty. Teraz już wszystko mam dopięte na ostatni guzik i ruszam 3 stycznia 2022 roku na ADATA Antarctic Expedition. Zawodowo każdy rok jest inny i przynosi nowe wyzwania. Rozwój branży i świadomość wagi komunikacji korporacyjnej są dzisiaj bardzo widoczne. To z pewnością sprawi, że rok 2022 nie będzie rokiem nudnym. To również dobrze wróży naszej akademii – ruszamy z II edycją w na przełomie lutego i marca 2022 roku i kto wie, może będzie też III i IV edycja jeszcze w tym samym roku.

Nie tylko tarcza antykryzysowa

Mariusz Jaszczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej PFR Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych, dyrektor Departamentu Finansów i Kontrolingu Polskiego Funduszu Rozwoju, biegły rewident, o tarczy antykryzysowej, nowoczesnych technologiach wspomagających zarządzanie i zaletach programu PPK

Proszę opowiedzieć o swojej roli w Polskim Funduszu Rozwoju.

Sprawuję pieczę nad finansami PFR, odpowiadam też za spółki w grupie kapitałowej pod kątem planowania wyników finansowych, oceniania, dopytywania, dociekania dlaczego gdzieś mamy różnicę… Słowem, za wszystko z wyjątkiem części sprawozdawczości statutowej, za którą odpowiada dyrektor Departamentu Rachunkowości. Konkretyzując odpowiedź na pańskie pytanie – jestem odpowiedzialny za zarządzanie płynnością, zbieranie i przedstawianie informacji zarządczych, obsługę obligacji i ich emisję.

Ma pan mnóstwo zajęć.

Rzeczywiście, nie narzekam na nudę.

Był pan aktywnie zaangażowany przy tarczy antykryzysowej.

Program ruszył w bardzo krótkim czasie, gdy tylko pojawił się covid. Biorąc pod uwagę szybkość reakcji, było to mistrzostwo świata, co jednak nie jest moją zasługą, ale Pawła Borysa, prezesa PFR oraz moich kolegów z PFR, którzy wdrożyli program, opracowali odpowiedni system i zautomatyzowali cały ten proces. Dołączyłem do PFR w chwili, gdy spółka musiała zdobyć finansowanie pod te programy. Przejąłem odpowiedzialność związaną z emisją obligacji przez PFR, żeby można było skutecznie udzielać wsparcia przedsiębiorcom.

Finalnie pomoc w bardzo krótki czasie otrzymało blisko 350 tysięcy firm. Na serio, uważam tempo w jakim program został wdrożony za mistrzostwo świata.

Na czym polegał ten program?

Byłem odpowiedzialny za pozyskanie finansowania na rynku. PFR nie dostał pieniędzy bezpośrednio ze Skarbu Państwa. Musieliśmy uzyskać dofinansowanie oferując obligacje emitowane przez PFR, gwarantowane przez Skarb Państwa. Gwarancja odegrała bardzo ważną rolę: chodziło nam o to, by zachęcić inwestorów. Podkreślaliśmy, że pieniądze przeznaczymy na wsparcie przedsiębiorstw podczas pandemii, a inwestorzy mogą czuć się bezpiecznie. Tutaj muszę wspomnieć o Bartłomieju Pawlaku, wiceprezesie PFR, który z ramienia Zarządu dowodził procesem emisji, i który nieraz w krytycznych momentach ratował sytuację.

PFR otrzymał możliwość emisji obligacji do 100 mld złotych. Program zamknął się kwotą mniejszą – 73,9 mld. Za tym, żeby pieniądze te pozyskać, kryło się sporo pracy wielu ludzi (PFR, Ministerstwo Finansów, polskie banki).

Jak będzie wyglądało wykupywanie tych obligacji?

Program wsparcia dla przedsiębiorców polegał na tym, że dostali oni, zwłaszcza MŚP, granty lub inaczej mówiąc dotacje. Znaczna część tej pomocy podlega umorzeniu długu po spełnieniu określonych warunków, które dotyczyły m.in. utrzymania stanu zatrudnienia i nieprzerwanego prowadzenia działalności. W Tarczy Finansowej PFR 1.0 można uzyskać do 75 proc. umorzenia. Zilustrujmy to prostym przykładem: jeśli otrzymał pan dotację w kwocie 100 zł, po spełnieniu wszystkich kryteriów, po 12 miesiącach od dnia otrzymania, musi pan oddać 25 zł rozłożone na 24 raty. Co miesiąc płaci się określoną, nieoprocentowaną kwotę. Część z tych pieniędzy wróci do PFR w miesięcznych ratach, zresztą już się to dzieje. Pieniądze ze spłaty możemy przeznaczyć na dalsze wsparcie, a jeżeli nie ma takiej potrzeby, możemy wykorzystywać je na obsługę zadłużenia, czyli w pierwszej kolejności zapłatę odsetek, a w drugiej, na ewentualne wcześniejsze odkupienie obligacji, bądź po prostu na uregulowanie zadłużenia w chwili wymagalności długu. Brakującą kwotę, czyli 75 proc. wypłaconych dotacji, pokryje w przyszłości Skarb Państwa. Warto przypomnieć, że maksymalne umorzenie sięgało 75  proc. otrzymanej dotacji, ale średnie to 63 proc. Pamiętajmy, że umorzenie w Tarczy Finansowej 2.0 dla wybranych grup przedsiębiorców, którzy zostali najbardziej dotknięci przez pandemię, sięga 100  proc.

Działania PFR to nie tylko tarcza…

Oczywiście. Zanim pojawił się covid, PFR koncentrował się, jak każda porządna spółka, na generowaniu wzrostu wartości dla akcjonariuszy: Skarbu Państwa i Banku Gospodarstwa Krajowego. Chciałbym podkreślić, że – poza wypłatami z tytułu tarczy – normalnie funkcjonujemy i profesjonalizujemy się w obszarze finansów. W tym roku uruchomiliśmy narzędzie do konsolidacji wyników nie tylko PFR, ale też spółek z grupy – PFR TFI, PFR Nieruchomości, PFR Ventures i PFR Portal PPK. Idziemy z duchem czasu, odchodzimy od prostych narzędzi, które wykorzystywaliśmy do konsolidacji wyników finansowych. Wdrażamy nowe rozwiązania automatyczne, które będą wykorzystywane przez wszystkie spółki z grupy. Pozwoli im to na bieżące raportowanie wyników bezpośrednio do centrali. Wcześniej odbywało się to na zasadzie przesyłania arkuszy excelowych, które potem ktoś konsolidował. Nasz cel polega na tym, żeby wszystko to działo się szybko i tanio. Zależy nam, żeby dane jak najszybciej analizować, nie poświęcając czasu na ich manualną obsługę. Słowem, tworzymy system informacji zarządczej, dostępnej od ręki. Krótko mówiąc, chodzi o to, by proste prace manualne, niewymagające myślenia, wykonywane były automatycznie.

PFR świetnie wypadł w tym roku w ratingu inwestycyjnym.

W ratingu jednej z najważniejszych agencji – Standard & Poor’s – uzyskaliśmy notowania równe ratingowi Skarbu Państwa. Uważam, że to duży sukces. Jesteśmy postrzegani jako stabilny partner, a to nam otwiera możliwości dalszej ekspansji, bo tarcza to nie wszystko. Moglibyśmy pozyskiwać finansowanie nie tylko w formie dokapitalizowania przez naszych akcjonariuszy, ale moglibyśmy finansować się długiem. Gdy zrobi się mix finansowania kapitału z długiem, rentowność dla akcjonariusza wzrasta.

Kryzys związany pandemią pokazał, że w trudnej sytuacji PFR świetnie sobie poradził. Jakie są cele dalszego działania spółki, na czym będziecie się koncentrować?

Jest to z pewnością dalsze edukowanie, że warto oszczędzać w PPK z myślą o przyszłości. Należy dalej propagować ten program jako znakomite narzędzie wspomagające budowanie oszczędności emerytalnych. PPK nie jest programem, który ma nam coś zastąpić. On nigdy nie zastąpi powszechnego systemu emerytalnego prowadzonego przez ZUS, ale go wspomoże. Mam nadzieję, że w niedalekim terminie do PPK zapisze się kolejna, znacząca grupa pracowników. Kolejne pole, na którym będziemy się koncentrować, to zarządzanie aktywami funduszy inwestycyjnych. Jako PFR inwestujemy w fundusze infrastrukturalne, które z kolei inwestują w duże lub średnie przedsiębiorstwa. Raz jeszcze przypomnę, że jesteśmy spółką, która ma zarabiać, więc na pewno nie odejdziemy od aktywności czysto komercyjnej. Musimy prowadzić inwestycje w najlepszym interesie akcjonariuszy. To, że zdarzył się covid i właśnie nam powierzono rolę związaną z obsługą tarczy finansowej, to dla nas wyróżnienie, a co więcej, udowodniliśmy jako organizacja, że jesteśmy skuteczni. Nie zmienia to jednak naszego core biznesu, którym jest inwestowanie i pomnażanie tej wartości dla akcjonariuszy.

Jak rozpoczęła się pańska kariera managerska?

Studiowałem finanse i bankowość w SGH. Wybrałem tę uczelnię z pełnym przekonaniem. W okresie, gdy zdawałem maturę, obowiązywała zasada, że dostajemy 3 świadectwa maturalne, żeby móc zdawać na różne uczelnie. W związku z tym złożyłem podania na Uniwersytecie Łódzkim i tamtejszej politechnice oraz SGH. Zdecydowałem się na najlepszą uczelnię ekonomiczną w Polsce, czyli SGH. Zaraz po dyplomie zacząłem pracę w KPMG, firmie z tzw. Wielkiej czwórki. Pracowałem w departamencie audytu instytucji finansowych. Audytowałem największe banki w Polsce. Był okres, kiedy nasz departament liczył około 50 osób, a zajmowaliśmy się 10 największymi bankami w Polsce. Z KPMG przeszedłem do Ernst & Young, gdzie brałem udział w transakcjach fuzji i przejęć firm w Polsce. W Wielkiej czwórce spędziłem 7 lat, w trakcie których zdobyłem uprawnienia biegłego rewidenta. Następnie podjąłem pracę w Empik Media & Fashion, firmy notowanej na GPW, będącej właścicielem sieci: Empik, Smyk, szkół językowych i sklepów modowych. Spędziłem tam 2 lata jako kontroler finansowy grupy. W tym czasie udało się mi ukończyć studia doktoranckie, również na SGH. Następnie przyjąłem ofertę pracy w PKO BP Powszechne Towarzystwo Emerytalne (PKO PTE), początkowo jako zastępca dyrektora Biura Finansów i Sprawozdawczości, a następnie jako jego szef. I właśnie od 2012 roku, kiedy zostałem dyrektorem, zaczęła się moja przygoda managerska. Zajmowałem się tam produktami długoterminowego oszczędzania, zapewne więc dlatego zostałem później poproszony o pomoc przy Pracowniczych Planach Kapitałowych.

Był pan szefem zespołu przy Ministerstwie Rozwoju pracującego nad ustawą o PPK.

Zespół ten łączył różne resorty, byli w nim pracownicy Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Socjalnej. Mieliśmy ścisłe kontakty z ZUS oraz KNF. Dużą rolę odgrywał w nim Robert Zapotoczny (dziś prezes PFR Portal PPK) ze swoją wiedzą o produktach ubezpieczeniowych. Upatruję w tym programie wielką szansę dla milionów Polaków. Można ująć to inaczej: PPK to konieczność, ponieważ częściowo sami musimy oszczędzać na emeryturę, żeby stopa zastąpienia dochodów w okresie po zakończeniu naszej aktywności zawodowej była na przyzwoitym poziomie.

Demografia jest nieubłagana, społeczeństwo się starzeje.

A poza tym żyjemy coraz dłużej, więc okres pobierania emerytur wydłuża się. A to nie może pozostać bez wpływu na ich wysokość. Każdy chciałby przestać pracować jak najszybciej, więc powinniśmy jak najwięcej odłożyć na ten czas. Obecnie nie zajmuję się już bezpośrednio PPK, ale nie potrafię przestać interesować się tymi sprawami. Wiem, że w tej dziedzinie mogę jeszcze coś zaproponować czy napisać. Warto w tym miejscu wspomnieć, że po pięciu latach w PKO PTE, przeszedłem do PFR TFI, gdzie przez dwa lata byłem dyrektorem finansowym, a obecnie jestem przewodniczącym Rady Nadzorczej.

A jednak odszedł pan z PFR TFI.

Bardzo dobrze wspominam okres współpracy z prezes PFR TFI, Ewą Małyszko, która odegrała znaczącą rolę w kształtowaniu mnie jako managera. Jednak, jak to w życiu, dostałem bardzo ciekawą propozycję wejścia do zarządu spółki technologicznej Telematics Technologies, gdzie przez kolejne dwa lata odpowiadałem za finanse i sprzedaż rozwiązań flotowych. Był to ważny krok w mojej karierze – w tamtym okresie stworzyliśmy od podstaw dla PZU system wykrywający wypadki drogowe i ratujący życie (PZU GO). Spółka ma główną siedzibę w Poznaniu, zatrudnia ponad 80 osób, głównie informatyków, developerów i testerów. Kiedy jednak przyszedł czas covidu i pojawiła się potrzeba pomocy w PFR, zgodziłem się bez wahania.

Co lubi Mariusz Jaszczyk?

Hobby – „Jestem nurkiem, mam uprawnienia do głębokości 40 m, wydane przez organizację CMAS założoną przez legendarnego Jacquesa Cousteau. Nurkowanie stanowi dla mnie formę wyciszenia i odskoczni od spraw bieżących. To sport, w którym otacza nas cisza, mamy bezpośredni kontakt z fauną i florą, ważny jest regularny oddech i brak gwałtownych ruchów. Uczy jednocześnie dyscypliny i opanowania.”

Wypoczynek – „W miejscu, gdzie można nurkować. W Polsce m.in. w jeziorze Powidzkim w Wielkopolsce. Cenię też inne destynacje typowo nurkowe: Dahab w Egipcie, Maltę ze względu możliwość nurkowania na licznych wrakach oraz jaskinie (cenoty) w Meksyku.”

Samochody – „Lubię auta sportowe, moje niezrealizowane marzenie to nieduże Porsche 718. Motoryzacją interesuję się od dzieciństwa, mam zbiór starych, nawet z lat 80., egzemplarzy tygodnika „Motor”. Obecnie jestem regularnym czytelnikiem „Auto-Świata”. Jeżdżę Škodą Superb i bardzo lubię to auto. Doceniam pomysły projektantów, którzy zadbali o mnóstwo udogodnień. Przy wlewie paliwa umieścili skrobaczkę, lampka bagażnika może służyć jako latarka, a w drzwiach kryje się parasol. Niby proste, a nikt na to wcześniej nie wpadł.”

Woda – przyszłość ludzkości i biznesu? Blue Boson idzie o krok dalej

Przedsiębiorcy coraz częściej poruszają temat ekologii przez pryzmat działań CSR, ale na rynku pojawiają się także gracze, którzy za cel funkcjonowania całej firmy stawiają sobie ukształtowanie całkowicie innego wymiaru planety. Jedną z nich jest Blue Boson, której CEO jest Robert Zagożdżon. W jaki sposób międzynarodowy start-up doświadczonego biznesmena jest w stanie przywrócić wodzie… nowe życie?

Woda, czyli my

Nie jest tajemnicą, że woda ożywia i napędza całą planetę, jednak w XXI wieku złoża naturalne także przeżywają swój własny kryzys. Według wyliczeń agendy Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) na Ziemi jest około 1,3 zetta litrów wody, ale tylko 0,12 proc. jest zdatnej do spożycia lub użytkowania w przemyśle i uprawach rolnych. Mimo iż 2/3 powierzchni planety zajmują akweny, to tylko 1 proc. złóż jest realnie dostępna ludzkości.

Analitycy z FAO szacują, że największe złoża wody znajdują się na terenie Brazylii, Rosji, Kanady, Indonezji, Chin, Kolumbii, Peru i Indii. Wśród ośmiu “wodnych gigantów” aż siedem ma również jedne z największych współczynników emisji gazów cieplarniach (rekordowe Chiny, a następnie USA, Indie, Rosja oraz Kanada, Brazylia i Indonezja). Ponadto ogromnym problemem okazuje się także sam dostęp do czystych źródeł – dla przykładu w ostatnich latach mieszkańcy São Paulo cierpią z powodu poważnego niedoboru wody pitnej. Powodem jest przede wszystkim brak odpowiedniej infrastruktury, chociaż z drugiej strony również źródła naturalne przeżywają swój największy kryzys w historii. Już w 2015 roku naukowcy alarmowali, że poziom rosyjskiego Jeziora Bajkał, a więc najgłębszego akwenu śródlądowego świata spadł do najniższego poziomu od 30 lat.

Wyliczenia Światowej Organizacji Zdrowia mówią o 8 mln ludzi na całym świecie, którzy nie mają dostępu do czystej wody pitnej, a każdego roku ponad 3,5 mln umiera na skutek chorób spowodowanych spożyciem płynów niefiltrowanych. Naukowcy zakładają, iż jeśli zjawisko przepływów wodnych będzie szło w parze ze stałym wzrostem liczby ludności, do 2025 roku aż do 1,8 mld mieszkańców Ziemi będzie zamieszkiwać obszary bez dostępu do czystej wody pitnej. Na to wyzwanie postanowił odpowiedzieć Robert Zagożdżon i jego projekt Blue Boson.

Symbioza środowiska z nauką i biznesem

Blue Boson to międzynarodowa spółka specjalizująca się w nowych technologiach, które są w stanie zapobiec największemu kryzysowi w dziejach świata, a to za sprawą rozwiązań hydrologicznych, umocowanych na trzech poziomach: fizycznym, chemicznym i energetycznym. Działania zespołu Roberta Zagożdżona wspierane są nie tylko przez wysoko wykwalifikowanych specjalistów, ale i badaczy z Europy, Azji, Stanów Zjednoczonych oraz Meksyku. Blue Boson nawiązał współpracę m.in. z Politechniką Warszawską, Wrocławską, Uniwersytetem Technicznym w Brnie i w Koszycach, czy też japońskim Uniwersytetem w Kobe i to właśnie dzięki tym jednostkom projekty spółki mają konkretne fundamenty w najnowszych ekspertyzach naukowych.

Spółka podjęła już pewne kroki, zmierzające do holistycznego zbadania potencjału wody, a także potencjalnych środków zaradczych obecnego kryzysu. Dzięki pracy naukowej z Laury Maestro (Uniwersytet Oksfordzki) i współpracy z fizykami kwantowymi z Włoch, Meksyku, Hiszpanii i USA grupa prowadzona m.in. przez Roberta Zagożdżona opublikowała raport, w którym przedstawia najbardziej palące problemy planety w kontekście zasobów wodnych, jak również realne narzędzia z potencjałem do wdrożenia na przestrzeni najbliższych lat. Cel? W krótkiej perspektywie połączenie własnego dorobku badawczego z technologią molekularną. W długiej z kolei – walka o lepsze jutro.

Pierwsza Liga innowacji

To jednak nie koniec powiązań Blue Boson z największymi graczami, ponieważ ostatnio spółka nawiązała ścisłą współpracę z globalnymi markami Evertis Ibérica S.A oraz Selenis Europe S.A z IMG Group. Ostatnim przedsięwzięciem, które może wywindować pozycje Blue Boson do poziomu światowych wizjonerów eco-bizu, jest nawiązanie ścisłej współpracy ze spółkami wchodzącymi w skład Grupy IMG. Właśnie z tymi podmiotami Zagożdżon inicjował pionierskie rozwiązania m.in. w zakresie restrukturyzacji przemysłu.

Dzięki technologii środowiskowej Blue Boson® Effector koncern z powodzeniem wdrożył projekt obejmujący całą Grupę IMG, mający na celu zwiększenie wydajności ich obiegów energetycznych jak ogrzewania, chłodzenia czy produkcji pary. Technologia ta działa od maja 2021 roku i w ciągu pierwszych 3 miesięcy Grupa zaoszczędziła 50 010 Nm3 gazu ziemnego w swoich jednostkach przemysłowych w Portugalii, co stanowi spadek o 6,86 proc. średniego rocznego zużycia gazu ziemnego. Jednocześnie emisja gazów cieplarnianych zmniejszyła się o 108 ton.

Czy Blue Boson będzie game-changerem rynku? A może na horyzoncie pojawią się podobne spółki, które będą chciały zawalczyć o przyszłość planety? Niezależnie od wyniku starcia o palmę pierwszeństwa, pewne jest, że ludzkość potrzebuje zdecydowanych inicjatyw ze strony przedsiębiorców – już wdrażane z kolei są na wagę złota.

Raport Martis CONSULTING: Ranking influencerów i portali finansowych w mediach społecznościowych – Edycja 2021

Dziennikarz RMF 24  liderem wśród ekspertów biznesowych na Twitterze, najbardziej aktywnym influencerem finansowym – Michał Szafrański, a ubiegłoroczni zwycięzcy na LinkedIn nie do obalenia.

PKN ORLEN to najchętniej obserwowana spółka z WIG 30 na LinkedIn, jednak jej zasięgi na Twitterze są niemal dwa razy mniejsze od Orange Polska. Liderem spośród ekspertów biznesowych na platformie Twitter został Krzysztof Berenda – dziennikarz ekonomiczny RMF 24. Najbardziej aktywnym influencerem finansowym w całym Internecie jest natomiast Michał Szafrański. Money.pl wciąż odwiedza najwięcej internautów zainteresowanych finansami – to tylko niektóre z wyników drugiej edycji raportu opracowanego przez Martis CONSULTING.

Podobnie jak w pierwszej odsłonie, poza oddzielnymi portalami i blogami autorzy badania skupili się również na platformach LinkedIn, Twitter oraz YouTube. Analiza aktywności w nowych mediach objęła swoim zasięgiem 30 spółek notowanych na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, a także managerów, którzy aktualnie nimi zarządzają. Kryterium decydującym o pozycji tych podmiotów w rankingu była liczba obserwujących i subskrybentów. W przypadku ekspertów prowadzących blogi finansowe oraz funkcjonujących w tym obszarze portali, decydującym czynnikiem była miesięczna liczba wyświetleń na stronie.

 – Warto zauważyć, że spółki, które były liderami na danej platformie po ukazaniu się pierwszej edycji raportu, nie tylko utrzymały swoją pozycję, ale odnotowały także znaczny wzrost obserwujących ich osób. Świetnym przykładem jest tu PKN ORLEN. Liczba osób obserwujących tę spółkę zwiększyła się przez rok o ponad 15 tysięcy. Wyniki opublikowane w drugiej odsłonie raportu potwierdzają, jak ważna w kontekście strategicznym i utrzymywania rzetelnej relacji z otoczeniem jest komunikacja poprzez nowe mediazauważa Dariusz Jarosz, prezes zarządu Martis CONSULTING, główny autor opracowania.

Do najczęściej odwiedzanych portali internetowych o tematyce finansowo-giełdowej należą Money.pl, Bankier.pl oraz Pb.pl. Również tutaj można zauważyć ugruntowaną pozycję redakcji w stosunku do opracowania z roku poprzedniego. Może to świadczyć zarówno o ich popularności, jak również przywiązania internautów do treści publikowanych na tych stronach.

Ranking główny – eksperci

L.p. Imię i Nazwisko Nazwa SUMA PUNKTÓW
1. Michał Szafrański Jak Oszczędzać Pieniądze 38,0
2. Maciej Samcik Subiektywnie o finansach 35,7
3. Rafał Zaorski Tradingjam.pl 32,9
3. Tomasz Jaroszek Doradca.tv 32,4
5. Marcin Iwuć Marcin Iwuć – Finanse Bardzo Osobiste 32,1
6. Paweł Binkowski Bitcoin.pl / Krypto Raport 31,0
7. Albert Rokicki Longterm.pl 30,1
8. Cezary Głuch Independenttrader, Trader 21 29,8
9. Paweł Cymcyk DNA Rynków 29,5
10. Cezary Graf Cezary Graf Office 27,9

 

Ranking główny – portale finansowe

L.p. Nazwa SUMA PUNKTÓW
1. Money.pl 35,1
1. Bankier.pl 35,1
3. Pb.pl 34,7
4. Parkiet.com 28,3
5. Wnp.pl 25,5
6. Strefa Inwestorów 25,0
7. Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych 24,5
8. Comparic 24,1
9. Stockwatch.pl 20,4
10. Analizy.pl 19,4

 

Wszystkie dane zamieszczone w tej publikacji obejmują stan na połowę listopada 2021 roku. Rankingi zostały sporządzone na podstawie czterech subrankingów obejmujących: liczbę wyświetleń strony, subskrybentów na YouTube oraz obserwujących na portalach: Twitter i Linkedin.

Pełna wersja raportu z punktacją za poszczególne kategorie dostępna jest pod adresem: https://martis-consulting.pl/wp-content/uploads/2021/12/MC-analiza-rynku-w-mediach-2021.pdf

 

Po pierwsze gospodarka

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, mówi o ważnych inicjatywach i pracy urzędu, ustawie Polski Ład, a także o własnych doświadczeniach biznesowych i politycznych

Występuje pan w interesie przedsiębiorców jako pełnoprawny reprezentant tego środowiska.

Zostałem przedsiębiorcą, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. W 1989 roku skorzystałem z ustawy Wilczka umożliwiającej podejmowanie działalności gospodarczej. Jako absolwent Wydziału Maszyn i Urządzeń Górniczych na Politechnice Lubelskiej mogłem wybrać typową ścieżkę kariery. Przez pewien czas pracowałem jako inżynier, ale miałem zupełnie inne ambicje. Postanowiłem uruchomić własna firmę. Środki na start, czyli tysiąc dolarów, zdobyłem zbierając truskawki i jabłka w Szwecji. Wspólnie z dwoma kolegami założyliśmy hurtownię spożywczą. Z dzisiejszego punktu widzenia wyglądało to humorystycznie – przywieźliśmy z Warszawy Wartburgiem kombi i Żukiem trzy palety towaru, który rozłożyliśmy w wynajętej hali. I tak to się zaczęło. Przez pierwsze trzy lata interes rozkwitał. Urzędnicy skarbowi zachowywali się życzliwie. Podczas pierwszej kontroli inspektor poinstruował mnie, jak powinniśmy prawidłowo prowadzić księgę przychodów i rozchodów. Nie ukarał nas, tylko powiedział: „Panowie, trzeba to robić porządnie”.

Ten wybuch przedsiębiorczości procentuje do dziś…

Wszystko sprzyjało wówczas rozwojowi prywatnego biznesu: bardzo niskie składki na ubezpieczenie społeczne, zwolnienie z podatku dochodowego, słowem Eldorado. Powstawały tysiące firm, część z nich upadała, ale na ich miejscu pojawiały się kolejne. Dziś rynek jest tak poukładany, że gdy komuś się nie powiedzie, trudno mu wystartować ponownie. Początek lat 90. w Polsce kojarzy mi się ze złotym okresem przedsiębiorczości w USA.

Jak to wyglądało w pańskim przypadku?

Miałem cztery firmy, które zamykałem i otwierałem następne. Sprzedawałem książki, prowadziłem szkołę języków obcych. Moim najbardziej udanym biznesem była jednak wspomniana wcześniej hurtownia, która przekształciła się w sieć sklepów. Kiedy pojawiła się zagraniczna konkurencja, założyliśmy sieć detalistów „Nasze sklepy”. Działając w 23-osobowej spółce mieliśmy 200 sklepów franczyzowych na Ścianie Wschodniej.

Kiedy i dlaczego skończyło się Eldorado?

Złożyło się na to wiele czynników. W 1993 roku pojawił się VAT. Urzędników skarbowych zaczęto nagradzać premiami za kwoty naliczonych zaległości. Sam zostałem ofiarą tego rozwiązania, przez trzy lata walczyłem przedstawiając swoje racje. W końcu wygrałem, ale zadziałał efekt zaciśniętego hamulca. Mój biznes przestał się rozwijać i zostałem w tyle za kolegami.

Co skłoniło pana do podjęcia kariery politycznej?

Działałem wówczas w Białej Podlaskiej, której władze nie rozumiały, że w ich interesie jest prowadzenie polityki sprzyjającej lokalnym przedsiębiorcom i szeroko otworzyły bramy dla zagranicznych sieci handlowych. Śmialiśmy się wówczas z kolegami, że strategia prezydenta miasta to supermarket na każdym rogu. Chcąc temu przeciwdziałać uruchomiliśmy lokalną Izbę Gospodarczą, a następnie wystartowaliśmy w wyborach samorządowych. Jako jedyny z naszego grona zostałem radnym. Wyborcy docenili moje zaangażowanie, wsparli mnie, gdy kandydowałem do Sejmu. Warto podkreślić, że startowałem z piątego miejsca na liście PiS i wygrałem. Będąc posłem pracowałem w kolejnych komisjach gospodarki i założyłem zespół na rzecz wpierania przedsiębiorczości złożony z posłów różnych formacji. Moje doświadczenia z pracy w Sejmie były, delikatnie mówiąc, bardzo różne. Jako członek komisji Przyjazne Państwo kierowanej przez Janusza Palikota, miałem wielkie nadzieje na korzystne zmiany dla przedsiębiorców. Okazało się jednak, że ówczesne władze nie chciały tych zmian. Widziałem, jak wielokrotnie szef komisji odbijał się od różnych drzwi, nie mogąc załatwić najprostszych spraw. Po trzech miesiącach zorientowałem się, że ta komisja to zwykła zasłona dymna.

W końcu uzyskał pan jednak możliwość, by realnie wspomagać przedsiębiorców.

Kiedy uchwalono Konstytucję dla biznesu, premier Mateusz Morawiecki, doceniając moje zaangażowanie w sejmowym zespole, zaproponował mi w czerwcu 2018 roku objęcie funkcji Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw. Uwzględniając moje wcześniejsze doświadczenia, zwłaszcza z komisji Przyjazne Państwo, zapytałem: czy tym razem będzie to działanie na poważnie… Premier potwierdził. Złożyłem wiec mandat poselski i zacząłem budować od podstaw urząd, przy którym działa dziś 318 organizacji przedsiębiorców. Na początku nie było łatwo, słyszałem opinie, że stworzono kolejną synekurę dla polityków. Postanowiłem udowodnić, że tak nie będzie. Zaczynaliśmy we trzech – ja i dwóch wolontariuszy – w małym pokoiku w Ministerstwie Rozwoju. Kiedy w końcu udało nam się pokonać różne biurokratyczne, nierzadko absurdalne przeszkody, zacząłem kompletować zespół, w którym większość stanowią prawnicy. Wielką satysfakcję zarówno mnie, jak i moim współpracownikom sprawił prawdziwy wysyp nagród, jakimi uhonorowały nas organizacje przedsiębiorców. Udało nam się stworzyć urząd, który jest autentyczny, działa na rzecz środowiska.

Jak na co dzień funkcjonuje urząd Rzecznika?

Konstytucja Biznesu pozwala mi na wchodzenie do postępowań administracyjnych na prawach prokuratora. To ciężki kaliber. Korzystam z tych uprawnień, kiedy mam pewność, że urzędnicy w określonym postępowaniu łamią prawo. Wiele spraw kończy się pozytywnie dla przedsiębiorców. Na szczęście coraz więcej sędziów i urzędników rozumie reguły rządzące biznesem. Czasem samo zaangażowanie Rzecznika wystarczy, by urzędnik z definicji nie traktował już przedsiębiorcy jak przestępcy, szanował zasadę, że co nie jest zabronione, jest dozwolone i rozstrzygał wątpliwości na rzecz pokrzywdzonego. Wszystkim tym zajmuje się nasz Wydział Prawny. Kolejny z wydziałów, legislacyjny, ma możliwość opiniowania projektów ustaw. Szukając sojuszników przedstawia własne rozwiązania przedstawicielom rządu i klubów parlamentarnych. W związku z tym powołałem Radę Przedsiębiorców przy Rzeczniku, której członkowie pracują w zespołach roboczych zajmujących się problemami określonych branż. Co ważne, sporo naszych propozycji wchodzi w życie.

Niektóre z waszych interwencji są szeroko komentowane przez przedsiębiorców.

Niedawno, na nasze wnioski, NSA w tzw. siódemkowym składzie wydał dwie bardzo ważne dla przedsiębiorców uchwały, co jest niewątpliwym sukcesem instytucji Rzecznika MŚP. Stwierdzono, że sąd administracyjny ma prawo badać, czy przepisy karno-skarbowe nie zostały zastosowane wobec firmy instrumentalnie, tzn. tylko po to, by zawiesić bieg przedawnienia. Inny przykład to urzędnicza nadgorliwość, polegająca na próbie zmuszenia przedsiębiorcy, który prywatnie wynajmował kilka mieszkań, by zrezygnował z ryczałtowego opodatkowania najmu i włączył te kwoty do przychodów swej firmy. NSA potwierdził, że jeżeli mieszkania nie są w środkach trwałych firmy to można przychody z ich wynajmu opodatkowywać ryczałtem. Warto dodać, że działamy nie tylko na rodzimym gruncie, ale mamy też przedstawiciela w Brukseli. W Parlamencie Europejskim zapadają decyzje ważne dla naszego sektora, które naprawdę łatwiej zmienić na etapie tworzenia przepisów, niż po fakcie.

Codzienne zmartwienia przedsiębiorców dotyczą zwykle drobnych, przykrych spraw.

To prawda, z własnego doświadczenia wiem, jak tego typu historie potrafią utrudnić działalność. Każdy, kto prowadzi firmę musiał składać tzw. czynny żal w urzędzie skarbowym, w przypadku zmiany części ewidencyjnej JPK VAT. Wnioskowaliśmy aby usunąć ten biurokratyczny absurd. Ustawa Polski Ład wprowadza w tym zakresie istotną zmianę. W przypadku korekty faktury, lub błędu w dokumentach zmiana ewidencji nie będzie wymagała już składania czynnego żalu.

Nie sposób nie wspomnieć o waszym zaangażowaniu w proces powstawania tej, jakże ważnej dla przedsiębiorców, ustawy.

Polski Ład ma wiele zalet, ale też nie jest pozbawiony wad. Cenna zmiana to 30 tys. zł kwoty wolnej od podatku, czego od dawna się domagaliśmy. Kolejną zaletę stanowi podniesienie progu podatkowego. Trudno natomiast zgodzić się ze zmianami w podatku liniowym wprowadzonym w 2004 roku, który świetnie się sprawdził. Przez kolejnych pięć lat nastąpił stuprocentowy wzrost wpływów do budżetu z tego podatku. Podobnie wyglądało to w ciągu ostatnich pięciu lat. Słowem, sukces dowodzący, że koncepcja krzywej Laffera jest słuszna. Przypomnę, że krzywa ta pokazuje, jak rosną wpływy z podatków i jak spadają, gdy stają się one zbyt wysokie. Przygotowaliśmy petycję w obronie podatku liniowego i niepodwyższania go o 9 proc. składki, którą podpisało 55 tys. Polaków. A to najlepiej pokazuje skalę problemu. Nasze starania przyniosły częściowy efekt – składkę zmniejszono z 9 do 4,9 proc. W negocjacjach wspierał nas poseł PiS z Poznania Bartłomiej Wróblewski i skupiona wokół niego grupa posłów. Obawiam się, że budżet niewiele skorzysta na tych zmianach, ponieważ przedsiębiorcy będą szukali innych, korzystniejszych form opodatkowania przez zmiany organizacyjne w firmach.

Jako rzecznik występuje pan w interesie ogromnej rzeczy Polaków.

Sektor MŚP to 2,5 mln firm, z czego ponad 2 mln stanowią mikrofirmy. Definicja MŚP dotyczy firm zatrudniających do 250 pracowników. Trzeba jednak pamiętać, że działania rzecznika w dziedzinie legislacyjnej dotyczą wszystkich podmiotów, a nie tylko MŚP. Na spotkania rad konsultacyjnych, które mamy we wszystkich województwach, zapraszam zarówno przedstawicieli sektora MŚP, jak i dużych spółek, które dysponują cenną wiedzą i doświadczeniem w wielu dziedzinach. Organizujemy spotkania z dyrektorami izb skarbowych, żeby skrócić dystans między przedsiębiorstwami i urzędami. W tej dziedzinie obserwujemy pozytywne zmiany. Administracja skarbowa wprowadza wiele zmian ułatwiających podatnikom życie. Wkrótce potrzebne dokumenty, jak np. zaświadczenie o niezaleganiu w podatkach, będzie można załatwić w dowolnym urzędzie na terenie całego kraju lub przez internet.

Podkreślał pan wielokrotnie, że polityczne antagonizmy nie powinny się przekładać na gospodarkę.

Niezależnie do zapatrywań mamy przecież podobne cele. Chcemy, żeby polska gospodarka była silna i nowoczesna. Bieżąca polityka nie powinna mieć na nią wpływu. Rozumiał to znakomicie, pochodzący z lewicowej formacji, Mieczysław Wilczek, który pod koniec lat 80. głośno mówił, że jedyną szansą dla naszego kraju jest wolny rynek. Gdyby w 1989 roku nie przeforsował swojej ustawy, dziś bylibyśmy w znacznie gorszej sytuacji. Moje pokolenie weszło w kapitalizm podobnie jak bohaterowie „Ziemi obiecanej”. Wszyscy zaczynaliśmy od zera, wolność gospodarcza dała silną podbudowę tego, czym dysponujemy dzisiaj. Właśnie dlatego występujemy z inicjatywą budowy pomnika upamiętniającego pionierów transformacji gospodarczej w Polsce , który ma uhonorować ludzi, którzy – tak jak np. Stefan Kisielewski i Mirosław Dzielski czy Mieczysław Wilczek – walczyli o wolność gospodarczą.

Co lubi Adam Abramowicz?

Wypoczynek – „Na działce nad jeziorem Białym na Lubelszczyźnie. Podczas wakacji chętnie spędzam tydzień lub dwa w Chorwacji.”

Kuchnia – polska

Sport – „Bardzo lubię pływać, regularnie, kilka razy w tygodniu chodzę na basen. Dziesięć lat temu odkryłem jak wiele dla zdrowia daje sauna. Przestałem chorować na grypę.”

Hobby – „Nie ma lepszego lekarstwa na stres niż rock z lat 70. i 80. – Pink Floyd lub U2. Jestem też otwarty na nowe trendy, mam pięcioro dzieci i czasem to one mnie inspirują w dziedzinie muzyki.”

Na straży etyki i zasad Hipokratesa

Prof. dr hab. n. med. Paweł Piątkiewicz, wybitny diabetolog, a zarazem prezes Naczelnej Rady Łowieckiej Polskiego Związku Łowieckiego, o swojej pracy w szpitalu na Stadionie Narodowym, karierze zawodowej i zaangażowaniu w sprawy środowiska łowieckiego

Zanim pojawiły się szczepionki, a koronawirus mógł zaatakować każdego, podjął pan odważną decyzję angażując się w pracę szpitala na Stadionie Narodowym.

W grudniu ubiegłego roku zostałem tam koordynatorem klinicznym. Pracowałem do maja, a teraz znów dostałem powołanie na to samo stanowisko. 19 listopada – pojutrze – szpital znów się otwiera. Będziemy prowadzili szkolenia dla lekarzy i personelu pomocniczego. Pierwsi pacjenci z covidem mają zostać przyjęci 25 listopada. Jest to bardzo specyficzna jednostka, ponieważ wbrew temu, co opinia publiczna czasami słyszała, przebywali tam zarówno pacjenci o lżejszym, jak i najcięższym przebiegu choroby. Funkcjonuje tam duży sektor respiratoroterapii. Moje zadanie polega na nadzorze merytorycznym działalności internistycznej, zgodnej z kanonami leczenia covidu. Nie jest to proste, ponieważ pacjenci często wymagają bardzo różnych procedur terapeutycznych.

Z jakim zespołem pan pracuje na stadionie?

Są to głównie młodzi lekarze, często będący jeszcze na stażu lub w trakcie specjalizacji. Jestem pełen podziwu dla nich, ponieważ to bardzo trudna praca. Proszę pamiętać, że w początkowym okresie, kiedy zgłaszaliśmy się na stadion, mieliśmy świadomość, że wirus może zaatakować każdego z nas. Szpitalem zarządza trzech koordynatorów, ja jestem odpowiedzialny za jakość obsługi medycznej. Drugi z koordynatorów nadzoruje dużą grupę anastezjologów obsługujących respiratory, a trzeci to dyrektor administracyjny. Nasze centrum dowodzenia przypomina trochę kontrolę lotów – na monitorach pojawiają się informacje z całej Polski. Kiedy szpital powstawał, pandemiczna fala narastała, koledzy odbierali setki telefonów o kolejnych zachorowaniach. Wąskim gardłem systemu była konieczność badania tomograficznego w szpitalu na Wołoskiej, ponieważ nie dysponowaliśmy własnym urządzeniem. A jest to podstawowe badanie, które pozwala nam zobaczyć, jak wyglądają płuca.

Jak wyglądała praca na stadionie w okresie szczególnego natężenia covidu?

Podjęło tam pracę wielu młodych ludzi, którzy byli wspaniale zmotywowani. Przyjeżdżali z całego kraju. Kiedy pojawiła się największa, trzecia fala, wszyscy byliśmy już zmęczeni. Przypomnę, że szczyt – 35 tys. zachorowań jednego dnia – miał miejsce 1 kwietnia. Niestety, prognozy świadczą o tym, że to jeszcze nie był najwyższy wskaźnik i najgorsze chwile czekają nas w grudniu. Zupełnie inaczej pracowało się początkowo z 70-80 pacjentami, z ponad 300 w późniejszym okresie. Nasza praca na stadionie wygląda następująco: szpital jest podzielony na dwie strefy – zieloną i czerwoną. W pierwszej lekarze pracują przy komputerach. Przed wejściem do strefy czerwonej zakładają szczelne kombinezony, w których pracują jednorazowo przez 3 godziny. Dłużej naprawdę nie da się wytrzymać. Maksymalny czas dyżuru to 12 godzin. W tych trudnych warunkach zebraliśmy mnóstwo danych, które chcemy wykorzystać pod kątem naukowym. Hospitalizowaliśmy łącznie 1900 pacjentów. Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego niektórzy z nich, nawet najmłodsi i w doskonałej kondycji fizycznej, nie są w stanie przetrwać ataku wirusa. To jednostka chorobowa, która u podatnych osób rozwija się bardzo szybko i jest wyjątkowo zjadliwa. Uważam, że jest to jakaś hybryda, która w pewnych okolicznościach wymyka się poza granice naszej wiedzy. Myślę, że powolutku nasza cywilizacja poradzi sobie z tą epidemią. Mamy coraz lepsze, skuteczniejsze leki. Co szczególnie ważne, mamy sprawdzone szczepionki. Kolejna fala zakażeń, która nam zagraża, pewnie będzie więc mniej agresywna.

Co myśli pan o antyszczepionkowcach?

Nie rozumiem ludzi, którzy się nie zaszczepili. Tym bardziej, że zwykle są zaszczepieni na inne jednostki chorobowe. Jestem w stanie przyjąć, że mamy 5 proc. przekonanych, ideowych antyszczepionkowców, ale dziś problem dotyczy 50 proc. społeczeństwa. Są gminy, gdzie zaszczepionych jest około 20 proc. Jestem w stanie zrozumieć wspomniane wcześniej 5 proc. – podobnie jak ludzi, którzy nie jedzą mięsa, ryb, nabiału – ale skala 50 proc. jest niepojęta. Dziwi mnie skala tego problemu.

W niektórych krajach wprowadzono częściowy lockdown dla niezaszczepionych. Czy uważa pan, że Polska powinna pójść tą drogą?

Myślę, że tego rodzaju pełny lockdown nie ma sensu, ale powinniśmy wprowadzić ograniczenia np. na imprezach masowych. Niezaszczepiony wybierając się do kina, teatru, czy na koncert niepotrzebnie naraża innych ludzi. Prawdziwy problem stanowi masowa komunikacja. Jak sprawdzić, który z pasażerów jest niezaszczepiony? A w dodatku spotka się to z olbrzymim protestem. Łatwiej by było wprowadzić radykalne środki, gdyby skala problemu sięgała maksymalnie 20 proc. Polaków, ale to przecież prawie połowa naszego społeczeństwa. Największy odsetek niezaszczepionych występuje w woj. lubelskim, podkarpackim i w Małopolsce.

Proszę, cofnijmy się w czasie, by opowiedzieć o pańskiej karierze zawodowej.

Po ukończeniu warszawskiej Akademii Medycznej poszedłem na staż do Szpitala Bródnowskiego, gdzie przepracowałem 20 lat. Przeszedłem wszystkie szczeble kariery zawodowej: byłem młodszym asystentem, potem asystentem, starszym asystentem, adiunktem, docentem, profesorem uczelnianym. Szczególne znaczenie ma dla mnie tytuł profesora belwederskiego, który otrzymałem mając 41 lat. Moja pierwsza specjalizacja dotyczyła chorób wewnętrznych, a druga diabetologii, którą zainspirował mnie mój doktorat, jaki uzyskałem z wyróżnieniem w 2003 roku. Potem była habilitacja dotycząca współwystępowania cukrzycy z nowotworem jelita grubego, które to choroby dotykają wielu diabetyków. Była to praca, która miała bezpośrednie przełożenie na praktykę medyczną. Dzięki niej udało się przeforsować istotną zmianę w systemie badań – pacjentom z cukrzycą typu drugiego wykonuje się kolonoskopię raz na trzy lata, podczas gdy poprzednio robiono to co pięć lat. Niestety, wielu pacjentów w ogóle z tego nie korzysta. Cóż, nasze zalecenia zaleceniami, a pacjenci robią swoje…

Pan nie tylko leczy, ale też wykłada.

Oczywiście, od 2000 roku pracuję na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Prowadzę tam zajęcia z grupami studentów polskich i anglojęzycznych, stażystami, specjalizującymi się lekarzami, doktorantami, itd. Natomiast od 2019 roku również pracuję na Uniwersytecie kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, gdzie ruszył Wydział Medyczny. Początkowo zdecydowałem się na pół etatu. Obecnie już jestem tam na pełnym etacie profesorskim, angażuję się w prace Rady Nauki i oczywiście Rady Wydziału. Najstarsi studenci medycyny są już na trzecim roku, więc w przyszłym roku zaczynają zajęcia kliniczne. A to oznacza, że musimy stworzyć bazę kliniczną.

W jakim stopniu może się pan poświęcić pracy czysto lekarskiej?

Zdecydowałem się zrezygnować ze Szpitala Bródnowskiego, gdzie wcześniej byłem koordynatorem klinicznym Zespołu Oddziałów Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Endokrynologii oraz kierownikiem kliniki WUM. W 2019 roku stworzyłem Centrum Diabetologii Klinicznej w Konstancinie, gdzie obowiązują najwyższe możliwe standardy, pacjenci z cukrzycą mają ciągły monitoring glikemii.

Na czym polega specyfika zarządzania w służbie zdrowia?

Będąc kierownikiem i koordynatorem w szpitalu na Bródnie zarządzałem ponad 100 osobami, z czego lekarze stanowili 25 proc. Przejąłem tę klinikę jako świeżo upieczony docent, ponad połowę zespołu stanowiły osoby starsze ode mnie. Byli wśród nich koledzy, którzy pamiętali mnie jako młodego lekarza z okresu odbywania stażu specjalizacyjnego. Nie było to łatwe, ale dałem sobie radę głównie dlatego, że udało mi się stworzyć sensowny system motywacyjny. Ale to nie wszystko, uważam, że każdy manager musi mieć w życiu cel. Moim celem było uzyskanie tytułu profesora belwederskiego, co dla lekarza stanowi zwieńczenie pracy zarówno zawodowej, jak i naukowej. Były z tym związane działania ważne nie tylko dla mnie. Żeby otrzymać tytuł profesora, trzeba mieć niemałą liczbę swoich specjalizantów, którzy uzyskali stopień doktora. W moim zespole jest również docent, który zrobił u mnie habilitację.

Służba zdrowia to w naszym kraju „dyżurny chłopiec do bicia”.

Dzieje się tak nie bez powodu. Przez wiele lat nawarstwiło się sporo błędów. Za najpoważniejszy uważam przejście na wąskie specjalizacje i zgodę na to, by szpitale zamknęły się na tych najtrudniejszych pacjentów. To wielka bolączka. Wiele szpitali, odmawia przyjęcia pacjentów internistyczno-geriatrycznych, mówiąc np.: my zajmujemy się kardiologią. Właśnie kardiologia kilkanaście lat temu dostała olbrzymi zastrzyk finansowy, a jej procedury zostały wysoko wycenione. Dotychczasowi interniści przerzucili się na inne specjalizacje, a prawdziwa interna została sama sobie… Jako manager musiałem zmierzyć się z tym problemem. Szpitale z konieczności zaczęły zatrudniać personel o nie zawsze najwyższych kwalifikacjach. A to z kolei zaowocowało licznymi skargami i procesami. W związku z tym wiele razy udzielałem wyjaśnień w prokuraturze i sądach. Co z tego, że skargi w większości przypadków były bezzasadne. Zdarza się, że na izbę przyjęć trafia pacjent, który ma rozsiany proces nowotworowy i w ciągu doby umiera, a rodzina skarży szpital. Prokurator prowadzi postępowanie, które ma wyjaśnić, dlaczego pacjent zmarł. Choć sprawa jest ewidentna i nie ma w tym żadnej winy szpitala, to jednak właśnie w taki sposób kształtuje się zły PR.

Wspomniał pan o brakach kadrowych.

To bardzo poważny problem. Specjaliści nierzadko poprzenosili się do ośrodków, które lepiej płaciły. Przyjmuję pacjentów w wielu miejscach – prywatnie, ale też i na fundusz. Tam, gdzie nie trzeba płacić, tworzą się ogromne kolejki. Z konieczności przyjmuję nawet 32 pacjentów w ciągu jednego popołudnia.

Pańskie zaangażowanie w dziedzinie służby zdrowia zostało docenione.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało nieskromnie, ale wśród wyróżnień, jakimi mnie uhonorowano, są dwa, które dla mnie bardzo dużo znaczą: Medal Komisji Edukacji Narodowej, za moją pracę akademicką, a także Medal Zasłużony w Służbie Zdrowia.

Panie profesorze, rozmawiamy w siedzibie Naczelnej Rady Łowieckiej, nad stołem wisi skóra łosia, a ściany zdobią poroża. Nie sposób nie zapytać: jak pan znalazł się w tym miejscu?

Często jestem pytany, czy łowiectwo to moje hobby. Tymczasem to, co nazywamy łowiectwem, stanowi synonim ciężkiej pracy na rzecz wspierania bioróżnorodności, ochrony środowiska i zabezpieczania rolników przed różnego rodzaju szkodami. Jesteśmy poddawani ciągłej krytyce, zrzuca się na nas obowiązki wynikające z ustawy o zwalczaniu afrykańskiego pomoru świń. Byłbym więc ostatnim w kraju człowiekiem, który by powiedział, że łowiectwo to moje hobby. Owszem, kiedyś to było moje hobby, ale w tej chwili to ciężka praca, walka, tłumaczenie, wyjaśnianie dziesiątkom ludzi, redaktorom, posłom, senatorom, ludziom ze świata kultury i celebrytom – na czym naprawdę polega łowiectwo. Naprawdę nie jest to już żadna pasja, tylko ciężka praca. Narzucono nam obowiązki sprawozdawczości, sanitarne, epidemiczne. Jeżeli, przykładowo, pozyska pan dzika, musi pan go zabezpieczyć, zabrać w całości, zawieźć go do chłodni, następnie podzielić, pakując różne części do odpowiednich worków. Na tym jednak nie koniec – musi pan zawiadomić weterynarię, wypełnić dziesiątki papierów, potem być w łączności z weterynarią, czy wszystko zostało zrobione…

Jak to się stało, że zainteresował się pan łowiectwem?

Myśliwym był mój śp. dziadek, prof. Wiesław Barwicz, profesor elektroniki na Politechnice Wrocławskiej. Mówiąc o swoim pochodzeniu przytaczał dowcip: „Spotyka się dwóch panów. Jeden pyta: Skąd jesteś? Z Wrocławia. A, ja też ze Lwowa”. Dziadek kiedyś zaproponował mi wspólny wyjazd na polowanie. I tak się to zaczęło. Kiedy osiągnąłem pełnoletność, dziadek zaproponował: bierzemy cię na staż do naszego koła łowieckiego. Mając 18 lat odebrałem stosowne uprawnienia. Poluję już od 30 lat, jako członek Polskiego Związku Łowieckiego. Po jakimś czasie dojrzałem do tego, by założyć koło skupiające ludzi, którzy myślą i działają podobnie, jak ja. Jako prezes tego koła zostałem wybrany na Zjazd Delegatów Okręgu. A tam z kolei wybrano mnie na Zjazd Krajowy. Później otrzymałem propozycję, by zostać członkiem Naczelnej Rady Łowieckiej. Po niecałym roku działalności Naczelna Rada Łowiecka zaproponowała mi funkcję prezesa.

Podobno myśliwi to zgrane i wspierające się środowisko.

Nie zawsze się tak dzieje, w niektórych kołach – jak to w życiu – dochodzi do konfliktów. Nie akceptuję takich działań. Koło łowieckie powinna tworzyć grupa ludzi, która po prostu chce ze sobą współpracować. Nie rozumiem myśliwych, którzy między sobą wojują.

Złośliwi twierdzą, że w naszym kraju zostały dwa relikty sprzed 1989 roku – PZŁ i PZPN.

Zupełnie się z tym nie zgadzam. Polski model łowiectwa, choć atakowany z różnych stron, jest jednym z najlepszych na świecie. Opiera się na 3 filarach, z których zrezygnowały nasze kraje ościenne. Takiego modelu w Europie już nie ma. Pierwszy filar, najważniejszy, oznacza, że zwierzyna jest własnością Skarbu Państwa. W innych krajach funkcjonuje to tak: zwierzyna, która pojawia się na ziemi prywatnego właściciela, jest jego i może zrobić z nią co chce. Drugi filar stanowi zasada, że obwód łowiecki nie może być mniejszy niż 3 tys. ha. Dlaczego? Daje nam to możliwość prowadzenia gospodarki łowieckiej. Wyobraźmy sobie małe obwody po 100-300 ha, na których granicach siedzą myśliwi, polują jak chcą i patrzą na siebie ze złością czekając na zwierzynę. Takie obwody są w Czechach i system ten zupełnie się nie sprawdził. Był u mnie ostatnio czeski łowczy i prosił, byśmy otworzyli im możliwość zapisywania się do PZŁ. Trzeci z filarów określa strukturę organizacyjną: jest tylko jedna organizacja, która skupia i nadzoruje myśliwych i wydaje im zezwolenia. Taki właśnie system znakomicie się sprawdza, choć oczywiście nie brakuje mu przeciwników.

Na czym koncentrują się obecnie działania PZL?

Na walce z afrykańskim pomorem świń i organizacją wypłat odszkodowań dla rolników za szkody spowodowane przez zwierzynę.

Czym dla pana jest polowanie?

Jest to przede wszystkim przyjemność obcowania z naturą, ale też kontakt ze wspaniałymi ludźmi. Dla mnie przyroda stanowi najważniejszy uniwersytet. Można wiele książek przeczytać, ale trzeba pojechać do lasu, żeby zobaczyć, jak to wszystko współgra, zrozumieć harmonię świata. Znam wielu fantastycznych myśliwych, którzy są szlachetnymi ludźmi zaangażowanymi w ochronę przyrody. Wbrew temu, co się mówi, każdy myśliwy jest prawdziwym ekologiem. Nie chcę nikogo obrażać, ale trochę śmieszą mnie obrońcy przyrody, którzy robią show przywiązując się do drzewa lub koparki, przy okazji licząc na wsparcie finansowe. Znamienny jest przykład kanadyjskiego obrońcy grizli. Kręcił o nich filmy, ale chyba za mało o nich wiedział, bo skończyło się tragicznie – niedźwiedź go rozszarpał i zjadł. Najwyższy czas, by skończyć z bambinizacją, polegającą na czułych opowieściach o miłych i niegroźnych zwierzątkach, którym źli ludzie mogą zrobić krzywdę. Drugi problem stanowi humanizacja zwierząt połączona z dehumanizacją człowieka. Pokazuję tu podstawy światopoglądowe, z którymi się nie zgadzam, ponieważ uważam, że trzeba mówić prawdę, a nie to, co w danej chwili jest modne i dobrze widziane. Ludzie na ogół nie wiedzą wiele o świecie zwierząt, więc łatwo wierzą w nieprawdziwe stereotypy. Chcąc nie chcąc zarówno w kręgu medycznym, jak i w łowieckim próbuję – żartobliwie mówiąc – „nieść oświaty kaganek”.

Co lubi prof. Paweł Piątkiewicz?

Hobby – „Piłka nożna. Kiedyś bardzo aktywnie grałem w piłkę, jako student w Warszawskiej Lidze Szóstek. Niestety, miałem kontuzję i musiałem się wycofać z aktywnego uprawiania tej dyscypliny. Od dziecka kibicuję Legii Warszawa, choć w ostatnich tygodniach, ze względu na słabą kondycję drużyny, oglądanie meczy jest dla mnie przykrym doświadczeniem. Denerwuje mnie to w takim stopniu, że po kilku minutach przed telewizorem zabieram psa na spacer.”

Wypoczynek – „Najchętniej spędzam wakacje w Borach Tucholskich. Zimą jeżdżę na nartach w naszych polskich górach.”

Kuchnia – włoska

Restauracja – Chianti na ul. Foksal w Warszawie

Gadgety – „Mam kilkanaście jednostek broni. Strzelam głównie z karabinu Blaser R8 Professional Success. W dziedzinie broni śrutowej cenię starą niemiecką firmę Merkel.”

Zegarki – „Moja ulubiona firma to Rolex.”

Samochód – Audi A8

Etiopia, czyli kraj brunatnych twarzy

Najwcześniejsze wzmianki o starożytnej Aethiopii pochodzą z Iliady i Odesei Homera. Mianem tym określano wówczas obszary górnego Nilu i Rogu Afryki. Samo słowo pochodzi od greckiego słowa Αἰθιοπία (Aithiopia) i można go rozumieć jako brunatne twarze. I właśnie z brunatnymi, fascynującymi twarzami kojarzy mi się Etiopia. Nie z ubóstwem, głodem czy wojną domową, ale właśnie z niezwykłymi ludźmi, ich twarzami i spojrzeniami

Tekst i zdjęcia: Adam Maciejewski

Powszechnie Etiopia przywodzi jednak na myśl przede wszystkim biedę. Faktycznie, PKB na osobę wynosi w Etiopii ok. 600 dolarów, czyli jest na poziomie ok. 3 proc. analogicznego wskaźnika w Polsce i 0,7 proc. w Norwegii. Jest to też jeden z najniższych poziomów PKB per capita wśród państw afrykańskich. Ale to równocześnie jedno z najszybciej rozwijających się w Afryce. Kilka wizyt w tym fascynującym kraju nie pozostawiło w moich wspomnieniach wrażenia ubóstwa ani głodu. W pamięci pozostały obrazy przyjaznych i uśmiechniętych ludzi, wspaniałych kościołów, dzikiej przyrody i licznych inwestycji będących symptomem szybko rozwijającej się gospodarki, choć rozwój ten jest szczególny, bowiem oparty na idei tzw. kapitalizmu państwowego.

Wspomniane brunatne twarze mieszkańców Etiopii są bardzo różne, tak jak różne są plemiona zamieszkujące ten obszar, jak różne są ich wierzenia i jak zróżnicowana jest natura tego kraju. Zwykle są to twarze młode, bowiem Etiopia to kraj ludzi bardzo młodych. Średnia wieku oscyluje wokół 19 lat. Dla porównania, w Polsce już około 41 lat. Ale piękno tych twarzy nie jest domeną tylko młodości. Twarze osób starszych są również fascynujące. Szkoda tylko, że burzliwa historia tego kraju ponownie wraca i niszczy delikatną równowagę, jaka tam ostatnio panowała. Jeśli szczęśliwie pośród zalewu niezwykle ważnych informacji o barwnym życiu polskich celebrytów i niekończącym się potoku analiz sytuacji epidemicznej uda się nam wychwycić wieści z tego jednego z najstarszych krajów chrześcijańskich świata, to zauważymy, że na tych twarzach oprócz naturalnego tam kurzu, często pojawiają się teraz łzy i krew.

Mieszkańcy Etiopii to głównie chrześcijanie (przede wszystkim wyznawcy Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego i w mniejszym stopniu protestanci) oraz muzułmanie. Znajdziemy też wyznawców wielu odmian animizmu, a nawet sporą społeczność tzw. Czarnych Żydów. Od strony etnicznej największe grupy to Oromowie (wyznają głównie islam i zamieszkują południe kraju) i Amharowie (tworzą etiopski kościół prawosławny i zamieszkują centralne wyżyny Etiopii, od setek lat pozostają u sterów lokalnej władzy). Sporo mniej jest Tigrajczyków (tego samego wyznania co Amharowie, zamieszkują północną część kraju/pogranicze z Erytreą). Tigrajczycy, mimo stosunkowo niewielkiej liczebności, odgrywali przez ostanie lata kluczową rolę w zarządzaniu krajem, tworząc, a w zasadzie dominując niełatwą koalicję z Amharami i Oromami. Dzisiaj trwa jednak krwawa wojna domowa pomiędzy koalicyjnym rządem a zbuntowanymi Tigrajczykami, którzy próbują zawrzeć sojusz z ludami Oromo. Są też liczne inne grupy etniczne (Somalijczycy, Sidama, Gurage, Wolaytta, Hadiya, Afarowie, Gamo, Gedeo, Silte, Kaficho…), ale nie odgrywają tak wielkiego znaczenia, jak te wcześniej wymienione.

Najbarwniejsze dla nas, podróżników, są jednak ludy zamieszkujące Dolinę Omo na pograniczu z Kenią i Sudanem. Na mnie największe wrażenie zrobili członkowie plemienia Karo – ich tatuaże, fantazyjne i kolorowe malunki pokrywające ciała oraz niezwykłej urody ozdoby głowy z kwiatów i piór to świat jakby z bajki lub egzotycznej opery. Niestety jest to plemię bardzo nieliczne i zagrożone wyginięciem. Bardzo ciekawi są słynący z agresji i dziwnego zwyczaju kaleczenia kobiecych ust i uszu Mursi. Gliniane talerzyki w zdeformowanych ustach kobiet to ich znak szczególny. Hamerowie słyną z pięknych i dumnych kobiet. Wyróżniają je szczególne fryzury, ubrania ze skóry oraz niespotykane ozdoby na szyi i nogach. Może kiedyś wrócimy do ich znaczenia. Hamerowie znani są też z oryginalnego obyczaju – skoków przez byki wykonywanych przez młodych mężczyzn w ramach zabiegania o wymarzoną wybrankę. Ogromne wrażenie robi również koczowniczy lud Dassanech zamieszkujący północne brzegi jeziora Turkana, gdzie nocując w wiosce pośród setek wydających niemal diabelskie dźwięki kóz miałem okazję zobaczyć niesamowite, odbywające się tylko przy świetle księżyca, tańce skąpo ubranych, młodych dziewcząt.

Co ciekawe, w tym pełnym bydła, kóz i kurzu kraju na czele rządu stoi świetnie wykształcony laureat pokojowej nagrody Nobla z roku 2019 (przyznanej za zawarcie pokoju z Erytreą), wywodzący się z ludu Oromo, zielonoświątkowiec Abiy Ahmed Ali. Mimo jego wysiłków, sytuacja polityczna w kraju jest niezwykle trudna i dynamiczna, co niestety nie ułatwia teraz planowania podróży do tego zakątka Afryki. Zakątka niezwykłego, ale pogrążającego się ponownie w chaosie.

Myślę, że do opowieści o Etiopii jeszcze wrócimy, a tymczasem pozostaję z podróżniczym pozdrowieniem.

Mika Urbaniak – Muzyka blisko serca

Mika Urbaniak Znakomita wokalistka, nagrała 4 płyty, występowała z takimi artystami, jak Lenny White, Tom Browne, Al McDowell, Richard Bona i Hiram Bullock. Koncertowała też z Quincym Jonesem i jego Big Bandem. W Polsce współpracowała m.in. z Bebel Gilberto, Andrzejem Smolikiem i Liroyem. Victor Davies Jego album „Hoxton Popstars” był numerem jeden w Japonii. Jest znany jako muzyk i malarz, współpracował z wieloma znanymi artystami, jak m.in. Quincy Jones, Richard Bona, Roy Hargrove, Louie Vega, Smolik, Maryla Rodowicz, Marysia Sadowska, Skubas, Urszula Dudziak.

Wybitna wokalistka Mika Urbaniak opowiada o swojej karierze artystycznej, rynku muzycznym i zmianach, jakie wprowadził na nim internet

Bardzo wcześnie zaczęła pani karierę artystyczną.

Pierwszy utwór napisałam mając 12 lat, zarówno muzykę, jak i tekst.

Rzec można: noblesse oblige. Jako córka Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka nie mogła pani chyba wybrać innej drogi.

W moim przypadku było to bardzo naturalne. Mam wrażenie, że muzyka mnie przyciągała, zawsze śpiewałam i tańczyłam, a rodzice mnie wspierali.

Kariera muzyczna to jednak nie tylko to, co widzimy w mediach i na koncertach. Jest to również biznes i do tego niełatwy.

Rzeczywiście, w ostatnich latach wiele się zmieniło na niekorzyść, przede wszystkim dlatego, że płyty przestały się sprzedawać. Stały się one czymś w rodzaju wizytówek występów na żywo. Niektórzy artyści trafiają na top nie dzięki talentowi, ale ogromnym sumom, które są angażowane w ich promocję. Nie mogę jedna narzekać. Żyję z muzyki od ponad dwudziestu lat. Lockdown spowodował, że skurczyła się liczba koncertów, ale dla mnie był to czas twórczy – pod wpływem mojego artystycznego i życiowego partnera Victora Daviesa zajęłam się malarstwem. Bywa, że występuję w roli jego agentki, pomagając mu organizować kolejne wystawy.

Kiedy zaczęła pani zarabiać dzięki sztuce?

Kiedy miałam 14 lat zostałam zaproszona do nagrania płyty z Liroyem i otrzymałam moją pierwszą wypłatę. Żyję z muzyki od czasu, gdy ukończyłam 19 lat. Kilka razy pojawiłam się na płytach Andrzeja Smolika, dużo wspólnie koncertowaliśmy. Grałam też wspólnie z rodzicami. Potem zaczęłam wydawać swoje płyty, trzy solowe, jedną wspólnie z Victorem. Obecnie szykuję kolejną, ponownie solową.

Zapewne ma pani agenta, a jeśli tak, to gdzie – w Polsce, Anglii, czy też USA?

Jest to Arleta Olendrowicz, która odpowiada za organizację koncertów. Najnowszą płytę zamierzamy wydać sami z Victorem, korzystając tylko z firmy dystrybucyjnej.

Czy internet pomaga artystom?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, Pomaga, ponieważ twórca może być niezależny od wielkich wytwórni. Ale też internet krzywdzi – pomimo wielu wyświetleń trudno zarobić na życie. Nawet mając milion odsłon artysta zyskuje naprawdę niewiele. Obecnie rozsądne zyski przynoszą wyłącznie koncerty.

Postawiła pan na jazz, który ma jednak ograniczoną liczbę odbiorców. Czy mając tak znakomite warunki wokalne nie miała pani ochoty, by zaprezentować się szerokiej publiczności jako gwiazda muzyki popowej?

Muzyka, którą tworzę, musi być blisko mojego serca. Mój najnowszy projekt będzie inny niż wszystko, co robiłam dotychczas. Na płycie pojawi się dużo rapu. Pierwsze utwory będzie można usłyszeć już wiosną. Nigdy nie planowałam, by zaskoczyć świat czymś niezwykłym, ale jeśli tak się wydarzy, będę bardzo zadowolona.

Mając taką skalę i barwę głosu mogłaby pani pojawić się na scenie operowej…

Nigdy tego nie próbowałam i na razie nie zamierzam. Mój jedyny kontakt z tego rodzaju muzyką polegał na graniu utworów klasycznych na fortepianie. Za to czuję czarną muzykę, na której wychowałam się mieszkając w Nowym Jorku. Moimi idolami byli wtedy Ray Charles i Ella Fitzgerald.

A kto jest nim dziś?

 

Z artystów współczesnych największe wrażenie zrobiła na mnie Amy Winehouse.

Jakie ma pani plany na przyszłość?

Niecierpliwie czekam na ukończenie mojej autobiografii w formie wywiadu-rzeki, którego współautorką jest Magdalena Adaszewska. Książka ukaże się w przyszłym roku w wydawnictwie Znak Literanova.

Co lubi Mika Urbaniak?

Wypoczynek – Wyspy Kanaryjskie, wkrótce wybiera się na Teneryfę

Kuchnia – „Hinduska, uwielbiam niezwykłe przyprawy. Będąc w Warszawie często zaglądam do restauracji Guru przy ul. Widok, z kolei w Londynie często odwiedzam azjatycki Fusion Bar.”

Hobby – „Malarstwo, które może jednak przekształcić się w mój drugi zawód. Bardzo lubię chodzić z ojcem na basen, gdzie rozmawiamy o muzyce. Sporo czytam, zwykle książki poświęcone samokształceniu i thrillery”

Ważne Informacje

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...