.
Strona główna Blog Strona 437

Adam Małysz

Rozmowa z Adamem Małyszem, czterokrotnym zdobywcą Kryształowej Kuli w Pucharze Świata, czterokrotnym mistrzem świata i trzykrotnym wicemistrzem olimpijskim

– 26 marca w Zakopanem, kiedy kibice przyszli pana pożegnać najbardziej wzruszający był transparent z napisem „Panie Admie. Larum grają. A Ty do boju nie stajesz, nart nie chwytasz?”
– Właśnie dla takich chwil warto było przez te wszystkie lata włożyć tyle wysiłku i wyrzeczeń w wyczynowy sport, aby m.in. spotykać się z takimi dowodami sympatii, jak w Zakopanem. Przez całą moją karierę narciarską zawsze mogłem liczyć na kibiców. Dzięki temu, że Polacy byli obecni na wszystkich zawodach, w których brałem udział, z ich zapału i entuzjazmu czerpałem motywację do kolejnych sukcesów. Wspierali mnie także, co sobie wysoko cenię, nawet wtedy, gdy nie wypadałem najlepiej.

– Pana przyjaciel, Andreas Goldberger, powiedział mi, zanim dowiedzieliśmy się o pana planach, że po tym ostatnim słynnym skoku w Zakopanem nie usiądzie pan w kapciach przed telewizorem…
– I miał rację Andy. Zna mnie i zna siebie. On też nie usiadł przy kominku czekając na koniec świata. Jesteśmy sportowcami, stosunkowo młodymi ludźmi, którzy pewien etap życia sportowego mają za sobą i teraz pozostaje odnalezienie się w innych dyscyplinach sportu lub życia. To jest zawsze dylemat. Ja – podobnie zresztą, jak Andy – swoje miejsce znalazłem.

– Podobno długo się pan nie zastanawiał, kiedy nadeszła propozycja z RMF Caroline Team?
– Propozycję startu w sportach motorowych otrzymałem dużo wcześniej. Ponad rok temu, po olimpiadzie w Kanadzie zadzwonił do mnie Rafał Płóciennik, założyciel RMF Caroline Team. Zapytał, czy zechciałbym spróbować swoich sił w tej dyscyplinie sportu. Ci, którzy mnie bliżej znali, wiedzieli, że jestem entuzjastą tego sportu. Rajdy terenowe od dawna mnie kręciły. Wiele czasu spędzałem za kierownicą mojego, jak go nazywam, „jeepka”, przemierzając leśne szlaki w pobliżu miejsca mojego zamieszkania. Dobrze się składało, bo decyzję o zakończeniu kariery skoczka podjąłem rok wcześniej, w Zakopanem. Ale wtedy jeszcze nie mogłem odpowiedzieć jednoznacznie na tę propozycję, bo założyłem sobie, że wystartuję w Oslo i karierę zakończę pod koniec sezonu w 2011 roku. I tak też się stało. Już 2 lata temu wiedziałem, że decyzja ta musi być rozważna i przemyślana, w pewien sposób też powinna stanowić harmonijne przejście do nowych wyzwań sportowych, jakimi w tym przypadku stały się rajdy samochodowe.

– Jest pan niespokojną duszą?
– Niespokojną tylko w tym sensie, że nie znoszę bezczynności. To rezultat zapewne przyzwyczajeń wyniesionych ze sportu, rywalizacji, ciągłego doskonalenia swoich umiejętności. A nie można tego uczynić jak się marnotrawi czas, rozpuszcza w sprawach, które nic nie przynoszą. Dlatego wysoko sobie cenię stawianie sobie ambitnych celów i ich realizację.

– Teraz takim celem jest zdobywanie kolejnych laurów w sportach motoryzacyjnych. Czy skoki i rajdy mają jakiś wspólny mianownik?
– Te dwie dyscypliny można w jakimś stopniu porównywać, bo są to sporty ekstremalne. Inne są zapewne np. techniki przygotowawcze, ale proszę pamiętać, że jest to sport wymagający ogromnych umiejętności. Dla pełnokrwistego sportowca, a za takiego się uważam, presja, jaka towarzyszy tym dwóm dyscyplinom sportu, jest podobna. Są różnice w fizycznym przygotowaniu. Otóż przez całą moja karierę skoczka, tułów, czyli w naszym slangu „góra”, miał być szczupły, prawie jak u kościotrupa, a nogi miały być silne, wręcz zbudowane atletycznie. Bo silne nogi w skokach to podstawa. W trakcie przygotowań do rajdu musiałem się przestawić i bardziej skoncentrować na „górze”. Zmienił się mój trening i zmieniła się moja dieta, a co za tym idzie, waga. I dlatego też trochę w niepamięć odeszły bułki z bananem i ważę 6 kilogramów więcej… Bo jak się jeździ po wertepach to trzeba być silnym.

– Ma pan tremę, jak przed pierwszym startem w Pucharze Świata?
– Trema jest nieodłącznym czynnikiem towarzyszącym pub­licznym występom, tym bardziej sportowym. Pamiętam mój pierwszy konkurs w Pucharze Świata w 1993 r. Była to kombinacja norweska i wielki stres. Niby jak się startuje w kraju, to zawodnikom nawet ściany pomagają i sprzyjają. Ale zupełnie inna jest odpowiedzialność, jak startuje się przed własną publicznością. Bo oczekiwania są zawsze bardzo wysokie i co za tym idzie – stres, aby nie zawieść oczekiwań. Dlatego na starcie we Wrocławiu będzie mi towarzyszył stres, tym bardziej że będzie to debiut.

– Lubi pan nowe wyzwania?
– Ich realizacja jest wpisana w istotę sportu. Sprawdzanie się w nowych sytuacjach, to także element mojej filozofii życiowej, mocno zakotwiczonej w sporcie i rywalizacji. Narciarstwo i skoki znałem od podszewki. Ale teraz wciągają mnie rajdy, mało tego, taką jazdę na maksa uważam za bardzo ekscytującą i podniecającą… Staram się nie robić w życiu rzeczy, których nie lubię czy nie umiem. Bo byłaby to dla mnie strata czasu. Zawsze byłem, jestem i pozostanę sportowcem. Mam taki charakter i interesują mnie dziedziny sportu, w których jest spory element ryzyka. I dlatego sport motorowy jest nie tylko alternatywą, ale i gdzieś funkcjonującą od wielu lat w podświadomości – pasją. A tam, gdzie jest pasja, są emocje, a za emocjami często idą sukcesy.

– Wspomniał pan o diecie, ale zmianie dyscypliny sportu towarzyszy ogromna praca treningowa…
– W połowie kwietnia, czyli na krótko po zakończeniu kariery narciarskiej, rozpoczęły się przygotowania i treningi. Dużo czasu spędziłem na torach gokartowych i na jeździe Subaru na wyczynowych trasach. Z kolei Porsche testowaliśmy głównie na poligonie w Drawsku, gdzie nie tylko samochód, ale także i ja sam przeszedłem szkołę rajdową w tumanach piasku, rozkołysany na wybojach. Następnie trenowaliśmy w Chorwacji na górskich drogach szutrowych. To preludium do tego, co nas będzie czekało w rajdzie Dakar. Dużą wagę przywiązujemy do zaplecza, które tak projektujemy, aby dwoma samochodami dojechać do celu. A tak przy okazji powiem, że jestem zachwycony naszym pojazdem, który znakomicie się sprawdza w ciężkich warunkach nawet pomimo tego, że nie jest to T1 tylko T2.

– A na czym polega różnica?
– Model T2 jest samochodem produkowanym seryjnie z niewielkimi przeróbkami, na które wyraża zgodę FIA. Można dokonać zmian niektórych podzespołów, ale musi on być prawie identyczny do tego, który opuścił mury fabryczne. Model T1 jest zbudowany od podstaw i nie ma nic wspólnego z modelem seryjnym. Nie ma w swojej konstrukcji żadnego elementu fabrycznego. Dlatego, oczywiście, trudno z nim rywalizować. Najlepszy wynik, jaki osiągnął nasz model T2 w rajdzie Dakar, to było 15., 16. miejsce. Znając realia, nie będziemy konkurencyjni dla tego modelu, ale i nasz priorytet jest inaczej zdefiniowany. Otóż chcemy udowodnić i pokazać, że nie tylko ściganie się jest najważniejsze, ale że jest to przede wszystkim wielka przygoda, zmaganie się z przeciwnościami losu i pokazanie, że, jak w moim przypadku, jest możliwa realizacja najskrytszych marzeń.

– Powróćmy do debiutu w rajdzie Wrocław-Drezno.
– Postawiłem sobie wysoko poprzeczkę i sądzę, że nie zawiodę oczekiwań swoich kibiców. Co prawda, start w rajdzie Wrocław–Drezno będzie naszym – bo wspólnie pojadę z Rafałem Martonem – debiutem. Pojedziemy z numerem 000, czyli otworzymy rajd. Ten pierwszy start będzie w pewien sposób szkołą, mającą na celu nauczenie się pewnych procedur i systemów, które obowiązują w tej dyscyplinie. Będziemy się starali wypaść jak najlepiej, pomimo tego że nie będziemy klasyfikowani.

– Ale nie będą to takie warunki, jak w rajdzie Dakar?
– No jasne, że nie, ale my musimy, mówiąc kolokwialnie, się otrzaskać. Zapewniam, i tu znów powrócę do mojego temperamentu sportowego, że nie pojadę turystycznie.

– Pozostając przy temacie motoryzacyjnym, pamięta pan swój pierwszy samochód?
– Oczywiście, to był Fiat 126p. Maluch służył mi całkiem nieź­le, oczywiście nie był to samochód, którym można się było rozpędzić i dokonywać sportowych wyników. Niemniej pozostaje w moim wspomnieniu, w sercu, jako ten pierwszy.

– Kiedyś wspominał pan, że wiele zawdzięcza swoim managerom. Jak ocenia pan ich rolę w swoim sukcesie?
– Powiem tak, że bardzo trudno było mi na początku kariery pozyskać sponsorów u nas w kraju. Młodym ludziom, zmotywowanym, którzy robią wszystko, aby osiągnąć sukces – tak jak było w moim przypadku – trzeba pomagać. To nie jest łatwe z punktu widzenia tych, którzy muszą uwierzyć, że warto w tego faceta zainwestować. Myślę, że dużo jest w Polsce takich, którzy gryzą się dzisiaj w język, że tego nie zrobili w moim przypadku. I tutaj chylę czoła przed austriackimi managerami, którzy przed laty uwierzyli, że ja mogę być taką osobą, która posiada potencjał, która jest w stanie osiągnąć – jak się później okazało – sukcesy na najwyższym światowym poziomie. A za sukcesami idą wymierne korzyści w postaci honorariów z rek­lam, nagród i sponsoringu. Każdy z nas, sportowców, który rozpoczyna karierę, trenuje od rana do wieczora, ma taki sam problem. Jak przekonać, że będę championem. To jest trochę ruletka. Ci, którzy mają nosa i inwestują w talenty sportowe, mogą liczyć na niezłe dochody w przyszłości, ale i na wartość bezcenną – satysfakcję.

Takie doświadczenie mają właśnie Austriacy, gdzie skoki są niezmiennie popularne od wielu dziesięcioleci. Wynika to też z faktu, że od lat mają do czynienia z marketingiem sportowym, ze współpracą z mediami, sponsorami. W tym obszarze poruszają się znakomicie. Przyznaję, że miałem też propozycje ze strony polskiej, kiedy to wokół mojej osoby robiło się coraz głośniej. Ale, niestety, nie zawsze były to propozycje uczciwe i rzetelne. A ja cenię sobie spokój. Niech kto inny za mnie myśli o takich sprawach, ja mam się koncentrować na tym, na czym się znam – na sporcie i wynikach. Ale muszę powiedzieć, że bez austriackich managerów nie byłbym tam, gdzie jestem. Byłoby też niezmiernie trudno osiągnać wszystkie sukcesy gdyby nie wsparcie sponsorów m.in. Red Bulla i firmy ubezpieczeniowej Generali.

– Mamy wakacje. A pana czekają ponownie zawody, podróże i życie w hotelach?
– Tak, to taki syndrom życia na walizkach. Po wielu latach takiego życia ma się w pewnym momencie przesyt i pojawia się niechęć do opuszczania progów domu, ale nie należy być egoistą i myśleć należy w takich sytuacjach przede wszystkim o rodzinie, żeby i im było dobrze. Mój dotychczasowy tryb życia powodował to, że urlop spędzaliśmy najczęściej w jedynym wolnym terminie, tzn. w kwietniu. A kwiecień ma to do siebie, że oferty wypoczynkowe w Europie nie zawsze są bogate. Trzeba gdzieś dalej polecieć, aby było atrakcyjnie i ciepło. A teraz tego problemu nie mam, mogę sobie wybrać termin, który mi odpowiada. To jest luksus, kiedy nie jesteśmy skrępowani terminami.

– Pozwoli pan na czysto teoretyczne pytanie? Gdyby miał pan zainwestować to, w co?
– Na co wyłożyłbym pieniądze? Myślę, że na pewno na nic, co niosłoby za sobą jakiekolwiek ryzyko. Raczej w coś, co nie traci w dłuższym dystansie czasowym na wartości, czyli w ziemie i nieruchomości. Należę do osób, które zas­tanowią się kilka razy, zanim wydadzą swoje ciężko zapracowane pieniądze.

Co lubi Adam Małysz?

Zegarek – „Ulubionej marki nie mam. Miałem kiedyś propozycję od szwajcarskiej firmy zegarkowej, ale nie doszliśmy do porozumienia. Może powrócimy do rozmów, wtedy powiem, jaki jest mój ulubiony.”
Kuchnia – „Zdecydowanie polska. A potrawa, którą naprawdę kocham, to jest kaczka z czerwoną kapustą i kluskami śląskimi. Przepadam za tym…”
Samochód – „Prywatnie jeżdżę Subaru, a w rajdach samochodem na bazie Porsche Cayenne.”
Odpoczynek – „Szybko się nudzę na plaży, jak nie ma akcji, jak się nic nie dzieje… Na wakacje wybieram kraje, które są niedaleko. Bardzo dobrze się czuję w Chorwacji, odpowiada mi tamtejsza kuchnia i sympatyczni ludzie. Drugim takim miejscem wakacji, chociaż trochę dalej, jest Turcja. Piękne morze, cudowna kuchnia i fantastyczni ludzie.”

Jan Lubomirski-Lanckoroński

Rozmowa z Janem Lubomirskim-Lanckorońskim, prezesem Grupy Landeskrone

– Podobno arystokraci rzadko sprawdzają się w biznesie. Pańska kariera jest zaprzeczeniem tej tezy.
– Przykład mojej rodziny pokazuje, że tytuł książęcy nie przeszkadza w zarządzaniu wielkimi firmami. Mówiąc żartobliwie Lubomirscy „są z soli”, ponieważ dorobili się na eksploatacji żup solnych, które uzyskali od króla Stefana Batorego. Później inwestowali w różnego rodzaju manufaktury, browary, destylarnie. Moim autorytetem w dziedzinie biznesu – oprócz mojego teścia dr. Jana Kulczyka, jest pradziadek Stanisław Lubomirski. Ten żyjący w okresie międzywojennym, przemysłowiec, finansista i działacz gospodarczy był prezesem Centralnego Związku Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów „Lewiatan”.

Poza tym zajmował stanowisko prezesa Centralnego Związku Przemysłu Polskiego oraz Związku Banków Polskich, jak również Rady Giełdy Pieniężnej. Poza tym kierował licznymi przedsiębiorstwami państwowymi i prywatnymi, zarówno bankami, hutami, towarzystwami ubezpieczeniowymi, jak też licznymi komisjami rządowymi do spraw biznesu. Należał do najwybitniejszych i najbardziej wpływowych przedstawicieli życia gospodarczego w Polsce. Warto dodać, że założył pierwszą polską fabrykę samolotów, inwestował w kopalnie i huty. Inny z moich przodków zarobił krocie na akcjach Kanału Sueskiego, z których sprzedaży ufundował Akademię Ekonomiczną w Krakowie. Nad frontonem nadal wisi nasz herb.

– Skoro mowa o herbie Lubomirskich, wykorzystano go w promocji piwa „Dojlidy”.
– W 2000 roku idąc ulicą zobaczyłem ogromny neon z naszym herbem. Pomyślałem: dość tego, państwo komunistyczne zabrało nasze nieruchomości i firmy, ale to już przesada. Skierowałem sprawę do sądu, choć z przerażeniem myślałem o procesie, który mógł ciągnąć się latami. Udało mi się doprowadzić do zmiany herbu, a miesiąc później zadzwonił teść z informacją, ze browar został kupiony…

– Pomimo młodego wieku, ma pan bogate doświadczenia prawne.
– Już w liceum postanowiłem, że zostanę prawnikiem, chociażby po to, żeby w skuteczny sposób zadbać o interesy rodzinne. Mając 18 lat zacząłem wspomagać ojca w zarządzaniu nieruchomościami w Krakowie. Nasze krakowskie kamienice był to jedyny majątek, którego władze nam nie odebrały po wojnie. Tak więc z rozpędu wyspecjalizowałem się w zarządzaniu nieruchomościami, a także w dziedzinie odzyskiwania majątku bezprawnie zagarniętego przez państwo. Warto przypomnieć, że obok reformy rolnej, którą legitymizowała kontrowersyjna ustawa, po 1945 roku władze siłą odbierały wielu rodzinom dorobek całych pokoleń – domy, meble, obrazy łącznie z portretami przodków, a nawet zbiory książek. Biblioteka mojego dziadka, licząca 40 tys. woluminów, zniknęła bez śladu, a były w niej bezcenne dzieła. Choć jestem zapalonym bibliofilem, udało mi się znaleźć tylko jedną pochodzącą z niej książkę.

– Po 1989 roku niektórzy politycy usiłowali rozgrywać kwestię ewentualnego zwrotu majątków, strasząc wyborców powrotem dawnych właścicieli.
– Pewnie dlatego do dziś nie doczekaliśmy się ustawy regulującej tę sprawę. Zwrot w naturze jest z wielu względów nierealny. Najlepszym rozwiązaniem byłoby więc odszkodowanie wypacane w gotówce – np. na poziomie 20 proc. wartości majątku. W związku z tym, że państwo od 22 lat odpycha od siebie tę kwestię, nie miałem innej możliwości niż podjęcie prawnej batalii, zakończonej w kilku przypadkach sukcesem. Szczególnie spektakularny był zwrot zamku w Wiśniczu i zrujnowanego pałacu w Kruszynie. Sprawą zainteresowały się europejskie media z „Paris Match” i przez chwilę chcąc nie chcąc poczułem się jak celebryta. Była to naprawdę ciekawa historia, ponieważ władze przejmując siłą zamek nie zadbały o formalności, o czym przypomniały sobie w 1987 roku. Może udałoby się im załatwić tę sprawę po cichu, ale do mojego ojca przyjechała delegacja z Wiśnicza z informacją, że nie wszystko stracone.

– Mieszkańcy nie dali się nastraszyć, że książę wróci i będzie rządził z zamku?
– Wręcz przeciwnie. Czuliśmy z ich strony sympatię i wsparcie. Dziś zamek nadal jest własnością zgromadzenia rodzinnego, a zarządza nim burmistrz Wiśnicza. W zamku mieści się muzeum. Fundacja Rodziny Lubomirskich, której jestem prezesem, przeznaczyła pewne środki na konserwację elementów wystroju. Wspiera też miejscową drużynę rycerską. Inne warte przypomnienia działania Fundacji to sfinansowanie sali komputerowej w szkole w Nowym Wiśniczu, stypendia dla studentów z kresów wschodnich podejmujących studia na Akademii Ekonomicznej w Krakowie, jak również projekt stworzenia ośrodka dla osób pokrzywdzonych przemocą w rodzinie.

– Niedawno znów zrobiło się głośno w związku z pańską aktywnością w dziedzinie zwrotu rodzinnych nieruchomości. Posłowie przerazili się, że zamknie pan parking przy Sejmie.
– Także i w tym przypadku zaproponowałem kompromis. Koło Sejmu zamierzam zbudować biurowiec, który będzie miał kilkupiętrowy podziemny parking. Dla naszych parlamentarzystów przeznaczę tyle miejsc, ile ich mieli dotychczas. Na marginesie – kolejne potyczki prawne zachęciły mnie do przygotowania doktoratu właśnie w dziedzinie restytucji majątku.

– W gabinecie, który zdobią wielkie portrety pańskich przodków, na stylowym biurku leży kask budowlany.
– Często go używam, ponieważ sam nadzoruję inwestycje które prowadzę. Należę do tych managerów, którzy mówią, ze praca to ich żywioł. Po prostu – uwielbiam to, co robię. W dodatku staram się być perfekcjonistą. Zdaję sobie sprawę, że czasem współpraca ze mną może być trudna, zwłaszcza dla architektów. Staram się dopracować każdy projekt w najdrobniejszych szczegółach. Inaczej być nie może. Spec­jalizuję się w inwestycjach dla najbardziej wymagających odbiorców. Są to zwykle poważne przedsięwzięcia – na poziomie około 100 mln złotych. Obecnie koncentruję się na kilku projektach. W Łodzi powstanie niezwykły biurowiec, którego części wspólne – zgodnie z nazwą – będą nawiązywały do „Pałacu Lubomirskich”. Z kolei w Krakowie zbuduję „Ecohotel” o bardzo nowoczesnej, choć dopasowanej do zabytkowego otoczenia, architekturze i rozwiązaniach technologicznych, które dopiero pojawiają się w naszym kraju. Wiele uwagi poświęcam budowie apartamentów w stylu nowego art deco na warszawskim Mokotowie. Mało kto wie, że nazwa dzielnicy pochodzi od francuskiego mon coteaux – czyli moje wzgórze – jak nazwała swój piękny park Izabella Lubomirska. Jeszcze przed wojną funkcjonowała nazwa Monkotów. Chodząc po stolicy odkrywam kolejne miejsca związane z moją rodziną i to nie tylko budynki użyteczności publicznej, pałace i kamienice. Choć pochodzę z przepięknego Krakowa, a wiele lat spędziłem w niemniej urodziwym Poznaniu, to jednak Warszawa – pomimo wojennych zniszczeń i chaotycznej odbudowy – jest mi bardzo bliska. Chciałbym, żeby moja działalność deweloperska stanowiła krok w kierunku uporządkowania miasta, które wygląda z roku na rok lepiej.

– Ma pan okazję do twórczej adaptacji siedziby Bieruta.
– Inwestycję tę realizuję dla Kulczyk Real Estate Holding jako prezes Euro Invest Sp. z o.o.. Budynek, ulokowany przy ul. Wspólnej 62 w Warszawie, pomimo, że reprezentuje soc­realizm, to jednak charakteryzuje się ciekawą architekturą.

– Podobno był swoistym żartem architekta Marka Leykama, twórcy znakomitego „Okrąglaka” w Poznaniu.
– Dla mnie szczególnie ciekawym zadaniem było wpisanie potężnego bunkra Bieruta w adaptowany biurowiec, tak, żeby nawet ta niezwykła część spełniała funkcje użytkowe.

– Myślę, że to swoisty chichot historii – książę Lubomirski przebudowuje przedmiot dumy stalinowskiego dyktatora.
– Historia mojej rodziny splata się z dziejami naszego kraju. Okres panowania Bieruta był dla nas czasem przetrwania. Większość rodziny wyjechała za granicę, niektórzy zrobili kariery biznesowe, inni artystyczne. Mój ojciec został w Polsce, żeby zająć się krewnymi w starszym wieku, którzy nie chcieli opuścić kraju. Z dnia na dzień straciliśmy prawie wszystko. W naszej krakowskiej kamienicy kolejne mieszkania zaczęli zajmować przedstawiciele skoligaconych z nami arystokratycznych rodów. Zaraz po wyzwoleniu Krakowa, stacjonował u nas rosyjski generał. Zabrał dziadka na Wawel opuszczony w popłochu przez gubernatora Hansa Franka. Rosjanin zaproponował: „Kniaź, weź coś na pamiątkę, choćby Mercedesa.” Dziadek zabrał leżącą na burku książkę, z kartką zagiętą w miejscu, w którym gubernator przestał ją czytać. Wkrótce potem władze, chcąc nam dokuczyć, dokwaterowały najpierw 20 żołnierzy, a potem dwie rodziny pracowników Służby Bezpieczeństwa. Ojciec dostał tzw. wilczy bilet i nie mógł podjąć studiów. W końcu zdesperowany napisał skargę do Bieruta. Został przyjęty na Akademię Górniczo-Hutniczą, i zgodnie z nakazem podjął pracę w… kolebce klasy robotniczej czyli w Hucie im. Lenina. I tym razem w ramach szykan nie otrzymał stanowiska inżynierskiego, wyrobił więc sobie wizytówkę: „Stanisław książę Lubomirski, pierwszy ślusarz sieci cieplnych Huty im. Lenina”. W tych trudnych czasach ojciec zaznał wiele wyrazów solidarności, a z przyjaciółmi z huty utrzymuje bliski kontakt do dzisiaj.

– Z kolei pan utrzymuje kontakt z członkami brytyjskiej rodziny królewskiej.
– Media wypytują mnie o wizyty w pałacu Buckingham lub ślub księcia Williama i Kate Middleton, natomiast dla mnie szczególnie ważna jest współpraca z księciem Karolem w kontekście naszej rodzinnej fundacji. Niezwykłą inspirację stanowi też dla mnie pomysł księcia Karola, który zbudował niedaleko od Londynu całkowicie ekologiczne miasteczko Poundbury, będące jednocześnie bardzo miłym miejscem do życia.

– Wspomniał pan wcześniej o swoim szybkim wejściu w biznes. Czy nie kolidowało ono ze studiami?
– Wręcz przeciwnie. Jako licealista miałem na głowie 5 kamienic z lokatorami, problemami z remontami itp. Była to swoista szkoła życia, a zarazem biznesu. Później, jako student, a potem młody prawnik wraz z ojcem walczyłem o bezprawnie zabrane elementy rodzinnego majątku. Toczyłem prawdziwe batalie, choćby o portrety moich przodków, które zabrano do muzeów. Zawsze zaczynałem od propozycji ugody, że dzieła sztuki mogą zostać jako depozyt naszej rodziny. Kiedy trafiałem na mur niezrozumienia – podejmowałem walkę. Po ukończeniu aplikacji radcowskiej, postanowiłem podjąć studia w London School of Economics, gdzie w tym samym czasie studiowało wielu ciekawych ludzi m.in. norweski następca tronu. Kolejny etap mojej nauki to Universidad de Navarra, który prowadzi program managerski wspólnie z Harvardem. Oznaczało to kontakt z najznakomitszymi wykładowcami, a także z wielu przedstawicielami polskiego biznesu. W tym gronie byłem najmłodszy spośród całej polskiej grupy. Co tu kryć – dobre uczelnie typu MBA to miejsce, gdzie zdobywa się nie tylko wiedzę, ale też kontakty.

– Dużym wydarzeniem medialnym był pański ślub z Dominiką Kulczyk.
– Jesteśmy małżeństwem już od 10 lat. Żona również aktywnie działa w biznesie, prowadzi z Jackiem Santorskim firmę Values, udziela się na polu ekologii w Green Cross Poland, a także prowadzi autorską Akademię Psychologii Przywództwa w ramach znanej Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Co lubi Jan Lubomirski-Lanckoroński?

Zegarki – nie nosi, ale nigdy się nie spóźnia.
Ubrania – styl klasyczny. Garnitury szyte na miarę w Vistuli. Ceni znakomite brytyjskie i włoskie buty. Koszule zamawia w krakowskiej firmie. Jest kolekcjonerem spinek do koszul.
Wypoczynek – Chętnie jeździ z rodziną po Polsce. Za granicą permanentnie zjeżdża z ustalonych tras, dzięki czemu ma okazję poznać zakątki nieznane turystom, jak choćby niezwykła aztecka piramida w Meksyku nie opisywana w przewodnikach.
Kuchnia – polska, o czym decyduje przywiązanie do tradycji. Doprowadził do wydania pierwszej polskiej książki kucharskiej, którą dla książąt Lubomirskich opracował kuchmistrz Czarniecki. Dzieło zawiera 300 przepisów, w tym 100 dań z ryb.
Restauracja – warszawska „U Kucharzy”, której jest stałym klientem. Czasem kupuje dania na wynos.
Samochód – „Zwykle korzystam z Porsche Carrera cabrio, które wybrała dla siebie żona. W związku z tym oddałem jej rodzinne Audi Q7”.
Hobby – jest zapalonym bibliofilem. Jak wspomina: „Zaczynałem kolekcjonować od książek z XIX wieku, potem cofałem się coraz dalej, aż do wieku XVI, na którym się obecnie koncentruję. Mieszkając w Anglii przywoziłem do Polski walizki pełne starodruków.”

Kristen Manos

Rozmowa z Kristen Manos, amerykańską liderką biznesu

– Zdobyła pani olbrzymie doświadczenie jako manager. Jest pani dyrektorem i członkiem zespołu audytorskiego banku KeyCorp, zasiada pani w zarządzie Holland Hospital, doradza przedsiębiorstwom w zakresie strategii wzrostu, przywództwa w organizacji. Jaki jest sekret udanego zarządzania firmą?
– Wiele firm jest tak dużych, że można powiedzieć, iż działają siłą rozpędu. Mogą przez chwilę całkiem nieźle funkcjonować nawet pod złym przewodnictwem. Żeby jednak się rozwijać, muszą mieć skutecznych managerów, którzy będą potrafili przekazać swojemu zespołowi własną wizję celu, do którego firma ma dążyć, i tak pokierować ludźmi, wspomóc ich, aby podążali w tym samym kierunku. Do managera należy stworzenie odpowiednich warunków, by zespół pod jego przewodnictwem doszedł do zamierzonego celu. Myślę, że dla wielu szefów przedsiębiorstw jest to zadanie, które ich przerasta.

– Jakie jest dzisiaj znaczenie przywództwa w organizacji, jaką jest każde przedsiębiorstwo?
– Sądzę, że najważniejszą cechą dobrego przywódcy jest umiejętność słuchania i otwartość na innowacje. Czy są to nowe trendy na rynku, czy nawet najbardziej szalone pomysły członków zarządu, czy wreszcie jego własne pomysły. To również otwarcie na potrzeby klientów, zrozumienie i szybkie podchwycenie zmian zachodzących na rynku. W dzisiejszych czasach wszystko tak szybko się zmienia, że to właśnie umiejętność słuchania, absorpcji zachodzących zmian, zrozumienie tego, co świat chce nam przekazać i przekucie tego na odpowiednie decyzje, nawet takie, które mogą być zupełną przeciwnością tych podejmowanych już wcześniej, to sztuka przywództwa absolutnie niezbędna w dzisiejszym świecie.

– Ma pani na swoim koncie wiele zawodowych doświadczeń, studiowała pani na Yale i Harvardzie, karierę rozpoczęła w fabryce silników Diesla, potem w fabrykach mebli, w końcu została pani managerem szpitala. Które z tych doświadczeń jest dla pani najcenniejsze?
– Lubię taką pracę, w której mogę połączyć różne struktury organizacji. Sprawowałam różne role w przedsiębiorstwach, co bardzo mi pomogło w zrozumieniu, jak najlepiej sprawić, by różne funkcje w firmie, struktury się uzupełniały i współpracowały ze sobą. Rzeczywiście, branże były różne, ale najbardziej emocjonujące jest dla mnie wprowadzanie czegoś nowego na rynek, wypracowywanie odpowiedniej strategii, budowanie świadomości marki.

– Czy kierowanie szpitalem różni się od bycia managerem w innej branży?
– To spore wyzwanie. Przede wszystkim dlatego, że system opieki zdrowotnej w Stanach Zjednoczonych jest bardzo skomplikowany. Ciężka jest współpraca z firmami ubezpieczeniowymi, ale również dbałość o zaopatrzenie szpitala w nowoczesne urządzenia i leki. Poza tym, to jednak zupełnie inny biznes, mamy tu bezpośrednio do czynienia z ludźmi, nie z produktami. W dodatku z ludźmi potrzebującymi pomocy. Tu chodzi o zdrowie i chorobę, życie i śmierć. Stąd nasze zaangażowanie jako zarządu jest większe.

– Doradza też pani rozmaitym instytucjom finansowym i bankom. Jak pani ocenia kondycje bankowości w USA?
– Wydaje mi się, że banki powinny uczynić wszystko, by na nowo zdobyć zaufanie ludzi. To zaufanie zostało mocno nadwerężone i ludzie ostrożniej podchodzą do bankowych ofert, nawet jeśli ich konkretny bank nie miał kłopotów. Zasiadam w radzie nadzorczej niedużego banku wspólnotowego, głównie pożyczamy pieniądze na działalność gospodarczą. Postrzegam tę działalność jako świadczenie usług dla lokalnej społeczności. To też zupełnie inna branża niż produkcja, w której byłam wcześniej, przede wszystkim ze względu na przepisy finansowe i regulacje oraz powiązania między instytucjami finansowymi. Kiedy pierwszy raz poszłam na spotkanie rady nadzorczej, ich mnogość mnie niemal poraziła. To bardzo skomplikowane środowisko.

– Czy trudno dzisiaj dostać w USA pożyczkę czy kredyt?
– To zależy kim się jest. Banki są dzisiaj nieco bardziej konserwatywne, jeżeli chodzi o standardy przyznawania kredytów. Najtrudniej jest przedsiębiorcom prowadzącym małe firmy albo rozpoczynającym biznes i potrzebujących pieniędzy na start. Jednym z problemów, z jakimi borykają się dzisiaj amerykańskie banki to fakt, że znacznie zmniejszyła się gotowość ludzi do zaciągania kredytów. Przedsiębiorstwa starają się ograniczać inwestycje. Te duże, które dobrze sobie radzą, inwestują raczej własne środki, unikając pożyczek. To powoduje, że w bankowości jest duża konkurencja, banki prześcigają się w ofertach, ale klienci i tak mało pożyczają. A jednocześnie niechętnie wykładają pieniądze w przypadku początkującego przedsiębiorcy, bo bardzo uważnie oceniają ryzyko, a na ryzykowny biznes niechętnie udzielają kredytu. Takie trochę błędne koło.

– A czy mimo to tzw. amerykański sen wciąż istnieje? Czy w USA po kryzysie nadal wszystko jest możliwe dla każdego?
– Tak, gorąco wierzę w amerykański sen. W Stanach Zjednoczonych wciąż można wiele osiągnąć ciężko pracując i będąc upartym w dążeniu do celu. Co ważne, ludzie nie muszą znajdować się w jakiejś szczególnie uprzywilejowanej sytuacji, by znaleźć własną drogę. Oczywiście, obecna sytuacja gospodarcza USA jest nadal dosyć ciężka i wiele ludzi ma kłopoty. Ale nasz kraj przechodził już kryzysy i następne też się pewnie pojawią, a to państwo jako system po prostu działa.

– W swoich wykładach wspomina pani o roli talentu w zarządzaniu. O jakiego typu talent chodzi?
– Chodzi głównie o to, że w każdym biznesie najważniejsi są ludzie. Jeżeli mamy dobry produkt, silną markę, mocną pozycję na rynku, to wszystko to zawdzięczamy ludziom i temu, co robią. Czyli należy zatrudniać najlepszych. Dla mnie to oznacza też dobre traktowanie pracowników, odpowiednie płace, budowanie jak najbardziej zróżnicowanego zespołu, pod względem płci, z uwzględnieniem jednakowego traktowania kobiet i mężczyzn, ale również pod względem poglądów. Różnice w poglądach w zespole bardzo dobrze wpływają na funkcjonowanie organizacji. Jeżeli wszyscy w zespole myślą tak samo, niemożliwe staje się tworzenie czegoś nowego. To odnosi się do zespołu pracowników, ale w takim samym stopniu do osób zarządzających przedsiębiorstwem. Ważne jest też inwestowanie w ludzi, stwarzanie im szansy rozwoju i poszerzania kwalifikacji, na przykład poprzez dawanie im nowych zadań, zmianę działu itp. Ponieważ, jak to się mówi, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W ten sposób zmieniają perspektywę patrzenia na dany problem czy zadanie. To właśnie podoba mi się w mojej własnej karierze zawodowej: mogłam przyglądać się działaniu organizacji na różnych jej szczeblach. To pomaga potem podejmować dobre decyzje.

– A praca w korporacji? Wielu źle ją znosi…
– To, oczywiście, zależy od korporacji. Każda duża organizacja to wspólnota. Są relacje interpersonalne i polityka przedsiębiorstwa. To czasem przysłania sam biznes. Mówiłam wcześniej o roli przywódcy. Myślę, że lider musi być przygotowany na to, by ta polityka przedsiębiorstwa nie dała się odczuć. Powinien stworzyć takie warunki, żeby pracownicy mogli mówić to, co naprawdę myślą. To będzie zysk dla obu stron. Dla zarządzających to sytuacja często niewygodna. Ale pamiętajmy, że tzw. polityka korporacyjna nie może paraliżować korporacji.

– Jakie są dzisiaj najbardziej przyjazne miejsca pracy?
– Są takie rankingi, ale osobiście nie daję im wiary. Badania przeprowadzane są w oparciu o ścisłe kryteria, np. opieka socjalna, dostęp do szkoleń, płace, stołówki itp. Ale przecież praca lub miejsce do pracy, które jest dobre dla jednej osoby, nie musi być dobre dla innej.

– W swojej pracy zajmuje się pani też kobietami, chociażby w ramach programu Vital Voices. Jak pani ocenia sytuację kobiet w firmach?
– Myślę, że praktycznie wszędzie kobiety wciąż potrzebują wsparcia. Równego traktowania. W Europie Wschodniej i Centralnej Vital Voices skupia się na promowaniu przedsiębiorczości i wzrostu ekonomicznej siły kobiet. Coraz więcej jest kobiet w managemencie, chociaż wciąż więcej tam mężczyzn. W zarządzie banku, w którym zasiadam, jest nas sześć. W zarządach przedsiębiorstw, które znam, zwykle jest jedna albo dwie. Muszę powiedzieć, że gdy kobiety są obecne, od razu widać różnice w sposobie prowadzenia dialogu. Kobiety zachowują się w grupie inaczej niż mężczyźni, inaczej formułują pytania, kwestie, bardzo starają się, by to, co mówią było właściwie zrozumiane. Myślę, że obecność kobiet w managemencie dobrze wpływa na rozwój firmy.

– Co poradziłaby pani polskim managerom, nie tylko kobietom, ale mężczyznom?
– To, co mówiłam już wcześniej. Manager musi słuchać, uczyć się i dostrzegać zmiany w otaczającym go świecie, a potem odpowiednio reagować. To cenna umiejętność, która przynosi korzyści niezależnie od tego, na jakim stanowis­ku w firmie jesteśmy.

Co lubi Kristen Manos?

Ubrania
– Yeohlee – niezależnej projektantki z Nowego Jorku, pochodzącej z Malezji
Biżuteria – od mało znanych, niezależnych projektantów.
Zegarka – nie nosi
Wypoczynek – podróże, ostatnio Argentyna. Wakacje najchętniej spędza w Grecji, bo ma tam rodzinę i stamtąd pochodzi
Kuchnia – każda, byle nie amerykańska. Indyjska, tajska, grecka
Restauracja – Greek Islands w Chicago

Sam jestem firmą

Rozmowa z Karolem Strasburgerem, cenionym aktorem

– Na początek stare jak świat pytanie, jak się ma sztuka do biznesu i odwrotnie?
– Biznes bywa sztuką, jeżeli przykłada się do niego odpowiednią należytość. Sztuką jest zapewnienie ciągłości firmie i przedsięwzięciom, które się prowadzi. Ale sztuką zapewne nie jest, jak w wielu przypadkach obserwuję, ciągłe zmienianie branż, bylejakość i nieznajomość przedmiotu swoich interesów. W tym przypadku cel nie może uświęcać środków. Znam takie przykłady, że ktoś wczoraj zajmował się elektroniką, nie mając zielonego pojęcia o komputerach, a dzisiaj przeskoczył do biznesu gastronomicznego i nadal nie ma pojęcia, w czym robi. Ważne, że są z tego pieniądze. I to dla mnie nie jest sztuką tylko nabijaniem kiesy. Mogą, oczywiście, posiłkować się wynajętymi fachowcami, ale do takich przedsięwzięć nie mam przekonania.

Zawsze w takich przypadkach przychodzi mi na myśl Jean-Claude Killy czy Franz Klammer, którzy byli znakomitymi narciarzami, a po zakończeniu kariery zajęli się dalej swoją pasją narciarstwem, ale już w wymiarze biznesowym, szkół narciarskich, sklepów ze sprzętem etc. Sama intuicja w biznesie i zarządzaniu nie wystarcza, trzeba też posiadać doświadczenie w tym, co się robi. I to dotyczy też sztuki i teatru.

– Czy sztuką jest zarządzać prywatnym teatrem?
– Teatry prywatne najczęściej nie mają dotacji, a więc z konieczności i założenia muszą utrzymywać się same. Czyli stają się miejscem, gdzie ludzie uprawiając sztukę zarabiają pieniądze. Muszą być zarządzane jak każde inne przedsiębiorstwo nastawione na zysk. Ale dla nas, artystów, zawsze pozostaje ważne pytanie, na jakiej sztuce należy zarabiać, a na jakiej nie i czy warto uczestniczyć tylko w tych przedstawieniach z góry nastawionych na zyski, czy też dokonywać ambitniejszych wyborów. Tak się składa, że w wielu przypadkach o popularności danego spektaklu decyduje obsada. Czym więcej gwiazd, tym sukces bardziej realny. Ale sam jestem za tym, aby szukać złotego środka. Żeby, z jednej strony, spektakle były atrakcyjne dla widzów, z drugiej strony, repertuar nie powinien schodzić do niskiego poziomu. To ogromna odpowiedzialność i zadanie dla zarządzających daną sceną teatralną.

– Zgadzasz się z poglądem, że do przeróżnych dziedzin sztuki już dawno wkroczył pieniądz, jako czynnik decydujący?
– Zgadzam się, że wkroczył, ale to nie powinno się przekładać na jakość, przynajmniej na jakość przedstawienia i jego poziom artystyczny. To, gdzie rzeczywiście widać, to proste przełożenie, to wielkość sal teatralnych. Inaczej, czym większa sala, pełna oczywiście, tym większy dochód dla organizatorów. I tak na tzw. gościnnych, dzisiaj zwanych wyjazdowymi, przedstawieniach, gramy dla 800, a czasami się zdarza, jak w Stanach czy Kanadzie, że i dla paru tysięcy widzów. Bilety nie są tanie. W ostatnich rzędach widzowie obserwują naszą grę przez lornetki, a żeby nas było słychać, gramy z mikroportami. I to się, niestety, przekłada, na jakość, a nie powinno.

– Czy wykształcił się już typ managera w biznesie teatralnym?
– Coraz więcej jest takich osób. Takim był zapewne nieodżałowany człowiek-instytucja Zenon Dondajewski, który perfekcyjnie prowadził najpierw Teatr Komedia, a potem Bajkę. Prawdziwy szef artystyczny, manager, który czuł teatr i biznes z tym związany. W sposób umiejętny dobierał repertuar. I tutaj taka moja uwaga dla wszystkich, którzy są lub mają zamiar zajmować się mangementem teatralnym. Często się zdarza, że do teatru przychodzą ludzie z agencji eventowych, PR-owskich proponując wynajęcie sali teatralnej na jakąś firmową imprezę. Zdarza się, że oferta jest tak interesująca finansowo, że odwołuje się spektakle dla publiczności i w tym terminie wchodzi impreza komercyjna. Zwycięża ekonomia. I wtedy teatr traci pewną ciągłość. I działa to na szkodę teatru i jego wizerunku. Trzeba tak działać, aby nie tylko robić wzorowo interes, ale nie cierpiała na tym sztuka i reputacja teatru. Ale coraz więcej na rynku teatralnym jest ludzi, którzy prowadzą teatry i uczą się biznesu. Już dawno wykształcili się managerowie w tzw. estradzie, gdzie tradycyjnie mamy do czynienia z dużymi pieniędzmi. Myślę, że i na polu teatralnym będzie coraz więcej profesjonalnych managerów, z dobrym wykształceniem i umiłowaniem na równi sztuki, jak i finansów.

– Wiele zmieniło się od czasu, kiedy stawiałeś pierwsze kroki w Dramatycznym i na planie filmowym znakomitych filmów. Wtedy nie myślało się komercyjnie?
– Bardzo wiele się zmieniło, bo wówczas nie myślało się w ogóle o dochodowości w sztuce. Teatry i filmy były w 100 procentach dotowane, funkcjonował mecenat państwa nad sztuką. Istniały, oczywiście, budżety na dany spektakl czy na imprezę estradową i w tych ramach trzeba było się zmieścić. W latach 70. Teatr Dramatyczny miał znakomite kontakty z teatrami zagranicznymi. Oni nas odwiedzali, my jeździliśmy ze spektaklami, np. do hamburskiego Teatru Thalia. Kiedy oglądali nasze spektakle, zachodzili w głowę, skąd mamy takie pieniądze, aby zapłacić, np. w „Rzeźni” Mrożka, całej orkiestrze i kilkudziesięciu aktorom na scenie. To było dla nich niewyobrażalne. A my pracowaliśmy na pensjach… Teraz to się zmieniło. Oni wtedy pracowali małymi obsadami, aby nie generować kosztów. A my nie musieliśmy. Teraz ten profil się zmienił, pojawiły się małe teatry prywatne, bez rozbudowanego zaplecza technicznego i administracyjnego. Jedna osoba odpowiada za wiele rzeczy, wypożycza się światła, nagłośnienie… Coraz częś­ciej chodzi się do takich teatrów, w których grają ludzie nie mający wiele wspólnego ze sztuką aktorską, amatorzy wykreowani w serialach, programach typu talk-show.

– Kogo masz na myśli?
– To są różni ludzie, którzy do danych projektów idealnie pasują i przyciągają widzów. Bo w tych przypadkach liczy się magnes, który przyciągnie publiczność i zapełni teatralną kasę. Ale czasami zastanawiam się, gdzie jest ta ochrona naszych zawodowych praw aktorskich, naszego statusu zawodowego. Nie jestem przeciwny takiemu myśleniu, ale zauważam, że jest to znak czasów i pewne przewartościowanie. Zauważam też, że teatr stał się rozrywką w pewien sposób kosztowną. Kiedyś bilety były po parę złotych, dzisiaj bywają drogie. Zdarzało się nam grać na wyjazdach, gdzie bilety były po 130 zł. I załóżmy, że rodzina idzie na taki spektakl – to jest już poważny wydatek.

– To chyba powinno cieszyć, że teatr stał się rozrywką nieco droższą?
– I tak, i nie. Ja jestem z innego pokolenia, które było przyzwyczajone, że Kowalski chodził do teatru, bawił się na programach estradowych i nie była to sztuka dla wybranych. Sale były wypełnione po brzegi. Jest chęć i ciekawość zbliżenia się do postaci, które zna się z ekranu telewizyjnego lub filmowego. Chęć popatrzenia z bliska na tych, jak to ich teraz się nazywa…

– Celebrytów.
– No właśnie, jest tak duża chęć, że płaci się za to nawet duże pieniądze. Przy okazji oglądają sztukę, ale przychodzą na celebrytów.

– Ważny stał się marketing teatralny. Dzisiaj na długo przed planowaną premierą, we wszystkich możliwych telewizjach, stacjach radiowych i prasie informuje się o przygotowywanych premierach. To nowe narzędzie, które zastąpiło wszechobecny kiedyś plakat teatralny?
– Plakat istnieje i ma się dobrze. Ale teraz mamy Internet i firmy PR, które znakomicie przygotowują do wydarzenia, jaką jest premiera. Teraz ważną rolę odgrywają sprzedawcy danego eventu. Łączy się wycieczki ze spektaklami. Organizuje się spektakle dla firm etc. Tego też kiedyś nie było, że można mieć prywatne przedstawienie dla siebie. Nawet coś się dodaje w spektaklu, coś z profilu firmy, specjalne teksty, aby podkreślić, że spektakl jest danej firmie dedykowany. Możliwości jest bardzo wiele. Aktorzy nie mają z tego specjalnych „fruktów”, ale teatr tak. Ale tak jest z większością produktów na rynku, nieważne jest to, że można coś wyprodukować, ważne jest to, aby to sprzedać. I to jest nowa jakość we współczesnej historii teatru.

– Nowym zjawiskiem są też prywatne teatry tworzone przez twoich kolegów…
– Uważam, że to jest bardzo pozytywne zjawisko. W wielu przypadkach są namawiani, właśnie przez ludzi biznesu, aby otworzyć przy ich pomocy prywatną scenę. Ci znani koledzy firmują swoim nazwiskiem, często bardzo zacnym, te przedsięwzięcia teatralne. I uważam, że dobrze, że tak się dzieje, pod warunkiem, że nie są to działania krótkowzroczne, koniunkturalne, ale wizjonerskie.

– Trzeba mieć wizję?
– Uważam, że tak. Trzeba stworzyć dalekowzroczny repertuar, charakter i styl. Trzeba się naprawdę zdecydować na początku, jaki to ma być teatr, bo z tego jest się później rozliczanym. Taki sukces osiągnął Romuald Szejd z Teatrem Prezentacje, Krysia Janda i Emilian Kamiński. Zobaczymy, jak uda się kolejnym kolegom. Podziwiam Emiliana, który jest tak zaangażowany w Teatr Kamienica, że właściwie wszystko poświęcił temu teatralnemu dziecku. Trzymam kciuki, aby wszystko się mu udało. Ale z teatrami jest – przepraszam za porównanie – jak z restauracjami, wszystko się zgadza, menu, serwis, wystrój, ale brakuje ludzi, gości. Może być fajny teatr, do którego się nie chodzi, bo coś tam…

– Czy to dotyczy to także filmu i seriali?
– Oczywiście. W filmie i produkcji serialowej widzę, że powstają giganty, które mają ogromny kapitał i długoterminowe inwestycje. To się zrobił przemysł. Olbrzymia liczba zatrudnionych osób, plany w wielu miejscach, logistyka. To ogromna praca. Przypominam sobie pracę w programie Fort Boyard, ile towarzyszyło temu pracy. Wkłada się wielki wysiłek, ogromne pieniądze, i albo to wypali, albo nie. To jest ryzyko biznesowe. Jest element ryzyka, ale wszyscy zakładają sukces. Ktoś inny ma szczęście i kupuje format taki, jak np. Familiada, i okazuje się, że to jest wybór trafny. Ponad 17 lat na antenie i nie oszukujmy się, wielki sukces finansowy dla wszystkich stron. I telewizji, i producentów, i licencjodawców.

– Na czym polega fenomen Familiady?
– Wielokrotnie już o tym mówiłem, jesteśmy już na antenie ponad 17 lat, a więc okazji ku takim rozmowom było bez liku. Otóż zmieniliśmy trochę formułę polskiej Familiady, czyniąc ją bardziej przyjazną człowiekowi, cieplejszą. W telewizjach amerykańskiej czy niemieckiej prezenterzy prowadzący trzymają się sztywnych reguł i są to zapewne interesujące programy, świetnie realizowane, ale nie mają tego czegoś, co mi się, a właściwie nam udało wprowadzić. Chociażby rozmowy o zainteresowaniu i profesji zawodników etc. Czasami przewrotnie daję za przykład pomidory na targu, które kiedyś były w różnych kształtach i kolorach, aż tu nagle ktoś wymyślił, że wszystkie mają tak samo wyglądać. A ja wolę tę różnorodność. Nawet niektóre wpadki pozostają w programie, co go jeszcze bardziej uwiarygodnia u widzów.

– Grasz oprócz tego w Teatrze Bajka w Warszawie.
– W „Biznesie”, „Zamknij oczy i myśl o Anglii” i w „Dzikich żądzach”. Są to farsy z sukcesami wystawiane na świecie. Byliśmy dwukrotnie z tymi spektaklami w Stanach i Kanadzie. Gram też w „Pierwszej miłości”. Teraz na czasie jest farsa. Widownia oczekuje od nas lżejszego repertuaru.

– Masz czas na swoje liczne zainteresowania i wypoczynek?
– Niewiele, ale ten, który mam, staram się wykorzystać maksymalnie. Ja, w przeciwieństwie do moich licznych przyjaciół, nie zarabiam dzięki temu, że mam firmę i dochody z niej stanowią dla mnie źródło utrzymania. Moją firmą jestem ja sam. Dlatego muszę dbać o siebie, czyli o źródło swojego utrzymania. Muszę cały czas inwestować w siebie. Zimą ładuję swoje baterie w Alpach, gdzie aktywnie spędzam czas na nartach. Latem gram w tenisa i wypoczywam nad Adriatykiem, dużą część urlopu przeznaczając na windsurfing. Wychodzę z założenia, że artysta powinien na scenie, w filmie być zadbany, sprawny, wypoczęty i uśmiechnięty. A temu służy sport i dobre dzięki niemu samopoczucie. Pomimo że już dawno skończyłem 18 lat, nie godzę się biernie z upływającym czasem, bo to, jak pokazuje praktyka, wpływa bardzo negatywnie na ducha, ale i na ciało. A dobre samopoczucie artysty, takie prawdziwe, widać jak na dłoni na ekranie i na scenie.

– W tym roku obchodzisz, uwaga, czterdziestolecie pracy artystycznej, czego ci życzyć?
– Obym dalsze 40 lat, no, co najmniej, przeżył wbrew chińskiemu porzekadłu, w spokojniejszych czasach.

Co lubi Karol Strasburger?

Zegarki – trudno mówić o marce. Ma ich całą kolekcję. Szczególnie ceni zegarki swoich rodziców, jak też przeróżne binarne egzemplarze, mechaniczne, ale zawsze z duszą. Zegarek, nawet ten najlepszej marki, musi mieć ukrytą elegancję, no i pasek z najwyższej jakości skóry
Pióra – Montblanc
Ubrania – sportowe. „Pomimo, że w TV jestem kojarzony z garniturem i w krawacie, uwielbiam sportowy styl i bardzo wygodne buty. Nie jestem zwolennikiem stylu metroseksualnego.”
Wypoczynek – zimą Alpy, latem Chorwacja
Kuchnia – „Dowiecie się państwo wszystkiego z mojej książki Apetyt na życie”
Samochód – kampingowy, Škoda Superb i Smart
Hobby – „Zainteresowania są piekielnie cenne. Ludzie, którzy odnieśli sukces zawodowy, mają zazwyczaj sporo innych zainteresowań. Ja lubię fotografię, aparaty fotograficzne, zegarki, w wolnych chwilach badam, co nowego w technice.”

Norbert Biedrzycki

Rozmowa z Norbertem Biedrzyckim, prezesem Sygnity

– Jak scharakteryzował by pan firmę, którą zastał pan w chwili obejmowania stanowiska prezesa?
– Odpowiem trochę niechronologicznie. Sygnity to obecnie spółka ustabilizowana, przed którą jest okres agresywnego rozwoju. Takie są fakty i moje plany. Tak spółka zmieniła się w ciągu ostatniego roku. Rok temu przychodząc do Sygnity miałem wiele obaw – przede wszystkim zastanawiałem się, jak firma zareaguje na nowy model biznesowy, nowe przedsięwzięcia. Zderzenie z rzeczywistością było dość brutalne. Sygnity było wówczas zdestabilizowane, notabene, słowo to było powszechnie w firmie używane. Zastałem spółkę, która powinna podlegać głębokiej restrukturyzacji, a tak naprawdę nie podlegała. Pracę zacząłem od dogłębnego poznania biznesu. Dział po dziale, niemal osoba po osobie, żeby odkryć słabe punkty organizacji. Mogłem ciąć statystycznie, ale wtedy osłabiłbym też to, co w spółce było najzdrowsze.

Po dokładnej analizie i zbudowaniu w ciągu paru miesięcy szczegółowego planu „nowej” restrukturyzacji, zaczęliśmy działać i podejmować decyzje. Błyskawicznie i chirurgicznie. Jeden z pracowników nazwał to crash-testem. Już po kilku miesiącach spółka złapała oddech, zaczynaliśmy odczuwać efekty kuracji. Ale nie wolno nam było wtedy skupiać się wyłącznie na restrukturyzacji. Dlatego dość szybko, po 3. miesiącach ogłosiłem i zacząłem wprowadzać plan rozwoju Sygnity. Firma wiedziała więc, że nie tylko tniemy koszty, ale że jest też pomysł na jej rozwój do 2012 roku. Spółka zaczęła być przewidywalna. Rok 2010 był dla nas okresem zakończonej restrukturyzacji, rok 2011 będzie czasem stabilizacji i odzyskiwania rentowności, a rok 2012 czasem wzrostu.

– Teoretycznie pańskie działania nie mogły odnieść sukcesu w spółce zatrudniającej 3 tysiące osób. W praktyce obalił pan teorie guru zarządzania.
– Rzeczywiście, mogłem pierwsze pół roku poświęcić na analizę zastanej sytuacji, kolejne pół roku na wymyślanie strategii, a wszystko zgodnie z przyjętymi zasadami. Myślę, że nikt nie miałby do mnie za to pretensji, bo w końcu potrzeba trochę czasu na takie procesy w firmie usługowej. Ja jednak wiedziałem, że Sygnity tego czasu nie ma. Podjęliś­my ryzyko z uwagi na specyfikę sytuacji, która nakazywała wspomniane teorie odsunąć na bok. Liczyło się natychmiastowe działanie. Bardzo szybko zaczęliśmy ciąć koszty, które były wówczas w grupie kapitałowej drastycznie  wysokie. Zrezygnowaliśmy z niektórych lokalizacji, jasno określiliśmy strukturę działania, siatkę płac, wprowadziliś­my systemy motywacyjne. Wiem od pracowników, że byli zaskoczeni, gdy z dnia na dzień zmieniliśmy wiele modeli zarządzania. Po paru miesiącach znaleźli się w zupełnie nowym środowisku. Ale staraliśmy się efektywnie komunikować zmiany w firmie, najpierw poprzez czerwone skrzynki w każdym biurze. Wszyscy pracownicy mogli anonimowo napisać o swoich pomysłach, dzięki czemu poznawaliśmy ich potrzeby i problemy. Potem, oczywiście, były webcasty, spotkania bezpośrednie, etc.

A wszystko to działo się w momencie, kiedy musieliśmy zoptymalizować koszty zatrudnienia. W ciągu, de facto, 6. miesięcy rozstaliśmy się z blisko 700 pracownikami. To było bolesne, ale konieczne. Nasze działania były bardzo szybkie i czasami ryzykowne. Jednak musiałem z pełną determinacją realizować swoje plany, zarówno w zakresie restrukturyzacji, jak i rozwoju organizacji. Miałem pełne poparcie akcjonariuszy i Rady Nadzorczej. Jestem przekonany, że właśnie szybkie podejmowanie decyzji, absolutna konsekwencja i egzekwowanie wcześniej wyznaczonych celów ustabilizowały firmę. Obecnie wyniki finansowe firmy mówią same za siebie. Po ogromnych stratach netto, które ciągnęły się przez wiele lat, w I kwartale osiągnęliśmy zysk operacyjny – pierwszy raz od 5. lat. Mamy zapewnione nowe finansowanie. Dzisiaj możemy śmiało myśleć o przyszłości, inwestycjach, rozwoju organicznym, patrzymy na nowe rynki.

– Czy ma pan na myśli akwizycję i rozwój poza Polską?
– Nie wykluczamy takiego scenariusza. Przyglądamy się niek­tórym rynkom i firmom. Zaplecze finansowe, dzięki odpowiednim umowom z bankami, mamy dość duże, co pozwala na takie plany. Jeżeli pojawi się firma, która zwiększy nasze możliwości na danym rynku, nie wykluczamy jej przejęcia. Dotychczas to my sprzedawaliśmy spółki z naszej grupy. Ale zakończyliśmy już ten proces. W ciągu 10. miesięcy udało się nam zbudować firmę o solidnym fundamencie, z profesjonalnym zespołem, który będzie grał swoimi kompetencjami zarówno na rynku rodzimym, jak również na zagranicznych. To jest dla nas dzisiejszy priorytet.

– Jak pan widzi przyszłość firmy?
– Mamy ściśle sprecyzowane cele, które konsekwentnie realizujemy. Zakładam, że już w 2012 roku spółka będzie rentowna na poziomie 5-7 proc. EBIT, zdecydowanie zwiększą się nasze przychody. Uruchamiamy nowe produkty i linie biznesowe, między innymi pion dla średnich i małych firm, hosting czy BPO. Z prostego integratora stajemy się bardziej producentem, który może kiedyś będzie klasycznym software-housem. Zależy mi na tym, aby Sygnity nie było korporacją w starym stylu, ze wszystkimi jej brakami. Postawiłem na rozwój przedsiębiorczości w firmie, co przynosi dobre wyniki. Pracownicy wiedzą, że pracują przede wszystkim dla siebie, ale również dla firmy. Mają określone cele i coraz większą autonomię. Wymagam kreatywności, patrzenia w przyszłość na każdym poziomie organizacji. Myślę, że w okresie mojej kadencji wiele się zmieniło. Teraz przyszedł czas na pracę nad rozwojem naszej firmy. Plan rozwoju, zakończona transformacja oraz jasno wyznaczone cele dają poczucie bezpieczeństwa, nie tylko akcjonariuszom, ale także pracownikom.

– Odbudował pan niezwykle szybko spółkę, której analitycy wieścili brak przyszłości. Bez umiejętności podejmowania ryzyka, proces ten nie miał chyba szans?
– Praca w Sygnity jest po trosze odzwierciedleniem mojego życia. W młodym wieku swoje życie związałem z muzyką. Rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej do klasy fortepianu. Nie czułem tego instrumentu, potrzebowałem więcej ekspresji. Bez konsultacji z rodzicami przeniosłem się do klasy perkusji. W okresie szkoły średniej i studiów prowadziłem życie typowego rockmana. Graliśmy ciężki rock, jeździliśmy w trasy koncertowe. Jak się jednak okazało, nie dało się z tego wyżyć. Dla przeciwwagi, równolegle kontynuowałem studia na dwóch kierunkach co przypieczętowane zostało uzyskaniem dyplomu MBA. Swoją karierę zawodową na poważnie rozpocząłem w Oracle, gdzie między innymi zakładałem dział odpowiedzialny za wdrożenia systemów ERP. Później zaproponowano mi pracę w McKinsey, gdzie pracowałem jako partner w Business Technology Office. Realizowałem wiele projektów w całej Europie, m.in. zarządzałem częścią sporej firmy telekomunikacyjnej z 7. tysiącami ludzi i budżetem 3 mld euro. Tam właś­nie nauczyłem pracować się pod presją czasu i na najwyższych obrotach. Był to okres, kiedy zdarzyło mi się zaliczyć 17 lotów samolotem po różnych częściach Europy w ciągu 5. dni pracy. Mimo takiego tempa, praca zawsze dawała mi ogromną satysfakcję, może dlatego, że za każdym razem spotykałem się z nowymi, bardzo ciekawymi wyzwaniami.

– A co zostało z rocka?
– Wiele, bo muzyka była i jest częścią mojego życia. Ale z wiekiem każdy zmienia priorytety. Dla mnie najważniejsi są najbliżsi, jednak praca nie pozwala mi na… bycie etatowym członkiem rodziny. Muzyka wciąż jest dla mnie ważna, do dziś gram w zespole. Staram się jednak jak najwięcej czasu spędzać z rodziną, z synami. Przed nami podbicie Chorwacji na rowerach, a jesteśmy już po treningu na Bornholmie. Sport zawsze był mi bliski. Wiele lat trenowałem sztuki walki wushu, byłem nawet u źródeł, czyli w Shaolin w Chinach. Mam nadzieję, że do tego wrócę. Jednak z wiekiem taki sport staje się coraz trudniejszy. Za to rock pozostał i na pewno pozostanie.

Co lubi Norbert Biedrzycki?

Zegarek – Breitling, chociaż od 2 lat nie nosi zegarka
Pióra – na co dzień używa limitowanego Parkera
Ubrania – klasyczny styl włoski
Wypoczynek – aktywny i rodzinny, słuchanie i granie muzyki
Kuchnia – japońska oraz chińska z regionu Kantonu
Restauracja – nie przywiązuje do tego wagi, chodzi przede wszystkim tam, gdzie podają dobre sushi
Samochód – Jest miłośnikiem motoryzacji. Ma odrestaurowanego Chevroleta Camaro z 1979 roku, o mocy ponad 500 KM oraz Chevroleta Blazera K5 w wojskowej wersji z silnikiem Corvette. Wcześniej rozstał się z Chevroletem Corvette C2. Marzy o Dodge Challenger z lat 60.
Hobby – dwóch synów, muzyka, amerykańskie muscle-cars

Don King

Rozmowa z Donem Kingiem, promotorem boksu zawodowego

– Stroni pan ostatnio od dziennikarzy?
– Nie znoszę, kiedy są przekręcane moje słowa i myśli. Mam nadzieję, że pan przekaże to, co naprawdę powiedziałem.

– Obiecuję…
– Reporterzy, dziennikarze to na całym świecie bardzo ważni ludzie. Oni słowami malują obrazy. I różnica pomiędzy rzetelnymi i wspaniałymi dziennikarzami jest taką, jak pomiędzy artystami malarzami. I tak, jeden artysta spojrzy na ścianę i powie: „O, jaka szara ściana!” Inny spojrzy na tę samą ścianę i doda: „O, jaka blada ściana, ale jakie ma interesujące pęknięcia struktury”… To samo widzą, a inaczej interpretują.

– Jest pan legendą zawodowego pięściarstwa. Czy sądzi pan, że w dzisiejszych czasach taka kariera, jak pańska, byłaby możliwa?
– Myślę, że tak,  pod warunkiem, iż na swojej drodze spot­kałbym Muhammada Ali lub Foremana. Ale tak poważnie, to proszę zauważyć, ile nowych instrumentów medialnych nam przybyło, jak rozbudowała się telewizja, jak rozwinął się Internet. Mogłoby to stać się możliwe, jeżeli będzie się miało intuicję i będzie wielu dobrze zapowiadających się bokserów. O ile będzie odpowiednie zaplecze wielkich talentów. Za moich czasów boks uchodził za coś podejrzanego, a zwłaszcza ludzie, którzy się wokół niego kręcili. Mówiąc wprost, podejrzewano, że w tym sporcie maczają swoje palce przestępcy. Trzeba było wykonać wiele pracy, aby udowodnić, że może to być atrakcyjna dyscyplina sportu.

– No i dochodowa?
– Powiem nieskromnie: to, że pojawiły się tak wielkie pieniądze w boksie, to wyłącznie moja zasługa. Ja byłem pionierem w tej dziedzinie. Pamiętam do dzisiaj te wszystkie negocjacje i pertraktacje, kiedy to udało się przekroczyć sumę 10 milionów dolarów za walkę. Później walki Tysona po 15 i więcej milionów. Ogromne sumy pieniędzy jak na tamte czasy. Ale kluczem do sukcesu dla moich następców powinno być zapoznanie się z kingizmem.

– Proszę wyjaśnić to pojęcie.
– Kiedy po raz pierwszy znalazłem się na scenie pięściarskiej, wielu złośliwie twierdziło, że ten King to szczęściarz, bo karierę robi dzięki Alemu, bez niego nic by nie znaczył. Taka prosta ludzka zawiść, a do tego jak takiemu czarnuchowi można przyklasnąć i gratulować sukcesu. Uważano powszechnie, że czarni są zbyt głupi, by odnosić takie sukcesy, wspinać się na szczyty managmentu. Teraz, po wielu latach, nikt nie podkreśla koloru mojej skóry, ponieważ udowodniłem, że jako promotor robiłem ludziom, poprzez ludzi i dla ludzi. I to zarówno dla białych, jak i dla czarnych. I cała moja magia i siła polega na wiązaniu ludzi, na jednoczeniu ludzi, a nie dzieleniu.

– I to jest klucz do sukcesu?
– Trzeba być geniuszem w dziedzinie kreacji. Kiedy jesteś w stanie wymyślić tytuły eventów bokserskich, takich jak „Rumble in the Jungle”, dla walki pomiędzy Alim i Foremanem, lub „Thrilla In Manila”, z okazji trzeciej walki Alego z Joe Frazierem, to tworzysz pewną ekstrawagancję, której zadaniem jest przyciągnąć uwagę ludzi z różnych dziedzin życia. A teraz pozwolę sobie wyłożyć zasady „kingizmu”. W biznesie jest podaż i popyt. Tam, gdzie nie ma popytu, trzeba go wykreować. A następnie stworzyć warunki do zas­pokojenia tego popytu. Dzięki temu masz do sprzedania coś, co spowoduje, że coś się będzie działo. I dlatego właśnie kocham to, co robię. Chcę i dążę do nieba, aspiruję poza ziemskie granice. I jeszcze nie znalazłem granic mojego działania, pomimo tylu lat. Każdym dniem mojego życia tworzę historię. Przełamałem wszystkie rekordy ustanowione w dziedzinie promocji. Jako pierwszy dostałem milion dolarów za transmisje telewizyjną, po raz pierwszy promowaną przeze mnie walkę obejrzał miliard ludzi na całym świecie… Zorganizowałem ponad 600 walk o tytuł mistrzowski. Nikt nawet nie zbliżył się do tych liczb.

– Do kanonu patriotyzmu amerykańskiego weszło pana stwierdzenie: Only in America.
– Ameryka jest wielkim narodem. Kocham Amerykę, bu tutaj za prawdę oczywistą dawno temu uznano, że wszyscy obywatele są równi, obdarzeni przez Boga niezbywalnymi prawami, do których zalicza się życie, wolność i dążenie do szczęścia. Ale te obietnice musimy na co dzień wprowadzać w życie, realizować, inaczej pozostaną pustymi słowami. Do tego trzeba mieć wiarę, a wiara jest niewidzialna. Ale ciągle wierzymy, że uzyskamy tę doskonałość, a jeżeli mamy głęboką wiarę, to kiedyś dopniemy celu. Dlatego zawsze powtarzam: Tylko w Ameryce. Jak w tym filmie na mój temat, pod tym samym tytułem. Tylko w Ameryce mógł prezydentem zostać Obama i tylko w Ameryce mógł zaistnieć ktoś taki jak ja – Don King…

– Wie pan dzięki czemu jest tak rozpoznawalny?
–  Zdaję sobie sprawę, że może to nie jest mój czar osobisty, a moje włosy… Wszyscy pytają mnie, skąd się wzięła taka fryzura u Kinga. Kiedyś miałem typowe kręcone włosy, jak większość Afroamerykanów. Ale kiedy wyszedłem z więzienia w 1971 roku, miałem przez jakiś czas dziwne dudnienie w głowie. I wtedy moje włosy zaczęły wyprostowywać się do góry – ping, ping, ping, ping, ping – każdy włos w stronę nieba. Odebrałem to jako łaskę Pana Boga, i poczułem się dzieckiem Bożym. Nie wiem, jak to się stało, ale wiem, że gdy idę pod prysznic i wychodzę, to włosy wstają mi na głowie z powrotem.

– A co pan myśli o polskich bokserach, kiedyś promował pan Gołotę, a następnie Adamka?
– Ja kocham Polskę. To wspaniały kraj, który nigdy sie nie poddał. Poznałem waszą historię, historię zrywów niepodległościowych, wojen i wieloletniego zmagania się z totalitaryzmem. Ta siła tkwiąca w narodzie przekłada się na waszych sportowców. Są ambitni i nie odpuszczają, walczą do końca…

– W przypadku Gołoty, ten koniec czasem przychodził po paru sekundach…
– Ale ja się skupiam na społeczeństwie. Mam wielu przyjaciół w Polsce i chętnie zawsze wracam do waszego kraju. Niesiecie wielkie wartości dla świata, to dzięki wam, temu początkowi Solidarności, upadł mur berliński i przywrócono wolność w krajach za tzw. żelazną kurtyną.

– Czy pana charyzmatyczna natura pomogła w osiągnięciu sukcesu i zbudowaniu wizerunku?
– Charyzmę dostaje się od Pana Boga. Ja jestem osobą wierzącą w Boga i uważam, że wiele rzeczy są Jego łaską. Boks stał się dla mnie przepustką na salony, do wielkiego świata. Nawet mój pobyt w więzieniu też był w pewien sposób procesem edukacyjnym, bo miałem czas, aby wypełnić luki w edukacji i zająć się przez prawie cztery lata intensywną lekturą Szekspira, Kanta i Schopenhauera. To też czemuś służyło. Wierzę w Opatrzność i w palec Boży, który kieruje nami i doświadcza zawsze z pewnym uzasadnieniem. Nic nie dzieje się bez powodu.

– Czy czuje pan jakąś misję do spełnienia i czy wyczuwa jakiś wpływ w tym, co robi, na młode pokolenie?
– Jak już wspomniałem, moja misja polega głównie na jednoczeniu ludzi, ich scalaniu dla idei pokoju. Bokserzy w dzisiejszych czasach spełniają rolę dawnych gladiatorów, z tą różnicą, że nie są skazani na śmierć, tylko na wielkie pieniądze i sławę. Jeżeli młodzi ludzie, i to obojętnie, jakiego koloru skóry, są dzięki temu pozytywnie zmotywowani, to utwierdza mnie to w przekonaniu, że mój wysiłek nie idzie na marne.

– Serdecznie dziekuję, życzę zdrowia i z góry wszystkiego najlepszego z okazji 80. urodzin.

Co lubi Don King?

Kuchnia – jest smakoszem tradycyjnej amerykańskiej kuchni, znajomi podkreślają,
że jest wielkim miłośnikiem żeberek z grilla
Upodobania – nie pije i nie pali, ale jest uzależniony od aspiryny, którą regularnie połyka
Hobby – literatura, uwielbia książki, każdą wolną chwilę spędza przy lekturze w swoim domu na Florydzie

Akademia smaków

Rozmowa z Kurtem Schellerem, mistrzem sztuki kulinarnej

– W tym roku mija 20 lat od czasu, gdy zamieszkałeś i zacząłeś pracować w Polsce. Czas na refleksje i podsumowania.
– Tylko proszę nie finansowe… Przez te 20 lat dużo się zdarzyło w moim życiu. Zaczynałem od dowodzenia całą kuchnią hotelu Bristol, to były bardzo ciekawe czasy, pionierskie. Na rynku brakowało wielu towarów, a ja postanowiłem w Bristolu stworzyć najlepszą restaurację w Polsce, konkurującą jakością z najlepszymi w Europie…

– No i w końcu się udało.
– Udało się, bo wykonaliśmy gigantyczną pracę. Po pierwsze, trzeba było skompletować personel. Aby wybrać 70-osobową załogę, dokonałem przeglądu ponad 500 osób. Trochę byłem na początku przerażony poziomem wiedzy polskich kucharzy, który daleko odbiegał wtedy od znanych mi standardów europejskich. Ale to nie była wina ludzi tylko systemu, który ich kształcił. Później dopiero zrozumiałem, że kucharz i kelner były to zawody zupełnie niedoceniane w dawnym systemie. Miałem jednak to szczęście, że część mojego personelu pracowała wcześniej na Zachodzie i otarła się o tamten system pracy i zarządzania. Ale przede mną stanęły zadania, częściowo zupełnie nowe również dla mnie. Z jednej strony, organizacja pracy, z drugiej, coś co już dawno było skrystalizowane na Zachodzie, mianowicie zaopatrzenie w surowce i towary.

– Nie było wówczas Makro, ani innych supermarketów, skąd więc brałeś towary, żeby stworzyć tak wykwintną kartę?
– Dzisiaj już mogę się przyznać, że większą część towarów po prostu przemycaliśmy z Berlina i Szwajcarii. Aby móc zapewnić menu na wysokim poziomie, który odpowiadał luksusowi Bristolu, raz w tygodniu wysyłaliśmy ciężarówkę do Berlina. Z przodu leżało mięso, w tyle zaś chowaliśmy ryby, trufle i inne smakołyki. Jeszcze trzeba było zorganizować odprawę celną, a jeżeli wszystko działałoby lege artis, odprawa mogła zająć trzy dni. I tu pojawia się słowo-klucz – znajomości, dzięki którym Bristol miał zawsze wybór 25 świeżych gatunków ryb, znakomite mięsa i odpowiednie dodatki, np. trufle. Ze Szwajcarii sprowadzaliśmy sery i czekoladę. Kiedy pojawiła się Billa i sklep w Bogusz Center, trochę odetchnęliśmy. Nie zapominajmy też o bazarze na Pol­nej, który wtedy jawił się baśniowo ze swoją ofertą i możliwościami importu prywatnego. Nigdy nie zapomnę jakości sprzedawanej tam śmietany, prawdziwej wiejskiej śmietany, którą uwielbiam stosować w moich potrawach.

– Z mięsem też był problem?
– Może z samym mięsem nie, ale z jego jakością. Ja mam bardzo wysokie wymagania. Polska cielęcina i jagnięcina nie miały powtarzalnej jakości, a ja sobie nie mogłem pozwolić na eksperymenty. Był problem z serem – albo go brakowało, albo był podłej jakości.

– Działałeś trochę wbrew funkcjonującej w naszej świadomości uczciwości szwajcarskiej?
– Owszem, ale cóż było robić, i w tym przypadku obronię się maksymą, że cel uświęca środki… Dzięki temu staliśmy się nobliwą restauracją, w pełnym tego słowa znaczeniu, docenianą, w przeróżnych konkursach obsypywaną nagrodami i komplementami naszych, bardzo często prominentnych gości.

– Nie mieliście wtedy de facto konkurencji. W Warszawie był tylko Marriott, wokół którego skupiało się życie biznesowe.
– Marriott był przed nami, ale to była typowo amerykańska kuchnia. My proponowaliśmy luksusowe i wyszukane menu. A na mieście królowały pizzerie, puby i podrzędne knajpy. Chociaż z pizzerii jedna się wyróżniała, to było Elio. Sami sprowadzali mąkę, ser i szynkę do swoich wyrobów.

– Jakie cechy powinien posiadać dobry szef kuchni?
– Przede wszystkim, musi mieć ogromną wiedzę zawodową, być profesjonalistą w każdym calu. I szef nigdy sam nie gotuje. To zasada, bo nie ma na to czasu. Niezbędne jest doświadczenie, bo tu sam talent nie wystarcza. Jako manager, odpowiadający za finanse, jakość i pracę kilkudziesięciu osób, powinien mieć talent organizacyjny. Nie można być miękkim, a odwrotnie, trzeba być twardym. W gastronomii, jako że rządzi się własnymi prawami, szef musi bardzo oszczędnie stosować pochwały do swoich pracowników, bo inaczej od razu ustawia się kolejka po podwyżkę pensji. Ważna też jest – jak u każdego artysty – wyobraźnia, bez niej nie można stworzyć kreatywnej kuchni. Wartością dodaną jest pedanteria, dbałość o szczegóły, które na talerzach są szalenie istotne.

– Słynąłeś w Bristolu z „schellerowskich” inspekcji.
– Poniedziałkowych? Miałem taki zwyczaj, że w poniedziałek kontrolowałem cały obszar kuchni. W niedzielę zazwyczaj nie było wielkiego ruchu i nakazywałem personelowi dokładne porządki. W poniedziałek o 5. rano pojawiałem się i zaglądałem we wszystkie zakamarki. Oj, personel nie kochał mnie za to, ale dawało mi to przekonanie, że czystość, higiena i porządek jest na najwyższym poziomie, może dlatego nie płaciliśmy mandatów z Sanepidu…..

– Czy surowy szef kuchni nie sprawia, że ludzie nie chcą z nim pracować?
– To już zależy od ludzi, albo przyjmują pewne prawdy i chcą się dalej rozwijać, albo nie. W kuchni jest trochę tak, jak w wojsku. Jest dowódca i jemu trzeba się podporządkować. A praca ma swoją specyfikę. Bardzo często pracuje się w dużym stresie, jest sporo zamieszania i zamętu, więc ktoś twardą ręką musi to ogarnąć. Kucharze zapominają ciągle o czymś, coś im nie wychodzi i od tego jest szef, żeby nad tym panował, czasami ostrym słowem i komendą. Zresztą ja nigdy nie owijałem w bawełnę, jak danie było schrzanione, to kucharz sam je musiał zjadać, albo brałem talerz do ręki i pytałem, wiesz która godzina, spoglądając na zegarek, odwracałem talerz, którego zawartość lądowała na podłodze. Zdarzało się, że za karę kucharz zjadał łyżeczkę soli.

– To taka fala w kuchni?
– Nie wiem, co to jest fala…

– A oglądałeś „Zaklęte rewiry”?
– Już wiem do czego zmierzasz, nie, to nie jest prześladowanie, tylko edukacja, a wszystkie środki są dobre, jeżeli czegoś uczą, prowadzą do rozwoju. Powtarzałem zawsze: klient jest najważniejszy, to on wypłaca wam pensję, to on was utrzymuje, to dbajcie o niego, nie róbcie mu przykrości. On oczekuje od was znakomitego jedzenia.

– Ty nie musisz narzekać na liczbę wyedukowanych kucharzy, którzy z powodzeniem prowadzą restauracje w całym kraju.
– Nazbierało by się tych nazwisk sporo. To mnie cieszy, że moja praca nie idzie na marne. Najpierw w duchu przeklinają mnie za metody, a później dziękują, że tyle wynieśli i wnieśli do swojej pracy zawodowej. Dzisiaj są szefami kuchni Bristolu, Sheratona, Radissona i Makro.

– Kogo z polskich kucharzy cenisz najbardziej?
– Cenię bardzo wysoko Karola Okrasę. Robert Sowa też jest dobry, tyle że ostatnio bardziej koncentruje się na promowaniu swoich sponsorów. Sponsorów widać też w jego karcie. Pascal to też znakomitość… Ale programy kulinarne w dużym stopniu służą promocji kucharzy, którzy je prezentują, niż sztuce kuchennej. Wiele złego robi Magda Gessler, która najbardziej koncentruje się na promocji siebie samej, niż na tym, co powinno być podstawą i treścią programu – jedzeniu. Dwa razy oglądałem jej programy. Jeden to był show „sanepidowski”, gdzie otwiera lodówki i pokazuje, jaki tam jest bałagan i brud. OK, może się zdarzyć, że jest nie za czysto w kuchennych lodówkach, ale oczywiście nie powinno. Uderza to w kucharzy i pokazuje, że właściwie cała ta branża nie jest czysta. A to nie jest prawda. To jest show-biznes i nie wiem, czy ten brud był rzeczywiście, czy został stworzony dla potrzeb programu. To samo z brudną wentylacją. Nie jestem zwolennikiem kreowania się za wszelką cenę, nawet za cenę skompromitowania polskiej gastronomii, co jest nie fair. Zastanawiam się, czy pani Gessler w ogóle potrafi gotować? Zastanawia mnie to, co ja, jako stary lis, widzę w jej sposobie trzymania kawałka mięsa, nacinaniu i porcjowaniu. To widać. Ale z drugiej strony, mistrzyni autokreacji…

– Zawsze zastanawiałem się, jak wychodziłeś finansowo na słynnych brunchach kawiorowych w Bristolu?
– Po raz pierwszy tobie powiem, że nie wychodziłem, nie zarabiałem na nich. W połowie lat 90. wpadłem na pomysł, aby jeszcze bardziej uatrakcyjnić ofertę Bristolu i rozpropagować ideę brunchu. Wymyśliłem, że clue programu gastronomicznego będzie stanowił oryginalny kawior astrachański. Cena brunchu była absolutnie nieadekwatna do oferty, wspaniałe teryny, przekąski ze szlachetnych ryb, mięsiwa, włoskie wędliny i szampan za jedyne 70 złotych. Ale wymyśliłem, że jest to przede wszystkim promocja miejsca, hotelu i naszej kuchni. Dlatego udało mi się wbić w budżet marketingu, który w dużej części dopłacał do tych akcji. Inna sprawa, że schodziło mi czasami w niedzielne popołudnia do 20 kg kawioru, bo to on przyciągał gości i stawał się ich celem. Ale wtedy kilogram kawioru, który zresztą sam legalnie sprowadzałem z Rosji, kosztował 100 dolarów. Dzisiaj akcja nie do powtórzenia, przy cenie za kilogram osiągającej 2 tys. dolarów. Zadziałało, skoro wszyscy do dzisiaj wspominają te brunche z nostalgią. Co za piękne czasy…

– Ale piękne czasy przeżyłeś także jako szef Sheratona i restauracji autorskiej w hotelu Rialto?
– Każde ze swoich miejsc pracy wspominam z sentymentem. W Sheratonie udało się postawić kuchnię na poziomie, którego ten hotel oczekiwał. Bywalcy Some Place Else, którzy nie wiedzieli czasami że tam szefuję, po karcie i jakości – jak się później dowiedziałem – rozpoznali tam moją rękę. Hotel Rialto to takie ukoronowanie pracy ze wspaniałymi ludźmi, życzliwymi, którzy dali mi rozwinąć jeszcze bardziej skrzydła, i dzięki którym jestem tu, gdzie jestem dzisiaj.

– To znaczy w Akademii Kurta Schellera?
– Nie mogłem, jak to się mówi u nas, tańczyć na dwóch weselach jednocześnie. Albo restauracja, albo akademia. Wybrałem to drugie i w 2002 roku postanowiłem zająć się edukacją gastronomiczną. Daje mi to wiele satysfakcji. Uwielbiam pokazywać swoje tajemnice kulinarne, technologie, dzielić się wieloletnim doświadczeniem. Wydałem też książkę.

– Kim są studenci Akademii?
– Głównie są to amatorzy, w jakiś 95 proc. Ale zdarzają się i profesjonaliści, którzy pragną podnieść swoje umiejętności. Tworzy się taka moda na gotowanie dla przyjaciół, żony, rodziny w domu i coraz częściej rezygnuje się z restauracji. Te szkolenia najczęściej zaczynamy od najprostszych potraw, np. omletów…

– I ty to mówisz, najprostszych, skoro testowałeś umiejętności kucharskie na przykładzie właśnie omletów?
– Nie obraź się, ale nie spotkałem zbyt wielu polskich kucharzy, którzy wiedzieli, jak zrobić prawdziwy omlet. Do tej pory niewielu kucharzy w Polsce potrafi zrobić omlet i zrozumieć, czym omlet jest. Przede wszystkim, omlet nie jest naleśnikiem. Zawsze to podkreślam, że omlet ma przypominać rogalik, ma być miękki, nie może wyglądać jak twoja teściowa, ze wszystkimi zmarszczkami, i nie powinien mieć afrykańskich kolorów. Omlet jest wykonywany ręcznie. Nie widelcem czy łyżką, nie z ubitym białkiem, bo to już jest coś zupełnie innego. Uczę tego na kursach.

– A czego jeszcze uczysz?
– Prowadzę różne projekty. Trzy razy w roku organizujemy kursy dla profesjonalistów, które trwają tydzień. Na przykład, tematem zajęć jest lobster, jak go gotować, oprawić. Albo podaję przykłady – jak przygotowuje się zupę cebulową, czym burzymy stereotypy, że nie trwa to 10 minut. Zaczynamy od banalnych dań, które okazują się bardziej skomplikowane niż by się to wydawało. Uczymy robienia bazy do sosów, krojenia kartofli, produkcji rozmaitych deserów. Najwięcej czasu poświęcam rybom, całej technologii ich przygotowania i różnym gatunkom. Zawsze podkreślam i wpajam do głowy, że nie ma potraw banalnych i nad każdą trzeba się pochylić, aby była dobra.

– Masz swoją ulubioną potrawę?
– Bardzo lubię risotto. Wydawałoby się, że to potrawa banalnie prosta. Otóż nie, mamy tyle gatunków ryżu i każdy jest inny. Mój ryż jest al dente, co niektórym się nie podoba, wtedy mówię im, a od czego macie zęby?

– Sadzisz, że gastronomia polska ma szanse przebić się do pierwszej ligii europejskiej?
– Taki awans to jak w futbolu wynik pracy całego zespołu. W tej chwili, niestety, ok. 5 proc. polskich restauracji dorównuje standardom państw europejskich. Takie inicjatywy, jak moja akademia, wyjazdy kucharzy na Zachód i praca w renomowanych restauracjach, a następnie powrót do Polski i utrzymanie tego poziomu oraz ciągła nauka, kształcenie się, spowoduje, że coraz więcej będzie u nas takich znakomitości, jak Jacek Grochowina z Warszawy, czy też Adam Chrząstowski z Krakowa. Tego sobie życzmy…

Co lubi Kurt Scheller?

Zegarki – Swatch
Ubrania – eleganckie kuchenne
Samochód – VW Touran
Hobby – gotowanie, kuchnia włoska

Igor Chalupec

Rozmowa z Igorem Chalupcem, Prezesem zarządu ICENTIS Corporate Solutions i ICENTIS Capital.

– Zawędrował pan na managerski Parnas, żeby jednak uruchomić własną firmę.
– Myślę, że jest to naturalna droga. W pewnej chwili dochodzi się do wniosku, że w dziedzinie zarządzania cudzym biznesem powiedziało się już ostatnie słowo. To najlepszy czas na uruchomienie własnej działalności, która stanowi sprawdzian wcześniejszych dokonań. Decyduje się przecież o swoich pieniądzach. I wreszcie to najlepszy  sposób na to, aby samemu decydować o swoim losie zawodowym.

– Jak zaczęła się pańska kariera managerska?
– W 1989 roku, czyli na samym początku polskiej transformacji. Studiowałem Handel Zagraniczny na SGPiS  (dzisiejsze SGH) w Warszawie. Po trzecim roku podjąłem równolegle studia prawnicze na UW. Było to zgodne z moimi zainteresowaniami, ale też marzyłem o tym, by poczuć, na czym polega przyjemność studiów na uniwersytecie. Moje pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywałem w dwóch firmach konsultingowych: Polexpert i Proexim, gdzie miałem szczęście pracować z takimi fachowcami, jak Andrzej Wrębiak czy Henryka Bochniarz. Trudno było wtedy znaleźć lepszą praktyczną szkołę biznesu.

– A jednak przeniósł się pan do Banku Pekao SA.
– Otrzymałem fantastyczną propozycję. W czasach, gdy w naszym kraju dopiero wykluwał się prawdziwy biznes, miałem szansę utworzyć biuro maklerskie. Jak to zwykle w życiu bywa, zadecydował przypadek. W czasie prywatnego spotkania dowiedziałem się, że kandydat na to miejsce zrezygnował, a bank pilnie szuka innej osoby. Nie mogłem czekać bezczynnie. Los dał mi szansę udziału w historycznym wydarzeniu – odbudowie polskiego rynku kapitałowego. Później zrobiłem też licencję maklerską nr 45.

– Mam wrażenie, że kontakt z bankiem, który korzeniami tkwił w PRL, musiał pana rozczarować.
– Ująłbym to inaczej. Bank też był wtedy na początku swojej przemiany pod kierunkiem ówczesnego prezesa, nieodżałowanego Mariana Kantona, który zginął w wypadku samochodowym w sierpniu 1996 roku. Jednym z nowych obszarów działalności, które Marian chciał rozwinąć, była bankowość inwestycyjna – dość wizjonerska decyzja w tamtym czasie. Stanąłem więc przed trudnym zadaniem, które albo by mnie pokonało, albo zrobiło ze mnie managera. Ważne było to, aby nie „utknąć” w ówczesnej kulturze korporacyjnej banku, ale budować ją na nowo w swoim obszarze. Już na początku musiałem więc podjąć trudną decyzję o rozstaniu się ze wszystkimi wcześniej zatrudnionymi osobami, które miały ze mną współtworzyć biuro maklerskie. Okazało się, że zastana w banku kadra nie ma kompetencji potrzebnych w pracy w domu maklerskim. Łatwo sobie wyobrazić, jakie to wywołało reakcje. Miałem zaledwie 24 lata i zaproponowałem decyzje, które w tamtym czasie mocno szokowały.  Postawiłem wszystko na jedną kartę i wygrałem, gdyż udało mi się zbudować team, który doskonale zdał egzamin.

– I tak zaczęła się pańska błyskawiczna kariera w banku.
– Po pięciu latach, w 1995 roku, prezes Marian Kanton, zadowolony z działania biura maklerskiego, zaproponował mi miejsce w zarządzie. Początkowo odpowiadałem za bankowość inwestycyjną i fundusze inwestycyjne, program NFI oraz powstające Powszechne Towarzystwo Emerytalne. W 1996 roku, po śmierci Mariana i przejęciu prezesury przez Andrzeja Dorosza, mój  zakres obowiązków się zmienił. Zająłem się bankowością korporacyjną i finansowaniem przedsiębiorstw, co było niezwykle interesujące, tym bardziej że Pekao SA w tym czasie przygotowywało się do największej fuzji w Polsce, konsolidując trzy banki regionalne. Kolejnym krokiem było wejście na giełdę i sprzedaż kontrolnego pakietu akcji inwestorowi strategicznemu, czyli Unicredito Italiano (dzisiaj UniCredit). Wejście UniCredit do naszego banku przyniosło wiele pozytywnych zmian, ale z biegiem czasu stało się jasne, że centrum wielu decyzji strategicznych i biznesowych jest gdzie indziej. Nie odnalazłem się w pełni w tej rzeczywistości i w takiej sytuacji miałem tylko jedną możliwość – musiałem sobie poszukać innej pracy.

– Żałuje pan lat przepracowanych dla banku?
– Na pewno nie, było to niezwykle ciekawe doświadczenie. Czuję tylko pewien niedosyt. Pozostało mi jedno niezrealizowane marzenie biznesowe – kierowanie bankiem – do którego czułem się dobrze przygotowany.  Cóż – stało się inaczej. Czekała mnie więc kolejna, niespodziewana i dość stresująca przygoda, czyli funkcja podsekretarza stanu w Ministerstwie Finansów. Notabene, trudno w to uwierzyć, ale kiedy odchodziłem po roku i trzech miesiącach mogłem się poszczycić najdłuższym stażem wśród wiceministrów!

– Do ministerstwa nie trafia się i nie odchodzi się przypadkiem…
– Minister Andrzej Raczko szukał kogoś, kto zajmie się sprawami rynku finansowego i negocjacjami akcesyjnymi w ramach przygotowań do wejścia do UE. Ja miałem roczny zakaz konkurencji (nie mogłem pracować w bankowości) i ochotę spróbowania sił w administracji publicznej. Byłem człowiekiem spoza bieżącej polityki, ale na moim stanowisku nie miało to znaczenia, więc zostałem zaakceptowany.

– Czas na najszerzej znaną część pańskiego życiorysu, czyli szefowanie ORLENowi.
– W firmie w 2004 roku działo się źle, gdyż nadmiernie w działalność PKN ORLEN weszła polityka, a właściwie politycy. Toteż rada nadzorcza szukała managera o bogatym życiorysie biznesowym, a zarazem niezaangażowanego w polityczne rozgrywki. Zwrócił się do mnie w tej sprawie head hunter –  firma Korn/Ferry. Po raz pierwszy powiedziałem: nie. Za drugim razem zdecydowałem się jednak ubiegać o to stanowisko.

– Tym razem mógł pan sobie porządzić na całego, jak to bywa w firmach państwowych.
– Proszę mnie nie prowokować. Dla kogoś, kto chce coś zrobić, jest to trudny kawałek chleba. Kibicom jest łatwiej, tu ma pan rację. Firma miała niewłaściwą strategię, fatalną strukturę organizacyjną, archaiczny sposób podejmowania decyzji, a w dodatku ciągnęły się za nią różne afery. Proszę mi wierzyć – sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Tym bardziej że otaczała mnie wokół niewiara, że z ORLENEM można coś zrobić pozytywnego. Musiałem przeprowadzić głęboką reformę. Biznesowo prawdziwą kulą u nogi była sieć detaliczna, przypominająca czasy PRL. Na szczęście, działem tym zdecydował się pokierować Wojciech Heydel, który stworzył świetny zespół i w błyskawicznym tempie przeprowadził zmiany, z których jesteśmy dumni do dziś. Zawsze staram się tankować na stacjach ORLENU, ponieważ uważam, że reprezentują one najwyższy standard.

– Ma pan kartę stałego klienta?
– Oczywiście, że tak.

– Doprowadził pan do finalizacji przejęcia litewskiej rafinerii AB Mažeikiu Nafta. W rankingu najbardziej nieudanych transakcji – pewne pierwsze miejsce.
– To kliniczny przykład tego, jak polityka, wtrącając się do biznesu, potrafi zabić nawet najlepszy interes. Przykro mi, gdy wysłuchuję i czytam komentarze na temat tego projektu, ale miejmy świadomość, że zostałem odwołany ze stricte politycznych powodów przez PiS, trzy tygodnie po przejęciu rafinerii, i trudno mi brać odpowiedzialność za wszystkie przyszłe działania i zaniechania. Mimo że inwestycja w Możejki była od początku traktowana przez zarząd spółki typowo biznesowo, dorobiono jej polityczną twarz, głównie za sprawą nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który uczynił z niej jeden ze sztandarów swojej prezydentury. Mimo że kluczowe decyzje jej dotyczące zapadły za aprobatą Rady Nadzorczej powołanej w czasach premiera Marka Belki, po przejęciu władzy przez PO ta łatka nie pomogła inwestycji. Nikt nie miał do niej serca. Dodatkowo, stosunki polsko-litewskie, w pewnym momencie odbudowane między innymi dzięki Możejkom, uległy radykalnemu załamaniu. Dziś widać, że strony nie potrafią się porozumieć w najprostszych sprawach. Nie potrafię tego zrozumieć i sądzę, że wina jest obopólna. Napisaliśmy z Cezarym Filipowiczem na ten temat książkę „Rosja, ropa, polityka”, w której szczegółowo przedstawiamy przebieg i przesłanki tej inwestycji. Krótko mówiąc – sprawa ta mogła mieć zupełnie inny finał.

– Premier Marcinkiewicz objął urząd 19 października 2005 roku, a pan z Orlenu odszedł 18 stycznia 2007.
– Cóż, jak widać, broniłem się dzielnie i udało mi się nawet przetrwać Kazimierza Marcinkiewicza (z którym zresztą mieliśmy dobrą relację). Choć mieliśmy świetne rezultaty, wiedziałem, że jestem przeznaczony do odwołania. Aż cztery razy próbowano mnie odwołać. Uważałem jednak wtedy, że jest o co walczyć. W ponad dwa lata udało się diametralnie odnowić wizerunek firmy. Równie ważne było to, czego nie widać z zewnątrz. Zmieniła się struktura firmy, z regionalnej na scentralizowaną. Wiązała się z tym znaczna redukcja zatrudnienia i kosztów. Skutecznie weszliśmy na rynek czeski, choć odbyło się to w ekstremalnie trudnych warunkach, związanych z zawartymi wcześniej, przez poprzedni zarząd, niekorzystnymi umowami handlowymi. O detalu mówiłem. Wszystkie te zmiany procentują do dziś.

– I tak dochodzimy do własnego biznesu.
– Żegnając się z ORLENEM, mieliśmy z kolegami plan uruchomienia funduszu private equity inwestującego w średnie i duże polskie przedsiębiorstwa. Założyliśmy wówczas firmę ICENTIS Capital. Ten plan, z uwagi na wybuch kryzysu finansowego, się nie powiódł, ale równolegle uruchomiliśmy firmę doradztwa finansowego ICENTIS Corporate Solutions. W 2007 roku doradzałem właścicielowi CTL Logistics przy sprzedaży tej firmy. Kupił ją fundusz inwestycyjny Bridgepoint i była to druga największa tego typu transakcja w historii Polski. Udało się ją sfinalizować tuż przed kryzysem. Później uzyskaliśmy kolejne mandaty, m.in. w sektorze chemicznym, energetycznym, deweloperskim i infrastruktury. Nie zapomnieliśmy jednak o własnej działalności private equity. ICENTIS Capital wrócił do niej kupując w 2010 roku, we współpracy z amerykańskim funduszem hedgingowym Eton Park, Ruch SA. Obecnie wiele czasu poświęcam tej firmie, o ogromnym potencjale, choć wymagającej jeszcze większych zmian niż kiedyś ORLEN. Jednak Ruch to dopiero początek i mam nadzieję, że przed nami wiele nowych, interesujących projektów.

– Jak widać – ciągnie wilka do lasu. Jak patrzy pan dziś na swoje unikalne doświadczenia managerskie?
– Chyba nie jestem aż takim wyjątkiem. Wiele osób w Polsce odniosło wspaniałe sukcesy, być może mniej o nich pisano. Proszę to potraktować z przymrużeniem oka, ale zastanawiałem się, dlaczego nie przyznaje się Nagrody Nobla dla managerów. Gdyby ją przyznawano, głównym kryterium powinien być talent i umiejętność wytyczenia wizji, a nie konkretna wiedza czy umiejętności. O powodzeniu decyduje przecież to, czy mając prawidłowo określony cel, potrafimy podjąć właściwe decyzje i stworzyć zespół je realizujący. Żeby tak się stało, trzeba mieć w sobie wielką determinację. Czasem taka osoba jest postrzegana jako kompletny wariat. Lecz przecież warunkiem sukcesu jest nierzadko umiejętność działania wbrew ustalonym zasadom. Sam się o tym wielokrotnie przekonałem..

– A gdyby miał pan wyliczyć cechy decydujące o sukcesie managera?
– Wymieniłbym w jednym rzędzie cechy charakteru i wrodzone zdolności oraz potencjał uczenia się. Bardzo cenię profesjonalizm, lecz dobry warsztat musi cechować nie tylko managerów, ale wszystkich pracowników, niezależnie od stanowiska. Moim zdaniem, nie ma większego znaczenia lojalność rozumiana jako poddaństwo. Manager musi umieć stworzyć zgraną drużynę, która koncentruje się na celach, a nie na wewnętrznej konkurencji.

Co lubi Igor Chalupec?

Zegarki – najbardziej ceni firmy Breguet i Patek Philippe. Zainteresowanie drugą z marek przejął po ojcu
Ubrania – w pracy styl klasyczny, choć ostatnio częściej chodzi w koszuli bez krawata. Nie wyobraża sobie przyjścia do pracy w dżinsach. Ulubiona marka – Zegna
Wypoczynek – w ramach domowego kompromisu: pół na pół aktywne zwiedzanie z leniuchowaniem na słońcu. Zimą narty. Najchętniej jeździ na południe Francji, do Prowansji oraz do Azji Południowo-Wschodniej. Na narty do Szwajcarii i Francji
Kuchnia – domowa – najlepsza na świecie
Restauracja – w Warszawie kilka, również ma ulubione za granicą
Samochód – teraz BMW 335i, ale jest otwarty na nowe marki
Hobby  literatura s-f i dobre kino. Bardzo lubi grę w brydża. Należy do klubu w brydżowej polskiej 1. lidze. Poleca tę grę innym managerom, ponieważ pomaga ona w ćwiczeniu pamięci, planowaniu strategicznym i uczy dyscypliny w pracy zespołowej

Ważne Informacje

Stop the clock na rynku ESG

ESG przechodzi transformację – od ambitnych celów i wzniosłych haseł do jakości danych i konkurencyjności europejskiej gospodarki. Nie chodzi o wycofanie się UE z...

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...