.
Strona główna Blog Strona 60

Imperatyw społecznej aktywności

Ważne akcje społeczne mogą być realizowane bez środków finansowych. Udowadnia to Baruch Jaakov Janowicz, jeden z warszawskich społeczników, których działania opierają się na przekonaniu, że kluczem do sukcesu w działaniach społecznych nie muszą być wcale pieniądze. Dla nich najważniejsi są ludzie i cel

Co sprawia, że akcje społeczne, które pan prowadzi, odnoszą sukces pomimo zaangażowania minimalnych środków finansowych?

Jeżeli miałbym odpowiedzieć jednym zdaniem – kluczowe jest połączenie: umiejętności, pasji i zaangażowania ludzi, którzy jak puzzle składają się na większą całość. Często posiadamy umiejętności społeczne czy techniczne decydujące o tym, że wystarczy kilka godzin naszego wolnego czasu tygodniowo, aby przyczynić się do budowy czegoś potrzebnego i niezwykle pomocnego, poprawiającego jakość życia danej społeczności.

Używa pan metafory ludzi jako puzzli.

Dzięki właściwemu doborowi osób i umiejętnościom, które każda z zaangażowanych osób wnosiła do projektu, udało mi się zrealizować wiele inicjatyw bez konieczności inwestowania dużych środków finansowych.

Proszę o przykłady realizowanych przez pana akcji społecznych.

W odpowiedzi na wyzwania związane z pandemią COVID-19 Aleksandra Czarna El-Baz skontaktowała się ze mną, ponieważ oboje już wcześniej pomagaliśmy seniorom – rozwożąc jedzenie i inne potrzebne produkty. Jako że pełniłem funkcję prezesa w Fundacji Warsaw Legend, podjąłem się organizacji pomocy przy akcji „Senior w Koronie”. Podmiotowość prawna pozwoliła mi ubezpieczyć prawie setkę wolontariuszy i ruszać z działaniami. Dzięki współpracy z Aleksandrą oraz kilkoma innymi osobami udało się stworzyć akcję, która przez pierwsze miesiące działała bez żadnych dofinansowań. Głównym naszym zadaniem było dostarczanie jedzenia seniorom oraz innym potrzebującym osobom podczas trwającego lockdownu. W szczytowym okresie akcji dostarczaliśmy nawet kilka ton posiłków tygodniowo! Najważniejsza w tej akcji była wola i odpowiedzialność ludzi, którzy chcieli działać w trudnych czasach pandemii. To ich determinacja i gotowość do niesienia pomocy były kluczem do sukcesu tej inicjatywy, ale to wiara i umiejętność szybkiego działania założycieli pozwoliły na wprawne poruszanie się w pandemii i przeprowadzenie pierwszych akcji, bez żadnych zewnętrznych dofinansowań.

Zaangażował się pan też w pomoc dla Ukrainy.

Pierwsza faza wsparcia dla Ukrainy rozpoczęła się, gdy jako przedstawiciel Fundacji Warsaw Legend współpracowałem z Ablem Subbotą. Dzięki środkom finansowym ze Stanów Zjednoczonych, przelanym przez kontakty z korporacji studenckiej, udało się skierować znaczące fundusze dla niesformalizowanego jeszcze wtedy Klubu Możliwości. Z kolei fundacja przekazywała Klubowi Możliwości pieniądze przeznaczone na finansowanie transportu uchodźców autobusami, jak również na zaopatrywanie tych uchodźców w jedzenie. Zainicjowałem też akcję „4winter. W czasie jej trwania udało się zebrać 125 tys. zł na zakup samochodów terenowych i półciężarówek. Pojazdy te zostały przystosowane do działania w trudnych warunkach jako ambulansy i wysłane na Ukrainę w obszary przyfrontowe. Podczas podróży na Ukrainę mieliśmy okazję odwiedzić takie miejsca, jak Irpień, Bucza i Charków. Każde z tych miast opowiadało nam swoją historię, pełną bohaterstwa i determinacji narodu ukraińskiego. Jednak najbardziej niezapomnianym i jednocześnie przerażającym doświadczeniem była nasza wizyta w Żytomierzu, gdzie znaleźliśmy się pod ostrzałem rakietowym. Chwile te były dla nas testem odwagi i determinacji. Mimo strachu i niepewności przetrwaliśmy. Te trudne chwile dodatkowo umocniły naszą więź z ukraińskim narodem. Czuliśmy, jak nasze serca biją w jednym rytmie z sercami Ukraińców, a nasza solidarność i wsparcie dla nich stały się jeszcze silniejsze. Warto dodać, że koszt tych wszystkich akcji wiązał się jedynie z godzinami poświęconymi na ich organizację. Składam też wielkie ukłony mojemu pracodawcy, czyli Warsaw Enterprise Institute, który pozwalał mi oddawać się realizacji tych projektów. Bardzo dziękuję również polskim i ukraińskim sportowcom, w tym olimpijczykom, którzy przekazali różnego rodzaju przedmioty na potrzeby aukcji, jak również promowali zbiórkę.

Na czym polegała akcja Test MyPolitics?

Współpracując z Fundacją Generacja Innowacja i projektem AdPresonam, wziąłem udział we wspólnym tworzeniu (jako „MyPolitics”, gdzie pełnię funkcję członka zarządu) najobszerniejszego i najbardziej wnikliwego testu poglądów politycznych Polaków na wybory. Ankieta składa się ze 102 pytań, a jej wypełnienie zajmowało około 30 min. Test wypełniło ponad 600 tys. Polaków. Traktujemy to jako ogromny sukces. My, czyli grupa zaledwie 12 osób, poświęcając swój wolny czas, pomogliśmy w demokratycznych wyborach. Sprawiliśmy, że każdy zainteresowany mógł sprawdzić, jak jego poglądy pasują do programu partii startujących w wyborach. Zobrazuję to konkretnym przykładem. Wyobraźmy sobie, że biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców, każdy poznaniak dzięki nam mógł łatwo i w stosunkowo krótkim czasie zorientować się, czy jego poglądy pasują do programu partii, na którą zamierza oddać głos. Za sukcesem tego przedsięwzięcia stała grupa osób, z których większość miała poglądy prodemokratyczne i nie wspierała w sposób zdecydowany żadnej konkretnej partii. Dzięki Adrianowi Orłowowi i Filipowi Szołdrze, którzy zaprojektowali test od strony technicznej oraz koordynowali pracę swoich kolegów, mogliśmy stworzyć zespół, który bez żadnych środków finansowych dotarł do ogromnej liczby Polaków. To właśnie dzięki ludziom, których mieliśmy w zespole, mogliśmy osiągnąć takie rezultaty.

Popularność przedsięwzięcia eksplodowała, gdy ankieta została udostępniona przez popularne konto na Instagramie Makelifeharder”. Później wystąpił efekt kuli śnieżnej.

Naszym najważniejszym kryterium była wiara w cel osób stojących za projektem oraz chęć stworzenia czegoś dla ludzi, a nie dla pieniędzy. Warto wspomnieć tutaj o jeszcze jednym niebywale ważnym aspekcie. W dzisiejszych czasach można znaleźć wiele miejsc stwarzających okazje do spotkania osób, które chcą się angażować w pozytywne projekty. Jednym z najlepszych jest Cambridge Innovation Center, znajdujące się w wieżowcu Varso 2, w sercu Warszawy, tuż przy Dworcu Centralnym. Czwartkowe Thursday Gathering gromadzą setki osób tygodniowo. To ludzie, którzy chcą rozwijać swój biznes i poszerzać swoją wiedzę. Spotykają się tam także osoby, które szukają możliwości zaangażowania się w różnego rodzaju projekty. W CIC funkcjonuje również Trendhouse – miejsce, w którym klubowicze mogą sobie pomagać. Nie ukrywam, że to właśnie dzięki Trendhouse mogłem pracować nad ostatnim swoim projektem, korzystając ze wspaniałej, udostępnionej mi przestrzeni, w znakomitych warunkach, bez konieczności opuszczania centrum Warszawy.

Pana aktywność społeczna dowodzi, że najważniejsza jest wrażliwość na ludzką krzywdę i wewnętrzny imperatyw.

Działania środowisk, z którymi współpracuję, pokazują, że każdy z nas może przyczynić się do zmiany świata na lepsze, niezależnie od posiadanych zasobów. Warto poszukać w sobie umiejętności, które mogą przekładać się na społeczne projekty, i samemu zaangażować się w działania na rzecz społeczności, pamiętając, że każdy z nas jest ważnym elementem w układance, jaką stanowi ludzkość.

rozmawiał Piotr Stefański

Baruch Jaakov Janowicz

Doświadczony działacz społeczny i aspirujący fixer, pracownik Warsaw Enterprise Institute. Współtwórca największej akcji pomocy seniorom w pandemii – #seniorwkoronie, manager i członek zwycięskiego zespołu w programie Centrum GovTech nt. gospodarowania zasobami wodnymi w dobie kryzysu ekologicznego. Manager akcji pomocy Ukrainie, odwiedzający wschód Ukrainy kilkakrotnie podczas konfliktu. Współtwórca Barometru Politycznego MyPolitics na wybory parlamentarne 2023 r. wypełnionego przez ponad 600 tys. osób. Klubowicz Trendhouse.

Dzielenie się dobrem daje mi siłę do działania

Nieustannie się uczę, właśnie podjęłam kolejne studia. Rozwój jest dla mnie bardzo ważny. Chciałabym inspirować ludzi i pokazywać im, jak prowadzić biznes z sukcesem. Pokazywać, że nie należy się bać porażek, tylko podnosić się i iść naprzód. Chcę im ułatwić życie. To jest moje marzenie – mówi Beata Drzazga, założyciel BetaMed SA

Jest pani znana z wielu sukcesów zawodowych: BetaMed SA, Drzazga Clinic – klinika laseroterapii i medycyny estetycznej, salon mody „Dono da Scheggia”, BetaMed International w Las Vegas, dwa sklepy BetaNest Electronic w Miami i inne projekty. Pani nie ogranicza się jednak do biznesu, ale także rozwija się naukowo, pisząc pracę doktorską. Jak pani to wszystko łączy? Skąd czerpie pani energię?

Dając ludziom miłość, otrzymuję to samo i to mnie motywuje. To sprawia, że jestem szczęśliwa. Jestem osobą kreatywną i aktywną. Nie lubię się nudzić, więc zawsze planuję, co nowego mogę zrobić, co stworzyć, w co się zaangażować i jak to wszystko zrealizować. To mnie pasjonuje. Nawet teraz, gdy rozmawiam z panią, mam obok siebie notes, gdzie zapisuje pomysły i planuje kolejne inicjatywy.

Co zainspirowało panią do stworzenia działalności, która skierowana jest przede wszystkim do seniorów?

Od dziecka marzyłam o byciu blisko ludzi. Chciałam dbać o nich i ich przytulać. Po 11 latach pracy w szpitalu uznałam, że mam tyle kreatywności, energii i zapału, że powinnam stworzyć własną placówkę. Chciałam pokazać, jak można kochać ludzi i zapewnić im komfortowe warunki. I tak się zaczęło. Zaczęłam od ozonoterapii, ponieważ wydawała mi się najbardziej nowoczesna. Na początek dwa pokoiki, no może cztery, później okazało się, że potrzebne jest całe piętro. I tak stopniowo firma się rozwijała, a ja realizowałam swoje marzenie. Myślę, że każdy z nas ma jakieś powołanie, coś, co chce robić. Ja zawsze chciałam pracować w służbie zdrowia, bo to dla mnie znaczyło bycie blisko ludzi.

Często słyszy się, że Polska nie jest przyjazna dla seniorów, że wsparcie dla nich jest niewystarczające. Co Pani o tym sądzi?

Jest mi bardzo przykro z tego powodu. Samodzielnie wybudowałam budynek, w którym zrobiłam m.in. SPA dla seniorów czy klubokawiarnie – to piękny, szklany dom. Ludzie do mnie dzwonią, mówią: „Pani Beato, moja mama, mój tata bardzo by chcieli u pani zamieszkać”, mówię: „Nie ma wolnych miejsc!”. Mogłabym zbudować jeszcze pięć takich budynków i nadal by nie wystarczyło. Ciężko mi odmawiać ludziom. Poza tym, ludzie nie mają pieniędzy, żeby płacić po kilka tysięcy miesięcznie za pobyt w domu opieki. Z kolei dla właściciela takiego obiektu 5000 złotych to za mało, bo trzeba opłacić wykwalifikowany personel, zapewnić i utrzymać odpowiednią infrastrukturę i tak się kręci błędne koło. Ludzie starsi są biedni, nie mają tak jak niemieccy emeryci bezpiecznej starości.

Czy nie zdarza się pani czuć bezradną? W końcu nie jest pani w stanie wszystkim pomóc…

Na pewno, bardzo wiele czasu i finansów przeznaczam na pomoc innym. Nawet moi pracownicy mi mówią: „Mamo, nie uratujesz świata!”, ale ciągle ktoś prosi mnie o pomoc, bo komuś się coś złego dzieje, więc pomagam i się angażuje. Widzę albo czytam, że ktoś ma nowotwór, że potrzebuje pieniędzy na leczenie – wpłacam, i czuję się szczęśliwa. Wyobrażam sobie, jak to straszne dla tego człowieka. Ale też wiem, że nie dam rady pomóc wszystkim, którzy do mnie piszą.

Pani z chęcią przekazuje swoją wiedzę. Co jest kluczem do sukcesu, który nie jest łatwy do osiągnięcia w biznesie?

Zawsze mówię młodym ludziom, którzy pytają o to, jak osiągnąć sukces w biznesie, że muszą się starać i ciężko pracować. Sukces to dla mnie założenie firmy, która jest rentowna, cały czas się rozwija i działa długo na rynku. Jak mantrę powtarzam: kluczem do sukcesu jest pracowitość. Trzeba sobie zaplanować: robię to do skutku. Jeśli to ma być praca na „pół gwizdka” to lepiej jej nie podejmować. Trzeba mieć też pomysł. To nie musi być pomysł na coś zupełnie nowatorskiego. Tak jak w moim przypadku gdzie pracowałam w służbie zdrowia, ale cały czas zastanawiałam się, czego oczekują ludzie, czego potrzebują. Chciałam zrobić coś lepiej, zrobić coś, czego nie było na rynku. Zaczęłam od zatrudnienia życzliwych i empatycznych ludzi. Chciałam, żeby warunki w pokojach były na jak najwyższym poziomie, żeby ci chorzy ludzie czuli się u mnie komfortowo. W recepcji chętnie bym sama pracowała. Pracowników zatrudniam samodzielnie i od razu mówię im: „Proszę odbierać telefon, tak jakbym to ja robiła. Mów do ludzi ciepło i miło”, bo każdy, zwłaszcza chory, potrzebuje miłości, poczucia bezpieczeństwa i zrozumienia. Podsumowując, żeby odnieść sukces trzeba swoją pracę robić z zapałem, najlepiej jak się da i niestety od rana do wieczora, zwłaszcza na początku, trzeba bardzo ciężko pracować. Ludzie czasami zakładają firmy i od razu oczekują nie wiadomo jakich zysków. Mówię: „Nie tak się zaczyna!”. Praca, poświęcenie, odpowiedzialność, mądre decyzje, trzeba też umieć zjednać sobie ludzi, szanować ich – to jest fundament sukcesu.

Już tyle pani osiągnęła a nadal angażuje się w tak wiele projek­tów. Jakie ma pani cele na przyszłość? Co jeszcze chce pani zrobić? O czym marzy?

Chciałabym się dzielić z innymi moim czasem, bo to największy dar, jaki możemy ofiarować drugiemu człowiekowi. Nasz czas, to nasze życie, prawda? Od kilku lat biorę udział w wielu konferencjach ekonomicznych, biorę udział w misiach gospodarczych, współorganizuję spotkania o nowych technologiach, sztucznej inteligencji w Dolinie Krzemowej, w Waszyngtonie czy w Singapurze. To sprawia mi wielką przyjemność, bo poznaję nowe trendy i ludzi. Ale też wiem, że przekazuję ludziom energię, miłość, opowiadam o tym, jak tworzyłam swoją karierę i widzę, że cieszą się, że moje słowa wpływają na ich życie, sposób myślenia. Dlatego moim marzeniem jest dalsze uczestnictwo w tych spotkaniach. Moje dzieci mówią: „Mamo, miałaś już odpoczywać, a ty pracujesz jeszcze więcej!”. Nie przestaję się rozwijać. Chcę nadal motywować mężczyzn i kobiety i pokazywać im, jak odnieść sukces w biznesie. Wyjaśniać, żeby się nie bali, że czasem trzeba szybko podnieść się z upadku i iść naprzód. Chcę, żeby mieli łatwiej. To jest moje marzenie.

Nowa Skoda Scala i Kamiq – znamy polskie ceny

Cztery lata po premierze, w sierpniu 2023 r., kompaktowy model Scala oraz miejski SUV Kamiq zyskały nowe oblicze. Oba modele są jeszcze bardziej atrakcyjne, otrzymały nowe wnętrza, a także liczne ulepszenia technologiczne, takie jak np. opcjonalne reflektory TOP LED Matrix. Cennik Nowej Skody Scala dostępny jest pod LINKIEM. Ze szczegółami cenowymi Nowej Skody Kamiq można zapoznać się TUTAJ.

Powiew świeżości

Sylwetki modeli podkreślają kluczowe cechy pojazdów, takie jak dynamiczny wygląd czy wyrazisty design. Oba samochody mają teraz przeprojektowane reflektory, zderzaki, a także grill. Zyskały nowy napis na tylnej klapie, zgodny z aktualnym CI marki. Zwiększono także udział zrównoważonych materiałów w obu pojazdach. Dzięki ulepszonej gamie systemów wspomagania, auta zapewniają teraz jeszcze wyższy poziom bezpieczeństwa czynnego i biernego.

3 jednostki napędowe w ofercie

Zarówno model Scala, jak i Kamiq, bazują na platformie MQB-A0. Gama silników obejmuje trzy nowoczesne jednostki TSI z wysoce wydajnej generacji evo2. Podstawowym silnikiem jest trzycylindrowa jednostka 1.0 TSI o mocy 70 kW (95 KM) z manualną 5-biegową skrzynią biegów. Jednostka 1.0 TSI o mocy 85 kW (115 KM) jest natomiast dostępna z manualną skrzynią 6-biegową lub automatyczną, 7-biegową DSG. To samo dotyczy topowego, czterocylindrowego silnika 1.5 TSI o mocy 110 kW (150 KM).

Bogate wyposażenie standardowe

Oba modele dostępne są teraz w trzech wersjach wyposażenia – Essence, Selection i usportowionej Monte Carlo. Klienci mogą wybierać z sześciu wariantów wnętrz Design Selection o zharmonizowanych kolorach i pakietach opcjonalnych: Studio, Loft, Lodge, Dynamic, Suite Black oraz Monte Carlo.

Nowa Skoda Scala i Kamiq oferują bardzo bogate wyposażenie standardowe już od podstawowego poziomu Essence. W jego skład wchodzą liczne funkcje podnoszące poziom bezpieczeństwa, np. asystent pasa ruchu (Lane Assist), kontrola odstępu z funkcją awaryjnego hamowania (Front Assist), system wspomagania ruszania pod wzniesienia (Hill Hold Control) czy system rozpoznawania znaków drogowych (Traffic Sign Recognition). Standardem od poziomu Essence jest także cyfrowy wyświetlacz o przekątnej 8 cali oraz 8,25-calowy ekran systemu Infotainment.

Do standardowego i równie rozbudowanego wyposażenia poziomu Selection należą ponadto m.in. tempomat, dwustrefowa klimatyzacja automatyczna, cztery dodatkowe głośniki i skórzana kierownica wielofunkcyjna, obsługująca radio i telefon.

Użytkownicy, którzy wybiorą usportowioną wersję wyposażenia Monte Carlo, będą mogli standardowo korzystać również, np. z panoramicznego dachu, reflektorów Full LED Matrix, pakietu Sunset czy oświetlenia Ambiente w dwóch barwach.

Źródło: Skoda

Festiwal Biegowy 2023

Festiwal Biegowy w Piwnicznej to dobra zabawa, świetna atmosfera i prawdziwa sportowa rywalizacja. Nic więc dziwnego, że uczestnicy z niecierpliwością wyczekują kolejnej edycji

Frekwencja mówi sama za siebie. W tym roku (8–10 września) w Miasteczku Biegowym pojawiło się aż 12 tys. osób. Jak zawsze działo się bardzo dużo. Nie należy zapominać również o wydarzeniach towarzyszących – Festiwalu Lachów i Górali oraz Festiwalu Smaku. Było to zatem również święto folkloru i dobrej kuchni. Nikt się nie nudził.

Charakterystyczna dla festiwalu jest jego bogata oferta. Dystansów do wyboru jest tak dużo, że każdy znajdzie odpowiedni dla siebie. Zarówno miłośnicy biegów krótkich, chociażby biegu na 1 km czy mili, jak i tych najdłuższych, a więc biegu 7 Dolin na 61 km czy 100 km, będą bardzo zadowoleni.

Najlepszą rekomendacją uczestnictwa w festiwalu są wypowiedzi zawodników, którzy startują w nim od lat.

Wrażenia są niesamowite. Biegłem w pełnym komforcie, choć nogi trochę odmawiały posłuszeństwa, bo to już mój czwarty bieg na festiwalu. Było jednak bardzo przyjemnie, kibiców na trasie też nie brakowało. Klimat jest znakomity – mówił na mecie Rafał Czarnecki, tegoroczny zwycięzca Koral Maratonu.

– Na festiwalu jest bardzo fajnie. Przyjeżdżamy na niego z całą rodziną. Żona i dziecko mają co robić, ja biegam, więc jest super – uważa Kamil Walczyk, który wygrał aż trzy biegi w tym roku. – Festiwal jest świetny. Organizacja stoi na bardzo wysokim poziomie, wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Nie ma żadnych problemów, więc wrażenia bardzo fajne – twierdzi Aneta Szecówka, która wygrała Półmaraton.

Kolejny, 15. Festiwal Biegowy potrwa od 6 do 8 września 2024 r.. Z racji tego, że będzie to edycja jubileuszowa, niespodzianek i atrakcji z pewnością nie zabraknie.

Family Office wspiera sukcesję

Krystian Drzał, dyrektor biura Family Office w Banku Pekao S.A., mówi o możliwościach, jakie stwarza ustawa o fundacji rodzinnej oraz o roli banku w procesie sukcesji

Jesteśmy niemal pół roku od wejścia w życie ustawy o fundacji rodzinnej. W podobnym czasie Bank Pekao S.A. ogłosił wprowadzenie do swojej oferty Family Office. Jak pan ocenia ten czas? Czy podejście do sukcesji wśród przedsiębiorców się zmieniło?

Zdecydowanie tak. Przedsiębiorcy, którzy rozpoczynali działalność w okresie przemiany ustrojowej, dziś naturalnie myślą o przekazaniu swoich firm w ręce następców. Długo czekali na wiążącą prawnie możliwość, która pomoże im rozwiązać część problemów stojących przed dokonaniem procesów sukcesyjnych. Reguluje to właśnie ustawa o fundacji rodzinnej, która stanowi bardzo dobrą odpowiedź na potrzeby wyrażane przez założycieli średnich i dużych przedsiębiorstw. Głównym celem fundacji jest pomoc zarówno w sukcesji, jak i w zachowaniu majątku firmowego w rękach rodziny. Dodatkowo to rozwiązanie zawiera najlepsze elementy wypracowane wcześniej np. w Austrii czy w Niemczech. Uwzględnia też aspekt podatkowy w taki sposób, że nie zniechęca on do sukcesji przeprowadzanej z wykorzystaniem właśnie fundacji. Oczywiście nie są to proste działania, zwłaszcza w sferze emocjonalnej, i zwykle niezbędna jest pomoc specjalistów – nie tylko prawników i finansistów, lecz także mediatorów i wyspecjalizowanych pracowników banku.

W tym miejscu chciałbym zapytać o rolę banków w procesie sukcesji. Na jakim etapie powinno się przyjść do banku z tym zagadnieniem?

Najlepiej jeszcze przed zaplanowaniem poszczególnych kroków sukcesji. Banki mają doświadczenie w obsłudze dużych przedsiębiorstw i korporacji. W Banku Pekao dysponujemy Biurem Maklerskim i jedną z najstarszych bankowości prywatnych na rodzimym rynku, obsługujemy ponad połowę dużych firm. Potrafimy zarówno zarządzić majątkiem prywatnym, jak i sprostać nawet najbardziej wysublimowanym oczekiwaniom firm rodzinnych w zakresie obsługi przedsiębiorstw. Krótko mówiąc – jesteśmy bardzo dobrze przygotowani, żeby wspierać sukcesję w biznesie.

 Stąd pierwsze Family Office w banku?

Tak. Jako największy bank korporacyjny w Polsce wyraźnie dostrzegaliśmy potrzebę uporządkowania kwestii sukcesji. Było to szczególnie widoczne podczas pandemii, gdy wielu przedsiębiorców zaczęło mówić o potrzebie oddania sterów w ręce kolejnego pokolenia. Nie tylko w ręce potomków, lecz także wynajętych zewnętrznych managerów, ponieważ dzieci nie zawsze są zainteresowane prowadzeniem rodzinnego biznesu. Dlatego zaczęliśmy budować produkt na podstawie Family Office. Czerpaliśmy wiedzę, analizując modele zagraniczne, zwłaszcza Single-Family Office. Rynek polski porównywalny jest z rynkiem azjatyckim, gdzie odbywają się sukcesje w pierwszym lub drugim pokoleniu – inaczej niż w Europie Zachodniej czy USA. I tak pod koniec maja tego roku w Pekao powstało pierwsze w Polsce bankowe Family Office.

Co w ramach tej usługi proponujecie klientom?

Przyświeca nam idea holistycznego zarządzania majątkiem firmowym i prywatnym, uwzględniająca obszar sukcesji i dziedziczenia, ale też filantropii. Wiele uwagi poświęciliśmy tej ostatniej kwestii, czyli usystematyzowaniu działalności filantropijnej w firmach rodzinnych i nadaniu jej przemyślanego, profesjonalnego, ale i zarazem nowoczesnego charakteru.

W samym procesie sukcesji pełnimy kilka funkcji. Przede wszystkim edukujemy i wspieramy klientów w zarządzaniu tym bardzo rozbudowanym i wieloletnim procesem. Tłumaczymy, na czym polega prawidłowo skonstruowany proces sukcesji, jak funkcjonują fundacje rodzinne, omawiamy najlepsze przykłady z rynku. Jeśli potrzeby klientów dotyczą kwestii prawno-podatkowych, oferujemy pomoc współpracujących z nami specjalistycznych kancelarii. Biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy wiele razy do czynienia z tego rodzaju przedsięwzięciami, pozwala nam to w sposób przekrojowy patrzeć na rynek i stwierdzić, czy dany proces przebiega prawidłowo.

Jaką pewność może mieć właściciel firmy, że sukcesorzy będą działali zgodnie z jego wolą?

Należy tak skonstruować statut fundacji rodzinnej, żeby wszystkie mechanizmy dziedziczenia były w nim opisane. My ze swojej strony możemy pomóc m.in. poprowadzić proces edukacji przyszłych sukcesorów. Kluczowym elementem odpowiednio przygotowanej sukcesji jest na pewno wczesne angażowanie następców w życie firmy, a jeśli nie przyniesie to oczekiwanych efektów – można rozważyć wprowadzenie do firmy kandydatów spoza rodziny. Z badań i obserwacji wynika, że większe prawdopodobieństwo sukcesu występuje w przypadku wyłonienia nowego zarządu spośród wieloletnich pracowników firmy.

 Jak wyglądała pana kariera managerska, zanim trafił pan do Banku Pekao i zajął się tematyką sukcesji?

Pracę zawodową w bankowości zacząłem w 2006 r. w Citibanku w obszarze treasury, a następnie kontynuowałem karierę w Deutsche Banku i Getin Banku. W poprzednich miejscach miałem okazję obserwować różne podejścia i modele biznesowe. Na pewno zdobyłem ogromne doświadczenie w pracy z wymagającymi klientami firmowymi i bankowości prywatnej. Od 2018 r. pracuję w Banku Pekao S.A., gdzie buduję zespoły i tworzę nowe rozwiązania w ofercie banku. Moim najnowszym projektem było wprowadzenie pierwszego w Polsce „bankowego” Family Office. Udało nam się skompletować świetny zespół Senior Family Officerów, a zainteresowanie klientów tym produktem przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia i oczekiwania. Na pewno skorzystałem z doświadczenia, jakie zdobyłem, przyglądając się od wewnątrz szwajcarskim Family Office z Genewy czy Zurychu. W ramach naszego Family Office wykorzystuję głównie wiedzę z zakresu Multi-Family Office i Single-Family Office.

 

rozmawiał Piotr Cegłowski

 

Nie tylko praca…

 Krystian Drzał

Wypoczynek › Nieważne gdzie, ważne z kim, czyli z rodziną. Preferujemy pobyt nad morzem.

Kuchnia › Włoska

Hobby › Jazda na rowerze i pływanie.

Gadżety › Lubię nowe rozwiązania technologiczne.

Motoryzacja › Idealny samochód to ten z dużym bagażnikiem.

Choroby cywilizacyjne – plaga naszych czasów

Prof. dr hab. n. med. Filip M. Szymański, prezes Polskiego Towarzystwa Chorób Cywilizacyjnych, dziekan Wydziału Medycznego, Collegium Medicum, Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, przewodniczący Komisji Ewaluacji Nauki, opowiada o nowych trendach w medycynie i chorobach cywilizacyjnych, które wymagają holistycznego podejścia do pacjenta

Jest pan jednym z najmłodszych profesorów medycyny w Polsce. Nie sposób więc nie zapytać, co zainspirowało pana do wyboru takiej ścieżki życiowej? Czy wynikało to z tradycji rodzinnych?

W mojej rodzinie są osoby związane z medycyną (m.in. moja mama jest farmaceutką), ale nie miało to większego wpływu na to, że od młodych lat chciałem zostać lekarzem. Decyzję o tym, co chcę robić, podjąłem bardzo wcześnie, w siódmej/ósmej klasie szkoły podstawowej. Interesowałem się już wtedy wszystkim, co dotyczyło zdrowia – dietami, wpływem zanieczyszczeń środowiska na zdrowie czy nowymi odkryciami w medycynie. W liceum skoncentrowałem się na zdobywaniu wiedzy w dziedzinie przyrody, biologii, chemii oraz fizyki. Była to moja młodzieńcza pasja, więc nie miałem najmniejszych wątpliwości, jaką wybrać uczelnię. Już na pierwszym roku studiów w Akademii Medycznej w Warszawie (obecnie Warszawski Uniwersytet Medyczny) zainteresowałem się dwoma aspektami medycyny. Pierwszy z nich to wiedza kliniczna, a drugi – badania naukowe. Zaangażowałem się w działalność studenckich kół naukowych, dzięki czemu mogłem być blisko pacjentów. Pozwoliło mi to również brać udział w wielu kongresach, na których miałem przyjemność i zaszczyt nie tylko prezentować wyniki swoich badań, lecz także spotykać najwybitniejsze autorytety światowej medycyny. Bardzo wcześnie zacząłem przygotowywać własne prace naukowe. Początkowo prezentowałem je na sesjach studenckich, szybko jednak okazało się, że mogą one zainteresować uczestników prestiżowych konferencji w Polsce i za granicą. Wyniki swoich badań prezentowałem m.in. na kongresach European Society of Cardiology, American College of Cardiology, American Heart Association czy World Congress of Cardiology.

Tego rodzaju osiągnięcia naukowe otwierają ważne drzwi.

To prawda. Moje publikacje ukazały się w wielu prestiżowych anglojęzycznych czasopismach. A to utorowało mi drogę do Klubu 30 Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, skupiającego najlepszych młodych polskich naukowców związanych z tematyką chorób serca i naczyń. Informacja na mój temat ukazała się w czołowym czasopiśmie branżowym „Circulation” wydawanym w USA. Mogłem też korzystać z zagranicznych staży – najpierw wakacyjnych, a później kilkumiesięcznych. Szczególnie ważny był dla mnie staż w Universität Göttingen, gdzie mogłem obserwować łączenie wielu wątków specjalistycznych w leczeniu jednego pacjenta. Polegało to nie tylko na uwzględnieniu czynników niejako klasycznych, takich jak nadciśnienie tętnicze, dyslipidemia, cukrzyca, otyłość czy nikotynizm, lecz także innych – jak np. zaburzenia oddychania podczas snu czy zaburzenia funkcji seksualnych. Kiedy po powrocie z Göttingen, wspólnie z kolegami, usiłowaliśmy wprowadzić podobne podejście w naszym kraju, niektórzy nasi starsi koledzy patrzyli na nas ze zdziwieniem. Dopiero później liczne badania przeprowadzone na całym świecie przekuły się w wytyczne obowiązujące także u nas.

Już jako student interesował się pan głównie aspektem chorób serca i naczyń?

Choroby serca i naczyń to nadal pierwsza przyczyna zarówno hospitalizacji, jak i zgonów na świecie. Szczególnie moją działalność skupiałem na prewencji – bo lepiej zapobiegać, niż leczyć. W kolejnych latach mojej działalności zrozumiałem, że moje podejście musi być szersze. Jest to jeden pacjent, który ma wiele chorób. Działalność naukową prowadziłem głównie na oddziale kardiologicznym, ale problemy, które mnie nurtowały, postrzegałem w szerszej perspektywie – diabetologii, hipertensjologii, dermatologii, urologii, pulmonologii, ortopedii czy chirurgii naczyniowej.

Po ukończeniu studiów pozostał pan na uczelni?

Już podczas stażu podyplomowego udało mi się ukończyć, a następnie obronić doktorat dotyczący chorób cywilizacyjnych, a kilka lat później zwielokrotnić swój dorobek naukowy zakończony uzyskaniem tytułu doktora habilitowanego nauk medycznych. Po habilitacji skupiłem się na rozwoju mojego zespołu, na mentoringu młodszych kolegów. Do zespołu dołączałem wybitnych studentów, wypromowałem kilku doktorantów oraz grupę magistrów. Większość z nich dalej ze mną współpracuje. Na rok przed czterdziestką prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nadał mi tytuł profesora nauk medycznych i nauk o zdrowiu. Tak więc – mówiąc żartem – w 2022 r. wyczerpały się moje możliwości awansu naukowego. Obecnie kieruję Katedrą Chorób Cywilizacyjnych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Wraz z zespołem skupiamy się na kolejnych innowacyjnych badaniach naukowych dotyczących nie tylko diagnostyki, lecz także leczenia chorób cywilizacyjnych.

Żyjemy w epoce ścisłych specjalizacji, najwyraźniej postanowił pan popłynąć pod prąd głównego nurtu?

Doszedłem do wniosku, że mainstream medyczny nie jest dla mnie. Podczas gdy moi koledzy ze studiów nastawiali się na rozwój interwencyjny (leczenie), ja poszedłem inną drogą – zapobieganie/prewencja. Obserwując kolejnych pacjentów, miałem wrażenie, że w procesie leczenia gubią się połączenia ważnych wątków. W przypadku osoby z różnymi schorzeniami zajmowało się nią kilku specjalistów – np. diabetolog cukrzycą, kardiolog sercem i naczyniami, a pulmonolog układem oddechowym. Stwierdziłem, że potrzebne jest łączenie, a nie dzielenie tych specjalności, bo przecież zajmują się one typowymi chorobami cywilizacyjnymi, które charakteryzuje pewien kompleks współwystępujących objawów. Ten pacjent wymaga uwzględnienia wszystkich chorób/objawów zarówno w ocenie ryzyka, indywidualnym doborze farmakoterapii, jak i w diagnostyce.

Jak tego dokonać?

Inny doskonały przykład stanowi leczenie otyłości, o której bardzo dużo obecnie mówi się i pisze. Po pandemii dotyka ona głównie dzieci i młodzieży. Młodzi ludzie siedzą godzinami przy komputerach, nie uprawiają sportu, domagają się zwolnień lekarskich z zajęć wychowania fizycznego. Chociaż farmakoterapia otyłości osiągnęła ostatnio wielki postęp, to nie powinniśmy nastawiać się jedynie na leczenie choroby (farmakoterapia czy leczenie bariatryczne), ale zaplanować kompleksowe podejście (psycholog – lekarz pierwszego kontaktu – dietetyk – lekarz specjalista – chirurg).

A to stanowi zadanie dla harmonijnie współpracujących specjalistów.

Zasada – łączyć, a nie dzielić – przyświeca członkom Polskiego Towarzystwa Chorób Cywilizacyjnych, którym mam przyjemność i zaszczyt kierować. W zarządzie są specjaliści reprezentujący różne dziedziny: pediatra, diabetolog, psychiatra, chirurg naczyniowy czy pulmonolog. Zaprosiliśmy do współpracy zakaźników, hepatologów czy onkologów. Chcemy, żeby nasze działania edukacyjne (sympozja i webinary) były inspirujące nie tylko dla lekarzy, farmaceutów, dietetyków czy pielęgniarek, lecz także dla przedstawicieli mediów. Wspieramy stowarzyszenia pacjentów, przekazując im wiedzę o najnowszych odkryciach, ale też w walce o dostęp do najnowocześniejszych form leczenia.

Mówimy o chorobach cywilizacyjnych. Które z nich stanowią obecnie największe zagrożenie?

Choroby serca i naczyń, nowotwory, choroby układu oddechowego, zaburzenia metaboliczne oraz zaburzenia psychiczne to najważniejsze problemy współczesnej medycyny. Po pandemii o 20 proc. wzrosła liczba pacjentów z zaburzeniami lękowymi i depresją. Kolejne plagi to: otyłość i cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, dyslipidemia, astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP) czy nikotynizm. Wszystkie one zwiększają ryzyko zawału i udaru. I tu znowu pojawia się kwestia współdziałania specjalistów. Na przykład każdy pacjent z POChP musi być leczony nie tylko przez pulmonologa, lecz także przez kardiologa. Właśnie dlatego podczas kongresów Polskiego Towarzystwa Chorób Cywilizacyjnych organizujemy sesje interdyscyplinarne – np. pokazujemy chirurgom, jak leczyć depresję, choroby układu oddechowego, serca i naczyń. Z kolei kardiologom prezentowaliśmy metody leczenia depresji, POChP i cukrzycy. Muszę raz jeszcze podkreślić, że naszym celem jest interdyscyplinarne podejście do pacjenta z chorobami cywilizacyjnymi. Chodzi o to, by zmienić obowiązującą od lat strategię, która polega na tym, że pacjent przychodzi do specjalisty, który patrzy na niego przez pryzmat jednej choroby, jaką ma wyleczyć.

A jak powinno to wyglądać?

Posłużę się przykładem. Wizyta u diabetologa, oprócz leczenia cukrzycy, powinna obejmować kontrolę wartości ciśnienia tętniczego, zalecenia dotyczące modyfikacji stylu życia i kontrolę potencjalnych chorób współistniejących. Samo przepisanie nowoczesnych leków przeciwcukrzycowych, bez uwzględnienia innych problemów chorego, na pewno nie przełoży się na sukces. Z kolei w przypadku prawidłowo leczonej POChP lub astmy może się zdarzyć, że pacjent umrze na zawał, bo pulmonolog nie zainteresował się problemami z krążeniem.

Jest pan lekarzem i managerem.

Zdecydowanie tak. Po rozpoczęciu kierowania wydziałem, towarzystwem czy Katedrą Chorób Cywilizacyjnych wprowadziłem wiele zmian, zaczynając od kwestii najważniejszej, czyli zbudowania nowego, profesjonalnego zespołu. Postawiłem na osoby młode, zaangażowane, utytułowane, odnoszące sukcesy nie tylko w Polsce, lecz także na świecie. Każda z tych osób bardzo lubi to, co robi. Tylko taki zespół jest w stanie zapewnić sukces. Indywidualnie nawet najlepszy manager nie osiągnie sukcesu – tylko gra zespołowa.

Niestety należy pamiętać, że nauka w Polsce jest niedofinansowana od wielu lat. Rozwój naukowy kraju przekłada się na rozwój gospodarki. Jako przykład możemy wskazać miasta, które posiadały znaczący ośrodek akademicki i rozwijały się nawet o 30 proc. szybciej względem porównywalnej grupy kontrolnej. Dlatego od momentu objęcia sterów na wydziale wraz z moim zespołem bierzemy przykład z najlepszych. Ideałem, do którego dążymy, jest Harvard Medical School. Zdajemy sobie sprawę, że droga, którą musimy pokonać, jest bardzo, bardzo długa i wyboista, ale wierzę, że możliwa. Ta najlepsza szkoła medyczna na świecie to ośrodek, który skupia najwybitniejszych naukowców, dydaktyków, laureatów Nagrody Nobla czy wielu innych bardzo prestiżowych nagród. To miejsce, które od wielu lat kierowane jest przez wizjonerów. Bez posiadania tej cechy nie powinniśmy decydować się na kierowanie zespołem. Kolejny bardzo ważny aspekt to umiejętności współpracy nauki/dydaktyki z biznesem.

Bardzo aktywnie wspiera pan Polskie Towarzystwo Chorób Cywilizacyjnych.

Jako pomysłodawca towarzystwa należę do grupy założycielskiej. Biorąc pod uwagę zagrożenia cywilizacyjne, widzimy potrzebę holistycznego podejścia do pacjenta, uwzględniającego wszystko, co nowe w medycynie. Przypominamy, jak ważna jest Evidence Based Medicine (EBM), czyli medycyna oparta na faktach. Pokazuje ona np., jak wielki wpływ mają tzw. czynniki nieklasyczne, np. zanieczyszczenia powietrza, na występowanie chorób cywilizacyjnych, jak nowocześnie diagnozować pacjentów z chorobami cywilizacyjnymi czy w końcu jak nowocześnie leczyć naszych chorych. Postęp jest ogromny.

Czy w codziennej pracy łączy pan teorię z praktyką?

Chorzy, którzy trafiają do nas, mogą liczyć na wszechstronną opiekę. Zaczynamy od podstawowego screeningu, następnie indywidualnie planujemy rozszerzenie badań w zależności od potrzeb. W chwili obecnej dużo uwagi skupiamy na diagnostyce chorób cywilizacyjnych oraz powikłań LONG-COVID po pandemii. Promowane przez nas holistyczne podejście do pacjenta przekłada się nie tylko na indywidualizację zestawu badań, lecz także na indywidualizację farmakoterapii (tzw. farmakoterapia szyta na miarę) oraz w wybranych przypadkach konieczność leczenia inwazyjnego.

Biorąc pod uwagę ograniczone możliwości naszej służby zdrowia, to sfera marzeń…

Chodzi nam o to, by dążyć do pewnego celu, który osiągnąć niełatwo, ale nie jest to niemożliwe. Jeżeli dziś założymy, że tak się nie da, za 5 lat będziemy w tym samym miejscu. Jeśli za jakiś czas w holistyczny sposób zaczniemy leczyć co drugiego pacjenta, będzie to prawdziwy sukces. Mamy dziś do dyspozycji wiele nowoczesnych terapii, które zwiększają komfort życia, a co najważniejsze – wydłużają życie. Znakomity przykład to wprowadzenie inhibitorów SGLT2 do codziennej terapii czy innowacyjne terapie stosowane w onkologii. Flozyny to leki stosowane początkowo w leczeniu cukrzycy. Wyniki kolejnych badań wykazały, że te leki mogą zmniejszyć ryzyko zgonu również w grupie pacjentów z chorobami serca i naczyń czy przewlekłą chorobą nerek niezależnie od tego, czy nasz pacjent cukrzycę ma, czy nie. Jednak pamiętać należy, że mając taką wiedzę, tzw. znakomity EBM, należy robić wszystko, żeby lek był dostępny dla polskich pacjentów oraz żeby pacjent zdawał sobie sprawę, że dzięki takiej terapii może żyć dłużej, a odstawienie leku pogarsza rokowanie (świadomość pacjentów). Niestety, część lekarzy przekonanych o skuteczności zdobytych przez długie lata doświadczeń nie chce się otwierać na nowe terapie/nowe formy diagnostyki. A przecież właśnie w naszym zawodzie bardzo ważna jest świadomość tego, co dzieje się we współczesnej medycynie.

Kolejny ważny aspekt to dobre samopoczucie naszych pacjentów. Samotność, wypalenie, stres wynikający z przemęczenia skutkują zwiększonym ryzykiem powikłań, np. chorób serca i naczyń.

Jest pan naukowcem, lekarzem, ale też managerem. Co składa się na sukces w zarządzaniu?

Zespół. Wiem, że to pewnego rodzaju truizm, ale najważniejszy jest dobry zespół. Trzeba go zbudować, stworzyć atmosferę zaufania i zapewnić możliwości rozwoju. Mając przekonanie co do kompetencji zespołu oraz mając zaufanie, należy dać możliwość podejmowania samodzielnych decyzji. Jednak ostatecznie pełną odpowiedzialność za decyzje podejmowane na wydziale, w towarzystwie czy katedrze biorę ja. Bardzo ważne jest to, by nie blokować młodych, wspierać ich do samorozwoju. Nawet jak wiemy z góry, że wybrana przez współpracownika droga może zakończyć się koniecznością odwrotu, dajmy szansę. Czasami najlepszą szkołą jest szkoła na własnych błędach.

Jak to wygląda z perspektywy towarzystwa i KEN?

Kierowanie Zarządem Głównym PTChC to konieczność posiadania innych cech managera niż bycie dziekanem wydziału czy kierownikiem katedry. Miarę sukcesu stanowi współpraca z innymi towarzystwami, ministerstwami, światem polityki oraz światem biznesu. Jeszcze inny aspekt mojej pracy to praca jako przewodniczący Komisji Ewaluacji Nauki przy Ministerstwie Edukacji i Nauki. W komisji oceniamy jakość działalności wszystkich uczelni w Polsce. Osiągnięcia ludzi nauki to ważny element sukcesu naszego kraju. Dlatego jakość i umiędzynarodowienie polskiej nauki są tak ważne. Chodzi o to, byśmy mieli jak najwięcej grantów europejskich, prestiżowych nagród i istotnych publikacji. Dziś głównymi beneficjentami grantów są Francja, Niemcy, Włochy czy Hiszpania. Zwracamy uwagę, żeby np. patenty nie były tylko zgłaszane, ale także wdrażane.

Czego życzy pan swoim wychowankom i współpracownikom?

Bardzo by mnie ucieszyło, gdyby któryś z moich wychowanków szybciej niż ja został profesorem belwederskim, odkrył więcej, publikował lepiej… Nie ma większej radości dla mentora, jak posiadanie wiedzy, że jego uczeń osiąga więcej…

rozmawiał Piotr Cegłowski

Ankieta „Managera

Filip M. Szymański

Jakie wartości uważa pan za najważniejsze?

Na pierwszym miejscu stawiam rodzinę. Drugi filar to kręgosłup moralny. Nigdy nie dostosowuję swoich poglądów do wymogów chwili. Trzeci to dobry zespół.

Prywatne zainteresowania.

Podróże – najchętniej do Australii i Azji. Mój ulubiony sport to narciarstwo.

O czym najchętniej dyskutuje pan pozazawodowo?

O podróżach, muzyce oraz dobrej kuchni i winie.

Gdyby nie istniały żadne ograniczenia, z kim chciałby się pan umówić na długą rozmowę?

Trzykrotnie miałem zaszczyt spotkać się z najwybitniejszym badaczem/lekarzem współczesnych czasów zajmującym się chorobami serca, naczyń, chorobami metabolicznymi – panem prof. Eugenem Braunwaldem. Każde spotkanie pamiętam ze szczegółami. To wielka postać, wizjoner. Każde spotkanie to uczta naukowo-kliniczna. Bardzo chciałbym z nim porozmawiać ponownie. Bardzo wysoko cenię dokonania nieżyjącego patrona naszego uniwersytetu kardynała Stefana Wyszyńskiego – wielki Polak.

Ostatnio przeczytana książka.

Duże wrażenie zrobiły na mnie książki Jacka Pałkiewicza, podróżnika obecnego często na łamach „Managera”. Ten niezwykły eksplorator i odkrywca to nasze dobro narodowe.

Najważniejsza chwila pańskiego życia.

Było ich kilka – narodziny trojga moich dzieci, decyzja o tym, że będę lekarzem, a także kontakt z dziką przyrodą na wyciągnięcie ręki: nurkowanie z rekinami czy możliwość obserwacji waleni.

Bucket list…

Po cichu planuję dwumiesięczną wyprawę dookoła świata razem z żoną i dziećmi. Sporo już razem podróżowaliśmy. Odkrycie „czegoś przełomowego” w diagnostyce / leczeniu chorób cywilizacyjnych – dokonamy tego już wkrótce wraz z moim wspaniałym zespołem.

 

Kolejny wielki projekt społeczny Centralna Informacja Emerytalna

Robert Zapotoczny, prezes zarządu PFR Portal PPK, o rosnącej liczbie uczestników programu, a także o pracy nad projektem Centralnej Informacji Emerytalnej

Koniec roku skłania do podsumowań…

Chciałbym przekazać wszystkim oszczędzającym w Pracowniczych Planach Kapitałowych bardzo dobrą wiadomość. W ramach środków zgromadzonych przez 3 mln 370 tys. pracowników udało się zebrać ponad 20 mld zł. Proszę zwrócić uwagę, że pod koniec wdrażania czterech etapów PPK zapisało się do nich 2 mln 140 tys. osób, więc dziś jest ich więcej o ponad 1 mln 200 tys. Wspomniane 20 mld zł to wartość aktywów netto z poniedziałku 20 listopada. Na tę kwotę składa się ponad 10 mld 300 mln środków zgromadzonych przez samych oszczędzających, 7 mld 840 mln są to kwoty dopłacone przez pracodawców, a 1 mld 830 tys. stanowią dopłaty od państwa, czyli ze strony Funduszu Pracy. Jest to kwota równa kwocie oszczędności, jakie zostały zgromadzone w ramach Pracowniczych Programów Emerytalnych, czyli programu funkcjonującego wcześniej, nieobowiązkowego i bardziej skomplikowanego dla pracodawców. PPE funkcjonują od 25 lat i należy docenić wszystkich, którzy zdecydowali się oszczędzać w ich ramach. Nie da się jednak nie zauważyć, że to, co w PPE osiągnięto przez ćwierćwiecze, w PPK udało się w ciągu zaledwie 4 lat – Polacy zaczęli gromadzić oszczędności. Niewątpliwie pomógł w tym także automatyczny zapis do programu, który, zgodnie z założeniami ekonomii behawioralnej, walczy z trzema słabościami ludzi zidentyfikowanymi przez Thallera – miopią, prokrastynacją i inercją („nie widzę sensu”, „nie chce mi się” i „zrobię to jutro”), gdyż często wystarczy tylko delikatny impuls, „lekkie szturchnięcie” (z ang. nudge), by nakierować ludzi na konkretną ścieżkę wyboru. Oznacza to, że domyślną opcją efektywnego programu długoterminowego oszczędzania powinno być „zapisanie” do programu (tzw. autozapis) i pozostawienie możliwości późniejszej rezygnacji, ponieważ udział w PPK jest dla osób zatrudnionych dobrowolny. Dzięki autozapisowi pracownicy nie muszą nic robić, by uczestniczyć w Pracowniczych Planach Kapitałowych. Ekonomia behawioralna dowiodła, że efekty takiej automatyzacji są bezdyskusyjne. To nie jest tak, że my wymyśliliśmy sobie autozapis. Opieramy się na najlepszych doświadczeniach państw, w których takie systemy oszczędzania w miejscu pracy istnieją. Wzięliśmy z nich to, co najlepsze, to, co się sprawdziło i funkcjonuje do dziś. Obowiązuje on np. w Workplace Pension w Wielkiej Brytanii, dzięki czemu osiągnięto tam partycypację na poziomie 80 proc. i ten skok, wywołany wprowadzeniem w 2012 r. autozapisu, był bardzo widoczny, bo w ciągu ośmiu lat podwojono liczbę uczestników programu. Efektem tegorocznego, pierwszego ponownego autozapisu do PPK jest 700 tys. nowych uczestników programu, którzy zaczęli gromadzić oszczędności wraz z pracodawcą. Autozapis jest więc potrzebny. Jeśli nastąpi zmiana w przepisach skutkująca dobrowolnym zapisem, będzie to początek końca tej reformy i końca dobrowolnego oszczędzania na emerytury w Polsce.

Spółkę, którą pan zarządza, czeka kolejne poważne wyzwanie.

To prawda. Przed nami wprowadzenie Centralnej Informacji Emerytalnej. PFR Portal PPK został wymieniony w ustawie jako jednostka odpowiedzialna za przygotowanie i wdrożenie rozwiązania, w ramach którego każda osoba pracująca w Polsce i oszczędzająca w jakimkolwiek regulowanym programie emerytalnym będzie miała dostęp do tych informacji przez portal mObywatel. Dotyczy to PPK, PPE, OFE, pierwszego filaru w ZUS i w KRUS, Indywidualnego Konta Emerytalnego (IKE) oraz Indywidualnego Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE). Wszystkie ustawowo wprowadzone modele oszczędzania będą widoczne w jednym miejscu. W całej Unii Europejskiej pojawiła się potrzeba wprowadzenia takiego rozwiązania. Polska jest w tej dziedzinie jednym z liderów, jeśli chodzi o zaawansowanie prac we wdrażaniu platformy lub mówiąc inaczej – dashboardu emerytalnego.

Łatwy dostęp do tych informacji może stanowić doskonałą zachętę, by poważnie zastanowić się nad gromadzeniem środków na przyszłość.

Oczywiście, chodzi o to, żeby każda z osób pracujących w Polsce mogła zobaczyć na każdym etapie swojej aktywności, na jaką emeryturę może liczyć. Centralna Informacja Emerytalna ma być prostym dla użytkownika rozwiązaniem informatycznym dostępnym w ramach portalu mObywatel, z którego wiele osób korzysta choćby po to, żeby sprawdzić punkty karne lub ważność szczepień na COVID. Powstanie zarówno aplikacja mobilna, jak i wersja, z której będzie można korzystać na komputerach stacjonarnych i laptopach. Ustawa regulująca ten projekt weszła w życie na początku października tego roku. Ustanawia nas, czyli PFR Portal, operatorem Centralnej Informacji Emerytalnej. Prace już się rozpoczęły. W pierwszym etapie musimy wyłonić wykonawcę części informatycznej, naturalnie w ramach reguł określonych w ustawie o zamówieniach publicznych, po wcześniejszej bardzo wnikliwej analizie technicznej i biznesowej.

Jako współtwórca tego systemu od dawna promuje pan oszczędzanie w PPK. A co z innymi programami?

Łącznie w systemowym oszczędzaniu w miejscu pracy uczestniczy około 4 mln osób, z czego 3 mln 340 tys. w PPK i około 600 tys. w PPE. Należy podkreślić, że w obu przypadkach oznacza to oszczędzanie z pracodawcą w miejscu pracy. Niezależnie od tego, czy w danej firmie funkcjonuje PPK czy PPE, jedno jest istotne – oba programy pozwalają na zwiększenie bezpieczeństwa finansowego uczestników, a o tym, jak bardzo jest to ważne, nie trzeba chyba mówić.

Czy można się przenieść z PPE do PPK?

Zebrane wcześniej środki nie ulegają transferowi między PPK i PPE. Wszystko zależy od tego, jaki system obowiązuje w danej firmie. Kiedy zmieniam pracę, muszę zaakceptować proponowany tam system – PPK lub PPE. Przykładowo – jeśli był pan dotychczas w PPE, zebrane tam środki czekają na pańskie sześćdziesiąte piąte urodziny, a w PPK zaczyna pan gromadzić pieniądze od początku, korzystając z dopłaty powitalnej i innych przywilejów. Wszystko to będzie doskonale widoczne w Centralnej Informacji Emerytalnej.

Spójrzmy na to z punktu widzenia pracownika.

Będzie to wyglądało w następujący sposób: po zalogowaniu zobaczę, że w pierwszym filarze moja emerytura wyniesie szacunkowo 1500 zł. Trochę mało, chciałbym więcej, więc muszę coś zrobić. Widzę, że w PPK mam zero, ponieważ wypisałem się z programu. Tak więc pewnie powinienem zapisać się do programu… A teraz spójrzmy na inny wariant: prowadzę działalność gospodarczą, ale podstawowe składki niewiele mi dają, więc chciałbym zacząć oszczędzać. Umożliwia mi to np. Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego albo Indywidualne Konto Emerytalne. Nie muszę mieć pracodawcy, żeby je założyć. Aplikacja powie mi: twoja przyszła emerytura wygląda następująco – a co z tym zrobisz, twoja sprawa. Zastanów się, czy kwota, którą widzisz, wystarczy ci, kiedy zakończysz aktywność zawodową.

Kiedy zaczęliście pracę nad projektem?

Wstępne prace już trwają. Jest to ogromne i bardzo skomplikowane przedsięwzięcie. Efekty będzie można zobaczyć we wrześniu 2025 r. Uprzedzę pytanie i powiem, że to będzie „już”, a nie „dopiero”. W Wielkiej Brytanii legislacja ma być gotowa w 2027 r. (chociaż wstępnie była planowana na 2023–2024). My jesteśmy bardziej zaawansowani. Wiemy, jak ma wyglądać system i czego jeszcze potrzebujemy.

Nie unika pan trudnych zadań. Najpierw PPK, teraz CIE. Czym zajmował się pan, zanim trafił do PFR Portal PPK?

Całe moje życie zawodowe jest związane z branżą finansową, ale w taki sposób, że zawsze byłem blisko problemów pracowniczych. Studiowałem politologię samorządową, społeczno-ustrojową i pedagogiczną na Uniwersytecie Śląskim. Później ukończyłem na Uniwersytecie Ekonomicznym podyplomowo ubezpieczenia zdrowotne oraz MBA na Politechnice Lubelskiej. W państwowej firmie pracuję po raz pierwszy, wcześniej 10 lat spędziłem w Amplico, gdzie zostałem dyrektorem sprzedaży ubezpieczeń grupowych w centrali firmy. Później byłem dyrektorem departamentu ubezpieczeń korporacyjnych w ING Życie, następnie w Pramerica i Signal Iduna.

Dlaczego zdecydował się pan podjąć pracę w państwowej spółce, gdzie, jak wiadomo, zarabia się mniej niż w sektorze prywatnym?

Dostałem propozycję dotyczącą tworzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych, przygotowania ustawy i poprowadzenia projektu aż po wprowadzenie programu w życie i bieżące zarządzanie. Był to dla mnie zaszczyt, ale też szansa, by zrobić coś dla Polski, a nie jak dotąd realizować plany finansowe firmy. Wiedziałem, że mogę wykorzystać swoje doświadczenie, a to, co tutaj zrobiłem i nadal robię, dobrze służy pracownikom. Co z tego, że wcześniej zarabiałem więcej, teraz robię to, co daje mi prawdziwą satysfakcję.

Co decyduje o sukcesie managera?

W zarządzaniu najważniejsze jest identyfikowanie mocnych stron współpracowników i podmiotowe traktowanie kolegów i koleżanek. Dzięki temu ludzie pokazują się z jak najlepszej strony. Manager powinien stawiać na osoby o znakomitych kwalifikacjach. Wychodzę z założenia, że specjalista w określonej dziedzinie ma się na niej znać lepiej niż ja. To jest podstawowa zasada, bo jeśli jest odwrotnie, szybko pojawi się problem. Jeśli pan zapyta każdego z moich współpracowników, co to jest trzy P, usłyszy pan odpowiedź: Polska, pokora, praca.

rozmawiał Piotr Cegłowski

Ankieta „Managera

Robert Zapotoczny

Najważniejsze wartości, jakie pan wyznaje?

Trzeba być uczciwym względem siebie i innych. Jeżeli człowiek zachowuje się uczciwie, świat odpłaca mu tym samym.

Pańskie prywatne pasje?

Interesuję się historią, ekonomią, gospodarką. Kiedy mam na to czas, pomagam żonie w prowadzeniu pasieki. To ciekawe, ale bardzo angażujące hobby.

O czym najbardziej lubi pan rozmawiać pozazawodowo?

Istotne nie jest o czym, ale z kim. Są ludzie, z którymi można dyskutować na każdy temat, ale też warto czasem z nimi pomilczeć.

Ostatnio przeczytana książka?

Zawsze jakaś książka leży koło mojego łóżka. Bardzo lubię dobre powieści rozrywkowe. Razem z żoną czekamy na kolejne kryminały Lee Childa, których bohater Jack Reacher kieruje się bliskim mi mottem: „Oczekuj najlepszego, bądź gotów na najgorsze”.

Gdyby nie istniały żadne ograniczenia, z kim chciałby się pan umówić na długą rozmowę?

Patrząc z dużej odległości na Jana Pawła II, marzyłem o tym, żeby kiedyś móc z nim porozmawiać o sprawach, które są w życiu najważniejsze.

Najważniejsza chwila pańskiego życia?

Ślub z moją wspaniałą żoną.

Bucket list?

Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się rozpocząć pracę nad doktoratem. Chciałbym mieć czas na pracę ze studentami, łącząc teorię z doświadczeniami, które zdobyłem.

Sztuczna inteligencja zmienia świat marketingu

Marketing jest jednym z obszarów działalności biznesowej, w którym sztuczna inteligencja (AI) wprowadza daleko idące zmiany. W praktyce oznacza to jednoznacznie, że niekorzystanie z Al spowoduje utratę zarówno klientów, jak i korzyści płynących z prawdopodobnie najbardziej dynamicznie rozwijającej się technologii

W dzisiejszym świecie od agencji marketingowych oczekuje się znacznie więcej, a AI daje możliwość zapewnienia usług efektywnych i dopasowanych do indywidualnych potrzeb nawet najbardziej wymagających klientów.

Sztuczna inteligencja (AI) w dłuższej perspektywie stanie się integralną częścią naszego życia. Jest to widoczne w postaci rekonfiguracji pomysłów, zainteresowań i inwestycji w dziedzinie wdrażania sztucznej inteligencji przez przedsiębiorstwa. Istnieje kilka obszarów, w których korzystanie z Al daje znacznie lepsze rezultaty. Marketing oparty na sztucznej inteligencji (AI) to proces wykorzystywania metod i narzędzi AI w optymalizacji wydatków, dostosowywaniu treści i personalizacji potrzeb klienta. Przykłady rozwiązań marketingowych AI obejmują chatboty, rozpoznawanie obrazów, osobistych asystentów (takich jak Google Assistant, Amazon Alexa, Microsofts Cortana i Apples Siri) czy ukierunkowane i spersonalizowane reklamy. „Jedyną stałą w życiu jest zmiana”. A świat marketingu przechodzi obecnie ogromną metamorfozę. Marketing oparty na sztucznej inteligencji odgrywa coraz większą rolę wraz z pojawieniem się nowych narzędzi marketingowych, takich jak ChatGPT.

– Agencja Media Forum, która istnieje na rynku reklamy i public relations od ponad 26 lat, również wykorzystuje zasoby i możliwości, jakie daje sztuczna inteligencja, między innymi w docieraniu do klienta, analizie danych, personalizacji i automatyzacji procesów – mówi Katarzyna Jarczewska, Client Service Director. Obecnie od osób pracujących w agencji oczekuje się, że będą biegle poruszać się w świecie opanowanym przez sztuczną inteligencję. Naszym zadaniem jest nie tylko zrozumienie potrzeb klientów, lecz także wykorzystanie potencjału AI do dostarczania im spersonalizowanych rozwiąza, interpretując wyniki analizy danych generowanych przez AI.

Na pewno sztuczna inteligencja zmienia zasady gry, oferując niedostępne dotychczas narzędzia, a także zupełnie nowy sposób myślenia o marketingu. Ale gdy wkraczamy w 2024 r., a sztuczna inteligencja zmienia się z nieznanej nowej technologii w zaufanego pomocnika każdego biura, warto uważać na potencjalne pułapki i zagrożenia. Jest to główny obszar, na który my, pracownicy agencji marketingowych, powinniśmy zwracać uwagę. W erze sztucznej inteligencji obsługa wrażliwych informacji o klientach stała się bardziej złożona. Internetowe narzędzia i oprogramowanie AI są głównym źródłem kradzieży danych i oprogramowania szpiegującego, ukierunkowanego na zapracowanych pracowników, którzy chcą przyspieszyć wykonywanie zadań. Ryzyko w tym obszarze wymaga od nas oceny i modernizacji środków bezpieczeństwa, a także edukacji pracowników w zakresie potencjalnych zagrożeń.

– Wszelkie narzędzia sztucznej inteligencji używane przez pracowników agencji powinny być dokładnie sprawdzane, aby zminimalizować ryzyko wycieku danych. Regularne sesje szkoleniowe dla pracowników na temat prywatności danych, przeprowadzanie ocen wpływu na prywatność i posiadanie dedykowanego inspektora ds. prywatności może znacznie przyczynić się do zapewnienia zgodności – dodaje Katarzyna Jarczewska.

Zgodność z wszelkimi przepisami dotyczącymi prywatności, takimi jak RODO, jest nie tylko obowiązkiem prawnym, lecz także podstawą zaufania klientów. Przepisy te wymagają rygorystycznych protokołów przetwarzania danych i ochrony prywatności. Należy szczególnie przestrzegać tych przepisów, aby uniknąć potencjalnych komplikacji prawnych.

Sztuczna inteligencja z przytupem wkracza w świat marketingu, ale nie należy zapominać, że narzędzia AI mogą być niezastąpione jedynie do wykonywania powtarzalnych zadań. Jeśli za bardzo się na nich skupimy, możemy stracić to, co nas wyróżnia. Kreatywność, wrażliwość, nieszablonowe myślenie, które sprawiają, że nasze kampanie marketingowe wyróżniają się na tle konkurencji.

Najlepszym posunięciem jest więc znalezienie równowagi i balansu. Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana do sprawdzania liczb i sortowania danych, a zespół agencji do bardziej ekscytujących i kreatywnych zadań. Innymi słowy, to ludzie mogą wykorzystać dane pozyskane przez Al i przekształcić je w marketingowe złoto.

Poza tym nadmierne poleganie na sztucznej inteligencji może prowadzić do nieprzewidzianych problemów. Zdarza się, że treści stworzone przez sztuczną inteligencję są stronnicze, obraźliwe lub niedokładne, co może poważnie zaszkodzić reputacji marki. Przykładowo, źle opublikowany post w mediach społecznościowych może doprowadzić do reakcji ze strony klientów. Aby ograniczyć to ryzyko, musimy dokładnie sprawdzać i edytować treści tworzone przez sztuczną inteligencję, upewniając się, że są one zgodne z wartościami marki i utrzymują wysoki standard jakości.

Radzenie sobie z oczekiwaniami klientów dotyczącymi sztucznej inteligencji jest delikatnym, ale kluczowym aspektem pracy agencji. Nieporozumienia co do możliwości AI są powszechne i mogą prowadzić do nierealistycznych oczekiwań. Przejrzysta i uczciwa komunikacja ma tutaj kluczowe znaczenie.

– Tempo rozwoju nowych technologii jest ogromne, a sztuczna inteligencja oferuje nieprawdopodobne możliwości, ale nie jest pozbawiona wyzwań. Rozumiejąc te kwestie, możemy w pełni korzystać z zasobów Al, jednocześnie utrzymując wysokie standardy etyczne, zadowolenie klientów i tętniące życiem miejsce pracy – podsumowuje Katarzyna Jarczewska.

Katarzyna Jarczewska – Partnerka i współwłaścicielka założonej w 1997 roku agencji reklamowej i PR, Media Forum. Ekspert ds. komunikacji, public relations, zarządzania sytuacjami kryzysowymi oraz strategii marketingowych przedsiębiorstw.

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...