.
Strona główna Blog Strona 389

WallStreet po raz 20.

W jubileuszowej konferencji, zorganizowanej z ogromnym rozmachem przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, wzięło udział blisko 1,5 tys. osób

W ciągu trzech dni odbyło się w sumie 40 paneli i wykładów, w których głos zabrało 46 ekspertów i praktyków blisko związanych z rynkiem kapitałowym. Swoimi sukcesami i planami pochwaliło się także blisko 100 spółek notowanych na GPW. A o skali całego przedsięwzięcia niech świadczy chociażby to, że pod potrzeby konferencji organizator wynajął w Karpaczu cały Hotel Gołębiewski, który jest jednym z największych tego typu obiektów w Polsce.

Przyszłość GPW
Tradycyjnie konferencję zaszczyciła swoją obecnością prezes warszawskiej GPW – Małgorzata Zaleska. W trakcie spotkania z inwestorami powiedziała, że obecna giełda jest diametralnie różna od tej sprzed ćwierć wieku. W pierwszych latach istnienia rynku było wiele prywatyzacji przedsiębiorstw rozpoznawalnych przez Polaków, a to przyciągało inwestorów. Dzisiaj nie tylko nie ma takich prywatyzacji, ale także innych dużych IPO, które zawsze są świetnym sposobem na przyciągnięcie inwestorów, bo to właśnie podczas największych debiutów otwierano najwięcej rachunków inwestycyjnych.

Wpływ na GPW ma także sytuacja zewnętrzna, w tym m.in. konkurencja, chociażby ze strony firm foreksowych, które oferują określony produkt i perspektywę zarobku, ale i duże ryzyko. Ponieważ stosowana jest tam duża dźwignia, drobni inwestorzy z małym kapitałem mogą więc tam szybciej zaistnieć. – W ostatnim czasie zostało też wyraźnie osłabione zaufanie do rynku, choćby przez reformę OFE czy zdarzenia na NewConnect. Widzimy to i staramy się to poprawić. Pomóc w tym może np. wchodzące w życie 3 lipca tego roku rozporządzenie MAR, które dotknie przede wszystkim spółki z NewConnect. Przyszłość GPW pani prezes widzi nie tylko w akcjach, ale również w obligacjach, chociaż dobrze by było zwiększyć przejrzystość tego rynku, np. nadając obligacjom jakieś poziomy ryzyka, aby inwestor miał większą świadomość, jaki papier nabywa.

Przyszłość OFE
W drugiej części spotkania z inwestorami prezes GPW wzięła udział w debacie z byłym prezesem tej instytucji Wiesławem Rozłuckim, szefową KDPW Iwoną Sroką oraz wiceprezesem Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych Dariuszem Witkowskim na temat powszechnego oszczędzania i roli giełdy w tym procesie. Jej zdaniem, jeśli nie zbuduje się oszczędności długoterminowych, nie będzie z czego finansować rozwoju polskiej gospodarki, a emerytury będą niskie. Dlatego też fundusze OFE trzeba zastąpić nowym systemem oszczędzania, który powinien być prosty, dostępny i powszechny, a otwarte pozostaje pytanie, czy powinien być obowiązkowy, czy dobrowolny. Zaprzeczyła też, że zostały już podjęte przez rząd jakieś decyzje w sprawie nacjonalizacji OFE. Zdaniem Sebastiana Buczka, prezesa Quercus TFI, jeśli by się tak stało, wpłynęłoby to negatywnie na notowania akcji i postrzeganie polskich spółek.

W trakcie dyskusji Wiesław Rozłucki zdiagnozował dwa, jego zdaniem, fundamentalne problemy rynku kapitałowego w Polsce: jeden zewnętrzny, drugi wewnętrzny. Pierwszy to niepewność regulacyjno-właścicielska, bo od 2013 r., czyli od czasu reformy OFE, wokół giełdy zaczęła się tworzyć dziwna atmosfera nienawiści. Nie pomagają jej również manipulacje polityków przy spółkach Skarbu Państwa, kiedy to te z lepiej radzącego sobie sektora są zmuszane do wspomagania tych będących w dużo gorszej sytuacji. Drugi to gorsze od oczekiwanych wyniki spółek giełdowych. W I kw. br. ponad połowa z nich (czyli ponad 200) zaraportowała gorsze wyniki, a to istotnie wpływa na kondycję giełdy. A jeśli inwestorzy nie mogą na giełdzie zarobić, to z niej uciekają i żadne akcje edukacyjne czy promocyjne nic tu nie pomogą. Nic dziwnego, że obecny okres jest, jego zdaniem, najcięższym w historii GPW.

 

Przyszłość rynku kapitałowego
Temu tematowi było poświęconych wiele paneli dyskusyjnych. Paweł Dziekoński, wiceprezes GPW, Maciej Samcik, autor bloga Subiektywnie o finansach, oraz Marcin Iwuć, autor bloga Finanse bardzo osobiste, dyskutowali o powszechnym inwestowaniu na giełdzie – spekulacjach czy oszczędzaniu długoterminowym. Swój panel dyskusyjny mieli także przedstawiciele sektora IT – AB, ABC Data oraz Action – którzy dyskutowali o zmieniających się trendach, ryzykach i oczekiwaniach, czyli szerzej o szansach i wyzwaniach dystrybutorów sprzętu IT na GPW. Ich problemy zaczęły się wtedy, gdy wydłużył się czas użytkowania urządzeń elektronicznych, co istotnie zwiększyło czas pomiędzy wymianą ich na nowe. ABC Data była reprezentowana przez panią prezes Ilonę Weiss, pozostałe firmy – przez członków zarządu.

Wreszcie Piotr Nowajlis, wiceprezes CCC, wraz z przedstawicielami takich spółek, jak Tauron, Grupa Azoty i PZU, dyskutowali o przyszłości polskiej gospodarki z perspektywy giełdowych potentatów. Dużym zainteresowaniem cieszył się też panel dyskusyjny „Blaski i cienie inwestycji w nieruchomości z gwarantowanąstopą zwrotu”, bo w czasach długotrwałej bessy może to być atrakcyjna alternatywa dla inwestorów, pod warunkiem, że dobrze zabezpieczą swoje inwestycje korzystając z pomocy kancelarii prawnych. Wzięli w niej udział Robert Gwiazdowski, Kazimierz Krupa, Kancelaria Drawbridge, Marek Wasilewski, prezes Zarządu JOT-BE Nieruchomości oraz Waldemar Tadajewski, Pałac na Wodzie,, który to obiekt jest zresztą położony niedaleko Karpacza. Ciekawym panelem był też ten pt. „Jak zapewnić spółce wzrost przy zmiennych uwarunkowaniach rynkowych? Dywersyfikacja regionalna sposobem na zwiększenie wartości dla akcjonariuszy”, w której wzięła udział Ilona Weiss z ABC Data, Piotr Nowjalis z CCC, Wojciech Kocikowski, wiceprezes Amica Wronki oraz Przemysław Skrzydlak, prezes IZO-BLOK.

Dużo osób przyszło też na dyskusję „Bez tych pieniędzy nie byłoby Apple i Google, czyli jak rozwijać startupy ze wsparciem środków publicznych”, w którym wziął udział Michał Bańka z PARP oraz Przemysław Paczos z NCBiR. O nowych technologiach rozmawiano natomiast w trakcie debaty „Perspektywy rozwoju druku 3D na rynkach światowych”, w której wzięli udział Rafał Tomasiak, prezes największego w Polsce producenta drukarek 3D, firmy Zortrax, oraz Jarosław Ostrowski, prezes IPO Doradztwo Kapitałowe. W Salonie Inwestorów spotkali się natomiast Szymon Midera, prezes Banku Pocztowego oraz Karol Zarajczyk, prezes Ursus S.A., a dyskusję między nimi poprowadził przedstawiciel tygodnika „Wprost”.

Prelekcje
Spośród wielu, które się odbyły, warto wymienić wystąpienie Sebastiana Buczka z Quercus TFI, który odpowiedział na 100 pytań związanych z ostatnimi dużymi inwestycjami funduszu w: Altus TFI (58 mln zł), Rafako (43 mln zł), PKO BP (40 mln zł), MCI (35 mln zł). Jako przykład weźmy MCI, który jest funduszem inwestującym w spółki nowych technologii. Ponieważ jest dość nielubiany przez inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych, jego akcje są notowane z dużym dyskontem. Spółka zresztą sama skupuje własne akcje, dokupuje je także właściciel. Jednak, zdaniem Quercus TFI, jeżeli inwestycje MCI będą tak udane jak w ostatnich latach, cena wyraźnie wzrośnie, choćby przez sam skup. Ciekawa była także prelekcja Wojciecha Białka z CDM Pekao SA, który mówił o tym, kiedy można się spodziewać recesji w naszym kraju. Prawdziwą gratką dla inwestorów indywidualnych preferujących analizę techniczną był też dwugodzinny wykład Joe DiNapoli, który pokazał uczestnikom, w jaki sposób grać na rynku stosując jego wskaźniki autorskie. Dużym zainteresowaniem cieszył się także wykład nt. algotradingu, czyli wykorzystania narzędzi informatycznych do inwestowania. Nie jest to proste zadanie, gdyż wymaga wsparcia profesjonalnego informatyka, a nawet wtedy trzeba się liczyć ze stratami, bo generalnie giełda jest nieprzewidywalna i inwestujące na niej algorytmy trzeba od czasu do czasu korygować.

Rynek kapitałowy vs. demografia
Na konferencji pojawił się również Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha, który wraz z Rafałem Hirschem dyskutował o wpływie gospodarki, demografii i polityki na przyszłość rynku kapitałowego w Polsce. Jego zdaniem, największe znaczenie odegra demografia i to nie tylko na giełdę i rynek kapitałowy, ale również na wszystko inne i to z bardzo prostego powodu. Bogactwo narodu bierze się z tego, ile osób pracuje i z jaką wydajnością. Wydajność tę można oczywiście poprawiać, wspierając ją np. nowymi technologiami, ale jeśli będzie nieustannie zmniejszała się liczba osób efektywnie pracujących, to samą efektywnością nie uda się zastąpić ubytków ilościowych.

– Centrum im. Adama Smitha już dawno zauważyło, że zbyt wysokie opodatkowanie pracy w stosunku do kapitału generuje bezrobocie, bezrobocie generuje niepewność, a niepewność generuje problemy demograficzne, bo ludzie boją się mieć więcej dzieci. W skrócie: zły system podatkowy prowadzi do licznych perturbacji, także demograficznych. I to się właśnie sprawdza w Polsce – podsumował Robert Gwiazdowski.

Cena czyni cuda
Gościem specjalnym konferencji był Dariusz Miłek, który opowiedział o swojej drodze do sukcesu, dzięki któremu z majątkiem sięgającym obecnie 3,5 mld zł stał się czwartym najbogatszym Polakiem. Jest on właścicielem największej sieci obuwniczej w Polsce – CCC – która coraz śmielej podbija nie tylko rynki Europy Środkowo-Wschodniej, ale także stawia czoła konkurencji w Niemczech i Austrii. Jak do tego doszło? Jako młody człowiek uprawiał wyczynowo kolarstwo, a koniec jego kariery zawodniczej w 1989 r. idealnie zbiegł się z otwarciem granic i transformacją ustrojową. Nic dziwnego, że zaczął wtedy handlować, ale butami zajął się dopiero w 1991 r. W krótkim czasie zaopatrywał ponad 70 filii hurtowych, ale gdy po pięciu latach rynek nasycił się i zamiast pieniędzy dostawał od nich… buty, stworzył sieć 420 kiermaszy Żółta Stopa, w których oferował je… luzem. Cieszyły się one powodzeniem do 1999 r. i wtedy zamienił je na pierwsze sklepy franczyzowe CCC, których sloganem było „Cena czyni cuda”. Początki były jednak trudne – trzeba było stworzyć kolekcje, własne marki, zorganizować produkcję. Tu już nie można było się pomylić z ilością, trzeba było ją dopasować do ilości sklepów i sprzedaży. Dopchanie asortymentu obcymi markami nie wchodziło bowiem w grę.

Firma z porażek wyciągała wnioski i obecnie jest zdecydowanym liderem krajowego rynku, w tym roku chcąc zwiększyć sprzedaż o 40 proc., do 3,3 mld zł. W największej europejskiej fabryce obuwia w Polkowicach produkuje 3 mln par butów rocznie, a do tego sprowadza jeszcze towar z Chin. W 2017 roku spółka zamierza sprzedać 50 mln par butów, z czego połowę poza Polską. Ma się to udać m.in. dzięki zainwestowaniu w portal internetowy eobuwie.pl, który posiada 16 proc. udziału w sprzedaży obuwia przez internet w Polsce i oferuje nie tylko buty CCC, ale przede wszystkim obuwie wielu znanych marek (w sumie ponad 300). CCC jest także świetnym przykładem sukcesu giełdowego. Spółka nie tylko zanotowała ponadprzeciętny wzrost wartości, ale także wskoczyła do indeksu 20 najważniejszych spółek na GPW. Nadal jest też związana z kolarstwem, 0,5 proc. przychodów przeznaczając na profesjonalną grupę kolarską CCC Sprandi Polkowice.

Po godzinach
W trakcie konferencji nie zabrakło także atrakcji sportowych, jak i artystycznych. Około 50 osób wzięło udział w wyścigu kolarskim, trochę więcej w porannym joggingu, najwięcej skorzystało z pięknych basenów, tylko nieliczni wybrali się natomiast na wycieczkę w góry, i to już po zakończeniu imprezy. Dużym zainteresowaniem cieszył się koncert Ewy Farnej z zespołem, a także występ Marcina Dańca, któremu towarzyszył chór składający się z dwójki zwycięzców programu Szansa na Sukces. Wszyscy uczestnicy życzyli sobie, żeby wreszcie skończyła się bessa i żeby w lepszych nastrojach można się było spotkać na kolejnej konferencji organizowanej przez SII. Do zobaczenia za rok!

Fundusze private equity wzmacniają gospodarkę

ManagerOnline

Polska jest dla inwestorów najatrakcyjniejszym rynkiem w naszym regionie. Z roku na rok rośnie liczba fuzji i przejęć, a inwestorzy szukają perspektywicznych spółek. Fundusze private equity i venture capital funkcjonują w Polsce od 25 lat. Od tamtej pory zmieniło się jednak otoczenie rynkowe i postrzeganie polskich przedsiębiorstw, a same fundusze na stałe zagościły w gospodarce, stając się jednym z jej filarów.

Rynek rozwijał się jednak powoli, rozpędu nabiera dopiero od kilku lat. Od kilku lat rośnie też wartość fuzji i przejęć w Polsce, mimo że w Europie Środkowo- Wschodniej maleje. Tylko w ubiegłym roku liczba transakcji w regionie spadła o 3 proc., a ich wartość o 15 proc. Nie wszystkie kraje uchodzą więc za jednakowo atrakcyjne. Z raportu „Emerging Europe M&A Report 2015/2016”, opublikowanego przez kancelarię CMS we współpracy z EMIS, wynika, że należą do nich jeszcze Węgry, Serbia, Bośnia i Hercegowina.

Europa Środkowo-Wschodnia przestała być postrzegana przez inwestorów jako region o jednakowej atrakcyjności inwestycyjnej. W krajach uznawanych za atrakcyjne inwestycyjnie brakuje jednak takiego optymizmu, jaki zapanował na rynkach rozwiniętych. Eksperci Deloitte w najnowszym raporcie „Consumer Products. M&A Insights Spring 2016” podkreślają, że w 2015 roku wartość transakcji w Europie wyniosła 142,9 mld euro, z czego 36 transakcji przekroczyło wartość 200 mln euro, a w tym 10 miało wartość powyżej miliarda euro. Rok wcześniej odnotowano natomiast tylko 34 transakcje wycenione na niecałe 40 mld euro. Analitycy podkreślają, że wszystko to działo się mimo niesprzyjających czynników, m.in. takich, jak spekulacje wokół opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej i dalszych zawirowań na światowych rynkach. Nie widzą więc przeszkód, żeby podobny, wzrostowy trend utrzymał się także w tym roku. W Polsce aż takiego boomu nie ma, ale zainteresowanie funduszy polskim rynkiem jest wciąż duże.

– Możliwości inwestycyjne polskiej gospodarki były i są ograniczone, ponieważ system gospodarki rynkowej jest w Polsce wciąż relatywnie młody. Ograniczony czas na akumulację kapitału powoduje często kapitałową lukę, stanowiącą barierę w rozwoju przedsiębiorstw i całej gospodarki. Dzięki funduszom venture capital czy private equity ta kapitałowa luka jest zmniejszana. Są one także ważnym elementem rynku fuzji i przejęć. Co istotne, branża private equity wnosi do polskich firm zdobyte na różnych rynkach doświadczenia i najwyższej jakości standardy zarządzania, dzięki czemu możliwy jest dynamiczny rozwój jednych albo udana restrukturyzacja innych – mówi Beata Radomska, prezes Executive Club, organizatora konferencji Investment Forum & Private Equity Awards Gala, która skupia liderów rynków inwestycyjnych.

Zmiany pokoleniowe
Największą i najgłośniejszą ubiegłoroczną transakcją M&A było przejęcie 52,7 proc. udziałów w TVN przez Scripps Networks Interactive, który przebił oferty takich gigantów, jak Fox, Time Warner i Discovery. Fundusz wyłożył na TVN 2,42 mld złotych i wycofał spółkę z GPW. Kilka miesięcy później doszło do przejęcia PKP Energetyki przez CVC Capital Partners, szósty pod względem wielkości private equity na świecie. Zaproponowana wartość przedsiębiorstwa opiewała na 1,96 mld złotych, co po korekcie o wartość długu netto spółki dało 1,41 mld zł. W pierwszej trójce największych transakcji figuruje również kupno akcji Alior Banku od holdingu Carlo Tassara przez PZU za 1,6 mld zł. Łącznie w Polsce zawarto 346 transakcji o wartości 6,3 mld euro.

Eksperci kancelarii CMS wyliczyli, że ponad 20 proc. transakcji zawieranych na polskim rynku dotyczyło sektora produkcyjnego, ponad 18 proc. – nieruchomości. Do wielu, bo 16 proc. przejęć doszło w branży telekomunikacyjnej i IT oraz do ponad 10 proc. – w usługowej. Najwięcej transakcji zawarto w ubiegłym roku w Rosji, ale Polska zajęła drugą pozycję oraz trzecią – po Rosji i Turcji – pod względem wartości ogłoszonych przejęć i fuzji. Autorzy „Emerging Europe M&A Report 2015/2016” podkreślają, że z pierwszej trójki w regionie tylko na polskim rynku odnotowano wzrost zarówno liczby, jak i wartości transakcji o odpowiednio 21 proc. i prawie 40 proc. w porównaniu z rokiem 2014.

– Warto również zwrócić uwagę na jeszcze jedną statystykę dotyczącą rynku fuzji i przejęć w Polsce w 2015 r. Mianowicie, po stronie sprzedającej najaktywniejsze były osoby prywatne, natomiast po stronie kupującej fundusze PE/VC. Może to świadczyć o coraz powszechniejszym zjawisku sprzedaży przedsiębiorstw przez ich założycieli, którzy stanęli w obliczu problemu sukcesji – mówi Jan Kospin, dyrektor Navigator Capital.

– W ostatnim roku naprawdę wysoki poziom aktywności obserwowaliśmy w środkowym segmencie rynku, czyli obejmującym transakcje o wartości od 20 mln do 75 mln euro. W tym przypadku M&A najczęściej były podyktowane zmianą pokoleniową i decyzjami nowych właścicieli, którzy odziedziczyli przedsiębiorstwa i postanowili odzyskać środki finansowe – dodaje Dariusz Greszta, partner współzarządzający Departamentem Transakcji i Prawa Spółek w kancelarii CMS. Ekspert uważa, że tendencja ta może utrzymać się w 2016 roku, a kwestie związane ze zmianą pokoleniową wśród właścicieli średnich polskich przedsiębiorstw mają szansę znacząco zwiększyć aktywność w zakresie M&A. Tym bardziej że większość transakcji w tym segmencie rynku dotyczy sektorów nieregulowanych, które są w mniejszym stopniu zależne od zmian regulacyjnych i podatkowych.

Atrakcyjne technologie
W portfelach funduszy private equity i venture capital znajdują się spółki z niemal wszystkich branż. Większość skupia się jednak na firmach produkcyjnych i IT, choć nie unika firm telekomunikacyjnych, medialnych, medycznych, energetycznych oraz świadczących usługi finansowe. Specjaliści oceniają, że ten trend będzie kontynuowany, a najatrakcyjniejszymi sektorami inwestycyjnymi w Polsce będzie medycyna i farmacja, choć dojdą do nich również dobra konsumpcyjne, które stanowią jeszcze niewielki ułamek transakcji. Za atrakcyjne sektory uznawane będą także usługi dla biznesu, technologia i media, a w sektorach tych wszystko, co wiąże się z outsourcingiem i rozwiązaniami IT.

– Na popularności będą zyskiwały branża IT i sparing economy, rozwiązania dotyczące efektywności energetycznej oraz typu cloud z dużym naciskiem na bezpieczeństwo informacji, np. Virtual Data Room. Użycie VDR podczas transakcji rośnie w Polsce z miesiąca na miesiąc – prognozuje Piotr Jankowski, Senior Account Executive z FORDATA. Fundusze inwestują przede wszystkim w branże, które mogą być w ciągu kilku najbliższych lat najbardziej zyskowne, ale z punktu widzenia inwestora finansowego najatrakcyjniejszymi sektorami są nie tylko te działy gospodarki, które rosną najszybciej, ale również te, które w procesie postępującej liberalizacji, zmian regulacji prawnych czy też przełomu technologicznego stwarzają możliwość zmiany struktury konkurencyjnej rynku. W Polsce do takich branż zalicza się te sektory, które dotychczas przyciągały najwięcej inwestycji typu private equity, czyli telekomunikację, media, usługi i IT.

Fundusze najczęściej koncentrują swoje inwestycje sektorowo, a w portfelach znajduje się coraz więcej spółek technologicznych na różnych etapach rozwoju, co pozwala na dużą elastyczność przy wychodzeniu z inwestycji i daje możliwości osiągnięcia potencjalnie najwyższych stóp zwrotu. Największy potencjał pod względem przyszłych zysków mają innowacyjne projekty wdrażane na wczesnym etapie rozwoju. Przykładem są stopy zwrotu z rozwijanych wcześniej firm internetowych. Teraz za jeden z atrakcyjniejszych segmentów uważa się e-commerce. W każdym przypadku poszukiwane są jednak firmy, które mają dobrze przemyślane plany i przewagę konkurencyjną. W wielu przypadkach decyzja o inwestycji jest nawet bardziej uzależniona od planu i pozycji firmy, niż od branży, w której działa. Ważny jest też management. Musi mieć doświadczenie, zdolność argumentacji, prowadzić negocjacje. Doświadczenie jest niezbędne – podobnie jak wyspecjalizowany zespół.

Zdyskontowane ryzyko
Fundusze private equity i venture capital zakładają na ogół wymaganą stopę zwrotu i czas wyjścia z inwestycji. Dla jednych jest to 3-5 lat, dla innych 5-7. Wszystko zależy od osiąganych zysków i potrzeb kapitałowych. Ale fundusze nie tylko dofinansowują spółki, starają się też merytorycznie wspierać ich rozwój, dawać know-how, nadzorować realizację planów, dbać o ich wizerunek. Wyjście z inwestycji realizowane jest najczęściej poprzez sprzedaż inwestorowi strategicznemu, wykup managerski lub IPO, czyli ofertę publiczną i wprowadzenie spółki na giełdę. Dla funduszy ważna jest więc sytuacja na warszawskiej GPW, liczba IPO, która świadczy o potrzebach kapitałowych rozwijających się przedsiębiorstw oraz skłonności banków do udzielania finansowania przedsiębiorcom. Ważny jest też stabilny wzrost gospodarczy i sytuacja na rynku walutowym. W takich warunkach również polskie firmy coraz częściej prowadzą ekspansję zagraniczną, czego dowodem są przejęcia przeprowadzone przez Amikę w Wielkiej Brytanii oraz Wielton we Francji. Wszystkie ważniejsze transakcje na polskim rynku zawarto w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku, w czwartym nastała już posucha. Nowy rok też nie zaczął się najlepiej. Rynkowi nie sprzyjała nie tylko dekoniunktura na rynkach emerging markets, ale także na giełdzie. Rynki walutowy i długu również odczuły zawirowania, a rentowność polskich obligacje spadła nawet poniżej portugalskich.

– Zmiany polityczne mogą mieć bezpośredni – często natychmiastowy – wpływ na poziom i stabilność inwestycji prowadzonych zarówno przez fundusze private equity, jak i inwestorów strategicznych na poszczególnych rynkach. Jednak konsekwencje tych zmian mogą nie być odczuwalne dla regionu jako całości, gdyż inwestorzy mogą przekierować kapitał na inne rynki w Europie Środkowo-Wschodniej – tłumaczy Helen Rodwell, partner w praskim biurze kancelarii CMS, kierująca praktyką M&A kancelarii CMS w Europie Środkowo-Wschodniej. Stefan Stoyanov, Global head of M&A database z EMIS, jest też nastawiony pozytywnie.

– 2016 rok ma szansę być rokiem wytchnienia dla Europy Środkowo- -Wschodniej. Ryzyka polityczne wciąż pozostaną, niemniej będą one ograniczone lub odpowiednio zdyskontowane. Fundusze private equity mogą liczyć na wysokie zyski w tej części Europy i wciąż zwiększać aktywność w regionie – mówi ekspert.

– Impulsem do zwiększenia aktywności w M&A w Polsce mogą być rozczarowujące wyniki spółek notowanych na GPW. Niepewność w sferze politycznej i regulacyjnej sprawiła, że wskaźniki spółek giełdowych spadły do rekordowo niskich poziomów. Choć dotyczy to głównie sektorów regulowanych (np. bankowości, ubezpieczeń i energii) lub spółek z udziałem Skarbu Państwa, to wraz ze spadkiem indeksów większości polskich przedsiębiorstw typu blue chips, zmniejszyła się również wartość spółek zaliczanych do średniego segmentu rynku. A to stwarza możliwość nabycia ich za rozsądną cenę – prognozuje Dariusz Greszta.

Dobre prognozy
Eksperci Deloitte uważają, że polski rynek może być stymulowany przez fundusze inwestycyjne, wyszukujące okazji wśród średnich firm rozstrzygających obecnie dylematy sukcesji. A ponieważ ten sektor rynku jest atrakcyjny, bo podlega mniejszym wahaniom koniunkturalnym, można oczekiwać wzmożonego poszukiwania spółek do przejęcia. Deloitte nie oczekuje jednak spektakularnych, dużych transakcji, raczej średnich, których ostatecznym celem będzie konsolidacja rynku. Istotnym czynnikiem rozwoju rynku M&A mogą być także przeciętne wyniki warszawskiej giełdy, która nie zachęca obecnie do debiutów i poszukiwania kapitału na rynku pierwotnym.

– W Europie Środkowo-Wschodniej wciąż istnieje wiele ciekawych okazji transakcyjnych, szczególnie w środkowym segmencie rynku, które będą przyciągać zarówno inwestorów strategicznych, jak i fundusze private equity. Ta część Europy jest jednym z lepiej rozwijających się obszarów pod względem ekonomicznym, choć zmieniająca się sytuacja polityczna w regionie może mieć wpływ na poziom fuzji i przejęć. Wraz ze zmianami na rynku M&A, sprzedający mogą być zmuszeni do obniżenia swoich oczekiwań lub zwiększenia apetytu na ryzyko – dodaje Helen Rodwell.Mark Jung, partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Private Equity w Deloitte Central Europe, również podkreśla, że region Europy Środkowej i Wschodniej pozostaje obszarem oferującym inwestorom private equity szerokie możliwości inwestycyjne.

– Fakt ten nie zmienia się od kilku lat i nic nie wskazuje na to, by miało to nastąpić w najbliższym czasie. Optymizm reprezentantów tego rynku, ich otwartość na nowe inwestycje, jak również dobre wskaźniki gospodarcze zwiastują, że w ciągu kolejnych miesięcy możemy być świadkami interesujących transakcji – zapewnia ekspert. Inwestorzy mają podobnie optymistycznie nastawienie. Badania „Rebounding confidence drives mid-market” wykazały, że prawie jedna czwarta przedstawicieli funduszy private equity spodziewa się poprawy warunków gospodarczych w ciągu najbliższych sześciu miesięcy.

To osiem razy więcej niż jesienią 2015 roku, kiedy opinię taką wyrażało jedynie 3 proc. Z 33 do 27 proc. zmniejszył się odsetek inwestorów oczekujących pogorszenia warunków ekonomicznych. Połowa badanych przewiduje jednak nadal, że sytuacja gospodarcza się nie zmieni. Mimo to CE Private Equity Confidence Index, który pod koniec ubiegłego roku wynosił 92 punkty, wzrósł do 124 punktów, a 73 proc. przedstawicieli funduszy private equity ma zamiar w ciągu najbliższych 6 miesięcy skupić się na nowych inwestycjach. Tak wysokiej wartości wskaźnik nie miał od 5 lat.

Broker potrzebny od zaraz

    W ślad za nowymi regulacjami prawnymi z 1990 roku, na rynku polskim zaczęły pojawiać się zupełnie nowe zakłady ubezpieczeń. Lecz za tym rozwojem nie nadążała i nie nadąża edukacja ubezpieczeniowa

    W dalszym ciągu, nawet od kadry managerskiej, oferujący swoje profesjonalne usługi broker może często usłyszeć pytanie: „no dobrze, ale ile towarzystw pan reprezentuje?”… Oczywiście, z każdym rokiem jest coraz lepiej, uczymy się. Ale w dalszym ciągu nie mamy pojęcia, co można i co powinno się ubezpieczać; nie wiemy jak to robić, by mieć pełną gwarancję skuteczności zawartych umów; w dalszym ciągu w prywatnych ubezpieczeniach zdrowie i życie przegrywają z samochodem. Takie postawy to efekt ugruntowanej przez dziesiątki lat mentalności, wynikającej z monopolu państwa w tej dziedzinie, jak i przykrymi doświadczeniami w kontaktach z zakładami ubezpieczeń (czytaj: droga przez mękę przy wypłacie odszkodowania czy świadczenia). A ile jest jeszcze do zrobienia, niech świadczy kilka liczb i z europejskiego rynku. W 2014 roku (dane GUS) zebrana składka w przeliczeniu na osobę (per capita) dla Unii wynosi około 2200 euro; Polska z 335 euro zajmuje 22. miejsce i bardzo daleko nam do przodującego Luksemburga (5200 euro), Francji (około 3000 euro) czy Niemiec (2300 euro).

    Tak więc z jednej strony wyraźne szanse i miejsce na ciągły wzrost rynku ubezpieczeń, a z drugiej – kulejąca świadomość i edukacja. I tu wracamy do wstępu: naprawdę bardzo często, wręcz powszechnie spotkać się można z niezrozumieniem roli brokera. Nagminnie jest on kojarzony z agentem ubezpieczeniowym (lub raczej z multiagentem), który pojawia się z wachlarzem „ofert nie do odrzucenia”.

    Ubezpieczenia przeznaczone dla klientów z sektora małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) są jednym z najszybciej rozwijających się segmentów polskiego rynku ubezpieczeniowego. Spora część produktów ubezpieczeniowych jest złożona i wymaga umiejętnego dostosowania do potrzeb i specyfiki poszczególnych branż, dlatego tak ważna staje się rola brokera w pośrednictwie ubezpieczeniowym. Bo właśnie jedyną cechą wspólną brokera i agenta jest to, że obaj są pośrednikami ubezpieczeniowymi! Ale ich usytuowanie jest dokładnie przeciwne: broker zawsze reprezentuje interes klienta; agent (nawet najbardziej sympatyczny) zawsze zadba o interes ubezpieczyciela, bo jest jego przedstawicielem lub pracownikiem.

    Najtrafniej rolę i miejsce brokera już w roku 1991 wyjaśnił jeden z czołowych znawców prawa ubezpieczeniowego prof. Eugeniusz Kowalewski: „jest szczególnym pośrednikiem ubezpieczeniowym, działającym na zlecenie i w interesie nie określonego ubezpieczyciela, lecz osoby zainteresowanej uzyskaniem ubezpieczenia, a więc ubezpieczającego. Dba o jego interesy, służy mu swoją fachową radą co do tego, na jakich warunkach można najkorzystniej zawrzeć ubezpieczenie; co oznaczają określone klauzule ubezpieczeniowe; czego należy przestrzegać; czego się domagać; co robić w razie nastąpienia wypadku ubezpieczeniowego (…) Mając doskonałe rozeznanie rynku ubezpieczeniowego wyszukuje odpowiednich ubezpieczycieli i przeprowadza z nimi rokowania, starając się uzyskać warunki umowy najbardziej korzystne dla swoich klientów”. Co więcej, broker biorąc odpowiedzialność (w tym zawodzie obowiązkowe jest ubezpieczenie OC na poziomie co najmniej prawie 1,9 mln euro) pozwala klientowi na spokojny sen

    Innowacyjne rozwiązania w logistyce

      Od kilku lat głośno się mówi o nowych wyzwaniach stojących przed uczestnikami rynku logistycznego. Automatyzacja to jeden z rozwojowych kierunków zmian. Inwestycje w automatykę magazynową zwiększają wydajność procesów i obniżają koszty, co w rezultacie prowadzi do wzrostu konkurencyjności oferowanych usług

      Presja na skracanie czasu realizacji zamówień czy stale rosnące koszty pracy to tylko niektóre powody, dla których coraz więcej firm logistycznych sięga po nowe technologie. W dzisiejszych czasach to wydaje się być właściwym sposobem utrzymania konkurencyjności, bo inwestycje w rozwiązania z obszaru automatyzacji sprawiają, że procesy stają się prostsze i bardziej zoptymalizowane. W strukturach Grupy FM stworzony został specjalny Dział Automatyzacji, którego głównym zadaniem jest opracowywanie – we współpracy z klientami i firmami partnerskimi – innowacyjnych rozwiązań o dużej wartości dodanej, wpisujących się w ramy projektu Magazynów Przyszłości.

      Jednym z narzędzi, które w ostatnim czasie FM Logistic opracowało we współpracy z firmą specjalizującą się w integracji zrobotyzowanych linii pakujących, jest unikalny moduł rozcinania opakowań zbiorczych. Otwieranie opakowań zbiorczych, występujące podczas operacji copackingu, jest zadaniem powtarzalnym, mogącym stanowić źródło dolegliwości mięśniowo-szkieletowych, (MSD, choroby układu mięśniowo-szkieletowego z ang. musculoskeletal disorders) i skaleczeń. Tylko w centrum logistycznym FM Logistic zlokalizowanym w Fauverney takim operacjom poddawanych jest 1,2 miliona opakowań rocznie. Komisja Europejska szacuje, że MSD jest przyczyną 50 procent nieobecności w pracy trwających trzy lub więcej dni oraz 60 procent przypadków trwałej niezdolności do pracy. Dlatego wiadomo było, że rozwiązanie tego problemu jest istotne nie tylko z uwagi na poprawę funkcjonowania łańcucha dostaw, ale też podniesienia komfortu pracy na platformach. Mimo tego, że w Grupie FM od jakiegoś czasu wykorzystywane były urządzenia do półautomatycznego otwierania opakowań zbiorczych, to operator wraz z firmą Axys Robotique postanowił stworzyć urządzenie, które rozwiąże wciąż istniejące problemy.

      Wybór partnera nie był przypadkowy – FM Logistic postawił na eksperta w zakresie integracji zrobotyzowanych linii pakujących z ogromnym know-how w dziedzinie opracowywania rozwiązań wykorzystujących roboty przemysłowe. Kooperacja dwóch wyspecjalizowanych firm pozwoliła na skonstruowanie narzędzia o bardzo zaawansowanych funkcjonalnościach. Nowy moduł do rozcinania opakowań zbiorczych to narzędzie, które tnie dostosowując się do grubości i jakości rozcinanego kartonu oraz wytrzymuje znaczne obciążenia mechaniczne. Dzięki niemu możliwe stało się całkowite wyeliminowanie konieczności otwierania opakowań przez pracowników, co zdecydowanie poprawiło warunki ich pracy (nastąpił znaczący spadek dolegliwości mięśniowo- szkieletowych) i zmniejszyło liczbę skaleczeń nożem do kartonu, na które dotychczas byli narażeni. Ponieważ zastosowanie urządzenia w centrum logistycznym w Fauverney pozwoliło znacząco zwiększyć produktywność operacji copackingu, podjęta została decyzja o zaimplementowaniu go do wszystkich pozostałych centrów FM Logistic. Równocześnie Dział Automatyzacji pracuje nad wzbogacaniem modułu o nowe funkcje, takie jak np. obsługa foliowanych jednostek logistycznych. Robot kartezjański to kolejny projekt będący elementem Magazynu Przyszłości.. FM Logistic we współpracy z lokalnym integratorem systemowym Automat System zaprojektowało dostosowany do swoich potrzeb przemysłowy robot, zwany kartezjańskim, sprzężony z układem obsługiwanych przez sterownik przenośników. Zapewnia on automatyczny rozładunek palet przy dowolnej konfiguracji warstw, bez żadnej uprzedniej regulacji, przy równoczesnym systematycznym zasilaniu jednej lub kilku linii pakowania.

      Docelowo przewiduje się wyposażenie robota w dodatkowe funkcje, takie jak np. automatyczne etykietowanie opakowań detalicznych. Wspomniane rozwiązania to nie jedyne innowacje wprowadzone w ostatnim czasie w FM Logistic. Innym ciekawym przykładem jest nowe urządzenie – scentralizowane gniazdo owijania palet. Tylko na platformie w Fauverney każdego roku zużywane jest 4,5 miliona metrów bieżących folii do owijania palet! Dział Automatyzacji FM Logistic w odpowiedzi na to wyzwanie opracował całkowicie zautomatyzowane urządzenie przystosowane do owijania palet dowolnego kształtu i wielkości. Gniazdo składa się z dwóch automatycznych owijarek z igłową perforacją folii, znajdujących się na przenośniku wyposażonym w obrotowe stoły. Odpowiednio rozmieszczone czujniki automatycznie rozpoznają wymiary podstaw palet. Oprócz natychmiast zauważalnych korzyści w zakresie ergonomii (paleta jest owijana automatycznie, bez jakiejkolwiek ludzkiej ingerencji), dzięki nowemu narzędziu zoptymalizowana została konfiguracja strumieni towarów. Scentralizowane gniazdo owijania palet obecnie stanowi rozwiązanie nadające się do wprowadzenia we wszystkich centrach operatora o porównywalnych potrzebach.

      W FM Logistic od dłuższego czasu wykorzystywane są innowacyjne narzędzia usprawniające procesy logistyczne, a jednocześnie ułatwiające pracę. Dobrym przykładem mogą być, zainstalowane pod koniec 2015 roku na wybranych platformach, przenośne wewnętrzne platformy przeładunkowe Autodock. Przejście od załadunku ręcznego do w pełni zautomatyzowanego systemu załadunkowego pozwoliło zwiększyć dynamikę, a w konsekwencji efektywność łańcucha logistycznego realizowanego dla klientów operatora. Dzięki platformie przeładunkowej Autodock, fazy załadunku i rozładunku przebiegają do 6 razy szybciej niż w przypadku standardowych urządzeń. Tego typu platforma wyposażona jest w pomost z urządzeniem poziomującym oraz odbojniki. Jej zamontowanie nie wymaga wielu przeróbek, a w razie przeprowadzki może być z łatwością przewieziona na nowe miejsce. Ponieważ zwykle montuje się ją na zewnątrz magazynu, ułatwia to jego ogrzewanie i ochronę. Główną motywacją FM Logistic do inwestowania w poszukiwanie takich rozwiązań jest poprawa komfortu i bezpieczeństwa pracy. Innowacje, takie jak skonstruowany i wdrożony moduł rozcinania opakowań zbiorczych, depaletyzator kartezjański czy scentralizowane gniazdo owijania palet, pozwalają także operatorowi oferować swoim klientom najnowocześniejsze usługi. Dział Automatyzacji FM Logistic nieustannie pracuje nad projektowaniem nowych udoskonaleń, usprawniających łańcuch dostaw. To właściwy kierunek, bo choć wydaje się to prawie niemożliwe, to wiele z nowatorskich narzędzi ma szansę stać się standardem w całkiem niedalekiej przyszłości.

      Polskie banki są innowacyjne

        Plan wicepremiera Morawieckiego odbieram jako wyraz zaufania, nie tylko do przedsiębiorców, ale także do banków. Zakładam, że w niektórych branżach czeka nas boom inwestycyjny, który banki oczywiście będą wspierać – mówi João Brás Jorge, prezes zarządu Banku Millennium

        Polski sektor bankowy ma opinię innowacyjnego, bo nowinki technologiczne kreowane są przez banki, podczas gdy na innych rynkach przez podmioty niebankowe. Z czego ta innowacyjność wynika?
        Szukając różnic pomiędzy polskim a, przykładowo, amerykańskim rynkiem trzeba spojrzeć na sektor holistycznie. Rozwój technologiczny nie jest możliwy bez prawidłowego i efektywnego funkcjonowania instytucji w obszarze stricte biznesowym. W Stanach Zjednoczonych banki wciąż mają w pamięci globalny kryzys, a osłabiona reputacja największych graczy i odpływ klientów stworzyły szansę fintechom. Fundusze venture capital aktywne na amerykańskim rynku wsparły finansowaniem najlepsze inicjatywy. Tymczasem Polska przetrwała kryzys jako „zielona wyspa”, banki – dzięki odpowiednim regulacjom sektorowym i przede wszystkim racjonalnemu zarządzaniu ryzykiem – przeszły przez ten trudny okres zachowując dobrą pozycję i koncentrując się na rozwoju. Polski sektor bankowy jest jednym z najbardziej innowacyjnych. Szczególną rolę w tym procesie odgrywają technologie mobilne, obserwacja i dostosowywanie atrakcyjnych z perspektywy zachowań konsumenckich rozwiązań, szczególnie mam tu na myśli propozycje bazujące na wykorzystaniu wniosków z analizy Big Data.

        W obszarze bankowych technologii mobilnych, w którym dominują startupy albo wielcy gracze z sektora IT, w Polsce pionierami są banki. To banki rozwijają technologie, które pozwalają używać komórki jak karty płatnicze. Przykładem takiego rozwiązania jest Blik, którego zastosowanie rośnie skokowo i już po pierwszym roku funkcjonowania odnotowaliśmy 2 mln transakcji dokonanych przy użyciu tej metody. Dzięki Blikowi również przelewy p2p – czyli z telefonu na telefon – nie są melodią odległej przyszłości. Wśród priorytetów Banku Millennium pozostaje jednak nie tylko rozwijanie własnych nowatorskich usług czy produktów, ale także identyfikowanie szans i zagrożeń, które determinują rozwój innowacji w Polsce. Dzięki pogłębionym analizom mamy możliwość trafnego diagnozowania problemów czy tzw. wąskich gardeł, na które mogą natrafiać potencjalni innowatorzy, a także wskazania kluczowych czynników, które im sprzyjają. Nasza wiedza stała się asumptem do stworzenia Indeksu Millennium

        – Potencjał Innowacyjności Regionów. W oparciu o istotne wskaźniki makroekonomiczne oceniliśmy otoczenie innowacyjnego biznesu w każdym z polskich województw. Zaprezentowane w maju opracowanie stało się punktem wyjścia do ogólnopolskiej debaty na temat nierówności w rozwoju innowacyjności w poszczególnych częściach kraju.

        Sektor fintech, czyli firmy, które wykorzystują zaawansowane technologie, żeby oferować konsumentom usługi zarezerwowane wcześniej dla instytucji finansowych, to wciąż margines rynku finansowego. Ale stopniowo przechwytują coraz większą część opłat pobieranych dotychczas przez banki. Banki mają pomysł jak z nimi konkurować?
        Przewrotnie, odpowiem pytaniem. Czy muszą konkurować? Moim zdaniem nie zawsze, chociaż oczywiście rynkowe starcia są nieuniknione. Wyróżniam trzy modele relacji banków z fintechowymi startupami. W pierwszym instytucje finansowe same kreują środowiska sprzyjające innowacji i konkurują na tej płaszczyźnie z firmami technologicznymi. Drugą alternatywą mogą być akwizycje tych firm, a kolejną – podjęcie z nimi współpracy. Także banki i fintechy wcale nie muszą stać po przeciwnych stronach barykady. Już dzisiaj widać wiele aliansów. Trzeba zaznaczyć, że banki wciąż zachowują wiele znaczących przewag konkurencyjnych. To przede wszystkim kompetencje w zarządzaniu ryzykiem oraz konieczność działania w ramach zasad narzucanych przez regulatorów. Rynek usług bankowych jest ściśle obwarowany normami, które służą maksymalizowaniu bezpieczeństwa kapitału. Gwarantuje to klientom bezpieczeństwo środków.

        Przechodząc do kwestii finansowania polskiej gospodarki, istnieje wyraźny związek między poziomem oszczędności i aktywnością kredytową banków. Polacy niechętnie oszczędzają, jak ich zachęcić?
        Potrzeba czasu, aby wykształcić skłonność do oszczędzania i tradycję budowania kapitału. Polska rozwija się relatywnie szybko, 3,6-3,8 proc. wzrostu PKB to dobry wynik, poziom bezrobocia jest niski, a dynamika wzrostu wynagrodzenia – średnio 4 proc. – wysoka, szczególnie w czasie niskiej inflacji. Oszczędności systematycznie rosną, odnotowujemy naturalny 6-8 proc. wzrost, czyli relatywnie znaczący. Natomiast jeśli chodzi o przedsiębiorstwa, to depozyty sięgają ponad 230 miliardów złotych, z czego około 90 miliardów PLN to depozyty długoterminowe, które mogłyby być wykorzystane na inwestycje. Apetyt na inwestycje jest widoczny, ale badania opinii wskazują, że przedsiębiorcy do podejmowania decyzji o inwestycjach potrzebują stabilnej perspektywy.

        Z drugiej strony mamy plan wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który zakłada zwiększenie inwestycji. Wydaje się, że do tego potrzebujemy silnego sektora bankowego, bo w Polsce to właśnie kredyt jest głównym zewnętrznym źródłem finansowania inwestycji…
        Bank Millennium z dużą uwagą śledzi działania rządu. Oczywiście, wiążemy spore nadzieje z planami wspierania polskiej przedsiębiorczości. Rozwój biznesu wymaga stworzenia sprzyjającego środowiska, w co powinni być zaangażowani wszyscy potencjalni beneficjenci – decydenci, zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym, przedstawiciele świata akademickiego, sami przedsiębiorcy oraz instytucje finansowe. Rola banków w rozwoju polskiej przedsiębiorczości jest kluczowa. Plan wicepremiera Morawieckiego odbieram jako wyraz zaufania, nie tylko do przedsiębiorców, ale także do banków. Optymizm w sektorze budzi nie tylko ambitny plan rządu. Weszliśmy w okres rozstrzygania wniosków o dofinansowania w ramach nowej perspektywy unijnej. Zakładam, że w niektórych branżach czeka nas boom inwestycyjny, który banki oczywiście będą wspierać. Będą to środki również na rozwój innowacyjnych przedsięwzięć – bardzo istotnych dla przyszłości polskiej gospodarki, która swoją konkurencyjność powinna opierać nie na przewadze kosztowej, lecz właśnie na innowacyjności.

        Innowacyjność po polsku

          ManagerOnline

          O konieczności budowy innowacyjnej gospodarki wiele się mówi, jednak w Polsce wciąż konkuruje się tańszą pracą. Według danych GUS, innowacjami w latach 2012-2014 zajmowało się 18,6 proc. przedsiębiorstw przemysłowych i 12,3 proc. irm usługowych. To wciąż mało, by innowacyjność stała się atutem biznesu

          Główny Urząd Statystyczny informuje, że w 2014 r. (to najnowsze dane) wydatki na działalność innowacyjną wyniosły ponad 24,6 mld zł w sektorze przemysłowym i niecałe 13 mld zł w usługowym. To nie tylko nowe lub ulepszone produkty czy usługi, to także zakup wiedzy i oprogramowania oraz inwestycje w nowoczesne rozwiązania. Najbardziej innowacyjne są firmy farmaceutyczne oraz producenci chemikaliów i wyrobów chemicznych. W usługach – ubezpieczenia, reasekuracja i fundusze emerytalne oraz badania naukowe i prace rozwojowe. Przemysł trzy czwarte środków przeznacza na inwestycje, w usługach liczą się jeszcze prace badawczo-rozwojowe (B+R).

          – Nasycenie innowacyjnością polskiej gospodarki nie jest jeszcze na tyle duże, by konkurować inaczej niż niskimi kosztami pracy. Skłonność do inwestycji w innowacje mają nadal raczej większe firmy niż MŚP. Z badania EBOR „Innovation in transition 2014” wynika, że MŚP są nadal bardziej skłonne do zakupu technologii z zewnątrz, niż do wytwarzania własnych rozwiązań. W dużych firmach nasycenie innowacyjnością jest większe w podmiotach z kapitałem zagranicznym. Mówimy tutaj nie tylko o innowacjach produktowych, ale także organizacyjnych i marketingowych, które coraz bardziej ważą na mapie konkurencyjności na rynku globalnym – komentuje Magdalena Burnat-Mikosz, partner i lider w zakresie B+R i innowacyjności w Polsce z Deloitte.

          Przedsiębiorcy: jesteśmy innowacyjni
          Duże i średnie firmy chętnie przyznają się do nowatorstwa. – Na początku 2015 roku 78 proc. takich przedsiębiorstw deklarowało prowadzenie działalności innowacyjnej, a 71 proc. uznaje, że w ostatnich 3 latach wdrożyło innowacyjne rozwiązania. Głównym powodem, dla którego przedsiębiorstwa nie prowadzą działalności innowacyjnej, jest niepewność odnośnie do zwrotu z takich inwestycji. Często też polskie przedsiębiorstwa były przekonane, że ich model biznesowy lub strategia nie uzasadniają potrzeby prowadzenia działań innowacyjnych. Co trzecie przedsiębiorstwo wierzyło też, że jego obecna skala nie uzasadnia podjęcia działalności innowacyjnej. Zaskakująco tylko 29 proc. przedsiębiorstw nie podejmowanie działań innowacyjnych uzasadniało brakiem środków finansowych – informuje Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w sektorze nowych technologii, telekomunikacji i mediów w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Ekspert podkreśla, że w ostatnim czasie zdecydowanie wzrosła wśród polskich managerów świadomość konieczności pozyskiwania, rozwoju i wdrażania innowacji. Wymusza to rosnąca konkurencja, dążenie do ekspansji międzynarodowej i widoczne w Polsce efekty cyfrowej rewolucji. Nastawienie staje się bardziej proinnowacyjne. Jednak sama współpraca z ośrodkami badawczymi czy włączenie startupów technologicznych to za mało, by mówić o strategii innowacyjnej.

          – Takiej zmianie musi towarzyszyć zmiana organizacyjna i procesowa. Cele managerów muszą odzwierciedlać strategię organizacji. Jednak przede wszystkim celowość innowacji jest warunkowana potencjałem wzrostu przychodów. Dlatego założenia do strategii innowacyjnej powinny być oparte o analizę dotychczasowej dojrzałości innowacyjnej firmy w odniesieniu do otoczenia konkurencyjnego – przekonuje Magdalena Burnat-Mikosz.

          Potrzebne zaplecze dla kreatywności
          Wsparcie innowacyjności deklarują też kolejne rządy. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju wspiera przede wszystkim działalność innowacyjną i współpracę nauki z biznesem. Jednak zdaniem Magdaleny Burnat-Mikosz, polityka państwa musi koncentrować się na budowaniu zaplecza dla tworzenia nowej wiedzy i inspirowania kreatywności. Łatwość dostępu do zewnętrznego finansowania jest powiązana z dynamiką wzrostu nakładów na innowacje i B+R, choć to nie jedyny czynnik. – Przemysł przyszłości będzie musiał elastycznie odpowiadać na zmiany potrzeb konsumenta, a regulatorzy rynków będą musieli uwzględniać światowe trendy, a nie powielać stare modele działania – uważa ekspert z Deloitte.

          Co więcej, innowacje to nie tylko działalność badawczo-rozwojowa. Według badań np. Innovation in transition autorstwa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, istnieje pozytywna korelacja między wydatkami firm na B+R a większą skłonnością do wprowadzania innowacji w organizacji, nawet jeśli te ostatnie miałyby być oparte na rozwiązaniach wynalezionych czy opracowanych przez inne firmy. Biorąc pod uwagę, że w przemyśle większość wydatków na innowacje to inwestycje, można przyjąć, że przede wszystkim służą wdrożeniu już istniejących nowoczesnych rozwiązań. Tak działa energetyka, stopniowo wprowadzająca np. inteligentne liczniki, zakłady produkcyjne stawiające najnowsze linie technologiczne czy wdrażające nowe technologie IT, przemysł wydobywczy korzystający z osiągnięć podobnych firm, czy telekomunikacja wprowadzająca rozwiązania stworzone przez spółki technologiczne.

          Energetyka stawia na nowoczesność
          Jak w praktyce wygląda zaangażowanie polskich przedsiębiorstw w działania innowacyjne? To przedsięwzięcia od usprawniających bieżącą działalność po projekty przyszłościowe wychodzące naprzeciw współczesnym trendom. Grupa Tauron wraz z KIC InnoEnergy realizuje projekt Smart Home.

          – Obejmuje on stworzenie systemu zintegrowanych urządzeń pozwalających w efektywny sposób zdalnie zarządzać pracą urządzeń elektrycznych oraz kontrolować bezpieczeństwo w domu. Projekt ma charakter długofalowy. Urządzenia testowane będą przez klientów przez ok. dwa lata, co pozwoli na wieloaspektowe zbadanie proponowanych usług – komentuje Jarosław Broda, wiceprezes Tauron Polska Energia ds. strategii i rozwoju. W ramach pilotażu powstanie i zostanie przetestowanych 5 tys. urządzeń, takich jak inteligentne wtyczki, kamery on-line, czujniki dymu czy gazu i czadu.Spółka prowadzi też projekt Smart City Wrocław, obejmujący wdrożenie inteligentnego opomiarowania. – Po fazie pilotażowej zdecydowano o pełnym objęciu inteligentnym opomiarowaniem całego Wrocławia. Oznacza to w stosunkowo krótkim czasie wymianę około 330 tys. liczników energii elektrycznej na inteligentne – informuje Jarosław Broda.

          Koncern stara się zminimalizować czas wdrożenia innowacji, by sprostać konkurencji. To ważne, szczególnie w przypadku nowych produktów, jak w projekcie inteligentnego domu. – Pełna ocena omawianych projektów będzie możliwa za kilka lat. Dzięki projektowi Smart Home będziemy mogli wdrożyć nowe produkty wykorzystujące możliwości m.in. inteligentnego opomiarowania. Spodziewamy się dzięki temu wzrostu przychodów z nowych, atrakcyjnych produktów i lojalności klientów, którym je oferujemy – tłumaczy wiceprezes. Energetyczna grupa rocznie realizuje kilkanaście projektów innowacyjnych, w tym 8-10 projektów z dofinansowaniem zewnętrznym. Jarosław Broda uważa też, że wprowadzenie ulg podatkowych, bądź innych mechanizmów zachęt finansowych, może wpłynąć na efektywność ekonomiczną wdrożenia danego przedsięwzięcia innowacyjnego.

          – Ciekawym pomysłem byłaby możliwość zaangażowania się funduszy publicznych w rynkową działalność innowacyjną przez zastosowanie takich instrumentów, jak corporate venture capital (CVC), tworzonych na przykład przez firmy takie jak Tauron – podsumowuje.

          Zaawansowane metody wydobycia
          KGHM Polska Miedź od lat prowadzi dziesiątki, jak nie setki nowatorskich projektów, od drobnych usprawnień po nowe rozwiązania podnoszące efektywność wydobycia. Jako globalna firma musi stawiać na rozwój i innowacyjność.

          – W działalności B+R opieramy się nie tylko na własnych zasobach, ale także doświadczeniach świata nauki. Obecnie angażujemy się w działania wspierane przez Unię Europejską, korzystając z Programu Horyzont 2020. Przykład takiego projektu to BioMOre (New Mining Concept for Extracting Metals from Deep Ore Deposits using Biotechnology). Przedsięwzięcie mające na celu weryfikację w warunkach naturalnych możliwości zastosowania zupełnie nowej, innowacyjnej metody eksploatacji złóż ubogich oraz trudno dostępnych przy wykorzystaniu biotechnologii – wyjaśnia Rafał Pawełczak, dyrektor naczelny ds. badań i innowacji w KGHM Polska Miedź. Polski koncern jest tukoordynatorem konsorcjum złożonego z 23 partnerów z Europy i świata, reprezentujących zarówno przemysł, jak i uczelnie oraz centra badawczo-rozwojowe. Opracowywana technologia pozyskiwania metali znajduje się we wstępnej fazie weryfikacji możliwości zastosowania jej na skalę przemysłową. Kolejny etap, jeśli ten przyniesie pozytywne rezultaty, to budowa prototypu instalacji. To tylko jeden przykład.

          – W obszarach naszych zainteresowań są przede wszystkim działania związane z automatyzacją procesu, wzrostem bezpieczeństwa pracy oraz uzyskiwaniem większych wydajności – dodaje Rafał Pawełczak.

          W firmie działa już wizyjny system optymalizacji sterowania procesami flotacji – FloVis. Nowatorskie rozwiązanie, dzięki ciągłej kontroli parametrów wizyjnych piany, zapewnia poprawę jakości koncentratów i tzw. wzrost uzysku operacyjnego maszyn flotacyjnych. System działa w zakładach wzbogacania rud i składa się łącznie z ok. 290 kamer na 149 maszynach flotacyjnych. FloVis zwiększa zawartość miedzi w koncentracie o ponad 1,34 proc. Podobne systemy pozwalają na monitorowanie procesu mielenia i klasyfikacji (MillVis) oraz rozdrabniania (ConVis).

          Nowatorski przemysł lekki
          W innowacyjność inwestują nie tylko narodowe czempiony. Producenci z wielu branż szukają rozwiązań pozwalających zdobyć nowych klientów i budować przewagę konkurencyjną. W przemyśle włókienniczym producenci tkanin i odzieży nie mają szans w starciu z tanią tradycyjną produkcją azjatycką, więc szukają nowych rozwiązań. Czasem wręcz fascynujących. Firma Corin od 20 lat produkuje wysokiej jakości bieliznę dla pań i dziś stawia na nowatorskie produkty. Półtora roku trwał projekt, dzięki któremu powstał „biustonosz idealny”. W przeciwieństwie do wielu innowacji zakończonych na etapie prototypu, dzieło firmy Corin weszło na rynek.

          – Istotne dla nas było zbadanie, jak biustonosz wpływa na ciało kobiety Co się dzieje, jeśli jest za mały, co jeśli jest zbyt luźny. Szyjemy rocznie setki tysięcy biustonoszy i zależało nam, aby kobiety nosząc je codziennie miały pewność, że są bezpieczne, a same biustonosze nie powodują niepotrzebnych dysfunkcji i są nieodczuwalne na ciele – mówi Bogumiła Jakubczak z Corin. Spółka dzięki dofinansowaniu mogła opłacić kosztowne badania. Do przedsięwzięcia zaangażowano naukowców z Politechniki Łódzkiej oraz lekarzy z Centrum Zdrowia Matki Polki.

          – Symulacje komputerowe i wysoko zaawansowane technologie pozwoliły na stworzenie modelu przestrzennego torsu kobiety i prace nad konstrukcją biustonosza – komentuje Bogumiła Jakubczak. Po wieloetapowych badaniach grupa kobiet w różnym wieku testowała nowy produkt, a wszystko rejestrowały kamery termowizyjne.

          – Korzyści jest wiele. Poza pozyskaną wiedzą, która okazuje się bezcenna w dalszej pracy Corin, mamy świadomość, że te badania mają wymiar społeczny. Kobiety zyskały biustonosze o lepszej konstrukcji i parametrach technicznych. Bielizna to świat mody, ale walor estetyczny musi być spójny z komfortem, wygodą i przede wszystkim z wykorzystaniem bezpiecznych dla człowieka surowców, z których wykonana jest bielizna – tłumaczy Bogumiła Jakubczak. Projekt był tak niezwykły, że Discovery Channel zaprezentowała go w jednym z odcinków serii „How Do They Do It”.

          Coraz więcej nowych produktów
          Co jeszcze? Konsmetal, producent m.in. sejfów, multisejfów, kas pancernych, szaf metalowych, skarbców stworzył urządzenia Systemu Zarządzania Gotówką. Służą nie tylko do zarządzania środkami pieniężnymi, ale też do obsługi wszystkich operacji gotówkowych, zarówno przy stanowisku kasjerskim, jak i na zapleczu punktu handlowego. Poza urządzeniami do wpłacania i wypłacania gotówki, system wyposażono w aplikację Retail Cash Manager (RCM) do bieżącej kontroli procesu obrotu gotówki i zdalnego zarządzania urządzeniami w systemie. Zdaniem twórców, system poprawia płynność finansową, księguje w czasie rzeczywistym i automatyzuje rozliczenia kasjerów. Dywilan pierwszy na świecie wyprodukował tkaną sztuczną trawę i matę hybrydową (trawa naturalna wzmocniona tkaną matą) na nawierzchnie sportowe. Nowe produkty spełniają normy europejskie i wymagania FIFA i już znajdują nabywców ze względu na zalety, jakich nie mają tradycyjne rozwiązania: trwałość, odporność na uszkodzenia, bezpieczeństwo czy przepuszczalność wody.

          Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów tworzy wyspecjalizowane roboty pirotechniczne tak udane, że zakupiła je armia Korei Południowej, kraju o bardzo wysokim stopniu robotyzacji. PIAP produkuje mobilne roboty do zastosowań specjalnych, w tym antyterrorystycznych i pirotechnicznych. Pełnią już służbę w kilkunastu krajach na terenie Europy, Azji i Afryki. PKN Orlen, poza konkretnymi projektami, jak stacja doświadczalna, w której będą hodowane glony z wykorzystaniem dwutlenku węgla oraz wód poprodukcyjnych z rafinerii, służąca do produkcji biokomponentów wyższej generacji, organizuje też konkursy na innowacyjne rozwiązania podnoszące efektywność produkcji. Znacząca większość dużych przedsiębiorstw i coraz więcej średnich poszukuje dróg rozwoju. A dziś o rozwoju decydują innowacje.

           

          Pozornie łatwe publiczne pieniądze

            Każdego roku przedsiębiorstwa sprzedają sektorowi publicznemu produkty i usługi za ponad 200 mld złotych. Prawdziwe eldorado, ale tylko z pozoru. Współpraca z sektorem publicznym to przeciągające się procedury wydłużające czas realizacji kontraktów, zatory płatnicze i trudne relacje z urzędnikami

            Popyt sektora publicznego na produkty i usługi przedsiębiorstw napędzają w ostatnich latach unijne fundusze. Jak wynika z danych Urzędu Zamówień Publicznych, jeszcze w 2006 roku wartość rynku wynosiła 80 mld złotych, żeby w rekordowym 2010 roku osiągnąć 167 mld złotych. To wtedy w ekspresowym tempie budowaliśmy drogi i stadiony przed nadchodzącymi mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Ale w latach 2011-2014 przedsiębiorcy w dalszym ciągu liczyć mogli na poważny zastrzyk gotówki ze strony sektora publicznego – średnio każdego roku urzędnicy rozstrzygali przetargi o wartości 138 mld złotych. W poprzednim roku wartość rynku spadła do około 117 mld złotych, co, z jednej strony, jest pochodną około rocznego opóźnienia w wydatkowaniu unijnych pieniędzy z perspektywy budżetowej 2014-2020, z drugiej, z podwyższenia z 14 do 30 tys. euro wartości zamówienia, które może być złożone z pominięciem prawa zamówień publicznych. Od 2013 roku Urząd Zamówień Publicznych gromadzi także dane dotyczące umów zawieranych przez stronę publiczną z pominięciem procedur ustawowych – czy to ze względu na niską wartość zamówień, czy możliwe wyłączenia zapisane w prawie. Wynika z nich, że łączna wartość rynku zamówień publicznych w 2013 roku wyniosła 218 mld złotych, w kolejnym roku wzrosła do 230 mld złotych. Pełnych danych za rok 2015 jeszcze nie ma, ale można przypuszczać, że także w tym wypadku granica 200 mld złotych została przekroczona.

            Rynek jednego oferenta
            Dokonywanie zakupów przez państwo i podlegające mu organizacje związane jest z wydatkowaniem publicznych pieniędzy. W założeniu system przetargów ma wprowadzać w ten obszar gospodarczej aktywności konkurencję i sprawić tym samym, że publiczne środki będą wykorzystywane optymalnie – zamawiający będzie w stanie kupić określoną usługę po możliwie najniższej cenie. Gdyby spojrzeć na polski rynek tej perspektywy to trudno stwierdzić, że dobrze spełnia on swoją rolę – do około 40 proc. przetargów zgłasza się zaledwie jeden oferent.

            – Przedsiębiorcom nie jest łatwo zdobyć zamówienie ze strony sektora publicznego. Tego rodzaju kontrakty stawiają przed nimi większe obowiązki i stanowią większe ryzyko, związane na przykład z koniecznością wypełnienia dużej liczby dokumentów, w porównaniu do rynku komercyjnego. Najpierw trzeba ponieść pewne koszty, zaakceptować ryzyko, a później stanąć do przetargu, bez żadnej gwarancji, że się go wygra – mówi Piotr Markowski z serwisu Zamówienia 2.0, analizującego rynek zamówień publicznych. To odstrasza od rynku zamówień publicznych przede wszystkim małe i średnie firmy, które nie są w stanie pokonać biurokratycznych wymagań lub postrzegają to jako zbyt wysoki koszt. W specyfikacji istotnych warunków zamówienia, która jest podstawą Każdego przetargu, zamawiający często stawiają przed firmami bardzo trudne do spełnienia wymagania, na przykład dotyczące doświadczenia. Zdarza się, że warunki przetargów od początku określane są w ten sposób, żeby wypełniał je określony dostawca, co sugeruje korupcję, ale najczęściej wynikają z braku rynkowej wiedzy urzędników – około 20 proc. przetargów kończy się ich unieważnieniem, bo nie zgłasza się do niego żadna firma. Wystartowanie w przetargu wiąże się też z wpłaceniem wadium, które może przepaść. To również jest element zniechęcający do walki o publiczne zlecenia przede wszystkim mniejsze przedsiębiorstwa.

            Także podniesienie tzw. progu bagatelności z 14 tys. do 30 tys. euro, wprowadzone przy okazji nowelizacji ustawy w październiku 2014 roku, zmniejszyło konkurencję na rynku publicznych dostaw. Z badania przeprowadzonego przez UZP wynika, że w 2015 roku aż 62 proc. instytucji publicznych kupujących na rynku produkty i usługi nie zgłosiło ani jednego zamówienia przekraczającego wyznaczony próg. W tej grupie 45 proc. organizacji nie wypracowało żadnych własnych kryteriów wyboru najlepszych oferentów, zawierając po prostu umowę z wybraną przez siebie firmą. W takim wypadku reszta przedsiębiorców nie ma nawet szans aby dowiedzieć się o możliwości złożenia oferty i tym samym nie można mówić o uczciwej konkurencji.

            – Przekonanie o tym, że wybór określonego dostawcy jest z góry przesądzony, to także jest jednym z czynników, które zniechęcają przedsiębiorców do ubiegania się o publiczne kontrakty – uważa Piotr Markowski. Zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej, także zamówienia o wartości niższej niż próg bagatelności powinny być ogłaszane publicznie, tak aby każdy przedsiębiorca mógł złożyć swoją ofertę. Pod względem odsetka przetargów, do których zgłasza się tylko jeden oferent, Polska ma jeden z najgorszych wyników w Unii Europejskiej, na poziomie takich państw, jak Cypr, Estonia, Luksemburg czy Lichtenstein, w przypadku których taką sytuację można wytłumaczyć wielkością gospodarki.

            – To istotny czynnik ryzyka na polskim rynku zamówień publicznych, bo pokazuje, że jest on niekonkurencyjny. Niewątpliwie duża część tego problemu związana jest z występowaniem nieprawidłowości i nadużyć w procedurach przetargowych – mówi Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego, która w zeszłym roku zapoczątkowała wyliczanie barometru Ryzyka Nadużyć w Zamówieniach Publicznych.

            Dyktat najniższej ceny
            Z punktu widzenia przedsiębiorstw ubiegających się o publiczne zamówienia czynnikiem zniechęcającym do startowania w przetargach może być praktyka wybierania przez zamawiającego oferty z najniższą ceną. Dyktat najniższej ceny był jedną z przyczyn problemów branży budowlanej, która zgarnia największą część środków rozdysponowywanych przez sektor publiczny. Z przeprowadzonej przez Fundację Batorego analizy niemal ogłoszonych postępowań dotyczących zamówień publicznych z lat 2010-2015 na łączną kwotę 344 mld złotych, aż 65 proc. dotyczyło prac budowlanych. Ale stwierdzenie, że budownictwo jest głównym beneficjentem zamówień publicznych byłoby nieprawdziwe – mordercza konkurencja o finansowane z unijnych pieniędzy kontrakty na budowę infrastruktury drogowej przed Euro 2012 sprawiła, że przedsiębiorstwa licytowały się na niskie ceny. Kiedy w górę poszły ceny surowców co podniosło koszty, a jednocześnie pojawiły się problemy z płatnościami za wykonane prace ze strony Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA), część branży utraciła płynność finansową.

            Firmy realizujące kontrakty przestały płacić podwykonawcom, przez budownictwo przetoczyła się fala bankructw, kulminująca w latach 2012-2013. Na granicy bankructwa znaleźli się tacy potentaci branży, jak PBG czy Polimex Mostostal. Procesy, w które zaangażowały się firmy realizujące kontrakty, ich podwykonawcy i GDDKiA do dziś nie zostały zakończone. To pod wpływem kryzysu w budownictwie znowelizowane zostało prawo zamówień publicznych, ograniczając kategorię zamówień, w których można stosować wyłącznie kryterium najniższej ceny. Wprowadzono również obowiązek uzasadnienia sytuacji, w których zamawiający posłuży się przy wyborze oferty jedynie kryterium cenowym. W teorii ta zmiana zadziałała – odsetek postępowań, w których tylko cena decydowała o podpisaniu kontraktu spadł z 85-90 proc. do około 30 procent. W praktyce jednak i tak najczęściej wygrywają najtańsze oferty, co według niektórych specjalistów jest najbezpieczniejsze z punktu widzenia podejmujących decyzje urzędników.

            – W przetargach pojawiają się kryteria jakościowe, ale ponieważ o takie kontrakty, do których my aspirujemy, ubiegają się z reguły duże firmy, z bogatym doświadczeniem – wszyscy te kryteria wypełniamy równie dobrze. W praktyce o wyborze oferty decyduje cena – mówi przedstawiciel firmy informatycznej tworzącej oprogramowanie. Sektor publiczny jest dla branży informatycznej ważnym klientem, a w kolejnych latach zamówień może być jeszcze więcej, bo postępująca cyfryzacja administracji publicznej będzie finansowana także ze środków unijnych. Ale nadchodzący boom może być dla firm IT równie problematyczny, jak wcześniej był dla budownictwa.

            Informatyczne problemy
            Administracja publiczna jest wymagającym zleceniodawcą, bo każde ministerstwo czy instytucja ma swoją specyfikę, co powoduje, że za każdym razem firmy informatyczne zmuszone są tworzyć rozwiązania szyte na miarę. Sprostanie oczekiwaniom klientów wymaga zbudowania do realizacji każdego zlecenia zespołu, liczącego nawet kilkudziesięciu informatyków.

            – Standardem jest przeciąganie procedur i zwlekanie z podejmowaniem decyzji, co wydłuża realizację projektów. Jeśli kontrakt zaplanowany na rok realizujemy przez dwa lata, to oznacza dla nas dodatkowe koszty – mówi nasz rozmówca z branży informatycznej. Ten problem zaostrzył się po wyborach parlamentarnych – zmiana władzy skutkowała wymianą kadr w ministerstwach i urzędach. Stanowiska stracili także pracujący dla strony publicznej ludzie odpowiedzialni za sektor IT.

            – Z jednej strony nie ma nowych przetargów, bo opóźnia się wydatkowanie pieniędzy unijnych, z drugiej, mamy kłopoty z rozliczaniem projektów zapoczątkowanych jeszcze za poprzedniej koalicji, bo pod byle pretekstem urzędnicy nie chcą od nas odbierać już zrealizowanych prac. To oznacza opóźnienia w płatnościach i kłopoty z utrzymaniem płynności – ocenia przedstawiciel branży informatycznej. Zatory płatnicze grożą powtórzeniem kłopotów budownictwa. W dużych kontraktach informatycznych około 50 proc. zadań realizują podwykonawcy – brak płatności dla głównych wykonawców oznacza, że oni także nie otrzymują pieniędzy.Z funduszami unijnymi wiążą się też ścisłe terminy ich wydatkowania. Jeśli urzędnicy zbyt długo przeciągają formalności, to firmy mają mniej czasu na wykonanie prac. Nie zawsze udaje się utrzymać terminy, cierpi na tym także jakość wykonywanych prac. Kończy się karami nakładami na wykonawców, ci z kolei próbują szukać sprawiedliwości w sądzie. Efekt końcowy jest taki, że projekty nie są dobrze zrealizowane, a jeśli przed sądem okazuje się, że wina nie leży jednak po stronie wykonawcy, to Skarb Państwa zmuszony jest płacić odszkodowania.

            – W kontraktach realizowanych dla sektora publicznego zapisane w umowie obowiązki dotyczą tak naprawdę tylko wykonawców. Strona publiczna nakłada na nas kary, nawet jeśli opóźnienia w realizacji kontraktu wynikają z faktu, że nie mamy z kim współpracować po drugiej stronie – uważa przedstawiciel branży informatycznej.Według jego opinii, jeśli taka sytuacja będzie utrzymywała się w dalszym ciągu, to część firm wycofa się z realizacji kontraktów dla sektora publicznego, a na placu boju pozostaną jedynie duzi globalni gracze. Co skutkować będzie znacznym wzrostem cen usług informatycznych.

            O tym, że problemy we współpracy na linii wykonawcy-zamawiający mają negatywny wpływ na jakość usług informatycznych realizowanych dla sektora publicznego, mieliśmy okazję przekonać się podczas wyborów samorządowych w 2014 roku. Zawiódł wtedy napisany dla Państwowej Komisji Wyborczej system zliczający głosy, czego wynikiem było opóźnienie w publikacji wyników i realne straty dla Skarbu Państwa. Sektor prywatny już dawno rozwiązał ten problem – realizacja kontraktów informatycznych od początku przebiega pod nadzorem niezwiązanych z wykonawcą specjalistów, nadzorujących jakość wprowadzanych rozwiązań. Sektor publiczny testowanie systemów zleca ich wykonawcy lub robi to we własnym zakresie, ale już po ukończeniu prac.

            – Nadzór nad realizacją projektu na każdym jego etapie, poczynając od napisania Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia, pozwala uniknąć błędów lub zmienić wykonawcę we wczesnej fazie, minimalizując straty. Testowanie systemu na końcu nie ma sensu, jeśli w trakcie jego tworzenia popełniono poważne błędy już na samym początku – mówi Tomasz Szadkowski z firmy Soflab Technology, zajmującej się testowaniem systemów IT. Prawdopodobnie nawet bez wprowadzania żadnych dodatkowych rozwiązań współpraca sektora publicznego z wykonawcami systemów informatycznych mogłaby wyglądać lepiej. Gdyby tylko tendencję do unikania odpowiedzialności po stronie urzędników przynajmniej częściowo zastąpiła wola do partnerskiej współpracy

            Sport i zdrowie

            Robert Korzeniowski o tym, jak planować karierę, mądrze uprawiać sport i walczyć z procesem starzenia

            Kiedy pytam managerów o hobby, prawie zawsze słyszę: sport.
            Aktywność ruchowa jest bardzo ważna dla osób, które większość dnia spędzają za biurkiem. Musi to być jednak zestaw ćwiczeń dostosowanych do możliwości fizycznych. Postanowienia noworoczne typu: za dwa miesiące przebiegnę maraton, często przynoszą efekty odwrotne od zamierzonych. Niestety, mało kto prosi o pomoc fachowca – inspirację stanowi opinia kolegi lub tekst znaleziony w internecie. W efekcie po dwóch, trzech tygodniach pojawiają się problemy z kolanami lub ścięgnem Achillesa lub poważniejsze urazy…

            Od czego należy więc zacząć przygodę ze sportem w średnim wieku?
            Znam osoby, które podjęły takie wyzwanie mając ponad 50, a nawet 60 lat. To najlepsze antidotum na starzenie. Sport – w odpowiednich dawkach – pozwala utrzymać doskonałą kondycję do późnej starości. Tak jak wszystko, należy to jednak robić w sposób przemyślany, mając kontakt z lekarzem i trenerem. Ostatnio poświęcam wiele uwagi tym sprawom jako manager programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych w Grupie LUX MED. W lipcu 2014 roku dowiedziałem się, że LUX MED został Głównym Partnerem Medycznym PKOl. Monitoring zdrowia i prowadzona na tym gruncie optymalizacja treningu zawsze mnie pasjonowały, więc kiedy we wrześniu tego roku prezes Anna Rulkiewicz zaproponowała mi kierowanie programem medycyny sportowej w Grupie, po prostu nie mogłem odmówić. LUX MED stał się już przecież firmą ,,olimpijską”, a ja olimpijczykiem nigdy nie przestałem być po Atenach. Tytuł mistrza olimpijskiego wiąże się z misją osobistą i zobowiązaniem propagowania sportu na całe życie… Program, który zaczęła wdrażać cała Grupa LUX MED, a którego naturalnym liderem jest warszawska klinika Carolina Medical Center – FIFA Clinic of Excellence, realizuje w wersji pełnowymiarowej obecnie 6 placówek w Polsce a w wersji konsultacyjno- -orzeczniczej kolejnych kilkanaście. To poważne przedsięwzięcie, w którym bierze udział ponad stu lekarzy. Warto podkreślić, że dziś medycyna sportowa, która dotąd była dziedziną elitarną, staje się egalitarna. Specjaliści, którzy dotąd koncentrowali się na sportowcach, służą pomocą również tym, którzy chcą zadbać o kondycję fizyczną, nie rujnując sobie zdrowia nieodpowiednimi ćwiczeniami.

            Zamiast do sklepu ze sprzętem sportowym, najpierw należy więc wybrać się na specjalistyczne badania?
            Koniecznie. Dopiero po serii badań i testów możliwe jest opracowanie odpowiedniego programu ćwiczeń. Nawet sprawa z pozoru tak banalna, jak zakup odpowiedniego obuwia, może mieć istotny wpływ na to, czy nie dojdzie do kontuzji. Od dawna powtarzam, że zanim zabierze się za uprawianie określonej dyscypliny, najpierw trzeba osiągnąć poziom zerowy. A to oznacza 2-3 miesiące intensywnej pracy. Trzeba też pamiętać, że nie każdy typ aktywności jest odpowiedni dla wszystkich. Dotyczy to na przykład bardzo ostatnio modnego wśród kadry zarządzającej triathlonu…

            A jak zaczęła się pańska przygoda ze sportem?
            Nietypowo. Będąc w liceum nawet nie myślałem o tym, że pójdę na AWF. Myślałem o historii lub kulturoznawstwie. Chodziłem do szkoły, w której trzeba było zasłużyć na uprawianie sportu. Choć intensywnie trenowałem i często wyjeżdżałem na zawody, nauczyciele wymagali ode mnie dobrych wyników. Na chód sportowy zdecydowałem się dość późno, mając 16 lat. W okolicach Tarnobrzega, gdzie zaczynałem moją przygodę ze sportem, a szerzej na terenie dawnej Galicji, marsze o charakterze sportowo-wojskiowym były popularne już przed I Wojną Światową. Wtedy organizowano zawody na trasie Przemyśł- Sokal. W drugiej klasie liceum uzyskałem tytuł mistrza Polski juniorów młodszych. Zawody odbywały się w pobliskim Rzeszowie, a o mnie napisały gazety. I w ten sposób zostałem kimś w rodzaju lokalnego bohatera. Potem przyszły kolejne sukcesy, uzyskałem stypendium państwowe. Zrozumiałem wówczas, że koncentrując się na sporcie mam szansę na niezależność finansową, co było ważne dla mojej niezbyt zamożnej rodziny z czwórką dzieci. Podjąłem więc studia na AWF w Katowicach i jeszcze intensywniej trenowałem. Jak wielu młodych ludzi, w czasie wakacji brałem udział w „wyjazdach handlowych” do krajów byłego RWPG. Wspominam o tym, ponieważ było to niezłą szkołą życia i ekonomii w praktyce.

            W 1991 roku wyjechał pan do Francji.
            Miałem 23 lata i czwarte miejsce na Mistrzostwach Europy. Kontrakt zaproponował mi paryski Racing Club de France, który jest znany przede wszystkim jako organizator turnieju Roland Garros. Dzięki temu, że w liceum chodziłem do klasy z rozszerzonym programem francuskiego, nie miałem problemu z barierą językową. Po dwóch latach dokonałem transferu do klubu w Tourcoing koło Lille. Zamieszkałem 500 metrów od granicy belgijskiej, którą podczas treningów mijałem kilka razy dziennie. Pamiętam, jaki to stanowiło szok dla moich gości z Polski – przyzwyczajonych do pogranicznych kontroli i zasieków, którzy nie zdawali sobie sprawy z ułatwień w strefie Schengen. Występowałem wówczas jako reprezentant dwóch klubów – wspomnianego wcześniej francuskiego i „Wawelu” Kraków, którego prezes, wierząc, że kiedyś wrócę, załatwił mi mieszkanie służbowe w tzw. gołębniku na ostatnim piętrze bloku.

            Porzekadło, że nie ma róży bez kolców, sprawdziło się także w pańskim przypadku.

            Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia wiem, że nie należy wierzyć we własny geniusz, ani też w to, co mówią pochlebcy. Jak grom uderzyła we mnie wiadomość o dyskwalifikacji za technikę. Co gorsza – różne życzliwe osoby usiłowały za pośrednictwem mediów kłócić się w moim imieniu z sędziami. Trudno o gorszy scenariusz. W 1993 roku zdecydowałem się zmienić sposób treningów. Sam zostałem szefem swojego zespołu, do którego zaangażowałem fizjologa, fizjoterapeutę, lekarza i sparring partnerów. Żyłem skromnie, dzięki czemu 30 proc. wydatków finansowałem z własnych dochodów. Bardzo pomogły mi środki z Fundacji Solidarności Olimpijskiej, bez nich nie zdobyłbym dwóch złotych medali w Sydney. Pojawiłem się też w światowej kampanii firmy Reebok, przejętej potem przez Adidasa, z którym związany jestem do dzisiaj.

            Cztery złote medale olimpijskie, trzy w mistrzostwach świata i dwa w mistrzostwach Europy. Co czuł pan zamykając w roku 2004 karierę sportową?
            Nie miałem czasu, by się nad tym zastanawiać. Otrzymałem bowiem propozycję objęcia kierownictwa redakcji sportowej w TVP 1. Zgodziłem się, z zastrzeżeniem, że nie będę figurantem, a szefowie telewizji zlecą mi misję stworzenia sportowego kanału tematycznego, który ruszył dwa lata później. Kolejne wyzwanie stanowiła zmiana sposobu nadawana – jako pierwsi w rozdzielczości HD relacjonowaliśmy igrzyska w Pekinie. Przychodząc do TVP jako człowiek z zewnątrz ze zdumieniem patrzyłem na sieć wewnętrznych relacji i ambicji, które przeszkadzały w pracy i generowały niepotrzebne koszty. Dążyłem do połączenia redakcji sportowych poszczególnych kanałów w jeden sprawny zespół. Rozwiązanie to sprawdza się dobrze do dzisiaj. W telewizji kierowałem początkowo 30, a później 120 osobami. W praktyce uczyłem się więc zarządzania. Szybko przekonałem się, że najlepiej sprawdza się metoda delegowania zadań. Raz w tygodniu organizowałem spotkanie całego zespołu. Kierownictwo TVP zlecało mi kolejne zadania – jak np. zakup licencji. Przez pięć lat w telewizji przetrwałem… sześć zmian na stanowisku prezesa, z czym za każdym razem wiązały się nowe pomysły, których przy takiej karuzeli kadrowej nie można było zrealizować. Przez dłuższy czas udawało mi się dogadywać z kolejnymi szefami na zasadzie gentlemen’s agreement. Kiedy w końcu okazało się to niemożliwe – zdecydowałem się odejść. Wcześniej postawiłem sobie za cel uzyskanie praw do emisji Euro 2012 i ekstraligi żużlowej.

            Jak rozwijała się potem pańska kariera?
            Przez 9 miesięcy obowiązywał mnie zakaz konkurencji. Po raz pierwszy w życiu mogłem pozwolić sobie na długie wakacje. Pojechałem m.in. do Australii i Wenezueli, zmieniłem mieszkanie, urodziło mi się dziecko. Wspólnie z Izą Barton-Smoczyńską napisałem książkę „Moja droga do mistrzostwa”. Dałem się też za piątym podejściem namówić do udziału w „Tańcu z gwiazdami”. Kiedy w końcu mogłem wrócić do pracy, zaangażowałem się na 1,5 roku w ciekawy i nowatorski na polskim gruncie projekt Corporate Hospitality – czyli sprzedaż pakietów biznesowych na Euro 2012. Wszystkie założenia organizatora, czyli UEFA, zostały zrealizowane, choć początkowo wielu moich znajomych managerów z niedowierzaniem patrzyło na ten projekt. Przez kolejne dwa lata zajmowałem się rozwojem biura ubezpieczeń na rynku sportowym. Kosztowało mnie to wiele pracy i starań, okazało się jednak, że nasz rynek nie jest jeszcze gotowy na takie rozwiązanie.

            Co lubi Robert Korzeniowski?

            Zegarki Omega do garnituru, Polar Monitoring podczas treningów
            Ubrania
            Diesel, Adidas
            Wypoczynek
            różne mało znane turystom zakątki Francji
            Kuchnia
            śródziemnomorska, włoska
            Samochód
            hybrydowy Lexus RX z napędem 4×4
            Hobby
            podróże, fotografia, historia – szczególnie kultury prekolumbijskie i II Wojna Światowa

            Ważne Informacje

            Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

            Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

            AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

            Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

            Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

            Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

            Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

            Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

            Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

            Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

            Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...