.
Strona główna Blog Strona 390

Joy znaczy radość

Radość z użytkowania samochodu może mieć wiele odcieni. Škoda sprawia swym ostatnim programem, że nabycie nowego auta tej marki w specyfikacji Joy wiąże się właściwie z każdą odmianą radości

Sprawa jest prosta – modele w specyfikacji Joy wyróżniają się wyglądem (m.in. seryjnie alufelgi, przyciemniane szyby i czujniki parkowania) i wykończeniem wnętrza (wszywki z Alcantary w tapicerce foteli, niebieskie przeszycia). Ale także ich wyposażenie jest wyjątkowe – znajdziemy tu m.in. seryjnie radioodtwarzacz z kolorowym ekranem sterującym i łączem bezprzewodowym Bluetooth, klimatyzację i uchwyt na tablet dla pasażerów tylnej kanapy. Każdy model Joy ma seryjnie 6 poduszek powietrznych. Ale jest i druga strona tej przyjemności: nie jest ona droga. Po pierwsze, Joy jako modele specjalne mają także specjalnie skalkulowane ceny, a po drugie…

Po drugie, nie trzeba angażować swych środków, żeby cieszyć się Joyem. Bo Škody w tej specyfikacji są objęte specjalnym programem finansowym – podpisując 4-letnią umowę na finansowanie i wpłacając tylko 20 proc. wartości auta, przez następne 48 miesięcy spłacamy tylko 1 proc. wartości auta miesięcznie! Jak z tego wynika, 4-letnie użytkowanie nowoczesnego i świetnie wyposażonego auta (Fabia, Yeti lub Octavia) kosztować będzie klienta tylko 68 proc. jego wartości. Jest powód do radości? Ale może być jeszcze lepiej – Škoda proponuje także indywidualne, elastyczne podejście do klienta, przy czym możliwe jest podpisanie umowy nawet bez wkładu własnego.

Legenda ożywa

To jeden z najważniejszych modeli w historii Fiata. Ma zawalczyć o kompletną zmianę postrzegania marki – choć więc nie będzie modelem masowym, ciąży na nim ogromna odpowiedzialność. Na szczęście, ma wielkie szanse na sukces

Legendą model 124 Spider został równe 50 lat temu – w 1966 roku zaprezentowano samochód zaprojektowany przez Pininfarinę, który stylem, duszą i charakterem podbił serca milionów ludzi na świecie. W listopadzie ubiegłego roku zaprezentowano jego następcę – tym razem opierając go technicznie na konstrukcji Mazdy MX-5 czwartej generacji. Tylko nadwozie i zespół napędowy są produkcji Fiata, całość jest produkowana w japońskiej fabryce w Hiroszimie. Jednak auto ma wyrazisty, własny charakter i trudno się w nim dopatrzyć jakichkolwiek niewłoskich cech, jego uroda jest niezaprzeczalnie „italiana”. Nietrudno sobie wyobrazić, jak w tym aucie – jak i 50 lat temu – do zdjęć pozuje Sophia Loren…

Ten wyjątkowy roadster wchodzi właśnie oficjalnie do sprzedaży również na naszym rynku. Ceny zaczynają się od 110 tys. złotych przy bardzo obfitym wyposażeniu, które kosztem 7 tys. złotych można wzbogacić do poziomu luksusowego (wersja „Lusso”). Nie jest to zaporowa cena za niebywale ekskluzywny (w sensie egzotyczności luksusowej zabawki) samochód, którego własności jezdne – sądząc po możliwościach zaprezentowanych już przez Mazdę MX-5 (docenionej przez elitę fachowców, została Światowym Samochodem Roku 2016) – zagwarantują swym użytkownikom niesamowite doznania, prawdziwy aktywny relaks w połączeniu z gołym niebem nad głowami.

Niebo jest granicą

Rolls-Royce od przeszło wieku jest synonimem luksusu, ekskluzywności niedostępnej dla kogokolwiek spoza elity. Od kwietnia br. w Polsce jest już oficjalny salon tej marki, która swym klientom pozwala na wybredność jakiej sobie nawet nie wyobrażacie

Przed otwarciem salonu w Warszawie miałem zaszczyt odwiedzić fabrykę Rolls-Royce’a w Goodwood nad kanałem La Manche. Mieści się ona tuż obok legendarnego toru wyścigowego, na którym corocznie odbywa się Festiwal Szybkości, co razem sprawia, że każdy maniak motoryzacji doznaje natychmiast przyspieszenia tętna. Słysząc słowo „fabryka” mają Państwo, tak samo jak ja, wizję wielkiej, hałaśliwej hali pełnej automatów, robotów, wózków widłowych i transporterów, strumieni iskier ze spawarek i pokrzykujących na siebie tłumów ludzi. Pomijam już fakt, że to imaginacja sztucznie stworzona na potrzeby widzów filmów dokumentalnych – w nowoczesnych fabrykach samochodów jest dość cicho, nikt nie biega, nie ma nieporządku, choć widać wyraźnie pośpiech, presję czasu i ekonomii. Nawet jednak tak spokojny obraz nie ma nic wspólnego z tym, co ukazuje się oczom obserwatora w fabryce RR w Goodwood. I z pewnością nie ma mowy o jakimkolwiek pokazowym przedstawieniu, bo fabrykę tę wciąż zwiedzają ludzie, codziennie co najmniej po kilkunastu – klienci uwielbiają najpierw zobaczyć, jak wygląda podejście robotników do pracy. Oraz do ich samochodów…

A podejście jest takie, jak to określa zasada, że pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł. Pracują tu wyłącznie ludzie potrafiący wykonywać trudne prace, wymagające sprawności manualnej oraz intelektualnej. Nie ma mowy o bezmyślnym, mechanicznym w sensie powtarzalności wykonywaniu wciąż tych samych czynności. Nie. Tu każdy produkt jest inny. Nie istnieje coś takiego, jak „seryjny Rolls-Royce”, bo Rolls-Royce nie jest po prostu środkiem transportu. To nie jest pojazd, którym się człowiek przemieszcza z punktu A do punktu B. Samochód, który oferuje się klientowi, to raczej poemat o samochodzie. Mówi się o modelu, o silniku, charakterze (limuzyna, superlimuzyna, coupé lub kabriolet), i tyle. Karoseria, napęd, koła. Resztę definiuje klient. A jak definiuje? W ogromnej większości to, co sobie wymarzył (a także KTO sobie co wymarzył) jest tajemnicą handlową. Oczywiście, klient ma zawsze rację, lecz wbrew obiegowym opiniom, nie wszystko jest możliwe. Ale bezproblemowo akceptowane są zlecenia np. opracowania koloru nadwozia według wzoru, którym jest, przykładowo, „pukiel włosów” – sierść ulubionego setera irlandzkiego (autentyk, klient z USA). Takie zlecenia realizowane są swoim tempem (nawet i pół roku), bywają drastycznie kosztowne, ale dla tych, którzy je składają, w pełni opłacalne. Bo taki specjalny kolor można zastrzec (uzyskać do niego prawa autorskie) i nazwać wedle uznania, co zwykle uznaje się za warte wydatku (odrębnego od reszty samochodu) na poziomie co najmniej 180 tys. złotych. Tyle bowiem kosztuje procedura, obejmująca m.in. wizyty klienta w fabryce lub podróże specjalnych kurierów-handlowców, prezentujących wyniki prac nad zleceniem. Oczywiście, lakier to tylko początek. Materiały wykończeniowe w kabinie to kolejna serenada księżycowa na temat najwyższej klasy rzemiosła, umiejętności i wiedzy. Rolls-Royce z góry zaznacza, że przyjmie każde zlecenie, które będzie… legalne.

Można więc np. mieć skórę węża czy krokodyla (istnieją specjalne hodowle), ale już z nosorożca czy słonia – nie. Na przykład, na życzenie klienta po trwających rok badaniach uzyskano specjalną, zupełnie nową odmianę jedwabiu, którym pokryto fotele i boczki drzwiowe. Materiał zdobiły ręcznie malowane motywy roślinne i zwierzęce w stylu tradycyjnego malarstwa japońskiego… Podobnie jest z drewnem, metalami, kompozytami: wszystko, co najlepsze, ale przede wszystkim to, czego sobie życzy klient. Bo każdy inaczej pojmuje luksus. I właśnie na tym polega ekskluzywność, którą w tej marce nazywa się „bespoke”. Bespoke to po prostu najwyższy wymiar personalizacji. Warto jednak zaznaczyć jedną, być może niewyobrażalną kwestię: wbrew obiegowym opiniom, Rolls-Royce nie oferuje opancerzonych samochodów. Ale poza tym – sky is the limit!

 

Klasa E = wyzwanie

Każda nowa klasa E jest automatycznie najważniejszym tematem motoryzacyjnym świata. Ale jeszcze żaden model stuttgarckiej marki nie miał w sobie tak gigantycznego potencjału niszczącego dla wszystkich potencjalnych rywali

Nowa limuzyna segmentu dyrektorskiego jest o wiele bardziej obła niż jej poprzedniczka, wpisuje się jednoznacznie w język designu stworzony dla klasy S. Teraz elegancji sedana towarzyszy nowy rodzaj dostojeństwa – świadomość, że nie trzeba nikomu niczego udowadniać. Linie nowej klasy E są miękkie, czego efektem jest wyśrubowana aerodynamika, wyrażająca się we współczynniku Cx na poziomie 0,23, czym może się pochwalić niewiele pojazdów eksperymentalnych! Taki poziom dopracowania karoserii skutkuje obniżeniem poziomu hałasu, ale i stawia wyzwanie przed inżynierami układu jezdnego i silnika, bo to, co wychodzi spod ich ręki, zostaje natychmiast poddane najostrzejszej ocenie jako wysuwające się akustycznie na pierwszy plan.

Silniki (część z nich to jednostki zupełnie nowe) pracują niemal niesłyszalnie, także ich mocowanie do karoserii jest perfekcyjne i nie pozwala na przenoszenie drgań na konstrukcję auta. Zaś układ jezdny został po prostu dopracowany bez zarzutu: w testowanym egzemplarzu oparto go na opcjonalnym resorowaniu pneumatycznym, które ma niewielkie problemy tylko z krótkimi nierównościami poprzecznymi, a i to wyłącznie jeśli najedzie się na nie jednocześnie oboma kołami jednej osi. Nawet jest to czysta perfekcja, także dźwiękowo. Poza tym nawet przy autostradowych 180 km/h kierowca może bez podnoszenia głosu swobodnie rozmawiać z każdym z pasażerów tylnej kanapy. Kabina jest ogromna i bardzo komfortowa, choć – co może zaskoczyć np. tych, którzy uważają każdego Mercedesa E za archetyp taksówki – wyraźnie czteroosobowa. Naturalnie, jest i środkowy pas, ale samo uformowanie kanapy jest jednoznaczne. Miejsce kierowcy jest wyposażone nie tylko w znakomity fotel (już seryjny jest po prostu wspaniały, a Mercedes oferuje kilka odmian), ale też perfekcyjne użytkowo, ergonomicznie. Pozycja jest wspaniała, regulacja pozwala wygodnie zasiąść każdemu kierowcy o wzroście w zakresie od 150 do 210 cm.

Zdarzają się też błędy wynikające z choroby nowości, które powinny zostać szybko wyeliminowane. Trudno o pełen zachwyt nad wspaniałymi materiałami, jakimi wykończono pięknie narysowany kokpit, jeśli już podczas regulacji temperatury klimatyzacji pod naciskiem palca (lekkim, to wszak po prostu przełącznik!) konsola środkowa trzeszczy… A przypominam: kabina jest fenomenalnie wyciszona, więc takie rzeczy dostrzega się natychmiast! Poza tym kokpit nowej limuzyny jest fascynująco piękny, w przeciwieństwie do klasy S nie musi go nawet psuć ogromny tablet zastępujący klasyczny zestaw zegarów (niestety, wszystkie testowe egzemplarze wyposażono w to akcesorium). Można tu mieć klasyczne zegary – są wyposażeniem seryjnym. Nowa klasa E jest też pierwszym modelem stuttgarckiej marki, w którym zastosowano nowy system multimedialny, wreszcie z interfejsem w pełni logicznym i zrozumiałym nie tylko dla fanów marki. Jest – mówiąc w największym uproszczeniu – właściwie równie intuicyjny i sprawny, a w dodatku można nim sterować z wielu poziomów, w tym swego rodzaju dżojstikiem – niesamowicie wygodnym – na kierownicy. Szkoda tylko, że szybkość działania nie jest już tak imponująca. Błyskawicznymi reakcjami i zachowaniami cechuje się za to 9-stopniowa skrzynia automatyczna.Jest gotowa na każde skinienie kierowcy („skinienie”, nie „ruch stopy”, bo reaguje dosłownie natychmiast także na naciskanie łopatek pod kierownicą), zawsze pracuje na odpowiednim przełożeniu, a nawet po włączeniu trybu pracy „Sport” nie trzyma silnika niepotrzebnie na wysokich obrotach. To zupełne novum i w klasie E, i w ogóle w marce. Tak trzymać!

To samo warto powiedzieć o pracy układu jezdnego, który umie nie tylko transportować swych pasażerów jak na puchowej poduszce, ale też z wielką zwinnością pokonywać zakręty i z chęcią uczestniczyć w nawet dość brutalnych zabawach na krętych drogach. W efekcie zawieszenie nowej klasy E trudno ocenić inaczej niż jako perfekcyjną kombinację luksusu klasy S i spontaniczności oraz zwinności klasy C. Wspaniałe osiągnięcie! Jeśli chodzi o wyposażenie – w tym ochronne – Mercedes znów wysuwa się na czoło producentów. Zarówno specyfikacja seryjna, jak i lista opcji robią ogromne wrażenie. A wszyscy inni, którzy aspirują do klasy Premium w segmencie dyrektorskim, muszą swe aspiracje przemyśleć.

Boom na cyfryzację

O cyfrowej transformacji oraz roli nowych technologii w procesie zmian opowiada Ronald Binkofski, dyrektor generalny Microsoft w Polsce

Jaki wpływ na biznes ma proces cyfrowej transformacji?
Ogromny. De facto definiuje na nowo perspektywę rozwoju biznesu. Wystarczy wspomnieć takie przykłady, jak choćby Skype, Uber, Airbnb, cały świat cyfrowej reklamy, albo aplikacje oferujące streaming muzyki czy wideo. To wszystko nowe biznesy, które opierają się na usługach cyfrowych. Co ciekawe, na taki kierunek zmian zaczynają też stawiać nawet najbardziej tradycyjne branże produkcyjne,dostrzegając w narzędziach cyfrowych najprostszą szansę na udoskonalenie swojego modelu działania. Zdaniem Gartnera, 50 proc. wszystkich organizacji dokona cyfrowej transformacji z końcem tego roku, a do 2019 roku liczba ta wzrośnie do 83 proc.

Czy cyfryzacja jest obarczona dużym ryzykiem?
Większe ryzyko może stanowić pozostanie w świecie analogowym. Żeby stać się bardziej konkurencyjnymi, część firm decyduje się na krok w kierunku cyfryzacji tak szybko, jak to jest tylko możliwe. Wystarczy spojrzeć na polski sektor bankowy i telekomunikacyjny, gdzie skala wykorzystania cyfrowych narzędzi do kreowania nowych modeli biznesowych, usprawnienia marketingu i podniesienia efektywności procesów jest bardzo duża. Powodzenie cyfrowej transformacji w dużej mierze zależy od osoby lidera oraz potrzeby, która ten proces naturalnie przyspiesza. Nie bez znaczenia dla procesu cyfryzacji jest również dojrzałość organizacji, tzn. w jakim stopniu firma i jej zespół akceptuje to, co ma przynieść zmiana. Rzecz jasna, niezbędni są ambasadorowie transformacji, którzy – jak w przypadku każdej zmiany – będą prezentować korzyści z niej wynikające i przygotowywać zespół na jej przyjęcie. Proces cyfrowych zmian powinny wymuszać potrzeby użytkowników, dlatego zawsze należy zaczynać transformację od ich precyzyjnego rozpoznania. Microsoft dysponuje kompleksowym zestawem narzędzi i rozwiązań oraz know-how, ale to oczekiwania odbiorców – naszych klientów – wyznaczają kierunek transformacji.

Ale co ją różni od innych zmian w organizacji?
Zdecydowanie jej dynamika. W świecie wirtualnym nie ma bowiem takich ograniczeń, jak w świecie rzeczywistym. Cyfryzacja biznesu może następować bardzo dynamicznie i do tego często nie wymaga dużych nakładów inwestycyjnych. To przede wszystkim zmiana mentalna dotycząca sposobu prowadzenia biznesu. Wymaga określonych narzędzi i usług oraz ich akceptacji zarówno ze strony pracowników, jak i pracodawcy, który umożliwia bardziej mobilny styl pracy. Managerowie powinni zrozumieć, że pracownik może być w pełni produktywny realizując swoje zadania poza biurem, a to nie jest dzisiaj jeszcze powszechne. Oczywiście, im zmiany są bardziej innowacyjne, tym większe ryzyko samego procesu cyfryzacji. Inaczej wygląda to przecież w małej firmie, która zamienia papierowy obieg dokumentów na elektroniczny, a inaczej w dużym przedsiębiorstwie, gdzie zmiana obejmuje tysiące pracowników i wiele procesów biznesowych. Z drugiej strony, na rynku jest coraz więcej narzędzi, które spełniają wymagania odbiorców poszukujących sposobów na usprawnienie pracy. Dobrym przykładem są cyfrowe transformacje małych firm, gdzie sami pracownicy byli ambasadorami zmiany. W niektórych przypadkach to właśnie oni przekonywali właścicieli firm do tego, że zmiana stylu ich pracy i funkcjonowania jest konieczna i będzie korzystna dla biznesu.

To w jaki sposób przedsiębiorstwa powinny myśleć o technologii, by wykorzystać jej potencjał do zapewnienia sobie wzrostu?
Najbardziej oczywiste sposoby skutecznego wykorzystania technologii dotyczą wewnętrznej organizacji pracy i optymalizacji jej procesów. Nawet w małej firmie poprawa współpracy między pracownikami oraz komunikacji z klientami dzięki wykorzystaniu technologii mobilnych i chmurowych zapewnia wymierne korzyści. Dodatkowo internet tworzy ogromne szanse globalnego rozwoju, ekspansji na nowe rynki przy niewielkich nakładach finansowych. Niegdyś wymagało to znacznych inwestycji, a dzisiaj granice terytorialne właściwie nie istnieją, jeśli dobrze spozycjonujemy naszą ofertę online. Najwięcej korzyści można jednak uzyskać dzięki drastycznemu obniżeniu bariery wejścia w technologie chmurowe, co pozwala testować nowe rozwiązania software’owe bardzo małym nakładem środków, bez konieczności inwestowania w infrastrukturę. IT i cyfrowa transformacja nie są jednak celem samym w sobie, tylko narzędziem, które otwiera organizację na nowe pomysły i możliwości. Takie podejście pozwala też łatwiej pokonać opory mentalne całej organizacji przed cyfrową zmianą.

Systemy IT pozwalają firmom gromadzić ogromne ilości danych, ale w Polsce tylko 8 proc. marketerów z nich skutecznie korzysta. Jak za ich pomocą polepszyć wydajność biznesu?
Na razie Internet of Things i mechanizmy Big Data rozwiązują problem gromadzenia danych, ale w mniejszym stopniu ich przetwarzania i wyciągania odpowiednich wniosków. Oczywiście, dostępne są rozwiązania klasy Business Intelligence, które od strony technologii doskonale radzą sobie z takimi projektami. Nadal jednak wydaje się, że dysponujemy dużo większą ilością danych niż jesteśmy w stanie ich mądrze spożytkować. Pomysłów na ich wykorzystanie jest dużo, ale dopiero czas pokaże, które z nich sprawdzą się w praktyce. Wiele zależy od tego, w jaki sposób uda się ustrukturyzować Big Data pochodzące z różnych obszarów zastosowań, by można było wypracować standardy ich porozumiewania się między sobą. Dla przykładu, producent wind ThyssenKrupp stworzył kompleksowy system wymiany informacji, który gromadzi w chmurze obliczeniowej dane pochodzące z tysięcy czujników zainstalowanych w windach na całym świecie. Zbierając gigantyczne zasoby informacji, sensory śledzą na bieżąco poprawność funkcjonowania urządzeń. Dzięki ich analizie firma może przewidywać awarie i prognozować naturalne zużycie elementów po to, by wysłać ekipę serwisową zanim wystąpią takie incydenty. Podstawę działania systemu zapewnia chmura Microsoft Azure, która gwarantuje dużą skalowalność i elastyczność.

No właśnie, jak w takim razie Microsoft wspiera proces cyfrowej transformacji, gdzie widzicie największy potencjał?
W chmurze obliczeniowej. Co ważne, jako jedyni mamy kompleksową ofertę, w której skład wchodzi SaaS (aplikacje jako usługa), IaaS (infrastruktura jako usługa) oraz PaaS (platforma jako usługa). W chmurze publicznej są dostępne nasze aplikacje biznesowe, takie jak Office 365, Dynamics CRM, ale także OneDrive do przechowywania plików. Do tego oferujemy platformę Microsoft Azure, na której można postawić bazy danych oraz wirtualne serwery, a także uruchamiać aplikacje w środowiskach testowych i produkcyjnych. Od ubiegłego roku Office 365 jest dostępny na komputerach Mac, a od marca br. nasza baza danych SQL Server działa na Linuksie. To też ogromna zmiana technologiczna, bo od teraz linuksowe serwery mogą być hostowane na Azure. Microsoft jest głównym graczem na rynku polskim jeśli chodzi o chmurę i liderem w chmurze publicznej. Rośniemy szybciej niż rynek, a klienci wybierają chmurę Microsoftu w jej różnych wariantach, w zależności od tego, czego potrzebują na swojej drodze cyfrowej transformacji.

A jak to wygląda z punktu widzenia Polski, czy rzeczywiście mamy do czynienia z cyfrową transformacją, czy raczej się do niej przygotowujemy?
Polska pod względem cyfryzacji gospodarki i społeczeństwa informacyjnego znajduje się dopiero na 22. miejscu na 28 krajów Unii Europejskiej. Dlatego też ważne jest dla mnie, żeby Microsoft wspierał cyfryzację polskiego społeczeństwa i gospodarki. Robimy to na wielu polach. Na tę kwotę składają się konkretne działania w obszarze edukacji, upowszechniania kompetencji cyfrowych, ale też stymulujące rozwój polskich startupów. Udostępniamy im bezpłatnie technologie, dzielimy się wiedzą, tym najbardziej obiecującym pomagamy pozyskiwać finansowanie, przyznajemy im też granty technologiczne w wysokości 120 tys. dolarów w usługach chmurowych Microsoft Azure.

Huawei mierzy wysoko

 To jednak nie smartfony dają mu największe przychody, ale rozwiązania dla operatorów telekomunikacyjnych, w których jest światowym liderem

Globalny Szczyt Analityków, który Huawei po raz 13. zorganizował w Specjalnej Strefie Ekonomicznej Shenzhen niedaleko centrali na południu Chin, pokazał plany potentata teleinformatycznego. Ostatnie lata to nieprzerwany ciąg sukcesów firmy, która nadal pozostaje firmą prywatną, w 100 proc. należąc do pracowników, przy czym najwięcej akcji, chociaż tylko 1,4 proc., ma jej założyciel, były wojskowy, Ren Zhengfei. Przychody Huawei rosną w coraz szybszym tempie: w 2014 roku o ponad 20 proc., do 46,5 mld dol., a w 2015 roku o 31 proc., do 60,8 mld dolarów. A wszystko to przy wzroście zysków aż o 26 proc., z 4,5 mld dolarów w 2014 roku do 5,7 mld dolarów w 2015 roku. W juanach wzrost ten był jeszcze większy, bo, odpowiednio, 37 proc. i 33 proc. Plany na ten rok oscylują wokół 50 proc., przy czym już w 2020 roku firma ze sprzedaży sprzętu konsumenckiego chciałaby uzyskać niebotyczne 100 mld dolarów.

Tak szybki wzrost nie byłby oczywiście możliwy bez kontynuowanych od lat ogromnych inwestycji w badania i rozwój, które nigdy nie były niższe niż 10 proc. przychodów, a w sumie w ciągu ostatnich 10 lat wydatkowano na ten cel 38 mld dolarów. Rekord padł w 2015 roku, kiedy to na R&D przeznaczono 9,2 mld dolarów, co stanowiło 15 proc. rocznych przychodów, podczas gdy jeszcze rok wcześniej budżet ten sięgnął tylko 6,6 mld dolarów. Nic dziwnego, że w tym obszarze pracuje aż 79 tys. pracowników, co stanowi 45 proc. zatrudnienia ogółem, liczba ośrodków R&D wzrosła do 16, a liczba patentów przekroczyła 50 tys. Nie bez znaczenia jest też to, że na 176 tys. wszystkich pracowników 30 tys. to obcokrajowcy z ponad 160 krajów.

Firma oferuje swe produkty w ponad 170 krajach, jednak najważniejsze są nadal Chiny, które w 2015 roku przyniosły 42 proc. przychodów przy 54-procentowej dynamice wzrostu (na drugim miejscu była Europa – 32 proc., a daleko w tyle Azja – 13 proc., i obie Ameryki – 10 proc.). Do Apple’a, który 60 mld dolarów przychodu wypracował w ciągu zaledwie trzech pierwszych kwartałów poprzedniego roku, jest jeszcze daleko, ale Huawei twierdzi, że jego prześcignięcie jest możliwe w ciągu 4-5 lat, a Samsunga – w ciągu 2-3. Huawei powstało w 1987 roku, zaczynając swoją działalność od sprzedaży centralek PBX, ale dziś jest już światowym liderem na rynku rozwiązań dla operatorów telekomunikacyjnych. W 2015 roku przyniosły one aż 59 proc. przychodów przy 21-procentowej dynamice wzrostu, głównie dzięki sprzedaży rozwiązań klasy 4G. Smartfony i inne gadżety elektroniczne miały tylko 33 proc. udziału w przychodach ogółem w 2015 roku, ale za to odnotowały aż 73-procentową dynamikę wzrostu w stosunku do poprzedniego roku. Jeśli ta tendencja się utrzyma, Huawei ma szansę w krótkim czasie awansować na lidera tego rynku. Z kolei segment biznesowy ma tylko 7-procentowy udział w przychodach ogółem, ale rozwija się bardzo dynamicznie, bo w tempie 44 proc. rocznie. Ponieważ wartość rynku cyfrowej transformacji biznesu ma wzrosnąć do 1,3 bln dolarów w 2025 roku, z czego 1 bln mają stanowić rozwiązania chmurowe, nic dziwnego, że konferencja odbyła się pod hasłem „Wszystko w chmurze”, które jest głównym punktem nowej strategii Huawei – „Lepiej skomunikowanego świata”. Składa się na nią jeszcze wart 100 mld dolarów rynek wideo oraz wart 200 mld dolarów rynek Internet of Things, w przypadku którego liczba użytkowników może wzrosnąć nawet 10-krotnie.

Global Connectivity Index 2016
Wiedzę o zapotrzebowaniu na technologie teleinformatyczne (ICT) w kontekście dążenia do cyfrowej gospodarki Huawei czerpie od 3 lat z własnego badania Global Connectivity Index (GCI), którym objętych jest 50 krajów, w tym Polska. Najnowsze wykazało wzrost indeksu o 5 proc. (z 43,4 pkt. do 45,5 pkt.) i że miało to istotny wpływ na przyrost globalnego PKB. W porównaniu do roku 2014, globalne pokrycie telefonią 4G wzrosło o 61 proc., nasycenie smartfonami o 18 proc., a ilość generowanych danych o 65 proc. w 2015 roku. Polska uplasowała się tym razem na 27. miejscu uzyskując 45 pkt., co plasuje nas w grupie krajów średnio rozwiniętych w tym obszarze (35-55 pkt.), daleko za liderami, którzy zdobyli dużo powyżej 55 pkt.: USA, Singapurem i Szwecją.

Cyfrowa transformacja
W obszarze usług publicznych wyższe CGI oznacza bezpieczniejsze miasta i lepsze życie. Jako przykład można podać rozwiązanie Huawei „safe city”, które zostało wdrożone w dwóch miastach w Kenii. Projekt pomógł zredukować współczynnik przestępczości o 46 proc. Z kolei dla konsumentów wyższe CGI oznacza pozyskiwanie nowego bagażu doświadczeń. W Norwegii Huawei pomógł firmie TeliaSonera uruchomić pierwszą na świecie mobilną sieć 4.5G, która w szczycie po raz pierwszy w historii była w stanie transferować dane z szybkością 1 Gbit/s.

Plany na przyszłość
W 2025 roku na całym świecie ma być przeprowadzonych 100 mld połączeń. Z tego między ludźmi będą stanowiły zaledwie 10 proc., reszta odbędzie się między ludźmi i urządzeniami oraz między nimi samymi, głównie w przemyśle, ale nie tylko. Jednak obecnie aż 99 proc. z tych, które mają wbudowane sensory, nie jest podłączona do internetu. A to stwarza zarówno ogromne wyzwania, jak i nieprawdopodobne możliwości.Dlatego Huawei planuje poszerzyć możliwości komunikacyjne poprzez wszystkie swoje rozwiązania typu „all cloud” włączając w to sieci ultraszerokopasmowe, telefonię 4.5 i 5G, NB-IoT (NarrowBand IoT, usprawniającą komunikację między urządzeniami), procesory IoT oraz Lite OS („lekki” system operacyjny do obsługi sensorów oraz urządzeń noszonych), ale także inwestując np. w 4K VR, czyli wirtualną rzeczywistość wysokiej jakości.

IT wspiera energetykę

ManagerOnline

Inwestowanie w rozwiązania informatyczne jest kosztowne, ale bez tego polska energetyka nie ma szans na dynamiczny rozwój

Polska to szósty pod względem wielkości rynek energii elektrycznej w Unii Europejskiej, biorąc pod uwagę wielkość produkcji brutto, która w 2013 roku wyniosła, wg Agencji Rynku Energii, 164,5 TWh, co odpowiada niemal jednej czwartej produkcji Niemiec, największego rynku energii w Europie. Na polski sektor energetyczny przypada około 4 proc. wartości dodanej brutto generowanej w całej gospodarce: 21 mld euro według parytetu siły nabywczej w 2012 roku; natomiast tylko 1 proc. zatrudnienia: 164 tys. Energetyka odgrywa kluczową rolę w kształtowaniu konkurencyjności całej polskiej gospodarki ze względu na rosnące znaczenie kosztów energii elektrycznej w usługach i produkcji przemysłowej. Popyt na energię w ciągu ostatniej dekady wzrastał o ok. 2 proc. rocznie, jedynie w 2013 roku był nieco niższy – 0,6 proc.

Konieczne inwestycje
Przed polskim sektorem energetycznym stoją jednak duże wyzwania w zakresie inwestycji. Do głównych potrzeb zalicza się odnowienie podstawowych aktywów wytwórczych, rozwój odnawialnych źródeł energii oraz wymianę sieci. Aby z powodzeniem zrealizować program inwestycyjny, sektor energetyczny musi wprowadzić kilka kluczowych inicjatyw, np. poprawę efektywności operacyjnej w obrębie całego łańcucha wartości, poczynając od wytwarzania, poprzez dystrybucję, po sprzedaż energii, a także skrócenie czasu potrzebnego na podłączenie nowych odbiorców poprzez wyeliminowanie zbędnych czynności, np. za pomocą metodologii lean, oraz optymalizację procesów. Poprawa efektywności operacyjnej możliwa jest dzięki zastosowaniu nowych rozwiązań w organizacji pracy, w tym m.in. technologii IT służących do podniesienia wydajności brygad terenowych, skrócenia czasu reakcji na awarie i umożliwiających dynamiczne przydzielanie zadań pracownikom oraz zwiększenie ich elastyczności. A to stwarza ogromne pole do działania dla firm informatycznych we wszystkich wymienionych powyżej obszarach.

Różnorodność oferty
Na rynku Na rynku istnieje wiele rozwiązań IT wspomagających pracę przedsiębiorstw energetycznych, m.in. narzędzia do zarządzania popytem i rozproszonymi źródłami energii, systemy bilansowania i nadzoru wytwarzania energii, mobilne aplikacje do zarządzania brygadami pogotowia energetycznego, systemy do monitorowania zdarzeń sieciowych, rozwiązania do zarządzania majątkiem sieciowym i utrzymaniem ruchu (remonty). Z kolei dla przedsiębiorstw dystrybucyjnych ważne są m.in. systemy paszportyzacji bazujące na informacjach pochodzących np. z systemów GIS. Mając zinwentaryzowany majątek sieciowy, można planować rozwój sieci za pomocą symulacji. Nie ponosi się wtedy ryzyka inwestycyjnego, gdyż wariantowanie przebiegów, obciążalności oraz wielkości nowych elementów sieci odbywa się wirtualnie, ze wsparciem metod analitycznych. Korzyści z ich stosowania? Analiza przyczyny zaistniałych incydentów, optymalizacja działania operacyjnego, obniżenie kosztów posiadania infrastruktury oraz produkcji. Do sektora energetyki wkraczają też rozwiązania znane wcześniej na innych rynkach, np. w telekomunikacji – mechanizmy analizy klientów, scenariuszy odejść oraz pozyskiwania nowych klientów. Z kolei badanie danych zebranych o odbiorcach energii umożliwia prognozowanie i wyznaczanie trendów, co ułatwia dostosowanie oferty do potrzeb odbiorcy – bez perturbacji związanych z niedoborem prądu czy z niepotrzebną nadprodukcją. Sektor energetyki coraz częściej sięga także po systemy Business Intelligence – kompleksowe platformy wspierające m.in. planowanie, prognozowanie i rozliczanie sprzedaży. BI służą do wyciągania wiedzy biznesowej z Big Data, wspomagają optymalizację działania, szybsze podejmowanie decyzji biznesowych. Są też podstawowym narzędziem budowania wartości. Źródłem danych może być dowolny system cyfrowy (SCADA – Supervisory Control and Data Acquisition; DCS – Distributed Control System; programowalne sterowniki PLC – Programmable Logic Controller; inteligentne przetworniki, systemy laboratoryjne, stacje pogodowe). Bez BI trudno też sobie wyobrazić skuteczne działanie energetyki w dobie Internetu Rzeczy (IoT).

Operator Systemu Dystrybucyjnego, który wykorzystując zaawansowaną infrastrukturę pomiarową AMI, dane z liczników bilansujących modernizowanych stacji SN/ nN oraz dane z systemów zarządzania majątkiem sieciowym buduje platformę IoT i przy wykorzystaniu algorytmów obliczeniowych, bazujących na podstawowych prawach elektrotechniki dla obwodów prądu przemiennego tworzy tym samym system dynamicznego balansowania sieci elektroenergetycznej. Wykorzystanie takiego narzędzia jest bardzo szerokie. Począwszy od symulacji rozwoju sieci przed uruchomieniem kosztownych inwestycji, poprzez identyfikację obszarów sieci, w których występują ponadnormatywne straty techniczne i handlowe, aż po określanie rzeczywistych możliwości przyłączeniowych dla źródeł mikrogeneracji, w tym również analizę ich wpływu na pracę sieci elektroenergetycznej.

Smart grid, smart metering
W trend IoT wpisuje się też smart metering (inteligentne systemy pomiarowe, nazywane również licznikami XXI w.), kompleksowy system IT obejmujący elektroniczne liczniki energii elektrycznej (do zdalnego odczytu), całą infrastrukturę telekomunikacyjną oraz centralny system zarządzający z bazą danych. W jego skład wchodzą AMI (Advanced Metering Infrastructure – zaawansowana struktura pomiarowa) oraz MDM (Meter Data Management – oprogramowanie do zarządzania danymi pomiarowymi). Dzięki wdrożeniu smart metering odbiorca końcowy może liczyć na: ograniczenie podwyżek cen energii elektrycznej, uproszczenie procedur zmiany sprzedawcy energii, wzmocnienie bezpieczeństwa energetycznego (m.in. poprawę jakości dostaw energii i jakości parametrów energii), ograniczenie zużycia energii (doświadczenia z krajów UE – wzrost efektywności energetycznej na poziomie 6-10 proc.). Dyrektywy unijne nakładają na Polskę obowiązek wyposażenia w inteligentne liczniki co najmniej 80 proc. konsumentów energii do 2020 roku.

Bezpieczeństwo teleinformatyczne
W Polsce gałąź energetyki związana z energią elektryczną stała się przedmiotem wielu przemian i transformacji. W wyniku rządowego programu konsolidacji rynku energetycznego powstały duże energetyczne grupy kapitałowe. Grupy te powstały w wyniku połączenia wielu, niejednokrotnie małych, lokalnych jednostek energetycznych, które posiadały własne środowisko informatyczne, odrębną kulturę organizacyjną i różne podejście do zagadnień ochrony informacji. Sytuację skomplikował również wyraźny podział na operatorów oraz dystrybutorów energii elektrycznej, który odcisnął znaczne piętno na zagadnieniach ochrony informacji. Dziś osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo informacji w grupach energetycznych stoją przed wielkim wyzwaniem – wdrożeniem spójnych i elastycznych zasad ochrony informacji w organizacjach, w których skomplikowana sytuacja prawna i właścicielska utrudnia lub uniemożliwia zakrojone na szeroką skalę zmiany. Są potrzebne przede wszystkim w dwóch obszarach: niejednorodnej infrastruktury technicznej oraz procesów zarządzania bezpieczeństwem informacji. Dokonanie połączeń i podziałów wielu heterogenicznych środowisk informatycznych zawsze prowadzi do problemów z zapewnieniem spójności zintegrowanej infrastruktury technicznej. Na świecie uważa się, że głównym celem ataków przestępców komputerowych na tę branżę mogą być wspomniane wcześniej systemy SCADA, nadzorujące i kontrolujące procesy przemysłowe. Przykładowymi celami ataków na nie może być przejęcie kontroli nad systemem sterowania elektrownią lub siecią przesyłową gazu.

Powagę tego problemu obrazują wydarzenia, jakie miały miejsce w kwietniu 2009 roku: w USA wykryte zostało oprogramowanie szpiegujące w systemach sterowania siecią energetyczną. Oprogramowanie to posiadało funkcjonalność umożliwiającą całkowite wyłączenie zasilania. Polska elektroenergetyka ma dużo bardziej prozaiczne problemy. W wielu miejscach trudnością jest chociażby zapewnienie spójnego procesu zakupowego, tak aby w każdej spółce grupy kapitałowej funkcjonowały zabezpieczenia informacji podobnej klasy. Mimo wielu wysiłków osób odpowiedzialnych za ochronę informacji w tych organizacjach, dostarczenie zabezpieczeń technicznych na poziomie uznawanym za wystarczający zajmie jeszcze wiele lat. Zarządzanie bezpieczeństwem informacji w branży energetycznej wymaga odnalezienia właściwego stanu równowagi między wymaganiami prawnymi, najnowszymi trendami w ochronie informacji oraz wymaganym, w wypadku tak istotnych instalacji, konserwatywnym podejściem do nowych technologii. Należy również pamiętać, że polskie grupy energetyczne są jednymi z największych dysponentów danych osobowych. Nakłada to wyjątkową odpowiedzialność na osoby zarządzające tymi organizacjami, a jednocześnie powinno je motywować do szczególnej pracy nad poprawą stanu ochrony informacji w ich organizacjach. I tu także mogą pomóc systemy IT.

Praca od podstaw

ManagerOnline

Marcin Chruśliński, Development Manager w HB Reavis Poland, o budowie Stadionu PGE Narodowego i grze w hokeja

Bardzo wcześnie odniósł Pan sukces, zdobywając wysoką pozycję w swojej branży.
W 1989 roku wyjechałem do Szwajcarii, gdzie pracowałem na budowie jako pomocnik cieśli. Była to świetna szkoła życia. Zrozumiałem wtedy, jak ważna jest dbałość o każdy detal, na czym polega praca od podstaw. Duże znaczenie miał także mój wyjazd do USA, gdzie jako student Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej poszerzałem wiedzę w Summer School of Architecture. Pracę magisterską pisałem u Krzysztofa Jaraczewskiego, wybitnego architekta, wnuka marszałka Józefa Piłsudskiego. Był to dla mnie więcej niż nauczyciel – prawdziwy mistrz. Wszystko to dało mi doskonałe przygotowanie do przyszłej pracy.

Trafił pan do…
JSK Architekci, dziś bardzo znanego biura, które wówczas rozpoczynało działalność. Zbigniew Pszczulny i Mariusz Rutz szukali osoby z trzyletnim doświadczeniem w zawodzie. Udało mi się jednak jakoś ich przekonać i zostałem przyjęty. Od razu trafiłem do grupy projektującej apartamentowiec na Szczęśliwicach w Warszawie. Po kilku miesiącach dołączyłem do zespołu, który pracował nad biurowcem w Düsseldorfie. Kolejny rok spędziłem w Niemczech, gdzie wziąłem udział w projektowaniu lotniska i stadionu dla 50 tys. widzów. Po powrocie do kraju zostałem kierownikiem zespołu projektantów budynków przy ulicy Domaniewskiej, a następnie stadionu Legii. Miałem wtedy zaledwie 35 lat.

Jak trafił pan na budowę Stadionu Narodowego?
Przed EURO 2012 wszystko nabrało przyspieszenia. JSK, wspólnie z niemieckim partnerem GMP, wystartowało w tym najbardziej prestiżowym polskim konkursie na projekt architektoniczny i wygrało. Autorem koncepcji był Zbigniew Pszczulny, a nietypową, linową konstrukcję dachu z centralną iglicą opracowali koledzy z GMB. Nowy projekt, który powstał zaledwie w 12 miesięcy, przewidywał zachowanie historycznej niecki oraz wielu innych elementów byłego Stadionu X-lecia. Moja rola polegała na kierowaniu zespołem projektantów i konstruktorów oraz ścisłej współpracy z Narodowym Centrum Sportu i UEFA. Musiałem też na bieżąco wprowadzać różne modyfikacje. W tym bardzo poważne, jak np. wprowadzenie wysokich kołowrotów i ogrodzenia – na wniosek UEFA, która uzasadniała to względami bezpieczeństwa. Zmieniła się też koncepcja płyty stadionu. Pierwotnie miała to być tradycyjna murawa, którą zastąpiono betonową, na której przed meczami rozkłada się rolki z trawą.

Najbardziej emocjonująca chwila podczas budowy Stadionu Narodowego?
Niewątpliwie był to tzw. Big Lift, czyli podniesienie konstrukcji dachu. Działo się to w środku zimy, przy temperaturze minus 25 stopni. Wszystko znakomicie się udało. Wpadłem wówczas na pomysł, który wyglądał na szalony. Jestem miłośnikiem hokeja, więc stwierdziłem, że to idealne miejsce na super lodowisko. Bardzo mnie ucieszyło, gdy dwa lata później został zrealizowany projekt „Zimowy Narodowy”.

Obecnie pracuje Pan w HB Reavis.
Jeszcze jako pracownik JSK Architekci starałem się o pozyskanie zleceń od HB Reavis, firmy należącej do znanego słowackiego developera. Byłem naturalnym partnerem do rozmów, ponieważ jako dziecko wychowywałem się na Słowacji i świetnie znam ten język. Mój ojciec pracował tam jako konstruktor ciągników Zetor. Stanisław Frynka, CEO HB Reavis, zaproponował mi zmianę pracy i objęcie stanowiska Development Managera, działającego jako bezpośredni reprezentant inwestora.

Wspomniał Pan wcześniej o swoim zainteresowaniu hokejem.
Na Słowacji to sport narodowy, tak jak u nas piłka nożna. Podobnie jak większość chłopaków, grałem godzinami na zamarzniętych parkingach. Bardzo lubię ten sport, więc 10 lat temu założyłem drużynę seniorską Warsaw Capitals, która odnosi sukcesy i od 3 lat gra w polskiej drugiej lidze. Mój syn, który również zaraził się hokejową pasją, należał do klubu Huks Warszawa, który miał ogromne kłopoty finansowe. Wspólnie z kolegami postanowiliśmy pomóc dzieciakom i wzięliśmy je pod nasze skrzydła. Społecznie pełnię rolę trenera, inni rodzice też się angażują. To naprawdę fantastyczne, gdy widzi się 4-, 5-latków, którzy występują w przerwach meczów rozgrywanych przez starszych kolegów. Niestety, nadal borykamy się z pozyskaniem środków, choćby na wynajęcie lodowiska. Obecnie staramy się o dotację, szukamy sponsorów…

Co lubi Marcin Chruśliński?

Zegarek Junghans
Pióro René Lezard
Wypoczynek w lecie Chorwacja, zimą narty we Włoszech
Kuchnia Amber Room w Warszawie
Samochód Audi A6
Hobby oprócz hokeja – narty. Trzy lata temu został narciarskim mistrzem Polski architektów. Interesuje się muzyką – głównie rockiem i bluesem. Gra na gitarze

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...