.
Strona główna Blog Strona 388

Innowacyjne rozwiązania w logistyce

    Od kilku lat głośno się mówi o nowych wyzwaniach stojących przed uczestnikami rynku logistycznego. Automatyzacja to jeden z rozwojowych kierunków zmian. Inwestycje w automatykę magazynową zwiększają wydajność procesów i obniżają koszty, co w rezultacie prowadzi do wzrostu konkurencyjności oferowanych usług

    Presja na skracanie czasu realizacji zamówień czy stale rosnące koszty pracy to tylko niektóre powody, dla których coraz więcej firm logistycznych sięga po nowe technologie. W dzisiejszych czasach to wydaje się być właściwym sposobem utrzymania konkurencyjności, bo inwestycje w rozwiązania z obszaru automatyzacji sprawiają, że procesy stają się prostsze i bardziej zoptymalizowane. W strukturach Grupy FM stworzony został specjalny Dział Automatyzacji, którego głównym zadaniem jest opracowywanie – we współpracy z klientami i firmami partnerskimi – innowacyjnych rozwiązań o dużej wartości dodanej, wpisujących się w ramy projektu Magazynów Przyszłości.

    Jednym z narzędzi, które w ostatnim czasie FM Logistic opracowało we współpracy z firmą specjalizującą się w integracji zrobotyzowanych linii pakujących, jest unikalny moduł rozcinania opakowań zbiorczych. Otwieranie opakowań zbiorczych, występujące podczas operacji copackingu, jest zadaniem powtarzalnym, mogącym stanowić źródło dolegliwości mięśniowo-szkieletowych, (MSD, choroby układu mięśniowo-szkieletowego z ang. musculoskeletal disorders) i skaleczeń. Tylko w centrum logistycznym FM Logistic zlokalizowanym w Fauverney takim operacjom poddawanych jest 1,2 miliona opakowań rocznie. Komisja Europejska szacuje, że MSD jest przyczyną 50 procent nieobecności w pracy trwających trzy lub więcej dni oraz 60 procent przypadków trwałej niezdolności do pracy. Dlatego wiadomo było, że rozwiązanie tego problemu jest istotne nie tylko z uwagi na poprawę funkcjonowania łańcucha dostaw, ale też podniesienia komfortu pracy na platformach. Mimo tego, że w Grupie FM od jakiegoś czasu wykorzystywane były urządzenia do półautomatycznego otwierania opakowań zbiorczych, to operator wraz z firmą Axys Robotique postanowił stworzyć urządzenie, które rozwiąże wciąż istniejące problemy.

    Wybór partnera nie był przypadkowy – FM Logistic postawił na eksperta w zakresie integracji zrobotyzowanych linii pakujących z ogromnym know-how w dziedzinie opracowywania rozwiązań wykorzystujących roboty przemysłowe. Kooperacja dwóch wyspecjalizowanych firm pozwoliła na skonstruowanie narzędzia o bardzo zaawansowanych funkcjonalnościach. Nowy moduł do rozcinania opakowań zbiorczych to narzędzie, które tnie dostosowując się do grubości i jakości rozcinanego kartonu oraz wytrzymuje znaczne obciążenia mechaniczne. Dzięki niemu możliwe stało się całkowite wyeliminowanie konieczności otwierania opakowań przez pracowników, co zdecydowanie poprawiło warunki ich pracy (nastąpił znaczący spadek dolegliwości mięśniowo- szkieletowych) i zmniejszyło liczbę skaleczeń nożem do kartonu, na które dotychczas byli narażeni. Ponieważ zastosowanie urządzenia w centrum logistycznym w Fauverney pozwoliło znacząco zwiększyć produktywność operacji copackingu, podjęta została decyzja o zaimplementowaniu go do wszystkich pozostałych centrów FM Logistic. Równocześnie Dział Automatyzacji pracuje nad wzbogacaniem modułu o nowe funkcje, takie jak np. obsługa foliowanych jednostek logistycznych. Robot kartezjański to kolejny projekt będący elementem Magazynu Przyszłości.. FM Logistic we współpracy z lokalnym integratorem systemowym Automat System zaprojektowało dostosowany do swoich potrzeb przemysłowy robot, zwany kartezjańskim, sprzężony z układem obsługiwanych przez sterownik przenośników. Zapewnia on automatyczny rozładunek palet przy dowolnej konfiguracji warstw, bez żadnej uprzedniej regulacji, przy równoczesnym systematycznym zasilaniu jednej lub kilku linii pakowania.

    Docelowo przewiduje się wyposażenie robota w dodatkowe funkcje, takie jak np. automatyczne etykietowanie opakowań detalicznych. Wspomniane rozwiązania to nie jedyne innowacje wprowadzone w ostatnim czasie w FM Logistic. Innym ciekawym przykładem jest nowe urządzenie – scentralizowane gniazdo owijania palet. Tylko na platformie w Fauverney każdego roku zużywane jest 4,5 miliona metrów bieżących folii do owijania palet! Dział Automatyzacji FM Logistic w odpowiedzi na to wyzwanie opracował całkowicie zautomatyzowane urządzenie przystosowane do owijania palet dowolnego kształtu i wielkości. Gniazdo składa się z dwóch automatycznych owijarek z igłową perforacją folii, znajdujących się na przenośniku wyposażonym w obrotowe stoły. Odpowiednio rozmieszczone czujniki automatycznie rozpoznają wymiary podstaw palet. Oprócz natychmiast zauważalnych korzyści w zakresie ergonomii (paleta jest owijana automatycznie, bez jakiejkolwiek ludzkiej ingerencji), dzięki nowemu narzędziu zoptymalizowana została konfiguracja strumieni towarów. Scentralizowane gniazdo owijania palet obecnie stanowi rozwiązanie nadające się do wprowadzenia we wszystkich centrach operatora o porównywalnych potrzebach.

    W FM Logistic od dłuższego czasu wykorzystywane są innowacyjne narzędzia usprawniające procesy logistyczne, a jednocześnie ułatwiające pracę. Dobrym przykładem mogą być, zainstalowane pod koniec 2015 roku na wybranych platformach, przenośne wewnętrzne platformy przeładunkowe Autodock. Przejście od załadunku ręcznego do w pełni zautomatyzowanego systemu załadunkowego pozwoliło zwiększyć dynamikę, a w konsekwencji efektywność łańcucha logistycznego realizowanego dla klientów operatora. Dzięki platformie przeładunkowej Autodock, fazy załadunku i rozładunku przebiegają do 6 razy szybciej niż w przypadku standardowych urządzeń. Tego typu platforma wyposażona jest w pomost z urządzeniem poziomującym oraz odbojniki. Jej zamontowanie nie wymaga wielu przeróbek, a w razie przeprowadzki może być z łatwością przewieziona na nowe miejsce. Ponieważ zwykle montuje się ją na zewnątrz magazynu, ułatwia to jego ogrzewanie i ochronę. Główną motywacją FM Logistic do inwestowania w poszukiwanie takich rozwiązań jest poprawa komfortu i bezpieczeństwa pracy. Innowacje, takie jak skonstruowany i wdrożony moduł rozcinania opakowań zbiorczych, depaletyzator kartezjański czy scentralizowane gniazdo owijania palet, pozwalają także operatorowi oferować swoim klientom najnowocześniejsze usługi. Dział Automatyzacji FM Logistic nieustannie pracuje nad projektowaniem nowych udoskonaleń, usprawniających łańcuch dostaw. To właściwy kierunek, bo choć wydaje się to prawie niemożliwe, to wiele z nowatorskich narzędzi ma szansę stać się standardem w całkiem niedalekiej przyszłości.

    Polskie banki są innowacyjne

      Plan wicepremiera Morawieckiego odbieram jako wyraz zaufania, nie tylko do przedsiębiorców, ale także do banków. Zakładam, że w niektórych branżach czeka nas boom inwestycyjny, który banki oczywiście będą wspierać – mówi João Brás Jorge, prezes zarządu Banku Millennium

      Polski sektor bankowy ma opinię innowacyjnego, bo nowinki technologiczne kreowane są przez banki, podczas gdy na innych rynkach przez podmioty niebankowe. Z czego ta innowacyjność wynika?
      Szukając różnic pomiędzy polskim a, przykładowo, amerykańskim rynkiem trzeba spojrzeć na sektor holistycznie. Rozwój technologiczny nie jest możliwy bez prawidłowego i efektywnego funkcjonowania instytucji w obszarze stricte biznesowym. W Stanach Zjednoczonych banki wciąż mają w pamięci globalny kryzys, a osłabiona reputacja największych graczy i odpływ klientów stworzyły szansę fintechom. Fundusze venture capital aktywne na amerykańskim rynku wsparły finansowaniem najlepsze inicjatywy. Tymczasem Polska przetrwała kryzys jako „zielona wyspa”, banki – dzięki odpowiednim regulacjom sektorowym i przede wszystkim racjonalnemu zarządzaniu ryzykiem – przeszły przez ten trudny okres zachowując dobrą pozycję i koncentrując się na rozwoju. Polski sektor bankowy jest jednym z najbardziej innowacyjnych. Szczególną rolę w tym procesie odgrywają technologie mobilne, obserwacja i dostosowywanie atrakcyjnych z perspektywy zachowań konsumenckich rozwiązań, szczególnie mam tu na myśli propozycje bazujące na wykorzystaniu wniosków z analizy Big Data.

      W obszarze bankowych technologii mobilnych, w którym dominują startupy albo wielcy gracze z sektora IT, w Polsce pionierami są banki. To banki rozwijają technologie, które pozwalają używać komórki jak karty płatnicze. Przykładem takiego rozwiązania jest Blik, którego zastosowanie rośnie skokowo i już po pierwszym roku funkcjonowania odnotowaliśmy 2 mln transakcji dokonanych przy użyciu tej metody. Dzięki Blikowi również przelewy p2p – czyli z telefonu na telefon – nie są melodią odległej przyszłości. Wśród priorytetów Banku Millennium pozostaje jednak nie tylko rozwijanie własnych nowatorskich usług czy produktów, ale także identyfikowanie szans i zagrożeń, które determinują rozwój innowacji w Polsce. Dzięki pogłębionym analizom mamy możliwość trafnego diagnozowania problemów czy tzw. wąskich gardeł, na które mogą natrafiać potencjalni innowatorzy, a także wskazania kluczowych czynników, które im sprzyjają. Nasza wiedza stała się asumptem do stworzenia Indeksu Millennium

      – Potencjał Innowacyjności Regionów. W oparciu o istotne wskaźniki makroekonomiczne oceniliśmy otoczenie innowacyjnego biznesu w każdym z polskich województw. Zaprezentowane w maju opracowanie stało się punktem wyjścia do ogólnopolskiej debaty na temat nierówności w rozwoju innowacyjności w poszczególnych częściach kraju.

      Sektor fintech, czyli firmy, które wykorzystują zaawansowane technologie, żeby oferować konsumentom usługi zarezerwowane wcześniej dla instytucji finansowych, to wciąż margines rynku finansowego. Ale stopniowo przechwytują coraz większą część opłat pobieranych dotychczas przez banki. Banki mają pomysł jak z nimi konkurować?
      Przewrotnie, odpowiem pytaniem. Czy muszą konkurować? Moim zdaniem nie zawsze, chociaż oczywiście rynkowe starcia są nieuniknione. Wyróżniam trzy modele relacji banków z fintechowymi startupami. W pierwszym instytucje finansowe same kreują środowiska sprzyjające innowacji i konkurują na tej płaszczyźnie z firmami technologicznymi. Drugą alternatywą mogą być akwizycje tych firm, a kolejną – podjęcie z nimi współpracy. Także banki i fintechy wcale nie muszą stać po przeciwnych stronach barykady. Już dzisiaj widać wiele aliansów. Trzeba zaznaczyć, że banki wciąż zachowują wiele znaczących przewag konkurencyjnych. To przede wszystkim kompetencje w zarządzaniu ryzykiem oraz konieczność działania w ramach zasad narzucanych przez regulatorów. Rynek usług bankowych jest ściśle obwarowany normami, które służą maksymalizowaniu bezpieczeństwa kapitału. Gwarantuje to klientom bezpieczeństwo środków.

      Przechodząc do kwestii finansowania polskiej gospodarki, istnieje wyraźny związek między poziomem oszczędności i aktywnością kredytową banków. Polacy niechętnie oszczędzają, jak ich zachęcić?
      Potrzeba czasu, aby wykształcić skłonność do oszczędzania i tradycję budowania kapitału. Polska rozwija się relatywnie szybko, 3,6-3,8 proc. wzrostu PKB to dobry wynik, poziom bezrobocia jest niski, a dynamika wzrostu wynagrodzenia – średnio 4 proc. – wysoka, szczególnie w czasie niskiej inflacji. Oszczędności systematycznie rosną, odnotowujemy naturalny 6-8 proc. wzrost, czyli relatywnie znaczący. Natomiast jeśli chodzi o przedsiębiorstwa, to depozyty sięgają ponad 230 miliardów złotych, z czego około 90 miliardów PLN to depozyty długoterminowe, które mogłyby być wykorzystane na inwestycje. Apetyt na inwestycje jest widoczny, ale badania opinii wskazują, że przedsiębiorcy do podejmowania decyzji o inwestycjach potrzebują stabilnej perspektywy.

      Z drugiej strony mamy plan wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który zakłada zwiększenie inwestycji. Wydaje się, że do tego potrzebujemy silnego sektora bankowego, bo w Polsce to właśnie kredyt jest głównym zewnętrznym źródłem finansowania inwestycji…
      Bank Millennium z dużą uwagą śledzi działania rządu. Oczywiście, wiążemy spore nadzieje z planami wspierania polskiej przedsiębiorczości. Rozwój biznesu wymaga stworzenia sprzyjającego środowiska, w co powinni być zaangażowani wszyscy potencjalni beneficjenci – decydenci, zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym, przedstawiciele świata akademickiego, sami przedsiębiorcy oraz instytucje finansowe. Rola banków w rozwoju polskiej przedsiębiorczości jest kluczowa. Plan wicepremiera Morawieckiego odbieram jako wyraz zaufania, nie tylko do przedsiębiorców, ale także do banków. Optymizm w sektorze budzi nie tylko ambitny plan rządu. Weszliśmy w okres rozstrzygania wniosków o dofinansowania w ramach nowej perspektywy unijnej. Zakładam, że w niektórych branżach czeka nas boom inwestycyjny, który banki oczywiście będą wspierać. Będą to środki również na rozwój innowacyjnych przedsięwzięć – bardzo istotnych dla przyszłości polskiej gospodarki, która swoją konkurencyjność powinna opierać nie na przewadze kosztowej, lecz właśnie na innowacyjności.

      Innowacyjność po polsku

        ManagerOnline

        O konieczności budowy innowacyjnej gospodarki wiele się mówi, jednak w Polsce wciąż konkuruje się tańszą pracą. Według danych GUS, innowacjami w latach 2012-2014 zajmowało się 18,6 proc. przedsiębiorstw przemysłowych i 12,3 proc. irm usługowych. To wciąż mało, by innowacyjność stała się atutem biznesu

        Główny Urząd Statystyczny informuje, że w 2014 r. (to najnowsze dane) wydatki na działalność innowacyjną wyniosły ponad 24,6 mld zł w sektorze przemysłowym i niecałe 13 mld zł w usługowym. To nie tylko nowe lub ulepszone produkty czy usługi, to także zakup wiedzy i oprogramowania oraz inwestycje w nowoczesne rozwiązania. Najbardziej innowacyjne są firmy farmaceutyczne oraz producenci chemikaliów i wyrobów chemicznych. W usługach – ubezpieczenia, reasekuracja i fundusze emerytalne oraz badania naukowe i prace rozwojowe. Przemysł trzy czwarte środków przeznacza na inwestycje, w usługach liczą się jeszcze prace badawczo-rozwojowe (B+R).

        – Nasycenie innowacyjnością polskiej gospodarki nie jest jeszcze na tyle duże, by konkurować inaczej niż niskimi kosztami pracy. Skłonność do inwestycji w innowacje mają nadal raczej większe firmy niż MŚP. Z badania EBOR „Innovation in transition 2014” wynika, że MŚP są nadal bardziej skłonne do zakupu technologii z zewnątrz, niż do wytwarzania własnych rozwiązań. W dużych firmach nasycenie innowacyjnością jest większe w podmiotach z kapitałem zagranicznym. Mówimy tutaj nie tylko o innowacjach produktowych, ale także organizacyjnych i marketingowych, które coraz bardziej ważą na mapie konkurencyjności na rynku globalnym – komentuje Magdalena Burnat-Mikosz, partner i lider w zakresie B+R i innowacyjności w Polsce z Deloitte.

        Przedsiębiorcy: jesteśmy innowacyjni
        Duże i średnie firmy chętnie przyznają się do nowatorstwa. – Na początku 2015 roku 78 proc. takich przedsiębiorstw deklarowało prowadzenie działalności innowacyjnej, a 71 proc. uznaje, że w ostatnich 3 latach wdrożyło innowacyjne rozwiązania. Głównym powodem, dla którego przedsiębiorstwa nie prowadzą działalności innowacyjnej, jest niepewność odnośnie do zwrotu z takich inwestycji. Często też polskie przedsiębiorstwa były przekonane, że ich model biznesowy lub strategia nie uzasadniają potrzeby prowadzenia działań innowacyjnych. Co trzecie przedsiębiorstwo wierzyło też, że jego obecna skala nie uzasadnia podjęcia działalności innowacyjnej. Zaskakująco tylko 29 proc. przedsiębiorstw nie podejmowanie działań innowacyjnych uzasadniało brakiem środków finansowych – informuje Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w sektorze nowych technologii, telekomunikacji i mediów w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Ekspert podkreśla, że w ostatnim czasie zdecydowanie wzrosła wśród polskich managerów świadomość konieczności pozyskiwania, rozwoju i wdrażania innowacji. Wymusza to rosnąca konkurencja, dążenie do ekspansji międzynarodowej i widoczne w Polsce efekty cyfrowej rewolucji. Nastawienie staje się bardziej proinnowacyjne. Jednak sama współpraca z ośrodkami badawczymi czy włączenie startupów technologicznych to za mało, by mówić o strategii innowacyjnej.

        – Takiej zmianie musi towarzyszyć zmiana organizacyjna i procesowa. Cele managerów muszą odzwierciedlać strategię organizacji. Jednak przede wszystkim celowość innowacji jest warunkowana potencjałem wzrostu przychodów. Dlatego założenia do strategii innowacyjnej powinny być oparte o analizę dotychczasowej dojrzałości innowacyjnej firmy w odniesieniu do otoczenia konkurencyjnego – przekonuje Magdalena Burnat-Mikosz.

        Potrzebne zaplecze dla kreatywności
        Wsparcie innowacyjności deklarują też kolejne rządy. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju wspiera przede wszystkim działalność innowacyjną i współpracę nauki z biznesem. Jednak zdaniem Magdaleny Burnat-Mikosz, polityka państwa musi koncentrować się na budowaniu zaplecza dla tworzenia nowej wiedzy i inspirowania kreatywności. Łatwość dostępu do zewnętrznego finansowania jest powiązana z dynamiką wzrostu nakładów na innowacje i B+R, choć to nie jedyny czynnik. – Przemysł przyszłości będzie musiał elastycznie odpowiadać na zmiany potrzeb konsumenta, a regulatorzy rynków będą musieli uwzględniać światowe trendy, a nie powielać stare modele działania – uważa ekspert z Deloitte.

        Co więcej, innowacje to nie tylko działalność badawczo-rozwojowa. Według badań np. Innovation in transition autorstwa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, istnieje pozytywna korelacja między wydatkami firm na B+R a większą skłonnością do wprowadzania innowacji w organizacji, nawet jeśli te ostatnie miałyby być oparte na rozwiązaniach wynalezionych czy opracowanych przez inne firmy. Biorąc pod uwagę, że w przemyśle większość wydatków na innowacje to inwestycje, można przyjąć, że przede wszystkim służą wdrożeniu już istniejących nowoczesnych rozwiązań. Tak działa energetyka, stopniowo wprowadzająca np. inteligentne liczniki, zakłady produkcyjne stawiające najnowsze linie technologiczne czy wdrażające nowe technologie IT, przemysł wydobywczy korzystający z osiągnięć podobnych firm, czy telekomunikacja wprowadzająca rozwiązania stworzone przez spółki technologiczne.

        Energetyka stawia na nowoczesność
        Jak w praktyce wygląda zaangażowanie polskich przedsiębiorstw w działania innowacyjne? To przedsięwzięcia od usprawniających bieżącą działalność po projekty przyszłościowe wychodzące naprzeciw współczesnym trendom. Grupa Tauron wraz z KIC InnoEnergy realizuje projekt Smart Home.

        – Obejmuje on stworzenie systemu zintegrowanych urządzeń pozwalających w efektywny sposób zdalnie zarządzać pracą urządzeń elektrycznych oraz kontrolować bezpieczeństwo w domu. Projekt ma charakter długofalowy. Urządzenia testowane będą przez klientów przez ok. dwa lata, co pozwoli na wieloaspektowe zbadanie proponowanych usług – komentuje Jarosław Broda, wiceprezes Tauron Polska Energia ds. strategii i rozwoju. W ramach pilotażu powstanie i zostanie przetestowanych 5 tys. urządzeń, takich jak inteligentne wtyczki, kamery on-line, czujniki dymu czy gazu i czadu.Spółka prowadzi też projekt Smart City Wrocław, obejmujący wdrożenie inteligentnego opomiarowania. – Po fazie pilotażowej zdecydowano o pełnym objęciu inteligentnym opomiarowaniem całego Wrocławia. Oznacza to w stosunkowo krótkim czasie wymianę około 330 tys. liczników energii elektrycznej na inteligentne – informuje Jarosław Broda.

        Koncern stara się zminimalizować czas wdrożenia innowacji, by sprostać konkurencji. To ważne, szczególnie w przypadku nowych produktów, jak w projekcie inteligentnego domu. – Pełna ocena omawianych projektów będzie możliwa za kilka lat. Dzięki projektowi Smart Home będziemy mogli wdrożyć nowe produkty wykorzystujące możliwości m.in. inteligentnego opomiarowania. Spodziewamy się dzięki temu wzrostu przychodów z nowych, atrakcyjnych produktów i lojalności klientów, którym je oferujemy – tłumaczy wiceprezes. Energetyczna grupa rocznie realizuje kilkanaście projektów innowacyjnych, w tym 8-10 projektów z dofinansowaniem zewnętrznym. Jarosław Broda uważa też, że wprowadzenie ulg podatkowych, bądź innych mechanizmów zachęt finansowych, może wpłynąć na efektywność ekonomiczną wdrożenia danego przedsięwzięcia innowacyjnego.

        – Ciekawym pomysłem byłaby możliwość zaangażowania się funduszy publicznych w rynkową działalność innowacyjną przez zastosowanie takich instrumentów, jak corporate venture capital (CVC), tworzonych na przykład przez firmy takie jak Tauron – podsumowuje.

        Zaawansowane metody wydobycia
        KGHM Polska Miedź od lat prowadzi dziesiątki, jak nie setki nowatorskich projektów, od drobnych usprawnień po nowe rozwiązania podnoszące efektywność wydobycia. Jako globalna firma musi stawiać na rozwój i innowacyjność.

        – W działalności B+R opieramy się nie tylko na własnych zasobach, ale także doświadczeniach świata nauki. Obecnie angażujemy się w działania wspierane przez Unię Europejską, korzystając z Programu Horyzont 2020. Przykład takiego projektu to BioMOre (New Mining Concept for Extracting Metals from Deep Ore Deposits using Biotechnology). Przedsięwzięcie mające na celu weryfikację w warunkach naturalnych możliwości zastosowania zupełnie nowej, innowacyjnej metody eksploatacji złóż ubogich oraz trudno dostępnych przy wykorzystaniu biotechnologii – wyjaśnia Rafał Pawełczak, dyrektor naczelny ds. badań i innowacji w KGHM Polska Miedź. Polski koncern jest tukoordynatorem konsorcjum złożonego z 23 partnerów z Europy i świata, reprezentujących zarówno przemysł, jak i uczelnie oraz centra badawczo-rozwojowe. Opracowywana technologia pozyskiwania metali znajduje się we wstępnej fazie weryfikacji możliwości zastosowania jej na skalę przemysłową. Kolejny etap, jeśli ten przyniesie pozytywne rezultaty, to budowa prototypu instalacji. To tylko jeden przykład.

        – W obszarach naszych zainteresowań są przede wszystkim działania związane z automatyzacją procesu, wzrostem bezpieczeństwa pracy oraz uzyskiwaniem większych wydajności – dodaje Rafał Pawełczak.

        W firmie działa już wizyjny system optymalizacji sterowania procesami flotacji – FloVis. Nowatorskie rozwiązanie, dzięki ciągłej kontroli parametrów wizyjnych piany, zapewnia poprawę jakości koncentratów i tzw. wzrost uzysku operacyjnego maszyn flotacyjnych. System działa w zakładach wzbogacania rud i składa się łącznie z ok. 290 kamer na 149 maszynach flotacyjnych. FloVis zwiększa zawartość miedzi w koncentracie o ponad 1,34 proc. Podobne systemy pozwalają na monitorowanie procesu mielenia i klasyfikacji (MillVis) oraz rozdrabniania (ConVis).

        Nowatorski przemysł lekki
        W innowacyjność inwestują nie tylko narodowe czempiony. Producenci z wielu branż szukają rozwiązań pozwalających zdobyć nowych klientów i budować przewagę konkurencyjną. W przemyśle włókienniczym producenci tkanin i odzieży nie mają szans w starciu z tanią tradycyjną produkcją azjatycką, więc szukają nowych rozwiązań. Czasem wręcz fascynujących. Firma Corin od 20 lat produkuje wysokiej jakości bieliznę dla pań i dziś stawia na nowatorskie produkty. Półtora roku trwał projekt, dzięki któremu powstał „biustonosz idealny”. W przeciwieństwie do wielu innowacji zakończonych na etapie prototypu, dzieło firmy Corin weszło na rynek.

        – Istotne dla nas było zbadanie, jak biustonosz wpływa na ciało kobiety Co się dzieje, jeśli jest za mały, co jeśli jest zbyt luźny. Szyjemy rocznie setki tysięcy biustonoszy i zależało nam, aby kobiety nosząc je codziennie miały pewność, że są bezpieczne, a same biustonosze nie powodują niepotrzebnych dysfunkcji i są nieodczuwalne na ciele – mówi Bogumiła Jakubczak z Corin. Spółka dzięki dofinansowaniu mogła opłacić kosztowne badania. Do przedsięwzięcia zaangażowano naukowców z Politechniki Łódzkiej oraz lekarzy z Centrum Zdrowia Matki Polki.

        – Symulacje komputerowe i wysoko zaawansowane technologie pozwoliły na stworzenie modelu przestrzennego torsu kobiety i prace nad konstrukcją biustonosza – komentuje Bogumiła Jakubczak. Po wieloetapowych badaniach grupa kobiet w różnym wieku testowała nowy produkt, a wszystko rejestrowały kamery termowizyjne.

        – Korzyści jest wiele. Poza pozyskaną wiedzą, która okazuje się bezcenna w dalszej pracy Corin, mamy świadomość, że te badania mają wymiar społeczny. Kobiety zyskały biustonosze o lepszej konstrukcji i parametrach technicznych. Bielizna to świat mody, ale walor estetyczny musi być spójny z komfortem, wygodą i przede wszystkim z wykorzystaniem bezpiecznych dla człowieka surowców, z których wykonana jest bielizna – tłumaczy Bogumiła Jakubczak. Projekt był tak niezwykły, że Discovery Channel zaprezentowała go w jednym z odcinków serii „How Do They Do It”.

        Coraz więcej nowych produktów
        Co jeszcze? Konsmetal, producent m.in. sejfów, multisejfów, kas pancernych, szaf metalowych, skarbców stworzył urządzenia Systemu Zarządzania Gotówką. Służą nie tylko do zarządzania środkami pieniężnymi, ale też do obsługi wszystkich operacji gotówkowych, zarówno przy stanowisku kasjerskim, jak i na zapleczu punktu handlowego. Poza urządzeniami do wpłacania i wypłacania gotówki, system wyposażono w aplikację Retail Cash Manager (RCM) do bieżącej kontroli procesu obrotu gotówki i zdalnego zarządzania urządzeniami w systemie. Zdaniem twórców, system poprawia płynność finansową, księguje w czasie rzeczywistym i automatyzuje rozliczenia kasjerów. Dywilan pierwszy na świecie wyprodukował tkaną sztuczną trawę i matę hybrydową (trawa naturalna wzmocniona tkaną matą) na nawierzchnie sportowe. Nowe produkty spełniają normy europejskie i wymagania FIFA i już znajdują nabywców ze względu na zalety, jakich nie mają tradycyjne rozwiązania: trwałość, odporność na uszkodzenia, bezpieczeństwo czy przepuszczalność wody.

        Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów tworzy wyspecjalizowane roboty pirotechniczne tak udane, że zakupiła je armia Korei Południowej, kraju o bardzo wysokim stopniu robotyzacji. PIAP produkuje mobilne roboty do zastosowań specjalnych, w tym antyterrorystycznych i pirotechnicznych. Pełnią już służbę w kilkunastu krajach na terenie Europy, Azji i Afryki. PKN Orlen, poza konkretnymi projektami, jak stacja doświadczalna, w której będą hodowane glony z wykorzystaniem dwutlenku węgla oraz wód poprodukcyjnych z rafinerii, służąca do produkcji biokomponentów wyższej generacji, organizuje też konkursy na innowacyjne rozwiązania podnoszące efektywność produkcji. Znacząca większość dużych przedsiębiorstw i coraz więcej średnich poszukuje dróg rozwoju. A dziś o rozwoju decydują innowacje.

         

        Pozornie łatwe publiczne pieniądze

          Każdego roku przedsiębiorstwa sprzedają sektorowi publicznemu produkty i usługi za ponad 200 mld złotych. Prawdziwe eldorado, ale tylko z pozoru. Współpraca z sektorem publicznym to przeciągające się procedury wydłużające czas realizacji kontraktów, zatory płatnicze i trudne relacje z urzędnikami

          Popyt sektora publicznego na produkty i usługi przedsiębiorstw napędzają w ostatnich latach unijne fundusze. Jak wynika z danych Urzędu Zamówień Publicznych, jeszcze w 2006 roku wartość rynku wynosiła 80 mld złotych, żeby w rekordowym 2010 roku osiągnąć 167 mld złotych. To wtedy w ekspresowym tempie budowaliśmy drogi i stadiony przed nadchodzącymi mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Ale w latach 2011-2014 przedsiębiorcy w dalszym ciągu liczyć mogli na poważny zastrzyk gotówki ze strony sektora publicznego – średnio każdego roku urzędnicy rozstrzygali przetargi o wartości 138 mld złotych. W poprzednim roku wartość rynku spadła do około 117 mld złotych, co, z jednej strony, jest pochodną około rocznego opóźnienia w wydatkowaniu unijnych pieniędzy z perspektywy budżetowej 2014-2020, z drugiej, z podwyższenia z 14 do 30 tys. euro wartości zamówienia, które może być złożone z pominięciem prawa zamówień publicznych. Od 2013 roku Urząd Zamówień Publicznych gromadzi także dane dotyczące umów zawieranych przez stronę publiczną z pominięciem procedur ustawowych – czy to ze względu na niską wartość zamówień, czy możliwe wyłączenia zapisane w prawie. Wynika z nich, że łączna wartość rynku zamówień publicznych w 2013 roku wyniosła 218 mld złotych, w kolejnym roku wzrosła do 230 mld złotych. Pełnych danych za rok 2015 jeszcze nie ma, ale można przypuszczać, że także w tym wypadku granica 200 mld złotych została przekroczona.

          Rynek jednego oferenta
          Dokonywanie zakupów przez państwo i podlegające mu organizacje związane jest z wydatkowaniem publicznych pieniędzy. W założeniu system przetargów ma wprowadzać w ten obszar gospodarczej aktywności konkurencję i sprawić tym samym, że publiczne środki będą wykorzystywane optymalnie – zamawiający będzie w stanie kupić określoną usługę po możliwie najniższej cenie. Gdyby spojrzeć na polski rynek tej perspektywy to trudno stwierdzić, że dobrze spełnia on swoją rolę – do około 40 proc. przetargów zgłasza się zaledwie jeden oferent.

          – Przedsiębiorcom nie jest łatwo zdobyć zamówienie ze strony sektora publicznego. Tego rodzaju kontrakty stawiają przed nimi większe obowiązki i stanowią większe ryzyko, związane na przykład z koniecznością wypełnienia dużej liczby dokumentów, w porównaniu do rynku komercyjnego. Najpierw trzeba ponieść pewne koszty, zaakceptować ryzyko, a później stanąć do przetargu, bez żadnej gwarancji, że się go wygra – mówi Piotr Markowski z serwisu Zamówienia 2.0, analizującego rynek zamówień publicznych. To odstrasza od rynku zamówień publicznych przede wszystkim małe i średnie firmy, które nie są w stanie pokonać biurokratycznych wymagań lub postrzegają to jako zbyt wysoki koszt. W specyfikacji istotnych warunków zamówienia, która jest podstawą Każdego przetargu, zamawiający często stawiają przed firmami bardzo trudne do spełnienia wymagania, na przykład dotyczące doświadczenia. Zdarza się, że warunki przetargów od początku określane są w ten sposób, żeby wypełniał je określony dostawca, co sugeruje korupcję, ale najczęściej wynikają z braku rynkowej wiedzy urzędników – około 20 proc. przetargów kończy się ich unieważnieniem, bo nie zgłasza się do niego żadna firma. Wystartowanie w przetargu wiąże się też z wpłaceniem wadium, które może przepaść. To również jest element zniechęcający do walki o publiczne zlecenia przede wszystkim mniejsze przedsiębiorstwa.

          Także podniesienie tzw. progu bagatelności z 14 tys. do 30 tys. euro, wprowadzone przy okazji nowelizacji ustawy w październiku 2014 roku, zmniejszyło konkurencję na rynku publicznych dostaw. Z badania przeprowadzonego przez UZP wynika, że w 2015 roku aż 62 proc. instytucji publicznych kupujących na rynku produkty i usługi nie zgłosiło ani jednego zamówienia przekraczającego wyznaczony próg. W tej grupie 45 proc. organizacji nie wypracowało żadnych własnych kryteriów wyboru najlepszych oferentów, zawierając po prostu umowę z wybraną przez siebie firmą. W takim wypadku reszta przedsiębiorców nie ma nawet szans aby dowiedzieć się o możliwości złożenia oferty i tym samym nie można mówić o uczciwej konkurencji.

          – Przekonanie o tym, że wybór określonego dostawcy jest z góry przesądzony, to także jest jednym z czynników, które zniechęcają przedsiębiorców do ubiegania się o publiczne kontrakty – uważa Piotr Markowski. Zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej, także zamówienia o wartości niższej niż próg bagatelności powinny być ogłaszane publicznie, tak aby każdy przedsiębiorca mógł złożyć swoją ofertę. Pod względem odsetka przetargów, do których zgłasza się tylko jeden oferent, Polska ma jeden z najgorszych wyników w Unii Europejskiej, na poziomie takich państw, jak Cypr, Estonia, Luksemburg czy Lichtenstein, w przypadku których taką sytuację można wytłumaczyć wielkością gospodarki.

          – To istotny czynnik ryzyka na polskim rynku zamówień publicznych, bo pokazuje, że jest on niekonkurencyjny. Niewątpliwie duża część tego problemu związana jest z występowaniem nieprawidłowości i nadużyć w procedurach przetargowych – mówi Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego, która w zeszłym roku zapoczątkowała wyliczanie barometru Ryzyka Nadużyć w Zamówieniach Publicznych.

          Dyktat najniższej ceny
          Z punktu widzenia przedsiębiorstw ubiegających się o publiczne zamówienia czynnikiem zniechęcającym do startowania w przetargach może być praktyka wybierania przez zamawiającego oferty z najniższą ceną. Dyktat najniższej ceny był jedną z przyczyn problemów branży budowlanej, która zgarnia największą część środków rozdysponowywanych przez sektor publiczny. Z przeprowadzonej przez Fundację Batorego analizy niemal ogłoszonych postępowań dotyczących zamówień publicznych z lat 2010-2015 na łączną kwotę 344 mld złotych, aż 65 proc. dotyczyło prac budowlanych. Ale stwierdzenie, że budownictwo jest głównym beneficjentem zamówień publicznych byłoby nieprawdziwe – mordercza konkurencja o finansowane z unijnych pieniędzy kontrakty na budowę infrastruktury drogowej przed Euro 2012 sprawiła, że przedsiębiorstwa licytowały się na niskie ceny. Kiedy w górę poszły ceny surowców co podniosło koszty, a jednocześnie pojawiły się problemy z płatnościami za wykonane prace ze strony Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA), część branży utraciła płynność finansową.

          Firmy realizujące kontrakty przestały płacić podwykonawcom, przez budownictwo przetoczyła się fala bankructw, kulminująca w latach 2012-2013. Na granicy bankructwa znaleźli się tacy potentaci branży, jak PBG czy Polimex Mostostal. Procesy, w które zaangażowały się firmy realizujące kontrakty, ich podwykonawcy i GDDKiA do dziś nie zostały zakończone. To pod wpływem kryzysu w budownictwie znowelizowane zostało prawo zamówień publicznych, ograniczając kategorię zamówień, w których można stosować wyłącznie kryterium najniższej ceny. Wprowadzono również obowiązek uzasadnienia sytuacji, w których zamawiający posłuży się przy wyborze oferty jedynie kryterium cenowym. W teorii ta zmiana zadziałała – odsetek postępowań, w których tylko cena decydowała o podpisaniu kontraktu spadł z 85-90 proc. do około 30 procent. W praktyce jednak i tak najczęściej wygrywają najtańsze oferty, co według niektórych specjalistów jest najbezpieczniejsze z punktu widzenia podejmujących decyzje urzędników.

          – W przetargach pojawiają się kryteria jakościowe, ale ponieważ o takie kontrakty, do których my aspirujemy, ubiegają się z reguły duże firmy, z bogatym doświadczeniem – wszyscy te kryteria wypełniamy równie dobrze. W praktyce o wyborze oferty decyduje cena – mówi przedstawiciel firmy informatycznej tworzącej oprogramowanie. Sektor publiczny jest dla branży informatycznej ważnym klientem, a w kolejnych latach zamówień może być jeszcze więcej, bo postępująca cyfryzacja administracji publicznej będzie finansowana także ze środków unijnych. Ale nadchodzący boom może być dla firm IT równie problematyczny, jak wcześniej był dla budownictwa.

          Informatyczne problemy
          Administracja publiczna jest wymagającym zleceniodawcą, bo każde ministerstwo czy instytucja ma swoją specyfikę, co powoduje, że za każdym razem firmy informatyczne zmuszone są tworzyć rozwiązania szyte na miarę. Sprostanie oczekiwaniom klientów wymaga zbudowania do realizacji każdego zlecenia zespołu, liczącego nawet kilkudziesięciu informatyków.

          – Standardem jest przeciąganie procedur i zwlekanie z podejmowaniem decyzji, co wydłuża realizację projektów. Jeśli kontrakt zaplanowany na rok realizujemy przez dwa lata, to oznacza dla nas dodatkowe koszty – mówi nasz rozmówca z branży informatycznej. Ten problem zaostrzył się po wyborach parlamentarnych – zmiana władzy skutkowała wymianą kadr w ministerstwach i urzędach. Stanowiska stracili także pracujący dla strony publicznej ludzie odpowiedzialni za sektor IT.

          – Z jednej strony nie ma nowych przetargów, bo opóźnia się wydatkowanie pieniędzy unijnych, z drugiej, mamy kłopoty z rozliczaniem projektów zapoczątkowanych jeszcze za poprzedniej koalicji, bo pod byle pretekstem urzędnicy nie chcą od nas odbierać już zrealizowanych prac. To oznacza opóźnienia w płatnościach i kłopoty z utrzymaniem płynności – ocenia przedstawiciel branży informatycznej. Zatory płatnicze grożą powtórzeniem kłopotów budownictwa. W dużych kontraktach informatycznych około 50 proc. zadań realizują podwykonawcy – brak płatności dla głównych wykonawców oznacza, że oni także nie otrzymują pieniędzy.Z funduszami unijnymi wiążą się też ścisłe terminy ich wydatkowania. Jeśli urzędnicy zbyt długo przeciągają formalności, to firmy mają mniej czasu na wykonanie prac. Nie zawsze udaje się utrzymać terminy, cierpi na tym także jakość wykonywanych prac. Kończy się karami nakładami na wykonawców, ci z kolei próbują szukać sprawiedliwości w sądzie. Efekt końcowy jest taki, że projekty nie są dobrze zrealizowane, a jeśli przed sądem okazuje się, że wina nie leży jednak po stronie wykonawcy, to Skarb Państwa zmuszony jest płacić odszkodowania.

          – W kontraktach realizowanych dla sektora publicznego zapisane w umowie obowiązki dotyczą tak naprawdę tylko wykonawców. Strona publiczna nakłada na nas kary, nawet jeśli opóźnienia w realizacji kontraktu wynikają z faktu, że nie mamy z kim współpracować po drugiej stronie – uważa przedstawiciel branży informatycznej.Według jego opinii, jeśli taka sytuacja będzie utrzymywała się w dalszym ciągu, to część firm wycofa się z realizacji kontraktów dla sektora publicznego, a na placu boju pozostaną jedynie duzi globalni gracze. Co skutkować będzie znacznym wzrostem cen usług informatycznych.

          O tym, że problemy we współpracy na linii wykonawcy-zamawiający mają negatywny wpływ na jakość usług informatycznych realizowanych dla sektora publicznego, mieliśmy okazję przekonać się podczas wyborów samorządowych w 2014 roku. Zawiódł wtedy napisany dla Państwowej Komisji Wyborczej system zliczający głosy, czego wynikiem było opóźnienie w publikacji wyników i realne straty dla Skarbu Państwa. Sektor prywatny już dawno rozwiązał ten problem – realizacja kontraktów informatycznych od początku przebiega pod nadzorem niezwiązanych z wykonawcą specjalistów, nadzorujących jakość wprowadzanych rozwiązań. Sektor publiczny testowanie systemów zleca ich wykonawcy lub robi to we własnym zakresie, ale już po ukończeniu prac.

          – Nadzór nad realizacją projektu na każdym jego etapie, poczynając od napisania Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia, pozwala uniknąć błędów lub zmienić wykonawcę we wczesnej fazie, minimalizując straty. Testowanie systemu na końcu nie ma sensu, jeśli w trakcie jego tworzenia popełniono poważne błędy już na samym początku – mówi Tomasz Szadkowski z firmy Soflab Technology, zajmującej się testowaniem systemów IT. Prawdopodobnie nawet bez wprowadzania żadnych dodatkowych rozwiązań współpraca sektora publicznego z wykonawcami systemów informatycznych mogłaby wyglądać lepiej. Gdyby tylko tendencję do unikania odpowiedzialności po stronie urzędników przynajmniej częściowo zastąpiła wola do partnerskiej współpracy

          Sport i zdrowie

          Robert Korzeniowski o tym, jak planować karierę, mądrze uprawiać sport i walczyć z procesem starzenia

          Kiedy pytam managerów o hobby, prawie zawsze słyszę: sport.
          Aktywność ruchowa jest bardzo ważna dla osób, które większość dnia spędzają za biurkiem. Musi to być jednak zestaw ćwiczeń dostosowanych do możliwości fizycznych. Postanowienia noworoczne typu: za dwa miesiące przebiegnę maraton, często przynoszą efekty odwrotne od zamierzonych. Niestety, mało kto prosi o pomoc fachowca – inspirację stanowi opinia kolegi lub tekst znaleziony w internecie. W efekcie po dwóch, trzech tygodniach pojawiają się problemy z kolanami lub ścięgnem Achillesa lub poważniejsze urazy…

          Od czego należy więc zacząć przygodę ze sportem w średnim wieku?
          Znam osoby, które podjęły takie wyzwanie mając ponad 50, a nawet 60 lat. To najlepsze antidotum na starzenie. Sport – w odpowiednich dawkach – pozwala utrzymać doskonałą kondycję do późnej starości. Tak jak wszystko, należy to jednak robić w sposób przemyślany, mając kontakt z lekarzem i trenerem. Ostatnio poświęcam wiele uwagi tym sprawom jako manager programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych w Grupie LUX MED. W lipcu 2014 roku dowiedziałem się, że LUX MED został Głównym Partnerem Medycznym PKOl. Monitoring zdrowia i prowadzona na tym gruncie optymalizacja treningu zawsze mnie pasjonowały, więc kiedy we wrześniu tego roku prezes Anna Rulkiewicz zaproponowała mi kierowanie programem medycyny sportowej w Grupie, po prostu nie mogłem odmówić. LUX MED stał się już przecież firmą ,,olimpijską”, a ja olimpijczykiem nigdy nie przestałem być po Atenach. Tytuł mistrza olimpijskiego wiąże się z misją osobistą i zobowiązaniem propagowania sportu na całe życie… Program, który zaczęła wdrażać cała Grupa LUX MED, a którego naturalnym liderem jest warszawska klinika Carolina Medical Center – FIFA Clinic of Excellence, realizuje w wersji pełnowymiarowej obecnie 6 placówek w Polsce a w wersji konsultacyjno- -orzeczniczej kolejnych kilkanaście. To poważne przedsięwzięcie, w którym bierze udział ponad stu lekarzy. Warto podkreślić, że dziś medycyna sportowa, która dotąd była dziedziną elitarną, staje się egalitarna. Specjaliści, którzy dotąd koncentrowali się na sportowcach, służą pomocą również tym, którzy chcą zadbać o kondycję fizyczną, nie rujnując sobie zdrowia nieodpowiednimi ćwiczeniami.

          Zamiast do sklepu ze sprzętem sportowym, najpierw należy więc wybrać się na specjalistyczne badania?
          Koniecznie. Dopiero po serii badań i testów możliwe jest opracowanie odpowiedniego programu ćwiczeń. Nawet sprawa z pozoru tak banalna, jak zakup odpowiedniego obuwia, może mieć istotny wpływ na to, czy nie dojdzie do kontuzji. Od dawna powtarzam, że zanim zabierze się za uprawianie określonej dyscypliny, najpierw trzeba osiągnąć poziom zerowy. A to oznacza 2-3 miesiące intensywnej pracy. Trzeba też pamiętać, że nie każdy typ aktywności jest odpowiedni dla wszystkich. Dotyczy to na przykład bardzo ostatnio modnego wśród kadry zarządzającej triathlonu…

          A jak zaczęła się pańska przygoda ze sportem?
          Nietypowo. Będąc w liceum nawet nie myślałem o tym, że pójdę na AWF. Myślałem o historii lub kulturoznawstwie. Chodziłem do szkoły, w której trzeba było zasłużyć na uprawianie sportu. Choć intensywnie trenowałem i często wyjeżdżałem na zawody, nauczyciele wymagali ode mnie dobrych wyników. Na chód sportowy zdecydowałem się dość późno, mając 16 lat. W okolicach Tarnobrzega, gdzie zaczynałem moją przygodę ze sportem, a szerzej na terenie dawnej Galicji, marsze o charakterze sportowo-wojskiowym były popularne już przed I Wojną Światową. Wtedy organizowano zawody na trasie Przemyśł- Sokal. W drugiej klasie liceum uzyskałem tytuł mistrza Polski juniorów młodszych. Zawody odbywały się w pobliskim Rzeszowie, a o mnie napisały gazety. I w ten sposób zostałem kimś w rodzaju lokalnego bohatera. Potem przyszły kolejne sukcesy, uzyskałem stypendium państwowe. Zrozumiałem wówczas, że koncentrując się na sporcie mam szansę na niezależność finansową, co było ważne dla mojej niezbyt zamożnej rodziny z czwórką dzieci. Podjąłem więc studia na AWF w Katowicach i jeszcze intensywniej trenowałem. Jak wielu młodych ludzi, w czasie wakacji brałem udział w „wyjazdach handlowych” do krajów byłego RWPG. Wspominam o tym, ponieważ było to niezłą szkołą życia i ekonomii w praktyce.

          W 1991 roku wyjechał pan do Francji.
          Miałem 23 lata i czwarte miejsce na Mistrzostwach Europy. Kontrakt zaproponował mi paryski Racing Club de France, który jest znany przede wszystkim jako organizator turnieju Roland Garros. Dzięki temu, że w liceum chodziłem do klasy z rozszerzonym programem francuskiego, nie miałem problemu z barierą językową. Po dwóch latach dokonałem transferu do klubu w Tourcoing koło Lille. Zamieszkałem 500 metrów od granicy belgijskiej, którą podczas treningów mijałem kilka razy dziennie. Pamiętam, jaki to stanowiło szok dla moich gości z Polski – przyzwyczajonych do pogranicznych kontroli i zasieków, którzy nie zdawali sobie sprawy z ułatwień w strefie Schengen. Występowałem wówczas jako reprezentant dwóch klubów – wspomnianego wcześniej francuskiego i „Wawelu” Kraków, którego prezes, wierząc, że kiedyś wrócę, załatwił mi mieszkanie służbowe w tzw. gołębniku na ostatnim piętrze bloku.

          Porzekadło, że nie ma róży bez kolców, sprawdziło się także w pańskim przypadku.

          Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia wiem, że nie należy wierzyć we własny geniusz, ani też w to, co mówią pochlebcy. Jak grom uderzyła we mnie wiadomość o dyskwalifikacji za technikę. Co gorsza – różne życzliwe osoby usiłowały za pośrednictwem mediów kłócić się w moim imieniu z sędziami. Trudno o gorszy scenariusz. W 1993 roku zdecydowałem się zmienić sposób treningów. Sam zostałem szefem swojego zespołu, do którego zaangażowałem fizjologa, fizjoterapeutę, lekarza i sparring partnerów. Żyłem skromnie, dzięki czemu 30 proc. wydatków finansowałem z własnych dochodów. Bardzo pomogły mi środki z Fundacji Solidarności Olimpijskiej, bez nich nie zdobyłbym dwóch złotych medali w Sydney. Pojawiłem się też w światowej kampanii firmy Reebok, przejętej potem przez Adidasa, z którym związany jestem do dzisiaj.

          Cztery złote medale olimpijskie, trzy w mistrzostwach świata i dwa w mistrzostwach Europy. Co czuł pan zamykając w roku 2004 karierę sportową?
          Nie miałem czasu, by się nad tym zastanawiać. Otrzymałem bowiem propozycję objęcia kierownictwa redakcji sportowej w TVP 1. Zgodziłem się, z zastrzeżeniem, że nie będę figurantem, a szefowie telewizji zlecą mi misję stworzenia sportowego kanału tematycznego, który ruszył dwa lata później. Kolejne wyzwanie stanowiła zmiana sposobu nadawana – jako pierwsi w rozdzielczości HD relacjonowaliśmy igrzyska w Pekinie. Przychodząc do TVP jako człowiek z zewnątrz ze zdumieniem patrzyłem na sieć wewnętrznych relacji i ambicji, które przeszkadzały w pracy i generowały niepotrzebne koszty. Dążyłem do połączenia redakcji sportowych poszczególnych kanałów w jeden sprawny zespół. Rozwiązanie to sprawdza się dobrze do dzisiaj. W telewizji kierowałem początkowo 30, a później 120 osobami. W praktyce uczyłem się więc zarządzania. Szybko przekonałem się, że najlepiej sprawdza się metoda delegowania zadań. Raz w tygodniu organizowałem spotkanie całego zespołu. Kierownictwo TVP zlecało mi kolejne zadania – jak np. zakup licencji. Przez pięć lat w telewizji przetrwałem… sześć zmian na stanowisku prezesa, z czym za każdym razem wiązały się nowe pomysły, których przy takiej karuzeli kadrowej nie można było zrealizować. Przez dłuższy czas udawało mi się dogadywać z kolejnymi szefami na zasadzie gentlemen’s agreement. Kiedy w końcu okazało się to niemożliwe – zdecydowałem się odejść. Wcześniej postawiłem sobie za cel uzyskanie praw do emisji Euro 2012 i ekstraligi żużlowej.

          Jak rozwijała się potem pańska kariera?
          Przez 9 miesięcy obowiązywał mnie zakaz konkurencji. Po raz pierwszy w życiu mogłem pozwolić sobie na długie wakacje. Pojechałem m.in. do Australii i Wenezueli, zmieniłem mieszkanie, urodziło mi się dziecko. Wspólnie z Izą Barton-Smoczyńską napisałem książkę „Moja droga do mistrzostwa”. Dałem się też za piątym podejściem namówić do udziału w „Tańcu z gwiazdami”. Kiedy w końcu mogłem wrócić do pracy, zaangażowałem się na 1,5 roku w ciekawy i nowatorski na polskim gruncie projekt Corporate Hospitality – czyli sprzedaż pakietów biznesowych na Euro 2012. Wszystkie założenia organizatora, czyli UEFA, zostały zrealizowane, choć początkowo wielu moich znajomych managerów z niedowierzaniem patrzyło na ten projekt. Przez kolejne dwa lata zajmowałem się rozwojem biura ubezpieczeń na rynku sportowym. Kosztowało mnie to wiele pracy i starań, okazało się jednak, że nasz rynek nie jest jeszcze gotowy na takie rozwiązanie.

          Co lubi Robert Korzeniowski?

          Zegarki Omega do garnituru, Polar Monitoring podczas treningów
          Ubrania
          Diesel, Adidas
          Wypoczynek
          różne mało znane turystom zakątki Francji
          Kuchnia
          śródziemnomorska, włoska
          Samochód
          hybrydowy Lexus RX z napędem 4×4
          Hobby
          podróże, fotografia, historia – szczególnie kultury prekolumbijskie i II Wojna Światowa

          Państwo ma gorączkę

          ManagerOnline

          Kryzys systemów fiskalnych rozumiany jako bezwzględny spadek efektywności danin publicznych, który nie jest związany z kryzysem ekonomicznym kraju, jest z reguły głównym symptomem kryzysu funkcjonowania państwa, a przede wszystkim jego procedur decyzyjnych, w tym zwłaszcza ustawodawczych

          Dyskusja o systemie fiskalnym jest więc debatą o państwie i sposobie jego funkcjonowania, a w państwach demokratycznych jest pytaniem o stan naszej demokracji. Bezspornym jest to, że w ciągu ostatnich ośmiu lat nastąpił najgłębszy spadek efektywności fiskalnej systemu podatkowego, a minimalny szacunek utraconych bezpowrotnie dochodów wynosi co najmniej 3 procent PKB. Aby znaleźć klucz do uzdrowienia istniejącego stanu rzeczy należy dokonać następujących zmian o charakterze podstawowym:

           
          1. Przeciąć wszelkie związki, bezpośrednie i pośrednie, między organami oraz ludźmi władzy a międzynarodowym biznesem optymalizacyjnym, który obecnie ma istotny wpływ na kształt ustawodawstwa podatkowego, strukturę organów podatkowych państwa, a także na urzędową interpretację przepisów.

           
          2. Ujawnić proceduralnie oraz sformalizować działalność lobbingową adresowaną zwłaszcza do prawodawstwa podatkowego likwidując przede wszystkim niejawny sposób tworzenia projektów przepisów, które następnie są poddawane fasadowej procedurze demokratycznej („szara strefa legislacji podatkowej”).

           
          3. Poddać debacie publicznej oraz krytyce wszelkie działania klasy politycznej sprzeczne z interesem publicznym, a zwłaszcza te postawy oraz doktryny, zwane nie wiadomo czemu „liberalnymi”, których faktycznym celem jest osłabienie finansowe państwa i zmuszenie go w wyniku spadku dochodów budżetowych do wzrostu zadłużenia publicznego, a tym samym uzależnienia od tzw. rynków finansowych.

           
          4. Zapewnienie ustrojowe oraz prawne transparentności całego procesu legislacyjnego tworzenia przepisów prawa daninowego tak, aby opinia publiczna oraz media znały role oraz wpływ wszystkich rzeczywistych uczestników tego procesu.

           
          5. Propagowanie wśród członków klasy politycznej podstawowych pojęć oraz zasad chroniących interes publiczny, a zwłaszcza interes fiskalny państwa, co wiąże się z promowaniem postaw obywatelskich budowanych na szacunku dla obowiązków o charakterze publicznym, co zamyka się w klasycznym wizerunku obywatela podatnika.

           

          Przed wyborcami oraz klasą polityczną, stoi dziś najważniejsze zadanie wzmocnienia, a może nawet częściowo odbudowy naszej suwerenności, przede wszystkim poprzez stworzenie efektywnego systemu fiskalnego. Analogie historyczne są oczywiste – bez silnego „skarbu”, czyli bez pieniędzy publicznych stoimy na przegranej pozycji.

          Podatki: nie ma przebacz

          Podatki i wszystko co się z nimi wiąże to bodaj najbardziej zmitologizowana dziedzina polityki gospodarczej. Wywodzi się na wpół literackie paralele podatków i śmierci, rzekomo jedynych pewniaków na tym padole

          Efektownie brzmi sformułowanie, że o skali fiskalizmu świadczy nie wysokość podatków, ale wartość tego, co zostaje po ich zapłaceniu. Do sfery artystycznej należy zaliczyć też powiedzenie „płać i płacz”. Polityka podatkowa to dziedzina rozległa. Stwarza to wielkie pole do żonglowania liczbami. W miarę łatwo „udowodnić”, że podatki są wysokie lub niskie. Ale dwie liczby warto przytoczyć. Otóż według danych OECD, w 2012 roku łączne obciążenia podatkowe rodziny z dwójką dzieci wyniosły w Polsce 29,6 procent i były wyższe od średniej dla krajów OECD, gdzie wynoszą 26 procent. Z kolei według raportu Banku Światowego i PwC „Paying Taxes 2014”, Polska zajmuje w ogólnym rankingu 113. miejsce (na 189 badanych krajów; im dalej tym gorzej). Łączne opodatkowanie zysków sięgało w Polsce 42 procent i było wyższe od średniej dla krajów Unii Europejskiej i EFTA. Krytykę systemów podatkowych słychać zewsząd, z krajów najbogatszych i najbiedniejszych. Jeśli nie słychać, to mamy raczej do czynienia z państwem policyjnym, niż z zadowoleniem obywateli i biznesu z podatków. Pomiędzy tymi, którzy płacą, a tymi, którzy pobierają, różnica jest tak zasadnicza, że niemal naturalna, biologiczna. Jest to relacja drapieżnika i ofiary, pasożyta i żywiciela. Biolog wtrąci tu natychmiast, że nawet najbardziej wredny pasożyt żeruje tak, aby nie wykończyć żywiciela. Na niwie fiskalnej stosunki bywają bardziej bezwzględne. Spory zastęp udziałowców splajtowanych firm dochodzi w sądach swoich pretensji do urzędów skarbowych.

          Wielki VAT, nieduży PIT
          By zrozumieć znaczenie podatków dla państwa polskiego, wystarczy pobieżna wiedza o strukturze budżetu. Otóż wpływy podatkowe to aż 90 procent wszystkich wpływów budżetu państwa. To nakazuje wielką ostrożność przy planowaniu i wprowadzaniu wszelkich zmian w podatkach. Bo skutki takich zmian to zwykle niewiadoma, bywają i odwrotne od założonych. Tymczasem budżet państwa ma dwie strony – wpływy i wydatki. Czyli że każda złotówka z zaplanowanych wpływów ma z góry przewidziane przeznaczenie. Jeśli ta złotówka do budżetu nie wpłynie, to nie można jej wydać, a przecież ktoś już na nią czeka, bo mu ją obiecano – oświata, służba zdrowia, obronność. Odpowiedzialność to zatem nakaz numer jeden przy kształtowaniu polityki podatkowej.

          Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zapytać o znaczenie poszczególnych rodzajów podatków dla budżetu. Okazuje się, że najważniejszy jest VAT, przynosi aż 45 procent i więcej wpływów budżetowych. Akcyza daje ponad 20 procent wpływów, PIT 15 procent, a CIT, podatek dochodowy płacony przez firmy, niespełna 10 procent (powyższe liczby są dość mocno zaokrąglone, ale idzie o pokazanie struktury). To pokazuje, jak ważny dla państwa jest VAT. Spadek wpłat z jego tytułu to dla budżetu kataklizm. A właśnie tego doświadczamy od dwóch lat, gdy po najwyższych w historii wpływach z VAT w 2013 roku, wpływy z jego tytułu zaczęły gwałtowanie spadać. Ponad 40 lat temu amerykański ekonomista Arthur Laffer narysował (za pierwszym razem na serwetce w restauracji!) linię krzywą obrazującą zależność między wysokością stawek opodatkowania a dochodami budżetowymi państwa z tytułu podatków. Istnieje bowiem punkt, powyżej którego wyższe podatki nie skutkują wyższymi wpływami.

          Podatnicy ograniczają wówczas działalność, uciekają do rajów podatkowych, wchodzą w szarą strefę, itp., możliwości mają wiele. O szczegółowy kształt krzywej Laffera ekonomiści spierają się do dzisiaj sytuując jej punkt przełomowy wyżej lub niżej na skali stawek podatkowych, jednak sama zasada istnieje i działa. W Polsce doświadczyliśmy jej istnienia kilka razy, poza wspomnianym niedawnym przypadkiem VAT. Podwyżka akcyzy na samochody małolitrażowe w 2000 roku z 4 do 6 procent spowodowała, iż ich sprzedaż spadła o 26 procent. Wpływy z akcyzy od tej zmniejszonej sprzedaży wprawdzie i tak wzrosły, ale za to wpływy z VAT spadły i to w znacznie większej skali. Inny przykład – w 1998 roku rząd kilka razy podnosił stawki akcyzy na alkohol. W rezultacie wpływy z podatku akcyzowego rok później były… znacząco niższe. Dopiero zdecydowana obniżka obciążeń podatkowych ciążących na alkoholu dokonana w roku 2000 spowodowała powrót do konsumpcji opodatkowanego alkoholu i przyrost dochodów budżetu.

          Akcyza jest wygodna
          Przypomnijmy tu, że podatek akcyzowy nakładany jest na towary, które charakteryzuje wysoka akumulacja zysku. Koszt ich wytworzenia jest stosunkowo niewielki, natomiast przychody ze sprzedaży są bardzo duże. Poprzez akcyzę państwo przejmuje część zysku. Warto zwrócić uwagę, że rząd bardzo „lubi” podatek akcyzowy, przy którym łatwo jest mu manipulować, a przy tym pozostaje ukryty w cieniu producentów i handlu, na których spada całe odium ze strony opinii publicznej z powodu wzrostu cen. Trzeci pod względem ważności dla państwa, rozumianej jako wielkość wpływów budżetowych, jest PIT, podatek od dochodów osobistych. A właśnie ten podatek budzi największe emocje. Nic dziwnego, płaci go 25 milionów obywateli i wszyscy zawsze uważają, że jest za wysoki. PIT jest więc bohaterem mediów, choć nie budżetu, który ma z niego tylko 15 procent wpływów. PIT i jego obecny kształt krytykowany jest nie tylko przez płatników, ale i przez ekspertów. Podnoszą oni kilka kwestii. Po pierwsze, połowa wpływów z PIT do budżetu państwa naliczana jest od wypłat pochodzących z… tegoż budżetu (są to wynagrodzenia sfery budżetowej, administracji i świadczenia społeczne). Zatem państwo przekłada sobie pieniądze z kieszeni do kieszeni, ponosząc przy tym koszty obsługi tej czynności.

          Po drugie, regulacje tego podatku są niebywale skomplikowane, głównie wskutek narosłych zmian, interpretacji, poprawek, korekt tych poprawek, itd., itp. Znany jest przykład decyzji ministra finansów, że kto mieszka na parterze i nie korzysta z windy – nie płaci podatku. Niektóre terenowe urzędy skarbowe upierały się bowiem, że lokatorzy z parterów, którzy są zwolnieni z wnoszenia opłat za korzystanie z windy, uzyskują przez to nieodpłatne świadczenie od spółdzielni mieszkaniowej. Tym samym osoby te osiągają przychód w rozumieniu ustawy o PIT, a ten podlega opodatkowaniu, twierdzili uparci urzędnicy. Konflikt musiała rozstrzygnąć ministerialna centrala. Kolejny argument krytyków wynika z poprzedniego. Otóż na pobór, kontrolę i całą obsługę podatku dochodowego od osób fizycznych aparat skarbowy poświęca blisko 80 procent swoich sił i środków. Czy system pełen takich idiotyzmów można naprawiać? Nie, można go tylko zlikwidować, a PIT zastąpić prostym podatkiem pogłównym, liczonym od osoby, a nie od dochodu – twierdzą liberalnie nastawieni ekonomiści.

          Najpierw większe pensje
          Najmniej przychodu przynosi budżetowi CIT, podatek dochodowy od osób prawnych, czyli od firm. Ogólną tendencją jest spadek znaczenia tego podatku na rzecz podatków pośrednich (VAT i akcyzy). Jest on zarazem niezłym narzędziem polityki gospodarczej państwa, stąd długi katalog zniżek i zwolnień. Ciekawe, że np. w Niemczech znaczenie CIT dla budżetu jest jeszcze mniejsze, wręcz marginalne. Interesujące jest przy tym porównanie całej struktury wpływów podatkowych Polski i Niemiec, czyli kraju, którego gospodarka stanowi wzór dla innych. W oczy rzuca się jedna wielka różnica. Otóż w Niemczech wpływy do budżetu z VAT i PIT są zbliżone, niemal równe (31 i 32 procent). W Polsce, przypomnijmy, państwo uzyskuje z VAT trzy razy więcej niż z PIT. To najkrótszy komunikat o różnicy rozwojowej i gospodarek, i społeczeństw. Polak najpewniej z przyjemnością płaciłby dwa razy większy podatek – gdyby tylko dwa razy więcej zarabiał… Na to się jednak w możliwej do ogarnięcia perspektywie nie zanosi. Jeśli można spodziewać się zwiększonej aktywności rządu w dziedzinie podatkowej, to będzie ona dotyczyła VAT, bo ten ma dla państwa znaczenie strategiczne. A aktywność jest potrzebna, bo z VAT jest problem i to coraz większy. To on w lwiej części tworzy tzw. lukę podatkową, czyli różnicę między wpływami należnymi a faktycznymi. Skala oszustw, wyłudzeń i zwykłych obejść prawa jest niepokojąca. Ale nie mniej niepokojące jest, że dużo się o tym mówi, ale mało robi. Tak naprawdę fiskus wciąż „nie ma armat”. W miarę łatwo dopadnie drobnego oszusta, ale jest bezradny wobec wielkiej, ponadnarodowej korporacji.

          Eksportuje, czy ukrywa
          Najgorzej, że granica między tym co dozwolone a tym co zakazane nie zawsze jest ostra. Państwo promuje eksport i ma to odzwierciedlenie w regulacjach podatkowych. Ale czy każdy wywóz produktu jest eksportem sensu stricto? Zwłaszcza w dziedzinie obrotu usługami panuje potężny rozgardiasz. Zresztą, nawet gdy działalność eksportowa jest krystalicznie czysta, to wzrost jej skali – tak przecież pożądany – owocuje spadkiem wpływów z VAT. Ot, taki paradoks, nie jedyny Nie wszyscy podatnicy są wyrafinowanymi oszustami. To system podatkowy jest nieszczelny. Eksperci wskazują, że jedyną radą jest uproszczenie systemu, czyli obniżka wyśrubowanej dziś stawki podatkowej VAT do poziomu 15-16 procent, z jednoczesnym radykalnym skróceniem listy wyjątków i zniżek. Działalność typu policyjnego – złapać i ukarać – już od dawna jest mało efektywna. By jeszcze bardziej skomplikować proszę pamiętać, że istnieje jeszcze wiele innych podatków niż tu wymienione, najważniejsze z punktu widzenia budżetu państwa. Obywatele i firmy płacą jeszcze podatki: rolny, leśny, od nieruchomości, od środków transportu, od spadków i darowizn, od czynności cywilnoprawnych, od gier. Są wreszcie płatności, które formalnie podatkami nie są, ale potocznie są za takie uznawane. To m.in. cła, abonament rtv i tzw. użytkowanie wieczyste. O każdym z nich można napisać książkę. Przykładowo, warto by wreszcie sprawdzić, w jakiej części podatki lokalne służą społeczności, a w jakiej stanowią haracz dla armii zbędnych urzędników w gminach. Pewne jest jedno. Jeśli licealista zastanawia się właśnie nad wyborem zawodu, to niech rozważy sferę podatkową: prawodawstwo, aparat fiskalny, branżę doradztwa. Na pewno będzie co robić i to jeszcze długo.

          Top manager na czele Sygnity

          Jan Maciejewicz zastąpił Janusza R. Guya na stanowisku prezesa spółki Sygnity. Przeszłość zawodową ma tak bogatą jak jego poprzednik.

          Ze spółką jest związany od 2012 roku – właśnie wtedy Janusz Guy przeszedł z rady nadzorczej na fotel prezesa, zastępując Norberta Biedrzyckiego. Jan Maciejewicz w lutym tego roku został wiceprezesem Sygnity, a w branży IT pracuje od wielu lat. Przed przejściem do firmy był od 2010 roku szefem zarządu spółki Infovide-Matrix, niedawno kupionej przez Asseco Poland. Zaczął od pracy w SGPiS (dziś SGH), tam też uzyskał stopień doktora nauk ekonomicznych. Był doradcą Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą (jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku) i konsultantem takich organizacji międzynarodowych, jak ITC i UNCTAD. Po polskiej transformacji ustrojowej zajął się konsultingiem i otwierał pierwszy polski oddział Deloitte & Touche. Po pięciu latach kierowania firmą podjął się organizacji A.T. Kearney w Polsce i został w spółce partnerem zarządzającym. Dalsze kroki w karierze to wiceprezesura w PKN Orlen, a udział kapitałowy w ICENTIS Corporate Solutions. Z tej firmy przeszedł do Infovide-Matrix. Sygnity, spółka powstała z połączenia dwóch innych firm IT, przed laty była przymierzana do roli lidera w branży. Rzeczywistość okazała się znacznie trudniejsza: spółka przez lata nie przynosiła zysków, a pierwszą udaną restrukturyzację przeprowadził Norbert Biedrzycki. Janusz Guy przejął stery po próbie przejęcia firmy przez Asseco. Po trudnych latach firma ma przyzwoity portfel zamówień, dobrze radzi sobie w trudnym sektorze publicznym i ma widoki na przyszłość. Acz trudno jej będzie dorównać liderowi, czyli Asseco Poland, czy krakowskiemu Comarchowi, który w ciągu lat wyrósł na firmę międzynarodową.

          Ważne Informacje

          Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

          Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

          Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

          Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

          Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

          Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

          Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

          Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

          Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

          XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

          XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...