.
Strona główna Blog Strona 148

Volkswagen Arteon Plug-in Hybrid – ekologiczny skok do klasy premium

Ktoś patrząc na niego mógłby powiedzieć, że to taki ładniejszy Passat. Wrażenie może być tym bardziej mylące, że jego poprzednik, model CC faktycznie był trochę ładniejszym i mniej praktycznym Passatem. Arteon pełni obecnie rolę flagowego okrętu, musi więc odznaczać się czymś bardzo wyjątkowym. Co ciekawe, producent wcale nie poszedł w kierunku absolutnego komfortu, a swojej szansy upatruje w sportowych genach.

tesował: Michał Garbaczuk

Tylko nie mów o mnie „Passat”

Zanim przejdę do wrażeń z jazdy, pozwólcie że przytoczę kilka liczb opisujących poszczególne wymiary Arteona i Passata w wersji sedan. Arteon jest dłuższy od Passata o 87 mm, szerszy o 39 mm i niższy o 56 mm. Ale to nie wszystko. W Arteonie większy jest także rozstaw osi (o 51 mm) oraz rozstaw kół (przednie o 9, tylne o 13 mm). Dopiero teraz mogę przejść do właściwego tekstu, bo widać, że mamy do czynienia z zupełnie odrębnym modelem.

Auto kierowane jest do osób, które szukają w motoryzacji elegancji i szyku za stosunkowo rozsądne pieniądze. W ujęciu flotowym auto będzie wybierane przez dyrektorów wyższego szczebla, a może nawet prezesów, podczas gdy kadra niższa poruszać się będzie Passatami i Golfami. Jednym słowem, Arteon w gamie Volkswagena pełni rolę flagowej limuzyny i o ile, jak wiemy, atak koncernu na klasę premium modelem Phaeton nie powiódł się, o tyle zgrabny liftback ma w sobie wszystkie cechy, które kojarzą się nam z pojęciem premium.

Arteon, którego miałem okazję testować pod koniec ubiegłego roku, to auto wyposażone w nowoczesną, hybrydową jednostkę napędową 1.4 TSI, wspomaganą silnikiem elektrycznym. Zestaw legitymuje się mocą  218 KM i momentem obrotowym aż 400 Nm, dostępnym w zakresie 1500-3500 obrotów na minutę. Silniki napędzają oś przednią za pomocą, automatycznej, dwusprzęgłowej skrzyni biegów DSG o 6 przełożeniach. Samochód okazuje się nad wyraz dynamiczny i zwinny, dlatego moim zdaniem taka konfiguracja bez problemu spełni oczekiwania nawet pana prezesa. Eleganckie linie nadwozia przeplatają się tu ze sportowymi akcentami wersji R-Line, a szyby w drzwiach pozbawione zostały ramek. Smukłe nadwozie sprawia wrażenie bardzo szerokiego, ale proporcje nie zostały zachwiane i auto na żywo prezentuje się bardzo okazale.

Znane wnętrze przyprawione szczyptą luksusu

Od razu powiem, że kabina niemieckiej limuzyny to miejsce, w którym mógłbym spędzać długie godziny i nie ważne, czy byłby to katastrofalny korek przed centrum handlowym na dzień przed wigilią Bożego Narodzenia, czy kilkusetkilometrowa podróż autostradą. W kabinie jest tak przytulnie i kojąco, że nawet najbardziej zestresowani pracownicy wielkich korporacji mogliby tu odzyskać spokój. Na uwagę zasługują wykończone skórą i Alcantarą fotele. Niby podobne do tych z Passata, ale jednak mają w sobie coś ekskluzywnego. Coś takiego, że po zakończonej jeździe mam ochotę jeszcze w nich chwilę posiedzieć. Podobnie jest z tyłu. Kanapa już swoim designem mówi, że najlepiej będzie, jak będą na niej podróżować dwie osoby. Miejsca na nogi jest tak dużo, że nie ma szans, by dziecko siedzące w foteliku, czy na podstawce dosięgnęło do oparcia przednich foteli, a dorośli podróżować mogą w pozycji półleżącej. Jeśli to was nie przekonało, informuję posłusznie, że można zamówić auto w jasnej konfiguracji wnętrza. Prezentuje się wtedy obłędnie… jakby bardziej luksusowo. Wybierając Arteona, nie będziecie mieli problemu ze spakowaniem się w podróż. Bagażnik ma pojemność 563 litrów i kształt prostopadłościanu. Bez problemu zapakujecie do niego wszystko, co tylko przyjdzie wam do głowy. Dodatkowo, w oparciu kanapy znajduje się otwór, dzięki któremu przewieziecie na przykład narty.

Sportowo, czy komfortowo?

Arteon ma odcinać się jednoznacznie od Passata i robi to także podczas jazdy. Adaptacyjne zawieszenie zdaje się unosić auto nad jezdnią. Od razu czuje się większą dbałość o komfort jazdy. Naturalnie daleko mu do francuskiego rozpasania, ale pod względem resorowania nie ma się czego wstydzić. W 90-ciu procentach przypadków korzystać będziecie z trybu Comfort. Dla super oszczędnych przewidziano tryb Eco, z kolei tryb Sport sprawdza się podczas dynamicznej jazdy krętymi drogami i co ciekawe nie tylko tymi dobrej jakości. Zawieszenie Arteona Plug-in Hybrid łączy w sobie sportowe zachowanie z niewiarygodnie wręcz perfekcyjnym tłumieniem wszelkich nierówności. Co więcej, świetnej recenzji nie popsuły nawet duże felgi z niskoprofilowymi oponami, a raczej paskami gumy naciągniętymi na obręcze ze stopów metali lekkich.

Jak napisałem wcześniej, kilkusetkilometrowa wyprawa nie jest żadnym wyzwaniem dla flagowej limuzyny Volkswagena i w zasadzie należałoby zaryzykować stwierdzenie, że właśnie do tego został ten samochód stworzony. Auto przyjemnie sunie lewym pasem autostrady, a w razie potrzeby nawet na niemieckich odcinkach bez ograniczeń prędkości nie będzie zbyt często spychane z lewego pasa. Prędkość maksymalna 222 km/h wystarczy każdemu. No chyba, że zajmujecie się przewożeniem organów do transplantacji w Nadrenii Północnej – Westfalii. Przyspieszenie do 100 km/h na poziomie 7,8 sekundy także uważam za więcej niż przyzwoite, tym bardziej, że odczucia podczas jazdy są bardziej niż zadowalające. Wysoki moment obrotowy świetnie wspomaga samochód podczas nabierania prędkości.

Warto poświęcić jeszcze kilka słów na temat hybrydy i jej zużycia paliwa. Silnik elektryczny czerpie prąd z baterii o pojemności 13 kW, które pozwalają pokonać w mieście dystans nawet 60 kilometrów. Oznacza to, że jeśli będziemy się regularnie ładować (patrz: codziennie), to będziemy w stanie osiągnąć praktycznie zerową emisję CO2. Z kolei w trasie, samochód z wyczerpaną baterią nie zużywa więcej niż 7 l/100 km. I tu pojawia się pewien sprytny sposób jazdy, a właściwie ustawienia komputera. W systemie można bowiem ustawić, aby bateria trzymała poziom naładowania na przykład na połowę. Podczas nabierania prędkości silnik bardzo chętnie korzysta wtedy ze zgromadzonej energii, a w odpowiedniej chwili sam uzupełnia sobie poziom prądu. W rezultacie będziecie w stanie ograniczyć zużycie paliwa nawet do wartości 4 – 4,5 l/100 km, a to już wartość wchodząca w zakres fabuły książek Science Fiction!

Wspomniałem wcześniej, że konstruktorzy pozbawili Arteona ramek wokół szyb drzwi. Bałem się trochę o hałas podczas szybszej jazdy, ale zupełnie niepotrzebnie. W ogóle, wyciszenie wnętrza jest bardzo dobrą stroną tego Volkswagena. Nie przenikają tu praktycznie żadne niepożądane dźwięki, czy szum opływającego powietrza. Duży plus po stronie projektantów.

Skok zaliczony

Rolą Arteona nie jest bycie „autem dla ludu”. Samochód ma być flagową limuzyną marki i z tego zadania wywiązuje się znakomicie. Jest ładny, świetnie wykończony i bardzo dobrze się prowadzi. W testowanej konfiguracji skradł moje serce i wiem, że wiele osób wybierze go właśnie z hybrydą pod maską. Cóż, coraz mniej jest w ofercie samochodów napędzanych mocnym V6, ale mnie to nie przeszkadza, bo Hybryda plug-in od Volkswagena jest cicha kiedy chcę i mocna, kiedy tego potrzebuję.

Nowa tożsamość – Alfa Romeo F1 Team ORLEN

Alfa Romeo F1 Team ORLEN oficjalnie prezentuje swoją nową nazwę i logo oraz przygotowuje się do zbliżającego się debiutu w pierwszych testach sezonowych, które odbędą się w lutym w Barcelonie.

Formuła 1 wkracza w nową, ekscytującą erę, naznaczoną nowymi przepisami, które stanowią ważny krok ku przyszłości, przy jednoczesnym zachowaniu silnych związków z niedawną przeszłością. Zmiana nazwy zespołu jest wyrazem nowego podejścia i silnej deklaracji woli ze strony marki Alfa Romeo, która mocno wspiera zespół i stojące przed nim ekscytujące wyzwania.

Dodanie do nazwy określenia „F1 Team” jest dużym powodem do dumy, ponieważ podkreśla przynależność do najbardziej ekskluzywnego klubu sportów motorowych na świecie. W rzeczywistości jest tylko dziesięć zespołów, które mogą poszczycić się tym prestiżowym znakiem. Silny związek pomiędzy markami Sauber i Alfa Romeo a rywalizacją jest nieodłącznym elementem ich DNA oraz historii pasji do osiągów.

Nowe podwozie, które zostanie zaprezentowane FIA, będzie miało również nową nazwę – zostanie zmienione z Alfa Romeo Racing na Alfa Romeo, co będzie wyrazem coraz ściślejszej więzi zespołu z Alfą Romeo, marką, która chlubnie zapisała się na kartach historii sportów motorowych.

Jean Philippe Imparato, dyrektor generalny marki Alfa Romeo: “Dodanie określenia F1 Team do nazwy naszego zespołu jest dla nas bardzo znaczącym elementem i napawa nas dumą: wyraża zaangażowanie Alfy Romeo w najbardziej ekskluzywne zawody motorowe, w których marka ta zapisała niezatarte karty w swojej historii. Z drugiej strony, reprezentuje on ducha spójności w zespole, w którym Alfa Romeo zamierza odgrywać wiodącą rolę. Z nową tożsamością, nowym logo, odnowionym składem kierowców i nowym samochodem, który zostanie wkrótce zaprezentowany, jesteśmy gotowi na nowy, ekscytujący sezon”.

Czas na stanowcze kroki w stronę komunikacji biznesu

Katarzyna Jarczewska – Partnerka i współwłaścicielka założonej w 1997 roku agencji reklamowej i PR, Media Forum. Ekspert ds. komunikacji, public relations, zarządzania sytuacjami kryzysowymi oraz strategii marketingowych przedsiębiorstw.

Działania komunikacyjne przedsiębiorstw szczególnie z segmentu MŚP wciąż stoją pod znakiem zapytania ze względu na rosnącą liczbę zakażeń i coraz bliższy scenariusz ponownego lockdownu. Z drugiej zaś strony rynek i konsumenci wydają się odnajdywać w nowej rzeczywistości, a co za tym idzie – nie rezygnować z produktów i usług krajowego biznesu. Co zrobić, aby wciąż utrzymać uwagę klientów? O tym opowie Katarzyna Jarczewska, współzałożycielka agencji marketingowej i PR-owej Media Forum.

Zapytam wprost – działania komunikacyjne powinny pójść w odstawkę?

Absolutnie nie. Bez sprawnego marketingu oraz public relations szczególnie w tak niestabilnej sytuacji nawet najlepiej zarządzany biznes (w sensie logistycznym, czy operacyjnym) nie utrzyma się na powierzchni. To tak, jakby korzystać z peleryny niewidki podczas konferencji branżowej, czy targów – nikt nie zauważy takiego biznesu, a z czasem dane przedsiębiorstwo pójdzie w zapomnienie.

Oczywiście logicznie taka strategia się spina, ale w obecnych czasach coraz większą rolę odgrywają emocje – zarówno w przypadku konsumentów, jak i samych przedsiębiorców.

I to jest czynnik, który należy wykorzystać. Klienci obawiają się ponownego zamknięcia m.in. gastronomii, a więc skutecznie zarządzane restauracje powinny już teraz chłodzić emocje, ale również wspierać swoją grupę docelową. Taki efekt można osiągnąć wyłącznie za pośrednictwem mediów tradycyjnych, internetowych oraz społecznościowych. Głos biznesu musi być usłyszany, jednak bez konkretnego komunikatu, już teraz – nawet we względnie spokojnym okresie – tacy przedsiębiorcy będą dynamicznie tracić na wartości rynkowej.

W porządku – dany biznes zorganizuje kampanię promocyjną, wizerunkową, sprzedażową. Co to tak naprawdę daje?

Przede wszystkim wcześniej wspomniany sygnał dla klientów pod tytułem “jesteśmy z Wami”. To wyjątkowo cenny kapitał w obecnych czasach, choć nie jedyny. Kolejnym plusem takiego podejścia jest integracja całego środowiska na linii biznes–konsument – niezależnie, czy mówimy o działalnościach typu B2B, czy B2C. Takie zacieśnienie więzi jest oczywiście wypadkową pierwszego czynnika, ale aby podtrzymać ją przy życiu, należy prowadzić działania komunikacyjne regularnie i na podstawie bardzo konkretnych analiz.

Jak przedsiębiorca, który nigdy nie miał do czynienia z analizą marketingową ma sobie poradzić z takim wyzwaniem?

Tutaj z odsieczą przychodzą doświadczone agencje. Przykładowo Media Forum działa na rynku aż 25 lat, więc w naszej karierze widzieliśmy bardzo dużo różnych przypadków. Mówi się, że pandemia koronawirusa to wydarzenie bezprecedensowe – i faktycznie w wielu punktach tak, ale w niektórych przypomina wcześniejsze kryzysy gospodarcze. Pamiętam kampanie prowadzone podczas kryzysu finansowego w latach 2007–2009. Wtedy również przedsiębiorcy mieli bardzo podobne wątpliwości i stawali przed bliźniaczymi wyzwaniami. Te doświadczenia wykorzystujemy również dzisiaj, dlatego tak chętnie klienci biznesowi przychodzą do Media Forum.

Czego klienci, którzy zwracają się o pomoc do Media Forum, obawiają się najbardziej?

Myślę, że koordynacji i sprzężenia wszystkich działań w jedną, logiczną strategię. Mówię tu o pogodzeniu dynamicznych zmian w sposobie prowadzenia biznesu z marketingiem i PR-em sprofilowanym pod czasy covidowe. Owe wątpliwości z kolei przemijają już po drugim, a czasami i po pierwszym spotkaniu, ponieważ nasz zespół oprócz bardzo konkretnego doświadczenia w dziedzinie komunikacji, może się pochwalić imponującym backgroundem sprzedażowym, menedżerskim, czy kadrowym.

Jesteście po prostu interdyscyplinarni.

I moim zdaniem to jedna z największych zalet Media Forum. W swojej karierze jeszcze nigdy nie trafiłam na tak wszechstronnych specjalistów, których poznałam w murach własnej agencji. Głęboko wierzę, że każdy rok dla naszego zespołu jest jeszcze bardziej rozwojowy, a takie doświadczenia, jak koronawirus tylko umacniają nasze wspólne kompetencje.

A jakie najczęściej nadzieje klienci pokładają we współpracy z Media Forum?

Przede wszystkim chcą wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich grup docelowych i co naturalne – są nastawieni na sprzedaż. O ile marketing, który jest jednym z fundamentów naszej działalności, faktycznie bezpośrednio prowadzi do wzmożenia częstotliwości transakcji, to już PR ma nieco inną funkcję. Public relations jest bardziej płynny, obejmuje o wiele więcej niuansów świata biznesowego i przekłada się na inne wartości – m.in. wcześniej wspomnianą więź z audytorium.

Tak jak zaznaczyliśmy, jest to wyjątkowy kapitał w 2021 roku.

Najpewniej w 2022, 2023, 2024, a nawet za 10 lat, czy 20 będzie to kapitał na wagę złota. Przez ponad dwie dekady na rynku zespół Media Forum zaobserwował tę prawidłowość i pomaga polskiemu biznesowi urzeczywistnić ową “inwestycję przyszłości”. Wartościowy i realny dialog z konsumentem nie jest możliwy bez skutecznego public relations – to musi sobie uzmysłowić szczególnie segment MŚP.

Właśnie do MŚP adresujecie swoją ofertę?

Nie tylko, ponieważ w swoim portfolio mamy projekty ze współprac również z korporacjami i koncernami międzynarodowymi, ale faktycznie – możemy się pochwalić wieloma kampaniami realizowanymi dla małych i średnich przedsiębiorstw. Takie działalności są o tyle wdzięczne do pozycjonowania w mediach, że z większą prostotą oraz autentycznością można przedstawić ich naturalnie płaską i egalitarną strukturę.

Wniosek nasuwa się prosty – MŚP powinny już teraz inwestować w działania komunikacyjne.

Powiem więcej – to ostatni moment na zdecydowane inwestycje w PR.

Dlaczego?

W tym miejscu dotykamy kwestii dynamicznych zmian technologicznych. Nie jest tajemnicą, że mniej prestiżowe tytuły prasowe zniknął z rynku lub przejdą głęboki proces digitalizacji. Media drukowane będą najpewniej domeną nisz – m.in. naukowców, prawników, lekarzy, wysoko wykwalifikowanych specjalistów i możliwe, że niektórych przedsiębiorców. O wiele szersze spektrum przekazu z kolei będzie miała sieć i tytuły scyfryzowane, chociaż na bezapelacyjnym podium znajdą się media społecznościowe.

Już teraz wiodą prym w działaniach promocyjnych.

Dokładnie, więc pomyślmy – jeśli dynamika rozwoju mediów społecznościowych utrzyma się przez kolejne lata (a wszystko na to wskazuje, że będzie jeszcze większa), biznes już teraz musi odnaleźć swoje miejsce w przestrzeni cyfrowej. Bez pogłębionego rekonesansu w roku 2021, przedsiębiorstwa w 2027 nie przebiją się przez konkurencję i kolejne platformy.

Opanowując prawidła obecnie dominujących na rynku platform społecznościowych, biznes będzie miał większą przewagę w obsłudze przyszłych?

Dokładnie tak. W tym procesie liczy się każda chwila, a najlepszym nauczycielem są agencje – m.in. takie, jak Media Forum.

Baobaby, słonie i diamenty, czyli bogactwa Botswany

Carter begins writing a bucket list, or things to do before he kicks the bucket – to pierwszy przykład jaki przywołuje internetowa wersja Cambridge Dictionary w odniesieniu do bucket list. Często słyszymy, że ktoś tworzy swoją bucket list wpisując na nią miejsca, które chciałby odwiedzić

Ta lista marzeń lub raczej naszych celów, to jednak coś znacznie więcej niż tylko lista miejsc do zobaczenia. To lista zjawisk, których chcemy jeszcze w naszym życiu doświadczyć. Jeszcze, czyli zanim nadejdzie moment, który Anglicy potocznie nazywają „kick the bucket” (stąd właśnie bucket list), a Polacy „kopnięciem w kalendarz”. Warto pozwolić sobie na głębszą refleksję co powinniśmy wpisać na naszą osobistą listę celów. I oby to było coś więcej niż lista kolejnych cudów przyrody, czy architektury.

Co prawda podróżowanie i poznawanie świata jest absolutnie fantastyczne, jednak pamiętajmy, że życie jest i powinno być bogatsze. Tymczasem zachęcam jednak do poznawania świata. Bądźmy podróżnikami, którym „z oczu nie spojrzenia płyną, a okręty, z serca lokomotywa wieczysta wylata, i jak łuk są ich myśli napięte, na wszystkie strony świata”. Te piękne słowa zapisał polski poeta, Stanisław Baliński, a ja przyjąłem je za swoje motto życiowe.

Jakiś czas temu jeden z twitterowych obserwatorów Jeremiego Clarksona (tego od programu „Top Gear”) tworząc swoją listę marzeń poprosił go o sugestie dotyczące najbardziej niezwykłego krajobrazu jaki widział. Clarkson na pierwszym miejscu wymienił… Kubu Island. Miejsce, o którym mało kto słyszał, a już na pewno w którym mało kto był. Ale też i nie ma w tym nic dziwnego, bo to kawał porośniętej baobabami wulkanicznej skały, zagubiony na wielkim solnisku Makgadikgadi Pan, w basenie Kalahari na terenie dzisiejszej Botswany (do 1966 noszącej swojsko brzmiącą nazwę Beczuana).

Makgadikgadi to niegdyś ogromne jezioro, które wyschło kilkadziesiąt tysięcy lat temu tworząc gigantyczne solnisko. Tereny te, niegdyś niesłychanie żyzne i obfitujące w zwierzynę, były zamieszkane przez przodków Homo sapiens już ponad 200 tys. lat temu. Znając pochodzenie pierwszych istot zaliczanych do rodzaju Homo, można przypuszczać, że nawet znacznie wcześniej, a tylko brakuje na to dowodów. Obecnie obszar ten to szereg poprzedzielanych terenami pustynnymi różnej wielkości solnisk o łącznej powierzchni większej niż słynna Salar de Uyuni w Boliwii. Okresowo nawadniany rzekami Nata (z Zimbabwe) i Boteti (z delty Okawango), przez część roku pokrywa się wodą i algami. Wtedy też ściągają tam liczne zwierzęta, głównie antylopy gnu i zebry oraz wiele gatunków ptaków.

To tam znajduje się jedna z dwóch wielkich populacji lęgowych flamingów różowych w południowej Afryce. Do Kubu Island można dotrzeć w porze suchej dobrym, terenowym samochodem. Ale i tak trzeba uważać, by nie utknąć w solnym błocie, co prawie mi się przydarzyło. Kubu Island to faktycznie miejsce niezwykłe. Majestatyczne baobaby na tym skalnym wzniesieniu pośród tysięcy kilometrów kwadratowych solnej bieli robią niesłychane wrażenie. A noc przy ognisku i z rozgwieżdżonym niebem nad głową to przeżycie niemal metafizyczne.

Ale Botswana ma do zaoferowania dużo więcej niż te niezwykłe solniska i Kubu Island. To też wspaniała, ogromna kotlina Kalahari oraz przede wszystkim kipiąca życiem Delta Okawango.

Kotlina Kalahari zajmuje obszar kilkukrotnie większy od Polski i jest niesłusznie nazywana pustynią. Jest to obszar pokryty sawanną i nawadniany wodami Okawango oraz okresowo deszczami. Dzięki temu w porze deszczowej Kalahari potrafi zamienić się w tętniące życiem, zielone pastwisko.

Rzeka Okawango tworzy natomiast największą atrakcję Botswany – Deltę Okawango. To największa na świecie delta śródlądowa. Okawango bierze swój początek w Angoli. Płynie częściowo przez Namibię, by w Botswanie stworzyć gigantyczne rozlewisko, zwane właśnie Deltą Okawango. Niezwykłość tej rzeki polega na tym, że nie uchodzi ona do morza czy oceanu, ale właśnie znika wewnątrz afrykańskiego lądu – najpierw tworząc deltę, a następnie znikając w Kotlinie Kalahari. Niegdyś kończyła swój bieg we wspomnianym jeziorze Makgadikgadi, ale jak już wiemy, jezioro wyschło wiele tysięcy lat temu.

Delta Okawango to królestwo świata zwierząt, uznane za jeden z siedmiu naturalnych cudów Afryki. Ciągle jest to cud natury, ale niestety poważnie zagrożony. W miejscowych skałach osadowych odnaleziono bowiem złoża ropy naftowej, a Namibia planuje budowę tamy na swoim odcinku Okawango. W maju 2020 roku wystąpiło tam też niespotykane dotychczas na tak wielką skalę wymieranie słoni – padło ich ponad 330 sztuk. Przyczyną były podobno toksyny wytwarzane przez glony rozmnażające się w wodzie. Na szczęście Botswana to wciąż dość bezpieczny dom dla 1/3 wszystkich słoni afrykańskich. Ich populacja w Botswanie ciągle rośnie i osiągnęła już ok. 130 tys. osobników. Podróżując po tym wspaniałym i jeszcze relatywnie mało turystycznie popularnym kraju bardzo łatwo się o tym przekonać, czego państwu szczerze życzę…

Botswana to też największy w Afryce producent diamentów. To tam znaleziono dwa z trzech najcięższych, dotychczas odkrytych diamentów. Ten najcięższy wydobyto w roku 1905 na terenie obecnej RPA (3106 karatów), zaś kolejne dwa (1111 oraz 1098 karatów) pochodzą z Botswany, przy czym ten ostatni został wydobyty ledwie kilka miesięcy temu. Znalezienia diamentu na terenie Botswany jednak nie życzę, bo bez licencji wydobywczej może to znalazcy przynieść więcej problemów niż radości…

Będąc w Botswanie trzeba zajrzeć na pogranicze Zimbabwe i Zambii, by zajrzeć w gardziel majestatycznych Victoria Falls. Ale o tym może innym razem.

 

Z podróżniczym pozdrowieniem

Adam Maciejewski

Artyści niesłusznie zapomniani

O znakomitych twórcach, o których nie pamiętają kolekcjonerzy i właściciele galerii, opowiada Maria Wolleberg-Kluza

Czyje prace powinienem zacząć kupować, zanim zyskają odpowiednią pozycję na rynku sztuki?

Zacznijmy od Mieczysława Wejmana, choć warto też wspomnieć o jego synu Stanisławie, bardzo dobrym grafiku… Zwykle tak bywa, że gdy dziecko artysty podąża tą samą drogą, pamięć o nim zostaje na dłużej. Szkoda, że nie stało się tak w tym przypadku. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na cykl M. Wejmana pokazujący rowerzystów. Nie byli to kolarze realistyczni, tylko kłębowisko kół, szprych i innych elementów. Świetna nowoczesna sztuka, przemyślana propozycja, zmuszająca do zastanowienia się nad znaczeniem metafory. Zostawił też po sobie bardzo ciekawe prace malarskie, dekoracyjne, raczej płaskie, uproszczone, nasuwające skojarzenia z Taranczewskim. Na malarstwo patrzył jak grafik. Układ płaszczyzn był dla niego ważniejszy niż dobór kolorów. Podobnie dzieje się w przypadku malujących rzeźbiarzy: niezależnie od pomysłu, zawsze skupiają się na bryle.

Czy znała pani osobiście Mieczysława Wejmana?

Tak, byłam u niego w domu w Radości pod Warszawą. Nie był już wówczas rektorem krakowskiej ASP. Na emeryturze przeniósł się do stolicy i zamieszkał w ładnie położonym domu pod lasem. Wiele uwagi poświęcał formom użytkowym, uważał, że muszą być nie tylko estetyczne, ale też ergonometryczne, żeby spełniać pewne funkcje użytkowe. Jego zdaniem, krzesło nie może być zbyt wygodne, bo to nie jest fotel… Potrafił mówić na takie tematy godzinami. Właściwie były to wykłady zawierające głębokie przemyślenia estetyczne, ale dotyczące ergonomii i innych dziedzin.

Dlaczego został zapomniany?

Zdarza się, że twórca podąża w innym kierunku, niż nowe trendy w sztuce. W przypadku M. Wejmana trudno o racjonalną interpretację. Na pewno nie szedł pod prąd, nie cofał się, to co robił, było prawdziwie nowoczesne. W dodatku rozumiał, jak działa rynek i środowisko. Gdyby dziś dobry galerysta odkrył na nowo M. Wejmana, na pewno wzbudziłby zainteresowanie jego dziełami.

Ma pani jego prace w swoich zbiorach?

Tak, podobnie, jak kolejnego zapomnianego artysty, o którym chciałabym opowiedzieć. To Henryk Musiałowicz, twórca przez pewien czas doskonale rozpoznawalny. Należał do pokolenia mojego ojca, żył ponad 100 lat, zmarł, niedawno, w 2015 roku. Także i on zostawił po sobie córkę zajmującą się grafiką i wystawiennictwem. Za życia miał liczne wystawy w Polsce i za granicą. Jego prace można było kupić w Galerii Piotra Nowickiego w Warszawie. Tworzył głównie czarno-czerwone obrazy, z grubą fakturą, na deskach, ale też formy przestrzenne, np. inspirowane Światowidem. Miał niewielką posiadłość w Ciemnym pod Radzyminem, w której urządził niezwykły, baśniowy świat. Pod koniec życia miał wspaniałą wystawę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Pamiętam, że w tym ciemnym wnętrzu jego prace prezentowały się doskonale. Myślałam, że będzie to pamiętny sukces, tymczasem szybko o nim zapomniano. Może dlatego, że była to trudna sztuka, bliska egzystencjalizmowi, nie wyrażająca dosłownie określonych treści. Świetnie pamiętam Henryka Musiałowicza jako pełnego energii i uroku, pogodnego człowieka. Odwiedzałam go na rogu Jezuickiej i Brzozowej, na warszawskiej Starówce, gdzie miał pracownię. Kontrast pomiędzy osobowością artysty i jego dziełami był ogromny, myślę, że stanowiły odzwierciedlenie jego trudnych doświadczeń wojennych.

Na internetowych aukcjach można znaleźć sporo relatywnie niedrogich prac Eugeniusza Eibischa. Czyżby i on należał do grona niedocenianych?

Warto przypomnieć, że jego nazwisko pojawiło się przed wojną we francuskiej encyklopedii, jako jedynego malarza z kręgu École de Paris. Po wyjeździe kapistów został w Paryżu i tam przetrwał wojnę. Później wrócił do Polski. E. Eibisch wpisywał się w nurt postimpresjonistyczny, Bonnardowski. Był jednak bardziej kolorowy, co mogło się podobać. Generalnie nasi kapiści też byli bardziej kolorowi od Francuzów. Chociaż u nas niebo jest szare, to jednak koloru używali dużo i chętnie… Miałam przyjemność poznać go osobiście, ponieważ przychodził na moje wystawy. W tym okresie nie pracował już na Akademii, był na emeryturze. Bywałam u niego w domu, na tyłach Teatru Polskiego. Miał tam niewielką pracownię połączoną z mieszkaniem. Prowadził wówczas Fundację, którą nazwał imieniem swojej nieżyjącej żony Franciszki Eibisch. Wiele prac przekazał przed śmiercią do Muzeum Narodowego. Część dorobku zostawił swojemu uczniowi i kontynuatorowi, którego bardzo cenił – Aleksandrowi Turkowi. Pod koniec życia wiele uwagi poświęcała mu jedna ze znanych galerystek, która potem wprowadziła do obiegu dużo jego obrazów. Nie chcę tego komentować pod kątem moralnym, ale w sumie może to dobrze dla tego znakomitego malarza, że jego prace są dostępne, a kolekcjonerzy ciągle jeszcze mają szansę je kupić.

W magazynie – Lekarz gwiazd

Dr Beata Dethloff, prowadząca dwie specjalistyczne kliniki – w Warszawie i Konstancinie – przedstawia swoją koncepcję rozwoju medycyny estetycznej w naszym kraju.

Zdecydowała się pani uruchomić trzecią klinikę medycyny estetycznej.

Mam świetny zespół i miejsce to tworzymy wspólnie. Znamy się długo, przyświecają nam te same wartości i kierujemy się wypracowaną wspólnie filozofią w biznesie. Podstawą nowego miejsca będzie również medycyna estetyczna, ale uzupełniona o cały wachlarz usług, których w tej chwili ze względu na warunki lokalowe nie możemy oferować.

Co będzie wyróżnikiem tego miejsca? 

Będzie to nowa oferta na rynku. Bardzo szeroka propozycja zabiegów, możliwość pozostania na kilka dni i skorzystania z oferty wykraczającej poza medycynę estetyczną i kosmetologię, ale też atmosfera miejsca i ludzie, którzy je tworzą.

Kiedy przyjmie pani tam pierwsze pacjentki? 

Mam nadzieję, że wczesną wiosną. To dobry czas na start i na rozpoczęcie nowego etapu w biznesie, jakim są kliniki dr Beata Dethloff.

Jaki jest przepis na sukces w tej branży ? 

Wiedza, talent, konsekwencja w działaniu, ale jak w życiu, tak i w biznesie nie są to jedyne składowe. W mojej branży dochodzi jeszcze szereg umiejętności, np. odpowiednie widzenie danej twarzy w przestrzeni, zdolność zaplanowania zabiegów w określonej kolejności tak, byśmy stali się młodszą wersją samego siebie, a nie osobą, która przestała nas fizycznie przypominać. Bardzo lubię swoją pracę, a w niej właśnie zwłaszcza etap prawidłowego zaprojektowania i wykonania wolumetrii twarzy. Kocham naturalne efekty, kiedy moje pacjentki słyszą „jak pięknie wyglądasz”, a nie „o, zrobiłaś sobie policzki”. Moja praca składa się z drobiazgów i znowu tak jak w życiu, to przecież drobiazgi tworzą mozaikę dnia, tygodnia, miesiąca, roku. Praktykuję od jakiegoś czasu także umiejętność zatrzymania się w świecie, który wciąż gna do przodu. To bardzo ważna umiejętność, bo w naszej pracy warto widzieć więcej. To nie jest cecha wybrańców, ale kompetencja, którą każdy może rozwijać. W medycynie estetycznej fascynuje mnie ciągły rozwój i nowe możliwości, które jednak muszą być osadzone w twardej wiedzy medycznej, doświadczeniu, poczuciu piękna i estetyki. Pewnie do tego przepisu warto jeszcze dodać ogromnie ważny składnik, bez którego nic nie istnieje – to ludzie i zespół, którym się otaczasz, dobre relacje z innymi, umiejętność odczuwania i okazywania wdzięczności

Czego wymagają Polki od lekarzy medycyny estetycznej? 

Kompleksowego podejścia, holistycznej opieki ze strony takich miejsc, jak nasze. Uroda to także wynik zdrowia organizmu – moje pacjentki chcą po prostu wyglądać pięknie i młodo, ale ich dieta, tryb życia, samopoczucie stają się ważną składową drogi do tego celu. Polki cenią sobie jakość, doceniają uwagę, jaką ma dla nich lekarz w gabinecie, chcą spersonalizowanej recepty dla siebie i dla swojej skóry. Aby dać im to wszystko w najlepszej możliwej postaci, trzeba się wciąż rozwijać i z bogatej oferty na rynku wybierać to co najlepsze, mądre i dobre dla pacjentek. Kiedy filarem relacji jest zaufanie, bierzemy na siebie ogromną odpowiedzialność za wygląd i samopoczucie danej osoby.

A czego brakuje na tym rynku? 

Konceptu, jaki postanowiłam stworzyć. Tu pacjent i jego bardzo różne potrzeby są w centrum uwagi. Bardzo szeroki zakres medycyny estetycznej i kosmetologii stanowią mocną podstawę, której towarzyszą rozwiązania bardzo dobrze uzupełniające charakter i ofertę tego miejsca. Można skorzystać z zabiegu, spotkać się na lunch, spędzić tam kilka dni i skorzystać z pakietu zabiegów, albo wziąć udział w szkoleniach i warsztatach, które odbywają się w tej samej przestrzeni.

Co jest przyszłością w tej branży? 

Przyszłość dzieje się teraz. Całościowe i kompleksowe patrzenie na organizm człowieka. Zdrowie i uroda idą w parze. Wszyscy pragniemy cofnąć czas i moim przywilejem jest to, że mogę i potrafię to zrobić, ale to wymaga współpracy, a nie chodzenia na skróty. Dyskretne, naturalne działania medycyny estetycznej dają piękno i dobre samopoczucie, które wszyscy kochamy. Ale tylko w parze ze zdrowiem i dobrą kondycją organizmu efekty zabiegu utrzymają się długo. Dlatego tak ważne jest też uświadamianie pacjentom tego, jaką rolę pełni organizm także w kontekście dobrego wyglądu. To istotny element pracy lekarzy. Każdy wiek jest dobry, aby np. zrobić sobie testy nutrigenetyczne – dowiedzieć się, co nam służy, a co nie. Na stronie internetowej moich klinik jest moje zdjęcie sprzed 10 lat i sprzed paru miesięcy. Różnica jest widoczna gołym okiem i nie jestem jedyną osoba, która uważa, że teraz wyglądam lepiej. Ja to czuję, widzę i wiem… Wykonałam badanie Genodiet iGenesis, zastosowałam się do wskazań, do tego, co naukowcy wyczytali na podstawie mojego DNA i konsekwentnie realizuję wskazania. Jestem dobrym przykładem, że można i trzeba zawalczyć o siebie, o lepszy wygląd, samopoczucie i  odhaczanie kolejnych  punktów na mapie marzeń. Czy i jak pomagają w tym badania? Zachęcam do odwiedzenia naszej strony i kanałów w social mediach, gdzie mówię dużo na ten temat.

Jak wyróżnić się na rynku przy tak dużej konkurencji ?

Konsekwentnie i z naciskiem na wysoką jakość należy realizować swoje plany, gromadzić zaufanie pacjentów, pamiętając, że to najcenniejsza nagroda, jaką możemy otrzymać. Zawsze czuję się wyróżniona, kiedy przy tak olbrzymiej konkurencji pacjenci wybierają moje kliniki.

Co pani planuje po otwarciu nowej kliniki? 

Zamierzam napisać książkę o tym, jak starzeć się wolniej i mieć długie i fajne życie. W moich planach jest też trochę więcej czasu na życie prywatne. Czuję się spełniona i otwarcie nowej placówki zaspokaja moje plany zawodowe. Przynajmniej na razie…

Jako ilustrację zamieszczamy zdjęcie z niecodziennej jak na lekarza sesji.

Jestem nie tylko lekarzem, ale też kobietą i ten element postanowiła podkreślić Jola Czaja Przesmycka. Lubię ten rodzaj wyrażania siebie i cieszę się, że w projekcie, w którym wzięłam udział, położono nacisk na kobiecość. Przed nami okres karnawału i każda za nas w tym czasie przynajmniej na jeden wieczór powinna się poczuć niezwykle, niecodziennie i bardzo kobieco – tak jak ja w tej sesji. Jest to dla nas równie ważne, jak praca i sukcesy zawodowe.

Pierwszy INCHCAPE PARK ruszył w Warszawie

Warszawie przy ul. Łopuszańskiej 38B otwarto pierwszy w Polsce INCHCAPE PARK, nowy koncept biznesowy łączący multibrandowy salon aut używanych premium oraz innowacyjny serwis marek BMW, MINI, Jaguar i Land Rover. Witold Wcisło, Prezes Zarządu Inchcape Polska, zapowiada, że podobne obiekty, ukierunkowane na sprzedaż samochodów używanych oraz nowoczesną szybką i wysokiej jakości obsługę serwisową, będą uruchamiane w kolejnych miastach. Klienci już dziś mogą wybierać spośród blisko 135 samochodów dostępnych od ręki.

Działający od nowego roku obiekt przy ul. Łopuszańskiej stawia sobie za cel zapewnienie jak najszerszej oferty na sprawdzone samochody używane. Nawet w okresie, gdy cały rynek zmaga się z deficytem pojazdów, klienci Inchcape Parku mają do dyspozycji na miejscu ponad 100 specjalnie wyselekcjonowanych aut. Podczas zakupu klienci mają do wyboru liczne formy finansowania, a wśród nich m.in. opcję pozostawienia starego samochodu w rozliczeniu. Wszystkie oferowane pojazdy to auta o udokumentowanym niskim przebiegu (znacznie poniżej średniej dla danego wieku), w bardzo dobrym stanie technicznym oraz ze szczegółowo sprawdzoną historią. Większość z samochodów opuszczających Inchcape Park objętych jest gwarancją, którą klienci mogą dowolnie poszerzać lub przedłużać według własnych potrzeb.

Inchcape Park to nie tylko koncept sprzedażowy, ale także część serwisowa. W obiekcie działają autoryzowane serwisy czterech marek: BMW i MINI oraz Jaguara i Land Rovera. Wszystkie procesy – od umawiania wizyty, przez konsultacje, zlecenia serwisowe, po płatności – mogą się odbywać zdalnie, za pośrednictwem aplikacji. Zautomatyzowany jest nawet sam proces przyjmowania samochodów do serwisu. Wystarczy, że klient o dowolnej porze zaparkuje auto w wyznaczonym miejscu, a kluczyk pozostawi w skrytce, czyli tzw. kluczykomacie. Dzięki temu rozwiązaniu zostawienie i „wydawanie” pojazdu są możliwe przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Uruchomienie konceptu Inchcape Park to wyraźny dowód na to, że jako grupa przewidujemy i odpowiadamy na zmieniające się trendy szybciej niż konkurencja. Otwarcie nowego punktu, którego działalność opiera się na sprzedaży samochodów używanych, pokazuje, jak poważnie traktujemy ten obszar i jak duży potencjał w nim widzimy. To bardzo ważny krok w rozwoju firmy. Warszawa to pierwsza lokalizacja, w której urzeczywistniamy ten nowoczesny projekt, ale przed nami kolejne podobne inwestycje w wybranych miastach Polski – informuje Witold Wcisło, Prezes Zarządu Inchcape Polska.

Inchcape Park jest czwartą lokalizacją Grupy Inchcape w Polsce. Firma obecna jest w naszym kraju od 2004 r. jako autoryzowany dealer i serwis marek BMW, BMW Motorrad i MINI (w 2020 r. BMW Inchcape Polska znalazło się jako jeden z dwóch dealerów związanych wyłącznie z markami premium w czołowej trzydziestce dealerskiej Listy TOP50). Posiada swoje przedstawicielstwa w Poznaniu, we Wrocławiu i w Warszawie.

 

Nowy OPEL Movano już w Polsce

2021 Opel Movano

Opel rozpoczął w Polsce sprzedaż nowego Movano z silnikami wysokoprężnymi oraz w pełni elektrycznego nowego Movano‑e. Ceny katalogowe na polskim rynku zaczynają się od 113 010 zł netto za Movano Podwozie i 267 910 zł netto za w pełni elektryczne Movano‑e Furgon (wszystkie ceny są rekomendowanymi cenami detalicznymi bez VAT w Polsce).

Nowy Opel Movano jest najbardziej konkurencyjną ofertą, jaką niemiecka marka przedstawiła dotychczas w segmencie dużych lekkich pojazdów użytkowych. Nowy dostawczy Opel charakteryzuje się najkorzystniejszymi w swojej klasie parametrami w zakresie ładowności, kubatury przestrzeni ładunkowej oraz dopuszczalnej masy całkowitej, którym towarzyszy szeroka gama wersji nadwozia różniących się długością i wysokością.

Oprócz napędu w pełni elektrycznego w nowym Movano dostępne są też silniki wysokoprężne, wyróżniające się jednymi z najniższych wartości zużycia paliwa i emisji CO2 na rynku. Silniki o pojemności 2,2 litra — spełniające rygorystyczne wymagania normy emisji Euro 6d — rozwijają moc od 88 kW (120 KM) do 121 kW (165 KM). Wysoki moment obrotowy jest dostępny od niskiej prędkości obrotowej silnika i wynosi od 310 Nm przy 1500 obr./min do 370 Nm przy 1750 obr./min. Silniki napędzają koła przednie poprzez sześciobiegowe przekładnie manualne.

Mocny i solidny charakter nowego Movano znajduje odzwierciedlenie w jego stylistyce, która jednocześnie sygnalizuje dynamikę i wysoką wydajność. W porównaniu z poprzednim modelem całkowity koszt posiadania został znacznie obniżony. W ciągu czterech lat użytkowania koszty będą o około 20 procent niższe w przypadku przeglądów, napraw i opon oraz o około 11 procent w przypadku paliwa1.

„Opel Movano cieszy się bardzo dużą popularnością wśród polskich klientów. Najlepszym tego potwierdzeniem są historycznie rekordowe wyniki sprzedaży Movano na polskim rynku w 2021 roku. Nowy Opel Movano i Movano-e oferuje szeroką gamę wersji nadwozia, imponującą przestrzeń ładunkową oraz łączy wysoką wydajność z niskimi kosztami eksploatacji. Oczekujemy, że obydwa modele będą miały dalszy, duży udział we wzroście naszej marki” — mówi Adam Męciński, dyrektor marki Opel w Polsce.

Bez kompromisów: nowy Movano‑e to realna alternatywa dla pojazdów z konwencjonalnym napędem

Nowy Opel Movano‑e jest pierwszym samochodem elektrycznym z zasilaniem akumulatorowym w segmencie dużych pojazdów dostawczych w ofercie niemieckiego producenta. Bezemisyjny elektryczny lekki pojazd użytkowy jest bezkompromisową, a więc prawdziwą alternatywą dla konwencjonalnie napędzanych samochodów. Elektryczny zespół napędowy rozwija moc 90 kW (122 KM) i maksymalny moment obrotowy 260 Nm. Prędkość maksymalna została ograniczona elektronicznie do 110 km/h. W zależności od wersji modelu klienci mają do wyboru akumulatory litowo-jonowe o pojemności od 37 kWh do 70 kWh, zapewniające zasięg (zależnie od profilu i warunków eksploatacji) odpowiednio 116 lub 247 kilometrów (w cyklu mieszanym WLTP2).

Opel Movano-e (2021)

Szeroki wybór: cztery długości, trzy wysokości i przestrzeń ładunkowa od 8 do 17 m3

Nowy Movano, oparty na najlepszej platformie w swoim segmencie rynku, oferuje imponującą przestrzeń ładunkową, a także szeroką gamę wersji różniących się typem nadwozia i ładownością. Nabywcy furgonów mają do wyboru cztery długości (L1: 4963 mm; L2: 5413 mm; L3: 5998 mm; L4: 6363 mm) i trzy wysokości (H1: 2254 mm; H2: 2522 mm; H3: 2760 mm), z maksymalną kubaturą od 8 do 17 m3. Drzwi w wariancie H3 mają aż 2,03 m wysokości – najwięcej w swojej klasie. Wraz z tylnymi drzwiami otwieranymi pod kątem 180 stopni (z opcją rozszerzenia do 270 stopni) zapewnia to wyjątkową łatwość załadunku.

Zakres dopuszczalnej masy całkowitej (DMC) należy do największych w tej klasie i wynosi od 2,8 to 4 ton, przy maksymalnej ładowności 1,8 tony. Przy długości od 2670 do 4070 mm, progu załadunku na wysokości zaledwie 503 mm, szerokości 1422 mm między wnękami kół i 1870 mm między ściankami przestrzeń ładunkowa nowego dużego vana marki Opel stanowi wzorzec dla jego rywali.

W standardowej kabinie znajduje się pojedynczy rząd trzech siedzeń, natomiast w drugim rzędzie opcjonalnej kabiny załogowej są miejsca dla czworga dodatkowych pasażerów. Z myślą o specjalnych potrzebach klientów nowego Movano przygotowano również w wersji z podwoziem do zabudowy i kabiną standardową lub załogową, a także z podłogą w części ładunkowej i kabiną z jednym rzędem trzech foteli. W późniejszym terminie nowy dostawczy Opel będzie dostępny także ze specjalistycznymi zabudowami, takimi jak wywrotki, platformy z opuszczanymi burtami i kampery.

W Polsce Opel początkowo oferuje nowego Movano Furgon, o dopuszczalnej masie całkowitej 3,5 t, w dwóch wersjach standardowej i wzmocnionej (Heavy), z nadwoziem w czterech długościach (L1–L4) oraz trzech wysokościach (H1–H3) oraz z dwoma poziomami wyposażenia – Movano i Movano Edition.

Wyposażenie i systemy wspomagające kierowcę: komfort i bezpieczeństwo

Nowy Opel Movano jest kompleksowo wyposażony w przydatne rozwiązania i systemy wspomagające kierowcę. Wiele z tych elementów należy do standardu niewymagającego dopłaty. W drzwiach znajdują się głębokie kieszenie. W desce rozdzielczej zamontowano uchwyt na smartfona oraz schowek na napoje, który w pojazdach z klimatyzacją jest chłodzony. W przestronnej kabinie komfort zapewnia fotel kierowcy z regulacją w sześciu kierunkach i podparciem kręgosłupa lędźwiowego. Pasażerowie dwuosobowej kanapy mogą natomiast korzystać z obrotowego stolika. Wszystkie fotele są wyposażone w zagłówki.

W zależności od wersji wyposażenia kierowcę wspomagają standardowo: system automatycznego hamowania awaryjnego, system ostrzegania przed niesygnalizowaną zmianą pasa ruchu, asystent ruszania pod górę, tempomat z ogranicznikiem prędkości, a także Park Pilot, czyli ułatwiające manewrowanie czujniki parkowania z tyłu. Opcjonalnie dostępne są system monitorowania martwego pola i kamera cofania. Nabywca może też zamówić automatyczną klimatyzację, hak holowniczy, elektrycznie regulowane, podgrzewane i składane lusterka boczne oraz zabezpieczenie przeciwkradzieżowe.

„OpelConnect” i aplikacja „myOpel” oferują specjalne rozwiązania dla użytkowników lekkich pojazdów użytkowych — także elektrycznych. Usługi te są dostępne za pośrednictwem aplikacji. Na potrzeby profesjonalnego zarządzania flotą rozwiązanie telematyczne „Opel Connect” z „Free2Move Fleet Services” może śledzić położenie geograficzne pojazdu, optymalizować trasy, monitorować przeglądy okresowe i zużycie paliwa oraz udzielać wskazówek dotyczących bardziej ekonomicznej jazdy.

Nowy Movano dołącza do Combo i Vivaro jako najnowszy przedstawiciel rodziny lekkich pojazdów użytkowych w ofercie marki Opel na polskim rynku. Wszystkie dostawcze modele Opla są już dostępne z napędem w pełni elektrycznym. Do 2024 r. Opel planuje elektryfikację wszystkich swoich modeli osobowych i dostawczych. Od 2028 r. firma Opel w Europie skupi się wyłącznie na pojazdach elektrycznych z zasilaniem akumulatorowym.

Ważne Informacje

Odporność biznesowa w erze przemysłowej AI

W przededniu Forum Ekonomicznego w Karpaczu Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce, opowiada o tym, jak firmy mogą wzmacniać odporność operacyjną i...

23. edycja Smart City Forum – miasta przyszłości muszą być nie tylko inteligentne, ale...

21–22 października 2026 roku w hotelu The Westin Warsaw odbędzie się 23. edycja Smart City Forum. Tegoroczne wydarzenie koncentruje się na praktycznych aspektach cyfrowej...

Stop the clock na rynku ESG

ESG przechodzi transformację – od ambitnych celów i wzniosłych haseł do jakości danych i konkurencyjności europejskiej gospodarki. Nie chodzi o wycofanie się UE z...

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...