.
Strona główna Blog Strona 148

Kongres 590 – Nowe wyzwania i możliwości

Podczas szóstej edycji Kongresu 590, który odbył się 5-6 października w warszawskiej hali Expo XXI, można było spotkać managerów największych firm, zarówno prywatnych, jak i z udziałem Skarbu Państwa, a także czołowych polityków

Wydarzenie relacjonowały setki dziennikarzy z polskich i zagranicznych mediów. A było o czym, mówić, ponieważ podczas paneli dyskusyjnych nierzadko wypowiadali się zwolennicy krańcowo różnych poglądów. Panele były transmitowane poprzez internet (w YouTube i na stronie Kongresu), gdzie oglądały je dziesiątki tysięcy osób. W 60 panelach wzięło udział 240 prelegentów.

Warto przypomnieć, że Kongres 590 jest skierowany do wszystkich firm: od startupów, przez mikro-, małe, średnie, po duże przedsiębiorstwa. Jest to wydarzenie gospodarcze skupiające przedstawicieli polskiego biznesu, nauki, polityki i legislacji oraz gości zagranicznych. Stanowi arenę wymiany myśli, poglądów i doświadczeń polskich przedsiębiorców, managerów, polityków, naukowców oraz ekspertów ekonomicznych

Forum Green Future

O randze konferencji świadczy obecność dwóch prezydentów – Polski i Austrii. Prezydent Andrzej Duda po raz kolejny udzielił Kongresowi 590 swojego patronatu. Z kolei prezydent Alexander Van der Bellen wziął udział w Forum Ekonomicznym Polska-Austria Green Future. Prezydenci podkreślili konieczność dalszej bliskiej współpracy, szczególnie w sferze transformacji energetycznej oraz odbudowy gospodarek po pandemii Covid-19.

– Austria pozostaje jednym z najważniejszych partnerów gospodarczych Polski – powiedział prezydent Andrzej Duda. – Zależy mi, aby polsko-austriacka współpraca w zakresie nowych technologii, oprócz wymiaru dwustronnego wykorzystywała potencjał drzemiący w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Prezydent Austrii podkreślał ważność decyzji dotyczących zrównoważonego rozwoju w obrębie UE, ponieważ europejska gospodarka i przemysł potrzebują konkretnych przepisów, aby zachować konkurencyjność.

Forum Green Future podzielone zostało na trzy obszary tematyczne: digitalizacji, zielonych technologii i zdrowia. Dla managerów i polityków z obu krajów była to okazja do znalezienia partnerów biznesowych, zapoznania się z planami inwestycyjnymi oraz potrzebami technologicznymi. W Forum uczestniczyli przedstawiciele rządów, instytutów badawczych, organizacji biznesowych i przedsiębiorcy.

Nowe możliwości

Głównym hasłem tegorocznej edycji Kongresu były „Nowe możliwości”. W oficjalnym otwarciu Forum wzięli udział m.in.: Margarete Schramböck, minister cyfryzacji Austrii, wicepremier Jacek Sasin, minister Przemysław Czarnek, a także marszałek Podkarpacia Władysław Ortyl.

Austriacka minister mówiła o wzajemnej współpracy obu krajów, podkreślała jak ważne są procesy innowacyjne w konkurencji z takimi potęgami, jak Chiny czy USA. Podkreśliła, że jako Europejczycy musimy być konkurencyjni w e-mobilności.

Wicepremier Jacek Sasin przypomniał: rozmawiamy o polskiej gospodarce, która w ostatnim okresie przeszła ciężką próbę. Kryzys dotknął nas mocno, ale nie zachwiał. Jeśli ten kryzys porównamy z innymi krajami to skala recesji w naszym kraju była stosunkowo niska. Odbicie, które odnotowujemy w tej chwili jest bardzo mocne. Prognozowany wzrost gospodarki Polski zbliża się do 5 procent PKB. Nawet w roku pandemii inwestycje państwowych firm są rekordowe.

Kongres podzielono na 4 bloki panelowe: Scenę Liderów, Scenę Idei oraz dwie sceny debat. Uczestnicy konferencji musieli wybierać określone pozycje z bogatej listy paneli dyskusyjnych. Gdy dwa interesujące wydarzenia odbywały się w tym samym czasie, można było zdecydować, które z nich obejrzy się później jako zapis wideo.

Do uczestników konferencji wystosował list prezes PiS Jarosław Kaczyński, podkreślając, że: musi mieć miejsce stały, dynamiczny rozwój naszej gospodarki. Dlatego jest kwestią niezmiernej wagi, byśmy do stojących przed nami wyzwań byli przygotowani koncepcyjnie, by nieustająco toczyła się debata nad tym, jak sprostać rodzącym się, nowym wyzwaniom i w jaki sposób najlepiej wykorzystać otwierające się przed nami szanse rozwojowe.

Pytania o przyszłość

Drugi dzień obrad zainaugurował premier Mateusz Morawiecki, który nazwał Kongres 590 jednym z najważniejszych punktów na mapie gospodarczej kraju, przede wszystkim dlatego, że nie tylko stawia pytania o przyszłość, ale stara się na nie odpowiedzieć.

Prezes Narodowego Banku Polskiego profesor Adam Glapiński mówił o działaniach NBP na rzecz przezwyciężenia pandemicznego kryzysu i obrony polskiej gospodarki.

– NBP dobrze przygotował się do ewentualnego kryzysu i choć nie podejrzewaliśmy, że będzie to pandemia, to lekcję odrobiono znakomicie – stwierdził Adam Glapiński. – Nasze działania pozwoliły ochronić przed bankructwem tysiące polskich przedsiębiorstw. Ochroniliśmy wiele polskich rodzin.

Podczas Kongresu dużo miejsca poświęcono zdrowiu i profilaktyce, co jest szczególnie istotne teraz, kiedy cały świat walczy ze skutkami pandemii Covid-19. Mówiono o tym w czasie serii paneli, w których partnerem była Grupa PZU.

Siedem obszarów tematycznych

Dyskusje podczas szóstej edycji Kongresu 590 koncentrowały się wokół siedmiu obszarów tematycznych. Były to:

Nowe państwo – wyzwania związane z rozwojem administracji cyfrowej, w tym rola narzędzi wsparcia oraz programów rozwoju. Nie zabrakło też rozmowy na tematy dotyczące roli Unii Europejskiej w procesie odbudowy gospodarki oraz inwestycji infrastrukturalnych.

Nowe rynki – globalna gospodarka to nowe rynki zbytu, jak Afryka, Indie, Ameryka Południowa. Dotarcie do nich oznacza zbudowanie nowych form sprzedaży, zmiany łańcuchów dostaw, przejęcia i fuzje; oznacza także daleko idącą współpracę z partnerami zagranicznymi.

Nowe sektory – pandemia przyspieszyła rozwój nowych technologii i zmiany społeczne. To szansa na zwiększenie potencjału gospodarki i konkurencyjności polskich firm.

Demografia – zmieniająca się gospodarka światowa wymaga nowego podejścia do zagadnień związanych z rodziną, edukacją i rynkiem pracy.

Zdrowie – podstawą nowoczesnego państwa i gospodarki jest zdrowe społeczeństwo. To kolejne wyzwanie, jakie ujawniła trwająca pandemia. Dlatego podstawą rozwoju państwa i gospodarki jest coraz większa troska o rozwój kadr oraz nowoczesna medycyna.

Nauka oraz badania i rozwój – niezbędnym elementem rozwoju nowoczesnej gospodarki są badania naukowe i wdrożeniowe. Uczestnicy Kongresu przedyskutowali kwestie związane ze zwiększeniem i optymalizacją nakładów na naukę. Omówili także wyzwania dotyczące absorpcji rozwiązań przez krajowy przemysł, ochrony patentowej oraz promocji własnych rozwiązań na rynkach światowych.

Nowy obraz Polski – ważnym elementem pozycji naszego kraju na arenie międzynarodowej jest tzw. soft power, czyli zwiększanie atrakcyjności kraju poprzez jego kulturę i sztukę. Jednym z obszarów tematycznych 6. edycji Kongresu było zatem wypracowanie najbardziej efektywnych sposobów finansowania i promowania tych dziedzin, które w pozytywny sposób budują wizerunek i pozycję naszego kraju.

Manager podczas paneli

Moderatorem dwóch paneli był redaktor naczelny „Managera” Piotr Cegłowski. Temat pierwszego z nich to: „Wyzwania zrównoważonego rozwoju – w jaki sposób standardy ESG zmieniają perspektywę biznesową spółek giełdowych?” Jest to kwestia, która może zadecydować o przyszłości wielu dużych firm. Europejscy inwestorzy, kredytodawcy i zarządzający aktywami oczekują od spółek informacji w zakresie danych środowiskowych, społecznych oraz związanych z ładem korporacyjnym (ESG). Jak w praktyce wprowadzić ESG do polskiego biznesu i efektywnie raportować? To fundamentalna kwestia, ponieważ spółki, które nie spełnią kryteriów ESG, trafią na bariery importowe. A ich rating dramatycznie się obniży. O tej niezwykle ważnej sprawie dyskutowali: Magdalena Zmitrowicz, wiceprezes Banku Pekao S.A., Karol Wolff, dyrektor Biura Strategii i Projektów Strategicznych PKN ORLEN, dyrektor Tomasz Wiśniewski z GPW i Anna Lutek, dyrektor Departamentu PR i Komunikacji w ENEA S.A. Paneliści podkreślali, że duże polskie spółki są dobrze przygotowane do wdrożenia zasad ESG, a co ważne, promują standardy ESG w relacjach ze swoimi partnerami biznesowymi.

Dużo kontrowersji wzbudził temat kolejnego panelu: „Adopcja nowych technologii informatycznych w energetyce jako warunek bezpieczeństwa Polski. Przemyśleć energetykę od nowa!” Nie sposób nie zauważyć, że obecnie kumulują się konsekwencje zmian w klimacie, gwałtownego pogorszenia się żywotności ekosystemów, zatrucia miast z permanentnymi alarmami smogowymi. Kwestionuje się nie tylko rozwój, ale samo funkcjonowanie gospodarki, bo może zabraknąć energii. Potrzebne są działania na rzecz wyprzedzających inwestycji, które stworzą odpowiednią infrastrukturę w horyzoncie 5-10 lat. Jutro narodowej gospodarki jest zależne od dzisiejszych strategicznych decyzji. W panelu wzięli udział: Artur Hanc, prezes Elmodis, Andrzej Laskowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha, Zbigniew Stępniewski, CEO w Centralnej Grupie Energetycznej S.A. i Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Crowdfunding to kobieca rzecz

Jeśli chcesz, by coś zostało powiedziane – powierz to mężczyźnie; jeśli chcesz, by zostało zrobione – zostaw to kobiecie. Te słowa, przypisywane Margaret Thatcher, można odnieść do sytuacji w branży finansowania społecznościowego. Mężczyźni odwołują się do crowdfundingu częściej, a kobiety skuteczniej

Autor: Marcin Giełzak – wiceprezes Polskiego Towarzystwa Crowdfundingu, Innovation Manager w Beesfund S.A, autor licznych publikacji z obszaru finansowania społecznościowego, m.in. nagradzanego podręcznika „Crowdfunding. Zrealizuj swój pomysł ze wsparciem cyfrowego tłumu”.

Zacznijmy od uporządkowania definicji. Istotą crowdfundingu jest pozyskiwanie funduszy od szerokich społeczności za pomocą przeznaczonych do tego platform internetowych. Celem takiej zbiórki jest realizacja konkretnego projektu: biznesowego, artystycznego czy dobroczynnego. Wspierający, w zamian za swoje wpłaty, otrzymują zwyczajowo z góry omówione świadczenie zwrotne. Może to być produkt będący przedmiotem przedsprzedaży, akcje czy udziały w spółce, albo symboliczna „cegiełka” o wartości sentymentalnej. Mówiąc obrazowo, o finansowaniu społecznościowym mówimy, gdy zamiast iść do jednej osoby czy instytucji po milion złotych, idziemy do miliona ludzi po złotówkę albo do tysiąca osób po tysiąc złotych.

Przychodząc do sedna sprawy, czyli od „płać” do „płeć”, przyjrzyjmy się temu, jak wygląda gender balance w crowdfundingu. Jak wynika z głośnego raportu PwC, w każdej branży (od kosmetyków po IT) i w każdym kraju (od Unii Europejskiej po Afrykę) odsetek zbiórek zakończonych powodzeniem jest wyższy, gdy zarządzają nimi raczej przedsiębiorczynie niż przedsiębiorcy. Nie mówimy tu też o drobnych różnicach. Po przeanalizowaniu 450 tysięcy kampanii z całego świata okazało się, że kobiety są efektywniejsze aż o 32 proc.

Ten stan rzeczy silnie kontrastuje z sytuacją w obszarze „tradycyjnych” finansów. W skali świata jedynie 2 proc. inwestycji venture capital wspomaga biznesy prowadzone przez kobiety. Czy ma to związek z tym, że wśród partnerów zarządzających w funduszach aż 95 proc. osób to mężczyźni? A może problemem nie jest osławiony boys club, ale kwestie kulturowe i mentalność? Podobno mężczyźni wolą pracować z rzeczami, kobiety z ludźmi, a jednak wiadomo, że łatwiej jest wyskalować biznes oparty na algorytmach niż na bezpośrednim kontakcie z drugim człowiekiem. Pytania te pozostawiam w zawieszeniu, odniesienie się do nich wymagałoby szerszej analizy, poprzestanę tylko na stwierdzeniu, że w crowdfundingu problemy jakie się z nimi wiążą po prostu nie istnieją.

Wiem jednak, że teorie są szare, a rzeczywistość zielona, spróbujmy więc zobrazować to, co opisane powyżej kilkoma konkretnymi przykładami. Współtworząc wiodącą platformę zajmującą się crowdfundingiem udziałowym mam na co dzień kontakt z przedsiębiorczyniami, które potrzebują środków na rozwój swoich firm. Niektóre z nich zdecydowały się na tę formę pozyskania kapitału właśnie dlatego, że zainspirowały je przykłady kobiet, które odniosły sukces w obszarze finansowania społecznościowego. Była to np. Anna Streżyńska, dawniej minister cyfryzacji, dziś kierująca MC2 Innovations, firmą IT tworzącą nagradzane rozwiązania bazujące m.in. na technologii blockchain. W toku dwóch emisji pozyskała ona blisko 3 miliony złotych od 793 inwestorów. Swoją kampanię, również z powodzeniem, zakończyła niedawno spółka z zupełnie innej branży, bo kosmetyków z segmentu Premium – Lajuu. Za tą marką również stały dwie kobiety: Weronika Rosati oraz Aneta Stacherek. Niebawem będzie można zainwestować w biznes kładący szczególny nacisk na społeczną odpowiedzialność, również kierowany kobiecą ręką. Beemunity Unlimited, na czele którego stoi prof. Aneta Ptaszyńska, pracuje nad komercjalizacją patentów, które mają uodpornić pszczoły na pestycydy, a tym samym ocalić całe ekosystemy dziś zagrożone przez działalność człowieka.

Podobno przyszłość już tu jest; sęk w tym, że jest nierównomiernie rozłożona. Jeśli to prawda, to należy zakładać, że trendy, które już zarysowały się na wyznaczających kierunki rozwoju dla całej branży amerykańskich platformach crowdfundingowych, niedługo umocnią się także w Polsce. I tak Republic.co w sposób szczególny wyróżnia emisja prowadzona przez kobiety, stosują tag „Female Founders”. W ramach oddolnej samoorganizacji 4 grupy inwestorów, a raczej inwestorek, stanowią network wsparcia dla kobiet, które poszukują finansowania na tej platformie. Ta społeczność w ramach społeczności dociera do 50 tys. zarejestrowanych użytkowników i odpowiada za 108 emisji i blisko 1300 publikacji w mediach. Niektórzy dostawcy usług crowdfundingowych idą nawet dalej i tworzą platformy przeznaczone wyłącznie dla kobiet pragnących pozyskać kapitał rozwojowy. Tak powstał m.in. iFundWomen, nazywany żeńskim Kickstarterem. Aktywność płci pięknej na tym odcinku dostrzegły również samorządy. Miasto Nowy Jork patronowało powstaniu platformy odwołującej się do pożyczkowego modelu crowdfundingu. Idea jest prosta: każdy wpłacający proszony jest o przeznaczenie minimum 25 dolarów na wsparcie wybranego kobiecego biznesu. Gdy należność zostanie spłacona, te same środki wracają na rynek, aby wesprzeć kolejną firmę. W ten sposób jednorazowa, drobna inwestycja przemnożona przez potencjalnie tysiące czy setki tysięcy wspierających tworzy fundusz wspierania kobiecej przedsiębiorczości. A wystarczy rzut oka na popularne polskie i zagraniczne platformy finansowania społecznościowego, aby wiedzieć, że jest co i kogo wspierać.

Mając to wszystko na uwadze, myślę, że uprawnionym będzie lekko sparafrazować cytat otwierający ten tekst. Powinien on chyba brzmieć: „Jeśli chcesz, by coś zostało powiedziane – powierz to mężczyźnie; jeśli chcesz, by zostało sfinansowane – zostaw to kobiecie”.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o złocie NBP…

…ale baliście się zapytać. Zadaliśmy profesorowi Adamowi Glapińskiemu, prezesowi NBP, pytania na temat polskiego złota. Ile złota ma NBP, gdzie jest ono przechowywane i w jakiej postaci? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie poniżej.

Odkąd ogłosiliśmy, że w latach 2018-2019 Narodowy Bank Polski dokonał zakupu łącznie 125,7 tony złota, a następnie zdecydował o przeniesieniu blisko połowy zasobów (100 ton) z Banku Anglii do skarbców NBP, nie gaśnie zainteresowanie tymi działaniami oraz ich motywami. Do NBP, a czasem do mnie osobiście jako prezesa banku centralnego, trafiają liczne zapytania – od dziennikarzy, parlamentarzystów, Polaków – o przesłanki decyzji, ich uwarunkowanie i konsekwencje. Każde takie pytanie traktujemy oczywiście z powagą i udzielamy stosownych wyjaśnień, ale z czasem zauważyliśmy, że wiele pytań dotyczy zbliżonych zagadnień. Warto więc rzucić nieco światła na owiane aurą tajemniczości zasoby złota NBP i uchylić szerszemu gronu pancerne drzwi naszych skarbców. Zapraszam!

Ile właściwie złota ma NBP i jak to się ma do innych banków centralnych?

Według stanu na koniec sierpnia 2021 r. zasób złota NBP wyniósł 7,402 mln uncji, tj. 230,2 tony. Wielkość zasobu złota utrzymywanego przez NBP jest zasadniczo kształtowana przez strategiczne zakupy kruszcu do rezerw, ostatnio dokonane w latach 2018-2019. Należy jednak mieć na uwadze, że w układzie miesięcznym dane dotyczące rezerw złota NBP (publikowane regularnie na naszej stronie internetowej www.nbp.pl) mogą się nieznacznie zmieniać. Przykładowo, na koniec lipca zasób złota wyniósł 7,392 mln uncji, a w czerwcu 7,452 mln uncji. Tego rodzaju zmiany (wzrosty/spadki zasobu złota), z reguły rzędu kilkuset czy kilkudziesięciu tysięcy uncji (czyli nie więcej niż kilku ton), są związane z realizacją procesu inwestycyjnego i nie odzwierciedlają strategicznych decyzji dotyczących zarządzania rezerwami złota NBP.

Banki centralne na świecie mają łącznie ok. 30 tys. ton złota. Największym posiadaczem złota są – z powodów historycznych – Stany Zjednoczone (8,1 tys. ton), następnie Niemcy (3,4 tys. ton) oraz kolejno Włochy, Francja, Rosja i Chiny – wszystkie po ok. 2 tys. ton. Zasoby złota w posiadaniu NBP są niemal dwukrotnie większe niż w Szwecji (126 ton), zbliżone do Belgii (227 ton) i nieco mniejsze niż Austrii i Hiszpanii (280 ton). Z posiadanym zasobem złota NBP zajmuje 23. miejsce pośród banków centralnych na świecie i 11. wśród europejskich banków centralnych. Oprócz wartości absolutnych, znaczenie ma też to, jaką część wszystkich aktywów banku centralnego stanowi złoto. W takim ujęciu NBP – z udziałem 6,5 proc. – sytuuje się na poziomie zbliżonym, a nawet nieco wyższym niż banki centralne w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych.

Gdzie przechowywane jest polskie złoto? Dlaczego część zasobu przechowujemy za granicą?

Blisko połowa zasobu złota – 104,9 tony – jest przechowywana w skarbcach NBP, natomiast pozostałe 125,4 tony jest utrzymywane na rachunkach za granicą, przede wszystkim na tzw. rachunku allocated w Banku Anglii, w Londynie. Warto podkreślić, że Bank Anglii nie tylko oferuje usługi przechowywania sztab złota, ale także organizuje rynek jego obrotu. Oprócz NBP rachunki prowadzi tam też większość podmiotów aktywnych na rynku złota, dzięki czemu nasze zasoby mogą być aktywnie inwestowane, np. w ramach tzw. transakcji lokacyjnych. Dla celów inwestycyjnych są wykorzystywane również rachunki złota utrzymywane przez NBP u innych korespondentów, lecz salda utrzymywane na tych rachunkach stanowią bardzo niewielki procent rezerw złota. Takie zróżnicowanie miejsc przechowywania złota nie tylko dobrze wpisuje się w praktykę banków centralnych, ale także pozwala elastycznie zarządzać jego zasobami i zarazem ogranicza koszty utrzymywania kruszcu.

Jaką postać ma złoto zdeponowane w skarbcach banku centralnego?

W skarbcach NBP znajduje się 104,9 tony złota, co odpowiada 3,371 mln uncji. Choć o złocie mówimy niekiedy zamiennie kruszec, co przywodzi na myśl rudy tego szlachetnego metalu, w rzeczywistości są to sztaby: w skarbcach NBP w Polsce jest ich obecnie 8392. Wszystkie nasze sztaby – nie tylko te w skarbcach NBP, ale także te utrzymywane w Banku Anglii – spełniają najwyższe standardy czystości określane mianem „London Good Delivery”, każda sztaba ma zbliżoną masę około 400 uncji trojańskich (12,5 kg) oraz próbę złota co najmniej 995 (musi zawierać co najmniej 99,5 proc. czystego złota), wytłoczoną w widocznym miejscu, wraz z oznakowaniem rafinera i rokiem produkcji.

Czy złoto w skarbcach NBP to część przedwojennego zasobu Banku Polskiego?

Nie. Najstarsze sztaby wchodzące w skład dzisiejszego zasobu w skarbcu NBP trafiły do banku centralnego stosunkowo późno, bo dopiero w latach 80. i na początku 90. XX wieku – w sumie były to 392 sztuki o łącznej masie ok. 4,9 tony. Przez kolejne 25 lat stan ten się nie zmieniał i dopiero po przeniesieniu 100 ton złota ze skarbców Banku Anglii do Polski w 2019 r. w skarbcach NBP pojawiło się kolejne 8000 sztab. Chociaż nie ma bezpośredniego – fizycznego – związku pomiędzy sztabami, które były w rezerwach przed wybuchem II wojny światowej, a tymi, które dziś spoczywają w naszych skarbcach, tło historyczne (o którym niżej) sprawia, że relokacja 100 ton złota do Polski ma niejako charakter symboliczny. Można powiedzieć, że zostało wypełnione honorowe zobowiązanie wobec pracowników Banku Polskiego SA, którzy z narażeniem życia i zdrowia uchronili przed ponad osiemdziesięciu laty ówczesne zasoby złota przed ich przejęciem przez wojska niemieckie. Oto link do broszury NBP zawierającej fakty i ciekawostki w tej tematyce: bankoteka-specjalne-3.pdf (cpnbp.pl).

Czy przedwojenne zasoby polskiego złota zostały zrabowane przez okupantów?

Nie, dawne złoto Banku Polskiego SA – w tym przede wszystkim to w postaci 3067 sztab – zostało bohatersko wywiezione z Polski w pierwszych dniach września 1939 r. Pierwszym przystankiem była – neutralna wówczas – Rumunia, gdzie od głównego transportu odłączono 4 tony kruszcu, z których część wykorzystano na pokrycie bieżących potrzeb, a pozostałe ok. 3 tony pozostawiono w Narodowym Banku Rumunii. W październiku 1939 r., po długiej podróży morskiej z przystankami w Syrii i Libanie, skrzynie ze złotem zostały zdeponowane w oddziale Banku Francji w Nevers, gdzie pozostawały pod nadzorem pracowników Banku Polskiego SA. Tuż przed kapitulacją Francji, w ostatniej chwili, polskie złoto wywiezione zostało do Afryki, do Dakaru, skąd przetransportowano je do fortu Kayes, położonego w głębi Sahary Francuskiej. Kontrolę nad zdeponowanym tam złotem Polacy odzyskali dopiero w styczniu 1944 roku po usilnych zabiegach dyplomatycznych i prawnych. Ostateczne przejęcie złota nastąpiło na przełomie lutego i marca. Zapadła też wtedy decyzja, żeby zasób złota zdeponować w Banku Anglii w Londynie (26 ton), Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku (26,7 tony) oraz w Banku Kanady w Ottawie (6,6 tony). Złoto przetransportowano drogą morską, a cała operacja zakończyła się jesienią 1944 r.

Trzeba przy tym podkreślić, że wywiezione złoto pozwoliło rządowi na uchodźstwie pokrywać koszty walki o odzyskanie niepodległości Polski: podczas wojny Bank Polski SA

przekazał rządowi złoto m.in. na uruchomienie kredytów dla Skarbu Państwa. W grudniu 1943 r. suma wykorzystanych przez Skarb Państwa kredytów wyniosła ok. 38,5 mln zł. W okres powojenny Polska wchodziła z zasobami złota na poziomie 67,3 tony, ale w ciągu kilku następnych lat cały ten zasób został wykorzystany na pokrycie deficytów płatniczych zrujnowanej okupacją gospodarki.

Po co właściwie bankowi centralnemu złoto?

Jest kilka powodów, dla których złoto pełni szczególną rolę w strategii zarządzania rezerwami dewizowymi NBP. Przede wszystkim nie stanowi ono niczyjego zobowiązania, a zatem jest wolne od ryzyka kredytowego – zmory wszystkich zarządzających aktywami. Ponadto złoto jest wolne od bezpośrednich powiązań z polityką gospodarczą jakiegokolwiek kraju, odporne na zawirowania na światowych rynkach finansowych, a jego cechy fizyczne zapewniają trwałość i praktycznie niezniszczalność. Te wszystkie właściwości czynią ze złota tzw. safe haven asset, którego wartość zazwyczaj rośnie w warunkach podwyższonego ryzyka kryzysów finansowych czy też politycznych. W efekcie złoto odznacza się relatywnie niską korelacją z głównymi klasami aktywów – szczególnie dolarem amerykańskim, dominującym w portfelu rezerw NBP – co korzystnie oddziałuje na dywersyfikację ryzyka finansowego.

Oczywiście złoto nie stanowi stabilnego źródła dochodu w tradycyjnym sensie. Uncja złota nie wypłaca kuponów odsetkowych ani dywidendy, ale, po pierwsze, trudno z tego czynić zarzut w czasach, gdy znaczna część obligacji skarbowych na świecie ma ujemną rentowność, a po drugie, pewne możliwości inwestycyjne na rynku złota mimo wszystko są dostępne i, między innymi żeby móc z nich korzystać, część naszych zasobów utrzymujemy poza granicami kraju.

Czy w ewakuacji polskiego złota we wrześniu 1939 r. uczestniczyli tylko urzędnicy i pracownicy Banku?

Urzędnikom odpowiedzialnym za ewakuację polskiego złota, co prawda niewielu, towarzyszyły rodziny. Wyjątkowy był udział lekkoatletki, mistrzyni olimpijskiej w rzucie dyskiem, Haliny Konopackiej. Konopacka była najsłynniejszą polską sportsmenką w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Zaczynała od narciarstwa, ale sukcesy odnosiła w różnych dyscyplinach: w skokach, biegach, tenisie, pchnięciu kulą i w rzucie oszczepem. Podczas gdy jej mąż, płk Ignacy Matuszewski, były minister skarbu, rozpoczął w Łucku nadzorowanie transportu złota, ona prowadziła do granicy z Rumunią jeden z 40 autobusów transportujących kruszec. Następnie małżeństwo płynęło na tankowcu Eocene wraz z transportem złota z Konstancy, przez Turcję, do Francji.

Czy NBP planuje dalsze zakupy złota? Od czego będą uzależnione?

Złoto jest „najbardziej rezerwowym” z naszych aktywów rezerwowych: dywersyfikuje ryzyko geopolityczne i stanowi swoistą kotwicę zaufania, szczególnie w czasach napięć i kryzysów. Dlatego, kontynuując dotychczasową politykę, będziemy dążyć do powiększania naszych zasobów złota, ale skala i tempo zakupów będą zależały m.in. od dynamiki zmian oficjalnych aktywów rezerwowych oraz bieżących warunków rynkowych. Informacją o zwiększeniu zasobów złota przez NBP na pewno się z państwem podzielimy.

Chłopaki nie płaczą – czym grozi nieleczona depresja u mężczyzn

Mężczyźni mają tendencję do tłumienia w sobie emocji, co może skutkować latami nieleczoną depresją. Ta z kolei z reguły wpływa również na funkcjonowanie całego organizmu, a finalnie może prowadzić nawet do samobójstwa. Rozwojowi depresji zdecydowanie sprzyjał czas pandemii COVID 19 i związana z tym przymusowa izolacja.

Utwór autorstwa zespołu T. Love opublikowany prawie ćwierć wieku temu jest również wstępem do zaskakującego świata męskich emocji. To, że „chłopaki nie płaczą”, nie znaczy, że nie doświadczają emocji. Przeciwnie, doświadczają ich paradoksalnie jeszcze intensywniej, natomiast niestety nie artykułują ich w sposób, który pozwoliłby na wyrażenie szerokiego spektrum, wielu odcieni i przeżywanych doświadczeń. Różnorodność emocji, których sobie nie uświadamiamy, a tym samym nie wyrażamy, najczęściej zastępujemy jedną z podstawowych, a u mężczyzn w grę wchodzą złość lub znudzenie – wachlarz nieszczególnie bogaty.

Tymczasem codzienne życie stawia przed płcią brzydszą liczne wyzwania, którym nie jest łatwo sprostać. Dzisiejsza kultura oczekuje, że poza symbolicznym upolowaniem zwierzyny, czyli sukcesem zawodowym zrealizujemy się w roli opiekuna partnerki lub partnera, będziemy towarzyszyć przy porodzie dziecka a następnie będziemy wzorem dla naszego potomstwa. Równocześnie będziemy prawowitym obywatelem, czułym kochankiem naszej idealnej połówki, kumplem do piwa dla znajomych, ale jednocześnie nie wpadniemy w nałóg… W trakcie weekendowych wypadów będziemy niezniszczalnym twardzielem na wyprawie survivalowej albo znajdziemy najlepszą ofertę w luksusowym kurorcie i bez problemu opłacimy pobyt. Będziemy także potrafili w razie potrzeby stanowczo, lecz nie agresywnie bronić swoich przekonań, a kiedy trzeba wykażemy się umiejętnością empatycznego słuchania.

Naturalnie przerysowuję te wizje, poszerzając stereotypy dzisiejszego wyobrażenia roli mężczyzny, co jednak wcale nie odbiega tak daleko od prawdy. Nie chodzi o to, żeby użalać się nad losem samców, ale żeby zrozumieć, że ewolucja kulturowa roli mężczyzny drastycznie nabrała tempa i rzeczywistość społeczna, w której żyjemy, oczekuje od nas zachowań diametralnie innych, znacznie bogatszych niż jeszcze 50 czy 100 lat temu. Emocjonalne schematy adaptacyjne, z których korzystamy, przystają nadal do epoki kamienia łupanego. Ewolucyjnie korzystamy przede wszystkim z narzędzi, które były najefektywniejsze jakieś 30 tysięcy lat temu. Wszystko, co pozwala nam funkcjonować we współczesnym społeczeństwie, jest związane z tzw. racjonalnym myśleniem, za które głównie odpowiada kora przedczołowa i o których tak porywająco pisał Daniel Kahneman1, natomiast instynktownie w sytuacji kryzysu lub konfliktu większość z nas najchętniej przyłożyłaby przeciwnikowi w twarz… Instynktownie korzystamy ze schematów wpisanych w dość ubogi zasób reakcji z repertuaru pod nazwą „uciekaj albo walcz”.

To wprowadzenie częściowo tłumaczy, dlaczego depresja występuje coraz częściej, a w populacji mężczyzn stanowi szczególne wyzwanie. Wszelkie informacje profesjonalne dotyczące epidemiologii zawierają informacje, że depresja występuje 2 do 4 razy częściej u kobiet, natomiast doświadczenie kliniczne sugeruje, że panowie znacznie później zgłaszają się po pomoc, lub w ogóle „nie płaczą”. Dowodem, że problem depresji wymaga zaopiekowania i jest czasami śmiertelny, są coroczne statystyki liczby samobójstw na świecie i w Polsce.

Regularnie co 12 miesięcy w naszym kraju ponad 5 tysięcy osób odbiera sobie życie, a kilka lat temu wskaźnik ten był jeszcze wyższy. Znamienne jest natomiast, że w statystce dominują mężczyźni, ponad 85% ofiar to właśnie oni. Objawy depresyjne w populacji mężczyzn często są nietypowe: przeważa irytacja, drażliwość, impulsywność, a nawet wzmożona, kompulsywna aktywność seksualna. Wobec takich zachowań raczej trudno znaleźć współczucie i traktować je jako wymagające wsparcia i opieki. Znacznie częściej mężczyzna generuje wrogość i odrzucenie, gdy prezentuje agresję słowną na zmianę z biernością i impulsywnością.

Równocześnie wielu Panów w tym okresie raczej ogranicza kontakty społeczne o walorach wspierających, natomiast istnieje ryzyko, że pojawia się tak zwane „złe” towarzystwo. Tłumacząc to na język codziennego życia, możliwe, że częściej wystąpią epizody spożywania alkoholu poza domem, eksperymenty z innymi substancjami psychoaktywnymi, raczej w celu redukcji nieprzyjemnych uczuć. Często konsekwencje są niestety jeszcze bardziej negatywne, tj. narastanie drażliwości, agresji, labilność emocjonalna, pogłębianie problemów w relacjach, narastanie ryzyka uzależnień, możliwe konflikty z prawem czy współpracownikami. Okres aktywności zagrażających może trwać miesiącami, nawet latami. Obecny okres pandemii COVID przyczynił się do intensyfikacji zachowań destrukcyjnych w grupie pacjentów, racjonalizowania, usprawiedliwiania większego spożycia alkoholu czy konfliktów domowych przez konieczność lockdownu.

Gdy już nasz potencjalny pacjent zda sobie sprawę, że to, co się z nim dzieje, jest jednak problemem godnym uwagi, ponieważ wpływa destrukcyjnie na jego psyche i physis a także na relacje z bliskimi, to zaczyna się kolejny etap do pokonania. Ze względu na ogromne pole stereotypów kulturowych, wielu potencjalnych pacjentów odwleka sięgnięcie po pomoc, ponieważ stara się radzić sobie samemu, gdyż panuje niesłuszne przekonanie, że leki psychiczne „tylko szkodzą”.

Po co psycholog, skoro mogę porozmawiać z kolegami? Argumentów w tej sferze jest niezliczona ilość, każdy zasługuje na szerokie omówienie. Odpowiem nie wprost, ale tłumacząc naturę zaburzeń depresyjnych. Bez względu na to, jaka jest przyczyna wystąpienia depresji, czy jako reakcja na stratę, czy to w przebiegu przewlekłej choroby, czy też w kontekście kryzysu zawodowego, nasz mózg przechodzi w stan przewlekłej reakcji na stres.

Maleje neuroplastyczność, zdolność do uczenia się nowych zachowań, utrwalają się niekorzystne schematy zachowań. Potocznie mówiąc – pogrążamy się w depresji. Specjalistyczna wiedza nadal nie jest kompletna, wskazuje jednak na to, że im dłużej trwają objawy, tym bardziej zmienia się funkcjonowanie naszego mózgu, a z czasem nawet jego struktura. Wiemy również o udziale układu odpornościowego i hormonalnego, co przekłada się na naszą ogólną kondycję. Tak jak złamanie ręki to choroba kości, tak depresja to choroba mózgu, której nieleczenie skutkuje poważnymi konsekwencjami.

W grupie mężczyzn trudności piętrzą się już na etapie rozpoznania, ponieważ objawy są nietypowe i trudne do sklasyfikowania jako depresja. Kolejny krok dotyczy powszechnych przekonań, które poetycko streszcza utwór T. LOVE, że „Chłopaki nie płaczą”. Mimo tych trudności pamiętajmy, że depresja jest poważną chorobą, wpływa bardzo destrukcyjnie na całokształt funkcjonowania pacjenta, przyczynia się do współwystępowania fizycznych i psychicznych chorób, a stanowczo zbyt często prowadzi także do przedwczesnej i tragicznej śmierci.

Zgłoszenie się po pomoc nie jest wyrazem słabości, a wręcz przeciwnie, jest wyrazem mądrości i rozwagi. Ilekroć spotykamy się z problemem, który wymaga zaangażowania większych zasobów, raczej jest godne podziwu, gdy potrafimy zaprosić do współpracy przyjaciół czy osoby o szczególnych talentach. Dlaczego nie kierować się tą samą logiką przy poszukiwaniu pomocy w kwestii własnego zdrowia psychicznego? Argument, że nasze emocje dotyczą naszego świata wewnętrznego, jest niewystarczający, ponieważ oczywiście jest to prawda, jednak nie cała.

Drugą jej częścią jest opowieść o tym, jak zmieniać nasze emocje, przeżywanie czy postrzeganie świata, a do tego potrzeba jest już ingerencji z zewnątrz, przy całej świadomości, że wielokrotnie to, co przeżywamy, zostało poznane i opisane w sposób profesjonalny jako depresja. Przy całej złożoności tego zaburzenia nie jesteśmy wobec niego bezsilni, a gdy pacjent, szczególnie mężczyzna pozostaje sam, jego cierpienie rośnie niewyobrażalnie, mimo że często nie daje tego po sobie poznać.

Dlatego gdy mężczyzna zaczyna u siebie obserwować objawy mogące wskazywać na zaburzenia depresyjne, nie powinien zwlekać z fachową konsultacją. Wizyta u specjalisty w żaden sposób nie przynosi ujmy. Wręcz przeciwnie – dbałość o własne zdrowie, w tym psychiczne, winna być najwyższym priorytetem, gdyż nie mamy nic cenniejszego. Tak jak skorzystanie z pomocy lekarskiej w przypadku np. grypy jest dla nas czymś oczywistym, to tym bardziej w przypadku zaburzeń psychicznych wizyta u lekarza jest czymś pożądanym. Nie warto zwlekać.

W magazynie – Pięć twarzy Namibii

Co prawda w porównaniu z Greyem o pięćdziesięciu twarzach ledwie pięć brzmi skromnie, ale wolę nawet jedną namibijską niż dziesiątki pana Greya…

tekst i zdjęcia: Adam Maciejewski

Twarze Namibii są wyraziste, czasem dzikie, czasem subtelne, ale zawsze urzekające i piękne. Zdecydowanie najdziksza i najpiękniejsza z nich to twarz pustyni. Choć ma już 50 milionów lat (jest uznawana za najstarszą pustynię świata), to wiek jej nie szkodzi. Jeśli się postaramy, to możemy ją przejechać dobrą terenówką w kilka dni. Tylko nie zapomnijmy paliwa, wody i telefonu, bo może być krucho. No i kumpla w drugim samochodzie, bo wzajemne wyciąganie się z odmętów piachu to part of the game. Taka jazda to też dreszczyk, a nawet porządny dreszcz emocji, bo te „górki” piachu potrafią mieć ponad 300 metrów wysokości. Warto dodać, że taki off-road jest naprawdę zdecydowanie off… Pustynię przemierzamy tak, jak ją stworzyła Matka Natura, czyli bezdrożami.

Druga twarz, która mnie urzekła, to twarz kobieca – piękne rysy i niepokojące spojrzenia kobiet z plemienia Himba to wrażenie, którego nie da się zapomnieć. Co prawda wydaje się, że te najpiękniejsze mieszkają w wyjątkowo trudno dostępnych regionach Kaokolandu, ale warto podjąć trud, by spojrzeć w oczy tych afrykańskich piękności.

Diamenty to twarz trzecia. Kobiety kochają diamenty, choć kobiety Himba wolą biżuterię z miedzianego drutu i wcale nie odbiera im to uroku, a myślę, że nawet dodaje. W Namibii rocznie wydobywa się ok. 2 mln karatów tego kamienia. Na pustyni Namib wciąż można znaleźć pozostałości dawnych osad górniczych i dawnych kopalni diamentów. Osobiście namawiam do poszukania tych, do których najtrudniej się dostać, czyli głęboko na pustyni, a nie przy asfaltowej drodze.

Twarz czwarta: szkielety. Skeleton Coast, zwane niegdyś bramą piekieł, to wybrzeże usiane licznymi szkieletami dziesiątków rozbitych statków trawionych przez rdzę i tysięcy mieszkańców oceanu i pustyni, zwłaszcza wielorybów i fok. Jednym z najbardziej spektakularnych wraków jest ponadstuletni wrak statku Eduard Bohlen, oddalony od brzegu o jakieś 400 metrów. Przemierzając pustynię warto przy nim zorganizować sobie nocleg, ale należy pamiętać, że we wraku lubią mościć sobie legowiska miejscowe hieny. Spotkamy też liczne szakale, ale te nie są specjalnie groźne. Pechowiec, a może szczęściarz, może spotkać też pustynne lwy…

Waterberg to twarz piąta. Ogromny, majestatyczny płaskowyż z piaskowca prezentuje nam jedne z najpiękniejszych formacji skalnych jakie widziałem. Na szczyt prowadzą nieliczne ścieżki, a wokół nich grasują stada dość agresywnych pawianów. Na samym płaskowyżu możemy spotkać groźne leopardy (pantery), bawoły afrykańskie, a nawet żyrafy i nosorożce. Waterberg to też historia. Niestety, dość ponura. W 1904 roku ok. 2 tys. niemieckich żołnierzy dowodzonych przez generała Lothara von Trotha krwawo rozprawiło się tutaj z wojownikami Herero i ich rodzinami, dla których płaskowyż stanowił święte miejsce. To, co się wydarzyło, dziś przedstawiane jest jako bitwa, ale było to zwyczajne ludobójstwo, kluczowy moment w gaszeniu powstania ludów Herero i Nama przeciwko niemieckim najeźdźcom.

W zanadrzu mam jeszcze kilka nieodkrytych twarzy tego fascynującego zakątka świata, ale może o tym innym razem…

 

 

W magazynie – Nowa klasa ID.4?

Volkswagen ID.4 1ST Max

Elektryfikacja w grupie Volkswagen idzie na całego. Już teraz model Touareg otrzymał napęd hybrydowy, a mniejsze modele mają w gamie odmiany mild hybrid i plug-in. Volkswagen pokazuje też, że jest już gotowy do pełnej elektryfikacji swojej floty i potwierdza swoje słowa modelem ID.4.

Testuje Michał Garbaczuk

Auto, jakże by inaczej, jest modnym crossoverem. Zbudowano go na nowej płycie podłogowej powstałej specjalnie na potrzeby produkcji samochodów elektrycznych. Nadwozie o długości 4594 mm i szerokości 1852 mm (bez lusterek) narysowano bardzo „miękką” kredką. Łagodne linie i mnóstwo zaokrągleń sprawiają, że ID.4 wygląda futurystycznie i elegancko jednocześnie. Szczególne wrażenie robi olbrzymia powierzchnia przedniej szyby i wzorowa wręcz widoczność w każdym kierunku. Całości dopełniają nieprzyzwoicie wielkie koła z felgami w rozmiarze 21 cali! Podobają mi się również wydatne plastikowe osłony w dolnej części drzwi i zderzaków, które skutecznie chronią lakierowane elementy przed przypadkowym uszkodzeniem.

Tu jest jakby luksusowo

Volkswagen zastosował tu kilka patentów, dzięki którym obcowanie z ID.4 jest niezwykle przyjemne i bezproblemowe. Jednym z nich jest uruchamianie i wyłączanie silnika z pominięciem stacyjki. Wystarczy usiąść w fotelu kierowcy i samochód już jest gotowy do jazdy. Żeby sprawnie odjechać należy jedynie wcisnąć hamulec i wrzucić „DRIVE”. Podobnie po zakończonej jeździe należy włączyć przycisk „PARK” i po prostu wysiąść z auta. Samochód wyłączy się sam po opuszczeniu kabiny. Samo wnętrze niemieckiego elektryka jest niezwykle obszerne i za sprawą idealnie płaskiej podłogi również funkcjonalne. Selektor zmiany biegów, bo trudno tu mówić o drążku, znalazł się przy kierownicy, dzięki czemu w konsoli środkowej postała przestrzeń na półeczki, uchwyty na napoje i szufladka do bezprzewodowego ładowania smartfona. Fotele są obłędnie wygodne, a w testowanym egzemplarzu dodatkowo pokryte Alcantarą i elektrycznie regulowane.

Tylna kanapa jest oczywiście dzielona, wyposażono ją w podłokietnik dla pasażerów, a dodatkowo w oparciu znalazł się otwór do przewożenia długich przedmiotów. Co ciekawe, zmieści się tu nawet trzech dorosłych pasażerów, a duża przestrzeń na stopy skutecznie uciszy ich roszczenia o dodatkowe centymetry. Jak przystało na Volkswagena ogromny jest również bagażnik. Jego przestrzeń jest równa, głęboka, ustawna i ma pojemność 543 litrów, co pozwoli spakować się nawet na wakacje.

Technika Hi-end

Nie do końca przyzwyczaiłem się jeszcze do nowej architektury systemu multimedialnego i w pełni dotykowych przycisków, a w zasadzie suwaków, bo na przykład zmiana głośności radia odbywa się przez przesuwanie palcem po specjalnym polu pod ekranem centralnym. Przyciski sterowania na kierownicy także są dotykowe i trzeba panować nad dłońmi, żeby przypadkowo nie pozmieniać sobie ustawień. Trzeba jednak oddać producentowi, że menu ustawień jest bardzo rozbudowane.

Muszę za to przyznać, że Volkswagen modelem ID.4 reklamuje elektromobilność w sposób brawurowy, bo auto jest dopracowane technicznie i wysmakowane w najmniejszych szczegółach. Nawet system wyświetlania informacji na przedniej szybie Head-Up Display wprowadza tę funkcję w nowy wymiar. Ekran podzielony jest na dwie części, z czego dolna wyświetla podstawowe informacje, takie jak aktualną prędkość i jej ograniczenia, za to ta wyższa odpowiedzialna jest między innymi za wyświetlanie ostrzeżeń o zmianie pasa ruchu i wskazań nawigacji. Efekt jest taki, że kierowca ma wrażenie, iż informacje pojawiają się bezpośrednio na jezdni przed autem, a kierunkowskazy i strzałki nawigacji zmieniają swoją wielkość, gdy zbliżamy się do zmiany kierunku i wskazują dokładny moment skrętu!

limuzyna przyszłości?

Volkswagen ID.4 wprowadza także nowe pojęcie komfortu jazdy. Silnik elektryczny o mocy 204 KM przyspiesza tak aksamitnie, że nie ma mowy o żadnych efektach uderzenia w plecy, czy niedogodnościach w postaci kłopotów z błędnikiem. ID.4 przyspiesza jakby został zwolniony z naciągniętej sprężyny i z gracją nabiera prędkości, przy czym moment obrotowy dostępny jest za mrugnięciem oka. Za sprawą elektrycznego silnika w kabinie panuje wyjątkowa cisza i jedynie po przekroczeniu prędkości 130 km/h do wnętrza zaczynają docierać delikatne szumy opływającego powietrza. I teraz najważniejsze pytanie, czyli ile kilometrów można zrobić na jednym ładowaniu i jak szybko da się wrócić na drogę po naładowaniu baterii? Egzemplarz, który miałem okazję testować wyposażony został w akumulatory o pojemności 77 kW, co według producenta ma pozwolić na pokonanie dystansu nawet 500 kilometrów.

Jak zwykle w przypadku testu samochodu elektrycznego skrupulatnie zaplanowałem trasę z wyliczeniem dystansu do szybkiej ładowarki (piszę w liczbie pojedynczej, bowiem Mazury, które zamierzałem odwiedzić są jeszcze niestety białą plamą na mapie infrastruktury ładowania), spakowałem wodę, batoniki proteinowe i odżywki, które miały pozwolić mi na przeżycie, gdybym musiał korzystać ze zwykłego gniazdka i ruszyłem w drogę.

A jednak da się

Moim celem był Pisz oddalony od Warszawy o około 200 kilometrów, a na starcie, przy pełnej baterii komputer pokazywał zasięg 408 km. Ku mojemu zdziwieniu, kilometrów ubywało proporcjonalnie do wzrostu ilości przejechanych kilometrów, dlatego początkowy stres szybko zmienił się w przyjemność obcowania z fantastycznie komfortowym samochodem i najlepszym towarzystwem, jaki mogłem sobie wymarzyć – ukochaną żoną. Podróż zajęła nam około 2,5 godziny, a na miejscu komputer poinformował mnie, że energia zgromadzona w akumulatorach pozwoli jeszcze na 268 km, dlatego zdecydowałem, że wracamy do domu bez ładowania na trasie. Po powrocie z Piszu wciąż miałem możliwość przejechania jeszcze 82 kilometrów! Podsumowując, jeżeli ja, jadąc Volkswagenem ID.4 jak normalnym, w sensie spalinowym, samochodem byłem w stanie zrobić na jednym ładowaniu prawie 480 km, to jest to już wartość w zupełności dla mnie akceptowalna i mogę ogłosić, że elektromobilność powoli trafia pod strzechy.

Mam wciąż jeszcze tylko jedno, jedyne zastrzeżenie dotyczące infrastruktury ładowania. Ładowarka, nawet ta szybka o mocy 50 kW zmusza podróżnych do zrobienia przynajmniej godzinnej przerwy. Jeśli zaczną powstawać wreszcie stacje o mocy przynajmniej 150 kW, czas ładowania skróci się trzykrotnie i dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć, że ładowanie trwać będzie tyle, co wizyta na stacji, kosmetyka w toalecie, kawka i hot-dog razem wzięte. Drodzy operatorzy, weźcie się do roboty, bo fantastyczne samochody napędzane energią z gniazdka już są!

W magazynie – Czy nadal warto marzyć o Ameryce?

I have a dream! Na początek pozwolę sobie przywołać słowa wielkiego Martina Luthera Kinga, sprzeciwiającego się rasistowskiej polityce. Był sierpień 1963 roku kiedy w Waszyngtonie ćwierćmilionowy tłum słuchał o jego marzeniu. To marzenie się spełniło, mimo iż musiał on i sprzyjający mu prezydent JFK przypłacić je życiem. To marzenie się spełniło także dlatego, że jest to Ameryka, którą tworzą po prostu normalni ludzie. Mówiąc o normalności Amerykanów, nie chodzi mi o ich szczególne wykształcenie czy też jednolitość kulturową. W sumie to nie wiem, jak to nazwać, ale spróbuję: Amerykanie roztaczają wokół siebie taką specyficzną, wręcz eteryczną aurę pozytywności.

Korespondencja własna z nad Hudson River, Aureliusz „Wilk” Herczakowski

Od kilku miesięcy na nowo ciągle przebywam w ich towarzystwie, poznaję coraz to nowych ludzi, a każdy z nich ma ten fluid w sobie, którym z wielką przyjemnością nasiąkam. Zapewne każdy z nas ma jakiś wzorzec Amerykanina, który przywołuje w pamięci na myśl o USA lub słuchając informacji zza Oceanu. Ja oczywiście taki wzorzec miałem i mam – kiedyś był nim tzw. Kowboj Marlboro. Taki ideał faceta dla pań z lat 80, który pewnie i teraz znalazłby mnóstwo adoratorek, mimo palenia niemodnego ostatnio papierosa.

Dzisiaj mój wzorzec nieco się zmienił, kowboj stał się bardziej marines, ale dalej jest to heros. Ale czy to wystarczy, żeby marzyć o Ameryce? Myślę, że dla ludzi odważnych i wiedzących czego chcą, jak najbardziej tak. Takich ludzi na świecie jest mało i właśnie dlatego większość z nich można właśnie spotkać tutaj. To oni, emigrując do nieznanego, lepszego świata ze swoich ojczyzn, w których nie było dla nich miejsca, stworzyli i tworzą ten kraj. I czego by o USA nie mówić, jest on dla nich lepiej skonstruowany niż jakikolwiek inny kraj na świecie. A to skłania Amerykanów do szacunku dla swojego kraju.

Celowo unikam słowa „patriotyzm”. Ostatnimi czasy słowo to nabrało niewłaściwego zabarwienia i służy do usprawiedliwiania prześladowań mniejszości etnicznych, kulturowych, religijnych, etc. Nie da się też, niestety, pominąć wątku naszej mentalności mówiąc o Ameryce z punktu widzenia Polaka, bo amerykański stosunek do życia to odwrotność naszej pełnej rezygnacji mentalności. Absolutnie genialna odwrotność, bo USA potrafi także pomieścić Polaków i ich asymilować, co jest chyba w tej Ameryce najwspanialsze. Niestety, ten argument dla nieznających Ameryki lub tylko marzących o Ameryce jest niedostępny, by go poczuć trzeba tu chwilę pomieszkać, do czego zachęcam. Można też zaufać moim słowom, na co oczywiście liczę…

Jeśli jesteś odważny, masz tzw. balls of steel, a ponadto poczujesz, że hipokryzja i konformizm są obrzydliwe lub czujesz się niepotrzebny, wykorzystywany, karmiony okruchami ze stołu i nie masz już siły walić głową w mur, a twoje zasady moralne nie pozwalają ci zginać karku przed byle kim, to Ameryka jest dla ciebie. Ameryka jest jak most łączący nas z normalnością i normalnymi ludźmi. Nie jest oczywiście łatwo się tu dostać, ale jest to możliwe i tylko trzeba chcieć.

W tym kontekście chciałbym odnieść się do często przytaczanych w naszych mediach informacji o zainteresowaniu USA sprawami polskimi. Otóż, jeśli takie zainteresowanie ze strony rządu USA faktycznie jest, to z pewnością nie dowiemy się o nim wyłącznie od polityków. Na marginesie, należy mieć nadzieję, że USA nieco inaczej niż historyczni „sprzymierzeńcy” wciąż Polsce sprzyjają i sprzyjać będą. Co do zainteresowania przeciętnych obywateli sprawami polskimi, czy szerzej europejskimi, to jest ono żadne, a w środowisku Polonii znikome, ograniczające się jedynie do ustalenia warunków wizyty w rodzinnym kraju.

A w czasach wszechpanującego covidu taka podróż to spory wysiłek. Dowodzi tego ostatnia podróż – w połowie września – mojego przyjaciela Amerykanina z Los Angeles do Warszawy przez Londyn, która z 14 godzin zmieniła się w 3-dniowy biurokratyczny koszmar. Ilość rodzajów testów, które musiał zrobić – pomimo, że był zaszczepiony – i dokumentów, które musiał zgromadzić, i kwarantann, które musiał odbyć to materiał na oddzielny felieton, ale w końcu dotarł do Warszawy.

Wracając do głównego pytania. Czy warto nadal marzyć o Ameryce? Otóż moja odpowiedź brzmi tak: marzenia trzeba mieć, nawet pozornie nierealne, lecz piękne, jak M. L. Kinga. Każdy z nas ma marzenia, jedni piękne inni obrzydliwe. Zauważyłem zresztą, że te obrzydliwe marzenia mają większą siłę, a ludzie tak marzący aż się nimi krztuszą realizując je bez moralnych skrupułów i po trupach. Zaś marzenia piękne są delikatne, nienachalne, powiedziałbym, że są jak propozycje typu chodź za mną, jeśli chcesz.

Często też przy realizacji tych pięknych marzeń trzeba się natrudzić, ale efekt z realizacji pięknego marzenia jest obiektywnie piękny i szlachetny. Ameryka jest takim właśnie pięknym marzeniem. Czy warto nadal marzyć o Ameryce? To wszystko zależy od ciebie, jaki rodzaj marzeń masz.

Dla marzących o Ameryce, a konkretnie o przylocie tutaj, kilka plotek. USA są nadal zamknięte dla turystów i osób odwiedzających ten kraj bez istotnego uzasadnienia, czyli np. prywatni importerzy rozbitych amerykańskich aut nie mogą się tu dostać. Oczywiście odbija się to na kondycji biznesu nastawionego na obsługę przyjezdnych. Lokale w NYC świecą pustkami, restauracje niegdyś wymagające zapisów z wielotygodniowym wyprzedzeniem praktycznie dostępne są ad hoc, co pozwala skorzystać z ich doskonałej oferty w przystępnych cenach.

Niestety, sporo dobrych restauracji, sklepów nie wytrzymało braku klientów i po prostu zniknęło. Wciąż obowiązuje proklamacja prezydenta Joe Bidena z 26 stycznia „Cudzoziemcy, którzy w ciągu 14 dni przed przybyciem do USA przebywali w krajach Strefy Schengen… nie uzyskają prawa wjazdu na terytorium Stanów Zjednoczonych pomimo spełnienia formalnych kryteriów. Ograniczenie to obowiązuje do odwołania”.

Ja tę proklamację nazywam instrukcją, jak dostać się do USA. Wystarczy przeczytać to, czego autor nie chciał napisać i się zastosować, no ale… tu się powtórzę, trzeba chcieć. Dla zainteresowanych informacja wprost, jeśli np. polecisz na 14-dniową wycieczkę do Turcji lub Chorwacji to w 15. dniu wsiadasz do samolotu do USA i tu jesteś. Są także inne możliwości, ale one już są mniej oczywiste, wymagają kontaktu z konsulatem i wykazania, że nasza wizyta jest istotna dla gospodarki USA.

Kiedy Ameryka otworzy granice? Najprościej jest odpowiedzieć, że nie wiem, bo tak w istocie jest, ale mogę podzielić się plotkami, które różnymi drogami do mnie docierają. Otóż mówi się o dacie listopadowej, kiedy mają zostać otwarte granice USA. Urzędnicy lubią tu ogłaszać swoje dobre wiadomości przy okazji świąt, w listopadzie mamy 3 daty: Halloween – 31 października/1 listopada, Veterans Day – 11 listopada, Thanksgiving – 25 listopada. Cała branża turystyczna czeka na chwilę otwarcia granic z utęsknieniem, mam więc nadzieję, że będziemy mogli już niebawem w pięknej Ameryce się spotkać.

W magazynie – Inne spojrzenie na socrealizm

Edmund Burke, Wejście Armii Czerwonej do zburzonej Warszawy

Maria Kluza Wollenberg, wybitna malarka nazywana ostatnią kolorystką, w rozmowie z Piotrem Cegłowskim – Redaktorem Naczelnym MANAGER-Report wspomina artystów, z którymi miała kontakt od dzieciństwa – zarówno podziwianych do dziś, jak i niesłusznie zapomnianych

Chciałbym namówić panią na cykl rozmów o twórcach, o których dziś pisze się z perspektywy historycznej, a pani miała okazję poznać ich osobiście.

Niewielka w tym moja zasługa, pochodzę z rodziny artystycznej, która miała szerokie kontakty towarzyskie. Mój ojciec Piotr Wollenberg studiował malarstwo przed wojną w pracowni Tadeusza Pruszkowskiego, ale rozkwit jego twórczości przypada na lata powojenne. To właśnie dzięki niemu poznałam wielu wybitnych artystów kojarzonych z Komitetem Paryskim i ich uczniów i następców. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałam piękną, pełną obrazów willę w Kazimierzu należącą do Antoniego Michalaka.

Dodajmy, twórcy wpisującego się w modny dziś styl art deco, którego „Eksodus” został wylicytowany za 210 tys. zł, a jeszcze do niedawna jego prace można było kupić za 20 tys. zł.

Był znakomitym portrecistą, jego „Portret żony” można znaleźć w Muzeum Narodowym. Ale malował też wiele scen sakralnych, przede wszystkim dla odnawianych wrocławskich kościołów.

W tym samym czasie, począwszy od 1949 roku, artyści, którzy nie chcieli porzucić sztuki, musieli jakoś wpisać się w obowiązujący kanon socrealistyczny. Dla niektórych sprzeciw wobec narzuconej konwencji miał straszne reperkusje – Władysław Strzemiński zapłacił życiem.

Nie jest to sprawa prosta i jednoznaczna. Nie zapominajmy, że największy twórca tamtej epoki – Andrzej Wróblewski – pomimo ideologicznej klatki umiał być sobą. Gdyby nie zmarł tragicznie w młodym wieku zapewne ewoluowałby jak Picasso… Inni twórcy w tym czasie po prostu starali się jakoś przetrwać. Ojciec postanowił wysłać obraz ukazujący jego wizję szpitalnej operacji na jeden z ówczesnych salonów ZPAP. Praca została odrzucona. Zdziwiona matka zadała mu pytanie: „Jak to nazwałeś?” – „No, operacja” – „Niczego nie rozumiesz. Powinieneś dać nazwę – Operacja w szpitalu wiejskim”. Zdroworozsądkowa reakcja matki przyniosła niespodziewane efekty. Obraz kupiło Muzeum Narodowe, a potem jeździł na wystawy do kolejnych krajów socjalistycznych jako przykład polskiego malarstwa współczesnego. Podobnie w tamtym okresie zachowywał się wybitny kapista Eugeniusz Eibisch, który z konieczności namalował jakieś zebranie, zapewne z nazwy partyjne, co podkreślał wspaniały czerwony kolor.

Nosiło to chyba wówczas nazwę: podpierania się tematem.

Trudno w to dziś uwierzyć, ale robiła to wówczas nawet Erna Rosenstein.

Na marginesie – jej rekord aukcyjny to 420 tys. zł, przy przeciętnej cenie obrazu na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Wróćmy jednak do tytułów obrazów dopasowanych do oczekiwań władz.

Powinniśmy spojrzeć na czas socrealizmu bez ideologicznego zacietrzewienia. Znakomici artyści we wszystkich, nawet tak okropnych czasach jak pierwsza połowa lat 50., tworzyli świetne dzieła. Malując grupę ludzi – zwykłą scenę rodzajową – dbali o dobór koloru, światło. A to, że na koniec dodawali oczekiwany przez władzę tytuł np. „Robotnicy po pracy”, to już inna sprawa. Prawdziwą klasę wielu artystów pokazało już po przełomie październikowym, czego przykład stanowi odejście od socrealizmu, a potem światowa kariera Wojciecha Fangora.

I w tym przypadku warto zilustrować rekordem aukcyjnym pozycję tego artysty na rynku – 7 mln zł. Trudno kupić obraz tego malarza za kwotę mniejszą niż kilkaset tysięcy złotych. Nie wszyscy godni uwagi twórcy z tamtych czasów zostali docenieni przez rynek, jak wspomniani wyżej malarze. Zapewne niektórzy z nich czekają na powtórne odkrycie.

W tym kontekście warto wspomnieć o wybitnym koloryście Zenonie Kononowiczu. Bywałam razem z ojcem w jego pracowni u podnóża góry Trzech Krzyży w Kazimierzu. Przez pewien czas był aktywnym działaczem związkowym, ale zrezygnował z tego na rzecz malarstwa. Pamiętam, że jego pracownią był niewielki skromny pokój z kilkoma płótnami opartymi o ścianę. Mało który znany mi artysta tak jak on czuł kolor. Aż trudno wierzyć, że galeryści nie sięgnęli jak dotąd do twórczości Edmunda Burkego. I w jego przypadku mamy do czynienia z doskonałym rozumieniem koloru. Z obrazem tego artysty wiąże się zabawna anegdota.

Proszę ją opowiedzieć.

Na zamówienie Muzeum Niepodległości namalowałam portret młodego Józefa Piłsudskiego. Jak wiadomo, bardzo nie lubię sprzedawać moich prac, ale w tym przypadku zaproponowano mi zamianę. Z leżących w magazynie prac wybrałam obraz Burkego pokazujący wejście armii sowieckiej do zburzonej Warszawy. Pomijając kwestię tematyki jest to znakomita praca, dla osoby, która nic nie wie o historii po prostu świetny przykład malarstwa połowy XX wieku. I to chyba najlepsza pointa, jeśli chodzi o współczesną oceną polskiego socrealizmu.

Ważne Informacje

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...