.
Strona główna Blog Strona 148

Na straży etyki i zasad Hipokratesa

Prof. dr hab. n. med. Paweł Piątkiewicz, wybitny diabetolog, a zarazem prezes Naczelnej Rady Łowieckiej Polskiego Związku Łowieckiego, o swojej pracy w szpitalu na Stadionie Narodowym, karierze zawodowej i zaangażowaniu w sprawy środowiska łowieckiego

Zanim pojawiły się szczepionki, a koronawirus mógł zaatakować każdego, podjął pan odważną decyzję angażując się w pracę szpitala na Stadionie Narodowym.

W grudniu ubiegłego roku zostałem tam koordynatorem klinicznym. Pracowałem do maja, a teraz znów dostałem powołanie na to samo stanowisko. 19 listopada – pojutrze – szpital znów się otwiera. Będziemy prowadzili szkolenia dla lekarzy i personelu pomocniczego. Pierwsi pacjenci z covidem mają zostać przyjęci 25 listopada. Jest to bardzo specyficzna jednostka, ponieważ wbrew temu, co opinia publiczna czasami słyszała, przebywali tam zarówno pacjenci o lżejszym, jak i najcięższym przebiegu choroby. Funkcjonuje tam duży sektor respiratoroterapii. Moje zadanie polega na nadzorze merytorycznym działalności internistycznej, zgodnej z kanonami leczenia covidu. Nie jest to proste, ponieważ pacjenci często wymagają bardzo różnych procedur terapeutycznych.

Z jakim zespołem pan pracuje na stadionie?

Są to głównie młodzi lekarze, często będący jeszcze na stażu lub w trakcie specjalizacji. Jestem pełen podziwu dla nich, ponieważ to bardzo trudna praca. Proszę pamiętać, że w początkowym okresie, kiedy zgłaszaliśmy się na stadion, mieliśmy świadomość, że wirus może zaatakować każdego z nas. Szpitalem zarządza trzech koordynatorów, ja jestem odpowiedzialny za jakość obsługi medycznej. Drugi z koordynatorów nadzoruje dużą grupę anastezjologów obsługujących respiratory, a trzeci to dyrektor administracyjny. Nasze centrum dowodzenia przypomina trochę kontrolę lotów – na monitorach pojawiają się informacje z całej Polski. Kiedy szpital powstawał, pandemiczna fala narastała, koledzy odbierali setki telefonów o kolejnych zachorowaniach. Wąskim gardłem systemu była konieczność badania tomograficznego w szpitalu na Wołoskiej, ponieważ nie dysponowaliśmy własnym urządzeniem. A jest to podstawowe badanie, które pozwala nam zobaczyć, jak wyglądają płuca.

Jak wyglądała praca na stadionie w okresie szczególnego natężenia covidu?

Podjęło tam pracę wielu młodych ludzi, którzy byli wspaniale zmotywowani. Przyjeżdżali z całego kraju. Kiedy pojawiła się największa, trzecia fala, wszyscy byliśmy już zmęczeni. Przypomnę, że szczyt – 35 tys. zachorowań jednego dnia – miał miejsce 1 kwietnia. Niestety, prognozy świadczą o tym, że to jeszcze nie był najwyższy wskaźnik i najgorsze chwile czekają nas w grudniu. Zupełnie inaczej pracowało się początkowo z 70-80 pacjentami, z ponad 300 w późniejszym okresie. Nasza praca na stadionie wygląda następująco: szpital jest podzielony na dwie strefy – zieloną i czerwoną. W pierwszej lekarze pracują przy komputerach. Przed wejściem do strefy czerwonej zakładają szczelne kombinezony, w których pracują jednorazowo przez 3 godziny. Dłużej naprawdę nie da się wytrzymać. Maksymalny czas dyżuru to 12 godzin. W tych trudnych warunkach zebraliśmy mnóstwo danych, które chcemy wykorzystać pod kątem naukowym. Hospitalizowaliśmy łącznie 1900 pacjentów. Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego niektórzy z nich, nawet najmłodsi i w doskonałej kondycji fizycznej, nie są w stanie przetrwać ataku wirusa. To jednostka chorobowa, która u podatnych osób rozwija się bardzo szybko i jest wyjątkowo zjadliwa. Uważam, że jest to jakaś hybryda, która w pewnych okolicznościach wymyka się poza granice naszej wiedzy. Myślę, że powolutku nasza cywilizacja poradzi sobie z tą epidemią. Mamy coraz lepsze, skuteczniejsze leki. Co szczególnie ważne, mamy sprawdzone szczepionki. Kolejna fala zakażeń, która nam zagraża, pewnie będzie więc mniej agresywna.

Co myśli pan o antyszczepionkowcach?

Nie rozumiem ludzi, którzy się nie zaszczepili. Tym bardziej, że zwykle są zaszczepieni na inne jednostki chorobowe. Jestem w stanie przyjąć, że mamy 5 proc. przekonanych, ideowych antyszczepionkowców, ale dziś problem dotyczy 50 proc. społeczeństwa. Są gminy, gdzie zaszczepionych jest około 20 proc. Jestem w stanie zrozumieć wspomniane wcześniej 5 proc. – podobnie jak ludzi, którzy nie jedzą mięsa, ryb, nabiału – ale skala 50 proc. jest niepojęta. Dziwi mnie skala tego problemu.

W niektórych krajach wprowadzono częściowy lockdown dla niezaszczepionych. Czy uważa pan, że Polska powinna pójść tą drogą?

Myślę, że tego rodzaju pełny lockdown nie ma sensu, ale powinniśmy wprowadzić ograniczenia np. na imprezach masowych. Niezaszczepiony wybierając się do kina, teatru, czy na koncert niepotrzebnie naraża innych ludzi. Prawdziwy problem stanowi masowa komunikacja. Jak sprawdzić, który z pasażerów jest niezaszczepiony? A w dodatku spotka się to z olbrzymim protestem. Łatwiej by było wprowadzić radykalne środki, gdyby skala problemu sięgała maksymalnie 20 proc. Polaków, ale to przecież prawie połowa naszego społeczeństwa. Największy odsetek niezaszczepionych występuje w woj. lubelskim, podkarpackim i w Małopolsce.

Proszę, cofnijmy się w czasie, by opowiedzieć o pańskiej karierze zawodowej.

Po ukończeniu warszawskiej Akademii Medycznej poszedłem na staż do Szpitala Bródnowskiego, gdzie przepracowałem 20 lat. Przeszedłem wszystkie szczeble kariery zawodowej: byłem młodszym asystentem, potem asystentem, starszym asystentem, adiunktem, docentem, profesorem uczelnianym. Szczególne znaczenie ma dla mnie tytuł profesora belwederskiego, który otrzymałem mając 41 lat. Moja pierwsza specjalizacja dotyczyła chorób wewnętrznych, a druga diabetologii, którą zainspirował mnie mój doktorat, jaki uzyskałem z wyróżnieniem w 2003 roku. Potem była habilitacja dotycząca współwystępowania cukrzycy z nowotworem jelita grubego, które to choroby dotykają wielu diabetyków. Była to praca, która miała bezpośrednie przełożenie na praktykę medyczną. Dzięki niej udało się przeforsować istotną zmianę w systemie badań – pacjentom z cukrzycą typu drugiego wykonuje się kolonoskopię raz na trzy lata, podczas gdy poprzednio robiono to co pięć lat. Niestety, wielu pacjentów w ogóle z tego nie korzysta. Cóż, nasze zalecenia zaleceniami, a pacjenci robią swoje…

Pan nie tylko leczy, ale też wykłada.

Oczywiście, od 2000 roku pracuję na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Prowadzę tam zajęcia z grupami studentów polskich i anglojęzycznych, stażystami, specjalizującymi się lekarzami, doktorantami, itd. Natomiast od 2019 roku również pracuję na Uniwersytecie kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, gdzie ruszył Wydział Medyczny. Początkowo zdecydowałem się na pół etatu. Obecnie już jestem tam na pełnym etacie profesorskim, angażuję się w prace Rady Nauki i oczywiście Rady Wydziału. Najstarsi studenci medycyny są już na trzecim roku, więc w przyszłym roku zaczynają zajęcia kliniczne. A to oznacza, że musimy stworzyć bazę kliniczną.

W jakim stopniu może się pan poświęcić pracy czysto lekarskiej?

Zdecydowałem się zrezygnować ze Szpitala Bródnowskiego, gdzie wcześniej byłem koordynatorem klinicznym Zespołu Oddziałów Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Endokrynologii oraz kierownikiem kliniki WUM. W 2019 roku stworzyłem Centrum Diabetologii Klinicznej w Konstancinie, gdzie obowiązują najwyższe możliwe standardy, pacjenci z cukrzycą mają ciągły monitoring glikemii.

Na czym polega specyfika zarządzania w służbie zdrowia?

Będąc kierownikiem i koordynatorem w szpitalu na Bródnie zarządzałem ponad 100 osobami, z czego lekarze stanowili 25 proc. Przejąłem tę klinikę jako świeżo upieczony docent, ponad połowę zespołu stanowiły osoby starsze ode mnie. Byli wśród nich koledzy, którzy pamiętali mnie jako młodego lekarza z okresu odbywania stażu specjalizacyjnego. Nie było to łatwe, ale dałem sobie radę głównie dlatego, że udało mi się stworzyć sensowny system motywacyjny. Ale to nie wszystko, uważam, że każdy manager musi mieć w życiu cel. Moim celem było uzyskanie tytułu profesora belwederskiego, co dla lekarza stanowi zwieńczenie pracy zarówno zawodowej, jak i naukowej. Były z tym związane działania ważne nie tylko dla mnie. Żeby otrzymać tytuł profesora, trzeba mieć niemałą liczbę swoich specjalizantów, którzy uzyskali stopień doktora. W moim zespole jest również docent, który zrobił u mnie habilitację.

Służba zdrowia to w naszym kraju „dyżurny chłopiec do bicia”.

Dzieje się tak nie bez powodu. Przez wiele lat nawarstwiło się sporo błędów. Za najpoważniejszy uważam przejście na wąskie specjalizacje i zgodę na to, by szpitale zamknęły się na tych najtrudniejszych pacjentów. To wielka bolączka. Wiele szpitali, odmawia przyjęcia pacjentów internistyczno-geriatrycznych, mówiąc np.: my zajmujemy się kardiologią. Właśnie kardiologia kilkanaście lat temu dostała olbrzymi zastrzyk finansowy, a jej procedury zostały wysoko wycenione. Dotychczasowi interniści przerzucili się na inne specjalizacje, a prawdziwa interna została sama sobie… Jako manager musiałem zmierzyć się z tym problemem. Szpitale z konieczności zaczęły zatrudniać personel o nie zawsze najwyższych kwalifikacjach. A to z kolei zaowocowało licznymi skargami i procesami. W związku z tym wiele razy udzielałem wyjaśnień w prokuraturze i sądach. Co z tego, że skargi w większości przypadków były bezzasadne. Zdarza się, że na izbę przyjęć trafia pacjent, który ma rozsiany proces nowotworowy i w ciągu doby umiera, a rodzina skarży szpital. Prokurator prowadzi postępowanie, które ma wyjaśnić, dlaczego pacjent zmarł. Choć sprawa jest ewidentna i nie ma w tym żadnej winy szpitala, to jednak właśnie w taki sposób kształtuje się zły PR.

Wspomniał pan o brakach kadrowych.

To bardzo poważny problem. Specjaliści nierzadko poprzenosili się do ośrodków, które lepiej płaciły. Przyjmuję pacjentów w wielu miejscach – prywatnie, ale też i na fundusz. Tam, gdzie nie trzeba płacić, tworzą się ogromne kolejki. Z konieczności przyjmuję nawet 32 pacjentów w ciągu jednego popołudnia.

Pańskie zaangażowanie w dziedzinie służby zdrowia zostało docenione.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało nieskromnie, ale wśród wyróżnień, jakimi mnie uhonorowano, są dwa, które dla mnie bardzo dużo znaczą: Medal Komisji Edukacji Narodowej, za moją pracę akademicką, a także Medal Zasłużony w Służbie Zdrowia.

Panie profesorze, rozmawiamy w siedzibie Naczelnej Rady Łowieckiej, nad stołem wisi skóra łosia, a ściany zdobią poroża. Nie sposób nie zapytać: jak pan znalazł się w tym miejscu?

Często jestem pytany, czy łowiectwo to moje hobby. Tymczasem to, co nazywamy łowiectwem, stanowi synonim ciężkiej pracy na rzecz wspierania bioróżnorodności, ochrony środowiska i zabezpieczania rolników przed różnego rodzaju szkodami. Jesteśmy poddawani ciągłej krytyce, zrzuca się na nas obowiązki wynikające z ustawy o zwalczaniu afrykańskiego pomoru świń. Byłbym więc ostatnim w kraju człowiekiem, który by powiedział, że łowiectwo to moje hobby. Owszem, kiedyś to było moje hobby, ale w tej chwili to ciężka praca, walka, tłumaczenie, wyjaśnianie dziesiątkom ludzi, redaktorom, posłom, senatorom, ludziom ze świata kultury i celebrytom – na czym naprawdę polega łowiectwo. Naprawdę nie jest to już żadna pasja, tylko ciężka praca. Narzucono nam obowiązki sprawozdawczości, sanitarne, epidemiczne. Jeżeli, przykładowo, pozyska pan dzika, musi pan go zabezpieczyć, zabrać w całości, zawieźć go do chłodni, następnie podzielić, pakując różne części do odpowiednich worków. Na tym jednak nie koniec – musi pan zawiadomić weterynarię, wypełnić dziesiątki papierów, potem być w łączności z weterynarią, czy wszystko zostało zrobione…

Jak to się stało, że zainteresował się pan łowiectwem?

Myśliwym był mój śp. dziadek, prof. Wiesław Barwicz, profesor elektroniki na Politechnice Wrocławskiej. Mówiąc o swoim pochodzeniu przytaczał dowcip: „Spotyka się dwóch panów. Jeden pyta: Skąd jesteś? Z Wrocławia. A, ja też ze Lwowa”. Dziadek kiedyś zaproponował mi wspólny wyjazd na polowanie. I tak się to zaczęło. Kiedy osiągnąłem pełnoletność, dziadek zaproponował: bierzemy cię na staż do naszego koła łowieckiego. Mając 18 lat odebrałem stosowne uprawnienia. Poluję już od 30 lat, jako członek Polskiego Związku Łowieckiego. Po jakimś czasie dojrzałem do tego, by założyć koło skupiające ludzi, którzy myślą i działają podobnie, jak ja. Jako prezes tego koła zostałem wybrany na Zjazd Delegatów Okręgu. A tam z kolei wybrano mnie na Zjazd Krajowy. Później otrzymałem propozycję, by zostać członkiem Naczelnej Rady Łowieckiej. Po niecałym roku działalności Naczelna Rada Łowiecka zaproponowała mi funkcję prezesa.

Podobno myśliwi to zgrane i wspierające się środowisko.

Nie zawsze się tak dzieje, w niektórych kołach – jak to w życiu – dochodzi do konfliktów. Nie akceptuję takich działań. Koło łowieckie powinna tworzyć grupa ludzi, która po prostu chce ze sobą współpracować. Nie rozumiem myśliwych, którzy między sobą wojują.

Złośliwi twierdzą, że w naszym kraju zostały dwa relikty sprzed 1989 roku – PZŁ i PZPN.

Zupełnie się z tym nie zgadzam. Polski model łowiectwa, choć atakowany z różnych stron, jest jednym z najlepszych na świecie. Opiera się na 3 filarach, z których zrezygnowały nasze kraje ościenne. Takiego modelu w Europie już nie ma. Pierwszy filar, najważniejszy, oznacza, że zwierzyna jest własnością Skarbu Państwa. W innych krajach funkcjonuje to tak: zwierzyna, która pojawia się na ziemi prywatnego właściciela, jest jego i może zrobić z nią co chce. Drugi filar stanowi zasada, że obwód łowiecki nie może być mniejszy niż 3 tys. ha. Dlaczego? Daje nam to możliwość prowadzenia gospodarki łowieckiej. Wyobraźmy sobie małe obwody po 100-300 ha, na których granicach siedzą myśliwi, polują jak chcą i patrzą na siebie ze złością czekając na zwierzynę. Takie obwody są w Czechach i system ten zupełnie się nie sprawdził. Był u mnie ostatnio czeski łowczy i prosił, byśmy otworzyli im możliwość zapisywania się do PZŁ. Trzeci z filarów określa strukturę organizacyjną: jest tylko jedna organizacja, która skupia i nadzoruje myśliwych i wydaje im zezwolenia. Taki właśnie system znakomicie się sprawdza, choć oczywiście nie brakuje mu przeciwników.

Na czym koncentrują się obecnie działania PZL?

Na walce z afrykańskim pomorem świń i organizacją wypłat odszkodowań dla rolników za szkody spowodowane przez zwierzynę.

Czym dla pana jest polowanie?

Jest to przede wszystkim przyjemność obcowania z naturą, ale też kontakt ze wspaniałymi ludźmi. Dla mnie przyroda stanowi najważniejszy uniwersytet. Można wiele książek przeczytać, ale trzeba pojechać do lasu, żeby zobaczyć, jak to wszystko współgra, zrozumieć harmonię świata. Znam wielu fantastycznych myśliwych, którzy są szlachetnymi ludźmi zaangażowanymi w ochronę przyrody. Wbrew temu, co się mówi, każdy myśliwy jest prawdziwym ekologiem. Nie chcę nikogo obrażać, ale trochę śmieszą mnie obrońcy przyrody, którzy robią show przywiązując się do drzewa lub koparki, przy okazji licząc na wsparcie finansowe. Znamienny jest przykład kanadyjskiego obrońcy grizli. Kręcił o nich filmy, ale chyba za mało o nich wiedział, bo skończyło się tragicznie – niedźwiedź go rozszarpał i zjadł. Najwyższy czas, by skończyć z bambinizacją, polegającą na czułych opowieściach o miłych i niegroźnych zwierzątkach, którym źli ludzie mogą zrobić krzywdę. Drugi problem stanowi humanizacja zwierząt połączona z dehumanizacją człowieka. Pokazuję tu podstawy światopoglądowe, z którymi się nie zgadzam, ponieważ uważam, że trzeba mówić prawdę, a nie to, co w danej chwili jest modne i dobrze widziane. Ludzie na ogół nie wiedzą wiele o świecie zwierząt, więc łatwo wierzą w nieprawdziwe stereotypy. Chcąc nie chcąc zarówno w kręgu medycznym, jak i w łowieckim próbuję – żartobliwie mówiąc – „nieść oświaty kaganek”.

Co lubi prof. Paweł Piątkiewicz?

Hobby – „Piłka nożna. Kiedyś bardzo aktywnie grałem w piłkę, jako student w Warszawskiej Lidze Szóstek. Niestety, miałem kontuzję i musiałem się wycofać z aktywnego uprawiania tej dyscypliny. Od dziecka kibicuję Legii Warszawa, choć w ostatnich tygodniach, ze względu na słabą kondycję drużyny, oglądanie meczy jest dla mnie przykrym doświadczeniem. Denerwuje mnie to w takim stopniu, że po kilku minutach przed telewizorem zabieram psa na spacer.”

Wypoczynek – „Najchętniej spędzam wakacje w Borach Tucholskich. Zimą jeżdżę na nartach w naszych polskich górach.”

Kuchnia – włoska

Restauracja – Chianti na ul. Foksal w Warszawie

Gadgety – „Mam kilkanaście jednostek broni. Strzelam głównie z karabinu Blaser R8 Professional Success. W dziedzinie broni śrutowej cenię starą niemiecką firmę Merkel.”

Zegarki – „Moja ulubiona firma to Rolex.”

Samochód – Audi A8

Etiopia, czyli kraj brunatnych twarzy

Najwcześniejsze wzmianki o starożytnej Aethiopii pochodzą z Iliady i Odesei Homera. Mianem tym określano wówczas obszary górnego Nilu i Rogu Afryki. Samo słowo pochodzi od greckiego słowa Αἰθιοπία (Aithiopia) i można go rozumieć jako brunatne twarze. I właśnie z brunatnymi, fascynującymi twarzami kojarzy mi się Etiopia. Nie z ubóstwem, głodem czy wojną domową, ale właśnie z niezwykłymi ludźmi, ich twarzami i spojrzeniami

Tekst i zdjęcia: Adam Maciejewski

Powszechnie Etiopia przywodzi jednak na myśl przede wszystkim biedę. Faktycznie, PKB na osobę wynosi w Etiopii ok. 600 dolarów, czyli jest na poziomie ok. 3 proc. analogicznego wskaźnika w Polsce i 0,7 proc. w Norwegii. Jest to też jeden z najniższych poziomów PKB per capita wśród państw afrykańskich. Ale to równocześnie jedno z najszybciej rozwijających się w Afryce. Kilka wizyt w tym fascynującym kraju nie pozostawiło w moich wspomnieniach wrażenia ubóstwa ani głodu. W pamięci pozostały obrazy przyjaznych i uśmiechniętych ludzi, wspaniałych kościołów, dzikiej przyrody i licznych inwestycji będących symptomem szybko rozwijającej się gospodarki, choć rozwój ten jest szczególny, bowiem oparty na idei tzw. kapitalizmu państwowego.

Wspomniane brunatne twarze mieszkańców Etiopii są bardzo różne, tak jak różne są plemiona zamieszkujące ten obszar, jak różne są ich wierzenia i jak zróżnicowana jest natura tego kraju. Zwykle są to twarze młode, bowiem Etiopia to kraj ludzi bardzo młodych. Średnia wieku oscyluje wokół 19 lat. Dla porównania, w Polsce już około 41 lat. Ale piękno tych twarzy nie jest domeną tylko młodości. Twarze osób starszych są również fascynujące. Szkoda tylko, że burzliwa historia tego kraju ponownie wraca i niszczy delikatną równowagę, jaka tam ostatnio panowała. Jeśli szczęśliwie pośród zalewu niezwykle ważnych informacji o barwnym życiu polskich celebrytów i niekończącym się potoku analiz sytuacji epidemicznej uda się nam wychwycić wieści z tego jednego z najstarszych krajów chrześcijańskich świata, to zauważymy, że na tych twarzach oprócz naturalnego tam kurzu, często pojawiają się teraz łzy i krew.

Mieszkańcy Etiopii to głównie chrześcijanie (przede wszystkim wyznawcy Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego i w mniejszym stopniu protestanci) oraz muzułmanie. Znajdziemy też wyznawców wielu odmian animizmu, a nawet sporą społeczność tzw. Czarnych Żydów. Od strony etnicznej największe grupy to Oromowie (wyznają głównie islam i zamieszkują południe kraju) i Amharowie (tworzą etiopski kościół prawosławny i zamieszkują centralne wyżyny Etiopii, od setek lat pozostają u sterów lokalnej władzy). Sporo mniej jest Tigrajczyków (tego samego wyznania co Amharowie, zamieszkują północną część kraju/pogranicze z Erytreą). Tigrajczycy, mimo stosunkowo niewielkiej liczebności, odgrywali przez ostanie lata kluczową rolę w zarządzaniu krajem, tworząc, a w zasadzie dominując niełatwą koalicję z Amharami i Oromami. Dzisiaj trwa jednak krwawa wojna domowa pomiędzy koalicyjnym rządem a zbuntowanymi Tigrajczykami, którzy próbują zawrzeć sojusz z ludami Oromo. Są też liczne inne grupy etniczne (Somalijczycy, Sidama, Gurage, Wolaytta, Hadiya, Afarowie, Gamo, Gedeo, Silte, Kaficho…), ale nie odgrywają tak wielkiego znaczenia, jak te wcześniej wymienione.

Najbarwniejsze dla nas, podróżników, są jednak ludy zamieszkujące Dolinę Omo na pograniczu z Kenią i Sudanem. Na mnie największe wrażenie zrobili członkowie plemienia Karo – ich tatuaże, fantazyjne i kolorowe malunki pokrywające ciała oraz niezwykłej urody ozdoby głowy z kwiatów i piór to świat jakby z bajki lub egzotycznej opery. Niestety jest to plemię bardzo nieliczne i zagrożone wyginięciem. Bardzo ciekawi są słynący z agresji i dziwnego zwyczaju kaleczenia kobiecych ust i uszu Mursi. Gliniane talerzyki w zdeformowanych ustach kobiet to ich znak szczególny. Hamerowie słyną z pięknych i dumnych kobiet. Wyróżniają je szczególne fryzury, ubrania ze skóry oraz niespotykane ozdoby na szyi i nogach. Może kiedyś wrócimy do ich znaczenia. Hamerowie znani są też z oryginalnego obyczaju – skoków przez byki wykonywanych przez młodych mężczyzn w ramach zabiegania o wymarzoną wybrankę. Ogromne wrażenie robi również koczowniczy lud Dassanech zamieszkujący północne brzegi jeziora Turkana, gdzie nocując w wiosce pośród setek wydających niemal diabelskie dźwięki kóz miałem okazję zobaczyć niesamowite, odbywające się tylko przy świetle księżyca, tańce skąpo ubranych, młodych dziewcząt.

Co ciekawe, w tym pełnym bydła, kóz i kurzu kraju na czele rządu stoi świetnie wykształcony laureat pokojowej nagrody Nobla z roku 2019 (przyznanej za zawarcie pokoju z Erytreą), wywodzący się z ludu Oromo, zielonoświątkowiec Abiy Ahmed Ali. Mimo jego wysiłków, sytuacja polityczna w kraju jest niezwykle trudna i dynamiczna, co niestety nie ułatwia teraz planowania podróży do tego zakątka Afryki. Zakątka niezwykłego, ale pogrążającego się ponownie w chaosie.

Myślę, że do opowieści o Etiopii jeszcze wrócimy, a tymczasem pozostaję z podróżniczym pozdrowieniem.

Mika Urbaniak – Muzyka blisko serca

Mika Urbaniak Znakomita wokalistka, nagrała 4 płyty, występowała z takimi artystami, jak Lenny White, Tom Browne, Al McDowell, Richard Bona i Hiram Bullock. Koncertowała też z Quincym Jonesem i jego Big Bandem. W Polsce współpracowała m.in. z Bebel Gilberto, Andrzejem Smolikiem i Liroyem. Victor Davies Jego album „Hoxton Popstars” był numerem jeden w Japonii. Jest znany jako muzyk i malarz, współpracował z wieloma znanymi artystami, jak m.in. Quincy Jones, Richard Bona, Roy Hargrove, Louie Vega, Smolik, Maryla Rodowicz, Marysia Sadowska, Skubas, Urszula Dudziak.

Wybitna wokalistka Mika Urbaniak opowiada o swojej karierze artystycznej, rynku muzycznym i zmianach, jakie wprowadził na nim internet

Bardzo wcześnie zaczęła pani karierę artystyczną.

Pierwszy utwór napisałam mając 12 lat, zarówno muzykę, jak i tekst.

Rzec można: noblesse oblige. Jako córka Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka nie mogła pani chyba wybrać innej drogi.

W moim przypadku było to bardzo naturalne. Mam wrażenie, że muzyka mnie przyciągała, zawsze śpiewałam i tańczyłam, a rodzice mnie wspierali.

Kariera muzyczna to jednak nie tylko to, co widzimy w mediach i na koncertach. Jest to również biznes i do tego niełatwy.

Rzeczywiście, w ostatnich latach wiele się zmieniło na niekorzyść, przede wszystkim dlatego, że płyty przestały się sprzedawać. Stały się one czymś w rodzaju wizytówek występów na żywo. Niektórzy artyści trafiają na top nie dzięki talentowi, ale ogromnym sumom, które są angażowane w ich promocję. Nie mogę jedna narzekać. Żyję z muzyki od ponad dwudziestu lat. Lockdown spowodował, że skurczyła się liczba koncertów, ale dla mnie był to czas twórczy – pod wpływem mojego artystycznego i życiowego partnera Victora Daviesa zajęłam się malarstwem. Bywa, że występuję w roli jego agentki, pomagając mu organizować kolejne wystawy.

Kiedy zaczęła pani zarabiać dzięki sztuce?

Kiedy miałam 14 lat zostałam zaproszona do nagrania płyty z Liroyem i otrzymałam moją pierwszą wypłatę. Żyję z muzyki od czasu, gdy ukończyłam 19 lat. Kilka razy pojawiłam się na płytach Andrzeja Smolika, dużo wspólnie koncertowaliśmy. Grałam też wspólnie z rodzicami. Potem zaczęłam wydawać swoje płyty, trzy solowe, jedną wspólnie z Victorem. Obecnie szykuję kolejną, ponownie solową.

Zapewne ma pani agenta, a jeśli tak, to gdzie – w Polsce, Anglii, czy też USA?

Jest to Arleta Olendrowicz, która odpowiada za organizację koncertów. Najnowszą płytę zamierzamy wydać sami z Victorem, korzystając tylko z firmy dystrybucyjnej.

Czy internet pomaga artystom?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, Pomaga, ponieważ twórca może być niezależny od wielkich wytwórni. Ale też internet krzywdzi – pomimo wielu wyświetleń trudno zarobić na życie. Nawet mając milion odsłon artysta zyskuje naprawdę niewiele. Obecnie rozsądne zyski przynoszą wyłącznie koncerty.

Postawiła pan na jazz, który ma jednak ograniczoną liczbę odbiorców. Czy mając tak znakomite warunki wokalne nie miała pani ochoty, by zaprezentować się szerokiej publiczności jako gwiazda muzyki popowej?

Muzyka, którą tworzę, musi być blisko mojego serca. Mój najnowszy projekt będzie inny niż wszystko, co robiłam dotychczas. Na płycie pojawi się dużo rapu. Pierwsze utwory będzie można usłyszeć już wiosną. Nigdy nie planowałam, by zaskoczyć świat czymś niezwykłym, ale jeśli tak się wydarzy, będę bardzo zadowolona.

Mając taką skalę i barwę głosu mogłaby pani pojawić się na scenie operowej…

Nigdy tego nie próbowałam i na razie nie zamierzam. Mój jedyny kontakt z tego rodzaju muzyką polegał na graniu utworów klasycznych na fortepianie. Za to czuję czarną muzykę, na której wychowałam się mieszkając w Nowym Jorku. Moimi idolami byli wtedy Ray Charles i Ella Fitzgerald.

A kto jest nim dziś?

 

Z artystów współczesnych największe wrażenie zrobiła na mnie Amy Winehouse.

Jakie ma pani plany na przyszłość?

Niecierpliwie czekam na ukończenie mojej autobiografii w formie wywiadu-rzeki, którego współautorką jest Magdalena Adaszewska. Książka ukaże się w przyszłym roku w wydawnictwie Znak Literanova.

Co lubi Mika Urbaniak?

Wypoczynek – Wyspy Kanaryjskie, wkrótce wybiera się na Teneryfę

Kuchnia – „Hinduska, uwielbiam niezwykłe przyprawy. Będąc w Warszawie często zaglądam do restauracji Guru przy ul. Widok, z kolei w Londynie często odwiedzam azjatycki Fusion Bar.”

Hobby – „Malarstwo, które może jednak przekształcić się w mój drugi zawód. Bardzo lubię chodzić z ojcem na basen, gdzie rozmawiamy o muzyce. Sporo czytam, zwykle książki poświęcone samokształceniu i thrillery”

O tym zapomina polski biznes

Katarzyna Jarczewska – Partnerka i współwłaścicielka założonej w 1997 roku agencji reklamowej i PR, Media Forum. Ekspert ds. komunikacji, public relations, zarządzania sytuacjami kryzysowymi oraz strategii marketingowych przedsiębiorstw.

Krajowi przedsiębiorcy nadal muszą się wiele nauczyć w aspekcie komunikowania własnej działalności – to akurat truizm, ale czy świadomość korzystania z m.in. usług agencji PR jest w ogóle na zadowalającym poziomie? Obawiamy się, że nie. Czy oznacza to, iż należy przekreślić dotychczasowe starania polskiego biznesu w kontekście kreowania własnej marki? Również nie! Choć przed nami jeszcze długa droga, najlepsi uczestnicy rynku już teraz mogą nadrobić kilka lat zaległości. O szansach krajowych przedsiębiorców rozmawialiśmy z Katarzyną Jarczewską, współzałożycielką agencji Media Forum.

Mówi się, że najlepszą inwestycją jest inwestycja w siebie. Czym na dobrą sprawę jest inwestowanie we własną działalność?

Definicji jest przynajmniej kilkanaście, choć i bez podręcznika do zarządzania intuicyjnie można stwierdzić, że tego typu inicjatywy mają na celu usprawnienie prac przedsiębiorstwa oraz pewien zwrot kosztów. Owy “zwrot” z kolei można rozumieć bardzo szeroko – od faktycznego powrotu pomnożonego kapitału na konto, poprzez znaczne wyprzedzenie konkurencji, a kończąc na otwarciu całkowicie nowego rozdziału w historii firmy. Szczególnie ten ostatni przykład ma wyjątkowo wymierne przełożenie w przypadku inwestycji w działania komunikacyjne.

Te z kolei mają paradoksalnie niekoniecznie dobry PR.

Na rynku mamy do czynienia ze znaczną liczbą podmiotów zajmujących się działaniami komunikacyjnymi, a więc już samo nasycenie jest przyczynkiem do walki cenowej, a co za tym idzie – jakościowej.

To prowadzi do dużych nadużyć.

Jako Media Forum głośno sprzeciwiamy się takim praktykom. Słyszy się, że PR jest niewystarczający w budowaniu marki, jednak nie zauważa się wszystkich składowych procesu budowania świadomości marki. Przez ponad 24 lata dokładamy wszelkich starań, aby nasze projekty spełniały najwyższe standardy – nie tylko krajowe, ale porównywalne do tych zachodnich. To był i nadal jest nasz cel.

Przez ponad dwie dekady nie pomyślała Pani “a może warto pójść tak jak inni – na skróty”?

Z całą stanowczością mogę zadeklarować, że nie. Nasza praca jest ogromną wartością dodaną nie tylko dla nas, ale także dla naszych klientów i partnerów. Najprawdopodobniej w tym leży klucz do “długowieczności” na rynku – w etyce pracy.

Czy zdarzali się Wam klienci, którzy przychodzili z już wyrobioną (negatywną) opinią na temat agencji PR?

Oczywiście, że tak, ale wszystkie te przypadki kończyły się naprawdę owocną współpracą. Takie przypadki to najbardziej znamienne momenty dla nas, przedsiębiorców z branży PR.

 Jak więc działacie? Na czym opiera się Wasz sukces?

Media Forum to przede wszystkim zespół doświadczonych ekspertów, który działa transparentnie i zgodnie ze wszelkimi standardami branży. Te dwa czynniki faktycznie przekładają się na obraz naszej agencji, jako przykładu działań etycznych, a zarazem skutecznych i uczciwych na poziomie relacji biznesowych. Nasi klienci nie mają powodów do zwątpienia w kontekście relacji dwustronnych.

Media Forum to miejsce dla biznesu, który ceni sobie transparentne warunki współpracy?

Oczywiście.  Jak już wspomniałam PR i budowanie komunikacji marki to pewien proces, na który wpływa wiele czynników. Zaufanie klientów to także pewien proces. Ten zaś przez ponad 24 lata uważam, że realizujemy zarówno transparentnie jak i uczciwie.  Nasze działania przewidziane są na dłuższy horyzont czasowy, ale także efekty utrzymują się przez kilka, jak nie kilkanaście miesięcy.

W odróżnieniu od tzw. SEM, czyli marketingu internetowego.

Nie należy porównywać działań public relations z m.in. reklamami na social mediach, ponieważ oba obszary mają całkowicie inny profil oraz cel. Faktem jest, że PR “utrzymuje się na powierzchni” o wiele dłużej, dlatego też biznes powinien dynamicznie inwestować właśnie w ten aspekt działań komunikacyjnych.

 Czy to oznacza, że marketing internetowy także leży w kompetencjach Media Forum?

Zgadza się. W naszej ofercie oprócz media relations, zarządzania kryzysowego, czy employer brandingu jest także SEO i SEM. Filozofia Media Forum obejmuje kilka aspektów. Trzymamy się holistycznego podejścia do kreowania marki w internecie. Nasz zespół współtworzą osoby, które mają na swoim koncie naprawdę znaczące osiągnięcia w kontekście pozycjonowania witryn internetowych, a także zarządzania reklamą. Te doświadczenia przekuwamy w kolejne projekty, które przynoszą wymierne efekty dla naszych klientów.

Oczywiście całokształt Waszej oferty brzmi bardzo obiecująco. Czy w dobie covid biznes inwestuje w budowanie marki?

Zacznijmy od powszechnie znanego faktu – część firm rezygnowała z planowanych inwestycji. Według raportów EY takie kroki powzięło ponad 50 proc. polskich przedsiębiorstw w roku 2020, a obecnie realizację nowych inicjatyw planuje wyłącznie 30 proc. firm. Pamiętajmy jednak, że są to dane statystyczne, a duża część branż już teraz chce zadbać o swój zespół, ponieważ widzi w tym szansę absolutnie bez precedensu. W tej kategorii mowa o e-commerce, energetyce, IT, czy start-upach. Dla tych branż komunikacja to najlepsza inwestycja najbliższych miesięcy.

Potwierdzają to badania?

Według wyliczeń analityków z londyńskiego Unilevera marki skutecznie komunikujące cel swojej działalności rosną o 69 proc. szybciej niż konkurencja. Te wskaźniki potwierdzają m.in. osiągnięcia klientów Media Forum.

Komu jeszcze poleciłaby Pani działania public relations?

Przede wszystkim biznesom, które nie chcą, aby w dobie covidu klienci o nich nie zapomnieli. W tak niepewnych czasach rozpoznawalność i stabilna marka to wartości na wagę złota.

Dziękuję za rozmowę.

Inżynieria środowiskowa i efektywność energetyczna

Po raz pierwszy w historii ludzkości środowisko naturalne staje się większym priorytetem w społeczeństwie niż ekonomia. Dziś rzeczywiście pokazuje to aktualna polityka Unii Europejskiej, która przejawia się w niespotykanym w swoich rozmiarach kryzysie energetycznym. Czy jednak możemy pogodzić te dwa tak ważne aspekty naszego życia?

25 lat rozwoju i badań nad technologią środowiskową i światowe doświadczenia firmy Blue Boson pokazują jak pogodzić inżynierię środowiskową z efektywnością energetyczną. Mimo, że innowacje rosną w hiperbolicznym tempie, a w przemyśle zdolność ich wdrażania jest na miarę zeszłej epoki, to znajdują się świadomi przedsiębiorcy, którzy rozumieją potrzebę zmian i kierują swoje wysiłki w takim kierunku. Do takich należą Dear Wise Earth Costa Rica SRL, Evertis Ibérica SA i Selenis Portugal SA, spółki Grupy IMG, czy polski Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin SA.

Firmy te pokazują światu, jak stawić czoła globalnemu wyzwaniu, jakim jest zmiana klimatu. Połączyły one siły z Blue Boson, aby opracować rozwiązania, które zostały również omówione podczas szczytu klimatycznego COP26 w Glasgow w dniu 31 października 2021 r.

Blue Boson skupia się na efektywności środowiskowej i energetycznej poprzez kwantową obróbkę fizyczną gazów, paliw, cieczy, w tym bez chemicznie modyfikowanej wody, co przynosi zarówno dwucyfrowe oszczędności energii, jak i rewolucję w środowisku naturalnym.

Dzięki inżynierii środowiskowej wykorzystując flagową technologie Blue Boson® Effector, Grupa IMG z powodzeniem wdrożyła pierwszy ogólnofirmowy projekt zwiększenia wydajności swoich obwodów chłodzenia i pary. Technologia ta działa od maja 2021 r. i przez pierwsze 3 miesiące grupa zaoszczędziła 50 010 Nm3 gazu ziemnego w swoich jednostkach przemysłowych w Portugalii, co stanowi prawie 7% spadek średniego rocznego zużycia gazu ziemnego. Ponadto emisje gazów cieplarnianych zmniejszyły się w tym okresie o 108 ton.

Firmy zgodziły się dalej rozwijać swoje partnerstwo poprzez rozszerzenie instalacji na wszystkie obwody technologiczne w zakładach przemysłowych w Portugalii, a także rozszerzenie projektu na wszystkie swoje zakłady przemysłowe w Europie oraz Ameryce Północnej i Południowej.

Celem współpracy jest tak dobre zarządzanie śladem środowiskowym spółek Grupy IMG, aby mogło przyczynić się do odtworzenia środowiska i ekosystemów, w których działają. W idealnej symbiozie z naturą chcą dostarczać swoje produkty o najniższych kosztach środowiskowych pod względem emisji CO₂, energochłonności i śladu wodnego.

Zmiany klimatu spowodowane przez człowieka mają katastrofalne skutki dla naszej planety. Energia jest kręgosłupem światowej gospodarki. Zarówno paliwa i energia wykorzystywane są w wytwarzaniu energii elektrycznej, ogrzewaniu i chłodzeniu, a także w przemysłowych procesach produkcyjnych. Sposób wytwarzania i wykorzystywania energii ma duży wpływ na jakość środowiska, zdrowie i bezpieczeństwo ludności.

Inżynieria środowiskowa firmy Blue Boson® pomaga przemysłowi zrozumieć wpływ procesów i produktów na środowisko. Towarzyszy również przedsiębiorstwom przemysłowym w okresie przejściowym, aby mogły stać się przedsiębiorstwami regeneracyjnymi i oprócz zwiększenia efektywności, zacząć przywracać równowagę środowiskową i zwiększać bioróżnorodność.

Fundamentem historii Blue Boson jest postać Roberta Zagożdżona, który od 1995 roku demonopolizuje rynki Europejskie poczynając telekomunikacja, finansami i energetyką aż wreszcie przyszła kolej na rewolucje o zasięgu światowym w obszarze efektywności środowiskowej poczynając regeneracją zasobów wody a na efektywności energetycznej kończąc.

W takiej to właśnie atmosferze kreatywności, innowacyjności i otwartego podejścia do budowania biznesu powstał projekt Blue Boson. Badania i wdrożenia we współpracy z licznymi klientami w EU, międzynarodowymi audytorami jak Engie i Uniwersytetami w Europie jak i japońskim Uniwersytetem w Kobe doprowadziły do szerokiej gamy aplikacji.

Dzięki takiemu podejściu, we współpracy z Blue Boson, przemysł może wnieść istotny wkład w kształtowanie lepszego świata i idei „Oczyszczenia planety”, o której tak żywo dyskutowano na szczycie klimatycznym.

Rynek suplementów diety przeżywa drugą młodość

Początek trzeciej dekady XXI w. rozpoczął się bardzo dobrze na polskim rynku suplementów diety. Według najnowszych danych PMR konsumenci kupują je coraz częściej, a do końca 2021 r. możemy spodziewać się wzrostu wartości tego sektora o 9% – do wartości 6,5 mld zł (kanał apteczny i pozostałe łącznie).

W listopadzie 2021 r. firma PMR przeprowadziła badanie, którego celem była m.in. analiza zachowań konsumenckich w zakresie stosowania suplementów diety w czasie pandemii. Aż 44% ankietowanych wskazało, że sięga po nie częściej, niż miało to miejsce przed pojawieniem się koronawirusa Sars-CoV-2. Dodatkowo, wzrost zakażeń związany z obecną (czwartą) falą COVID-19 spowodował, że blisko połowa Polaków (48%) chętniej kupuje suplementy diety w celu zwiększenia odporności.

To, jak deklaracje respondentów przełożą się ostatecznie na tendencje zakupowe suplementów diety w końcówce roku, zostanie dopiero zweryfikowane. Wyniki otrzymane przez PMR wskazują jednak, że następna fala wirusa to kolejny impuls do – i tak już wysokiego – wzrostu wartości tego obszaru rynku w 2021 r.

Co z boomem na zakupy online?

Warto zwrócić uwagę na fakt, że początek pandemii w dużym stopniu przekierował zakupy do internetu. W pewnym momencie pojawiła się jednak potrzeba wyjścia z domu i zakupów stacjonarnych. Obecnie konsumenci oczekują dużej elastyczności od producentów, aby ich produkty były dostępne zarówno w kanale online jak i offline.

W 2020 roku wartość rynku suplementów diety również wzrosła, jednak była ona bardzo zróżnicowana pod względem kanału i kategorii dystrybucji. W sprzedaży pozaaptecznej stacjonarnej zaobserwowano spadek wartości o 2%, natomiast kanał internetowy zanotował wzrost o prawie 40%. W kanale aptecznym sprzedaż rosła z podobną dynamiką, jaką obserwowaliśmy w roku 2019. Niezmiennie jednak, głównym miejscem zakupu suplementów diety pozostają apteki stacjonarne.

Nieco częściej niż w przypadku leków OTC, do zakupu suplementów diety dochodzi również w innych kanałach sprzedaży. Wynika to z tego, że sprzedaż pozaapteczna tych produktów nie jest ściśle ograniczona do listy substancji dopuszczonych do obrotu.

Emocje na torze z F1 AWS Insight

Jeszcze nie opadły emocje po ostatnim fascynującym wyścigu królewskiej serii wyścigów Formula1, w którym do ostatniego zakrętu toczyła się walka o mistrzostwo świata pomiędzy 7-krotnym mistrzem Lewisem Hamiltonem i pretendentem do tytułu Maxem Verstapenem. Walka pomiędzy zawodnikami na torze to jednak tylko wycinek tego, co tak naprawdę działo się w Abu Zabi, bowiem za kierowcami stoi sztab analityków i strategów, którzy na bieżąco analizują sytuację i starają się znaleźć najlepsze rozwiązania pozwalające wygrać wyścig.

Tekst: Michał Garbaczuk

O tym, że wyścigi wygrywa się dziś nie na torze, a w boksach mówi się od jakiegoś czasu. Oczywiście nikt nie ujmuje zawodnikom talentu, szybkości i woli walki, jednak dzisiejszy sport motorowy opiera się głównie na strategii i analizie danych. To właśnie odpowiedni dobór opon, dane pozwalające poprawnie odczytywać ich degradację w kolejnych częściach rywalizacji, umiejętność reagowania na sytuację na torze oraz spryt pozwalający dokładnie zaplanować „podcięcie” to dziś umiejętności, bez których w zasadzie walka o tytuł Mistrza Świata w ogóle nie jest możliwa.

Królowa sportów motorowych

Bolidy Formuły 1 wyglądają na pierwszy rzut oka dość niewinnie. Trochę stopów metali lekkich, kompozyty i włókno węglowe pomalowane w „klubowe barwy” i ozdobione nazwami sponsorów. Pod tym wszystkim znajduje się jednak niezwykle wyrafinowana elektronika oraz tysiące czujników pozwalających na przekazanie do centrum dowodzenia nawet, wydawałoby się, najmniej istotnych danych, które w kryzysowej sytuacji mogą pomóc zrozumieć to, co dzieje się z samochodem podczas walki na torze. Właśnie zrozumienie tych danych okazuje się dziś kluczowe, a jeśli analitycy mają również dostęp do danych konkurencji, mogą precyzyjnie zaplanować cały weekend wyścigowy. Specjaliści twierdzą, że współczesny samochód osobowy jest w stanie przesłać do serwerów nawet 2 TB danych w ciągu godziny, a to przecież maszyna, która porusza się po publicznej drodze! Ile danych i jakiej jakości przesyła bolid Formuły 1? Obawiam się, że zespoły nie podzielą się z nami takimi informacjami, ale po tłoku jaki panuje w padoku i poszczególnych boksach można przypuszczać, że o wiele więcej niż samochód osobowy, a trzeba zaznaczyć, że każdy kierowca ma swój zespół inżynierów i analityków, a dane trafiają też do fabryki, gdzie wykorzystywane są w symulatorach.

Walka na torze

Wróćmy jednak do samej walki na torze. Lewis Hamilton z zespołu Mercedes AMG Petronas Formula 1 Team po starcie z drugiego pola obejmuje prowadzenie i zaczyna budować swoją przewagę nad Maxem Verstapenem z Red Bull Racing. Trzeba już w tym momencie dodać, że kierowcy mają różne strategie wyścigowe oraz wystartowali do wyścigu na różnych oponach. Zaczyna się obserwowanie danych napływających z bolidów i szukanie najlepszego momentu na pit stop. Do rywalizacji „włączają się” kolejne zespoły, które samą swoją obecnością na nitce toru wpływają na sytuację na torze. Max zjeżdża na swoją zmianę opon jako pierwszy, a Lewis mając czysty tor przed sobą jeszcze podkręca tempo i po swojej zmianie wyjeżdża z boksów 10 sekund za Perezem z Red Bull Racing, którego zadaniem w tym wyścigu jest granie na Maxa Verstapena. Szybko okazuje się jednak, że Lewis ma lepsze tempo i w ciągu 5. okrążeń dojeżdża do Pereza mając ponad 10 sekund przewagi nad Maxem. W tym momencie na ekranach widzimy epicką walkę zawodników – atakującego Hamiltona i broniącego się Pereza. Nie widzimy jednak jeszcze najważniejszego. Starcie na czele miało pozwolić Verstapenowi na zniwelowanie straty, w efekcie czego zawodnik z Holandii w ciągu jednego okrążenia nie tylko dojechał do Hamiltona, ale też znalazł się w strefie DRS, dzięki której mógł błyskawicznie wyprzedzić Pereza nie tracąc ani ułamka sekundy.

Analiza danych

Czy to było tylko wykorzystanie przypadkowej sytuacji? Otóż nie, w Formule 1 nic nie dzieje się przez przypadek, a cała akcja została skrupulatnie zaplanowana przez strategów z Red Bulla. Gdy dwa bolidy znajdują się w bliskiej odległości stratedzy wkraczają do akcji planując tak zwane podcięcie. Akcja, która rozgrywa się podczas pit stopu ma realny wpływ na ostateczny wynik zawodnika.

Podczas wyścigu F1 pojawiają się pewne okresy, w których powinno się wykonać pit stop. Okresy te obejmują kilka okrążeń, powiedzmy od 17 do 19 i określane są mianem okna pit stopu. Gdy dwa samochody poruszają się blisko siebie w oknie pit stopu, bolid jadący z tyłu ma możliwość wyprzedzenia poprzedzającego bolidu podczas serii zbliżających się pit stopów z tak zwanym podcięciem. Założenie jest dość proste: obydwa samochody mają już pewną degradację opon, co sprawia, że jadą wolniej niż w scenariuszu, w którym mieliby zamontowane nowe opony. Chodzi więc o to, żeby tak wykonać swój pit stop, aby po serii wizyt w boksach wyjechać na tor przed przeciwnikiem.

Technologia źródłem emocji

Potrzebnymi danymi dysponują oczywiście zespoły, ale jak sprawić, żeby także widzowie włączyli się do walki na torze? Z pomocą nadchodzi  F1 AWS Insight (Amazon Web Services), który prezentuje na ekranie grafiki z których dowiadujemy się, jaka jest różnica pomiędzy zawodnikami na torze oraz czy zespołowi uda się wykonać podcięcie podczas pit stopu. Informacje wyświetlane są w czasie rzeczywistym, co dodatkowo podkręca atmosferę i pozwala w pełni przeżywać wyścig.

„F1 jest tak naprawdę sportem opartym na danych, z 300. czujnikami w każdym samochodzie wyścigowym generującym ponad 1,1 miliona danych na sekundę przesyłanych z samochodów. Dodajmy do tego 70 lat historycznych danych wyścigowych przechowywanych w chmurze, w usłudze Amazon S3, z których korzysta F1. Wszystkie te dane są analizowane za pomocą złożonych modeli i udostępniane fanom w postaci informacji, które ujawniają niuanse podejmowania w ułamku sekundy decyzji. Tworząc w ten sposób F1 Insight powered by AWS dajemy miłośnikom motosportu szansę na orientowanie się tu i teraz, co dzieje się na torze oraz wgląd w statystyki, którymi do niedawna dysponowali jedynie analitycy poszczególnych teamów.”mówi Tomasz Stachlewski, CEE Senior Solutions Architecture Manager, AWS

Nową grafikę można było oglądać podczas ostatniego wyścigu w Abu Zabi, a precyzyjnie i czytelnie podane zmieniające się w ułamku sekundy dane pozwoliły poczuć się częścią zespołu. Aby precyzyjnie prezentować sytuację na torze F1 AWS Insight wykorzystuje uczenie maszynowe, a w tym między innymi następujące dane:

  • Obecna luka między kierowcami
  • Docelowa luka dla podcięcia
  • Degradacja opon
  • tempo kierowców

Seria zdarzeń na torze, a także spryt, determinacja i poprawna analiza danych sprawiły, że to młody Holender został Mistrzem Świata Formuły 1 w sezonie 2021, jednak już dziś wiemy, że przyszłoroczna walka będzie jeszcze bardziej zaciekła. Nowe przepisy, nowe samochody i starzy dobrzy znajomi znów spotkają się na torze, by stoczyć bój o mistrzostwo. Dziś wiemy, że dodatkowe emocje zagwarantuje widzom także możliwość śledzenia strategii zespołów w czasie rzeczywistym dzięki F1 AWS Insight.

zdjęcia: AWS

Open Innovation Playbook

Kilka słów tytułem wprowadzenia do raportu Open Innovation Playbook, który w pełnej wersji publikujemy na łamach magazynu MANAGER-Report.

Zdecydowaliśmy się zachować oryginalną wersję, ponieważ brakuje dobrych polskich odpowiedników angielskich słów odzwierciedlających określone procesy i zjawiska. Są to jednak określenia zrozumiałe dla managerów, do których kierowane jest to opracowanie.

W tym miejscu chciałbym podzielić się wiedzą, którą zbierałem przez ostatnie 10 lat na temat tego, jak powstawały ekosystemy innowacji w kilku krajach na 3 kontynentach, a także 6-letnim już doświadczeniem pracy w Cambridge Innovation Center – organizacji, która w największym stopniu przyczyniła się do wykreowania obecnej formy coworkingu oraz dzielnic innowacji na świecie. Poniżej przedstawiam kilka spostrzeżeń na temat polskiego ekosystemu innowacji i tego, co możemy zrobić, aby stworzyć najlepiej zintegrowany ekosystem.

Tekst: Aureliusz Górski

Jak ulepszyć system innowacji?

Pierwsza obserwacja jest taka, że możemy ulepszyć nasz ekosystem innowacji, zwracając na niego większą uwagę i doceniając jego rolę w gospodarce. Piszę to z intencją dotarcia do każdej osoby, dla której idea zmiany świata na lepsze poprzez innowacje jest ważna. Współtworząc razem coś, co eksperci nazywają ekosystemem innowacji, każdy z nas odpowiada za mały jego fragment. Rozumiejąc swoją rolę, kompetencje i możliwości czynimy cały ekosystem silnym. A to on jest fundamentem, na którym budujemy organizację, kariery i czerpiemy z tego satysfakcję. Jeżeli nie dla samego siebie lub swojej organizacji, warto jednak wznieść się na poziom, w którym z efektów tej pracy będą korzystały kolejne pokolenia, przede wszystkim nasze dzieci.

W 2012 roku dołączyłem do zespołu kierowanego przez Darka Żuka, realizującego unijny projekt budowy ogólnopolskiej sieci przestrzeni coworkingowych Business Link. To były czasy, w których dziennikarze w wywiadach prosili, by nie używać słowa startup lub akceleracja, bo nikt nie wie co to znaczy, a Bob Dorf i Steve Blank wydawali dopiero w Dolinie Krzemowej książkę „Podręcznik Startupu”, która była pierwszym kompleksowym zbiorem wskazówek dla właścicieli firm technologicznych jak walidować i skalować swoje pomysły. To niesamowite, ile się zmieniło w te 10 lat, ale fakt jest też taki, że wszyscy działali wtedy po omacku, starając się jak najlepiej adaptować trendy z Zachodu. Nie było w Polsce absolutnie nikogo kto już by to zrobił i od kogo można było się uczyć.

Timothy Rowe (założyciel i globalny prezes CIC) oraz Aureliusz Górski (współzałożyciel CIC w Polsce) na tle budowy Kampusu Innowacji w 2019 r.

Ikoniczny ekosystem

W 2015 roku spotkałem na swojej drodze człowieka, który tworzył jedną z pierwszych powierzchni coworkingowych – w 1999 r. w słynnym Cambridge obok Bostonu – i największy klaster firm technologicznych na świecie. Był to Amerykanin Timothy Rowe, który wizytował właśnie Polskę w trakcie końcówki swoich wakacji w Europie. Spotkaliśmy się w jednej z przestrzeni coworkingowych, zamówiłem nam hamburgery i postawiłem sobie za cel, by jak najwięcej się dowiedzieć, jak on to zrobił. W trakcie rozmowy powiedziałem jedno zdanie, które okazało się dla niego bardzo ważne (wrócę do tego w dalszej części), które zadecydowało o tym, że 2 tygodnie później z moją żoną (Izabelą Górską) i jednocześnie partnerką biznesową lecieliśmy do USA na tygodniową wizytę studyjną w Cambridge i Bostonie, by móc w pełni zrozumieć, jak udało się zbudować tak ikoniczny ekosystem, w którym rodziły się największe firmy technologiczne. Mieliśmy możliwość pracowania kilku godzin w każdym dziale, a także porozmawiania z zarządem i inwestorami współpracującymi z CIC.

Ostatniego dnia dostaliśmy propozycję by zbudować taki ekosystem w Polsce. To była pierwsza z kilku wizyt w różnych miastach, gdzie Cambridge Innovation Center budowało właśnie ekosystemy. Pierwszą rzeczą, która była dla mnie niezwykle fascynująca, było to, że o ile istnieje model opisujący etapy rozwoju ekosystemu i społeczności, to nie ma jednej strategii jak działać. Każde miasto poddawane jest osobnej analizie (ok. 50 wskaźników) i na jej podstawie można obliczyć potencjał ekosystemu, natomiast 80 proc. sukcesu zależy od zespołu i lokalnych partnerów, bo projekty, o których mówimy, to praca oddolna zajmująca od 10 do 25 lat.

Pierwszy coworking

Tim Rowe w trakcie pierwszego spotkania opowiedział mi, jak wpadł na pomysł stworzenia najprawdopodobniej pierwszego coworkingu na świecie. To był 1999 rok. Jego żona i koledzy, którzy razem z nim kończyli MIT, chcieli budować firmy technologiczne, ale każdy zderzał się z tym samym problemem: gdzie posadzić zespół, by stworzyć mu warunki do pracy, gdyż nikogo nie było stać czasowo i finansowo na budowanie własnej przestrzeni w dobrej lokalizacji. Dodatkowo, każdy innowacyjny projekt jest obarczony dużym ryzykiem i nie wiadomo, czy za 2 lata będzie zatrudniać tysiąc osób, czy może upadnie. To właśnie dlatego historie wielu firm technologicznych zaczynały się w garażach. Tim wpadł na dość prosty pomysł, że wynajmie kawałek piętra od uczelni, podzieli je na mniejsze części i podnajmie poszczególnym osobom. Wtedy była to przełomowa innowacja. Tak narodziło się pierwsze centrum innowacji w Cambridge nazwane później Cambridge Innovation Center (CIC).

Gdy grupa kilkudziesięciu osób pracowała razem, okazało się, że każdy potrzebuje sal do spotkań, kuchni, recepcji, drukarek i wielu innych rzeczy. Dodatkowo zarządzanie tymi usługami wymaga uwagi człowieka i każdy musiałby mieć swojego własnego asystenta biurowego. Do wynajmu powierzchni dodane zostały usługi concierge. Atmosfera była tak dobra, że co chwilę przychodziły kolejne firmy. Tam, gdzie byli utalentowani przedsiębiorcy zaczęli pojawiać się inwestorzy, dostawcy usług, a nawet sektor publiczny. Z małego piętra zrobiło się kilka pięter, później budynków.

Żeby zrozumieć innowację jaka tu nastąpiła, trzeba przyjrzeć się konkretnemu przykładowi. W 2006 r. nieduże 2-osobowe biuro wynajmują Dharmesh Shah i Brian Halligan, którzy zakładają startup HubSpot. W ciągu 4 lat zespół rozrośnie się do 178 osób. Będąc w przestrzeni coworkingowej mogą stopniowo zwiększać przestrzeń optymalizując koszty. Gdy mają już stabilne finansowanie i wsparcie funduszy venture capital, mogą wybudować własne biuro kilka bloków dalej i stać się liderem w branży. To niesamowite, bo gdyby nie elastyczna współdzielona przestrzeń, łatwy dostęp do eksperckiej wiedzy innych i zasobów m.in. inwestorów, być może ten startup nigdy by się nie rozwinął. A takich historii w CIC są setki. To stymulowało olbrzymi rozwój gospodarczy regionu i pozwoliło tworzyć klastry, m.in. jeden z większych na świecie hub inwestorski.

Thursday gathering

W 2010 roku CIC było pełne technologicznych firm. Tim postanawia zrobić eksperyment, którego celem jest sprawdzenie, czy spontaniczne łączenie ludzi w formie cyklicznego wydarzenia jest w stanie wykreować nowe pomysły i projekty zmieniające świat. Powstaje koncepcja czwartkowych spotkań, które zostają nazwane Thursday gathering i mają być cotygodniowym świętem innowacji. Wydarzenie jest darmowe, może na nie przyjść każdy. Wkrótce wydarzenie staje się centralnym punktem spotkań dla miasta i przyciąga nawet 1000 osób. Rocznie daje to liczbę przewyższająca topowe konferencje technologiczne, z tą różnicą, że cykliczność pozwala na budowanie relacji, które są fundamentem współpracy.

Dzięki zaawansowanym statystykom możliwe staje się analizowanie, kto przychodzi na wydarzenia i jak często. Numer na identyfikatorze staje się pewnego rodzaju synonimem statusu relacji w ekosystemie. Możliwe jest także analizowanie kształtu ekosystemu i zadawanie sobie pytania: kogo tu brakuje? Zmiana komunikacji lub aktywności, które będą dywersyfikować społeczność.

Thursday Gathering staje się katalizatorem powołania do życia fundacji Venture Café, której misją staje się uruchomienie kolejnych programów demokratyzujących dostęp do innowacji i zwiększanie mobilności ekonomicznej, tak by każdy, kto jest zainteresowany innowacjami, mógł poznać ten świat bliżej.

Kampusy i dzielnice innowacji

W języku angielskim funkcjonuje takie przysłowie „It takes a whole community to raise a child”. Tak samo jest z twórcami innowacyjnych firm. CIC stworzyło dlatego analogię pochodzącą ze świata akademickiego. By skupić się na nauce studenci wprowadzają się na teren kampusu uczelnianego, tak by mieć bliski i szybki dostęp do odpowiednich zasobów. Dlatego budynki, w których mieści się CIC nazywane są kampusami innowacji. Ich „profesorami” są wszystkie inne podmioty. Nigdy nie wiadomo, kiedy może przydać się bliskość pracowników branży kosmicznej lub firma specjalizująca się w druku 3D. Jedno jest pewne, bodźce tego typu pozwalają na rozwijanie się w każdym czasie. Otoczeni ludźmi, którzy tworzą rozwiązania przyszłości, są już tam jedną nogą.

W 2014 roku, czyli po 15 latach od utworzenia CIC, w USA światło dzienne ujrzał raport The Rise of Innovation Districts: A New Geography of Innovation in America, opracowany przez czołowych urbanistów Bruce’a Katza i Julie Wagner, który jako pierwszy pokazuje wpływ aktywności CIC i Venture Café na rozwój miasta.

Dzielnice innowacji to koncepcja bardziej odnosząca się do relacji w ekosystemie niż do fizycznych przestrzeni. Jej „gęstość” nie jest mierzona ilością interakcji między graczami ekosystemu. Instytucje badawcze, projektowe i edukacyjne, takie jak uniwersytety, startupy, producenci, detaliści i firmy medialne są coraz bardziej przyciągane do tych miejsc, ponieważ przyciągają talenty. Przedsiębiorcy są do nich przyciągani, ponieważ oferują bliskość kapitału, talentów, dostawców, klientów, a także dlatego, że szukają ich również inwestorzy. Najlepsze miasta wytwarzają ten efekt magnetyzmu dla biznesu i innowacji, ale bez sprawnego facylitowania całego procesu; okazać się może, że zostaną pominięte ważne aspekty i doprowadzi to w efekcie do gentryfikacji, czyli przekształcenia danego obszaru miasta z przestrzeni użytecznej społecznie w obszar całkowicie skomercjalizowany.

Wkrótce do CIC zaczynają się odzywać liderzy miast na całym świecie, by efekt budowania organicznej dzielnicy spróbował wywołać w ich mieście.

Warszawski Kampus Innowacji

Cofając się do 2015 roku i mojego spotkania z Timem, powiedziałem mu, że Warszawa ma olbrzymi potencjał. To tu są najlepsi programiści i to w Polsce mógłby powstać globalny dział programistyczny tworzący oprogramowanie dla CIC. Ten pomysł bardzo mu się spodobał i tak w 2016 roku powstała spółka CIC Poland, a w wcześniej sprawdzaliśmy, czy Warszawa ma potencjał na zbudowanie Kampusu Innowacji. Kiedy rozpoczęliśmy trzymiesięczny proces analizy parametrów miasta okazało się, że są wzorcowe dla rozwijającego się ekosystemu. Pojawiły się jednak dwa duże wyzwania. Pierwsze z nich to znalezienie odpowiedniego budynku, gdyż żaden z istniejących nie spełniał wszystkich kryteriów, a w 2016 rok nie było jeszcze pewne, które z planowanych wieżowców będą rzeczywiście budowane. Drugie dotyczyło kosztów. Obecny stan gospodarki jeszcze przez kilkadziesiąt lat będzie pozwalał na szybki zwrot z takiej inwestycji, więc projekt musi mieć lokalnego inwestora na ponad 100 mln zł.

Znalezienie rozwiązania tych dwóch problemów zajęło 2 lata. W 2018 roku podpisaliśmy umowę ze słowackim deweloperem HB Reavis, który poza niesamowitym projektem urzekł nas swoją kulturą organizacyjną. Podpisaliśmy wieloletni kontrakt na stworzenie Kampusu Innowacji w budynku Varso Place przy ulicy Chmielnej 73. To tu powstało centrum grawitacyjne dla przyszłej dzielnicy innowacyjnej.

W lipcu 2020 roku udało nam się otworzyć przestrzeń. Te 4 lata czekania na zakończenie budowy zaowocowały unikatową możliwością dopracowania funkcji budynku, przestrzeni oraz programów, czyniąc z warszawskiego Kampusu najlepiej zaprojektowaną przestrzeń, której pełna komercjalizacja zajęła nam nieco ponad rok. Takich wyników nie miała jeszcze żadna lokalizacja w sieci globalnej CIC, a dla samej Warszawy stanowi to zupełnie nowy standard.

We wrześniu 2021 roku biura w CIC Warsaw (cic.com/warsaw) miało już 120 firm technologicznych. Nasze centrum eventowe chmielna73.org tylko we wrześniu 2021 r. zrealizowało 150 wydarzeń. A klub dla liderów ekosystemu Trend House (trendhouse.org) przekroczył magiczną liczbę 200 członków. Wpływy z centrum eventowego oraz klubu przekazywane są na działalność Fundacji Venture Café Warsaw, która udostępnia prawie 1000 mkw. darmowej strefy coworkingowej jako program wspierający mobilność ekonomiczną i realizuje szereg programów demokratyzujących dostęp do innowacji.

Strategia na lata 2022-2045

Od 2022 roku rozpoczynamy kolejny etap realizowany przez fundację Venture Café przy współpracy z partnerami. Będą to:

Innovation District – portal komunikujący aktywności wokół dzielnicy innowacji;

Innovation Visitors Bureau – biuro turystyki innowacyjnej, którego celem będzie promocja aktywności w Polsce na arenie międzynarodowej. Pierwszym projektem jest wychodzący w 2022 roku przewodnik po ekosystemie warszawskim tworzony we współpracy z międzynarodową organizacją Startup Guide;

International Innovation Bridges – międzynarodowy program współpracy społeczności ekosystemu innowacji w Polsce z 20 krajami na świecie;

Softlanding Program – 30-dniowy program wspierający wchodzenie na polski rynek obcokrajowców;

Connect – platforma współpracy ponadregionalnej skupiona na integracji i wymianie doświadczeń między społecznością w Warszawie i 4 innymi kluczowymi hubami. Pilotażowy projekt wystartował już na Śląsku i zbiera świetne recenzje.

Poradnik otwartych innowacji

Na potrzeby wewnętrzne CIC stworzyliśmy jakiś czas temu we współpracy z OpenInnovation.house poradnik w zakresie Otwartych Innowacji. Wiedza w nim zawarta mogłaby kosztować kilka tysięcy złotych, gdyby sprzedawała to firma konsultingowa. Zdecydowaliśmy się na udostępnienie go w ramach współpracy z „Managerem”, gdyż wierzymy, że zainspiruje ona wiele osób do odważnego szukania rozwiązań w otwartych innowacjach.

Ma on na celu pomoc dużym organizacjom w lepszym zrozumieniu szerszego spektrum działań innowacyjnych, inspirowanie do eksperymentowania i zapewnianie wsparcia w tworzeniu kompleksowych strategii innowacji. To odważna koncepcja demokratyzacji dostępu do wiedzy o otwartych innowacjach i stworzenia narzędzia do lepszej współpracy pomiędzy różnymi aktorami ekosystemu innowacji.

Źródło cennych inspiracji

Korzystając z tego poradnika można: odkryć temat otwartych innowacji, uzupełnić wiedzę przeglądając wymienione moduły i, co szczególnie ważne, w kreatywny sposób zbadać i użyć ją w praktyce. Mamy nadzieję, że nasza praca przyniesie cenne korzyści w innowacyjnych działaniach. Warto podkreślić, że podręcznik powstał przy współpracy z wybitnymi ekspertami z OpenInnovation.house.

Często innowacja jest postrzegana jako przejaw geniuszu jednostki. W rzeczywistość jednak innowacja powstaje poprzez dokonywanie stopniowych ulepszeń i dzielenie się wiedzą. W wyniku tych iteracji budowane są kolejne usprawnienia i tak nasza cywilizacja rozwija się od tysięcy lat. Naturalnie, podobny proces występuje w organizacjach. Innowacyjność w dłuższej perspektywie bardziej zależy od kultury niż utalentowanych jednostek. Często ludzie, którzy wprowadzają innowacje, nie są lepiej wykształceni od innych, a nawet, w większości przypadków, nie są szczególnie pracowici. Mają natomiast kompetencje widzenia rzeczy, których nikt inny nie zauważa.

Praktyczne korzyści

Założenie, że najlepszym sposobem na znalezienie rozwiązania skomplikowanego problemu jest zamknięcie grupy pracowników tej samej organizacji w pokoju konferencyjnym i nakazanie im kreatywnej pracy jest jak jechanie po autostradzie na wstecznym biegu. Owszem może dać rezultat, jednak nie będzie on tak dobry, jak szukanie rozwiązań dwutorowo, wewnątrz i na zewnątrz organizacji, czyli korzystając z tzw. otwartych innowacji.

Każda firma, bez względu na wielkość, może, a nawet powinna aktywnie współpracować z ekosystemem. Poprawia to kulturę organizacyjną i wizerunek oraz pozycję na rynku, usprawnia pracę nad rozwojem produktów, pomaga testować nowe modele biznesowe, przyciąga talenty i pomysły. Praktyczne korzyści są tak duże, że każdy prezes, dyrektor i członek zarządu powinien rozważyć wpisanie otwartych innowacji jako jedynego możliwego stylu pracy nad rozwojem produktów, bądź nawet całej organizacji. Zrobiły to już takie firmy, jak Google, IBM, Microsoft. A u nas PKO BP, Van Pur S.A. i wiele innych. Liderzy tych firm widzą w tego typu innowacjach jedyną drogę naprzód. Większość przedsiębiorstw wkrótce stanie przed wyborem: wejść na pokład lub zostać w tyle.

Wszyscy jesteśmy innowatorami

U progu 2022 roku myślenie o innowacjach należy zaczynać od ciągłego uświadamiania sobie, że innowacje są już w zasięgu ręki każdego. Dzięki internetowi i dostępności nowych technologii coraz więcej osób może i chce partycypować w ulepszaniu świata, bo do tego można by sprowadzić to, czym są innowacje. To branie nowego pomysłu i czynienie go użytecznym dla społeczeństwa. Taka definicja jest bardzo szeroka, ale pozwala na zaproszenie do bycia innowatorem: studentów, pracowników naukowych, usługodawców, sektora publicznego, startupów, korporacji i w końcu inwestorów.

Taka idea przyświecała Timowi Rowe, gdy w 1999 roku otworzył jedno z pierwszych na świecie biur serwisowanych, w których obok siebie mogło pracować wiele organizacji.

Świetny pomysł na usprawnienie funkcjonowania jakiegoś produktu może paść w trakcie konkursu ogłoszonego przez firmę, jak i od szeregowego pracownika, który ma największy kontakt z klientem. Umiejętność przyjmowania tej chęci pomocy i ustawienie procesów tak, by skutecznie oceniać ich potencjał i wdrażać najlepsze jest kluczowa. Świat biznesu jest pełen historii byłych pracowników, którzy otworzyli konkurencyjny biznes, gdyż nie mogli w pełni realizować swoich przełomowych pomysłów. Nie chodzi tylko o pracowników. Uzbrojony w internet student może w zaciszu swojego akademika stworzyć zalążek najpotężniejszej platformy medialnej w historii świata – patrz: Facebook.

Ważne Informacje

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...