.
Strona główna Blog Strona 425

dr Annette Winkler

Rozmowa z dr Annette Winkler, CEO firmy smart GmbH, marki koncernu Daimler AG.

– Spotykamy się po konferencji w Los Angeles inaugurującej państwa współpracę z awangardowym amerykańskim projektantem Jeremy Scottem. Czy to nowa strategia marketingowa Smarta?
– Przede wszystkim jest to konsekwentna kontynuacja budowania wartości naszej marki od końca lat 90., kiedy to zupełnie nowy i innowacyjny pojazd wszedł na rynki, najpierw europejskie, a potem światowe. Smart od początku swojej historii oznaczał funkcjonalność. To niewielki, dwuosobowy samochód typu microcar, doskonały do jazdy po mieście. Po drugie, to symbol innowacyjności. To nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że koncern Daimler AG, właściciel m.in. marki Mercedes-Benz, zawsze wyprzedzał konkurencję jeżeli chodzi o innowacje i przełomowe rozwiązania techniczne. Po trzecie – Smart to radość życia. Mówi się, że kierowcy Smartów uśmiechają się trzy razy częściej niż kierowcy w innych autach.

Chcemy wnieść tę radość życia do naszych miast, m.in. przez nowatorski design i kolory naszych samochodów. Przecież w Smarcie można zmieniać kolory paneli w zależności od nastroju czy pogody. Takie założenie mieliśmy od samego początku. Nasza współpraca z Jeremy Scottem jest więc logiczną konsekwencją tych działań. Jest on słynnym stylistą i projektantem mody, który ubiera takie gwiazdy, jak Lady Gaga, Britney Spears, Madonna, Beyoncé czy Rihanna. Zasłynął też projektami ubrań dla Miss Piggy z Muppetów – dlatego wybraliśmy Jim Henson Studios na premierę „Smart by Jeremy Scott”. Karl Lagerfeld powiedział kiedyś o nim, że jest jedynym projektantem, który mógłby go zastąpić w domu mody Chanel… Jako że Smart, to styl bycia i życia, a nie tylko samochód, zaangażowaliśmy do projektu artystę tej rangi, w dodatku z branży modowej.

– Czy Smart chce być dzięki temu bliżej świata mody?
– Moda to więcej niż ubiór, to wyraz naszej tożsamości, widzenia świata i naszej postawy wobec innych ludzi. Już teraz Smart jest niemal całkowicie nastawiony na customizację, czyli podkreślenie indywidualności każdego użytkownika. Jeżeli podoba się panu kolor mojej sukienki, może pan zamówić sobie Smarta dokładnie w takim samym kolorze. Mamy specjalny program „szycia na miarę”, co niejako sprowokowało współpracę z Jeremy Scottem. Po raz pierwszy w historii pozwoliliśmy projektantowi mody wpłynąć na wygląd zewnętrzny samochodu. To dowód na to, że jesteśmy chętni do współpracy z ludźmi o otwartych umysłach – zgodnie z hasłem marki Smart: „Open your mind”.

– Smart to wyjątkowy samochód. Sam jestem wielkim fanem szalonych samochodów, nie kryję, że skrzydlaty Smart bardzo mi się podoba.
– Tak, właśnie o to chodzi. Często spotykam się z pytaniem, jaka jest nasza grupa docelowa, kim są nasi klienci. Nasze samochody są stworzone dla ludzi, którzy chcą się wyróżniać, którzy mają dosyć sztampowych rozwiązań, wszystkiego tego, co uchodzi za „normalne”. Mamy wokół siebie tyle „normalnych”, przeciętnych rzeczy. Wiele samochodów różnych marek wygląda mniej więcej jednakowo, a Smart jest inny. Adresujemy nasze modele do ludzi otwartych, ciekawych nowości, mających świadomość ekologiczną – bo większość aut w miastach transportuje tylko jedną, co najwyżej dwie osoby. Tak więc Smart jest dla ludzi młodych duchem, a niekoniecznie wiekiem. Można mieć nawet 80 lat i być młodym – sercem i duchem właśnie. Smart jest właśnie dla takich ludzi.

– Tacy, którzy jeżdżą zimą kabrioletem?
– Można i tak. Właśnie chodzi o to, co się robi z miłości do samochodu.

– Dla Smarta pracuje pani od dwóch lat. Należy pani do grona top managerów jednej z najważniejszych światowych firm, koncernu z ponad 125-letnią historią – Daimler AG. Jakie ma pani plany?
– Tak, dwa lata i dwa miesiące, dokładnie… Smart to dla mnie wspaniała koncepcja, pomysł na nowoczesną mobilność, na to, jak sprawić, by ludzie poruszali się lepiej, szybciej i sprawniej. To kwestia wyjścia naprzeciw indywidualnej potrzebie przemieszczania się i lepszej jakości życia w mieście. A już ponad połowa ludności naszej planety mieszka w miastach! Sposób, w jaki ludzie mogą się przemieszczać, jest motorem napędowym ich życia, sposobem na osiągnięcie sukcesu, spełnienie ich potrzeb, poprawą jakości życia, zwłaszcza w metropoliach. Miasta rozrastają się, są coraz bardziej zatłoczone, więc problemy związane z przemieszczaniem się wciąż rosną. Jednocześnie musimy dbać o środowisko naturalne, walczyć z jego zanieczyszczaniem. Problemem są też miejsca parkingowe i wszechobecny hałas. Coraz więcej ludzi zadaje sobie pytanie, jak rozwiązać te problemy, jednocześnie niewiele sobie odmawiając.

Smart może być odpowiedzią na te rozterki. Stworzyliśmy samochód, który potrzebuje połowę, a nawet jedną trzecią powierzchni do parkowania, jaka jest niezbędna zwykłemu autu. Smart to też minimalna emisja CO2 i mniej wody potrzebnej do umycia samochodu. Rodzina Smarta powiększyła się właśnie o e-bike, czyli rower z silnikiem elektrycznym o mocy 20 W i e-scooter. To idealne rozwiązania dla komunikacji miejskiej. Wystarczająca prędkość i zero zanieczyszczania środowiska. Coś fantastycznego. Moim zdaniem, to przyszłość miejskiego transportu. Krótko mówiąc, dla mnie to tworzenie lepszego życia i dostarczanie radości mieszkańcom dużych miast. Dużo uśmiechu, jak w naszych reklamach!

– Smart jest modny i popularny w Europie, a jak widzi pani jego przyszłość na innych rynkach?
– Chiny podbiliśmy już trzy lata temu! Nikt nie wierzył, że to będzie sukces. Tak się jednak stało. Teraz Chiny to dla nas trzeci rynek pod względem liczby sprzedawanych pojazdów. W USA mamy pewne kłopoty, bo Amerykanie nie rozumieją naszej marki, tam nie ma jeszcze mody na małe samochody, ludzie nie czują potrzeby, żeby takie samochody kupować. Ale w tym roku sprzedaliśmy na rynek amerykański 10 tys. aut, podwoiliśmy sprzedaż w stosunku do roku poprzedniego. Nowym zupełnie rynkiem dla Smarta jest dzisiaj Meksyk. Mamy stagnację w Europie, ale podobnie dzieje się w przypadku innych marek samochodowych. Nie ma się czym martwić!

– A jak zarządza się firmą oferującą takie auta, jak Smart?
– Tym, co mnie napędza w życiu zawodowym, jest świadomość, że biznes powinien być robiony przez ludzi dla innych ludzi. Trzeba być ukierunkowanym na ich potrzeby. Włas­nych pracowników trzeba odpowiednio motywować, tak by pracowali dla klienta, niekoniecznie dla organizacji. Zawsze pytam, co klient pomyśli o naszych produktach, o nas? Czasami, gdy jestem na posiedzeniu zarządu, zadaję sobie pytanie, co o mnie pomyślą moi pracownicy? Zachowuję się tak, jakby na konferencji była zainstalowana kamera, która rejes­truje moje zachowania, słowa… Chcę, aby zawsze byli zadowoleni ze mnie zarówno klienci, jak i moi współpracownicy. Żeby mówili – ta osoba dobrze wykonuje swoją pracę.

Wierzę głęboko, że to nie liczby, czy statystyki są najważniejsze, ale pewne wartości, które naprawdę liczą się w zarządzaniu. Wymienię cztery najważniejsze: po pierwsze, to zdolność do wzbudzania w ludziach entuzjazmu. Jeżeli podchodzą do swoich zadań z entuzjazmem, to możesz już mówić o sukcesie. Ważne jest stworzenie im celu, który powinni osiągnąć – czy to jest sport, muzyka, czy też biznes. Jeżeli podchodzą do osiągnięcia tego celu z entuzjazmem, dążą do perfekcji, dają z siebie wszystko – po prostu muszą odnieść sukces. Dlatego najważniejszą rzeczą dla przywódcy jakiejkolwiek organizacji jest właśnie wzniecenie w ludziach uczucia entuzjazmu, wiary we własne siły i w wartość celu, który się przed nimi stawia. Druga ważna rzecz to, niestety, dyscyplina.

– Czyli kolejna reguła ze świata sportu…
– Jak najbardziej. Jeżeli zawodnik nie przychodzi na trening, nie jest w stanie czegokolwiek osiągnąć. Można być entuzjastycznie nastawionym do wypełnienia zadania, ale jeżeli nie respektujemy określonych zasad jego wykonania, to wszystkie nasze wysiłki będą na nic. Trzeba więc dokładnie określić  i przedyskutować z naszymi podwładnymi zasady postępowania. Co ważne – ludzie zwykle to lubią. Wbrew pozorom, kochają dyscyplinę, inaczej nie czują się dobrze, bo nie wiedzą, na czym stoją. Ważne jest więc ustanowienie zasad tej dyscypliny i ich egzekwowanie. To zresztą ważne w każdej relacji, bo daje gwarancję wzajemnego szacunku. W stosunku do pracowników ważne jest też pokazanie, że się ich docenia. I nie oznacza to, że ciągle ich chwalimy, mówimy zawsze, że coś zrobili świetnie, bo to nagle może być odebrane jako sztuczne.

Najważniejsze w postawie managera jest, według mnie, zwracanie uwagi na drugiego człowieka. Jeżeli ktoś przewodzi jakiejś grupie, to musi wiedzieć, co każdy członek grupy robi, co się z nim dzieje. Można kogoś krytykować, to oczywiste, ale trzeba wiedzieć, dlaczego coś mogło pójść nie tak, znać sytuację, nie tylko wierzyć pozorom. To najlepsza motywacja i sposób na docenienie drugiej osoby. Czwarta wartość, jakiej hołduję, to spójność. Przez spójność rozumiem zgodność deklaracji i zachowania. Przywódcy, liderzy powinni służyć dobrym przykładem. To, czego wymagam od innych, muszę najpierw sama wypełniać.

– Zdarza się pani, że komuś dziękuje za współpracę. Jakie są najczęściej powody takich decyzji?
– Do takiej sytuacji dochodzi, jeżeli pracownik notorycznie nie przestrzega zasad, o których przed chwilą wspomniałam. Jeżeli ktoś nie pracuje po to, by osiągnąć cel, w dodatku wspólny cel, sprzeniewierza się dyscyplinie, czyli zachowuje niezgodne z przyjętymi w firmie zasadami, nie umie pracować zespołowo, czyli niedocenia pracy innych, albo nie jest w stanie dawać dobrego przykładu, tzn. pokazuje, że jest negatywnie nastawiony do celu, kolegów, zasad – w takiej sytuacji nie widzę możliwości współpracy.

Co lubi dr Annette Winkler?

Kuchnia – bardzo różna. Czasami francuska, czasami włoska, a często niemiecka
Restauracja – „Trudno mi wskazać jedną, znam wiele wspaniałych miejsc…”
Samochód – Smart
Hobby – muzyka klasyczna i operowa. Lubi też gotowanie, bieganie, jazdę na rowerze. Jak podkreśla: „Najważniejszą rzeczą w życiu jest dla mnie spędzanie czasu z mężem w naszym domu nad przepięknym Jeziorem Bodeńskim”.

Sylwia Zarzycka

Rozmowa z Sylwią Zarzycką, założycielką i prezes fundacji Między Niebem a Ziemią

– Spotykamy się akurat w dniu, kiedy zaprosiła pani rodziców siedmiu podopiecznych Fundacji na spędzenie kilku chwil z dala od domu, z dala od problemów dnia codziennego. Myślałam, że Fundacja opiekuje się tylko chorymi dziećmi, nie ich rodzicami…
– Opiekujemy się całymi rodzinami. W rodzinach, które mają śmiertelnie chore dzieci, cierpią wszyscy. Rodzicom tak ciężko chorych dzieci, też jest potrzebna chwila oddechu, żeby nabrać sił do dalszego działania. Często są oni zamknięci w domu. Opieka nad chorym dzieckiem trwa 24 godziny na dobę. Ten pobyt w Warszawie matek siedmiorga naszych podopiecznych (i jednego taty) to wizyta u fryzjera, zabiegi upiększające, zakupy, kolacja, teatr oraz warsztaty psychologiczno-terapeutyczne. Wszystko dzięki naszym partnerom, którzy świadczą dla naszej fundacji te usługi, bezpłatnie lub z dużą zniżką. Pomysł jest taki, żeby na chwilę oderwać rodziców naszych podopiecznych od trudnej codzienności, poznać ich ze sobą. To dla nich bardzo ważne, bo mają te same problemy. Tematem warsztatów jest odkrywanie własnej wartości, tego, co mamy w sobie najlepsze, bo to daje energię do działania.

– Jest pani specjalistką od prawa spółek handlowych. Skąd nagle pomysł na taka fundację?
– Od siedmiu lat jestem radcą prawnym. Jeszcze gdy byłam aplikantką radcowską, zaczęłam działać pro bono. Była to wtedy działalność stricte prawnicza. Udzielałam bezpłatnych porad prawnych. W pewnym momencie fundacja Mam Marzenie, w której był wolontariuszem mój kolega, zwróciła się do mnie z prośbą, czy nie poprowadziłabym im obsługi prawnej. Zgodziłam się. Przy okazji wciągnęłam się w ich działalność. Ta fundacja spełnia marzenia śmiertelnie chorych dzieci. To mnie zainspirowało. Zapragnęłam pomagać dzieciom, oprócz pracy robić też coś dla innych, coś, dzięki czemu moje życie nabrałoby większej wartości. To było jakieś 10 lat temu. Zawsze jednak miałam bardzo dużo pracy zawodowej, ciągle nie było czasu. A kiedy już zdecydowałam się na własną fundację, to początkowo nie bardzo wiedziałam, komu pomagać. Tych potrzebujących jest tak wielu, tak wiele problemów. Starzy i chorzy, osoby młode, które nie mają pieniędzy na naukę… Pomysłów miałam milion.

– Więc skąd właśnie ten jeden?
– Któregoś razu odwiedzałam moją przyjaciółkę, Durgę Szymańską, która obecnie jest wiceprezesem zarządu fundacji. Opowiedziała mi o dziewczynie, Elizie Kugler. Poznałyśmy się. Okazało się, że Eliza ma ciężko chore dziecko, którym od wielu lat zajmuje się sama, bo rozwiodła się z mężem. Jej córka Ala nie mówi, nie siedzi, nie ma szans na normalne życie czy wyleczenie. Zainteresowałam się, jak sobie radzi. Eliza opowiedziała mi wtedy, jak to się stało, że jej córka zachorowała. Ta historia bardzo mnie poruszyła. Ala urodziła się zdrowa, ale w wyniku błędu lekarskiego stała się całkowicie niepełnosprawną osobą. Lekarze wypuścili ją do domu, mimo że miała bóle brzucha, mówiąc, że to są zwykłe kolki. Bóle nie przechodziły, lekarze nie reagowali.

Po kilku dniach dziecko było w stanie agonalnym. Po rentgenie brzucha okazało się, że ma sperforowane jelita, co zakaziło cały organizm… Operacja nie pomogła, została przeprowadzona zbyt późno. Gdy poznałam Elizę, mieszkała w mieszkaniu przerobionym z suszarni na 11. piętrze ponurego blokowca, w którym winda dojeżdżała tylko do piętra 10. Codziennie kilka razy dziennie nosiła 11-letnie dziecko na to piętro. Poczułam, że muszę im pomóc. Prowadzę jej sprawę sądową o zadośćuczynienie. To był początek, powód do założenia fundacji. Fundacja została założona w maju ubiegłego roku. Naszym celem statutowym jest pomoc śmiertelnie chorym dzieciom i ich rodzinom. Chcemy nie tylko pomagać samym dzieciom, którym kupujemy sprzęt rehabilitacyjny, fundujemy rehabilitacje, turnusy, ale też pomagamy rodzicom, matkom. Mamy 17 podopiecznych. Po roku działania to sporo…

– Mówi pani, że pomaga głównie matkom. Czy mężczyźni nie wytrzymują ciężaru opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem?
– Myślę, że to nie jest tak, że nie wytrzymują odpowiedzialności. Nie chciałabym wysuwać aż tak daleko idących wniosków. Są wśród naszych podopiecznych pełne rodziny, ale dużo więcej jest samotnych matek. Z moich obserwacji i rozmów wynika, że nie jest tak do końca, że ojcowie nie wytrzymują choroby dziecka. Zdarza się, że oboje rodzice nie wytrzymują, mamy też taki przypadek, gdzie dziecko wychowuje się w hospicjum, albo opiekuje się nim babcia… Wydaje mi się, że to nie jest tak, że mężczyźni nie dają rady psychicznie, ale po prostu kobieta, matka jest w stu procentach skupiona na dziecku, a nie na mężu, życiu. Myślę, że bardziej to właśnie sprawia, że te związki się rozpadają. Mamy też jedną rodzinę, w której to mama pracuje zawodowo, a dzieckiem zajmuje się tata. Tak zdecydowali.

– Pani fundacja działa rok, a już macie za sobą wiele akcji charytatywnych, koncertów, aukcji…
– Tak, to niesamowite. Ludzie garną się do pracy w naszej fundacji, chcą robić jak najwięcej. Mamy sporą gromadę wolontariuszy. Osobiście jestem bardzo skupiona na działaniach z prawnikami. Chciałam nasze akcje charytatywne skierować właśnie do tego środowiska, korzystając z faktu, że sama jestem radcą prawnym.

– Pani fundacja jest chyba jedyną, której działania aktywizują właśnie to środowisko?
– Nie, nie jesteśmy jedyni… My jednak bardzo aktywizujemy to środowisko. Nie prosimy o wpłaty darowizn, tylko o zaangażowanie. Ubiegłoroczna akcja pokazała, że prawnicy chcą pomagać, tylko trzeba im pokazać cel. Jesteśmy bardzo zapracowaną grupą zawodową. Są w nas duże pokłady altruizmu, choć w codziennym pośpiechu nie zauważamy wielu ważnych spraw. W zeszłym roku na aukcji charytatywnej zebrałyśmy aż 300 tys. złotych – dzięki  osobistemu zaangażowaniu prawniczek podczas akcji Kobiety Prawa 2012. To przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Bardzo się bałam tej pierwszej akcji. O ile teraz ludzie ze środowiska wiedzą więcej o fundacji, kojarzą mnie, o tyle wtedy to było rzucenie się na głęboką wodę. Wymyśliłam sobie kalendarz z prawniczkami, miały to być partnerki bądź wspólniczki polskich albo zagranicznych kancelarii prawnych. Gdy zaczęłam do nich pisać, by zaprosić je do projektu, bardzo dużo pań odmawiało. Bały się, bo przecież prawnicy nie mogą się w żaden sposób reklamować, a tu mają się pokazać w kalendarzu. Trudno mi było znaleźć te 12 pań, zresztą sama zostałam jedną z „gwiazd”, bo brakowało dwunastej pani. Teraz mamy akcję z mężczyznami, ale jesteśmy do niej o wiele lepiej przygotowane.

– Wtedy było trudniej?
– Bardzo trudno. To było przede wszystkim bardzo spontaniczne działanie. Zdjęcia zaczęto dopiero we wrześniu… Paula Rettinger-Wietoszko osobiście jeździła do wszystkich pań, by robić im zdjęcia. Kalendarz powstał, a aukcja zakończyła się nieprawdopodobnym sukcesem. We Wrocławiu zebrałyśmy 30 tys., w Krakowie – 108 tys., w Warszawie prawie 150 tysięcy złotych. Nie spodziewałam się zupełnie tak dużej kwoty. Ale stała się jeszcze jedna cudowna rzecz. Większość z tych kobiet niesamowicie się zaangażowała w naszą działalność. I wspierają nas do dzisiaj. Materialnie i nie tylko. To pokazało, że my, jako prawnicy, chcemy brać udział w tego typu przedsięwzięciach.

– Akcje fundacji poprawiają wizerunek prawników? Nie zawsze przecież dobrze się o nich mówi…
– Mam nadzieję, że tak jest. Troszkę chyba i w tym celu to robimy. Z pewnością jednak uczestnicy naszych akcji nie biorą w nich udziału po to, by poprawić swój wizerunek. Nikt o tym nie myśli. Robią to naprawdę z sercem. Nawet ci najbardziej zatwardziali na początku, w końcu się wzruszają. Lubię obserwować takie metamorfozy.

– Aukcje przeprowadza pani w całej Polsce?
– Teraz są to trzy miasta. Wrocław, bo sama jestem wrocławianką. Kraków, bo nasza dyrektor do spraw artys­tycznych, główna organizatorka projektów, jest z Krakowa. No i Warszawa, bo to jest takie nasze centrum, stąd pochodzi najwięcej uczestników akcji, najwięcej jest dużych kancelarii. Wyjątkiem w tamtym roku była mec. Małgorzata Kałuża z Katowic, która obecnie jest członkiem rady naszej fundacji. W tym roku Krzysztof  Podniesiński z kancelarii z Gdańska. W Gdańsku zaczęło się nasze działanie. Wspomniana Eliza mieszka w Sopocie, co roku chcemy organizować tam urodziny naszej fundacji. Pierwsze już były, w Zatoce Sztuki, z widokiem na Bałtyk.

– Państwa pomoc nie jest jednorazowa. Rodziny są jak gdyby przez panie pilotowane?
– Tak, gdy zaczynałyśmy naszą działalność, dużo czasu poświęciłyśmy na rozważenie kwestii, jak należy pomagać. Dostajemy bardzo dużo zgłoszeń od ludzi potrzebujących. „Czy pójść w ilość, czy w jakość”, to było podstawowe pytanie, może nieco brutalne, ale musiałyśmy sobie na nie odpowiedzieć. Nie chciałybyśmy być jedną z wielu fundacji, która wspomaga daną rodzinę jednorazowo, a potem o niej zapomina. Chcemy objąć opieką kilka lub kilkanaście rodzin i pomagać im kompleksowo. Gdy nasz podopieczny potrzebuje na przykład pionizatora, który kosztuje 12 tysięcy, to kupujemy go, jak jego mama potrzebuje patelnię do domu, to też ją kupujemy. Tak to działa.

Naszą pierwszą podopieczną i jej Alę przeprowadziłyśmy z mieszkania w suszarni do nowego, wyremontowaliśmy je, pomagało nam 60 osób. Jedni dali meble, inni zrobili podłogi, ktoś kupił sprzęt do kuchni i łazienki, nasza fundacja umeblowała jej cały dom. Chcemy naprawdę pomagać naszym podopiecznym w miarę ich potrzeb, kompleksowo. Przyznajemy też comięsięczne darowizny. Samotne matki opiekujące się niepełnosprawnymi dziećmi zwykle nie są w stanie pracować, naprawdę potrzebują pomocy finansowej. Innym fundujemy rehabilitację, jeszcze innym pomagamy doraźnie. Myślę, że bardzo ważne jest to, że dajemy im poczucie bezpieczeństwa. Wiedzą, że kiedy czegoś potrzebują, mogą nas o to poprosić.

– A jak pani ocenia, pomoc państwa w stosunku do tych rodzin? Jak to działa?
– Ta pomoc jest słaba, na pewno niewystarczająca. Ciężko przeżyć samotnej, niepracującej matce z pomocy od państwa. To pomoc rzędu 500 zł miesięcznie, czasami z jakimiś dodatkami. Oczywiście, żeby ją dostać trzeba spełniać określone warunki, jej uzyskanie też nie jest łatwe. Sytuacja tych osób często jest dramatyczna. Jak to zmienić? Wymagałoby to zmian ustawowych. My, jako fundacja, jesteśmy jakby na początku naszej drogi, ale nie wykluczam, że kiedyś, w przysz­łości zajmiemy się tą kwestią. Mam nadzieję, że działając w fundacji i aktywnie pracując zawodowo jako prawnik, będzie mi łatwiej podejść do tego problemu. Ale na to potrzeba czasu i ciągłego aktywizowania środowiska prawniczego.

– Czy łatwo prowadzić fundację?
– Dla mnie to wielka pasja. Czerpię z tej pracy wiele energii. Trudniejsze jest angażowanie i przekonywanie ludzi do naszej idei, ale, jak już mówiłam, ludzie chcą pomagać, trzeba tylko im to ułatwić. Zwracając się do prawników, docieramy również do biznesmenów. Ideą obu akcji, „Kobiety prawa 2012” i „Prawnicy 2013” jest zaproszenie do działania. Chcemy na przykład, aby bohaterowie naszego kalendarza zapraszali na aukcje swoich partnerów biznesowych, klientów, współpracowników. Na tych aukcjach te właśnie osoby licytują ciekawe przedmioty, które pozyskaliśmy od znanych osób.

– Z kim było truniej: z paniami czy panami?
– Myślę, że jednak z paniami, może dlatego, że my same jesteśmy kobietami. Podobna emocjonalność…. Jak już się zdecydowały, by wziąć udział w projekcie, obawiały się, jak wyjdą na zdjęciach… Ale w rezultacie nie było osoby, w jednym i drugim projekcie, która by była niezadowolona z tych zdjęć. Myślę, że to olbrzymia zasługa Pauli. Wszyscy uważali, że są piękne i że było to dla nich wspaniałe przeżycie i odskocznia od codzienności. I o to chodzi! To zresztą jedno z naszych zamierzeń, by tych wszystkich pracoholików (wiem, bo sama taka jestem!) przy okazji oderwać na moment od pracy i zostawić im fajne wrażenie ze współpracy z nami. Najpiękniejsze zresztą jest w tym to, że ci twardzi na co dzień faceci tak się wzruszają dzięki nam i czują, że pomoc jest ważna, że poprzez uczestnictwo w naszych akcjach ratują komuś życie. Na zeszłorocznej aukcji był i płacz, i łzy wzruszenia. Zawód prawnika łączy się na co dzień z pomocą. Każda kancelaria pomaga albo poprzez darmowe porady, albo robi coś dla państwa, instytucji kulturalnych, itp., wspiera akcje i instytucje charytatywne.

– Książka, którą wydaje fundacja, mówi o pasjach i pomaganiu?
– Tak. Nasza tegoroczna akcja nazywa się „Prawnicy 2013 – o pasjach i pomaganiu”. O pasjach, bo są one motorem życia. One w przypadku tej książki są tematem zdjęć. Pomaganie również. A czasami te pasje z pomaganiem się łączą. Ta książka ma być przede wszystkim inspiracją do niesienia pomocy potrzebującym. Prawnicy mówią, o tym jak pomagają i jakim formom pomocy ufają, a nasi podopieczni jak ważna dla nich jest pomoc. Z tej książki wynika również, jak trudno jest prosić o pomoc.

– Czy współpracujecie z innymi fundacjami?
– Raczej z hospicjami, bo mamy zbliżony cel statutowy działalności. Pomagamy dzieciom, które zazwyczaj są też objęte opieką hospicjum. Dzięki hospicjom znajdujemy też naszych podopiecznych. Tak najlepiej wiadomo, kto naprawdę potrzebuje pomocy.

– Pani fundacja objęła między innymi opieką Bartka, chorego na wodogłowie wrodzone, którym zajął się swojego czasu miesięcznik „Manager”. Co u niego słychać?
– Właśnie jest na turnusie rehabilitacyjnym, który mu zafundowaliśmy.

– Warto pomagać?
– Na pewno. Wiem to po sobie. Doceniam to szczególnie teraz, bo sama przeszłam ostatnio ciężką chorobę. Pomaganie nadaje sens życiu, całkowicie je zmienia. Nie ma nic wspanialszego niż świadomość, że nasze umiejętności mogą komuś naprawdę pomóc, są potrzebne. Są też jednak bardzo smutne chwile. Ostatnio umarło pierwsze dziecko z naszych podopiecznych. Jedna z dwóch śmiertelnie chorych bliźniaczek z Krakowa. Nie wiadomo, na co chorowała. Druga jeszcze żyje, ale wciąż nie wiadomo, co jej dolega. Część pieniędzy z naszej tegorocznej aukcji chcemy przeznaczyć na jej diagnozę. Chciałabym zaprosić wszystkich do udziału  w naszych aukcjach. To niesamowite wrażenia, które dają ich uczestnikom wiele pozytywnej energii!

Więcej informacji o działaniach fundacji:
www.miedzyniebemaziemia.pl

Co lubi Sylwia Zarzycka?

Ubrania – nie przywiązuje uwagi do marek, nie ma ulubionej, chociaż czasami  kupuje coś polskiej marki Simple
Perfumy – Gucci „Rush”, ale zmienia zapachy co jakiś czas
Kuchnia – ostatnio japońska i chińska, owoce morza
Restauracja – Sakana i Pod Papugami we Wrocławiu
Hobby – praca w fundacji, podróże, lubi duże miasta, najbardziej Paryż; właśnie odkryła Hiszpanię i Barcelonę; sport: trenowała kiedyś karate, ma czarny pas; rower, taniec, muzyka

Maksymilian Novak-Zempliński

Trzy lata temu na fasadzie budynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie pojawiła się wielka, niezwykła lokomotywa. Tym razem nie była to lokomotywa polskiej gospodarki, ale gigantyczna reprodukcja obrazu Maksymiliana Novak-Zemplińskiego – zapowiedź wystawy tego niezwykłego artysty.

Młody malarz należy do wąskiej grupy polskich artystów, którzy odnieśli sukces artystyczny i jednocześnie mogą sobie pozwolić na luksus życia ze sztuki. To w Polsce przywilej dostępny nielicznym. Warto wymienić składowe tego sukcesu: niekwestionowany talent, pracowitość i umiejętność dotarcia do odbiorców. W dzisiejszych czasach artys­ta musi dostarczać rynkowi sztuki i mediom kolejne sygnały o tym, jak rozwija się jego droga twórcza. Nie powinien zatrzymywać się nawet na chwilę, lecz poszukiwać nowych inspiracji. Jednak, zdaniem Maksa, artykuły w prestiżowych magazynach czy bogato ilustrowana książka nie gwarantują sukcesu.

– Trzeba stworzyć swój własny świat, własną drogę, rzetelnie opowiadać o swoich fascynacjach przy pomocy pędzla – mówi M. Novak-Zempliński.
– Obrazy muszą być naładowane energią i emocjami i muszą przekazywać je odbiorcy. Inny aspekt to warsztat, który we współczesnych modach stracił na znaczeniu lub został wręcz wyeliminowany. Ten swoisty nihilizm w sztuce spowodał, że zniknęły wymierne wartości, na podstawie których można by ocenić wyjątkowość dzieła czy twórcy. Z jednej strony, pojawiają się nowe, ciekawe media, lecz z drugiej, zamiast wzbogacać dzieło, zastępują je w całości. Artysta może teraz przetworzyć np. fotografię przy pomocy jakiegoś prostego filtra w Photoshopie, sprowadzając gamę barwną do dwóch, trzech jaskrawych barw, a światłocień do konturów i przemalować to niezbyt starannie używając projektora. To jeden ze sposobów, ale wystarczający, by włączyć się do modnego nurtu. Artysta wtedy różni się od przeciętnego człowieka tylko tym, że postanowił się nazywać artystą. Kwestia talentu przepadła w czeluściach pseudointelektualnych wywodów, które tak często pojawiają się w magazynach o sztuce.

– Jeden z kolegów ze studiów zarzucił mi kiedyś, że nie wyglądam jak artysta – dodaje artysta. – Odpowiedziałem, że to mało istotne, jak jestem ubrany. Dla mnie ważne jest to, co mam w głowie i to, co widać na moich „płótnach”. Moja przygoda ze sztuką układa się w harmonijny i naturalny sposób. Już pod koniec liceum plastycznego, mając 17 lat zarabiałem na włas­ne potrzeby sprzedając swoje prace. Niejednokrotnie słyszałem, że powinienem, tak jak inni, gonić za modą, dopasowywać się do obowiązujących tendencji. A ja byłem uparty i podążałem swoją własną drogą.

Młody artysta wychowywał się w domu, który zapewniłmu doskonałe wzorce: jego rodzice są absolwentami ASP. Ojciec – Andrzej Novak-Zempliński uprawia malarstwo, ale też projektuje okazałe rezydencje w stylach dawnych. Jest on właścicielem pięknie odnowionego klasycystycznego dworu w Tułowicach pod Warszawą i kolekcji powozów. Właśnie w takim otoczeniu wychowywał się mały Maks. Matka zrezygnowała z kariery, ale nie przestała malować. Większość czasu poświeciła wychowaniu trzech synów. Bracia Maksa zostali architektami – jeden pracuje w Los Angeles i specjalizuje się w wizualizacjach i grafice concept art oraz wystroju wnętrz, a drugi projektuje budynki w stylach historycznych. Obrazy Maksa bez trudu znajdują nabywców. Czasami muszą oni czekać miesiącami na upragniony temat. Obrazy, ze względu na pracochłonność, nie zalewają rynku i pojawiają się dość sporadycznie w kilku warszawskich galeriach, a także poza granicami Polski. Ostatnie wystawy w Brukseli i Londynie pod patronatem Polskiej Prezydencji w Unii Europejskiej i b. przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, prof. Jerzego Buzka mówią same za siebie. Nie brakowało na nich znamienitych gości – wielbicieli talentu Maksymiliana, jak chociażby Helene Zaleski, córki Romana Zaleskiego (Carlo Tassara International, Alior Bank), czy Beaty Stelmach, wiceminister spraw zagranicznych. Maksymilian i jego twórczość są bardzo dobrze odbierane przez różne kręgi i stają się niekiedy wizytówką wielkich przedsięwzięć kulturalnych.

Co jest najważniejsze dla M. Novak-Zemplińskiego? Przede wszystkim, ogromna pokora wobec każdego tematu, za jaki się bierze. Traktuje każdy z nich niezwykle poważnie i emocjonalnie. Nigdy nie daje sobie taryfy ulgowej i nie idzie na skróty. Potrafi wracać do tych samych obrazów miesiącami, a czasem latami. Jak twierdzi, jego najlepszymi nauczycielami są dawni mistrzowie, zwłaszcza doby renesansu, ale i innych okresów: wcześniejszych, jak np. malarstwo pompejańskie, ale też mniej znane nam, XIX-wieczne malarstwo rosyjskie. Wśród współczesnych też ma swoich ukochanych malarzy, którzy przy pomocy swoich dzieł wpływają na wrażliwość Maksymiliana. Potrafi nawiązać dialog twórczy z artystami współczesnymi, nawet tymi eksperymentującymi z najnowszymi mediami, ale i o wiele starszymi od niego i dłużej istniejącymi na rynku sztuki. Uważa, że nigdy nie należy zatrzymywać się w rozwoju i od każdego można się czegoś nauczyć i zainspirować. „Nie wiem, jak będę malował za kilka lat, ale nigdy nie powiem: jestem już wystarczająco dobry i mogę zwolnić. Należy zawsze się rozwijać i nie można powielać schematów.” Z pełną świadomością podąża swoją drogą.

Irytują go próby zaszufladkowania do jakiegoś stylu w malarstwie, zwłaszcza do współczesnego surrealizmu, który, jak twierdzi, swoje najlepsze lata miał za czasów Salvadora Dali. Współczesne imitacje tego gatunku nie wytrzymują porównania z pionierami tego nurtu.

W jego pracowni w eleganckim apartamentowcu, oprócz kilku sztalug, setek farb i pędzli, można dostrzec teleskop astronomiczny, który zdradza jego drugą pasję – kos­mos. Interesuje go filozofia, ale i nauki ścisłe związane bezpośrednio z odkrywaniem natury naszego wszechświata, który – jego zdaniem – zapewne nie jest jedynym. Metafizyka w obrazach Maksa też bierze swój początek w zainteresowaniu kulturami Dalekiego Wschodu i prehistorią ludów europejskich.

Czasami, znużony pracą, potrzebuje nowej energii, oczyszczenia i radzi sobie z tym na różne sposoby. Jednym z nich jest rower. Potrafi przejechać nim do 350 km jednego dnia. To pozwala mu zapomnieć i zresetować się. Innym sposobem jest wsiąść do samolotu i polecieć gdzieś daleko, gdzie jest zupełnie inaczej, choćby za koło podbiegunowe.

Co lubi Maksymilian Novak-Zempliński?

Zegarek – niezniszczalny, który pokaże mu jego współrzędne i wysokość nad poziomem morza (np. Garmin Fenix GPS)
Pióro – dobre kaligraficzne, np. firmy Mont Blanc
Garnitury – Oscar Jacobsen
Wypoczynek -La Palma
Kuchnia – włoska, tajska, japońska
Samochód – na bezdroża – Toyota LandCruiser Extreme, na utwardzone podłoża – Nissan Skyline Track Pack, do miasta – rower
Hobby – astronomia. Fascynuje go południowa sfera niebieska wraz z Obłokami Magellana, ale żeby je podziwiać trzeba się wybrać np. na La Palmę

Zofia Gołubiew

Rozmowa z Zofią Gołubiew, dyrektorem Muzeum Narodowego w Krakowie

– Pracuje pani na stanowisku dyrektora muzeum już od wielu lat, jak ocenia pani swoje dokonania, z czym było najtrudniej?
– Jestem dyrektorem muzeum już 12 lat. Do niedawna byłam jedyną kobietą w Polsce na takim stanowisku. I muszę przyznać, że to nie było takie proste. Od pewnego czasu jest w Warszawie Agnieszka Morawińska, tak więc wreszcie mam koleżankę w tej roli… Ten fakt ma bardzo istotne znaczenie w odpowiedzi na pani pytanie. Gdy objęłam to stanowisko patrzono na mnie sceptycznie: „jak sobie baba poradzi…” Właściwie od razu zaczęto mi podkładać jakieś kłody pod nogi, ale nie zrażało mnie to. O co najbardziej walczyłam? Przede wszystkim o to, by poprawić infrastrukturę tego muzeum. Udało się dokonać całkowitej odnowy oblicza instytucji. Nie umniejszając swojej roli muszę podkreślić, że była to ogromna praca zespołowa. Nie mogłabym przecież zrobić tego wszystkiego sama.

Jak dotąd mamy spore sukcesy w tej dziedzinie, ale praca cały czas trwa. Druga rzecz, o którą walczyłam, to o to, żeby Kraków, ale i państwo polskie, nie utraciło Zbiorów Czartoryskich. Niestety, było takie zagrożenie. W moim przekonaniu, ta walka też zakończyła się sukcesem, i dziś nie muszę się już tym zajmować z równą mocą, gdyż sprawę przejął minister Bogdan Zdrojewski, który bardzo dogłębnie się tym problemem zajął. Mam wielką satysfakcję, że się do tego przyczyniłam, gdyż od roku 2002 były różne zakusy na Zbiory Czartoryskich. Teraz jestem spokojna.

– W jakim stanie było muzeum, gdy obejmowała pani swoje stanowisko?
– To bardzo trudne pytanie. Z Muzeum Narodowym jestem związana niemal od ukończenia studiów. Najpierw, w latach 1974-80, byłam redaktorem wydawnictw, od 1981 do 1996 roku – kierownikiem Działu Nowoczesnego Polskiego Malarstwa i Rzeźby. Przez cztery kolejne lata pełniłam funkcję Wicedyrektora ds. Naukowych i Oświatowych. Byłam bardzo zaprzyjaźniona z moim poprzednikiem, dyrektorem Tadeuszem Chruścickim, który zresztą mnie powołał na stanowisko wicedyrektora. Pracowałam z nim jako zastępca od roku 1996. Dyrektor Chruścicki sam wyznaczył sobie datę odejścia i zgodnie z planem, po męsku, Muzeum opuścił, a mnie wskazał ministrowi na następcę. Był jednak nadal w Krakowie i nie ukrywam, że bardzo liczyłam na jego pomoc. Często się spotykaliśmy i dyskutowaliśmy o Muzeum. Niestety, zupełnie niespodziewanie zmarł i w tej chwili ogromnie mi go brakuje. Myślę dzisiaj, że to jedyny, być może, człowiek, który naprawdę doceniłby to, jak się Muzeum zmieniło. Nie mogę powiedzieć żadnego krytycznego słowa na temat tego, jak było zarządzane wcześniej. Faktycznie poprawiliśmy za mojej dyrektury infrastrukturę Muzeum, ale też trzeba powiedzieć, że dyrektor Chruścicki nie miał takich możliwości.

– Inne czasy?
– Nie było funduszy europejskich, rzeczywistość była zupełnie inna. Jego wielką zasługą było to, że przez lata PRL zachował to Muzeum i ochronił przed różnymi zakusami i ograbieniami ze strony naszych ówczesnych „władców”. Doprowadził do zakończenia rozbudowy Gmachu Głównego, pozyskał dla Muzeum Pałac Biskupa Erazma Ciołka i zakopiańską Atmę, otworzył kilka stałych galerii i kilka epokowych wystaw, m.in. słynną „Polaków portret własny”. Nam z kolei udało się wprowadzić Muzeum w XXI wiek. Chodzi mi o zastosowanie nowoczesnych metod prezentacji zbiorów, multimedia, digitalizację. Za czasów dyrektora Chruścickiego ciężko było zdobyć jakikolwiek sprzęt, z trudnością zaopatrzyliśmy się w kilka komputerów. To były zupełnie inne realia. Natomiast mogę powiedzieć, że zastałam zły stan infrastruktury i zaniedbane niektóre sprawy organizacyjno-prawne. Na tym ostatnim polu mam zasługi z tytułu nadzoru, ale przede wszystkim to zasługa bardzo dobrego zes­połu moich zastępców, którzy się tym zajęli i doprowadzili do uporządkowania bardzo wielu spraw.

– Czy coś się pani nie udało?
– Tak, i jestem tego w pełni świadoma. To, co było moim marzeniem: żebyśmy wszyscy w Muzeum byli jak jedna wielka rodzina, żebyśmy się lubili i chcieli być ze sobą… To takie kobiece podejście. Ludzie spędzają przecież wiele czasu w pracy, więc atmosfera powinna być dobra. Tymczasem nie do końca tak jest. Nie jestem managerem z wykształcenia i kierowanie olbrzymim zespołem ludzi było dla mnie dużym wyzwaniem i nowością. Muzeum, o czym może nie każdy wie, jest instytucją niezwykle różnorodną. Zatrudnia ponad 600 historyków, archeologów, konserwatorów, historyków sztuki, plastyków, ale i chemika, fizyka, informatyków, inżynierów, budowlańców, prawników. To bardzo zróżnicowane środowisko. Oprócz tego są osoby pilnujące w salach, ochrona.

Duży zespół. W ludzkiej naturze leży, że niekoniecznie wszyscy się ze sobą zgadzają czy się lubią, ale mnie osobiście to boli. Druga rzecz także ma związek z ludźmi. W 2003 roku udało mi się bardzo podnieść pensje części załogi, głównie personelowi merytorycznemu i od wtedy żadnych większych zmian w tym zakresie nie było. Gdyby spytała mnie pani teraz o moje marzenie, to jest nim właśnie to, bym mogła dać podwyżki wszystkim tym ludziom, którzy pracują za tak strasznie małe pieniądze, że to jest aż żenujące!

– Sporo się u państwa dzieje…
– Współpracujemy z bardzo wieloma instytucjami, muzeami, teatrami, szkołami, uczelniami i z władzami samorządowymi. Bardzo cenię sobie tę współpracę. Dzięki temu organizujemy festiwale, koncerty, spektakle. To daje duże ożywienie kulturalne wokół Muzeum, dobrze, jak dużo interesującego się dzieje wokół naszej podstawowej działalności. Warto przypomnieć, że to nasze Muzeum wprowadziło w Polsce Noce Muzeów przed ośmiu laty.

– Jak z punktu widzenia managera zarządzać tak dużym zespołem?
– Managera? Właśnie, hmm… To w moim przypadku problematyczne. Z wykształcenia jestem historykiem sztuki. Myślałam, że będę robić w życiu zupełnie co innego, zajmować się nauką, ale musiałam z tego całkowicie zrezygnować. Nie mam nawet tyle czasu na czytanie, ile bym chciała. Jak się zarządza? Trzeba mieć wizję, wiedzieć, czym się dysponuje i czego się tak naprawdę chce od tej instytucji oraz umieć zarazić tą wizją kolegów. Co tydzień, a czasem i częściej, spotykamy się w ramach naszej 10-osobowej grupy zarządzającej. Wtedy staram się przekonywać ich do mojej wizji i zarażać entuzjazmem do zmian. Poza tym trzeba mieć w zespole profesjonalistów. Mam, na przykład, w tej chwili znakomitą wicedyrektor do spraw ekonomicznych, świetnego wicedyrektora do spraw technicznych, także do naukowych i edukacji, fachowe osoby od marketingu itd. Powinnam wymienić wszystkich…

Kolekcje natomiast wymagają konserwacji, mamy 11 specjalistycznych pracowni konserwatorskich oraz jedyne w Polsce Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych (LANBOZ). Tu także mamy do czynienia z wysokiej klasy specjalistami. Tak więc moje zadanie to zebranie dobrej kadry zarządzającej i przekonanie jej do ogólnej wizji. Wkrótce będziemy zastanawiali się w naszej wąskiej grupie zarządzającej, jak przekonać załogę muzealną do wyzwań strategii na następne lata. Poprzednia była opracowana na lata 2007-13, w tej chwili będziemy pracowali nad następną. I może jeszcze dwie oczywiste sprawy potrzebne w efektywnym zarządzaniu: inteligencja i pracowitość. Oraz pasja.

– A na czym polega pani obecna wizja na najbliższe lata?
– Chcę zakończyć poprawianie infrastruktury instytucji. To niełatwe zadanie. Gdyż każdy remont remont czy modernizacja wymaga skompletowania pełnego montażu finansowego. Na przykład na „Nowe Sukiennice” złożyły się środki z Norweskiego Mechanizmu Finansowego, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, od sponsorów i nasze własne, a także uzyskaliśmy wsparcie Gminy Miasta Krakowa. Sięgamy też po fundusze z Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego oraz z różnych fundacji. Poza tym muszę znaleźć (to mój nowy pomysł, o którym rozpoczęłam już dyskusję ze współpracownikami) sposób na to, jak w dzisiejszych czasach prezentować nasze zbiory. Mamy na przykład olbrzymią kolekcję rzemiosła, militariów, tkanin, itd. Teraz otwieramy galerię numizmatyczną. Mamy też różnego rodzaju pamiątki po wielkich Polakach.

– Jak pokazać te wszystkie zbiory?
– No właśnie. W dzisiejszych czasach od muzeum wymaga się czegoś zupełnie innego niż dawniej. To nie tylko kwestia powieszenia obrazów, ustawienia eksponatów, przygotowania gablot. Mamy w tej chwili w Gmachu Głównym trzy stałe galerie: każda o powierzchni ok. 3 tys. m2: sztuki polskiej XX wieku, rzemiosł artystycznych i militariów. Wydaje mi się, że to już nieco przestarzała metoda prezentacji. Należałoby ją zmienić tak, by bardziej zachęcić widza. Powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, czego my chcemy: czy opowiedać o historii polskiej sztuki, czy oczarowywać ludzi wspaniałymi eksponatami, czy poczy także europejskiej, a nawet światowej, pokazywać rozwój sztuki i rzemiosł artystycznych, a może tematycznie? To bardzo trudne. Jesteśmy w takim momencie dziejowym, w którym muzea się przekształcają i poszukują nowych form komunikacji. Tutaj, w Krakowie, mamy muzea narracyjne: Muzeum w Fabryce Schindlera, opowiadające historię okupacji, niedawno otwarło się jedyne w Polsce muzeum AK, też narracyjne jak warszawskie Muzeum Powstania Warszawskiego. Te muzea mają zupełnie inne zadania niż muzea sztuki. Publiczność jednak także zmienia swoje oczekiwania. Naszą rolą jest aktywnie na nie odpowiadać..

– Jak więc muzeum sztuki ma się zmieniać?
– Nie każde muzeum jest Luwrem i nie może sobie pozwolić na to, by po prostu wywiesić obrazy. Może należałoby wymieszać eksponaty, epoki? Albo pokazywać jedynie „rodzynki”, a resztę zgromadzić w magazynach studyjnych? Myślę, że pewnym eksperymentem będzie planowane na wrzesień 2013 roku otwarcie Ośrodka Kultury Europejskiej – Europeum w zabytkowym dawnym Spichlerzu. To niewielki budynek, zmieści się tam niewiele eksponatów. Ale nie chcę, żeby to była wyłącznie stała ekspozycja. Pragnę, by ten ośrodek tętnił życiem, było tam wszystko, co się łączy z kulturą europejską, muzyką, literaturą, poezją, filozofią, malarstwem oczywiście. To wielkie wyzwanie dla moich kolegów, by program właściwie ułożyć.

– Jak ocenia pani zainteresowanie Polaków sztuką?
– W samych Sukiennicach odnotowaliśmy w ostatnim okresie dziesięciokrotny wzrost frekwencji. Ale to oczywiście wymaga stałego doskonalenia z naszej strony. Mamy świetne, niejednokrotnie nowatorskie pomysły na propagowanie sztuki, które realizujemy również dzięki sponsorom. To zresztą osobny temat. Za mojego poprzednika temat sponsoringu praktycznie nie istniał. W tej chwili działanie wspólnie ze sponsorami, to nie jakiś dodatek, ale integralna część naszej pracy. Dużo się od moich sponsorów uczę, myślę, że oni od nas też. Szanujemy się nawzajem. Zaufanie i szacunek to dla mnie podstawa pracy ze sponsorami. Tu, w Sukiennicach wiele nowinek technicznych zainstalowaliśmy dzięki mecenasowi, czyli PZU.

W Multitece mamy, na przykład, multimedialną opowieść o naszym obrazie „Pochodnie Nerona”, który był tzw. Jedynką, czyli pierwszym obrazem w naszych zbiorach. W Mediatece mamy kilkanaście stanowisk komputerowych, na których możemy się dotykowo dowiedzieć wszystkiego o każdym obrazie, artyście, epoce. Na wielkich szybach przy wejściu do muzeum też możliwe jest dotykowe zwiedzanie galerii. Pomysłów mamy wiele. Jesteśmy w projekcie Wirtualnych Muzeów, mamy też własny projekt e-muzeum, czyli wirtualne zwiedzanie galerii. Sam proces digitalizacji zbiorów to ogromna praca. To bardzo trudne, bo mamy pod swoją opieką ponad 800 tysięcy obiektów. Wszystko to trzeba sfotografować. Ale cyfryzacja to przysz­łość. Chciałabym, żeby wszystkie zbiory były dostępne on-line. To dzisiaj obowiązek każdego muzeum. Stawiamy na nowoczesność..

– Minister Zdrojewski wspomniał właśnie, że niedawno pękła bariera  w przekazywaniu dzieł do polskich zbiorów. Co takiego się stało?
– Rzeczywiście, udało się obecnemu ministerstwu, ale także poprzedniej ekipie, sprowadzić mnóstwo dzieł do Polski. Złożyło się na to wiele czynników, również rosnące zaufanie do pracujących dla nas ekspertów, konserwatorów, analityków. Poprawiła się pozycja instytucji narodowych w świadomości społeczeństwa, sprawnie działają kancelarie prawne, mnożą się darczyńcy. Istnieje też przy ministerstwie specjalna agenda zajmująca się tą kwestią. Sukcesy są. Zwrócono nam sporo dzieł. Fałaty, Kossaki… Nadal poszukiwane są różne obrazy, najczęściej te odzyskane trafiają do Warszawy…

– No właśnie, czy istnieje rywalizacja między waszymi muzeami, czy też raczej współpraca?
– Nastawiamy się zdecydowanie na współpracę, ale to już „łaska pańska” komu pan minister przekaże dane dzieło. Oczywiście, kluczową kwestią jest tu to, do kogo dzieło należało pierwotnie, jak na przykład odzyskana z Niemiec „Żydówka z pomarańczami” Aleksandra Gierymskiego. Nie ma miejsca na zawiść. Chociaż czasami chcielibyśmy, żeby to do nas trafił ten czy inny eksponat. Wróćmy jednak do odzyskiwania utraconych dzieł. To fantastyczne, że tak wiele ich trafia do nas z powrotem. Polska jest tak strasznie zubożałym krajem, począwszy od potopu szwedzkiego, przez zabory, obie wojny, okupacje, powojenne wywożenia dzieł przez właścicieli i decydentów… Mamy bardzo ubogi kraj pod tym względem. Spójrzmy chociażby na Włochy, gdzie niejedno miasto przewyższa Kraków nie tylko liczbą dzieł sztuki, ale bogactwem architektury. Każda możliwość odzyskania czegoś jest naprawdę istotna.

– A jak kształtuje się rola ministerstwa w pozyskiwaniu tych zaginionych dzieł w porównaniu do zaangażowania prywatnych ludzi? Czy istnieje dzisiaj instytucja prywatnego mecenatu?
– Akurat nasze Muzeum odzyskiwało dzieła w różny sposób. Tu na przykład wisi olbrzymie płótno Jana Matejki „Kościuszko pod Racławicami”, które jeszcze w XIX wieku zostało zakupione z kwesty publicznej. Na samym początku XX wielu dostaliśmy cykl Grottgera „Lituania” na wymianę z Towarzystwem Przyjaciół Sztuk Pięknych: w zamian miasto dało teren pod budowę Pałacu Sztuki. Natomiast obraz Piotra Michałowskiego „Błękitni husarzy” został kupiony częściowo ze zbiórki publicznej oraz w dużym stopniu dzięki jednemu ze sponsorów.

Niektóre obrazy Matejki podarował nam jeden z banków, inne mamy dzięki różnym fundacjom. Są bardzo różne sposoby pozyskiwania eksponatów. Kiedyś muzea polskie głównie opierały się na darczyńcach i m;cenasach. Nasze bogactwo jest w dużej mierze zbudowane właśnie na dobroczynności. Dzisiaj tak nie jest, chociaż osoby, które chcą nam coś ofiarować lub nam kupić, pojawiają się coraz częściej. To fantastyczna, bardzo cenna sprawa. Jestem skłonna twierdzić, że pewien rodzaj mecenatu odżywa. Sponsoring to wymiana świadczeń. Mecenat zaś jest wtedy, gdy ktoś coś daje, niczego nie oczekując w zamian. To się odradza, bo społeczeństwo się rozwija, jest coraz bardziej świadome, po latach wojen, okupacji, ciemnych latach PRL. Bogaci i zaczyna szukać nowych wartości.

– Czy pani codzienna praca to właśnie szukanie funduszy, sponsorów, pieniędzy?
– Nie. Robię wszystkiego po trochu. Są to sprawy naukowe, decyzje polityczne, strategiczne, czasem nadzór techniczny, i wiele innych. Mamy osobny zespół do spraw pozyskiwania funduszy europejskich, osobny do prywatnych. To dzisiaj konieczność, zważywszy na fakt, że na przykład dokumentacja potrzebna do ich pozyskania to czasem kilkanaście wypełnionych segregatorów… Ale dostaliśmy najwyższą ocenę i zostaliśmy uznani za lidera w tej dziedzinie, właśnie dzięki naszemu profesjonalnemu zespołowi.

– Jak wygląda strategia muzeum na najbliższe lata?
– Na razie nie mogę nic na ten temat powiedzieć. Ale przysz­łość widzę w różowych kolorach.

Co lubi Zofia Gołubiew?

Biżuteria, ubrania, buty – „Nigdy ni ulegałam modom. A obecnie w sposobie ubierania się, cenię przede wszystkim prostotę i to co podstawą elegancji, czyli stosowność – tak mnie uczyła mama.”
Hobby – ogród, spacery, muzyka (właściwie każdy gatunek)
Ukochany obraz w muzeum – Jacek Malczewski „Śmierć Elenai”: „Pamiętam go jeszcze z dzieciństwa, z wycieczek do muzeum z moimi rodzicami”,  „Wiatr halny” Witkiewicza za niezwykłą atmosferę dzieła, obrazy Olgi Boznańskiej”.

Marek Maria Pieńkowski

Rozmowa z Markiem Marią Pieńkowskim, przedsiębiorcą, promotorem sztuki i nauki

– Pańska kariera mogłaby stanowić kanwę filmu: młody lekarz z Polski robi karierę w USA, po latach odtwarzając rodzinne włości, żeby następnie zostać mecenasem sztuki i nauki…
– Wszystko to nie zdarzyłoby się, gdybym na początku studiów na warszawskiej Akademii Medycznej nie zdecydował się poświęcić nauce. Jako student drugiego roku zostałem współautorem pracy, którą opublikował najbardziej prestiżowy magazyn poświęcony nauce – czyli „Nature”. Działo się to pod koniec lat 60., co wówczas stanowiło niezwykły ewenement. Miałem dużo szczęścia, ponieważ moim promotorem był wybitny uczony i lekarz prof. Kazimierz Ostrowski, który wspierał zdolnych młodych ludzi. Na czwartym roku studiów znalazłem się wśród autorów książki „Embriologia ogólna”, która doczekała się aż siedemnastu wydań. Krótko mówiąc – przed ukończeniem medycyny miałem na koncie 8 poważnych prac naukowych. W 1971 roku obroniłem doktorat.

– A jak trafił pan do USA, w tamtych czasach niełatwo było się przedrzeć za „żelazną kurtynę”.
– Wyjechałem na stypendium naukowe do University of Pennsylvania, gdzie wykładał prof. Hilary Koprowski, twórca pierwszej w świecie szczepionki przeciwko wirusowi polio, wywołującemu chorobę Heinego-Medina. W tym okresie skoncentrowałem się na badaniach w dziedzinie biologii doświadczalnej i immunologii nowotworów. Choć bez trudu mogłem zostać w Ameryce, zdecydowałem się wrócić do kraju. Przez kilka miesięcy pracowałem w Instytucie Kształcenia Podyplomowego Lekarzy w Warszawie. Krótki, półroczny pobyt w Polsce spowodował, że dojrzałem do decyzji o emigracji. Przeważyły względy natury politycznej. W 1974 roku wyjechałem na stałe do USA.

– Nie był pan już stypendystą zza Oceanu, tylko potencjalnym konkurentem. To chyba mało komfortowa sytuacja.
– Wręcz przeciwnie, natychmiast znalazłem znakomitą pracę wykładowcy – w stopniu profesora – na Michigan State University. Stanowisko jakie zajmowałem, było bardzo komfortowe, ponieważ moje badania nie były zależne od tzw. grantów. Zajęcia ze studentami i możliwość specjalizowania się w immunologii dawały mi wiele satysfakcji. Ciągle czułem jednak niedosyt – chciałem wiedzę teoretyczną wykorzystywać w pracy klinicznej. Właśnie dlatego zdecydowałem się zrezygnować z kariery naukowej i zacząłem pracę w prestiżowym Henry Ford Hospital w Detroit. Na marginesie – była to wówczas wspaniała, kwitnąca metropolia, która w niczym nie przypominała degradującego się miasta, które opuszczają kolejne firmy. Chcąc praktykować jako lekarz, musiałem, oczywiście, nostryfikować mój polski dyplom. I tym razem miałem okazję pracować ze znakomitymi specjalistami, co przekłada się bezpośrednio na rozwój zawodowy. Moje kolejne miejsce pracy to jedna z najsłynniejszych placówek medycznych na świecie – John Hopkins Hospital w Baltimore. To wielka satysfakcja pracować z wielkimi sławami, wśród których był nawet laureat Nagrody Nobla. Stanowiło to dla mnie silny impuls, opublikowałem kolejne prace naukowe.

– A jednak postawił pan na własny biznes.
– Od dłuższego czasu myślałem o uruchomieniu własnej kliniki immunologicznej. Przeprowadziłem badania rynku, biorąc pod uwagę różne lokalizacje – m.in. Alaskę i Honolulu. W końcu zdecydowałem się na Knoxville w stanie Tennessee. W pewnej mierze na mój wybór wpłynął krajobraz, kojarzący mi się z Polską – łagodne wzniesienia, jeziora, lasy i pory roku, takie jak w rodzinnym kraju. Początek nie był łatwy – na moją niekorzyść przemawiał obcy akcent i niemożliwe do wymówienia nazwisko. Choć na moją korzyść przemawiało doświadczenie i wysoka pozycja zawodowa, często pojawiałem się w telewizji i w lokalnych gazetach, to jednak moi konkurenci mówili: „Polski doktor nie ma tu szansy na sukces”. Na szczęście, mylili się. W mojej klinice pojawiali się kolejni pacjenci. A wyniki, jakie osiągałem, mówiły same za siebie: w 90 proc. przypadków udawało się osiągnąć stan remisji, czyli braku objawów chorobowych. Osoby skazane na stałe stosowanie leków, po kuracji immunologicznej mogły je całkowicie odstawić. Stwierdziłem wówczas, że w moim zawodzie są dwie grupy: lekarze i pigularze. Ci pierwsi szukają przyczyn choroby i traktują pacjenta holistycznie. Drudzy leczą objawy, zapisując tabletki. Na marginesie – z zabiegów w moich 5 klinikach ambulatoryjnych korzysta 38 tys. pacjentów rocznie.

– Kiedy rozwinął pan biznes tak bardzo, że został pan przedsiębiorcą?
– Chciałbym podkreślić, że ciągle przede wszystkim jestem lekarzem. Każdy z pacjentów moich pięciu klinik jest przeze mnie badany. Dopiero później zajmują się nim inni lekarze. A skoro pytał pan o biznes, to w moim przypadku zaczęło się od odkrycia „zasady ZIP code”, czyli kodu pocztowego… Oglądając rachunki stwierdziłem, że moi pacjenci to ludzie używający tego samego kodu pocztowego co ja. Oznacza to, że w dziedzinie medycyny decydujące znaczenie mają rekomendacje zadowolonych pacjentów. Ważne jest to, żeby lekarz był postrzegany jako członek tej samej społeczności, który wysyła dzieci do tej samej szkoły, robi zakupy w pobliskim supermarkecie. Zrozumiałe, że chcąc rozwijać biznes, muszę stworzyć sieć klinik, z których każda będzie miała swój „ZIP code”.

– A jak zdobywał pan wiedzę na temat zarządzania?
– W praktyce kierując swoimi klinikami, ale też jako członek rad nadzorczych dwóch firm, których właścicielami byli moi pacjenci. Działali oni w zupełnie nowych dla mnie branżach – konsultingu i logistyki oraz produkcji pestycydów. Dzięki temu miałem okazję zrozumieć mechanizmy, jakie decydują o rozwoju na amerykańskim rynku.

– Jak scharakteryzowałby pan najważniejszą zasadę?
– Jeżeli interes się nie rozwija, jeśli nie rośnie przychód, należy czym prędzej zająć się czymś innym. Ważne jest również to, żeby co 5-7 lat zweryfikować reguły działania biznesu. Przy obecnym tempie rozwoju nie można zostać w tyle, bo to oznacza porażkę. I jeszcze jedno – nie wolno się poddawać w sytuacji, gdy określony projekt się nie uda. Przekonałem się o tym na własnej skórze. W latach 90. postanowiłem wejść w branżę, która – jak mi się wydawało – musi się szybko rozwinąć. Były to leki produkowane na bazie substancji, jakie można pozyskać od zwierząt zmodyfikowanych genetycznie. Dzięki zatrudnieniu znakomitych uczonych, m.in. z Polski, uzyskaliśmy hormon wzrostu na bazie mleka transgenicznych królików. Byliśmy w stanie zorganizować prawdziwą produkcję, a jednak się nie udało. Wówczas było to przedsięwzięcie zbyt nowatorskie. Dziś wiele ośrodków prowadzi tego rodzaju badania.

– Do reguł biznesu, o których pan mówił, należałoby dodać zapewne jeszcze zasadę: nigdy nie inwestuj wszystkich środków w jedno przedsięwzięcie, pamiętaj o dywersyfikacji. W pańskim przypadku była to inwestycja w Polsce.
– To bardziej skomplikowana sprawa niż biznes. Pochodzę z rodziny o bogatych tradycjach, sięgających XVI wieku. Moi synowie urodzili się i wychowali w Ameryce, a mnie zleżało na tym, żeby identyfikowali się z krajem przodków. Postanowiłem odtworzyć majątek Pieńkowskich w formie sprzed Powstania Kościuszkowskiego. Rodzice kupili i przekazali mi prawie 5 tys. ha – niegdyś należących do mojej rodziny – ziem na Lubelszczyźnie. Dwadzieścia lat temu byłem jednym z pionierów uprawy kukurydzy w Polsce. Stwierdziłem, że skoro rośnie w podobnych warunkach w USA, to i tu musi dawać znakomite plony. Zapoczątkowałem również pierwszą hodowlę bydła rasy American Black Angus. Nigdy nie zapomnę podróży z USA, kiedy wiozłem – wglądający jak bomba – pojemnik z zarodkami w ciekłym azocie. Dziś mam stado liczące 500 sztuk. Docelowo ma być ich 1 000. Bydło to dorasta bez antybiotyków, spożywa ekologiczną karmę. Daje najwyższej klasy mięso, którego tłuszcz ma tę niezwyk­łą właściwość, że obniża poziom cholesterolu.

– Może się pan cieszyć także w Polsce największym rarytasem amerykańskiej kuchni, czyli wspaniałymi stekami.
– Cieszy mnie, że wśród odbiorców znajdują się najlepsze polskie restauracje – Atelier Amaro i Dyspensa – ale ja sam nie potrafię jeść mięsa zwierząt, które hoduję. Coś mnie pow­strzymuje – przecież sam stworzyłem to stado.

– Zbudował pan imponującą rezydencję, która pełni nie tylko funkcję mieszkalną, ale przede wszystkim jest centrum kultury.
– Jestem wielkim miłośnikiem muzyki, literatury i sztuk plastycznych. Musiałem jednak skoncentrować się na jednej z tych dziedzin. Jeden z moich bliskich krewnych, Ignacy Pieńkowski, był malarzem i przed II Wojną Światową rektorem krakowskiej ASP, więc chcąc być wiernym tradycji stworzyłem fundację, która promuje i wspiera młodych twórców. Zapraszam ich do Pieńkowa, gdzie mogą tworzyć i spotykać się z innymi artystami z Polski, a też ze wschodu i zachodu Europy. Wybór dokonywany jest w ramach konkursu, w którym rolę jurorów pełnią wybitni artyści, a zarazem profesorowie: Stanisław Baj, Piotr Kielan i Adam Wsiołkowski. Często powtarzam, że w dzisiejszych czasach należy wojować na palecie, a nie za pomocą karabinów Kałasznikowa. Zależy mi na tym, żeby młodzi artyści reprezentujący różne kraje i tradycje mieli okazję poznać się, zrozumieć, na czym polega istota szacunku dla drugiego człowieka i wartości jakie reprezentuje. Na kolejne spotkanie planuję zaprosić przedstawicieli trzech religii – muzułmańskiej, katolickiej i protestanckiej oraz ateistów. To stwarza szansę na prawdziwy dialog międzykulturowy.

– Dzięki spotkaniom powstała interesująca kolekcja.
– Gościłem już 168 twórców, nierzadko posiadających bogaty dorobek. Sporej grupie zorganizowałem wystawy w mojej galerii w Knoxville. Pierwszy kontakt z kolekcjonerami z USA był dla nich ciekawym i inspirującym przeżyciem. Niektórym udało się sprzedać większość prac.

– W Polsce takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko. Rynek sztuki jest w powijakach.
– Właśnie dlatego niezwykle istotna jest promocja zarówno sztuki, jak i artystów. Na podobne wsparcie zasługuje działalność naukowa. Od 2004 roku stworzona prze mnie fundacja przyznaje nagrody za wybitne osiągnięcia w dziedzinie nauki. Laureat naszej Nagrody Naukowej dostał ostatnio tzw. Polskiego Nobla.

– Jak znajduje pan czas na tak wiele różnych aktywności, same tylko podróże między USA a Polską zajmują przecież mnóstwo czasu.
– Nie da się zaprzeczyć, że jestem pracoholikiem. Ale to praca sprawia mi mnóstwo przyjemności. Nauczyłem się tak gospodarować czasem, że wystarcza mi go na zaangażowanie społeczne oraz na realizację licznych hobby. Jestem Honorowym Konsulem RP w USA, a poza tym aktywnie działam w Partii Republikańskiej. Odpoczywam też… aktywnie. Znakomicie regeneruję się pilotując swój własny samolot lub pływając jachtem po Tennessee River.

Co lubi Marek Maria Pieńkowski?

Zegarki – zawsze Rolex
Ubrania – Armani
Wypoczynek – w lecie Paradise Island na Bahama, zimą narty w Vail w Colorado
Kuchnia – francuska
Restauracja – Erica Frechona w paryskim Bristolu, Erica Riperta na 51 str. w Nowym Jorku, a w Warszawie Atelier Amaro i Dyspensa
Samochód – w Polsce używa amerykańskich samochodów: m.in. Cadillaca, a w USA jeździ europejskimi: Mercedesem SL 500, Audi A7 i BMW X5
Hobby – osobiście pilotuje własny samolot Piper Seneca, żegluje, regularnie ćwiczy – jest zwolennikiem kalinistyki. Kolekcjonuje i promuje sztukę współczesną. Fascynuje go architektura – sam zaprojektował swoją rezydencję w USA  i w Pieńkowie, jego autorstwa jest też część mebli

Marek Durlik

Rozmowa z prof. Markiem Durlikiem, Dyrektorem Centralnego Szpitala Klinicznego MSW

– Coraz częściej słychać opinie, że szpitalami powinni kierować managerowie – zgodnie z zasadą, że każdy powinien robić to na czym zna się najlepiej.
– W dziedzinie medycyny, sama znajomość technik zarządzania to stanowczo za mało. Jestem głęboko przekonany, że najlepszymi szefami placówek służby zdrowia są doświadczeni lekarze, którzy wiedzą wszystko o regułach kierujących tą dziedziną. Wynajęty manager może popełnić dziesiątki błędów zanim zrozumie reguły rządzące światem medycyny. Oczywiście, istotne znaczenie mają też indywidualne predyspozycje – nie każdy nadaje się do tego, by kierować ludźmi.

– A jak to wygląda w pańskim przypadku?
– Przez wiele lat musiałem harmonijnie połączyć kolejne etapy specjalizacji zawodowej i pracy naukowej z obowiązkami dyrektora. Jestem zwolennikiem stałego samokształcenia – ukończyłem dwukrotnie studia podyplomowe w dziedzinie zarządzania służbą zdrowia w kraju oraz w warunkach rynku europejskiego. Problematyka ta zawsze była mi bliska – mój ojciec jest emerytowanym profesorem zarządzania, wiele rozmawialiśmy na ten temat choćby nawet przy niedzielnym śniadaniu…

– Decydując się na studia wybrał pan jednak medycynę, a nie zrządzanie.
– Ale właśnie dzięki medycynie zrobiłem pierwszy krok w kierunku praktycznego zarządzania. W 1982 roku udało mi się wyjechać na studia doktoranckie do Francji. Trafiłem do Nancy, miasta, którego historia jest związana z Polską za sprawą króla Stanisława Leszczyńskiego. Gdy utracił koronę Rzeczpospolitej, został władcą Lotaryngii, która znakomicie rozwinęła się pod jego panowaniem. Przypomina o tym m.in. nazwa super pociągu TGV – „Stanislaus”. W Hospital de Brabois pełniłem funkcję asystenta na oddziale chirurgii – wcześniej zaledwie w pół roku musiałem nauczyć się płynnie mówić po francusku. Choć byłem cudzoziemcem zza „żelaz­nej kurtyny”, mogłem pracować jako lekarz, dzięki indywidualnej decyzji mojego szefa Rogera Benichoux, prezesa Europejskiego Towarzystwa Chirurgii Doświadczalnej, wielkiego autorytetu w swojej dziedzinie. Obserwując go, uczyłem się, jak łączyć kierowanie prestiżową placówką z funkcją chirurga, a także jak pozyskiwać pieniądze na rozwój szpitala. Było to dla mnie cenne doświadczenie, w tamtych latach w Polsce, niewiele wiedzieliśmy o regułach funkcjonowania gospodarki rynkowej. Dzięki temu, że zawsze chętnie zgadzałem się na dodatkowe dyżury, miałem wiele okazji do rozmów z prof. Benichoux, z którym zresztą później utrzymywałem stały kontakt aż do jego śmierci w 2003 roku.

– Miał pan szansę zrobić karierę na Zachodzie, ale zdecydował się pan na powrót do kraju pogrążonego w mrokach stanu wojennego.
– Czekała na mnie rodzina, a poza tym chciałem spożytkować w Polsce wiedzę zdobytą we Francji. Rzeczywiście, powrót w 1985 musiał stanowić wstrząs, ale skupiłem się na pracy. I tym razem miałem dużo szczęścia do znakomitych szefów, jak np. profesor medycyny estetycznej Michał Krauss, dzięki któremu w praktyce nauczyłem się jak delikatnie postępować z tkankami. Po kilku miesiącach spędzonych w Polsce wyjechałem do Kanady, gdzie wyemigrował mój brat. Do 1989 roku pracowałem w szpitalu w Toronto, żeby znów – tym razem na stałe – wrócić do Warszawy. Uprzedzając pytanie odpowiem, że moja motywacja była jasna i prosta: w Polsce miałem szansę na prawdziwy rozwój zawodowy, fascynowała mnie transplantologia. W Kanadzie zapewne zarabiałbym lepiej, ale zajmowałbym zupełnie inną pozycję, konkurując z innymi lekarzami musiałbym stale udowadniać, że jako imigrant nie jestem od nich gorszy…

– I tak znalazł się pan…
– W Szpitalu Klinicznym MSW, w którym dziś rozmawiamy. Wróciłem do kraju w chwili przełomu. Ówczesnemu dyrektorowi Jackowi Żochowskiemu, który zresztą później został Ministrem Zdrowia i Opieki Społecznej, polecił mnie prof. Marek Gardziński. Stwierdził wówczas „przyszedł do mnie młody człowiek, który kilka lat spędził za granicą. Jeśli go zatrudnimy, na pewno kiedyś zostanie szefem tego szpitala.” Jak widać – miał doskonałą intuicję.

– Po doświadczeniach z Francji i Kanady wiele musiało pana dziwić i drażnić?
– Pozostałość starych czasów stanowiły „etaty mundurowe” dla lekarzy i związane z tym dość dziwne obowiązki. Na przykład niektórzy z nadgorliwych kolegów podczas dyżurów chodzili po salach i wyłączali radio osobom słuchającym mszy. W naturalnym odruchu sprzeciwu – zostałem założycielem komórki „Solidarności”. Na szczęście wokół następowały ogromne zmiany, co nie mogło pozostać bez wpływu na szpital. Wydawało mi się, że polityka wreszcie przestanie nam przeszkadzać w pracy. Kilka lat później, będąc już szefem szpitala MSW przekonałem się że nie miałem racji…

– Zaczynał pan w szpitalu MSW jako lekarz, żeby 9 lat później zostać szefem tej placówki. W pańskiej dziedzinie to błyskawiczna kariera.
– Ze względu na brak etatu najpierw trafiłem na oddział kardiologii. Potem organizowałem zespół, który miał zająć się przeszczepami nerek.  Współpracowałem wówczas z wieloma doskonałymi specjalistami, m.in. z Krzysztofem Madejem późniejszym przewodniczącym Naczelnej Rady Lekarskiej. Ogromne znaczenie miały dla mnie kontakty z prof. Żochowskim, który w pełni ukształtował mnie jako lekarza i managera. Często mi powtarzał: „Nie ma trudnych spraw. Jeżeli naprawdę na czymś ci zależy, będziesz to miał.” Jego stosunek do pracy najlepiej charakteryzuje następująca anegdota: kiedy do naszego szpitala trafiła siostra profesora, po operacji kazał ją umieścić na sali ogólnej, ponieważ izolatka była potrzebna dla pacjenta po przeszczepie.

– Kiedy zaproponowano panu objęcie stanowiska dyrektora szpitala MSW?
– W 1998 roku. Wcześniej – przez rok – byłem jeszcze wicedyrektorem do spraw lecznictwa w Centralnym Zarządzie Służby Zdrowia MSW, gdzie podlegało mi 29 szpitali. W tym czasie brałem aktywny udział w tworzeniu branżowej kasy chorych. Jedną z moich najważniejszych decyzji jako szefa szpitala było podjęcie niezbędnego remontu i rozbudowy. Przez 15 lat okolice placówki szpeciła tzw. „kiszczakówka”, czyli rozgrzebana inwestycja w stanie ruiny. Na budowę zdecydowałem się zaciągnąć w BGK kredyt komercyjny w wysokości 50 mln zł. Wiele osób odradzało mi takie rozwiązanie, ale w konsekwencji okazało się, że miałem rację. Mogliśmy utworzyć nowe i powiększyć istniejące oddziały. Dzięki temu zakres i liczba świadczonych przez nas usług dwukrotnie się powiększyły. Mamy więc pieniądze by spłacać kolejne raty kredytu. A szpital to dziś nowoczesna, świetnie wyposażona placówka, zupełnie inna niż pod koniec lat 90. W mojej branży, tak jak w każdej innej, trzeba dokładnie liczyć i planować. Nie ma tu miejsca na improwizację, nieprzemyślane zakupy urządzeń itp. W skali roku obsługujemy ponad 250 tys. pacjentów, z czego 60 tys. jest hospitalizowanych. Zespół składa się z 2,2 tys. osób – w tym 700 lekarzy.

– Podobno należy pan do grupy najmniej zarabiających w swojej placówce?
– Objęła mnie nieszczęsna „ustawa kominowa”. Nie mam siły, by przytaczać kolejne argumenty, jak bardzo jest to szkodliwa regulacja prawna. Co do zarobków – nie wygląda to aż tak źle, jak pan mówi. Jestem gdzieś w drugiej setce na liście płac, z pensją znacznie mniejszą niż większość specjalis­tów. W związku z tym że czynnie zajmuję się przeszczepami trzustki, osobiście wypracowuję dla szpitala zysk na poziomie 5 mln zł rocznie.

– Wręcz trudno uwierzyć, że mając tyle obowiązków związanych z zarządzaniem, znajduje pan jeszcze czas na stałe zaangażowanie na sali operacyjnej.
– W ogóle nie wyobrażam sobie inaczej mojej pracy. To, że w każdej chwili któryś z kolegów może do mnie zadzwonić i poprosić o pomoc podczas skomplikowanej operacji, to niewątpliwie jeden z elementów budowania autorytetu. Należę do tych managerów, którzy czują potrzebę stałego kontaktu ze współpracownikami. Przykładam wiele uwagi do budowania zespołu, starając się ściągać do szpitala MSW najbardziej utalentowanych młodych lekarzy z całego kraju. Proszę pamiętać, że nowoczesny szpital to nie mury i aparatura, ale świetnie przygotowani specjaliści.

– Nie mówiliśmy jeszcze o pana powrocie do dyrektorskiego gabinetu po trzyletniej przerwie.
– Na moją decyzję, żeby wrócić w 2009 roku wpłynęło kilka elementów. Po pierwsze chciała tego załoga, po drugie minister Tomasz Siemieniuk złożył mi taką propozycję, a po trzecie – martwiło mnie to, że szpital wpadł w tarapaty finansowe. Musiałem też rozważyć argumenty przeciwne – jako wiceprezes ds. medycznych Scanmed S.A. w Szpitalu Św. Rafała w Krakowie zarabiałem nieporównywalnie lepiej…

– Od czego pan zaczął „drugi rozdział”?
– Musiałem porządkować finanse. Nie było to łatwe ani mile. Dyrektor szpitala jest trochę jak policjant, który rozlicza na bieżąco szefów oddziałów. Ci którzy byli na minusie, usłyszeli, że muszą się liczyć z obcięciem dodatków. Reforma przyniosła szybko pożądane efekty. Od 2010 roku szpital ponownie wypracuje pozytywny wynik.

Co lubi Marek Durlik?

Zegarki – sportowe, Breitling
Ubrania – styl klasyczny, Oscar Jacobson
Wypoczynek – Chorwacja z pokładu żaglówki
Kuchnia – śródziemnomorska
Samochód Audi A6 kombi, którym często wozi psa
Hobby – Narty, dobra literatura historyczna, a przede wszystkim opieka nad ulubionym wyżłem weimarskim. Jest to niezwykły pies, który zawsze wyczuwa nastrój właściciela. M. Durlik poleca wszystkim miłośnikom zwierząt książkę Jana Fannella „Zapomniany język psów”

Ryszard Grzelak

Rozmowa z Ryszardem Grzelakiem, prezesem Zarządu Europ Assistance Polska

– Najlepsze pomysły na biznes to dzieło przypadku.
– Nie zawsze, chociaż tak było w przypadku assistance. Wszystko zaczęło się w 1963 r., gdy Pierre Desnos pojechał na urlop samochodem z Francji do Niemiec. Kłopoty techniczne z autem zakłóciły mu urlop, ale zainspirowały do nowego biznesu – assistance. Pierre Desnos zdał sobie bowiem wówczas sprawę, że osoby podróżujące, szczególnie za granicę, nie są objęte żadną efektywną ochroną ubezpieczeniową i profesjonalną pomocą, bo sam ewentualny zwrot poniesionych kosztów nie rozwiązuje przecież ich problemów podczas podróży. I tak, genialny w swej prostocie pomysł natychmiastowej i profesjonalnej pomocy osobom podróżującym za granicę, dał początek branży assistance i Grupie Europ Assistance, a dzisiejsza oferta produktowa i rozwiązania technologiczne przerosły marzenia jej twórcy. Grupę Europ Assistance tworzy obecnie ponad 70 firm w 32 krajach, dzięki którym usługami assistance objętych jest ok. 300 milionów klientów w 208 krajach na całym świecie. W 2013 roku Grupa obchodzić będzie 50-lecie swojego istnienia, utrzymując się niezmiennie na pozycji światowego lidera pod względem liczby obsługiwanych spraw na świecie.

– Na czym polega klucz do sukcesu Europ Assistance?
– Mamy wyjątkowe know-how, wynikające z wieloletnich i międzynarodowych doświadczeń, bardzo wysokie standardy jakościowe, świetnych współpracowników oraz strategię rozwoju i model biznesowy uwzględniające potrzeby i oczekiwania wszystkich interesariuszy. W Polsce nasza firma jest obecna od 1996 roku, świadcząc usługi w czterech głównych obszarach – Dom i Rodzina, Podróże, Zdrowie i Samochód. Nie ograniczamy się jednak do kompleksowych rozwiązań assistance, proponujemy także m.in. likwidację szkód ubezpieczeniowych spoza obszaru assistance, przedłużone gwarancje na samochody i sprzęt RTV/AGD. Zdecydowana większość naszych rozwiązań jest szyta na miarę dla naszych partnerów biznesowych i ich klientów. Sukces Europ Assistance Polska opiera się także na trzech filarach: jakość, innowacje i cena. Zgodnie z wnioskami płynącymi z przeprowadzanych przez nas badań i analiz, w tym Ogólnopolskiego Badania Assistance oraz Badania Satysfakcji Partnerów Biznesowych, zarówno nasi partnerzy biznesowi, jak i klienci indywidualni, gotowi są zapłacić wyższą cenę za lepszą jakość. Jakość jest zatem ważnym kryterium, wyróżniającym ofertę firmy na tle konkurencji. Nie oznacza to jednak, że nie musimy konkurować również ceną. W takiej sytuacji najważniejszy jest stosunek jakości do ceny, czyli „value for money”. Ciągłe doskonalenie jakości i oferowanie innowacyjnych rozwiązań, wspieranych przez zaawansowane technologie, w atrakcyjnej cenie to dzisiaj warunek konieczny pozostawania konkurencyjnym. Kluczowe w tym procesie jest zarządzanie relacjami z klientami oraz ich doświadczeniem.

– Jaki wpływ ma kryzys na waszą działalność?
– Musimy starać się jeszcze bardziej, bo, wskutek spowolnienia gospodarczego, oczekiwania klientów rosną jeszcze bardziej – chcą oni otrzymywać więcej i lepiej za mniejsze pieniądze. Naszą odpowiedzią na taką tendencję jest „Dual strategy” – strategia, w ramach której podnosimy jakość, obniżając jednocześnie koszty. To trudne wyzwanie, ale możliwe do zrealizowania. Dzięki temu nasze przychody rosną regularnie o 20-25 proc. rocznie, podczas gdy rynek rośnie o 10-12 proc. rocznie, a nasz udział w polskim rynku rośnie i wynosi obecnie ok. 25 proc. Rosnący udział w rynku nie jest jednak dla nas głównym celem biznesowym, lecz partnerskie, długoterminowe i dochodowe relacje z naszymi klientami. Wciąż zatrudniamy też nowych pracowników w naszej centrali w Warszawie, których mamy obecnie przeszło 180. Dla Europ Assistance Polska pracuje również kilka tysięcy lokalnych partnerów-usługodawców, którzy dzięki nam osiągają znaczące przychody.

– A jak pan trafił do Europ Assistance?
– Jako młody człowiek marzyłem o karierze dyplomatycznej, ukończyłem specjalistyczne studia, podczas których nauczyłem się również posługiwać językiem francuskim, niemieckim i rosyjskim. Potem doszła jeszcze znajomość języka angielskiego, dzisiaj standard. Przez 3 lata pracowałem w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą. Nas­tępnie rozpocząłem fascynującą, 12-letnią przygodę z bankowością. Zaczynałem w Deutsche Bank AG we Frankfurcie nad Menem, gdzie podczas trzyletniego pobytu ukończyłem również specjalistyczne szkolenie bankowe. Po powrocie do Polski pełniłem funkcje managerskie w bankowości korporacyjnej, w grupach bankowych – WestLB, HypoVereinsbank i UniCredito. W 2005 roku zdecydowałem się przyjąć propozycję przejścia do Europ Assistance Polska i objęcia funkcji prezesa zarządu.

– Miał pan okazję zdobyć wielopłaszczyznowe przygotowanie i doświadczenia managerskie.
– Jeśli chodzi o edukację managerską, to szczególne znaczenie miało dla mnie szkolenie w Deutsche Bank AG, studia doktoranckie SGH i Advanced Management Program w IESE Business School w Barcelonie, wiodącej na świecie szkole biznesowej w dziedzinie zarządzania. Do Deutsche Bank AG w Niemczech trafiłem w 1992 roku, kiedy w naszym kraju niewiele jeszcze wiedzieliśmy  o międzynarodowych standardach bankowości i nowoczesnych technikach zarządzania. Było to więc dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Wiele nauczyłem się też, oczywiście, później, pracując w Polsce w kolejnych instytucjach finansowych. Miałem też szczęście do swoich przełożonych, którzy byli świetnymi profesjonalistami i mentorami, ale również do podwładnych, którzy mnie wzbogacali i inspirowali.

– Wróćmy do Europ Assistance – jak wszystko to przełożyło się na pańskie działania w firmie?
– Swoją współpracę z Europ Assistance Polska rozpoczynałem 8 lat temu z ok. 25 pracownikami. Dziś jest ich przeszło siedem razy więcej. Przychody wzrosły w tym czasie prawie dziesięciokrotnie. Jesteśmy laureatami konkursów „Diamenty Forbesa” i „Gazele Biznesu”. To duża satysfakcja, tym bardziej że zostałem zaangażowany w chwili, gdy, jak się później dowiedziałem, rozważano możliwość zamknięcia polskiego oddziału. Powodem miał być brak perspektyw rozwoju rynku i firmy. Dziś polska spółka jest jedną z trzech najszybciej rozwijających się oraz najbardziej rentownych w Grupie Europ Assistance. Jest to jednak zasługa całego teamu w Polsce, bo manager bez zespołu nie istnieje.

– Wspomniał pan o tym, że wśród zadań Europ Assistance Polska jest edukacja rynku.
– Nazwałbym to raczej naszą lokalną misją. Rzeczywiście, w ostatnich latach byliśmy autorami wielu nowych inicjatyw rynkowych. I tak np. od 5 lat organizujemy corocznie konferencję – Forum Assistance. Podczas tego wydarzenia uznani eksperci branży bankowej i ubezpieczeniowej oraz przedstawiciele regulatorów rynku analizują aktualne wyz­wania rynku i wymieniają się doświadczeniami zarówno z Polski, jak i z zagranicy. Forum Assistance to konferencja na stałe wpisana w kalendarz imprez branży bankowo-ubezpieczeniowej. Omawiane podczas tego wydarzenia tematy, stanowią interesujące źródło informacji, a także inspiracji do kształtowania nowoczesnych produktów ubezpieczeniowych, przede wszystkim w bankach. Rozwiązania assistance dla instytucji finansowych, to nasza kluczowa kompetencja, w której jesteśmy liderem w Polsce. Dlatego od kilku lat partnerem merytorycznym naszego forum jest Związek Banków Polskich.

Stworzyliśmy również Zasady Dobrych Praktyk Assistance, w czym pomagali nam: Centrum Etyki Biznesu Akademii Leona Koźmińskiego, Związek Banków Polskich oraz przedstawiciele branży ubezpieczeniowej. Zasady te określają standardy jakościowe oraz reguły postępowania firmy assistance i relacje z interesariuszami – klientem indywidualnym, partnerem biznesowym, usługodawcami, konkurencją i mediami. Na firmach oferujących i realizujących usługi assistance spoczywa duża odpowiedzialność. Stworzenie Zasad Dobrych Praktyk postrzegamy nie tylko jako nasze zobowiązanie do ich przestrzegania, ale również jako nasz wkład w dalsze podnoszenie standardów rynkowych, ich upowszechnianie oraz wzmacnianie profesjonalnych i pełnych zaufania relacji z klientami i innymi uczestnikami polskiego rynku assistance. Kolejna nasza inicjatywa rynkowa, to przeprowadzane od czterech lat Ogólnopolskie Badanie Assistance, pierwsze i jedyne tak kompleksowe w Europie. Są też i inne inicjatywy. Wciąż też pracujemy nad nowymi, bo wierzymy, że rozwijają one nie tylko rynek assistance w Polsce oraz Europ Assistance Polska, ale także szczególne DNA firmy i współpracowników – DNA innowatora i lidera skoncentrowanego na potrzebach rynku i klientów.

– Jak zdefiniowałby pan składniki tak poważnego sukcesu?
– Mamy znakomity zespół, który cechuje ogromne zaangażowanie, motywacja i profesjonalizm. Sukces firmy jest możliwy tylko wtedy, gdy każdy wykonuje to, co do niego należy, bez względu na to, czy jest to księgowa, konsultant telefoniczny, handlowiec czy prezes. Moje zadanie polega głównie na inspirowaniu i wspieraniu moich współpracowników w realizacji zadań, ich rozwoju oraz strategicznej koordynacji działalności spółki. Bez tego nawet najlepsza strategia nie zagwarantuje sukcesu. Szef jest jak dyrygent – musi dbać o to, żeby odpowiedzialność za firmę była harmonijnie rozłożona na poszczególnych pracowników. Wystarczy kilka fałszywych nut, żeby popsuć cały efekt. Dlatego tak ważna jest odpowiedzialność i praca zespołowa.

Co lubi Ryszard Grzelak?

Zegarek – Omega Seamaster, który ceni za wszechstronną funkcjonalność, w tym wodoodporność
Ubrania – klasyczne, stonowane
Wypoczynek – szczególnie Azja – miejsca mało jeszcze odwiedzane przez turystów
Kuchnia – śródziemnomorska i azjatycka
Hobby – nurkowanie, podróże

Alicja Wiecka

Alicja_WieckaRozmowa z Alicją Wiecką, dyrektor zarządzającą SAS Institute Polska

– Od 20 lat nieprzerwanie zarządza pani polskim oddziałem SAS Institute, amerykańskiego dostawcy oprogramowania analitycznego dla biznesu. Czy to prawda, że na związane z tym uroczystości prezes korporacji przyleciał własnym samolotem z całym zarządem, co się nigdy wcześniej w historii firmy nie zdarzyło?
– Tak, to prawda. Gościliśmy wtedy piętnastoosobową delegację najwyższego kierownictwa firmy z prezesem i czterema wiceprezesami SAS Global na czele. Na oficjalnej gali dr James Goodnight powiedział, że jest tu m.in. dlatego, iż nasz oddział jest jednym z najlepszych w korporacji, jeśli nie najlepszym.

– Skąd taka adoracja?
– No cóż, w historii firmy polski oddział odegrał niebagatelną rolę, bo to właśnie dzięki nam korporacja wprowadziła do swojej oferty wiele innowacyjnych produktów oraz rozwiązań biznesowych. Już pierwsze kroki SAS w Polsce pos­tawiliśmy bardzo mocno, kreując zastosowania hurtowni danych w polskich firmach i instytucjach. Ich koncepcja była wówczas dopiero definiowana przez światowych ekspertów, a my od razu zaczęliśmy ją promować i wdrażać w Polsce! Byliśmy pierwszym oddziałem SAS w Europie, który skoncentrował na nich swoją ofertę, a rynek odpowiedział ogromnym zainteresowaniem. W efekcie potrzeby polskich klientów i doświadczenia z wdrożeń przyczyniły się w ogromnym stopniu do rozwoju technologii Business Intelligence na świecie. Kolejne pole innowacji rozwinęliśmy na bazie współpracy z użytkownikami biznesowymi. Wypracowaliśmy koncepcję i wdrożyliśmy w praktyce pionierską ofertę kompleksowych rozwiązań dla poszczególnych branż i obszarów biznesowych, które swym zakresem obejmowały oprogramowanie, modele danych i analiz, predefiniowane raporty, pakiet usług wdrożeniowych, doradztwo biznesowe i strategiczne oraz transfer wiedzy do klienta. Rozwiązania branżowe opracowane w Polsce stały się hitem wśród klientów SAS na całym świecie i zapoczątkowały ich wysyp dla różnych segmentów rynku. O sukcesie pomysłu polskiego oddziału świadczy fakt, że już przez ponad 10 lat stanowią one istotny trzon oferty SAS, będąc stale rozwijane i niez­miennie ciesząc się zainteresowaniem rynku.

– A jak to wygląda obecnie?
– Dziś, gdy wkraczamy w erę „Big Data”, potrzebne są rozwiązania Business Intelligence nowej generacji, zapewniające możliwość praktycznie natychmiastowego odpowiadania na stawiane pytania biznesowe oraz dostęp do złożonych symulacji i analiz działających w czasie rzeczywistym. SAS Polska, znów jako jeden z pierwszych, postawił na rozwiązania High Performance Analytics (HPA), które pozwalają na błyskawiczne wykorzystanie wartości biznesowej drzemiącej w dostępnych wolumenach danych. Te firmy, które pierwsze udostępnią swoim pracownikom rozwiązania HPA, zdystansują konkurencję na lata.

– SAS Institute jest znany z tego, że od powstania w 1976 r. nieprzerwanie zwiększa swoje przychody. W 2011 r. wyniosły one 2,7 mld dol., co oznacza wzrost o 12 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Czy polski oddział może się pochwalić podobną dynamiką wzrostu?
– Tak. Od rozpoczęcia działalności w 1992 roku tylko raz nie udało się nam poprawić przychodów z roku poprzedniego. A w okresie ostatnich 5 lat corocznie odnotowujemy dwucyfrowy wzrost! Analityka cieszy się coraz większym zainteresowaniem klientów, a dobre narzędzia, takie jak nasze, pomagają im w podejmowaniu optymalnych decyzji. Co więcej, my nie tylko wiemy, jak działa sama technologia, ale też jak funkcjonuje biznes klienta. Połączenie tych kompetencji w jednym zespole uważam za jeden ze swoich najważniejszych sukcesów na stanowisku szefa polskiego oddziału SAS. Niektórzy z naszych klientów nawet czasami żartują, że znamy ich biznes lepiej od nich samych.

– Z wykształcenia jest pani informatykiem. Jak więc udało się pani stworzyć tak świetnie prosperujący oddział?
– Od początku swojej zawodowej kariery szukałam nowych wyzwań. Tak było, gdy w ramach praktyk studenckich wyjechałam w 1987 r. do USA, by podjąć pracę jako programistka w firmie Quintiles, specjalizującej się w obróbce danych klinicznych. Chociaż programowałam w narzędziach SAS, z którymi nie miałam wcześniej nigdy do czynienia, po trzech miesiącach otrzymałam propozycję pracy w Wielkiej Brytanii, gdzie w nowo otwieranym oddziale firmy odpowiadałam za budowę i rozwój zespołu programistów. Po zmianach w Polsce na początku lat 90. postanowiłam wrócić do kraju. Zgłosiłam się do europejskiej centrali SAS z propozycją, że jeśli będą otwierać biuro w Polsce, to ja bardzo chętnie pokieruję działem wsparcia. SAS odpowiedział natychmiast propozycją założenia przedstawicielstwa w Polsce. Niezbyt mi ta rola odpowiadała, ale postanowiłam spróbować.

– I wtedy zapewne pomyślała pani, że warto skończyć studia MBA?
– Ależ skąd, MBA nie mam do dziś! W zakresie zarządzania jestem samoukiem, a z korporacyjnych szkoleń zaliczyłam jedynie te handlowe. Sprzedaż od samego początku szła mi dobrze. Właściwie kolejne lata udowadniały, że mam intuicję biznesową, wyczuwam potrzeby klientów i przyszłościowe trendy rynkowe. Ogromne znaczenie miał też model współpracy, jaki zaproponowałam zarówno klientom, jak i zespołowi. Wygrywaliśmy dzięki naszej wiedzy i zaangażowaniu, każdy klient miał gwarancję najlepszego wsparcia i wymiernych efektów. Dlatego już na starcie zaufały nam największe firmy i instytucje w naszym kraju: Narodowy Bank Polski, BRE Bank, PZU, Telekomunikacja Polska, PTK Centertel… Praktycznie wszystkie organizacje, które budowały wówczas hurtownie danych, realizowały je w oparciu o naszą technologię i know-how. Wypracowane wtedy standardy i kultura pracy stały się fundamentem naszego stałego sukcesu na rynku. Dzięki innowacyjnej i solidnej marce zgromadziliśmy wśród naszych użytkowników społeczność dynamicznych, otwartych i mądrych ludzi.

– Budowa hurtowni danych w tamtych czasach napotykała jednak na nie lada wyzwania. Wam chyba też nie szło wtedy jak z płatka?
– Wręcz przeciwnie! Chociaż z badań Gartnera wynikało, że 80 proc. wdrożeń hurtowni danych na świecie kończy się fias­kiem, my, w Polsce, z sukcesem realizowaliśmy jedno wdrożenie za drugim. Podczas, gdy większość dostawców technologii IT nastawiała się głównie na to, żeby przy realizacji wdrożenia klient wykupił jak najwięcej godzin pracy konsultantów, SAS starał się poprzez szkolenia i transfer wiedzy, jak najszybciej usamodzielnić użytkowników. Klienci doceniają to do dziś. Przez te 20 lat zaledwie kilku z nich zrezygnowało z naszych usług, a aż 2/3 spośród wszystkich regularnie co roku dokupuje nowe produkty.

– Z czasem hurtownie danych stały się jednak na tyle popularne, że trzeba było szukać nowych sposobów rozwoju biznesu. Skąd brała pani wtedy nowe pomysły? Z centrali?
– Centrali do tego nie mieszałam, od samego początku starając się zapewnić sobie i swojemu oddziałowi tyle niezależności, ile się dało. Samodzielnie podjęłam decyzję, by rozbudować standardową ofertę produktową o rozwiązania dostosowane do potrzeb biznesowych poszczególnych branż i wesprzeć ją kompleksowymi usługami doradczymi. Gdy nowy model działania zaczął przynosić korzyści finansowe, zostaliśmy uznani za prekursora innowacyjnej oferty i reorganizacji modelu biznesowego. Wkrótce uruchomiliśmy dział R&D rozwiązań biznesowych dla sektora telekomunikacyjnego. Zaproponowane przez nas rozwiązania były na tyle skuteczne, że w ciągu kilku miesięcy weszły na rynek europejski, a w ciągu roku – globalny. W Polsce powstało Światowe Centrum Kompetencyjne SAS w zakresie rozwiązań analitycznych w obszarze Customer Intelligence. Dzięki własnym pomys­łom i inicjatywie staliśmy się nagle strategicznym ośrodkiem rozwoju produktów i kompetencji dla korporacji, która na świecie zatrudnia 13 tys. osób i współpracuje z 60 tys. firm.

– A które ze zrealizowanych projektów uważa pani za najbardziej spektakularne?
– Najbardziej imponują projekty dla sektora publicznego, które pomagają zmieniać Polskę w nowoczesny kraj. Jednym z najnowszych przykładów jest wsparcie GUS w przeprowadzeniu Narodowego Spisu Powszechnego, gdzie na platformie SAS po raz pierwszy w historii kraju udało się oczyścić i zintegrować dane z praktycznie wszystkich dostępnych rejestrów publicznych. Wykorzystanie tych danych na potrzeby spisu pozwoliło znacznie zredukować liczbę pytań i informacji wymaganych w formularzach spisowych. Dzięki temu liczba rachmistrzów zmalała do 18 tys. ze 180 tys. w 2002 r., formularz spisowy zyskał prostą formę, która była możliwa do implementacji na rejestratorach elektronicznych zamiast arkuszy papierowych, a uporządkowanie rejestrów państwowych pozwoliło na uzyskanie informacji dotychczas niedostępnych w poprzednich spisach. W rezultacie obniżono koszty całkowite przedsięwzięcia o 40 proc., a w perspektywie długofalowej GUS pozyskał uniwersalną platformę analityczno-informacyjną do realizacji wszelkich badań statystycznych. Dzięki narzędziom SAS, GUS jest w stanie czyścić i integrować dane gromadzone w rejestrach publicznych i innych źródłach i wykorzystywać je w analizach. Z kolei dla Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego zaprojektowaliśmy System do Zapytań o Historię Szkód i Przebieg Ubezpieczenia OC oraz AC, który umożliwia towarzystwom ubezpieczeniowym szybkie sprawdzenie, w ilu wypadkach uczestniczył właściciel pojazdu i uwzględnienie tych informacji przy kalkulacji jego nowej składki za OC czy AC. O skali zainteresowania nowym systemem świadczy fakt, że przed jego wdrożeniem liczba zapytań kierowanych do Ośrodka Informacji UFG przez zakłady ubezpieczeń wynosiła ok. 17 tys. rocznie, a w ciągu pierwszych 9 miesięcy po jego wdrożeniu – 2,5 mln.

– Tak wielkie sukcesy nie byłyby możliwe bez odpowiednich zasobów kadrowych. Jaki ma pani sposób na ich pozyskiwanie?
– Podstawowy trzon firmy jest oparty na długoletnich pracownikach, którzy są z nami nie tyle dlatego, że mamy atrakcyjną ofertę rynkową i dobry pomysł na rozwój biznesu, ale przede wszystkim z powodu unikalnej samodzielności, możliwości samorealizacji, wzrostu kompetencji i doskonałego zespołu współpracowników. W tegorocznym badaniu, przeprowadzonym przez Great Place to Work Institute, aż 90 proc. pracowników stwierdziło, że SAS jest wspaniałym miejscem pracy. Bliska współpraca z wydziałami informatyki wyższych uczelni oraz Akademia Młodych Talentów (AMT), którą powołaliśmy kilkanaście lat temu, zaowocowała tym, że studenci umieszczają nas w gronie najbardziej atrakcyjnych miejsc pracy w branży IT. Do Akademii dostać się nie jest łatwo, ale ci, którym to się uda, to najlepsi z najlepszych, którzy mogą potem realizować się u nas zawodowo przez lata. Obecnie większość managerów SAS Polska to nasi wychowankowie – absolwenci AMT.

– Pani kariera to świetny temat na książkę. Czy kiedykolwiek próbowała pani skonfrontować swoje metody z pracy z literaturą na temat zarządzania?
– Trochę więcej czasu dla siebie mam dopiero od niedawna, i gdy zaczęłam się interesować coachingiem i psychologią biznesu, ze zdumieniem odkryłam, że to, co przez lata wdrażałam w polskim oddziale, to jest właśnie to, co proponują w swoich książkach najwięksi specjaliści od zarządzania. Nie oznacza to jednak, że z ich tezami zgadzam się w 100 proc. Często zdarza mi się polemizować. Mam niesłychanie silne przekonanie o swojej wiedzy i doświadczeniu we współpracy z ludźmi, a przecież na tym właśnie polega „zarządzanie”. Czasem zastanawiam się, jak najlepiej wykorzystać zgromadzony bagaż doświadczeń i podzielić się swoją wiedzą z innymi. Ale czy to materiał na książkę? Kto wie…

– Wnioskuję stąd, że raczej nie ma pani ochoty na zmianę pracy?
– Nie, bo gdzie znajdę drugą firmę, która da mi tak dużą samodzielność, zaakceptuje moje podejście do prowadzania biznesu i zarządzania ludźmi, pozwoli działać według moich zasad? Prawie wcale nie raportuję, nikt mnie z centrali nie pogania i nie denerwuje, a ja z kolei nie indaguję ich, co mam robić, bo nie boję się podejmowania trudnych decyzji, chociaż zawsze staram się być w zgodzie z korporacyjnymi standardami. Wielokrotnie proponowano mi awans w strukturach pionowych SAS, ale to mnie w ogóle nie interesuje. Na swoim czuję się najlepiej. Nie sposób też nie wspomnieć o drugim aspekcie. Nasza firma niezmiennie wygrywa w rankingach pracodawców – w tym roku SAS, według GPTW, jest numerem 1 na liście najlepszych na świecie.

Co lubi ALICJA WIECKA?

MODA – nie ulega modom, ceni klasykę i pomysły młodych projektantów
KUCHNIA – zdrowe jedzenie i wszystkie kuchnie świata, ale dla przyjaciół najlepiej umie przygotować dania tajskie, meksykańskie i japońskie
WYPOCZYNEK – każdą wolną chwilę spędza na łonie natury. Podróżując po świecie wybiera nowe, nieznane miejsca
HOBBY – medycyna chińska i naturalna, zwiedzanie świata, muzyka. Poza tym sport i taniec (latino, zumba, nowoczesny). Ukochany obraz w muzeum to „Słońce majowe” Józefa Mehoffera i „Imieniny Babuni” Olgi Boznańskiej. Książka, która ostatnio zrobiła na niej największe wrażenie to „Tysiąc Wspaniałych Słońc” Khaleda Hosseini

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...