.
Strona główna Blog Strona 424

Kobiety na szczycie

Kwestia równych warunków pracy dla kobiet wciąż pozostaje gorącym tematem, lecz jedna z globalnych firm dowiodła, że przebicie się przez szklany sufit i mur uprzedzeń nie jest jedynie pobożnym życzeniem. Dokonał tego polski Berlitz.

Piątkowe popołudnie na Żurawiej, ścisłe centrum Warszawy. Na zewnątrz słota, w lokalu grupa pań przy stoliku. Spotkanie nie ma jednak nic wspólnego ze stereotypową kawą i ploteczkami. Jest to zebranie kierownictwa Ośrodków Szkoleń Językowych Berlitz z dyrektorem zarządzającym Grażyną Słowikowską. Długa historia Berlitz w naszym kraju (obecnego już w 7 kluczowych miastach) rozpoczyna się w 1909 r. jako inicjatywa Henry’ego Ratulda i jego żony. Kolejne ośrodki powstały w Łodzi w roku 1910 i Krakowie w 1911 r. Gdy wybuchła I Wojna Światowa, Ratuld wyruszył walczyć, Berlitz zaś, po raz pierwszy, pozostawiony został w kobiecych rękach. Pomimo groźby upadku wiszącej nad ośrodkami niczym miecz Damoklesa, firma przetrwała do 1939 roku. W 1991 r. działalność została wznowiona pod przewodnictwem G. Słowikowskiej. Na otwarcie kolejnych ośrodków w Warszawie,

Poznaniu, Wrocławiu, Łodzi, Krakowie, Katowicach i Gdańsku nie trzeba było długo czekać. W tym ostatnim lektorzy, jak i nauczyciele mieli styczność z samym Lechem Wałęsą, ponieważ Berlitz dzieli tam budynek z Solidarnością.  Sukces Berlitz nie jest jedyną rzeczą wartą odnotowania – wart uwagi jest również fakt, iż kierownictwo pozos­taje w kobiecych rękach. Składa się w całości z dziesięciu przedstawicielek płci pięknej. Imponujące? Nie tylko Polska może poszczycić się obecnością płci pięknej w kadrze zarządzającej. Do 1 kwietnia prezesem globalnej firmy była Yukako Uchinaga, której spuścizną jest ponad 550 ośrodków, rozmieszczonych w ponad 70 krajach.

Już w 2008 r., w chwili nominacji Y. Uchinagi, Berlitz mógł posz­czycić się pozycją najstarszej, najbardziej rozpowszechnionej i najbardziej prestiżowej szkoły językowej na świecie. Dziedzictwem, które pozostawia, jest Global Education Company. Pod kierownictwem Y. Uchinagi właśnie, wystartował „Global Leadership Training” i e-Berlitz – internetowe lub, jak kto woli, zintegrowane kursy mające na celu podwyższenie kompetencji uczniów również poza oferowanymi lekcjami.

Udając się na zasłużony odpoczynek, Y. Ushinaga powiedziała: „Wiele radości sprawia mi, że nasze wysiłki przynoszą efekty. Global Leadership Training jest strzałem w dziesiątkę. Pomaga on naszym klientom stać się managerami światowego kalibru. Wypuszczony na rynek ostatnimi czasy program zintegrowanego nauczania Berlitz łączy w sobie uznaną już interakcję między lektorem a uczniem z możliwościami internetowej platformy edukacyjnej.”

Czym zatem jest Global Leadership Training? Czemu Berlitz postanowił rozwijać swoją działalność w tym kierunku? Zgromadzone przy herbatce panie spieszą z wyjaśnieniem. Sęk tkwi w pokonywaniu barier, z którymi boryka się kierownictwo w toku wykonywania swych powinności. Mowa o barierach językowych, kulturowych, etnicznych, religijnych i obyczajowych. Kurs Zarządzania pomaga rozpoznać, uwzględnić i wykorzystać całą gamę środowisk, w których przyszło danemu managerowi działać  w celu osiągnięcia jak najlepszych efektów.

– W Polsce firmy, gdzie managerem jest kobieta, są wciąż nowością – stwierdza G. Słowikowska. – Badania wykazują, że CV złożone przez mężczyznę jest wciąż bardziej przychylnie traktowane, niż zaprezentowane przez kobietę. Mimo to kierownictwo Berlitz pozostaje w rękach kobiet. Dlatego też kwestie zawiłości zwyczajów kulturowych i wynikające z nich trudności nie są nam obce. Co więcej, Berlitz jest przedsięwzięciem globalnym, które działa według potrzeb rynków międzynarodowych. Nie jesteśmy płotką starającą się pokazać grubym rybom na co nas stać. Współpraca i ciągły przepływ informacji ciągnie się od USA, przez Paryż, Brukselę, Tokio, aż po Tel Awiw. Dla kogoś z zewnątrz może to wyglądać jak koleżeńska wymiana zdań, ale nigdy nie tracimy z oczu niebezpieczeństw związanych z interakcją międzykulturową. Dlatego też, z uwagi na nasze doświadczenie, uważamy naszą ofertę za najlepiej dostosowaną do potrzeb firm międzynarodowych lub takich, które mają w zamierzają zaistnieć na rynkach międzynarodowych.

– Jako przykład niech posłuży PepsiCo – dodaje Grażyna Słowikowska. – Jest to jedna z pierwszych firm, która zatrudniła Berlitz w celu przeprowadzenia serii wewnętrznych przemian. Przemiany te były dogłębne i dotknęły wszystkich 90 tys. pracowników, od dyrektora wykonawczego na szeregowym pracowniku kończąc. Nawigując w strefie wpływów 180 krajów, 24 stref czasowych i 40 języków urzędowych, Berlitz musiał uporać się z niejedną przeciwnością. Naturalnie, firma brała pod uwagę zróżnicowanie kulturowe w swych szeregach, lecz każdy z managerówlokalnych zdawał się mieć inny pomysł na wcielenie koniecznych zmian w życie i na pomysłach się kończyło. By PepsiCo mogła osiągnąć swoje cele, firma zwróciła się do Berlitz.

W czym zatem tkwi sekret Berlitza? Czy jest to kwestia kobiecego dotyku?
– Wystarczy zapisać się na nasz Global Leadership Training, by się przekonać – żartobliwie podpowiada G. Słowikowska. – A mówiąc poważnie; jesteśmy międzynarodową firmą ze znaczącym zapleczem, zapewniającą najwyższy poziom szkoleń oraz mającą na uwadze potrzeby rynku lokalnego. Spójrzmy prawdzie w oczy: w samej Polsce mamy 9 ośrodków językowych umiejscowionych w niesłychanie zróżnicowanych miejscach. Każdym z tych ośrodków zarządza jedna z uroczych pań, które trzymają pieczę nad potrzebami i wymaganiami naszych klientów. Co więcej, możemy się pochwalić gamą lektorów z całego świata. Wielu z nich zdobyło doświadczenie w środowisku korporacyjnym. Ci ludzie mają wiedzę o zarządzaniu i różnorodności.

Co lubią managerki Berlitz?

Zegarki – Omega „Constellation Double Eagle”, Festina, Swatch, Pandora, Anne Klein
Ubrania – Sisley, Simple, Banana Republic.
Buty – Tommy Hilfiger, Ecco, Clarks, Ryłko. Okulary  DKNY, Marc Jacobs, Giorgio Armani, Chanel, Ray Ban Wayfarer
Wakacje – Kreta, Nordkapp, Sycylia, Mazury, polskie góry, Chiny, Włochy
Kuchnia – wegańska, amerykańska, włoska, japońska, hiszpańska, tajska, polska
Samochody – Volvo, Mini Cooper, Fiat Punto Evo, Renault Megane
Hobby – makrofotografia, joga, snowboarding, pływanie, narty, podróże, tai chi, wycieczki rowerowe, literatura psychologiczna, gotowanie, jeździectwo, tresura psów, muzyka, kino, ogrodnictwo, muzyka jazzowa i wczesnobarokowa, nauka języków obcych, grafika
Telefony  iPhone, Samsung Galaxy S, Sony Ericsson Xperia Arc S

Patrycja Zaczyńska

Rozmowa z Patrycją Zaczyńską, współwłaścicielką międzynarodowej pracowni projektowej ADP ARCH LTD

– Czym jest dla pani architektura?
– Architektura to temat rzeka, dotyczy każdego z nas i ma bezpośredni wpływ na nasze życie. Ma wpływ na to, jak się zachowujemy, nawet na to, którą stroną ulicy idziemy, jak czujemy się w danym wnętrzu. Jak postrzegamy daną przestrzeń, czy jest ona ucieczkowa i nie chcemy w niej przebywać, jak to jest w różnych miastach, czy też lubimy w niej przebywać, kochamy jakieś miejsca, jak Rzym czy Paryż. Ma tu znaczenie nie tylko forma, ale i użyte materiały. Francuskie kamienice są wykończone w innym kamieniu niż londyńskie. Ptaki w różnych miastach też inaczej śpiewają, jest przynajmniej taka teoria. Przestrzeń, architektura, sztuka, moda, wszystko się przenika.

– Pani inspiruje się modą i filmem… Jak przenosi pani to w świat architektury?
– Ostatnio zapragnęłam przenieść do świata aranżacji wnętrz rozwiązanie, które zobaczyłam na pokazie mody Cavalliego. Podłoga wykończona ciemnym dębem połączonym z czarnym marmurem. Byłam pod tak wielkim wrażeniem tego połączenia, że zapragnęłam gdzieś go zastosować w moich aranżacjach. Użyłam tego motywu w najnowszej linii moich ekskluzywnych mebli, w witrynie, którą zaprojektowałam.

– Tworzy więc pani też meble?
– Od pełnowymiarowej architektury po wystrój wnętrz i małą architekturę, jak czasami nazywam sztukę użytkową. Marzę, żeby zaprojektować własną biżuterię… Interesuję się designem, to mnie inspiruje. Skończyłam architekturę, ale specjalizuję się w aranżacji wnętrz. To naprawdę lubię. Przez to granica między moim życiem prywatnym a zawodowym stała się płynna. Nawet jak oglądam film, cały czas myślę, jak dana scenografia, dany kadr z filmu „zagrałby” w nowym wnętrzu. Inspiruje mnie Woody Allen, „Seks w Wielkim Mieście” czy „Pulp Fiction”. Sofa z filmu „Manhattan”, chociażby… Ostatnio zainspirowała mnie reklama perfum Gucci, w której kobieta wychodzi z windy. Podobał mi się korytarz i wykorzystałam to w jednym z projektów. Oglądam coś, potem odszukuję to w Internecie. Jednym z takich filmów, który wywarł na mnie duże wrażenie pod względem estetycznym, był film Romana Polańskiego „Rzeź”. Tam wszystko dzieje się w jednym pomieszczeniu, w którym mamy bardzo wiele rodzajów oświetlenia: różne źródło, natężenie, różne wysokości rozmieszczenia lamp. Przez cały film zwracałam uwagę tylko na to!

– Czy klienci wiedzą, że mają wnętrze inspirowane filmem?
– Nie zawsze. Ale jeżeli to ich interesuje, to są zadowoleni.

– Pani biuro specjalizuje się więc właśnie w wystroju wnętrz?
– Nie tylko. Działamy w trzech miastach: Londynie, Warszawie i Poznaniu. Wszyscy jesteśmy architektami. Zajmujemy się tym, czym biuro architektoniczne się zajmuje. Budową, rewitalizacją, uzyskiwaniem pozwoleń. Teraz oczekujemy na przykład na pozwolenie na odnowę zabytkowego budynku w Londynie. Chcieliśmy go trochę unowocześnić, ale chyba będziemy musieli zrezygnować z szaleństw.

– Czy architektura powinna szokować, czy raczej współgrać z otoczeniem?
– Są dwie szkoły. Zależy to też od tego, czy jest to nowa adaptacja zabytku czy też jest to nowa zabudowa na nowej działce. Według mnie, ważny jest duch miejsca. Nawet jako architekt i projektant z kilkunastoletnim doświadczeniem nie mogę zdecydowanie powiedzieć, w jakim kierunku bym poszła. Trzeba poczuć dane miejsce, zobaczyć otoczenie, drzewa, ulice, jak toczy się w nim życie, jaki jest tam klimat. Ważne są też warunki pogodowe. Inaczej projektuje się w Kalifornii, inaczej u nas.

– Czyli niekoniecznie równowaga i niekoniecznie dekonstruktywizm?
– Równowaga przede wszystkim. Umiejętność wyważenia proporcji i właściwego dobrania materiału. Łatwo można przesadzić. To tak jak z modą. Jeżeli włożymy na siebie wszystko, co nam się podoba, bez dopasowywania, to będziemy mieli estetyczną katastrofę. W architekturze podobnie.

– Projektowała też pani butiki dla takich marek, jak Jimmy Choo czy Bottega Veneta…
– W tym zakresie projektów specjalizuje się mój partner, który odpowiada za współpracę z międzynarodowymi firmami. Dzięki temu nasza pracownia ma możliwość pracy nad projektami luksusowych marek. Koncepcja designu pochodzi z reguły z najbardziej renomowanych pracowni we Włoszech lub USA – naszą rolą jest adaptacja do lokalnych uwarunkowań architektonicznych, przygotowanie dokumentacji i nadzór.

– Projektowała pani wnętrza apartamentów wieżowca Daniela Libeskinda w Warszawie, Złota 44. Skąd tak słynny architekt w pani życiu?
– Taki był plan (śmiech). Bardzo się staram realizować swoje plany i bardzo często mi to wychodzi. W momencie, gdy jako pracownia stwierdziliśmy, że zdobyliśmy wystarczające doś­wiadczenie, zdecydowaliśmy się otworzyć biuro w Warszawie. Ja zaczęłam udzielać się w życiu publicznym, to cena, którą zdecydowałam się zapłacić, by ludzie o mnie usłyszeli. Byłam ekspertem w różnych magazynach, telewizji, m.in. wraz z koleżanką w „Dzień dobry TVN”. Usłyszał o nas dział marketingu Złota 44, zaprosili nas do rozmów i konkursu z naszym portfolio i listami referencyjnymi. Zostaliśmy wybrani.

– Daniel Libeskind miał swoją wizję wnętrza, czy zostawił wam wolną rękę?
– Stworzyliśmy pakiet projektów. Jedną z ich części było opracowanie projektów dla części wspólnych – wind, recepcji, itp. budynku w koordynacji z biurem Daniela Libeskinda. Nasze sugestie przesyłaliśmy do Nowego Jorku i czekaliśmy na uwagi, akceptację. Wszystko miało współgrać z formą budynku. Były też projekty apartamentów i stworzenie linii ich wykończenia. Projekt skończyliśmy i oddaliśmy do dyspozycji Złotej 44. Nie wiem, czy wszystkie projekty będą wdrożone, to już decyzja Złotej 44. W każdym razie opracowaliśmy pięć standardów styli wykończeniowych. Mój ulubiony z nich to nowojorskie art deco z bardzo szlachetnymi, ekskluzywnymi elementami, czarna łuska,
biały onyks w połączeniu z chromem, specjalnie wykańczane drewniane okleiny, plafony o stonowanej kolorystyce ujęte w chromowe ramy i łazienki z kryształowymi umywalkami… Drugi, to bardziej minimalistyczny. Beton, surowość, proste linie, szkło, biały i czarny marmur. Przestrzeń maksymalnie otwarta z maksymalnym wykorzystaniem naturalnego światła. Złota 44 to było ciekawe wyzwanie, bo ten budynek, mimo że jeszcze nie ukończony, już stał się ikoną Warszawy, synonimem luksusu.

– Czym dla pani jest luksus?
– Ten budynek należy do rynku dóbr luksusowych. W przypadku budynku, luksusem jest nazwisko architekta, miejsce usytuowania, forma budynku, wysokość, doświetlenie naturalnym światłem, przestrzeń. W Złotej 44 forma dodatkowo przenika do wnętrza. Luksusem są też zastosowane materiały wykończeniowe. Czysty luksus to te wszystkie elementy, jeszcze wzbogacone przez dodatki właściciela. Klimat tworzą też zapachy, tak zwana biżuteria: klamki, gałki.

– Czy Polacy lubią poszaleć w wystroju wnętrz, czy są raczej konserwatywni?
– Polacy nie różnią się od innych klientów, z Monaco czy Nowego Jorku. Są głodni wiedzy i chętni do współpracy. Czasami mają też własne wizje, chcą wprowadzać w życie pomysły, które już gdzieś zaobserwowali. Projektuję tak, by sprawić klientowi przyjemność. Ukochany stary mebel też znajdzie swoje miejsce na życzenie klienta.

– Czy luksus dzisiaj to przede wszystkim materiały, technologie?
– Nie tylko. Architektura sama w sobie. Czy jest to miasto, czy grecka wyspa. Luksus to wszystkie, nawet najdrobniejsze elementy we wnętrzu, bilet do opery zostawiony niby przez przypadek na biurku, zaproszenie na ekskluzywne przyjęcie do ambasady, nieprzypadkowy album czy książka na stoliku do kawy. To wszystko tworzy klimat. Inne elementy na biurku są u pana profesora, inne u aktorki. Luksus to osobista wymarzona przestrzeń stworzona z pomocą projektanta.

– Czy wtedy nie udajemy trochę kogoś innego?
– Trzeba sobie zadać pytanie, którą swoją stronę chcemy pokazać. Jaki chcemy mieć wizerunek. Zwykle osoby, które decydują się na takie inwestycje, mają kilka rezydencji, w których mogą sobie pozwolić na różne rzeczy… Moi klienci dużo podróżują i bawią się designem. Są świadomi i wiedzą czego chcą. Taki klient jest najcenniejszy.

– Czy bliższe jest pani projektowanie wnętrz, czy duża architektura?
– Uwielbiam twórczość w ogóle. Każdego rodzaju. Może dlatego, że mój ojciec był artystą malarzem.

– Dużo się mówi ostatnio o architekturze miejskiej, miejskiej przestrzeni. Czym ona jest dla pani?
– Przestrzeń urbanistyczna jest spleciona z architekturą, konkretnymi bryłami, detalami. Miasto to nowe realizacje i budynki do odrestaurowania. To zabytki, architekci, inwestorzy i konserwatorzy. Trudny temat. To wyzwanie. Architektura musi się też spinać finansowo. Gdy myślę o mieście, często myślę o tych wszystkich obostrzeniach do pokonania…

– A pani ulubione miasto?
– Nie jestem oryginalna… Paryż. Lubię też Brugię i Waszyngton, zwłaszcza Georgetown.

– Jaki architekt panią inspiruje?
– Nie miałam nigdy jednego guru. Lubię różne style, rożne kierunki. Wybitny jest Renzo Piano, który mnie wielokrotnie inspirował. Jeśli chodzi o wnętrza, to na przykład francuski projektant Christian Liaigre. Jest ich wielu.

– A jaki budynek wzbudza w pani największe emocje?
– Empire State. To przez sentyment. Pobyt w USA to pierwsze doświadczenia zawodowe, ale też prywatne. Uwielbiam otoczenie tego budynku, nagromadzenie detali, form. Podobnie Chrysler Building.

– Gdyby nie Nowy Jork w pani życiu, pani kariera potoczyłaby się podobnie?
– Myślę, że tak. Wyjechałam z Polski zaraz po studiach, żeby zdobyć jak największe doświadczenie. Taki był plan. Oczywiście, Nowy Jork to wielka szansa, ale myślę, że każdy architekt, który ma głowę pełną pomysłów, osiągnie sukces.

– W projekcie ważny jest nie tylko architekt, ale i inwestor. Czy sami szukacie inwestorów?
– Tak się szczęśliwie składa, że to oni nas znajdują.

– Jakieś niezwykłe wyzwania, dziwne zlecenia, słynni klienci w pani karierze? Praca dla Libeskinda jakoś pani pomogła w nawiązaniu nowych kontaktów?
– Mam taką zasadę, że o tym nie mówię, ale było kilku słynnych, czy ze świata filmu, czy polityki. Podpisujemy najczęściej klauzulę poufności. Przy słynnych klientach można poszaleć, uwolnić wodze wyobraźni, zaproponować coś odmiennego. Każdy kolejny projekt to nowy element portfolio, każdy nas wzbogaca.

– Jakie są najnowsze realizacje ADP Arch?
– Prowadzimy teraz ciekawą inwestycję w Krakowie oraz rozbudowujemy kilka starych kamienic w Poznaniu. Właśnie trwają rozmowy z miastem i konserwatorem. Trzeba trzymać kciuki! To wspaniały obiekt, który dostanie zupełnie nową duszę. Bardzo cieszy mnie ten projekt.

– Woli pani Kraków czy Warszawę?
– Powiem tak: Polska ma wiele bardzo urokliwych zakątków. Znalaz­łam je w Warszawie, znalazłam je w Krakowie. W każdym mieście można znaleźć coś dla siebie. W Warszawie jest, na przykład, dużo przestrzeni ucieczkowych, a to nie sprzyja gromadzeniu się, życiu mias­ta, tworzeniu miejsc z klimatem. Decyduje tu też wysokość budynków. Lubię okolice Placu Trzech Krzyży, Powiśle i stare tereny kolejowe. Warszawa ma mnóstwo terenów z potencjałem. Żeby właściwie to wszystko zagospodarować, potrzebny byłby cały zespół architektów współpracujących ze sobą. Dobrze, jeżeli inwestor ma na względzie przede wszystkim dobro projektu, ale nie każdego na to stać.

– Le Corbusier powiedział kiedyś, że budynek to maszyna do mieszkania. Zgadza się pani z tym?
– Też tak uważam. Corbusier miał dużo ciekawych pomysłów. I kontrowersyjnych. Chodzi o to, by tak ten budynek urządzić, żeby każdy czuł się w swoim małym luksusie.

– Co jest dla pani najważniejsze we wnętrzu, by było tym małym luksusem?
– Wysokość mieszkania, materiały i oświetlenie. Coś ponadczasowego. Niegonienie za modą. Jestem zwolennikiem prostej elegancji i minimalizmu. Ważna jest armatura w łazience i sprzęty w kuchni. Na tym nie powinno się oszczędzać.

– Co doradziłaby pani młodym architektom startującym w zawodzie?
– Myślę, że młodzi architekci są bardzo odważni i każdy z nich potrafi sobie znaleźć własną ścieżkę. Ważna jest pewność siebie, ale i pokora. Bez pokory wobec innych projektów człowiek się nie rozwija. Są piękne projekty, które trzeba doceniać i czerpać z nich inspiracje.

– Pani plany na przyszłość?
– Wspomniałem już o kolekcji mebli. Będę się starała rozwijać ten pomysł.

– Największe osiągnięcie?
– Zawsze staram się wykonywać swoją pracę na najwyższym poziomie. Lubiłam projekt, który tworzyłam w Monaco, z jego tarasu roztaczał się przepiękny widok na zatokę i pałac książęcy. To sprawiło mi naprawdę dużą satysfakcję.

Co lubi Patrycja Zaczyńska?

Ubrania – Jil Sander, Gucci
Buty –  Christian Louboutin
Perfumy – zapachy Jo Malone, nie tylko perfumy, ale i świeczki; Diptyque
Wypoczynek – ciepłe kraje, narty zimą
Kuchnia – tajska
Restauracja – „Gitan” w Nowym Jorku, w Norita na pograniczu Little Italy i East West Village, gdzie jadła pyszny tost z ciemnego chleba z pastą z awokado posypany ostrą papryką
Hobby – albumy, książki, projektowanie, architektura

Tobias Ragge

Rozmowa z Tobiasem Ragge, dyrektorem zarządzającym HRS

– Chyba ucałowaliście łącza internetowe, kiedy Internet zaczął bezwarunkowo królować w świecie komunikacji?
– Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że przewidzieliśmy taką ewolucję i fakt, że to medium będzie kiedyś najważniejsze na świecie, nie tylko w systemach rezerwacyjnych.

– Dzisiaj można rzec, że bez Internetu nigdy nie osiągnęlibyście pozycji lidera, którą dzisiaj w tym segmencie rynku HRS posiada?
– Nowe technologie były w pewien sposób rozszerzeniem idei mojego ojca, który w 1972 roku wpadł na pomysł bazowy, tworzył manualnie listę hoteli i koordynował rezerwacje, i zupełnie naturalną sprawą było rozszerzenie biznesu dzięki sieci.

– Pana już ciągnęło do firmy jako nastolatka.
– Chodzi zapewne o to, że jako 13-latek pracowałem w call center naszej firmy… Uważam, że to jasny punkt w moim CV i zapewne będę z dumą to opowiadał moim wnukom, ale na poważnie, to uważam za bardzo istotne, aby identyfikować się z firmą rodzinną, której powstanie i doprowadzenie do sukcesu wymagało wielu poświeceń ze strony moich bliskich.

– Wszędzie was pełno: i w Internecie, i innych mediach, w różnych krajach. Teraz czas na Polskę, to ważny etap w waszej ekspansji?
– Po pierwsze, jesteście naszym sąsiadem, a po drugie, Polska jest w Europie Wschodniej najbardziej interesującym rynkiem dla HRS. Prawie 40 mln mieszkańców, rozbudowany rynek konsumencki, zdrowy, rosnący rynek. Rosja w porównaniu do polskiego rynku jest też interesująca, ale to rynek trudny. W Polsce jesteśmy już obecni od 2007 roku i nigdy nie byliśmy niemiło rozczarowani. Owszem, czasami dziwimy się, że najważniejszą sprawą przy wyborze hotelu na rynku polskim jest cena, bo Polak chce kupować tanio.

– To wynika nie tylko z cnoty oszczędności, my tutaj ciągle mniej zarabiamy, niż nasi sąsiedzi zza Odry…
– Ale to też jest wyzwanie, bo ten rynek będzie się zmieniał. Przewiduję, że także w tej branży będziemy notowali stałe wzrosty… I w przyszłości Polska będzie odgrywała pierwszoplanową rolę w tej części Europy.

– Nie rozmawiamy o liczbach, bo wiem, że pan tego nie lubi. Ale gdybyśmy mieli określić, jaki udział mają Polacy w ogólnej liczbie rezerwacji HRS?
– Trudno powiedzieć, zapewne mniejszy od Chińczyków, ale proszę wybaczyć za ten rodzaj humoru, jest to rynek ros­nący, bardzo dobrze rokujący na przyszłość.

– Gdy się zanurza w historię firmy, to pana ojciec był wizjonerem, kiedy przed 40 laty postanowił pośredniczyć w wynajmie najpierw pokoi, a następnie hoteli…
– Ten rodzaj uzdolnienia nazywamy potocznie wizjonerstwem. W 1972 roku nikt nie chciał rezerwować hoteli, pośredniczyć w takim dealu, bo otrzymywało się 10 proc. prowizji od np. 70 marek. To były grosze, bo w przypadku rezerwacji samolotów to 10 proc. dawało sumę nierzadko kilkuset marek. Proszę też pamiętać, że branża hotelarska wówczas nie była tak przyjazna klientom. Mało tego, zdarzało się, że właściciele hoteli byli wręcz nieuprzejmi. Ojciec zauważył, że nikt nie dba o klienta, jest on źle obsługiwany i postanowił coś zmienić na tym rynku. I właściwie jego kariera przypomina te amerykańskie – od pucybuta do milionera. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy pod koniec lat 80. pojawił się Internet i wtedy system BTX. Ojciec zauważył szansę w nowych technologiach i intuicyjnie wyczuł, że odmienią one świat, w tym świat rezerwacji hotelowych. W 1995 roku, kiedy Internet rozwijał swoje skrzydła na dobre, ojciec postawił jak na wyścigach – na jednego konia – i się udało.

– Pan rozpoczął przygodę z firmą 10 lat temu. Była to taka przysłowiowa zmiana pokoleniowa.
– Można powiedzieć, że z jednej strony, zmiana pokoleniowa, a z drugiej strony, wszedłem do tej branży jak istota nie z tego świata. Dla mnie były to technologie oczywiste, bo ja z nimi wzrastałem. Były one czymś zupełnie naturalnym. Dlatego było i jest mi łatwiej zarządzać i inspirować świat HRS.

– Dużo pan zmienił w firmie?
– Przede wszystkim, miałem inne spojrzenie na zarządzanie i kierownictwo firmą. Ojciec był typowym przedsiębiorcą, mającym na głowie firmę, swoją rodzinę i rodziny zatrudnionych. Ten styl nie miałby racji bytu, mówię o zarządzaniu w dzisiejszej sytuacji, kiedy jesteśmy w 12 krajach i zatrudniamy 1 300 osób.

– Jesteście już korporacją…
– Jak się staje większym, to trzeba się zmieniać. Trzeba się dostosować. Trzeba stworzyć profesjonalne struktury zarządzania. Co byłoby z firmą 10 lat temu, gdyby przydarzył się wypadek mojemu ojcu? Przestałaby istnieć cała organizacja. Dlatego, choć wiele osób alergicznie reaguje na korporacje, to potrzebny jest zespół, struktury, piony i poziomy, aby efektywnie zarządzać.

– Dzisiaj dużo się mówi o kryzysie przywództwa w polityce, ale i w biznesie. Managerem człowiek się rodzi, czy staje?
– Studiowałem zarządzanie i ekonomię, i uważam, że przywództwa nie można się nauczyć. Jesteś albo nie jesteś liderem. To co nazywamy przywództwem, to nic innego, jak zes­pół umiejętności, które w gruncie rzeczy ma się w genach. Ja mam to szczęście, że odziedziczyłem te umiejętności; z pewnością dużym wsparciem są też pewnie cechy mojego charakteru. Bycie liderem w naszych czasach jest decydujące. Dzisiaj trzeba posiadać strategię działania i wizję. W biznesie, w którym się obracam, muszę dać ludziom to przekonanie, że wiem, w którą stronę będziemy podążać. I to przekonanie musi być generalne, powszechne. Ważna jest też umiejętność motywowania i egzekwowania, o konsekwencjach nie wspomnę. Sam manager nie może stać w miejscu. Musi znaleźć czas na stałe dokształcanie. Istotnym uzupełnieniem jest, oczywiście, talent i doświadczenie życiowe.

– Jak określiłby pan w kilku słowach waszą ofertę?
– Mamy dwa rodzaje klientów – indywidualnego i firmowego. Klient indywidualny wchodzi na naszą stronę, szuka hotelu, znajduje i rezerwuje. Duże firmy oczekują od nas innego serwisu. W przypadku klienta firmowego jesteśmy czymś w rodzaju partnera outsourcingowego. Spotykamy się z firmą, np. Siemens, analizujemy podróże pracowników tej firmy i kupujemy dla nich na całym świecie pokoje hotelowe. Znając oczekiwania, przystosowujemy naszą ofertę do miejsc, gdzie podróżują. Żyjemy z prowizji w wysokości 15 proc., którą otrzymujemy za każdą efektywnie wykorzystaną rezerwację.

Wszystkie inne działania robimy za darmo, bo żyjemy z prowizji. Mało ludzi wie, że nie ma na świecie hotelu, który byłby w 100 proc. przez cały rok zapełniony gośćmi. Dlatego taka firma, jak HRS, tak świetnie się rozwija, bo proponując niższe ceny, wypełnia te niewykorzystane miejsca hotelowe. Obłożenie hotelu wynosi przeciętnie 60 proc. Tylko w Niemczech każdej nocy pozostaje 1 mln niewynajętych łóżek. Niesprzedanych. I to jest ogromny problem. To jest branża, która nie ma dużych narzutów. Każdy walczy o gości. Naszym zadaniem jest dostarczenie tego gościa bez stałych kosztów.

– Nawet tak utytułowany portal, jak wasz, lider na rynku, musi cały czas być szalenie innowacyjny, aby nie dać się dogonić na rynku innym, zwłaszcza że to dotyczy branży IT, stale się rozwijającej… Co zrobić aby zachować pozycję lidera?
– Jeżeli chodzi o krąg konsumencki, to jest to stosunkowo łatwe zadanie, ale diabeł tkwi w szczegółach. Mamy w Europie rynek hotelowy, który składa się z wielu fragmentów, którymi są indywidualne hotele. W Europie 80 proc. hoteli nie należy do sieci. Druga sprawa, to trzeba też zadbać o after sales. Mamy miliony telefonów rocznie, bo zanim goście zarezerwują hotel, chcą z nami porozmawiać, zadają pytania telefonicznie. Chociaż zaledwie 3 proc. rezerwacji odbywa się drogą telefoniczną, to mamy miliony rozmów przez telefon. Najważniejsze, że jesteśmy postrzegani na rynku jako fachowcy, dlatego cieszymy się takim zaufaniem i popularnością. Mamy charakter międzynarodowy, stąd też nasze filie w wielu krajach świata. I żeby istnieć i pozostać na rynku w koszulce lidera, trzeba reagować na wszystkie nowości i być obecnym na wszystkich poziomach komunikowania, od klasycznego Internetu, poprzez mobilne aplikacje, na nawigacji kończąc.

– Najlepszym dowodem są wpisy na portalach internetowych dotyczące jakości waszych usług.
– To bardzo ważne narzędzie, bo dzięki portalom internetowym można dzisiaj sprawdzić wiarygodność danej firmy przez feedback jej klientów. W naszym przypadku na 100 osób które rezerwują hotele poprzez HRS, 20 nas ocenia. Czyli co piąty. Z tego 85 proc. ocenia nas, jako dobrych lub bardzo dobrych. I dzięki portalom społecznościowym rynek staje się bardziej transparentny.

Co lubi Tobias Ragge?

Zegarki – IWC  Portuguese
Kuchnia – japońska, włoska i od czasu do czasu tradycyjna niemiecka
Samochód – Maserati
Hobby – podróże, piłka nożna. „Jestem wielkim fanem piłki nożnej i kibicem Schalke 04.”
Podróże – egzotyczne, dalekie kraje

Herbert Rastbichler

Rozmowa z  Herbertem Rastbichlerem, wiceprezesem i dyrektorem zarządzającym HP Central & Eastern Europe

– Jak ważna jest innowacyjność w sektorze IT?
– Niezwykle, gdyż nie ma roku, by w tym sektorze nie zachodziły drastyczne zmiany. I mam na myśli nie tylko te w produktach, ale także w procesach i w podejściu do biznesu. Znaczenie, jakie przywiązuje do tego HP, oddaje nasz slogan reklamowy „Make it matter” – czyli czyń tak, by to miało znaczenie. Jeśli chce się być w awangardzie rynku, trzeba zmiany nie kopiować, ale wymyślać i wcielać w życie zanim zrobi to ktokolwiek inny. I tak właśnie działa HP.

– Patrząc na historię osiągnięć HP na polu innowacyjności trudno nie zadać pytania, czy wszystko to odbywa się bez wysiłku?
– Rzeczywiście, na przestrzeni lat HP wdrożyło ogromną ilość innowacji, ale nie wszystkie z nich odniosły biznesowy sukces. Jednym z powodów było to, że część z nich pojawiła się przedwcześnie i potencjalni klienci nie mieli szansy z nich po prostu skorzystać. Tak było np. z tabletami czy ekranami dotykowymi, które mieliśmy wiele lat wcześniej, zanim rynek się nimi zachłysnął. HP postrzegało siebie wtedy wyłącznie jako firmę technologiczną, mniej czasu poświęcając na komunikację swoich innowacji. Obecnie informowanie szerokiej opinii publicznej o tym, co nowego się pojawi i jaki będzie miało wpływ na biznes czy konsumenta, jest bardzo istotnym elementem wprowadzania naszych innowacji na rynek. A to pomaga w zrozumieniu, kim jesteśmy i co robimy.

– Kto jest największym konkurentem HP?
– Nie ma takiego i nie oznacza to, że jesteśmy zarozumiali, tylko że mamy w ofercie tak dużą liczbę produktów i rozwiązań, iż na rynku nie ma nikogo, kto mógłby konkurować z nami na wszystkich polach. Oczywiście, w każdym z obszarów produktowych, w którym działamy, mamy pojedynczych rywali, ale ich nazwy są powszechnie znane. Inaczej wygląda sytuacja z usługami, bo w tym segmencie konkurujemy głównie z firmami lokalnymi, np. integratorami systemowymi czy deweloperami aplikacji. Wielokrotnie jednak się zdarza, że z nimi także współpracujemy, bo to tylko zwiększa synergię działań obu stron.

– Przed jakimi więc wyzwaniami HP stoi np. w obszarze PC?
– Rynek ten szybko się zmienia nie tylko dlatego, że technologie stają się coraz bardziej dojrzałe, ale również z powodu zmian w korzystaniu z danych, bo coraz więcej użytkowników je tworzy, a nie tylko konsumuje. Dlatego też coraz ważniejsze jest oferowanie rozwiązań, które mogą być z powodzeniem stosowane zarówno przez sektor biznesowy, jak i konsumencki. Obecnie HP jest jedyną na rynku firmą, która w ofercie ma tablety spełniające ten warunek. Nasz najnowszy ElitePad 900 jest idealnie dopasowany do potrzeb dowolnego przedsiębiorstwa, spełnia biznesowe wymogi bezpieczeństwa, umożliwia dostęp do środowiska i aplikacji, które są używane na pecetach, a jednocześnie może być w czasie wolnym, po pracy, z powodzeniem wykorzystywany do zaspokajania potrzeb konsumenckich, takich jak słuchanie muzyki czy granie w gry komputerowe. Mamy nadzieję, że ta koncepcja pozwoli nam na zdobycie pozycji lidera na tym rynku, postrzeganego nie wyłącznie przez liczbę sprzedanych egzemplarzy, ale przez jakość oferowanych rozwiązań. Taka strategia świetnie sprawdza się we wszystkich innych obszarach, w których działamy, czego efektem jest to, że w każdym z nich zajmujemy pierwszą bądź drugą pozycję na świecie.

– Czy także na rynku serwerów i usług?
– Oczywiście. W kwietniu tego roku wprowadziliśmy na rynek system HP Moonshot, pierwszy na rynku serwer łączący w sobie technologie wykorzystywane w smartfonach, co pozwala optymalizować jego wydajność w zależności od rodzaju obciążeń. Jeśli natomiast chodzi o usługi, to pełnią one specyficzną rolę, ponieważ klient potrzebuje nie tylko oferty, ale także porady, jak ma się uporać ze swoimi prob­lemami. I HP ma na tym polu ogromne sukcesy, bo doradza klientom w oparciu o śledzenie wszystkiego tego, co się dzieje na rynku, nie zawężając się do wyłącznie własnych produktów. Właśnie dlatego intensywnie współpracujemy z Microsoftem, Intelem czy VMware.

– Czyżby był pan użytkownikiem MS Lync, narzędzia do komunikacji w chmurze?
– Jestem nim od roku i bardzo mi się podoba. Przygoda z nim zaczęła się od tego, że zostałem pilotażowym użytkownikiem tego systemu w naszej firmie i dlatego musiałem wypróbować wszystkie jego możliwości. Czyli nie tylko jak działa w obszarze przesyłania wiadomości tekstowych, ale także jak integruje się z komunikacją głosową. Zebranie tych wszystkich funkcjonalności na jednej platformie zaskoczyło mnie na tyle pozytywnie, że od dłuższego czasu nie używam już telefonu stacjonarnego, tym bardziej że system, którego teraz używam, nigdy mnie nie zawiódł. Czy można się więc dziwić, że coraz więcej firm zaczyna go stosować w celu zwiększenia produktywności przy jednoczesnej obniżce kosztów?

– Nie byłbym dziennikarzem, gdybym nie zadał pytania o cień, jaki rzuciło na HP przejęcie w ub.r. firmy Autonomy?
– Pomijając kulisy przejęcia tej spółki, których nie chciałbym tutaj komentować, Autonomy ma rozwiązania, które doskonale wpisują się w trend zarządzania dużymi ilościami danych (nazywany popularnie Big Data – przyp. red.), co jest jednym ze strategicznych kierunków dla HP. Filozofia działania tych rozwiązań jest oparta przede wszystkim na funkcjonowaniu ludzkiego umysłu i umożliwia przetwarzanie danych nieustrukturyzowanych. Można te rozwiązania porównać do silnika, który potrzebuje samochodu, a tym samochodem są systemy wspierające poszczególne obszary biznesowe – finanse, analitykę, wreszcie marketing, w którym wielopoziomowa analiza informacji umożliwia projektowanie kampanii czy indywidualizowanie przekazów i oferty. Autonomy oferuje zatem rozwiązania przyszłości, które wkrótce będą kluczowe dla wielu firm. Już teraz wiele z nich jest obecnych w produktach oferowanych przez HP, np. w urządzeniach drukujących z serii MFP.

– W HP odpowiada pan za obszar CEE. To dużo krajów?
– 27, ale swoje oddziały HP ma tylko w 20. CEE to bardzo ważny obszar dla HP, stanowiący już teraz ok. 10 proc. europejskich przychodów. Większość krajów tego obszaru nie jest jeszcze dojrzała gospodarczo, czego dowodem jest chociażby niewielkie PKB, 3-4 razy mniejsze niż w pozostałej części Europy, ale dzięki temu może być miejscem znacznych wzrostów przychodów. Już teraz widać to po usługach, szczególnie outsourcingowych, które stają się coraz bardziej popularne w tym obszarze. Rynkiem nr 1 jest Rosja, ale Polska, podobnie jak Czechy i Słowacja, jest uważana za kraj o stabilnej gospodarce i to właśnie było powodem uruchomienia we Wrocławiu ogromnego centrum usług outsourcingowych, gdzie zatrudnienie znalazło parę tysięcy osób.

– Na rynku IT działa pan od 31 lat. Jak ważne jest obecnie systematyczne modernizowanie rozwiązań informatycznych w firmie?
– Biznes z reguły bardzo dobrze wie, jakie korzyści może dać informatyka. Z racji swoich obowiązków służbowych bardzo często spotykam się z szefami informatyki firm różnych branż i w minionym roku większość z nich twierdziła, że IT przyczynia się głównie do wzrostu produktywności i zmniejszania kosztów, a w mniejszym, niż mogłoby, do znajdowania nowych źródeł przychodów i zysków. I pytają mnie, w jaki sposób HP może im pomóc. Odpowiadam im wtedy, żeby nie zwlekali z wdrażaniem najbardziej innowacyjnych rozwiązań dłużej niż 3 miesiące, bo w przeciwnym wypadku może się to przełożyć nawet na utratę przewagi konkurencyjnej. Jest to możliwe nawet wtedy, gdy na IT przeznacza się tylko 3-3,5 proc. własnych przychodów, a tyle właśnie przeznaczają średnio na IT firmy w regionie CEE. A w co inwestować? No cóż, nie odkryję tu Ameryki jeśli powiem, że cztery kluczowe obszary to mobilność, chmura obliczeniowa, media społecznościowe i Big Data.

– Koncentrowanie się na większych dostawcach nie wystarcza do podniesienia standardów społeczno-środowiskowych w globalnym łańcuchu dostaw. Co HP robi, aby edukować w tym zakresie mniejsze firmy?
– HP stworzyło specjalny ekosystem dla środowiska partnerów, które zatrudnia ponad 10 razy więcej pracowników niż my. Ponieważ w stosunku do nich musimy stosować te same reguły, co w stosunku do własnych, proponujemy wiele działań, które pomagają im w dostosowaniu się do standardów, np. specjalne programy nauczania, możliwość korzystania z naszych laboratoriów czy też wspieranie budowania społeczności.

Co lubi Herbert Rastbichler?

Pióra – Montblanc
Ubrania – biznesowe – Boss i Zegna, niezobowiązujące – Banana Republic
Wakacje – tam, gdzie są plaże i słońce, np. na Wyspach Karaibskich
Kuchnia – włoska, ale lubi też gotować sam dla siebie
Restauracja – w USA wszelkie steak houses, w Wiedniu „Konoba”, chorwacka restauracja rybna
Samochód – BMW 5
Hobby – narciarstwo zjazdowe, teatr i koncerty muzyczne – zarówno klasyczne, jak i rockowe, czytanie książek na Kindlu – ostatnio zbiór felietonów Martina Sutera „Business Class na wakacjach”. Zaczął też pisać książkę o własnych doświadczeniach biznesowych

Götz Ahmelmann

Rozmowa z Götzem Ahmelmannem, wiceprezesem Lufthansy ds. sprzedaży i usług w Europie

– Od roku jest pan wiceprezesem odpowiedzialnym za bardzo ważny fragment funkcjonowania koncernu.
– Dokładnie od 1 kwietnia 2012 roku – i to nie był żart primaaprilisowy – jestem odpowiedzialny za sprzedaż i operacje lotnicze na terenie całej Europy, z wyłączeniem Austrii, Szwajcarii i Niemiec. To i tak w sumie 50 krajów obejmujących 35 przedstawicielstw Lufthansy, 100 lotnisk i około 3 800 lotów tygodniowo.

– Pańskie CV jest fascynujące. Wiele lat mieszkał pan w Ameryce Południowej. Czy zdobyte wówczas doświadczenia dzisiaj procentują?
– Dzieciństwo spędziłem w Ameryce Południowej. W stolicy Chile, Santiago, ukończyłem szkołę podstawową. I oczywiście otoczenie, w którym się wzrasta powoduje, że ma się zupełnie inny punkt widzenia, inną perspektywę, niż miałbym jako nastolatek wychowujący się w Niemczech. Nie tylko kultura tych krajów, mentalność, ale i język powodują, że jest się w pewien sposób od zarania kosmopolitą, obywatelem świata. I to był zapewne też powód, dlaczego zainteresowałem się liniami lotniczymi, bowiem poszukiwałem podświadomie tego pierwiastka międzynarodowego w przyszłej pracy.

– Pana życie zawodowe od początku związane jest z Lufthansą.
– Pod koniec lat 80. na krótko wróciliśmy do Niemiec, aby znów wyjechać do Wenezueli. Po powrocie do Niemiec zdecydowałem się na dwutorową dalszą edukację. Z jednej strony, praktycznie postanowiłem poznać arkana pracy i organizacji portu lotniczego, lotnictwa pasażerskiego, frachtu, odprawy pasażerów, systemu rezerwacji, słowem wszystkiego, co kryje się pod szeroko rozumianym terminem transportu lotniczego. Był rok 1992 i od tego czasu datuje się moja przygoda z Lufthansą. Równolegle rozpocząłem studia na wydziale zarządzania Uniwersytetu w Hagen. Po latach uważam, że była to optymalna kombinacja praktyki z teorią.

– Ale de facto jest pan związany zawodowo z Lufthansą od 1996 roku.
– Po studiach, w 1996 r. w głębi duszy myślałem o wyjeździe zagranicę. Tam mnie ciągnęło. Zostałem w Niemczech i wkrótce przydzielono mi pracę w dziale handlowym frankfurckiego lotniska. Następnie zostałem konsultantem w zarządzaniu produktem na trasach dalekiego zasięgu. W latach 1998-99 byłem odpowiedzialny za wyposażenie kabin pasażerskich rejsów krótko- i długodystansowych. Następnie przez 5 lat przewodziłem, pod kierownictwem prezesa zarządu Lufthansy, projektowi dotyczącemu rozwoju i organizacji strategicznych obszarów firmy.

– I tak dochodzimy do przełomowego roku 2007…
– Można tak powiedzieć, bo wtedy rozpocząłem projekty dużo większego kalibru. Od 2007 do tego roku byłem odpowiedzialny za zarządzanie, koordynację i rozwój oraz światową współpracę partnerów Lufthansy, w tym także partnerów z obszaru programu Star Alliance. Ponadto zaprojektowałem, wdrożyłem i opracowałem wiele różnych wspólnych przedsięwzięć z innymi partnerami lotniczymi. Jak już pan wspomniał, dokładnie rok temu zostałem wiceprezesem zarządu Lufthansy odpowiedzialnym za sprzedaż i serwis w Europie.

– To taka modelowa kariera. Kiedy odkrył pan w sobie talent do zarządzania?
– Sam talent nigdy nie wystarcza, jeżeli nie jest poparty rzetelnym wykształceniem. Dla mnie bardzo pomocne było środowisko, w którym wzrastałem. Ta różnorodność kultur, różne języki towarzyszące mi w dzieciństwie, spowodowały, że szybciej nawiązuję kontakty, wsłuchuję się i rozumiem oczekiwania innych. Ale powrócę do wykształcenia. Oprócz tego, co już wspomniałem, czyli praktycznej nauki w Lufthansie i zarządzaniu, uzupełniłem moje wykształcenie o psychologię oraz studia marketingu, organizacji i planowania.

– Rynek polski jest ważny dla Lufthansy?
– Polska jest dla nas od wielu lat bardzo ważnym rynkiem. Stale rozbudowujemy nasze połączenia i w chwili obecnej operujemy już z 7 miast. Prawie 40-milionowy kraj… I jeżeli się przyjrzeć całej wschodniej Europie, to Polska jawi się, jako zielona wyspa o stałym wzroście gospodarczym.  Badania ostatnio przeprowadzone pokazują, że jesteśmy też ulubioną linią polskich biznesmenów, którzy wybierają naszą klasę biznes.

– Lufthansa, jak każdy niemiecki produkt Premium, kojarzy się z rzetelnością i solidnością.
– Pracujemy bez przerwy nad dalszym ulepszaniem naszego serwisu, komfortu naszych pasażerów, obsługi pokładowej, ale i lotniskowej. Dlatego wydajemy tyle pieniędzy na stworzenie jeszcze większego komfortu dla naszych pasażerów. Ale najwyżej cenimy sobie zaufanie, którym darzą nas nasi pasażerowie i robimy wszystko, aby to przeświadczenie jeszcze bardziej ugruntować.

– Wspominał pan o kolosalnych kwotach wydawanych przez przewoźnika, aby pasażerom jeszcze wygodniej i bezpieczniej się latało?
– Wdajemy ponad 3,5 miliarda euro na nowe produkty, ale koncentrujemy się na nowej klasie biznes. Tylko na modernizację foteli wydajemy milion euro dziennie. Potrzebujemy ponad 3 lat, aby zakończyć ten projekt wyposażenia w nowe fotele naszej klasy biznes.

– W jakim zakresie Lufthansa jest innowacyjna?
– Muszę przyznać, że nie jesteśmy pierwszym przewoźnikiem, który wprowadził płaskie fotele do spania w klasie biznes. Gdzie rzeczywiście jesteśmy innowacyjni? Na przykład, jesteśmy pierwszą linią, w której można otrzymywać swoją mobilną kartę pokładową SMS-em lub e-mailem. Staramy się wprowadzać innowacje nie tylko na pokładach naszych samolotów, tak jak w przypadku Boeinga 747-8 i ich foteli, ale także w odprawie ruchu pasażerskiego.

– Wrażenie robi kabina First Class w nowym Boeingu i First Class Terminal we Frankfurcie, laureaci najbardziej prestiżowej nagrody Skytrax.
– Przyznam, że dumni jesteśmy z tego rankingu i nagrody, przyznania nam 5 gwiazdek za naszą First Class. Poza luksusem i spersonalizowaną obsługą na pokładzie, pasażerowie mogą korzystać z First Class Lounge, który we Frankfurcie posiada SPA, łazienki z wannami, sypialnie i restauracje oraz usługę dowozu limuzyną. To produkt przeznaczony dla najbardziej wymagających pasażerów. Zdradzę już, że nasze menu zostanie wzbogacone w maju o nowe propozycje kulinarne nie tylko na trasach dalekiego zasięgu, ale i europejskich.

– Dokąd zmierza Lufthansa, jaki ma azymut biznesowy?
– Chcemy zachować pozycję lidera w Europie. Ważny punkt w naszych planach to zwiększenie opłacalności i przychodów firmy, co powoduje powstanie nowych programów oszczędnościowych. Musimy też myśleć dalekowzrocznie i przyszłościowo, stąd nasz program inwestycyjny, największy w dziejach naszej firmy, zakładający zakup 236 samolotów, które zasilą naszą flotę w najbliższych latach. Wydaliśmy na ten program 22 mld euro i planujemy wydać kolejne 3,5 mld euro na nowe produkty – nowe fotele, rozrywkę i uatrakcyjnione menu pokładowe.

– LOT jest do kupienia. Czy nad Renem jest jakieś zainteresowanie polskim narodowym przewoźnikiem?
– Coś słyszeliśmy na ten temat. Ale już w zeszłym roku postanowiliśmy odrobić własne zadania domowe. Mamy już w swojej grupie szwajcarskie linie Swiss i austriackie Austrian. Jak powiedziałem, w chwili obecnej musimy się skoncentrować na pracy na własnym podwórku, bo stoją przed nami jeszcze ważne wyzwania. Dopóki nie zrealizujemy planów w ramach naszej firmy, nie zamierzamy się angażować w kupno nowej linii.

Co lubi Götz Ahmelmann?

Zegarek – Rolex
Pióro – „Niestety, chociaż mam sentyment do pisania piórem, używam najczęściej komunikatorów internetowych.”
Kuchnia – „Jestem sporo w podróży i dlatego chętnie wszędzie próbuję kuchni lokalnych. Ale gdy wracam do domu, to z przyjemnością pochylam się nad naszą domową kuchnią niemiecką.”
Hobby –  „Dużo czasu staram się spędzać z rodziną, bo często jestem poza domem.
W wolnych chwilach jeżdżę rowerem górskim i latam małymi samolotami w okolicach Frankfurtu.”

Herbert Wirth

Rozmowa z prezesem KGHM Herbertem Wirthem

– Postawił pan na międzynarodowy rozwój KGHM. To odważna decyzja.
– Z mojego punktu widzenia jest to jedyny racjonalny, właś­ciwy kierunek. Choć w Polsce dysponujemy znacznymi złożami, to jednak koszty wydobycia rosną, ponieważ musimy sięgać do coraz trudniej dostępnych zasobów. W marcu ubieg­łego roku – tworząc KGHM International Ltd. – przejęliśmy notowaną na giełdzie w Toronto firmę Quadra FNX Mining Ltd. W efekcie eksploatujemy kopalnie: Robinson i Carlota w USA, Franke w Chile oraz McCreedy West, Levack  i Podolsky w Kanadzie. To jednak nie wszystko. Postawiliśmy na projekty górnicze w fazie przedoperacyjnej. Najciekawszy to Sierra Gorda w Chile – złoże to powstało 2 mld lat temu wskutek uderzenia olbrzymiego meteorytu. Dla mnie – jako geologa – to fascynujący temat, nie tylko z biznesowego punktu widzenia. Kolejne nasze przedsięwzięcia, to projekty Victoria w Kanadzie oraz Malmbjerg na Grenlandii. Należy dodać, że spółki Grupy Kapitałowej KGHM International zajmują się nie tylko produkcją górniczą, świadczą także usługi – pod marką DMC Mining Services – m.in. w zakresie drążenia szybów, robót przygotowawczych, budowy kopalń. Dodatkową korzyścią związaną z powstaniem KGHM International jest to, że obie firmy tworzą wspólną platformę zakupową, co ma znaczący wpływ na obniżenie kosztów produkcji.

– Zanim na giełdach zapaliły się zielone światełka sygnalizujące zbliżanie się hossy, ceny akcji KGHM poszybowały w górę.
– Rzeczywiście, kurs naszych akcji wzrósł o 67 proc. w sytuacji, kiedy wzrosty innych firm z branży metali nieżelaznych wyniosły kilka do kilkunastu procent. W ubiegłym roku spółka wypłaciła wysoką dywidendę. Jeśli zsumuje się zyski, wynikające z kursu akcji i dywidendy, to okazuje się, że akcjonariusze zyskali nawet 90 proc. w skali roku.

– Niejednokrotnie analitycy ironizowali: KGHM zyskuje najwięcej, gdy ceny miedzi idą w górę.
– Biorąc pod uwagę nasze ostatnie przedsięwzięcia, tego rodzaju podsumowanie byłoby – delikatnie mówiąc – nieuprawnione. Wypracowaliśmy ponad 4,8 mld zł zysku. Efektem inwestycji w Quadrę był 18-proc. wzrost produkcji miedzi. Znacząco wzrosła też produkcja srebra, a warto przypomnieć, że w tej dziedzinie jesteśmy światowym liderem. Poza tym, uzyskaliśmy dostęp do poszukiwanych surowców: złota, platyny i palladu.

– Jest pan jednym z nielicznych managerów, którzy jednocześnie są przedstawicielami świata nauki.
– Najkrócej rzecz ujmując: z wykształcenia i zamiłowania jestem geologiem. Studiowałem na znakomitej uczelni – AGH w Krakowie. Mam tytuł doktora habilitowanego nauk technicznych, jestem też profesorem nadzwyczajnym Politechniki Wrocławskiej. Uważam, że moją powinnością jest łączenie praktyki i teorii. Staram się tę wiedzę przekazać studentom. Nie chcę, żeby zabrzmiało to nieskromnie, ale chyba nieźle sobie radzę w tej dziedzinie, ponieważ Pracodawcy RP uhonorowali mnie nagrodą „Wektora” właśnie za łączenie nauki i biznesu.

– Jak rozwijała się pana kariera?
– Zacząłem od pracy w przedsiębiorstwie geologicznym poszukującym miedzi na terenie monokliny przedsudeckiej. Następnie przez dwa lata uczyłem matematyki i niemieckiego w szkole podstawowej. Uprzedzając pytanie wyjaśnię, że nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zostać dyrektorem tej placówki. Po prostu – ulokowana była blisko mojego domu, a mając niewiele lekcji, mogłem poświęcić się pracy naukowej. Wkrótce jednak znów wciągnął mnie biznes – podjąłem pracę w Niemczech w G.E.O.S. GmbH Freiberg. Wiele się tam nauczyłem, zwłaszcza na temat ochrony środowiska. W tamtym okresie – był to rok 1993 – nasi zachodni sąsiedzi znacznie wyprzedzali nas pod tym względem. Przez kolejnych pięć lat byłem dyrektorem firmy proGEO Sp. z o.o., a następnie kierownikiem Zakładu Studiów i Analiz Geologicznych w Centrum Badawczo-Projektowym Miedzi CUPRUM Sp. z o.o. Było to pod wieloma względami fascynujące doświadczenie – odwiedziłem wówczas większość krajów, które specjalizują się w wydobyciu miedzi.

– Pomimo to zdecydował się pan przejść do KGHM.
– Zaproponowano mi pracę w stu procentach zgodną z moimi zainteresowaniami. W latach 2002-06 byłem dyrektorem Departamentu Nowych Przedsięwzięć i Zarządzania Projektami w Biurze Zarządu KGHM. Szukając nowych dróg rozwoju dla koncernu, spędziłem wiele czasu w Burkina Faso, a później w Maroku. Szkoda, że moje sugestie, by wejść w ten biznes, kiedy trzeba było zainwestować minimalne środki, zostały odrzucone. Dziś kupujemy koncentrat z tamtych złóż, oczywiście za znacznie większe kwoty… A ja w 2006 roku wróciłem do Cuprum, tym razem na stanowis­ko wiceprezesa. I znów po dwóch latach otrzymałem propozycję z KGHM – w 2008 roku zostałem pierwszym wiceprezesem zarządu, a w 2009 – prezesem.

– Wspomniał pan, że pracując w Niemczech zaczął pan inaczej patrzeć na problematykę ochrony środowiska. Dwadzieścia lat temu, jako młody dziennikarz, odwiedzałem wielokrotnie placówki KGHM – pamiętam z tamtego okresu grożące katastrofą zbiorniki poflotacyjne, kłęby dymu ścielące się nad Legnicą…
– To już historia. Wydajemy ogromne kwoty, by spełniać coraz bardziej wyśrubowane normy dotyczące emisji niebezpiecznych substancji. Co więcej – uważam, że to słuszna polityka. Nie można planować zysków w pespektywie roku lub kilku lat, zapominając o tym, ile w przyszłości będzie kosztowało naprawienie szkód, jakie przemysł wyrządza środowisku. W legnickiej hucie ograniczyliśmy emis­ję tlenku siarki o 96 proc. Największy w Europie zbiornik poflotacyjny Żelazny Most spełnia unijne wymogi. Proszę pamiętać, że niemożliwe jest wyeliminowanie uciążliwości dla środowiska. Można je tylko zmniejszać, stosując nowe technologie. Jednym z ciekawszych kierunków rozwoju naszej branży może być przeniesienie pod ziemię zakładów wzbogacania rudy.

– Większość mieszkańców Lubina, Legnicy czy też Polkowic, patrząc  na górnicze szyby i hutnicze kominy, pamięta, że to cena wyższych niż gdzie indziej zarobków, licznych inwestycji komunalnych. Jak długo potrwa jeszcze boom w zagłębiu miedziowym?
– Przy obecnym poziomie wydobycia, na poziomie 30 mln ton rocznie, dolnośląskie zasoby miedzi wystarczą na około 40 lat. Już dziś wydobycie odbywa się na głębokości około 1 000 metrów. Chcąc je utrzymać, musimy sięgać coraz niżej, co z kolei oznacza coraz wyższe koszty. Przyszłość, to niewątpliwie inteligentne kombajny, które zastąpią górników w najbardziej niebezpiecznych i niedostępnych miejscach. Tego rodzaju maszyna uczy się – interpretuje informacje o zawartości miedzi w złożu, sprawdza temperaturę, wilgotność, itp. W listopadzie 2011 roku wprowadziliśmy w Polkowicach prototyp kombajnu, który jest w stanie pozyskiwać rudę z bardzo wąs­kich, metrowych pokładów. Cóż – kilkumetrowe pokłady w tych okolicach to już przeszłość. W związku z tym nie tylko stawiamy na innowacyjność w procesie wydobywczym, ale też aktywnie szukamy nowych złóż – np. w Niecce Grodzieckiej pod Bolesławcem. Analizując dane z odwiertów stwierdziliśmy, że zawartość miedzi wynosi tam 1,4 proc., a srebra 50 g w tonie rudy. Badamy także teren w okolicach Weisswasser w Niemczech.

– Na koniec proponuję zmianę tematu: co wyróżnia – pana zdaniem – dobrego managera?
– Przede wszystkim, umiejętność budowy zespołu. Świetny team jest w stanie zrealizować najtrudniejsze zadania. Cechy wyróżniające dobrego szefa, ale też szeregowego pracownika, to uczciwość, konsekwencja i umiejętność pracy zespołowej. Szczególnie ważna jest też dla mnie sprawa szacunku dla współpracowników każdego szczebla.

Co lubi Herbert Wirth?

Zegarki – Longines
PIÓRA – Aurora
Ubrania – wrocławska firma Twins
Wypoczynek – poleca Świnoujście
Kuchnia – chińska
Restauracja – „Przystań” we Wrocławiu
Samochód – jeździ firmowym Audi oraz własną Toyotą
Hobby – minerały, ma duży zbiór. Jak podkreśla, „jest pazerny na wiedzę”, w związku z tym mnóstwo czyta, ostatnio fascynują go doktryny ekonomiczne

Phillippe d’Ornano

Philippe d’Ornano, prezes marki kosmetycznej Sisley Paris

– Spotykamy się w Warszawie z okazji dziesięciolecia działalności polskiej filii Sisley. Czy jest pan zadowolony z  pozycji swojej marki w Polsce?
– Bardzo. Początkowo byliśmy obecni w Polsce poprzez sieć dystrybutorów. Z czasem marka bardzo się rozwinęła, tak samo zresztą jak polski rynek. W 2002 roku otworzyliśmy, a  po kilku latach rozbudowaliśmy naszą polską filię, wzbogacając ją o kraje bałtyckie – Litwę, Łotwę i Estonię.

– Jak ocenia pan polskiego klienta w porównaniu z klientem francuskim? Marka Sisley to produkty z najwyższej półki, czy jej odbiorcą w Polsce i we Francji jest podobna, zamożna grupa klientów?
– Kosmetyki to rynek dosyć tajemniczy. Nasze produkty niekoniecznie kupowane są przez zamożnych klientów. Kosmetyki interesują wiele osób, nawet jeśli są bardzo drogie. Zwłaszcza gdy dokładnie skalkulujemy koszt zakupu, zaz­wyczaj okazuje się, że cena nawet najbardziej luksusowego kremu to, np. w skali miesiąca, wydatek porównywalny do dwóch, trzech kaw dziennie, albo paczki papierosów. Z pewnością też wybór kosmetyku zamiast papierosów wyjdzie nam na zdrowie! Chęć zakupu zależy też od tego, czego od kosmetyków dana osoba oczekuje. Ze swojej strony chcemy przede wszystkim zaznajomić klientów z naszymi produktami, sprawić, by mogli je wypróbować, ocenić ich jakość i skuteczność. Zawsze znajdą się klienci, którzy poszukują produktów wysokiej jakości, zadziwiająco wielu z nich nie zraża wysoka cena.

– Kiedy patrzę na skład najnowszego kosmetyku Sisley na noc – Botanical D-Tox – jestem pod wrażeniem liczby składników użytych do jego produkcji. Jest ich kilkadziesiąt! Czy to właśnie bogata formuła ma wpływ na cenę kosmetyku?
– Oczywiście, o cenie decyduje liczba składników, czas poświęcony na tes­ty laboratoryjne i wypracowanie odpowiedniej formuły oraz koncentracja składników. Mój ojciec bardzo szybko po stworzeniu marki Sisley uświadomił sobie, że jeżeli chciałby tworzyć kosmetyki tańsze, musiałby mocno ograniczyć stężenie składników, co wpłynęłoby na obniżenie skuteczności produktów. Postanowił więc, że jako twórca niezależnej, rodzinnej firmy jest wolny od wszelkich ograniczeń i przestał zwracać uwagę na cenę. Od początku zdecydował, że będzie produkował kosmetyki z najwyższej półki. To nie było jednoznaczne z tym, że miały to być kosmetyki bardzo drogie. Po prostu, cena nie ma dla nas nadrzędnego znaczenia, to produkt musi być najlepszy, działać tak, jak oczekujemy, a jeżeli technologia jego produkcji jest droga, to trudno…. Liczy się jakość. Naszym celem nie jest więc wysoka cena produktów, ale ich dobra skuteczność. To sprawia, że marka zyskuje uznanie.

– Zatem tworząc nowy kosmetyk nie myślicie o jego przyszłej cenie?
– Weźmy jako przykład nasz wiodący produkt, krem Sisleÿa Global Anti-Age. Najpierw był pomysł, na który wpadła moja mama Isabelle d’Ornano. Mama często podróżowała i miała dosyć zabierania ze sobą za każdym razem kosmetyczki pełnej różnych kosmetyków. Zamarzył się jej jeden krem, który działałby na wszystkie problemy skóry. Dodatkowo rodzice chcieli, aby krem ten zapewniał skórze wszystkie te czynniki przeciw starzeniu, których nie potrafi ona sama wygenerować. Wykonali mnóstwo badań, oceniając działanie witamin czy oligoelementów. Potem doszły ekstrakty z roślin, jeszcze zanim ktokolwiek inny zaczął je stosować. Rodzice stwierdzili, że w ten sposób ich krem będzie działał jeszcze lepiej. Przygotowanie gotowej formuły zajęło im 10 lat. Pamiętam, że ja i moja siostra myśleliśmy, że rodzicom nigdy nie uda się jej stworzyć. Ciągle coś nowego dodawali. Miał być idealny. W końcu uzyskali zamierzony efekt. I podliczyli koszty. Krem musiał być drogi.

Wkrótce wprowadzili go na rynek z wielkim sukcesem, a do dnia dzisiejszego jest to najlepiej sprzedający się krem we Francji. W wielu renomowanych perfumeriach ustawiały się po niego nawet kolejki. Cena nie przerażała klientek. 6 miesięcy później inne firmy zaczęły sprzedawać swoje produkty po podobnych cenach. My jednak nigdy nie przeprowadzaliśmy badań rynkowych. Po prostu wierzyliśmy w to, że jakość naszego kosmetyku sprawi, iż kobiety chętnie będą go kupowały. Produkt jest dla nas najważniejszy, nie jego cena. Zdarzało nam się też nie wprowadzić gotowego produktu do sprzedaży, bo według nas koszt byłby zbyt wysoki w stosunku do efektywności działania. A dlaczego w naszej ofercie nie ma lakieru do paznokci? Bo nie udało nam się wymyślić odpowiednio innowacyjnego produktu w cenie, którą klienci byliby w stanie zapłacić.

– Ile czasu potrzeba, by powstał nowy produkt?
– Wszystko zależy od formuły. Niektóre sprawdzone składniki wykorzystujemy w różnych produktach, rozmaitych stężeniach i zestawieniach. Na przykład – rekordowo długi czas poświęcony na stworzenie formuły kremu Sisleÿa Global Anti-Age, dziesięć lat – zaowocował szybszym stworzeniem innych kremów. Podobnie formuła kremu Supremÿa, owoc siedmiu lat pracy, pomogła w powstaniu kolejnych kosmetyków. Najnowszy z nich – Botanical D-Tox powstawał cztery lata. Niekoniecznie chodzi o czas, ale o to, by stworzyć naprawdę wartościowy, skuteczny produkt. Łatwo jest znaleźć jeden składnik, który dobrze działa na skórę, stworzyć na tej bazie krem i reklamować go jako kosmetyk, który czyni cuda. To jednak na dłuższą metę się nie sprawdza. Krem to wiele składników, których działanie się uzupełnia. To praca, która wymaga zrozumienia ich działania. Na przykład, formuła kremu Supremÿa to z jednej strony ochrona skóry przed czynnikami zewnętrznymi, ale i przed starzeniem genetycznym. Supremÿa chroni kapitał genetyczny skóry, chroni DNA komórek, pozwala komórkom macierzystym na replikację w  optymalnych warunkach.

– Czy pan i pańscy rodzice uczestniczą w pracach laboratorium?
– W każdą środę rano mamy zebranie razem z naszą ekipą naukowców i działem marketingu. Jest nas dużo, wszyscy chcą zabrać głos, chętnie angażując się w dyskusję. Analizujemy kolejne etapy badań, nowe pomysły, wszyscy mówią jeden przez drugiego. Raz w miesiącu pracuję z zespołem z naszego laboratorium, żeby być na bieżąco z ich osiągnięciami. Moja mama robi to samo, niezależnie ode mnie, po to, by potem to wspólnie przedyskutować. Mama jest już w tym specjalistką i prawdziwą szefową działu naukowego.

– Zawsze wiedział pan, że będzie pracował w rodzinnej firmie?
– Absolutnie nie, wręcz przeciwnie. Zresztą mój ojciec nigdy mi tego nie proponował. Mam 48 lat, studiowałem nauki polityczne, prawo, ekonomię. Zawsze interesowałem się literaturą, choć nie lubiłem jej w szkole. Podczas studiów odbyłem letni staż dziennikarski w jednej z gazet właś­ciciela dziennika „New York Times”, w Karolinie Północnej, „Willmington Star News”. Zawsze lubiłem pisać, staż zakończył się propozycją pracy. Miałem 18 lat i chciałem najpierw skończyć studia. Szef tego tytułu był bardzo znanym dziennikarzem, laureatem nagrody Pulitzera za reportaże z Wietnamu. Bardzo doceniał zapał młodych ludzi, zachęcał ich, pomagał. To on zaakceptował moją decyzję i dał mi szansę powrotu do redakcji po studiach.

Gdy zakończyłem naukę, zapytałem go, czy oferta jest nadal aktualna. Powiedział, że tak, ale spytał, czy chcę być dziennikarzem, czy biznesmenem. Jako „biznesmen” miałbym obserwować pracę poszczególnych działów w wydawnictwie, a następnie wyjechać do Atlanty i zostać doradcą prezydenta miasta… Miałem dopiero 22 lata! Powiedziałem: jadę natychmiast! W tym samym czasie mój młodszy brat, który chciał pracować w naszej rodzinnej firmie, zginął w wypadku samochodowym. To było na trzy tygodnie przed moim wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście, dla całej rodziny to był ogromny szok. Obiecałem rodzicom, że zostanę na jakiś czas, trochę popracuję dla firmy, a potem zdecydujemy, co będzie dalej. Teraz mija 27 lat odkąd z nimi pracuję… I nie żałuję.

– Jakie rynki są dzisiaj najważniejsze dla Sisleya?
– Wszystkie. Każdy rynek, mały czy duży, jest ważny. Chcemy, by nasi klienci nas poznawali i byli zadowoleni z naszej oferty. Każdy kraj, każdy region, każde miasto jest ważne. Zawsze chcieliśmy być mocni na rynkach lokalnych.

– Jesteście bardzo aktywni w sklepach wolnocłowych na lotniskach?
– Tak, ale to nigdy nie było naszym głównym celem. To nasi konkurenci bardziej byli tam widoczni. W Chinach czy Korei Południowej jesteśmy obecni w strefie bezcłowej najdłużej. W Polsce jesteśmy na lotnisku Chopina dopiero od trzech lat. Ale zauważyłem, że lotniska stały się wspaniałym miejscem do robienia zakupów. Są piękne sklepy, wolny czas, poczucie obcowania z luksusem. Niższe, preferencyjne ceny nie są takie ważne. Gdy ląduje się w jakimś kraju, lotnisko jest jego wizytówką i  zrozumieli to już zarządzający tą powierzchnią. Zaczynają to doceniać i chcą tworzyć miłą atmosferę, przyjazne miejsce spędzania czasu. Stąd nasza decyzja, by marka Sisley dostępna była także w  perfumeriach wolnocłowych. Obsługa jest profesjonalna, jest czas, by o produkcie porozmawiać, zaproponować klientom najlepszą ofertę.

– Jaka jest obecna strategia marketingowa firmy Sisley?
– Dobry produkt, to wszystko. Ostatnio, w ramach spotkania stowarzyszenia firm rodzinnych, które działa we Francji, spotkałem się z Hermanem Simonem, jednym z „papieży” niemieckiego managementu. Od 15 lat prowadzi on projekt badawczy „Ukryci mistrzowie”; są to studia nad firmami, które osiągają obroty od 50 milionów do 3,5 mld. Są to firmy, które osiągają sukces rynkowy, ale nie są bardzo znane. Łączy ich jedno: bardzo późno rozwinęły serwis marketingu strukturalnego. Od początku koncentrowały swoje działania na samym produkcie. Starały się być bardzo blisko konsumenta. W porównaniu do koncernu, gdzie około 15 proc. pracowników jest w stałym kontakcie z klientem, w firmie „Ukrytym mistrzu” jest ich od 50 do 60 proc. Sisley też pozostaje w bliskim kontakcie z klientem i jest zorientowany na produkt. Ja osobiście nie znoszę żargonu marketingowego.

Chcę tworzyć dobre produkty, zależy mi, aby moja klientela była zadowolona. Naszą firmę charakteryzuje pasja i miłość do naszych produktów, jesteśmy w stałym kontakcie z naszymi naukowcami i badaczami. Moja szefowa marketingu twierdzi, że właśnie to jest nasza strategia. Naszą siłą są nasze wyjątkowe produkty. A to bardzo konkurencyjny rynek. Sisley jest silną marką na całym świecie. Myślę też, że oprócz jakości produktu, siłę firmy budują jej pracownicy. Mamy wspaniałą ekipę, oddaną, profesjonalną, ludzi kochających to, co robią, dyrektorów, którzy potrafią stworzyć w firmie świetną atmosferę, przyciągnąć dobrych pracowników, sprawić, że pokochają nasze produkty. Myślę, że to szczególnie ważne w firmie kosmetycznej. Nie sprzedajemy nowości, ale metodę. A to wymaga, by dany produkt spełniał oczekiwania klienta.

Nie chodzi o to, by sprzedawać mu nowość, ale produkt adekwatny do bieżących potrzeb skóry. Nasi pracownicy to pasjonaci i prawdziwi eksperci od kosmetyki i urody. Czy to w Chinach, Ameryce Północnej, Południowej czy w Europie. Jeżdżę po świecie i spotykam się z zespołami, które zadają pytania, chcą coś zmienić, traktują Sisley’a jak własną firmę. Zdarza się, że klienci są tak wdzięczni naszym konsultantkom, że ofiarują im prezenty na Boże Narodzenie. Nasi pracownicy są tak zaangażowani, że czasami można odnieść wrażenie, że działamy jak prawdziwa drużyna…

– Myśli pan, że dzieje się tak dlatego, że jest to firma rodzinna?
– Niekoniecznie. Wydaje mi się, że pracownicy, podobnie jak klienci, po prostu przywiązują się do produktu. Nasi pracownicy są na pewno z tego dumni. Rodzina zaś daje poczucie stabilności i planowania na dłuższą metę. W biznesie czy polityce tego brakuje. Jeżeli chce się stworzyć markę międzynarodową, trzeba przyjąć mocną i długoterminową strategię. W firmie Sisley dosyć szybko osiągnęliśmy satysfakcjonujące nas obroty, ale mocno pracowaliśmy nad tym, by utrzymać nasz wizerunek i reputację. Nasi pracownicy wiedzą kim jesteśmy, dla kogo pracują. W firmie mamy fantastyczny przepływ informacji, każdy ma prawo powiedzieć, co myśli. Nasi managerowie dużo czasu spędzają w terenie, rozmawiając z ludźmi, utrzymując kontakt i zachęcając do rozmowy, wymiany poglądów. Brak kontaktu między poszczególnymi działami rodzi problemy, to udowodnione. Komunikacja na każdym poziomie musi być podtrzymywana: dział badań, marketingu, dział handlowy. Wiadomo, że to staje się coraz trudniejsze, bo firma się rozrasta. Jest nas dzisiaj ponad 4 tysiące na całym świecie – różne osobowości, różne kultury, 30 filii Sisley w 48 krajach. Raz do roku kierownicy wszystkich filii Sisley na świecie spotykają się w jednym miejscu, wszyscy tak różni ludzie skupiają się wokół jednej marki. Wspaniałe uczucie. Nasz mały, idealny świat Sisley’a.

– Czyli wielokulturowość nie jest dla was problemem?
– Nie, czujemy się ekipą. Wszyscy się znają i spotykają by podzielić się swoimi doświadczeniami. Nie ma rywalizacji między filiami. Oczywiście, firmy rodzinne są zwykle bardziej efektywne niż wielkie koncerny, to udowodnione. We Francji dwa razy bardziej, i nie tylko we Francji. Może to wynika z faktu, że firmy rodzinne, które sobie źle radzą, szybciej znikają z rynku, zostawiając miejsce tym o spektakularnych wynikach, ale fakt faktem, firmy rodzinne prosperują lepiej. Firmy rodzinne nastawione są na długotrwały zysk, długodystansowe planowanie, a nie wyniki z jednego okresu rozliczeniowego na drugi. To ich siła. I pochwała indywidualizmu. Nie mówimy, że dany dział coś osiągnął, ale konkretna osoba. Sisley to ludzie, konkretne nazwiska, osobowości.

– Dużo nauczył się pan od rodziców?
– Oczywiście, ale też wypracowałem własne metody zarządzania.

– Czy waszą rodzinną firmę chciały wykupić wielkie koncerny?
– Mamy firmę rodzinną, spójną wizję rozwoju, olbrzymi potencjał. Nigdy nas nie interesowała taka ewentualna transakcja. Teraz to bardziej my moglibyśmy wykupić kogoś mniejszego… Rynek kosmetyczny się rozwija, a marka Sisley się umacnia.

– A konkurencja?
– Nie wierzę w konkurencję. Zwłaszcza dla produktów z najwyższej półki. Na rynku obok naszej marki są oczywiście produkty masowe, ale brakuje im innowacyjności. Chcą konkurować ceną, a każda innowacja kosztuje 30 proc. zysku. My oferujemy produkty najwyższej klasy i innowacyjność jest dla nas kluczowa. Jeżeli koncentrowalibyśmy się na tym, co robi konkurencja, usiłując ją przegonić albo dotrzymać jej kroku, mijałoby się to z celem. Musimy po prostu robić swoje. Niespecjalnie interesują nas inne marki. Chcemy odkrywać nowe formuły, wiedzieć, czego szukają klienci. W wielu branżach marki luksusowe są zwykle bardzo egoistyczne. Obserwują, co robią inni i jaką pozycję na rynku zajmują. W branży kosmetycznej się to nie sprawdza. Kosmetyka to nie tort, którego ktoś dostanie większy lub mniejszy kawałek, a dla reszty nie wystarczy. To poligon rozwoju, pełen potencjalnych klientów. Tak widzę ten rynek. Produkty kosmetyczne muszą przez sam fakt swojego istnienia stworzyć popyt. Życie toczy się utartym torem. Ktoś ma ochotę na wakacje, ktoś inny na obiad w restauracji czy nową parę butów. Jeszcze inny chce kupić sobie jakiś kosmetyk. Musimy stworzyć w nim chęć zakupu naszego kosmetyku. Chcemy więc edukować naszych klientów.

– Kto kupuje kosmetyki marki Sisley?
– Niekoniecznie te same osoby, które kupują inne, drogie kosmetyki. Bardzo często to osoby, które kupują kosmetyki w supermarketach, albo w ogóle nie kupują innych. Wybierają markę Sisley, bo trafiły na profesjonalną konsultantkę, które wyjaśniła, co jest potrzebne skórze. Otrzymały próbkę i były pod wrażeniem działania produktu. Najczęściej takie osoby są najbardziej wierne marce. Znowu siła produktu.

– To dlatego tak chętnie są podrabiane?
– To nie nasze produkty są podrabiane, ale ich cena! Nie chcę jednak nikogo oceniać. Myślę, że jak ktoś chce sprzedawać swój produkt mówiąc np. „to jest jak Sisleÿa Global”, albo „działa lepiej niż Sisleÿa Global”, to krem Sisleÿa Global zostaje zawsze punktem odniesienia i to jest ważne. Działa jak najlepsza reklama. Wiele naszych produktów zmienia rynek kosmetyczny. Wśród nich – przede wszystkim krem Sisleÿa Global oczywiście, ale i nasz pierwszy, przeciwstarzeniowy krem do opalania Sunleÿa. Również wyjątkowy krem chroniący przed fotostarzeniem, działający w skórze 8 godzin – All Day All Year. Chcemy być i jesteśmy pionierami w innowacyjnej technologii.

– Tak jak w ekologii? Sisley jako pierwsza marka użył w nazwie swojego kosmetyku słowa „ekologiczny”, wasza Emulsion Ecologique podbiła rynek, zanim jeszcze ktokolwiek o ekologicznych składnikach w kosmetykach w ogóle myślał czy mówił, to był przecież czas królowania chemii, lata 80…
– Tak, choć słowa „ekologiczny” nie używaliśmy w znaczeniu, o jakim myś­limy o nim dzisiaj. To była ochrona ekosystemu skóry, stąd wybór tego słowa… Mój ojciec jest dobry w nazewnictwie.

– Koncentrujecie się głównie na produktach pielęgnacyjnych. Jak w gronie kremów, emulsji, maseczek prezentują się szminki, podkłady, tusze, perfumy?
– To nasza trzecia siła. Nasze produkty do makijażu muszą też spełniać funkcje pielęgnacyjne i przeciwdziałać różnym problemom, tak aby klientki wybierały nasz produkt dlatego, że oferuje im on coś więcej. Na przykład, nasza najnowsza Mascara So Intense to upiększający tusz i wzmacniająca odżywka do rzęs w jednym. Jeżeli chodzi o zapachy to też oferujemy coś innego. Zazwyczaj perfumy to coś szalenie zmysłowego i propagowanego przez agresywną reklamę. My mamy do zaoferowania wyjątkowe i niepowtarzalne kreacje. Klasyczne, charakterystyczne dla francuskiego stylu, ponadczasowe. To nie są banalne zapachy… Ich renoma kształtuje się latami. Na przykład, woda dla mężczyzn Eau d’Ikar lepiej sprzedawała się rok po jej wprowadzeniu na rynek niż zaraz po premierze. To zazwyczaj się nie zdarza. Kompozycje Sisley to zapachy, do których się dojrzewa. Eau de Campagne na przykład. Niekoniecznie podoba się na początku, ale nie znam nikogo, kto by do niego nie wracał po pierwszym użyciu. Sztuka perfumiarstwa…

– Zatem Sisley to kremy pielęgnacyjne, produkty do makijażu i perfumy. Która kategoria funkcjonuje teraz najlepiej?
– Pielęgnacja, kremy – to nasza główna domena. Jesteśmy liderem na rynku tego typu produktów z najwyższej półki. Makijaż i zapachy to nowsze przedsięwzięcie, ale intensywnie się rozwija. Ciekawe, że męski zapach Eau d’Ikar wylansowany dwa lata temu zaczął się dobrze sprzedawać dopiero po roku… To odzwierciedlenie naszej filozofii. Lubimy dać się poznać i dać się polubić. Jednak produkty pielęgnacyjne to nasza siła.

– Kryzys was dotyka?
– Kosmetyki to specyficzna branża. Kosmetyki pielęgnacyjne to produkty, które wpływają dobrze na psychikę, poprawiają nasze samopoczucie. A w czasach kryzysu szukamy takich odskoczni i, paradoksalnie, chętniej sięgamy po rzeczy drogie, bo po prostu poprawiają nam nastrój.  A ci, którzy kupowali produkty marki Sisley, zwykle pozostają nam wierni. Lepiej kupić dobry, sprawdzony, drogi produkt, niż tani, nieefektywny. Zawsze mnie wzruszają kobiety, które, by kupić nasze kosmetyki, zmuszone są oszczędzać. Dla nich to ta odrobina luksusu i prawdziwa przyjemność, której nie potrafią sobie odmówić. Filozofia Sisley’a polega na tym, by nie gubić ducha marki. Mamy to szczęście, że zdobyliśmy wielkie zaufanie i szacunek klientów. Ludzie, czy to w Korei, w Rosji, Brazylii czy w Polsce mówią: „Sisley? Hmm… to dobra marka, ale taka droga. Hmm…, ale naprawdę dobra…” Jak długo będą tak mówić, tak długo będziemy istnieć.

Co lubi Phillippe d’Ornano?

Zapach – zawsze Sisley: Eau d’Ikar i Eau de Campagne
Kuchnia – „Każda, lubię próbować wszystkiego. Moja mama jako Polka często serwuje polską kuchnię, np. mazurki na Wielkanoc – robiliśmy je z mamą jako dzieci – czy też polski barszcz.”
Wakacje – mało znana wyspa w Indonezji – Sunba z dużą falą i niewielką liczbą mieszkańców, którym pomaga Fundacja Sisley’a. „Jeżdżę tam co roku od siedmiu lat.”
Samochód – „Często zmieniam, lubię Jeepy.”
Hobby – sport – surfing, rugby, kino, podróże, ale przede wszystkim książki różnej maści (biografie, powieści, poezja). „Staram się czytać jedną książkę tygodniowo. Uwielbiam też dzieła sztuki, jestem kolekcjonerem.”

Beata Jarosz

Rozmowa z Beatą Jarosz, Wiceprezesem Zarządu GPW

– Ukończyła pani SGH w okresie przełomu, kiedy rynek kapitałowy był w powijakach.
– Kiedy zaczynałam studia, a uczelnia nosiła jeszcze nazwę SGPiS, uczono nas oddzielnie ekonomii kapitalizmu i socjalizmu. Oczywiście, nasi wykładowcy zdawali sobie sprawę, że taki podział jest fałszywy. Niezależnie od ideologicznych nacisków, gospodarka podlega takim samym prawom rynku. O tym, jak wygląda prawdziwy rynek kapitałowy, dowiadywaliśmy się… z książek i z filmów. Na szczęście, wkrótce potem absolwenci SGH przeszli przyspieszony praktyczny kurs tego, jak działa wolny rynek.

– Trafiła pani najpierw do Ministerstwa Przekształceń Własnościowych.
– Było to ciekawe doświadczenie. W dwóch równoległych departamentach rodził się polski rynek kapitałowy. Powstawały regulacje rynkowe, zasady obrotu giełdowego. Kiedy więc w 1990 r. pojawiła się możliwość zatrudnienia w zes­pole, który później stanowił obsadę Komisji Papierów Wartościowych, nie zastanawiałam się ani przez chwilę. Byłam siódmą osobą, którą zatrudnił Jacek Socha. Pojawiałam się na giełdzie, obserwując jak przebiega sesja giełdowa. Miałam pokoik na piątym piętrze, obok biur maklerskich, w budynku byłego KC PZPR, gdzie ulokowana została GPW. Bardzo często spotykałam się tam z inwestorami, udzielając im – patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia – podstawowych informacji. Był to okres, kiedy wszyscy uczyliśmy się reguł kształtującego się w Polsce rynku. Wybór pierwszego pracodawcy, wiele lat temu, nie był przypadkowy. Dokonałam go z mocnym przeświadczeniem, że dołączenie do grona osób zaangażowanych wówczas w tworzenie polskiego rynku kapitałowego stanowić będzie prawdziwe wyzwanie. Poczucie udziału w przedsięwzięciu na tyle trudnym i ambitnym, co niepowtarzalnym i dającym wiele satysfakcji, towarzyszy mi niezmiennie od przeszło 20 lat.

– Do naszego kraju przeniesiono wzory z Francji i USA.
– Wiele rozwiązań czerpaliśmy z już dojrzałych rynków kapitałowych, na przykład z Francji i USA, dostosowując je, rzecz jasna, do polskich realiów. To właśnie wtedy bardzo przydatna była moja znajomość języka francuskiego. Dzięki niej miałam okazję odbyć staże we Francji, zdobywając praktyczne informacje w zakresie nadzoru na rynkiem giełdowym. Spotkania ze specjalistami uświadomiły mi wagę nadzoru w budowaniu wiarygodności rynku i bezpieczeństwa obrotu. Ten początkowy okres rozwoju polskiego rynku był bardzo istotny z punktu widzenia budowy zaufania wśród inwestorów i emitentów. Zaproponowane regulacje miały sprzyjać rozwojowi rynku, ale jednocześnie gwarantować najwyższe standardy rynkowe z punktu widzenia bezpieczeństwa obrotu. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że zdały egzamin. Rosła liczba spółek notowanych na warszawskim parkiecie, stopniowo zwiększało się zainteresowanie naszym rynkiem zarówno inwestorów krajowych, jak i zagranicznych.

– Wspomniała pani o specyfice polskiego rynku. Na czym polegała?
– Trudno mówić o specyfice polskiego rynku – raczej o nowoczesnych rozwiązanych organizacyjnych i prawnych, które funkcjonowały na zagranicznych rynkach i od samego początku były przez nas implementowane, jak np. dematerializacja papierów wartościowych. W tym okresie pieniądze i dokumenty nosiło się w teczkach…

– Lub w torbach foliowych.
– Naszym priorytetem było bezpieczeństwo obrotu. Jak zapewne pan pamięta, w latach 90. miało miejsce kilka głoś­nych afer związanych z wykorzystywaniem poufnych informacji. W tamtym okresie wymiar sprawiedliwości nie wypracował jeszcze procedur postępowania w takich sytuacjach. W naszym zespole byli młodzi prawnicy, którzy wyjaśniali policjantom i prokuratorom, jak funkcjonuje rynek kapitałowy. Wówczas ludzie skupieni wokół giełdy dobrze się znali. Z przykrością myślę o zdolnych początkujących maklerach, którzy zrujnowali sobie świetnie zapowiadające się kariery, ponieważ skusiła ich perspektywa szybkiego zarobku. Osoby, które straciły licencje, nie miały już szansy powrotu na rynek kapitałowy.

– Jak kształtowała się pani kariera w Komisji?
– Nad wyraz typowo – najpierw zostałam specjalistką, potem naczelnikiem, w końcu dyrektorem departamentu nadzoru rynku. Byłam pierwszą kobietą na tym stanowisku w KPWiG. Nadzorowałam rynek giełdowy, a więc przyglądałam się transakcjom zawartym na GPW w pod kątem ich zgodności z obowiązującymi przepisami prawa. Do moich zadań należało m.in. – w przypadku uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa – przygotowywanie i skierowanie zawiadomień do prokuratury. Mieliśmy do czynienia z nowego typu przestępczością. W ciągu roku prowadziliśmy kilkadziesiąt postępowań, około pięćdziesięciu kończyło się skierowaniem zawiadomienia do organów ścigania. Tylko w nielicznych przypadkach zapadały wyroki skazujące. Nie jest to specyfika polskiego rynku czy też wymiaru sprawiedliwości. Po prostu, przestępstwa przeciwko publicznemu obrotowi, takie jak manipulacja instrumentem finansowym czy wykorzystanie informacji poufnej, należą do jednych z najtrudniejszych do udowodnienia. Dlatego ważne jest, by każdy przypadek kończący się wyrokiem skazującym był nagłaśniany i działał prewencyjnie w stosunku do uczestników rynku, którzy mogą być kuszeni szybkimi zyskami.

– Reprezentowała pani KPWiG na forum Europejskiego Komitetu Regulatorów Rynku Papierów Wartościowych, a także sprawowała funkcję przewodniczącej Komisji Egzaminacyjnej dla Maklerów Papierów Wartościowych…
– Nigdy nie uchylałam się przed dodatkowymi obowiązkami, choć dzieje się tak zwykle kosztem czasu, który chcemy poś­więcić rodzinie. Mając do czynienia z młodymi ludźmi, którzy przygotowywali się do naprawdę bardzo trudnych egzaminów na maklerów, ostrzegałam ich: „Pamiętajcie, że w tej branży utrata reputacji jest jak śmierć cywilna. Niezwykle łatwo jest stracić wszystko, dorobek wielu lat nauki i pracy.”

– Mam wrażenie, że dziś miejscem, które biorą na celownik różnej maści aferzyści, jest rynek NewConnect.
– Na szczęście, nie są to częste przypadki, ale nie oznacza to, że nie przyglądamy się bardzo uważnie każdemu z nich. Systematycznie analizujemy regulacje prawne, organizacyjne i proponujemy rozwiązania adekwatne do poziomu rozwoju rynku. Celem takiego dokładnego przeglądu jest podniesienie bezpieczeństwa rynku i sprawienie, aby był on bardziej atrakcyjny dla inwestorów. Ważne jest, by nasze propozycje były odpowiednie do potrzeb, wielkości spółek notowanych, oczekiwań inwestorów i przede wszystkim wymogów bezpieczeństwa obrotu. Niezwykle istotnym czynnikiem wpływającym na zwiększenie bezpieczeństwa i przejrzystości obrotu w zakresie notowanych instrumentów finansowych jest wypełnianie przez spółki publiczne obowiązków informacyjnych. Mając świadomość wagi tych informacji dla inwestorów i całego rynku, uważnie poddajemy je analizie i wyciągamy surowe konsekwencje wobec spółek, które naruszają zasady obowiązujące na NewConnect.

Uruchomienie rynku NC umożliwiło kilkuset przedsiębiorstwom pozyskanie kapitału na rozwój. Nie zapominajmy, że sektor MŚP jest swego rodzaju siłą napędową polskiej gospodarki oraz katalizatorem wielu istotnych zmian w otoczeniu gospodarczym. To właśnie ta grupa przedsiębiorstw generuje blisko 50 proc. polskiego PKB. Obecność na NC wymusza wyższą kulturę prowadzenia biznesu – zmusza do porządku i transparentności. Stawia też spore wyzwania przed managerami. Mimo trudnego okresu, w jakim rynkowi NC przyszło się rozwijać, wiele podmiotów notowanych na nim znakomicie wykorzystało swoją szansę, umacniając pozycję rynkową oraz zdobywając nowych partnerów biznesowych. Cóż – bywają przypadki, że pozyskany przez spółki kapitał jest różnie wykorzystywany, niezgodnie z oczekiwaniami inwestorów. Aby zmniejszyć ryzyko wystąpienia takich przypadków, kilka miesięcy temu wprowadziliś­my nowe przepisy dotyczące emitenta, którego instrumenty finansowe notowane są na NC, oraz Autoryzowanych Doradców (AD).

Ze szczególną starannością poddajemy analizie spółki, które nie radzą sobie na rynku NC oraz w pewnym sensie zawiodły zaufanie inwestorów. W uzasadnionych przypadkach obligujemy takie podmioty do sporządzenia analizy sytuacji finansowej i gospodarczej oraz perspektyw prowadzenia działalności, która później stanowi podstawę do podjęcia przez Zarząd GPW ostatecznej decyzji co do pozostawienia spółki na parkiecie. Jak już wspomniałam, nowe regulacje dotyczą również działalności AD. Ta grupa podmiotów odgrywa niezwykle istotną rolę na rynku NC. Chcemy, by współpracowały z nami i emitentami tylko podmioty profesjonalne i odpowiedzialne. Dla firm, które nie respektują reguł Alternatywnego Systemu Obrotu, nie ma miejsca na NC. Stworzyliśmy ten rynek dla mniejszych, aktywnych podmiotów, które chcą i umieją pozyskać kapitał na rozwój, a nie tych, które zamierzają tylko wegetować.

– I w ten sposób doszliśmy do kolejnego etapu pani kariery – od czerwca 2006 roku jest pani członkiem Zarządu GPW, a od lutego tego roku wiceprezesem. Jaki jest zakres pani obowiązków?
– Na przestrzeni ostatnich kilku lat obszary, które podlegały mojemu bezpośredniemu nadzorowi, zmieniały się. I nic w tym dziwnego, gdyż zmiany organizacyjne są nieodłącznie związane z działalnością każdej firmy. Staramy się być organizacją, która płynnie dopasowuje się do szybko zmieniających się warunków zewnętrznych. Jesteśmy przekonani, że będą one miały pozytywny wpływ na wzrost efektywności firmy. Niezmiennie od kilku lat swoim nadzorem obejmuję prace w zakresie dopuszczania i wprowadzania instrumentów finansowych do obrotu oraz kształtowania i promowania wysokich standardów w zakresie komunikacji spółek publicznych z uczestnikami rynku.

Od kilku tygodni odpowiadam za cały Pion Operacyjny, a więc również za Dział Notowań. Do tej pory m.in. bezpośrednio sprawowałam nadzór nad akwizycją nowych spółek na różne rynki prowadzone przez GPW. Zależy nam na rozwijaniu i podnoszeniu atrakcyjności rynku regulowanego oraz wzmocnieniu i podniesieniu jakości pozostałych platform obrotu, tj. rynków NC i Catalyst. Dążymy do stałego poszerzania naszej oferty, przy uwzględnieniu potrzeb różnych grup inwestorów. Dzięki prowadzeniu aktywnych działań w zakresie przyciągania nowych emitentów i budowie świadomości giełdowej wśród przedsiębiorców, GPW już od kilku lat postrzegana jest jako jeden z najbardziej aktywnych rynków IPO w Europie.

Coraz częściej na warszawskim parkiecie debiutują firmy zagraniczne – z Ukrainy, Bułgarii, Czech, Słowenii i Węgier. Obserwujemy także rosnące zainteresowanie ze strony spółek rosyjskich. Dla wielu firm zagranicznych nasz parkiet to ciekawe wyzwanie. Oprócz tańszego kapitału, który można pozyskać na naszym rynku, nieporównywalnie łatwiej średniej wielkości spółce (jak na europejskie standardy) zakwalifikować się do głównego indeksu WIG20 niż np. do głównego indeksu w Londynie. Zmiany, które dokonały się w ostatnich latach na giełdzie, mają charakter fundamentalny – dotyczą nie tyko powstania nowych rynków oraz przejęcia Towarowej Giełdy Energii, ale przede wszystkim zmiany pozycji, jaką zajmuje dziś GPW w regionie. Straciła ona ściśle krajowy charakter i jest największą giełdą w Europie Środkowej i Wschodniej. Dążymy do zbudowania pozycji giełdy jako europejskiego lidera na rynku średnich i małych firm. Wiem, że to niełatwe zadanie, ale możliwe do realizacji.

– Jak postrzegają GPW analitycy z Londynu czy też Frankfurtu?
– Przyglądają się nam uważnie. Odnotowują nasze sukcesy, dominującą pozycję w Regionie CEE. Dostrzegają rozwój nowych rynków, mocną pozycję w obszarze IPO. Pozytywnie odnoszą się do przejęcia Towarowej Giełdy Energii. Czynnikiem, który zwraca ich uwagę, są wysokie stopy wypłaty dywidendy za poprzednie lata.

– A jaką strategię powinni przyjąć krajowi inwestorzy, którzy zwykle nastawiają się na szybki zysk, więc każde zachwianie rynku odbierają jako trzęsienie ziemi.
– Trudno mi doradzać. Każdy z inwestorów ma własne cele i pomysły na inwestowanie. Jeśli nie akceptujemy wysokiego poziomu ryzyka, nasza strategia inwestycyjna powinna niewątpliwie uwzględniać dywersyfikację portfela. Próbujmy kontrolować swoje emocje, by nie dopuszczać do sytuacji, kiedy to one kontrolują nas. Na akcjach najlepszych firm trudno stracić w dłuższym przedziale czasowym, dobrą alternatywą dla akcji są obligacje podmiotów należących do elity polskiego biznesu. GPW stara się oferować inwestorom różne kategorie instrumentów, o różnym ryzyku inwestycyjnym.

– Co uważa pani za najważniejsze w pracy managera?
– Jestem zdania, że szefa firmy powinna cechować przede wszystkim odpowiedzialność, w szerokim tego słowa znaczeniu. Ocenie powinno podlegać nie tylko to, co się robi, ale też to, czego się nie zrobiło. Dobry manager nie powinien bać się podejmowania ryzykownych decyzji, szczególnie wtedy, kiedy ma szansę na stworzenie nowej jakości. Cytując Le’a Iacoccę, managerowie muszą być nie tylko decydentami, lecz także inspiratorami zdolnymi do motywowania ludzi. Czasem jestem pytana o tzw. damski styl zarządzania. Uważam, że to źle sformułowany problem. Po prostu, nie ma czegoś takiego. Liczy się skuteczność – nieważne, czy manager chodzi w spodniach czy też w spódnicy. Ważne jest to, żeby miał autorytet, umiał dzielić się wiedzą i doświadczeniem ze współpracownikami. Kolejny element to umiejętność budowy zespołu. Podchodzę do tego ze szczególną starannością. Dobrze dobrany zespół ludzi to klucz do sukcesu.

– A co w pani oczach dyskwalifikuje pracownika?
– Utrata zaufania i brak poczucia odpowiedzialności. Staram się bardzo precyzyjnie przekazywać moim współpracownikom, czego od nich wymagam. A także w jasny sposób okreś­lam, jak oceniam wyniki ich pracy. Jestem z stanie zrozumieć, gdy ktoś popełni jakiś błąd. Proszę jednak nie zapominać o specyfice GPW: tutaj obowiązują ścisłe procedury – drobne zaniedbanie może mieć bardzo poważne konsekwencje. Dla mnie praca nie jest obowiązkiem, ale przygodą i pasją. Staram się tym zarazić wszystkich moich współpracowników.

– Co stanowiło dla pani najważniejsze wydarzenie podczas pracy na GPW?
– Było ich kilka. Nie było roku, który wyglądałby tak, jak poprzednie. Każdy miesiąc przynosi nowe wyzwania. Wspomnę tylko o uruchomieniu rynku NC, Catalyst czy też naszego przedstawicielstwa w Kijowie. Szczególnie jednak silnie zapadły mi w pamięć przygotowania do naszego włas­nego IPO. Spotkania z prawnikami nierzadko kończyły się o 5 rano. Mieliśmy silną motywację, by zakończyć proces w planowanym terminie, w końcu czekaliśmy na to kilkanaście lat. Niektórzy już stracili nadzieję, że kiedykolwiek będzie miało miejsce upublicznienie GPW. Udało się, sukces przerósł nasze oczekiwania. W kolejce po akcje GPW czekało ponad 320 tys. inwestorów indywidualnych. Nasze IPO zostało bardzo pozytywnie ocenione przez zagranicznych analityków.

– Czy należy pani do managerów, którzy już w dzieciństwie lubili rządzić?
– Odpowiem żartem – zarządzałam zaskórniakami swoimi i mojego młodszego brata. Rówieśnicy chętnie przyjmowali moje pomysły i sugestie. Przełożyło się to pewnie na moje relacje z kolegami ze szkoły, którzy zwykle wybierali mnie na przewodniczącą klasy… Przyszli liderzy są świetnie widoczni wśród studentów, z którymi mam kontakt jako wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim. Zdecydowałam się na prowadzenie zajęć z rynku kapitałowego na studiach podyplomowych, ponieważ uważam, że managerowie powinni dzielić się wiedzą. Potrzebni są nam absolwenci nie tylko dobrze wykształceni teoretycznie, ale też przygotowani do podjęcia pracy na rynku finansowym.

Co lubi Beata Jarosz?

Zegarki – Omega Constellation
Ubrania – styl elegancki
Kosmetyki – zmienia co 6 miesięcy
Biżuteria – białe złoto i brylanty
Wypoczynek – latem Prowansja, w wynajętym domu, zimą – narty w Alpach
Samochód – Audi
Hobby – sport, 2-3 razy w tygodniu fitness. Najlepiej odreagowuje stresy pracując w ogrodzie lub jeżdżąc na rowerze

Ważne Informacje

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...