.
Strona główna Blog Strona 424

Anna Rulkiewicz

Rozmowa z Anną Rulkiewicz, prezesem Grupy LUX MED

– Może zaczniemy od liczb, ponieważ to właśnie one najlepiej pokazują czym jest LUX MED: 8 tys. pracowników, ponad milion klientów.
– Dodałabym, do tego, że ponad 50 proc. kadry stanowią lekarze, a wśród nich wielu profesorów medycyny i wybitnych specjalistów. Mamy 71 własnych placówek, znakomicie wyposażony szpital. Utworzyliśmy spółkę LUX MED Diagnostyka, która zgodnie z nazwą zajmuje się wysoko wyspecjalizowanymi badaniami. Niedawno kupiliśmy Endoterapię – czołowy ośrodek endoskopowy w Polsce. Jesteśmy na takim etapie rozwoju, który pozwala nam poważnie myśleć o akwizycji szpitali i wejściu także do mniejszych miejscowości. Duże nadzieje łączymy z własną firmą ubezpieczeniową, stanowiącą naturalne uzupełnienie naszej oferty.

– Zamiast mówić „ja” używa pani zwykle skromnego „my”, ale to właśnie pani kierowała firmą w okresie najbardziej dynamicznego rozwoju.
– Moje pierwsze kontakty z firmą miały dość zabawny charakter. Dziesięć lat temu do LUX MED wszedł fundusz private equity z ambitnymi planami rozwoju firmy i wtedy jeden z jego przedstawicieli, który nadzorował LUX MED zaczął namawiać mnie na przejście. Trwało to kilka miesięcy. Zdążyłam nawet zaproponować mu parę innych kandydatur, ale był uparty. Uprzedzałam, że po latach intensywnej kariery zawodowej chciałabym wreszcie mieć dzieci,  a więc nie jest to dobry czas na zmianę firmy. To go nie zniechęciło i mimo perspektywy urlopu macierzyńskiego,  przyjął to ze zrozumieniem. Koniec końców, zdecydowałam się na przejście i nawet w kontrakcie zapisaliśmy możliwość urodzenia dzieci. Uprzedzając pytanie odpowiem, że wywiązałam się z tego zapisu perfekcyjnie. Jeden synek ma 7 lat, a drugi 5, ale macierzyństwo nie wpłynęło na zmniejszenie mojej aktywności i dynamiki firmy.

– Rzec można, że pani trzecie dziecko to LUX MED…
– Proszę nie zapominać, że kobieta manager musi umieć pogodzić rolę matki i szefa, co wcale nie jest łatwe. Radzę sobie z tymi dwoma rolami, ponieważ potrafię dobrze organizować czas. Kiedy zaczęłam pracować na stanowiskach kierowniczych, stwierdziłam, że – paradoksalnie – im mniej mam wolnego czasu, tym lepiej z niego korzystam.

– A co w związku z tym myśli pani o „kobiecej szkole zarządzania”?
– Bardzo mi się nie podoba to określenie. Dobrym managerem można być nosząc spodnie lub spódnicę. To kwes­tia indywidualnych predyspozycji, płeć nie ma z tym nic wspólnego.

– LUX MED znany jest z tego, że znaczna część kadry zarządzającej to panie.
– Rzeczywiście 70 proc. z 284 managerów to kobiety, ale jest to związane ze specyfiką branży. Wśród naszych pracowników też dominują panie. Podobnie wygląda to na uczelniach medycznych. Pielęgniarki to głównie kobiety, podobnie zresztą jak pracownicy obsługi klienta. Wśród lekarzy też jest wiele pań. Jedyny wyłom stanowią chirurdzy – to typowo męska specjalność. Pytał pan o specyfikę zarządzania  w naszej firmie. Myślę,  że ta wyjątkowość dotyczy wszystkich firm medycznych. Ich cechą jest niezwykle zróżnicowana kadra, a szczególnie jej trzon, czyli lekarze – ludzie o bardzo wysokich kwalifikacjach, silnym poczuciu niezależności, często wielkie indywidualności. To nie jest typ pracowników, którym można wydawać polecenia – moje zadanie polega na przekonaniu ich do określonych rozwiązań.

– Zaczynała pani pracę dla LUX MEDU jako członek zarządu odpowiedzialny za sprzedaż i marketing.
– Tak, weszłam do zarządu z takim właśnie zakresem odpowiedzialności i  moim podstawowym zadaniem było zdynamizowanie i rozwój firmy. Kiedy się pojawiłam, miała ona 4 przychodnie w stolicy. W szybkim tempie uruchomiliśmy 17 nowych placówek w największych polskich miastach. Punktem zwrotnym był zakup LUX MED w czerwcu 2007 roku przez Mid Europa Partners. Ten znany gracz rynku kapitałowego zdecydował się na inwestycje w sektor medyczny. Jednocześnie kupił Medycynę Rodzinną, a wkrótce doszło do połączenia kapitałowego obu spółek. Dla mnie była to również wielka zmiana – zostałam prezesem firmy.

– Jak przebiegały kolejne akwizycje?
– W sierpniu 2008 do Grupy został włączony PROMEDIS i CM LIM. Integracja tych firm w jeden organizm była stopniowa. Staraliśmy się znaleźć wspólne elementy, a jednocześ­nie wypromować w całej firmie najciekawsze rozwiązania wypracowane wcześniej przez poszczególne spółki. Proces ten trwał dwa lata – 2008-09. Dołączyła też do nas spółka TP Med. W styczniu 2010 roku przejęliśmy większość udziałów w spółce Tabita, powołanej w celu prowadzenia ośrodka opiekuńczego pod taką właśnie nazwą. W sierpniu 2010 roku uruchomiliśmy własny szpital w Warszawie. Dwa miesiące później rozpoczęła działalność spółka LUX MED DIAGNOSTYKA, do której trafił Med-Sport, a potem centra diagnostyczne AVI i FADO. Ostatnia z akwizycji – dokonana w kwietniu tego roku – to Endoterapia z dwoma szpitalami specjalistycznymi w Warszawie i Łodzi.

Kilkuletni skomplikowany proces kolejnych akwizycji i integracji w symboliczny sposób zamykamy ogłoszonym ostatnio rebrandingiem. Porządkujemy portfel marek, w opiece ambulatoryjnej skupiamy się na dwóch: LUX MED i Medycynie Rodzinnej, przy czym ta pierwsza, jako najsilniejsza, pozostaje wiodącą marką Grupy. Jednocześnie zmieniamy logo LUX MED, które teraz jest nowocześniejsze i nawiązuje do wcześniejszych znaków marek wchodzących w skład Grupy. Ta zmiana ma symbolizować kontynuację, ale jednocześnie „nowe otwarcie” – chcemy wyraźnie komunikować kim jesteśmy, a mamy pozycję lidera rynku, który stawia na rozwój, nowoczesność, profesjonalizm i otwarcie na potrzeby klienta.

– Szeroko komentowanym wydarzeniem było wasze wejście na rynek ubezpieczeń.
– W marcu ubiegłego roku uzyskaliśmy stosowną licencję. Korzystając z możliwości jakie stwarza prawo UE, uzys­kaliśmy ją w Szwecji. Takie właśnie rozwiązanie bardzo przyspieszyło proces budowania tego biznesu. Zaczęliśmy od pozyskiwania klientów korporacyjnych, a obecnie koncentrujemy się już na przygotowaniu oferty ubezpieczeń indywidualnych.

– Wspomniała pani wcześniej o specyfice zarządzania LUX MED. Jakimi umiejętnościami musi dysponować manager kierujący taką firmą?
– Nie zamierzam sama sobie wystawiać laurki, ale moi współpracownicy twierdzą, że szczególnie ważna jest dla nich precyzyjna komunikacja. Myślę, że właśnie komunikacja jest jednym z kluczowych czynników powodzenia procesu integracji. Jeśli jest to też powiązane z jasnym planem działania, szybkością podejmowania decyzji i dialogiem z pracownikami, szanse powodzenia nawet najbardziej skomplikowanego projektu rosną. Ważne jest też, by jasno wskazywać priorytety. Myślę, że jest to moja mocna strona, podobnie jak to, że potrafię się całkowicie skoncentrować na określonej sprawie. Czasem ma to humorystyczne nas­tępstwa – zdarza się, że nadepnę na swoje własne okulary lub zostawię otwarty bagażnik w aucie… Często powtarzam, że każdy z managerów musi – jak w szkole – „świecić przykładem”, zaczynając od tego, by samemu znakomicie realizować wszystkie zadania. Kolejna kluczowa kwestia to umiejętność szukania talentów. Nie wolno bać się ludzi, którzy są w pewnych dziedzinach lepsi od nas.

– Za co mogłaby pani zwolnić pracownika?
– Zdarza mi się to naprawdę bardzo rzadko. Jestem przekonana, że wolno robić błędy, zwłaszcza szukając nowych rozwiązań. Zarządzanie zmianą to naprawdę wielka sprawa… Nie można jednak powtarzać tych samych pomyłek. W wielu wypadkach za porażkę pracownika odpowiedzialny jest manager, który przydzielił mu niewłaściwe zadania.

– Studiowała pani za granicą, czy miało to wpływ na pani sposób zarządzania?
– Psychologiczny profil studiów niewątpliwie pomógł w dalszej pracy zawodowej. Było to jednak też owocne doświadczenie z innego punktu widzenia. Zaczęłam na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, równolegle studiowałam w Hamburgu. Żeby to pogodzić, trzeba było dobrze zorganizować swój czas, umiejętnie ustalać priorytety, wykazać determinację, czyli mieć te cechy, które dziś pomagają mi w menadżerskiej działalności. Wtedy takie predyspozycje bardzo się przydały i rozwinęły. Po ukończeniu studiów pracowałam przez jakiś czas jako tłumacz symultaniczny języka niemieckiego, ale nie przepadałam za tym zajęciem, więc szybko zaczęłam poszukiwać innego miejsca dla siebie, bliższego mojemu temperamentowi. Tu dała o sobie znać moja gotowość do zmian. Zdałam egzamin dla agentów ubezpieczeniowych. I to był – jak pokazały moje dalsze losy – strzał w dziesiątkę, bo kontakt z ludźmi, ambitne cele, to jest mój żywioł. Trafiłam do Commercial Union. Ku swojemu własnemu zaskoczeniu nie tylko spodobała mi się praca agenta, ale okazało się,  że mam świetne efekty i błyskawicznie awansowałam, osiągając stanowisko dyrektora. Po kilku latach przeszłam do Zurich Insurance Group a potem do Credit Suisse, gdzie byłam dyrektorem sprzedaży i marketingu.

Doświadczenia zebrane w poprzednim etapie mojego życia zawodowego mają dla mnie duże znaczenie, zwłaszcza w kontekście rozpoczętej działalności ubezpieczeniowej LUX MED. Wracając jednak do pańskiego pytania – wiedzy, jaką zdobyłam podczas zagranicznych studiów nie wykorzystałam bezpośrednio w pracy zawodowej, ale uważam, że studia powinny poszerzać horyzonty, tworzyć mocny fundament, na którym można budować swoją przyszłość. Studia to nie tylko,  a może nie przede wszystkim, przygotowanie do zawodu, ale jest to kształtowanie kompetencji, umiejętności adaptacji do zmian i gotowości do podejmowania ryzyka, praca nad sobą i  doskonalenie charakteru. Jeśli tak na to spojrzeć, to sądzę, że studencki etap mojego życia miał duży wpływ na to, jakim teraz jestem menadżerem.

– Na koniec chciałbym pani pogratulować nagrody Manager Award 2012, a jednocześnie zaprosić do jury kolejnej edycji.
– Bardzo dziękuję. Będzie to dla mnie zaszczyt i przyjemność.

Co lubi Anna Rulkiewicz?

Zegarki – marki i wszystko co się z nimi łączy nie mają dla niej żadnego znaczenia, dlatego nosi zegarek, który dostała w szczególnym momencie swojego życia. Ceni prezenty nie za ich wartość materialną ale sentymentalną, a więc prezent to skojarzenie z sytuacjami, ludźmi i  wydarzeniami. Podobny stosunek ma do biżuterii. Z jednym wyjątkiem – bardzo lubi szafiry
Wypoczynek – we własnym domu na wsi na pograniczu Mazowsza i Mazur. Kiedy w lecie wyjeżdża z rodziną za granicę – zawsze wybiera nowe miejsca
Kuchnia – nie jest miłośniczką żadnej kuchni narodowej. Po prostu lubi poszczególne dania, np. tatara i pierogi ruskie
Restauracje – unika spotkań biznesowych w mieście, ponieważ zajmują zbyt dużo czasu. Zwykle przyjmuje gości w swoim biurze, gdy wymaga tego sytuacja korzysta z cateringu
Perfumy – ciągle próbuje nowych zapachów
Samochód – ma być praktyczny i bezawaryjny
Hobby – żeglarstwo. Pochodzi z Iławy, ojciec zabrał ją na łódkę kiedy miała 5 lat. Uczy żeglować siedmioletniego syna. Jest wielką miłośniczką kina. Jak sama mówi: „kiedy wchodzę do Empiku kupuję wszystkie nowe DVD, potem oglądam je nocami. Mam w domu kolekcję filmów na całą ścianę.”

Cyprian Kostewicz

Rozmowa z Cyprianem Kostewiczem, dyrektorem sprzedaży i marketingu w.p.c.

– Jaki nosi pan zegarek?
– Oczywiście marki TAG Heuer, ale używam kilku marek z portfolio naszej firmy. Jestem zwolennikiem zasady, że należy dopasować zegarek od okazji. Elegancki do garnituru, sportowy do sportu. Ponieważ lubię aktywny styl życia, bliski jest mi styl TAG Heuer, który nawet w przypadku bardzo eleganckich zegarków nasuwa pewne skojarzenia ze sportem – żeglarstwem, tenisem czy też wyścigami samochodowymi.

– Ikoną tego stylu jest kwadratowy model Monaco, który ponad 40 lat temu wypromował Steve McQueen.
– Jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy akcja marketingowa z roku 1970 jest pamiętana do dziś i wciąż budzi pozytywne emocje. Wiąże się z tym mało znana, ale ciekawa historia. Znakomity amerykański aktor grał kierowcę biorącego udział w wyścigu Le Mans. Film kręcono właśnie na tym torze. McQueen pod każdym względem starał się upodobnić do mistrza F-1 Jo Sifferta, który… nosił Monaco. Kiedy dowiedział się o tym Jack Heuer, natychmiast zdecydował się przesłać aktorowi kilka zegarków do wyboru. Sprawę trzeba było załatwić błyskawicznie, złapał więc na korytarzu młodego pracownika firmy, któremu zlecił zadanie. Działo się to w czasach, gdy na granicy szwajcarsko-francuskiej celnicy sprawdzali bagaże.

– Zapewne zażądali cła za przewożone zegarki…
– Zrozpaczony wysłannik zadzwonił z prośbą o pomoc. Po kilku godzinach oczekiwania poczuł, że ktoś mu kładzie rękę na ramieniu i mówi: „Jedziemy”. Był to sam Steve McQueen, który przyjechał na motocyklu. Młody człowiek stał się potem słynny w firmie, spędził bowiem kilka dni na planie filmowym. A aktor zdecydował się na Monaco z niebieską tarczą, wtedy jeszcze z pleksiglasową szybką. Dzisiejsza wersja jest nieco większa i ma, oczywiście, szafirowe szkiełko. Kiedy jednak z okazji czterdziestolecia tego wydarzenia pojawiła się limitowana seria Monaco, identyczna jak w 1970 roku, natychmiast została wykupiona przez kolekcjonerów. Na marginesie, koronka tego modelu umieszczona jest po lewej stronie tarczy – żeby nie dotykała dłoni kierowcy.

– W tym, co pan mówi, jest dużo pozytywnych emocji. Czy podobnie uległ pan kolekcjonerskiej pasji?
– Mam, oczywiście, kilka zegarków, ale, na szczęście, nie. Byłoby mi niezmiernie trudno zachować dystans do mojej pracy, która głównie polega na zarządzaniu działem, sprzedażą i marketingiem. Muszę zachować trzeźwy umysł, inaczej wiele limitowanych edycji znajdowało by się do tej pory w skrytym, wydzielonym miejscu w biurze zamiast na nadgarstkach naszych klientów. Poprawna jest inna interpretacja – po prostu, bardzo lubię to, co robię.

– Czy już podczas studiów chciał pan zostać managerem?
– Wręcz przeciwnie. Mówię poważnie. Moi rodzice są wysokiej klasy rehabilitantami, ojciec posiada tytuł doktora, toteż kontynuując rodzinną tradycję, trafiłem na Wydział Rehabilitacji Ruchowej warszawskiej AWF. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że pracując z chorymi uczę się tego, co potrzebne mi będzie w przyszłości. Rehabilitant, podobnie jak manager, musi umieć stworzyć wizję i przekonujący plan, który prowadzi do osiągnięcia celu. Jednocześnie musi być zdecydowany i odpowiedzialny, współpracując z ludźmi, gdyż oni postrzegają drugą osobę jako specjalistę w swojej dziedzinie, dzięki któremu ich życie ulegnie poprawie. Jako młody człowiek zaliczyłem ciekawą szkołę życia. Moi rodzice zdecydowali się wyemigrować do USA, gdzie jednak nie potrafiłem sobie znaleźć miejsca. Po czterech miesiącach wróciłem do Polski dokończyć studia. Do Stanów Zjednoczonych wyjeżdżałem co roku. To wspaniały kraj z punktu widzenia turysty, ale żyć tam bym nie mógł. Już wcześniejszy, 4-letni pobyt w Libii utwierdził mnie w przekonaniu, że Polska jest moim miejscem na Ziemi. Podobnie jak wielu amerykańskich absolwentów, postanowiłem po studiach zrobić sobie długie wakacje, które trwały… 1,5 roku. Był początek lat 90. Moi koledzy rozpoczynali kariery w dużych międzynarodowych korporacjach lub wyjeżdżali za granicę. Marzyli o modelu „fura, skóra i komóra”, a ja jeździłem moim małym Fiatem i dorywczo zarabiałem jako instruktor narciarski w Dolomitach, uprawiałem na windsurfing w Grecji, USA i na moim ukochanym Helu. Jeździłem po Polsce na rowerze i żyłem beztrosko.

– W taki sposób można poznać wielu ciekawych ludzi.
– I tak się stało w moim przypadku. Moja znajoma zapytała mnie, czy przez kilka dni popracowałbym dla japońskiej agendy rządowej, która poszukiwała w Polsce partnera do uprawy grzybów shiitake. Wymagania były z mojego punktu widzenia niewielkie – znajomość angielskiego i operatywność. W błyskawicznym tempie zarobiłem znaczną kwotę i stwierdziłem: „W tym biznesie jest coś fajnego”. Zgodziłem się więc zostać tłumaczem w izraelskiej firmie, która chciała uruchomić w Polsce fabrykę wody butelkowanej Eden Springs. Na początku otrzymałem zadanie – jak się potem okazało z założenia – prawie niewykonalne. Właściciel zlecił mi uzyskanie koncesji na odwiert wody oligoceńskiej. Kiedy mi się to udało – otrzymałem propozycję stałej pracy. Była to dla mnie doskonała lekcja biznesu, zajmowałem kolejno różne stanowiska managerskie – odpowiadałem za marketing, sprzedaż, byłem też szefem oddziału. Któregoś dnia ze zdumieniem stwierdziłem, że ja – miłośnik sportu i niezależności – świetnie się czuję pracując po kilkanaście godzin dziennie, nierzadko łącznie w weekendami.

– Firma – znana dziś pod krótszą nazwą, Eden – odniosła olbrzymi sukces na rynku polskim i za granicą. Jej siedziba mieści się w Lozannie.
– Kiedy odchodziłem w 2001 roku, zatrudniała ponad 800 osób w pięciu oddziałach. W ciągu zaledwie kilku lat Eden zajął dominującą pozycję w swojej branży. Ja jednak otrzymałem ciekawszą propozycję. Zwrócił się do mnie Joel Birman z W.P.C., który wcześniej był CFO Edenu, proponując funkcję dyrektora sprzedaży i marketingu w dziale dóbr luksusowych. Zgodziłem się, prosząc jednak o trzy miesiące przerwy, którą mógłbym wykorzystać na długie wakacje, których tak bardzo brakowało mi podczas 6 lat w Edenie. Wróciłem pełen chęci do pracy i szybko okazało się, że nie będzie łatwo.

– Zdaniem ekspertów, w dziedzinie zarządzania manager, mając trudne zadanie, powinien wcześniej „podładować akumulator”.
– Po ataku na WTC 11 września 2001 roku branża artykułów luksusowych zanurkowała. A ja dodatkowo musiałem wszystko poukładać na nowo. Byłem zaskoczony rozmawiając ze sprzedawcami, którzy oferowali produkty drogie, a nie luksusowe. Rynek opierał się na podstawowych markach, a zegarek kojarzony był wyłącznie z funkcją mierzenia czasu, czy – jak kto woli – pokazywał godzinę. Jak więc mogli przekonać do nich klientów? Szczególnie jeżeli oferowali nowe, nikomu nieznane marki. Również zasady pracy w firmie były nieadekwatne do otaczającej nas rzeczywistości, a o możliwości szybkiego rozwoju przy zastanym systemie pracy nie mogło być mowy. Zdecydowałem się na głęboką restrukturyzację, przyjąłem nowych pracowników, którzy byli kompetentni i pełni zapału. Udało mi się przekonać zarząd do sensownych działań marketingowych, które szybko przyniosły efekty.

– Na czym polegały te działania?
– Jestem przeciwnikiem wydawania pieniędzy na marketing – trzeba je mądrze inwestować. To naprawdę ogromna różnica. W przypadku marek z naszego portfolio – TAG Heuer, Gucci, Burberry, Donna Karan, Police, TW Steel i Anne Klein – kluczem do sukcesu jest bezpośrednie dotarcie do potencjalnych klientów oraz dobre, profesjonalne relacje z naszymi partnerami biznesowymi. Niby oczywiste, ale diabeł tkwi w szczegółach. Również znajomość grup docelowych dla każdej z naszych marek determinuje działania, jakie podejmujemy w codziennych projektach i zadaniach. Umiejętne wykorzystanie narzędzi, jakie oferują światowe działy marketingu naszych marek, pomagają nam tworzyć działania dedykowane naszym partnerom i klientom ostatecznym. Ogromną rolę pełnią ambasadorowie marek. Brad Pitt kojarzy się z Carrerą TAG Heuer – najlepiej sprzedającym się modelem tej firmy. Steve McQueen z linią Monaco, a Leonardo Di Caprio z linią Aquaracer. Z kolei zegarki dla pań promuje od tego roku piękna Cameron Diaz. Na marginesie – miałem okazję spędzić w jej towarzystwie cały wieczór. To wielka aktorka, która zachowuje się bardzo naturalnie i nie ma w niej nic z gwiazdorskiej pozy.

– TAG Heuer osiągnął na polskim rynku wyjątkowo wysoką pozycję, stanowi alternatywę dla Roleksa.
– Miło mi słyszeć te słowa, jednak dla nas głównym konkurentem jest marka Omega. To prawda – TAG Heuer jest znany i ceniony w naszym kraju, i w pełni na to zasługuje. To jedna z najbardziej szacownych marek, istnieje od 1860 roku i jest znana z licznych innowacji, które popchnęły naprzód zegarmistrzostwo. Takim historycznym wynalazkiem był przestawny zębnik, dzięki któremu zegarek i chronograf mogą działać w czasie rzeczywistym. Ogólnie znane są osiągnięcia firmy, która przed laty jako pierwsza wyprodukowała zegarki mechaniczne mierzące czas z dokładnością do 1/5 sekundy, dochodząc w końcu do 1/100 w modelu Mikrograph, a w ubiegłym roku do 1/1000, za co Mikrotimer Flying zdobył najważniejsze branżowe nagrody. W tym roku na targach w Bazylei zaprezentowano model Mikrogirder o dokładności pomiaru czasu 1/2000 części sekundy. W porównaniu ze standardowymi zegarkami, nowy model TAG Heuer, pracujący z częstotliwością 1000 Hz (7 200 000 wahnięć/h) jest aż 250 razy szybszy. Nic więc dziwnego, że rozwiązanie objęto 10 patentami.

– Dlaczego TAG Heuer nie proponował tak długo cenionego przez miłośników zegarków efektownego tourbillonu, czyli odsłoniętego na tarczy – najprościej mówiąc – obracającego się „serca mechanizmu”?
– Prezydent firmy Jean-Christophe Babin powiedział kiedyś, że jak długo będzie prezydentem, w ofercie nie pojawi się taki model. Niedawno publicznie nawiązał do tych słów informując o premierze zegarka z wyjątkowym, podwójnym tourbillonem poruszającym się 12 razy szybciej niż znane na rynku modele. Pomimo wysokiej ceny – 220 tys. CHF – w przypadku tak nowatorskiego rozwiązania nie brakuje chętnych… Jako ciekawostkę dopowiem, że również w Polsce zdarza się nam sprzedawać modele z najwyższej półki.

– A co z podstawowymi modelami?
– Podlegają stałej ewolucji. Tag Heuer jest dziś prawdziwą manufakturą, sam wytwarza mechanizmy, koperty, tarcze, bransolety. To świadczy o klasie marki. Chciałbym wspomnieć, że udało nam się zdobyć polski rynek nie tylko dla TAG Heuer. Świetnie sprzedają się produkowane w Szwajcarii zegarki Burberry. Polki cenią biżuterię i czasomierze Donna Karan NY. Rynek musi natomiast dojrzeć do wspaniałych wyrobów Gucci. Srebrna biżuteria kosztuje 800-1200 zł. Jedni mówią, że to za drogo, inni, że… zbyt tanio. W przypadku złota często u nas bardziej liczy się waga niż jakość wyrobu. To błąd. Młodszym klientom podobają się zegarki holenderskiej firmy TW Steel promowane przez Team Renault F1. Warto też wspomnieć o stanowiących dopełnienie naszej oferty znakomitych przyborach do pisania marki Pilot, która, obok klasycznych kolekcji, proponuje wyjątkowe cenne pióra kolekcjonerskie.

Co lubi Cyprian Kostewicz?

Zegarki – „Oczywiście kilka modeli TAG Heuer, na różne okazje.”
Pióra – używa produktów firmy Pilot
Ubrania – styl włoski. Jeżeli szycie na miarę to Canali
Kuchnia – prosta, polska, głównie ze względu na najlepsze zupy na świecie
Restauracja – „U Kucharzy”, „Czytelnik” i „Mielżyński” w Warszawie, ta ostatnia jednak ze względu na atmosferę, a nie menu. Ostatnio wyśmienita kuchnia w „Opasłym Tomie” rodzeństwa Kręglickich. „Kong” w Paryżu, niedaleko Luwru. Poleca najlepsze steki w Cape Town w restauracji, którą odwiedza m.in. George Clooney
Samochód – Subaru Legacy „podrasowany” przez Leszka Kuzaja. Jest fanem Porsche
Hobby – narty, zimowa wspinaczka, windsurfing, mountains biking.
Podróże – najchętniej odwiedza nieznane zakątki Polski. Często wyjeżdża na weekendy do europejskich stolic. Chętnie wraca do USA i Abu Dabi, gdzie mieszka jego siostra. W planach ma wyjazd do Nowej Zelandii

Manager Award 2012

Statuetki „MANAGER AWARD 2012” zostały wręczone 26 kwietnia 2012 r. w symbolicznym miejscu, czyli siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych. Uroczystość wręczenia nagród rozpoczął min. Jerzy Smoliński z Kancelarii Prezydenta RP. Odczytał list z gratulacjami od Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Honory domu pełnili: znakomity felietonista Andrzej Nierychło i redaktor naczelny Piotr Cegłowski. Wśród około 250 gości znaleźli się managerowie zarządzający korporacjami i instytucjami, przedstawiciele rządu i wolnych zawodów oraz świata kultury i sztuki.

ma1-768x511Na gości czekało wiele atrakcji. Jako pierwszy wystąpił znakomity polski muzyk sooth-jazzowy – saksofonista Marcin Nowakowski. Kolejnym punktem programu był pokaz mody marki TRU TRUSSARDI. Podczas pokazu zaprezentowano kolekcję na każdą okazję, przeznaczoną dla osób dynamicznych, lubiących pęd życia i doskonale czujących się w miejskim zgiełku. Zdaniem ekspertów w dziedzinie mody ubrania TRU TRUSSARDI podkreślają indywidualizm, są komfortowe i zgodne z obowiązującymi trendami.ma2-768x512

ma3-768x510
Następnie na scenie pojawił się znany aktor – Karol Strasburger, który poprowadził aukcję na rzecz Bartka, chłopca, który urodził się z wodogłowiem wrodzonym. Od kilku miesięcy magazyn MANAGER pomaga zbierać środki na jego rehabilitację, dzięki której ma szanse na normalne życie. Działania są prowadzone wspólnie z Fundacją A.R.T. (www.przeciwprzemocy.pl).


Wiele emocji wzbudziła licytacja obrazu Normana Leto, czołowego artysty młodego pokolenia, malarza, a zarazem autora pełnometrażowego filmu artystycznego i książki „Sailor”. Norman Leto zajmuje 2. pozycję na prestiżowej liście „Kompasu Młodej Sztuki”, czyli w rankingu najlepszych polskich twórców. W licytacji wzięło udział kilkanaście osób. Ostatecznym nabywcą tej ciekawej pracy została firma „Budimex”, w której imieniu obraz odebrał Krzysztof Kozioł, dyrektor Biura ds. Komunikacji. Drugim ze sprzedanych przedmiotów była aktówka marki Cartier ufundowana przez luksusowy butik Jansen & Co mieszczący się przy Pl. Piłsudskiego 2 w Warszawie.

Uroczystość wręczenia nagród „MANAGER AWARD 2012” rozpoczął min. Jerzy Smoliński z Kancelarii Prezydenta RP. Odczytał list z gratulacjami od Prezydenta Bronisława Komorowskiego.ma4-742x1024

Jako pierwsza została zaproszona na scenę Victoria Wejchert, która odebrała statuetkę dedykowaną pamięci jej ojca – Jana Wejcherta – za dzieło życia wielkiego wizjonera biznesu. P. Cegłowski podkreślił, że zmarły w październiku 2009 roku przedsiębiorca, nie tylko odnosił sukcesy w biznesie, ale też aktywnie współtworzył nowy ład gospodarczy w naszym kraju. W bezinteresowny sposób udzielał wsparcia i doradzał wielu firmom i managerom – także i wydawnictwu MANAGER…
Każdy z nagrodzonych managerów, zanim odebrał statuetkę i sam zabrał głos, wysłuchiwał laudacji przygotowanej przez jury.
Ceremonię zakończył miły akcent – po raz pierwszy wręczona została specjalna nagroda „MANAGER Trendsetter”. Otrzymał ją Janusz Bielenia – właściciel Studia Szycia na Miarę – BIELENIA. Jurorzy niemal jednogłośnie wybrali właśnie tę kandydaturę, podkreślając, że sami od dawna korzystają z porad i usług Janusza Bieleni. Nagrodę wręczył Andrea Ravazzolo – przedstawiciel znanej na całym świecie rodzinnej firmy, która ubiera rodziny królewskie i szefów państw – m.in. prezydentów USA. J. Bielenia reprezentuje w Polsce Ravazzolo.
Po wręczeniu nagród, głos zabrał szef jury – Andrzej Arendarski, prezes KIG. Złożył gratulacje nagrodzonym. Zakończył swoje wystąpienie znakomitą anegdotą. Kiedy ponad 20 lat temu kandydował do Sejmu RP w rubryce zawód wpisał, menedżer”. Potem ze zdumieniem przeczytał na plakacie, że jest „menażerem”… Dziś nikt nie robi już takich błędów, słowo manager jest dziś symbolem prestiżu zawodowego.

Galę wsparło kilka znanych firm, m.in. Euler Hermes, Idea TF, Montblanc. Pierwszą nagrodę w konkursie dla gości ufundowała firma Nordea Powszechne Towarzystwo Emerytalne, która wchodzi w skład Grupy Nordea, drugą nagrodę – Wealth Solutions, które jest prekursorem grupowych inwestycji w ziemię oraz jedyną firmą w Polsce, która oferuje inwestycje w whisky. Aż 5 nagród przekazała ogólnopolska sieć Klinik La Perla – od kilkunastu lat dbająca o urodę, relaks i dobre samopoczucie, nie tylko kobiet, ale i mężczyzn.
Z kolei Bentley zaprezentował swój samochód przed wejściem na Giełdę. Obsługę prawną „MANAGR AWARD” zapewniła kancelaria prawna Bird&Bird. Z kolei Bacardi Martini Polska, dystrybutor alkoholi premium, przygotował drinki na bazie słynnej wódki „Grey Gose” oraz whisky Dewar’s. Statuetki wykonała renomowana firma Pap-Art.pl. Nad przebiegiem Gali czuwał Jansson Antmann.

Oto lista laureatów i laudacje:

Magdalena Jethon, dyrektor Programu 3 Polskiego Radia – „Program 3 PR to skarb narodowy. Jedna z nielicznych na świecie rozgłośni na tak wysokim poziomie, której audycje adresowane są do najbardziej wymagających słuchaczy. Trójka cudem przetrwała kilka drastycznych kuracji, w ramach których usiłowano ją komercjalizować lub wiązać z określonymi ugrupowaniami politycznymi. Skutek mógł być tylko jeden – zmniejszała się liczba słuchaczy, a co za tym idzie spadały zyski z reklam.

Na szczęście stanowisko dyrektora objęła osoba, która doskonale zna i rozumie specyfikę Trójki, a poza tym ma doskonałe pomysły biznesowe. Tym razem nareszcie słupki rosną, starzy słuchacze wrócili, pojawiło się też pokolenie nowych zwolenników Trójki”.

Jacek Pawlak prezes Toyota Motor Poland – „Przez wiele lat do naszego kraju przyjeżdżali managerowie z zagranicy, żeby z lepszym lub gorszym skutkiem zarządzać polskimi firmami. Kilku znakomitych managerów udowodniło, że może być też inaczej. Po wielkim sukcesie polegającym na uzyskaniu przez Toyotę pozycji lidera na naszym rynku, polski dyrektor generalny został awansowany do europejskiej centrali firmy w Brukseli, gdzie został wiceprezesem i odpowiadał za sprzedaż. Pomimo kryzysu pokazał, że „Polak potrafi ” i to na tyle skutecznie, że wrócił do Polski na stanowisko prezesa, tradycyjnie zarezerwowane dla managera z Japonii. I znów dokonał cudu. Po czterech miesiącach wywindował Toyotę, z 6. miejsca, na które spadła pod jego nieobecność, na drugie.

Maciej Szymański, prezes Grupy EM&F – „EMPiK, który stanowi część firmy EM&F zamienił się w prawdziwy koncern multimedialny. Dla polskich miłośników muzyki, filmu, literatury i gier komputerowych stanowi doskonałą alternatywę dla iTunes. Z roku na rok firma rośnie, m.in. dzięki przemyślanym akwizycjom. Z pozoru pomysł jest prosty: nowi partnerzy sprzedają EM&F udziały, ale zwykle pozostają w grupie zarządzając dalej swoimi biznesami. Dzięki potężnemu zapleczu finansowemu mogą wprowadzać w życie plany, na których realizację nie mieli wcześniej szans”.

Marek Cywiński, Dyrektor Zarządzający Kapsch Telematic Services – „Projekt viaTOLL, czyli tak zwanego polskiego e-myta – od początku spotykał się ze sceptycyzmem – od konkurencji Kapsch począwszy, na samych kierowcach kończąc. Tylko w zespole Kapscha nikt nie miał wątpliwości. Motto całej Grupy Kapsch – Zawsze o krok przed innymi – dobrze charakteryzuje Marka Cywińskiego. To dzięki jego zdolnościom managerskim dokonany został wyłom w postrzeganiu projektów infrastrukturalnych w naszym kraju. Kierowane przez niego wdrożenie viaTOLL udowodniło, że projekty z zakresu Inteligentnych Systemów Transportowych mogą zakończyć się sukcesem zarówno dla wykonawcy, jak i zleceniodawcy. Krótko mówiąc – na rozwiązania ITS czekają zakorkowane polskie miasta.”

Jarosław Zagórowski prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej – „W 2011 roku prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej dokonał rzeczy, zdawało się, niemożliwych. Udowodnił, że górnictwo może być branżą nowoczesną, konkurencyjną na globalnym rynku i przynoszącą zyski. W wyjątkowym tempie przygotował największy debiut giełdowy ostatnich lat, jakim było upublicznienie JSW. Przeprowadził znaczące akwizycje w strategicznych dla branży segmentach koksowym i energetycznym, tworząc silną i nowoczesną grupę kapitałową. Rozpoczął realizację ambitnych programów inwestycyjnych, które zapewnią JSW trwałą pozycję lidera na europejskim rynku. Co więcej – poprowadził JSW do rekordowych w historii firmy wyników, stanowiących niemal trzy czwarte zysków całego polskiego górnictwa.”

Paweł Prządka, prezes PGE Obrót S.A. – „Troska o środowisko naturalne jest jednym z najważniejszych elementów społecznej odpowiedzialności biznesu PGE Obrót S.A, czego przykładem jest oferta „EKO ENERGIA PGE”, Polega ona na promocji przyjaznego środowisku sposobu pozyskiwania energii elektrycznej. Zachęcająca do korzystania z energii wytwarzanej z odnawialnych źródeł, czyli przez małe elektrownie wodne należące do PGE Obrót S.A. oraz lokalne elektrownie wiatrowe.”

Igor Chalupec, prezes Icentis Capital – „Tylko nieliczni obdarzeni charyzmą managerowie podejmują się zadań z pozoru niewykonalnych. Tak właśnie – w oczach wielu komentatorów – wyglądało ratowanie największego polskiego kolportera, czyli firmy RUCH. Jeszcze trudniej było znaleźć odpowiedniego inwestora. Zadania tego podjął się szef firmy Icentis, który przekonał do inwestycji fundusz Eton Park Capital. Zmiany, na które RUCH czekał przez prawie 20 lat, zostały przeprowadzone w błyskawicznym tempie. Ich efekty widać gołym okiem – na ulicach pojawiły się nowoczesne punkty sprzedaży. Odważna restrukturyzacja pozwoliła uratować tysiące miejsc pracy.”

Dariusz Blocher, prezes Budimex SA – „Budimex to firma obecna na GPW od 1995 roku. Choć byłą jednym z fi larów branży, potrzebowała jednak silnego impulsu, by zostać liderem rynku. Potrzebny był charyzmatyczny lider, który umiałby wykorzystać możliwości, jakie stwarzał związek z hiszpańskim gigantem Ferrovial. Nowy prezes znakomicie wykorzystał tę szansę. Budimex został m.in. wykonawcą strategicznych inwestycji drogowych. Ale to nie wszystko – firma zdecydowała się wejść na szczególnie ważny obecnie rynek inwestycji kolejowych, przejmując Przedsiębiorstwo Napraw Infrastruktury. Na marginesie – Budimex był też nominowany w kategorii społecznej odpowiedzialności biznesu.”

Anna Rulkiewicz, Prezes Grupy LUX MED – „Po 20. latach na polskim rynku, nasz Lux Med stał się największym prywatnym dostawcą opieki zdrowotnej w Polsce. Osiągnął to dzięki innowacyjnemu podejściu do obsługi klientów i wyjątkowo zróżnicowanej gamie usług, które zostały niedawno dodatkowo poszerzone o działalność ubezpieczeniową.”

Romuald Szejd, twórca i dyrektor, ale też reżyser i aktor Teatru Scena Prezentacje – Laureat mówi sam o sobie, że charakteryzuje go siła przetrwania. W 1979 roku stworzył Teatr Scena Prezentacje, początkowo bez lokalu i bez stałego zespołu. Dziś teatr mieści się w dawnej czyszczarni warszawskiej fabryki Norblina. Dyrektor sam nosił na budowie deski, cegły i płytki podłogowe, a zdobywał je w sobie tylko znany sposób, bowiem działo się to w czasach kiedy na półkach sklepowych stał tylko ocet. Inspirację stanowiła dla niego rada nieodżałowanej Kaliny Jędrusik, która powiedziała: „Musisz mieć swój teatr…” Doświadczenia Teatru Scena Prezentacje przetarły szlak kolejnym nowym prywatnym teatrom, które dziś odnoszą wielkie sukcesy. Przez 33 lata na scenie Teatru Scena Prezentacje miało miejsce ponad 100 premier, zagrało ponad 250 aktorów.”

Ludwik Sobolewski – prezes GPW otrzymał „Grand Prix” – „Nagroda dla Ludwika Sobolewskiego podkreśla jego szczególne zasługi dla rozwoju polskiego rynku finansowego. Działania te – co jest szczególnie warte podkreślenia – stanowią realizację polskiej racji stanu. GPW to dziś giełda naszej części Europy. Prezes Sobolewski na przekór kryzysowi z sukcesem wprowadził w życie bezprecedensowe inicjatywy służące rozwojowi GPW.”

Niestety, dwóch laureatów nie mogło przybyć na Galę. W imieniu Igora Chalupca, prezesa Icentis, nagrodę odebrali członkowie Zarządu Ruch SA: wiceprezes Ruchu – Anna Walczowska i Jerzy Pazura. Z kolei Ludwika Sobolewskiego zastąpił na scenie Adam Maciejewski, członek zarządu GPW, który w imieniu laureata przekazał podziękowania oraz podkreślił, że współautorami sukcesu prezesa jest cały zespół giełdy…

Partnerzy Gali Manager Award 2012

 

Krzysztof Musiał

Rozmowa z Krzysztofem Musiałem, wybitnym kolekcjonerem sztuki Polskiej

– Zrezygnował pan z kariery biznesowej, żeby budować kolekcję sztuki polskiej, której mogą panu pozazdrościć poważne muzea.
– Była to dla mnie przełomowa decyzja. Przez wiele lat funkcjonowałem jako manager lub przedsiębiorca, co wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym. Chociaż specjalnie się o to nie starałem, zawsze byłem na czele jakiejś grupy – w szkole czy też podczas studiów na Politechnice Warszawskiej. Fascynowało mnie wówczas kino i teatr, współtworzyłem Dyskusyjny Klub Filmowy. Znajomi wiedzieli, że jeśli chcą zdobyć bilety w pierwszym rzędzie na koncert słynnego zespołu, powinni poprosić mnie o pomoc. Związałem się też ze studenckim radiem Rivera, w którym współpracowałem m.in. ze Zbigniewem Niemczyckim.

– Taka aktywność stanowiła wówczas gwarancję kariery w Polsce, wyjechał pan jednak za granicę.
– Zdawałem sobie sprawę, że nie ma szansy na realizację moich planów. W 1976 roku podjąłem niełatwą decyzję, żeby zostać na stałe w Paryżu. Moja motywacja nie miała charakteru politycznego. Udało mi się, jako jednemu z pierwszych Polaków, dostać na słynną uczelnię biznesową INSEAD. Byłem do tego dobrze przygotowany. Wyjechałem z kraju znając język angielski, niemiecki i rosyjski. Szybko nauczyłem się też francuskiego. Udało mi się zgromadzić trochę pieniędzy na zagranicznym koncie, które zdobyłem jako warszawski korespondent szwedzkich i duńskich mediów. W Paryżu wykonywałem na początku różne prace – byłem kierowcą i recepcjonistą w hotelu.

– MBA na INSEAD kosztuje majątek.
– Kiedy udało mi się zdać egzamin – uzyskałem kredyt bankowy, który pozwolił mi sfinansować czesne. Przez rok – bo tyle trwały niezwykle intensywne studia – wykonałem ogromny wysiłek intelektualny, którego chyba bym dziś nie potrafi ł powtórzyć… Program był niesamowicie skondensowany, na innych tego rodzaju uczelniach realizuje się podobne zajęcia w ciągu dwóch lat. Miałem jednak bardzo silną motywację. Wiedziałem, że na absolwentów INSEAD czeka mnóstwo ofert pracy. Już podczas studiów otrzymałem 4 propozycje. Zdecydowałem się zatrudnić w Cummins Engine Co. w Londynie, wielkim amerykańskim przedsiębiorstwie specjalizującym się w produkcji silników Diesla dla różnych firm. Przez 4 lata byłem odpowiedzialny za sprzedaż w Europie, z czym wiązało się mnóstwo podróży. Mając 30 lat kupiłem pierwszy dom, piekłem dla przyjaciół szarlotkę z jabłek z własnego ogrodu.

– Kariera i dziś niełatwa do zrealizowania, z punktu widzenia Polski lat 80. wydawała się czymś wręcz nierealnym…
– Pomimo to zdecydowałem się zmienić pracę. Przeniosłem się do Frankfurtu, gdzie mieściła się siedziba japońskiej firmy Star, produkującej drukarki komputerowe. I tym razem moim zadaniem była sprzedaż. W 1989 roku postanowiłem otworzyć przedstawicielstwo Star w Polsce. I tak przez 11 lat kierowałem własną firmą ABC Data, która początkowo zatrudniała 3 osoby. W 2001 roku, kiedy zdecydowałem się ją sprzedać, miała załogę dwustu-, a dziś trzystuosobową. Obecnie jestem jej mniejszościowym udziałowcem.

– Kiedy zaczął pan budować kolekcję?
– Zawsze interesowałem się sztuką, przyjeżdżając do kraju kupowałem pojedyncze obrazy. Wrażliwość na sztukę wyniosłem z domu. Pochodzę z rodziny, gdzie sztuka, w takiej czy innej formie, zawsze była obecna, mój ojciec był skrzypkiem. Od początku lat 90. zacząłem budować kolekcję, która szybko przestała mieścić się na ścianach mojego domu. Zadałem sobie wówczas pytanie: „Jeśli mam dalej kupować, to po co?” I tak powstała koncepcja, by stworzyć reprezentatywny zbiór sztuki polskiej XIX i XX wieku.

– Nieżyjący już, wybitny kolekcjoner dr Lech Siuda uważał, że kontakt ze sztuką to sprawa intymna. Nie lubił muzeów, z którymi nierzadko skutecznie konkurował.
– Ja sam rozwijałem się razem z moją kolekcją. Najpierw cieszyła mnie możliwość oglądania moich ulubionych dzieł we własnym domu. Potem jednak zrozumiałem, jak wielką radość daje mi możliwość dzielenia się zbiorami z innymi miłośnikami sztuki. Mam w kolekcji kilka znakomitych prac z kolekcji doktora Siudy. Szczególnie cenię „Kobietę z bukietem kwiatów” Artura Nacht-Samborskiego, który to obraz kupiłem na aukcji po długiej walce, ustanawiając rekordową cenę na pracę tego twórcy. Nie chcę jednak dziełem tym cieszyć się sam, w zaciszu swoich czterech ścian. Każdą pacę z mojej kolekcji, liczącej już ponad 1 000 obiektów, jestem skłonny wypożyczyć do ekspozycji muzealnej.

– Czy myślał pan kiedyś o utworzeniu własnego muzeum?
– Obawiam się, że mógłbym sobie nie poradzić z powodów organizacyjnych i bardzo wysokich kosztów. Finansuję od ponad pięciu lat działalność galerii „aTAK” przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Dzięki temu mogę promować twórców, którzy – moim zdaniem – na to zasługują. Dotyczy to zarówno artystów starszego pokolenia, jak i młodych, dopiero rozpoczynających karierę. Organizuję też w moim letnim domu w Toskanii plenery, na które zapraszam wybitnych twórców, którzy mogą sami wybrać pozostałych uczestników, zwykle z grona swoich studentów. Potem organizuję w galerii wystawę powstałych na plenerze prac.

– Część pana zbiorów można oglądać w ramach stałej ekspozycji w Muzeum Miasta Łodzi.
– Przekazałem tam jako depozyt 130 obrazów i rzeźb z lat 1840-1940, które są wręcz wzorowo wyeksponowane, tworząc „Galerię Mistrzów Polskich”. Tematyczny układ ekspozycji jest zgodny z moim zamysłem. Kiedy oglądam prezentowane tam dzieła, których zdobycie kosztowało mnie wiele starań i środków – to czuję się spełniony jako kolekcjoner.

– Głośna była też wystawa „Zapisy przemian”, złożona z prac z pańskiej kolekcji, którą okresowo pokazywano w kilku polskich muzeach.
– Ekspozycja zaaranżowana przez znakomitego artystę Andrzeja Okińczyca w poznańskim Muzeum Narodowym, tak bardzo mi się podobała, że żałowałem, iż mogła trwać tylko 6 tygodni. Wystawie towarzyszył obszerny katalog w formie albumu, opracowany przez wrocławskie Muzeum Narodowe. Bardzo mnie cieszy, gdy moja kolekcja żyje. Nie chciałbym, żeby znakomite dzieła sztuki pokrywały się kurzem w magazynach, toteż prawie nigdy nie odmawiam placówkom muzealnym, które chcą wypożyczyć określone prace.

– Jakimi przesłankami kieruje się pan dokonując obecnie zakupów?
– To, że określone dzieło mi się podoba, to już za mało. Staram się w logiczny sposób uzupełniać swoją kolekcję o prace, które reprezentują określony styl lub trend. Oczywiście, nie znaczy to, że przestałem ulegać emocjom, jakie zawsze budziła we mnie twórczość wielu bliskich mi artystów. Uprzedzając pytanie odpowiem, że dotyczy to m.in. Olgi Boznańskiej, Artura Nacht-Samborskiego, Piotra Potworowskiego czy Józefa Czapskiego. Inna motywacja do poszerzania kolekcji to moje przyjacielskie relacje z kilkunastoma znakomitymi twórcami reprezentującymi starsze i średnie pokolenie.

– A co z młodymi, tak dziś modnymi artystami?
– Kupuję co roku 20-30 prac młodych twórców, z których prawie każdy – mówiąc żartem – chciałby być kolejnym Sasnalem. W pokoleniu tym trochę niepokoi mnie gwiazdorski styl i sposób, w jaki kreują rynek niektóre galerie. Jakiś czas temu nabrałem ochoty na zakup prac jednego z młodych zdolnych. Usłyszałem jednak, że jego prace są nie tylko bardzo drogie, ale też niedostępne. Wkrótce potem znajomy powiedział mi, że artysta ten nic nie sprzedaje i żyje niemal w biedzie. Zadzwoniłem więc do galerii – okazało się, że wbrew wcześniejszym deklaracjom, dostępnych jest wiele prac.

– Kupił pan?
– Nie, ponieważ nie byłem w stanie zaakceptować przesadnie wysokich cen, porównywanych z kwotami, które płacę za dzieła uznanych mistrzów. Jestem przekonany, że nasz rynek jeszcze długo będzie dojrzewał do normalności.

– Kolekcja sztuki może stanowić świetną inwestycję?
– W dużej mierze zależy to od samego kolekcjonera, od tego, jaki przyświeca mu cel. Wiele dzieł, które kupiłem przed laty, ma dziś znacznie większą wartość, jak choćby pastele Stanisława Wyspiańskiego, które podrożały bodaj pięciokrotnie. Ceny innych prac zależą od wielu czynników, które wpływają na rynek. Kluczowa jest odpowiedź na pytanie, nie ile dana praca jest warta, ale ile ktoś jest w stanie za nią zapłacić.

Co lubi Krzysztof Musiał?

ZEGARKI – Patek Philippe
UBRANIA – Ermenegildo Zegna
KUCHNIA – włoska
RESTAURACJA – „U Kucharzy” w Warszawie, „La Tour d’Argent” w Paryżu – nie tylko z powodów kulinarnych, ale też dla pięknego widoku na Sekwanę i na Notre Dame. Najbardziej lubi jednak małe restauracje w Toskanii, gdzie ma letni dom
SAMOCHÓD – od lat jest wierny BMW, obecnie jeździ X5
HOBBY – obok sztuki – podróże. Ulubiony kierunek – Indonezja, a szczególnie Bali. W związku z tym, jako rasowy kolekcjoner, zgromadził już pokaźny zbiór sztuki z tamtego regionu

Marek Kobielski

Rozmowa z Markiem Kobielskim, prezesem Nextiraone Polska, wiceprezydentem Nextiraone Central Europe


– Od dwudziestu lat zarządza pan w Polsce firmą, która najpierw była własnością jednego z największych producentów technologii, a od 10 lat pod nazwą NextiraOne działa jako oddział największego europejskiego niezależnego integratora. Ma pan szczęście jako manager działając w branży skazanej na sukces.

– Tak mam szczęście. Rynek telekomunikacyjny i IT to ciągle fascynujące wyzwanie, mimo że nie jest już tak wyjątkowy i rosnący jak 10 czy 15 lat temu. Konkurencja jest coraz większa, ceny produktów spadają, to co jeszcze niedawno było symbolem awangardy technologicznej, dziś jest czymś zupełnie naturalnym. Proszę pamiętać o tym, że możliwość korzystania z szybkiego Internetu i telefonu jest dla użytkownika tak samo oczywista jak dostęp do prądu, gazu i wody. Dlatego aby utrzymać się na rynku musimy ciągle poszerzać wiedzę, przyglądać się nowoczesnym, często jeszcze nie sprawdzonym w użytkowaniu, technologiom i wchodzić w nowe obszary. A to oznacza, że trzeba planować na wiele lat naprzód, a jednocześnie być elastycznym i umieć podjąć ryzyko, jeśli wymaga tego sytuacja. Choć na moim biurku nie widać stert dokumentów, nie oznacza to, że nie mam co robić. Tu nie ma nudy i to jest ekscytujące. Poza tym nasi właściciele i rynek przyzwyczaili się, że osiągamy dobre wyniki, a to jest efekt ciężkiej pracy całej naszej drużyny.

– Obecnie główny problem to zapotrzebowanie na powszechny dostęp do Internetu i przepustowość sieci transmisyjnych.
– Jest to problem, który wymaga rozwiązań na najwyższym szczeblu. Inwestycje w infrastrukturę sieciową są bardzo kosztowne, a nie możemy już liczyć, na tak duże jak dotąd, dotacje z Unii Europejskiej. Szkoda, że sprawy te nie zostały uregulowane z odpowiednim wyprzedzeniem. Moim zdaniem państwo wiele lat temu zbyt szybko zdecydowało się na prywatyzację strategicznej dziedziny, jaką jest telekomunikacja. To było działanie bardzo dobre dla klientów ale nie do końca dla infrastruktury. Przy obowiązujących obecnie niewielkich marżach nie może oczekiwać od prywatnych firm inwestycji na wielką skalę. A takie właśnie działania są niezbędnie potrzebne, gdyż oczekiwania i potrzeby w zakresie szybkości przesyłania dużych pakietów danych są ogromne. Pozytywne jest działanie samorządów w tym zakresie. Część z nich, korzystając ze środków UE, rozwija gminną infrastrukturę teleinformatyczną budując szerokopasmowe sieci transmisji danych. Inwestycje te realizowane są zazwyczaj w ramach strategii „Społeczeństwo informacyjne” i programu „Przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu”. Firma NextiraOne od kilku lat uczestniczy w takich projektach.

– A powszechna nieodpłatna dostępność sieci poprzez Wi-Fi?
– Jestem przekonany, że to kolejny etap zmian, o których mówimy. Niestety, obecnie w większości krajów usługa ta jest droga i reglamentowana. Moim zdaniem to droga donikąd. Na pewno miał pan okazję mieszkać w hotelu, w którym doliczono panu do rachunku absurdalnie wysoką kwotę za dostęp do sieci. Bardzo skuteczna metoda zrażania klientów… Dos tęp do Internetu przez sieć Wi-Fi powinien być w miejscach publicznych bezpłatny. Szczególnie w rejonach oddalonych od wielkich aglomeracji i bogatej infrastruktury. Uważam, że to jedno z podstawowych zadań stojących przed administracją lokalną.

– NextiraOne opanowała wymagającą część rynku – jest liderem w dziedzinie rozwiązań dla centrów kontaktu i obsługi klienta na odległość.
– Istotnie, udało nam się zdobyć 35 proc. rynku contact center. Jestem przekonany, że tylko nieliczni specjaliści zdają sobie sprawę z tego, jak skomplikowane są to systemy. Ich rolą jest zapewnienie dwukierunkowej komunikacji klient – firma w wygodnej dla niego formie i czasie, a więc z wykorzystaniem różnych rodzajów kontaktu (rozmowa telefoniczna, SMS, Internet, chat, wideo). Najważniejszym wyzwaniem na dziś jest optymalizacja działania takich systemów i związanych z nimi procesów, co przekłada się na zwiększenie wydajności i jakości pracy. Oferowane przez nas rozwiązania umożliwiają np. on-linową analizę rozmowy i „podpowiadają” sposób jej prowadzenia w zależności od nastroju klienta, czy omawianej sprawy. Ponadto mogą korzystać z zasobów całej firmy i przekierować rozmowę do specjalisty, który najszybciej pomoże, bo najlepiej zna się na sprawie i niekoniecznie jest pracownikiem działu contact center. Oczywiście udostępniają także i przechowują całą historię kontaktów, które można analizować według wybranych parametrów.

– Symptomatyczne jest to, że przed miesiącem podczas konferencji „PULSE” zorganizowanej przez IBM w Las Vegas, mówiono dużo o tego rodzaju rozwiązaniach wprowadzanych aktualnie m.in. przez wiodące firmy medyczne. Zweryfikowany przez system pacjent, może trafi ć bezpośrednio do odpowiedniego lekarza.
– Tak ale w przypadku naszej służby zdrowia to chyba „pieśń przyszłości”. Dziś natomiast takie zaawansowane systemy, to znakomita propozycja m.in. dla banków, firm ubezpieczeniowych, operatorów telekomunikacyjnych czy firm tzw. Utilities. Ale to nie wszystko. Wraz z komercyjnym dostępem do nowoczesnych rozwiązań zmieniają się informacyjne i komunikacyjne potrzeby społeczeństwa w relacji państwo – obywatel. Dlatego uważam, że agendy państwowe także powinny umożliwić obywatelom załatwienie większości spraw bez odwiedzania urzędów, przede wszystkim przez Internet. Tak rozumiem sprawne państwo. Obecnie mamy do czynienia często z dziwnym hybrydowym systemem.

– Przekonałem, się o tym ostatnio zapisując córkę do „zerówki”. Przeszedłem internetową weryfikację po to… żeby wydrukować kwestionariusz i zanieść go do szkoły.
–Tego rodzaju sytuacje powinno się eliminować już na etapie tworzenia określonego projektu. Nasza firma realizując konkretne zlecenia jednocześnie rekomenduje klientom najbardziej optymalne dla nich rozwiązanie. Zarówno pod względem dostępnych funkcjonalności, jak i korzyści jakie ma przynosić. Klienci cenią takie podejście, ale wymaga to od naszych ekspertów dużego zaangażowania i otwartości. Często powtarzam, że moje życie nie jest nudne, ponieważ pracuję z młodym i niezwykle kreatywnym zespołem. Przy średniej wieku 35 lat prezes nie ma szans, żeby się zestarzeć. Bardzo cenię moich współpracowników za to, że mają otwarte głowy i unikają schematycznych rozwiązań. – Nie wspomnieliśmy jeszcze o jednej specjalności pańskiej firmy, czyli o systemach do nagrywania rozmów z klientami. – Wiem, że każdy z nas czuje się trochę nieswojo słysząc „Rozmowa z konsultantem jest nagrywana”. Jest to jednak rozwiązanie korzystne dla obu stron. Dla niektórych firm jest to wymóg prawny i element dokumentacji potrzebnej np. do weryfikacji reklamacji, czy skarg zgłaszanych przez klienta. Z drugiej strony poprzez odpowiednie oprogramowanie analityczne można ocenić pracę konsultantów oraz rodzaj spraw omawianych przez klientów i przełożyć to m.in. na sposób i jakość obsługi klienta.

– Te przykłady pokazują jak ważna dla biznesu jest sprawna łączność. Jakie jeszcze rozwiązania oferuje firmom NextiraOne?
– W ciągu 20. lat działalności zbudowaliśmy bogatą ofertę rozwiązań, pochodzących zresztą od różnych producentów. Wspieramy ją własnymi usługami, które, mam nadzieję, pozytywnie wyróżniają nas na rynku. Obecnie przedsiębiorstwa przywiązują dużą wagę do sprawnej komunikacji firmowej wspierającej np. pracę grupową i mobilną. Ponadto obok wspomnianego wcześniej zapotrzebowania na przesyłanie dużych pakietów danych istnieje ogromna potrzeba ich przechowywania w bezpiecznych centrach danych. W tym zakresie także jesteśmy ekspertem. Z naszych rozwiązań korzystają zarówno duże międzynarodowe korporacje, jak i małe prężne firmy lokalne pochodzące z prawie wszystkich sektorów rynkowych, również administracji publicznej.

– Większość managerów – z którymi o tym rozmawialiśmy – już podczas studiów planowało karierę. Jak wyglądało to w pana przypadku?
– Muszę pana rozczarować. Ponieważ rzeczywistość, w której studiowałem daleko odbiegała od dzisiejszej, studiując na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej miałem jeden główny cel: chciałem uniknąć poboru do wojska. Była druga połowa lat 80. Podobnie jak wielu moim kolegom nie spieszyło mi się do pracy w państwowym przedsiębiorstwie, a innych możliwości nie było. W czasie wakacji wyjeżdżałem na Zachód, żeby zarobić na życie, mieszkanie i przyjemności, np. samochód. Miało to tę dobrą stronę, że zdobyłem wiele praktycznych umiejętności a przede wszystkim znajomość języków. Udało mi się nawet po półrocznym oczekiwaniu zdobyć wizę do USA, ale nie wyjechałem.

– Dlaczego?
– Widocznie Ludowe Wojsko Polskie bacznie obserwowało moje poczynania, bo zanim wyleciałem do Stanów, zostałem wcielony do wojska. Wbrew moim obawom, pobyt w szkole podchorążych rezerwy okazał się niezbyt kłopotliwy. Najbardziej zaskakujące w tej historii jest to, że właśnie w wojsku poznałem kilka osób, które potem spotkałem w różnych ważnych miejscach, co okazało się bardzo pomocne z biznesowego punktu widzenia.

– Skoro już jesteśmy przy biznesie – kiedy i jak został pan managerem?
– Mimochodem. Proszę potraktować tę deklarację najzupełniej serio. Przez krótki czas podobnie jak wielu młodych Polaków w tamtych latach zajmowałem się handlem. Szukałem jednak bardziej stabilnego i prestiżowego zajęcia. Dla mnie takie możliwości pojawiły się dopiero po 1989 roku. Zainteresowała mnie oferta firmy Alcatel, która poszukiwała przedstawiciela na lokalnym rynku. Zostałem przyjęty po kilku rozmowach, pewnie dlatego, że płynnie posługiwałem się językiem angielskim i niemieckim, czym wówczas mogło się wykazać niewiele osób. W dodatku przedstawiłem profesjonalne CV – przygotowane przez koleżankę – no i byłem pełen zapału i determinacji. W ten sposób zostałem najpierw przedstawicielem handlowym, a wkrótce potem szefem biura.

– Ilu miał pan podwładnych?
– Zaczynałem sam w 1990 roku. W kwietniu 1992 r. ruszyła pierwsza spółka a wraz z nią pojawili się trzej handlowcy i dwóch inżynierów i tak właśnie zacząłem zarządzać coraz większym zespołem. Pod koniec 1992 roku zatrudnialiśmy 15 osób, a cztery lata później 100. Byłem wówczas dyrektorem generalnym Alcatel Business Systems Poland. Po scaleniu firmy z Alcatel Polska, która wówczas zatrudniała ponad 1 000 osób, zostałem członkiem zarządu i zastępcą dyrektora generalnego. Odpowiadałem za całą sprzedaż w Polsce. Z dzisiejszego punktu widzenia była to przysłowiowa „jazda bez trzymanki”, ale należy pamiętać, że tak właśnie, od podstaw kształtował się biznes w naszym kraju. W tamtym okresie nie tylko pracowałem po kilkanaście godzin na dobę, ale też bardzo dużo się uczyłem, aby nadrobić wiedzę z zakresu finansów przedsiębiorstw i zarządzania, której nie zdobywało się wtedy na uczelniach. Krótko mówiąc był to skok na głęboką wodę.

– W związku z tym czy ma pan jakieś złe wspomnienia z tamtych lat?
– Niestety, przez 10 lat w domu byłem gościem. Z tamtych czasów została mi także niechęć do zagranicznych podróży służbowych i godzin traconych na lotniskach. Dlatego dziś większość tego rodzaju spraw załatwiam metodą teleiwideokonferencji. Dzisiejsza technologia umożliwia taką jakość przekazu głosu i obrazu, że czuję jakbym rozmawiał „twarzą w twarz” z osobami oddalonymi ode mnie o setki lub tysiące kilometrów. Ponadto mogę jednocześnie współdzielić dokumenty czy omawiać prezentację. Jest to dla mnie ważne, ponieważ nadzoruję działalność naszej firmy także na Węgrzech, Słowacji i w Czechach. Na marginesie, w dziedzinie wideokonferencji jesteśmy również dużym graczem na rynku, a nasze biuro wyposażone jest w najbardziej zaawansowane systemy.

– Warto przypomnieć, że przez pierwsze dziesięć lat od powstania w 1992 roku, firma była własnością Alcatela – jednego z największych producentów w Europie. Na początku spółka zajmowała się przede wszystkim dostarczaniem central dla polskiej telekomunikacji, co trochę przypominało sprzedaż wody na pustyni.
– Trafne porównanie. Polska była niebywale zapóźniona pod tym względem. Pamiętam jeszcze teleksy i pierwsze faksy. Dziś mało kto już pamięta Internet wydzwaniany przez telefon. W szybkim tempie trzeba było uporać się z wieloletnimi opóźnieniami, bo przecież bez komunikowania się nie można normalnie funkcjonować. W dziedzinie telekomunikacji dokonała się u nas gigantyczna zmiana, bez etapu pośredniego. W związku z tym w Polsce dysponujemy dziś jednymi z najnowocześniejszych systemów komunikacyjnych w Europie. Kilka takich nowatorskich projektów mamy na swoim koncie, np. zrealizowany dla Straży Granicznej. W 2003 roku zbudowaliśmy dla niej nowoczesną sieć łączności opartą na technologii IP, która była pierwszą taką siecią w Polsce i wówczas największą w Europie.

– Chciałbym jeszcze zapytać o pańskie doświadczenia dotyczące zarządzania.
– Przez dwadzieścia lat zdobyłem trochę doświadczenia. Jak już wspomniałem, zacząłem karierę szefa firmy jako trzydziestolatek i to prawie z dnia na dzień. Nie miałem okresu przygotowawczego, nie pokonywałem kolejnych szczebli kariery w firmie – taka jest moja historia. Byłem młodym fighterem, najważniejsze były dla mnie wyniki i rozwój biznesu, bo takie cele wyznaczyła mi korporacja. Miękki HR był na drugim miejscu. Dziś wygląda to inaczej – konkurencja jest ogromna, a kapitałem takich firm jak nasza są najwyższej klasy specjaliści, których karierą trzeba umiejętnie zarządzać. Choć podobno miałem zawsze opinię twardego szefa, nigdy nie przychodziło mi łatwo zwalnianie – to zawsze trudna i emocjonalna decyzja. Cieszy mnie także fakt, że z pierwszego mojego zespołu zostało w firmie pięć osób, a spora grupa pracuje ze mną już od 15 i 10 lat. NextiraOne inwestuje także w młodych pracowników. W naszej branży niezwykle istotna jest energia, pomysły i chęć do zmian. Firma rozwija się dlatego, że pracują tu kreatywni ludzie. Ich wiedza i umiejętności stanowią naszą przewagę konkurencyjną na rynku. Wracając do pytania o zarządzanie – dla mnie kluczowy jest zespół, współpracownicy, do których można mieć zaufanie. Mam zasadę „nie przeszkadzać”. Nie jestem mikromenadżerem. Daję ludziom dużo swobody, pozwalam sprawdzić się w różnych zadaniach i podejmować ciekawe wyzwania. Wspomniałem wcześniej, że nie mam bałaganu na biurku – przez te lata nauczyłem się delegować zadania.

Co lubi Marek Kobielski?

ZEGARKI – Omega De Ville
PIÓRA – od 10 lat pisze tym samym piórem Visconti
UBRANIA – styl casual. Przez 20 lat chodził w klasycznych garniturach, od 1,5 roku zwykle zakłada klubówkę i jeansy
WYPOCZYNEK – jest miłośnikiem kite surfi ngu, więc wyjeżdża najchętniej tam gdzie ciepła woda i silny wiatr. Jeździ na nartach, na rowerze, gra w tenisa. Jest ciągle w ruchu
KUCHNIA – przede wszystkim lekka, chętnie orientalna – tajska, chińska
RESTAURACJA – generalnie nie przepada za luksusowymi lokalami. Lubi te, w których nie czeka się na posiłek zbyt długo
SAMOCHÓD – jeździ BMW oraz motocyklem tej samej fi rmy – tzw. „Bondówką z 1999 roku. Nie do sprzedania
HOBBY – lotnictwo. Lata od czterech lat. Razem z grupą przyjaciół zwiedza w ten sposób Polskę i Europę

Marta Maklakiewicz

Rozmowa z Martą Maklakiewicz, właścicielką firmy doradztwa wizowego

– Podejrzewam, że jest pani jedną z niewielu osób w Polsce, której nie zależy na zniesieniu wiz amerykańskich dla Polaków?
– Szczerze mówiąc, nie do końca. Chociaż przedmiotem mojego biznesu jest właśnie załatwianie formalności związanych z wyjazdami do USA, wizami i doradztwo prawne, w tym także emigracyjne. Nawet w przypadku zniesienia wiz jestem dość spokojna o przyszłość. „American Dreams” od 20 lat pomaga Polakom w załatwianiu skomplikowanych spraw rodzinnych w USA, jak np. emerytury amerykańskie, petycje rodzinne na łączenie rodzin, zakładanie fi lii firm polskich w USA, sprawy spadkowe, zakup nieruchomości czy wizy studenckie lub turystyczne. Polacy nie wyjeżdżają już jak kiedyś, za chlebem, nie mają w sobie nic z biednych emigrantów z XIX i XX wieku. W ostatnich latach oprócz odwiedzin rodzinnych, wielu rodaków lata za ocean po prostu na zakupy, turystycznie i biznesowo.

– Mówi się, że ma pani dużą skuteczność?
– O mojej skuteczności najlepiej świadczą wpisy do Złotej Księgi… Nie tworzę mitu łatwego podboju Ameryki, ale jest to naprawdę kraj ogromnych możliwości dla wszystkich, a szczególnie dla profesjonalistów. Amerykanie doceniają solidną i uczciwą pracę, a Polaków naprawdę darzą sympatią. Cieszę się, że mogę w ten sposób pomagać ludziom. Ale mam żelazne zasady, których nigdy nie łamię. Nie tworzę u swoich klientów miraży łatwego życia w USA.

– Gdy spotkałem panią po raz pierwszy, nie miałem wątpliwości, że jest pani córką legendarnego Maklaka, czyli Zdzisława Maklakiewicza.
– Zdaję sobie sprawę, że jestem „skórą zdjętą z ojca”. Po ojcu odziedziczyłam urodę i nazwisko oraz talent muzyczny i aktorski. Ci, którzy ojca znali blisko, zawsze powtarzali, że podobnie jak on się poruszam i gestykuluję.

– Ale Zdzisław Maklakiewicz wielkim aktorem był…
– Przykro o tym mówić, ale ojca poznawałam przede wszystkim poprzez ekran telewizyjny i kinowy. Był artystą, człowiekiem całkowicie zaangażowanym w sztukę, znakomitym odtwórcą wielu postaci teatralnych i filmowych. Ale nie nadawał się do jednej roli – głowy rodziny i ojca. Dużą część życia spędzał w restauracjach, z niedbale wetkniętymi w kieszenie pieniędzmi, które wypadały na ziemię. Uwielbiał ludzi i oni go kochali. Dusza towarzystwa. Anegdotami i dowcipami sypał jak z rękawa. Pochodził ze znakomitej rodziny Maklakiewiczów, posiadających przed wojną ogromny majątek w Warszawie i w Świdrze. Niestety, dzieciństwo spędziłam bez ojca, z matką, która pozostała mi bardzo bliska do końca życia i której mi bardzo brakuje. A ja przez ojca nabawiłam się kompleksu rowerka…

– Rowerka?
– Kiedyś, jak miałam 7 lat, ojciec obiecał mi rowerek na Gwiazdkę. Umówił się ze mną pod szkołą. Mijały długie chwile, a ja wciąż na niego czekałam. Niestety, nie przyszedł. Zapewne zapomniał o mnie wychylając kolejny kieliszek z kolegami. Niestety, odszedł w kwiecie wieku. Umarł mając 50 lat. Ukrywał swoją ciężką chorobę – cukrzycę. Pewnego dnia zasnął na planie filmowym, cichutko w kąciku. Nikt nie odważył się go budzić, bo wszyscy myśleli, że odsypia kaca. Kiedy zabierało go pogotowie, było już za późno… W moim filmie postaram się dotrzeć do dokumentów z tamtych lat.

– Ma pani traumę?
– Nie, ja już dawno wybaczyłam ojcu. Każdy z nas żyje na własny rachunek i odpowiada za siebie. Szkoda, że tak szybko odszedł, bo moglibyśmy sobie wiele rzeczy wyjaśnić. Pracuję nad projektami, które tę pamięć o ojcu odświeżą i pokażą go w nowym świetle. Dlatego ma powstać Fundacja „Świat Maklaka”, festiwal filmów im. Maklakiewicza i wreszcie film dokumentalny, którego kanwą będzie treść zapisana w jego czarnym notesie.

– Brzmi groźnie.
– Kiedy porządkowałam różne rzeczy po ojcu, w fortepianie znalazłam czarny notes, który okazał się kopalnią informacji. W tym notesie, jak w życiu ojca, ogniskuje się wszystko, co przeżywał. Niesamowite zdarzenia, historie obyczajowe, relacje ze spotkań z kolegami, anegdoty i dowcipy. Z tego notesu pochodzi też moja wiedza o przyrodniej siostrze w Szwecji oraz… lista dłużników. Bardzo zgrabnie portretował kobiety, także te bardzo znane, z którymi miał dość bliskie kontakty. To niezły materiał na scenariusz filmowy.

– Wiele lat spędziła pani w Stanach.
– Wyjechałam zaraz po studiach. Chciałam tam realizować swój american dream. Już jako dziecko marzyłam o Ameryce. W Polsce skończyłam prawo, ale w trakcie studiów pracowałam w MSZ jako tłumaczka oraz pilot wycieczek i VIP-ów pagartowskich. Znałam świetnie angielski. Dzięki uprzejmości śpiewaka z Metropolitan Opera otrzymałam zaproszenie i z tysiącem dolarów w kieszeni udałam się na podbój Ameryki. Rozpoczęłam studia w American Conservatory Theatre. Nie zdecydowałam się jednak na karierę artystyczną, która kłóciła się z moimi zasadami moralnymi. I tak trafi łam do działu reklamy sieci hoteli Hilton…

– Jest pani przykładem na to, że można w udany sposób połączyć artystyczne geny z biznesowymi?
– Te artystyczne odziedziczyłam po wspaniałych rodzicach. Ale biznesu, managmentu nauczyło mnie życie, a przede wszystkim Ameryka. Trochę tak jak nieodżałowana Irena Kwiatkowska w filmie Jurka Gruzy, jestem kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boję. I tak trafi łam do działu zarządzania reklamą i marketingiem sieci Hilton w Las Vegas, a potem przez 6 lat w Nowym Jorku. To nie był zmarnowany czas. W szybkim tempie zgłębiałam tajniki wiedzy marketingowej, uczyłam się layoutów, copywritingu etc. W Stanach przez wiele lat uczyłam się twardej sztuki negocjacji w amerykańskim stylu. Do dzisiaj z dużym powodzeniem wykorzystuję nabyte tam doświadczenie w mojej firmie.

– Na początku lat 90. wróciła pani do Polski..
– Miałam wiele powodów, aby wrócić do Polski. Jednym z nich była śmierć mojej mamy. Ale takim bezpośrednim sygnałem była owacja na moją cześć na przyjęciu zorganizowanym przez Blankę Rosenstiel, na którym było wiele znakomitości z Polski, m.in. Szymon Szurmiej. To on właśnie mnie przekonał, mówiąc: „Marta, ty wracaj do Polski, twoje nazwisko tam wiele znaczy”. I nagle poczułam się dumna ze swojego nazwiska. Problemem było natomiast to, czym mogłabym się zająć po powrocie do Polski, z czego się utrzymać. Ale wkrótce pojawił się pomysł na biznes w Polsce. Wróciłam do źródeł, do wyuczonego zawodu, czyli do prawa. Trochę przez przypadek. Kiedyś nasza pomoc domowa po raz kolejny przyszła do pracy pobita przez partnera. Poprosiła mnie o pomoc prawną, i wtedy doznałam olśnienia, że przecież ja też jestem prawnikiem. Nawiązałam kontakt z kancelariami adwokackimi na Florydzie i rozpoczęłam współpracę z Mikiem Banderem. Kancelaria od początku specjalizowała się w obsłudze Polaków. Daliśmy ogłoszenia w prasie, a ja nawiązałam kontakt z Radiem Polonia na Florydzie i tak oto zaczął się kontakt ze światem prawniczym na dużą skalę. A wachlarz spraw był przebogaty – deportacje, pobicia, morderstwa, po sprawy banalne, jak mienie przesiedleńcze. W tym czasie zdałam egzamin z języka angielskiego i stałam się tłumaczem przysięgłym języka polskiego w sądzie federalnym. I kolejny przypadek. Zadzwonił mój kolega z Warszawy i oznajmił mi, że jest do wzięcia lokal naprzeciwko sekcji wizowej ambasady USA w Warszawie.

– Często podejmuje pani szybkie decyzje?
– Czasami za szybko. Ale uważam, i tu się posłużę cytatem z Dyzmy, że umiejętność rządzenia, to umiejętność podejmowania szybkich decyzji. Już wcześniej w czasie pobytów w Polsce widziałam tłumy pod ambasadą i bezradność wielu ludzi w zrozumieniu procedur wizowych. Nie zawsze aplikujący o wizę umieli wypełnić formularze. Nie potrafi li się też przygotować merytorycznie na tzw. interview z konsulem. Często otrzymywali odmowę nie dlatego, że istniało podejrzenie, że chcą w Stanach zostać i pracować na czarno, ale dlatego, że nie potrafi li w przekonujący sposób odpowiadać na zadawane im pytania. A ja konsekwentnie to zmieniałam i pomagałam. I cieszę się, że wielu moich klientów zrealizowało swój american dream…

CO LUBI MARTA MAKLAKIEWICZ?

ZEGARKI – Rado
PIÓRA – Parker
UBRANIA – tyl klasyczny
KUCHNIA – zdrowa żywność i shushi
SAMOCHÓD – Jeep Cherokee
HOBBY –  „Piszę teksty piosenek, lubię śpiewać i spacerować z psami po lesie. Najchętniej odpoczywam w swoim domu w Konstancinie lub Miami. Obecnie przygotowuję wernisaż poświęcony moim rodzicom.”

Janusz Kaniewski

Rozmowa z Januszem Kaniewskim, znakomitym projektantem

– „W Polsce ludzie nie chcą, żeby im było dobrze, tylko żeby sąsiadowi też było źle” powiedział pan w jednym z wywiadów. Dlaczego wrócił pan do Polski, mając świadomość takiej mentalności?
– Bo to była mentalność przejściowa, wytworzona przez pięćdziesiąt lat kretyńskiego eksperymentu pod tytułem PRL, gdzie sukcesem było zdobycie wiązki rolek papieru toaletowego, oszukanie kogoś w kolejce albo kradzież worka cementu z budowy. Teraz jesteśmy tacy, jacy zawsze byliśmy: kreatywni i pracowici „kombinatorzy” – idealni współpracownicy dla designera. W naszym DNA łączy się zawadiacka odwaga do eksperymentowania i temperament południowców z pracowitością, rzetelnością charakteryzujący ludzi północy. Tej drugiej cechy brakowało mi we Włoszech i dlatego wróciłem.

– Niemniej określa pan siebie jako lenia. Czy jesteśmy leniwi?
– Tak, ale jeszcze nie możemy sobie pozwolić na lenistwo. Dopiero od dwudziestu lat gonimy standard życia Niemców czy Duńczyków, musimy wybudować drogi, oczyścić miasta, ubrać i dożywić dzieci na wsi. Dopiero za kilkanaście lat będziemy mogli zwolnić, skrócić godziny pracy, usiąść sobie na słoneczku i wyzwolić w sobie lenia. Na razie tęsknota do tego lenia, dobrobytu nas napędza, powoduje, że jesteśmy produktywniejsi od tych Niemców i Duńczyków.

 – Czy Polacy są gotowi na wysoką kulturę designu, którą pan reprezentuje?
– I tak, i nie. Jesteśmy w okresie przejściowym. Już kupujemy zabytkowe mercedesy, ale podczas remontu potajemnie wynosimy stare graty pod śmietnik. Szczerze się przyznam: w moim mieszkaniu w zabytkowej kamienicy wymieniam okna na plastikowe. Nie stać mnie na drewniane. Konserwator zabytków nawet nie zauważył, że już w całej kamienicy okna są wymienione. Mamy jeszcze nad czym pracować.

 – Rozumiem, że nie ma pan problemu z identyfikacją siebie jako Polaka? Jak jest pan odbierany w świecie?
– Zawsze lubiłem być Polakiem. Tylko kiedyś to było trudniejsze: podczas studiów we Włoszech zauważyłem, że koledzy wyznaczają sobie dyżury, żeby zawsze ktoś został w pokoju. Po co? Żeby Polak nie ukradł fl amastrów! Od tego czasu nastąpił nasz ogromny awans wizerunkowy – coraz mniej jesteśmy postrzegani jako ci ze Wschodu – biedni, brudni, nieuczciwi, a coraz bardziej jako ci z Północy – pracowici, przedsiębiorczy.

 – Pracuje pan dla wielu sektorów – samochodowego, odzieżowego, sportowego i meblowego. Czy każdy z nich wymaga od projektanta wnikliwej znajomości branży i technologii?
– Tak. Budując najnowocześniejszą w Polsce stację benzynową dla Orlenu czy ciężarówkę z ekspozycją łazienek Koła, która musi wytrzymać sto tysięcy widzów i sto tysięcy kilometrów rocznie, musimy się znać na architekturze, konstrukcji, najnowocześniejszych materiałach i technologiach, procesie produkcji i marketingu. To, co mnie najbardziej fascynuje w mojej pracy, to świadomość, że moje kilkadziesiąt lat na Ziemi spędzę ucząc się ciągle nowych rzeczy.

– Ma pan za sobą sławny już stadion Kaddafi ego, buty Fila, współpracę z Rossignolem, jak również meble…
– Fila, Rossignol – to było dziesięć lat temu. Bardziej dumny jestem z najnowszych projektów i o nich chciałbym mówić: ciężarówka Koło, stacja Orlenu, Honda Civic, doradzanie prezydentowi Gdyni. Od 2012 r. nasza pracownia jest współorganizatorem Gdynia Design Days. A ograniczenia? Nie projektuję broni ani żadnych rzeczy militarnych, myśliwskich, związanych z zabijaniem.

– Kiedy może pan powiedzieć, że projekt jest dobry?
– Musi podobać się klientowi. Tym się różni sztuka użytkowa od sztuki.

– Czy „haute design” musi być drogi?
– Nie. Ale nie znosi niechlujstwa. Staranność, rzetelność stanowią barierę między rzeczami zrobionymi byle jak a tymi z górnej półki. Często też fi nansową.

– Dla kogo najbardziej lubi pan projektować, biorąc pod uwagę ogromny zakres designu przemysłowego?
– I love my next Client.

– Czy ma pan ulubiony materiał, z którego tworzy, czy też podejmuje się pan pracy z nowymi tworzywami?
– Bardzo fajne pytanie. Lubię to, że design to technologiczna prowokacja, że można projektować rzeczy wykonane z materiałów, których jeszcze nie ma. Tak współpracuje się z laboratoriami Boscha w Reutlingen i General Electric Plastics w Eindhoven. Wykonywaliśmy projekty z Nymexu w laboratorium Europejskiej Agencji Kosmicznej w Robassomero, ze srebra w jedynym w Polsce Ośrodku Badań Jądrowych w Świerku pod Warszawą i z włókna węglowego. Robiliśmy szkło w tradycyjnych hutach w Murano, w polskich hutach w Krośnie i Bełchatowie. Nasz sztandarowy projekt, stacja Orlenu, składa się z setek elementów zbudowanych przez kilkudziesięciu wykonawców, wszystko zostało wykonane ręcznie. Ulubiony materiał? Coś, co wynajdziemy jutro.

– Obecnie jest pan wykładowcą na znanych uczelniach w Turynie i Londynie, jak ocenia pan młodszych designerów. Czym się kierują: estetyką, pieniędzmi?
– Ani tym, ani tym. Projektowanie jutra to szukanie solutions, rozwiązań problemów. Projektowanie to nie jest nauka o zdobnictwie.

– Czy ma pan idoli designu?
– Sergio Pininfarina.

– Czego życzy sobie projektant?
– Ciszy. Słońca. Pustej plaży. Lasu pachnącego ciepłą żywicą. Świerszczy. Spaghetti z dobrą oliwą, czosnkiem i ostrą papryką na zacienionym balkonie. Dajcie mi to – a wtedy pojawi się więcej ładnych przedmiotów.

CO LUBI JANUSZ KANIEWSKI?

ZEGARKI – „Taki, na który nie muszę patrzeć”
PIÓRA – „Tylko raz kupiłem pióro i to dla kogoś w prezencie. I to był Mont Blanc.”
WYPOCZYNEK – Nałęczów, Sciolze koło Turynu
KUCHNIA – włoska
RESTAURACJA – Il Caminetto i Nova Vera Italia w Warszawie
SAMOCHÓD – Iso Grifo, Ferrari 355, Peugeot 504 cabrio
HOBBY – rysowanie, samotne spacery

Robert Korzeniowski

Rozmowa z Robertem Korzeniowskim, doradcą ds. pr i marketingu Uefa Events, wybitnym sportowcem

– Zacznijmy od najmniej znanej pana aktywności. Doradza pan managerom, jak osiągać sukcesy.
– Jestem związany z Brian Tracy International, ponieważ poglądy tego wybitnego guru biznesu są mi bliskie. Podczas szkoleń staram się przekazać wiedzę na temat osiągania sukcesów i pokonywania trudności. Trudno o lepszy przykład niż moja kariera sportowa, że wszystko jest możliwe, pod warunkiem, że ma się wystarczająco silną motywację, połączoną z samodyscypliną. Kiedy mówię o tym, że przez dwa lata miałem zwolnienie z lekcji w-f z powodu astmy i reumatyzmu, słuchacze patrzą na mnie z niedowierzaniem. Poradziłem sobie z tymi ograniczeniami ponieważ chciałem zostać wybitnym sportowcem. Początkowo trenowałem judo, moim idolem był Bruce Lee. Działo się to w czasie stanu wojennego, władze patrzyły nieufnie na osoby, które trenowały sztuki walki. Moja sekcja została zawieszona. Zupełnie tymczasowo, by nie tracić kontaktu ze sportem, zainteresowałem się lekką atletyką, bo sekcja działała przy moim liceum. Dlaczego akurat chodem sportowym? W Tarnobrzegu istniała głęboka tradycja, a w dodatku mogłem trenować wszędzie, nie ograniczając się do stadionu czy hali. Ja zresztą nie lubię ograniczeń.

– Zdobył pan cztery razy złoty medal na olimpiadzie, dwa razy został pan mistrzem świata. Jak dochodzi się do takich sukcesów?
– Sama wola walki nie wystarcza. Trzeba mieć świadomość długodystansowego kształtowania swojej kariery, szanując rywali i zachowując pokorę w sukcesie. Po liceum zdecydowałem się na AWF, gdzie wybrałem indywidualny tok studiów, godząc treningi, wyjazdy na zawody z nauką. W 1991 roku otrzymałem propozycję wyjazdu do Paryża z Racing Club de France. Moje oczekiwania brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Po dwóch latach podjąłem decyzję, że wracam do Polski, ale dałem Francuzom jeszcze jedną szansę. Skorzystałem z oferty klubu z Chez les Ch’ti w Turcoing. Myślę, że był to udany kontrakt dla obu stron, osiągałem coraz poważniejsze sukcesy, zdobywając status gwiazdy. Reprezentowałem jednocześnie francuski klub UST i WKS Wawel Kraków. Przemieszkałem w okolicach Lille aż 10 lat; nauczyłem się francuskiego, a w szczególności poznałem lokalny koloryt, zyskałem wielu przyjaciół, pokochałem tamtejszą kulturę i kuchnię.

– Nie wspomniał pan o swoich przygodach biznesowych z tego okresu.
– Generalnie była to twarda szkoła życia. Dzięki temu wiem, że lepiej sprawdzam się w roli managera w cudzej firmie, niż jako prywatny przedsiębiorca. Pod koniec lat 90. usiłowałem łączyć zarządzanie własnym biznesem z karierą sportową, co nie było łatwe. W dodatku, moim sklepom sportowym wyrósł bardzo groźny konkurent w postaci wielkich sieci handlowych.

– W 2004 roku, po zdobyciu złotego medalu na olimpiadzie w Atenach, ogłosił pan zakończenie kariery sportowej.
– W tej dziedzinie trzeba wiedzieć, kiedy należy powiedzieć: dość.

– Mało kto potrafi się na to zdobyć, zwłaszcza będąc na szczycie.
– Jeszcze nie wiedziałem o tym, że czeka mnie kolejne niezwykłe wyzwanie. Dwa tygodnie po powrocie z Aten zaprosił mnie Maciej Grzywaczewski, dyrektor TVP1. W imieniu prezesa Jana Dworaka zaproponował mi pracę w charakterze kierownika redakcji sportowej „Jedynki”. Nie zgodziłem się od razu, choć oferta była kusząca. Uparłem się, że w moim kontrakcie musi znaleźć się utworzenie sportowego kanału tematycznego. Wydaje mi się, że moi ówcześni szefowie nie zdawali sobie sprawy z tego, jak poważnie potraktuję swoje zadanie. Po niespełna dwóch latach ruszył kanał TVP Sport, dzięki czemu wreszcie można było skoordynować wszystkie audycje sportowe. Najciekawszą przygodą było dla mnie relacjonowanie Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku. Niejako przy okazji byłem odpowiedzialny za uruchomienie pierwszego kanału HD w TVP. W 2009 roku ruszył portal wideo www.sport.tvp.pl. Pomimo tego po pięciu latach przepracowanych w telewizji stwierdziłem, że czas zmienić pracę. Byłem zmęczony częstymi zmianami w kierownictwie i związanym z tym zamieszaniem programowym oraz rewolucjami personalnymi. Pięć lat spędzonych w telewizji było też dla mnie znakomitą szkołą zarządzania oraz szybkiego podejmowania decyzji. Zanim złożyłem dymisję, udało mi się w 2009 roku wywalczyć dla TVP status wyłącznego nadawcy Euro 2012, a tym samym strategicznego partnera UEFA na terytorium Polski.

 – I tak dochodzimy do pańskiej kolejnej roli – doradcy UEFA.
– Podczas negocjacji poznałem wiele osób z UEFA. Pewnie dlatego, będąc już Przyjacielem UEFA EURO 2012 nr 3, specjalnie się nie zdziwiłem, gdy w grudniu 2009 r. skontaktował się ze mną Vincent Bergmann, generalny manager programu hospitality, i zaproponował spotkanie na trzy dni przed Bożym Narodzeniem, w porze rorat, o godz. 7.30. W Walentynki ub. roku pojawiłem się w biurze organizacyjnym EURO 2012 jako doradca UEFA ds. PR i marketingu.

– Jest to niezwykłe biuro, powołane zadaniowo, na kilkanaście miesięcy.
– Jest to dla wszystkich wielkie wyzwanie, ale i wspaniała przygoda życiowa, a gdy biuro zakończy działalność po turnieju, jego pracownicy będą mogli pochwalić się dobrym wpisem w CV. Entuzjazm jest ogromy, podczas mistrzostw wspierać nas będzie 2,5 tys. wolontariuszy. Nie chodzi tu o samą imprezę sportową, ale o zmiany, które oznacza ona dla naszego kraju. Przed EURO 2012 wykonaliśmy wielki skok cywilizacyjny. Proszę nie zapominać, że pomimo głosów krytycznych, już możemy się cieszyć nowymi odcinkami autostrad, stadionami, wyremontowanymi dworcami kolejowymi. Czeka nas wielkie narodowe święto, przypływ optymizmu, który może wydatnie pomóc pokonać kryzys. Dzięki mistrzostwom zarobi mnóstwo dużych i małych firm. Zyskają miejscowości, w których nie będą rozgrywane mecze, choćby Kołobrzeg, gdzie zamieszka Duńska drużyna, albo mała podpoznańska Opalenica, która ma gościć Portugalczyków. W wielu miastach powstaną strefy kibica, dzięki którym emocje będą mogli wspólnie przeżyć wszyscy, którym nie udało się zdobyć biletów. Proszę mnie dobrze zrozumieć – nie mam „religijnego” nastawienia do piłki nożnej, kieruję się zdrowym rozsądkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że nie potrafi ę mieć  obojętnego stosunku do wielkiej szansy, jaką jest dla nas EURO. Kiedy pracowałem w telewizji, wielkie sukcesy odnosił Adam Małysz. Koledzy żartowali, że relacje ze skoczni oglądają podczas prasowania panie nie mające pojęcia na temat tej dyscypliny. Dla mnie było to wspaniałe zjawisko, jednoczące rodaków we wspólnej radości.

– Podjął się pan znów niełatwego zadania – promocji oferty, której nie było dotąd na polskim rynku.
– Od razu powiem, że Club Prestige na UEFA EURO 2012 to pomysł na zupełnie inny sposób przeżywania meczów – z pozycji prywatnych lóż. Został znakomicie przyjęty przez wiele firm, bo to właśnie one są naszymi głównymi klientami. Tego rodzaju oferta funkcjonuje za granicą od wielu lat, u nas to nowość. Najprościej rzecz biorąc, chodzi o to, żeby zaprosić klientów na unikalne spotkanie, które zaczyna się na trzy godziny przed meczem. W eleganckiej sali – z której znakomicie widać stadion – na gości czekają wygodne fotele i znakomite menu. W pierwszej części jest dość czasu, by porozmawiać o interesach. Gdy rozpoczyna się mecz, goście przenoszą się na najlepsze, wcześniej zarezerwowane miejsca na trybunach. Później, gdy opadną sportowe emocje, jest dość czasu, by znów wrócić do rozmów. Nie zapomnieliśmy też, oczywiście, o przygotowaniu odpowiednich miejsc parkingowych. Podczas poprzednich mistrzostw program Corporate Hospitality cieszył się niezwykłą popularnością. Wskaźnik zadowolenia klientów osiągnął poziom 99 proc.

– A co się stanie, jeśli nasza drużyna – odpukać – odpadnie na początku rozgrywek?
– Z punktu widzenia atrakcyjności naszego programu, nie jest to szczególnie istotne. Oczywiście, występy „biało- -czerwonych” sprzedały się najszybciej, ale wielkim zainteresowaniem cieszą się też wszystkie te mecze, w których spotkają się światowej klasy drużyny. Dotyczy to nie tylko Warszawy, ale wszystkich miast, w których odbywać się będzie EURO 2012. Oferujemy kilka pakietów, z których najbardziej prestiżowy przewiduje „Skybox”, czyli prywatną lożę ze wspaniałym widokiem – na wyłączność klienta. Inni muszą się zadowolić korzystaniem ze wspólnych pomieszczeń. Najwięcej pracy mieliśmy po losowaniu kolejki meczów, 2 grudnia, oferta kurczy się z dnia na dzień. Przed mistrzostwami nie będziemy już pewnie mieli czego sprzedawać, ale wtedy przyjdzie czas na bliższy kontakt z naszymi klientami.

– Wspomniał pan, że kończycie działalność w połowie lipca. Co dalej?
– Jestem przekonany, że przetarliśmy drogę dla firm, które będą proponowały podobną ofertę podczas innych imprez sportowych oraz koncertów. Udało nam się skutecznie wypromować usługę, która ma szanse zadomowić się na naszym rynku na wiele lat.

CO LUBI ROBERT KORZENIOWSKI?

ZEGARKI – Tag Heuer, Longines, złoty Tissot. Planuje zakup Omegi. Lubi też zabawne, kolorowe czasomierze sportowe
WYPOCZYNEK – inspirują go sprzeczności: wielkomiejski klimat Nowego Jorku oraz dzika natura w Meksyku, Afryce czy też Pirenejach
KUCHNIA – francuska i śródziemnomorska. Przepada za serami i znakomitymi czerwonymi winami
RESTAURACJA – w Lille „Le Roi de la Moule”, w Warszawie „Izumi Sushi” przy ul. Biały Kamień
SAMOCHÓD – Suzuki Grand Vitara
HOBBY – historia prekolumbijska – Majowie i Inkowie. Fotografi a reporterska

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...