.
Strona główna Blog Strona 424

Wojciech Szyszko

Rozmowa z Wojciechem Szyszko, dyrektorem zarządzającym Kia Motors Polska

– W latach 60. produkty japońskie uważano za znacznie gorsze od europejskich lub amerykańskich. Dziś wygląda to zupełnie inaczej – znaczek „Made in Japan” to gwarancja niezawodności. Podobny proces można obserwować w przypadku wyrobów koreańskich.
– Mam nadzieję, że za kilka lat dogonimy w tej konkurencji Japończyków. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Wyroby koreańskie są z roku na rok lepsze. Firmy, takie jak Samsung czy LG, podbiły rynek produktów elektronicznych i AGD. Także w dziedzinie motoryzacji nastąpił imponujący postęp. Dotyczy to nie tylko jakości, ale też designu, jaki cenią Europejczycy. Było to prawdziwe wyzwanie dla twórców, by stworzyć projekty, które będą akceptowane w skali globalnej – w Europie, USA i w Azji.

– Kia, jak i siostrzany Hyundai, odnoszą znaczące sukcesy na całym świecie. Co tu dużo mówić – wasze auta prezentują się równie dobrze, jak samochody prestiżowych producentów.
– O tym, jak ważne są to dla nas sprawy, najlepiej świadczy bardzo wysoka pozycja, jaką zajmuje w firmie jej CEO, a od niedawna jeden z trzech prezesów, Peter Schreyer – wybitny projektant, który wcześniej pracował dla Audi. Zwiastunem zmian zachodzących w naszej firmie była premiera Sorento w 2003 roku. Potem nastąpiły kolejne premiery, które miały ogromny wpływ na poziom sprzedaży naszej marki. Zmienił się znacząco profil klientów. Coraz częściej nasze auta kupują ludzie młodzi, dynamiczni, podążający za modą. Dla nich ważne jest to, że, jako jedyna firma motoryzacyjna, organizujemy w Polsce własny cykl wyścigów Kia Lotos Race. Widzą też nasze zaangażowanie marketingowe w dziedzinie piłki nożnej oraz windsurfingu. Kilkanaście lat temu fani motoryzacji żartowali, że naszymi autami jeżdżą głównie „kapelusznicy”, czyli stateczni panowie, dla których najważniejsza jest wygoda i niezawodność.

– Jak rozwijał się biznes pańskiej firmy w naszym kraju?
– Od 1995 roku rolę importera pełniło PB Motors, dwa lata później uruchomiliśmy polskie przedstawicielstwo, czyli Kia Motors Polska. W 1998 roku Kia została przejęta przez koncern Hyundai, co przyspieszyło rozwój technologiczny obu firm. Kolejnym kamieniem milowym była budowa naszej fabryki na Słowacji, która – co tu kryć – zaoferowała lepsze warunki niż Polska. Miało to bezpośredni wpływ na planowanie sprzedaży. Wcześniej zdarzały się opóźnienia spowodowane strajkami w Korei. Muszę wyjaśnić, że koreańskie związki zawodowe są bardzo silne i nierzadko sięgają po ostateczne środki podczas negocjacji z pracodawcami.

– Co stanowiło kamień milowy dla firmy Kia w Polsce?
– Niewątpliwie premiera modelu cee’d w 2006 roku. Jest to samochód, który fantastycznie sprzedaje się w całej Europie. Łączy mnóstwo zalet – jest nowoczesny, świetnie zaprojektowany, tani i, co równie ważne, ma siedmioletnią gwarancję. Nie trzeba chyba przekonywać, że tak długi czas gwarancji to najprostszy i najlepszy dowód jakości tego samochodu. W zeszłym roku pojawił się jeszcze lepszy cee’d, drugiej generacji. Auto zebrało pokaźną kolekcję wyróżnień przyznawanych przez media motoryzacyjne i, podobnie jak poprzednik, wygrało już wiele testów porównawczych z konkurencją niemiecką, francuską czy japońską.

– W październiku ub. roku branżę zelektryzowała wiadomość,  że Kia wyprzedziła w sprzedaży niepokonanego dotąd lidera, czyli Škodę.
– W skali całego 2012 roku zajęliśmy znakomite drugie miejsce w dziedzinie sprzedaży dla osób fizycznych. W zależności od miesiąca, z udziałem rynkowym na poziomie blisko 6 proc. lokujemy się w Polsce na szóstej lub siódmej pozycji wśród wszystkich importerów. Kilka lat temu mogliśmy tylko marzyć o takich wynikach. W 2004 roku sprzedaliśmy w naszym kraju 4 tys. aut, a w roku ubiegłym 17,3 tys. Same tylko trzy wersje modelu cee’d pozwalają nam sprzedać rocznie od 4,5 tys. do 6 tys. aut. Kolejny nasz przebój rynkowy to SUV – Sportage – który kupiło 5 tys. osób.

– Większość aut policyjnych na polskich drogach to darmowa reklama firmy Kia…
– Był to jeden z powodów, dla których tak bardzo zależało nam na wygraniu tego dużego i prestiżowego przetargu. Mówiąc ściśle – policja zorganizowała aż 8 przetargów, z czego 7 udało nam się wygrać. Sprzedaliśmy dzięki temu aż 4,8 tys. samochodów. Choć mieliśmy bardzo poważnych konkurentów, odnieśliśmy sukces dzięki bardzo starannemu przygotowaniu naszej oferty. Wiedzieliśmy o tym, że szczególnie ważne będą nie tylko ceny aut i specjalistycznego oprzyrządowania, ale też terminy dostaw. Dzięki bliskości słowackiej fabryki łatwo mogliśmy spełnić ostatni z wymogów, w odróżnieniu od konkurentów, którzy uzależnieni byli od decyzji zagranicznych centrali. Kiedy wygraliśmy trzeci z kolei przetarg, producenci policyjnego oprzyrządowania zgodzili się na poważne rabaty. A to z kolei pozwoliło nam na jeszcze większą elastyczność cenową. Na marginesie, wymóg dwuletniej gwarancji bez limitu kilometrów nie stanowił dla nas żadnego problemu. Oferujemy przecież gwarancję siedmioletnią.

– Kieruje pan polskim oddziałem firmy Kia od 2004 roku. Czym zajmował się pan wcześniej?
– Jestem absolwentem politechniki, na której przez kilka lat byłem asystentem. Potem przez 4 lata pracowałem w Zakładach Włókien Chemicznych w Tomaszowie. W 1990 roku trafiłem do Mitsubishi, dla którego budowałem sieć dealerską. W 1995 roku zostałem dyrektorem oddziału, żeby 9 lat później przejąć zarządzanie Kia Motors Polska. Działo się to w okresie, gdy koncern zadecydował, że dyrektorami zarządzającymi w poszczególnych krajach zostaną europejczycy. Obecnie koledzy nazywają mnie dowcipnie „dziekanem korpusu dyrektorów”, ponieważ spośród 12 osób mianowanych 9 lat temu, tylko ja dalej zajmuję swoje stanowisko.

– Co uważa pan za najważniejsze elementy pracy managera?
– Właściwy dobór współpracowników. Nie potrafiłbym pracować z ludźmi, do których nie miałbym zaufania. Kolejny element to stabilność zarządzania. Jest to szczególnie ważne dla naszych dealerów, którzy muszą czuć wsparcie importera. Jest to jeden z najistotniejszych elementów sukcesu, jaki udało nam się wypracować. I jeszcze jedno – manager powinien jasno określać cel, do którego dąży z zespołem. W naszym przypadku jest to awans z siódmej pozycji do polskiego „Top five”.

Co lubi Wojciech Szyszko?

Zegarki – IWC, ma trzy modele tej firmy
Pióra – Montblanc, używa tego samego długopisu od 20 lat. Kiedy musiał wymienić wysłużony element, pomimo nietypowego, dziś już nie produkowanego, bordowego koloru, nie miał najmniejszych problemów z naprawą
Wypoczynek – narty w Aspen, w Kolorado lub w Alpach
Kuchnia – włoska
Restauracja – chwali warszawskie bary sushi, zwłaszcza „Miseczkę Oshi”
Samochód – Kia Cadenza
Hobby – łodzie podwodne. Aż połowę jego biblioteki stanowią książki na ten właśnie temat. Interesuje się też kolejkami górskimi. Planuje zagraniczne podróże w taki sposób, żeby przejechać się nietypowym rollercoasterem. Za najciekawsze uważa: kolejkę w Japonii z siedzeniami, które pełnią rolę pojedynczych wagoników oraz zbudowaną na wieży kopalnianej pod Johannesburgiem, gdzie wagoniki z całym impetem wjeżdżają… pod ziemię

Sophie Passard

Rozmowa z Sophie Passard, Dyrektorem Generalnym Marek Peugeot i Citroën w Polsce

– Od jakiego czasu jest pani w Grupie PSA Peugeot Citroën?
– Do Polski przyjechałam w połowie października, ale z Grupą PSA związana jestem od 25 lat. Od dwóch lat zajmuję się dwiema markami, Citroënem i Peugeotem. Do Peugeot trafiłam przez przypadek. Zawsze chciałam być dziennikarką ekonomiczną… Zdecydowałam się jednak na pracę w Peugeot, ponieważ pochodzę ze wschodniej Francji, z regionu „rodzinnego” tej marki, gdzie każdy ma w rodzinie kogoś, kto w niej pracuje, więc zdecydowałam, że troszeczkę w Peugeot popracuję i ja. I tak już zostało. Dlaczego? Bo dostałam szansę na rozwój, robienie różnych rzeczy w ramach jednego przedsiębiorstwa: HR, handel, obsługa klienta, marketing, zarządzanie… W pracy ciągle coś nowego się działo. To wzbudza duże poczucie lojalności względem firmy.

Pierwszym wielkim wyzwaniem było prowadzenie punktu sprzedaży i serwisu, bardzo odpowiedzialne zadanie, byłam jedyną kobietą na takim stanowisku. Potem był wyjazd do Meksyku, praca w obcej kulturze, z obcym językiem, na zupełnie innym, trudnym rynku, współpraca z meksykańskimi koncesjonerami, którzy są bardzo „macho”… Ostatnio wskutek reorganizacji firmy dostałam propozycję wyjazdu do Chorwacji. Pierwszy raz weszłam w świat Citroëna. To również było duże wyzwanie: praca na rzecz dwóch marek, które jednocześnie muszą pozostać odrębne.

– Największa różnica między funkcjonowaniem Peugeota i Citroëna?
– Przede wszystkim metody pracy, narzędzia raportowania, narzędzia informatyczne. Inna kultura organizacyjna. Trzeba je zharmonizować, połączyć i uprościć. Obie firmy mają głębokie tradycje. Ludzie w obu firmach są bardzo związani ze swoim organizacjami. Teraz pracują razem, są nadal rywalami, ale jednocześnie tworzą jedną firmę. To również duże emocje.

– Jak, pani zdaniem, kształtuje się w chwili obecnej rynek motoryzacyjny? Czy kryzys jest odczuwalny?
– W Europie kryzys jest, niestety, zauważalny. Niektóre rynki prawie całkowicie się załamały i nadal podupadają. Nawet na liczących się europejskich rynkach, jak np. we Francji, sprzedaż aut spada. Najgorzej sytuacja wygląda w krajach Europy Południowej, które są ważnymi rynkami zbytu dla obu marek Grupy PSA. Trochę lepiej jest w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. W pewnym momencie myśleliśmy, że najgorsze już za nami, ale sprzedaż, niestety, wciąż spada. Kryzys odczuwają również małe rynki, jak Chorwacja, gdzie sprzedaż z początkiem roku spadła o 45 proc., a już w zeszłym roku nie było dobrze. Spadek gospodarczy jeszcze się nie skończył. Wydaje mi się, że w Polsce mniej odczuwa się kryzys. Rynek utrzymuje się na relatywnie stałym poziomie, około 300 tysięcy sprzedawanych aut rocznie. Podobny przewidywany jest na rok 2013. Perspektywy są dobre, chociaż w obecnej chwili sytuacja nieco się waha.

– Jaką strategię przyjmuje się w takiej sytuacji?
– W Polsce, na rynku, którego kondycja jest raczej niezła, nie należy zmieniać przyjętej strategii. Trzeba być agresywnym. Mamy to szczęście, że Grupa PSA nie zatrzymała inwestycji i wciąż wprowadza na rynek nowe produkty: w tym roku to będzie 17 nowych modeli obu marek – dziewięć w Europie, z czego osiem w Polsce. Chcemy dalej konsolidować rynek i pomagać w działalności naszym koncesjonerom, aby wspierać ich w tych trudnych czasach i by mogli nadal budować nasz dobry wizerunek.

Z jednej strony, wprowadzamy nowe modele, a z drugiej, bardzo staramy się utrzymać jak najwyższą jakość. Chodzi tu przede wszystkim o wysoką jakość usług, które oferujemy naszym klientom. Bardzo się to ostatnio poprawiło. Kiedy przyjechałam do Polski objąć stanowisko dyrektora generalnego właśnie opracowano wyniki ankiety na temat jakości usług oferowanych w Polsce przez koncerny samochodowe. Na samym szczycie uplasowały się trzy francuskie marki.

– Polacy bardzo często nie myślą o producentach samochodów jako o markach: Citroën, Peugeot, Volvo, Honda, ale o samochodach niemieckich, francuskich, japońskich w ogólności. Dla pani francuski samochód to synonim czego?
– Francuska marka oznacza dla mnie elegancję, luksus, symbol statusu. Myślę, że to w naszej świadomości się nie zmienia, ale zmienia się za to w odniesieniu do samochodów. Ale zmienia na lepsze. Zachowujemy to, co dobre, czyli elegancję i prestiż, jednocześnie gubiąc nieco element nieosiągalnego luksusu. To nadal samochód premium, ale osiągalny. Chciałabym, żeby taki obraz francuskiego samochodu utrzymał się w świadomości naszych klientów w Polsce.

– Osiem nowych modeli w ciągu jednego roku? To dużo w porównaniu z konkurencją?
– To naprawdę bardzo, bardzo dużo! Ale to rezultat inwes­tycji, jakie poczyniła grupa PSA Peugeot Citroën w ostatnich latach. Wprowadzamy właśnie na rynek Peugeot 301 i Citroëna C-Elysée, które są samochodami ze średniej półki i z którymi wiążemy duże nadzieje na rynku polskim. Zwłaszcza Peugeot będzie bardzo aktywny w tym roku: wzbogacimy naszą ofertę o nową odmianę modelu 208, który cieszy się dużym zainteresowaniem w Europie i w Polsce – wersję GTi, którą robimy ukłon w stronę naszej chwalebnej sportowej przeszłości i słynnego Peugeot 205 GTi.

W maju wypuścimy na rynek miejski crossover 2008, pow­stały na bazie 208 wyjątkowy samochód w bardzo ostatnio popularnym segmencie rynku. A pod koniec roku pojawi się Peugeot 308, samochód kompaktowy o dużym potencjale rynkowym. Jeżeli chodzi o Citroëna, w tym roku zadebiutuje na rynku model DS3 Cabrio – kolejna odmiana DS3, występującego w około milionie (!) personalizacji, w tym w ekskluzywnej Ultra Prestige czy sportowej Racing o mocy 200 KM. W drugiej połowie roku pojawi się z kolei druga generacja C4 Picasso, który będzie stanowił kontynuację chlubnej tradycji Citroëna w segmencie minivanów, tym razem w rewolucyjnym designie i z zastosowaniem najnowszych technologii. Będzie się działo!

– Peugeot Polska rozpoczął ten rok wielkim sukcesem sprzedażowym. Czym można wytłumaczyć tak wspaniałe wyniki?
– To prawda, mamy powody do radości. W styczniu Peugeot sprzedał w Polsce 1 953 sztuk samochodów, to 6,54 proc. udziału w rynku i czwarta pozycja w rankingu najlepiej sprzedających się marek w Polsce. Ten sukces związany jest przede wszystkim z popularnością Peugeot 208 i kontraktem podpisanym z Pocztą Polską na 1 228 samochodów dostawczych. W styczniu zrealizowaliśmy pierwszą dostawę tych samochodów – ponad 500 aut.

– Powstanie Grupy PSA Peugeot Citroën to już zamierzchłe dzieje, obie firmy od dawna działają wspólnie. A jak to wygląda od strony organizacyjnej?
– Obie firmy połączyły się w 1974 roku, przy czym dwie marki pozostają odrębne. Decyzja podyktowana była ówczes­nym kryzysem i koniecznością inwestowania w nowe modele. Powstała Grupa PSA Peugeot Citroën przejęła część wysokokosztowych zadań, takich jak badania i rozwój nowych modeli. Citroën i Peugeot zawsze były odrębnymi firmami, jednak pewne elementy stały się wspólne (zwłaszcza płyty podłogowe – najdroższy element nadwozia – oraz podzes­poły mechaniczne: silniki, skrzynie biegów, itp.), co widać w kolejnych modelach. Taka decyzja jest zawsze podyktowana kwestiami ekonomicznymi, ale wiadomo, że nie jest to łatwe, zwłaszcza kiedy obie firmy mają podobne produkty i działają geograficznie na tych samych terenach. Niedawno zakończyło się dalsze scalanie firm, poprzez połączenie działów finansowych, obsługi klienta oraz serwisu.

– Jaki powinien być, według pani, nowoczesny samochód, samochód, który jest w stanie uwieść klienta?
– Musi przede wszystkim odpowiadać na jego potrzeby. Każdy klient oczekuje czegoś innego i tych oczekiwań jest sporo. Naszym zadaniem jest odczytać te potrzeby, sklasyfikować i przedstawić plan działania. Nie można tworzyć produktów, które odpowiadają aktualnym potrzebom, ale takie, które wybiegają w przyszłość. Należy pamiętać, że proces tworzenia nowego modelu to nadal trzy, cztery lata. Trzeba więc przewidywać trendy i budować takie samochody, które w przyszłości odpowiedzą na oczekiwania klientów. Mamy różne grupy odbiorców. Tych, którzy zawsze poszukują modeli klasycznych, dla których trzeba produkować samochody duże, niezawodne, najwyższej jakości, eleganckie i prestiżowe, ale bez dużej ostentacji. Są modele dla ludzi młodych, dla kobiet, modele, które powinny się czymś wyróżniać. Jest też grupa klientów, która kocha supernowoczesne samochody, dla których trzeba przygotować produkty niszowe – modele ze starannie dopracowanym wnętrzem, wyposażonym w najnowocześniejsze technologie, służące przede wszystkim komunikacji. Nasza grupa przywiązuje do tego dużą wagę, mamy bardzo rozbudowany dział zajmujący się nowymi technologiami.

– W waszej spółce powstaje też bardzo dużo samochodów koncepcyjnych…
– To prawda. Samochód koncepcyjny to bardzo ważne narzędzie dla istnienia koncernu samochodowego. To przede wszystkim narzędzie do testowania nowych rozwiązań, nowych możliwości. Grupa PSA Peugeot Citroën zawsze dużo inwestowała w rozwiązania innowacyjne – wystarczy wspom­nieć o silniku wysokoprężnym z bezpośrednim wtryskiem paliwa, filtrze cząstek stałych, zeszłorocznej premierze hybrydy opartej na silniku diesla Hybrid4 czy najnowszej technologii HYbrid Air. Mamy też wiele innowacji na polu nowych technologii związanych z łącznością i dostępem do Internetu.

Eksperymentujemy też z zastosowaniem nowych materiałów. Samochód koncepcyjny to również możliwość pracowania nad nowym designem. Citroën bardziej kojarzy się z nowymi technologiami, a Peugeot z nowoczesnym designem właśnie. Zresztą, samochody koncepcyjne obu firm zawsze zadziwiały swoim wyglądem, niespotykanym stylem. Często te rozwiązania stosuje się potem w modelach seryjnych. Przykładem może być 308 RCZ, który był tak wspaniałym propotypem, że po dwóch latach trafił do seryjnej produkcji jako Coupé RCZ. Design jest naszą bardzo mocną stroną, mamy świetnych projektantów, jest wśród nich i Polak, Adam Bazydło. Nasi projektanci opracowują nie tylko samochody, ale i rowery, skutery, motorówki, samoloty czy… pianina. To bardzo ważne dla naszego wizerunku.

– Jaka jest wasza strategia marketingowa?
– Wciąż bardzo ważne są dla nas tradycyjne media – prasa, telewizja, radio – chociaż przywiązujemy coraz większą wagę do Internetu i mediów  społecznościowych. Nie można dzisiaj istnieć poza Internetem. Trzeba się starać być nowatorskim również na tym polu. Staramy się.

– Jakie są dla was dzisiaj najważniejsze rynki?
– Historycznie na pewno Europa. Ze względu na tradycję, ale i wielkość tego rynku. W Europie nadal sprzedajemy najwięcej aut, niemniej kluczowym elementem naszej strategii jest internacjonalizacja. W prasie zarzuca się nam często, że nie przykładamy do tego większej wagi, ale w rzeczywistości rynki pozaeuropejskie są naszym celem już od dłuższego czasu. Chiny oczywiście, gdzie jesteśmy obecni od 1992 roku. Sprzedaż naszych samochodów w tym kraju znacznie wzrosła w zeszłym roku, o ponad 9 proc. Ważna jest Ameryka Południowa, a zwłaszcza Brazylia, gdzie w 2001 roku otworzyliśmy fabrykę. Trzecim rynkiem jest Rosja, z fabryką w Kałudze otwartą w 2008 roku. Rozwijamy też wschodnie rynki europejskie, o czym świadczą dwie fabryki: w Czechach w Kolinie i na Słowacji w Trnavie.

– To już tradycja, że Francuzi są we władzach spółki w Polsce?
– To raczej zaszczyt… Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, by byli to w przyszłości Polacy. Stanowisko dyrektora generalnego marek Peugeot i Citroën w Polsce, które objęłam, jest w spółce zupełnie nowe, stworzone w zeszłym roku. Wcześniej byli odrębni dyrektorzy generalni dla obu marek. Peugeota reprezentuje Francuz, a Citroëna – Polak. W całej grupie pracuje wielu Polaków. Wielu wyjeżdża do Francji. Moim pierwszym wrażeniem z pracy w Polsce było spostrzeżenie, że pracuję z prawdziwymi profesjonalistami, w dodatku wspaniale znającymi język francuski.

– Ile samochodów Peugeot i Citroën sprzedaje się obecnie w Polsce?
– Dużo, ale niewystarczająco. Około 30 tysięcy rocznie, mamy wspólnie 10 proc. rynku. To niezły wynik. Według mnie, moglibyśmy sprzedawać więcej, istnieje tu jeszcze pewien margines. Peugeot sprzedaje nieco więcej niż Citroën. Myślę, że mamy w sobie potencjał, zwłaszcza patrząc na wprowadzane wciąż nowości oraz modele, które są odnawiane. Peugeot cieszy się olbrzymią popularnością na rynku B2B, głównie dzięki profesjonalistom w naszej ekipie, silnym koncesjonerom i dobrze rozbudowanej sieci. Ten sam rynek wzmacnia się, jeśli chodzi o Citroëna. Nie bez znaczenia jest fakt, że w zeszłym roku stworzyliśmy wspólną dyrekcję odpowiedzialną za sprzedaż do firm. Prognozy na ten rok są bardzo dobre.

– A jak wygląda sieć koncesjonerów w Polsce?
– Przede wszystkim, koncesjonerzy są równomiernie rozmieszczeni na terenie całej Polski. Mamy dzisiaj 46 dealerów Peugeot, nieco więcej Citroëna. Oprócz tego są oddzielne punkty sprzedaży oraz autoryzowane serwisy. Razem ponad 80 punktów dla każdej marki. Jak wynika z ankiety, o której wspomniałam, oferują one bardzo wysoką jakość usług, co jest dla nas niezmiernie ważne. O tym, że klienci to doceniają, świadczą chociażby wyniki sprzedaży. Polski klient jest bardzo wymagający, a konkurencja na rynku bardzo silna. W Polsce obecne są praktycznie wszystkie marki i to z bardzo szeroką ofertą oraz agresywnymi cenami. Pokładamy jednak nadzieję w naszych wspaniale przygotowanych dystrybutorach, którzy świetnie sobie radzą w tych trudnych warunkach. 10 proc. rynku dla naszych marek to, jak mówiłam, bardzo dobry rezultat.

– A jak kształtuje się liczba klientów indywidualnych i firm?
– Rynek B2B jest dla nas bardzo ważny. Firmy stanowią  65 proc., w Peugeot 70 proc. naszych klientów.  Mamy nawet specjalne ośrodki dedykowane klientom biznesowym.

– Jakie są państwa plany na przyszłość?
– Oczywiście, sprzedawać więcej, ale nie byle jak. Sprzedawać lepiej. Żeby liczyła się nie tylko cena, ale oferta całościowa, która odpowiada potrzebom naszych klientów. Żeby sprzedawać im samochody, jakich potrzebują, oferować im profesjonalną obsługę, również obejmującą kwestie finansowe i ubezpieczeniowe. Dawać im bezpieczeństwo. A to więcej niż sama cena.

Co lubi Sophie Passard?

Ubrania – zależy od humoru, ostatnio w Polsce odkryła markę Simple
Buty – „wygodne, gdy mi odpowiadają kupuję od razu kilka takich samych par.”
Zapach – klasyczne, obecnie Chanel nr 5 i Poison Diora
Wakacje – Lazurowe Wybrzeże, dalekie podróże, francuskie wyspy: Polinezja,  Reunion, Gwadelupa. Część wakacji aktywna, druga leniwa. Zimą narty
Kuchnia – francuska i włoska
Samochód – „Uwielbiam Jamesa Bonda, więc to Aston Martin, a jeśli chodzi o firmę Peugeot to 406 Coupé produkowany w zakładach Pininfarina. Kobieta pięknie w nim wygląda. Podobnie jak w sportowym Peugeot RCZ. Z modeli Citroëna linia DS, jeżdżę teraz modelem DS5 – wszyscy się za nim oglądają!”
Hobby – tenis i książki

Ales Bartunek

Rozmowa z Alesem Bartunkiem, dyrektorem generalnym IBM Polska i Kraje Bałtyckie

– Każdego roku IBM opracowuje listę pięciu największych innowacji, które w ciągu najbliższych lat zmienią nasze życie. Według was teraz to komputer, który zachowuje się jak człowiek, myśli, czuje, słyszy, smakuje, wącha…
– Mówi pan o „5 in 5”, naszej corocznej liście innowacyjnych rozwiązań. W tym roku skoncentrowaliśmy się na komputerze, który będzie umiał posługiwać się ludzkimi zmysłami. Liczba 5 w zestawieniu „5 in 5” odnosi się do pięciu ludzkich zmysłów. Laboratoria IBM pracują nad nowymi technologiami analitycznymi, opracowując specjalne receptory, czujniki oraz oprogramowanie, które pozwolą komputerowi odczuwać tak, jak człowiek.

– Słynny Watson jest już komputerem, który potrafi odpowiadać na pytania na podstawie gromadzonych informacji, zadawać pytania, myśli podobnie jak człowiek, podejmuje decyzje…
– Tak, ale tutaj chodzi o zmysły. Jeżeli weźmiemy pod uwagę węch, to uważamy, że odpowiedni receptor mógłby być wbudowany w komputer czy telefon komórkowy, żeby wykrywać chemiczne molekuły i składniki zapachów, analizować skład powietrza, dokonywać ekspertyzy i diagnozować stan zdrowia danej osoby. Na podstawie analizy zapachów można stwierdzić, że coś złego dzieje się w naszym organizmie. Następnie, po postawieniu diagnozy, można doradzić odpowiednią dietę czy zmianę sposobu postępowania. Możemy zas­tosować niezwykle czułe czujniki, które mogłyby rozpoznać znacznie więcej zapachów niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić.

– To przywodzi mi na myśl psy szukające narkotyków na lotniskach…
– Wrażliwość i skala tych czujników jest porównywalna z węchem psa, a może jest nawet większa. Same czujniki to jednak nie wszystko. Konieczna jest wiedza potrzebna do analizy zebranych informacji. Analiza zaś powinna prowadzić do wniosków i diagnoz, które będą miały znaczenie dla człowieka. Tak to właśnie wygląda w przypadku komputera Watson, który zwyciężył w telewizyjnym teleturnieju Jeopardy!, w Polsce zwanym jako Va Ban­que, w którym uczestnicy zadają pytania do postawionych tez.

– A jak to ma działać w przypadku wzroku?
– Widzenie w przypadku komputera odnosi się do umiejętności rozpoznawania przedmiotów. Taką zdolność mają tylko istoty żywe. Może być ona wykorzystana na różne sposoby. Może to być inteligentny system parkowania, sortowania konkretnych przedmiotów, itp. Wyposażenie komputera w taką umiejętność jest bardzo trudne. Komputery nie mają bowiem wbudowanego kontekstu, nie mają doświadczenia. Mogą „patrzeć” na krzesło i widzieć je, nie wiedząc, że jest to krzesło. Potrzebne jest oprogramowanie z ogromną bazą danych wyposażoną w taką wiedzę. Słowem – komputer musi zostać odpowiednio „wytrenowany”.

– A dotyk?
– To bardzo interesujące zagadnienie, rodzaj naukowego science-fiction nawet dla mnie. Przewidujemy, że komputery będą mogły pozwalać człowiekowi odczuwać wrażenia dotykowe poprzez urządzenia naręczne. Specjalne czujniki będą pozwalały wyczuwać strukturę materiału, którego dotykają. To może trudno sobie wyobrazić, ale taka technologia już istnieje. Interesującą sprawą, nad którą pracują laboratoria, jest kwestia odczucia, jakie się ma przytulając kogoś. Przytulanie kogoś, kogo się zna, to bardzo skomplikowane uczucie, ważną rolę odgrywają tu emocje. To wymaga zastosowania specjalnych sensorów, treningów i technologii.

– Jeszcze słuch i smak…
– Słuch jest obszarem najlepiej zbadanym. Istnieje już wiele specjalistycznych technologii. Komputery są już w stanie rozpoznawać mowę. Stosowanych jest wiele aplikacji sterowanych głosem, znajdują zastosowanie w call center, w nawigacji, w samochodach, itp. Następnym etapem będzie możliwość głosowego otwierania stron internetowych i nawigacji w sieci oraz komunikowania internetowych treści i przekazywaniu informacji użytkownikowi. To wspaniałe rozwiązanie dla ludzi niewidzących. Będą mogli surfować po Internecie prowadzeni przez syntetyczny głos.

– A co ze smakiem?
– To również bardzo skomplikowany system receptorów. Żeby rozpoznawać smak potrzebne jest doświadczenie, umiejętność rozumienia smaków, świadomość, czy coś jest dobre czy nie, zdolność analizy, czy coś jest świeże lub zepsute. Odpowiednie oprogramowanie doprowadzi do sytuacji, w której komputer będzie w stanie nam doradzić, jaki produkt jest dla nas zdrowy, a którego powinniśmy unikać. I to również w kontekście wiedzy o tym, co lubimy, albo do czego jesteśmy przyzwyczajeni chociażby ze względów kulturowych.

– Czyli kiedyś przewodnik gastronomiczny Michelina będzie przygotowywany przez komputery…
– Nie sadzę. Komputery pozostaną komputerami, a ludzie ludźmi. Człowiek jest unikalną istotą ze swoimi uczuciami, emocjami, umiejętnością uczenia się. Gwiazdki Michelina przyznawane są na bazie indywidualnych odczuć, subiektywnych ocen znawców. To smak, podanie potraw, wystrój restauracji…

– Dwa miesiące temu widziałem w Los Angeles wystawę poświęconą twórczości Stanleya Kubricka. Wielka sala w LACMA mieściła dekoracje z „Odysei kosmicznej 2001”. To niezwykłe, że wasz Watson przewyższa zbuntowany komputer HAL z tego filmu. Skąd biorą się inspiracje waszych obecnych projektów?
– Niewątpliwie filmy inspirują. Sam jestem wielkim fanem science-fiction, i to od dziecka. Zawsze fascynowała mnie przysz­łość i ludzka wyobraźnia. Komputery robią tak wiele rzeczy lepiej niż ludzie. Prześcigają nas, jeśli chodzi o precyzję działania, przetwarzania danych, poprawiają jakość naszego życia na wielu polach. Nie sądzę jednak, żeby możliwy był bunt maszyn, jakiekolwiek przejawy agresji w stosunku do ludzi.

– IBM rejestruje co roku mnóstwo nowych patentów. Jesteście pod tym względem liderem w branży?
– Zdecydowanie tak. IBM istnieje na rynku od ponad 100 lat. W 2011 roku obchodziliśmy jubileusz. Powodem, dla którego nasza firma przetrwała tak długi czas i pozostaje liderem w branży IT, jest fakt, że od lat przeznacza pokaźny budżet na innowacje. Badania i nowe technologie są w centrum naszych zainteresowań. Mamy wspaniałe laboratoria, w których nieprzerwanie prowadzone są badania. Najważniejsze jest jednak podejście do innowacyjności naszego zespołu zarządzającego. Efekty badań są natychmiast wcielane w życie. W tym IBM naprawdę jest dobry. Świadczy o tym liczba patentów, które znajdują zastosowanie w realnym życiu. IBM jest też firmą, która otwiera swoje laboratoria na całym świecie. Liczba patentów to jedynie czubek góry lodowej, jaką jest wkład naszej firmy w badania w branży IT. To ogrom pracy naszych specjalistów rozsianych po całym globie.

– Kiedyś komputer PC i IBM to były synonimy, co znakomicie ilustruje rolę waszej firmy w tej dziedzinie. Jakie patenty IBM były, pana zdaniem, kluczowe?
– Rzeczywiście, kiedy zacząłem pracę w IBM także i ja byłem przekonany, że PC równa się IBM. Innowacje w IBM? Na przykład, we wczesnych latach 60. – System/360. W jego ramach zaprojektowano cały szereg modeli komputerów do zastosowań uniwersalnych, wybrano małą długość przetwarzanej porcji informacji – jednostką tą był bajt, zdefiniowany przez projektantów IBM najpierw jako grupa bitów charakterystyczna dla danej dziedziny zastosowań, a potem sformalizowany w dokumentacji firmy jako 8 bitów. Komputer nazwano System/360, bo miała to być cała rodzina komputerów, zaś liczba 360 oznaczała system trzeciej generacji na lata sześćdziesiąte. Thomas Watson Jr., syn założyciela firmy, zainwestował 5 mld dol. w opracowanie tej maszyny, która stała się sukcesem rynkowym. IBM 360 zapoczątkował rodzinę kompatybilnych maszyn, spopularyzował pracę na odległość – terminale podłączone przez linie telefoniczne. Do roku 1968 sprzedano 14 tys. takich komputerów.

To pierwszy system, który był początkiem technologii IBM mainframe. Innymi innowacjami były prace związane z produkcją układów scalonych. W laboratoriach IBM dokonano ważnych odkryć w technologii krzemowej, ostatnio były to chipy optyczne czy nanofotoniczne. To badania opierające się na podstawowych prawach fizyki, wykorzystujące do maksimum atomową strukturę krzemu. To zwiększanie prędkości, pojemności i wydajności chipów. Obecnie innowacje IBM związane są z metodami analizy oraz przetwarzania danych, cyberbezpieczeństwa, urządzeń mobilnych, sieci społecznościowych  i rozwiązań cloud computing. W 2012 roku pracownicy IBM zarejestrowali 6 478 patentów. Zapewniło to nam, po raz dwudziesty z rzędu, pierwszą pozycję na liście najbardziej innowacyjnych przedsiębiorstw.

– Nie ma dla was konkurencji?
– Tu nie chodzi o rywalizację, ale ciągłe podnoszenie pop­rzeczki. To jednak fakt, że plasujemy się na szczycie firm sektora IT.

– Czy ludzie słusznie obawiają się komputerów, myśląc, że w przyszłości zabiorą im pracę?
– Nie chodzi o starcie człowieka z komputerem, ale o pracę człowieka z komputerem. Komputery będą przejmowały coraz więcej zadań wykonywanych przez człowieka, przede wszystkim związanych z mechaniką, np. w produkcji samochodów. Człowiek będzie miał więcej do zrobienia na polu innowacji. I to dobra droga. Pamiętajmy, że komputery nie potrafią pracować same, potrzebują człowieka, w dodatku bardzo dobrze wykształconego, który nie tylko go programuje, ale też monitoruje i naprawia. Powiem żartem – komputer raczej nie stanie na czele IBM… Istnieje jednak obszar, którym jestem absolutnie zafascynowany – to komputery pracujące w chirurgii. To wspaniały przykład tego, jak komputer może pomóc człowiekowi swoją precyzją, ekspertyzą, bezbłędnością w działaniu. Operacje przeprowadzane w asyście komputera są po prostu bezpieczniejsze.

– Innowacja to kluczowe pojęcie w filozofii IBM. Jak wprowadzać innowacje w mniejszych firmach?
– Sądzę, że w Polsce ludzie są gotowi do innowacji i mogą być naprawdę dobrzy na tym polu. Brakuje jednej rzeczy, w której doświadczenie IBM mogłoby im pomóc: jak sprawić, by te innowacje naprawdę działały, jak wcielać je w życie, przenosić z kreatywnego środowiska, w którym powstają, do biznesu. W tym polskim firmom przydałaby się pomoc IBM. Managerowie powinni wiedzieć, jak używać pewnych procesów i rozwiązań, by poprawić kondycję i funkcjonowanie firm. Na przykład, jak efektywnie wykorzystywać media społecznościowe? Okazuje się, że w Polsce firmy wykorzystują ich potencjał w niewielkim stopniu. W USA robi to połowa firm, a w Polsce zaledwie kilka procent. Tymczasem to wspaniałe narzędzie w handlu, marketingu, reklamie.

– Wiele mówi się obecnie o powodzi danych i związanymi z tym zagrożeniami.
– Żyjemy w obliczu lawinowego przyrostu danych. Wszystko wokół nas produkuje nowe informacje. Są wśród nich informacje nieuporządkowane. Jak z nich korzystać? Jak sortować te, które mogą być dla nas cenne? W dodatku firmy starają się przysyłać nam reklamy ukierunkowane, setki e-maili, które mogą sparaliżować nasze działania. IBM opracowuje specjalne systemy zabezpieczające przed tego typu spamami.

Bezpieczeństwo i prywatność – na to stawiamy i prowadzimy badania na tym polu. Niestety, te kwestie są jeszcze nieuregulowane przez prawo, a urządzenia mobilne, których używamy i ich aplikacje mogą dostarczać wiele wiadomości na nasz temat. Trzeba, by te aplikacje pomagały nam, a nie szkodziły. IBM to nie tylko synonim innowacyjności, ale i systemów bezpieczeństwa, i ochrony prywatności. Stawiamy to na pierwszym miejscu przy opracowywaniu nowego oprogramowania czy aplikacji. Myślę jednak, że korzyści z danych dostarczanych przez komputery są większe niż ewentualne zagrożenia.

– Nie sposób nie wspomnieć też o zmianach w informatycznej chmurze…
– To kolejny obszar, w którym IBM jest innowacyjny. Pracujemy nad sposobem, w jaki moc obliczeniowa komputerów jest dostarczana naszym klientom. Liczba aplikacji klienckich obsługiwanych w chmurze przez IBM jest naprawdę imponująca. Na zagadnieniach cloud computingu koncentruje się znaczna część naszej strategii na przyszłość. Również w przypadku Polski. Była ona pierwszym krajem w Europie Centralnej i Wschodniej, gdzie zorganizowaliśmy warsztaty poświęcone pracy w chmurze dla ponad 500 studentów rocznie, powstał tu też pierwszy w tym regionie Wirtualny sklep IBM SmartCloud Enterprise, oferujący moc obliczeniową w postaci usługi za pośrednictwem naszej strony internetowej – już od 250 zł miesięcznie.

– Jak układała się pańska kariera, zanim trafił pan do Polski?
– Jestem absolwentem czeskiego uniwersytetu technicznego w Pradze, inżynierem lotnictwa. Zaraz po studiach, w latach 80. przez 6 lat pracowałem w zawodzie, odwiedziłem kiedyś nawet służbowo polskie zakłady lotnicze. Potem, kiedy upadł komunizm, uznałem, że otwierają się przede mną nowe możliwości i zacząłem się zastanawiać, co powinienem robić. Spędziłem rok jako asystent do spraw oprogramowania w jednym z czeskich banków. Potem dostałem ofertę pracy w małej firmie zajmującej się sprzedażą sprzętu komputerowego i oprogramowania. Byłem sprzedawcą, szkoleniowcem i konsultantem.

Z czasem zostałem dyrektorem zarządzającym tej firmy. Pracowałem następnie dla kilku amerykańskich firm z branży IT mających swoje przedstawicielstwa w Czechach. W końcu w 1998 roku trafiłem do IBM, najpierw jako manager sprzedaży sektora publicznego. W 2003 roku zostałem dyrektorem generalnym czeskiego oddziału IBM. Moja inżynierska edukacja i praca w tej niewielkiej firmie bardzo mi pomogły w dalszej karierze. Nauczyłem się zasad zarządzania i prowadzenia biznesu, mimo że podlegało mi 25 osób. Przed przybyciem do Polski pracowałem w strukturach regionalnych IBM w Europie Środkowo-Wschodniej, ostatnio pełniąc również obowiązki dyrektora generalnego IBM Turcja.

– Mówił pan, że uczył się zarządzania w małej firmie, a jak zarządza się tak dużą firmą, jak IBM Polska?
– Jestem managerem zorientowanym na wyniki. Zawsze wyz­naczam standardy osiągnięć organizacji, którą zarządzam i staram się ich przestrzegać. Zakładam, że każdy ma prawo do błędu, ale tylko raz… Na błędach możemy się uczyć, lecz nie wolno ich powtarzać. Wierzę też, że ludzie są z natury utalentowani, pracowici i reprezentują sobą wiele możliwości, dlatego chętnie deleguję wiele zadań, żeby pobudzić ich do działania i nauczyć ich czegoś, poprawić ich umiejętności, doświadczenie.

– Jaki preferuje pan styl zarządzania?
– Myślę, że jestem otwarty i przewidujący. Manager na każdym szczeblu powinien zachęcać współpracowników do tego, by nauczyli się brać odpowiedzialność za swoje działania. Bardzo ważna jest również dla mnie praca zespołowa i relacje w zespole.

Co lubi Ales Bartunek?

Zegarek – IWC, Omega, Breitling
Wypoczynek – Istambuł, Praga, góry, najlepiej Wysokie Tatry
Kuchnia – lubi próbować nowych potraw
Restauracja – gospoda „Kogo” w Pradze, na Starym Mieście
Samochody – BMW X5
Hobby – samoloty i latanie (niestety, z instruktorem). Zbiera modele samolotów. Najmilej wspomina lot czeskim L29 Delfin i podniebne akrobacje. Jeździ motorem
Honda Blackbird

Adam Maciejewski

Rozmowa z Adamem Maciejewskim, Prezesem Zarządu warszawskiej Giełdy

– W październiku 2011 roku na naszych łamach opowiadał pan o swoich pasjach. Pasja zarządzania Giełdą zaowocowała awansem na stanowisko prezesa tej instytucji. Jak pan odczuwa tę zmianę?
– W życiu jedyną stałą jest zmiana i trzeba to po prostu rozumieć. Już kilka tysięcy lat temu uczył tego Heraklit. Wszystko jest dynamiczne – otoczenie i my sami też. Takie są prawa natury. Zmieniły się okoliczności i dostałem szansę wzięcia odpowiedzialności za losy Giełdy. Takich szans się nie marnuje. Bo to szansa nie tylko na rozwój samej Giełdy, ale szansa na stworzenie sensownej, długoterminowej strategii rynku kapitałowego, jako elementu strategii gospodarczej kraju, będącej z kolei częścią strategii społeczno-gospodarczej Unii Europejskiej. To szansa na stworzenie lepszych warunków życia i szansa na stworzenie pozytywnej atmosfery wokół rynku kapitałowego. To niezmiernie ważne. Musimy rozwijać rynek, ale też dbać, by ten rozwój odbywał się w cywilizowany sposób, bez niepotrzebnych konfliktów, po prostu w sposób przyjazny ludziom. Wierzę, że nic tak nie napędza ludzi, jak właśnie pozytywne myślenie. W każdym razie, dla mnie to klucz do sukcesu.

– A jak ta zmiana przekłada się na codzienne życie? Kierowanie Giełdą to wielka odpowiedzialność.
– Zgadza się. Bo to nie tylko kierowanie spółką. To kształtowanie tego, o czym powiedziałem wcześniej. Jak pan wie, zajmuję się tym już od 19 lat, choć co jakiś czas poziom odpowiedzialności wzrasta, a teraz jest maksymalny. To poczucie odpowiedzialności wobec otoczenia kiedyś było bardziej instynktowne, teraz jest całkowicie świadome. Dodaje energii i jeszcze bardziej stymuluje inteligencję, także tę emocjonalną. Wszystko to wpływa na życie codzienne, ale moje i tak zawsze było intensywne. Nadal zatem wstaję o piątej rano – giełdowy ranek o szóstej na Książęcej ma swój urok – i rzadko zasypiam przed północą.

Zmianie uległy tylko priorytety – nie ma już czasu na inne pasje poza Giełdą. Choć mam głębokie przekonanie, że różnorodność wzbogaca nasze myślenie i czyni nas bardziej kreatywnymi, to najbliższy okres będzie poświęcony wyłącznie Giełdzie i rynkowi kapitałowemu. Do innych pasji powrócę, jak wypełnię moją misję jako szef GPW. Moje motto życiowe jest jednak jak najbardziej aktualne, choć teraz należy je rozumieć głównie w kontekście zawodowym: „Z oczu im nie spojrzenia płyną, a okręty, z serca lokomotywa wieczysta wylata i jak łuk są ich myśli napięte, na wszystkie strony świata.”

– Poza odpowiedzialnością zawodową jest jeszcze odpowiedzialność osobista, o której pan pisał w swoim ostatnim felietonie dla „Managera”…
– Tak, to Społeczna Odpowiedzialność Obywatelska. Wierzę, że to jedna z podstawowych wartości, jakie należy propagować i realizować. Musimy być osobiście odpowiedzialni za nas i nasze otoczenie. To pozwoli na budowanie społeczeństwa lepszego i szczęśliwszego. Przy czym, chodzi o działania na poziomie jednostki. Jeśli sami poczujemy się odpowiedzialni i wyciągniemy z tego odpowiednie wnioski, czyli nasze poglądy przełożymy na konkretne działania, to niejako przy okazji, w sposób naturalny zaczniemy zmieniać świat.  Odpowiedzialność wobec nas samych zacznie zmieniać się w odpowiedzialność wobec innych, stanie się odpowiedzialnością społeczną.

– A jak pan sobie to wyobraża w praktyce?
– Wyjdźmy od tego, że to my sami decydujemy o jakości naszego życia. To nie jest tak, że musimy robić to, co nam los podsunie. Mamy wolność wyboru i powinniśmy z tej wolnoś­ci korzystać. Wybierać zachowanie aktywne i jednocześnie odpowiedzialne. Dla przykładu, gdy idę na wybory wcześniej przygotowuję się do tego aktu. Czytam, słucham, zadaję pytania. Ostatecznie podejmuję przemyślaną decyzję. Zamiast biernie oglądać telewizję, siadam przed komputerem i wybieram te treści, która mnie autentycznie interesują. Zamiast denerwować się, że ktoś śmieci na ulicy – podnoszę wyrzuconą butelkę i wrzucam ją do kosza. I jeszcze zwracam uwagę, jeśli zauważę kogoś, kto taką butelkę rzuca na trawnik. Dodam jeszcze jeden przykład. Często ludzie mnie pytali, po co poświęcałem swój wolny czas na społeczne zajmowanie się kulturą. Otóż mój umysł nie lubi bierności nawet w czasie wolnym. W głowie mam tysiące pomysłów, a serce pełne pasji. Chcę coś robić dla innych.

Dla zachowania równowagi, wzmocnienia innowacyjności i dla świeżości umysłu. To jest dobre dla naszej działalności zawodowej, naszej kondycji psychicznej. Pozytywnie wpływa na jakość naszej pracy. Dlatego uprawiałem jiu-jitsu, grałem w piłkę nożną, w badmintona, jeździłem gokartami, samochodami terenowymi, przedzierałem się przez dżunglę, wędrowałem przez pustynię, czytałem i pisałem poezję oraz wspierałem kulturę. Wszystko w czasie przeszłym, ale to wróci, kiedy moja misja giełdowa zostanie wykonana. Mam głębokie przekonanie, że tak właśnie trzeba. Nie jestem trybikiem wielkiego mechanizmu, którym ktoś steruje. Jestem samodzielną, niezależną jednostką, która ma własną wolę i pomysł na życie. I to dotyczy każdego z nas. Tylko pytanie, czy tę naszą wolność wykorzystujemy? Namawiam by wykorzystywać.

Człowiek ma wielki umysł, a granice jego wykorzystania są jeszcze bardzo odległe. Jeśli ponad 500 lat temu Leonardo da Vinci potrafił być doskonałym malarzem, architektem, filozofem, pisarzem, matematykiem, muzykiem, mechanikiem, anatomem, a nawet geologiem, to czemu my nie możemy pełnić w życiu więcej niż jednej roli? Przecież świat nie jest tylko zapisany modelami matematycznymi czy wzorami chemicznymi. Nie jest też zbiorem reguł fizycznych czy psychologicznych. Świat jest ogromnie skomplikowanym bytem, którego nigdy do końca nie poznamy. Ale nie ograniczajmy się do patrzenia na niego tylko przez jeden pryzmat. Odkryjmy jego różnorodność. Dzięki temu lepiej go zrozumiemy, lepiej poczujemy i nasze działania będą po prostu mądrzejsze.

– To brzmi filozoficznie. W jednym z ostatnich wywiadów radiowych przedstawiono pana także jako filozofa.
– To niepotrzebne kategoryzowanie. Filozofia to rozważanie o podstawowych zagadnieniach, to poszukiwanie i umiłowanie mądrości. W każdym z nas to jest, choć czasami nie zdajemy sobie z tego sprawy. A zatem w każdym z nas jest coś z filozofa. W jednym mniej, w drugim więcej. Zdarzenia życiowe powodują, że w moim działaniu jest coraz więcej głębokiej świadomości celu. Ludzie, którzy dobrze mnie znają, wiedzą jednak, że jestem zdecydowanie człowiekiem czynu, a nie człowiekiem nadużywającym tego, co nazwałem rozważaniem. Zatem staram się rozważać tyle, by działać racjonalnie, mądrze, świadomie i odpowiedzialnie…

– Przejdźmy do spraw giełdowych. Ostatnie tygodnie to okres zmian. Jak pan się w tym odnajduje?
– Tak jak wspomniałem, zmiana jest rzeczą jak najbardziej naturalną. Trzeba to zrozumieć. Nie ma nic na zawsze. W życiu pełnimy różne role, ale one są czasowe, tak jak i całe nasze życie. Otoczenie, zarówno gospodarcze, jak i społeczne, w którym funkcjonuje GPW, zmienia się dość istotnie. Mnie interesuje, w jaki sposób w ten proces można się aktywnie włączyć – jako obywatel i jako manager. Ja działam na obu tych polach. Jako obywatel sformułowałem i upowszechniam pojęcie Społecznej Odpowiedzialności Obywatelskiej. Jako manager staram się budować wartość GPW, nie tylko jako spółki, ale także jako ważnego elementu gospodarki. Nie tylko rynku kapitałowego, ale właśnie gospodarki. I moim marzeniem jest współuczestniczenie i osiągnięcie ambitnego celu, jakim jest integracja gospodarcza regionu Europy Centralnej i uczynienie go ważną częścią gospodarki europejskiej.

Polska powinna odegrać w tym procesie kluczową rolę, a środowisko polskiego rynku kapitałowego – czy szerzej, finansowego – powinno być jednym z najważniejszych driverów tej integracji. To pozwoli nam, krajom Europy Centralnej, zaistnieć na globalnej mapie gospodarczej. Nie chodzi o ambicje ponad miarę – chodzi o ambicje na miarę naszych możliwości. A możliwości mamy. Tylko nie kłóćmy się – pokażmy, że optymizm, szacunek, ciężka praca to nasze cechy. Cechy, które pozwolą na osiągnięcie dużo lepszych rezultatów niż swary. To także misja dla was, ludzi mediów. Pracujmy nad tym wspólnie. Niech pierwsze strony gazet czy portali internetowych nie karmią nas sensacjami i skandalami – pokazujmy dobre przykłady, twórzmy dobrą atmosferę. W świecie mediów elektronicznych, gdzie informacje rozprzestrzeniają się w mikrosekundach, trzeba postępować ze szczególną odpowiedzialnością. Media przecież pełnią ogromnie istotną funkcję wychowawczą.

– A wracając do finansów i gospodarki…
– Nasze działania muszą mieć głęboki sens. Dlatego ja nie mówię o centrum finansowym, ale sięgam dalej. Mamy budować nowocześnie zintegrowane, ale też otwarte i szczęśliwe społeczeństwo. Do tego potrzebna nam silna, innowacyjna gospodarka. Branża usług finansowych jest jednym z najważniejszych elementów tej gospodarki, mającym jednocześnie kluczowe znaczenie wpływające na jej kondycję. Nie jest samotną wyspą, która stanie się centrum finansowym regionu bez całej reszty. A zatem celem zasadniczym powinno być szczęśliwe społeczeństwo. Gospodarka – ale nie tylko gospodarka, bo także całe mnóstwo innych aktywności – to sposób na zaspakajanie podstawowych potrzeb ludności (podstawowych w sposób bezpośredni, a tych innych w sposób pośredni). Finanse to z kolei narzędzie niez­będne do sprawnego funkcjonowania wszystkich aktywnoś­ci gospodarczych.

– Dużo w tym wszystkim myślenia makroekonomicznego.
– Tak, bo staram się zaprezentować sposób myślenia jakim się kieruję. Właśnie zrozumienie sposobu myślenia jest kluczowe do zrozumienia działań i ich oceny. Sądzę, że to ważniejsze niż opowiadanie, ile debiutów mieliśmy na GPW w roku 2012, a ile nas czeka w 2013 r. Statystyki i opisy faktów historycznych są szeroko dostępne – ja staram się szanować czytelnika i przedstawiać to, czego nie znajdzie w tabelkach z liczbami. Zwłaszcza, że okres przełomu roku to czas licznych podsumowań i rankingów, przed którymi czasami nie wiadomo gdzie uciec.

– Pana kariera jest od 1994 roku związana z GPW.
– Faktycznie – poświęciłem naszemu rynkowi całe swoje zawodowe życie. To pozwala mi spokojnie myśleć o zarządzaniu Giełdą, nawet w tak niespotykanych okolicznościach, jak ostatnio. Kierując giełdą trzeba wykazywać się dużym opanowaniem i doskonale rozumieć wszelkie zależności, jakie wywołuje nasze działanie lub jego brak. To trochę takie pole minowe – błędny ruch może skutkować katastrofą. I to nie tylko katastrofą dla sapera. O ile pewne obszary funkcjonowania Giełdy mają charakter uniwersalny, to te najważniejsze są bardzo specyficzne i nie mają odpowiednika w Polsce. Sytuacja zewnętrzna też nie jest łatwa. Przekonały się o tym już inne giełdy, nawet te największe. Konkurencja ze strony nowych rozwiązań w zakresie obrotu instrumentami finansowymi połączona ze spowolnieniem gospodarczym lub recesją to nie jest komfortowa sytuacja dla giełd i domów maklerskich.

Procesy, jakie zachodzą na globalnym rynku obrotu instrumentami finansowymi, w ciągu najbliższych lat mogą istotnie zmienić klasyczny obraz giełdy. Wbrew pozorom, świat w tym obszarze zmienia się niezwykle dynamicznie i trzeba umieć się w tym świecie odnaleźć. Trzeba myśleć i działać odważnie,  współpracować z najlepszymi w branży w skali globalnej. Nie można zamykać się na swoim podwórku. Rynek obrotu instrumentami finansowymi jest już rynkiem prawie globalnym. Może powszechnie uważa się, że już teraz jest to rynek globalny, ale tak nie jest – najbliższe lata przyniosą takie rozwiązania, które w Polsce nie są jeszcze nawet przedmiotem dyskusji.

– Tu mnie pan zaskoczył.
– Tak reaguje większość ludzi, z którymi rozmawiam w Pols­ce. Ale to wynika z tego, że jesteśmy wciąż bardzo zamkniętym krajem, nawet w obszarze rynków finansowych. Innowacje nie docierają do nas tak, jak docierać powinny. Na najważniejszych międzynarodowych konferencjach, szkoleniach, spotkaniach branżowych dotyczących kierunków rozwoju rynków obrotu instrumentami finansowymi, nigdy nie widuję ludzi z naszego rynku. To trzeba zmienić. Musimy uczestniczyć w tym procesie zmian. Inaczej zawsze będziemy o krok za, a powinniśmy być przynajmniej w tym samym szeregu, a najlepiej krok przed.

– Czy możemy dzisiaj porozmawiać o tych kierunkach zmian?
– O kierunkach tak, a co do szczegółów to wkrótce – mam zasadę, że plany najpierw omawiam z interesariuszami, a potem dopiero publicznie. Co do tych kierunków zmian – przede wszystkim zmiana zasad kształtowania relacji z otoczeniem. Relacje te mają służyć dobrej sprawie. Będą służyć, jeśli będą partnerskie i oparte na pełnym wzajemnym szacunku. Ta dobra atmosfera ma doprowadzić do wspólnego, efektywnego rozwiązywania bieżących problemów i wspólnej pracy nad przyszłymi rozwiązaniami. Nie możemy marnować naszego cennego czasu (cennego także dosłownie) na spory i bezproduktywne kłótnie. Albo pracujemy i tworzymy, albo marnujemy czas. Lepiej, by strony dyskusji czy sporu szybko znalazły kompromisowe rozwiązania, niż wikłały się w długotrwałe konflikty, za które w efekcie płacą inwestorzy, emitenci i akcjonariusze.

Co poza zmianą w obszarze relacji? Na pewno sytuacja gospodarcza zawsze będzie miała pierwszorzędne znaczenie dla rozwoju rynków finansowych, ale nie mam wątpliwości, że driverem zmian jest i będzie technologia. Nie tylko dla rynków finansowych. Rozwój technologii jest motorem przemian w całej gospodarce i w sferze społecznej. Tak często eksponowane rozwiązania regulacyjne są wtórne. One po prostu muszą nadążać za zmianami, jakie wywołuje w naszym życiu technologia. To ona zmienia gospodarkę, zmienia nasze życie, nasze potrzeby i nasze możliwości. Myślę, że już niebawem zmieni również zasady funkcjonowania samej demokracji. Rozwój napędzany postępem technologicznym zmieni nasz świat bardziej niż to się powszechnie wydaje.

– Czemu to ostatecznie ma służyć?
– Tak jak powiedziałem zaraz po decyzji akcjonariuszy dotyczącej mojej osoby – giełda jest dla inwestorów, dla emitentów, dla gospodarki. Żeby tak było, rynek kapitałowy musi zaoferować podmiotom rynkowym sprawne i tanie usługi – pełne spektrum instrumentów finansowania gospodarki i alokacji kapitału, właściwą płynność, bezpieczeństwo prawne i operacyjne. To pomoże zbudować większy rynek i stworzy warunki do obniżania kosztów tych usług. To długoterminowe wyzwania. Tak, ale takie długoterminowe myślenie jest cechą zodiakalnych Wodników i Koni – w horoskopie chińskim. A ja jestem jednym i drugim. Mam wizję i nieskrępowane myślenie. I jestem niezależny. Skupię wokół giełdy najlepszych ludzi i będziemy to realizować.

– Mam nadzieję, że wkrótce wrócimy do tematów dotyczących przyszłości. A tymczasem porozmawiajmy jeszcze o teraźniejszości. Jest pan postrzegany jako człowiek szukający porozumienia – czy nie sądzi pan, że to może być poczytywane jako słabość?
– Co do słabości, dla mnie jej oznaką jest uciekanie się do rozwiązań siłowych, które oznaczają, że nie potrafimy szukać rozwiązań optymalnych, spełniających różne kryteria. Dlatego zdecydowanie wolę porozumienie niż konflikt. Jeśli mamy na coś poświęcać czas, to poświęcajmy na to, co buduje wartość, nie tylko materialną. Różnice zdań są rzeczą naturalną i nieuniknioną. Pytanie tylko, jak z tej różnicy wykreować dobry efekt. Uważam, że poprzez merytoryczną dyskusję i wzajemny szacunek stron. Oczywiście, są sytuacje, kiedy trzeba działać inaczej, kiedy nie ma wyjścia. Tylko tych sytuacji jest mniej. Niestety, często ludzie tworzą konflikty tam, gdzie nie powinno być na nie miejsca.

W swoim życiu wielokrotnie byłem w ogniu konfliktu i dokładnie znam jego smak. Wtedy najczęściej racjonalne myślenie ustępuje złym emocjom i rezultat bywa opłakany dla obu stron konfliktu. Zwycięstwa są tylko pozorne. W długim terminie konflikt niszczy obie strony, a przede wszystkim niweczy rezultat. Zapomina się, co jest sednem sprawy i kieruje się energię nie na znalezienie najlepszego rozwiązania, a na obronę i atak. Dlatego jes­tem zwolennikiem porozumienia. Zresztą w cywilizowanym świecie na tej zasadzie oparty jest cały system społeczny. Przy czym proszę mnie dobrze zrozumieć – porozumienie to nie zawsze kompromis, a już na pewno nie „zgniły kompromis”. Porozumienie to też przyjęcie jednego z antagonistycznych rozwiązań według wzajemnie akceptowalnych reguł. Przykładem tego są np. głosowania w parlamencie. Nie zawsze, a nawet bardzo rzadko dochodzi tam do jednomyślnych decyzji. Ale to wcale nie musi oznaczać konfliktu. Po prostu, decyzje zapadają według określonych zasad. I to jest też porozumienie. Choć najlepsze jest porozumienie oparte na zgodzie stron wynikającej ze zrozumienia argumentów.

– Będzie Pan w naturalny sposób porównywany do swoich poprzedników – prezesów Rozłuckiego i Sobolewskiego.
– I bardzo dobrze – wyzwania są potrzebne i trzeba się z nimi dzielnie mierzyć. Porównania z poprzednikami będą więc prowadzone, choć nie sądzę, by z tych porównań wynikała jakaś istotna wartość dodana. Ale takie jest prawo komentatorów i obserwatorów. Gdybym miał coś doradzać – z tych porównań trzeba czerpać wiedzę, co można zrobić lepiej. Ale te porównania nie mogą paraliżować działań. Prezes Rozłucki to swoista legenda. Współpracowałem z nim bezpośrednio przez 12 lat i to on mnie uczył giełdy. Tak jak na debiucie Alior Banku Wojtek Sobieraj powiedział, że bankowości nie uczył się w SGH, ale od Józefa Wancera, tak ja mogę powiedzieć, że giełdy nie nauczyłem się w SGH, ale właśnie od prezesa Rozłuckiego. I mam nadzieję, że nadal będę mógł czerpać z jego mądrości. Z kolei z prezesem Sobolewskim na Giełdzie współpracowałem przez 6 lat. Mieliśmy odmienne poglądy na wiele spraw i inne podejście do otoczenia, ale to tworzyło też zdrową atmosferę dyskusji wewnątrz firmy. Różnica myślenia jest dobra – prowadzi do lepszych rozwiązań. Ale na zewnątrz firmy nie powinna być prezentowana. Firma ma prezentować jasną i spójną wizję, uzgodnioną czasami w ogniu wewnętrznej dyskusji.

– A co będzie dalej na GPW? Czy przewiduje pan zmianę metod zarządzania?
– Uważam, że – niezależnie od instytucji, oczywiście z pewnymi wyjątkami, automatycznie stosowana zasada kontynuacji metod kierowania nie zawsze jest najwłaściwsza. Nie należy nikogo naśladować, należy czerpać z najlepszych wzorców i budować własny styl, najbardziej odpowiedni do organizacji, jej celów i naszych predyspozycji, budować go wspólnie z najlepszymi współpracownikami. I ja tak będę postępował, niezależnie, co i gdzie będę robił. Zawsze będę starał się właś­ciwie definiować cele, nie tylko stojące przed organizacją, ale także przed jej interesariuszami, i konsekwentnie je realizował stosując podejście „agile”. Do tego potrzebna jest ciężka praca i umiejętność tworzenia prawdziwego zespołu ludzi, który będzie potrafił wyzwolić najlepsze cechy swoich członków. Praca z właściwymi ludźmi i szacunek wobec nich, to jedna z moich dewiz. Sukces organizacji nie bierze się z pracy jednej tylko osoby. Sukces buduje umiejętnie kierowany zespół.

– A jak pan widzi w kierowaniu Giełdą rolę mediów? Prezes Sobolewski był jej twarzą.
– Giełda ma być sprawną, nowoczesną instytucją, pozwalającą na skuteczne realizowanie stawianych jej celów. Do tej sprawnej realizacji celów potrzebne są właściwe relacje z otoczeniem. Przede wszystkim, z partnerami biznesowymi, w szczególności domami maklerskimi i emitentami oraz inwestorami. I to tam powinien koncentrować się wysiłek osób zarządzających Giełdą. Media muszą być traktowane równo i poważnie. Należy wspólnie z mediami budować nowoczesne formy przekazu informacji i edukacji, dostosowane do zmieniających się oczekiwań i możliwości technicznych. Giełda powinna współpracować z mediami tak, by wspólnie dawać odbiorcom to, co ważne. W moim rozumieniu, Giełdzie nie jest potrzebna kolejna twarz w sensie ludzkim. Giełdzie potrzebna jest twarz profesjonalnej, godnej zaufania instytucji. Zarząd powinien więcej koncentrować się na pracy, biznesie, budowaniu i realizowaniu strategii, tworzeniu wartości dla akcjonariuszy i warunków rozwoju biznesu dla otoczenia, w jakim funkcjonuje. A więc mniej PR, zwłaszcza na poziomie zarządu, więcej pracy i biznesu.

Docenianie korzyści z dużej liczby małych spółek, ale znacznie więcej wysiłku na przyciąganiu na rynek kapitałowy spółek dużych, na budowaniu płynności. Zdrowy rynek musi koncentrować się przede wszystkim na biznesie. Bez niego nie będzie możliwa realizacja misji. Nie oznacza to, że misji nie uważam za ważną. Jest ogromnie ważna. Ale trzeba ją realizować inaczej. Nie poprzez koncentrowanie się wyłącznie na niej. Musi być równowaga. Giełda, domy maklerskie, kancelarie prawne – to wszystko są przedsiębiorstwa komercyjne. Muszą przede wszystkim zarabiać, by trwać i się rozwijać. I to jest naturalna droga rozwoju. Jeśli biznes będzie dobrze się rozwijał, to misja będzie realizowana niejako przy okazji. Jeśli podmioty gospodarcze będą myślały przede wszystkim o misji, to przepadną. Bo nie działają w próżni. Działają na rynku bardzo konkurencyjnym i niemal globalnym.

– W jednym z wywiadów powiedział pan, że to jest łączenie ognia z wodą.
– Tak, bo Giełda to spółka z misją, która musi jednocześnie sprostać wyzwaniom wolnego rynku. Mój sposób na to połączenie ognia z wodą to właśnie rozwój biznesu dla całego rynku, który ułatwi realizację misji. Tylko rynek zrównoważony będzie rozwijał się właściwie w długim terminie.

– Rok 2013 nie zapowiada się w gospodarce najlepiej. Jej efektem może być nadal słaba koniunktura na rynku giełdowym.
– Polska gospodarka rozwija się wolno, ale ciągle się rozwija. Koniunktura giełdowa mierzona wzrostem indeksów w 2012 r. nie była jednak zła – wprost przeciwnie. WIG20TR wzrósł o 28,7 proc. To doprawdy rewelacyjna stopa zwrotu. W powszechnej świadomości jest jednak zupełnie coś innego. A liczby nie kłamią. Proste inwestowanie w najlepsze spółki dało świetnie zarobić. Nie śmiem przewidywać, co będzie dalej, ale wiadomo, że inwestorzy giełdowi świetnie przewidują przyszłość i to z dużym wyprzedzeniem.

– Panie prezesie, zaczynaliśmy od wspomnień sprzed roku i o pana czterech pasjach. Rozmowa jednak skoncentrowała się głównie na obszarze zawodowym. Ostatnie zatem pytanie – co teraz z pana pozostałymi pasjami? Podróżami, sztuką, poezją?
– W życiu są takie chwile, że trzeba dokonywać wyborów. Giełda zawsze była priorytetem, teraz jest tym bardziej.

Co lubi Adam Maciejewski?

Zegarki – nadal nie nosi, woli oryginalne, mocne bransolety
Pióra – przestał używać na korzyść długopisów – nie przywiązuje wagi do marki, a jedynie do solidności i funkcjonalności
Ubrania – jest wierny Vistuli w wersji Lantier, ale jeśli tylko może, zrzuca garnitur
Wypoczynek – najchętniej dzikie i odludne miejsca (dżungla, pustynia, sawanna, góry…), z plecakiem i namiotem lub w samochodzie terenowym
Kuchnia – zdecydowanie włoska i polska
Restauracje  – zmieniają się, ale z warszawskich lokali ciągle „Pod Gigantami” i „Restauracja Polska Różana”, a od niedawna „Concept 13” na ostatnim piętrze domu towarowego Vitkac
Samochód  – w Europie Audi A6. Jeśli ma okazję, to w USA Ford Mustang i Dodge Challenger

Antonio Carvelli

Rozmowa z Antonio Carvelli, Country Managerem, Członkiem Zarządu Gi Group

– Kieruje pan polskim oddziałem jednej z najbardziej dynamicznie rozwijających się firm rekrutacyjnych.
– Rzeczywiście, Gi Group powstała w 1998 roku i we Włoszech już od kilku lat zajmuje pozycję niekwestionowanego lidera. Warto wspomnieć, że jesteśmy aktywni na trzech kontynentach – w Europie, Azji i Ameryce Północnej. Dzięki rocznym obrotom na poziomie 1,2 mld euro należymy do pierwszej światowej dwudziestki. Firmę założył i kieruje nią do dziś Stefano Colli-Lanzi. Zaczął od zakupu niewielkiej agencji pracy działającej na rynku motoryzacyjnym. Tak szybki rozwój to bezprecedensowy przykład intuicji biznesowej, która zaowocowała międzynarodowym sukcesem.

– Jak wyglądały początki Gi Group w Polsce?
– Firma Gi Group w Polsce rozpoczęła działalność od zakupu śląskiej firmy Worker. Przez pewien czas koncentrowała się na sektorze motoryzacyjnym. Kiedy na początku grudnia roku 2010, powierzono mi zarządzanie Gi Group w Polsce, postanowiłem, że w szybkim tempie poszerzę działalność i rozszerzę sektory działalności firmy. W tym celu wykorzystałem bogate doświadczenie w dziedzinie budownictwa i infrastruktury – od wielu lat specjalizuję się w wyszukiwaniu najlepszych specjalis­tów budowy mostów, linii kolejowych czy też energetycznych. Dało to doskonałe efekty. To właśnie Gi Group odpowiadał za dobór kadr do budowy drugiej linii warszawskiego metra, ważnych inwestycji kolejowych, lotniczych czy też developerskich. Drugi cel, jaki sobie postawiłem, polegał na szybkiej restrukturyzacji i wprowadzeniu nowych procedur. Rozwój biznesu spowodował, że musieliśmy przenieść centrum zarządzania z Katowic do Warszawy. Obecnie mamy w Polsce  14 filii. Naszą codzienną pracę najlepiej obrazują liczby – pośredniczymy w zatrudnieniu średnio 3 tys. osób dziennie. W ubiegłym roku osiągnęliśmy obroty na poziomie 73 mln zł.

– Jak pozycjonuje się Gi Group na krajowym rynku?
– Zgodnie z danymi Krajowego Rejestru Agencji Zatrudniania, w Polsce działa ponad 4 tys. agencji pracy. Tak więc jest to prawdziwie konkurencyjny rynek. Jesteśmy zrzeszeni i aktywnie współpracujemy w Polskim Forum HR, które skupia liderów tej branży. Analizując obroty poszczególnych agencji pracy w Polsce, zajmujemy 9. pozycję. Nasz plan to wejście do pierwszej piątki. Należy pamiętać, że nasi najpoważniejsi konkurenci działają tu od wielu lat. Pierwszy z nich uruchomił biuro w Warszawie w 1994 roku. Tak więc musimy starać się jeszcze bardziej niż inni i docierać do najlepszych kandydatów. To naprawdę ważne, ponieważ firmy rekrutacyjne startujące w dużych przetargach muszą przedstawić CV najlepszych kandydatów, aby zostać wziętymi pod uwagę.

– A jak buduje się zespół firmy rekrutacyjnej?
– Jak już wspomniałem, pracę w Gi Group rozpocząłem od restrukturyzacji. Jestem przekonany, że dobry zespół to gwarancja sukcesu. Obecnie zatrudniamy 71 pracowników wew­nętrznych i jest to bardzo solidna struktura – począwszy od dyrektora handlowego, na stażyście kończąc.

– Na czym polega specyfika pracy w pańskiej branży?
– Często powtarzam, że kluczowe jest dokładne zrozumienie potrzeb naszych klientów i aby tak było, należy kierować się zasadą: mamy dwoje uszu i jedne usta, byśmy przynajmniej dwa razy więcej czasu poświęcali na słuchanie niż mówienie. Inaczej nie jest możliwe zbudowanie oferty szytej na miarę. Jestem zwolennikiem drążenia, analizowania danego tematu biznesowego na tyle długo, by nie pozostawić żadnych wątpliwości co do zasadności i słuszności mojego rozwiązania. Powiem żartem – mnie jest łatwiej, ponieważ jestem Włochem.

– Mówi pan w tak barwny i bogaty sposób po polsku, że niejeden Polak mógłby panu pozazdrościć.
– Dziękuję za te słowa, ponieważ precyzyjna komunikacja to dla mnie bardzo ważna sprawa. Nigdy nie zapomnę tego, jak przed ośmioma lat trafiłem do Polski i siedząc w tramwaju słuchałem pasażerów. Byłem załamany, wydawało mi się, że wasz język jest tak trudny, że nigdy się go nie nauczę. Pomimo to zdecydowałem się tu zostać.

– Z jakich powodów?
– Osobistych. Powtórzę to, co mówi większość cudzoziemców mieszkających w waszym kraju – możecie być dumni z pięknych i mądrych kobiet. Studiowałem inżynierię lotniczą w Pizie, ale nie widziałem dla siebie ciekawych perspektyw we Włoszech. Toteż pomysł, by podjąć pracę w Warszawie wydawał mi się atrakcyjny. Początki nie były łatwe. Moja koleżanka znalazła w Internecie ofertę małej agencji pracy, która szukała lektora języka włos­kiego. Podczas pierwszej rozmowy zapytałem – a jak mam porozumiewać się z uczniem, skoro nie znam polskiego? W odpowiedzi usłyszałem: właśnie o to chodzi. Dodam, że nie chciałem zaakceptować tej propozycji, ale przekonano mnie, że nawet praca na 3 miesiące, którą mi proponowano, pozwoli mi lepiej poznać pols­ką kulturę i obyczaje.

– I tak młody inżynier trafił do branży HR?
– Firma, do której trafiłem przypadkiem, została kupiona przez agencję Quanta S.p.A. z Mediolanu. Małymi krokami zacząłem wspinać się po kolejnych szczeblach kariery. Najpierw zostałem Branch Managerem, potem Area Managerem, a po 1,5 roku mianowano mnie Country Managerem. W 2008 roku otrzymałem propozycję przeniesienia się do Szwajcarii, ale wolałem zostać w Polsce, ponieważ czułem się tu bardzo dobrze. I tak podjąłem pracę w agencji EGC, która specjalizowała się w rekrutacji polskich inżynierów do realizacji dużych projektów zagranicznych – m.in. we Francji, Portugalii i Kazachstanie. Już wtedy byłem głęboko przekonany, że ci znakomici specjaliści będą bardziej potrzebni w Polsce.

– W Polsce ruszały wówczas duże inwestycje infrastrukturalne.
– Tak, i uznałem, że to znakomity czas, by uruchomić własną agencję consultingową, którą nazwałem Giano. To włoska forma imienia rzymskiego boga Janusa, który był patronem nowych przedsięwzięć i umów. Jego wizerunek umieszczano w bramach lub na mostach, ponieważ jego opieka miała zapewniać powodzenie. I to mi przyniosło szczęście. Zdobyłem wielu prestiżowych klientów, pomagałem otwierać liczne spółki z o.o., nierzadko wchodząc do ich zarządów. Pewnie dalej koncentrowałbym się na tym zajęciu, gdyby nie propozycja, którą złożyła mi Gi Group. Nie było to dla mnie zaskoczenie, ponieważ przez dłuższy czas realizowałem zlecenia dla tej firmy.

– Jakie elementy zarządzania są dla pana najważniejsze?
– Klimat zaangażowania plus dialog wewnętrzny w firmie. Pracownicy muszą mieć wspólny cel, rozumieć, w jakim kierunku zmierza firma, na jakim są etapie – biorąc pod uwagę perspektywiczne cele. Każdy z zatrudnionych powinien zdawać sobie sprawę, jak ważne jest jego osobiste zaangażowanie, jak wiele od niego zależy. Praca nie może stanowić przymusu – spędzamy w niej jedną trzecią doby. To musi być czas, w którym dobrze się czujemy i rozwijamy nasze umiejętności.

– W jakiej sytuacji skłonny jest pan zwolnić współpracownika?
– To dla mnie środek ostateczny, po który można sięgać tylko w wyjątkowych przypadkach. Za najpoważniejsze przewinienie uważam brak szacunku do kolegów w pracy i do klientów. Zdarzyło się, że zwolniłem bardzo efektywnego managera średniego szczebla, który w skandaliczny sposób traktował swoich podwładnych. Trudno mi też zaakceptować kompletny brak efektywności.

– Co powinno cechować managera?
– Elastyczność, zdolność adaptacji do różnych warunków. Jestem tego doskonałym przykładem. Przyjechałem do Polski w 2004 roku nie znając języka. Znalazłem pracę mającą niewiele wspólnego z moim wykształceniem. Nauczyłem się języka polskiego. Ożeniłem się z Polką. W odróżnieniu od wielu obcokrajowców, którzy przyjeżdżają tu na kilka lat i zamykają się w wąskim kręgu swoich rodaków – z wielkim szacunkiem traktuję tradycję i język kraju, który pozwala mi godnie żyć i pracować.

Co lubi Antonio Carvelli?

Zegarki – szczególnie ceni firmę Tissot. Ma kilka takich zegarków
Ubrania – Armani, Versace, ale też Hugo Boss. Podkreśla, że prawdziwy włoski styl to nie tylko elegancja, lecz również komfort
Wypoczynek – góry w rodzinnej Kalabrii, Wyspy Kanaryjskie. Ma w planie urlop na Malediwach
Kuchnia – oczywiście włoska. Sam gotuje, najchętniej przyrządza „primi piatti”, czyli pierwsze dania. Jego specjalność to różnego rodzaju potrawy na bazie makaronów. Należy do skupiającej miłośników kuchni „Akademii włoskiej kuchni”
Restauracje – warszawskie: „Delizia” i „Le Regina”
Samochód – szczególnie lubi auta typu miejski SUV, którym można pojechać do lasu lub na ryby. Obecnie – Nissan Qashqai
Hobby – wędkowanie. Specjalizuje się w łowieniu pstrągów, najchętniej w Kalabrii, Toskanii lub w Umbrii. Nie tylko doskonali umiejętności, ale też przywiązuje dużą wagę, do jakości sprzętu

Robert Zagrożdżon

Rozmowa z Robertem Zagrożdżonem, prezesem Energy Supplier no. 1 A.S.

– Jest pan nie tylko utalentowanym managerem, ale i człowiekiem o licznych zainteresowaniach, nieco nietypowych jak dla biznesmena – filozofia, coaching personalny, psychologia. Jak te i inne zainteresowania wpływają na pana biznes?
– Zainteresowania są związane z moją największą pasją, czyli badaniem i rozwojem potencjału człowieka. Jeśli cokolwiek robię, musi to mieć głębszy sens i ma przynosić o wiele więcej, niż tylko wynik ekonomiczny. Ten jest tylko jednym z aspektów działania. To sprawia, że orientuję się bardziej na faktory, które biznes budują, niż na te, które pomagają nim zarządzać. Moje podejście jest raczej podejściem anioła biznesu, mentora, coacha niż managera. W efekcie końcowym to właśnie pomaga odnieść najlepsze wyniki również z punktu widzenia managementu. Moje działania, decyzje i komentarze często skierowane są na poszukiwanie nowych możliwości, innych niż te, które tradycyjnie są do wyboru. Korporacje często uważają, że człowiek jest słaby, że tak zwany human faktor to czynnik działający na szkodę danej organizacji, wymagający od niej restrykcyjnych zachowań. Ja tymczasem wierzę, że to właśnie czynnik ludzki jest najsilniejszym motorem biznesu, że daje największe możliwości, że jest jego siłą…

– Kim są lub kim byli pana mistrzowie, mentalni guru? Który z nich zainspirował pana najmocniej?
– Człowiek potrzebuje prowadzenia przez mistrza czy guru do czasu, kiedy odkryje go w sobie. Moja podróż była długa, uczyłem się naprawdę od każdego, by wybrać, jakie podejście do życia stosować, a jakiego unikać. Człowiek przechodzi w życiu różne etapy, a na każdym z nich ktoś inny staje się dla niego mistrzem. Moimi mistrzami była moja ukochana i jej miłość, dzieci i ich spontaniczność, rodzina ze swoim ciepłem, i przyjaciele i ich radość. Czerpałem inspiracje od ludzi, którzy byli, jeśli nie najlepsi, to na pewno wyjątkowi w świecie osiągania maksymalnych efektów, komunikowania się ze sobą i innymi, poszukiwania dróg, które są rzadziej wybierane. Ważne było to, że często czerpałem z bezpośredniej ich bliskości, zyskując kompetencje, nie tylko wiedzę. Bez tego byłoby trudno ich naprawdę zrozumieć. Najlepszym tego przykładem jest tzw. kontrowersyjny OSHO albo, z drugiej strony, uznawany na całym świecie Anthony Robbins. Pieniądze i czas włożony w tę naukę w to była najlepsza inwestycja w moim życiu.

– Jest pan zwolennikiem programowania neurolingwistycznego i Deepaka Chopry. Jak to wpłynęło na pana życie i karierę zawodową?
– Istnieje tyle dróg, ilu ludzi jest na świecie i to jest wspaniałe. Poznawanie dróg tak wybitnych liderów, jak Richard Bandler, Anthony Robbins czy Deepak Chopra, jest fantastyczną przygodą, którą wszystkim polecam. Jest to najwspanialsza wyprawa, jaką człowiek może odbyć – podróż do wnętrza istoty ludzkiej. Zetknąłem się z NLP, hipnozą, filozofią, psychoanalizą, psychosyntezą i „trzecią psychologią”. Uważam, że są dobre wtedy, gdy stosuje się odpowiednie podejście do wyzwań, z którymi przychodzi nam się zmagać. Sztuką jest wiedzieć, co nim jest. Nic nie jest uniwersalne i nic nie jest na zawsze, jeśli człowiek chce rozbudować swój potencjał. Każdy z nas, dzięki „dobrodziejstwom” tego świata, odszedł od swojej esencji tak daleko, że powrót do autentyczności wymaga często użycia wszystkich możliwych narzędzi, jakie mamy do dyspozycji.

– Uważa pan, że przeznaczenie zależy od decyzji podejmowanych w życiu, a decyzje zapadają na podstawie sposobu oceniania danej sytuacji. Może pan wyjaśnić, czy oznacza to, że nasze życie zależy od zadawania sobie odpowiednich pytań?
– Mechanizm myśli polega na tym, że człowiek zadaje sobie pytania i na nie odpowiada. Odpowiedź pada bez względu na to, czy jest prawdziwa, czy nie, i w ten sposób kształtuje się subiektywny sposób widzenia świata. To się powtarza kilkadziesiąt tysięcy razy w ciągu dnia. Na końcu nasza mapa nie musi się zgadzać z realnym stanem rzeczy. W przypadku jakiegokolwiek wyzwania, oceniamy sytuację według naszego sposobu widzenia świata i na podstawie tego reagujemy. Przy takiej ogromnej ilości podświadomych procesów, które już się w nas dokonały, nie jesteśmy w stanie reagować obiektywnie tu i teraz. To nasuwa odpowiedź, że naszą przyszłość determinujemy przeszłością, tym jak umiemy stawić czoła faktom i prawdzie. To, jak autentyczni jesteśmy, decyduje o wypełnieniu naszych pragnień i, na przykład, o oczekiwanym sukcesie. Wszystko zaczyna się od prostych reakcji na proste impulsy. Zmień swoje pierwsze reakcje, a zobaczysz co się stanie z twoim życiem…

– Jaka jest pana filozofia i wartości, którymi się pan kieruje?
– Staram się utrzymać harmonię między wyzwaniami świata zewnętrznego i wewnętrznego. Jedno dopomaga w rozwoju i budowaniu drugiego. Pomaga zachować autentyzm, co, jak już sugerowałem, nieuchronnie prowadzi do samorealizacji, która jest szczytem piramidy potrzeb Maslova. Stawianie sobie konkretnej drabiny wartości ewokuje już dziś zachowania, które będą się dziać w przyszłości. To jest dobry drogowskaz i mapa dla tych, którzy nie znają siebie, ani celu życia, może jednak doprowadzić do celu, który na koniec okaże się niechciany. Wartości świadczą o  jakości człowieka i są czymś, do czego trzeba dążyć, a nie czymś, co można deklarować. Naprawdę odpowiedzialny człowiek musi być tego świadomy. Odpowiedzialny, w dosłownym tłumaczeniu z angielskiego, znaczy mający zdolność odpowiadania. Nie rodzimy się z tą zdolnością, ale możemy ją w sobie rozwijać. Nasze wartości rozwijają się wtedy, gdy są żywe, czyli wtedy, gdy się nimi dzielimy. Ja dzielę się swoją jakością życia na przykład poprzez obcowanie z ludźmi, mentoring i coaching w ramach fundacji czy ośrodków alternatywnej terapii i rozwoju człowieka, które założyłem i aktywnie wspomagam.

– Co sprawia, że osiągamy założone cele w życiu osobistym i zawodowym?
– Autentyczność w postępowaniu. Wierność sobie. Te pros­te, krótkie odpowiedzi są jednak bardziej odpowiedzią na pytanie, jak odnaleźć i zaspokoić swoje pragnienia? Dla mnie są to nadrzędne cele. Jak je osiągnąć? To bardzo pros­te, być bezwzględnym dla siebie, nauczyć się pracować ze swoimi myślami i emocjami tak, żeby zawsze służyły woli człowieka. Trzeba jednak być świadomym tego, że żeby nie złamać sobie życia, ale osiągnąć maksimum, powinny być one jak najbardziej w zgodzie z naszymi pragnieniami. A to jest sztuka. Jeśli jesteśmy na tyle świadomi, uda nam się osiągać cele często i z dużą łatwością. A to jest to, czego od nas oczekuje otoczenie. Generalnie korporacje są najczęś­ciej nastawione na kulturę ego, gdzie dominuje nieustanne poczucie zagrożenia. Na szczęście, zdarzają się również i takie, które dążą do poznania środowiska i jego urealnienia. To jest mistrzostwo.

– Prowadzi pan również szkolenia biznesowe i uważa, że świat biznesu to brutalna gra. Jak w niej przetrwać i co najważniejsze wygrać?
– Mówi się, że jeśli człowiek nie wygrał, to tylko dlatego, że gra się jeszcze nie skończyła. Człowiek, według mnie, jest skazany na sukces, to tylko kwestia czasu. Zakładam, że naszym celem są pragnienia, które chcemy osiągnąć poprzez biznes. Osiągniemy je wcześniej czy później, trzeba tylko uważać, czego człowiek sobie życzy, bo jak już tysiące lat temu mówili na Bliskim Wschodzie ludzie swoim nieprzyjaciołom: niech ci się spełnią twoje życzenia… Najbardziej błędnym założeniem jest to, że przeciwnik znajduje się po drugiej stronie. Tymczasem największym przeciwnikiem dla człowieka jest on sam. Może oszukać siebie, ale innych nie oszuka. Ludzie nie znając siebie, nie wierzą sobie, a nie wierząc sobie, nie wierzą innym, a co za tym idzie, uważają ich za nieprzyjaciół i z nimi współzawodniczą. Wtedy nawet wygrana w biznesie okazuje się przegraną, bo nie chodzi o to, żeby wygrać w jednej dziedzinie życia: prawdziwy sukces, to sukces we wszystkich dziedzinach.

– Jest pan na dobrej drodze, by ten sukces osiągnąć. Rozwój duchowy, medytacje – działa pan w różnych obszarach, ma pan kilka dobrze prosperujących firm. Proszę opowiedzieć naszym czytelnikom o pana działalności. Która z nich przynosi największe korzyści, a która najwięcej przyjemności? Który biznes jest dla pana najważniejszy?
– Moją pasją po studiach stała się sprzedaż. Jest to doskonałe zwierciadło dla kogoś, kto chce poznać siebie i innych ludzi. Odkrywanie własnych motywacji i motywacji innych jest pasjonujące dla młodego człowieka. Działa wtedy czynnik szybkiego feed backu, który umożliwia, przy pewnej dozie szczerości, szybkie poruszanie się drogą samopoznania i odszukiwania własnych wartości. Znając swoje mocne i słabe strony, jest już łatwo kroczyć po wybranej ścieżce. Jak na pewno często słyszymy: ważniejsze jest jak, a nie co… W tym kontekście przez 18 lat zajmuję się tym, co naprawdę mnie interesuje – sobą i ludźmi…

Dla przykładu, Energy Supplier No 1, uznana za najszybciej rosnącą prywatną firmę energetyczną w Europie Środkowej, zasługiwałaby na to określenie także na rynku północnoamerykańskim, gdzie w porównaniu z innymi podobnymi firmami rośnie dwukrotnie szybciej. Czy to przypadek, że po trzech latach obsługuje 400 000 firm i gospodarstw domowych – razem ponad milion klientów? Nie. Konkuruje z amerykańskimi standardami, ponieważ management integruje w sobie amerykańskie podejście do biznesu z jednej strony, i tolerancję właściwą dla człowieka Wschodu z drugiej. Może cierpi na tym integralność strategii biznesowej, ale najważniejsza jest elastyczność, zdolność do wychodzenia naprzeciw klientowi i sytuacji.

– Zbudował pan od zera obecnie najszybciej rozwijającą się w Europie Środkowej firmę, zajmującą się dostawą energii elektrycznej. Jakie były początki tego biznesu? Dlaczego zajął się pan właśnie tym sektorem gospodarki? Czy umiejętności coachingowe pomagają panu w prowadzeniu biznesu? W jaki sposób?
– Moją główną motywacją było wykorzystanie na jak najszerszym polu własnych możliwości w zakresie managementu i leadershipu. Z jednej strony, energetyka była sektorem gospodarki otwierającym się po demonopolizacji. Ponieważ byłem aktywnym świadkiem demonopolizacji innych dziedzin gospodarki, jak bankowość czy telekomunikacja, rozumiałem, jakie szanse to stwarza. Z drugiej strony, jako coach, często bezinteresownie prowadziłem grupy bardzo się od siebie różniących osób od liderów, biznesmenów i sportowców, po gwiazdy tańca i śpiewu. Pomagałem im uporać się z wyzwaniami, jakie stawiało przed nimi życie.

Specjalną grupą są zgubieni w dzisiejszym świecie nastolatkowie. Te wszystkie doświadczenia nauczyły mnie, jak dopasować moją osobistą mapę życia do realnych warunków, z którymi się codziennie spotykam. Dzięki tej mapie mogę osiągnąć wyznaczone sobie cele. Większość ludzi, czując jak bardzo ich mapa różni się od rzeczywistości, woli szukać skrótów, a przez to ich droga staje się o wiele dłuższa i boleśniejsza. Wolą żyć iluzjami niż stawić czoła przeciwnościom. Ludzie przyzwyczaili się dużo mówić i nie przywiązywać uwagi do wypowiadanych słów, nie biorąc za nie odpowiedzialności. A to właśnie ona jest podstawą, jeśli chce się stawiać czoła wyzwaniom dzisiejszego świata.

– Pana firma Energy Supplier No 1, do której w Polsce należy Energetyczne Centrum SA, działa w czterech krajach. Jak zarządzać tak wielokulturowym biznesem?
– Rynki i kultury mają swoje wspólne mianowniki, podobnie jest z ludźmi. Jedne firmy prowadzą swój biznes biorąc pod uwagę przede wszystkim czynniki kulturowe, inne ekonomiczne, ja przede wszystkim wyszukuję ludzi, którzy mają pewne cechy, które gwarantują sukces. Częs­to nieznajomość innych czynników sprawia, że ponoszę porażki, ale w ten sposób, jak każdy, stale się uczę podejmować coraz bardziej kompleksowe decyzje. Wierzę, że z moich doświadczeń, związanych ze znajdowaniem odpowiednich ludzi i innowacyjnym działaniem, w krótkim czasie będzie mogło skorzystać wiele innych firm, które nie wiedzą, jak podejść do tematu ekspansji na inne rynki Unii Europejskiej. Już raz podobną organizację prowadziłem sam w 10. krajach Europy. Potrafiła ona zmienić żywotny cykl produktów telekomunikacyjnych, bankowych czy ubezpieczeniowych tylko dzięki determinacji jednos­tek. Często mówimy o rynku, ale zapominamy, że składa się on z ludzi. Myślimy o lesie, zapominając o drzewach. Wielkie biznesy istnieją nie tylko dzięki temu, że istnieją rynki, ale co nie mniej ważne, dzięki pojedynczym ludziom wchodzącym w  skład zespołów. Jedno i drugie jest tak samo ważne.

Dziś jestem zorientowany na obsługę klienta, bazując na najnowszych rozwiązaniach technologicznych, co umożliwia większe zadowolenie klienta i mniejsze koszty, a to jest marzenie każdego managera. Na koniec jednak to połączenie technologii, determinacji managementu i potrzeb klienta tworzy odpowiednią mieszankę. Łączenie dziedzin, które na pierwszy rzut oka mają mało wspólnego, łączenie rzeczy ciężkich do połączenia dopiero przynosi prawdziwy sukces w dzisiejszym świecie, czego najlepszym przykładem jest Apple czy Google.

– W ciągu zaledwie dwóch lat grupa Energy Supplier No 1 stała się najważniejszym graczem na rynku sektora energii alternatywnych. Jak udało się panu to osiągnąć? Co jest najtrudniejsze w tym biznesie? Zmiana przyzwyczajeń klientów czy zawiłości prawne w różnych krajach? W Polsce to wciąż jeszcze nieuregulowana do końca kwestia, prawo ciągle się zmienia. Jak sobie radzić w takiej rzeczywistości?
– Dla mnie osią, dookoła której porusza się biznes, jest klient i pracownik. To oni muszą być zadowoleni, ich pragnienia muszą być zaspokojone, a to gwarantuje sukces. Prawdą jest, że w krajach postkomunistycznych przeciętny człowiek jest przyzwyczajony do pewnej dozy nieodpowiedzialności, jeśli chodzi o dostawy energii. Nie do końca orientuje się w przepisach związanych z jej zakupem, a odpowiedzialnością za nietrafną decyzję obarcza usługodawcę. Nasza firma zaczyna od energetyki, ale ma ambicję być centrum obsługi klienta również w innych dziedzinach, takich jak ubezpieczenia, innowacje w gospodarstwie domowym czy mikroźródła energii odnawialnej. Zaczyna to już mieć odzwierciedlenie w naszej ofercie produktowej. Wyzwaniem dla nas jest znalezienie odpowiednich kanałów dystrybucji, a w Polsce również odpowiednich ludzi.

– Jak widzi pan przyszłość tego sektora gospodarki? Jak wygląda konkurencja?
– Ten sektor ma przed sobą olbrzymią przyszłość. Ma jednak również bariery i ograniczenia; najważniejszymi są wiedza, kompetencje i pieniądze. Dzięki konkurencji będzie się szybko rozwijał, a to z kolei przyniesie wiele dobrego końcowemu odbiorcy, czyli przeciętnemu człowiekowi. Mam nadzieję, że ludzie coraz bardziej świadomie będą wspierali demonopolizację tego rynku.

– Jako manager słynie pan ze swojego podejścia do pracowników, proszę je opisać. Na przykład, w pana firmach bardzo docenia się indywidualność, jak to się odzwierciedla w zarządzaniu? Jakich rad udzieliłby pan innym managerom?
– Kultura korporacyjna w prowadzonych przeze mnie organizacjach była bardzo silna, często wręcz trudna do zrozumienia na zewnątrz. Jej podstawą są tylko prawdziwe wartości. Wymaga ona od współpracowników wiele autentyzmu i wysiłku włożonego w zachowanie własnej integralności. To często kłóci się z praktyką managerską, w której formalne aspekty władzy grają decydującą rolę. Dlatego też jedne firmy idą w kierunku maksimum osiągnięć, a inne w kierunku stabilizacji i umiarkowanego rozwoju. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy ludźmi, którzy mają swoje mocne i słabe strony, każde z tych podejść ma swoje miejsce. Wielu managerów zapomina, że ich własne motywacje mogą się różnić od motywacji ich podwładnych. Motywować ludzi bez znajomości tego, co ich faktycznie motywuje, jest podejś­ciem aroganckim i tak też jest odbierane. Dlatego tak często wartościowi podwładni opuszczają swoich szefów, szukając kogoś, kto im umożliwi realizację własnych ambicji.

– Jakie były początki pana kariery zawodowej? Pana pierwszy biznes? W jaki sposób go pan rozkręcił? Jakie studia pan skończył. Proszę przybliżyć swoją drogę kariery. Co było punktem zwrotnym w pana życiu?
– Już na studiach zrozumiałem, że cybernetyka, moja spec­jalizacja, komputery i roboty, cały ten wirtualny świat, nie jest światem, w którym umiałbym zostać w pełni sobą i realizować swoje pragnienia. Po studiach zacząłem od pracy w organizacji sprzedażowej, gdyż ona dawała mi największe możliwości rozwoju. Ponieważ lubiłem swoją pracę, szybko stałem się liderem tej organizacji. To było moje pierwsze zetknięcie z biznesem, które trwa do dzisiaj. Przed czterema laty, w czasie kryzysu, kiedy firmy traciły wypłacalność, odpowiadając na wyzwania rynku, podjąłem decyzję o dywersyfikacji swojego biznesu. Jak zwykle, staram się działać odpowiedzialnie, mając na względzie zarówno zobowiązania wobec moich partnerów, jak i, co nie mniej ważne, wobec mojego teamu.

Punktem zwrotnym w moim życiu był wiek. Każdy dochodzi do momentu, w którym uświadamia sobie, że rzeczy, które robi, stają się bardziej nawykowe, niż prawdziwa potrzeba i chcąc pozostać sobie wiernym, musi udać się w dalszą podróż: co może znaczyć i dokładną przeciwność, jak w moim przypadku, czyli przestać podróżować i poszukiwać. Dopiero mając 37 lat pierwszy raz w życiu zrozumiałem, czego naprawdę chcę i samo to stało się dla mnie olbrzymim źródłem motywacji, siły, spokoju i radości.

– Ostatnie pytanie, z pewnością nie najłatwiejsze, ale zajmuje się pan też coachingiem życiowym i porusza tę kwestię na swojej stronie internetowej, w jaki sposób żyć świadomie? Jakie rady dałby pan ludziom, by wiedli udane życie zawodowe i prywatne?
– To bardzo prosta odpowiedź, ale niesamowicie trudna do zastosowania w codziennym życiu. W każdym czasie jednak decydujemy, czy przybliżamy się do naszego szczęś­cia, czy od niego oddalamy. Wszystko jedno, co robisz, ale rób to z pełną uwagą, to znaczy bądź świadomy tego, co się naprawdę dzieje i do czego to wiedzie. Jeśli jesteś w pracy, to daj z siebie to, co najlepsze, jeśli idziesz do domu, to tylko idź czy siedź w samochodzie i ciesz się każdą chwilą. Jeśli wrócisz do domu, do rodziny to tam jest miejsce już tylko na miłość. Racja jest subiektywna, każdy ma swoją własną i na koniec musisz zdecydować, co dla ciebie jest najważniejsze: mieć zawsze rację, albo mieć miłość. Tych najpiękniejszych rzeczy w życiu nie da się kupić, ale w naszym coraz bardziej zapędzonym, komercyjnym świecie pomału o tym zapominamy. Nasze mapy przestają odpowiadać realnemu światu, a my dziwimy się, czemu jesteśmy sfrustrowani, gniewni albo nieszczęśliwi. To proste, „nie żyjemy”. Ten gniew, frustracja bierze się właśnie z faktu, że tego już nie umiemy.

Co lubi Robert Zagożdżon?

Zegarki – Omega
Pióra – Montblanc
Ubrania – Alexander Mc Queen
Kosmetyki -Chanel Allure Sport
Wypoczynek – Azja
Kuchnia – tajska
Restauracja – Buddha Bar
Samochód – Masserati Quattroporte
Książki – Eckhart Tolle „Potęga Teraźniejszości”
Hobby – yachting, golf, terapia pierwotna, hipnoza

Andrea Ravazzolo

Rozmowa z Andreą Ravazzolo

– Ravazzolo to rodzinna, wielopokoleniowa firma. Mówi się o was, że jesteście matematykami w szyciu na miarę.
– To prawda. Jesteśmy znani z perfekcyjnej jakości produktów, które dostarczamy. Jeżeli klient prosi nas o rękaw w marynarce długości 64,5 cm, to taki mu zrobimy. Szanujemy jego zdanie. Perfekcja polega na braniu miary oraz najwyższej jakości ręcznym szyciu. Nasza firma została założona w 1959 roku, więc niedawno obchodziliśmy półwiecze istnienia. Urządziliśmy z tej okazji niezłe przyjęcie we Włoszech. Teraz na rynek wchodzi nowe pokolenie. Jestem jego przedstawicielem i mam zamiar prowadzić firmę przez minimum następne 50 lat…

– Czy zawsze chciał pan pracować w krawiectwie?
– W rodzinnym biznesie, może tak to ujmijmy. Ja, niestety, nie mogę być krawcem. Nie mam odpowiedniego doświadczenia. Na początku, przez wiele lat pracowałem w sklepie z materiałami, a przecież samego krawiectwa nie można nauczyć się w krótkim czasie. Trzeba je rozwijać, dlatego teraz staram się zawsze towarzyszyć mojemu mistrzowi. Wiem jednak, że nigdy nie zdobędę jego doświadczenia ani pozycji. On pracuje w tym zawodzie już 55 lat, ma 69. Większość firm działających w tej branży to interesy rodzinne. Z jednej strony, z pokolenia na pokolenie przekazywany jest technologiczny know-how, z drugiej zaś, wszelkie sekrety związane z szyciem, specyficzne dla danej rodziny. Łatwiej przekazać te sekrety z ojca na syna, niż komuś obcemu.

– A jaki jest sekret państwa firmy?
– Przede wszystkim, ten zawód trzeba kochać. Zwłaszcza w czasach kryzysu, gdy sytuacja na rynku jest napięta i trudno znaleźć klientów. Potrzebna jest wewnętrzna pasja, namiętność. Jeżeli tego nie ma, rodzi się depresja spowodowana poczuciem bezsilności, koniecznością ciągłego stawiania czoła problemom, zamartwianiem się tym, jak będzie rozrastała się firma w tych ciężkich czasach.

– Mają państwo wielu słynnych klientów?
– Tak, 41. i 42. prezydent USA, czyli rodzina Bushów, ojciec i syn. Król Belgii, Jordanii… W siedzibie naszej firmy we Włoszech mamy ścianę ze zdjęciami naszych sławnych klientów.

– Ile zwykle czasu zajmuje zdjęcie miary?
– 15-20 minut. Najważniejsza jest ocena sylwetki mężczyzny, który stoi przed nami. Szycie na miarę polega nie tylko na odpowiedniej długości czy szerokości. Ważne jest, jak mężczyzna stoi, jak chodzi, czy jest usztywniony, czy ma szerokie ramiona, czy nieco się garbi. Mężczyźni często mają tzw. bark tenisisty, czyli ramiona wysunięte do przodu. To wymaga odpowiedniego kroju. Gdy zdejmuje się miarę po raz pierwszy, trzeba najpierw poznać człowieka, dla którego będzie szyty garnitur. Ważna jest rozmowa, trzeba wiedzieć, na jakie okazje ubranie będzie potrzebne oraz w czym mężczyzna czuje się najlepiej. Razem z klientem wybieramy konstrukcje, materiały, podszewki, klapy i guziki. Zazwyczaj potrzebne są dwie, czasem trzy miary.

Każdy klient ma swoją własną, swego rodzaju kartotekę. Najpierw przymierza garnitur- wzornik przystosowany do jego sylwetki. Następnie wprowadza się kolejne zmiany, zapisuje uwagi. Wprowadzane korekty czasami całkowicie zmieniają pierwowzór. Garnitury wzorniki są uszyte ze specjalnych, nieco twardszych materiałów, dzięki czemu korekty są lepiej widoczne. Tych korekt nie powinno być za dużo, także wzornik powinien być już sam w sobie jak najlepiej dopasowany do sylwetki. Dla grubszego pana inny, dla chudszego inny, również dopasowany do wzrostu i jak najbardziej dopasowany, jeśli chodzi o konstrukcję. Niektórzy panowie lubią twarde ramiona, niskie, z poduszkami… Wszystko zależy od tego, jaki efekt chcemy osiągnąć. Następnie wybieramy materiały, sposób wszycia kieszeni, stębnowania, kolor, itp.

– Jakie są strategiczne miejsca na ciele, które trzeba wziąć pod uwagę podczas zdejmowania miary?
– To ramiona. W obecnej chwili jest tendencja noszenia marynarek z miękkimi ramionami i obniżonym wszyciem rękawa. Mamy ramiona, które tworzą sylwetkę i takie, które naturalnie ją opływają. Odpowiednio dopasowane ramię daje optyczny efekt dopasowania do ciała klienta. Obecnie nosi się węższe i krótsze marynarki, w stylu włoskim. Polacy zresztą lubią taki styl. Znam wasze upodobania ponieważ od 6. lat współpracujemy z pracownią Janusza Bieleni.

– Skąd pochodzą materiały, z których szyjecie?
– Nasza firma pochodzi z regionu Vicenzy, 60 km na zachód od Wenecji. W tym regionie działają trzy największe prywatne firmy krawieckie. Współpracujemy z najlepszymi dostawcami z regionu Biella. To włoski region na północny-wschód od Mediolanu, słynący z licznych producentów wełny najwyższej próby. Pracujemy wyłącznie z nimi i kilkoma firmami z Anglii. Nasze produkty są najwyższej jakości, więc potrzebujemy znakomitych tkanin. W naszych garniturach nic nie jest klejone. Wszystko jest szyte nićmi, między warstwami dajemy płótno, mamy więc trzywarstwowe wykończenia marynarek. Dzięki temu materiał się nie marszczy, nie gnie. Wszystko jest wykonane ręcznie, ręcznie wycinane i wszywane: rękawy, kołnierzyki, kieszenie, guziki, podszewki. Najważniejsze jest wszycie rękawa. Tylko człowiek z wieloletnim doświadczeniem potrafi dobrze wszyć rękaw.

– Ile czasu potrzeba, by powstał garnitur?
– 15 godzin. Klejony powstaje w dwie, dwie i pół godziny.

– Jakie są teraz trendy?
– Paski nie są dzisiaj już modne. Klienci najczęściej wybierają jednolite kolory albo z bardzo drobnym wzorkiem. W marynarce jest też teraz miejsce na komórkę i długopis. Ważne, by nie wypychały one marynarki, i tak, na przykład, kieszonka na długopis czy pióra jest wszyta dokładnie pod klatką piersiową. Spodnie są szyte zawsze z tzw. spódnicą, żeby koszula nie wypychała spodni. Marynarkę czy spodnie można też w razie potrzeby powiększyć, bo zawsze zostawiana jest zapasowa ilość materiału. Nie ma problemu, by powiększyć garnitur, nawet o jeden rozmiar.

– Na czym polega szycie na miarę?
– Przede wszystkim, jest to szycie bardzo osobiste, jeśli można się tak wyrazić. Są trzy podstawowe elementy, które formują garnitur. Po pierwsze, jaką konstrukcję wybieramy, co jest obniżane, wycinane, zmniejszane w stosunku do pierwotnego wzornika. Druga rzecz, to produkcja i prasowanie. Trzecim najważniejszym elementem jest ciało klienta. To, jak się porusza, chodzi. Chodzi więc o to, aby to, co zrobiliśmy, nie bardzo się różniło od tego, jaki jest klient. Kiedy rękaw jest dobrze wszyty, nic się nie ma prawa się marszczyć. Garnitury szyte masowo zwykle się marszczą nawet kiedy mężczyzna stoi bez ruchu.

– Czy klasyka się nie zmienia?
– To twierdzenie to podstawowy błąd, który robią mężczyźni. Bardzo często się zdarza, że przychodzi klient z dziesięcioletnim drogim garniturem dobrej fi rmy i uważa, że skoro był klasyczny to praktycznie można go dalej nosić. To nieprawda. Przeróbka jest bardzo kosztowna, a garnitur i tak nie będzie dobrze leżał. Garnitury, na przykład od Armaniego, są w Polsce wciąż synonimem elegancji, ale w tym świecie rządzą takie firmy, jak Ravazzolo. Styl klasyczny bardzo się zmienia. Zmieniają się proporcje, ramiona są teraz miękkie, tkaniny są coraz lepsze i lżejsze, zmienia się wełna, która jest coraz cieńsza, zmienia się wykończenie wnętrza, praktycznie wszystko. Co dwa, trzy lata zmienia się konstrukcja, inaczej wszywane są klapy. Siedem lat temu w marynarce były trzy guziki, teraz dwa. Bardzo pozytywne jest też to, że zmienia się polski klient, polski biznesmen zaczyna o siebie dbać i zwracać uwagę na szczegóły. I nie chodzi mu o to, by być zauważonym, po prostu chce dobrze wyglądać. Włoski klient firmy Ravazzolo kupuje nie tylko garnitur, ale i dopasowane do niego koszule, krawaty. Włoski klient rozumie też klasykę i rozumie, że ona się zmienia. Często odświeża garderobę. Polscy biznesmeni zresztą lubią włoski styl. I to dobry kierunek.

Co lubi Andrea Ravazzolo?

ZEGAREK – Audemars Piquet
PIÓRO – Mont Blanc
UBRANIA – Ravazzolo
KUCHNIA – włoska
RESTAURACJA – Antica Osteria da Penacio na wzgórzach miasta Vicenza
SAMOCHÓD – Audi
HOBBY – pływanie
WAKACJE – Sardynia

Ludwig Gussenbauer

Rozmowa z Ludwigiem Gussenbauerem, właścicielem firmy L. Gussenbauer & Sohn

– Wasze logo jednoznacznie sugeruje, czym się firma zajmuje.
– Ma pan na myśli kominy… Tak, są wpisane nie tylko w logo, ale w historię naszej firmy.

– W przyszłym roku będziecie obchodzić 140. rocznicę powstania firmy. Przez wiele dziesięcioleci uchodziliście za wybitnych specjalistów od kominów, które dzisiaj bardziej kojarzą się z masztami telekomunikacyjnymi.
– Kiedy mój pradziad zakładał firmę w 1873 roku, posiadanie komina w jakiejś miejscowości, czasami malutkiej, wiązało się z awansem cywilizacyjnym, bo oznaczało, że coś się dzieje w tym miejscu, że jest postęp, czyli jest też praca. Był to autentyczny powód do dumy. Wiele miast nawet w tło swoich herbów pod koniec XIX wieku wpisywało kominy. Prawdą jest, że przez wiele lat byliśmy wiodącą firmą środkowoeuropejską w budowie kominów dla różnego rodzaju fabryk. Wtedy to naszą marką były sygnowane kominy w całym Cesarstwie Austro-Węgierskim, w tym oczywiście także w Galicji, czyli w Krakowie, Lwowie czy Tarnowie. Ale nie tylko budowaliśmy kominy. Możemy się też pochwalić pochodzącymi z końca XIX w. instalacjami kotłowymi w wiedeńskim pałacu cesarskim Hof­burg. Oczywiście, w wyniku zmian technologicznych można powiedzieć, że odeszły, niestety, do lamusa historii.

– Czy to prawda, że na początku ubiegłego stulecia kominy sprzedawało się na metry…
– Tak było w istocie, bo inaczej nie można by dokonać kalkulacji. Cesarstwo było ogromne, dzisiaj byśmy powiedzieli, że był to duży, dynamicznie rozwijający się rynek. Bo taki był w istocie. Po pierwszej wojnie światowej, w wyniku nowego podziału Europy, dla naszej firmy zmniejszył się jednak o 90 procent. To spowodowało, że moi przodkowie musieli przeprowadzić poważną reorganizację, poszukiwać nowych, alternatywnych rozwiązań. Stanęli przed zadaniem, które dzisiaj stało się już codziennością. Z dostawców na rynek wewnętrzny stali się eksporterami. Przestawili się szybko i w 1937 roku zbudowali najwyższy wówczas komin, o wysokości 156 metrów, dla firmy Lenzing AG. Po wojnie aktywnie uczestniczyliśmy w odbudowie kraju.

– Odwiedzającym stolicę Austrii w oczy rzuca się kolorowa elektrownia, usytuowana w środku miasta, z elementami dekoracyjnymi genialnego artysty Friedensreicha Hundertwassera i waszymi instalacjami.
– Fernwärme Wien, bo tak nazywa się ta elektrownia, stała się dzięki Hundertwasserowi spektakularnym dziełem sztuki, harmonijną symbiozą ekologii, techniki i sztuki. Jesteśmy dumni, że braliśmy udział w tym projekcie. W 1968 roku, już wtedy jako uznani specjaliści w zakresie uzdatniania termicznego odpadów komunalnych, wybudowaliśmy tam spalarnię śmieci.

– Czy uważa pan, że długoletni rodowód uwiarygodnia firmę?
– Dzisiaj nie wystarczy być firmą z tradycjami, wiarygodną, dzisiaj trzeba tak dobierać sobie partnerów, aby móc konkurować z największymi. Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje dokoła, w świecie. Małe firmy w tej branży mają znikome szanse na duże kontrakty, nam się to udaje, bo bardzo rozsądnie wybieramy partnerów. A z drugiej strony, taka firma, jak nasza, jest często niedoceniana przez koncerny, wręcz lekceważona. To jednak daje nam przestrzeń, w której możemy się swobodniej poruszać, bo nie stanowimy zagrożenia dla gigantów. Chociaż współpracujemy z ponad 4 tys. ludzi, w tym ze 100 wysoko wykwalifikowanymi specjalistami. Mamy 10 oddziałów na świecie, w tym także w Katowicach.

– Przejmując zarządzanie firmą w 1994 roku, miał pan zapewne poczucie odpowiedzialności, która na panu ciążyła, nie tylko wobec rodziny, ale i tradycji.
– Ta odpowiedzialność jest przede wszystkim natury moralno-etycznej. Nie tylko dotyczy to dalszego rozwoju firmy, mądrego zarządzania i nie zniszczenia tego, co się do tej pory udało osiągnąć, całego dorobku. Miałem też odpowiedzialność za ludzi, za ich miejsca pracy. Bo jeżeli mamy progresję i dobre zarządzanie, to w konsekwencji mamy wzrost zatrudnienia i obrotów, a dalej zysków. Rozsądna, przyjazna pracownikom polityka kadrowa jest częścią naszej filozofii. To, jak nasi pracownicy są emocjonalnie związani z firmą, najlepiej ilus­truje fakt, iż do dzisiaj mogę korzystać z konsultacji naszych byłych, emerytowanych pracowników. Inną wartością, którą wprowadzaliśmy do systemu zarządzania firmą, był zwyczaj, że specjaliści rozpoczynali swoje życie zawodowe u nas i u nas je kończyli przechodząc na emeryturę.

– Wspiera pan tzw. model japoński…
– Jestem zwolennikiem modelu trwałego i przewidywalnego. Jeżeli nasz klient po 10 latach znów do nas wraca, to spotyka, jako partnera biznesowego, tego samego człowieka, specjalistę, który z nim poprzednio współpracował. To wzbudza zaufanie i uwiarygodnia firmę.

– Można powiedzieć, że jest pan zwolennikiem konserwatywnego modelu zarządzania..
– Może nie konserwatywnego, ale w starym stylu, tradycyjnym, który może wygląda trochę jak old fashion, ale w moim przypadku się sprawdza. A co przez to rozumiem? Otóż stały, bezpośredni kontakt z pracownikami i szybkie rozwiązywanie problemów tam, gdzie się pojawiają. Jeżeli chodzi o sposób inwestowania, hołduję zasadzie „Nur Bares ist Wahres” – tylko gotówka jest prawdziwa. Nie zakładam wzrostu i rozwoju przedsiębiorstwa poprzez finansowanie z zewnątrz, tzw. obce finansowanie. Najważniejszy jest konsekwentny marsz do przodu, nawet małymi krokami, ale do przodu. Regularny wzrost, bez skoków raz w górę, raz w dół. Jestem za zarządzaniem własnym kapitałem, co daje luksus podejmowania suwerennych decyzji w ramach struktury właścicielskiej, czyli rodziny, a nie z grupą współudziałowców, np. giełdowych.

– To bardzo wygodne, ale czy sprzyja rozwojowi?
– Uważam, że przy rozsądnym zarządzaniu – tak. Nie musimy wypłacać dywidendy, bo sami o tym decydujemy. Zyski możemy pozostawić w przedsiębiorstwie i czekać aż nadejdzie dobry czas dla inwestycji. Nadrzędną sprawą jest dla mnie wolność w prowadzeniu firmy i brak jakichkolwiek nacisków z tej czy innej strony. Nie mam nic przeciwko korporacjom, ale my zarządzamy zupełnie inaczej, bardziej dynamicznie i skuteczniej niż niektóre molochy. Mamy też w tej strukturze inną przewagę – możemy błyskawicznie podejmować decyzje.

– Noblesse oblige…
– Tak, tradycja zobowiązuje. Przez to jest się czasem w takim szpagacie między wspaniałą przeszłością firmy a nowymi wyzwaniami. Ale jak się ma tak długą historię, to w momentach spowolnienia gospodarki, kiedy ma się do czynienia z kryzysem, można spojrzeć do tyłu i uspokoić się – nie jesteśmy tymi pierwszymi, którym się trochę gorzej powodzi…

– Nie buduje się już kominów?
– Kominy przeszły do lamusa historii, zostały zmarginalizowane i ich rola się skończyła. Ostatni boom na kominy miał miejsce pod koniec lat 80. I trwał do połowy lat 90. Wtedy to budowano kominy z dopalaczami spalin. Zaczął się za to inny boom inwestycyjny – na spalarnie śmieci, odpadów specjalnych, elektrownie na biomasę, etc. W tym czasie bardzo poważnie wzrosły koszty energii, co zmusiło do poszukiwania sposobów jej oszczędności. W wielu branżach zapoczątkowało to fale innowacji. Pojawiły się nowe technologie i nowe materiały, które wyeliminowały konieczność istnienia kominów.

– W inwestycjach z dziedziny ochrony środowiska panuje powszechne przekonanie, że jest to bułka z masłem, bo w dużym stopniu są dotowane z funduszy  europejskich.
– Ma to swoje dobre, ale i złe strony. Jeżeli rolnik wybuduje gospodarstwo rolne oparte np. na energii z biomasy, to zawsze będzie uzależniony od tego, kto mu dał pieniądze. Uważam, że nie można być całkowicie uzależnionym od takiej formy finansowania, to może być dodatek, ale nie główny strumień pieniędzy. I nawet dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwa oddają w ten sposób swoją niezależność za cenę dofinansowania. Nie mają już tej decyzyjności, tracą autonomię. To nie zawsze wychodzi na zdrowie. Najlepiej widać to na przykładzie rolników: żeby mogli opłacalnie produkować muszą mieć dotacje.

– Jak ważny jest dla państwa polski rynek?
– Polska zawsze była dla nas bardzo istotnym rynkiem. W latach 60. i 70. byliśmy obecni przy realizacji wielu kluczowych inwestycji, m.in. Huty Katowice. Byliśmy i jesteśmy specjalistami w budowie materiałów ogniotrwałych, a te znajdują zastosowanie w wielu gałęziach przemysłu. Nadal aktywnie uczestniczymy wraz z naszymi partnerami w przygotowywaniu przeróżnych projektów dla branży petrochemicznej, energetycznej, przemysłu drzewnego i szklarskiego. Częścią strategii naszej firmy jest przygotowanie odpowiedniego zaplecza i wyszkolenie personelu przed przystąpieniem do realizacji konkretnych projektów. Bo tylko wysoko wykwalifikowany personel jest gwarancją jakości, którą proponujemy naszym kontrahentom. Jako marka znana na całym świecie, nie możemy sobie pozwolić na loterię, uda się czy się nie uda. Nasza lista referencyjna jest długa i obejmuje realizacje projektów na całym świecie, głównie w segmencie petrochemicznym.

– Mówi się o was, że, obok jakości, waszym priorytetem jest terminowość.
– Prawdą jest, że zyskujemy w inwestycjach, gdzie chodzi o utrzymanie terminu oddania. Ale jest to dla nas oczywis­tość. Jeżeli mamy jakiekolwiek wątpliwości z dotrzymaniem terminów, nie wchodzimy w taki biznes. Dobre imię jest wartością nadrzędną.

– W Polsce, jak i w wielu innych krajach, dużo emocji, ba, nawet protesty, budzą spalarnie śmieci. To trudne zagadnienie. Do jego rozwiązania jest potrzebna edukacja, oswajanie z nim i rozsądna argumentacja.
– Nigdzie, gdy pojawia się sprawa spalarni odpadów, w tym jeszcze bardziej odpadów specjalnych, nie obywa się to bez emocji i protestów. Moim zdaniem, wynika to w dużej mierze z braku odpowiedniej wiedzy. Myślę, że zarówno politycy, jak i producenci powinni mieć zapisane w swojej misji takie działania uświadamiające. Ile śmieci i odpadów z lat 60. 70. i 80. zakopaliśmy w naszej ziemi? Trzeba by zadać pytanie tym protestującym, czy chcą, aby te odpady przekazać w spadku przyszłym pokoleniom. I czy godzą się nadal, aby powstawały kolejne góry odpadów? Bo przecież błędne jest założenie, że te góry śmieci można zamienić na stoki narciarskie. Trzeba też mieć świadomość, jak wpływają one na wody gruntowe. Przy nowoczesnych technologiach, które stosowane są obecnie do termicznej utylizacji odpadów, jest to rozwiązanie optymalne.

Co lubi Ludwig Gussenbauer?

Zegarek – IWC
Wypoczynek – we Włoszech na jeziorem Como. Narty w Styrii
Kuchnia – „Tłusto i drogo… To żart. Ryby pod każdą postacią. Nie przepadam za kuchnią azjatycką, bo jest za ostra.”
Samochód – „Nazywam go Puch G, a w Niemczech nazywają go Mercedesem G.”
Hobby – „Jestem namiętnym myśliwym.”

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...