.
Strona główna Blog Strona 387

Student potrafi

Joachim Piotrowski, student 2. roku Wydziału Prawa King’s College London, o udziale w prestiżowym konkursie „Undergraduate of the Year Award”

Jesteś absolwentem Liceum im. Batorego w Warszawie.
Ukończyłem je z wyróżnieniem. Starałem się, ponieważ wymarzyłem sobie studia za granicą, a żeby się tam dostać niezbędne były bardzo dobre oceny oraz szereg aktywności pozaszkolnych.

Jako licealista byłeś laureatem Ogólnopolskiej Olimpiady Wiedzyo Prawie.
Prawo zawsze mnie interesowało. Wybierając uczelnię zagraniczną chciałem sprawdzić swoje umiejętności i w praktyce zobaczyć różnice między prawem polskim, opartym na kodeksach, a brytyjskim, bazującym na prawie zwyczajowym.

Wybrałeś uczelnię z górnej półki.
Wydział Prawa King’s College London, będący częścią University of London, w najważniejszych rankingach uczelni na całym świecie jest w pierwszej 20., a na 4. miejscu w Europie. To oczywiście zobowiązuje. Z jednej strony mamy najlepszą kadrę wykładowców, z drugiej, wymaga się od nas zaangażowania w trakcie wykładów, zajęć i egzaminów. Nie jest łatwo, ale uczelnia otwiera perspektywę zatrudnienia w najbardziej renomowanych kancelariach w londyńskim City. Perspektywa pracy przy największych transakcjach potrafi uskrzydlać.

Wziąłeś udział w konkursie „Undergraduate of the Year Award”. Jego głównym organizatorem jest firma TARGET jobs, zajmująca się networkingiem pomiędzy dużym spółkami i organizacjami a studentami w UK. Oferuje staże i warsztaty, a przy tym wyszukuje utalentowanych studentów.
Nagroda jest przyznawana od 6 lat w 12 różnych kategoriach – jedną z nich jest prawo. W każdej z tych kategorii konkurs jest sponsorowany przez firmę związaną z sektorem odpowiadającym danemu kierunkowi studiów – w przypadku prawa jest to międzynarodowa kancelaria Mayer Brown.

Żeby wziąć udział w konkursie trzeba spełnić wymagania startowe.
Głównie chodzi o oceny ze studiów i referencje akademickie. Następnie proces wyłaniania zwycięzców przebiega w 3 etapach. Najpierw należy w aplikacji online opisać swoje doświadczenie zawodowe, wszelką działalność w organizacjach studenckich, itp. Najważniejszym elementem tego etapu był esej, który w kategorii Law należało napisać na temat „How law is fundamental for social good?”. W drugim etapie kandydaci rozwiązywali przez ok. 2 godziny 4 testy sprawdzające umiejętność logicznego myślenia, krytycznej analizy tekstu oraz zdolności intelektualne. Testy były organizowane przez SHL Talent Measurement from CEB. Po dwóch etapach firma sponsorska, na podstawie oceny esejów i wyników z testów, zaprosiła 35 kandydatów do swojego biura na Assesment Day. Podczas dnia spędzonego w biurze braliśmy udział w szeregu ćwiczeń, warsztatów i testów, które były oceniane przez prawników. Najważniejszą częścią dnia była prezentacja, którą każdy kandydat miał wcześniej przygotować na temat potencjalnych korzyści i zagrożeń dla sektora prawnego. Po tym etapie została wyłoniona finałowa dziesiątka najlepszych studentów prawa w UK.

Gratulujemy – jako jedyny Polak jesteś jednym z 10 najlepszych.
Dziękuję, jestem bardzo szczęśliwy, tym bardziej że rzeczywiście jestem jedynym nie Brytyjczykiem w tej grupie.

Cesarz Franz Beckenbauer

Od lat 70. jest ikoną światowego sportu i najbardziej znanym Niemcem na świecie. Do czego się dotknie, to jak Midas zamienia w złoto. Franz Beckenbauer kilka miesięcy temu skończył 70 lat

To dobry czas do pewnych refleksji i podsumowań, bo życie i działalność Cesarza to pasmo sukcesów nie tylko jako piłkarza, ale i działacza oraz przede wszystkim utalentowanego managera. Biografia Beckenbauera to gotowy scenariusz na dobre kino. Urodził się krótko po wojnie, we wrześniu 1945 roku. Dorastał jako syn urzędnika pocztowego w Obergiesing, robotniczej dzielnicy Monachium. Na pierwszą piłkę musiał się złożyć z kolegami z podwórka. Inwestycja się opłaciła.

Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w SC München 1906. W 1958 roku postanowił przenieść się do większego klubu. TSV 1860 München był wówczas największym klubem w Monachium. Tak na dobre jego kariera zaczęła się w 1963 roku, gdy podpisał profesjonalny kontrakt z Bayernem Monachium, w którym zadebiutował 6 czerwca 1964 roku w meczu ze Stuttgarter Kickers w rozgrywkach Regionalligi (wówczas 2. poziom rozgrywkowy w RFN). Rok później z Bawarczykami awansował do Bundesligi.

Potem były tylko sukcesy. W latach 1965-1977 rozegrał 103 mecze w narodowej reprezentacji RFN, 50 jako kapitan. W tym czasie, a dokładnie w roku 1968, w Wiedniu zrobił sobie sesję zdjęciową pod pomnikiem cesarza Franciszka Józefa I. Od tej pory Beckenbauer nosi przydomek nadany mu przez kibiców – Kaiser, czyli Cesarz. W 1972 r. zdobył mistrzostwo Europy, a dwa lata później świata. Ten sukces powtórzył w 1990 r., jako trener. Był europejskim piłkarzem roku (1972 i 1976)  niemieckim piłkarzem stulecia (1990). Jest honorowym obywatelem ekwadorskiego Quito i doktorem honoris causa Akademii Sportowej w Sofii. Jego podobizna ozdobiła znaczek austriackiej poczty o wartości 75 centów.

Na początku swojej profesjonalnej kariery piłkarskiej w latach 60. zarabiał 400 marek miesięcznie. W 1965 roku, kiedy zaczął kopać piłkę w Bayernie szybko dorobił się miliona marek rocznie. Beckenbauer ma szczęście do doradców. Jego mentorem i przewodnikiem po świecie finansów był nieżyjący już Robert Schwan, prawnik i manager Bayernu Monachium. Już w 1966 r. Schwan wynegocjował dla Beckenbauera, wschodzącej gwiazdy reprezentacji Niemiec, 12 tys. marek za udział w reklamie zup Knorra. Później posypały się kolejne kontrakty. W 1976 roku wyjechał do USA, gdzie grał w słynnym Cosmos New York. Za 3-letnią pracę otrzymał honorarium w wysokości 7 mln euro. Dzisiaj z majątkiem wycenionym na 160 mln euro należy do 500 najbogatszych Niemców. Od 1982 r. o finanse Beckenbauera dba Wilfried Krebs. Podpowiada, jak inwestować pieniądze i uniknąć wysokich podatków. A że umie liczyć pieniądze i nie za bardzo lubi płacić wysokie podatki przeniósł się do austriackiego Kitzbühel, gdzie mieszka w ogromnym pałacu z własnym, ekskluzywnym dostępem do stoku narciarskiego.

Swoją pozycję i fortunę zawdzięcza przede wszystkim swoim umiejętnościom managerskim. Sprawdził się, jako sportowiec komentator, no i oczywiście, jako prezes, obecnie już honorowy, bawarskiego klubu. Bayern Monachiumza jego rządów stał się dobrze prosperującym przedsiębiorstwem. FC Bayern inwestuje w nieruchomości, gadżety, akcje, ale także w młode kadry, czemu służy powołana wiele lat temu przez Beckenbauera akademia futbolu. Sam Karl-Heinz Rummenigge stwierdził, że jeżeli dwa procent ze szkółki Bayernu trafi do pierwszej drużyny, to i tak się opłaca prowadzić taką szkółkę. A trafia znacznie więcej. Do tej pory ławy szkolne, a raczej boiska szkolne opuścili tacy zawodnicy, jak Lahm, Contento, Badstuber, Schweinsteiger, Kroos czy Müller. Jak stwierdził Andreas Jung, odpowiedzialny za sponsoring i eventy w Bayern Monachium, klub jest bardzo konserwatywny i bliżej mu w sposobie myślenia i zarządzania do tradycji „skórzanych spodni bawarskich” niż do cywilizacji laptopa. I dlatego w FC Bayern wszyscy zgodnie twierdzą i cieszą się, że klub jest prowadzony i zarządzany nie jak koncern, co też jest zasługą Cesarza, ale jak rodzinne przedsiębiorstwo. Niewątpliwie zasługą Beckenbauera jest i to, że wartość FC Bayern dzisiaj wynosi, bagatela, 2 miliardy euro i stale rośnie. Inne źródło przychodów Cesarza to reklamy, które zapewniają mu od 4 do 10 milionów euro rocznie. Do tego doszła rola telewizyjnego eksperta stacji ZDF, która powiększyła od 2003 roku jego konto o ponad 6 mln euro. Nikt ze złotego pokolenia niemieckiej piłki– ani Gerd Müller, ani Sepp Maier, ani Paul Breitner – nie mogą nawet marzyć o takich przychodach.

Fortuna i popularność nie zawróciły mu w głowie. Pozostaje skromnym i pokornym człowiekiem. Traktuje jednakowo robotnika i głowę państwa – chwalą go znajomi. Mówi się, że gdyby chciał, mógłby zostać kanclerzem lub papieżem. Gdy w hotelowych recepcjach przychodzi mu podać zawód, wpisuje często: „prace dorywcze”. Od lat trwają spekulacje, czy kiedyś zostanie szefem FIFA, a jak tak to kiedy. Sam Cesarz: zaprzecza, jakoby szykował się do objęcia tej funkcji. Kiedyś nie ukrywał, że interesowałoby go jedno z miejsc w komitecie wykonawczym FIFA. „To ciekawe wyzwanie, najwyższe gremium decyzyjne w piłce nożnej” – stwierdził w jednym z wywiadów. Obecnie jest komentatorem telewizji Sky Deutschland i felietonistą dziennika „Bild”. Na pytanie, czy pamięta pamiętny mecz z Polską w 1974 roku w strugach deszczu, odpowiada: „Pamiętam i muszę powiedzieć, że mieliśmy dużo szczęścia w tym spotkaniu, bo Polska miała wtedy drużynę na mistrzostwo świata”. Jako, że Cesarz jest z natury rzeczy nieomylny, to zaprzecza temu jego wypowiedź sprzed 3 lat, kiedy to w mediach odradzał Bayernowi zakup Roberta Lewandowskiego. Zawiodła go intuicja, gdyż twierdził, że Polak będzie grzał ławę, bo konkurencja na jego pozycji jest przeogromna. Jest mistrzem ciętej riposty i bon motów. Swoją wiedzę czerpie z lektury dzieł filozoficznych od Konfucjusza do Schopenhauera.

Zawsze towarzyszy mu w podróżach co najmniej jedna książka. A jak już mowa o pasjach, to kocha golfa i każdą wolną chwilę spędza na tyrolskich polach golfowych. Nagrywał piosenki, w tym hit zatytułowany „Dobrzy przyjaciele, których nikt nie rozdzieli”. Na boisku – jak twierdzą złośliwi – radził sobie dużo lepiej niż przed mikrofonem. Nadal jest osobą bardzo zajętą. O trzeciej potrafi zasiąść w loży honorowej prezesa drużyny Bayern Monachium. Trzy godziny później spotyka się z działaczami jednego z afrykańskich państwwe Frankfurcie, a wieczorem komentuje kolejną kolejkę Bundesligi w niemieckiej telewizji w Hamburgu. 330 dni w roku spędza w samolocie. Kiedy stał na czele komitetu organizacyjnego Mundialu w Niemczech, przelatywał tysiące kilometrów helikopterem.Obecnie więcej czasu poświęca swojej rodzinie i dzieciom. Jak sam podkreśla, dojrzał do roli ojca rodziny. Jest autorem wielu kultowych powiedzeń, m.in. „piłka nożna jest najważniejszą wśród rzeczy nieważnych” oraz „jest tylko jedna możliwość, zwycięstwo, remis i porażka”. W jego przypadku jedyną opcją i to w każdej dziedzinie było zwycięstwo, i to często do zera.

Chciałem pracować dla Skarbu Państwa

Zarządzanie międzynarodową firmą z aktywami rzędu 100 mld złotych, spółką działającą w kilku sektorach: ubezpieczeniowym, ochrony zdrowia, zarządzania aktywami, nieruchomości i bankowym – myślę, że dla każdego ambitnego finansisty jest marzeniem – mówi Sebastian Klimek, członek zarządu, CFO Grupy PZU

Co pana skłoniło, żeby zamienić wysokie stanowisko w dużej międzynarodowej korporacji na niepewny stołek w spółce kontrolowanej przez
państwo?
Po pierwsze, stanowisko, które objąłem to dla mnie duże wyzwanie. A to lubię. Trudne zadania, jakie stawia się przede mną motywują mnie, a nawet mogę powiedzieć, że wręcz nakręcają do pracy. Po drugie, PZU zmieniało się przez ostatnie lata i zmienia się nadal. Dziś w żadnej mierze nie można patrzeć na tę firmę przez pryzmat skostniałego molocha, jakim była kilkanaście lat temu, kiedy wyjeżdżałem za granicę. Dzisiejsze PZU to elastyczna, skoncentrowana na działaniach biznesowych firma, w której pracują najlepsi eksperci z rynku ubezpieczeń. Większość osób stawiających to właśnie pytanie nie zdaje sobie sprawy z faktu, że udziały Skarbu Państwa w PZU wynoszą 34 proc., pozostałe zaś są w rękach zewnętrznych inwestorów, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Dziś na przykład miałem konferencje z inwestorami z Hongkongu i Londynu. I – na marginesie – usłyszałem dokładnie to samo pytanie, które pan zadał. Tenże rozproszony akcjonariat wymaga od nas koncentracji na działalności biznesowej. Zatem tak samo, jak w każdej mniejszej czy większej firmie, zakładamy sobie i realizujemy takie cele, które wpłyną korzystnie na rozwój firmy, na jej wartość i ostatecznie na sukces finansowy. Myślę zatem, że praca w tej firmie jest powodem do dumy – osobiście w ten sposób do tego podchodzę.

Te lata spędził pan pracując dla Philipsa. Jak pan tam trafił?
Praca dla Philipsa była niejako konsekwencją moich studiów w Stanach Zjednoczonych. Trochę, jak to bywa często w ważnych, życiowych momentach, zadecydował też o tym los. Kiedy po zakończeniu studiów wróciłem do Polski, podjąłem pracę w KPMG. Z ramienia tej instytucji miałem przeprowadzić audyt w fabryce telewizorów Philipsa w Kwidzynie. Równolegle trwał tam audyt wewnętrzny, którym kierował Amerykanin. Spotkaliśmy się, nawiązaliśmy współpracę i tak od słowa do słowa dostałem propozycję pracy. Jak się potem okazało, współpraca z Philipsem rozwijała się z sukcesem przez następne lata. Jako wewnętrzny audytor i specjalista od finansów spędziłem w Philipsie ponad 15 lat, nadzorując pracę różnych departamentów w Europie, obu Amerykach i Afryce. Byłem także członkiem zarządu firmy na region EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka). Ostatniedwa lata spędziłem już w kraju, jako dyrektor finansowy i operacyjny na Polskę i kraje bałtyckie.

I akurat dostał pan propozycję pracy w PZU?
Z propozycją rozmowy na temat zmiany pracy zgłosiła się do mnie firma head hunterska. Szukano wówczas członka zarządu i dyrektora finansowego do jednej ze spółek Skarbu Państwa.

Wiedział pan od razu o jaką firmę chodzi?
Na początku nie. Dowiedziałem się dopiero na trzecim spotkaniu.

Czyli nie trafił pan do PZU z politycznego klucza?
To pytanie również słyszałem od inwestorów już kilka razy. Z pewnością nie jestem osobą z politycznego nadania. Przyszedłem do firmy z rynku, z biznesu prywatnego i międzynarodowego. Jak już wspomniałem, przez długi czas nie było mnie w kraju, nie interesowałem się krajową polityką. Jestem managerem i finansistą i ta branża była i jest w centrum mojego zainteresowania.

Ale posadę w PZU przyjął pan w określonym momencie – po wyborach i wymianie władz w firmie. Będzie pan kojarzony z nową władzą. To ryzykowna decyzja, bo nie może pan przewidzieć, czy po kolejnych wyborach i ewentualnej zmianie władzy nie będzie jakiejś próby rozliczeń z managerami spółek Skarbu Państwa na przykład na poziomie prokuratury.
W każdej dużej firmie – czy będzie to ważna spółka Skarbu Państwa,czy wielka międzynarodowa korporacja – podejmowanie decyzji wiąże się z odpowiedzialnością i ryzykiem. Kto takiego ryzyka nie podejmuje, nie osiąga zakładanych przez siebie celów. Rzeczywiście, przyszedłem w momencie, w którym wymieniony został w dużej części zarząd spółki. Czy to dobry czas? Jakoś tak jest ze spółkami Skarbu Państwa, że przy jakiejkolwiek zmianie w oczach jednych będzie to dobry, w oczach innych – zły moment. Ja do tego w taki sposób w ogóle nie podchodzę. Nastąpiła zmiana zarządu. Podjąłem się pewnego wyzwania w zakresie zarządzania finansami spółki i na tym się koncentruję. Jako manager odpowiem, że dla mnie czas tej zmiany nie ma większego znaczenia. O wiele ważniejsze jest to, jak firma stoi na rynku, co i w jaki sposób realizuje, jakie ma plany i z kim na gruncie rozwoju biznesu współpracuję. Patrząc na zarząd naszej spółki trudno odmówić
wszystkim jego członkom kompetencji.

Prezes PZU Michał Krupiński nazywany był „cudownym dzieckiem PiS”…
Określenia prasowe nie mają najmniejszego znaczenia. Kiedy prezentuje się dorobek zawodowy prezesa, to trzeba zauważyć, że jest to osoba, która pracowała dla Merrill Lynch czy Banku Światowego. Doświadczenie zawodowe jest kluczowe. I dla niego i dla nas wszystkich liczy się realizacja określonej strategii biznesowej. Podkreślę to wyraźnie: biznesowej, nie zaś politycznej. Proszę przyjrzeć się chociażby naszej dyskusji nad ewentualnym wsparciem dla branży górniczej. Zakończyła się ona na poziomie biznesowym – stwierdziliśmy, że jest ono możliwe tylko wówczas, jeśli ryzyk zostanie zredukowane do minimum. Inwestorzy byli usatysfakcjonowani. Osobiście odebrałem wiele telefonów z pozytywnymi opiniami takiej decyzji.

Nie miał pan propozycji pracy od firm prywatnych? Tam chyba lepiej płacą…
W różnych okresach mojej pracy w Philipsie kilkakrotnie proponowano mi zmianę miejsca pracy, zazwyczaj – jak może się pan domyślić – na lepszych warunkach finansowych. Dwie takie propozycje pojawiły się także tuż przed moim przejściem do PZU. Prowadząc kolejne rozmowy na temat możliwych zmian miejsca pracy zawsze bardzo dokładnie analizowałem to, co miałbym robić w danej firmie, z jakimi ludźmi i co najważniejsze – o czym wspomniałem już na samym początku – jaki będzie poziom mojej osobistej, zawodowej satysfakcji. Odpowiadałem sobie na pytanie: czy będę się rozwijał, czy też będzie to krok w kierunku rutyny? A tego ostatniego chciałbym z pewnością uniknąć. Moje osobiste finanse nie były tu najważniejsze. Ważne były finanse całej spółki. Zarządzanie międzynarodową firmą z aktywami rzędu 100 mld złotych, spółką działającą w kilku sektorach: ubezpieczeniowym, bankowym, inwestycyjnym, ochrony zdrowia, nieruchomości – myślę, że dla każdego ambitnego finansisty jest marzeniem. Dlatego wybrałem PZU.

PZU nie ma żadnych obciążeń z tego tytułu, że Skarb Państwa jest największym udziałowcem spółki?
Ja do tego w ten sposób nie podchodzę. Według mnie, nigdy udziałowca, akcjonariusza firmy nie można traktować jako obciążenie. Ja raczej widzę w tym szansę. Dziś taki większościowy udziałowiec może być wartością dodaną firmy. Wielokrotnie uczestniczyłem w spotkaniach z radą nadzorczą, która w całości została powołana już po wyborach i zawsze rozmawiano w jej trakcie tylko o biznesie. Padały tam identyczne pytania, do jakich przywykłem pracując dla Philipsa. Tematy wiodące: wyniki finansowe, poziom kosztów, strategia czy ewentualne kolejne inwestycje w poszczególnych sektorach.

A planujecie kolejne?
W konsolidacji sektora bankowego nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Nawet padają takie sugestie, że skoro zainwestowaliśmy w jeden czy drugi bank, to może kolej na następne inwestycje. Być może taki ruch nastąpi, ale konkretną decyzję możemy podjąć dopiero po dokładnej analizie. To musi być inwestycja trafiona, przynosząca zysk, podnosząca wartość całej spółki. Nie zamierzamy łączyć przejętych banków z firmą ubezpieczeniową. Traktujemy to jako inwestycję. Podobnie zresztą w naszej grupie funkcjonuje PZU Zdrowie, które przejmuje kolejne kliniki i konkuruje na rynku z takimi firmami, jak Lux Med czy Medicover. Oczywiście, konkurując z innymi na rynku ubezpieczeniowym i poprzez banki i PZU Zdrowie sprzedajemy nasze ubezpieczenia.

Zyski banków nie są już tak wysokie jak w przeszłości i nic nie wskazuje na to, żeby miały wrócić do dawnego poziomu. Stopy zwrotu dla akcjonariuszy maleją, sektor wydaje się schyłkowy. Czy nie podejmujecie zbyt dużego ryzyka?
Właśnie ze względu na spadające zyski konsolidacja branży wydaje się nieunikniona. Nie uważam, że podjęliśmy zbyt wysokie ryzyko, bo Alior to jeden z najlepiej zarządzanych banków detalicznych w Polsce, a BPH doskonale do niego pasuje. Ich połączenie powinno przebiegać płynnie. Na całą naszą inwestycję w sektor bankowy trzeba spojrzeć w perspektywie długoterminowej, około 5-8 lat.

Czy po tych kilku miesiącach funkcjonowania nowego zarządu macie już gotowy plan na PZU?
Pracujemy nad nową strategią. Dokument liczy na razie około 100 stron i wciąż rośnie. To będzie dokument określający kierunki rozwoju na 4-5 lat. Nie planujemy rewolucji ale ewolucję. Strategia 3.0 oparta została na dobrych założeniach, ale nie uwzględniała kilku elementów, takich jak konsolidacja banków czy rozwój sektora opieki zdrowotnej. Tymczasem my spodziewamy się, że do 2020 roku przychody spółki PZU Zdrowie wzrosną czterokrotnie. Na pewno ubezpieczenia pozostaną naszym głównym biznesem, ale szybszy wzrost planujemy przede wszystkim w obszarze zarządzania aktywami i ochrony zdrowia. Rozwijając inne segmenty działalności chcemy, śladem wielu innych dużych firm ubezpieczeniowych, zdywersyfikować źródła przychodów. W ubezpieczeniach konkurencja jest bardzo duża, rynek rynek z roku na rok jest coraz trudniejszy jednak my, poprzez działania które podjęliśmy zakładamy w nim nasz udział. W sprzedaży i tworzeniu produktów ubezpieczeniowych możemy szerzej wykorzystać digitalizację i Big Data – tutaj PZU wciąż ma jeszcze rezerwy, ale ze względu na wielkość organizacji to wymaga czasu i znaczących nakładów na inwestycje. Mamy pomysły na kilka innowacyjnych produktów, które będziemy wprowadzać najpierw w krajach bałtyckich, a jeśli się przyjmą, to w następnym kroku trafią one do Polski.

PZU pozostanie spółką dywidendową?
Tak. W tym roku zaproponowana dywidenda była niższa, co było pochodną słabszych niż w poprzednich latach wyników finansowych. Wciąż liczymy, jakie będą dokładnie potrzeby kapitałowe firmy w przyszłości, ile pieniędzy wydamy na przejęcia. Inwestorzy muszą zdawać sobie sprawę, że dalsze inwestycje są niezbędne, żeby spółka nabrała wiatru w żagle. Nie mogę powiedzieć jaką dywidendę będziemy płacić w przyszłości, ale w strategii określimy to bardziej precyzyjnie. W poprzedniej było zapisane, że spółka wypłaca akcjonariuszom od 50 do 100 proc. zysku i, moim zdaniem to jest zbyt szeroki przedział.

Wspomniał pan o możliwych akwizycjach także na zachodzie Europy. Na jakim etapie znajduje się ten proces?
Mamy powołany zespół, który regularnie się spotyka i analizuje rynek. Przyglądamy się mniejszych spółkom na rynkach rozwiniętych. Ten proces jest na etapie „work in progres”

Wasza kadencja kończy się za 3 lata. Jak będzie wtedy wyglądała firma?
W ubezpieczeniach jesteśmy liderem, czujemy się tutaj w miarę komfortowo, ale chcielibyśmy zwiększyć rentowność poprzez lepsze dopasowanie taryf oraz obniżenie kosztów stałych. Chcielibyśmy w dużym stopniu zdigitalizować spółkę, uczynić ją porównywalną do swoich konkurentów z rynków rozwiniętych. Miałbym satysfakcję gdyby ludzie, którzy dziś pracują dla Grupy PZU pracowali dla niej i utożsamiali się z firmą także za trzy lata.

Co lubi Sebastian Klimek?

Zegarek TAG Heuer
Ubrania
Vistula
Wypoczynek
przede wszystkim aktywny
Kuchnia
polska, arabska
Restauracja
Warszawa Wschodnia
Samochód
Mercedes
Hobby sport:
tenis (na poziomie amatorskim zaawansowanym, przynajmniej raz w tygodniu), piłka nożna i rower

Hedge or not to hedge

ManagerOnline

Do tej pory nie powstało kompleksowe badanie pokazujące, czy spółki GPW, częściej niż te niepubliczne, opracowały strategię zarządzania i zabezpieczania ryzyka kursowego. Jednak raporty okresowe notowanych na warszawskiej giełdzie firm, publiczne wypowiedzi członków zarządów oraz raporty analityczne domów maklerskich wskazują, że większość dużych i średnich spółek jest świadoma ryzyka kursowego

Warto pamiętać, że niezabezpieczanie ryzyka kursowego to też swego rodzaju decyzja biznesowa. Czasami dzieje się też tak, że duże spółki, choć znają ryzyko, nie zabezpieczają go, zachowując ekspozycję. Według ankiet prowadzonych właśnie przez Ebury w Polsce, spółki zabezpieczają zarówno przepływy operacyjne,jak i transakcje finansowe, a ponad 70 proc używa transakcji forward. Coraz większa liczba podmiotów realizując inwestycje kapitałowe również zauważa konieczność ich zabezpieczania. Badanie to realizowane jest od kwietnia 2016 roku i ma na celu stworzenie zbioru wiedzy na temat dobrych praktyk, które mogłyby stanowić benchmark dla CFO w zakresie sposobów i metod zarządzania ryzykiem kursowym. Z naszych bezpośrednich rozmów z dyrektorami finansowymi wynika, że decyzje dotyczące zarządzania ryzykiem kursowym podejmowane są przez cały zarząd spółki, częstokroć przez członków rady nadzorczej, a nawet kluczowych akcjonariuszy.

Obecnie jesteśmy w trakcie rozmów ze spółkami, które zgodziły się na udział w badaniu i dzięki temu mogą zweryfikować obrane przez siebie strategie w relacji do innych podmiotów rynków kapitałowych w Polsce. Ankieta składa się z 30 pytań, które dotyczą identyfikacji ryzyka kursowego w strategii zarządzania przedsiębiorstwem, stosowanych narzędzi zabezpieczających oraz procesu decyzyjnego. W Stabilność przepływów pieniężnych przedsiębiorstw w ostatnich 2, 3 latach została wystawiona na próbę. Dla większości firm rozwijających handel zagraniczny i ekspansję międzynarodową zmienność kursów walut stanowi jedną z kluczowych barier rozwojowych. Podczas V Kongresu CFO stawialiśmy wielokrotnie pytanie „Hedge or not to hedge”. Doświadczenia spółek są różnorodne i zależą od modelu biznesowego. Wśród wielu wniosków z dyskusji należy podkreślić, iż uczestnicy zgadzają się co do tego, że należy przede wszystkim uświadomić sobie skalę ryzyka, dobrać odpowiednie narzędzia i konsekwentnie realizować wykonanie. Uczestnicy konferencji wskazywali, iż lepiej jest zabezpieczać się używając narzędzi, które są zrozumiałe dla całego zarządu i managerów spółki. Również reprezentanci akcjonariuszy cenią sobie otwartą politykę informacyjną spółek w zakresie zarządzania lub niezarządzania ryzykiem kursowym.

Ponadto z raportów wynika, że wszystkie spółki giełdowe będące eksporterami lub importerami mają do czynienia z główną walutą, jaką jest euro. Popularny jest też dolar amerykański, a w niektórych przypadkach funt brytyjski i waluty krajów z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Globalny rozwój polskich firm coraz częściej determinuje rozliczania w walutach lokalnych, co w wielu przypadkach uzasadniane jest biznesowo i finansowo.

Walutowe ryzyko zawodowe

ManagerOnline

Ekspansja zagraniczna stopniowo staje się powszechna wśród coraz mniejszych firm. W związku z powyższym te przedsiębiorstwa muszą się zmagać z ryzykiem walutowym, a zatem mechanizmy zabezpieczające przed tym rodzajem ryzyka muszą stawać się tańsze i powinny być też prostsze. Tym bardziej że wiedza o możliwościach w tym zakresie jest stosunkowo mała i raczej nie będzie jej przybywać w szybkim tempie, gdyż najczęściej manager koncentruje się na czynnikach bezpośrednio związanych z rozwojem biznesu.

Na początku warto wspomnieć, że sam fakt ekspozycji na ryzyko walutowe nie zawsze jest w spółkach znany. A należy podkreślić, że nawet jeśli ktoś kupuje w złotych i sprzedaje w złotych, to najczęściej zmiany kursu złotego względem innych walut i tak mają kolosalny wpływ na prowadzony biznes. Niekiedy dopiero poważne zachwianie kursem jakiejś waluty może unaocznić, jak subtelne potrafią być powiązania biznesowe. Przykładem może być spółka, której nagłe załamanie kursu rubla wskazało, iż miała ona bardzo istotną ekspozycję na tę właśnie walutę, choć towar swój eksportowała nie do Rosji, a do Niemiec. Opłaca się zatem prześledzić, kto tak naprawdę jest końcowym odbiorcą naszych towarów, względnie poszukać korelacji wyników biznesowych ze zmianami kursów walut, bo mogą nas one doprowadzić do interesujących wniosków.

Drugim ciekawym wątkiem jest tzw. hedging naturalny, którego stosowanie deklaruje wiele spółek, ale w praktyce jest to tylko eufemizm dla określenia mniej lub bardziej świadomego zatrzymania ryzyka walutowego w spółce. Aby bowiem hedging naturalny rzeczywiście automatycznie chronił spółkę przed ryzykiem walutowym, musi być spełnionych wiele warunków, w szczególności terminy i wartości płatności w poszczególnych walutach powinny być tak ułożone, aby pozycja netto była rzeczywiście minimalna. Można zatem uznać, że w przyrodzie hedging naturalny raczej sam z siebie nie występuje, choć może być „hodowany” poprzez poszukiwanie takich kontraktów, które kompensować będą ekspozycję na ryzyko w poszczególnych walutach.

Niestety, takie „hodowanie” w dużym stopniu ogranicza możliwości biznesowe spółki. Dlatego warte rozważenia jest aktywne podejście do zarządzania ryzykiem walutowym, choć wydarzenia na rynku sprzed kilku lat powodują, że pamięć o tzw. opcjach bezkosztowych jest wciąż żywa i ma podwójnie negatywny wpływ. Po pierwsze, powoduje ona reakcje alergiczne wielu osób, które same się sparzyły na tych instrumentach, względnie mogły obserwować, jak wpłynęło to na ich partnerów czy konkurentów. Po drugie natomiast, pojawiła się w obiegu taka koncepcja, że opcję można dostać za darmo, a zatem istnieje naturalna niechęć, aby za nią zapłacić.

Niemniej ta żywa pamięć ma swoje zalety – managerowie chętniej sięgają po instrumenty proste i starają się zabezpieczać bezpiecznie. Te proste instrumenty to przede wszystkim forwardy. Wielu mogą się wydawać wręcz prostackie czy staroświeckie, ale nie ma to jak stara, sprawdzona metoda. Proste instrumenty mają tę zaletę, że pozwalają nam łatwo zrozumieć zmiany w przepływach finansowych. A zmiennych jest tak wiele (wartości i terminy płatności, zmiany kursu walutowego), że nałożenie na nie skomplikowanego mechanizmu zabezpieczeń wymaga jeszcze bardziej skomplikowanego mechanizmu kontroli, na czym wielu się przejechało. Z kolei to bezpieczne zabezpieczanie odnosi się do niefortunnych operacji sprzed kilku lat, kiedy to osoby zarządzające finansami postanowiły zabezpieczać nie tylko pewne przepływy finansowe, ale także te niepewne, życzeniowe, czy wręcz nieosiągalne. W ten sposób działanie to przerodziło się niekiedy w spekulację, co przyniosło pożałowania godne efekty.

Kolejną bardzo ważną kwestią są zagrożenia wynikające z zabezpieczenia ryzyka. Z ryzykiem jest bowiem jak z wodą pod wysokim ciśnieniem – jeśli zatkamy jedną dziurę, to ona wypłynie inną. Dlatego największym niebezpieczeństwem dla spółki będzie moment, kiedy prezes uzna, że wszelkie ryzyka zostały zabezpieczone. One nigdy nie będą całkowicie zabezpieczone – można je minimalizować, transferować, ale w pełni ich nigdy nie wyeliminujemy. Podobnie jest z ryzykiem walutowym – nawet jeśli na papierze wszystko będzie się nam zgadzać, to w praktyce może się to rozjechać. Wyobraźmy sobie, że idealnie zabezpieczyliśmy ryzyko związane z transakcją eksportową i zawierając kontrakt już wiedzieliśmy, ile dostaniemy w złotych. Ale złoty się osłabił, a nasi koledzy z branży się nie zabezpieczyli, a zatem zarobili więcej i mogą nas wygryźć z rynku. Albo inny przykład – nasz kontrahent zbankrutował i nie dostaniemy płatności za wyeksportowany towar, a dodatkowo straciliśmy na transakcji zabezpieczającej, która w ten sposób stała się spekulacyjną.

Jak z powyższego wynika, zabezpieczanie się przed ryzykiem kursowym to bardziej sztuka niż matematyka. Dlatego tak ważne jest poznanie jej tajników – staramy się zgromadzić wiedzę, którą następnie będziemy się mogli dzielić z osobami mniej zaawansowanymi w tej materii. Próbujemy także gromadzić niewiedzę, czyli identyfikować obszary, w których braki są szczególnie dotkliwe, a przez to mogą być szczególnie kosztowne. Przeprowadzane wspólnie z Ebury badanie powinno pozwolić emitentom na lepsze zarządzanie ryzykiem walutowym, „aby spółki rosły w siłę, a managerom żyło się dostatniej”.

WallStreet po raz 20.

W jubileuszowej konferencji, zorganizowanej z ogromnym rozmachem przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, wzięło udział blisko 1,5 tys. osób

W ciągu trzech dni odbyło się w sumie 40 paneli i wykładów, w których głos zabrało 46 ekspertów i praktyków blisko związanych z rynkiem kapitałowym. Swoimi sukcesami i planami pochwaliło się także blisko 100 spółek notowanych na GPW. A o skali całego przedsięwzięcia niech świadczy chociażby to, że pod potrzeby konferencji organizator wynajął w Karpaczu cały Hotel Gołębiewski, który jest jednym z największych tego typu obiektów w Polsce.

Przyszłość GPW
Tradycyjnie konferencję zaszczyciła swoją obecnością prezes warszawskiej GPW – Małgorzata Zaleska. W trakcie spotkania z inwestorami powiedziała, że obecna giełda jest diametralnie różna od tej sprzed ćwierć wieku. W pierwszych latach istnienia rynku było wiele prywatyzacji przedsiębiorstw rozpoznawalnych przez Polaków, a to przyciągało inwestorów. Dzisiaj nie tylko nie ma takich prywatyzacji, ale także innych dużych IPO, które zawsze są świetnym sposobem na przyciągnięcie inwestorów, bo to właśnie podczas największych debiutów otwierano najwięcej rachunków inwestycyjnych.

Wpływ na GPW ma także sytuacja zewnętrzna, w tym m.in. konkurencja, chociażby ze strony firm foreksowych, które oferują określony produkt i perspektywę zarobku, ale i duże ryzyko. Ponieważ stosowana jest tam duża dźwignia, drobni inwestorzy z małym kapitałem mogą więc tam szybciej zaistnieć. – W ostatnim czasie zostało też wyraźnie osłabione zaufanie do rynku, choćby przez reformę OFE czy zdarzenia na NewConnect. Widzimy to i staramy się to poprawić. Pomóc w tym może np. wchodzące w życie 3 lipca tego roku rozporządzenie MAR, które dotknie przede wszystkim spółki z NewConnect. Przyszłość GPW pani prezes widzi nie tylko w akcjach, ale również w obligacjach, chociaż dobrze by było zwiększyć przejrzystość tego rynku, np. nadając obligacjom jakieś poziomy ryzyka, aby inwestor miał większą świadomość, jaki papier nabywa.

Przyszłość OFE
W drugiej części spotkania z inwestorami prezes GPW wzięła udział w debacie z byłym prezesem tej instytucji Wiesławem Rozłuckim, szefową KDPW Iwoną Sroką oraz wiceprezesem Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych Dariuszem Witkowskim na temat powszechnego oszczędzania i roli giełdy w tym procesie. Jej zdaniem, jeśli nie zbuduje się oszczędności długoterminowych, nie będzie z czego finansować rozwoju polskiej gospodarki, a emerytury będą niskie. Dlatego też fundusze OFE trzeba zastąpić nowym systemem oszczędzania, który powinien być prosty, dostępny i powszechny, a otwarte pozostaje pytanie, czy powinien być obowiązkowy, czy dobrowolny. Zaprzeczyła też, że zostały już podjęte przez rząd jakieś decyzje w sprawie nacjonalizacji OFE. Zdaniem Sebastiana Buczka, prezesa Quercus TFI, jeśli by się tak stało, wpłynęłoby to negatywnie na notowania akcji i postrzeganie polskich spółek.

W trakcie dyskusji Wiesław Rozłucki zdiagnozował dwa, jego zdaniem, fundamentalne problemy rynku kapitałowego w Polsce: jeden zewnętrzny, drugi wewnętrzny. Pierwszy to niepewność regulacyjno-właścicielska, bo od 2013 r., czyli od czasu reformy OFE, wokół giełdy zaczęła się tworzyć dziwna atmosfera nienawiści. Nie pomagają jej również manipulacje polityków przy spółkach Skarbu Państwa, kiedy to te z lepiej radzącego sobie sektora są zmuszane do wspomagania tych będących w dużo gorszej sytuacji. Drugi to gorsze od oczekiwanych wyniki spółek giełdowych. W I kw. br. ponad połowa z nich (czyli ponad 200) zaraportowała gorsze wyniki, a to istotnie wpływa na kondycję giełdy. A jeśli inwestorzy nie mogą na giełdzie zarobić, to z niej uciekają i żadne akcje edukacyjne czy promocyjne nic tu nie pomogą. Nic dziwnego, że obecny okres jest, jego zdaniem, najcięższym w historii GPW.

 

Przyszłość rynku kapitałowego
Temu tematowi było poświęconych wiele paneli dyskusyjnych. Paweł Dziekoński, wiceprezes GPW, Maciej Samcik, autor bloga Subiektywnie o finansach, oraz Marcin Iwuć, autor bloga Finanse bardzo osobiste, dyskutowali o powszechnym inwestowaniu na giełdzie – spekulacjach czy oszczędzaniu długoterminowym. Swój panel dyskusyjny mieli także przedstawiciele sektora IT – AB, ABC Data oraz Action – którzy dyskutowali o zmieniających się trendach, ryzykach i oczekiwaniach, czyli szerzej o szansach i wyzwaniach dystrybutorów sprzętu IT na GPW. Ich problemy zaczęły się wtedy, gdy wydłużył się czas użytkowania urządzeń elektronicznych, co istotnie zwiększyło czas pomiędzy wymianą ich na nowe. ABC Data była reprezentowana przez panią prezes Ilonę Weiss, pozostałe firmy – przez członków zarządu.

Wreszcie Piotr Nowajlis, wiceprezes CCC, wraz z przedstawicielami takich spółek, jak Tauron, Grupa Azoty i PZU, dyskutowali o przyszłości polskiej gospodarki z perspektywy giełdowych potentatów. Dużym zainteresowaniem cieszył się też panel dyskusyjny „Blaski i cienie inwestycji w nieruchomości z gwarantowanąstopą zwrotu”, bo w czasach długotrwałej bessy może to być atrakcyjna alternatywa dla inwestorów, pod warunkiem, że dobrze zabezpieczą swoje inwestycje korzystając z pomocy kancelarii prawnych. Wzięli w niej udział Robert Gwiazdowski, Kazimierz Krupa, Kancelaria Drawbridge, Marek Wasilewski, prezes Zarządu JOT-BE Nieruchomości oraz Waldemar Tadajewski, Pałac na Wodzie,, który to obiekt jest zresztą położony niedaleko Karpacza. Ciekawym panelem był też ten pt. „Jak zapewnić spółce wzrost przy zmiennych uwarunkowaniach rynkowych? Dywersyfikacja regionalna sposobem na zwiększenie wartości dla akcjonariuszy”, w której wzięła udział Ilona Weiss z ABC Data, Piotr Nowjalis z CCC, Wojciech Kocikowski, wiceprezes Amica Wronki oraz Przemysław Skrzydlak, prezes IZO-BLOK.

Dużo osób przyszło też na dyskusję „Bez tych pieniędzy nie byłoby Apple i Google, czyli jak rozwijać startupy ze wsparciem środków publicznych”, w którym wziął udział Michał Bańka z PARP oraz Przemysław Paczos z NCBiR. O nowych technologiach rozmawiano natomiast w trakcie debaty „Perspektywy rozwoju druku 3D na rynkach światowych”, w której wzięli udział Rafał Tomasiak, prezes największego w Polsce producenta drukarek 3D, firmy Zortrax, oraz Jarosław Ostrowski, prezes IPO Doradztwo Kapitałowe. W Salonie Inwestorów spotkali się natomiast Szymon Midera, prezes Banku Pocztowego oraz Karol Zarajczyk, prezes Ursus S.A., a dyskusję między nimi poprowadził przedstawiciel tygodnika „Wprost”.

Prelekcje
Spośród wielu, które się odbyły, warto wymienić wystąpienie Sebastiana Buczka z Quercus TFI, który odpowiedział na 100 pytań związanych z ostatnimi dużymi inwestycjami funduszu w: Altus TFI (58 mln zł), Rafako (43 mln zł), PKO BP (40 mln zł), MCI (35 mln zł). Jako przykład weźmy MCI, który jest funduszem inwestującym w spółki nowych technologii. Ponieważ jest dość nielubiany przez inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych, jego akcje są notowane z dużym dyskontem. Spółka zresztą sama skupuje własne akcje, dokupuje je także właściciel. Jednak, zdaniem Quercus TFI, jeżeli inwestycje MCI będą tak udane jak w ostatnich latach, cena wyraźnie wzrośnie, choćby przez sam skup. Ciekawa była także prelekcja Wojciecha Białka z CDM Pekao SA, który mówił o tym, kiedy można się spodziewać recesji w naszym kraju. Prawdziwą gratką dla inwestorów indywidualnych preferujących analizę techniczną był też dwugodzinny wykład Joe DiNapoli, który pokazał uczestnikom, w jaki sposób grać na rynku stosując jego wskaźniki autorskie. Dużym zainteresowaniem cieszył się także wykład nt. algotradingu, czyli wykorzystania narzędzi informatycznych do inwestowania. Nie jest to proste zadanie, gdyż wymaga wsparcia profesjonalnego informatyka, a nawet wtedy trzeba się liczyć ze stratami, bo generalnie giełda jest nieprzewidywalna i inwestujące na niej algorytmy trzeba od czasu do czasu korygować.

Rynek kapitałowy vs. demografia
Na konferencji pojawił się również Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha, który wraz z Rafałem Hirschem dyskutował o wpływie gospodarki, demografii i polityki na przyszłość rynku kapitałowego w Polsce. Jego zdaniem, największe znaczenie odegra demografia i to nie tylko na giełdę i rynek kapitałowy, ale również na wszystko inne i to z bardzo prostego powodu. Bogactwo narodu bierze się z tego, ile osób pracuje i z jaką wydajnością. Wydajność tę można oczywiście poprawiać, wspierając ją np. nowymi technologiami, ale jeśli będzie nieustannie zmniejszała się liczba osób efektywnie pracujących, to samą efektywnością nie uda się zastąpić ubytków ilościowych.

– Centrum im. Adama Smitha już dawno zauważyło, że zbyt wysokie opodatkowanie pracy w stosunku do kapitału generuje bezrobocie, bezrobocie generuje niepewność, a niepewność generuje problemy demograficzne, bo ludzie boją się mieć więcej dzieci. W skrócie: zły system podatkowy prowadzi do licznych perturbacji, także demograficznych. I to się właśnie sprawdza w Polsce – podsumował Robert Gwiazdowski.

Cena czyni cuda
Gościem specjalnym konferencji był Dariusz Miłek, który opowiedział o swojej drodze do sukcesu, dzięki któremu z majątkiem sięgającym obecnie 3,5 mld zł stał się czwartym najbogatszym Polakiem. Jest on właścicielem największej sieci obuwniczej w Polsce – CCC – która coraz śmielej podbija nie tylko rynki Europy Środkowo-Wschodniej, ale także stawia czoła konkurencji w Niemczech i Austrii. Jak do tego doszło? Jako młody człowiek uprawiał wyczynowo kolarstwo, a koniec jego kariery zawodniczej w 1989 r. idealnie zbiegł się z otwarciem granic i transformacją ustrojową. Nic dziwnego, że zaczął wtedy handlować, ale butami zajął się dopiero w 1991 r. W krótkim czasie zaopatrywał ponad 70 filii hurtowych, ale gdy po pięciu latach rynek nasycił się i zamiast pieniędzy dostawał od nich… buty, stworzył sieć 420 kiermaszy Żółta Stopa, w których oferował je… luzem. Cieszyły się one powodzeniem do 1999 r. i wtedy zamienił je na pierwsze sklepy franczyzowe CCC, których sloganem było „Cena czyni cuda”. Początki były jednak trudne – trzeba było stworzyć kolekcje, własne marki, zorganizować produkcję. Tu już nie można było się pomylić z ilością, trzeba było ją dopasować do ilości sklepów i sprzedaży. Dopchanie asortymentu obcymi markami nie wchodziło bowiem w grę.

Firma z porażek wyciągała wnioski i obecnie jest zdecydowanym liderem krajowego rynku, w tym roku chcąc zwiększyć sprzedaż o 40 proc., do 3,3 mld zł. W największej europejskiej fabryce obuwia w Polkowicach produkuje 3 mln par butów rocznie, a do tego sprowadza jeszcze towar z Chin. W 2017 roku spółka zamierza sprzedać 50 mln par butów, z czego połowę poza Polską. Ma się to udać m.in. dzięki zainwestowaniu w portal internetowy eobuwie.pl, który posiada 16 proc. udziału w sprzedaży obuwia przez internet w Polsce i oferuje nie tylko buty CCC, ale przede wszystkim obuwie wielu znanych marek (w sumie ponad 300). CCC jest także świetnym przykładem sukcesu giełdowego. Spółka nie tylko zanotowała ponadprzeciętny wzrost wartości, ale także wskoczyła do indeksu 20 najważniejszych spółek na GPW. Nadal jest też związana z kolarstwem, 0,5 proc. przychodów przeznaczając na profesjonalną grupę kolarską CCC Sprandi Polkowice.

Po godzinach
W trakcie konferencji nie zabrakło także atrakcji sportowych, jak i artystycznych. Około 50 osób wzięło udział w wyścigu kolarskim, trochę więcej w porannym joggingu, najwięcej skorzystało z pięknych basenów, tylko nieliczni wybrali się natomiast na wycieczkę w góry, i to już po zakończeniu imprezy. Dużym zainteresowaniem cieszył się koncert Ewy Farnej z zespołem, a także występ Marcina Dańca, któremu towarzyszył chór składający się z dwójki zwycięzców programu Szansa na Sukces. Wszyscy uczestnicy życzyli sobie, żeby wreszcie skończyła się bessa i żeby w lepszych nastrojach można się było spotkać na kolejnej konferencji organizowanej przez SII. Do zobaczenia za rok!

Fundusze private equity wzmacniają gospodarkę

ManagerOnline

Polska jest dla inwestorów najatrakcyjniejszym rynkiem w naszym regionie. Z roku na rok rośnie liczba fuzji i przejęć, a inwestorzy szukają perspektywicznych spółek. Fundusze private equity i venture capital funkcjonują w Polsce od 25 lat. Od tamtej pory zmieniło się jednak otoczenie rynkowe i postrzeganie polskich przedsiębiorstw, a same fundusze na stałe zagościły w gospodarce, stając się jednym z jej filarów.

Rynek rozwijał się jednak powoli, rozpędu nabiera dopiero od kilku lat. Od kilku lat rośnie też wartość fuzji i przejęć w Polsce, mimo że w Europie Środkowo- Wschodniej maleje. Tylko w ubiegłym roku liczba transakcji w regionie spadła o 3 proc., a ich wartość o 15 proc. Nie wszystkie kraje uchodzą więc za jednakowo atrakcyjne. Z raportu „Emerging Europe M&A Report 2015/2016”, opublikowanego przez kancelarię CMS we współpracy z EMIS, wynika, że należą do nich jeszcze Węgry, Serbia, Bośnia i Hercegowina.

Europa Środkowo-Wschodnia przestała być postrzegana przez inwestorów jako region o jednakowej atrakcyjności inwestycyjnej. W krajach uznawanych za atrakcyjne inwestycyjnie brakuje jednak takiego optymizmu, jaki zapanował na rynkach rozwiniętych. Eksperci Deloitte w najnowszym raporcie „Consumer Products. M&A Insights Spring 2016” podkreślają, że w 2015 roku wartość transakcji w Europie wyniosła 142,9 mld euro, z czego 36 transakcji przekroczyło wartość 200 mln euro, a w tym 10 miało wartość powyżej miliarda euro. Rok wcześniej odnotowano natomiast tylko 34 transakcje wycenione na niecałe 40 mld euro. Analitycy podkreślają, że wszystko to działo się mimo niesprzyjających czynników, m.in. takich, jak spekulacje wokół opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej i dalszych zawirowań na światowych rynkach. Nie widzą więc przeszkód, żeby podobny, wzrostowy trend utrzymał się także w tym roku. W Polsce aż takiego boomu nie ma, ale zainteresowanie funduszy polskim rynkiem jest wciąż duże.

– Możliwości inwestycyjne polskiej gospodarki były i są ograniczone, ponieważ system gospodarki rynkowej jest w Polsce wciąż relatywnie młody. Ograniczony czas na akumulację kapitału powoduje często kapitałową lukę, stanowiącą barierę w rozwoju przedsiębiorstw i całej gospodarki. Dzięki funduszom venture capital czy private equity ta kapitałowa luka jest zmniejszana. Są one także ważnym elementem rynku fuzji i przejęć. Co istotne, branża private equity wnosi do polskich firm zdobyte na różnych rynkach doświadczenia i najwyższej jakości standardy zarządzania, dzięki czemu możliwy jest dynamiczny rozwój jednych albo udana restrukturyzacja innych – mówi Beata Radomska, prezes Executive Club, organizatora konferencji Investment Forum & Private Equity Awards Gala, która skupia liderów rynków inwestycyjnych.

Zmiany pokoleniowe
Największą i najgłośniejszą ubiegłoroczną transakcją M&A było przejęcie 52,7 proc. udziałów w TVN przez Scripps Networks Interactive, który przebił oferty takich gigantów, jak Fox, Time Warner i Discovery. Fundusz wyłożył na TVN 2,42 mld złotych i wycofał spółkę z GPW. Kilka miesięcy później doszło do przejęcia PKP Energetyki przez CVC Capital Partners, szósty pod względem wielkości private equity na świecie. Zaproponowana wartość przedsiębiorstwa opiewała na 1,96 mld złotych, co po korekcie o wartość długu netto spółki dało 1,41 mld zł. W pierwszej trójce największych transakcji figuruje również kupno akcji Alior Banku od holdingu Carlo Tassara przez PZU za 1,6 mld zł. Łącznie w Polsce zawarto 346 transakcji o wartości 6,3 mld euro.

Eksperci kancelarii CMS wyliczyli, że ponad 20 proc. transakcji zawieranych na polskim rynku dotyczyło sektora produkcyjnego, ponad 18 proc. – nieruchomości. Do wielu, bo 16 proc. przejęć doszło w branży telekomunikacyjnej i IT oraz do ponad 10 proc. – w usługowej. Najwięcej transakcji zawarto w ubiegłym roku w Rosji, ale Polska zajęła drugą pozycję oraz trzecią – po Rosji i Turcji – pod względem wartości ogłoszonych przejęć i fuzji. Autorzy „Emerging Europe M&A Report 2015/2016” podkreślają, że z pierwszej trójki w regionie tylko na polskim rynku odnotowano wzrost zarówno liczby, jak i wartości transakcji o odpowiednio 21 proc. i prawie 40 proc. w porównaniu z rokiem 2014.

– Warto również zwrócić uwagę na jeszcze jedną statystykę dotyczącą rynku fuzji i przejęć w Polsce w 2015 r. Mianowicie, po stronie sprzedającej najaktywniejsze były osoby prywatne, natomiast po stronie kupującej fundusze PE/VC. Może to świadczyć o coraz powszechniejszym zjawisku sprzedaży przedsiębiorstw przez ich założycieli, którzy stanęli w obliczu problemu sukcesji – mówi Jan Kospin, dyrektor Navigator Capital.

– W ostatnim roku naprawdę wysoki poziom aktywności obserwowaliśmy w środkowym segmencie rynku, czyli obejmującym transakcje o wartości od 20 mln do 75 mln euro. W tym przypadku M&A najczęściej były podyktowane zmianą pokoleniową i decyzjami nowych właścicieli, którzy odziedziczyli przedsiębiorstwa i postanowili odzyskać środki finansowe – dodaje Dariusz Greszta, partner współzarządzający Departamentem Transakcji i Prawa Spółek w kancelarii CMS. Ekspert uważa, że tendencja ta może utrzymać się w 2016 roku, a kwestie związane ze zmianą pokoleniową wśród właścicieli średnich polskich przedsiębiorstw mają szansę znacząco zwiększyć aktywność w zakresie M&A. Tym bardziej że większość transakcji w tym segmencie rynku dotyczy sektorów nieregulowanych, które są w mniejszym stopniu zależne od zmian regulacyjnych i podatkowych.

Atrakcyjne technologie
W portfelach funduszy private equity i venture capital znajdują się spółki z niemal wszystkich branż. Większość skupia się jednak na firmach produkcyjnych i IT, choć nie unika firm telekomunikacyjnych, medialnych, medycznych, energetycznych oraz świadczących usługi finansowe. Specjaliści oceniają, że ten trend będzie kontynuowany, a najatrakcyjniejszymi sektorami inwestycyjnymi w Polsce będzie medycyna i farmacja, choć dojdą do nich również dobra konsumpcyjne, które stanowią jeszcze niewielki ułamek transakcji. Za atrakcyjne sektory uznawane będą także usługi dla biznesu, technologia i media, a w sektorach tych wszystko, co wiąże się z outsourcingiem i rozwiązaniami IT.

– Na popularności będą zyskiwały branża IT i sparing economy, rozwiązania dotyczące efektywności energetycznej oraz typu cloud z dużym naciskiem na bezpieczeństwo informacji, np. Virtual Data Room. Użycie VDR podczas transakcji rośnie w Polsce z miesiąca na miesiąc – prognozuje Piotr Jankowski, Senior Account Executive z FORDATA. Fundusze inwestują przede wszystkim w branże, które mogą być w ciągu kilku najbliższych lat najbardziej zyskowne, ale z punktu widzenia inwestora finansowego najatrakcyjniejszymi sektorami są nie tylko te działy gospodarki, które rosną najszybciej, ale również te, które w procesie postępującej liberalizacji, zmian regulacji prawnych czy też przełomu technologicznego stwarzają możliwość zmiany struktury konkurencyjnej rynku. W Polsce do takich branż zalicza się te sektory, które dotychczas przyciągały najwięcej inwestycji typu private equity, czyli telekomunikację, media, usługi i IT.

Fundusze najczęściej koncentrują swoje inwestycje sektorowo, a w portfelach znajduje się coraz więcej spółek technologicznych na różnych etapach rozwoju, co pozwala na dużą elastyczność przy wychodzeniu z inwestycji i daje możliwości osiągnięcia potencjalnie najwyższych stóp zwrotu. Największy potencjał pod względem przyszłych zysków mają innowacyjne projekty wdrażane na wczesnym etapie rozwoju. Przykładem są stopy zwrotu z rozwijanych wcześniej firm internetowych. Teraz za jeden z atrakcyjniejszych segmentów uważa się e-commerce. W każdym przypadku poszukiwane są jednak firmy, które mają dobrze przemyślane plany i przewagę konkurencyjną. W wielu przypadkach decyzja o inwestycji jest nawet bardziej uzależniona od planu i pozycji firmy, niż od branży, w której działa. Ważny jest też management. Musi mieć doświadczenie, zdolność argumentacji, prowadzić negocjacje. Doświadczenie jest niezbędne – podobnie jak wyspecjalizowany zespół.

Zdyskontowane ryzyko
Fundusze private equity i venture capital zakładają na ogół wymaganą stopę zwrotu i czas wyjścia z inwestycji. Dla jednych jest to 3-5 lat, dla innych 5-7. Wszystko zależy od osiąganych zysków i potrzeb kapitałowych. Ale fundusze nie tylko dofinansowują spółki, starają się też merytorycznie wspierać ich rozwój, dawać know-how, nadzorować realizację planów, dbać o ich wizerunek. Wyjście z inwestycji realizowane jest najczęściej poprzez sprzedaż inwestorowi strategicznemu, wykup managerski lub IPO, czyli ofertę publiczną i wprowadzenie spółki na giełdę. Dla funduszy ważna jest więc sytuacja na warszawskiej GPW, liczba IPO, która świadczy o potrzebach kapitałowych rozwijających się przedsiębiorstw oraz skłonności banków do udzielania finansowania przedsiębiorcom. Ważny jest też stabilny wzrost gospodarczy i sytuacja na rynku walutowym. W takich warunkach również polskie firmy coraz częściej prowadzą ekspansję zagraniczną, czego dowodem są przejęcia przeprowadzone przez Amikę w Wielkiej Brytanii oraz Wielton we Francji. Wszystkie ważniejsze transakcje na polskim rynku zawarto w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku, w czwartym nastała już posucha. Nowy rok też nie zaczął się najlepiej. Rynkowi nie sprzyjała nie tylko dekoniunktura na rynkach emerging markets, ale także na giełdzie. Rynki walutowy i długu również odczuły zawirowania, a rentowność polskich obligacje spadła nawet poniżej portugalskich.

– Zmiany polityczne mogą mieć bezpośredni – często natychmiastowy – wpływ na poziom i stabilność inwestycji prowadzonych zarówno przez fundusze private equity, jak i inwestorów strategicznych na poszczególnych rynkach. Jednak konsekwencje tych zmian mogą nie być odczuwalne dla regionu jako całości, gdyż inwestorzy mogą przekierować kapitał na inne rynki w Europie Środkowo-Wschodniej – tłumaczy Helen Rodwell, partner w praskim biurze kancelarii CMS, kierująca praktyką M&A kancelarii CMS w Europie Środkowo-Wschodniej. Stefan Stoyanov, Global head of M&A database z EMIS, jest też nastawiony pozytywnie.

– 2016 rok ma szansę być rokiem wytchnienia dla Europy Środkowo- -Wschodniej. Ryzyka polityczne wciąż pozostaną, niemniej będą one ograniczone lub odpowiednio zdyskontowane. Fundusze private equity mogą liczyć na wysokie zyski w tej części Europy i wciąż zwiększać aktywność w regionie – mówi ekspert.

– Impulsem do zwiększenia aktywności w M&A w Polsce mogą być rozczarowujące wyniki spółek notowanych na GPW. Niepewność w sferze politycznej i regulacyjnej sprawiła, że wskaźniki spółek giełdowych spadły do rekordowo niskich poziomów. Choć dotyczy to głównie sektorów regulowanych (np. bankowości, ubezpieczeń i energii) lub spółek z udziałem Skarbu Państwa, to wraz ze spadkiem indeksów większości polskich przedsiębiorstw typu blue chips, zmniejszyła się również wartość spółek zaliczanych do średniego segmentu rynku. A to stwarza możliwość nabycia ich za rozsądną cenę – prognozuje Dariusz Greszta.

Dobre prognozy
Eksperci Deloitte uważają, że polski rynek może być stymulowany przez fundusze inwestycyjne, wyszukujące okazji wśród średnich firm rozstrzygających obecnie dylematy sukcesji. A ponieważ ten sektor rynku jest atrakcyjny, bo podlega mniejszym wahaniom koniunkturalnym, można oczekiwać wzmożonego poszukiwania spółek do przejęcia. Deloitte nie oczekuje jednak spektakularnych, dużych transakcji, raczej średnich, których ostatecznym celem będzie konsolidacja rynku. Istotnym czynnikiem rozwoju rynku M&A mogą być także przeciętne wyniki warszawskiej giełdy, która nie zachęca obecnie do debiutów i poszukiwania kapitału na rynku pierwotnym.

– W Europie Środkowo-Wschodniej wciąż istnieje wiele ciekawych okazji transakcyjnych, szczególnie w środkowym segmencie rynku, które będą przyciągać zarówno inwestorów strategicznych, jak i fundusze private equity. Ta część Europy jest jednym z lepiej rozwijających się obszarów pod względem ekonomicznym, choć zmieniająca się sytuacja polityczna w regionie może mieć wpływ na poziom fuzji i przejęć. Wraz ze zmianami na rynku M&A, sprzedający mogą być zmuszeni do obniżenia swoich oczekiwań lub zwiększenia apetytu na ryzyko – dodaje Helen Rodwell.Mark Jung, partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Private Equity w Deloitte Central Europe, również podkreśla, że region Europy Środkowej i Wschodniej pozostaje obszarem oferującym inwestorom private equity szerokie możliwości inwestycyjne.

– Fakt ten nie zmienia się od kilku lat i nic nie wskazuje na to, by miało to nastąpić w najbliższym czasie. Optymizm reprezentantów tego rynku, ich otwartość na nowe inwestycje, jak również dobre wskaźniki gospodarcze zwiastują, że w ciągu kolejnych miesięcy możemy być świadkami interesujących transakcji – zapewnia ekspert. Inwestorzy mają podobnie optymistycznie nastawienie. Badania „Rebounding confidence drives mid-market” wykazały, że prawie jedna czwarta przedstawicieli funduszy private equity spodziewa się poprawy warunków gospodarczych w ciągu najbliższych sześciu miesięcy.

To osiem razy więcej niż jesienią 2015 roku, kiedy opinię taką wyrażało jedynie 3 proc. Z 33 do 27 proc. zmniejszył się odsetek inwestorów oczekujących pogorszenia warunków ekonomicznych. Połowa badanych przewiduje jednak nadal, że sytuacja gospodarcza się nie zmieni. Mimo to CE Private Equity Confidence Index, który pod koniec ubiegłego roku wynosił 92 punkty, wzrósł do 124 punktów, a 73 proc. przedstawicieli funduszy private equity ma zamiar w ciągu najbliższych 6 miesięcy skupić się na nowych inwestycjach. Tak wysokiej wartości wskaźnik nie miał od 5 lat.

Broker potrzebny od zaraz

    W ślad za nowymi regulacjami prawnymi z 1990 roku, na rynku polskim zaczęły pojawiać się zupełnie nowe zakłady ubezpieczeń. Lecz za tym rozwojem nie nadążała i nie nadąża edukacja ubezpieczeniowa

    W dalszym ciągu, nawet od kadry managerskiej, oferujący swoje profesjonalne usługi broker może często usłyszeć pytanie: „no dobrze, ale ile towarzystw pan reprezentuje?”… Oczywiście, z każdym rokiem jest coraz lepiej, uczymy się. Ale w dalszym ciągu nie mamy pojęcia, co można i co powinno się ubezpieczać; nie wiemy jak to robić, by mieć pełną gwarancję skuteczności zawartych umów; w dalszym ciągu w prywatnych ubezpieczeniach zdrowie i życie przegrywają z samochodem. Takie postawy to efekt ugruntowanej przez dziesiątki lat mentalności, wynikającej z monopolu państwa w tej dziedzinie, jak i przykrymi doświadczeniami w kontaktach z zakładami ubezpieczeń (czytaj: droga przez mękę przy wypłacie odszkodowania czy świadczenia). A ile jest jeszcze do zrobienia, niech świadczy kilka liczb i z europejskiego rynku. W 2014 roku (dane GUS) zebrana składka w przeliczeniu na osobę (per capita) dla Unii wynosi około 2200 euro; Polska z 335 euro zajmuje 22. miejsce i bardzo daleko nam do przodującego Luksemburga (5200 euro), Francji (około 3000 euro) czy Niemiec (2300 euro).

    Tak więc z jednej strony wyraźne szanse i miejsce na ciągły wzrost rynku ubezpieczeń, a z drugiej – kulejąca świadomość i edukacja. I tu wracamy do wstępu: naprawdę bardzo często, wręcz powszechnie spotkać się można z niezrozumieniem roli brokera. Nagminnie jest on kojarzony z agentem ubezpieczeniowym (lub raczej z multiagentem), który pojawia się z wachlarzem „ofert nie do odrzucenia”.

    Ubezpieczenia przeznaczone dla klientów z sektora małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) są jednym z najszybciej rozwijających się segmentów polskiego rynku ubezpieczeniowego. Spora część produktów ubezpieczeniowych jest złożona i wymaga umiejętnego dostosowania do potrzeb i specyfiki poszczególnych branż, dlatego tak ważna staje się rola brokera w pośrednictwie ubezpieczeniowym. Bo właśnie jedyną cechą wspólną brokera i agenta jest to, że obaj są pośrednikami ubezpieczeniowymi! Ale ich usytuowanie jest dokładnie przeciwne: broker zawsze reprezentuje interes klienta; agent (nawet najbardziej sympatyczny) zawsze zadba o interes ubezpieczyciela, bo jest jego przedstawicielem lub pracownikiem.

    Najtrafniej rolę i miejsce brokera już w roku 1991 wyjaśnił jeden z czołowych znawców prawa ubezpieczeniowego prof. Eugeniusz Kowalewski: „jest szczególnym pośrednikiem ubezpieczeniowym, działającym na zlecenie i w interesie nie określonego ubezpieczyciela, lecz osoby zainteresowanej uzyskaniem ubezpieczenia, a więc ubezpieczającego. Dba o jego interesy, służy mu swoją fachową radą co do tego, na jakich warunkach można najkorzystniej zawrzeć ubezpieczenie; co oznaczają określone klauzule ubezpieczeniowe; czego należy przestrzegać; czego się domagać; co robić w razie nastąpienia wypadku ubezpieczeniowego (…) Mając doskonałe rozeznanie rynku ubezpieczeniowego wyszukuje odpowiednich ubezpieczycieli i przeprowadza z nimi rokowania, starając się uzyskać warunki umowy najbardziej korzystne dla swoich klientów”. Co więcej, broker biorąc odpowiedzialność (w tym zawodzie obowiązkowe jest ubezpieczenie OC na poziomie co najmniej prawie 1,9 mln euro) pozwala klientowi na spokojny sen

    Ważne Informacje

    Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

    Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

    Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

    Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

    Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

    Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

    Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

    Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

    Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...