.
Strona główna Blog Strona 387

Inteligentne oszczędzanie

Tu nie ma mowy o „przystosowaniu do pracy na gazie”. Škoda oferuje modele Citigo, Fabia i Rapid z LPG i benzyną jako odmiany seryjnych samochodów

Trzy modele Škody, Citigo, Fabia i Rapid, są dostępne w wersjach z silnikami zasilanymi zarówno benzyną, jak i LPG. Konstrukcja instalacji paliwowej w tych jednostkach (są to silniki 1.0 MPI 60 KM i 75 KM oraz 1.2 TSI 90 KM i 110 KM) oraz system sterowania ich pracą pozwala na uzyskanie znaczących oszczędności w wydatkach na paliwo. Instalacje gazowe stosowane przez Škodę w tych silnikach pochodzą od jednego z najlepszych producentów tego typu produktów na świecie, Landi Renzo, i zostały zaprojektowane, skonstruowane i dostosowane bezpośrednio dla każdej z jednostek napędowych – oddzielnie dla każdej wersji. Dzięki temu użytkownicy mogą traktować samochody z tą instalacją paliwową po prostu jak fabryczne Škody. A zyskują przy tym wiele…

Wiele, bo oferowany przez Škodę i Landi Renzo typ zasilania jest sterowany inteligentnie, przełączanie między paliwami odbywa się całkowicie automatycznie, a kierowca zauważa tylko znacząco niższe wydatki za tankowanie. System wybiera rodzaj paliwa wtryskiwanego do cylindrów nie tylko – jak inne spośród bardziej zaawansowanych systemów LPG oferowanych na rynku – w zależności od temperatury silnika, ale też od zapotrzebowania energetycznego, a więc obciążenia jednostki napędowej. W efekcie droższa benzyna jest wykorzystywana w minimalnym zakresie – tylko w fazie nagrzewania silnika oraz na wysokich obrotach. W pozostałym zakresie pracy silnik wykorzystywać będzie LPG, który co prawda ma trochę mniejszą kaloryczność (wytwarza mniej energii z takiej samej objętości co benzyna), ale dzięki inteligentnemu sterowaniu pracą silnik zasilany LPG rozwija tylko nieznacznie mniejszą moc i moment obrotowy, dzięki czemu jazda staje się dużo tańsza.

Proponowane przez Škodę rozwiązanie pozwala kierowcy na spokojną jazdę ze świadomością, że w razie konieczności jego samochód jest gotowy do pełnej wydajności. Czyli jeśli kierowca potrzebuje nagle pełnej mocy, np. rozpoczynając gwałtowny manewr wyprzedzania, system sam w ułamku sekundy przestawi silnik na benzynę, dodając użytkownikowi w tej najważniejszej chwili jeszcze kilka niutonometrów i koni mechanicznych, niezbędnych w tym momencie. Natychmiast po zmniejszeniu obciążenia silnik ponownie zasilany będzie gazem, pracując taniej i bardziej ekologicznie. Oczywiście, wersje Citigo, Rapida i Fabii są objęte gwarancją Škody.

Totalna moc

Żaden inny samochód w historii motoryzacji nie zdobył takiej pozycji – nie tylko na rynku, ale i w wyobraźni fanów aut. To samochodowy odpowiednik „bieli jeszcze bielszej”. 911 Turbo S. Zapraszam na wrażenia z testowych jazd najnowszym jego wcieleniem

W tak kontrowersyjnym kolorze jeszcze go nigdy nie widziałem. Nazywa się on Miami Blue, choć skojarzenie ze smerfami jest mi tu bliższe niż z Florydą. Ale kolorem się nie jeździ – do jazdy służy 580 KM. Nazywa się, oczywiście, Turbo S, choć od obecnej generacji modelu 911 wszystkie silniki będą turbodoładowane. Ale ten – to turbo wśród turbo. Nie chodzi już o fakt doładowania silnika, to określenie, które znaczy po prostu top of the range. I rzeczywiście, wszystko tu jest top. Jasne, są na świecie samochody rozwijające taką samą moc, a nawet i większą. Wbrew pozorom, takich aut jest sporo. A jednak kiedy fachowcy rozmawiają o najszybszych z nich, zawsze na początku wymieniają bolid z Zuffenhausen. Nie, nie dzieje się tak z rozpędu, rytualnie. Chodzi o to, że bardzo łatwo się przekonać, iż konie mechaniczne w Porsche mają po prostu więcej siły… To bardzo ładny bon mot, ale ma uzasadnienie.

Oczywiście, nie polega na zaprzeczaniu fizyce, po prostu konstruktorzy Porsche potrafią mechanicznymi czarami sprawić, że ani jeden koń mechaniczny, ani jeden niutonometr się nie zmarnuje. Służą do tego rozwiązania, których nie mają odwagi stosować inni producenci, jak choćby współskrętne tylne koła, co przy takim charakterze i takiej mocy auta jest niewyobrażalnie trudne, a fantastycznie wspiera stabilność i sterowność samochodu zarówno podczas manewrowania na ciasnym parkingu, jak i przy prędkościach przekraczających 300 km/godz. Ale to nie koniec listy systemów, które mają z idola zrobić ideał dynamiki. Najbardziej na wspomnienie zasługują: inteligentny napęd na 4 koła i… aktywne poduszki amortyzujące mocowanie silnika i skrzyni biegów do karoserii. Ten pierwszy daje nieprawdopodobną przyczepność w każdej sytuacji drogowej, a te drugie przeciwdziałają powstawaniu niekorzystnych sił skręcających, o których istnieniu i działaniu możemy nawet nie mieć pojęcia, ale które potrafią wpłynąć na precyzję prowadzenia, a tym samym i czas okrążenia toru wyścigowego.

Między innymi dlatego zawsze czuję się malutki i głupiutki, kiedy mam do czynienia z samochodami Porsche. Bo ich twórcy są bogami maszyn i potrafią naginać prawa fizyki tak, żeby ich samochody były szybsze od porównywalnie mocnych rywali, żeby się prowadziły lepiej niżby to wynikało z prostych obliczeń matematycznych, z możliwości jego aktywnego zawieszenia, opon, fenomenalnej automatycznej, dwusprzęgłowej, wyczynowej skrzyni biegów, niewyobrażalnie precyzyjnego układu kierowniczego… Co jednak nigdy nie przeszkodzi mi skorzystać z okazji, by to wszystko wypróbować. Wypróbowałem też, oczywiście, i ten niebieski egzemplarz, a jakże. I muszę przyznać, że do tej pory nie wiem, czy niemal wszyscy, których mijałem, kierowcy i piesi, i pasażerowie komunikacji miejskiej, oglądali się za tym potworem, którym jechałem ze względu na jego kolor, czy na fakt, że to naprawdę rzadki samochód. Ale prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodziło – choć towarzyszący mi fotograf cieszył się jak dziecko na widok twarzy obserwatorów. Później przestał się cieszyć. Bo naprawdę trudne jest wytrzymanie na prawym siedzeniu, jak kierowca dostaje małpiego rozumu usiłując wykorzystać choć z 10 procent potencjału Porsche 911 Turbo S… Usiłował zająć myśli fotografowaniem, ale nic z tego nie wyszło i wreszcie zaczął skomleć, żeby go też wpuścić za kierownicę… Wierzcie mi, było o co błagać. Bo prowadzenie tego samochodu jest jak obcowanie z absolutem. Auto wykonuje natychmiast to, o czym akurat pomyśli kierowca. I to lepiej, niż to sobie wyobraził. Genialny samochód.

Smart home w ofercie… dystrybutora IT

ManagerOnline

ABC Data od dłuższego czasu sprzedaje rozwiązania tego typu firm Fibaro, D-Link, Lark, Smanos i iSmart Alarm. Ostatnio doszedł BNT. Smart home należy do najszybciej rozwijających się trendów szeroko pojętego Internetu Rzeczy. Jak wynika z badań firmy GfK, przeprowadzonych w siedmiu krajach – Chinach, Brazylii, Korei Południowej, USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Japonii – 78 proc. respondentów uważa ideę inteligentnego domu za niezwykle atrakcyjną.

Z kolei niemal 60 proc. pytanych twierdzi, że kupi produkty smart home w ciągu najbliższych dwóch lat. Rosnąca popularność smartfonów i innych rozwiązań smart sprawia, że korzystamy z nich tak, jak gdyby od zawsze były nieodłączną częścią naszej rzeczywistości. Tym samym Internet Rzeczy i idea smart home nie są już odległą przyszłością, ale powoli stają się naszą teraźniejszością.

– O idei smart home słyszała w Polsce już większość konsumentów. Mimo to, rozwiązania te nie są jeszcze w naszym kraju tak popularne, jak na zachodzie Europy czy w Stanach Zjednoczonych. Przeszkodą w ich popularyzacji wciąż pozostaje dość wysoka cena oraz skomplikowany proces instalacji. Systemy firmy BNT w znacznej mierze eliminują te problemy – uważa Maciej Jarmiński, dyrektor Działu Mobile w ABC Data. W asortymencie dystrybutora znalazł się komplet rozwiązań oferowanych przez BNT w ramach systemów LOOX i easy LOOX. Pierwszy z nich to w pełni funkcjonalny system automatyki domowej opartej na osprzęcie elektroinstalacyjnym LOOX, którego estetyka została doceniona za jakość i design tytułem „Domator 2013” w plebiscycie czytelników „Muratora”. Składa się na niego szereg podzespołów, m.in. wielofunkcyjne przełączniki, moduły wykonawcze, czujniki temperatury czy gniazda systemowe.

Z kolei system easy LOOX to tani i łatwy w montażu sposób sterowania budynkiem. Jest elastyczny w rozbudowie i daje duże możliwości doboru zakresu działania. Można go rozbudowywać w zależności od potrzeb i dostępnego budżetu. System easy LOOX może działać niezależnie, jak też stanowić rozbudowę systemu LOOX, współpracując ze wszystkimi jego elementami. Do komunikacji z poszczególnymi elementami oba systemy wykorzystują standardową instalację elektryczną 230 V oraz autorski protokół komunikacyjny LXPOWER. Aby zdalnie sterować domem, mieszkaniem czy biurem wystarczy zainstalować darmową aplikację LOOXapp na smartfonie lub tablecie. Spośród innych rozwiązań dedykowanych inteligentnym domom, systemy firmy BNT wyróżnia to, że jako jedyne mogą funkcjonować w oparciu o już istniejącą w domu instalację elektryczną. Dzięki temu korzystanie z wygód, które oferuje smart home, nie wymaga praktycznie żadnych dodatkowych nakładów pracy

Smart City a Internet Rzeczy

Wyrafinowane sensory generują ogromne ilości danych. Na razie wykorzystuje się z tego tylko 1 proc., ale przyszłość wygląda oszałamiająco

Komercyjnym możliwościom i przykładom zastosowania sensorów było poświęcone tegoroczne Teradata Business Forum, które odbyło się w Wiedniu. Za przykład, jak za ich pomocą można obniżyć koszty i przyczynić się do wzrostu innowacyjności, posłużyła instalacja inteligentnych… koszy na śmieci, którą uruchomiono w Nowym Jorku w połowie 2015 r. jako jeden z elementów projektu Smart City. Na pełny sukces miasto musiało jednak poczekać do tego roku. Wszystko zaczęło się od wyposażenia standardowych koszy na odpadki w inteligentne nadajniki, które, gdy pojemniki były niemal pełne, wysyłały sygnał do służb miejskich, żeby je opróżnić. Dobra realizacja hasła „smart”? I tak, i nie. Kosze mogły być bowiem opróżniane teraz częściej, ale koszty tego przedsięwzięcia nieoczekiwanie powędrowały niebotycznie do góry.

Sęk w tym, że po zainstalowaniu sensorów służby oczyszczania miasta opróżniały tylko te kosze, które „zadeklarowały”, iż są „prawie pełne”, pomijając sąsiadujące z nimi, nawet jeśli do ich wypełnienia brakowało niewiele i do których trzeba było przyjechać ponownie po zaledwie kilku godzinach. A to już miało mało wspólnego z pojęciem „smart”. Problem by się nie pojawiał, gdyby kosze znajdujące się niedaleko od siebie mogły wymieniać między sobą informacje na temat ich zapełnienia. Na szczęście na rynku były już dostępne sensory wyposażone w tę właśnie funkcjonalność, dodatkowo oferując aplikację optymalizującą przejazdy służb odpowiedzialnych za opróżnianie koszy. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Dzięki sprzęgnięciu ze sobą informacji przesyłanych przez sensory z mapą miasta uzyskano czystsze ulice przy kosztach porównywalnych do poprzednich.

Ale to dopiero początek…
Z analizy przesyłanych przez kosze danych można wyciągnąć dużo więcej wniosków, np. na bazie tego, jak szybko są napełniane, można wydedukować, gdzie należy dostawić dodatkowe oraz które usunąć. A także precyzyjnie przewidzieć zwiększenie ilości służb niezbędnych do ich opróżniania, np. w czasie imprez ulicznych. Nowy Jork na tym się jednak nie zatrzymał, bo do sensorów instalowanych w koszach dołożył jeszcze… Wi-Fi (ale to już w oparciu o rozwiązanie innego dostawcy), udostępniając mieszkańcom na terenie praktycznie całego miasta bezpłatny internet o przepustowości 50-75 Mb/s i to zasilany wyłącznie przez baterie słoneczne. Dodatkowo miasto może gromadzić informacje pomocne przy zarządzaniu odpadami, a na koszach na śmieci umieszczać użyteczne informacje dla mieszkańców, np. o alarmach. A dodając do tego narzędzia analityczne do badania sentymentu w kategoriach Big Data na bieżąco badać, jak użytkownikom podoba się cały pomysł. Proste? Owszem, żeby jednak powyższy system był naprawdę „smart”, nie wystarczyłyby mu dane jedynie z sensorów. W jego skład weszły bowiem także: – dane pochodzące z systemów M2M (Machine-to-Machine), które leżą u podstaw wszystkich Internet of Things (IoT), – tradycyjne dane strukturalne z systemów biznesowych typu prognoza pogody, dane demograficzne czy statystyki dotyczące efektywności transportu publicznego, – Big Data z aplikacji, reakcji/feedbacku klientów, mediów społecznościowych i innych źródeł.

Od taśm do Data Lake
Znaczenie konsolidacji danych firmy zaczęły doceniać już w latach 80. i 90. poprzedniego wieku. Dzięki integracji tych produkcyjnych, dostawczych, usługowych i dotyczących klientów można przecież obniżyć ilość i koszty napraw gwarancyjnych oraz koszty świadczenia usług, a jednocześnie zwiększyć satysfakcję klienta oraz jego lojalność. Wtedy wyciągając dane z aplikacji i ich departamentalnych mateczników udało się przełamać silosy pomiędzy systemami oraz pomiędzy funkcjami departamentów. Obecnie są natomiast już dostępne narzędzia do obróbki danych streamingowych, takich jak np. te przysyłane przez IoT. Ponieważ jednak jest ich coraz więcej i reprezentują coraz bardziej heterogeniczne typy, konieczna jest ich unifikacja w nowych strukturach, które określa się terminem Data Lake.

Siemens i Internet Pociągów
Największy problem z sensorami polega na tym, że nie zawsze dostarczają one wiarygodnych danych. Żeby móc to zweryfikować konieczne jest nieustanne analizowanie danych pochodzących z innych urządzeń, a także danych historycznych, prognozowych, finansowych czy logistycznych. W przypadku Siemensa nie byłoby możliwe przewidywanie awarii pociągów tylko na podstawie danych pochodzących z sensorów, a bez odwoływania się do obszernej bazy awarii i ustaleń, dlaczego do nich doszło. Dzięki temu już teraz można prognozować usterki silnika lokomotywy z takim wyprzedzeniem, że nie zakłóca to w najmniejszym stopniu usług świadczonych klientom. W efekcie Siemens może zagwarantować im zwrot pełnej ceny biletu na 500-kilometrowej trasie Barcelona- Madryt, jeśli pociąg spóźni się o więcej niż 15 min. Może, bo obecnie nie zdarza się to częściej niż 1-2 razy do roku. Ale nie byłoby to możliwe bez stosowania rozwiązań analitycznych nowej generacji, w tym tych oferowanych przez Teradata.

Chmura to konieczność, nie kaprys

Zaniechanie inwestycji w chmurę może w krótkim czasie zaowocować 3-5-krotnym wzrostem wydatków na IT – wynika z Huawei Cloud Conference Europa 2016, w którym wzięło udział ponad 500 osób

Zdaniem IDC, cały rynek aplikacji biznesowych wzrośnie ze 149,9 mld dolarów w 2015 r. do 201 mld dolarów w 2019 r., podczas gdy tych w chmurze z 22,9 mld dolarów w 2011 r. do 67,3 mld dolarów w 2016 r. A to oznacza, że większość firm zaakceptowała już fakt, że ich przyszłość tkwi w chmurze. Główne powody leżą nie tylko w większej skalowalności i dostępności zasobów, ale także w tym, że chmura jest bardziej ekologiczna. Dobrym przykładem jest tu infrastruktura IT dostępna w chmurze jako usługa (IaaS), która gwarantuje firmom skalowalną moc obliczeniową bez konieczności zakupu sprzętu komputerowego. Uruchamianie na niej własnych aplikacji pozwala firmom uniknąć konieczności zajmowania się nieoczekiwanymi naprawami i upgrade’ami przy relatywnie niskich kosztach rozłożonych na raty.

IT według Huawei
Chociaż Huawei jest głównie znane ze smartfonów oraz rozwiązań dla operatorów telekomunikacyjnych, ma jednak coraz szerszą ofertę także w zakresie infrastruktury IT. I to nie tylko w obszarze chmury i Big Data, ale także serwerów, pamięci masowych oraz centrów danych, współpracując z ponad 500 partnerami, w tym z Intelem i SAP- -em. W jego ośrodkach IT R&D w USA, Kanadzie, Europie i Rosji pracuje ponad 10 tys. specjalistów (na 75 tys. w całej korporacji), nie mówiąc o współpracy z wiodącymi uniwersytetami i instytutami naukowymi na całym świecie. W Polsce jednym z nim jest Poznańskie Centrum Superkomputerowo- Sieciowe, które Huawei pomogło wyposażyć w superkomputer HPC Cluster o mocy 1,37 PFLOPS, co plasuje go na 80. miejscu wśród 500 największych tego typu komputerów na świecie.

Huawei w Europie
Rynek europejski jest drugim najważniejszym dla firmy, po chińskim, przynosząc 32 proc. przychodów w 2015 r., przy dynamice wzrostu znacznie powyżej 100 proc. Rozwiązania IT najlepiej sprzedają się do sektora telekomunikacyjnego i korzysta z nich 80 proc. operatorów telco. Ponieważ tempo ich przechodzenia do chmury rośnie, to właśnie oni są najbardziej zainteresowani kupnem takich rozwiązań, jak Huawei Cloud OS (chmurowy system operacyjny), NFV (Network Functions Virtualisation – realizacja funkcji sieciowych przez oprogramowanie, a nie sprzęt) czy rozwiązania z zakresu Big Data. Jeszcze większą dynamiką mogą się pochwalić rozwiązania Enterprise IT, których sprzedaż do czterech głównych sektorów gospodarki (administracja, energetyka, transport i finanse) wzrosła w ubiegłym roku o ponad 150 proc., ale dużą popularnością zaczynają się też cieszyć w edukacji.

 

 

Cyfrowa transformacja zmienia prawa ekonomii

O tym, dlaczego główny informatyk musi umieć rozmawiać z biznesem językiem aplikacji i funkcjonalności, jakie one oferują, opowiada Brian Gammage, Chief Market Technologist w firmie VMware.

IDC prognozuje, że do końca 2017 r. cyfrowa transformacja będzie podstawą strategii dla dwóch trzecich firm z listy Global 2000. Z drugiej strony nie brak opinii, że to żadna rewolucja, bo z cyfryzacją mamy do czynienia od dawna. Czym dla pana jest cyfrowa transformacja?
Nawet jeśli pojęcie cyfryzacji nie jest niczym nowym, to nie oznacza, że nie dzieją się teraz bardzo istotne rzeczy. Obecnie każdy proces biznesowy zależy od technologii opartych na oprogramowaniu. W ten sposób sam biznes staje się cyfrowy i zmienia się jego otoczenie. Dla tych, którzy polegają wciąż na starszych systemach i sposobach organizacji, to zupełnie nowa sytuacja. Taka, w której startupy nie dźwigające żadnego bagażu z przeszłości mogą z łatwością zmieniać obraz rynku.

I to się dzieje na naszych oczach…
Bez wątpienia. Spójrzmy na przykład na Ubera – wystarczyły zaledwie dwie osoby, aby stworzyć aplikację mobilną, która kompletnie zmieniła zasady prowadzenia biznesu. Innym przykładem jest przemysł muzyczny. W przypadku tradycyjnego modelu, z płytami, działa prawo podaży i popytu. Jeśli chce się sprzedać miliard CD, trzeba dużo więcej zainwestować niż w przypadku miliona sztuk. W przypadku modelu cyfrowej dystrybucji sprzedaż miliarda kopii jakiejś piosenki kosztuje mniej więcej tyle, ile sprzedaż miliona kopii. Cyfrowa transformacja zmienia podstawowe prawa ekonomii.

Jaką rolę ma pełnić IT w obliczu tak fundamentalnych zmian?
Na osobach zarządzających IT spoczywa bardzo duża odpowiedzialność. Wciąż jest wiele firm, w których działy informatyczne są postrzegane wyłącznie jako strona kosztowa. Tymczasem IT powinno być traktowane jako narzędzie rozwoju firmy. W cyfrowej erze CIO musi potrafić współdziałać z biznesem, dostosowując się do prędkości, z jaką biznes dziś funkcjonuje. Dbać o to, by firma przystosowywała się do zmiany w sposób „zwinny”. Jeśli tylko pojawią się nowe wyzwania na rynku i trzeba na nie szybko zareagować, to od managera odpowiedzialnego za IT będzie się wymagać zapewnienia właściwego wsparcia, i to w jak najkrótszym czasie. Rozpoczęcie dostarczania wymaganych usług nie może zabierać tygodni czy miesięcy, bo konkurencja – często nowi gracze na rynku – może potrzebować na to jedynie godzin albo dni.

Co powinien zrobić CIO, by jak najlepiej dostosować się do nowej rzeczywistości?
Żeby posiąść umiejętność jak najszybszego reagowania na potrzeby biznesu, CIO musi przestać postrzegać IT przez pryzmat jego poszczególnych elementów. Dla biznesu hardware, middleware, systemy operacyjne i zasoby komputerowe kompletnie nie mają znaczenia. Ważne są aplikacje, które stają się przedmiotem inwestycji. Dlatego z managerami odpowiedzialnymi za biznes CIO musi potrafić rozmawiać językiem aplikacji i funkcjonalności, jakie one oferują. Jego rola w przedsiębiorstwie będzie coraz ważniejsza, ale mniej będzie dotyczyć odpowiedzialności za technologie jako takie (tym zająć się może ktoś taki jak CTO), a bardziej polegać na roli brokera działającego między biznesem a całym spektrum dostępnych technologii, usług oraz ich dostawców. Zadaniem CIO będzie połączenie ich w zestaw najlepiej odpowiadający na biznesowe potrzeby jego firmy. A skuteczność jego działania pokażą wyniki biznesowe firmy.

A jak cyfrowa transformacja wpływa na zachowania klientów?
Klienci mają obecnie znacznie większe oczekiwania niż jeszcze kilka lat temu. Dawniej, żeby użyć jakiejś technologii, trzeba było najpierw przestudiować instrukcję obsługi. Dziś, jeśli trzeba użytkownikom objaśniać działanie nowej aplikacji, to można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że nie została ona dobrze zaprojektowana. Wymagamy łatwości użycia. Dam taki przykład: córka znajomego zmieniała w ostatnim czasie cztery banki, bo nie odpowiadały jej aplikacje mobilne do obsługi konta. Bardzo cenimy sobie też czas, bo jako użytkownicy i konsumenci staliśmy się bardzo niecierpliwi. Jeśli coś nie działa wystarczająco szybko – na przykład serwis internetowy – to momentalnie porzucamy go i wybieramy inny.

Co to oznacza dla CIO?
Musi cały czas pamiętać, że coraz więcej takich niecierpliwych i ceniących wygodę klientów będzie obsługiwać jego firma. Odpowiadając za technologie na styku przedsiębiorstwa z klientami, CIO musi zapewnić odpowiednią wydajność usług i dostępność różnego rodzaju interakcji. Jego zaangażowanie jest kluczowe, bo od tego zależy koszt i efektywność modelu interakcji z klientem. A rodzajów interakcji jest coraz więcej, więc CIO musi stwarzać możliwość wykorzystania ich przez biznes. Przykładem niech będą wearables, które mogą zastępować portfele… Jeśli nowe sposoby interakcji z klientem wprowadza konkurencja, a nie my, to mamy problem.

Cyfrowa transformacja oznacza nowe możliwości dla biznesu, ale zarazem niesie poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa informacji. Jak możemy się na to przygotować?
Zmienia się sposób postrzegania bezpieczeństwa. Skuteczność w zapewnieniu ochrony przed zagrożeniami staje się przy tym łatwiejsza do zmierzenia. Określa ją czas, który jest nam potrzebny, by odpowiednio zareagować na atak. Atak, który prędzej czy później nastąpi. Dotąd wznosiliśmy wysokie mury zabezpieczeń, ale – niestety – przestały być one wystarczającą przeszkodą dla napastników. Są oni obecnie zmotywowani, dysponują dużą wiedzą i posługują się wyrafinowanymi narzędziami. Przeświadczenie, że możemy powstrzymać cyberprzestępców z dala od naszych systemów, jest błędem.

Czy możemy cokolwiek zrobić, jeśli atak staje się nieuchronny?
Jak najbardziej. Zakładając, że ktoś w końcu będzie w stanie przełamać nasze zabezpieczenia, powinniśmy bardzo starannie przygotować się na to. Najważniejsza staje się umiejętność szybkiej reakcji. Kluczowy jest czas, gdy dane klientów są zagrożone, płynący od momentu ataku do chwili jego wykrycia, a następnie zneutralizowania. Jakakolwiek zwłoka zwiększa straty wizerunkowe firmy i może prowadzić do spadku wartości giełdowej spółki. Klienci prędzej czy później dowiedzą się o ataku, ale po szybkiej i skutecznej reakcji mogą dostać od nas następujący komunikat: zdarzyło się to i to, było zagrożenie, ale poradziliśmy sobie.

Cyfrowa przyszłość sektora zdrowia

Polska służba zdrowia potrzebuje kompleksowego, cyfrowego systemu medycznego, obejmującego technologie ułatwiające pracę lekarzom oraz korzystanie z usług medycznych pacjentom.

Systemu odpowiadającego na wyzwania cyfrowej ery

Coraz częstsze wykorzystanie i lepsza integracja IT w medycynie ewoluuje w kierunku nowego modelu usług medycznych nazywanego e-medycyną (e-zdrowiem). To model świadczeń ochrony zdrowia z wykorzystaniem technologii (TEC – Technology Enabled Care). Życie i zdrowie zależy jednak nie tylko od wyspecjalizowanej aparatury medycznej, ale także od dostępu do precyzyjnych danych o pacjencie.

Wymogi prawne
W ostatnich latach projekt e-zdrowie stał się jedną z najistotniejszych inicjatyw realizowanych w ramach cyfryzacji usług publicznych w Polsce. Pierwszym krokiem cyfryzacji służby zdrowia w naszym kraju jest Elektroniczna Dokumentacja Medyczna, czyli zastąpienie papierowych recept, kart pacjentów czy skierowań elektroniczną platformą przechowywania dokumentacji medycznej. Wprowadzenie EDM w każdej placówce służby zdrowia w całym kraju oznacza sprawniejsze i szybsze diagnozowanie, szczelniejszy system finansowania, oszczędności w gospodarce lekowej i zmniejszenie kolejek do specjalistów. W jednym tylko szpitalu komputerowy system zarządzania lekami dał roczne oszczędności rzędu 5 mln zł. Niestety, projekt miał działać od sierpnia 2017 r., ale prawdopodobnie stanie się to rok później.

Polska na tle Europy
Nie ulega wątpliwości, że cyfrowa rewolucja polskiej służby zdrowia jest konieczna. Na razie mocno odstajemy od reszty Europy, co potwierdzają badania przeprowadzone przez firmę Deloitte na zlecenie Dyrekcji Generalnej Społeczeństwa Informacyjnego i Mediów KE, pokazujące integrację szpitalnych systemów informatycznych w Polsce i niektórych krajach UE. I tak, zintegrowane systemy IT do prowadzenia rozliczeń (faktury i rachunki) stosuje w Polsce tylko 58 proc. szpitali (w Niemczech 84 proc.), elektroniczna karta choroby funkcjonuje w 24 proc. szpitali, wypisy ze szpitala, zalecenia lekarskie drogą elektroniczną oferuje 32 proc. szpitali, konsultacje w zakresie radiologii – 24 proc. (45 proc. w Niemczech), elektroniczne recepty wystawia 11 proc. I aż 26 proc. placówek nie używa żadnych zintegrowanych systemów komputerowych (a tylko 10 proc. w Niemczech). Ile wprowadzenie EDM może kosztować w całym kraju? To zależy m.in. od wielkości poszczególnych placówek i stopnia, w jakim rozbudowana jest w nich sieć komputerowa. Łatwiej określić wydatki związane z oprogramowaniem polskich szpitali. Średnio będzie to 800 tys. zł dla jednej placówki. W Polsce, gdzie jest ich 800, oznacza to wydatek na poziomie 640 mln zł.

Telemedycyna
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) charakteryzuje telemedycynę jako sposób dostarczania przez specjalistów usług medycznych na dystans, z wykorzystaniem technologii komunikacyjnych do wymiany istotnych informacji dla diagnozy, leczenia, profilaktyki, badań, konsultacji czy wiedzy medycznej, w celu poprawy zdrowia pacjenta. Telemedycyna to m.in. teleopieka, telediagnostyka, telekonsultacje, telezabiegi i teleoperacje. Największą popularnością wśród pacjentów cieszą się telekonsultacje, polegające na łączeniu się z lekarzem za pośrednictwem łącza wideo. Z kolei teleopieka to monitoring parametrów życiowych pacjentów, realizowany za pomocą wyspecjalizowanych urządzeń. Pacjenci za pośrednictwem łącza internetowego mogą uzyskać poradę lub konsultację medyczną, a jeśli to konieczne – nawet wezwać ambulans. Natomiast telediagnostyka jest opisem badania wykonanego na podstawie danych multimedialnych przesłanych za pomocą łącza internetowego (np. teleEKG, teleUSG oraz teleradiologia). Najbardziej zaawansowana część telemedycyny to telezabiegi oraz teleoperacje, przeprowadzane za pomocą zdalnie sterowanego robota chirurgicznego. Konsola sterowania wyposażona jest w manipulatory, których ruchy przesyłane są za pośrednictwem bezpiecznego połączenia internetowego. W krajach zachodnich taka forma operacji cieszy się coraz większą popularnością.

ERP dla sektora ochrony zdrowia
Systemy IT w jednostkach medycznych obejmują dwa obszary: obszar zarządzania i finansów związany z prowadzeniem działalności placówki, tzw. część szara, oraz obszar obejmujący kwestie ściśle medyczne, tzw. część biała, czyli wyspecjalizowane systemy laboratoryjne, anestezjologiczne czy radiologiczne, które zapewniają digitalizację wyników badań obrazowych i korzystanie z nich w formie elektronicznej. System IT dla medycyny powinien wspierać rejestrację i rozliczenia kontraktów z lekarzami, automatycznie sugerować zakup leków czy środków opatrunkowych. Będzie też wspomagać obliczanie rentowności prowadzonej działalności medycznej oraz zapewniać możliwość planowania i budżetowania zdarzeń. Funkcje realizowane przez system do zarządzania (ERP) w placówkach medycznych dotyczą głównie obszarów kadrowo-płacowych, np. specyficznego dla rynku medycznego rozliczania czy harmonogramowania czasu pracy personelu i rozliczania kosztów. Obejmują gospodarkę magazynową, dystrybucję, CRM, system finansowo-księgowy, kadrowo- płacowy, środki trwałe czy obieg dokumentów. Zapewniają prowadzenie szczegółowej ewidencji świadczeń zdrowotnych, w tym ruchu chorych, obrotu lekiem i materiałami zużywanymi w procesie leczenia, ewidencji badań, zabiegów, konsultacji i procedur medycznych, obsługę pracowni diagnostycznych oraz wykonywanych badań laboratoryjnych.

Rynek mZdrowia
W związku z rosnącym upowszechnieniem smartfonów i tabletów oraz technologii mobilnych jednym z najdynamiczniej rozwijających się segmentów telemedycyny jest rynek mZdrowia – wynika z raportu firmy Deloitte z 2015 r. Jej zdaniem, globalna wartość rynku mZdrowia wzrośnie z 2,4 mld dolarów w 2013 r. do 21,5 mld dolarów w 2018 r., co oznacza, że średni wzrost wynosi 54,9 proc. rocznie. Liczba aplikacji mobilnych związanych z ochroną zdrowia podwoiła się w ciągu 2,5 roku i sięgnęła ponad 100 tys. Zdaniem autorów raportu, model świadczeń ochrony zdrowia z użyciem technologii cyfrowych pomoże w zmniejszeniu luki między rosnącymi potrzebami pacjentów a dostępnością usług medycznych. Kluczowymi dostawcami IT w systemie mZdrowia są operatorzy telekomunikacyjni, producenci urządzeń mobilnych, dostawcy treści oraz sama służba zdrowia. Zdaniem Deloitte, przy tworzeniu aplikacji kluczowe powinny być opinie jej pracowników, by wypełnić lukę między funkcjonalnością aplikacji a wytycznymi klinicznymi. Z kolei czynniki, które wśród pacjentów zwiększają wykorzystanie aplikacji związanych ze zdrowiem to zaufanie (69 proc. wskazań), łatwość obsługi (66 proc.) oraz gwarancja bezpieczeństwa danych (62 proc.).

Dane medyczne
Na świecie funkcjonuje ok. 16 tys. szpitali, które bez przerwy gromadzą nowe informacje o swoich pacjentach. Dzięki technologii Big Data specjaliści będą w stanie badać zależności wpływające na przebieg chorób, ryzyko zapadalności, a także prognozować rozprzestrzenianie się wirusów. Duży udział w pozyskiwaniu danych medycznych mają mobilne aplikacje zdrowotne. Większość dostępnych na rynku ciśnieniomierzy, glukometrów czy smartwatchy ma opcję komunikowania się za pomocą Bluetooth z innymi urządzeniami. Połączenie ich z aplikacjami w smartfonie umożliwia więc transfer danych. Digitalizacja systemu leczenia oraz popularyzacja przenośnych urządzeń to dwa kluczowe trendy na najbliższe lata. Z raportu Wearables Market 2015 wynika, że liczba sprzedanych urządzeń ubieralnych sięgnęła 29 mln sztuk w 2014 r., a do 2018 r. wzrośnie do 172 mln. Mimo że w Polsce technologie IT nie zrewolucjonizowały jeszcze służby zdrowia, można przyjąć, że w perspektywie najbliższych kilku lat znacząco wpłyną na poprawę standardów opieki medycznej. Eksperci zwracają jednak uwagę, że gruntowna cyfryzacja opieki medycznej i wykorzystanie dużych zbiorów danych to spore wyzwanie.

10 TRENDÓW W POLSKIEJ OCHRONIE ZDROWIA 2016 wg PWC

1. Ograniczony budżet NFZ a zmiany w wycenie świadczeń
Niedobór finansowania prowadzi do „przesuwania” środków z jednych obszarów terapeutycznych na inne poprzez modyfikację wyceny świadczeń kontraktowanych przez NFZ.

2.Kolejne oddłużenie sektora publicznego
Wyniki finansowe szpitali publicznych są złe, a obserwowany trend pokazuje systematyczne ich pogarszanie. Prognozy wskazują, że bez kolejnej ingerencji ze strony państwa sektor publiczny może osiągnąć poziom zadłużenia powodujący, że jego obsługa bieżąca nie będzie już możliwa.

3. Reorganizacja opieki szpitalnej
W Polsce jest 800 szpitali oraz ok. 220 tys. łóżek szpitalnych, co daje blisko 6 łóżek szpitalnych na 1000 mieszkańców, a to jeden z najwyższych wskaźników w Europie. Szpitale czeka restrukturyzacja, która może prowadzić do zmiany przeznaczenia niektórych oddziałów, profilu całego szpitala, a nawet do zamknięcia tych, które pogrążą się w długach.

4. Zwiększenie roli efektywności operacyjnej szpitali
Narzędzia zarządcze dające szansę na poprawę efektywności operacyjnej/kosztowej obejmują m.in.: centralizację funkcji zakupowych, centralizację funkcji wsparcia, optymalizację procesów, konsolidację podmiotów oraz wprowadzenie wynagrodzeń uzależnionych od wyników.

5.Turystyka medyczna
Rozwija się w Europie Środkowo-Wschodniej w tempie 12-15 proc. rocznie, z czego do Polski przyjeżdża niemal 400 tys. pacjentów. Wartość tego rynku szacuje się na ok. 400 mln zł, co daje ok. 26,5 tys. pacjentów szpitalnych rocznie, z czego 6-8 tys. przypada na Polskę.

6. Zmiana sposobu leczenia
Pobyty w szpitalach spadają w Europie w tempie 11-12 proc., a wzrost wykazują procedury ambulatoryjne i szpitale jednego dnia. W Polsce jest gorzej – tylko 26 proc. zabiegów usuwania zaćmy odbywa się w ramach chirurgii jednego dnia, podczas gdy w Europie – 97-99 proc. Dlatego spodziewać się można przyspieszenia działań zmierzających w tym kierunku.

7. Opieka długoterminowa
Liczba osób 65+ w Polsce wzrośnie w ciągu najbliższych 20 lat o ok. 3 mln, czyli do 8,5 mln osób. Rosnący popyt na usługi opieki długoterminowej to trend w każdym starzejącym się społeczeństwie na świecie, ale w Polsce należy się spodziewać szczególnie dynamicznego wzrostu – ok. 6 proc. rocznie.

8. Udział sektora prywatnego i wpływ na system ochrony zdrowia
Sektor prywatny dominuje w świadczeniu usług w podstawowej opiece zdrowotnej, opiece ambulatoryjnej, rehabilitacji, opiece długoterminowej czy leczeniu uzdrowiskowym. Jedynie leczenie szpitalne pozostaje domeną świadczeniodawców publicznych.

9. Telemedycyna
Polska posiada wszystkie zasoby potrzebne do rozwoju telemedycyny. Co więcej, nie potrzeba dodatkowego finansowania, tylko zmiany na tańsze oraz efektywniejsze rozwiązania telemedyczne.

10. Ewolucja pacjenta i jego wymagań
Badania wskazują, że pacjenci są coraz bardziej wymagający i następuje zmiana ich mentalności z podejścia „udało mi się dostać do lekarza” na myślenie „chcę się dostać do bardzo dobrego lekarza i kliniki, która zapewnia dobrą jakość”.

Kto się boi cyberzagrożeń

Dysproporcje w podejściu do bezpieczeństwa cyfrowego w różnych sektorach gospodarki są zadziwiające.

Najwyższą świadomość ma sektor finansowy, najniższą – przemysłowy

Tylko w ciągu ostatniego roku świadomość dotycząca bezpieczeństwa po stronie operacyjnej wzrosła w 95 proc. instytucji sektora finansowego. Dla porównania, tylko 25 proc. szefów bezpieczeństwa w sektorze publicznym uważa swoją współpracę z innymi działami za efektywną. Co ciekawe, w branży handlowej, którą charakteryzuje największe tempo wprowadzania nowych produktów i usług na rynek, zasady bezpieczeństwa są uważane za czynnik spowalniający biznes aż w 40 proc. przypadków. Z badania Microsoftu i EY „Security Trends. Bezpieczeństwo w cyfrowej erze” wynika, że jedynie 36 proc. ankietowanych przedstawicieli sektora dużych przedsiębiorstw oraz instytucji publicznych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo deklaruje, iż polityka bezpieczeństwa ich organizacji została stworzona w porozumieniu z zespołami odpowiadającymi za bieżącą działalność. A przecież zwiększenie świadomości w zakresie cyberbezpieczeństwa, zarówno wśród pracowników, jak i kierownictwa, to najlepsza droga do podniesienia poziomu bezpieczeństwa organizacji.

O ile każda z branży i gałęzi gospodarki rządzi się swoimi prawami, o tyle mają one wszystkie wspólny mianownik, którym jest technologia. Kiedy mówimy o kluczowych, z punktu widzenia biznesu, tzw. megatrendach technologicznych – przetwarzaniu ogromnych zbiorów danych w chmurze, wykorzystaniu narzędzi społecznościowych w zarządzaniu przedsiębiorstwem (social enterprise), mobilności i analizowaniu dużych zbiorów danych (Big Data) czy coraz szybciej zyskującemu na popularności Internetowi Rzeczy (IoT) – nie sposób pominąć kwestii cyberbezpieczeństwa.

– Przy tym, z jednej strony, mamy bezpieczeństwo klienta: osoby fizycznej czy prawnej, z drugiej, instytucji, która przetwarza duże zbiory danych i nie może podlegać atakom. Należy więc odpowiednio zabezpieczyć jej klientów, a tego nie uda się zrobić jednym rozwiązaniem. Dodatkowo bardzo ważna jest świadomość potencjalnych zagrożeń – uważa Paweł Jakubik, dyrektor Działu Usług i Konsultingu oraz członek zarządu polskiego oddziału Microsoftu.

Branżowe dysproporcje w obszarze bezpieczeństwa
Spośród wszystkich gałęzi gospodarki najwyższy wskaźnik cyfryzacji notuje polski sektor finansowy, plasując się na dziewiątym miejscu w Europie. Pozycja ta jest jednocześnie związana z dynamicznym i konkurencyjnym charakterem rynku, na którym ścierają się wpływy i działania lokalnych oraz światowych graczy. To oraz dość późny moment dojrzałości rynkowej przełożyło się na wdrażanie sprawdzonych i bezpiecznych rozwiązań, które z powodzeniem funkcjonowały za granicą. Stąd np. możemy mówić o szybkim rozwoju płatniczych kart zbliżeniowych czy płatności mobilnych. Działania te spotkały się z przychylnym odbiorem zarówno ze strony regulatora, który akceptował innowacje na rynku usług finansowych, jak i klientów banku, czyli użytkowników końcowych.

Sektor finansowy charakteryzuje się także najwyższym poziomem współpracy działów biznesowych z tymi odpowiedzialnymi za kwestie bezpieczeństwa. Jedynie 8 proc. ankietowanych w badaniu Microsoftu i EY uważa, że działania te są przypisane stricte do działu IT. W aż co drugiej instytucji działy biznesowe stale współpracują z managerami ds. bezpieczeństwa.

– Adopcji chmury w sektorze bankowym na całym świecie towarzyszą działania zmierzające od migracji danych do wirtualnego modelu obliczeniowego, a celem tych procesów jest m.in. osiągnięcie sprawności zarządzania. Jednak kilka rynków, w tym polski, pozostaje nadal na chwilę przed podjęciem ostatecznej decyzji o przeprowadzce do chmury – czekają bowiem na ostateczne zdanie regulatora w kwestii zatwierdzonego modelu cloud – uważa Peter Hazou, dyrektor ds. rozwoju biznesu dla sektora usług finansowych w Microsofcie. Podejście to jest, niestety, odmienne dla innych sektorów, w których biznes oddala odpowiedzialność za kwestie bezpieczeństwa. Takim przykładem może być sektor produkcji (56 proc. managerów CSO nie współpracuje z biznesem), handlowy (połowa CSO sama decyduje o kwestiach bezpieczeństwa) oraz sektor usług publicznych, w którym odpowiedzialność jest delegowana w 37 proc. przypadków.

Zachowawczy nie zawsze znaczy bezpieczny
Żaden inny sektor nie może się równać poziomem cyfryzacji z finansami. Jednocześnie obraz ten powtarza się w kwestii wydatków na bezpieczeństwo. Właśnie w tej branży jest spodziewany najwyższy wzrost nakładów na bezpieczeństwo, który potwierdziło 64 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach uplasowały się handel (35 proc. deklaracji) oraz administracja publiczna (29 proc.). Na samym końcu znalazł się sektor przemysłowy, gdzie wzrost wydatków na cyberbezpieczeństwo deklaruje jedynie 19 proc. managerów. Fakt ten dziwi o tyle, że wraz ze wzrostem roli technologii (w tym IoT) bezpieczeństwo systemów produkcyjnych będzie coraz poważniejszym wyzwaniem dla przemysłu.

Ważne Informacje

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...