.
Strona główna Blog Strona 108

Winni wzrostu cen w Polsce to …?

    WYNIKI BADANIA CENTRUM IM. ADAMA SMITHA I PANELU BADAWCZEGO ARIADNA. 

    Celem badania było pokazania jak kształtują się w czasie opinie Polaków na temat winnych aktualnej sytuacji inflacyjnej. Porównanie dotyczy dwóch okresów to jest 18-21 lutego 2022, czyli przedednia wybuchu wojny w Ukrainie oraz 9 – 12 września 2022, gdy inflacja według GUS jest na poziomie 17,2%.

    Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla Centrum i. Adama Smitha na panelu Ariadna we wrześniu 2022 roku. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa N=1092 osób w wieku od 18-tu lat wzwyż, gdzie kwoty zostały dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Metoda: CAWI.

    Według badanych od początku rozpędzania się tegorocznej inflacji (w lutym 2022 roku była ona na poziomie 8,5%) w przeświadczeniu Polaków głównym winowajcą takiego stanu rzeczy jest rząd w Polsce. Rosyjska wojna na Ukrainie, a co za tym idzie rozwijająca się destabilizacja gospodarcza oraz polityczna w Unii Europejskiej jedynie utwierdziły respondentów w odpowiedzialności rządu za inflację.

    Od lutego 2022 z 13% na 22% wzrosła ilość deklarujących, że winę za inflację ponosi rosyjska wojna na Ukrainie. Jest to wprawdzie wzrost deklaracji o prawie 70%, co nadal stanowi mniej, niż połowę obciążających winą za inflację rząd w Polsce. W porównaniu z lutym 2022 r. Polacy mniej obciążają za inflację NBP.

    Stosunkowo mniejszą winą za inflację obciążają polski rząd osoby z podstawowym wykształceniem, a najbardziej osoby z wykształceniem wyższym. W lutym winą za inflację polski rząd obciążało 39% osób z wykształceniem podstawowym i 52% z wyższym. We wrześniu 2022 z wykształceniem podstawowym 43%, z wykształceniem wyższym 57%.

    Tylko 1% mieszkańców miast pow. 500 tys. mieszkańców winą za inflację obciążała Unię Europejską.

     

    Komentarze ekspertów Centrum im. Adama Smitha:

    Andrzej Sadowski:

    Inflacja jest dziś tak popularna w świadomości obywateli, jak rosyjska wojna na Ukrainie. W społecznej percepcji wzrasta odpowiedzialność rządu w Polsce za inflację, co wskazuje na nieskuteczną próbę przerzucenia odpowiedzialności za nią wyłącznie na czynniki zewnętrzne i niezależne od wewnętrznej polityki samego rządu. Rozpoczęcie podwyżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej, bardzo często utożsamianej z samym NBP sprawia, że sam bank centralny nie jest już w pierwszej kolejności obarczany za inflację. Nie przyniosła też skutku kampania wskazująca, że za wzrost inflacji, która m.in. spowodowana jest wciąż rosnącymi cenami energii elektrycznej odpowiedzialna jest Unia Europejska z polityką klimatyczną, która została narzucona również i Polsce.

    Wraz z realnym, a nie statystycznym wzrostem inflacji, która rozwija się za sprawą prowadzonej przez rząd polityki proinflacyjnej, w społeczeństwie wzrastać będzie poczucie bezpośredniej odpowiedzialności samego rządu za nią i jej coraz bardziej dramatyczne dla życia konsekwencje.

    Anna Gołębicka:

    Coraz dotkliwiej zaczynamy odczuwać inflację. Polacy z miesiąca na miesiąc tracą swoje oszczędności, a za zarobione pieniądze mogą kupić już znacznie mniej. Jednoznacznie widać też, że inflacja jest i będzie towarzyszyła nam przez kolejne miesiące, a nawet lata. Rząd nie jest w stanie wyjść z tej sytuacji, ani realnie, ani nawet komunikacyjnie. Nie daje poczucia Polakom, że panuje nad sytuacją oraz że ma strategiczny pomysł na jej zatrzymanie i przywrócenie im finansowego bezpieczeństwa.

    Jeśli weźmiemy pod uwagę sytuację w krajach UE, gdzie średnia inflacja wynosi 10,1%, a we Francji 5,6%, czy nawet 10% w Niemczech, to w Polsce sama inflacja bazowa (po wyłączeniu cen żywności i energii) ma prawie 10%, dlatego trudno się dziwić, że Polacy obwiniają za nią w pierwszej kolejności rząd.

    Zaskakujący jest fakt, że od lutego do września, kiedy inflacja ciągle rosła, a rząd przeprowadził szereg kolejnych działań zwiększających podaż pieniądza w Polsce, w niewielkim tylko stopniu przybyło obywateli obwiniających za inflację rząd.

    Prezentowany wynik społecznej oceny pokazuje, że inflacja staje się istotnym czynnikiem, który będzie miał wpływ na decyzje o zmianach na scenie politycznej.  Dynamiczne, ale i chaotyczne działania gaszące na chwilę niezadowolenie społeczne wynikające z inflacji oraz wzrostu cen, ale nie usuwające źródeł inflacji mogą tylko zwiększać przekonanie w społeczeństwie o odpowiedzialności rządu.

     

    Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha: 501 601 577
    Anna Gołębicka, ekspert Centrum im. Adama Smitha: 693 714 178
    Dr Tomasz Baran, pracownik naukowy Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, panel Ariadna tel.: 729 018 018

     

    Konsolidacja i usieciowienie rynku fitness

      Paweł Ciszek, założyciel i prezes zarządu Just GYM Sp. z o.o., lidera krajowej branży fitness w segmencie zautomatyzowanych klubów 24-godzinnych, mówi o coraz większej aktywności fizycznej Polaków i o tym, jak rozwija sie związany z tym biznes.

      Panie prezesie, aktywność fizyczna zyskuje na znaczeniu. Mam wrażenie, ze od dawna nie była tak doceniana, jak ostatnio.

      Tak, choć na przestrzeni ostatnich dwóch lat istotnie zmieniła sie motywacja do podejmowania aktywności fizycznej. Przyczyniła sie do tego głównie pandemia. O ile wcześniej głównym motywatorem była chęć poprawy zdrowia fizycznego, o tyle od roku na pierwszym miejscu jest dążenie do wsparcia kondycji psychicznej. Trzecim głównym motywatorem niezmiennie pozostaje dbałość o sylwetkę. Wsparcie zdrowia psychicznego
      jest szczególnie ważne dla czterdziestolatków, a dbałość o sylwetkę dla osób do 30. roku życia. Co ważne, coraz więcej młodych ludzi traktuje aktywność fizyczna jako formę profilaktyki zdrowotnej.

      Czyli niekoniecznie naszym ulubionym zajęciem jest leżakowanie na kanapie przed telewizorem?

      Upodobania są i będą różne, ale już 65 proc. Polaków uważa sie za aktywnych fizycznie. Najczęstsza aktywnością są spacery i jazda rowerem, a aktywność w klubach fitness jest na trzecim miejscu. Leżenia na kanapie w statystykach nie zauważyłem, ale w życiu – owszem. Po prostu nie o wszystkim mówimy ankieterom. Trochę trzeba się domyślać. A na poważnie, statystyki obejmują tez nasza bierność, a konkretnie spędzanie czasu wolnego w pozycji siedzącej. 39 proc. Polaków spędza tak od trzech do czterech godzin po pracy dziennie, 15 proc. od pięciu do aż sześciu godzin dziennie.

      Nie brzmi to najlepiej…

      Jak to mawiają Anglosasi: „I couldn’t agree more”. Pozostaje mieć nadzieje, ze badania ankietowe, na których opierają sie te statystyki, są obarczone sporym błędem. Ale wszyscy znamy przysłowie o nadziei… Tak czy inaczej, z badan wynika, ze mimo iż 65 proc. naszych obywateli jest w swoim własnym mniemaniu aktywnych fizycznie, to zaledwie ok. 40 proc. osób aktywnych zawodowo wypełnia zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia odnośnie do aktywności fizycznej, a mówią one o minimum 150 minutach umiarkowanej lub 75 minutach intensywnej aktywności w tygodniu.

      Ma pan bardzo duże doświadczenie biznesowe w budowaniu sieci sprzedaży detalicznej produktów FMCG. Skąd zatem pomysł na branżę fitness?

      Przed stworzeniem Just GYM byłem zaangażowany w analizę i wdrażanie w Polsce wielu ciekawych koncepcji biznesowych, które z powodzeniem funkcjonowały na bardziej rozwiniętych rynkach, ale w naszym kraju nie były jeszcze obecne lub dopiero raczkowały. Jedna z nich były wysoce zautomatyzowane kluby fitness. Intuicja podpowiadała mi, ze jest to produkt idealny na nasz rynek. Dlatego z końcem 2016 r. powstały założenia do naszego projektu, a pierwszy klub otwarty został już kilka miesięcy później.

      A czym właściwie jest Just GYM?

      Tym, czego oczekują nasi klienci. Od początku chcieliśmy stworzyć kluby otwarte na wszystkich, pokazując przy tym, ze aktywności fizycznej i zdrowego stylu życia nie należy się bać. Dostępność 24-godzinna, jakość sprzętu i wnętrz oraz atrakcyjna cena były głównymi driverami przy tworzeniu naszej oferty. Już na etapie budowy klubów zadbaliśmy o najlepsze materiały, ale i nietuzinkowe podejście do wnętrz. Mimo sieciowości i powtarzalności podstawowych parametrów każdy klub ma indywidualne, wyróżniające go cechy, podkreślające lokalna specyfikę klubu. Lokalność jest bowiem ważna i ciekawa. Siec natomiast daje wysokie standardy zarzadzania i gwarantuje atrakcyjność cenowa dla klienta. Wyposażenie klubów w najnowsze maszyny fitness od światowych liderów to z kolei gwarancja niezawodności. Ważnym aspektem naszej oferty jest jej elastyczność i prostota w zakupie członkostwa, gdyż nie wymagamy zawierania długoterminowych umów. Jeśli klient ma taka potrzebę, to może samodzielnie, w każdym momencie rozwiązać umowę z miesięcznym wypowiedzeniem.

      Jaka pozycje rynkowa osiągnęliście? Czy z pana punktu widzenia projekt odniósł już sukces? Proszę podać kilka liczb dla zilustrowania skali biznesu.

      Dziś jesteśmy już liderem w swoim segmencie zautomatyzowanych, 24-godzinnych klubów fitness, zarządzamy na terenie całego kraju 26 klubami o powierzchni blisko 54 tys. mkw. Dzienna frekwencja sięga ok. 1,2 tys. odwiedzających każdy klub, czyli tyle, ile niezły  dyskontowy sklep spożywczy. Takie kluby stanowią duża atrakcje dla właścicieli centrów handlowych czy biurowców, gdzie są lokalizowane. Polacy coraz częściej stawiają na zdrowy tryb życia i dbałość o zdrowie, którego jednym z elementów składowych są ruch i aktywność fizyczną. Wraz ze wzrostem zamożności przeznaczamy coraz więcej pieniędzy z miesięcznego budżetu na rozrywkę i sport, ale porównując sie do bardziej gospodarczo rozwiniętych krajów Europy Zachodniej, wciąż widzimy spory potencjał naszego rynku. Tylko ok. 8 proc. Polaków aktywnie ćwiczy w klubach fitness, podczas gdy na przykład w Hiszpanii ten wskaźnik wynosi 11 proc. Mamy zatem jeszcze wiele do zrobienia.

      Jakie były kluczowe czynniki sukcesu tego projektu? Jaka role odegrało pana doświadczenie w budowaniu dużych sieci handlowych?

      Jedna z kluczowych rzeczy w każdym projekcie w retailu są lokalizacje. Nawet najlepszy koncept ze słabymi lokalizacjami nie zdoła sie obronić. Dlatego nasz zespół zarządzający tworzyliśmy w oparciu o doświadczonych ludzi z branż handlowych i usługowych. Zarządzaliśmy tez dużym portfelem nieruchomości, dlatego łatwiej nam sie porozumieć z deweloperami. Poza lokalizacjami, które są bardzo istotne, w naszym koncepcie kluczowy jest reżim budżetowy, bo Just GYM jest w gruncie rzeczy konceptem dyskontowym. Podobnie jak w sklepach dyskontowych oznacza to tania ofertę, ale o wysokiej jakości. Daleko posuniętą automatyzacja pozwala nam oferować bardzo przystępną usługę na skale masowa. Brak basenu czy sauny nie jest problemem, bo niewiele osób korzysta z takich dodatkowych atrakcji, a koszty ich utrzymania obciążają wszystkich klubowiczów. Dlatego u nas tych dodatkowych kosztów nie ma. Polski klient lubi i docenia taka ofertę, zwłaszcza w dzisiejszych, niełatwych czasach.

      Jak poradziliście sobie w okresie pandemii i licznych ograniczeń w prowadzeniu biznesu?

      Pandemia mocno naznaczyła branżę fitness. W dalszym ciągu zmagamy sie z jej skutkami i to szybko sie nie skończy. Odbudowanie pozytywnych nawyków dbania o siebie wymaga czasu. Natomiast powoli obserwujemy powrót klientów do klubów i wzrosty wyników sprzedażowych. Optymistycznie patrzymy w przyszłość. Przyrost klientów jest powolny, ale widoczny. Aktywność fizyczna w myśleniu ludzi zdecydowanie zyskała na znaczeniu, gdyż utrzymywanie dobrej sprawności zwiększa nasza odporność na choroby. Nie tylko ma ona pozytywny wpływ na nasze ciało, lecz także poprawia samopoczucie i zapewnia dobry nastrój. Jeżeli chodzi o właścicieli wynajmowanych nieruchomości, to na bieżąco staraliśmy się dochodzić do porozumienia. Mieliśmy świadomość, ze oni tez byli zaskoczeni pandemia, a jej bezprecedensowy charakter powodował, ze politykę i ścieżkę postepowania z najemcami trzeba było dopiero opracować. Nasz zespół zawsze mocno naciskał na budowanie relacji. Teraz staramy sie wspólnie odbudować rynek. Wiem, ze zawsze na pierwszym miejscu jest przetrwanie własnej organizacji, ale potem trzeba również ze sobą współpracować. Oceniając ten czas, uważam, że mimo trudności udaje się wspólnie odrobić straty, jakie ponieśliśmy w minionych okresach, choć jeszcze daleka droga do wyników sprzed pandemii.

      Czy wasza oferta kierowana jest wyłącznie do klientów indywidualnych, czy do firm w modelu B2C?

      Jesteśmy otwarci na współprace z firmami, które zgłaszają sie do nas bezpośrednio z prośba o współprace, a są to zarówno małe lokalne firmy, jak i przedstawiciele dużych zakładów pracy, np. Grupy ORLEN. Nasz program Just BUSINESS kierowany jest do klientów biznesowych i stanowi alternatywę dla kart sportowych. Jedynym warunkiem przy zawarciu z nami umowy jest minimalna liczba 20 osób. Każdy pracownik może zaprosić do programu rodzinę lub znajomych, ale maksymalnie cztery osoby na jednego pracownika.

      Do jakich firm kierowana jest ta oferta i czy wyróżnia sie czymś na tle konkurencji?

      Oferujemy partnerom przestronne i przyjazne kluby wypełnione sprzętem z najwyższej półki. Wszyscy uczestnicy programu mogą korzystać ze wszystkich usług klubu, w tym z różnorodnych stref treningowych oraz z bogatej oferty zajęć grupowych. Pracodawca otrzymuje dostęp do panelu Just BUSINESS, za pomocą którego może generować raporty, np. o liczbie i długości wejść uczestników programu do klubu Just GYM. Oczywiście, nasza oferta może nie jest tak szeroka, jak programy liderów rynku kart sportowych, ale potrafi być bardzo atrakcyjna cenowo.

      Czy rynek klubów fitness jest rynkiem aktywnym w zakresie fuzji i przejęć?

      Oczywiście. W ciągu ostatnich kilkunastu lat w Europie realizowano od 7 do 24 istotnych transakcji rocznie, choć danych z ostatniego półtora roku jeszcze nie posiadamy, a być może w tym okresie liczba transakcji była nawet wyższa ze względu na problemy wielu klubów związane z pandemia. Nabywcami są głównie inwestorzy branżowi.

      No właśnie. Niedawno strategicznym inwestorem Just GYM została Grupa Medicover. Dlaczego taki wybór?

      W branży fitness w Polsce już od kilku lat następuje powolna konsolidacja i usieciowienie rynku. Do tej pory polski rynek fitness w ok. 8 proc. należał do klubów zrzeszonych w różnych sieciach. Teraz ten proces przyspieszył i konsolidacja stała się dość wyraźna. Historycznie jako jedni z pierwszych low-price’owych klubów podpisaliśmy umowę z operatorem pakietów sportowych OK System, który w 2018 r. został przejęty przez Medicover, więc nasza historia zaczęła się dużo przed akwizycja. Z początkiem września 2021 r. Medicover stał się większościowym udziałowcem w naszej sieci, a ta transakcja jest niejako konsekwencja realizacji ich strategii, czyli intensywnego rozwoju w takich zakresach, jak zdrowotne, szeroko rozumiane wellbeing, sport i rekreacja. Dodać można, ze włączenie Just GYM do portfolio Medicoveru to kolejna inwestycja firmy w obszarze sportu i rekreacji w ciągu ostatnich lat, w której to grupie funkcjonuje już ponad 100 klubów. Grupa kapitałowa Medicover to duży gracz notowany na giełdzie w Sztokholmie, z silnym potencjałem dalszego wzrostu, także międzynarodowego. Łączy nas tez innowacyjne myślenie, mam nadzieję, że wkrótce pojawią sią wspólne ciekawe produkty dla naszych klientów. Just GYM, dzięki połączeniu z tak renomowaną marką i stabilnym biznesem, może tylko zyskać.

      Jakie są pana, jako założyciela spółki, ambicje w kwestii dalszego rozwoju Just GYM?

      Tak jak wspomniałem wcześniej, jesteśmy już liderem w swoim segmencie, natomiast nie zatrzymujemy sie i dalej pozyskujemy atrakcyjne lokalizacje na kolejne lata, planując 8–10 otwarć rocznie. Oczywiście nic na siłę, to nie jest wyścig, bo zależy nam na zrównoważonym, mądrym rozwoju, z dużą rentownością w każdym miejscu naszego biznesu.

      Jakie kierunki rozwoju branży fitness przewiduje pan w Polsce?

      Myślę, że najbliższa przyszłość nie przyniesie nam wielkiej rewolucji, ale na pewno rok 2023 będzie kolejnym okresem w rozwoju i umacnianiu pozycji rynkowej obecnych podmiotów sieciowych. Konsolidacja rynku będzie postępować. W najbliższym czasie zobaczymy tez mocniejszy proces specjalizacji poszczególnych placówek, która jest tak bardzo widoczna na rynkach zagranicznych. Nadal będzie silna presja na niska cenę usług.

      Dziękuję za rozmowę.

      rozmawiał Adam Dariusz Maciejewski

      Sport ponad granicami

        Robert Korzeniowski, wybitny sportowiec, manager i dziennikarz, opowiada o swoim zaangażowaniu w działalność fundacji promującej lekka atletykę wśród dzieci i młodzieży, ale też budującą mosty ponad granicami.

        Od naszej poprzedniej rozmowy dla „Managera” minęło piec lat. Czym sie pan obecnie zajmuje?

        Moje życie zostało przebudowane przez czas pandemii. Ostatnie duże zadanie korporacyjne zakończyłem wiosna 2020 r. Był to CCC Team, projekt kolarski, za który odpowiadałem marketingowo ze strony sponsora głównego. Cóż, nie pojechał dalej… Podzielił los wielu innych znakomitych przedsięwzięć. Generalnie rzecz biorąc, był to świetny projekt, który miał ogromne szanse powodzenia. Co więcej, w jego ramach współpracowaliśmy z UNICEF. Właściwie w 2020 r. powinienem był pakować sie na igrzyska w Tokio, ale i one zostały przesunięte o kolejny rok. Wszystko to spowodowało, ze w oczekiwaniu na koniec lockdownu zaangażowałem się w tworzenie projektów fundacyjnych dla młodych sportowców oraz edukacyjnych dla biznesu. Przygotowałem kurs e-learningowy dla średnich i dużych firm pod hasłem „Każdy krok na wagę złota”. Zrobiłem to razem z Aleksandra Pogorzelska, doktor psychologii, i moja żona Justyna, która przez ponad 20 lat była managerem do spraw jakości w najważniejszych spółkach farmaceutycznych. Podobnie jak wielu innych z konieczności przeszedłem do trybu online.

        A co z pana sportowymi planami?

        W tym jakże trudnym okresie umocniłem funkcjonowanie klubu sportowego, który działa w ramach fundacji powołanej przed trzema laty. Zdecydowałem sie na to, ponieważ doszedłem do wniosku, że funkcjonowanie wyłącznie na gruncie korporacyjnym i biznesowym może mieć krótkie nogi. Wole pracować z firmami na zasadzie partnerskiej, a nie angażować sie jako manager w przedsięwzięcia, które wyłącznie maja przynosić profity ich właścicielom. Zawsze chciałem prowadzić edukacje wspierająca sport i zdrowy styl życia. Właśnie dlatego utworzyłem fundacje oparta w nazwie na moim nazwisku. Nie był to przejaw megalomanii, ale rozsądna kalkulacja, ponieważ nadal otwiera ono wiele drzwi… Klub lekkoatletyczny przy fundacji działa w sześciu lokalizacjach w Warszawie. Jest miejscem umożliwiającym budowanie ścieżki rozwoju młodym talentom sportowym. Regularnie trenujemy na stadionach i w salach gimnastycznych. Przyjęliśmy założenie, ze sport powinien być blisko domu. Młody człowiek chcący spełnić swoje sportowe marzenia nie powinien jechać półtorej godziny przez zakorkowana Warszawą. Chodzi o to, żeby, tak jak w małych miasteczkach, pieszo doszedł do punktu, w którym może trenować. Udało sie nam to zorganizować w taki właśnie sposób w kilku dzielnicach: jeśli jest nawet kawałek drogi od jakiegoś osiedla, to z łatwym dostępem do metra lub tramwaju. Prowadzimy cykl mityngów, pod nazwa Korzeniowski Cup, stanowiący odpowiedz na potrzeby samorządowców, którzy często prosili: „Panie Robercie, niech pan sprawi, żeby cos sie działo na naszym stadionie…”.

        Działalność Fundacji Roberta Korzeniowskiego dotyczy tylko stolicy?

        Mieszkam w Warszawie, trudno jest mi krążyć po całym kraju, ale jednak sie nie
        ograniczamy. Przygotowaliśmy specjalna sierpniowa edycje lekkoatletycznego mityngu Korzeniowski Cup i otwartego marszu z Walking Lovers w Karpaczu, gdzie na koniec zgrupowania sportowego odbędzie sie miejski marsz dla wszystkich chętnych i aktywnych, a potem zawody na pełnowymiarowym stadionie. Mamy też – mówiąc żartobliwie – wersje eksportowa w Cieszanowie, w miejscu, gdzie sie urodziłem. Miejscowość ta leży zaledwie 20 km od ukraińskiej granicy i 40 km od poligonu w Jaworowie, który 26 marca został zbombardowany przez Rosjan. W Cieszanowie zdarzały szyby, mieszkańcy nie wiedzieli, co sie dzieje. A maja powody do obaw, ponieważ wojna rozgrywa sie bardzo blisko ich domów.
        Nie mogliśmy na to nie zareagować.

        Co w związku z tym zrobiliście?

        We współpracy z Fundacja Folkowisko przygotowaliśmy obóz dla dzieci w wieku 9–15 lat z Jaworowa. Na marginesie, przekonaliśmy się, ze fundacja to taki twór, który przyciąga inne fundacje. Tak to działa w świecie NGS-ów. Nagle okazuje się, ze wszystkim nam jest bardziej po drodze. Nie działamy w układzie firma-sponsor, tylko mówimy: „Mamy projekty, które są nam bliskie, co możemy razem zrobić?”. Marcin Piotrowski, który jest szefem Folkowiska i stworzył Festiwal Kultury Pogranicza, zaczynał działalność w swoim własnym domu, w którym organizował coraz to większe imprezy z okazji kolejnych rocznic ślubu ze swoja żoną Marina. Obecnie Marcin jest totalnie zaangażowany w pomoc humanitarna. Jego emisariusze docierają do najdalszych zakątków Ukrainy. Wożą tam leki, żywność, sprzęt medyczny. W związku z tym gdy rozmawiał ze mną o kolejnym zgrupowaniu w Cieszanowie, bo byliśmy tam już rok wcześniej, wspólnie stwierdziliśmy: musimy zaprosić na zgrupowanie dzieci z Ukrainy. I tak sie stało. Gościliśmy dziesięcioro młodych sportowców z Jaworowa i ich dwie nauczycielki. Na zawody przyjechały tez dzieci ze Lwowa.

        Jak wyglądało sportowe porozumienie ponad granicami?

        Była to prawdziwa integracja. Wciągnęliśmy do niej również dzieci z Cieszanowa. Okazało, ze wszyscy mówią wspólnym językiem i nie ma żadnych barier kulturowych. Dzieci zostały ubrane w takie same koszulki obozowe, w związku z czym nikt się nie wyróżniał. Wspólnie biegały, pływały kajakami. W czasie turnieju piłkarskiego drużyna z Jaworowa grała przeciwko lokalnej, a cała Warszawa kibicowała małym Ukraińcom i w dodatku wystawiła im swojego bramkarza. Kiedy strażacy z okazji lokalnej uroczystości włączyli syreny, przybiegli do mnie obozowicze z Warszawy i prosili, by szybko wyłączyć sygnał, bo ich koledzy z Jaworowa są przestraszeni. Działo się coś niesamowitego. To było magiczne, a zarazem autentyczne. Marcin Piotrowski zorganizował ekologiczne warsztaty kulturowe. Wspólna rywalizacja, budowanie piramid, przechodzenie przez jakieś chaszcze lub korytem rzeczki Łówcza powodowały, ze dzieci zawsze były razem. Gdy wybieraliśmy grupy do różnych zabaw i zawodów, odliczaliśmy do trzech, tworząc zespoły mieszane z dzieci z Jaworowa, Warszawy i Cieszanowa. Podobnie było podczas chrztu obozowiczów. Mam nadzieje, ze to dopiero początek jakiejś większej współpracy.

        Czy odwiedził pan w tym czasie Ukrainę?

        Razem z żoną wyskoczyliśmy na jeden dzień za granice. Skoro świt, wspólnie z burmistrzem Cieszanowa Zdzisławem Zadwornym pojechaliśmy do Jaworowa, Nowojaworowska, a nawet zahaczyliśmy o Lwów. Chcieliśmy poznać samorządowców i ludzi, którzy tam pracują na co dzień. Byliśmy w składach pomocy humanitarnej. Tym, co wzbudziło mój zachwyt, były dwie budowy – schronu w urzędzie miasta oraz… stadionu piłkarsko- lekkoatletycznego. Ludzie chowają sie przed bombami, ale tez mówią: „Tu jest jakaś przyszłość, tu sie jeszcze będzie dużo działo. W związku z tym budujemy obiekty sportowe, bo one są dla nas ważne i to nam daje poczucie normalności”. Hala sportowa w Jaworowie to dziś niekończący sie rząd łózek, na których śpią wewnętrzni uchodźcy ukraińscy. Zawodnicy z lokalnej znakomitej drużyny trójboju siłowego trenują w tym samym czasie miedzy zapleczem sanitarnym a szatniami. Obiecaliśmy im i sobie, ze gdy tylko zapanuje pokój czy przynajmniej trwały rozejm, zorganizujemy tam Korzeniowski Cup. Bardzo w to wierze. Mam nadzieje, ze znajdziemy też partnerów biznesowych, którzy będą nas wspierać, byśmy ściągali do Polski uformowanych lekkoatletów.

        Czy na rzecz fundacji pracują już sportowcy z Ukrainy?

        Postanowiliśmy, że będziemy ich wspierać zawodowo. Trafiła do nas Tamara Hawryliuk, reprezentantka Ukrainy, trenerka z Żytomierza, która spędziła pięć dni w piwnicy pod ostrzałem. W Warszawie współpracuje z nami już w sumie czworo trenerów ukraińskich. Na początku byli bardzo przejęci, nie wiedzieli, jak będzie wyglądał ich pobyt w Polsce. Dzisiaj budują swoja niedaleka przyszłość w oparciu o Polskę. Trenują dzieci ukraińskie. Doskonale ich rozumiem. Sam byłem emigrantem we Francji, trochę dziwadłem z innego systemu, ale sprawnie sobie poradziłem w nowej rzeczywistości. Funkcjonowałem tam na swoich warunkach jako sportowiec lub trener. Nie byłem chłopakiem, który po godzinach zmywał naczynia, a potem chciał trenować. We Francji miałem status obcokrajowca, który ma cos sensownego do zaoferowania. Uważam, że uchodźcy z Ukrainy powinni mieć podobne możliwości wykorzystywania swoich kompetencji zawodowych, a dzięki temu mogą być dla nas źródłem wielu benefitów i kapitalnie oddziaływać na społeczność ukraińska, która od dawna z nami współżyje. Nie chodzi o jakieś chłodne kalkulacje, ale możemy mądrze wykorzystać czas zawieruchy. Przyjrzyjmy się uchodźcom, co potrafią najlepszego robić, wesprzyjmy ich w nauce języka. Dajmy szanse, by pracowali w swoich zawodach. Irina Kowal, która etapami jechała z Doniecka do Lwowa i teraz chce się przeprowadzić do Warszawy, mówi: „Chce pracować jako trener lekkiej atletyki w Polsce i jeszcze pomogę dzieciakom z Ukrainy”. A nasza fundacja chce jej pomóc. Mamy kolejne wspólne plany z Fundacja Folkowisko. Myślimy o sciąganiu lekkoatletycznej, wyczynowo trenującej młodzieży z Charkowa i ze Lwowa, ale tez z dalszych rejonów dotkniętych wojna, która kradnie im czas na rozwój talentu.

        rozmawiał S.P.

         

         

        Teams work przynosi efekty

          Wojciech Trojanowski, członek zarządu firmy STRABAG, mówi o tym, co oznaczają obecne wyzwania polityczne i ekonomiczne dla branży budowlanej oraz jak przetrwać poważny kryzys, myśląc nie tylko o sobie, lecz także o partnerach biznesowych i klientach.

          Firmy budowlane co kilka lat przerabiają podobny scenariusz: rozpoczyna sie boom, który nakręca ceny materiałów i robocizny. A to oznacza problemy.

          Obecnie mamy do czynienia ze znacznie trudniejszym przypadkiem. Nawiązując do znanego chińskiego przekleństwa: „Obyś żył w ciekawych czasach”, znaleźliśmy się w takiej właśnie sytuacji. Warto zauważyć, ze nasza branża obecnie ma do czynienia z ciekawymi, lecz niebywale trudnymi wyzwaniami. Od dwóch lat borykamy sie z dramatycznym wzrostem kosztów. Choć po wyjściu z pandemii gospodarka zaczęła na nowo działać, to przerwane zostały łańcuchy dostaw, a moce produkcyjne nadal są ograniczone. Jako jedni z pierwszych odczuliśmy gwałtowna inflacje w dziedzinie materiałów, które podrożały nawet o 100–200 proc. Zaczęło sie to od stali i wszystkich produktów pochodnych ropy na/owej, takich jak np.  asfalt czy PCV. Ale to nie wszystko. Brakuje wielu materiałów produkowanych w Azji i innych odległych częściach świata. Pandemia pokazała nam, jak bardzo powiązana jest gospodarka światowa i jak poważne perturbacje może spowodować jakieś wydarzenie. Przez cały rok 2021 musieliśmy na nowo szacować koszty. 24 lutego tego roku rozpoczęła się agresja Rosji na Ukrainę. Nie byliśmy w stanie tego przewidzieć, podobnie jak olbrzymich wzrostów cen energii. Na to wszystko nakłada sie znaczące osłabienie złotówki, co odzwierciedlają podwyżki cen produktów ropopochodnych przede wszystkim asfaltu. Inflacja to największy problem dla przedsiębiorców, którzy nie są w stanie z dnia na dzień planować budżetów. Uderza ona nie tylko w konsumentów, co odczuwamy, robiąc zakupy, ale przede wszystkim w firmy, które musza realizować umowy i chcą utrzymać sie na rynku.

          Jak wojna wpłynęła na rynek pracy?

          Szacujemy, ze o ok. 30 proc. zmniejszyła się liczba obywateli Ukrainy, którzy pracowali w zeszłym sezonie w sektorze budowlanym w Polsce. Wielu z nich pojechało walczyć o swój kraj. Niektórzy nie wrócili po zimie, która tradycyjnie spędzali z rodzinami. Przyjeżdżali, kiedy rozpoczynał sie sezon budowlany, zwykle w połowie marca. Zdarzało się też tak, ze pracownik został na Ukrainie, a w Polsce czekała na niego rodzina. W takich przypadkach, oczywiście, udzielaliśmy pomocy.

          Czy wszystko to, o czym pan mówi, może zahamować lub ograniczyć rozbudowę infrastruktury transportowej?

          Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nadal organizuje przetargi, składamy oferty na nowe kontrakty. Rozbudowa sieci drogowej nie została zatrzymana. Od kilku lat możemy korzystać z klauzul waloryzacyjnych na poziomie ceny kontraktowej do 5 proc., w oparciu o koszyk surowcowy. Nie spełniało to do końca oczekiwań branży, ale było krokiem w dobrym kierunku. Trzeba pamiętać, ze w przypadku GDDKiA waloryzowana jest tylko połowa ceny kontraktowej, czyli ceny musza wzrosnąć o 20 proc., byśmy dostali 10 proc. W skrócie można powiedzieć, ze ryzyka rynkowe inwestorzy powinni dzielić z wykonawcami. Doceniamy obecne działania GDDKiA, która biorąc pod uwagę nadzwyczajna sytuacje wojenna, zgodziła sie zwiększyć waloryzacje do poziomu 10 proc. Daje to przynajmniej oddech generalnym wykonawcom, choć nie pokrywa całkowitego wzrostu kosztów, z jakim mamy do czynienia. Cześć tych pieniędzy trafia do naszych podwykonawców, którzy przeżywają podobne jak my problemy, choć w innej skali.

          A jak to wygląda w przypadku innych waszych dużych klientów?

          Mam nadzieje, ze podobnie jak GDDKiA zachowa sie nasz drugi kluczowy zleceniodawca, czyli PKP PLK. Wprawdzie kontrakty zawierają 5-procentowe klauzule waloryzacyjne, w oparciu o koszyk typowy dla branży kolejowej, ale to za mało, by przetrwać tak trudny okres. Jest to postulat wszystkich firm z branży i trochę mnie dziwi, że na decyzje czekamy tak długo. Nie wygląda to dobrze również w kontekście nowych kontraktów z ta spółka, ponieważ staliśmy sie ofiara braku środków europejskich. Zarząd PKP PLK intensywnie szuka pieniędzy, np. z budżetu państwa. Opóźnienia w przetargach kolejowych coraz bardziej niepokoją branżę. Mamy nadzieje, ze te środki sie znajda i ogromne inwestycje, jakie były planowane w kolejnych latach w polskiej sieci kolejowej, będą realizowane. Trzecia bardzo dla nas ważna grupa klientów to samorządy. Realizują one większość inwestycji drogowych i kubaturowych w naszym kraju. I tutaj mamy największe problemy w dziedzinie waloryzacji kontraktów. Samorządy bronią się przed rewaloryzacja kontraktów, powołując sie na problemy prawne. Tymczasem wykładnia Prokuratorii Generalnej, w kontekście nadzwyczajnych okoliczności, czyli wojny w Ukrainie, której żadna ze stron nie mogła przewidzieć, umożliwia zmiany cen w istniejących kontraktach. Rozumiem, ze problem samorządów stanowią ograniczone środki, ale bez waloryzacji całego portfela kontraktów, nie tylko drogowych, lecz także dotyczących innych sektorów budownictwa, firmy prowadzące inwestycje mogą ponieść tak duże straty, ze przestana istnieć. Jako branża budowlana oczekujemy wiec od rządzących większego wsparcia dla samorządów, żeby te kontrakty zostały zrealizowane. Czekamy z niecierpliwością na zapowiedziane przez ministra rozwoju i technologii przepisy w tym zakresie. Proszę pamiętać, że one są zwykle finansowane z programów prowadzonych przez Bank Gospodarstwa Krajowego w ramach Polskiego Ładu. Kontrakty te przewidują płatność po wykonaniu prac bądź w dwóch ratach. To powoduje wzrost cen, gdyż firmy musza kalkulować finansowanie zgodne z obecnymi stopami procentowymi na chwile zakończenia prac. Apelujemy do BGK i do rządu o taka zmianę tych zasad, żeby samorządy mogły opłacać nasze należności zgodnie z zaawansowaniem prac, a nie na końcu inwestycji. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby mała czy średnia firma była w stanie finansować cała inwestycje, uwzględniając rosnące koszty i obecne trudności z uzyskaniem środków obrotowych na działalność. COVID i wojna kompletnie zmieniły warunki działania branży, wiec zamawiający musza to uwzględniać. Powinniśmy zrewidować plany, ustalić, co jesteśmy w stanie zrealizować, za jakie pieniądze i na jakich warunkach. Nie możemy nie zauważać tego problemu, gdyż od tego zależy również kondycja naszej infrastruktury i jakość życia obywateli. Nie mówię tylko o drogach, ponieważ budujemy tez szpitale i szkoły. A potrzeby w dziedzinie ochrony zdrowia i oświaty wzrosły skokowo, ponieważ od 24 lutego pojawiło sie w naszym kraju ok. 3 mln nowych mieszkańców.

          Mówimy o zamówieniach publicznych, ale STRABAG jest generalnym wykonawca wielu prywatnych inwestycji.

          Ze wszystkimi klientami z tej grupy uczciwie rozmawiamy na temat wzrostu kosztów istniejących kontraktów. Wszyscy, co do zasady, rozumieją, ze nie da się tych zamówień ukończyć za kwoty, które zostały ustalane rok temu, w zupełnie innych okolicznościach. Staramy sie zawsze wypracowywać rozwiązania, które są dobre dla obu stron, tak by inwestorowi pozwoliły zrealizować inwestycje, a nam wywiązać sie z umowy. Wydaje sie, ze w kolejnych kwartałach nastąpi spadek podaży nowych kontraktów, szczególnie tych na rynku prywatnym. Ekonomiści już mówią o gwałtownym spadku sprzedaży mieszkań. O ponad 60 proc. – rok do roku – zmniejszyła sie liczba kredytów hipotecznych, w związku z tym oczekujemy dużego spadku sprzedaży mieszkań. Wiele komercyjnych przedsięwzięć budowlanych, takich jak hotele czy biurowce, po prostu nie znajdzie finansowania. Dlatego pomagamy klientom optymalizować projekty, żeby obniżyć koszty. Niestety, naszym sparingpartnerem jest inflacja, która postępuje szybciej niż nasze możliwości obniżenia kosztów.

          Można powiedzieć, ze to podwójny klincz. Ceny rosną podobnie jak w całej Europie, ale spada tez wartość złotówki w stosunku do euro…

          Czyli tak jak powiedziałem na początku, żyjemy w ciekawych czasach. Mam nadzieje, ze nie staną najważniejsze inwestycje infrastrukturalne, ale potrzebna jest konsekwentna reakcja ze strony władz. Szczególnie pilne są decyzje dotyczące budowy sieci kolejowych. Nasza kolej transportuje ukraińskie zboże. W wyniku wojny Polska stała się kluczowym graczem w zakresie logistycznym. Nie może być wiec żadnych opóźnień w realizacji kontraktów kolejowych. Nas jako branże budowlana silnie dotknęły problemy transportowe. Z konieczności konkurujemy z transportem węgla i zboża. Nie dyskutuje z tym, co przez przewoźników musi być traktowane priorytetowo, ale perturbacje w tej dziedzinie spowodowały, ze nie możemy pracować w takim tempie, jak planowaliśmy. Kiedy rozmawiamy z inwestorami o kosztach, nie możemy abstrahować od kwestii dostępności infrastruktury. Budownictwo generuje ogromny popyt na usługi logistyczne, takie jak transport kamienia, kruszywa, asfaltu czy stali. Nie wszystko można przewieźć transportem samochodowym, który tez jest przeciążony. Tak wiec często stoimy nie tylko przed problemem, jak zdobyć materiały, lecz także jak je przewieźć. Kumulacja tych zdarzeń nastąpi jesienią. Jak to wygląda w innych krajach, w których działa STRABAG? Wszędzie branża budowlana boryka się z coraz większymi kosztami, kłopotami logistycznymi i trudna dostępnością materiałów. Relatywnie najlepiej wygląda to w krajach należących do strefy euro. Najlepiej ilustrują to twarde dane: w Niemczech inflacja zatrzymała sie na poziomie 8 proc. I zaczyna już spadać. W Polsce wynosi blisko 16 proc., płacimy dużo więcej za kredyty, co przekłada sie na koszty finansowania inwestycji. Oczywiście, należy pamiętać, ze znajdujemy się najbliżej linii frontu, wiec sytuacje kryzysowe i braki w logistyce u nas są bardzo wyraziste. Wzrost cen materiałów jest widoczny w innych krajach, gdzie operujemy, czyli w Niemczech, Austrii, Czechach, na Słowacji i Węgrzech. W Polsce silniej odczuwamy braki kadrowe, związane ze zmniejszeniem sie liczby pracowników nie tylko z Ukrainy, lecz także z Białorusi. Najpoważniejsze problemy inflacyjne występują w naszym kraju, w Czechach i na Węgrzech, czyli wszędzie tam, gdzie funkcjonują lokalne waluty.

          STRABAG jest jak wielki okręt odporny na uderzenia sztormu. A jak w tej ekstremalnie trudnej sytuacji radzą sobie wasi podwykonawcy?

          Wojna spowodowała, ze byliśmy zmuszeni zmienić wielu podwykonawców, wcześniej mieliśmy np. dostawców konstrukcji stalowych z Ukrainy… Staramy się rozumieć problemy naszych podwykonawców, wspólnie pracujemy w zakresie określenia nowych warunków. Uważam, ze jesteśmy dla nich dobrym partnerem i właśnie dlatego prawie wszyscy podwykonawcy chcą z nami współpracować we wszystkich segmentach budownictwa. Nasz sukces bądź porażka zależy nie tylko od nas, lecz także od naszych podwykonawców, dlatego hasłem STRABAG jest „Teams Work”. Chodzi tu o współprace w ramach naszego zespołu, a także o współdziałanie ze wszystkimi uczestnikami procesu budowlanego: inwestorem, jego przedstawicielami, podwykonawcami, dostawcami, sąsiadami i administracja. Od tego zależy sukces bądź porażka każdego projektu, wiec nasza misje stanowi nie tylko partnerstwo, lecz także zasady zrównoważonego rozwoju oraz innowacyjność.

          rozmawiał Piotr Cegłowski

          PPK: warto być cierpliwym i nie ulegać emocjom

            Robert Zapotoczny, prezes zarządu PFR Portal PPK, przypomina, ze program PPK został tak skonstruowany, aby uczestnik co do zasady nie musiał ingerować w swoja inwestycje i nie musiał mieć specjalistycznej wiedzy, żeby móc gromadzić i pomnażać oszczędności na przyszłość.

            Gospodarka, inflacja, drożyzna, spadki na giełdzie… Te hasła słyszę i widzę od jakiegoś czasu kilka razy dziennie. Nie zdziwi pana wiec, ze zacznę od pytania: co zrobić z PPK w momencie spadków?

            Zawsze powtarzam, ze PPK to jest taki program, w którym, żeby oszczędzać, nie trzeba robić nic. Pracowniku, nie rób nic, a twój rachunek PPK będzie sie powiększał. Sytuacja na rynku lokalnym i globalnym sie zmieniła, ale moja odpowiedz nadal pozostaje taka sama. Co robić z PPK w obecnym czasie? Nic. Zostawić, nie kombinować i spokojnie czekać na zmianę koniunktury.

            A co z radami, które często widzę w Internecie, żeby wypłacać teraz zgromadzone środki, bo spada ich wartość?

            To kiepska rada. Oczywiście nie mówię o sytuacji, gdy ktoś nagle, pilnie potrzebuje pieniędzy, bo wydarzyło sie cos niespodziewanego i musi skorzystać ze swoich oszczędności. Mówię o sytuacji, gdy mamy oszczędności na rachunku PPK, ale ktoś nam zasugerował, ze teraz to trzeba wypłacać z powodu spadków na giełdzie, bo wtedy straty będą mniejsze. Nic bardziej mylnego. Przede wszystkim, żeby zrozumieć bezsens tych rad, trzeba wyjść od trzech podstawowych informacji: pierwsza dotyczy cyklów koniunkturalnych, druga zasad działania funduszy PPK, a trzecia to znana nawet poczatkującym maklerom zasada giełdowa – kupuj na spadkach; sprzedawaj, gdy jest górka.

            Czy możemy to rozwinąć?

            W gospodarce mamy do czynienia z różnymi fazami cyklu koniunkturalnego. To cykl, wiec jest powtarzalny. Mamy górki i dołki, czyli fazy ożywienia i recesji i to nie jest nic nadzwyczajnego – o tym pisał już Adam Smith w XVIII w. Druga kwestia dotyczy PPK. Oszczędności gromadzone są w ramach tzw. funduszy zdefiniowanej daty, które dopasowują politykę inwestycyjna do wieku uczestnika. Generalnie zasada jest taka, ze im bliżej do 60. urodzin, tym więcej w naszym portfelu bezpiecznych aktywów (np. obligacji), a im uczestnik młodszy, tym więcej tych o wyższym ryzyku i dużym potencjale zysku (np. akcji). Co więcej, w każdym momencie uczestnik może zmienić politykę inwestycyjna na swoim rachunku, jeśli tylko zechce. To nie jest przypadek, ze system działa w ten sposób. W długim horyzoncie czasowym nie uda sie uniknąć zawirowań na rynku, a to rozwiązanie nie tylko zabezpiecza nasze oszczędności na przyszłość, ale wręcz pozwala zyskać na zmienności cykli koniunkturalnych. Poza tym nie możemy zapominać o podstawowej zalecie programu, czyli dopłatach od pracodawcy i państwa, których pracownik by nie otrzymał, gdyby nie uczestnictwo w PPK. Program został tak skonstruowany, aby uczestnik co do zasady nie musiał ingerować w swoja inwestycje i nie musiał mieć specjalistycznej wiedzy, żeby móc gromadzić i pomnażać oszczędności na przyszłość. Dlatego warto być cierpliwym i nie ulegać przesadnie emocjom, wycofując środki z PPK w okresach spadków, bo PPK nie opiera sie wyłącznie na zyskach kapitałowych.

            Na tym polega skuteczność funduszy zdefiniowanej daty w różnych fazach cyklu koniunkturalnego?

            Tak, fundusze są skuteczne, bo pozwalają na pewna elastyczność i dopasowanie do zmienności rynku. Cały rynek finansowy odczuł dołek spowodowany wybuchem pandemii i wojna w Ukrainie, ale nadal trzyma sie mocno. Mam wrażenie, ze teraz łatwo nam sie mówi słowo „pandemia”, bo odmienialiśmy je przez wszystkie przypadki przez długie miesiące. Ale pamiętajmy, ze to słowo oznacza epidemie na bardzo dużym obszarze, w przypadku COVID mówiliśmy o całym świecie. Do tej pory borykamy sie z jej konsekwencjami. Cały świat musiał zareagować na te niespodziewana sytuacje i spróbować sie dopasować do nowej rzeczywistości – rynek finansowy również. A mimo to fundusze PPK były na minusie tylko przez dwa miesiące, by za chwile osiągnąć wyniki wyższe niż przed wybuchem pandemii.

            To widać, bo obecnie oszczędności uczestników PPK wynoszą 9,5 mld zł.

            W momencie, gdy rozmawiamy, wartość aktywów netto w PPK przekroczyła 10 mld zł. Sam lipiec przyniósł odbicie w postaci ponad 560 mln zł. Wielokrotnie to powtarzam, ze oszczędzanie, a już na pewno oszczędzanie długoterminowe, to nie jest krzywa stałego wzrostu. Ale gdy porównamy punkt początkowy naszego oszczędzania z punktem końcowym, ta różnica jest bardzo wyraźna na korzyść uczestników. Gdy koniunktura sie zmieni – a zmieni sie na pewno, bo fazy te zmieniają sie cyklicznie – wynik na rachunkach będzie jeszcze lepszy. PPK zakładają długoterminowe oszczędzanie: 10-, 20- czy 30-letnie. W tym czasie jeszcze nieraz zaliczymy górki i dołki.

            Oszczędności w PPK są bezpieczne przy obecnej inflacji?

            O podstawowe bezpieczeństwo dbają instytucje finansowe i Komisja Nadzoru Finansowego. A w kontekście obecnej sytuacji największa przewaga PPK wynika z tego, ze zgromadzone środki są inwestowane, a nie tylko przechowywane. PPK zapewnia poduszkę bezpieczeństwa na wypadek ciężkich czasów, dlatego to może być dobry pomysł dla młodych osób, które dopiero rozpoczynają prace. Co miesiąc publikujemy biuletyn PPK, w którym prezentujemy aktualne dane dotyczące programu. Prezentujemy tam tez średni zysk w zależności od daty funduszu. W lipcu było to od 89 proc. do 99 proc. To kilka razy więcej niż inflacja.

            Dlaczego PPK to dobre rozwiązanie dla młodych pracowników?

            Przede wszystkim z uwagi na wpłaty pracodawcy i dopłaty od państwa – pomagają
            one szybciej zbudować oszczędności na start. Młodzi ludzie nie myślą o emeryturze ani odległej przyszłości. Konsumują dobra tu i teraz, nie maja w sobie wyrobionego mechanizmu oszczędzania ani świadomości, że im wcześniej zacznę, tym więcej zgromadzę. Brakuje im wiedzy, ze w przyszłości będą mogli liczyć na świadczenie emerytalne w wysokości ok. 30 proc. swojej ostatniej pensji. To duża różnica. Oczywiście, cześć osób oszczędza w miarę możliwości, nie chce generalizować, ze wszyscy żyją chwila. Na początku bieżącego roku przeprowadzaliśmy badania na grupie ponad 800 osób w wieku 18–35 lat. Jednym z wniosków było to, ze osoby te, mimo ze młode i niewykluczone technologicznie, wykazywały zachowania oszczędnościowe utożsamiane z podejściem swoich dziadków. Zapytani o formy oszczędzania, z których korzystają, respondenci najczęściej wymieniali konta oszczędnościowe, trzymanie pieniędzy w skarbonce i lokaty bankowe. Az jedna trzecia młodych osób trzyma swoje oszczędności w gotówce w domu! Co ciekawe, młodzi ludzie zdaja sobie sprawę, ze w obecnej sytuacji wartość pieniędzy przechowywanych w ten sposób maleje. I sami przyznają, ze na tej diagnozie sie kończy, bo nie maja pomysłu, jak inaczej oszczędzać na przyszłość i jednocześnie sprawić, aby pieniądz nie tracił na wartości w czasie.

            PPK może być odpowiedzią na ten brak pomysłu?

            Oczywiście! Załóżmy, ze pracownik zarabia najniższą krajową, czyli 3010 zł brutto. Jego wpłata do PPK po obniżeniu to 0,5 proc., czyli 15 zł. Pracodawca takiemu pracownikowi dopłaca swoja część w niezmienionej wysokości, czyli min. 1,5 proc., co daje 45 zł. Miesięcznie oszczędności takiego pracownika wynoszą 60 zł, z czego tylko 15 zł pochodzi od niego, a przecież mamy jeszcze dopłaty od państwa i zyski kapitałowe. Wpłaty pracodawcy i państwa, możliwość bieżącego sprawdzania stanu swojego rachunku, wypłaty np. na wkład własny do kredytu hipotecznego czy możliwość obniżenia wpłaty podstawowej dla najmniej zarabiających to tylko kilka argumentów „za”. Po więcej zapraszam na mojeppk.pl, tam piszemy o tym szczegółowo.

             

            Lexus ES 300h, czyli subtelność Gejszy w zbroi Samuraja

            Jaki jest najlepszy sposób na zrobienie dobrego wrażenia w biznesie? Odpowiedź nasuwa się sama: trzeba być eleganckim, wyrafinowanym i nietuzinkowym. Wypadałby także poruszać się samochodem klasy premium. Jeszcze 5 lat temu ta odpowiedź byłaby wyczerpująca, ale dziś do tych cech należy dodać słowo EKO.

            Tekst i zdjęcia: Michał Garbaczuk

            Lexus ES 300h jest limuzyną klasy średniej, kierowaną do dyrektorów wyższego szczebla, ale nie tylko. Okazuje się bowiem, że wielu prezesów chce poruszać się limuzyną, a jeszcze mniej decyduje się na to, by być wożonym przez kierowcę. Owszem, reprezentacyjny okręt flagowy LS, z ręcznie wykonanym wnętrzem Omotenashi wydaje się najlepszą opcją dla prezesa, ale może nieco skromniejszy sedan również sobie poradzi.

            Spokój i prezencja

            Niespełna pięciometrowej długości nadwozie, duży grill w kształcie klepsydry, długa maska i smukłe nadwozie prezentuje się nie tylko niezwykle elegancko, ale także sportowo. Duże, 19-calowe felgi, obute w szerokie opony szczelnie wypełniają nadkola. Najciekawiej prezentuje się tylna część nadwozia z wyraźnie opadającą linią dachu, która płynnie przechodzi w zgrabny bagażnik, udekorowany lekko zaznaczonym spojlerem. Całość zwieńczają tylne reflektory, których światła pozycyjne mają kształt położonej litery „L”. Całość robi bardzo dobre wrażenie, a to dopiero wstęp do świata Lexusa, który poznacie dopiero po otwarciu drzwi.

            Testowany przeze mnie egzemplarz, to wersja Business Edition. Jego karoseria została udekorowana srebrnymi listwami i dodatkami, jeszcze bardziej podkreślającymi elegancki styl modelu ES. Po otwarciu drzwi kierowcy poczułem specyficzny zapach jakościowej skóry, którą obite zostały fotele i poszczególne części boczków drzwi. Obszerny fotel kierowcy jest jak oaza spokoju, w której możemy schować się po całodziennej walce o forecasty, targety i excele. Wystarczy jedynie objąć dłonią mięsistą skórzaną kierownicę, w wewnętrznej części wykończoną polerowanym drewnem i przycisnąć przycisk „START”. I co? I nic dalej we wnętrzu panuje niczym niezmącona cisza. Gdyby nie ożywające ekrany i delikatna bryza wydobywająca się z kratek nawiewów, nie wiedziałbym nawet, że układ napędowy jest już gotowy, by zabrać mnie w kojącą podróż, dokąd tylko zapragnę. Lexus ES rusza bezszelestnie i sprawia wrażenie, jakby unosił się ponad nawierzchnią. Zawieszenie doskonale izoluje kierowcę od drogi, a do wnętrza nie przenoszą się żadne hałasy z zewnątrz. Inżynierowie pracujący przy tworzeniu modeli Lexusa wiedzą doskonale, jak wielka odpowiedzialność na nich ciąży.

            Japońska marka od początku swojego istnienia stała się synonimem perfekcyjnie wyciszonego wnętrza. Jak bardzo ważna jest to kwestia, świadczyć może pewna anegdota. Otóż, po skończonej pracy, zespół 60-ciu designerów i 1400 inżynierów zaprezentował pierwszego Lexusa LS400 prezesowi Toyoty, ten po jeździe testowej kazał im wrócić do pracy i od nowa zaprojektować auto, które miało być najbardziej komfortowym, najbardziej niezawodnym, najbardziej wygodnym i najlepiej wyciszonym samochodem na świecie. Ostatecznie projekt zamknął się budżetem miliarda dolarów, ale dziedzictwo i perfekcja wykonania pierwszego Lexusa widoczna jest cały czas we wszystkich modelach spod znaku stylizowanej litery „L”, a model LS400 pierwszej generacji uzyskał już status kultowego i jego ceny na rynku wtórnym rosną z roku na rok.

            Tak cichy, tak łagodny…

            Ale koniec z anegdotami. Nas interesują fakty, a najlepszym, potwierdzającym poziom wykończenia Lexusa jest współpraca z audiofilską marką Mark Levinson. Firma długo nie chciała zgodzić się na współpracę z żadnym producentem samochodów, twierdząc że wnętrze auta to nie jest idealna scena dla najlepszych zestawów audio. Twierdzili tak do momentu wykonania pomiarów w samochodach Lexus. Od tej chwili firmy związane są stałą współpracą, a logo Mark Levinson dumnie widnieje na konsoli centralnej naszego Lexusa ES.

            Znam też kilka osób, które zarzucają Lexusowi odejście od klasycznego napędu na tylną oś. Mówią, że japońskie limuzyny klasy średniej skończyły się wraz z odejściem modelu GS. Moim zdaniem, w przypadku modelu ES nie ma mowy o jakiejkolwiek zmianie. Elektronika sterująca napędem ma dowieźć mnie bezpiecznie do celu i tak się dzieje. Poza tym, jak mawiają możni tego świata „Pośpiech poniża”, dlatego prawdziwy kierowca , godny posiadania japońskiej limuzyny nigdy nie sprawdzi granic możliwości układu jezdnego swojego auta.

            …Tak oszczędny

            Sprawdzić może za to zużycie paliwa dużego sedana. Pod długą maską pracuje bowiem zaawansowany układ hybrydowy, w którego skład wchodzą: czterocylindrowy silnik benzynowy o pojemności 2,5 litra i zmiennych fazach rozrządu, pracującym w cyklu Atkinsona. Nie wchodząc w szczegóły techniczne, silnik potrzebuje do wydajnej pracy mniejszych ilości paliwa, a o to przecież wszyscy dziś walczą. Wspomagany jest silnikiem elektrycznym, który pozyskuje prąd z baterii doładowywanych przez silnik spalinowy oraz z kół podczas hamowania. W mieście układ hybrydowy bardzo chętnie korzysta z silnika elektrycznego pozwalając na bezemisyjną jazdę. Bez problemu udało mi się osiągnąć wynik 4,5 l/100 km, a znam jednego redaktora, któremu udało się wyśrubować wynik do niewiarygodnych 3,9 l/100 km! Przypominam, że mamy do czynienia z pięciometrową limuzyną, ważącą dobrze ponad półtorej tony i kierowcą dokładającym do tego 120 kg swojej obfitości…

            Na trasie Lexus ES 300h może mierzyć się z najbardziej oszczędnymi dieslami. Zużycie na poziomie 5 litrów nie jest wyczynem, a szybka jazda autostradą wymusi na komputerze wskazanie około 7 litrów na każde 100 kilometrów. Auto jest wystarczająco dynamiczne, a po przełączeniu w tryb „SPORT+”, zmienia się w lekkoatletę. Najlepiej jest mu jednak w trybie komfortowym i w takim poruszać się będzie prawdopodobnie przez 99 procent przypadków.

            Lexus ES zastąpił na polskim rynku ceniony model GS, stoi więc przed nim duże wyzwanie. Musi udowodnić, że była to dobra decyzja. Ja jestem spokojny o jego losy, bo jest najprawdziwszym Lexusem, spełniającym najwyższe wymagania swoich użytkowników i fanów marki. Jest elegancki, wyrafinowany i wyróżnia się z tłumu. Koniecznie załóżcie do niego zielony krawat. I jeszcze jedno. Pokażcie mi drugie takie auto, w którym pokrętło głośności przekręca się z tym cudownym miękkim oporem, jak w najlepszych wzmacniaczach stereo.

            Z VFS Global złożysz wniosek o wizę

            Z dniem 22 września obywatele Ukrainy i Białorusi legalnie przebywający w Polsce mogą odwiedzić (po uprzednim umówieniu się na spotkanie) Punkty Przyjmowania Wniosków Wizowych VFS Global w trzech miastach w Polsce, aby ubiegać się o wizy krajowe. W celu realizacji tej usługi Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Polsce współpracuje z VFS Global przy realizacji projektu pilotażowego w Warszawie, Poznaniu i Lublinie.

            Polska niedawno wprowadziła nowe przepisy dotyczące wiz krajowych dla cudzoziemców – obywateli Białorusi i Ukrainy przybywających na terenie RP.

            O wizy w Polsce będą mogli ubiegać się:

            • obywatele Republiki Białorusi ubiegający się o wizy humanitarne i wizy w celu wykonywania pracy jako kierowca w transporcie międzynarodowym,
            • obywatele Ukrainy ubiegający się o wizy w celu wykonywania pracy jako kierowca w transporcie międzynarodowym oraz wykonywania pracy jako pilot samolotu cywilnego lub inny członek załogi.

            Yummi Talwar, Dyrektor operacyjny – region Europa i WNP w VFS Global powiedziała: „Chcielibyśmy podziękować Ministerstwu Spraw Zagranicznych RP za wiarę w nas. Naszym celem i zaangażowaniem będzie zapewnienie światowej klasy usług obywatelom Ukrainy i Białorusi mieszkającym w Polsce wraz z otwarciem trzech nowych punktów”.

             

            O VFS Global

            VFS Global to największy na świecie specjalista w zakresie usług outsourcingowych i technologicznych dla rządów i misji dyplomatycznych. VFS Global jest zaufanym partnerem 65 rządów klientów, obsługującym globalną sieć z ponad 3500 punktami przyjmowania wniosków wizowych w 144 krajach. Firma przetworzyła ponad 246 milionów wniosków od momentu powstania w 2001 roku. Firma zarządza zadaniami pozasądowymi i administracyjnymi związanymi z wnioskami o wizy, paszporty i usługi konsularne dla rządów swoich klientów, co pozwala im całkowicie skoncentrować się na zadaniu krytycznej oceny. VFS Global ma swoje siedziby w Zurychu/Szwajcaria i Dubaju/Zjednoczone Emiraty Arabskie.

            VFS Global jest w większości własnością funduszy zarządzanych przez Blackstone, największego na świecie zarządzającego aktywami alternatywnymi. Blackstone dąży do stworzenia pozytywnego wpływu ekonomicznego i długoterminowej wartości dla swoich inwestorów, firm, w które inwestują, oraz społeczności, w których pracują. Aktywa zarządzane przez Blackstone o wartości 915 miliardów USD obejmują instrumenty inwestycyjne skoncentrowane na private equity, nieruchomościach, długu publicznym i kapitale, infrastrukturze, naukach przyrodniczych, kapitale wzrostu, oportunistycznych, nieinwestycyjnych kredytach, aktywach rzeczowych i funduszach wtórnych, wszystko na poziomie globalnym.

            Mniejszościowe udziały w VFS Global posiadają szwajcarska Fundacja Kuoni and Hugentobler oraz EQT, globalna organizacja inwestycyjna z siedzibą w Sztokholmie/Szwecji.

            Kryzys w mediach bywa gorszy niż widmo bankructwa. Rozwiązanie? Crisis Management.

              Szczególnie w dobie tak dynamicznego rozwoju mediów i aktywności potencjalnych klientów m.in. w sieci, przedsiębiorcy muszą wyjątkowo uważać na nawet najmniejsze rysy wizerunkowe. Obecnie sprawdza się tu zasada kuli śnieżnej – wszystko zaczyna się od małej wpadki, która generuje kolejne potknięcia. Ostatecznie dana firma natrafia na komunikacyjną ścianę, a więc sytuację, w której kryzys jest tak duży, że może doprowadzić nawet do bankructwa – lub co gorsze – całkowitej upadłości w oczach konsumentów. Jak zaradzić takim wyzwaniom?

              Zarządzanie kryzysowe, czyli…?

              Jedną z integralnych części public relations jest właśnie zarządzanie kryzysowe (ang. Crisis Management lub CM). Te z kolei wymaga wcześniejszego opracowania tzw. polityki informacyjnej, a więc zestawu zasad i działań, którymi kieruje się dane przedsiębiorstwo nie tylko w sytuacji podbramkowej, ale również w czasie względnego spokoju organizacyjnego oraz komunikacyjnego. Oczywiście kryzysy wymagają całkowicie innego podejścia do dialogu z odbiorcami – i tutaj właśnie pojawia się przestrzeń dla zarządzania kryzysowego sensu stricto.

              Skuteczna polityka informacyjna musi obejmować zestaw działań kryzysowych, które powinny być dopasowane do specyfiki danej sytuacji, a przede wszystkim – etapu rozwoju. Właśnie identyfikacja genezy problemu, a następnie bieżące przeciwdziałanie dalszym konsekwencjom jest właściwym kierunkiem zarządzania kryzysowego.

              Oni zawsze są w kryzysie

              W nieco “dojrzalszym” stadium kryzysu pojawia się 5 podstawowych uczestników zdarzenia. Pierwszą kategorią są inicjatorzy, a więc zidentyfikowane już osoby, na których spoczywa bezpośrednia odpowiedzialność za wywołanie problemów. Co naturalne, mogą to być zarówno pracownicy ze struktur firmy, jak i przedstawiciele innych środowisk (często konkurencyjnych przedsiębiorstw). Drugą grupą są tzw. wybawcy, czyli zespoły przeciwdziałające kryzysowi (np. eksperci wewnętrzni, zewnętrzni, sztaby kryzysowe – o nich za moment – a nawet niezależni dziennikarze). Nieodzowną częścią każdego kryzysu są również ofiary – mimo, iż problemy dotykają przede wszystkim firmę, to w tej grupie są głównie klienci oraz społeczeństwo lokalne, które ucierpiało na płaszczyźnie np. materialnej, zdrowotnej lub psychologicznej.

              Po drugiej stronie spektrum są z kolei beneficjenci kryzysu, a więc konkretne osoby lub całe organizacje, które w związku z zaistniałą sytuacją odnoszą wymierne korzyści. Przykłady? M.in. konkurencja, media nieprzychylne danej firmie, ale również organizacje konsumenckie. Co ważne, beneficjentem może stać się również przedsiębiorstwo zmagające się z kryzysem, pod warunkiem, że zareaguje skutecznie. Ostatnią kategorią, która pośrednio uczestniczy w kryzysie, są tzw. obserwatorzy. Ta grupa nie odczuwa wymiernych skutków sytuacji, ale jest aktywnie zainteresowana przebiegiem zdarzeń. Nie oznacza to więc, że dana firma powinna traktować tych uczestników kryzysu drugorzędnie – za sprawą wyciąganych wniosków ci konsumenci lub potencjalni kontrahenci mogą np. zrezygnować z przyszłej współpracy.

              Kryzys krok po kroku

              W teorii zarządzanie kryzysowe brzmi jak usystematyzowany plan działań, który wykonywany krok po kroku zapewnia optymalne wyjście z sytuacji problemowej, a nawet – zagwarantuje pewne benefity całej organizacji. Faktycznie, aby nastąpił właśnie taki finał, cały zespół musi poświęcić naprawdę znaczną część zasobów, aby CM przyniosło wymierne rezultaty. Na samym początku powinien nastąpić etap wyboru sztabu kryzysowego, w skład którego muszą wejść osoby o najlepszych kwalifikacjach i doświadczeniu w komunikacji. Następnie należy ustalić jedno źródło informacji danego przedsiębiorstwa (może to być zarówno wewnętrzny rzecznik, jak i zewnętrzni konsultanci, np. agencja PR, która ujednolici przekaz mediów i firmy).

              Naturalne jest, że zespół musi również ustalić zakres odpowiedzialności za poszczególne działania, usystematyzować wykorzystywane w komunikacji kryzysowej środki przekazu, zidentyfikować strony konfliktu, a także nawiązać współpracę z niezależnymi ekspertami oraz autorytetami w danej branży. Szczególnie ten ostatni element jest wyjątkowo istotny, ponieważ uwiarygodnia przekaz przedsiębiorstwa. Równolegle nie można zapomnieć o zespole firmy – ustalenie systemu informowania pracowników powinno być priorytetem każdego sztabu kryzysowego. Kluczem jest, aby personel dowiadywał się o przebiegu sytuacji bezpośrednio od przełożonych, a nie pośrednio – za sprawą mediów.

              Już samym crème de la crème opracowywania strategii jest z kolei przygotowanie argumentów, opracowanie scenariuszy kryzysów (pamiętajmy, że wymiar problemów zmienia się dynamicznie zwłaszcza w sieci) oraz szczegółowe opracowanie zasad komunikacji. Jak szybko należy reagować? Tutaj decydują godziny (a w niektórych sytuacjach nawet minuty). Według obserwacji praktyków w zależności od źródła kryzysu “idealnym” momentem na publikację komentarza są pierwsze 3-4 godziny lub w skrajnych przypadkach – do 45. minut po wybuchu kryzysu. Szczególnie ten drugi wariant jest skomplikowany w samej organizacji, ponieważ znaczna część wydarzeń uaktywnia się w nocy lub dni wolne od pracy.

              Mówi się, iż lepiej zapobiegać, niż leczyć, choć i to jest wymagająca sztuka. Jak wynika z raportu “Global Crisis Survey 2019” analityków PwC w latach 2014-2019 dokładnie 67 proc. polskich przedsiębiorstw zmagało się z co najmniej jednym kryzysem. Wyzwanie w postaci koronawirusa, a także pokłosie pandemii może tylko wywindować te wskaźniki, tak też inwestycja w zarządzanie kryzysowe jeszcze nigdy nie przynosiła takich stóp zwrotu.

              Czy warto porywać się na CM samodzielnie? Tylko pod warunkiem posiadania wieloletniego doświadczenia i sprawdzonego know-how. W innym razie, bez wsparcia ekspertów, może być tylko gorzej…

              Autorka: Anna Rynkiewicz – CEO agencji reklamowej i PR-owej Media Forum; absolwentka programu Executive MBA w Collegium Humanum.

              Ważne Informacje

              Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

              Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

              Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

              Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

              XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

              XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

              Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

              Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

              Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

              Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

              III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

              Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...