.
Strona główna Blog Strona 109

Klasycy polskiej rzeźby

    O godnych uwagi twórcach, których – niesłusznie – nie doceniają kolekcjonerzy i właściciele galerii, opowiada Maria Wollenberg-Kluza.

    Warto przypomnieć sylwetkę świetnego rzeźbiarza Franciszka Masiaka, który urodził się na początku wieku, a zmarł w1993 r. Studiował w latach 30. w pracowni Tadeusza Breyera, gdzie został asystentem. Już przed wojną zyskał uznanie. W konkursie „Sport w sztuce” towarzyszącym olimpiadzie w Berlinie w 1936 r. zdobył wyróżnienie honorowe za rzeźbę „Pływak”, które wręczył mu osobiście… Adolf Hitler.

    Po wojnie wykonywał pomniki i rzeźby sakralne, np. drzwi w kościele przy pl. Narutowicza. Jego piękny „Neptun” stoi przy wejściu do Zachęty. Bardzo lubię też prace przedstawiające dzieci – myślę, że inspirację stanowili dwaj synowie twórcy.

    Niestety, nie przetrwał jego przedwojenny pomnik Unii Lubelskiej w Lublinie, który zburzyli Niemcy. Dla nowej władzy był to temat kontrowersyjny, więc dzieło nie zostało odtworzone. Po wojnie Masiak działał jako dydaktyk w Pracowni Rzeźby Monumentalnej Bohdana Pniewskiego w warszawskiej ASP. Nie trwało to jednak długo, ponieważ było mu nie po drodze z socrealizmem, w dodatku krzywo patrzono na jego twórczość religijną.

    Nadal, już po śmierci artysty, na warszawskich Dynasach funkcjonuje jego wypełniona rzeźbami pracownia utrzymywana przez syna bez żadnej pomocy ze strony władz kultury. Niewielu jest artystów, których twórczość tak bardzo wrosła w przestrzeń publiczną, jak Gustawa Zemły. Byłam jego studentką, a później wielokrotnie przychodził na moje wystawy. Odwiedzałam go też w pracowni na warszawskim Kole, gdzie długo rozmawialiśmy z artystą i jego żoną – historykiem sztuki. To uroczy starszy pan, który już przekroczył dziewięćdziesiątkę. Jego najbardziej znana praca to pomnik Powstańców Śląskich, bardzo nowatorski jak na lata 60. Zaproponował nową, organiczną formułę, gigantyczne skrzydła były czymś zupełnie innym niż dominujące wówczas granitowe figury. Kiedy kilka lat temu oglądałam jego wystawę w Nieborowie, wielkie wrażenie zrobiły na mnie jego prace sakralne. Ato przypomniało mi pewien incydent z aukcji charytatywnej, którą prowadziłam w latach 90. Wśród twórców, którzy ofiarowali swoje dzieła, był Gustaw Zemła. Niestety, jego już wylicytowana praca z patynowanego gipsu, przedstawiająca Chrystusa, spadła i się stłukła. Nie wiedziałam, co zrobić. Zmartwiona zadzwoniłam do autora, który w ogóle się tym nie przejął i powiedział: „Pani Mario, niech pani przywiezie pracę do mnie, a ja ją sam naprawię”. Taka reakcja świadczy o klasie artysty.

    Szczególnie cenię odsłonięty w 1999 r., w 55. rocznicę bitwy pod Monte Cassino, monument przy Ogrodzie Krasińskich w Warszawie. Uskrzydlony pomnik nawiązuje do klasycznej sylwetki Nike.

    Niedawno, w maju tego roku, zmarł kolejny znakomity rzeźbiarz Stanisław Kulon, który miał piękną pracownię w Łomiankach. Jako dziecko wspólnie z bratem uciekł z Uralu, gdzie wywieziona została jego rodzina. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie jego „Sybirska Droga Krzyżowa”. Był to jeden z klasyków polskiej rzeźby, przez wiele lat pracował w warszawskiej ASP, najpierw jako asystent, a później profesor Wydziału Rzeźby.

    spisał Piotr Cegłowski

    Niepozorna limuzyna

      Jeszcze nie tak dawno trudno było sobie wyobrazić biznesmena lub ważnego managera w innym niż limuzyna samochodzie. Dziś bywa różnie, bo luźniej traktujemy zwyczaje, a poza tym doszły SUV-y i crossovery, w których takie osoby równie dobrze mogą być postrzegane.

      Oczywiście pod warunkiem, że auto jest prestiżowej marki. Co prawda, obecnie niemal każdy producent ma w swojej ofercie drogiego SUV-a, ale w pewnych środowiskach nie każda marka jest traktowana jako prestiżowa. Takich obaw z pewnością nie musi mieć Lexus, który przebojem wdarł się do grupy luksusowych pojazdów, a jednym z interesujących modeli jest sedan serii ES. Występuje on w kilku wersjach silnikowych. Tym razem usiadłem za kierownicą modelu z napędem hybrydowym 300h w wydaniu F Sport. 5 metrowej długości limuzyna ma klasyczne proporcje i opływową sylwetkę, w zasadzie charakterystyczną dla tej klasy samochodów. Agresywności dodaje jej wygląd przodu z wieloma ostrymi kształtami świateł i grilla, po bokach równie ostre zakończenie chromowanego obramowania okien, natomiast z tyłu specyficznie osadzony spojler. Nie jestem pewien, czy wybrałbym czarne felgi, ale skoro taka jest moda, to OK. Podoba mi się duża szerokość drugiej pary drzwi, bo w niektórych autach wyglądają jak zło konieczne. To nie zmienia faktu, że zwłaszcza one mogłyby się nieco szerzej otwierać. Mimo iż ES jest znacznie niższy od crossovera, wsiada się wygodnie. Z przodu krawędź dachu jest na wysokości 128 cm od podłoża, z tyłu, w obszarze, w którym wsuwamy głowę, wsiadając, jest zaledwie 1 cm niżej. Wnętrze kolorystycznie jest ładne, ale design nie jest w moim guście. Przede wszystkim nie podoba mi się umieszczenie dwóch przełączników wychodzących po obu stronach obudowy zegarów. Ogólnie różnych przełączników pozostawiono na tablicy rozdzielczej sporo jak na dzisiejsze czasy, ale przecież nie jest to auto młodzieżowe, więc z pewnością właśnie to będzie chwalone, a komu nie odpowiada, ten może korzystać z monitora dotykowego albo z pada. Tuż za nim znajduje się schowek, którego zamknięcie będące podłokietnikiem magicznie się otwiera: albo na stronę kierowcy, albo na stronę pasażera. Proste, a cieszy.

      Przy rozstawie osi 287 cm miejsca jest pod dostatkiem dla wszystkich podróżujących. Nie przeszkadzają nawet wykończenia foteli twardym plastikiem przed kolanami pasażerów. Jednym słowem wnętrze zapewnia dobry komfort jazdy. Ale nie mniej ważnym jego elementem jest charakterystyka zawieszenia. Po teście licznych SUV-ów i crossoverów odetchnąłem z ulgą, najprawdopodobniej dzięki adaptacyjnemu zawieszeniu o zmiennej sztywności (AVS) auto łyka nierówności, jakby ich nie było. Pierwsza faza tłumienia jest tak delikatna, że prawie nie czujemy ciosów, jakie przyjmują opony i zawieszenie podczas jazdy po wybojach. To sprawia, że podróżowanie ES-em jest bardzo przyjemne i nie męczy podczas dłuższych podróży. Oczywiście jest to też efekt dobrego wyciszenia. Nie licząc momentów, w których przekładnia E-CVT zmusza silnik do pracy na wysokich obrotach, poziom hałasu jest tak niski, że – podobnie jak w elektryku – słyszymy przede wszystkim świst wiatru. Podczas jazdy miejskiej, kiedy w korku podjeżdżamy po 2–3 metry, też jest cicho, bo auto przesuwa się dzięki silnikowi elektrycznemu. Nic dziwnego, że średnie zużycie paliwa kształtuje się na poziomie auta segmentu A-B. Według normy WLTP jest to 5,2–5,8 l/100 km. Realia są mniej optymistyczne, bo komputer pokładowy wylicza ok. 7 l/100 km. Z kolei w temacie przyspieszenia jest akurat odwrotnie, przynajmniej jeśli chodzi o wrażenie. Producent podaje 8,9 s do setki, a w praktyce wydaje się, że ruszamy szybciej. 218-konna, spalinowo – elektryczna hybryda z łatwością radzi sobie z masą 1725 kg. Tak więc F Sport Edition w równym stopniu odnosi się do wyglądu, co do osiągów – nawet jeśli nie są jakieś powalające. Zresztą ważniejsza od nich jest zdolność pokonywania zakrętów na śliskiej, luźnej nawierzchni. Pod tym względem jest to jedno z najlepiej prowadzących się aut przednionapędowych. Trzeba jednak pamiętać, że fizyki nie oszukamy; ciężki zespół napędowy z przodu oznacza co najmniej lekką podsterowność. Oczywiście, tak wzorowe prowadzenie wspierane jest systemami elektronicznymi. Właściwie to są one wszędobylskie. O ile nie jestem wielkim fanem systemów automatycznego parkowania, o tyle system monitorowania ruchu poprzecznego podczas cofania z funkcją wykrywania pieszego (RCTAB) jest nieoceniony. Z pewnością docenilibyśmy też systemy związane z bezpieczeństwem jazdy oraz obecność 10 poduszek gazowych w standardzie, ale nikomu nie życzymy, by przekonał się o ich zaletach. Warto wspomnieć, że ta dość niepozorna limuzyna przekonała do siebie już ponad 2,75 mln nabywców na całym świecie. Cena testowanej wersji to 302 tys. zł.

      Wojciech Sierpowski

      Ruszyły zamówienia na nowego Citroëna c4 x i elektrycznego ë-c4 x

      Już można składać zamówienia na nowego C4 X i elektrycznego ë-C4 X, które miały swoją oficjalną premierę w czerwcu 2022 r. Modele C4 X i elektryczny ë-C4 X to nowa, atrakcyjna i przystępna cenowo oferta w gamie Citroëna przeznaczona dla klientów, którzy szukają atrakcyjnej alternatywy dla kompaktowych sedanów i SUV-ów. Łączą elegancką sylwetkę fastbacka z nowoczesnym wyglądem SUV-a i ponadczasowym wyrafinowaniem oraz przestronnym wnętrzem sedana. Ceny zaczynają się od 106 600 PLN brutto.

      W ofercie, dostępne będą dwa silniki benzynowe PureTech i silnik wysokoprężny BlueHDi dla C4 X, a także silnik w 100% elektryczny dla ë-C4 X. To wyróżniająca się oferta w tym segmencie, która służyć będzie przyspieszeniu transformacji energetycznej marki.

      Zasięg elektrycznego ë-C4 X wynosi do 360 km w cyklu WLTP. Samochód jest wyposażony w silnik elektryczny o mocy 100 kW / 136 KM. Oferuje również możliwość szybkiego doładowania akumulatora i zwiększenia zasięgu o 100 km w ciągu zaledwie 10 minut za pomocą ładowarki 100 kW DC.

      C4 X i ë-C4 X trafią do salonów sprzedaży w pierwszym kwartale 2023 r.

      Kreator uśmiechu

         

        Wygląd naszych zębów wpływa na odczucia i wrażenia osoby, która rozmawia z nami, więc siłą rzeczy przekłada się na nasze relacje osobiste, biznesowe i finalnie nasz sukces zawodowy. Nawet sam kolor zębów ma ogromny wpływ na to jak jesteśmy postrzegani – mówi doktor Michał Kort.

        Zdaje się, że wykreowanie nowego uśmiechu to wcale nie taka prosta sprawa. Jak to się robi dziś w czasach, gdy technologia udoskonala wszystko?

        Wymaga to znajomości trzech dziedzin: implantologii, protetyki i ortodoncji. A to znaczy, że musieliśmy opanować dość dużo specjalistycznych technologii. Na przykład, we współpracy z Politechniką Białostocką opracowaliśmy autorski program rekonstrukcji zgryzu (Implantik Digital Prosthetic Protocol). Jesteśmy jedną z pierwszych polskich firm, która posiada systemy do skanowania twarzy.  Posiadamy też, coś wyjątkowego – specjalną strefę wellness, gdzie wykonujemy zabiegi, które uzupełniają efekty zabiegów stomatologicznych, co ułatwia regenerację po zabiegach chirurgicznych. Dodam, że w sumie wszczepiliśmyokoło 5000 implantów oraz wykonaliśmy ponad 10 000 koron z tlenku cyrkonu.

        W sensie technologicznym oferujemy pacjentom praktycznie wszystko co można. Ale mamy też świadomość, że to nie zawsze wystarcza. Musimy się starać jeszcze bardziej. Dla pacjenta wizyta musi być komfortowa, musi też być pozytywnym wspomnieniem. Dbamy więc o rzeczy oczywiste, takie jak parking. Zauważłyliśmy też, że wielu naszych pacjentów przyjeżdża z daleka. Dlatego uznaliśmy, że musimy zapewnić im bazę noclegową, ponieważ  większości zabiegów protetycznych nie można wykonać w ciągu jednego dnia. Baza noclegowa to nie tylko komfort dla nich, to również ułatwienie dla lekarzy – to że pacjenci są cały czas dostępni przekłada się na lepszą jakość procesu leczenia.

        Już od wielu lat dostępne są domowe metody pozwalające na to, by dużą cześć leczenia ortodontycznego pacjent prowadził samodzielnie w domu. Pozwalają one na spore oszczędności, a przecież dziś wszyscy szukamy oszczędności.

        Bardzo się cieszę, że pan poruszył ten temat. Nie będę tu wymieniać producentów i nazw handlowych, ale chciałbym wyraźnie powiedzieć, że nie jestem zwolennikiem tych domowych metod. Polegają one na tym, że pacjent dostaje wykonane specjalnie dla niego nakładki, których używa samodzielnie w domu. Problem polega na tym, że pacjent nie jest w stanie ocenić, czy leczenie przebiega prawidłowo. Wtedy pojawia się bardzo ważne pytanie – gdzie leży odpowiedzialność. To jest niestety bardzo szeroki temat i pacjent musi mieć świadomość, że cena to nie wszystko. Moim zdaniem, prawie w każdym przypadku potrzebne jest całościowe podejście do procesu leczenia. Dlatego, gdy tworzymy nowy uśmiech, ważna jest nie tylko estetyka, ale również jego funkcjonalność. Musimy stosować narzędzia, które pozwalają nam dostosować funkcję zgryzu i estetykę do indywidualnych cech danego pacjenta. Dzięki temu zwiększamy wytrzymałość uzupełnienia protetycznego i zabezpieczamy pacjenta przed różnymi schorzeniami, zwłaszcza związanymi ze stawem skroniowo żuchwowym i nieprawidłowym napięciem mięśniowym.

        Wszyscy wiemy, że kompleksowe usługi stomatologiczne nie są tanie. Jednak pacjentów nie brakuje, jakie są ich motywacje, czy chodzi im tylko o ładne zęby i uśmiech? 

        Wygląd naszych zębów wpływa na odczucia i wrażenia osoby, która rozmawia z nami, więc siłą rzeczy przekłada się na nasze relacje osobiste, biznesowe i finalnie nasz sukces zawodowy. Nawet sam kolor zębów ma ogromny wpływ na to jak jesteśmy postrzegani. Implantolog powinien rozpocząć pracę, od zastosowania specjalnego programu komputerowego, który symuluje zmiany stanu uzębienia jego pacjenta. Zdjęcia, które są generowane przez ten program robią z reguły ogromne wrażenie na każdym. Poza tym pamiętajmy, że zdrowe zęby są wizytówką naszego zdrowia i prawdę mówiąc również statusu społecznego. Pacjenci mówią mi często, że te zabiegi traktują jako inwestycję w siebie. I wiedzą, że ta inwestycja się zwróci. Nie tylko w sensie finansowym. Mając zdrowe zęby jesteśmy szczęśliwsi i mamy więcej pozytywnej energii.

        Pamiętajmy też o tym, że rozwój technologii powoduje, że kompleksowe usługi stomatologiczne są coraz bardziej dostępne. Technologie stają się tylko dojrzalsze, ich rozwój ostatnio nieco zwolnił, wygasają niektóre patenty, a więc zaostrza się konkurencja między producentami. To jest zawsze dobre dla pacjenta, spodziewam się więc, że w najbliższych latach będziemy mieli do czynienia z dynamicznym rozwojem rynku usług implantologicznych, a laboratoria będą musiały bardzo dbać o jakość i wyszkolenie personelu, aby sprostać wymaganiom pacjentów.

        Nowoczesna myśl biznesowa w relokacji

          Tysiące ton, dziesiątki tysięcy kilometrów, setki zrealizowanych kontraktów. Relokacja maszyn przemysłowych, a także całych parków technologicznych to nie lada wyzwanie. Firmy, które specjalizują się w tego typu projektach to absolutny crème de la crème nowoczesnej myśli biznesowej. Właśnie one mogą pochwalić się imponującymi wynikami, choć sama branża uchodzi raczej za niszową. Może właśnie w niewielkiej konkurencji rynkowej, a przy jednocześnie wysokim progu wejścia tkwi sekret sukcesu branży relokacyjnej? O to i wiele więcej zapytaliśmy Roberta Samczyka, założyciela spółki MS INDUSTRY.

          Blisko dwa lata na rynku i MS INDUSTRY już podbija polski rynek relokacyjny.

          Faktycznie już teraz możemy pochwalić się najnowocześniejszym parkiem maszynowym w całym kraju i jednym z najbardziej innowacyjnych i niszowych w Europie, a dynamika rozwoju przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Zaczęliśmy w 2020 roku, a więc w momencie ogromnej niepewności z perspektywy przedsiębiorców. Niemniej jednak pandemia nas nie dotknęła, a na potencjalnie kryzysogenne wyzwania odpowiedzieliśmy bardzo konkretnie. Przykładowo na uderzenie w branżę automotive, a więc jeden z kluczowych rynków dla naszej firmy, zareagowaliśmy bardzo szybko, nawiązując współpracę z pozostałymi branżami produkującymi m.in papier, tekturę, opakowania plastikowe czy też materiały budowlane, które podczas pandemii radziły sobie bardzo dobrze.

          Właśnie dzięki zapleczu sprzętowemu, które nie jest spotykane na rodzimym rynku, zespół MS INDUSTRY zdeklasował konkurencję?

          Bardzo się cieszę, że zaznaczył pan istotę zespołu, ponieważ właśnie nasi specjaliści i specjalistki stanowią największą siłę napędową MS INDUSTRY. Ponadto wykonując usługi na najwyższym poziomie są najlepszą wizytówką firmy oraz głównym powodem, dla którego

          Klienci do nas wracają. Ich doświadczenie, wiedza oraz zaangażowanie w połączeniu z unikatowym parkiem maszynowym pozwalają nam na podejmowanie nawet najbardziej skomplikowanych wyzwań w dziedzinie montażu oraz relokacji maszyn. Jeżeli chodzi o sprzęt, który mamy – dla przykładu na rynku polskim funkcjonują wyłącznie trzy specjalistyczne dźwigi pewnego producenta, który gwarantuje skuteczność pracy nawet na najciaśniejszych powierzchniach przemysłowych. Umożliwiają montaż elementów o wadze do 60 ton z zachowaniem szczególnej ostrożności. Z ogromną dumą mogę powiedzieć, że właśnie te trzy dźwigi na stałe należą do zaplecza MS INDUSTRY.

          Niektóre modele Waszego sprzętu robią niesamowitą furorę nawet w kręgach niezwiązanych z branżą relokacyjną.

          Też słyszałem wyjątkowo pozytywne głosy osób spoza naszej niszy. Dobrymi przykładami są w pełni elektryczny dźwig o maksymalnym udźwigu do 60 ton oraz elektryczna suwnica hydrauliczna ENERPAC SL400 z przesuwem bocznym o udźwigu do 400 ton — całkowity unikat w skali kraju. Właśnie taki sprzęt pozycjonuje nas w absolutnej czołówce firm w Polsce. Biorąc pod uwagę niektóre czynniki, jesteśmy spółką na pierwszym miejscu podium. Niedawno zakupiliśmy również suwnicę hydrauliczną również firmy ENERPAC, tym razem jest to model SBL1100 o udźwigu 1100 ton – jedno z sześciu tego typu urządzeń w Europie.

          Park maszyn MS IINDUSTRY może się także pochwalić sprzętem nieco mniejszych gabarytów?

          Oczywiście, że tak – to właśnie tego typu pojazdy są podstawą naszej pracy. W tej kategorii mogę jednym tchem wymienić wózek widłowy RMF – niepozorny, acz z udźwigiem 8 ton, wręcz idealny do mniejszych elementów fabrycznych i magazynowych. Nieco mniejszy udźwig, bo 7–tonowy ma wózek HYSTER, który wyposażony jest w hydrauliczny żurawik imitujący prace dźwigu. Idealnie sprawdza się przy pracach z urządzeniami o mniejszej wadze i gabarytach. Moją absolutną dumną wśród urządzeń mobilnych jest jednak HOIST FR 40/60 – choć na pierwszy rzut oka niewielki, potrafi transportować elementy o łącznej wadze do 27 ton.

          Do czego dokładnie wykorzystywany jest Wasz sprzęt?

          Do montażu i demontażu ogromnych maszyn przemysłowych – głownie pras hydraulicznych i mechanicznych w branży automotive, instalacji nowopowstałych zakładów produkcyjnych oraz wysokospecjalistycznych usług dla przemysłu. Specjalizujemy się zarówno w przenoszeniu pojedynczych maszyn lub linii produkcyjnych, jak i relokacji całych parków technologicznych oraz fabryk. Jednym z wyjątkowo perspektywicznych filarów działalności jest także robotyzacja i automatyzacja stanowisk produkcyjnych – w tej niszy także widzimy sporo szans na rynku polskim i zagranicznym.

          Nisza to słowo-klucz w kontekście sukcesu Waszej firmy?

          Faktycznie branża relokacyjna jest wyjątkowo wymagająca, a ogromną wartością jest właśnie opanowanie do perfekcji naszej własnej niszy. Myślę, że bez odpowiedniego kapitału – głownie ludzkiego – ale przede wszystkim know-how żaden zespół nie ma większych szans na dłuższa karierę na rynku.

          Kto może stać się klientem MS INDUSTRY?

          Współpracujemy z największymi koncernami na świecie, ale z naszych usług skorzystają także właściciele mniejszych zakładów produkcyjnych. Obie grupy klientów są w podobnym stopniu usatysfakcjonowane z realizacji naszego zespołu i chętnie wracają właśnie do nas z kolejnymi zleceniami.

          Słyszałem, że sama skala zleceń często zniechęca początkujących przedstawicieli branży relokacyjnej.

          To prawda, dlatego też tak istotny jest mój własny background w branży – począwszy od stanowiska specjalisty, poprzez awans na szczebel menedżerski, a skończywszy na zasiadaniu w zarządach dużych spółek oraz własnej działalności. Z drugiej zaś strony pracuję z absolutnie fantastycznym zespołem, który sprostał już niejednemu wyzwaniu. Bardzo dobrym przykładem jest nasze zlecenie wykonywane dla dużego producenta automotive w Niemczech. Nie dość, że sama kwestia administracji i aspektów prawnych ze względu na działalność międzynarodową jest już pewnym wyzwaniem samym w sobie, to gabaryty sprzętu, który przyszło nam przenosić, dla laików są całkowicie abstrakcyjne. Cała maszyna ważyła blisko 1000 ton a jej najcięższy element 360 ton. Zlecenie polegało na jej demontażu, wyprowadzeniu z hali, transporcie do innego kraju oraz ponownym montażu i uruchomieniu. Bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia pracowników oraz bez specjalistycznego sprzętu powyższa usługa nie byłaby możliwa do wykonania. Ponadto duże koncerny współpracują tylko z firmami, które posiadają odpowiednie zaplecze sprzętowe, kadrowe oraz bardzo dobre referencje.

          Czy są to zlecenia, które opiewają na kilka milionów złotych?

          Bywa i tak. Pamiętajmy, że relokacja to przedsięwzięcie wielopoziomowe i interdyscyplinarne. Chodzi nie tylko o sam proces przenoszenia fabryki lub elementu z punktu A do punktu B. Przede wszystkim to cały plan logistyczny, administracyjny i prawny. Współpracują z nami monterzy, spedytorzy, kierowcy, ale również całe zaplecze administracyjne. Równie istotna jest jakość komunikacji, więc i ta kwestia wchodzi w ostateczny kosztorys. Innymi słowy, relokacja nie jest tania, ale z pewnością warta swojej ceny. Mogę się wypowiadać wyłącznie w imieniu MS Industry, ale to właśnie my możemy zagwarantować sprawność realizacji i bezpieczeństwo całego procesu. Te dwa aspekty są kluczowe z perspektywy Klienta.

          Jakie plany na kolejne lata szykuje zespół MS INDUSTRY?

          Nie możemy zdradzać szczegółów, ale już teraz na oku mamy kolejne zlecenia krajowe i międzynarodowe zarówno dla małych, średnich, jak i globalnych graczy. Do tej pory współpracowaliśmy m.in. z takimi koncernami jak OPEL, BMW, MAGNA, BOSCH, BREMBO czy każdego dobrze znana COCA COLA. Te kontakty wykorzystujemy również w dłuższej perspektywie, a satysfakcja naszych klientów idzie dalej w świat. Właśnie dzięki rekomendacjom nasze osiągnięcia cieszą się tak ogromnym zainteresowaniem.

          Satysfakcja z efektu to jedyna wartość dodana z perspektywy klientów MS INDUSTRY?

          Nie. Nasze wyniki to suma kilku czynników. Przede wszystkim współpracujemy z naszymi klientami od początku do końca, na bieżąco informując o poszczególnych etapach realizacji. Właśnie tzw. Customer Experience jest jednym z najmocniejszych elementów informacji zwrotnej, przekazywanej naszemu zespołowi przez zleceniodawców. Oczywiście priorytetem jest finalizacja projektu, ale równie ważna jest cała ścieżka współpracy w międzyczasie. Myślę, że o tym przedsiębiorcy powinni pamiętać zawsze – niezależnie od branży. Tylko w ten sposób – dzięki holistycznemu podejściu do naszej misji – możemy liczyć na imponujące wyniki.

          Biznes bez półśrodków

            Jedyną metodą na osiągnięcie sukcesu we współczesnym biznesie jest całkowite zaangażowanie – mówi założyciel i prezes firmy BetaMed SA, doradca i mentor biznesowy – Beata Drzazga.

            Dla wielu biznesów nadeszły trudne czasy. Konkurencja jest coraz ostrzejsza, klienci coraz bardziej wymagający, a kapitał trudno dostępny. Nie wiadomo jak się rozwijać, często jedyną rzeczą, jaką możemy zrobić jest zwiększenie zaangażowania.

            Oczywiście. Często nie jesteśmy w stanie zrobić nic innego. Obniżanie cen może nie zadziałać. Z kolei obniżanie jakości, oprócz tego, że jest nieskuteczne, jest również niedopuszczalne. Dlatego najprostszym i jedynym wyjściem może się stać zwiększenie zaangażowania w realizację celów, które sobie stawiamy. Dodajmy, że nawet niedoskonały plan może przynieść świetne rezultaty, tym bardziej, że obserwując efekty naszej pracy uczymy się, modyfikujemy cele i metody. Na końcu możemy osiągnąć zupełnie inny cel, ale ten cel może być również bardzo satysfakcjonujący.

            Najważniejsze jest to, żeby być aktywnym, wykorzystywać okazje i zdobywać nowe kwalifikacje, a zaangażowanie nie może być chwilowe i nie można go mylić ani z entuzjazmem ani z pracoholizmem. W zależności od sytuacji trzeba wiedzieć, kiedy można sobie zrobić przerwę, a kiedy nie można zwolnić. Firma jest jak śnieżna kula, którą trzeba kontrolować, jeżeli ją zostawimy samą sobie to w końcu się rozpadnie. Zakładając firmę trzeba mieć świadomość tego, że będzie ona wymagać zaangażowania ogromnej ilości czasu, szczególnie wtedy kiedy zmienia się sytuacja zewnętrzna. Sama, gdy projektowałam klinikę BetaMed mówiłam moim współpracownikom, że wszystkie nasze plany są wstępne, a rynek, klienci i pacjenci je zweryfikują, że wszystko pójdzie w lepszą stronę niż chcieliśmy na początku. I tak się stało.

            Chyba każdy doświadczył tego, że podtrzymanie zaangażowania bywa bardzo trudne. Tymczasem Pani zbudowała organizację zatrudniającą ponad 3200 pracowników mimo tego, że cały czas musiała Pani stawiać czoła krajowej i międzynarodowej konkurencji. To się nie mogło odbyć bez zaangażowania.

            To prawda. Nie jest łatwo konkurować z firmami o ogromnej skali działalności i znaczącej przewadze kapitałowej. Globalni gracze mają do dyspozycji coraz nowsze technologie, które pozwalają im skutecznie konkurować z lokalnymi przedsiębiorstwami na lokalnych rynkach. Z łatwością mogą też kopiować udane strategie biznesowe.

            Jeżeli naszą przewagę chcemy budować na zwiększeniu zaangażowania, musimy pamiętać o tym, że musi się to odbywać co najmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze konieczne jest zwiększenie zaangażowania właścicieli. To oni decydują o tym, co firma będzie robić. Bez codziennego, systematycznego udziału właścicieli w wytyczaniu celów operacyjnych i kontroli stopnia realizacji poszczególnych projektów, szanse na zwycięstwo spadają. Po drugie, musimy zwiększyć zaangażowanie pracowników. Ale to nie musi być łatwe bo ludzie są różni. Aby ich zachęcić do lepszej współpracy, musimy im pokazać swoją własną pasję i dać im odczuć, że bez ich pomocy nie damy rady. Powinniśmy też wspólnie się cieszyć z udanych projektów, dzielić się zyskami oraz tym, że firma jest coraz większa. Pracownicy muszą czuć, że praca to nie wyzysk, trzeba być w porządku i właściwie ich wynagradzać. Trzeba też dostrzegać grupę najbardziej oddanych pracowników i nagradzać ich premiami.

            Utrzymanie zaangażowania wymaga energii i motywacji. Skąd ją powinniśmy czerpać?

            Jeżeli zatrudniamy ludzi, którzy mają podobną pasję jak my, to energię będziemy czerpać z tej pasji. Pracownicy są zawsze zmotywowani tym, że się ich szanuje i dobrze wynagradza, ale dużą mobilizację może też stanowić wspólny cel. Jeżeli chcemy, żeby ktoś zbudował łódź, nie powinniśmy uczyć go jak ją budować, tylko powinniśmy sprawić, żeby pokochał morze. Pracownicy są coraz bardziej oddani, gdy udaje się im osiągać postawione przed nimi cele. Wtedy jest ich znacznie łatwiej motywować. Z kolei w sytuacji gdy pracownicy tracą motywację, bardzo ważny jest bezpośredni kontakt. Ważne staja się cechy przywódcze – inspiracja, umiejętność pociągnięcia ludzi za sobą, podzielenia się entuzjazmem i optymizmem. Jeżeli tego zabraknie firma zaczyna wchodzić w stagnację, a ludzi trzeba za wszelką cenę chronić przed stagnacją i wypaleniem.

            Najlepiej jest jeżeli motywacja pochodzi z wewnątrz i jest wsparta samodyscypliną i zaangażowaniem w osiąganiu celów. To jest niezbędna cecha przedsiębiorcy. Prowadząc działalność gospodarczą nie będziemy otrzymywać zadań od szefa, bo szefa nie mamy. To my jesteśmy pierwszą osobą, na którą wszyscy patrzą w razie kryzysu.

            Jednak pamiętajmy, że motywacja może również pochodzić z zewnątrz. Dlatego niektórzy przedsiębiorcy chętnie korzystają z usług mentorów biznesowych – osób, które same odniosły sukces i wiedzą, jakie pułapki czekają na niedoświadczonych przedsiębiorców. Ja z chęcią doradzam młodym przedsiębiorcom, jak wyjść z trudnych sytuacji. Ale zawsze mówię, że tych rad nie należy przyjmować bezkrytycznie. Każda firma jest inna i jej właściciel powinien podejmować decyzje samodzielnie. Natomiast w sesjach z mentorem najlepiej szukać inspiracji.

            Czy można sformułować jakieś proste rady dla tych, którzy chcą być bardziej konsekwentni?

            To, jak skutecznie potrafimy osiągać cele, wynika z kilku czynników. Po pierwsze potrzebujemy wiary w siebie, po drugie wytrwałości w pokonywaniu przeszkód po trzecie potrzebujemy zaangażować zasoby, takie jak czas, środki finansowe i wiedza. Dodajmy jeszcze jeden drobiazg – utrzymanie zaangażowania jest znacznie łatwiejsze wtedy, kiedy robimy to, co kochamy, a nie to, co musimy. To znaczy, że nasza praca powinna być naszą pasją.

            Pamiętajmy też o tym, że zwiększenie zaangażowania nie musi oznaczać spędzania w biurze 16 godzin dziennie. Często wystarczy uporządkować nasze projekty i zadania. W tym celu możemy skorzystać z aplikacji służących do organizacji pracy – wiele z nich udostępnia podstawowe funkcjonalności za darmo.

            W mojej pracy mentora biznesowego zauważyłam ciekawą prawidłowość. Przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że za sukcesy i realizację celów należy nagradzać pracowników. Natomiast często zapominają o tym, że powinni nagradzać również siebie. Po zapłaceniu wszystkich rachunków, podatków i wynagrodzeń dla pracowników często najzwyczajniej brakuje im na to energii. Tymczasem osiąganie celów musi nam się dobrze kojarzyć – z nagrodą i samorealizacją, a nie z odhaczeniem kolejnego zadania na nigdy niekończącej się liście. Osobom skoncentrowanym na karierze często wydaje się, że czas spędzony z rodziną czy na uprawianiu sportu oddala ich od osiągnięcia celów biznesowych, że czas na takie rzeczy przyjdzie później. Jednak to jest błąd. Zachowanie równowagi pomiędzy pracą i życiem prywatnym nie tylko daje nam więcej satysfakcji, ale również pozwala nam pracować wydajniej.

            Dobrze jest też spojrzeć na naszą firmę z innej perspektywy. Ja na przykład czerpię bardzo dużo energii z wyjazdów do Miami, gdzie prowadzę kilka firm. Podoba mi się pozytywne podejście i latynoska energia, którą czuć wszędzie na Florydzie. Po powrocie zawsze zupełnie inaczej patrzę na problemy. Mam mnóstwo nowych pomysłów, dzięki którym firmy się szybciej rozwijają. Dzięki temu możliwe jest wyprzedzenie konkurencji bez wpadania w pracoholizm.

            Ale na pewno zgodzi się Pani ze stwierdzeniem, że nawet jeżeli posłuchamy tych wszystkich rad – i tak nie będzie łatwo. Co nam najbardziej przeszkadza w osiąganiu celów?

            Potrzeba bycia konsekwentnym i bardzo obowiązkowym, może być przyczyną frustracji, możemy źle przeżywać nasze porażki. Dlatego bardzo ważne jest, aby stawiać sobie cele osiągalne. Cele niemożliwe do osiągnięcia demoralizują, powodują, że przyzwyczajamy się do porażek i je akceptujemy. Natomiast jeżeli nasze cele będą łatwiejsze do osiągnięcia, zostawimy sobie margines na to, żeby nas coś mile zaskoczyło. Wtedy pojawiają się wisienki na torcie – nie ma nic bardziej motywującego niż przekraczanie własnych oczekiwań.

            Musimy też pamiętać, że podczas realizacji naszych projektów będziemy potrzebowali dużo odwagi. Przecież każdy biznesowy projekt jest powiązany z ryzykiem. W przypadku niepowodzenia tracimy zaangażowane zasoby i czas. Osobom, które chcą rozpocząć działalność gospodarczą zadaję często pytanie – czy jesteś zaradny, obowiązkowy i odważny? Czy nie przeraża cię ryzyko, czy będziesz w stanie zaakceptować własne błędy i uczyć się z nich? Oczywiście z odwagą nie można przesadzać. Błędem jest zaciąganie milionowych pożyczek na samym początku działalności. To nie jest odwaga, to jest niedojrzałość.

            I ostatnia rzecz – w biznesie prawie żadnego celu nie osiągniemy sami. Firma to są ludzie. Dlatego musimy dbać o naszych pracowników i kontrahentów. Oni też musza odczuwać satysfakcję. Z osiągnięcia celów powinniśmy się cieszyć wspólnie.

             

            Beata Drzazga
            Ekspert Manager Report

            Przedsiębiorca i doradca biznesowy. Założyciel i prezes BetaMed S.A. największej firmy medycznej w Polsce pod kątem opieki długoterminowej, świadczącej również usługi z zakresu opieki nad pacjentami pod respiratorami oraz posiadającej poradnię specjalistyczną, POZ i inne. Właścicielka salonu mody Dono da Scheggia, kliniki laseroterapii Drzazga Clinic, BetaMed International oraz BetaInvest Miami LLC. W latach 2010 – 2017 właściciel BetaNest Electronics, firmy prowadzącej dwa sklepy elektroniczne w Miami.

            Ekspert w zarządzaniu, prelegentka na wielu konferencjach ekonomicznych i medycznych w Polsce i zagranicą, inspiruje i doradza innym w prowadzeniu biznesu. Współautorka prac naukowych z dziedziny ochrony zdrowia. Dziekan ds. Rozwoju Wydziału Medycznego Akademii Górnośląskiej im. Wojciecha Korfantego w Katowicach.

            Nowy Nissan X-Trail, czyli „Tu jest jakby luksusowo”

            Nissan X-Trail to jeden z tych modeli, o których można już powiedzieć, że są kultowe. Pierwsza generacja tego popularnego SUV-a pojawiła się na rynku w 2001 roku i szybko zyskała zwolenników, podobnie jak druga, która choć nowocześniejsza, w dalszym ciągu zachowywała kanciasty, terenowy design. Wraz z trzecią generacją Nissan podążając za upodobaniami klientów stał się bardziej miękki i komfortowy, w dalszym ciągu oferując ponadprzeciętne własności terenowe. Czwarta, najnowsza odsłona japońskiego SUV-a, w porównaniu z poprzednikami, jest autem luksusowym.

            Tekst i zdjęcia: Michał Garbaczuk

            Jakość i elegancja

            Przód auta swoją stylistyką mocno nawiązuje mniejszego modelu Qashqai. Normalnie to mniejsze modele czerpią z flagowców, ale tym razem nawiązanie do miejskiego crossovera nie jest przypadkowe. To Qashqai jest dla Nissana siłą napędową i najważniejszym modelem w gamie. To po niego ustawiają się kolejki i dla niego tworzone są listy społeczne oczekujących na swoje egzemplarze. Model X-Trail kierowany jest do klientów, którzy jakimś cudem nie chcą jeździć samochodem z segmentu premium, a takich jest wbrew pozorom wielu. Poza tym wśród klientów Nissana znajdziemy także tak zwanych aspirujących, którzy nie chcą rezygnować ze swojej ulubionej marki, ale oczekują od auta czegoś więcej niż tylko możliwości przemieszczania się z miejsca na miejsce. To nie znaczy, że Qashai jest zły. Jak mawia klasyk, miliony klientów nie może się mylić. X-Trail oferuje jednak więcej w każdym wymiarze oraz daje to wyjątkowe poczucie, przeskoku do kolejnej, wyższej ligi.

            Zgodnie z zasadami segmentu premium Nissan X-Trail został narysowany miękkim ołówkiem, linie są zdecydowane, ale nie brakuje im elegancji, a proporcje nadwozia z dość długą maską i wielkimi kołami zdają się wskazywać, że mamy  do czynienia z porządnym autem. Z kolei kształt tylnych świateł nawiązuje nieco do poprzedniej generacji modelu, dlatego fani bez problemu odnajdą w nich swojego ulubieńca.

            Miękkość i przytulność

            Po otwarciu drzwi zostajemy zaproszeni do zupełnie innego świata, niż tego, który znaliśmy do tej pory. Tutaj segment premium mamy już w całej okazałości i Nissan pokazał, że wie doskonale, jak dotrzeć do klientów z nieco grubszym portfelem. Wszystkie plastiki są miękkie i przyjemne w dotyku, skóra znalazła się nawet na desce rozdzielczej i tunelu środkowym, a fotele otrzymały eleganckie przeszycia w romby. Najbardziej spodobała mi się konfiguracja z szampańskim lakierem nadwozia i jasnym, beżowym wnętrzem z czarnymi wstawkami. Całość jest po prostu smaczna i doskonale wygląda.

            Wrażenie zrobiła na mnie ergonomia kabiny. Miejsce kierowcy sprawia wrażenie, jakbym znał je od lat, a pozycja za kierownicą jest świetna. Sama kierownica jest mięsista i dobrze leży w dłoniach, a dodatkowo na dole została spłaszczona dla wygodniejszego wsiadania, a dodatkowo wygląda przyjemnie sportowo. Niczego złego nie można również powiedzieć na temat miejsca pasażera. Fotel da się ustawić perfekcyjnie, a szeroki podłokietnik centralny pozwala przyjąć ultra wygodną pozycję. I tutaj kolejne nawiązanie do segmentu premium, otóż podłokietnik otwiera się na dwie strony pozwalając wygodnie sięgnąć do drobiazgu bez niewygodnego podnoszenia go do góry. Tylna kanapa ma regulację kąta oparcia i jest przesuwana wzdłużnie. Wszystko po to, żeby zapewnić minimum komfortu osobom siedzącym w trzecim rzędzie. Tak, tak, nowy Nissan X-Trail może być aż 7-osobowy, co czyni z niego najprawdziwszy rodzinny autobus!

            System multimedialny jest czytelny i łatwy w obsłudze, a nawigacja satelitarna to znany i lubiany przez użytkowników TomTom. W X-Trailu mamy go w rozbudowanej wersji ze śledzeniem ruchu drogowego, informacjami o korkach i serwisem online, w tym TomTom Pogoda. Bagażnik, w zależności od wersji może mieć pojemność nawet 585 l, ale nawet w opcji z dodatkowymi fotelami pozwoli 5 osobom spakować się na wakacyjny wypad. W konfiguracji z siedmioma pasażerami będzie trzeba zainwestować w box dachowy.

            Elektrycznie, ale inaczej

            Zupełną nowością jest za to napęd nowego Nissana X-Trail i tu opcje są trzy. Podstawową wersją silnikową jest miękka hybryda bazująca na benzynowym, turbodoładowanym motorze o pojemności 1,5 l, mocy 163 KM i oznaczeniu VC-Turbo MHEV. Napęd na przednie koła przenoszony jest za pośrednictwem bezstopniowej skrzyni automatycznej Xtronic. Prawdziwą rewolucję znajdziemy jednak w aucie oznaczonym symbolem e-Power. To hybryda, która zapewnia wrażenia jazdy samochodem elektryczny, silnik spalinowy służy jedynie jako generator prądu dla silnika elektrycznego i nie bierze udziału w napędzaniu kół. Dostępna jest wersja z napędem na przednią oś oraz na obie osie. I właśnie takim autem, o oznaczeniu e-4orce miałem okazję jeździć po drogach i bezdrożach Słowenii. Napęd na wszystkie koła realizowany jest przy udziale dwóch silników elektrycznych o mocy: 150 kW na przedniej osi i 100 kW na tylnej. Łączna moc systemu to 157 kW, czyli 213 KM i pozwala osiągnąć pierwsze 100 km/h w równe 7 sekund. Auto natychmiast reaguje na polecenia prawej stopy i w każdej chwili jest gotowe katapultować się z miejsca. Wrażenia dźwiękowe są przy tym dość nieoczywiste i trzeba się do nich przyzwyczaić, bowiem silnik spalinowy pracujący jako agregat prądotwórczy nie osiąga obrotów tak, jak by chciały tego nasze uszy. Na szczęście kabina jest świetnie wyciszona, a motor spalinowy dobrze odizolowany. Jedynie podczas gwałtownego przyspieszania komputer sterujący nakazuje „agregatowi” zwiększyć obroty, żeby dać kierowcy namiastkę sportowej jazdy.

            IV generacja Nissana X-Trail jest z pewnością ostatnią, która wykorzystuje silnik spalinowy, a w opcji e-Power traktuje go wyłącznie jako dostawcę prądu dla napędu elektrycznego. Najnowszy SUV japońskiego producenta stanowi więc łącznik pomiędzy tym, co znaliśmy do tej pory, a tym, co czeka nas w elektromobilnej przyszłości. Jako samochód stał się jednak nie tylko portalem do przyszłości, ale także do świata luksusu, bowiem odczucia z jazdy, komfort i atmosfera panująca w kabinie, nie odstępuje niczym od tego, do czego przyzwyczaił nas segment samochodów premium.

            Od workation do biznesowej nomadki

              Praca zdalna nie jest dla każdego. Jednak ci, którzy znakomicie się w niej odnajdują i doświadczyli jej dobrodziejstw, coraz częściej są otwarci na wprowadzenie jej na stałe do swojej aktywności zawodowej. Co więcej, opcja pracy z każdego miejsca daje możliwości poznawania świata, o jakich wcześniej mogliśmy tylko marzyć.

              Znana szczególnie z pięknych zdjęć na Instagramie wizja spędzania czasu z laptopem na rajskiej plaży staje się realna. Workation, czyli połączenie pracy i wypoczynku, a dokładniej wykonywanie pracy w miejscu kojarzonym z wypoczynkiem, to trend, który zyskuje na popularności także w Polsce. Rosnącą popularność tego rozwiązania widzę chociażby podczas rozmów z przedsiębiorcami, m.in. klubowiczami Trend House, którego jestem członkiem. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu praca z hamaka wydaje się spełnieniem marzeń. W badaniu przeprowadzonym przez Grand Thorton aż 75 proc. respondentów zadeklarowało, że chciałoby pracować w ten sposób, ale nie zawsze jest to możliwe i nie zawsze będzie to efektywne.

              Rzecz jasna, taki system pracy sprawdzi się jedynie w firmach, które nie wymagają fizycznej obecności pracownika w biurze. Tam, gdzie jednak jest szansa na jego wprowadzenie, może on przynieść wiele korzyści dla organizacji. Umożliwienie pracownikowi łączenia pracy i wypoczynku może być elementem strategii doceniania pracownika, a w przypadku ponoszenia przez pracodawcę kosztów takiego wyjazdu – swego rodzaju benefitem.

              Workation – nowy benefit?

              Coraz więcej firm ma świadomość, że podstawą efektywności pracownika jest jego dobra forma psychiczna i fizyczna. Niestety, przewidziane prawem pracy dni urlopowe to często za mało, aby osiągnąć stan odpowiedniej równowagi. Firmy sprawdzają więc różne rozwiązania, aby zadbać o wellbeing pracownika, np. skracanie godzin pracy w ciągu dnia czy skracanie tygodnia roboczego. Workation to jedno z nich. Od lat sprawdzonym benefitem był firmowy wyjazd w nagrodę, tzw. incentive travel.

              Z takich wyjazdów korzystają praktycznie wszystkie branże, nagradzając zarówno klientów, jak i pracowników. Gdy rozpoczęliśmy organizacje wyjazdów na workation, naszymi klientami były na początku głównie firmy z branży gamingowej. Po poluzowaniu obostrzeń pandemicznych dołączyły także inne branże, zarówno firmy, w których na co dzień pracuje się zdalnie, jak i takie, w których pracownicy pracują w różnych lokalizacjach i zwykle widują się tylko online.

              Wprowadzenie workation firmowego oraz indywidualnego to często wyjście naprzeciw realizacji marzeń pracowników. Bez konieczności rezygnacji z aktywności zawodowej mogą oni na dłużej zamieszkać w ulubionym mieście czy po godzinach pracy uczyć się nurkowania. Ten benefit ma jedną dużą zaletę dla pracowników: oderwanie od rutyny i zmiana otoczenia, pobudzają bowiem kreatywność, inspirują do szukania nowych rozwiązań i pomysłów. To często dużo lepsza forma rozwoju dla zespołu niż stacjonarne szkolenie z kreatywności. Dodatkowo praca w wakacyjnych warunkach niejako wymusza umiejętność elastycznego dostosowywania się do zmian, a to z kolei wzmacnia odporność na stres. Oczywiście, umożliwienie pracownikom takiej formy łączenia pracy z wypoczynkiem może także nieść ze sobą pewne zagrożenia, ale są one zbieżne z typowymi wyzwaniami związanymi z pracą zdalną, jak np. trudność z oddzieleniem pracy od życia prywatnego, utrzymaniem wysokiej samodyscypliny i motywacji czy synchronizacją z resztą zespołu. Workation znakomicie wpisuje się w pojęcie work-life integration i teorię, że praca i życie prywatne powinny się bezkonfliktowo przenikać, zamiast wyraźnie rozdzielać.

              Praca w ciągłej podróży

              Osoby, które sprawdziły workation i potwierdziły, że to wymarzona dla nich forma pracy, mogą pójść o krok dalej i zostać nomadą: cyfrowym czy biznesowym. To nie jest decyzja, która przychodzi łatwo, ale taki system pracy może dać dużo satysfakcji. Jestem tego najlepszym przykładem. Postanowienie, aby stać się biznesową nomadką, dojrzewało we mnie od kilku lat. Miałam cel, by za trzy lata dokonać takiej zmiany. Jednak gdy po zakończeniu pandemii mój zespół oświadczył, że nie chce wracać do pracy w biurze, stwierdziłam, że w takiej sytuacji mogę już dziś zacząć realizować moje marzenie. Oczywiście, tak jak w przypadku workation to nie jest model pracy dla wszystkich branż i zawodów, a także nie dla wszystkich typów osobowości, ale staje się on coraz popularniejszy. Zauważyłam, że to znakomite rozwiązanie dla osób, które są żądne nowych doświadczeń, cenią sobie wolność i mają wysoki poziom motywacji wewnętrznej. Takie połączenie sprawia, że wywiązują się z powierzonych im zadań bez względu na miejsce, w którym aktualnie przebywają.

              Wyróżnia się dwa typy nomadów cyfrowych: takich, którzy są związani pracą na etacie dla jednej firmy, oraz freelancerów i właścicieli firm. Rzeczywistość pokazuje jednak, że między tymi grupami jest duża dysproporcja. Według raportu sporządzonego przez Hatalska.com jedynie 9 proc. digital nomadów to osoby pracujące dla jednej firmy. Aż 91 proc. osób spośród badanej grupy to nomadzi biznesowi, czyli osoby pracujące na własny rachunek i prowadzące swoją działalność gospodarczą. W ramach nomadzkiego modelu pracy można znaleźć także różne style prowadzenia takiego podróżniczego trybu życia: część osób poświęca na podróże jedynie kilka miesięcy, ale są też tacy, którzy spędzają tak większość roku. Zależy to zarówno od osobistych preferencji, jak i charakteru wykonywanej pracy. Niektórzy pracują jedynie zdalnie, ja z kolei łączę zarządzanie firmą online z doglądaniem naszych realizacji w różnych krajach świata. W tym roku byłam już w kilku krajach, gdzie realizujemy śluby za granicą, osobiście składając gratulacje kilku naszym młodym parom. Łączę także przyjemność kosztowania oryginalnych potraw z dzieleniem się nimi z innymi. Znalazłam nowe miejsca, do których będziemy zabierać osoby na wyjazdy firmowe, w tym na najlepsze kalmary na świecie oraz na poławianie i pałaszowanie ostryg. Podjęcie decyzji o byciu biznesowym nomadem wymaga odpowiedniego przygotowania, szczególnie jeśli mamy rodzinę i dzieci w wieku szkolnym. Chociaż dla wielu to połączenie wydaje się nierealne, z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie ma rzeczy niemożliwych. Bycie w podróży oznacza także rzadsze kontakty z rodziną czy przyjaciółmi, dlatego warto przemyśleć, jak o nie zadbać. Pomimo wszelkich trudności tryb życia biznesowego nomady to idealne rozwiązanie dla osób ponad wszystko ceniących sobie wolność i niezależność, dla których ciekawość świata to największa motywacja i motor napędowy działań. Poznawanie nowych kultur i tradycji, nauka języków obcych czy możliwość nawiązywania ciekawych relacji – zarówno biznesowych, jak i prywatnych – to tylko część zalet, które wynagradzają wszelkie niedostatki trybu życia biznesowego nomady! Jeśli zastanawiacie się, od czego zacząć, zapraszam do kontaktu. Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami i wnioskami!

               

              Victoria Iwanowska
              Właścicielka agencji eventowej [vi:], CEO ŚlubZaGranicą.Pl oraz biura podróży Victoria Travel. Obecnie biznesowa nomadka – pokazuje, jak prowadzić swoją firmę, podróżując po całym świecie. Inspiruje ludzi do działania i pomaga im w realizacji marzeń, swoim własnym przykładem pokazując, że nie ma rzeczy niemożliwych. O swoich doświadczeniach chętnie opowiada w mediach społecznościowych, a także podczas webinarów i w ogólnopolskich mediach. Wypowiadała się m.in. dla portalu Gazeta.pl, Onet.pl, „Harvard Business Review”, TVN czy dla magazynu „Forbes”.

               

              Ważne Informacje

              Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

              Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

              AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

              Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

              Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

              Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

              Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

              Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

              Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

              Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

              Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...