.
Strona główna Blog Strona 439

Bill Gates

Najbogatszy człowiek świata Bill Gates i jego żona Melinda zamierzają przeznaczyć na działalność charytatywną 90 procent swojego majątku. Właśnie ruszyła ich światowa kampania mająca przekonać bogate kraje, że pomoc udzielana ubogim jest potrzebna.

W listopadowym spotkaniu Living Proof (Żywy dowód) w londyńskim Science Museum, w dzielnicy Kensington, zorganizowanym przez Fundację Billa i Melindy Gates uczestniczyło około 400 przedstawicieli organizacji pozarządowych, prasy, ludzi nauki, artystów i działaczy brytyjskiej sceny politycznej.

Living Proof to nazwa kampanii mającej, poprzez prawdziwe historie prawdziwych ludzi z różnych stron świata, pokazać, że pomoc humanitarna działa i pieniądze przekazywane na rzecz krajów Trzeciego Świata nie idą w błoto.

– Jak myślicie, jaki jest dla mnie najpiękniejszy obraz na świecie? – zaczął spotkanie Bill Gates, a na ekranie za jego plecami ukazały się „Słoneczniki” Van Gogha. – A może „Człowiek witruwiański” Leonarda da Vinci, albo logo Microsoftu? Nie. To wykres ukazujący śmiertelność noworodków na przestrzeni kilkudziesięciu lat, zmniejszający się od 20 milionów w 1960 roku, do 9 milionów w 2010 roku.

Po kilku minutach do męża dołącza Melinda Gates i spokojnym, rzeczowym tonem przekazuje informacje o akcjach charytatywnych prowadzonych na całym świcie przez fundacje, rządy, stowarzyszenia. Nikaragua i akcja szczepień przeciwko rotawirusowi, Addis Abeba i otwarcie małych sal porodowych, Tanzania i dofinansowanie hodowli patatów, które uratowało miliony ludzi od śmierci głodowej. 750 milionów dolarów z Fundacji Billa i Melindy Gates przeznaczonych na powstanie GAVI (Global Alliance for Vaccines and Immunisation) uratowało od 1999 roku
5 milionów ludzi. W ciągu najbliższych trzech uratuje kolejne 4 miliony.

Fundacja Billa i Melindy Gates z sumą 31 miliardów dolarów jest dzisiaj największą organizacją filantropijną na świecie (niegdyś była nią Rockefeller Foundation z 250 milionami dolarów przekazanymi przez króla ropy naftowej Johna Rockefellera). Oboje, Melinda i Bill, pochodzą z rodzin, w których od zawsze uważano, że bogactwo to przede wszystkim duże zobowiązania i odpowiedzialność. Twierdzą, że przychodzi w bogactwie taka chwila, że nie jest się już w stanie wydać wszystkich pieniędzy dla siebie, a pozostawienie ich w spadku dzieciom stawia je w niezręcznej sytuacji kogoś, od którego niczego się nie oczekuje, tylko tego, że kiedyś spisze własny testament…

Gates uważa, że to za sprawą kapitalizmu możliwe jest bogacenie się i rozwój gospodarczy. W krajach rozwiniętych długość życia się podwoiła, dzieci nie umierają praktycznie przed 5 rokiem życia, nauczono się walczyć z większością chorób.

– Kapitalizm nie jest może najlepszym systemem na świecie, ale wiele dał ludzkości, tej jej części, która żyje w bogatych krajach – uważa Gates. – Dzisiejszy problem polega na istnieniu olbrzymiej przepaści pomiędzy krajami rozwiniętymi a tymi, w których jest bieda. Stąd apel Światowego Forum Ekonomicznego, rzucony w styczniu 2008 roku, o to, by połączyć dążenie do bogacenia się z działaniem na rzecz potrzebujących. Sam podczas tego forum apelowałem o kapitalizm kreatywny, powołując się na myśl Adama Smitha, ojca liberalizmu, którego „Badania nad naturą i przyczyną bogactwa narodów” uważam za niezaprzeczalne arcydzieło.

Kapitalizm kreatywny to również dzisiejsza filantropia, prawdziwa nowa moda bogatej Ameryki. Za sprawą Gatesów powstała inicjatywa The Giving Pledge, która skupia najbogatszych tego świata działających charytatywnie.

– Spotykamy się co jakiś czas i dyskutujemy o tym, gdzie nasze działania są najbardziej potrzebne, jakiego typu – tłumaczy Melinda. – Nie istnieje jeden uniwersalny model filantropii. W Stanach Zjednoczonych 40 miliarderów zobowiązało się, że przeznaczy na cele charytatywne co najmniej 50 procent swojego majątku. I to jest piękne. Chcielibyśmy zawiązać podobne inicjatywy również w innych krajach.

U podłoża powstania fundacji Gatesa leży wiara, że każde życie ludzkie ma taką samą wartość.

– Głównym celem naszej fundacji – tłumaczy Melinda Gates – jest użycie środków, którymi dysponujemy, aby zmusić rządy i organizacje pozarządowe do uratowania jak największej liczby istnień ludzkich. To rozmaite programy wspierające badania naukowe i techniczne w medycynie i przemyśle spożywczym. Wspieramy też akcje społeczne. To może przyjąć różne formy. Ale przyświeca nam myśl, by uratować jak najwięcej ludzi za pomocą pieniędzy, które inwestujemy.

Te inwestycje czasami sprawiają, że Gatesowie narażają się na krytykę, jak ostatnio w dzienniku „Los Angeles Times”, który zarzucił im, że Fundacja wspiera firmy działające nieetycznie.

– Ta gazeta napisała o firmach, w które inwestujemy nasze własne pieniądze, nie Fundacji. Zawsze staramy się sprawdzić firmę, której akcjami się interesujemy pod względem jej działalności, ale nie zawsze udaje się wiedzieć wszystko. Za to na przykład nigdy nie kupujemy akcji producentów papierosów – tłumaczy Melinda.

Gatesowie uważają, że największym wyzwaniem dla ludzkości jest wyeliminowanie wszelkiej dyskryminacji, czy ma ona podłoże religijne, czy rasowe. Jednak największym przejawem dyskryminacji i niesprawiedliwości jest, według nich, fakt narodzin w biednym kraju, gdzie szanse przeżycia i dojścia do czegoś są mniejsze niż gdzie indziej.

Trzeba skończyć z tą dyskryminacją i wierzymy, że jest to możliwe. Świadczy o tym chociażby przykład Korei Południowej czy Brazylii, krajów, które były biedne jeszcze 50 lat temu. Dzięki odpowiedniej polityce, inwestycjom w rolnictwo, dobrze ukierunkowanej pomocy kraje te stały się samowystarczalne. Uzbrojeni w myśl, że każde życie ludzkie ma taką samą wartość, badamy powody, tego, że niektóre kraje tej samowystarczalności osiągnąć nie mogą. A potem działamy. Staramy się zmobilizować do działania tych, którzy mogą zmienić tę sytuację: naukowców, przedsiębiorstwa, rządy, organizacje pozarządowe i przeznaczamy na to nasze pieniądze. Mamy nadzieję, że pomalutku, krok po kroku, kraj po kraju, ludzie nie będą już potrzebowali pomocy.

Karina Wściubiak-Hankó

Rozmowa z Kariną Wściubiak–Hankó, rezesem Alchemii SA

– Pani sukcesy biznesowe i przebieg kariery doskonale ilustruje nazwa Alchemia.

– Co tu kryć – sama wymyśliłam taką nazwę dla spółki. Przypomnę, że celem średniowiecznych alchemików było znalezienie kamienia filozoficznego, który pozwoliłby zamienić ołów w złoto. Moje zadanie było podobne… Musiałam przywrócić firmie rentowność. Myślę, że wyzywająca nazwa stanowiła dodatkową motywację dla mojego zespołu.

– Zasiadła pani na fotelu prezesa spółki notowanej na GPW mając 24 lata. Pamiętam o pani przygotowaniu fachowym, ale przecież warunki predestynowały panią bardziej do kariery modelki… Jak dogadywała się pani z podwładnymi, którzy byli starsi i bardziej doświadczeni?

– Wstyd powiedzieć, ale patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia, muszę stwierdzić, że budziłam strach. Byłam skoncentrowana na celu, bezwzględna w sposób typowy dla młodych ludzi, którzy są pewni swoich racji. Bez ceregieli usuwałam wszystkie przeszkody, które pojawiały się na mojej drodze. Dla osób przyzwyczajonych do dotychczasowego sposobu zarządzania firmą, musiało to stanowić szok. Tym niemniej odnieśliśmy sukces. A zgodnie ze starą maksymą, nie sądzi się wygranych.

– W przypadku silnych kobiet ceną, którą trzeba zapłacić za karierę, jest zwykle brak rodziny.

– Nie zgadzam się z taką opinią. Mam dwuipółletnią córeczkę, której poświęcam dużo czasu. Mój mąż – węgierski finansista, członek zarządu McDonalds Polska, nie należy do mężczyzn, którzy daliby się wcisnąć pod pantofel. To raczej ja ulegam jego pomysłom, choćby na sportową aktywność podczas wakacji, na co nigdy wcześniej nie miałam ochoty. Co więcej – nieźle nauczyłam się węgierskiego, który jest jednym z najtrudniejszych języków. A dzięki teściowej poznałam sekrety tamtejszej, znakomitej kuchni. Śmiem twierdzić, że potrafię przygotować świetną zupę gulaszową.

– Zwykle na karierę managera składają się: talent, wykształcenie i szczęście.

– Bardzo szybko zrozumiałam, że zarządzanie to mój żywioł. Mój ojciec – właściciel prywatnej firmy – wymarzył dla mnie karierę naukową. Pewnie dlatego zdecydowałam się na studia lingwistyczne. Nie żałuję tej decyzji, ponieważ angielski i włoski poznałam w takim zakresie, że mogłam dorabiać jako tłumacz symultaniczny i nauczyciel. Ciągnęło mnie jednak do biznesu i tak trafiłam do firmy Boryszew w Sochaczewie, specjalizującej się w recyklingu tworzyw sztucznych. Pierwszym uśmiechem losu było to, że moja ówczesna szefowa, Małgorzata Żarecka Piątkowska, jako pierwsza doceniła moje predyspozycje i powierzyła mi szereg odpowiedzialnych zadań, jak np. pomoc w przygotowaniu sprzedaży linii do produkcji granulatów.

– Boryszew był jedną z firm należących do Romana Karkosika…

– …który wpadł na pomysł, żeby na fali boomu internetowego zaangażować się w handel w sieci. A to była dziedzina, w której młodzi managerowie radzili sobie najlepiej. Weszłam więc do rady nadzorczej CenterNetu – dzisiaj spółki należącej do Midas SA. Znacznie bardziej niż Internet interesowały mnie jednak finanse, więc zajmowałam się tą częścią biznesu. Najwyraźniej radziłam sobie nieźle, ponieważ otrzymałam propozycję objęcia stanowiska dyrektora handlowego Garbarni Skotan.

– Pół roku później, mając 24 lata, objęła pani stery Garbarni Brzeg.

– Cieszę się, że Roman Karkosik dał mi taką szansę. W roku 2000 analitycy twierdzili, że firma jest na skraju bankructwa. Zapewne doświadczony, starszy manager podjąłby decyzję o ogłoszeniu upadłości. Ale ja byłam młoda i uparta… Wiedziałam, że jedyna szansa to restrukturyzacja i zmiana profilu produkcji. Niełatwo było mi przekonać do tej koncepcji innych managerów, w większości dwa razy starszych ode mnie mężczyzn. A jednak postawiłam na swoim. Najbardziej niewdzięczna część zadania polegała na zredukowaniu zatrudnienia o połowę. Później było już tylko lepiej. Udało nam się stworzyć zakład pracy chronionej. Na marginesie – znaczna część załogi składała się z potencjalnych rencistów, którzy się do tego nie przyznawali w obawie przed utratą pracy. Firma przestała garbować skóry. Postawiliśmy na recykling tworzyw sztucznych i handel paliwami. Szkoda mi było zaprzepaścić dwustuletnie tradycje zakładu, wiec garbarnię przeniosłam do Skotanu.

– Media ogłosiły sukces, akcje firmy poszły w gorę. A panią zaczęto stawiać jako wzór młodym managerom.

– Miałam to szczęście, że trafiłam do teamu Romana Karkosika, który ma nieprawdopodobną intuicję biznesową. Bardzo umiejętnie kieruje współpracownikami; najpierw prowadzi za rękę, żeby potem pozwolić na pełną samodzielność. Praca z nim to bardzo ciekawe doświadczenie dla każdego managera. Żadnemu ze współpracowników nigdy nie udało się go poprawić w dziedzinie liczb, ponieważ po prostu zapamiętuje wszystkie dane. Liczy w pamięci szybciej niż inni przy użyciu kalkulatora. Po firmie krąży wiele anegdot o jego zdolnościach racjonalizatorskich. Na przykład, odwiedzając halę produkcyjną pyta: „Dlaczego maszyna stoi akurat w tym miejscu? Przecież to utrudnia produkcję”. Inżynierowie protestują, ale i tak na koniec decydują: „Przestawcie”. Zawsze okazuje się, że to właśnie R. Karkosik miał rację.

– Myślę, że może być to stresujące.

– Też mi się tak na początku wydawało. W praktyce jest inaczej. Zwykle szefowie spółek należących do grupy niecierpliwie czekają na przyjazd szefa, ponieważ jakoś tak się składa, że wprowadzając w życie jego nowe pomysły, sami odnoszą sukcesy.

– Pani prezes, tutaj nie ma podsłuchu, nie musi pani tak bardzo chwalić szefa.

– Czy dla zasady mam zacząć narzekać i krytykować? Dzięki kreatywności Romana Karkosika kilka tysięcy osób nie musi się martwić o swoje miejsca pracy, a giełdowi inwestorzy wiedzą, że idąc jego śladem, zawsze są w stanie zarobić. Dlaczego w naszym kraju tak trudno jest kogoś pochwalić, nie narażając się na zarzut interesowności? Powinniśmy wreszcie nauczyć się cieszyć z sukcesów.

– W 2005 roku Roman Karkosik kupił Hutę Batory w upadłości, misję ratunkową ponownie powierzył właśnie pani.

– Tym razem koledzy managerowie radzili: „Niech się pani w to nie pakuje, nie ma szansy, żeby wyciągnąć firmę na prostą”. Nie posłuchałam tak zwanych dobrych rad. Patrząc na działania naszego największego konkurenta – Mittala – szybko uświadomiłam sobie, że musi pojawić się sukces, ponieważ zaczyna się hossa w branży. Tym razem nie musiałam nikogo zwalniać, zrobił to wcześniej syndyk. Moimi najważniejszymi zadaniami była więc odnowa parku maszynowego i budowa infrastruktury. Huta szybko stała się jednym z najważniejszych europejskich producentów stalowych rur bez szwów. Dwa lata później już nie podpatrywałam Mittala, tylko zrobiliśmy z nim interes, odkupując Hutę Bankową i jednocześnie zamawiając od niego wsad hutniczy. Właśnie wtedy z satysfakcją stwierdziłam, że zasłużyliśmy na nazwę Alchemia.

– Wkrótce pojawił się jednak kryzys.

– Dotknął nas później niż inne firmy z branży. Tym bardziej dramatyczne było więc nagłe ograniczenie zamówień prawie o połowę. Dotychczasowi klienci masowo zaczęli się wycofywać, ale, na szczęście, pojawiły się zlecenia związane z budową stadionów na Euro 2012. W dziedzinie konstrukcyjnych rur bezszwowych byliśmy i jesteśmy bezkonkurencyjni. Pomimo to kryzys wymusił na nas restrukturyzację, która dotknęła przede wszystkim Hutę Bankową.

– Co jest najważniejsze dla managera?

– Firma, którą zarządza. Kiedy mam do czynienia z osobą, która działa na szkodę firmy, staję się nieprzyjemna. Myślę, że dla prawdziwego managera praca powinna być najważniejszym hobby.

– Czy kobieta-manager może korzystać z arsenału damskich środków, takich jak np. łzy?

– Nigdy nie płaczę, żeby coś na kimś wymusić. Zdarza mi się za to używać innej kobiecej broni – kokieterii. Dzięki temu twardzi negocjatorzy po drugiej stronie stołu uśmiechają się, a potem zaczynają ustępować w sprawach podobno bezdyskusyjnych…

Co lubi Karina Wściubiak-Hankó?

Pióra – ważne dokumenty podpisuje złotym długopisem, który otrzymała w prezencie od Romana Karkosika, któremu z kolei ofiarowała piękne Montblanc

Ubrania – jak twierdzi: „Ciągle odnoszę wrażenie, że nie mam co na siebie włożyć”. Szczególnie ceni projekty Gosi Baczyńskiej

Biżuteria – projektowana na zamówienie oraz Bulgari

Kosmetyki – „To, co polecą lub podarują mi przyjaciółki”

Wypoczynek – Malediwy, Seszele, Bali, Goa. Najbardziej lubi zaciszne plaże przy rafie koralowej. Pod wpływem męża zaczęła uprawiać windsurfing na Bałtyku

Kuchnia – włoska, węgierska i polska

Restauracja – San Lorenzo i Borpince
w Warszawie

Samochód – to dla niej tylko narzędzie pracy. Jeździ Audi A6

Hobby – praca, muzyka klasyczna – sama gra na fortepianie

Lutz Bethge

Rozmowa z Lutz Bethge, CEO Montblanc

– Zwiedzając manufakturę Montblanc tu, w Hamburgu, odniosłem wrażenie, że pracują tu bardzo szczęśliwi ludzie. Czy to wynik pańskiego modelu zarządzania firmą?
– Sądzę, że zadowolenie współpracowników jest główną receptą na sukces w każdym biznesie.  Swoją żmudną i niezwykle precyzyjną pracę nasz team – i z tego jestem dumny – wykonuje z namiętnością i ogromnym zaangażowaniem. Jest to niezwykle cenne w branży nazywanej nieco pompatycznie – luksusową.  Atmosfera pracy jest bardzo ważna i jest pośrednio wynikiem roztropnego zarządzania…

– To znaczy, jakiego?
– Jestem wierny zasadzie zarządzania poprzez pasję i z pasją, czyli, z jednej strony, wykorzystywania pasji i emocji naszych artystów-pracowników, z drugiej zaś, akcentowania na każdym kroku ogromnego dla nich respektu i szacunku. Ten szacunek łączy nas obustronnie i przekłada się na efekty i sukces naszej pracy. Przez ostatnie 20 lat nie mieliśmy zwolnień. To bardzo podnosi zaufanie i morale naszego zespołu. To też jedno ze źródeł naszego sukcesu. Proszę sobie wyobrazić, jak trudno byłoby po zwolnieniach odbudować kadrę ludzi do działu artisian (artystów rzemieślników). Dlatego problemy staramy się rozwiązywać wspólnie, np. w sferze oszczędności. W czasie kryzysu pierwszym komisarzem ds. oszczędności jest CEO, czyli moja skromna osoba, tego oczekują od niego wszyscy, łącznie z udziałowcami. Ale nie kosztem miejsc pracy. Uważam, że miarą dobrego zarządzania jest bezpieczne przeprowadzenie firmy przez wzburzone oceany kryzysu. Dzięki mądrej i roztropnej polityce, kreatywności całego zespołu nie doświadczyliśmy negatywnych skutków kryzysu. Bo cóż lepszego dla pracowników, jak pewne miejsce pracy? A to nasz priorytet.

– Nie bez znaczenia jest dla kogo się pracuje, to duże ułatwienie dla managementu?
– Nasi pracownicy są dumni z marki, z którą się całkowicie identyfikują. Są dumni z wykonywanej dla tej marki pracy. W procesie szkolenia nowych pracowników, i to obojętne skąd pochodzą, z Hamburga, Szwajcarii czy Azji, zawsze są zapraszani do Hamburga, w celu zapoznania się z firmą. Sam prowadzę częściowo takie szkolenia i prezentacje, aby oswoić kandydatów z filozofią firmy, z jej celami. Częścią tego szkolenia jest szlifowanie wykonanej ze złota stalówki pióra. I to z bardzo prostej przyczyny: aby nauczyć szacunku dla naszych rzemieślników, dla ich wielkiego talentu i umiejętności. Bo siłą Montblanc są wielkie emocje zespołu związane z marką i identyfikacja z nią.  Sam byłem wielokrotnie świadkiem, że jakość produktów była sprawdzana pod mikroskopem i na pozór nic nie było widać, a jednak w imię najwyższej jakości odrzucano egzemplarz, który nie odpowiadał wysokiej normie. Tą namiętnością zarażamy też pośrednio naszych klientów.

– Czy w czasach, kiedy zamiera sztuka pisania odręcznych listów, dominują e-maile, sms-y i teksty redagowane na komputerze, jest miejsce dla wiecznych piór?
– Obserwujemy renesans zainteresowania piórami wiecznymi. Też używam laptopa i innych gadżetów do komunikacji. Bez tego nie można się dzisiaj obejść. Ale w kwestiach strategicznych, do zapisywania moich pomysłów, inicjatyw zrazu sięgam do mojej kieszeni po pióro Meisterstück, moje osobiste pióro, które otrzymałem 21 lat temu od mojej ówczesnej narzeczonej, dzisiaj żony. Mam zresztą zawsze przy sobie wiele piór… Pióro jest moim towarzyszem w najważniejszych chwilach mojego życia. Pierwsze listy do mojej żony, które miały bardzo osobisty i emocjonalny charakter, też pisałem piórem.

Często poruszam ten temat na wykładach i stawiam tezę: dlaczego producent piór wiecznych w dzisiejszych czasach może odnosić sukcesy? Otóż także dlatego, że istnieją komputery… Ludzie chcą otrzymywać coś, czego mogą dotknąć, coś materialnego i do czego mają stosunek emocjonalny. Ile osób teraz np. zrywa związki lub wyznaje miłość przez e-mail lub sms-a? To tutaj zawsze dopowiadam, „to wstawcie sobie w ramkę te ważne sms-y lub e-maile na pamiątkę, przewiążcie wstążką i powieście na ścianie”. Odręcznie napisany list jest czymś osobistym, emocjonalnym i adresatowi udowadnia, że jest mu nieobojętny. Co więcej, odręcznie napisany list to danie komuś czegoś najcenniejszego – osobistego czasu…

– Wraca moda na pisanie piórem?
– Ostatnio. gdy mijał powoli kryzys, otrzymywałem coraz więcej listów pisanych odręcznie. To też znak czasów. Tłumaczyłem to sobie tak, że ten kryzys był kryzysem zaufania. Ludzie stali się nieufni, zastanawiali się, czy jeszcze ich pieniądze mają wartość, czy nieruchomości mają wartość? Czy banki są wiarygodne? Ktoś, kto pisze list odręcznie, okazuje tym samym, „jesteś dla mnie ważny, poświęcam ci mój czas”. Chce być wiarygodnym.

– No to wróćmy po tych romantycznych klimatach do biznesu. Jak pan ocenia potencjał rynku wschodnioeuropejskiego, a w nim Polskę?
– Rynki wschodnioeuropejskie to ogromny potencjał. Oczywiście, z nich najważniejszy jest rynek rosyjski. To ciągle rynek rosnący. Polska jest wśród tych rynków notowana w piątce najważniejszych. W Polsce restrukturyzujemy naszą sieć sprzedaży i chcemy rozszerzyć sieć naszych butików. Ważne jest dla nas, aby naszym klientom proponować nie tylko produkty, ale także najwyższej jakości serwis. I do tego potrzeba partnerów handlowych, którzy inwestują czas i pieniądze, albo otwierać własne sklepy, w których będziemy oferować nasze produkty. Dla stałego podnoszenia jakości naszej oferty w Polsce otworzyliśmy, wraz z polskim partnerem, sieć własnych butików monobrendowych, zapewniających w pełni profesjonalną obsługę i wspomniany, znakomity serwis. A propos serwisu – w niektórych z naszych butików proponujemy testy piśmiennicze, umożliwiające optymalne dobranie pióra, możemy nawet zaproponować doszlifowanie stalówki do indywidualnych potrzeb klienta. Na miarę, jak u krawca.

– Czyli już wkrótce w Polsce multibrandowe butki zastąpione zostaną przez monobrandowe sklepy Montblanc?
– Takie mamy plany. W tej chwili posiadamy 3 sklepy monobrandowe. Chcemy wykorzystać kompetencje naszych partnerów, przede wszystkim jubilerów, bo to część naszej strategii ogólnoświatowej. Sprawa własnych sklepów jest dla nas bardzo ważna. W 1990 r. otworzyliśmy tzw. butik testowy w Hongkongu i byliśmy bardzo zaskoczeni sukcesem. Dzisiaj posiadamy 360 własnych butików na świecie, częściowo są prowadzone przez naszych partnerów. Te butiki mają 50-procentowy udział w naszym obrocie. To pokazuje też, że spełniamy oczekiwania naszych klientów. Nasze sklepy nie mają już powierzchni 20-30 m2, tylko znacznie większe. W Szanghaju nasz butik ma ponad 600 m2, w Hongkongu ponad 400 m2.

– Największym rynkiem dla Montblanc stały się Chiny?
– Chiny stały się dla nas bardzo ważnym rynkiem. Od 2005 roku przejęliśmy od dotychczasowych partnerów punkty – utworzyliśmy własną spółkę w Szanghaju i w tej chwili mamy już ponad 100 sklepów, z czego połowę stanowią własne sklepy, resztę zaś wspólnie z partnerami. 5 lat temu rynek chiński należał do Top 10, a w tej chwili stał się numerem jeden dla Montblanc. Dobrze rozwijają się także rynki europejskie i rynek indyjski.

– A jak wyglądają tendencje w branży piśmienniczej?
– Bardzo przepraszam za moją uwagę, ale my nie jesteśmy w „branży piśmienniczej”. Z branżą, którą pan wymienił, łączy nas jedynie to, że nasze pióra też służą pisaniu. Ale my nie produkujemy masowo przyborów do pisania i zegarków, my produkujemy towarzyszy życia, produkty, które się otrzymuje w pewnym ważnym momencie życia, najczęściej sukcesu, które przez kolejne lata te momenty przypominają. Mówiąc kolokwialnie, jeżeli ktoś potrzebuje przyrząd do pisania, może nabyć za jedno euro długopis lub ołówek. Mamy zupełnie inną filozofię. W naszym przypadku przybory do pisania to drogocenne przybory. Ich posiadanie to nagroda i wyróżnienie. To podobnie jak z naszymi zegarkami, nikt nie kupuje sobie zegarka za kilkadziesiąt tysięcy euro tylko po to, aby odczytywać czas. Ale tendencje są rosnące.

– Czy produkty Montblanc, zwłaszcza limitowane serie piór to fanaberia kolekcjonerska, czy też dobra inwestycja?
– Pierwszą edycję limitowaną Patron of Art stworzyliśmy w roku 1992. Nosiła nazwę „Lorenzo de Medici”. Wykonano 4810 sztuk (ta liczba odpowiada wysokości góry Montblanc) wiecznych piór i sprzedawano je wówczas za 900 euro za sztukę. Dzisiaj uchodzą za rzadkość i kilka lat temu na aukcji osiągnęły cenę 16 tys. dolarów. Edycje są kolekcjonerskie, ale też, jak wynika z osiąganych cen, są znakomitą lokatą finansową. Dwa lata temu na aukcji w Paryżu nasze pióra z limitowanych serii były o kilkaset procent droższe niż przy zakupie. Z naszymi piórami jest jak z dobrą sztuką, opłaca się w nie inwestować, bo nigdy się na nich nie traci.

– Produkujecie przedmioty, od których można się uzależnić?
– Coś w tym jest. Obserwuję od lat, jak rozmawiają posiadacze naszych produktów, z jak wielką namiętnością dyskutują o swoich kolekcjach. Mnie osobiście cieszy ta miłość do naszych produktów. Ale prawdą jest, że bardzo często kolekcjonerzy są pozytywnie uzależnieni od przedmiotów z naszych kolekcji.

– Ostatni hit Montblanc jest też związany z pisaniem?
– Ma pan na myśli Personal Code Ink? Powstał z potrzeby czasu i rynku. Jak kupujesz obraz Picassa, to się zastanawiasz nad jego autentycznością? Na eventach charytatywnych artyści rozdają autografy, które później oferowane są na aukcjach na całym świecie. Ale dotyczy to też całej sfery gospodarczej, gdzie kontrakty są podpisywane najczęściej naszymi piórami, które Amerykanie nazwali kiedyś powerpen. Czasami trudno ustalić w 100 proc. ich autentyczność. Dlatego też postanowiliśmy wyjść tym zapotrzebowaniom naprzeciw i stworzyliśmy tzw. Personal Code Ink, coś w rodzaju kodu genetycznego dla atramentu używanego w naszych piórach. Właściciel takiego wkładu z atramentem jest zarejestrowany w naszym systemie i przypisany do niego odpowiednim kodem. Ten serwis  działa przez 24 godziny na dobę. Każda wątpliwość, związana np. z fałszerstwem czy innymi nadużyciami, jest natychmist weryfikowana poprzez sieć naszych butików i serwis VIP on-line. To ogromny krok w kierunku zwalczania tak  rozpowszechnionego fałszerstwa podpisów i co za tym idzie, całej z tym związanej sfery kryminalnej.

– Jak ważny jest dla Montblanc segment zegarków?
– Montblanc w 1997 r. dołączył do swojej oferty zegarki. Na początku spotykaliśmy się z pytaniami, zwłaszcza od branży jubilerskiej, czy to jest słuszna decyzja, by producent renomowanych piór włączał do swojej palety produktów zegarki. Wysyłano nam łatwe do odczytania komunikaty, że to może być błąd. Niektórzy zarzucali nam nawet brak wielowiekowych tradycji w tej dziedzinie. Nie chciałem dla tych niedowiarków być arogancki, i najczęściej kwitowałem te wątpliwości i uszczypliwości zdaniem: „Spotkajmy się za 150 lat, to zobaczycie, że mamy już ponadstuletnią tradycję.”. Byłem przekonany, że osiągniemy sukces, bo z serca i temperamentu jesteśmy artisan – artystami. Trochę potrzebowaliśmy czasu, ale na jednych z ostatnich targów SIHH w Genewie gratulowano mi tego, co udało nam się w tej dziedzinie osiągnąć. Produkujemy w 98 procentach sami werki do naszych zegarków w Manufakturze Villeret, nawet sprężyny do zegarków wykonujemy sami, co jeszcze bardziej nas wyróżnia od innych. Udało się odnieść stosunkowo szybko sukces i zdobyć mocne miejsce wśród najlepszych. Wydawać by się mogło, że było nam łatwiej, bo przecież klienci, kupując doskonałe pióra, oczekują takiej samej jakości od naszych zegarków i oczywiscie się nie zawiodą. Zwłaszcza dotyczy to klientów edycji limitowanych, którzy poszukują takiej samej jakości w zegarkach. Dzięki naszym wybornym modelom zagarków, nawet poczas kryzysu rozwijał się nasz „zegarkowy biznes”. Zawsze podkreślałem, że w kryzysie można wiele robić, ciąć koszty, skracać inwestycje, ale nie wolno ograniczać kreacji, kreatywności. Bo w kryzysie ludzie nie przestają kupować, tylko zwracają baczniejszą uwagę na to, co kupują, są ostrożniejsi, traktują zakupy częstokroć jako inwestycję. Najlepszym przykładem był dla mnie zegarek Montblanc Grand Tourbillon Heures Mystérieuses, który wprowadziliśmy w styczniu 2009 r. Koszt takiego zegarka to ponad 200 tys. euro i okazało się, że całą roczną produkcję mieliśmy sprzedaną już w marcu.

Spodziewam się, że segment zegarków w najbliższych 5-10 latach będzie większy niż segment tzw.  przyborów do pisania, bo już w tej chwili w całej palecie produktów stanowią one mniej niż 50 proc. naszej oferty. Reszta to zegarki, biżuteria i wyroby ze skóry. Zegarki mają największą tendencję wzrostową, ale na przestrzeni przyszłych 5 lat także tzw. przybory do pisania będą miały tendecje wzrostowe. Zwłaszcza serie limitowane i kultowy Meisterstück, bo jest on wyznacznikiem stylu życia i klasycznego dobrego smaku.

Co lubi Lutz Bethge?

Zegarki – Nicolas Montblanc Star Rieussec

Pióra – nie rozstaje się z Meisterstück Montblanc

Wypoczynek – leśniczówka w górach, z przyjaciółmi, przy butelce wina z własnej piwniczki

Kuchnia – lekka azjatycka oraz kuchnia mamy, ziemniaki z serem

Hobby – „Mam kije golfowe, ale zdecydowanie wolę narty, kolekcjonowanie azjatyckich antyków, piwniczka winna”

Mariusz Gaca

Rozmowa z Mariuszem Gacą, Prezesem zarządu PTK Centertel, dyrektorem wykonawczym ds. sprzedaży i obsługi klientów Grupy TP.

– Choć irytowałem się z waszego powodu niejednokrotnie, ciągle jednak jestem klientem TP.
– I to jest najważniejsze. Proszę powiedzieć, dlaczego nie przeszedł pan do konkurencji?

– Nie byłem w stanie uwierzyć w zapewnienia, że inni operatorzy potrafią zapewnić mi lepszą obsługę, a poza tym, dzwoniąc pod numer 193 93 zwykle trafiałem na konsultantów, którzy naprawdę starali mi się pomóc. Kiedy zaczął szwankować mój livebox jakiś sprytny młody człowiek cierpliwie tłumaczył mi przez ponad godzinę, co mam zrobić z domową siecią. Dzięki temu skonfigurowałem ją tak, że funkcjonuje do dzisiaj.
– To znaczy, że nasze starania przynoszą efekty. Orange Customer Service, czyli spółka, którą ostatnio powołaliśmy do kompleksowej obsługi klientów TP i Orange, to ogromna organizacja zatrudniająca 7 tys. osób.

Zadanie, które sobie postawiliśmy polega na takiej obsłudze, żeby klient nigdy ze złością nie odkładał słuchawki. Co więcej, nasi konsultanci często nie tylko załatwiają reklamacje, ale też przy okazji sprzedają nowe usługi. Widzę zdziwienie na pańskiej twarzy, ale naprawdę tak się dzieje. To przecież nic trudnego zaproponować np. szybszy dostęp do sieci za niewiele wyższą cenę. Jestem przekonany, że przynajmniej co szósta rozmowa powinna kończyć się sprzedażą. Wystarczy wsłuchać się w to, na czym zależy klientowi, pomóc mu rozwiązać problem, z którym dzwoni, a im lepiej to zrobimy, tym większa szansa, że odwzajemni się nam przynajmniej wysłuchaniem oferty.

– Nie jest to typowa reakcja.
– Postawiliśmy na kreatywność konsultantów. Realizacja tego założenia nie była prosta, ponieważ osoby pracujące w call centers zwyczajowo traktowano inaczej niż handlowców przyzwyczajonych do bonusów i wyjazdów integracyjnych. To nieporozumienie. Konsultanci powinni być odpowiednio zmotywowani do pracy i muszą identyfikować się z firmą. To przecież z nimi kontaktują się czasami zirytowani klienci.

– Muszę się przyznać, że kiedyś zirytowany kłopotami z Neostradą, chciałem do pana w tej sprawie zadzwonić…
– Nie rozumiem, dlaczego pan tego nie zrobił. Codzienne odbieram skargi, na które w miarę możliwości staram się reagować. Większość klientów dociera do mnie drogą e-mailową. To z mojego punktu widzenia najlepsze źródło informacji o błędach, które zdarza się nam popełniać. W uzasadnionych przypadkach staram się nie tylko podziękować klientowi, ale wręcz nagrodzić za wskazanie problemu, z którym powinniśmy się szybko uporać. Rzecz jasna, nie jestem w stanie reagować w przypadku każdej standardowej skargi. Proszę pamiętać, że sam Orange ma 14 mln abonentów. Słowem – na pewnym etapie nie decydują już relacje z klientami, ale zarządzanie procesem, który musi być możliwie jak najbardziej wydajny.

– Tak więc, jeśli z powodu wyjazdu na wakacje zapomnę i nie zapłacę rachunku w terminie, zadziała proces i zablokujecie mi telefon…
– Chodzi tu o znalezienie złotego środka – punktu, gdy procedura zaczyna działać, ale zostawiając pewien margines swobody. Zawsze powtarzam współpracownikom, że procedura jest ważna, lecz zdrowy rozsądek jeszcze ważniejszy. Oczywiście, w każdej dużej strukturze działa reguła, że im niżej, tym mniejsza samodzielność decyzji. Nie zgadzam się jednak na bezmyślne, automatyczne reakcje, jak choćby w przypadku wieloletniego klienta, który od lat regularnie płacił wszelkie należności, ale kiedyś zgubił jedną fakturę. System zablokował mu w październiku numer za należność z bodajże kwietnia, choć wszystkie następne faktury były opłacone. Zamiast powoływać się na procedurę, zwyczajnie nie powinniśmy mu blokować usług. Stawiając na taki sposób reakcji, musimy najpierw nauczyć pracowników umiejętności refleksji.

– A czy przekłada się to na pieniądze?
– Oczywiście. Działając elastycznie i racjonalnie możemy skorzystać z popularnej zasady „long tail”. Jej beneficjentami są sklepy i stacje benzynowe, których pracownicy tuż przed przyjęciem należności oferują napoje energetyczne lub batony. Nasi konsultanci mogą w dokładnie taki sam sposób sprzedawać dodatkowe usługi lub ubezpieczenia. W tej ostatniej dziedzinie współpracujemy już z trzema towarzystwami.

– Przy obecnym nasyceniu rynku telefonii komórkowej każdy nowy użytkownik to jednocześnie klient, którego stracił konkurent. Nadeszły wreszcie dobre czasy dla stałych klientów, zwłaszcza korporacyjnych, którzy są na wagę złota.
– Generalnie ma pan rację, choć w jednym zdaniu poruszył pan kilka różnych zagadnień. Spróbujmy to uporządkować: Teoretycznie rzecz biorąc, lepiej mieć jednego klienta, który miesięcznie generuje rachunek na poziomie 100 tys. zł, niż 100 tys. klientów wydających po złotówce. W praktyce pojawia się pytanie, co zrobić, jeśli ten superklient przejdzie do konkurencji? Jak widać, najlepiej mieć więc tzw. mix klientów. Łączy się z tym nieśmiertelny problem statystyk prezentowanych przez operatorów komórkowych. Długo trwał wyścig o to, kto ma więcej klientów, choćby to nawet były „martwe dusze”, czyli osoby, które kupiły nieaktywne już od dłuższego karty prepaidowe. Kiedy okazało się, że liczba kart SIM nie jest dobrym wskaźnikiem, zaczęto mówić o udziale w rynku w kontekście wartości kontraktów, czyli struktury bazy i wielkości przychodów. Dziś każdy z operatorów stoi przed prostym pytaniem: „Czy lepiej zadbać o klienta, który zostawiał 10 zł miesięcznie, czy też należy zdobyć dwóch nowych, którzy wydadzą po 5 złotych?” Odpowiedź jest dosyć intuicyjna – zdobycie nowego klienta jest z reguły droższe, a wartość jego rachunków niższa w porównaniu z klientem utrzymywanym. Czasami, aby utrzymać klienta, wystarczy porządnie wywiązywać się z tego, co obiecywaliśmy. A z tym wiążą się standardy obsługi, o których mówiliśmy wcześniej. Moim marzeniem jest załatwienie każdej reklamacji w ciągu 48 godzin. Jeśli nie będziemy w stanie tego zrobić, użytkownik, np. Neostrady, otrzyma od nas urządzenie zastępcze do czasu rozwiązania problemu.

– Taki jest punkt widzenia lidera, który, jak głosi znane hasło, „może więcej”…
– Na tak silnie konkurencyjnym rynku utrzymanie pierwszej pozycji kosztuje wiele wysiłków i środków. Przypomnę, że nawet w czasie, gdy w naszym kraju raczkował Internet wcale nie byliśmy monopolistą. Mieliśmy konkurencyjnych dostawców, czyli sieci osiedlowe administrowane przez firmy, które wykupiły szerokopasmowy dostęp w oparciu o usługi dla biznesu i same dostarczały usługę użytkownikom końcowym. Dostawcy ci opanowali aż 40 proc. rynku. Choć wydaje się to anachroniczne, niektórzy z nich przetrwali do dzisiaj.

– Mówi pan o sprawach telekomunikacji z ogromną pasja, a przecież niewiele brakowało, a byłby pan dziś reprezentantem całkiem innej branży.
– To prawda, skończyłem budownictwo i przez pewien czas poważnie myślałem o karierze naukowej. Przez rok byłem asystentem stażystą na bydgoskim Wydziale Budownictwa, planowałem doktorat. Ale co tu dużo mówić, oferta finansowa uczelni była mało atrakcyjna, w związku z czym szukałem innych sposobów zarobkowania. W 1996 roku opracowałem biznesplan dla firmy „Elnet”. Fascynowało mnie zarządzanie i nowe technologie. Prosto z uczelni przeniosłem się do innowacyjnej firmy telekomunikacyjnej CECOMM. W tym czasie budownictwo utknęło w kryzysie, a akurat rynek telekomunikacyjny wchodził w fazę rewolucyjnych zmian. To samoistnie rozwiązało mój dylemat, jaką pójść drogą. Przełomowa okazała się propozycja kolegi, który namówił mnie, żebym przeszedł do spółki TP Internet. Początki wcale nie były łatwe, ponieważ zajmowałem się projektem portal.pl, który powstał zbyt późno, by skutecznie konkurować z Wirtualną Polską i Onetem. I tak trafiłem do zespołu zajmującego się wdrażaniem Neostrady. Była to fascynująca przygoda. Grupa młodych ludzi otrzymała zadanie, które było prawdziwą rewolucją w dziedzinie dostępu do Internetu.

– Tylko ci, którzy pamiętają łączność modemową oraz słynny login i hasło „ppp”, potrafią docenić, jak zasadnicza była to zmiana. Chociaż minęło zaledwie 8 lat, wydaje się, że to cała epoka…
– Rewolucja polegała na tym, że od 2003 r. zaczęliśmy dostarczać zestawy do samodzielnego montażu Neostrady. Wcześniej niezbędna była wizyta montera. Liczba użytkowników zaczęła rosnąć lawinowo, najpierw było ich kilkuset tygodniowo, potem kilkanaście tysięcy. W roku 2003 nasz zespół pracował niemalże non-stop po 12-14 godzin dziennie. Działaliśmy na wielką skalę i z ogromną pasją. Udało nam się doskonale zsynchronizować z internetową eksplozją. Dosłownie z dnia na dzień rozkwitały sieciowe imperia, jak choćby Google. A ja cały czas miałem w pamięci książkę „Skorowidz stron internetowych”, którą kupiłem w 1995 roku. Skala zmian przerosła najśmielsze oczekiwania.

– Jednocześnie nabrała przyspieszenia pańska kariera w TP.
– Zaczynałem jako kierownik sekcji rozwoju produktów, żeby zostać dyrektorem departamentu, a następnie szefem Pionu Multimediów. Był to wówczas najmniejszy pion w TP, zatrudniał tylko 150 osób, ale skupiał na sobie uwagę rynku i mediów. Otrzymaliśmy mnóstwo nagród i wyróżnień branżowych, z których najcenniejsze były dla mnie te przyznawane przez internautów za pośrednictwem miesięczników branżowych. W 2004 roku mieliśmy już pół miliona abonentów. Dla porównania, dziś jest ich 2,5 mln. Warto wspomnieć, że autorem sukcesu był bardzo młody zespół, złożony w większości z trzydziestolatków.

– A pan, jako bardzo młody manager wszedł na kolejne szczeble kariery.
– Starałem się możliwie jak najlepiej do tego przygotować, ukończyłem zarządzanie na Uniwersytecie Warszawskim, zdobyłem dyplom MBA. Po zakończeniu przygody z Neostradą powierzono mi stanowisko szefa sprzedaży dla kluczowych klientów, następnie przejąłem nadzór nad usługami dla biznesu i zostałem członkiem zarządu TP odpowiedzialnym za blisko 6 miliardów złotych przychodu rocznie.

– To ukoronowanie kariery managera. Żartobliwie mówiąc, kolejny logiczny krok to emerytura.
– Przed czterdziestką byłoby to dość trudne. W zarządzie TP byłem jednakże tylko przez rok, ponieważ objąłem stanowisko prezesa zarządu PTK Centertel z misją odzyskania pozycji lidera rynku. Po trzech kwartałach ciężkiej pracy i konsekwentnej transformacji Orange powrócił na pozycję lidera.

– Gratuluję! Rzec można, że dziś siedzi pan na dwóch stołkach.
– Odpowiedzialność za Centertel oraz sprzedaż i obsługę klientów TP łączy się w logiczny i harmonijny sposób.

– Spotykam wielu managerów wysokiego szczebla, chciałbym podkreślić, że w pańskim przypadku wysoka pozycja zawodowa nie przekłada się na poczucie własnej ważności…
– Dziękuję za te słowa. Moja prosta dewiza brzmi: „Prezesem bywasz, człowiekiem jesteś”. Kolejne hasło, które bardzo lubię to: „Maszeruj dalej”. Jestem przekonany, że nigdy nie należy rezygnować, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Brzmi to prosto i zwyczajnie, ale z każdym kolejnym rokiem dochodzę do wniosku, że w zarządzaniu właśnie porządkowanie i upraszczanie problemów ma zasadnicze znaczenie. Pewnie 10 lat temu bym tego nie powiedział, ponieważ wówczas wydawało mi się, że perfekcyjna prezentacja wyczerpująca temat powinna mieć 30 slajdów. Dziś jestem przekonany, że każde zagadnienie można przedstawić na 3 slajdach. Co więcej – jeśli potrafisz tego dokonać, oznacza to, że potrafisz pokierować tą sprawą. Mam wrażenie, że niektórzy managerowie boją się upraszczać, ponieważ obawiają się, że zostaną posądzeni o niekompetencję. Warto przypomnieć, co na ten temat powiedział Oscar Wilde: „Pisze do ciebie długi list, bo na krótki nie mam czasu”.

 – Co uważa pan za najważniejszy element w relacji manager-podwładny.
– Nigdy nie należy naruszać czyjejś godności. Z różnych powodów musiałem zwolnić wielu pracowników, ale generalnie mam z nimi poprawne relacje. Dotyczy to też codziennych relacji w firmie. Jeden z moich znajomych powiedział kiedyś: trawa rośnie, ponieważ jest podlewana, a nie dlatego, że ktoś na nią krzyczy.

– Czy wyjeżdżając na wakacje czuje pan, że współpracownicy sami sobie dobrze poradzą.
– Na szczęście, nie mam syndromu i obsesji bycia niezastąpionym. Zresztą, w tak dużej organizacji, jak Grupa TP, nie może to wyglądać inaczej. Muszę się jednak przyznać, że podczas urlopu lubię sięgać po swoje BlackBerry, kiedy pisze któryś ze współpracowników. Ktoś może stwierdzić, że to nierozważne, ale nigdy nie czułem lęku, że podczas mojej nieobecności wydarzy się coś dziwnego i nieoczekiwanego. Nigdy też nie zastanawiałem się nad tym, kto mógłby zająć moje miejsce. Wręcz przeciwnie – mam plan sukcesji i staram się promować utalentowanych pracowników, z których rad i uwag chętnie korzystam.

– Tematy, o których rozmawiamy, pojawiają się w wydanej ostatnio niezwykłej książce o zarządzaniu, której jest pan współautorem.
– „Pszczela korporacja” powstała z inicjatywy Sławomira Turka, którego zafascynowała myśl, że na nasze zachowania wpływają te same mechanizmy, które sterują zachowaniami zwierząt. Do współpracy namówił wiceprezesa Banku PKO BP Bartosza Drabikowskiego i mnie. W związku z moimi zainteresowaniami skupiłem się na wątkach dotyczących sprzedaży i marketingu.

– Zakończmy więc naszą rozmowę cytatem z książki, pokazującym, jak ważna jest rola managerów: „To, czy organizacja będzie aktywnym liderem, czy naśladowcą, zależy od wielu czynników, w tym również od szczęścia. Najistotniejsza jest jednak zdolność do podejmowania ryzyka i umiejętność charyzmatycznego przekonywania do swoich pomysłów. Niejednokrotnie bowiem wynalazki naprawdę przełomowe, takie jak: żarówka, telegraf, maszyna parowa, reaktor atomowy, prądnica czy nawet Internet, musiały wiele lat czekać, zanim zaczęły generować zyski dla ich wynalazców czy producentów.”

Co lubi Mariusz Gaca?

Zegarki – IWC Portuguese
Pióra – Montblanc Meisterstuck.
Ubrania – preferuje styl klasyczny, szyte ma miarę i Pal Zilieri.
Wypoczynek – aktywny, amatorski triatlon: pływanie, kolarstwo i bieganie. Najchętniej spędza wakacje w ciepłych krajach
Kuchnia – śródziemnomorska
Restauracja – „Osteria” i „Ale Gloria” w Warszawie.
Samochód – Chrysler Grand Voyager, doskonałe auto dla dużej rodziny.

Aarsene Wenger

Wielu fanów futbolu kojarzy legendarnego Francuza jedynie z piłkarską drużyną Arsenalu Londyn. W rzeczywistości to nie tylko trener piłkarski, ale osoba, która zrewolucjonizowała rolę zarządzania w klubowej piłce nożnej.

Arsène Wenger stworzył dekalog, który stosuje się obecnie nie tylko w klubach sportowych, ale i w biznesie na całym świecie. „Droga do uzyskania znakomitych wyników w tym pięknym sporcie, jakim jest piłka nożna, wcale nie różni się zbytnio od osiągania ich w biznesie”, twierdzi Francuz, który od ponad roku jest globalnym ambasadorem marki Castrol. Skąd taki mariaż? Ponieważ ciesząca się ponad 100-letnią historią firma olejowa od 3 lat jest silnie obecna w piłce nożnej. Sponsorowała UEFA EURO 2008, mogliśmy dostrzec logo marki na stadionach podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej FIFA World Cup™ w RPA, podobnie będzie podczas UEFA EURO 2012 w Polsce i na Ukrainie.

Ponadto, firma stworzyła rewolucyjny system Castrol Performance Index. Innowacyjne rozwiązanie, dzięki któremu przy wykorzystaniu nowoczesnej technologii i metod statystycznych, można w pełni obiektywnie analizować rolę poszczególnych piłkarzy podczas spotkania i ich wkład w końcowy rezultat.

„Trener musi mieć konkretne dane, na których może się oprzeć, a zatem pomiar wyników zawodników jest szalenie ważny. Na podstawie wyjątkowych informacji z Castrol Performance Index mogę wyciągać obiektywne wnioski. Mam tylko dwoje oczu, więc mogę śledzić piłkę i widzieć, gdzie znajduje się wybrany zawodnik, ale nie jestem w stanie sam zmierzyć wkładu każdego piłkarza w grę całej drużyny” – mówi Arsène Wenger.

Nikogo nie powinno dziwić, że Arsène Wenger jest trwale związany z firmą Castrol. Gdy dorastał, jego rodzice prowadzili koło Strasburga firmę handlującą częściami samochodowymi. Kiedy powstał system Castrol Performance Index, Wenger był pierwszym, który z niego skorzystał. Dzisiaj zarówno Castrol, jak i Arsène należą do ścisłej czołówki w swoich dziedzinach, działając na poziomie, na którym nawet najdrobniejsze usprawnienie może przynieść olbrzymie korzyści. Dla Castrola przykładem takich działań jest tworzenie środków smarnych wspólnie z wiodącymi producentami samochodów i oferowanie autoryzowanym serwisom programów i szkoleń, które mogą przynieść dodatkowe korzyści w zakresie zwiększenia zysków z prowadzonej działalności, w ramach programu Castrol Professional.

Wróćmy jednak do dekalogu. 10 zasad zarządzania sformułowanych przez Francuza nie ogranicza się do świata piłki nożnej. Są uniwersalne, odnoszą się do każdej działalności. Dlatego proces myślowy, stojący za sformułowaniem wykładanych przez Arsène Wengera, ambasadora Castrol Professional, zasad, wart jest naśladowania.

1. AUTOANALIZA

„Zanim spróbuję wpłynąć na inną osobę, muszę najpierw zadać sobie pytanie: Czy ja podejmuję właściwe kroki, by mój zespół wykazał się pełną skutecznością? Taka autoanaliza to podstawa sukcesu każdego managera”.

Na tej samej zasadzie – na jakiej jeden z najbardziej utytułowanych managerów klubów angielskiej Premier League sprawdza, czy stosuje właściwe działania, by wydobyć ze swoich piłkarskich gwiazd wszystko, co potrafią – managerowie powinni upewnić się, czy ich ludzie dysponują właściwymi kwalifikacjami i procedurami, by móc osiągać sukces w swojej działalności.

2. ZAUFANIE

„Najważniejszą częścią zarządzania jest zaufanie do innych ludzi. Muszą wiedzieć, że w nich wierzysz i darzysz pełnym zaufaniem. Tylko wówczas będą robić dla ciebie to, co uznajesz za istotne.”

Dzięki wierze w swoich zawodników i obdarzeniu ich pełnym zaufaniem, trener Arsenalu Londyn zapisał na koncie swego klubu imponujące pasmo sukcesów. Podobnie managerowie powinni rozważyć, czy wystarczająco wierzą w swoich ludzi, czy mają do nich zaufanie i czy wyposażają ich w kwalifikacje i narzędzia niezbędne do osiągania sukcesu.

3. ROZWÓJ

„Największe sukcesy w życiu odnoszą zazwyczaj te osoby, które dokładnie analizują i oceniają swoje działania. Stale zaskakuje mnie to, jak bardzo wymagający wobec siebie samych są ludzie sukcesu.”

Wenger jest przekonany, że poprzez uczciwą ocenę mocnych i słabych stron oraz umiejętności i kwalifikacji możliwe jest zwiększanie wkładu poszczególnych członków zespołu w końcowy wynik. Można, oczywiście, poprzestać na oferowaniu szkoleń i porad, ale dopóki człowiek sam nie dostrzega u siebie niewykorzystanych możliwości poprawy, dopóty jego potencjał rozwoju jest poważnie ograniczony. Pamiętaj o tym, gdy podczas najbliższej rozmowy wstępnej z kandydatem na pracownika usłyszysz od niego, że nie ma żadnych słabości. Jeśli twoja działalność opiera się na kontaktach z klientami, a jej wyniki zależą od tego, jak twoi pracownicy rozpatrują ich uwagi lub skargi, jest absolutnie niezbędne, aby robili to ludzie jak najzdolniejsi, a oprócz tego pragnący rozwijać i doskonalić swoje kwalifikacje.

4. KORZYSTANIE Z WIEDZY I DOŚWIADCZENIA

„Sztuka zarządzania polega na inteligentnym korzystaniu ze zdobyczy nauki i weryfikowaniu danych własnym doświadczeniem.” Legendarny już szkoleniowiec zyskiwał przewagę nad rywalami, umiejętnie korzystając z osiągnięć nauki – w postaci zaawansowanych szkoleń i technik analizy wydajności. Na tej samej zasadzie managerowie mogą zyskać przewagę konkurencyjną za sprawą wdrażania sprawdzonych i najlepszych na rynku narzędzi biznesowych. To prosta droga do maksymalizacji zysków, wypracowana na podstawie doświadczeń tysięcy firm. Programy szkoleniowe i marketingowe ułatwiają personelowi rozpoznawanie i wykorzystywanie okazji do zwiększania sprzedaży oraz wpływają na budowanie wzajemnego zaufanie dla dobra przyszłych kontaktów z klientem.

5. MOTYWACJA

„Nie czuję się odpowiedzialny za motywowanie ludzi, ale raczej za wskazywanie im drogi, aby mogli osiągnąć założone przez siebie cele. Nikt nie jest w stanie rozwijać się, ani realizować maksimum swoich możliwości, jeżeli sam tego nie pragnie”.

Jeden z największych autorytetów wśród managerów klubów piłkarskich uważa, że jego rolą jest nie tyle motywowanie piłkarzy, co pomaganie im w ukierunkowaniu ich wewnętrznej determinacji i dążenia do sukcesu. Oczywiście, nie każdego w twojej załodze motywować będzie ambicja bycia najlepszym w tym, co robi. Ale przecież każdemu sprawia satysfakcję rozwijanie się i wspinanie na wyższy poziom. Jeżeli poświęcasz czas na to, by spotykać się z każdym z pracowników, poznawać go i orientować się, co jest dla niego najbardziej atrakcyjne i motywujące w roli, jaką pełni, to inwestujesz swój cenny czas najlepiej, jak tylko możesz. Dzięki temu łatwiej będzie zrozumieć, z jakich powodów ludzie chcą pracować dla ciebie, dla firmy i w zespole. Pieniądze to tylko warunek wstępny – powodują one, że ludzie szukają jakiejś pracy. Jeżeli uda ci się sprawić, by lubili i cenili tę pracę, jaką im powierzasz, zmniejszysz rotację personelu, a twój zespół stanie się trwalszy.

6. PRACA ZESPOŁOWA

„Praca w zespole może nam dać więcej satysfakcji niż indywidualne osiągnięcia. Ale działa to także w drugą stronę: gdy zespół nie funkcjonuje, rodzą się rozczarowanie i frustracja”. Arsène Wenger zasłynął ze swej zdolności budowania spójnych zespołów, czerpiących siłę ze wzajemnego uzupełniania się talentów i umiejętności poszczególnych graczy. Efektem były długie serie regularnych występów na najwyższym poziomie. Managerowie również muszą tak rozwijać zarządzany zespół, aby zdolności jego poszczególnych członków przyczyniały się do osiągania maksymalnych zysków przez całą drużynę. Zadaniem managera jest przekonanie zawodników, że jako grupa będą silniejsi, a zarazem, że nie odbiera im to szans na wybicie się indywidualne. Każdy musi czuć, że otrzyma należną mu część splendoru. I że będzie ona większa, niż gdyby działał w pojedynkę. Na tym polega delikatny obszar pracy managera: musi on stworzyć zasady, w ramach których wszyscy będą się czuli komfortowo, będą mogli pokazać swój talent i możliwości, a przez to osiągną cele.

7. UZNANIE

„Niezwykle ważne jest chwalenie tych zawodników, którzy robią bardzo dużo dla drużyny, ale nie są gwiazdami i nie trafiają na czołówki gazet”.

Jeden z najdłużej zatrudnianych trenerów w klubach angielskiej Premier League jest mistrzem w dziedzinie rozpoznawania wkładu poszczególnych członków drużyny w jej sukcesy i pilnowania, aby mniej eksponowani bohaterowie otrzymywali należne im pochwały za doskonale wypełniane role. Managerowie powinni przyjąć te same zasady i mieć na uwadze wkład poszczególnych pracowników w skuteczność działalności.

8. WARTOŚCI

„Piłka nożna, a w zasadzie ogólnie sport, odgrywa wielką rolę we współczesnym życiu. Wyznacza kierunek, w którym świat może się rozwijać i wskazuje na wartości, które będą ważne w przyszłości”.

Arsène Wenger wyznaje głęboko zakorzenione wartości, którymi kieruje się, przygotowując swoją drużynę do regularnej i systematycznej gry na najwyższym poziomie. Na tej samej zasadzie szefowie serwisów muszą stosować mocne zasady, pomagające inspirować zespół oraz wszczepiać etos ciężkiej pracy i wspólnej odpowiedzialności, w celu zapewnienia firmie maksymalnych zysków i zadowolenia klientów.

9. KREATYWNOŚĆ

„Żyjemy w świecie, w którym »musimy« wygrywać, a człowiek, który »musi« przestaje być kreatywny. Mnie zależy na tym, aby moi zawodnicy podchodzili do tego inaczej: chcemy grać i wygrywać nie dlatego, że musimy, ale dlatego, że to kochamy”.

Jak twierdzi jeden z najbardziej doświadczonych managerów klubów angielskiej Premier League, najlepszą metodą realizacji celów zespołu nie jest budowanie kultury konieczności, lecz stymulowanie ambicji i pragnienia wygranej. Zarówno managerowie piłkarscy, jak i liderzy biznesu muszą zapewniać swoim zespołom wolność bycia kreatywnym w działaniu. Muszą też odpowiednio kierować ludźmi – tak aby ich kreatywność służyła realizacji najważniejszych celów.

10. WIZJA

„Odpowiadam za dużo więcej, niż tylko wygrywanie meczów. Muszę zapewnić trwanie i zdrowe funkcjonowanie klubu także długo po moim odejściu. Podstawą trwałości sukcesu jest więc przemyślana, długoterminowa wizja”.

Wygrany mecz jest osiągnięciem chwilowym, szybko przechodzącym do historii, a skuteczne dowodzenie wymaga przemyślanej i długoterminowej wizji. Częstym błędem popełnianym przy zarządzaniu biznesem jest skupianie się na wyniku finansowym i krótkotrwałym zadowoleniu klientów. Jeśli manager nie tworzy perspektywicznej wizji skutecznego funkcjonowania na pięć czy dziesięć lat, to nie zapewni swojej firmie stabilnej przyszłości. Dobry manager powinien kierować się podobnymi zasadami i inwestować w swoich ludzi, tak aby czerpać z nich maksymalne zyski zarówno teraz, jak i w przyszłości.

Marek Czeredys

Od wielu lat Marek Czeredys jest uważany za ojca sukcesu wielu firm na rynku polskim. Po niemal 30 latach doświadczeń managerskich, aktywnej działalności charytatywnej i osiągnięciu życiowej stabilizacji zakup jednej działki okazał się dla niego nieoczekiwanym wyzwaniem. Działka ta, na warszawskich Polach Mokotowskich, i działalność stołecznych urzędników stały się kilka miesięcy temu tematem wielu medialnych doniesień.

Gabinet Marka Czeredysa w jednym z warszawskich biurowców wyróżnia wiele dyplomów i podziękowań za akcje charytatywne, wspieranie zarówno sportu, jak i szpitali czy fundacji. Liczba tych dyplomów robi wrażenie.

– Zebrałem te dokumenty w tym miejscu, aby nigdy nie zapominać o jednym z podstawowych celów mojej pracy, czyli możliwości i konieczności udzielania pomocy tym, którzy jej potrzebują. A także o wrażliwości, którą wyniosłem z domu. Dyplomy i statuetki dokumentujące działalność moich firm są w innym pokoju.

Przedsiębiorca zaczynał podobnie, jak inni założyciele dużych polskich firm. Choć ukończył Wydział Weterynarii SGGW w Warszawie, obserwując zachodzące zmiany w polskiej gospodarce postanowił zaryzykować i został jednym z pionierów polskiego biznesu. Przyczyniły się do tego także czynniki natury ekonomicznej (m.in. brak leków w przychodni), które nie pozwalały na prawidłowe i etyczne wykonywanie zawodu. Marek Czeredys na własnej skórze poznawał wszelkie zalety i wady prywatnej własności oraz wolności gospodarczej. Mogąc podróżować za granicę skonstatował, na co warto postawić w biznesie, bo jak wspomina: „Na początku lat 80. Polska tkwiła jeszcze w głębokiej komunie, niemniej jednak mieliśmy możliwość myślenia o własnych przedsięwzięciach.”

Zaczynał w branży medycznej. Zajął się sprzedażą odczynników oraz aparatury laboratoryjnej francuskiej spółki BioMérieux. Siedziba spółki mieściła się w jednym pokoju, a zebrania odbywały się… przy osiedlowym trzepaku.

– Były to czasy, kiedy marżę pobieraliśmy na poziomie 30 proc., zaś w ciągu dnia dolar potrafił skoczyć o tę samą wartość i zostawaliśmy bez niczego – dodaje M. Czeredys.– Przelew z Warszawy do Wiednia szedł 3 miesiące. Było ciężko, ale nie chciałem się poddawać. Od początku wychodziłem z założenia, że pieniądze są narzędziem, a nie celem.

Mimo niewielkiego doświadczenia biznesowego zrobił kolejny krok i rozpoczął współpracę z firmą Xerox, oferującą sprzęt biurowy. Arcus, działający na polskim rynku od 1987 roku, zarządzany przez M. Czeredysa, szybko został liderem, mając 45 proc. rynku. Wprowadził zachodnie standardy obsługi klienta i serwisu, osiągając niedostępny dotąd w naszej części Europy tytuł platynowego dilera. Nowa strategia firmy Xerox, oparta o sprzedaż bezpośrednią, wymusiła jednak na Arcusie konieczność poszukiwania nowych rozwiązań. Tak, po targach w Hanowerze, rozpoczęła się współpraca z japońskim producentem Kyocera.

– Trudno dziś w to uwierzyć, ale w latach 90. za sprzedaż jednej kopiarki mogliśmy kupić półgodzinną reklamę telewizyjną – mówi przedsiębiorca. – Pracowaliśmy, od początku nastawiając się na rozwój firmy w długiej perspektywie. Już wtedy było na polskim rynku sporo dużych firm, które pracowały wyłącznie dla krótkoterminowych zysków finansowych – dziś nikt już o nich nie pamięta. My także nie uniknęliśmy błędów, np. zbyt mocnego rozbudowania sieci sprzedaży, co spowodowało obniżenie jakości usług. Potrafiliśmy jednak szybko wyciągnąć wnioski i w odpowiedni sposób zmodyfikować strategię działania firmy. Cały czas rozwijaliśmy biznes. Skąd decyzja o wejściu na giełdę?

Arcus miał bardzo dobre wyniki finansowe i stale rosnące przychody. Istotnym celem stawianym przez M. Czeredysa było poszerzenie oferty oraz modyfikacja profilu działalności firmy. Zmiany te miały polegać na wzbogaceniu proponowanych klientom rozwiązań m.in. o usługi audytu, doradztwa, a także pionierskich na polskim rynku usług dzierżawy systemów drukujących i kopiujących oraz ich całkowitego outsourcingu. Równolegle Arcus miał rozwinąć ofertę o systemy informatyczne i teleinformatyczne. Przygotowanie tej strategii i jej realizację Marek Czeredys powierzył Zarządowi Arcus SA.

Inwestorzy pozytywnie zareagowali na dobre wyniki spółki. Nie obyło się jednak bez przykrych niespodzianek. Firma debiutowała po sporych spadkach na giełdzie. Po debiucie okazało się, że wszystko jest w porządku.

Wcześniej niż inni, już zaczynając działalność, przedsiębiorca wykazywał znaczną aktywność w dziedzinie społecznej odpowiedzialności biznesu.

– Ważny był dla mnie impuls, jaki zawdzięczam nauczycielowi w-f, który wpajał uczniom potrzebę uprawiania sportu i korzyści, jakie niesie on w sensie społecznym i fizycznym – stwierdza M. Czeredys. – Stąd moja działalność zarówno w fundacji MKOl, jaki i sponsorowanie drużyn piłki ręcznej i żeńskiej koszykówki (PZKosz Arcus Łomianki – przyp. LC). Powodem mojej osobistej satysfakcji jest zarówno możliwość wpływania na rozwój młodzieży przez aktywność sportową, jak i to, że wielu sportowców, których wspierałem, jest podstawowymi zawodnikami reprezentacji kraju i czołowych polskich drużyn klubowych. Wspieram też wiele fundacji. Nie wiążę się z fundacjami prowadzonymi i asygnowanymi przez znane nazwiska, gdyż one mają pieniądze. Staram się pomagać wszędzie tam, gdzie potrzeby są poważne, a szansa na wsparcie niewielka. Dobrze rozumiem to dzięki żonie i jej wrażliwości. Jest ona z wykształcenia farmaceutką i na co dzień spotyka się z ludźmi, którym brakuje pieniędzy na leki. W naszym małżeństwie pełni rolę stabilizatora, wskazując kierunki działalności charytatywnej. Zawdzięczam jej również i to, że mimo finansowego sukcesu, mamy tych samych przyjaciół z dawnych lat, z którymi często się spotykamy, wyjeżdżamy razem na wakacje. Dotyczy to również relacji z wieloletnimi współpracownikami. Kiedy 2 lata temu Zarząd Arcusa zrezygnował z planowanego wyjazdu, który miał stanowić nagrodę dla najlepszych pracowników, podjąłem decyzję, że sam sfinansuję im wycieczkę na Kubę.

Jednym z wyzwań, przed którymi ostatnio stanął przedsiębiorca, był zakup części warszawskich Pól Mokotowskich. Kupił teren w dobrej wierze, chcąc na nieużytkach postawić nową siedzibę firmy wraz z kompleksem konferencyjnym, jakiego Warszawa nigdy nie miała. Usłyszał zarzuty, że jest agresywnym deweloperem, który zamierza zniszczyć tereny zielone, choć działka, którą nabył, była zaniedbana i nie miała walorów parkowych. Przeciwników inwestycji nie przekonały nawet argumenty o poprawie infrastruktury i budowie ogólnodostępnych boisk.

– Zaczęło się pechowo, wynegocjowałem cenę 19 mln zł, jednak zebranie pieniędzy zajęło dłuższy czas niż przewidywałem, więc zgodnie z umową musiałem dopłacić 1 mln zł – stwierdza M. Czeredys. – Co gorsza, ów dodatkowy milion stał się powodem przesłuchiwania mnie przez CBA oraz ABW, ponieważ służby specjalne nie mogły zrozumieć, dlaczego dobrowolnie wpłaciłem tę kwotę. Kupując teren miałem możliwość podjęcia budowy, co gwarantował plan zagospodarowania przestrzennego.

Zdecydowałem się na proces, który umożliwił mi nagłośnienie tej sprawy – wyjaśnia przedsiębiorca. – Jestem przekonany, że moja inwestycja została zablokowana, ponieważ w ciągu ostatnich kilku lat ceny atrakcyjnych terenów budowlanych bardzo wzrosły, a gdzieś w tle czają się chętni, by podjąć budowę na Polach Mokotowskich. Nie zgadzam się na takie rozwiązanie. Na zakup działki wydałem znaczną kwotę, którą mogłem zainwestować w inny, bardziej opłacalny sposób. Przez długi czas regularnie spłacałem zaciągnięty na ten cel kredyt. Tak więc nie zamierzam odpuścić. Prowadząc biznes przez wiele lat, nauczyłem się nie poddawać, zwłaszcza kiedy jest atakowana moja rodzina. Nigdy nie byłem związany układami, nie ulegałem politycznym, ani żadnym innym naciskom. Wierzę, że sąd właściwie oceni dokumenty, a prawda zwycięży…

Co lubi Marek Czeredys?

Zegarki – Patek Philippe z uwagi na polskie korzenie założyciela firmy

Pióra – sam używa długopisów, jednak kupuje markowe pióra jako prezenty

Ubrania – nie lubi krawatów, ceni modele Cerruti

Wypoczynek – Tajlandia

Kuchnia – tylko własna

Samochód – Bentley Continental GT, którym przejechał 100 tys. km w trzy lata

Hobby – potrafi odpoczywać przy golfie i w trakcie podróży

Ad van Tiggelen

Rozmowa z Adem van Tiggelenem, starszym strategiem ING Investment Management.

– Niedawno został pan głównym strategiem grupy ING Investment Management. Jakie były pana poprzednie zawodowe doświadczenia?

– Od prawie 30 lat pracuję dla grupy ING, zaczynałem w dziale marketingu, od lat jestem specjalistą od inwestycji kapitałowych na różnych rynkach – Dalekiego Wschodu, europejskich. Ostatnio jestem głównym strategiem ING Investment Management, podróżuję po świecie i daję wykłady z ekonomii i inwestycji. Publikuję też artykuły w finansowych dziennikach i magazynach, między innymi w „Financial Times”, mam audycję w CNBC, CNN i Bloomberg Television. Ale jestem też pisarzem…

– Jest więc pan gwiazdą…

– O nie, bez przesady, ale jestem najbardziej znanym medialnie pracownikiem ING…

– Jest pan strategiem, co to znaczy dla klientów banku?

– Formułuję i prezentuję strategię banku naszym klientom na całym świecie. To klienci rożnego rodzaju, osoby prywatne, banki, doradcy finansowi, ale również przeróżne instytucje. Rozmawiam też o kondycji współczesnej gospodarki, możliwych scenariuszach jej rozwoju.

– Czy też powinniśmy oczekiwać kolejnego uderzenia kryzsu?

– Oficjalnie kryzys skończył się już ponad pół roku temu. Recesja się skończyła. Polska jej nie odczuła…

– Wierzy pan w to?

– Oficjalnie, oczywiście, że tak… Oficjalnie nie ma też już kryzysu. Również w bankowości. Obecnie tylko niektóre banki na świecie mają odczuwalne problemy. Nie przewiduję żadnej nowej zapaści w tym sektorze. Co jednak jest możliwe, to widmo podwójnego zadłużenia, które może sprawić, że gospodarka delikatnie zahaczy o recesję. Ale to nie jest pewny scenariusz. Daję mu jakieś 20 do 30 procent szans. Myślę jednak, że to nie grozi światowej gospodarce, ponieważ jest ona obecnie mocno stymulowana, przede wszystkim poza Europą, głównie przez drukowanie pieniędzy przez rządy niektórych państw, jak na przykład Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Japonii. Przez wypuszczanie dużej ilości gotówki na rynek Bank Centralny stara się uniknąć podwójnego zadłużenia. Tradycyjne sposoby unikania recesji nie działają, tzn. obniżanie stóp procentowych, bo po prostu nie ma już czego obniżać. Podobnie cięcia podatków są nie na miejscu przy tak dużych deficytach. Więc wymyślono drukowanie pieniędzy.

– Czy to nie grozi inflacją?

– Nie, samo w sobie to nie jest groźne. Oczywiście, kiedy pieniądze będą drukowane bez umiaru, może to grozić inflacją w pewnym momencie. Ale w najbliższym czasie nie ma takich obaw, zwłaszcza jeżeli chodzi o Europę, która jest bardzo konserwatywna. Chociażby Niemcy, którzy ciągle mają w pamięci hiperinflację z lat 20., kiedy chleb kosztował milion marek, a która w końcu doprowadziła do objęcia władzy przez Adolfa Hitlera. Niemcy obawiają się inflacji, ale są bardzo silną gospodarką. W Stanach Zjednoczonych sytuacja wygląda nieco inaczej. W latach 30. USA borykały się z depresją, więc dzisiaj wolą wziąć na siebie ryzyko inflacji, by nie dopuścić do depresji. W Niemczech boją się inflacji i wolą ryzyko podwójnego zadłużenia. To wybory, przed którymi stoją dzisiaj banki. Warto jednak pamiętać, że samo drukowanie pieniędzy nie jest inflacjogenne, to wydawanie pieniędzy jest groźne. Tymczasem w chwili obecnej konsumenci są bardzo ostrożni, raczej oszczędzają pieniądze niż je wydają.

– Podobnie jest na rynkach wschodzących?

– Zupełnie inaczej. Konsumenci raczej wydają pieniądze. Na Zachodzie ludzie mają więcej powodów, by zachowywać ostrożność. Rynek pracy jest bowiem jeszcze słaby, za wyjątkiem Niemiec, które nadganiają eksportem. Rynek pracy jest problemem zwłaszcza w USA, ale również w wielu krajach europejskich. Ludzie wiedzą, że w najbliższym czasie muszą być przygotowani na nowe podatki, rządy będą cięły dotacje, starając się obniżyć zadłużenie, co jest możliwe tylko poprzez zmniejszenie wydatków budżetowych. Obniżanie zaś stóp procentowych w bankach powoduje, że klienci nie mogą liczyć na wysoką emeryturę, a kraje, w których inwestowano pieniądze poprzez fundusze emerytalne, jak na przykład w Holandii, nie zapewniają emerytury na takim poziomie, jak dawniej. Konsumenci wahają się więc zanim wydadzą jakieś pieniądze.

– A czy ludzie boją się teraz banków?

– Strach to może nie jest właściwie słowo. Raczej banków nie lubią, ponieważ obwiniają je za kryzys. W pewnym stopniu mają rację. Ale, na przykład, w Stanach Zjednoczonych instytucje finansowe starały się zrehabilitować, m.in. pomagając osobom bezrobotnym. Myślę, że banki nie straciły zaufania klientów. Rządy w dostatecznym stopniu wspomagały banki, by zapewnić im stabilność.

– Czy tak powinno być?

– Jak najbardziej, i nie mówię tak dlatego, że jestem pracownikiem banku, po prostu nie ma innej drogi. Pozwolenie na załamanie systemu bankowego oznacza powrót do epoki lodowcowej. To oznacza załamanie całego systemu monetarnego, a wtedy nic nie działa. Banki są siłą napędową, smarem zapewniającym działanie gospodarki. Problemem jest to, że cały system finansowy jest ze sobą ściśle powiązany, przede wszystkim ze względu na derywaty, czyli instrumenty pochodne, jak i na system kredytów i wzajemnych zobowiązań.

– To dobrze?

– Z jednej strony tak, bo ułatwia funkcjonowanie wielu usług, z drugiej strony, to czynnik ryzyka. Jeżeli jeden element upadnie, to powstanie efekt domina. Dlatego np. w 2008 roku, gdy kłopoty miał American International Group w USA, jedna z największych na świecie firm ubezpieczeniowych, i zaczął tracić płynność finansową, amerykański rząd interweniował, decydując o przejęciu 80 proc. akcji w zamian za 85 miliardów dolarów przekazanych dla ratowania zagrożonego przedsiębiorstwa. Kolejne 30 mld przekazał w 2009 roku… Wiadomo było, że gdyby nie ta decyzja, w ciągu kilku tygodnia upadłyby niemal wszystkie banki na świecie, bez względu na to, gdzie miały swoją siedzibę. Rządy muszą interweniować w takich sytuacjach, ale ceną za to jest wysokie zadłużenie państwa.

– Jaka jest sytuacja na rynkach wschodzących?

– Wszyscy powinniśmy być zadowoleni z faktu, że istnieją. Bez nich krajom rozwiniętym byłoby znacznie ciężej. Rządy krajów rynków wschodzących są zwykle mniej zadłużone, mają też lepsze wskaźniki demograficzne w porównaniu ze starzejącymi się społeczeństwami krajów rozwiniętych. Żyje tam więcej młodych ludzi, jak np. w Indiach czy Brazylii, odnotowuje się tam szybszy wzrost gospodarczy. W krajach rozwiniętych wzrost gospodarczy jest w tej chwili powolny i wynosi niewiele ponad 1 procent, a w przypadku rynków wschodzących to 4 do 6 procent i więcej, jak np. w Chinach. Rynki wschodzące zapewniają równowagę, bez nich krajom rozwiniętym groziłaby recesja.

– No właśnie, Chiny, jak duże mają w tej chwili znaczenie dla światowej gospodarki?

– Pełnią bardzo ważną rolę, chociażby zważywszy na fakt, że zawdzięczamy im niemal jedną trzecią globalnego wzrostu gospodarczego. Dolar słabnie, eksport Chin rośnie… To, z czym mamy obecnie do czynienia może doprowadzić do wojny handlowej. Zresztą, dzisiaj jest kilka czynników, które sprawiają, że ekonomia staje się bardziej nieprzewidywalna niż kiedykolwiek w historii. Jednym z takich czynników jest nie mające precedensów drukowanie pieniędzy, które można by nazwać swojego rodzaju medycyną eksperymentalną, z drugiej strony, mamy kryzys krajów południowoeuropejskich: Portugalii, Hiszpanii i Grecji, również bezprecedensowy, i w końcu zagrożenie wojną handlową między USA i Chinami, kiedy oba te kraje będą się starały utrzymać swoją pozycję. Muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy w historii ekonomii nie było tak wielu autorytetów światowej sławy, którzy by mieli tak odmienne wizje przyszłości. To zresztą widać chociażby po ostatnich nagrodach Nobla. Jedni mówią, że drukowanie pieniędzy jest dobre, inni, że doprowadzi do kryzysu, a każdy uważa, że ma rację. Jestem jednak optymistą, głównie ze względu na fakt istnienia rynków wschodzących.

– Jak to się ma do Europy?

– W Europie siłą napędową są Niemcy. To silna gospodarka i znaczący eksport. Zresztą, gra toczy się właśnie o możliwości eksportu, to właśnie pole, na którym może się rozegrać wojna handlowa, walka o osłabienie jednej waluty, a wzmocnienie innej po to, by dany kraj był mógł eksportować swoje towary.

– W jaki sposób taka wojna handlowa może wpłynąć na polską gospodarkę?

– Nie jestem, niestety, ekspertem od spraw Polski, jestem specjalistą od światowej gospodarki, ale myślę, że ogólnie rzecz biorąc, to co jest złe dla Europy Zachodniej jest też złe dla Polski. Z tego, co wiem, Polska wysyła aż 25 proc. swojego eksportu do Niemiec, a pozostałą część do innych krajów Europy Zachodniej. Jeżeli więc kondycja tych krajów nie jest dobra, to oznacza to automatycznie zagrożenie dla polskiej gospodarki. Jednocześnie rośnie popyt w krajach waszego regionu, jest większy niż w Europie Zachodniej.

– Powinniśmy się więc raczej koncentrować na sąsiadach?

– Tak, i pomyśleć przede wszystkim o Rosji, która rośnie w siłę, szczególnie dzięki cenom ropy. Ale też o eksporcie na inne rynki wschodzące, jak Chiny. Niemieckie fabryki samochodowe: Daimler, BMW czy Volkswagen eksportują swoje produkty do Rosji, Indii czy Chin. W tych krajach są bowiem nabywcy i to zupełnie inni, niż gdzie indziej: młodzi, na dorobku. To te rynki są w stanie ochronić Europę przed recesją. Warto też pamiętać o kluczowej dla globalnej gospodarki roli rynku amerykańskiego, bo amerykański konsument wciąż stanowi jedną trzecią wszystkich nabywców towarów na świecie. To konsumpcja mieszkańców wszystkich rynków wschodzących razem wziętych. 300 milionów Amerykanów wydaje tyle na konsumpcję, co 4 miliardy ludzi mieszkających w krajach rozwijających się. To wszystko kwestia utrzymania równowagi. Amerykański konsument jest wciąż bardzo ważny. Sądzę, że dla Polski ryzyko podwójnego zadłużenia jest niewielkie, inflacja będzie niska. Największym zagrożeniem jest wzrost zarobków. One zresztą nie będą i nie powinny rosnąć, na pewno nie w Europie Zachodniej.

– W Europie Zachodniej narasta niezadowolenie, weźmy chociażby to, co się dzieje właśnie we Francji, gdzie dochodzi do masowych protestów przeciwko planowanemu przez rząd wydłużeniu okresu pracy. Co pan o tym sądzi?

– Starzenie się społeczeństwa to ogromny problem, również niespotykany wcześniej. Starzenie społeczeństwa ma ogromny wpływ na gospodarkę. Po pierwsze, deflacja. Starsi ludzie wydają mniej na towary, a więcej na usługi. A najbardziej inflacjogennym czynnikiem na świecie jest dom. Wybudowanie domu wymaga wielu nakładów finansowych, pracy, wydatków związanych z wykończeniem itd. Starsi ludzie nie potrzebują nowych domów. Mają inny model wydawania pieniędzy niż młodzi, są skłonni więcej oszczędzać, bo są niepewni, czy będą w stanie wyżyć ze swojej emerytury. W Japonii, gdzie emerytury są wysokie, ale jednocześnie ludzie chcą mieć wszystko pod kontrolą i przyzwyczajeni są do najwyższej jakości, już od dziesięciu lat mamy do czynienia z deflacją, przede wszystkim właśnie za sprawą starzenia się społeczeństwa. Bo ludzie głównie oszczędzają.

Japoński scenariusz może się również powtórzyć w Niemczech, gdzie ludzie mają podobne podejście do pieniędzy. W Chinach już zauważa się problem starzenia społeczeństwa. Za 30 lat w Chinach będzie wielki problem ze względu na strukturę demograficzną, którą zawdzięczają przede wszystkim polityce jednego dziecka. Przyglądanie się temu będzie bardzo ciekawe. Pierwszy raz od istnienia świata populacja Ziemi rozrosła się do takiego stopnia, do 7 miliardów ludzi, nasza planeta niedługo nie będzie w stanie ich wyżywić. Dotarliśmy do pewnej granicy wzrostu. Dawniej ten problem rozwiązywany był naturalnie, przez epidemie, choroby, wojny. Dzisiaj tak nie jest. Są więc dwa rozwiązania: albo rozwiniemy loty kosmiczne i zasiedlimy inne planety, albo zaakceptujemy starzenie się. Ludzie będą musieli pracować do 75. czy nawet 80. roku życia. Nie ma innego rozwiązania, gdyż kolonizacja przestrzeni kosmicznej to wciąż domena science fiction. Dlatego to, co się dzieje obecnie we Francji, to po prostu brak zdrowego rozsądku i głupota protestujących. Każdy, kto ma choć trochę rozumu musi wiedzieć, że tylko pracując dłużej jesteśmy w stanie wyżywić siebie i innych, również tych, którzy nie są w stanie pracować z różnych powodów. W takich krajach, jak Francja, Hiszpania czy Włochy emerytury płacone są przez państwo. A więc pochodzą z podatków. We Włoszech za jakieś 25 lat, jeżeli nie przedłuży się wieku aktywności zawodowej, 100 proc. wpływów z podatków będzie szło na emerytury. 100 procent! Nie ma innej drogi jak wydłużenie czasu pracy. I nie ma co mówić o 60 czy 62 latach, tylko 68 czy 70. Ale żaden polityk się na to nie odważy. Mamy demokrację… Choć czasem trzeba decydować za ludzi…

– To może być spory problem dla Polski. Ludzie starsi są często w gorszej kondycji fizycznej niż ich rówieśnicy na Zachodzie…

– To scheda komunizmu i biedy, tak, niestety…

– Powróćmy do pieniędzy. Czy pana zdaniem, Polska powinna wejść do strefy euro, widząc problemy, z którymi boryka się UE?

– Może nie chodzi o to, czy powinna, ale czy wejdzie. Generalnie samo przyjęcie nowego kraju do strefy euro nie jest teraz łatwe. Angeli Merkel będzie ciężko przekonać Niemców do takiego pomysłu po tym, jak wyłożyli tyle pieniędzy na pomoc Grecji i Portugalii. Wejście nowego kraju oznacza nowe ryzyko. Niektóre kraje, jak choćby Rumunia, nie mają na to szans w najbliższej przyszłości. Pytano mnie, czy może w 2050 r. to im się uda? Odpowiedziałem: nie ma takiej opcji. Polska jest dosyć silnym krajem, więc ma szanse. Natomiast może to być cięższe niż myślano na początku, szczególnie z uwagi na duży sceptycyzm i wahania na Zachodzie, który nie chce nowych krajów w strefie. Pytanie, czy euro w obecnej formie będzie istniało w 2050 roku?

– Na zakończenie, czy może pan poradzić, w co należałoby obecnie inwestować? W nieruchomości, surowce, srebro, złoto?

Dobrze jest mieć trochę złota. Złoto jest najlepszym zabezpieczeniem przed błędami polityków czy banków centralnych. Kiedy jedna część świata emituje pieniądze, inna tnie budżety, to istnieje duża szansa, że bank centralny podejmie w pewnej chwili błędną decyzję. Złoto jest najlepszą inwestycją w czasie zagrożenia podjęciem złej decyzji. Ogólnie rzecz biorąc, czasy są tak niepewne, że najlepiej mieć zróżnicowane portfolio. Nie należy, na przykład, wszystkiego wkładać w fundusze inwestycyjne. Różnicujmy portfolio: fundusze, equities, złoto, nieruchomości. Niepewność w naszych czasach jest olbrzymia. Grozi i inflacja, i deflacja. Jak już mówiłem, nigdy wcześniej nie było tak, że zdania noblistów tak bardzo różniły się między sobą. Nie myślmy więc, że jesteśmy mądrzejsi od nich, bo nie będziemy. Żyjemy naprawdę w ciekawych czasach. Ale nie należy się martwić.

Co lubi Ad van Tiggelen?

Zegarek – używa klasycznego Francka Mullera

Ubrania – garnitury Burberry, krawaty Salvatore Ferragamo
Kuchnia – nie lubi indyjskiej, ale azjatycka generalnie tak, oraz francuska

Samochód – nie używa, w Holandii komunikacja publiczna jest na bardzo dobrym poziomie i samochód nie jest potrzebny, bo mieszka przy dworcu. Gdyby miał kupić, kupiłby BMW

Książka – „Filary ziemi” Kena Folletta

Hobby – pisanie książek fantasy, pisze pod pseudonimem Adrian Stone, jest najpopularniejszym autorem fantasy w Holandii, jest autorem trylogii: „The Devil’ s Profeet”, The Devil’s Son” i „The Devil’s Soul”

Ronald Binkofski

Rozmowa z Ronaldem Binkofskim, Dyrektorem działu Business & Marketing Organization Microsoft Polska.

– Zdaniem ekspertów, „cloud computing” to obecnie najważniejszy kierunek rozwoju informatyki. Dlaczego „chmura” jest tak istotna?

– „Chmura” to zupełnie nowa jakość w informatyce, a precyzyjniej rzecz ujmując, przetwarzanie w „chmurze”. To istotna zmiana w postrzeganiu informatyki jako dziedziny wymagającej tajemnej wiedzy, ogromnych nakładów organizacyjnych i ekonomicznych, i czasami będącej sztuką dla samej sztuki. „Chmura” to informatyka w formie prawdziwej usługi, gdzie nie musimy wnikać w to, jak jest naprawdę skonstruowana, gdzie znajduje się jej infrastruktura i jak działa.

Niepełnymi jej substytutami są outsourcing czy hosting. „Chmura” to coś więcej. To pełne rozproszone przetwarzanie. To moc obliczeniowa dostępna na wyciągnięcie ręki i w takiej ilości, w jakiej jej aktualnie potrzebujemy. A wszystko to w bardzo ekonomicznie korzystnych modelach biznesowych. Dzięki temu „chmura” potrafi zmieniać rynki i sposoby funkcjonowania przedsiębiorstw. Jest bardzo ważne, że poprzez istotną redukcję barier wejścia otwiera na rozwiązania informatyczne całkiem nowe, do tej pory nie osiągalne rynki. Redukując koszty, zwiększając elastyczność przedsiębiorstwa „chmura” przyczynia się także bardzo do wzrostu jego konkurencyjności. Na dzień dzisiejszy nie widzę tak bardzo kształtujących biznes trendów na rynku, jak „cloud computing”. Czyli teza dotycząca istotności „chmury” jest jak nabardziej prawdziwa. „Chmura” to także propozycja dla użytkowników prywatnych. Zdalne usługi kont pocztowych, narzędzi do wymiany informacji i komunikacji czy chociażby dyski sieciowe to już powszedność. A pamiętajmy, to także element „chmury”.

– Użytkownik nie wie, gdzie konkretnie przechowywane są jego dane.

– A czy wiedza ta ma jakiekolwiek znaczenie? Istotne jest bezpieczeństwo danych i łatwy do nich dostęp. Kolejna ważna kwestia to możliwość korzystania z określonego oprogramowania, bez konieczności wykupienia licencji w sposób nam obecnie znany. Przy wykorzystaniu „cloud computing” nie trzeba wiązać się z jedną konfiguracją wykorzystywanego środowiska, tylko, testując różne warianty, możemy dobrać optymalne jego zestawienie. Następnie wystarczy zapłacić wyłącznie za określony czas dostępu. Porównałbym to do wykorzystywania energii elektrycznej – płaci się tylko za określone zużycie i dostęp do sieci.

– Może to zrewolucjonizować planowanie zakupów informatycznych w firmach.

– Właśnie o to chodzi. Niejednokrotnie rozmawiałem z managerami, którzy zdecydowali się kupić na wyrost określone oprogramowanie, zakładając przyjęcie nowych pracowników. Kiedy zmieniali plany, nie wiedzieli, co zrobić z niepotrzebnymi licencjami. Proszę pamiętać, że dla małych i średnich firm inwestycje w informatykę oznaczają poważne wydatki. Związane z tym obawy mogą w konsekwencji hamować rozwój przedsiębiorstwa. Trudno sobie wyobrazić lepszy model niż ten, w którym dostawca hostuje np. system finansowo – księgowy, a użytkownik korzysta z tylu stanowisk, ile jest mu potrzebne w określonym czasie. Słowem – zamiast kupować pakiet oprogramowania za, powiedzmy, 10 tys. zł, firma może zapłacić stałą opłatę w wysokości np. 100 zł miesięcznie, jeśli tylko taka jest faktyczna intensywność używania. W konsekwencji oznacza to, że informatyka, która nadal dla niektórych managerów jest „wiedzą tajemną” i obiektem nie do końca zrozumiałych wydatków, stanie się wreszcie normalnym narzędziem, za pomocą którego realizowany jest biznes. Informatyka staje się dzisiaj faktycznie prawdziwą usługą dla biznesu.

– Dlaczego „chmura” jest utożsamiana z technologią przyszłości?

– Jesteśmy świadkami rewolucji w dziedzinie sposobu korzystania z Internetu. Dzięki „chmurze” użytkownicy urządzeń przenośnych mogą mieć dostęp do swoich danych w identyczny sposób, jakby korzystali z komputera stacjonarnego. Microsoft bardzo poważnie zaangażował się we wdrożenie tego modelu, proponując wizję „trzech ekranów i chmury”, która zakłada, że aplikacje dostarczane do komputerów PC, telefonów Windows Phone oraz telewizorów wyglądają tak samo i są połączone usługami „cloud computing”. Takie podejście wynika z aktualnego trendu na rynku, promującego rozwiązania hybrydowe, czyli kombinacji usług on – line z oprogramowaniem instalowanym lokalnie. Jest czymś niesamowitym, wbrew przepowiedniom autorów fantastyki naukowej ostatnich jeszcze lat, że w rozwiniętym technologicznie społeczeństwie XXI wieku komputery zejdą do podziemi i staną się niewidoczne dla swoich użytkowników. Tak właśnie się dzieje teraz. Dosłownie. „Cloud” jest wokół nas, my jesteśmy w „chmurze” i tak naprawdę nikt nie wie, gdzie się odbywa przetwarzanie. To jest największa rewolucja, właśnie to, że znika wiele obciążeń i barier, jakie klasyczne pojmowanie informatyki ze sobą niosło.

– Schodząc z chmur na ziemię wypada zapytać, jak teoria sprawdza się w praktyce?

– Z rozwiązania korzysta już kilka wielkich firm, m.in. Coca – Cola i Starbucks Caffe. W Polsce również przeprowadziliśmy pilotażowe wdrożenia. Jestem przekonany, że upowszechnienie się „chmury” to kwestia najbliższych dwóch lat. „Chmura” niesie ze sobą wiele zmian. Również, a może przede wszystkim, w obszarach koncepcyjnych i mentalnych biznesu. Jest to proces dość skomplikowany, jednakże bardzo konsekwentnie postępujący. Od „chmury” nie ma już odwrotu.

– Ma pan bogate doświadczenia biznesowe dotyczące Polski i Niemiec.

– Jestem Ślązakiem i w związku z tym intuicyjnie łączę elementy tradycji tych dwóch krajów. Kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice zdecydowali się wyjechać do Niemiec Zachodnich, gdzie, pomimo słabej znajomości języka szybko poczułem się jak ryba w wodzie. Już po roku napisałem najlepsze w klasie wypracowanie z niemieckiego. Realizując swoje zainteresowania, zacząłem studiować matematykę na Uniwersytecie we Frankfurcie. Coś jednak mnie ciągnęło do Polski. Chociaż rodzice mnie zniechęcali, przeniosłem się na Uniwersytet Jagielloński. Po dyplomie otrzymałem propozycję pracy naukowej na Politechnice Krakowskiej. Zaproponowano mi jednak pensję, za którą nie byłbym w stanie utrzymać rodziny. W związku z tym wybrałem pracę na uczelni w Darmstadt, gdzie też długo nie zagrzałem miejsca.

– I tak zaczęła się pańska kariera w firmie informatycznej…

– Podczas studiów programowałem na Unixie, byłem zafascynowany rozwojem informatyki, więc to, że trafiłem do centrum rozwoju oprogramowania w Software AG, było czymś najzupełniej naturalnym. Z punku wiedzenia firmy, moją wielką zaletę stanowiła znajomość języka polskiego oraz rosyjskiego, którego w odróżnieniu od kolegów chętnie uczyłem się w polskiej szkole, a potem doskonaliłem podczas studiów w Niemczech. Otrzymałem propozycję zajęcia się rozwojem biznesu Software AG w Afryce oraz w Europie Środkowo – Wschodniej, skupiając się na Polsce, Rosji, Czechach.

– To z kolei początek drogi managera.

– W moim przypadku był to proces naturalny. Mówiąc żartobliwie, nawet nie zauważyłem, kiedy zostałem managerem, choć, oczywiście, budowałem biznes, zatrudniałem pracowników, raportowałem wyniki. Najpierw zbudowałem polski oddział firmy, który szybko zaczął osiągać znakomite efekty. Następnie oddano mi oddział czeski i rosyjski. Zostałem Area Managerem. Tak więc zarządzania nauczyłem się w praktyce, dopiero później skupiłem się na teorii… Problematyka wydaje mi się tak interesująca, że w przyszłości z pewnością poświecę dużo energii na dalsze zgłębianie tej tematyki.

– Co jest najlepsza inspiracją dla managera.

– Zadanie, które trzeba wykonać. Należy po prostu podwinąć rękawy i zabrać się do roboty. Co więcej – dobry szef powinien udowodnić podwładnym, że gdyby zaszła taka potrzeba, w każdej chwili sam mógłby ich wyręczyć. Nie ma szans na zdobycie autorytetu manager, który nie potrafi od czasu do czasu konkretnym działaniem wspomóc członków zespołu w ich wyzwaniach. Kolejna, moim zdaniem, najważniejsza, sprawa to pasja. Bez niej nic nie może się udać.

– Za co zwalnia pan z pracy?

– Najbardziej niepokoi mnie brak zaangażowania. Rozumiem, że każdy popełnia błędy. Nie toleruję jednak osób, które obojętnie, automatycznie wykonują swoje obowiązki. Zdarza się, że przyjmuję kogoś, kto robi świetne wrażenie podczas rozmowy kwalifikacyjnej. A potem okazuje się, że nie umie się identyfikować z celami firmy, nie potrafi współpracować z kolegami. W takim przypadku proponuję: „Odejdź, to nie jest miejsce dla ciebie, gdzie indziej na pewno lepiej sobie poradzisz”. Cieszy mnie, że osoby, z którymi się rozstałem, nie zostają potem moimi wrogami. Jestem głęboko przekonany, że manager powinien ocenić potencjał pracownika, który sprawia problemy i uczciwie z nim o tym porozmawiać. Każdy ma szanse znaleźć miejsce dla siebie. Nie powinien więc na siłę tkwić w organizacji, w której źle się czuje.

– Potwierdza to regułę, że w biznesie ludzie są najważniejsi.

– Zwłaszcza w informatyce, gdzie prawdziwy specjalista to naprawdę „number one”. Tylko zmotywowani pracownicy mogą stworzyć silną organizację. A tylko na takiej bazie można budować naprawdę skuteczną strategię. Kolejny etap to już realizacja i egzekwowanie wyników.

– A gdzie miejsce na dystans, na czas dla siebie?

– Nigdy nie odpuściłem życia prywatnego. Co prawda, jako młody manager angażowałem się na 100 proc. i zapominałem o tym, że nie można być w ciągłym biegu. Szybko zrozumiałem, że to niewłaściwa droga. Manager, który nie ma życia prywatnego, nie umie się zrelaksować, po jakimś czasie staje się mało skuteczny. Na szczęście, potrafię dobrze zarządzać swoim czasem, by efektywnie pracować i odpoczywać.

Co lubi Ronald Binkofski?

Zegarki – IWC Portuguese z podwójnym chronografem oraz Omega

Pióra – Cartier i Montblanc

Ubrania – styl włoski. Zegna, Baldini i Boss.

Wypoczynek – golf na Gibraltarze, Bałtyk zimą, spacery z dwoma psami, które wziął ze schroniska

Kuchnia – śródziemnomorska, ryby

Restauracja – „Izumi Sushi” w Warszawie i „Polska Tradycja”, gdzie zawsze zabiera gości z zagranicy odwiedzających stolicę

Samochód – jest wielkim miłośnikiem Jaguarów, ma trzy auta tej marki. Szczególny powód do dumy to 420-ka (hybryda) z 1967 roku

Hobby – jest zapalonym golfistą, należy do pierwszej 50. handikapowej w Polsce. Regularnie gra też w tenisa. Zbiera gitary, których ma 15. Ozdoba kolekcji to Martin z 1914 roku ze spodem z podlegającego już dziś ochronie brazylijskiego palisandru. Sprezentował jedną z gitar Johnowi Porterowi, który często z niej korzysta. Sam o sobie mówi: „Nie jestem zbyt dobrym gitarzystą, ale nie lubię, kiedy moje instrumenty leżą bezczynnie.”

Ważne Informacje

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...