.
Strona główna Blog Strona 432

Michał Marzec

Rozmowa z Michałem Marcem, Dyrektorem Lotniska Chopina w Warszawie

– 1 listopada 2011 roku pozostanie ważną datą w historii polskiego lotnictwa. Jak rzadko kiedy wszyscy poczuliśmy dumę, że polski pilot potrafił w tak doskonałym stylu wylądować bez kół i w dodatku nikomu nie stało się nic złego. Proszę, pomówmy o tym, czego nie było widać w świetle kamer telewizyjnych.
– Kiedy Boeing 767 krążył nad Warszawą spalając nadmiar paliwa, na ziemi trwały niezwykle intensywne przygotowania. O tym, że nie doszło do katastrofy, zadecydowało mnóstwo czynników. Nasze służby na lotnisku stale szkolą się i przygotowują do działania w tego typu sytuacji awaryjnej. Dzięki temu wszystkie czynności zapisane w procedurach przewidzianych na taką okoliczność zostały wykonane perfekcyjnie. Kolejny ważny składnik sukcesu to… pogoda. Nie padał deszcz, nie było wiatru, tak więc bez przeszkód można było pokryć drogę startową odpowiednią warstwą piany gaśniczej. Co więcej – w zeszłym roku wykonaliśmy remont znacznego odcinka pasa, więc kadłub samolotu w czasie lądowania ślizgał się po idealnie równej nawierzchni. Trudno w to uwierzyć, ale samolot przesunął się zaledwie o 5 metrów od osi drogi. Gdyby zsunął się na trawę, mógłby zostać poważnie uszkodzony. Proszę pamiętać, że w tej fazie piloci nie mogli już nic zrobić…

– Kiedy dowiedział się pan o awarii Boeinga?
– Lądowanie zaplanowano na godz. 13.35. Dziesięć minut wcześniej pilot zgłosił problemy z podwoziem. O godz. 13.27 został ogłoszony alarm. W tym czasie byłem poza Warszawą. Wyjechałem, żeby odwiedzić groby swoich blis­kich. Przez kolejnych kilka godzin nie wypuszczałem z ręki telefonu. Jadąc na lotnisko rozmawiałem z ministrem, prezesem LOT-u i wieloma innymi osobami. Byłem tak zaabsorbowany, że zupełnie zapomniałem o dniu Wszystkich Świętych oraz o wieńcu, który miałem w bagażniku; znalazłem go następnego dnia.

– Czy, jak wielu szefów, w takiej sytuacji zaczął pan dowodzić akcją przez telefon?
– Po to opracowujemy i ćwiczymy określone procedury, żeby je stosować. Operacją zarządzali specjaliści którzy byli na miejscu. Nie mogłem przeszkadzać im w pracy. Znali sytuację lepiej ode mnie. Za koordynację akcji był odpowiedzialny Cezary Adamiak, dyżurny operacyjny portu. O tym, żeby rozłożyć pianę zadecydował Waldemar Stańkowski, dowódca kompanii Lotniskowej Straży Pożarnej. Na marginesie – ci dwaj pracownicy a także dyżurny Wojciech Rohoziński – zostali odznaczeni przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Złotymi Krzyżami Zasługi.

– Co działo się na ziemi, gdy Boeing przygotowywał się do awaryjnego lądowania?
– W takiej sytuacji zwykle samolot zwykle wykonuje tzw. „low pass” – czyli schodzi bardzo nisko, żeby służby naziemne mogły sprawdzić stan podwozia. Tego typu manewr mógł jednak wywołać panikę wśród pasażerów, których trzeba było odpowiednio przygotować do awaryjnego lądowania. Dlatego w tym przypadku wybrany został inny wariant. Z pomocą pospieszyły dwa dyżurne myśliwce F-16, których piloci nawiązali kontakt z załogą Boeinga i potwierdzili blokadę podwozia. W tym samym czasie służby miejskie wyłączyły z ruchu odcinek Alei Krakowskiej, na wypadek gdyby maszyna nie zatrzymała się na pasie. Zamknięta została też ul. Żwirki i Wigury, żeby ułatwić dojazd karetek…

– A na lotnisku?
– W pogotowiu czekały nasze specjalistyczne wozy strażackie, jedyne w swoim rodzaju. Każdy z nich warty jest 5 mln złotych. Normalnie strażacy mają dwie minuty na dojazd z bazy do samolotu w każdym miejscu na lotnisku. Tym razem czekali w pełnym pogotowiu tuż przy drodze startowej. Wszyscy doskonale wiedzieli, co mają robić. Wiele już powiedziano na temat perfekcyjnego lądowania. Jedyny problem to iskry, które wywołało tarcie, ale na szczęście pożar nie wybuchł. Akcja opuszczania samolotu, w której współpracowała załoga i służby naziemne, zajęła zaledwie 90 sekund. Nikomu nic się nie stało, choć do szpitala profilaktycznie przewieziono jedną kobietę w ciąży. Bezpośrednio po lądowaniu kilku osobom potrzebne było wsparcie psychologiczne.

– Czy wcześniej miał pan do czynienia z tak dramatycznymi wydarzeniami na lotnisku?
– Około 15 lat temu, gdy kierowałem lotniskiem w Łodzi, zablokowało się jedno z kół podczas lądowania małego samolotu z 20 osobami na pokładzie. O tym, że coś złego się dzieje, dowiedzieliśmy się w chwili, gdy maszyna już znalazła się na ziemi. Za sterami siedziała pani pilot, której udało się utrzymać samolot na pasie, choć stalowa goleń podwozia starła się o nawierzchnię ponad oś koła. Wysoka temperatura wywołana przez tarcie spowodowała, że wypełnione paliwem skrzydło zaczęło się palić. I w tym przypadku lotniskowi strażacy spisali się znakomicie. Ugasili ogień i ewakuowali pasażerów.


– Usuwanie uszkodzonego Boeinga trwało dość długo. Dlaczego?
– Przeprowadzenie tej operacji we właściwy sposób zmusiło nas do zamknięcia lotniska, co ostatecznie spowodowało straty na poziomie 2 mln zł i wywołało wiele uwag krytycznych ze strony pasażerów, którzy w tym czasie startowali i lądowali w innych miastach. Gdybyśmy nie zdecydowali się na taki krok, poszkodowany przewoźnik – LOT – mógł stracić kilkadziesiąt milionów złotych. Prawidłowe przetransportowanie samolotu warunkowało jego uratowanie i miało wpływ na to, jak zostanie rozwiązana kwestia odszkodowania. Boeinga udało się podnieść przy pomocy czterech poduszek pneumatycznych, które kupiliśmy w ub. roku ze środków unijnych. W tamtym czasie pojawiały się sugestie, ze to niepotrzebny wydatek…

– Jako naczelny dyrektor przedsiębiorstwa „Porty Lotnicze”, które zarządza Lotniskiem Chopina, równocześnie kieruje pan dużą i silną grupą kapitałową. Biorąc pod uwagę wydarzenia takie jak awaryjne lądowanie – musi być pan bardziej odporny na stres niż inni managerowie.
– Podejmując się podwójnej roli – dyrektora PPL, a zarazem warszawskiego lotniska, wiedziałem, że nie będzie łatwo. Tym bardziej, że pojawiłem się w PPL w połowie marca 2008 roku przejmując opóźnioną budowę nowego terminala. Używając terminologii piłkarskiej, na dzień dobry znalazłem się w „sytuacji podbramkowej”. Zdecydowałem, że będziemy kończyć kolejne zadania etapami. Metoda ta przyniosła świetne efekty. Obecnie zaczynamy przebudowę starej części terminala.

– Zapewne chcecie zdążyć przed Euro 2012?
– Wręcz przeciwnie. Nie możemy sobie pozwolić, żeby przed tak ważnym wydarzeniem, spodziewając się znacznie zwiększonego ruchu, podejmować takie ryzyko. Podczas Euro musimy działać według doskonale sprawdzonych schematów. Stary terminal, który zresztą będzie bardzo podobny do nowego, zostanie uruchomiony jesienią 2015 roku.

– Gdzie zdobywał pan doświadczenia managerskie, zanim trafił pan do PPL?
– Choć ukończyłem na Politechnice Łódzkiej wydział maszyn, których projektowanie dawało mi wiele satysfakcji, to jednak zwyciężyło lotnictwo. Mój ojciec był lotnikiem, w czasie wojny latał na Pe-2, wykładał w szkole w Dęblinie. Niedawno poruszyła mnie informacja, że po defiladzie zwycięstwa w 1945 roku lądował na lotnisku, którym dziś zarządzam. Zanim tu trafiłem, zdobywałem doświadczenia managerskie jako dyrektor łódzkiej Fundacji Rozwoju Przedsiębiorczości. Była to ciekawa praca, miałem okazję osobiście poznać wielu niezwykłych ludzi m.in. Margaret Tatcher. W maju 1994 roku otrzymałem dość zaskakującą ofertę – miałem zbudować nowe lotnisko koło Łodzi. Przez krótki czas byłem… jedynym pracownikiem powstającej firmy. Pierwsze regularne połączenia uruchomiliśmy w 1999 roku. Dziś port w Łodzi obsługuje około 400 tys. pasażerów rocznie. Lotniskiem tym kierowałem do 2008 roku. Choć nigdy nie miałem dość wolnego czasu – to jednak zawsze przywiązywałem ogromną wagę do podnoszenia swoich kwalifikacji. Ukończyłem studia MBA, mam uprawnienia audytora certyfikującego lotniska oraz instruktora ochrony lotniczej. Pracując w PPL muszę zajmować się wieloma zagadnienia. Proszę nie zapominać, że lotniska to tylko część naszego biznesu, w skład którego wschodzą też m.in. hotele i Casinos Poland.

Co lubi Michał Marzec?

Zegarek – od 30 lat ten sam Longines, którego dostał od rodziców
Pióra – Pelikan
Ubrania – styl klasyczny, do pracy zawsze zakłada krawat
Wypoczynek – żegluje, prowadzi jachty po Morzu Śródziemnym. Wolne dni spędza w starym rodzinnym domu w okolicach Jeziorska nad Wartą.
Kuchnia – polska i włoska
Restauracja – „Piccola Italia” w Warszawie
Samochód – Volvo S80
Hobby – sport. Przez 30 lat grał w siatkówkę, jako młody człowiek występował w II lidze. Uprawiał trójskok i rzut oszczepem. Obecnie fascynuje go narciarstwo biegowe i alpejskie. Jest melomanem – słucha głównie muzyki filmowej i chóralnej. Ceni sprzęt audiofilski, ale jak zastrzega, musi być zachowana zdrowa relacja między jakością i ceną. Kolekcjonuje płyty winylowe

Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski

Rozmowa z Mariuszem Fyrstenbergiem i Marcinem Matkowskim, najlepszą parą deblową w historii polskiego tenisa, tegorocznymi finalistami US Open

– Już po raz piąty wywalczyli panowie miejsce w gronie ośmiu najlepszych debli światowego rankingu ATP i tym samym zakwalifikowali się do kończącego sezon 2011 prestiżowego turnieju ATP World Tour Finals w Londynie, w którym występuje tylko ósemka najlepszych singlistów i par deblowych. Wielki tenis kojarzy się z nie tylko z sukcesami sportowymi, ale też z pieniędzmi. Co jakiś czas media informują o olbrzymich zarobkach tenisistów…
MM: Naprawdę duże pieniądze zarabia niewielu zawodników – wyłącznie ci, którym udało się osiągnąć znaczące sukcesy. Informacje o nagrodach w turniejach są nagłaśniane, bo to efektowna informacja, a przy okazji niezła reklama. W innych dyscyplinach gra toczy się o wyższe stawki, ale mało kto o tym mówi.

MF: Proszę nie zapominać, że – tak jak wszyscy – płacimy podatki, w niektórych krajach fiskus zabiera nam znaczną część wygranej, na przykład w USA aż 34 proc.

– Ile można zarobić wygrywając wielki turniej?
MM: Zwycięzca Australian Open w singlu otrzymuje 2,1 mln dol., ale już w deblu, w którym się specjalizujemy, gówna nagroda to 450 tys. dol. Naprawdę znaczące kwoty pojawiają się w turniejach wielkoszlemowych.

MF: Trzeba pamiętać, że tenis to również ogromne nakłady na wyszkolenie zawodnika. Do pewnego poziomu trzeba cały czas dopłacać, na co nie stać przeciętnej rodziny, niezbędne jest więc pozyskanie sponsorów. Koszt szkolenia juniora w warunkach polskich to 4-5 tys. zł miesięcznie. Dwa podstawowe szczeble kariery – turnieje challenger i futures to czas inwestycji, z której – mówiąc obrazowo – zwrot zaczyna się na etapie ATP. Na samym szczycie jest wielki szlem. Już sam udział w takim turnieju jest dla wielu zawodników ukoronowaniem kariery.

– Obaj panowie wielokrotnie występowali w turniejach wielkoszlemowych. Jaki był wasz największy sukces, wyrażany również w pieniądzach?
MF: W tym roku zdobyliśmy 2. miejsce w US Open i zarobiliśmy 210 tys. dol. Byliśmy pierwszymi Polakami, którzy od 33. lat weszli do finału tak znaczącego turnieju. Poprzednio udało się to Wojciechowi Fibakowi, który w 1978 roku zwyciężył w Australian Open. O samodzielności finansowej obaj możemy mówić od 2006 roku, gdy po raz pierwszy zostaliśmy sklasyfikowani wśród najlepszych par deblowych świata.

– Jak wygląda kariera tenisisty?
MM: Zacząłem grać mając 7 lat. Moim idolem był Pete Sampras. Jako dziecko bardzo dużo trenowałem, na szczęści rozumieli to moi nauczyciele, którzy wyrazili zgodę na indywidualny tok nauki. Przełomowym etapem było dla mnie otrzymanie stypendium sportowego na University of California w Los Angeles, gdzie studiowałem ekonomię. Amerykanie zapewnili mi czesne i miejsce w akademiku, oczekując sukcesów w zespole uczelni. Udało mi się wywalczyć wspólnie z Julianem Rojerem z Antyli Holenderskich zwycięstwo w debla w akademickich mistrzostwach USA. Chociaż tenis nie jest za oceanem aż tak popularny jak koszykówka, czy futbol amerykański, to jednak walkę na korcie obserwowało nawet 80 tys. widzów. Uprzedzając pytanie, chciałbym zburzyć pewien mit – wobec sportowców nie stosowano na uczelni taryfy ulgowej. Brak postępów w nauce oznaczał zakaz udziału w rozgrywkach.

MF: Ja również po raz pierwszy pojawiłem się na korcie jako siedmiolatek. Zachęcił mnie do tego ojciec. Mając 12 lat trafiłem do klubu Mera w Warszawie. W trzy lata ukończyłem liceum. Motywację do nauki stanowiła dla mnie perspektywa wyjazdu do Akademii Tenisowej w Walencji. Pobyt w Hiszpanii sfinansowali mi rodzice, co stanowiło dla nich bardzo poważny wydatek. Moim idolem był Wojciech Fibak, który niedawno zrobił mi nietypowy prezent ślubny… przechodząc ze mną na ty.


– Kiedy pojawił się duet Fyrstenberg-Matkowski?
MM: Znamy się od dzieciństwa, wielokrotnie spotykaliśmy się podczas zawodów. W 2003 roku razem z Mariuszem wystąpiliśmy na turnieju Prokom Open w Sopocie. Nie spełnialiśmy formalnych wymogów, zostaliśmy dopuszczeni na wyjątkowych zasadach dzięki tzw. „dzikiej karcie”. Wgraliśmy zdobywając 120 tys. zł i co najważniejsze sponsora – Ryszarda Krauze. Jest on nie tylko znakomitym przedsiębiorcą, ale też sam świetnie gra w tenisa. Dzięki jego pomocy mogliśmy nie martwić się o pieniądze na treningi i wyjazdy. Szybko przeskoczyliśmy do ATP, choćby dlatego, że mogliśmy wydać np. 55 tys. zł na bilety lotnicze na trzy następujące po sobie turnieje. W 2004 roku pojawiliśmy się, jako pierwsi Polacy od czasów Fibaka, na turnieju Roland Garros w Paryżu. Przechodząc na zawodowstwo, musiałem jednak na ostatnim roku zrezygnować ze studiów na UCLA, gdzie zamierzam jeszcze wrócić i uzyskać dyplom.

MF: Warto dodać, że R. Krauze stworzył unikalny system pomocy początkującym graczom, w którym zwycięzcy turniejów przekazują część pieniędzy na szkolenia. To znakomity pomysł godny szerokiej popularyzacji.

– W 2010 roku zajęli panowie w rankingu deblistów znakomitą, czwartą pozycję. Jakie macie plany na kolejne lata?
MF: Oczywiście pierwsze miejsce w turnieju wielkoszlemowym. Ja mam 31 lat, Marcin jest o rok młodszy. Debliści osiągają znakomite wyniki również po czterdziestce, czeka nas więc jeszcze wiele lat treningów i wyjazdów na turnieje. Nierzadko znajomi mówią z zazdrością – tak dużo jeździcie po świecie, odwiedzacie tyle wspaniałych miejsc. W praktyce nie wygląda to tak miło – nie da się połączyć roli beztroskiego turysty i zawodnika, który odczuwa stres związany z występem.

– Jak inwestujecie panowie turniejowe wygrane?
MF: Od wielu lat gram na giełdzie. Nierzadko korzystam z usług Merrill Lynch, który to bank od dawna proponuje specjalne warunki tenisistom. Mogę dzięki temu inwestować relatywnie niewielkie środki w fundusze, w których poziom wejścia wynosi np. milion dolarów.

MM: Inwestuję w fundusze i obligacje. Nie mam natury ryzykanta, więc wybieram bezpieczne formy. Z zainteresowaniem przyglądam się zawodnikom, którzy wykazują talent w dziedzinie zarabiania pieniędzy, jak choćby Mahesh Bhupathi. Prowadzi on w Indiach z sukcesem 3 firmy, m.in. agencję reprezentującą znane aktorki i modelki.

– Wróćmy na chwilę do dochodów z tenisa. Zarabiają panowie również dzięki promocji marek i sponsoringowi.
MM: W tym przypadku nie możemy mówić o konkretnych kwotach. Promujemy stroje sportowe firmy Adidas i rakiety Babolat. Naszymi partnerami są firmy Tauron Polska Energia i Siemens AGD. Z umowami tymi wiąże się szereg obowiązków – skądinąd miłych – jak udział w eventach firmowych, spotkaniach z dziećmi itp.

– W ub. roku pisaliśmy o specjalnej edycji zegarka Maurice Lacroix – „Fyrstenberg-Matkowski”.
MF: Chętnie go noszę, mam go dziś na ręce. Bardzo nam miło, że mogliśmy zostać patronami limitowanej do 50 sztuk edycji. Namówił nas do tego Władysław Meller, promotor sztuki zegarmistrzowskiej, który często pojawia się na waszych łamach.

Co lubi Marcin Matkowski?

Zegarki – Breitling, IWC Portuguese
Ubrania – szyte na miarę w atelier Janusza Bieleni w Warszawie, także Hugo Boss i Armani
Wypoczynek – najbardziej lubi puste plaże np. na Mauritiusie i Barbados
Kuchnia – włoska i japońska ze wskazaniem na sushi
Restauracja – W Warszawie: „Sushi Zushi” oraz „Fleming”, w Londynie – świetna japońska „Nozomi”, w Los Angeles – „Asia de Cuba”
Samochód – różne modele Lexusa oraz Audi A7
Hobby – Literatura sensacyjna – ulubieni autorzy: Tom Clancy i John Grisham

Co lubi Mariusz Fyrstenberg?

Zegarki – Breitling, Maurice Lacroix
Ubrania – Hugo Boss i Rage Age
Wypoczynek – najlepiej odpoczywa grając w golfa w Indian Wells w Kalifornii oraz w Australii
Kuchnia – preferuje mięso, zwłaszcza w brazylijskim wydaniu
Restauracja – W Waszyngtonie „El Fuego” i warszawski „Stary Dom” za tatara
Samochód – Lexus, Aston Martin

Henryk Urbański

Rozmowa z Henrykiem Urbańskim Prezesem Budimex-u Nieruchomości

– Czy nadal warto inwestować w nieruchomości?
– Zawsze było warto i to się pewnie nigdy nie zmieni. Oczywiście, osoby szukające szybkiego zysku mogą się poczuć rozczarowane, zwłaszcza jeśli w krótkim czasie nie rozpocznie się kolejny boom. Zgodnie z naturalnymi tendencjami, po jakimś czasie ceny ponownie muszą wzrosnąć. Proszę mnie nie pytać, kiedy się to stanie, ponieważ zbyt dużo czynników składa się na taki wzrost.

– Najważniejszy z nich to…
– Łatwość uzyskania kredytu hipotecznego. Kiedy banki zaczynają walczyć o klientów, dla deweloperów nadchodzi czas żniw; choć nie dla wszystkich. Wygrywają ci, którzy są dob­rze przygotowani, dysponują odpowiednimi terenami, uzyskali warunki zabudowy, zlecili projekty itp. Dlatego też przywiązujemy ogromną wagę do budowania własnego „banku ziemi”. Na działkach, którymi obecnie dysponujemy, moglibyśmy postawić budynki z 7. tys. mieszkań. Ciągle szukamy nowych lokalizacji, nie oglądając się na aktualną koniunkturę. Dzięki temu nigdy nie przepłacamy, a to pozwala nam racjonalnie kalkulować koszty budowy.

– Wróćmy na chwilę do opłacalności tego rodzaju inwestycji. Zwolennicy złota podkreślają, że zachowuje ono wartość. Tak jak setki lub dziesiątki lat temu, za jedną uncję kilkuosobowa rodzina może się utrzymać przez miesiąc. Niezmiennie, tyle samo płaci się w złocie za żywność, buty, garnitury, ale też samochody.
– W przypadku nieruchomości to porównanie się nie sprawdza. Na przestrzeni lat ich wartość rośnie znacznie bardziej niż cena złota.

– Złoto ma jedną istotną przewagę, można je natychmiast spieniężyć.
– Za to pozostałe argumenty przemawiają za nieruchomoś­ciami, oczywiście jeżeli nie popełni się błędu kupując dom lub mieszkanie w fatalnej lokalizacji. Odradzałbym też inwestycje w bloki z wielkiej płyty. Czas ich eksploatacji liczony był w dziesiątkach lat, wiele z nich czeka rozbiórka lub remont generalny. Nikt o tym na razie nie mówi. Dyskusje rozpoczną się, gdy trzeba będzie wykwaterować pierwszy grożący zawaleniem duży blok. Obawiam się, że może się to stać już wkrótce. Proszę zauważyć, że w ostatnim czasie poddano generalnym remontom większość wiaduktów, mostów itp. budowli z okresu gierkowskiego. Wniosek nasuwa się sam…

– Co w takim razie pan doradza?
– Warto skorzystać z tego, że ceny spadły i pomyśleć o inwestycji w nowe mieszkania w centrum Warszawy lub innego dużego miasta. Nie przejmowałbym się tym, że okres zwrotu z takiej inwestycji jest dłuższy niż wzorcowe 10 lat. Wpływy z niewielkich jak na razie czynszów pozwalają zazwyczaj pokryć koszty kredytu hipotecznego. Gdy ceny pójdą w górę, wzrosną również opłaty czynszowe. A tym samym wzrosną zyski inwestorów.

– Czy warto kupować apartamenty?
– W warunkach polskich to ciągle nisza rynkowa. Jest pewna, niewielka grupa odbiorców, która jest skłonna zapłacić bardzo dużą kwotę za luksus. Prawdziwe pieniądze w branży dotyczą jednak mieszkań o powierzchni około 50 m kw. Podobnie, jak inni deweloperzy, narzekamy, że klienci wymuszają na nas obniżanie standardów, np. dzielenie lokalu na minipokoje w stylu lat 80. Wolelibyśmy oferować większe, bardziej przestronne mieszkania. Jeszcze długo nie będzie to jednak możliwe. Dla większości nabywców warunkiem nieprzekraczalnym jest zdolność kredytowa. Bankowi analitycy stwierdzają np.: możemy przyznać maksymalnie 300 tys. zł. To decyduje, ile metrów kwadratowych kupi klient.

– Jest pan szefem Budimeksu Inwestycje już od 12 lat.
– Podjąłem się tego zadania z dwóch powodów. Po pierwsze lubię budować biznes od podstaw, a po drugie pracowałem w Budimeksie już wcześniej i był to bardzo ciekawy etap mojej kariery. W 2000 roku zaczynałem od scalenia trzech oddziałów – poznańskiego, krakowskiego i warszawskiego w jedną strukturę. Jednocześnie trzeba było skatalogować wszystkie nieruchomości należące do koncernu. Zebrane informacje stanowiły grubą książkę. Część nieruchomości – m.in. ośrodki wczasowe i hotele – zdecydowaliśmy się szybko sprzedać. Niektóre z działek przedstawiały sporą wartość i nadawały się pod budowę osiedli – te oczywiście zostawiliśmy. Najbardziej atrakcyjna z nich ulokowana była przy ul. Zawiszy w Warszawie, gdzie szybko rozpoczęliśmy jedną z naszych największych inwestycji. Na marginesie – w okresie boomu, osoby zainteresowane mieszkaniami na tym osiedlu, już nad ranem ustawiały się długich kolejkach… Pieniądze pozyskane ze sprzedaży pozostałych, czasem dość egzotycznych nieruchomości – jak np. stacja kolejowa w Białowieży – przeznaczyliśmy na zakup terenów do naszego „Banku ziemi”. Warto wspomnieć, że zarząd zdecydował się sprzedać wieloletnią siedzibę Budimeksu przy ul. Marszałkowskiej 82, wychodząc ze słusznego założenia, że pieniądze powinny pracować.

– Jak zorganizowana jest pańska firma?
– Jest ona częścią Grupy Budimex. Działamy jak klasyczna firma handlowo-usługowa: pozyskujemy tereny, przygotowujemy inwestycje, znajdujemy klientów, zatrudniamy wykonawców. Nasze obroty to około 0,5 mld zł rocznie, w ub. roku nasz zysk wyniósł 50 mln zł.

– To znakomity wynik.
– Proszę pamiętać, że działamy w cyklu wieloletnim. W ub. roku kończyliśmy inwestycje rozpoczęte w 2007 roku. Jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż większość konkurentów, dla których kilkumiesięczne nieoczekiwane opóźnienia w rozpoczęciu inwestycji mogą stanowić kwestię: „Być albo nie być”. Należąc do tak dużej i silnej grupy kapitałowej możemy spokojnie patrzeć w przyszłość. Cykl koniunkturalny jest dla nas normalnym elementem biznesu, nie wpadamy w panikę gdy krzywa opada w dół, ale też nie ulegamy hurraoptymizmowi, gdy rośnie ssanie rynku.

– Co decyduje o cenie metra kwadratowego mieszkania?
– Najlepiej zilustrować to na przykładzie Warszawy: 3,3 tys. zł to wykonawstwo, 1,5 tys. zł cena gruntu, projektowanie – 150 zł. Doliczyć do tego trzeba finansowanie kredytu i różne poboczne koszty. Przy niewielkiej marży – metr kwadratowy musi kosztować 6 – 6,5 tys. zł. Taniej już nie będzie. Atrakcyjne działki w Warszawie kosztują od 1 do 30 tys. zł za mkw. W przypadku budynku czterokondygnacyjnego stosunek powierzchni mieszkalnej do gruntu to 1:1. Dlatego tak wielką wagę przykładamy do funkcjonowania naszego „Banku ziemi”. Niektórzy z naszych konkurentów, którzy w okresie boomu kupowali zbyt drogie działki, nie dali sobie rady na rynku.

– W takim razie 7-8 tys. zł za mkw. mieszkania w centrum Warszawy oznacza dobry interes?
– Kupione za taką kwotę lokum na pewno szybko samo na siebie zarobi. Wspomniałem wcześniej o naszym osiedlu przy ul. Zawiszy w Warszawie. Pierwsze mieszkania sprzedawaliśmy za 3,2 tys. zł za mkw., a ostatnie za 5,6 tys. zł. Na rynku wtórnym kosztują 8 tys. zł za mkw.

– Ile prowadzi pan obecnie inwestycji?
– Cztery w Warszawie, dwie w Krakowie i jedną w Poznaniu. Oferujemy około 1000 mieszkań, z czego 50 gotowych. Klienci, którzy podpiszą z nami wcześniej umowy, mogą liczyć na lepsze ceny. Średnio czekają na klucze 18 miesięcy. Płacą zwykle 10 proc. na wstępie, 90 proc. – przy odbiorze mieszkania. Podobnie wygląda zwykle rozkład finansowania: 10 proc. środków własnych i 90 proc. – kredyt hipoteczny. Zgodnie z naszym sloganem – dotrzymujemy obietnic. Nigdy się nie spóźniamy, nie zmieniamy zasad gry, realizujemy dokładnie to, na co się umówiliśmy. W Internecie nasze realizacje zestawiamy z wizualizacjami projektów. To naoczny dowód, że jest tak, jak być powinno. I jeszcze jedno – nasz kapitał zakładowy jest wyjątkowo wysoki – to 700 mln zł. To dodatkowa gwarancja dla klientów.

– Jakimi zasadami kieruje się pan jako manager?
– Nie zmieniam ich od kilkudziesięciu lat. Dla mnie najważniejsze jest to, by nie zmuszać współpracowników do realizacji określonego planu, ale pokazywać im, że warto podjąć określony wysiłek. Nie można kierować zespołem, jeśli nie umie się pociągnąć ludzi za sobą. Co więcej – trzeba nawzajem się inspirować.

– Pracował pan w wielu firmach i krajach.
– Studiując mechanikę na Politechnice Warszawskiej marzyłem o tym, żeby podróżować. Tej szansy nie dała mi – notabene bardzo ciekawa – praca w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku. Przeniosłem się więc na 13 lat do Budimeksu, który w czasach PRL prowadził wiele inwestycji za granicą. Chociaż byłem bezpartyjny, szybko zostałem skierowany do Czech. Potem – dzięki znajomości języka angielskiego – trafiłem na kilka lat do Iraku. Pracowałem też w Bułgarii i Grecji. Kiedy wróciłem do kraju, rozpoczął się okres Solidarności. Pomimo działalności w strukturach tego związku, nie straciłem pracy. Przez trzy lata odbudowywałem irańską elektrownię w Achwal uszkodzoną podczas konfliktu kuwejckiego. Moje przygody z czasu pracy zagranicą mogłyby złożyć się w książkę pełną anegdot. Przeżyłem mnóstwo zabawnych, ale też mrożących krew w żyłach, przygód. Nigdy nie zapomnę czarnego deszczu który spadł, gdy płonęły wieże wiertnicze w Kuwejcie.

– Najciekawsze doświadczenie managerskie z tego okresu?
– W Iranie zastrajkowali kiedyś nasi miejscowi pracownicy, którym nie mogliśmy wypłacić pensji, ponieważ czekaliśmy na przelew od innej firmy. Biorąc pod uwagę realia tego kraju, sytuacja z godziny na godzinę stawała się coraz bardziej napięta. Interwencja lokalnej policji mogła skończyć się tragedią. W związku z tym poszedłem do strajkujących i szczerze wyjaśniłem im, na czym polega problem. Zapytali – gdzie jest siedziba naszego dłużnika i poszli protestować pod jego biuro. Tego samego dnia otrzymaliśmy przelew.

– Pracował pan również dla kilku korporacji.
– Zaczęło się to od przygody z Makro Cash & Carry, gdzie przez 3 lata pełniłem funkcję szefa rozwoju w Polsce. W praktyce oznaczało to, że począwszy od 1994 roku od podstaw budowałem biznes. Kupowałem tereny, nadzorowałem inwestycje. Potem, przez kolejne 2,5 roku zajmowałem się tym samym w Praktikerze, by przejść do koncernu Ahold, który uruchamiał sieć sklepów „Albert”. Jedną z inwestycji realizował Budimex Dromex, gdzie jednym z szefów był mój dawny kolega. Zapytał: „Czy słyszałeś, że będziemy zajmować się deweloperką, ale szefa jeszcze nie mamy”. I tak po raz drugi znalazłem się w Budimeksie. Gdyby dodać moich pierwszych 13 lat do obecnych 12 – przepracowałem w firmie ćwierćwiecze. I nigdy się nie nudziłem…

Co lubi Henryk Urbański?

Pióra – Od 15 lat używa pióra Montblanc
Ubrania – Lagerfeld, styl klasyczny
Wypoczynek – zimą narty we Włoszech. Podczas letnich wakacji wspólnie z żoną podróżują po świecie – najchętniej indywidualnie z plecakami. W ten sposób odwiedzili m.in. Peru, Meksyk i Laos. Często wyjeżdża do Nałęczowa, gdzie jego żona planuje uruchomić mały pensjonat
Kuchnia – polska
Restauracja – Dyspensa w Warszawie
Samochód – Obecnie volvo V70, choć bardziej lubił subaru outback za spokojną stylizację i sportowy charakter
Hobby – literatura, najchętniej rozrywkowa – np. Ken Follett – czytana w oryginale, żeby nie tracić kontaktu z językiem angielskim. Dużo uwagi poświęca psu rasy polski owczarek nizinny

Dariusz Blocher

Rozmowa z Dariuszem Blocherem, Prezesem Budimex SA

– Kryzys ciągle atakuje, a Budimex się rozwija. Jak to możliwe?
– Rzeczywiście, w okresie 2009-10 odnotowaliśmy 30-procentowy wzrost przychodów. Dzięki zyskowi na poziomie 267 mln zł znaleźliśmy się na pierwszym miejscu wśród spółek budowlanych na GPW, wyprzedzając PBG. Warto podkreślić, że chociaż nasza firma rozwijała się dotąd organicznie, zwiększyliśmy zatrudnienie o 10 proc. Na tym jednak nie koniec. Postawiliśmy na dywersyfikację działalności.

– Ostatnio sporo mówi się o przejęciu przez was od PKP Przedsiębiorstwa Napraw Infrastruktury.
– Warunkiem powodzenia tej transakcji jest pozytywny wynik due diligence. PNI to największa w Polsce firma specjalizująca się w naprawach linii kolejowych. Zatrudnia 1 700 osób, dysponuje specjalistycznym, choć wysłużonym, parkiem maszynowym. Zdecydowaliśmy się zapłacić 225 mln zł, choć wyniki PNI nie są dobre. Krótko mówiąc – „kupujemy przyszłość”, zakładamy, że nasze know-how oraz możliwości inwestycyjne pozwolą szybko zwiększyć przychody tego  przedsiębiorstwa do 1,5 mld złotych i w dwa lata osiągnąć rentowność netto na poziomie 4 proc. Oznacza to dla nas również możliwość podjęcia działalności w sektorze, który musi się rozwinąć. Sieć kolejowa w Polsce wymaga modernizacji, a inwestycje w tej dziedzinie będą nadal dofinansowywane ze środków Unii Europejskiej. Dotacje na polską infrastrukturę będą dzielone w proporcji: 60 proc. drogi, 40 proc. koleje, a nie jak obecnie: 90 proc. do 10 proc. Tak więc nie powinniśmy narzekać na brak zamówień. Chciałbym podkreślić, że sfinalizowanie transakcji będzie oznaczało naszą pierwszą akwizycję po wejściu Budimeksu do Grupy Ferrovial. Dotychczas realizowaliśmy inną strategię rozwoju biznesu.

– Czy nie obawia się pan trudnych rozmów z kolejowymi związkami zawodowymi, które nie przebierają w środkach, dzięki czemu zyskują rozgłos medialny.
– Nie można mieć pretensji do związkowców, że bronią miejsc pracy. Nie da się ukryć, że PNI, podobnie jak kiedyś Budimex, czeka reorganizacja. Proszę pamiętać, że nasza firma cały czas przyjmuje nowych pracowników, więc zamiast zwalniać, możemy proponować zmianę stanowiska. Co więcej – jesteśmy w stanie zaproponować pakiety osłonowe, jakie rzadko pojawiają się na naszym rynku, np. 30-miesięczne odprawy. Dlatego też uważam, że akwizycja PNI powinna szybko przynieść oczekiwane rezultaty.

– Czy planujecie ekspansję zagraniczną? Budimex aktywnie działa już na rynku niemieckim.
– Rzeczywiście, 1 tys. osób, spośród naszej liczącej 5 tys. załogi, pracuje za Odrą. Przeprowadziliśmy analizę kolejnych rynków, ale jej wyniki nie były zachęcające. Najwięcej przemawia za Rumunią, ale silny kontrargument stanowi korupcja. W Bułgarii trudno byłoby nam konkurować z dominującymi tam firmami tureckimi. Z kolei Rosja i Ukraina to rynki przeregulowane, co skutecznie odstrasza poważnych graczy. W związku z tym w perspektywie 2-3 lat będziemy rozwijali naszą działalność w Polsce, wchodząc w nowe dla nas sektory.

– A przecież naszą specjalnością jest właśnie przeregulowanie i niestabilność, co najlepiej widać na przykładzie budowy dróg.
– Obecnie realizujemy kilka dużych kontraktów w tym segmencie budownictwa. Rzeczywiście – jest to dziedzina, w której wykonawcy poruszają się po coraz cieńszym lodzie. Jeszcze 4 lata temu w przetargach normę stanowił 30-miesięczny termin realizacji inwestycji plus 6 miesięcy przerwy zimowej. Wkrótce potem skrócono czas do 24 plus 6 miesięcy. Obecnie są to już tylko 24 miesiące, ale bez przer­wy zimowej. To naprawdę niewiele, zwłaszcza gdy żąda się od wykonawcy, by ukończył prace na 3 miesiące przed terminem, by umożliwić urzędnikom… odbiór techniczny drogi. Uprzedzając pytanie – wywiązujemy się z tych wymogów i na pewno ukończymy na czas nasz odcinek A-2 Pruszków-
-Konotopa. Nie wiem, czy wszyscy wykonawcy sobie z tym poradzą przed Euro 2012, ale przecież pojawiła się furtka pod nazwą „przejezdność”.

– Dlaczego Budimex nie przejął robót przerwanych przez Chińczyków?
– Braliśmy pod uwagę taką możliwość. Wcześniej obserwowaliśmy uważnie realizację tego kontraktu. Przeważała opinia, że miał on dla chińskich wykonawców znaczenie prestiżowe, skoro już na wstępie skłonni byli dołożyć 100 mln dol. Myślę, że prawda była inna – o porażce zadecydowało błędne zarządzanie. W Chinach kontrakt to dokument bazowy, który w trakcie prac ulega licznym modyfikacjom. Zwykle zleceniodawca akceptuje kolejne dopłaty i korekty terminów. Podobnie zresztą wygląda to w Hiszpanii. Żadna firma nie chce dopłacać do interesu, a – powiedzmy to otwarcie – dobry PR związany z budową w Polsce nie miał dla Chińczyków wielkiego znaczenia. Analizując możliwość przejęcia prac na A-2 stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w stanie spełnić wyśrubowanych warunków, które dotychczas stawiała Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Rozesłała ona do zainteresowanych firm ankietę zawierającą 9 pytań, na które należało odpowiedzieć twierdząco, żeby wejść do gry. Zdecydowaliśmy się powiedzieć 7 razy tak.

– Dlaczego nie zaryzykowaliście – jak konkurencja – licząc na akceptację „przejezdności” autostrady i dokończenie prac już po mistrzostwach?
– Ryzyko takiego rozwiązania było zbyt duże, firma taka jak nasza nie może sobie pozwolić na niejasne sformułowania w umowach i liczenie na „ jakoś to będzie”. Obecnie, po kilku miesiącach, widzę, że kryzys spowodowany przez wycofanie się Chińczyków miał jednak pozytywne skutki. Coś przełamało się na linii GDDKiA – wykonawcy. Pojawiła się wreszcie szansa, by zaczęły wygrywać najlepsze, a nie najtańsze oferty. Przy okazji skróciły się terminy płatności. Rzekłbym, że nastąpiła zmiana mentalnościowa, wreszcie okazało się, że najważniejsze jest szybkie udostępnienie dróg użytkownikom przy zachowaniu wymaganej jakości. Dobrze rozumiane kryterium „przejezdności” też nie powinno stanowić problemu. Przecież to, że np. stacje benzynowe zostaną zbudowane, gdy droga będzie użytkowana, to drugorzędna kwestia. Potrzebne są jeszcze zmiany w przepisach dotyczących zamówień publicznych oraz formy umów z wykonawcami.

– Budimex jest jedną z nielicznych firm, które deklarują poważne działania w ramach PPP, czyli Partnerstwa Publiczno-Prywatnego, który to skrót ma z życia wzięte rozwinięcie: „Potem Przyjdzie Prokurator”.
– Pewnych przedsięwzięć nie można realizować w inny sposób niż w ramach PPP. Zdecydowaliśmy się zdobyć czołową pozycję na rynku usług miejskich, zwanych też Urban Waste Management. Nasza firma-matka Ferrovial zdobyła bogate doświadczenia w tej dziedzinie w Hiszpanii. Ciekawy jest przykład Barcelony, którą obsługują trzy przedsiębiorstwa komunalne. Każde z nich ma inne pojemniki, ale zawsze wyposażone w nadajnik GPS, który sygnalizuje, czy kontener jest pełny i trzeba go wywieźć. Opłata za tę usługę jest pobierana w ramach gminnego podatku. Dzięki temu rozwiązaniu zniknęły dzikie wysypiska, a liczba legalnie usuwanych śmieci wzrosła aż dwukrotnie. Łatwo sobie wyobrazić, ile odpadków trafiało wcześniej do lasów, jezior czy też przydrożnych rowów. Dzięki know-how, które mamy, możemy być znakomitym partnerem dla gmin. W tej branży musi nastąpić konsolidacja. Już wkrótce nie będzie się opłacał sam wywóz, ale cały proces odbioru, segregacji i utylizacji śmieci. Oprócz wysypisk muszą powstać spalarnie spełniające normy ekologiczne. A zbudować ich nie da się inaczej niż właśnie w ramach PPP. W Polsce potrzebnych będzie przynajmniej 18 dużych spalarni. Jesteśmy w stanie część z nich zbudować i to w dodatku w taki sposób, by nie budziły protestów mieszkańców. O tym, że jest to możliwe, świadczą lokalizacje nowoczesnych spalarni na plaży koło Barcelony oraz w centrum Wiednia.

– Warto pamiętać, że tego typu spalarnie są przy okazji elektrowniami.
– Wiąże się z tym kolejny z kierunków dywersyfikacji Budimeksu. Zdecydowaliśmy się zaangażować w realizację inwestycji energetycznych. Tym razem nie tylko w roli firmy budowlanej, ale generalnego wykonawcy. Połączyliśmy siły z dużymi graczami, którzy dostarczają kotły i turbiny. Przed 30. laty nasza firma działała już w tej branży, realizując liczne obiekty za granicą. Dziś musimy ten biznes budować od podstaw; jest to bardzo obiecujący kierunek ze względu na dużą skalę inwestycji.

– Z jakimi zmianami w dziedzinie zarządzania łączy pan obecne sukcesy Budimeksu?
– Po pierwsze, wiadomo kto za co odpowiada, a pracownik w ramach swoich kompetencji może podejmować realne decyzje. Odpowiedzialność i zaangażowanie wzmacnia płaska, jak na tak dużą firmę, struktura organizacyjna. Jeśli dodamy do tego centralizację zakupów, rozwój myśli technicznej, ale także atmosferę współpracy, zdrową ambicję i pracowitość, to przepis jest gotowy. Szczegóły receptury pozostaną jednak naszą tajemnicą. Niestety, jak w każdej działalności, wśród sukcesów zdarzają się także porażki związane właśnie z brakiem odpowiedzialności i szczerości pracowników.

Co lubi Dariusz Blocher?

Zegarki – Maurice Lacroix
Pióra – używa długopisu Montblanc, który ceni nie tylko za formę, ale też za ergonomię
Ubrania – styl włoski, nie nosi białych koszul. Ulubione marki: Boss, Stenstorms oraz Lantier (z Grupy Vistula)
Wypoczynek – zwiedzanie świata. Postanowił zmienić model wypoczynku, zamiast na 2 tygodnie, wyjeżdża na kilka dni, ale za to częściej. Ostatnio był w Chinach. W Polsce najbardziej lubi Sopot, i to o każdej porze roku
Kuchnia – japońska oraz włoska, z wyjątkiem… makaronów
Restauracja – ostatnio najchętniej odwiedza „Bistro de Paris” i „R20” na ul. Rozbrat w Warszawie
Samochód – „Jeżdżę służbowym hybrydowym SUV-em Lexusa RX450, który nieźle radzi sobie na placach budów, choć mam pewne zastrzeżenia, dotyczące zwłaszcza napędu na tylne koła.”
Hobby – codziennie wieczorem, około godz. 22.00 razem z żoną odbywa intensywny spacer z kijkami do Nornic Walking. Stara się też w miarę wolnego czasu grać w tenisa i jeździć na rowerze

Andrzej Person

Rozmowa z przewodniczącym Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami Za granicą, senatorem Andrzejem Personem


– Czy rozpoczniemy od sportu, czy też od spraw dotyczących pańskiego obecnego stanowiska w Senacie, czyli problematyki emigracji i Polonii zagranicznej?

– Obie te sfery są bliskie memu sercu. I sport i losy Polonii rozsianej po całym świecie.

– Czy jest taki skrawek świata, którego pana serce nie obejmuje, czyli tam, gdzie nie mieszkają Polacy?
– Zaskoczył mnie pan tym pytaniem. Ale chyba rzeczywiście nie ma takiego punktu na globusie. Statystki podają, że od 17. nawet do 20. milionów rodaków mieszka poza Polską. Niektórzy są już czwartym, nawet dalszym pokoleniem po uchodźcach po powstaniach narodowych i wojnach światowych. Na Haiti mieszkają potomkowie naszych żołnierzy wysłanych przez Napoleona. Ponad 200 lat! I ciągle przyznają się do polskich korzeni. Zwłaszcza teraz, po tej straszliwej tragedii tej wyspy warto pamiętać, że wielu kolorowych Haitańczyków, którzy nie mówią po polsku, jest naszymi rodakami.

– I Senat ma w sercu wszystkich?
– Staramy się, chociaż, rzecz jasna, nie jest to proste, tak naprawdę nasza Komisja i marszałek Senatu są jakby ministerstwem do spraw Polaków rozsianych po świecie. Wciąż, oczywiście, najważniejsi są dla nas Polacy na Wschodzie, bo oni mieszkają u siebie. Granica się przesunęła, a oni zostali tam, gdzie mieszkali ich dziadowie, rodzice, tam gdzie przez lata była Polska. Na Litwie, Ukrainie, Wileńszczyźnie. Oni wszyscy są Polakami, natomiast dla osób, które wybrały inne miejsce do życia, przyjęliśmy od lat określenie Polonia.

– I matecznikiem tej Polonii świata jest USA, zwłaszcza Chicago?
– Już chyba nie. Nowa emigracja, która od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej wyjechała, żeby poprawić sobie sytuację ekonomiczną, to dzisiaj blisko dwumilionowa armia. Madryt, Rzym, Paryż, Glasgow, ale przede wszystkim Londyn, to nowe stolice naszej diaspory. Oczywiście, Polonię amerykańską darzymy ogromnym szacunkiem, pamiętając jak wiele pomagała Polsce w ponurych latach minionej epoki. Ich patriotyzm, podtrzymywanie narodowej tożsamości i tradycji zawsze będą godne podziwu.

– Obok prac w Senacie, dziennikarstwa sportowego, gdzieś pojawia się mocna więź, wielokrotnie powtarzana publicznie, z rodzinnym Włocławkiem.
– Pochodzę z Włocławka, tam się urodziłem i spędziłem dzieciństwo. Szkołę wspominam lepiej niż uniwersytet, była cicha i spokojna, nad Wisłą we Włocławku, w mieście robotniczym, kościelnym, pełnym ludzi, którzy osiedlili się tam po wojnie. Byłem uczony przez znakomitych pedagogów, moja nauczycielka dostała legię honorową od prezydenta de Gaulle’a za naukę francuskiego podczas Powstania Warszawskiego na tajnych kompletach! Uczyłem się angielskiego z piosenek Rolling Stonesów, a ze światem łączyliśmy się za pomocą Radia Wolna Europa. Kiedy trochę podrosłem, wyjechałem do wujka do Anglii i przeżyłem szok. Wyjeżdżam z ciężkiej komuny, a tu po ulicach chodzą hipisi i kobiety w minispódniczkach, wszyscy ludzie bardzo wyluzowani i weseli. Tam też byłem na meczu Manchester United, nie będąc wcześniej nigdy na meczu w Polsce! Grał tam Best i inni… Krótko mówiąc, oszołomiło mnie to wszystko do tego stopnia, iż uświadomiłem sobie, że to, co mamy w Polsce, jest lipą, zrozumiałem, że mamy udawane życie, nieprawdziwe.

– Tam też podobno rozpoczęła się przygoda z dziennikarstwem sportowym?
– Paradoksalnie zawód dziennikarza, który zacząłem wtedy wykonywać, był pewnego rodzaju wyzwoleniem. Prawo, które ukończyłem w Toruniu, nie interesowało mnie. Od początku uważałem, że zawód adwokata jest moralnie co najmniej dwuznaczny. Jak „oszukiwać” tę biedną matkę, że syn dostanie 10 lat za pobicie na weselu i aby matka sprzedała krowę, by go ochronić… to przykre. A sport ciągnął mnie zawsze. Bozia nie dała warunków ani talentu, więc stwierdziłem, że można ten sport opisywać – sam sobie w tym pomogłem. Pamiętam pierwszą relację na żywo z budki telefonicznej z Wembley do studia radiowego w Toruniu – to trzeba było mieć naprawdę fantazję. Ale udało się. Czułem, że to jest to, tym bardziej, że widziałem jak wielu fantastycznych ludzi uciekało do dziennikarstwa sportowego, bo nie chcieli pisać o wykopkach i pochodzie 1-majowym.

– Doświadczenie dziennikarza sportowego przydaje się w prowadzeniu spraw polonijnych?
– Bardzo! Wynika to z faktu, że dane mi było uczestniczyć, jako dziennikarz czy też jako rzecznik PKOL-u, w wielu igrzys­kach, mistrzostwach świata i to spowodowało, że sprawy polonijne były zawsze mi bliskie i dobrze znane. Wśród nich sport ma miejsce wyjątkowe. Jak rzadko która dziedzina życia, sport łączy polskie serca i umysły na całym świecie. Przecież jedną z najpiękniejszych tradycji naszej diaspory są Igrzyska Polonijne, podczas których następuje wspaniała integracja Polaków z różnych krajów i różnych pokoleń. Wielu z nich uważa, że przyjeżdżając do Starego Kraju na igrzyska ładują akumulatory polskości na kilka lat.

– Igrzyska to flagowe imprezy polonijne, ale przecież nie jedyne?
– Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o golfie. W sierpniu 2010 r. w Międzyzdrojach już po raz 15. odbył się turniej Polonia Cup. Proszę sobie wyobrazić, że są golfiści, na przykład z Vancouver czy USA, którzy brali udział we wszystkich turniejach. Oczywiście, golf to jest taka ciekawostka, ale dominuje piłka nożna. W Londynie w rozgrywkach trampkarzy i juniorów tego drugiego już pokolenia nowej emigracji, gra regularnie ponad 50 drużyn. W Dublinie polski zespół występuje w rozgrywkach ligowych. W Madrycie w zawodach emigrantów drużyna Andrzeja Janeczki, prezesa tamtejszej Polonii, zawsze lokuje się w okolicach podium. A mogę pana zapewnić – bo oglądałem w ubiegłym roku wspólnie z nieżyjącym, niestety, wielkim fanem piłki, prezesem Wspólnoty Maciejem Płażyńskim, mecze Polaków z Argentyną i Rumunią – że poziom nie odbiegał od polskiej III ligi.

– Wspomniał pan o Londynie jako jednej z nowych „stolic” Polski, można chyba być pewnym, że za rok na igrzyskach nasi olimpijczycy będą czuli się jak w domu.
– Wśród tysięcy młodych i nie tylko młodych Polaków już dzisiaj obowiązuje hasło olimpijskie: „Polacy, gramy u siebie!” Nie mam żadnych wątpliwości, że poza gospodarzami będziemy najgłośniej dopingowaną ekipą w czasie londyńskich igrzysk.

– Pana współpracownicy zgodnie mówią o panu, jako o humaniś­cie. Bliski jest panu, z racji wykonywanych czynności, związek polityki i globalnych przemian społeczno-obyczajowych.
– Ostatnie 25 lat minionego stulecia to rewolucja technologiczna, która przekształciła nasz sposób myślenia, produkcji, konsumpcji i handlu. Dynamiczna globalna gospodarka powoduje zmianę postrzegania czasu i przestrzeni. Na naszych oczach kończy się era przemysłowa. Społeczeństwo przemysłowe XX wieku przekształca się w poprzemysłowe społeczeństwo informacyjne XXI wieku. Jego podstawą jest gospodarka oparta na wiedzy, a zasadniczym zasobem gos­podarczym staje się zasób wiedzy, czyli informacji, i sposób jej wykorzystania. Wiedza staje się substytutem bogactw naturalnych, środków produkcji, pracy ludzkiej i kapitału.

– Państwo cywilizacji informacyjnej to państwo zdecentralizowane, zarządzane lokalnie.
– Tak, u jego podstaw leży społeczeństwo obywatelskie z jego oddolnymi inicjatywami, istotną rolą lokalnych mediów czy biznesów, a także współpracy między nimi. Model państwa sieciowego to, zdaniem wielu, Unia Europejska, która daje ogromne szanse tożsamościom indywidualnym i grupowym. Stwarza im możliwość współpracy, buduje otwartość na inne kultury.


– Wróćmy do sportu. XX wiek nazwany został przedziwnym stuleciem sportu. Co zatem powiedzieć można o obecnych czasach, gdy igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa świata w futbolu, albo wielki szlem tenisowy zaprzątają uwagę całego świata?
– W czasach państwa informacyjnego, gdy trzej najbogatsi ludzie świata mają dochody równe 48 państwom liczącym 600 milionów ludności, myślę, że jedynie sport daje równe szanse wszystkim. Już ponad pół wieku obserwuję rolę i miejsce sportu we współczesnym świecie. Nie mam wątpliwości, że z roku na rok jesteśmy coraz bardziej dumni ze swoich mistrzów, coraz więcej poświęcamy im uwagi. Informacje o nich zajmują już nie ostatnie, ale pierwsze strony gazet, a popularność bije na głowę polityków i celebrytów. A przecież jeszcze ciekawsza od zwycięstwa, z punktu widzenia obserwacji socjologicznej i politycznej, jest porażka. Prezydent oburza się na norweskich sędziów piłki ręcznej, którzy, zdaniem opinii publicznej, a więc i prezydenta, nie sprzyjali Polakom w meczu z Chorwacją. Do dyskusji narodowej włączają się wszyscy, łącznie z premierem. Bo taka dzisiaj jest waga sportu. Po kilkunastu dniach ten sam prezydent wysyłał telegramy gratulacyjne najpopularniejszej Polce, Justynie Kowalczyk. Zresztą nic w tym złego, tak robi cały polityczny świat. A my, oczywiście, też będziemy się tak samo cieszyć, gdy najszybciej na nartach ponownie pobieg­nie radosna dziewczyna z Kasiny Wielkiej.

– Podtrzymuje pan tezę, zawartą w tytule pańskiej książki, że to jednak sport rządzi światem?
– W pewnym sensie tak. Nasi przeciwnicy, delikatni esteci złośliwie mówią, że jest to ogłupianie społeczeństwa, ale to piłka i sport jednak rządzą. Widzieliśmy, co działo się w Zurychu, gdzie decydowały się losy organizacji Mundialu, ile zamieszania przy tym powstało. Anglicy chcieli udowodnić, że cały ten proces jest przestępstwem… A tymczasem sport dla wielu ludzi jest ładowaniem akumulatorów.  Kiedyś byłem z wizytą oficjalną w Brazylii. Pamiętam, że kiedy skończyliśmy już rozmawiać o sprawach gospodarczych i politycznych, to dopiero zaczynała się poważna rozmowa, dotycząca oczywiście piłki nożnej, a nie gospodarki. Trzeba być tam wielkim ekscentrykiem, aby w tym momencie powiedzieć, że sport mnie nie interesuje. Taka piłka nożna przynosi więcej dochodów niż kawa w Brazylii! Pamiętam, że kiedyś, w czasach komuny, funkcjonowało stwierdzenie „Kiedy Górnik lepiej gra, to górnicy lepiej fedrują węgiel” – i było w tym sporo prawdy. Wszyscy się pasjonowali zabrzańską jedenastką. Potwierdza to historia słynnego górnika, który był uwięziony dłuższy czas pod ziemią i pierwsze pytanie, jakie zadał po uratowaniu, to „Czy Górnik wygrał?” Zdaję sobie sprawę z tego, że humaniści krzywią się, iż cywilizacja nie wymyśliła nic nowego. Sport jest większą religią niż sama religia. Sport niesie też dobre wartości, bo nie prowadzi do aż takiej radykalizacji postaw jak ideologia, jednak czasem też przeradza się, niestety, w niebezpieczne sytuacje, mam tu na myśli ustawki i rozróby kiboli.

– Czy właśnie aspekty: ekonomiczny i obyczajowy powodują, że sport jest ważniejszy od polityki?
– Oczywiście, trochę przesadzam, sport jest bardzo ważny, ale nie najważniejszy, dziś światem rządzą media, które w dodatku epatują informacjami negatywnymi, to już nie są czasy pozytywnego przekazu… Dziś czuję, że powoli się tęskni za tym, żeby usłyszeć coś miłego. Od rana słyszymy o kolejnej tragedii. Jeśli nikt nie zginął, to już po pół godzinie jest po informacji, jeśli ktoś zginął, to strasznie się tym podniecamy, no i mamy zapełniony program stacji przez pół dnia.

– Czyli to czwarta władza de facto rządzi?
– Dziś bez mediów nie można odnieść sukcesu i odwrotnie, media mogą człowieka pogrążyć. Nikt nie pokonał mediów, są one straszną władzą. Jeśli są źle wykorzystywane, to niedobrze, z kolei jeśli zakłada im się kaganiec, to też nie najlepiej. Dziennikarz powinien mieć trochę samokontroli, aby ludziom nie robić krzywdy, podawać sprawdzone informacje. Przecież zwykle przeprosiny czy sprostowania, umieszczane gdzieś na marginesach, są niewspółmiernie małe do krzywd. Media mogą wszystko wykreować, całą rzeczywis­tość i tak się działo już od czasów bardzo odległych. Ktoś, kto chce funkcjonować publicznie, musi zaakceptować media. Tak więc konkretyzując – dziś najważniejszy jest ten, kto produkuje informacje, przecież widzimy, że nieważne czy pomnik jest ładny czy brzydki, ale ważne, jak go opiszą i niestety, trzeba to akceptować. Zanikła pewna kultura, kiedy ktoś był ważny, bo kontynuował wieloletnią tradycję rodzinną, czy mógł poszczycić się osiągnięciem, teraz ludzie są ważni, kiedy się o nich mówi.

– A może coś optymistycznego na koniec, panie senatorze?
– Jestem ogromnym optymistą, jednak swojemu losowi trzeba trochę pomóc. Potrzebujemy więcej optymizmu! Różnica między Paryżem a Warszawą jest taka, że tam ludzie się uśmiechają, a tu nie. Trzeba mieć też pomysł na życie. Jakikolwiek by on był, najbardziej nawet szalony, chociażby się wszyscy śmiali, to jeśli konsekwentnie będzie się dążyć do celu – jest szansa by go zrealizować.

Co lubi Andrzej Person?

Zegarki – Omega
Pióro – Montblanc
Wypoczynek – tam gdzie można grać w golfa, Międzyzdroje, Floryda
Kuchnia – włoska, azjatycka i polska
Samochód – „Lubię marki francuskie.”
Hobby – zdecydowanie golf

Krystian Poloczek

Kystian Poloczek od początku swojej kariery widzi potencjał w handlu międzynarodowym. Jest biznesmenem, który potęgę swojej grupy spółek zbudował właśnie na relacjach sięgających daleko poza granice rodzimego kraju.

Urodził się w Polsce, wychował w Niemczech, gdzie skończył studia prawnicze. Biznesu uczył się w Hiszpanii. Obecnie swoje przedsięwzięcia prowadzi w wielu krajach, także daleko od Europy. Doskonałe wyczucie rynku, znalezienie potencjału przedsięwzięć, znajomość kilku języków obcych to część z licznych umiejętności szefa spółek Iberia Motor Capital Group – wyłącznego importera marki SEAT na tę część Europy.

Z FC Barcelony do Legii
– Związanie z firmą SEAT było naturalną konsekwencją mojej pracy w Barcelonie – wspomina K. Poloczek. – Trafiłem tam po raz pierwszy tuż po wejściu Hiszpanii do Unii Europejskiej. Wpadłem na pomysł, żeby przeznaczyć wszystkie oszczędności na zakup Mercedesa, którego odsprzedałem tam z dużym zyskiem. Niedługo później wysyłałem z Niemiec już całe transporty z samochodami.

W tym okresie, K. Poloczek poznał przyszłego wspólnika, Francesco Venturę, który był największym dealerem SEAT-a w Hiszpanii, a zarazem jednym z szefów FC Barcelona. To właśnie od niego młody przedsiębiorca nauczył się najwięcej. – Gdy w Polsce zaczęły się zmiany ustrojowe, przyjechaliśmy do Warszawy na mecz Legii Warszawa z „Barcą”. Po powrocie szybko zdecydowaliśmy otworzyć biznes nad Wisłą. W Polsce było już kilku importerów, ale brakowało SEAT-a. Do naszej spółki dołączył trzeci udziałowiec, mój przyjaciel z Niemiec, Sven von der Heydel. W trójkę założyliśmy Iberia Motor Company.

Zanim hiszpańska marka na dobre zadomowiła się na polskim rynku, wspólnicy imali się różnych biznesów – od sprzedaży cytrusów, poprzez handel demonstracyjny, który wówczas w naszym kraju w ogóle nie był znany. Konsekwentne określenie celów z czasem zaczęło przynosić efekty w postaci ros­nącej sprzedaży samochodów, a tym samym coraz lepszych zysków.

– Sprzedaż szła bardzo dobrze – mówi K. Poloczek. – Udało nam się jednak zostać wyłącznym przedstawicielem SEAT-a i tak pozostało do dziś. Aktywność marketingowa firmy, która była głównym sponsorem warszawskiego klubu Legia – przekładała się na rosnący udział w rynku.  Motoryzacyjna pasja K. Poloczka to nie tylko auta – od zawsze pasjonowały go motocykle. Nic więc dziwnego, że został przedstawicielem marki Harley Davidson. – Spółka miała swoje korporacyjne metody sprzedaży. W Polsce jednak tricki, polegające na kilkugodzinnym budowaniu entuzjazmu klientów poprzez soczyste wystąpienia, nie zdają egzaminu. Podjąłem decyzję o sprzedaży firmy – podsumowuje K. Poloczek.

Teraz Wschód
Doświadczenie szefa Iberii w budowaniu biznesu w krajach transformacji ustrojowych pchnęło go na Wschód. Obecnie jego firmy z grupy Iberia Motor Capital Group mają przedstawiciels­twa w kilku krajach tej części Europy. Od niedawna jest też stałym gościem w fabrykach chińskich.

– W każdym kraju specyfika biznesu jest inna. Zawsze powtarzam, że Niemcy myślą o przyszłości, Hiszpanie o dniu dzisiejszym, Polacy, niestety, żyją dniem wczorajszym. Z kolei Azjaci ukierunkowani są na przyszłość, ale wybiegają znacznie dalej niż Niemcy. Wielu krajom azjatyckim jeszcze daleko do systemu kapitalistycznego, niemniej można się wiele od nich nauczyć. W Polsce mieści się główna siedziba spółki. K. Poloczek oddał władzę zaufanym managerom, sam poświęcając się nowym wyzwaniom.

– Mimo że w Polsce dajemy pracę wielu osobom, nasz kraj, niestety, w tym nie pomaga – podkreśla K. Poloczek. Nie chce się wypowiadać na temat polityki i krajowej gospodarki, mając jednak do czynienia z biznesem w wielu krajach, zarządzanie gospodarką w Polsce ocenia krytycznie. Jednym z wyzwań – trudnych do wyobrażenia w starych demokracjach – były zarzuty jakie postawił przedsiębiorcy były pracownik. Sprawa trafiła do sadu. Obecnie sąd drugiej instancji uchylił je stwierdzając brak podstaw zarówno merytorycznych i formalnych, co nie zmienia faktu, że tego rodzaju wydarzenia każdego narażają na stres i stratę czasu…

Mimo różnych tego rodzaju trudności, biznesmen potrafił stworzyć spółki odnoszące sukcesy na naszym rynku. Dobrym przykładem jest Sixt Rent a Car Polska. Flota ponad 1 000 samochodów w Polsce, stawia Sixt wśród największych wypożyczalni samochodów w kraju. Potwierdzeniem sukcesu był m.in. tytuł Gazeli Roku 2008, dla najlepiej rozwijającej się firmy w województwie mazowieckim, a drugiej pod tym względem w całym kraju. Bardzo dobrze prosperuje również LOGIS S.A. – jedno z największych centrów logis­tycznych w centralnej Polsce. Spółka specjalizuje się m.in. w wynajmie powierzchni magazynowych oraz imporcie na polski rynek produktów marki Recaro – jednego ze światowych liderów produkcji foteli dla transportu samochodowego i lotniczego oraz sportów.
Znajomość rynku oraz duże zatrudnienie we własnych firmach pchnęło

K. Poloczka do aktywnej działalności na rzecz pracodawców i pracowników. Jest obecnie wiceprezydentem Konfederacji Pracodawców Polskich jak również przewodniczy Komitetowi Doradczemu Przemysłu i Biznesu przy OECD. Zdaniem szefa Iberii, działalność w takich stowarzyszeniach daje mu poczucie wpływu na jakość zatrudnienia oraz wiarę w konkretny dialog pracodawców i polityków. Sam jednak odcina się od bezpośredniego zaangażowania w politykę.

– Mam jeszcze sporo do zrobienia – stwierdza przedsiębiorca. – Widzę potencjał w nowych dziedzinach przemysłu, ale też w motoryzacji. Dlaczego miałbym przestać działać, skoro praca od zawsze dostarcza mi emocji? A to chyba jest najważniejsze, niezależnie od wcześniejszych dokonań.

Znany z wielkiej energii K. Poloczek nie zdradza swoich najbliższych planów. Jednak wiemy, że szykuje kolejne projekty na polskim rynku. Osobiście angażuje się w te przedsięwzięcia – rezerwując sobie kierowanie nimi zwłaszcza w pierwszej fazie. Kiedy zwolni? Nie wiadomo, pewnie nigdy…

Hannes Pantli

Rozmowa z Hannesem Pantlim, członkiem Zarządu IWC Schaffhausen

– Na lotnisku w Zurychu widziałem ogromny billboard z napisem – „Witajcie w Zurychu, przedmieściu Schaffhausen”…
– To nietypowy sposób promocji naszej marki. Ale prawdą jest, że IWC promuje Schaffhausen na cały świat. Bez naszej marki ta urocza, nadreńska miejscowość nigdy nie miałaby takiej renomy w świecie. Ten billboard jest wykonany trochę á rebours, bo większość ludzi biznesu i turystów ląduje właśnie w Zurychu. Ten plakat jest wielkim sukcesem marketingowym, zapada w pamięć i na długo tkwi w podświadomości. Wielką rolę w promocji miasta naszej marki doceniły i doceniają władze regionu. Otwarcie podkreślają, że żadne akcje promocyjne miasta i regionu nie uczyniły skutecznie tak dużo, jak IWC. Ale władze Schaffhausen okazują nam na każdym kroku wdzięczność, np. proponując kupno kolejnych działek budowlanych pod nasze nowe manufaktury. To bardzo korzystne dla wszystkich stron.

– W Polsce jesteście bardziej rozpoznawalni jako Schaffhausen niż jako IWC.
– To ma swoje korzenie historyczne, wywodzące się jeszcze z czasów Cesarstwa Austro-Węgierskiego. My w jakiś sposób też znajdowaliśmy się w orbicie jego wpływów. Dlatego nasze zegarki znane były w Polsce, Czechach, na Węgrzech i oczywiście w samej Austrii. Jednak nazwa zegarka zawsze była taka sama IWC Schaffhausen. Ale tak się jakoś przyjęło, że opuszczano skrót i wymawiano tylko nazwę miasta.

– A skąd się brały państwa zegarki w Polsce lat 70.
– One były tam już wcześniej. Jak wspomniałem wcześniej, za sprawą Austriaków. Sądzę, że było to pod koniec XIX wieku. W latach 30. ubiegłego stulecia, kiedy w Niemczech niebezpiecznie rozwijał się nazizm, z terenów ówczesnej Polski, Rosji i Czech, w obawie o swoją przyszłość, wyemigrowało wielu obywateli pochodzenia żydowskiego. I to dzięki nim nasze zegarki dotarły poprzez Chiny do Japonii. H. Goldstein dystrybuował naszą markę w Kraju Kwitnącej Wiśni. I to z takim sukcesem, że po 1949 roku staliśmy się liderem tego rynku. Ale bardziej zabawna historia związana jest z eksportem IWC do Polski i Czech. Otóż na początku lat 70. za pośrednictwem firmy Siber Hegner z Zurychu, która robiła przez wiele lat interesy z Polską, wysyłaliśmy ok. 200 zegarków rocznie do Polski. Był to tzw. handel wymienny, dziś zwany barterem. Siber Hegner otrzymywał tekstylia polskie i w rozliczeniu wysyłał zegarki IWC Schaffhausen. Gdzieś w tym czasie odwiedziłem Polskę, nie kryjąc swojej ciekawości, jak takie luksusowe dobra pozycjonują się na rynku, co by nie mówić, komunistycznym. Ku mojemu zdziwieniu w żadnym ze sklepów firmy „Jubiler” nie zauważyłem w gablotach naszych wyrobów. Jak się później dowiedziałem, tych kilka tysięcy sztuk zostało rozdystrybuowanych wśród ówczesnej elity partyjnej i gospodarczej oraz służby bezpieczeństwa. Tak samo było zresztą w Czechach. Mnie, żyjącemu w wolnym świecie Szwajcarowi, nie mieściło się to wtedy w głowie.

– Istniały podobno zakusy, aby z nazwy wyeliminować nazwę Schaffhausen i pozostawić jedynie IWC.
– Jesteśmy do tej nazwy bardzo przywiązani, choć jest ona, przyznaję, bardzo skomplikowana dla zagranicznego klienta czy odbiorcy. Bywa niejednokrotnie przekręcana, inaczej wymawiana nawet w poszczególnych kantonach szwajcarskich. Pojawili się jakiś czas temu zwolennicy zmiany nazwy na IWC, argumentując, że oto istnieje BMW czy IBM i te skróty są wystarczająco dobrze rozpoznawalne. Osobiście zawsze broniłem nazwy Schaffhausen i stałem mocno na stanowisku pozostawienia jej jako znaku identyfikacyjnego firmy. I tak na zawsze pozostanie ona na naszych cyferblatach i wszelkich innych materiałach promocyjnych, reklamowych i firmowych.

– W latach 60. duża część sprzedaży IWC dotyczyła czterech europejskich rynków, a jak jest dzisiaj?
– Gdy zaczynałem pracę, 65 proc. całej produkcji sprzedawaliśmy do Japonii. Do dziś Europa Centralna jest najważniejszym rynkiem dla IWC, gdzie sprzedajemy jedną trzecią naszej produkcji. Ale pojawiły się nowe rynki, np. Chiny, które wchłaniają 30 proc. naszej produkcji. Zresztą, ze względu na ogromny popyt otworzyliśmy w Chinach 10 własnych sklepów, bo takie było zapotrzebowanie. Nie należy też zapominać o Stanach Zjednoczonych, Ameryce Łacińskiej i Bliskim Wschodzie, gdzie sprzedajemy pozos­tałą część naszej produkcji.

– Nie irytuje was proceder podrabiania waszych wyrobów?
– Może i irytuje, ale ja już przeżyłem czasy, kiedy nas nikt nie podrabiał. I proszę mi wierzyć, że były to trudne czasy. A zresztą słabych się nie podrabia, tylko tych, którzy mają wielkie sukcesy.

– IWC powszechnie uchodzi za manufakturę zorientowaną na klienta męskiego.
– Bo tak jest w istocie. W przeszłości produkowaliśmy wiele damskich zegarków. W latach 90. byliśmy w grupie z JLC i Lange&Söhne. Wtedy też zdecydowaliśmy się, że nie będziemy produkować zegarków damskich, bo po prostu inni mieli lepsze wyczucie tego segmentu rynku. Rozpoczęliśmy też swego rodzaju komunikację z klientami, koncentrując się na odwiecznej grze damsko-męskiej. Jednym z haseł w tej grze było – „Prawie tak skomplikowany jak kobieta – ale bardziej punktualny”. Nigdy nie mów nigdy, ale przez najbliższe 5 lat pozostaniemy przy męskich liniach.

– Można powiedzieć, że jest pan ikoną IWC?
– Przyszedłem do firmy w 1972 roku. Jestem nie­przerwanie 39 lat i 6 miesięcy. Zaczynałem od działu sprzedaży, gdzie byłem odpowiedzialny za sprzedaż w całej Europie. Wkrótce pojawił się tzw. kryzys kwarcowy, który zmiótł z firmamentu wiele znakomitych firm, a wiele innych pogrążył w kryzysie. To były ciężkie czasy. Zwalniano ludzi, niektórzy sami odchodzili, szukając innego zajęcia. Wtedy właściciel firmy zapytał mnie, czy nie zechciałbym objąć szefostwa działu marketingu i sprzedaży. I tak w 1976 roku zostałem dyrektorem marketingu i sprzedaży w IWC. Pozostałem na tym stanowisku do momentu przejęcia IWC przez Richemont, czyli 10 lat temu. I wtedy złożyłem wymówienie. Miałem za sobą wspaniałe czasy, które mocno pielęgnuję w pamięci do dzisiaj. Ale Richemont nie chciał, abym odszedł. OK – powiedziałem – dajcie mi jakąś dobrą propozycję, to się zastanowię. Na całe szczęście zbiegło się to z kolejnym wzrostem sprzedaży i rosnącą popularnością marki. Richemont ma na całym świecie kanały dystrybucyjne, własną organizację, co znakomicie ułatwia ekspansję marki. Kiedyś współpracowaliśmy z importerami, dzisiaj współpracujemy i komunikujemy się z własnymi biurami i placówkami.

– A jak pan ocenia pozycję IWC w grupie Richemont?
– Jesteśmy, jak już wspomniałem, marką dla mężczyzn. W grupie nie ma takiego drugiego producenta, który specjalizowałby się wyłącznie w zegarkach męskich. Jesteśmy trochę oddaleni od skoncentrowanego miejsca wielu manufaktur, w niemieckiej części Szwajcarii, co daje nam taki spokój, jak na bezludnej wyspie. A spokój w tej branży jest bezcenny.

– W kampaniach reklamowych nie używacie wizerunków znanych osób?
– Tak, to część naszej filozofii. W reklamach nie używamy twarzy celebrytów. Wykorzystujemy twarze tzw. przyjaciół firmy w akcjach PR-owskich, jak np. Kevin Spacey, Boris Becker, Figo, Cate Blanchet. W Chinach na naszych eventach pojawiają się Figo lub Zidane. Oni są tam świetnie rozpoznawalni. Nie używamy tych twarzy także w reklamach prasowych, są naszymi przyjaciółmi i w pewien sposób towarzyszą naszym prezentacjom i eventom.

– Ale branża luksusowych zegarków ma się dobrze nawet w kryzysie.
– Mężczyzna 40-, 45-letni, który osiągnął sukces, zbudował dom, ma udaną rodzinę, chciałby coś specjalnego kupić dla siebie, coś osobistego. Wbrew pozorom, nie ma zbyt wielu możliwości. Gdyby kupił sobie auto, takie jak Rolls-Royce czy Ferrari, kłułoby to w oczy sąsiadów czy współpracowników. Dlatego też doskonałą alternatywą są zegarki, które sygnalizują pewien status społeczny, a z drugiej strony są pewną tajemnicą, a nie nachalną manifestacją wysokiego statusu. Ci, którzy wiedzą, nie są zazdrośni, a ci, którzy mieliby być zazdrośni, nie są w stanie oszacować wartości tego cacka.

– Słowem – IWC kryzys nie dotyczy…
– Proszę pamiętać o rynku chińskim, który ciągnie w górę dobra luksusowe. Za chwilę będą to Indie, bo to przecież następny miliardowy rynek i ogromny potencjał. Tylko w Chinach przybywa dziennie setka nowych milionerów dolarowych. I do tego w tamtym regionie, w przeciwieństwie np. do Szwajcarii, obnoszenie się z bogactwem jest normą i niczym nagannym.

– Czy zegarki mogą stanowić udaną inwestycję i lokatę na przyszłość?
– Dla mnie tak. Ale mogę zaprezentować dwa warianty: jeden na tak, a drugi na nie. To wygląda dokładnie tak samo, jak inwestycje w sztukę. Gdy pan zna młodego artystę, który się dobrze zapowiada, i jego prace się podobają, to może się okazać, że miało się nosa i szczęście do malarza, którego prace są później rozchwytywane… Ale powiem twardo, że odpowiedniejszym miejscem do spekulacji jest giełda, a nie branża zegarkowa.

– Wasz sukces designerski to…
– Nawiązywanie do tradycji i uciekanie od egzotycznych pomysłów. W dziale projektowania mamy 15 osób i wszyscy oni mają ogromny wpływ na to, co się później pokazuje na rynku. Decydujący głos ma, mający ogromne wyczucie, szef firmy Georges Kern. Kontynuujemy produkcję i sprzedaż modeli powstałych przed 70. laty – Portuguese z roku 1939, Flieger z 1935 r., Ingenieur z 1959 r., czy zegarki dla nurków z końca lat 60. Dużo zmieniamy, ale linia pozostaje ta sama. I to jest naszą siłą, że jesteśmy przewidywalni i nagle nie wypadamy z jakąś nowością, która nie ma nic wspólnego z naszą historią.

– Jak by pan zdefiniował siłę marki IWC?
– Po pierwsze, kontynuowanie tradycji, niewprowadzanie egzotyki w design naszych modeli, czyli linia klasyczna. Tu posłużę się starą anegdotą, co trzeba uczynić, aby w swoim ogrodzie osiągnąć jakość angielskiej trawy, jej barwę, gęs­tość, etc. To jest bardzo proste. Tę trawę trzeba przycinać, kosić, nawozić, ale regularnie przez okres co najmniej 100 lat. U nas jest podobnie. 150-letnia tradycja zobowiązuje.

– Kiedy pierwszy raz usłyszał pan o IWC?
– W Szwajcarii jest tradycja, że jak się kończy 16 lat, otrzymuje się zegarek. Kiedyś był to zegarek na całe życie. Za moich czasów hołdowano jeszcze temu zwyczajowi. I pamiętam, że jeden z kolegów otrzymał od swoich rodziców właśnie IWC. Chłopcy podśmiewali się, bo nie znali tego brandu. A on wtedy dumnie odpowiedział, nie znacie teraz, ale jeszcze usłyszycie o tej marce. Mam to w pamięci, bo miał rację.

– Jaka jest wasza grupa docelowa?
– Tradycyjnie osoby zaufania publicznego, np. adwokaci. Ale generalnie ludzie sukcesu, aktywni, przedsiębiorczy. Ludzie reklamy, ceniący design. To prestiż i sukces IWC.

– Muzeum IWC w Schaffhausen składa się w dużej części z zegarków z pańskiej prywatnej kolekcji?
– Przez wiele lat kolekcjonowałem zegarki IWC. Doszedłem do 350 egzemplarzy, które dzisiaj stanowią prawie w całości kolekcję muzeum IWC. Kiedy zostaliśmy sprzedani grupie Richemont nastąpiła pewna pomyłka, bo nowy właściciel był przekonany, że eksponaty w muzeum są własnością firmy. Zaproponowano mi sprzedaż tych przepięknych zegarków, aby w muzeum mogli się cieszyć nimi inni. Miałem, co prawda, mieszane uczucia, trochę przeciwne były dzieci. W końcu, mając jednak na uwadze misję edukacyjną i historyczną, zdecydowałem się na sprzedaż 310 zegarków. Ale po ciuchu przyznam się, że najpiękniejsze egzemplarze wciąż są w moim posiadaniu.

– A jak pan ocenia potencjał rynku wschodniego, w tym polskiego?
– Rynek polski jest bardzo blisko mojego serca. Nie tylko ze względu na zabawne wspomnienia z początków mojej pracy. Jest to rynek bardzo ustabilizowany, nie ma wahnięć, a statystki i prognozy pokazują, że idzie w dobrym kierunku. Mało tego, jako IWC Schaffhausen jesteśmy doskonale rozpoznawalni na rynku polskim. A to dobrze rokuje.

Co lubi Hannes Pantli?

Zegarki – „To trudne pytanie, rozumiem, że pyta pan o model. Z wiekiem to się zmienia. Ale oczywiście IWC”
Pióra – Montblanc
Wypoczynek – „Wypoczywam na polowaniach w Austrii i we Francji.”
Kuchnia – azjatycka, włoska i indyjska. Ale w rodzinnych stronach typowo szwajcarska
Restauracja – „Jest ich wiele i nie chciałbym nikogo wyróżniać.”
Samochód – „Kolejne trudne pytanie. Mam całą kolekcję: Porsche z 1984 roku, Mini Morisa z 1999 r., Jeepa i do każdego z tych aut mam sentyment.”

Michał Grom

Rozmowa z Michałem Gromem, prezesem E-commerce Services z grupy NFI EM&F

– Do niedawna był pan jednym członków zarządu Empiku, odpowiedzialnym za IT. Dziś kieruje pan już samodzielną spółką e-commerce, należącą do tej grupy. Jaki jest to sygnał dla rynku?
– W tym przypadku krótka odpowiedź będzie najlepsza – chcemy zostać liderem w swojej dziedzinie.

– Gdyby nie sprzeciw UOKiK, który kilka miesięcy temu oprotestował przejęcie przez was portalu Merlin.pl, pewnie już osiągnęlibyś­cie ten cel?
– Nie chciałbym na nowo wszczynać dyskusji na temat, który dziś jest przedmiotem sporu sądowego. W naszym rozumieniu nie było podstaw do tego, aby ten wniosek został odrzucony. Nie czekamy z założonymi rękami na rozstrzygnięcie tej sprawy – konsekwentnie realizujemy naszą strategię rozwoju organicznego i akwizycji.  Nie dalej niż w sierpniu br. kupiliśmy inny sklep internetowy, któremu również patronuje czarodziej – Gandalf.com.pl.

– Na czym polega biznesowy pomysł dołączania do grupy portali o profilu podobnym do reprezentowanego przez Empik?
– Gandalf, który generuje przychody na poziomie około 30 mln zł rocznie, jest specjalistą w sprzedaży podręczników szkolnych. W znakomity sposób poszerza to ofertę naszej firmy, bo dotychczas praktycznie nie byliśmy obecni na tym – wartym prawie 1 mld zł – rynku. Jednocześnie dzięki wykorzystaniu efektu synergii, zmniejszają się koszty prowadzenia działalności. Chciałbym podkreślić, że nigdy nie planowaliśmy „kanibalizacji” biznesu – Gandalf będzie nadal działał pod swoim własnym szyldem. To samo dotyczy innych portali z naszej Grupy. Empikfoto doskonale radzi sobie z obsługą odbitek i sprzedażą gadżetów fotograficznych. Najnowszym hitem są zdjęcia drukowane na płótnie. Z kolei portal Teksty.org to niezastąpione źródło informacji dla osób szukających w sieci tekstów piosenek.

– Jaki będzie kolejny krok?
– Duże nadzieje wiążemy z portalem smyk.com. Jak widać – postanowiliśmy rozszerzyć działalność na kolejne obszary. Doskonały wzór stanowi dla nas Amazon, który, podobnie jak Empik, zaczynał od sprzedaży multimediów, a dziś oferuje ogromny wachlarz produktów.

– Czy w takim razie w waszym sklepie będzie można kupić opony lub lodówkę?
– Proponuję, żeby odwrócić to pytanie: dlaczego nie miało by tak być? Mamy unikalne doświadczenia w sprzedaży internetowej, więc nie obawiajmy się ich wykorzystać także w innych dziedzinach.

– Co stanowi o wyjątkowości waszej oferty?
– Miał pan okazję skorzystać z możliwości odbioru w salonie Empiku produktów zamówionych w sieci?

– To rzeczywiście świetne rozwiązanie. Zamawiając w sieci książki i płyty prawie nigdy nie miałem szansy odebrać ich od listonosza, a godzinne stanie w kolejce na poczcie doprowadzało mnie do białej gorączki. Rzeczywiście, wasza propozycja jest dla mnie znacznie wygodniejsza.
– Właśnie o to chodzi. W dodatku chciałbym przypomnieć, że nie musi pan pokrywać kosztów wysyłki. Podobnie – jak pan – myśli 80 proc. klientów, co potwierdza, że wybraliś­my najlepsze na rynku rozwiązanie. Mamy w Polsce ponad 170 sklepów Empik, które są punktami odbioru dla naszych klientów – to naprawdę duża sieć. Czasem żartuję, że mamy lepszą sieć nawet niż poczta. Nasze sklepy otwarte są od rana do wieczora, są łatwo dostępne, nie ma problemów z parkowaniem samochodu. W dodatku dysponujemy wielkim centralnym magazynem system bardzo szybkich dostaw nie stanowi dla nas problemu. Na takich fundamentach możemy budować biznes obliczony na lata. Co więcej, perspektywy rozwoju handlu w sieci są ogromne. W Europie Zachodniej przez Internet sprzedaje się około 7 proc. wszystkich towarów, w Polsce zaledwie 2 proc. Powiem krótko – jest o co walczyć.

– Zaraz, zaraz… Chce pan sprzedawać lodówki w salonach Empiku?
– Proszę nie sprowadzać racjonalnej idei do absurdu. Każda dziedzina handlu wymaga specjalnych rozwiązań. Na marginesie – w przypadku AGD, Internet przejął znaczą część biznesu. Część klientów odwiedza tradycyjne sklepy tylko po to, żeby obejrzeć produkty, które zamierzają kupić potem znacznie taniej w sieci. Inaczej wygląda to w dziedzinie mody – trudniej sobie wyobrazić zakup butów bez mierzenia, ale już t-shirt  sam chętnie zamawiam w sklepach internetowych. Słowem – są dziedziny, w których tradycyjne formy handlu jeszcze długo świetnie będą się bronić. Uruchamiając nowy biznes w sieci, trzeba więc racjonalnie dopasować ofertę do oczekiwań rynku.

– Zdaniem ekspertów, kryzys wspiera handel w sieci.
– To prawda, ale nie łudźmy się, że Internet całkowicie wyprze tradycyjne sklepy. Spójrzmy na rynek amerykański – udział sprzedaży internetowej jest na poziomie X i gdzie mówi się o renesansie sprzedaży w offline (RETAIL RENAISSANCE). Z czego wynika taki efekt? Można wymienić wiele powodów, osobiście uważam, że najważniejsze są dwie kwestie. Po pierwsze – dla dużej części klientów zakupy to sposób na spędzanie wolnego czasu – źródło rozrywki, możliwość spotkania się z przyjaciółmi i wymiany doświadczeń. Po drugie – kiedy konsumenci robią zakupy offline, oczekują na przeżycie doświadczenia, którego nie odczują w Internecie.

– Wróćmy jeszcze do kwestii odbioru w salonie Empiku towarów zamówionych przez Internet. Zgodnie z zasadą „long tail” liczycie na to, że klient przy okazji kupi coś jeszcze…?
– Oczywiście, ale przecież nie zaprzeczy pan, że Empik oferuje więcej niż przeciętny sklep. Wizyta w naszym salonie ma być przyjemnością dla klienta. Jest to chwila na relaks, na kontakt z kulturą. Może pan przejrzeć nowe książki, posłuchać muzyki, kupić bilet na koncert, posiedzieć w Empik Cafe.

– Jako manager ma pan szczęście nie tylko rozwijać skazany na sukces  biznes, ale też urzędować w jednym z najbardziej efektownych biur w centrum Warszawy?
– Co więcej, tutaj – w centrum stolicy – można poczuć powiew szerokiego świata. W zarządzie Empiku było tylko dwóch polskich managerów. Co tu dużo mówić – od kolegów,  którzy zdobyli doświadczenia w różnych krajach, wiele się można nauczyć.

– Co uważa pan za najważniejsze w pracy managera?
– Nie można być dobrym szefem nie mając wizji biznesu, który się rozwija. W międzynarodowym zarządzie, o którym mówiłem przed chwilą, nazywaliśmy to „Big Picture”. Musi temu, rzecz jasna, towarzyszyć zdolność wprowadzania planów w życie. Nierozerwalnie łączy się z tym umiejętność budowy zespołu, który będzie składał się z osób samodzielnych, przedsiębiorczych i otwartych na nowe, trudne wyzwania, które przed nami stoją. Obecnie, po raz kolejny, kompletuję zespół. Staram się ustawiać wysoko poprzeczkę, żeby w przyszłości nie było rozczarowań. Kiedy trzeba się z kimś rozstać, jest to najczęściej porażka obu stron…

– Kiedy nabrał pan ochoty, by zostać managerem?
– Studiowałem informatykę na Uniwersytecie Warszawskim, szukając własnej drogi rozwoju. Wybrałem indywidualny tok studiów – zahaczyłem o psychologię, co dziś przydaje mi się w pracy. Szybko, bo w wieku 21 lat, rozpocząłem pracę. Trafiłem do grupy spółek, w których zajmowałem się kolejno różnymi dziedzinami – zaczynałem od IT, potem  nadzorowałem proces wydawniczy, dystrybucji produktów FMCG, byłem szefem biura promocji i reklamy. Była to prawdziwa szkoła życia i biznesu. Kolejny etap mojej kariery to stanowisko dyrektora sprzedaży i marketingu w spółce będącej przedstawicielem Swedish Match w Polsce. Następnie koledzy ze studiów, którzy pootwierali firmy IT, namówili mnie, bym pomógł im w zintegrowaniu biznesu. Po dwóch latach nabrałem ochoty na pracę w dużej organizacji i tak objąłem stanowisko szefa IT w RUCH SA. W 2005 r. przeszedłem do Empiku, a od kwietnia tego roku jestem prezesem spółki E-commerce Services.

Co lubi Michał Grom?

Zegarki – IWC
Ubraniastyl klasyczny, marka Hugo z Grupy Boss
Wypoczynek – ma 9-letnią córkę i dwóch synów w wieku 6 i 7 lat, z którymi spędza wakacje nad morzem w Hiszpanii lub Grecji. Zamierza pokazać rodzinie swoje Ulubione miejsca – San Francisco i Brisbane w Australii
Kuchnia – suschi i steki. Miłośnikom steków
poleca sklep befsztyk.pl
Restauracja – „Butchery&Wine”, „Sushi Zushi” w Warszawie
Samochód – Ford Galaxy i BMW X5
Hobby – sztuka współczesna, zbiera dzieła artystów z kręgu galerii „Raster”
Sport – tenis, snowboard, windsurfing, jazda na rowerze

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...