.
Strona główna Blog Strona 433

Marcello Valentini

Rozmowa z Marcello Valentini, szefem sprzedaży firmy Divella
– 120 lat tradycji zobowiązuje?
– Mamy tego świadomość i nigdy ona nas nie opuszcza. To cała epoka. Gdy dzisiaj pomyślę, jak kiedyś wyglądał proces produkcyjny, a jak wygląda dzisiaj, to nie mam wątpliwości, że wiele się zmieniło. Podejrzewam, że przed stu laty pasta jako taka, zupełnie nie była znana chociażby w Polsce.

– To się pan myli, bo makaron, choć wytwarzany z innego rodzaju mąki, funkcjonuje w kuchni polskiej od dawna, jak choćby do uwielbianego przez Polaków rosołu. Zresztą makaron bardziej znany był i jest pod nazwą klusek.
– A tego nie wiedziałem.
– Zacznę trochę absurdalnie, lubi pan pastę?
– A jak mam na to pytanie odpowiedzieć, skoro we Włoszech mamy spożycie na poziomie 26 kg makaronu na głowę mieszkańca. A ja też jestem Włochem, chociaż niektórzy nie chcą w to uwierzyć, ze względu na mój wygląd. To znaczy, że każdego dnia, każdy mieszkaniec naszego kraju spożywa go 100 g, pod różną postacią.

– Czyli nie różni się pan od przeciętnego Włocha?
– Nie tylko się nie różnię, ale niewykluczone, że zjadam więcej niż statystyczny Włoch. Co prawda, moja żona dba o linię jak każda kobieta, dlatego też stara się dbać o moją i czasami proponuje inne menu w domowej kuchni.

– Co by znaczyło, że pasta może tuczyć?
– Ależ absolutnie nie. To jest znakomite źródło węglowodanów w diecie. To źródło energii, np. w sporcie. Pasta nie zawiera tłuszczów i jeżeli nie połączymy jej z sosami zawierającymi bombę kaloryczną, to jest absolutnie zdrowa.

– To skąd ta obiegowa opinia, że może być tucząca?
– Z nieznajomości rzeczy. Powtarzam, tuczą dodatki. Jak zrobi pan spaghetti carbonara i doda litr wysokotłuszczowej śmietany oraz szynkę, ser i jaja, to już będzie to mała bomba kaloryczna. Ale jak to samo pan przyrządzi z pomidorami i odrobiną oleju, to będzie to lekkostrawne i niezbyt kaloryczne.

– Ale Divella to nie tylko pasta?
– Mamy cała gamę produktów, od pasty, która pozostaje naszą podstawową ofertą, poprzez ciasteczka, sosy do makaronów, a na oliwie kończąc.

– A jak zdobywa się nowe rynki proponując pastę i wyroby jej przypisane?
– Podobnie jak w przypadku innych produktów. Z tym jednak wyjątkiem, że trzeba poznać przyzwyczajenie konsumenckie, jak np. we wschodzących rynkach, jak Chiny czy Indie, i znalezienie dobrych partnerów w danym kraju.

– W tych krajach, o których pan wspom­niał, wystarczy, że każdy obywatel raz dziennie spożywałby obiad złożony z waszych produktów i musielibyście budować kolejne fabryki.
– Wystarczyłoby, aby jedną nitkę spaghetti w swojej diecie spożył, to już spowodowałoby budowę kolejnych linii produkcyjnych.

– Jest pan odpowiedzialny za sprzedaż na całym świecie.
– Tak, jestem odpowiedzialny za cały świat… Moim zadaniem jest, o czym już wspomniałem, zrozumieć i zbadać, jak wygląda rynek lokalny, jaka jest jego pojemność. Mamy świadomość, że popularność kuchni włoskiej jest na fali wznoszącej na całym świecie. Kiedyś ktoś mądry powiedział, że istnieją dwie kuchnie na świecie, od których wszystko się wzięło – włoska i chińska. I jest w tym dużo prawdy. Dodałbym do tego jeszcze turecką, która ma niebagatelny wpływ w przyzwyczajenia kulinarne Bliskiego Wschodu.

– Czyli te trendy chcecie tu i teraz wykorzystać.
– My chcemy przede wszystkim wykorzystać fakt, że na najtrudniejszym rynku makaronów jesteśmy na drugiej pozycji, za renomowaną Barillą. To oznacza dalej, że jesteśmy w innych miejscach sławni, ale nie popularni. I naszym celem jest, aby, tak jak już stało się to w południowej Italii, stać się liderem w innych częściach świata, jako włoski rzetelny brand.

– Promujecie się poprzez znanych celebrytów, jak to robiła wasza konkurencja?
– Dużym sukcesem dla naszej marki była akcja reklamowa, a właściwie sponsoring w telewizji włoskiej w programach z udziałem Carlo Ponti i Ady Colangeli. Ale właś­ciwie headlinem naszych kampanii reklamowych jest zawsze najlepsza jakość za dobrą cenę, i to przemawia do świadomości naszych klientów. To jest najbardziej skuteczne.

– Klientów interesuje jakość, ale i cena.
– Wiemy o tym doskonale. Dlatego trzeba tak zbudować relację ceny do jakości, aby nikt się nie zastanawiał sięgając po nasze produkty, czy może nie wydał za dużo i co za to otrzymuje. Nie może być żadnej wątpliwości, że klient sięga głębiej do kieszeni. Poza tym zakup 500-gramowego opakowania makaronu, który stanowi posiłek dla 5. osób, też nie może budzić wątpliwości. Dlatego naszym targetem właściwie są wszyscy ceniący wysoką jakość za stosunkowo niewielkie pieniądze.

– Czy jest jakaś misterna wiedza w tym, że jedna pasta jest lepsza, a druga gorsza?
– Jakość pasty to wypadkowa różnych składników i tradycyjnych technologii. Wiadomo, że durum nie da się wyhodować w klimacie chłodnym. Poza tym, to jest indywidualna sprawa, jak w przypadku wina. To jest tradycja, a czasami i tajemnica, że jednym się udaje, a innym niekoniecznie. Ale z pastą jest jak z włoską kuchnią.

– Ma być prosta i nieskomplikowana.
– Dokładnie tak. Siła kuchni włoskiej to świeże produkty, kreacja, stare receptury i fantazja. Dania, które stanowią podstawę menu włoskich restauracji, trudno zepsuć, np. w przypadku caprese, no chyba że i pomidory, i mozzarella byłyby nieświeże. To samo dotyczy pasty. Ona zawsze jest dobra, zależy tylko, jakie sosy do niej zaproponujemy. Czym prostsza kuchnia, tym lepsza.

– Swoją misję określiliście…
– Chcemy być popularni i proponować najwyższą jakość naszych produktów.

– A jak to osiągnąć w krajach ziemniaka i ryżu?
– Zmieniać przyzwyczajenia kulinarne. To jest też kreowanie pewnej mody na makarony, pewien styl życia, że warto ugotować kolację, gdzie częścią główną będzie danie z pastą. Pomaga temu zapewne rozpowszechniona na całym świecie dieta śródziemnomorska.

– Czy tradycja 120 lat jest w tym pomocna?
– 12o lat tradycji to bardzo dużo. To bagaż doświadczeń. Zawsze przyglądaliśmy się i podążaliśmy za zmieniającymi się technologiami, wdrażaliśmy je, pod warunkiem, że nie pogorszały jakości. Zwłaszcza we Włoszech ludzie zakochani są w markach. Jeśli zrobiłbyś raz coś nie tak, to wypadasz z rynku… A na makaronach Włosi znają się naprawdę dobrze. Sorry za porównanie, ale to tak, jakby ktoś w Polsce wyprodukował wódkę, której nie dałoby się pić. I do tego w ostatnich latach, oczywiście, trzeba zwracać uwagę także na to, żeby to były produkty zdrowe.

– Czy można zrobić pastę w warunkach przemysłowych zbliżoną jakością do domowej?
– Pasta domowa jest świeża, i żeby uzyskać jakość zbliżoną do domowej, ważne jest zachowanie takiego procesu technologicznego suszenia, aby nie zatraciła tej wartości. I nam się to udaje. Chociaż też produkujemy i dystrybuujemy pastę nie suszoną, a świeżą.

– Jesteście obecni na rynku polskim od wielu lat, jakie teraz stawiacie sobie zadania, aby wasza marka była bardziej rozpoznawalna?
– Musimy dodać, mówiąc kolokwialnie, gazu, pokazać, jakim jesteśmy brandem, jacy naprawdę dobrzy jesteśmy. Czasami tych najlepszych usypia przekonanie, że jest się znakomitym, i tak się na nas poznają. Ale bez właściwego nagłośnienia, reklamy trudno to osiągnąć, zwłaszcza na rynkach, które tradycyjnie spożywają dziesiątki kilogramów ziemniaków i ryżu, będących podstawą diety.

– Jako manager, co sobie ceni pan najwyżej.
– Szybkość decyzji, elastyczność i jasność komunikacji. Dużą wagę przywiązuję także do nowości, do nowych propozycji produktów. To ważne, aby mając ustaloną paletę wyrobów, nie koncentrować się wyłącznie na sprzedaży, ale żeby proponować nowe rozwiązania. Zdaję sobie sprawę, że oferta ma swoje granice, ale można ją uzupełniać o nowe propozycje dodatków i ciasteczek, całej gamy ingrediencji. Kształt makaronu to też ważne zagadnienie. Dlatego w tej branży pracujemy stale nad nowymi kształtami naszych makaronów.

Co lubi Marcello Valentini?

Zegarki – Rolex
Pióra – Montblanc
Ubrania – Pal Zilgeri, Cerutti
Wypoczynek – „Ze względu na to, że 250 dni w roku spędzam w podróży, najchętniej wypoczywam w domu, z rodziną.”
Kuchnia – włoska, japońska i chińska
Samochód – Audi A6
Hobby – sport i gotowanie. Uwielbia testować makarony w różnych kombinacjach smakowych

Adam Maciejewski

Rozmowa z Adamem Maciejewskim, Członkiem Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych
– Jest pan managerem, a jednocześnie podróżnikiem eksplorującym najdalsze zakątki planety, kolekcjonerem i promotorem sztuki, a także poetą. Jak łączy pan to wszystko?
– „Z oczu im nie spojrzenia płyną, a okręty, z serca lokomotywa wieczysta wylata i jak łuk są ich myśli napięte na wszystkie strony świata”. Te słowa poety Stanisława Balińskiego, moje motto życiowe, chyba wszystko tłumaczą. A ponadto nauczyłem się wstawać o godz. 5 rano i nie zasypiać przed północą. Jak większość z nas, nie lubię korków, więc je omijam takimi swoimi bocznymi uliczkami, którym na imię „5:30 am” i „22:00 pm”, dzięki czemu nie tracę czasu na oglądanie świateł poprzedzających samochodów przez 2 godziny dziennie, a przez te dodatkowe 2 godziny można zrobić bardzo wiele… Bez pasji chyba nie jest to możliwe – na szczęście, ja mam pas­ję to wszystkich tych rzeczy i pewnie jeszcze do kilku innych. Czuję się przez to prawdziwym człowiekiem, który nie tylko ciężko pracuje, ale ma marzenia, mnóstwo marzeń i nie boi się ich realizować – ja po prostu to robię.

– Kiedy postanowił pan zostać managerem?
– Nigdy nie myślałem o karierze w kontekście zarządzania ludźmi. Miałem inne cele – szukanie i odnajdywanie szczęścia. Managerem zostałem niejako mimochodem. Pierwsza posada managerska była jeszcze na studiach i to od razu w Szwecji… Oczywiście, to nie było nic poważnego, ale pamiętajmy o tym, że była to końcówka lat 80., a ja byłem studentem bodaj trzeciego roku polskiej uczelni. Ale widocznie nie byłem zły, jeśli po kilku tygodniach pracy wakacyjnej zacząłem zarządzać pod nieobecność przebywającego na urlopie właściciela, małą firmą budującą urocze, drewniane domy wakacyjne. I to wcale nie „na czarno”, ale będąc oficjalnie zatrudniony. Potem otrzymałem propozycję pozostania w Szwecji na stałe, ale, jak widać, nie skorzystałem. Czuję się jednak nie tylko Polakiem, ale pełnoprawnym obywatelem świata.

– Czy od razu po studiach trafił pan na GPW?
– Kiedy w 1991 roku ukończyłem SGH, szybko założyliśmy ze wspólnikami własną firmę usługowo-handlową i w praktyce, na poważnie zacząłem się uczyć zarządzać ludźmi. Nie było to łatwe – ja, młody chłopak z wielką energią i marzeniami, a ludzie jeszcze z nawykami z poprzedniego systemu. Równolegle zacząłem z sukcesem inwestować na tworzącym się właśnie rynku kapitałowym, jeszcze nawet przed powstaniem GPW – do dzisiaj pamiętam procedurę zakupu pierwszych akcji Universalu. Kiedy powstała warszawska Giełda, zacząłem inwestować za jej pośrednictwem. To była wielka przygoda i wielkie emocje, choć notowania początkowo odbywały się tylko raz w tygodniu. Trochę z wyrachowania postanowiłem wtedy, że trzeba się nauczyć, jak to funkcjonuje od środka i wrócić na rynek, by kontynuować emocjonujące życie inwestora. Ale swoje emocje znalazłem gdzie indziej – na Giełdzie. Wycofałem się z prowadzenia własnego interesu, by skoncentrować się na rodzącym się wtedy rynku kapitałowym. Szybko zdobyłem pracę na Giełdzie – pamiętam pierwszą rozmowę z dyrektorem Działu Notowań, Piotrem Szeligą, który stwierdził, że jestem „coś za bardzo energiczny”. Może m.in. dlatego mnie zatrudnił. Od tego momentu zaczął się mój związek z GPW i kariera managerska w tej organizacji, choć zacząłem wtedy nie jako manager, ale jako specjalista w nowo utworzonym Zespole Nadzoru Rynku.

– Co spowodowało, że związał pan z GPW właściwie całą karierę zawodową i jak pan ocenia swoją ścieżkę kariery?
– Nie przewidziałem, że będzie to tak fantastyczne wyzwanie, które było dla mnie jeszcze ciekawsze niż inwestowanie – wtedy możliwości inwestycyjne na rynku kapitałowym były bardzo ograniczone. Ciekawsze, bo przecież trafiłem na Giełdę, która była wtedy ledwie raczkującym brzdącem i trzeba było mieć dużo fantazji, by uwierzyć, że stanie się tym, czym jest aktualnie. Wspólnie ze współpracownikami, pełni pasji wymyślaliśmy wtedy autorskie, przez wiele lat z powodzeniem funkcjonujące algorytmy notowań, testowaliśmy system, tworzyliśmy regulacje giełdowe. Moja kariera na GPW przebiegała niemal w modelowy sposób. Po prostu robiłem swoje, przy czym robiłem to dobrze, miałem pomysły, inicjatywę, optymizm. I ciężko  pracowałem, nie myśląc o karierze, ale o tym, by jak najwięcej zrobić i jak najwięcej się nauczyć.

I to było doceniane przez prezesa Rozłuckiego i ówczesny zarząd. Szybko dostałem propozycję pokierowania najważniejszym zespołem na Giełdzie. Potem przyszedł czas na wicedyrektora najważniejszego działu na GPW, w końcu zacząłem nim kierować, a w wyniku zmian organizacyjnych do tego działu dołączono kilka innych i zostałem już naprawdę poważnym managerem, odpowiadającym za większość procesów biznesowych, jakie odbywały się na GPW. W 2006 r. Giełdę czekały poważne zmiany zarządcze. Prezes Rozłucki postanowił nie kandydować na kolejną kadencję i postawiłem sobie wtedy pytanie – co dalej? Naturalne wydawało się wystartowanie w konkursie na prezesa GPW. Sporo osób mnie do tego namawiało. Ale, jeśli chodzi o samego siebie, najważniejsza jest jednak dla mnie moja własna opinia. Uznałem, że nie będę kandydował.

– Czyli jednak nie stanowisko…
– Po raz kolejny przeważyła moja cecha świadcząca o tym, że stanowiska nie są dla mnie najważniejsze. Pomyślałem, że jeśli nowym szefem GPW zostanie ktoś sensowny, to pewnie nawiążemy efektywną współpracę. I tak też się stało – konkurs na nowego prezesa wygrał Ludwik Sobolewski i szybko zaproponował mi współpracę w nowym zarządzie. Bez wahania propozycję przyjąłem, tym bardziej, że L. Sobolewski jako wiceprezes KDPW cieszył się bardzo dobrą opinią. I dumny jestem z siebie, że o to stanowisko, tak jak i o poprzednie, też nie zabiegałem, że nigdy o nie nikogo nie prosiłem, ani nawet głośno nie wyrażałem takiego zainteresowania. Potwierdziła się moja wizja, że jeśli funkcjonujemy w zdrowym otoczeniu, to kompetencje są kluczowe.

– Czy zawsze tak się działo?
– Cóż, doświadczałem także sytuacji, kiedy to nie kompetencje były czynnikiem decydującym. Takie kariery jednak najczęściej nie trwają długo (tamte też nie trwały) i myślę, że w długim okresie mają dewastujący wpływ na psychikę osób, które w ten sposób funkcjonują. To są tematy tabu, o których niewiele mówi się publicznie, ale jeśli chcemy żyć w lepszym świecie, to takie sytuacje trzeba eliminować, także, a może przede wszystkim, poprzez własną postawę, do czego potrzebna jest oczywiście odwaga cywilna i wewnętrzna siła. Ta wewnętrzna siła człowieka musi być budowana na solidnych podstawach, a nie – nie boję się tego tak nazywać – na oszustwach. Bo czym, jeśli nie oszustwem, jest wybór kadr zarządzających oparty nie na kompetencjach? Przy czym chciałbym zaznaczyć, że kompetencje są bardzo różne, nie tylko ściśle merytoryczne. Dla mnie to także zdolność współpracy, wpływ na otoczenie, itd. Zatem dobór kompetencyjny musi być rozumiany mądrze, bardzo mądrze.

Ogólnie funkcjonowanie w biznesie, czy po prostu w życiu, wymaga nie tylko inteligencji, ale też mądrości i zdrowych zasad moralnych. Ale zbyt daleko chyba odbiegłem od pytania… A zatem wracając do mojej kariery – w czasie realizacji kolejnych zadań okazało się, że mam dużą zdolność szybkiego nawiązywania i utrzymywania dobrych relacji z innymi ludźmi, a zarządzanie w moim wykonaniu daje dobre efekty. Jednocześnie stale też podnosiłem kwalifikacje – kontynuowałem naukę na studiach podyplomowych na SGH, skończyłem studia MBA, mnóstwo szkoleń i kursów zawodowych, bardzo zróżnicowanych, zarówno polskich, jaki i zagranicznych, w tym waszyngtoński International Institute for Securities Market Development. No i konieczne było, oczywiście, samokształcenie. Również aktywność w licznych radach nadzorczych pozwoliła mi lepiej sprawować funkcje managerskie – nadzorowanie zarządów, spojrzenie na zarządzanie z innej strony, to naprawdę unikalne doświadczenie dla managera. A zatem o tym, że jestem managerem, zadecydowała na szczęście moja praca i zdolności, nie moje znajomości. Znajomości zawieram dla przyjemności.

– Czy słyszy pan czasem zarzuty, że to, co widać z perspektywy managera wielkiej instytucji i zwykłego przedsiębiorcy to dwa różne światy.
– Od 6 lat jestem współwłaścicielem spółki Finder, aktualnie największej w Polsce firmy specjalizującej się w systemach monitorowania pojazdów i choć nią nie zarządzam, to jednak wiem, z jakimi problemami mają do czynienia polscy przedsiębiorcy na różnym szczeblu. Ale proszę mi uwierzyć – managerowie dużych firm mają problemy odpowiednio większe. Ich siła radzenia sobie z tymi problemami jest jednak również odpowiednio większa. W każdym razie nie należę do tych, co narzekają i do tego samego namawiam innych – nie ma co biadolić, trzeba korzystać z demokracji, mądrze wybierać właściwych ludzi do zarządzania krajem i samemu ciężko pracować. Jak jest problem, to go rozwiąż, albo pomóż go rozwiązać. I rób to z uśmiechem na ustach. Dzięki tobie i takim jak ty będzie lepiej – lepiej tobie i lepiej innym ludziom. A to jest piekielnie ważne – wszystko co robimy, powinniśmy robić dla ludzi i z poszanowaniem ich godności.

– GPW łączy w sobie cechy instytucji regulacyjnej i firmy czysto biznesowej, jak kryzys wpłynął na jej funkcjonowanie?
– GPW, czy bardziej ogólnie – giełda – to faktycznie insty­tucja szczególna. Ale też nie przesadzajmy z tą szczególnością za bardzo. Jesteśmy instytucją, która w dużej mierze reguluje funkcjonowanie rynku kapitałowego w Polsce, kształtuje jego standardy, nadaje kierunki rozwoju – i to jest szczególne i wyjątkowe. Ale też jesteśmy oczywiście komercyjnym przedsiębiorstwem, które ma swojego właściciela, a właściwie całe mnóstwo współwłaścicieli na chyba wszystkich zamieszkanych kontynentach, mających jasne oczekiwania – wzrost wartości inwestycji i przyzwoita dywidenda. Utrzymująca się od dawna trudna i niestabilna sytuacja na rynkach finansowych z pewnością nie jest czynnikiem sprzyjającym prowadzeniu biznesu, który jest uzależniony od kondycji przedsiębiorstw, zasobności portfeli inwestorów i ich skłonności do podejmowania ryzyka. Trzeba jednak pamiętać przynajmniej o dwóch kluczowych rzeczach – jednej specyficznej dla giełd, drugiej generalnej.

– Na czym one polegają?
– Po pierwsze, giełdy zarabiają przede wszystkim na obrocie. Poziom obrotów zależy od bardzo wielu czynników, ale często te czynniki działają różnokierunkowo i obroty w dłuższych okresach czasu rosną. Ponadto, giełdy (także GPW) mają, a przynajmniej mieć powinny, zdywersyfikowane przychody. Na przykład prowadzą rynki dla różnych klas aktywów, których zachowanie jest często odmienne – np. wysoka zmienność cen na rynku akcji nie zawsze prowadzi do wzrostu obrotów na tym instrumencie – czasami prowadzi do ich spadku, ale za to praktycznie zawsze jej efektem jest duża aktywność inwestorów na rynku instrumentów pochodnych, który, w przypadku GPW, stanowi bardzo poważne źródło przychodów. Z kolei rynek spokojny jest, z punktu widzenia aktywności inwestorów handlujących instrumentami pochodnymi, mało atrakcyjny i wtedy obroty na nim maleją. Rynek kasowy nie cechuje się aż tak wyraźną i jednoznaczną zależnością od zmienności. Giełdy mają również przychody z innych źródeł, jak chociażby ze sprzedaży informacji, która jest potrzebna zawsze, nawet w kryzysie, czy przychody od emitentów notowanych instrumentów albo też przychody z usług technologicznych na rzecz swoich członków, np. bardzo popularne od pewnego czasu usługi kolokacji serwerów klientów giełd.

– A druga wspomniana powyżej zasada – o charakterze uniwersalnym?
– Jest to zdolność zarządu do znalezienia spółce właściwego miejsca w kryzysie i wykorzystania tego szczególnego czasu nie tylko do ochrony własnego biznesu, ale także do jego wzrostu. Trzeba być „agile”, zwinnym. GPW doskonale się czuje w takiej sytuacji: w tych trudnych czasach wykorzystuje nadarzające się okazje i buduje swoją pozycję jako silny gracz w segmencie giełd europejskich o średniej wielkości, a w niektórych obszarach wyrasta nawet na lidera nie tylko naszego regionu Europy Środkowo-Wschodniej, ale także na lidera w całej Europie. Na szczególną uwagę zasługuje uruchomiony przez nas kilka lat temu rynek NewConnect, na którym notujemy już ponad 300 spółek i który zmienił oblicze drobnej przedsiębiorczości w Polsce.

– Kilkanaście lat na stanowiskach kierowniczych skłania do podsumowania tego, co w zarządzaniu jest naprawdę ważne?
– Są pewne wartości uniwersalne, ale nie ma jednej jedynej recepty na sukces. Przynajmniej ja jej nie znam. Według mnie, manager musi dostosowywać styl pracy do specyfiki firmy, ludzi z jakimi ma do czynienia – zarówno ludzi w firmie, jak i ludzi z zewnątrz, do szeroko rozumianego otoczenia – musi mieć zdolność adaptowania swojego stylu zarządzania do warunków, w jakich funkcjonuje, o ile tych warunków nie może zmienić. Co do pracowników – managerowie dość często się zmieniają i równie często dobierają sobie nowych współpracowników, pomijając tych, którzy funkcjonują w firmie i często mają ogromny potencjał, który można wykorzystać odpowiednio ich motywując. Ale do tego trzeba pokory – jednej z najważniejszych cech prawdziwie wielkich szefów.

Dla mnie element współpracy, zaufania, samodzielności współpracowników, budowania silnego zespołu, dobrej, kreatywnej atmosfery pracy jest szczególnie ważny. I to są dla mnie te elementy uniwersalne, o które pan pyta. Umiejętność harmonijnej współpracy, zdolność docenienia tego, co pracownicy potrafią najlepiej oraz motywacja do samodzielności – to elementy, które składają się na sukces. Mój styl zarządzania cechuje zaufanie do współpracowników, którym powierzam kluczowe zadania. Na szczęście, rzadko się myliłem, co nie znaczy, że ta metoda była skuteczna w 100 proc. Ale czy są metody skuteczne w 100 proc.? Na pewno w każdym razie daleki jestem od twierdzenia, że ja mam zawsze rację i że ja wiem najlepiej. Staram się być pokornym managerem, którego efekty pracy zależą od umiejętnego wykorzystania kompetencji zespołu, a nie tylko swoich własnych. Różnorodność poglądów daje doskonałe efekty, zwłaszcza w projektach innowacyjnych. Są oczywiście obszary, także w takim przedsiębiorstwie, jak giełda, gdzie zarządzanie musi być bardziej, albo nawet całkowicie autokratyczne. Tak jak powiedziałem na wstępie – nie ma chyba jednej recepty na dobre zarządzanie. Tutaj też trzeba być agile.

– Nie kusiła pana nigdy zmiana pracy? 17 lat w jednym miejscu to mnóstwo czasu.
– Ależ owszem, kusiła, i to nawet bardzo. Miewałem i miewam różne propozycje, niektóre naprawdę bardzo, bardzo ciekawe, zarówno w kraju, jak i spoza jego granic. I to nie tylko z biznesu. Wielokrotnie byłem o krok od podjęcia decyzji o zmianie. Ale czar giełdy okazywał się zawsze silniejszy. To instytucja, którą współkształtowałem i w której się na swój sposób zakochałem i której jestem wierny. Zżyłem się ze środowiskiem, które – jak sądzę – obdarzyło mnie zaufaniem. Patrząc na moją karierę giełdową widać, że wcale nie była monotonna, a zmiany przychodziły regularnie. Giełda stała się dla mnie życiową kotwicą, a potrzebę większych zmian realizuję gdzie indziej.

– I są to miejsca niezwykłe. Dwa lata temu opublikowaliśmy pańską relację z podróży do krainy ostatnich ludożerców.
– Zawsze marzyłem o dalekich podróżach. W trakcie nauki w liceum zwiedziłem samodzielnie Polskę, podczas studiów, choć w tamtych czasach nie było to łatwe, zwiedziłem częściowo Europę. Potem przyszła kolej na Indie i Nepal. Szukając inspiracji i informacji poznałem wielu znanych podróżników, pisarzy i dziennikarzy, m.in. niezapomnianego Tony Halika i Macieja Kuczyńskiego, który zasłynął odkryciem najstarszych na świecie i pierwszych odkrytych jaskiń kwarcytowych w ogromnych studniach na płaskowyżu Sarisarinama w południowej Wenezueli, a którego książka „Tajemniczy Płaskowyż” była chyba iskrą zapalną moich pasji podróżniczych.

Przyjaźnię się z Jerzym Majcherczykiem, odkrywcą najgłębszego na świecie, słynnego Kanionu Colca i faktycznym założycielem polskiego oddziału The Explorers Club z siedzibą w Nowym Jorku. Od lat przyjaźnię się także z legendarnym już eksploratorem i pisarzem – Jackiem Pałkiewiczem. Warto przypomnieć, że jest on odkrywcą źródeł Amazonki, u której źródeł ledwie kilka dni temu stanął obelisk upamiętniający to odkrycie, którego współfundatorem jest GPW. Warto wspierać takie inicjatywy, które sławią imię Polaków na całym świecie. Mieliśmy w swojej historii wspaniałych obywateli i mamy ich również teraz. Trzeba ich cenić i wspomagać, bo mają siłę na realizację rzeczy wielkich, które na zawsze pozostaną częścią dziedzictwa ludzkości.

– Jakie miejsca poleciłby pan innym obieżyświatom?
– Przede wszystkim, namawiałbym do bezpośredniego kontaktu z przyrodą i ludźmi. Dziś prawie wszędzie można dot­rzeć w wygodny sposób, to tylko kwestia pieniędzy. Ale nie wybierajmy zawsze najprostszej drogi. To jest po prostu nudne. Albo inaczej – wybierajmy taką jaką chcemy wybrać, ale miejmy świadomość, że dróg do celu jest wiele – ja podążam tymi trudniejszymi, szukam innych wrażeń. Zwykle podróżuję na piechotę z plecakiem, jeśli jest to konieczne – w towarzystwie tragarzy i kucharzy. Czasami łodzią, bo nie zawsze można i jest sens przedzierać się przez dżunglę tam, gdzie jest to tylko etap wstępny do właściwej eksploracji. Nie stronię też od samochodów terenowych czy jazdy konno – to cudowne galopować po otwartych, pustych przestrzeniach.

– Pańska lista miejsc, które warto odwiedzić?
– Jest bardzo, bardzo długa. Wymienię ledwie kilka. Polecam wyprawy w góry Nepalu, zwłaszcza położoną w okolicach Annapurny wioskę Kagbeni i tzw. Kingdom of Mustang, „Błękitne Wieże”, czyli nieprawdopodobnie wręcz piękne góry Torres del Paine w południowym Chile, schowany w chmurach płaskowyż Roraima na granicy Wenezueli, Gujany i Brazylii, Kanion Colca w Peru, deltę Okawango w Botswanie czy też wspaniałe parki narodowe na zachodzie USA. Podkreślam – nie chodzi tu jednak o obejrzenie np. Wielkiego Kanionu z helikoptera, chodzi o to, żeby zadać sobie trud zejścia na samo dno.

Dla odważnych i nie bojących się prawdziwego trudu, ryzyka malarii czy jadowitych węży polecam wyprawę w głąb dżungli w Papui Zachodniej. Fascynujące są też wulkany, a jest ich całe mnóstwo. Ostatnio odwiedziłem Piton de la Furnaise, jeden z najaktywniejszych wulkanów na świcie, zlokalizowany na wyspie La Reunion, w pobliżu Madagaskaru. Bardzo interesujący jest też młody wulkan Paricutin w meksykańskiej prowincji Michoacán. Ich potęga i piękno chyba nikogo nie pozostawiają obojętnym. Planując przygodę pamiętajmy jednak też o Polsce – mamy tu naprawdę genialne obszary – Mazury, które mają szansę stać się jednym z siedmiu nowych cudów natury na naszym globie, zachęcam do głosowania w trwającym jeszcze plebiscycie. Cudowne są też wydmy Słowińskiego Parku Narodowego, malownicze rzeki, lasy i bagna, dzikie góry, stare zamczyska, sielskie dwory i klimatyczne miasta, takie jak Kraków, Gdańsk czy Kazimierz Dolny nad Wisłą. Świat jest pełen cudów, tylko trzeba się rozejrzeć, bo one czasami są zaraz obok, czasami na tej samej ulicy, a często jeszcze bliżej.

– Przywozi pan z podróży wspaniałe zdjęcia, które, moim zdaniem, mają wartość nie tylko dokumentalną, ale też artystyczną. I stąd krok do pana kolejnej pasji…
– Ma pan zapewne na myśli poezję. Tak, moją reakcją na odbywane podróże, także te naprawdę najprostsze, jak np. przejazd londyńskim metrem czy samochodem po wieczornej Warszawie, jest często właśnie poezja. W wierszach szczególnie ważne jest dla mnie pokazywanie „the bright side of life”, choć nie stronię też od innych nastrojów. Nie lubię natomiast epatowania szokiem, brutalnością, ciemną stroną ludzkiej natury. Piszę od lat, inspirując się niemal wszystkim, ale najwięcej miejsca w mojej twórczości poświęcam uczuciom, zwłaszcza miłości – ona w podróżach nabiera znaczenia szczególnego. Ostatnio polubiłem też pisanie wierszy po angielsku. To zdecydowanie poszerza możliwości twórcze i uczy kreatywności. A piszę głównie dla siebie i moich bliskich. Lubię też recytować poezję – nie tylko swoją – mam długą listę wierszy, które wprawiają mnie w niecodzienne nastroje.

– Właśnie pański angielski wiersz pojawił się w katalogu wystawy sztuki współczesnej, którą zaprezentuje pan w Anglii i Belgii.
– Jestem miłośnikiem malarstwa, jednak kolekcjonerem i promotorem sztuki zostałem dzięki fascynacji pracami Maksymiliana­ Nováka-Zemplińskiego. Są takie chwile w życiu, które potrafią to życie wywrócić do góry nogami, a przynajmniej istotnie je zmienić. W moim przypadku taką chwilą była wizyta w jednej z galerii, kiedy zobaczyłem lokomotywę, jakby wyrwaną z moich snów, a może z mojego serca – „Z serca lokomotywa wieczysta wylata”. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś tak maluje i że prawdopodobnie jest gdzieś blisko. Autorem tej niezwykłej lokomotywy był  właśnie Maksymilian Novák-Zempliński. Dla mnie i licznego grona moich znajomych absolutny fenomen. Malarz, który potrafił powiedzieć „nie” współczesnym trendom w technice malowania, który pozostał wierny tradycji w zakresie warsztatu malarskiego i jednocześnie stworzył swój odrębny, niepowtarzalny styl. Jego obrazy, to w zasadzie wizje nie poddające się prostym ocenom. To wizje, które są bliskie wielu ludziom, ludziom, którzy mają wyobraźnię i odwagę jej używania. Maksymilian inspiruje się w swojej twórczości takimi znakomitościami, jak Brueghel, Rogier van der Weyden, Masolino, Turner, czy też malarzami współczesnymi – Odd Nerdrum i niedawno zmarły Andrew Wyeth. Ta inspiracja każe mu jednocześnie iść własną ścieżką i idzie nią konsekwentnie, poszukuje nowych środków wyrazu i nowych tematów. Co dla mnie jest szczególnie ważne – sprzeciwia się absolutnemu negowaniu dotychczasowych osiągnięć w sztuce, nie odrzuca doświadczeń poprzednich pokoleń.

– Rozumiem już czemu malarstwo Novák-Zemplińskiego wywołuje w panu tak silne emocje. Ale skąd ta pasja promowania sztuki?
– To rzecz prosta do wytłumaczenia, choć nigdy wcześniej nie sądziłem, że tym się zajmę. Po prostu uważam, że miałem szczęście poznać malarza niezwykłego i doszedłem do wniosku, że chcę, by poznali go inni. I moje dotychczasowe działania pokazują, że się nie myliłem. Malarstwo Maksymiliana u większości moich znajomych wywołuje podobne wrażenia jak u mnie. I ta fascynacja jego malarstwem skłoniła mnie do kolejnych poszukiwań. Mam nadzieję, że wkrótce będzie okazja do publicznego zaprezentowania prac innych artystów. Ponadto nie bardzo podoba mi się, że we współczesnym malarstwie jest tak mało naprawdę dobrego warsztatu – dlatego chcę promować malarstwo technicznie doskonałe. I głęboko wierzę, że robię dobrze.

– Zatem jest w tym coś więcej niż tylko fascynacja sztuką, czy tak?
– Oczywiście. Jest w tym dusza człowieka niezależnego w swoich poglądach, kierującego się własnym smakiem, gustem i mądrością. Nie lubię, jak ktoś narzuca mi cokolwiek, a więc nie lubię również narzucania schematów wrażliwości. Do tego nie potrzebuję nikogo, poza mną samym i twórcą. To ja patrzę na obraz, to ja czytam wiersz, to ja słucham muzyki. I ja oceniam, czy to mnie wzrusza, czy to wywołuje emocje i jakie emocje. I to ja podejmuję decyzję, co zawiśnie na moich ścianach, co będzie stało na półkach z książkami czy w szafkach z płytami. To „ja” powinien wypowiadać każdy z nas.

– Czy zdradzi nam pan szczegóły projektu „someBody@somePLace”?
– Tak, to projekt, którego jestem pomysłodawcą i promotorem, realizowany wspólnie z moją przyjaciółką, Roksaną Ciurysek-Gedir – byłym bankierem z londyńskiego Citi, aktualnie artystą fotografikiem i promotorką sztuki, Bożeną Coignet z Brukseli, reprezentującą w tym projekcie brukselską gminę Saint Gilles, organizatorem i promotorką wydarzeń kulturalnych, w szczególności w ramach prestiżowego festiwalu Europalia. Współpracuje z nami również Maciej Zień, znany projektant, nie tylko mody. Tym razem Maciej jeszcze mocniej niż zwykle pokaże, że jest artystą i zaprezentuje w Londynie coś naprawdę niezwykłego. Projekt, na który składają się wystawy prac Maksymiliana Nováka-Zemplińskiego w Brukseli i Londynie oraz jego gości – Elin Jörd, Roksany Ciurysek-Gedir i Macieja Zienia – w Londynie, jest częścią programu kulturalnego polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej 2011 i odbywa się pod patronatem Polskiej prezydencji. Patronem honorowym projektu został również przewodniczący Parlamentu Europejskiego, prof. Jerzy Buzek. Ze strony biznesowej patronuje nam Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie i Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych. Jak widać, to bardzo zacne towarzystwo. Do tego udało mi się zainteresować projektem szereg instytucji powiązanych z rynkiem kapitałowym, które wsparły go finansowo.

– Gratuluję sukcesu, środowiska te, jak dotąd, dystansowały się od spraw sztuki…
– To naprawdę genialna sprawa, że wśród managerów są osoby doceniające rolę sztuki w naszym życiu i traktujące promocję polskiej sztuki nie w kategoriach inwestycji z określoną stopą zwrotu, ale w kategoriach inwestycji w nas samych, inwestycji w nasz wizerunek, że nawet w trudnych czasach potrafią podejmować działania świadczące o ich odpowiedzialności społecznej. Wśród takich instytucji jest np. związana z Alior Bankiem Fundacja Zygmunta Zaleskiego, aktywnie, aczkolwiek bez rozgłosu wspomagająca polskie dziedzictwo kulturowe. Co szczególnie ciekawe również giełda NYSE Euronext postanowiła wesprzeć projekt. Uważam to za szczególnie ważne, że jedna z najważniejszych instytucji finansowych na świecie interesuje się nie tylko polskim rynkiem kapitałowym, ale też dostrzega inne nasze atuty – w tym przypadku ambitne malarstwo, które, podobnie jak warszawska giełda, może z sukcesem funkcjonować w międzynarodwym środowisku. Decyzja NYSE Euronext budowania związków z Polską nie tylko na płaszczyźnie czystego biznesu świadczy o wielkiej dojrzałości managerów tej instytucji i ich prawdziwie perspektywicznym myśleniu.

Proszę zwrócić uwagę, że obie instytucje – fundacja Zygmunta Zaleskiego oraz NYSE Euronext to instytucje zagraniczne. To umacnia mnie w moim poglądzie, że jesteśmy nie tylko Polakami, ale godnymi obywatelami Europy i świata, i że nie możemy myśleć w kategoriach lokalnych. Zaznaczajmy naszą obecność w świecie na różne sposoby, szukajmy nowych metod, twórzmy efektywne związki między biznesem a działalnością prospołeczną, której kultura jest szczególnie istotną częścią. Ale oczywiście, nie tylko instytucje zagraniczne wsparły projekt. Wśród polskich – niekoniecznie w sensie kapitałowym – podmiotów wspierających projekt, znalazły się zarówno bardzo ekspansywne domy maklerskie – IDM i TRIGON, znakomite firmy IT – ATM/ATMAN, HP Poland, jak również inne firmy będące przykładem rynkowego sukcesu – Towarowa Giełda Energii i Dom Aukcyjny Abbey House ze swoim pismem Art&Business, które od kilkunastu miesięcy zmieniają krajobraz polskiego rynku sztuki. Projekt zyskał też uznanie, powołanego do międzynarodowej promocji polskiej kultury, Instytutu Adama Mickiewicza.

– Czy przewiduje pan w ramach tego projektu coś poza ekspozycją malarstwa ?
– W Brukseli wystawa odbywa się w ramach organizowanych przez brukselską gminę Saint Gilles Dni Polskich, ale projekt „someBody@somePLace” obejmuje tylko wystawę – najważniejszą część Dni. Będą to prace Maxa i jedna, zapraszająca do Londynu, praca Elin Jörd. W Londynie zobaczymy tę samą kolekcję, co w Brukseli, wzbogaconą o prace niespodzianki tego projektu – właśnie Elin Jörd oraz fotografie Roksany, które nawiązywać będą do postaci z obrazów oraz postaci, jakie zaprezentuje w trakcie wernisażu Maciej Zień. To będzie bardzo ciekawe połączenie różnych form wyrazu, tworzące jedną spójną całość w klimacie Maxa. A wszystko to przy bardzo klimatycznej muzyce.

– Pozostaje zatem życzyć powodzenia i kontynuacji tego pomysłu w kolejnych latach.
– Serdecznie dziękuję i potwierdzam, że „someBody@somePLace” nie zniknie z końcem wystawy w Londynie.

Co lubi Adam Maciejewski?

Zegarki – nie nosi, zamiast nich woli delikatne, ale mocne bransolety. Lubi natomiast stare ścienne zegary wybijające godziny
Pióra – używa zestawu srebrnych piór i długopisów niemieckiej marki Waldman
Ubrania – jeśli chodzi o garnitury, to jest wierny Vistuli w wersji Lantier, ale jeśli tylko może, zrzuca garnitur
Wypoczynek – gdy nie bierze udziału w trudnej wyprawie, chętnie zaszywa się w cichym pięknym miejscu, jak Masseria Panareo pod Otranto we włoskiej Puglii czy w Słowińskim Parku Narodowym
Kuchnia – zdecydowanie włoska, ale nie kryje zamiłowania do kuchni polskiej (uwielbia pierogi z jagodami). Przepada za dobrze przyrządzonymi Burgundy Snails. Czasami ma ochotę na zwykłego BigMaca
Restauracje – poleca kilka warszawskich lokali:
„Pod Gigantami”, „Restauracja Polska Różana”, „Poezja”, „Butchery&Wine”, „Flaming&Co.”
Samochód – niezwykle wysoko ceni Audi A6 za jago drapieżną i jednocześnie poetycką naturę. Na spokojniejsze wakacje wybiera zwykle auta z charakterem, takie jak Ford Mustang lub Dodge Challenger. Po afrykańskich bezdrożach porusza się niezawodną Toyotą Land Cruiser serii 70

Anna Pietrzak

Rozmowa z Anną Pietrzak, dyrektorem naczelnym Amway Polska Sp. z o.o.

– W zdominowanym przez mężczyzn świecie top managementu jest pani przykładem, że kobieta może osiągnąć sukces i stanąć na czele firmy z wielkimi tradycjami i sukcesami.
– Moje stanowisko w Amway Polska to wynik siedemnastoletniej pracy w firmie, kolekcjonowania doświadczeń na poszczególnych etapach pracy oraz konsekwencji i zaangażowania. To szmat czasu, właściwie całe moje dorosłe życie zawodowe jest związane z korporacją Amway. Kiedy wracam pamięcią do roku 1994, to musze stwierdzić, że zaczynałam w fajnych czasach. Szukałam wtedy pracy na poziomie asystentki. Kluczem – jak się okazało – do stanowiska asystentki dyrektora naczelnego była moja dobra znajomość języka angielskiego.

Po jakimś czasie postanowiłam wziąć urlop bezpłatny i wraz z mężem udałam się do Stanów i Kanady. Bardzo dużo dało mi poznanie tamtego świata, co zresztą zaowocowało w dalszym przebiegu mojej kariery. Kiedy wróciłam, zostałam kierownikiem kadr, aby po kilku latach objąć stanowisko dyrektora zarządzającego kadrami w całej Europie Wschodniej. Miałam okazję i zaszczyt otwierać nowe rynki, w tym Rosje i Ukrainę.

– 17 lat w jednej firmie, to nie zdarza się często.
– W Amway Polska siedemnastoletni staż pracy to nie jest żaden rekord. W większości nasi pracownicy są tu zatrudnieni 15 lat i więcej. Świadczy to dobrze o naszej kulturze korporacyjnej. Jak byliśmy przyjmowani do pracy, to szukano w nas nie tylko umiejętności, ale i pozytywnego podejścia do rozwiązywania problemów. Kompetencje można wykształcić, osobowość jest trudno zmienić. Nasi pracownicy są ludźmi pozytywnymi i gdy widzą przysłowiową szklankę, to ona jest zawsze do połowy pełna a nie w połowie pusta.

– Jak zareagowała pani na ofertę objęcia stanowiska dyrektora naczelnego?
– Takich propozycji się nie odrzuca. Nie byłabym szczera, gdybym nie powiedziała, że było to fascynujące wyzwanie. Przyjęłam je oczywiście z radością. Tym bardziej, że będąc w środku firmy od wielu lat wiedziałam doskonale, jaka spoczywa na mnie odpowiedzialność i zadania do wykonania. Zresztą sama sobie od razu wysoko postawiłam poprzeczkę obierając za główny cel zdynamizowanie sprzedaży.

– To ambitny cel?
– Nie potrafię działać ot tak, na przetrwanie, mówiąc kolokwialnie na pół gwizdka. Taki mam temperament. Poza tym jestem przekonana o znakomitej jakości naszych produktów oraz oferty biznesowej i to zapewne dodaje siły i pewności.

– Dowodzi pani ogromna armią ludzi w Polsce…
– Nie tylko w Polsce, ale i w krajach bałtyckich. W sumie ponad 50 tys. współpracowników. To pokaźna grupa. Etatowo w Amway Polska zatrudniamy ponad 40 osób.

– Kiedyś byliście postrzegani jako firma, która dostarczała produkty chemiczne dla gospodarstw domowych, przede wszystkim środki czystości.
– Obraz się zmienił, chociaż cały czas mamy domowe środki czystości i produkty te stanowią dużą część naszej oferty. Ale teraz na czoło naszej oferty wysunęły się suplementy diety Nutrilite. Kontrolujemy cały proces produkcyjny powstawania produktów – od posiania nasionka do końcowego efektu, czyli kapsułek czy tabletek będących suplementami diety.

– Czy produkcja odbywa się tradycyjnie w USA?
– Jeśli chodzi o suplementy diety Nutrilite, to nasze ekologiczne farmy znajdują się w USA, ale także w Meksyku i Brazylii, natomiast produkcja samych suplementów odbywa sie w Stanach. Tam mamy naukowców, tam mamy laboratoria i pozwala nam to na zachowanie najwyższej, jakości i kontroli tej jakości w jednym miejscu. Podobnie z produkcją kosmetyków i środków czystości, która jest zlokalizowana również we własnych fabrykach w Ada, w stanie Michigan.

– Czy Stany są tradycyjnie największym rynkiem dla Amway-a?
– Największym rynkiem są dla nas Chiny.

– Jaka jest pani recepta na sukces? Sukces jest wpisany programowo w filozofię działania Amway-a?
– Po pierwsze, warto lubić ludzi, a także mieć predyspozycje interpersonalne. Źródłem sukcesu jest przekonanie o potwierdzonej jakości produktów, które się sprzedaje, i oferty biznesowej. Potrzebna jest też harmonia między tym, co się prezentuje na zewnątrz, a tym, co się uważa. Niezmiernie ważna jest również osobowość, która nie poz­wala się zniechęcać drobnymi porażkami, lecz daje siłę, by iść do przodu.

– Jaki styl zarządzania jest pani najbliższy?
– Preferuję taki, który w naszej firmie wynika z kultury organizacyjnej i pozostawia naszym pracownikom dość duży obszar swobody, w obrębie ustalonych zasad. Ale także taki styl, który pozwala pracownikowi liczyć na pomoc i szybkie decyzje. Pracownicy wiedzą, czego mogą się po mnie spodziewać. Staram się być osobą przewidywalną, i reaguję zawsze tak samo. bez względu na to, czy błąd został popełniony przez managera, czy szeregowego pracownika.

– Czy pozytywny wizerunek firmy buduje pani przez ludzi, czy produkty?
– Przez jedno i drugie. W sprzedaży bezpośredniej to musi iść w parze. Wartością są nasze produkty, które bronią się same dzięki swojej jakości. Są one zaawansowane technologicznie, sprawdzone, utytułowane nagrodami, obecne na rynku od wielu lat. Zazwyczaj jeżeli wprowadzamy nową linię produktów na rynek, to nie dlatego, że zmieniliśmy opakowanie czy coś dodaliśmy, lecz dlatego, że mamy coś nowego do powiedzenia w tej dziedzinie. Jesteśmy na tyle przekonani, o jakości naszych wyrobów, że oferujemy naszym klientom możliwość ich zwrotu i otrzymania zapłaconych za nie pieniędzy w dowolnym czasie, nawet jeśli produkty są w znacznym stopniu przez nich wykorzystane. Ta unikalna na rynku zasada nazywa się w naszej firmie gwarancją stuprocentowej satysfakcji. Dla mnie satysfakcją jest to, że zwrotów jest bardzo mało. Oczywiście, równie ważny jest kolejny element – przy takiej armii współpracowników, istotna jest także jakość ich pracy. To oni na co dzień obsługują klientów, to oni są na pierwszej linii frontu. Mamy z nimi podpisane umowy, jak z innymi firmami, B2B. Nasi przedsiębiorcy są zobligowani do przestrzegania zasad i kodeksu etycznego, ale mają też dużą swobodę działania. Staramy się wpływać na nich tak, aby najlepiej budowali wizerunek firmy i ją reprezentowali. Temu służą szkolenia, informacje, publikacje, czyli budowanie ich wiedzy i świadomości.

– Nie zawsze media są wam przychylne. Mam tu na myśli film „Witajcie w życiu” z 1997 roku…
– Firma zwróciła się do sądu o obronę swych naruszonych w filmie praw. Z podobną prośbą zwrócili sie do sądu przedstawieni w nim w sposób krzywdzący ludzie – nasi przedsiębiorcy, i to oni właśnie taką ochronę ich dobrego imienia od sądu otrzymali, co zostało obecnie potwierdzone prawomocnym wyrokiem w stosunku do jednego z pozwanych. Jak wszyscy, tak i my chcielibyśmy, aby każda sprawa w sądzie toczyła się jak najszybciej. Nie możemy jednak tego oceniać nie będąc specjalistami. Jesteśmy otwarci na dialog z mediami i udzielimy wszelkich informacji wszystkim tym mediom, które zechcą nas wysłuchać. Jedyne, na co zwracamy uwagę w tej sprawie, to potrzeba odpowiedzialności za słowo, które bez niej może – nawet bez takiej intencji autora – wyrządzić komuś krzywdę. Uderzając w firmę, w istocie uderzono w zwykłych, uczciwych ludzi, którzy sprzedając produkty dorabiają do pensji.

– Uczestniczycie i wspieracie akcje dobroczynne?
– To istotna część filozofii firmy. Programy charytatywne towarzyszą Amway od początku jego istnienia, czyli lat 60. Nasi założyciele uważali, że trzeba dzielić się ze społeczeństwem tym, co się osiągnęło. Kiedy prawie 20 lat temu powstawał Amway w Polsce, też byliśmy pionierami w tej dziedzinie w tym kraju. Wtedy wspomagaliśmy szpital dziecięcy na Litewskiej w Warszawie, sadziliśmy drzewa w miejskich aglomeracjach, byliśmy jedyną firmą, która rekonstruowała ogród Zamku Królewskiego w stolicy. Obecnie aktywnie, tzn. promując wolontariat wśród naszych współpracowników i pracowników, wspieramy budowę kliniki „Budzik” w Centrum Zdrowia Dziecka, prowadzoną przez Fundację znanej aktorki Ewy Blaszczyk „A kogo?”. Przeprowadziliśmy też akcję „Ratuj dziecko, gdy się zakrztusi”, polegającą na organizacji warsztatów dla rodziców i wydaniu oraz rozpowszechnieniu 400. tysięcy plakatów. Uczyliśmy pierwszej pomocy, czyli co należy zrobić, gdy dziecko się zakrztusi. To taki rodzaj prewencji i nauki bardzo przydatny dla rodziców i opiekunów dzieci. Akcja pomocy dzieciom w naszej firmie ma charakter globalny i nazywa się „One by One”. Pomagamy też ludziom dotkniętym kataklizmami, jak powódź, trzęsienie ziemi czy fala tsunami.

– Nie boicie się Internetu, że przemodeluje wam system sprzedaży i dystrybucji?
– Nie tylko nie boimy się, ale jesteśmy inicjatorem szerokiego zastosowania Internetu w sprzedaży bezpośredniej. Od 1999 r. w USA działa serwis QUIXTAR, w ramach którego oferowane są zarówno produkty firmy AMWAY, jak i licznych firm partnerskich. Rok później przyszła kolej na platformy sprzedaży naszej firmy w Europie. Stanowią one dla naszych przedsiębiorców narzędzie obsługi ich klientów oraz są dla nich miejscem prowadzenia internetowego biura. Trzymamy się więc zasad sprzedaży bezpośredniej. Każdy klient finalny kupuje produkt od naszego sprzedawcy, który otrzymuje od swych obrotów od nas premię. Internet pełni tu rolę wygodnego i nowoczesnego medium, po które chętnie sięgają zarówno nasi sprzedawcy, jak i ich klienci. W Polsce ponad 80 procent zamówień odbywa się przez Internet, w krajach bałtyckich prawie 100 procent.

– Ale zgodzi się pani, że wygodniej byłoby wejść na stronę firmy i dokonać zakupu bez zbędnych komplikacji. Obawiam się, że za jakiś czas ten rodzaj sprzedaży może okazać się anachronizmem.
– Z danych światowych i europejskich wynika, że sprzedaż bezpośrednia ma się dobrze; rozwija się. Stanowi ona pewną część handlu. Jest to oferta komplementarna – zarówno dla handlu detalicznego odbywającego się w sklepach, jak i  różnych form sprzedaży na odległość. Internet jest jedną z nich. Z wydanej niedawno książki profesora Zygmunta Baumana wywnioskowałam, że jednak będzie istniała potrzeba rozwoju bardziej tradycyjnych społecznych więzi, relacji i umiejętności, których nie zastąpi cyberprzestrzeń. Doceniam Internet i jego, zdawałoby się, nieograniczone możliwości, ale jak wszystko, tak i on ma swoje słabsze strony. Tak więc nie obawiam się, by kiedykolwiek bezpośrednia relacja między ludźmi stała się anachroniczna.

– A jak rynek polski plasuje się na mapie Amway-a w Europie?
– Polska w Europie jest na bardzo dobrej pozycji. W czołówce znajdują się rynki wschodzące, jak Rosja i Ukraina oraz tradycyjnie mocne rynki, czyli Niemcy i Włochy. Obroty naszej firmy w Europie wynoszą ponad 1,2 mld dolarów.

– Recepta na sukces?
– Lubić to, co się robi i znaleźć kogoś, kto za to zapłaci. Ważna jest też pasja i poczucie sensu oraz jedność tego, co się robi, z tym, co się myśli. Jeżeli wymagam, żeby ludzie ciężko pracowali, to trzeba samemu też tak postępować, gdyż przykład idzie z góry.

Co lubi Anna Pietrzak?

Pióro – „Piszę tym, co mi wpadnie w rękę, mam taki charakter pisma, że od razu – mówiąc żartem – piszę i szyfruję”.
Wypoczynek – rodzinny i aktywny. Lubi podróżować samochodem po Europie. Ulubione miejsca – Dolomity Włoskie i polskie morze, np. Jurata po sezonie, ale też okolice Pilicy, gdzie ma działkę
Samochód – szybki i silny, Volvo XT 60
Hobby – sporty – narty, siłownia, rower, konie, nordic walking

Mariusz Klimczak

Rozmowa z Mariuszem Klimczakiem, prezesem Banku Ochrony Środowiska

– Jeden z najbardziej znanych polskich managerów powiedział mi niedawno, że nie udało mu się tylko jedno – nie został szefem banku. Czy to rzeczywiście tak ciekawe wyzwanie?
– Jest to znakomity sprawdzian umiejętności managerskich, zwłaszcza gdy trzeba dokonać wielu zmian i starać się zwiększyć przychody.

– A co trzeba zrobić, żeby trafić na ten szczyt? Niektórzy twierdzą, że należy ukończyć Harvard lub inną równie prestiżową uczelnię i w dodatku najlepiej kierunek finansowy.
– W zarządzaniu liczy się zarówno analityczne spojrzenie na rzeczywistość, jak i intuicja. Dyplom Harvardu pewnie pomaga – nie jest wszakże receptą na sukces w biznesie. Moją pasją była fizyka. Studiowałem ten kierunek na uniwersytecie poznańskim, a następnie – zgodnie z moimi ówczesnymi zainteresowaniami – postanowiłem kontynuować naukę we Francusko–Polskiej Wyższej Szkole Nowych Technik Informatyczno–Telekomunikacyjnych. Przy okazji uczyłem się języka francuskiego i – w ramach stażu – poz­nałem Bretanię. Była to niewątpliwie dobra szkoła, zapewniała nie tylko solidne przygotowanie fachowe, ale też uczyła samodzielności. Jako początkujący manager, w roku 1995, zostałem prezesem pomorskiej firmy specjalizującej się w pozyskiwaniu gazu.

– A jak został pan bankowcem?
– Dojeżdżałem do Poznania, gdzie studiowała moja żona. Było to bardzo niekomfortowe rozwiązanie, zacząłem więc szukać pracy w stolicy Wielkopolski. W 1996 roku trafiłem do PKO BP, gdzie miałem szanse wykorzystać swoje doświadczenia informatyczne. Jeden z moich przyjaciół powiedział mi wówczas: „Jeżeli będziesz umiał zrobić użytek z wiedzy, którą zdobędziesz administrując systemem, znakomicie poznasz bank”. Miał rację, wkrótce zostałem naczelnikiem rachunkowości. Jednocześnie ukończyłem rachunkowość na poznańskiej Akademii Ekonomicznej. Niedługo potem pojawiła się szansa na wyjazd z żoną do jej rodzinnego Koszalina, gdzie w krótkim czasie objąłem stanowisko zastępcy dyrektora oddziału do spraw finansowych, również w PKO BP. Był to ciekawy etap, w banku zachodziły wielkie zmiany. Wiele zależało od inicjatywy poszczególnych managerów. Nie było wówczas rachunków wirtualnych, więc sam napisałem odpowiednie oprogramowanie i zaproponowałem dużym klientom współpracę na nowych zasadach. Rozwiązanie to doskonale sprawdziło się w praktyce.

– Jak zareagowali pańscy przełożeni? Podobno w banku lepiej nie przesadzać z własnymi pomysłami?
– Jestem przekonany, że dobre pomysły wysoko ceni się w każdej instytucji. W bankowości trzeba przestrzegać procedur, ale nie oznacza to, że nie ceni się tu kreatywności. Szefowie docenili moją pracę i awansowałem – najpierw na stanowisko zastępcy dyrektora do spraw sprzedaży w Oddziale Regionalnym w Szczecinie, a potem zostałem szefem nowo utworzonego Regionalnego Oddziału Korporacyjnego. Udało mi się zbudować świetny zespół, niektórzy z kolegów pracują dziś razem ze mną. W szybkim tempie pozyskiwaliśmy kluczowych klientów.

– Słowem – sukces. Dlaczego przeszedł pan więc do BRE Banku?
– Managerowie, którzy wypowiadają się na łamach waszego magazynu, często podkreślają, jak ważny jest rozwój zawodowy, możliwość sprawdzenia się w różnej wielkości firmach, o różnej kulturze korporacyjnej.

– Niektórzy z teoretyków zalecają managerom zmianę pracy co 2–3 lata.
– Jedno jest pewne – nie wolno się zatrzymywać w pół drogi. W BRE zostałem szefem warszawskiego oddziału korporacyjnego, co z kolei pomogło mi wygrać konkurs na członka zarządu PKO BP odpowiedzialnego za obszar korporacyjny. Praca ta dawała mi dużo satysfakcji, zarząd stanowił zgrany zespół, a to ułatwiało podejmowanie fundamentalnych decyzji. Udało nam się wdrożyć centralny system informatyczny, co miało wpływ na zmianę wizerunku banku, postrzeganego dotychczas jako bardzo konserwatywna instytucja.

– Trzy lata temu znów wygrał pan konkurs i został szefem BOŚ. Zapowiadał pan wówczas wielkie zmiany w banku, m.in. mocne wejście na rynek detaliczny. I co tu dużo mówić – dotrzymał pan słowa…
– Warto przypomnieć, że w tym okresie BOŚ nie był typowym bankiem komercyjnym. Obsługiwał kilka ważnych instytucji – z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na czele. Nie musiał walczyć o klientów, którzy przychodzili sami, licząc na dobre warunki w przypadku inwestycji o charakterze proekologicznym. Nadciągający kryzys i zmiany ustawowe, które weszły w życie po dwóch latach, mogły doprowadzić do poważnych problemów banku, gdyby został w dotychczasowym kształcie. Wiedząc o tym, że tylko radykalne zmiany mogą z BOŚ uczynić pełnoprawnego gracza na konkurencyjnym rynku, zdecydowaliśmy się na wprowadzenie nowych produktów, zmianę wizerunku i – co jest z tym związane – zbudowanie zespołu, który miał poradzić sobie z tymi zadaniami.

– Jaką strategię wybrał zarząd?
– Postawiliśmy na „Blue Ocean Strategy”. Stwierdziliśmy, że jesteśmy za mali, by konkurować z wielkimi graczami. Musieliśmy znaleźć obszary, na których moglibyśmy podjąć pełnoprawną walkę na rynku. Postawiliśmy na produkty dla sektora detalicznego i MŚP. Nowość stanowiły lokaty, w ramach których – zgodnie z nazwą – na dzień dobry, czyli z góry, wypłacaliśmy odsetki. Środki zgromadzone na „kontach wyjątkowych” zapewniały 8 proc. odsetek – do kwoty 3 tys. zł. Gdy klient ubiegał się o debet – płacił dokładnie tyle samo – 8 proc. odsetek. Kolejną nowością był rachunek z programem premiowym – posiadaczom Konta bez Kantów płacimy za wybrane operacje – płatności kartą w sklepach, przelewy, zlecenia stałe. Zachęcamy w ten sposób do korzystania z różnych usług bankowych. Korzyści są obopólne – pozyskujemy aktywnych klientów, którzy z kolei widzą to, że są doceniani przez bank. Jako pierwsi w Polsce stworzyliśmy możliwość otwarcia konta wyłącznie za pomocą Internetu, bez odwiedzania banku. Szukając możliwości rozwoju biznesu odkrywaliśmy nisze, które mogą wydawać się zbyt małe dla naszych konkurentów, a dla nas są istotne, jak np. finansowanie kolektorów słonecznych, wspieranie inwestycji obniżających emisję CO2, a jednocześnie pomagających w rozwoju biznesu.

– Czy to prawda, że – paradoksalnie – zamiast zaszkodzić, kryzys wam pomógł?
– Nasi konkurenci wystraszyli się kredytów hipotecznych, więc staraliśmy się to wykorzystać. Co więcej – zaoferowaliśmy klientom wakacje kredytowe w spłacie kapitałowej części rat – nawet do 3 lat. W trudnych latach 2009 i 2010 udzielaliśmy kredytów hipotecznych, uzyskując dynamikę wyższą niż rynek.

– Tymczasem ustawodawca postanowił wprowadzić zmiany w bankowości, które mogły podciąć skrzydła BOŚ…
– Istotnie, ustawa konsolidacyjna finansów publicznych spowodowała, że musieliśmy ponad 30 proc. wartości depozytów pozyskać na nowo. Nasi strategiczni klienci – z większościowym akcjonariuszem NFOŚiGW na czele – musieli przenieść się do BGK. W związku z tym wyemitowaliśmy obligacje o wartości 700 mln zł i euroobligacje – 250 mln euro. „Lokata na dzień dobry”, o której mówiłem wcześniej, przyniosła nam na początku tego roku ok. 1 mld depozytów. Nie kryję, że był to trudny czas dla banku. Trafnie podsumował to jeden z członków zarządu, mówiąc: „Kiedy wreszcie będzie jakiś normalny kwartał?”

– Pomimo to znajdujecie czas na działania z zakresu CSR.
– To jest element naszej misji – już 20 tys. dzieci wzięło udział w trwającym cały rok szkolny programie Fundacji BOŚ „Aktywnie po zdrowie”. Przekonujemy w nim uczniów z klas 1–3, jak i ich rodziców, do zdrowego odżywiania się i aktywności sportowej. Organizujemy akcje sadzenia lasów, w czym sami bierzemy czynny udział. Promujemy ekologiczny styl życia na portalu www.ekopolska.pl, tworząc wspólnie z użytkownikami jedyną w swoim rodzaju bazę agroturystycznych gospodarstw, restauracji czy wręcz godnych odwiedzenia miejsc w naszym kraju.

– Co uważa pan za kluczowy element sukcesu managera?
– Umiejętność budowania i odpowiedniego motywowania zespołu. W firmie dobrze się dzieje, gdy wszyscy rozumieją, że pracują zarówno dla banku, jak i dla siebie. Doskonały przykład stanowi dbałość o wizerunek firmy. Jeśli jest on coraz lepszy – automatycznie rośnie pozycja każdego zatrudnionego na rynku pracy. Jestem przekonany, że kluczem do sukcesu jest osobista rzetelność. Nikt z nas nie jest geniuszem, więc jeśli z pełnym przekonaniem, w bardzo dobry sposób realizuję 70 proc. zadań – oznacza to pewny sukces. Kolejna kwestia to umiejętność szczerej rozmowy na każdy, nawet najtrudniejszy temat.

Co lubi Mariusz Klimczak?

Zegarki – na co dzień używa Omegi, planuje zakup IWC
Pióra – Montblanc. Pisze piórem, które dostał od kolegów z pracy, tylko zmienił stalówkę na cieńszą. Po dwóch latach wybrał się do salonu Montblanc… i kupił drugie identyczne pióro
Ubrania – styl klasyczny, jeżeli garnitury, to najlepiej włoskie
Wypoczynek – w Polsce poleca lasy w okolicach Koszalina. W ulubionych Włoszech – Toskanię, Rzym i Wenecję
Kuchnia – chętnie osobiście gotuje dania kuchni włoskiej. Lubi pracę w ogrodzie, na balkonie hoduje pomidory
Restauracja – „Bistro de Paris” i „Jak pragnę wina” w Warszawie
Samochód – służbowe Audi A6
Hobby – łucznictwo, kilka razy w tygodniu biega kilkanaście kilometrów

Maciej Witucki

Rozmowa z Maciejem Wituckim  prezesem Grupy TP

– Amerykanie i mieszkańcy zamożnych krajów azjatyckich korzystają z bardzo szybkiego Internetu, a u nas to ciągle pieśń przyszłości?
– W USA, Japonii, Korei Południowej i Chinach znajduje się 90 proc. światowych sieci światłowodowych. W Europie już od kilku lat mamy do czynienia ze swoistym klinczem. Instytucje unijne publikują programy, w których zapowiadają, że do 2020 roku każdy Europejczyk ma mieć dostęp do szybkiego Internetu, z czego 50 proc. zagwarantowany przesył danych powyżej 50 Mb na sekundę. Niestety, jest to w obecnych warunkach kompletnie niewykonalne. Winę ponosi przeregulowanie rynku. Proponowane rozwiązania przypominają mi pamiętne ustalanie przez eurobiurokratów krzywizny idealnego ogórka.

Żaden z dużych telekomów nie przystąpi do budowy sieci światłowodowych, z których bezinwestycyjnie mieliby korzystać konkurenci. Wielcy gracze tego rynku mają środki na inwestycje, ale zanim podejmą decyzję o budowie, muszą mieć pewność, że pieniądze te się zwrócą w określonym czasie. Warto pamiętać, że w przypadku tego rodzaju nakładów trzeba planować w perspektywie 20 lat. Nie można mieć o to pretensji do polskich władz – niezbędne są systemowe rozwiązania na poziomie Unii Europejskiej. Władze niemieckie rozważały „regulacyjne wakacje” dla Deutsche Telekom, ale skończyło się na niczym.

– Dlaczego więc udała się budowa sieci światłowodów w USA i w Azji?
– Odpowiedź jest prosta: w Japonii nie ma regulatora, w Korei Południowej wykorzystano fundusze publiczne, a w USA zgodnie z tradycją tego kraju – władze nie przeszkadzały w inwestycjach. W Polsce, co jest symptomatyczne najwięcej – relatywnie – w światłowody inwestuje „Dialog”, który nie obawia się zarzutów, że tworzy monopol, więc nie musi przekazywać swych łączy do dyspozycji firmom konkurencyjnym. Jednak z punktu widzenia całego kraju, to przecież kropla w morzu potrzeb. Najwięcej powinni inwestować najwięksi, czyli właśnie my. Tym bardziej, że jesteśmy na to gotowi. Jednak w przypadku TP każda tego rodzaju inwestycja wymaga uzgodnienia z Urzędem Komunikacji Elektronicznej i w konsekwencji współużytkowania ze wszystkimi chętnymi. W przypadku tradycyjnych instalacji miedzianych musieliśmy zaakceptować takie rozwiązanie. Na razie – z konieczności – staramy się modernizować i rozbudowywać istniejącą sieć, żeby osiągnąć jak najlepsze parametry przesyłu. Większość użytkowników jest w stanie korzystać z Internetu o szybkości 6 Mb na sekundę. Coraz szerzej oferujemy łącza 20 Mb na sekundę. Europa ma zresztą problem nie tylko z przeregulowaniem rynku telekomunikacyjnego. Jest przeciążona sztywnymi przepisami ograniczającymi np. rynek pracy. Uniemożliwia to mobilność, utrudnia innowacje, a przede wszystkim zniechęca do podejmowania ryzyka w przedsiębiorstwach. W efekcie obecnie wydajność w Europie rośnie o jeden punkt procentowy wolniej niż miało to miejsce przed dziesięcioma laty. Powrót Azji w charakterze światowej potęgi gospodarczej będzie stanowić dla Europy ogromne wyzwanie. Od postawy Europy zależy czy zostanie tylko kulejącym gigantem.

– Co w takim razie powinna zrobić?
– Europa musi pozbyć się sztywnych reguł i merkantylistycznych przepisów, które hamują rozwój ludzi dynamicznych i przedsiębiorczych. Musimy zyskać czołową pozycję w erze informacji. Potrzebujemy nie tylko więcej wynalazków, ale też lepszych innowacji, a to nie to samo. Nie wystarczy zwiększenie nakładów na projekty w dziedzinie badań i rozwoju na przykład poprzez inwestycje publiczne. W Europie skoncentrowanie się na „badaniach i rozwoju” zbyt często oznacza zainteresowanie samymi badaniami. „Rozwój” wymaga zastosowania idei w realnym świcie – tylko wtedy badania mogą przełożyć się na innowacje. Te z kolei związane są z otoczeniem, w którym ceni się przedsiębiorców i osoby podejmujące ryzyko.

– Wspomniany przez pana europejski klincz w kwestii światłowodów nie może trwać wiecznie.
– Na razie w Brukseli nie pojawiła się żadna konstruktywna propozycja w tej sprawie. Nie wierzę, że powstanie wielka państwowa firma, która zbuduje w Polsce sieci światłowodowe kosztem 30 mld zł. Nie ma na to pieniędzy w budżecie. Unia Europejska nie ma też propozycji na rozwiązanie wielu problemów, które są jeszcze przed nami. Do debaty publicznej na większą skalę trzeba wprowadzić zagadnienia takie jak starzenie się społeczeństw, przyrost demograficzny czy kwestie energetyki i surowców. Marginalizacja myśli prognozowania strategicznego dotknęła bowiem, niczym choroba, wiele krajów.

– Problemy te dotyczą właściwie nie tylko Europy.
–Kryzys przyspieszył nadejście nowego porządku, świata, którego wcześniej się nie spodziewaliśmy. Zmiany zachodzą już dziś, a większość z nich jest również nieodwracalna. Jeszcze zaledwie przed paru laty świat zdawał się być całkowicie zdominowany przez Stany Zjednoczone. Po kryzysie zaczął dominować język multilateralizmu i multipolarności. Powróciło myślenie w kategoriach równowagi sił między licznymi mocarstwami i wielkimi państwami. Globalizacja znalazła się na wstecznym biegu. Wbrew przekonaniu o jej postępowaniu i coraz większej otwartoś­ci rynków, bariery w handlu zagranicznym zwiększyły się w ostatnich latach. Tylko w latach 2008-2009 dyrektywy dyskryminacyjne w handlu międzynarodowym przewyższyły te liberalizujące handel w stosunku 6 do 1. Tempo zmian jest dla wielu osób zaskakujące. Globalne problemy w coraz większym stopniu wymagają zastosowania globalnych rozwiązań i wytężonej współpracy państw. Musimy nauczyć się konkurować współpracując, a nie jest to łatwe. Z drugiej strony dzięki szybkości komunikacji, technologia daje możliwość organizowania działań na wielką skalę bez przywódców, organizacji i programów. Do grona światowych decydentów mogą w przyszłości dołączyć także prywatne organizacje, korporacje, kościoły czy organizacje pozarządowe. Obserwowaliśmy to na przykładzie rewolucji w Tunezji czy Egipcie.

– Problemy, o których mówimy, może pan oceniać nie tylko z pers­pektywy managera, ale też osoby zaangażowanej w działalność ważnych organizacji. Jest pan przewodniczącym Rady Programowej Polskiego Forum Obywatelskiego, członkiem czołowego amerykańskiego think tanku – Rady Dyrektorów Atlantic Council of the United States oraz prezesem Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej.
– Ostatni kryzys spowodował, że wśród polityków wraca wiara w nieomylną mądrość „państwa”, także w wymiarze ekonomicznym. To krok w złą stronę. Narastające niepokoje społeczne – jak np. niedawne protesty w Madrycie czy Tel Avivie – pokazują, że nowy ład społeczny musi powstać w dyskusji społecznej. Odgórne nakazy zawsze źle sprawdzały się w praktyce. Dotyczy to również relacji władza – biznes. Rządy niektórych krajów zaczęły już na partnerskich zasadach rozmawiać z bankami. Czas na kolejne dziedziny gospodarki. Niestety, polscy politycy ciągle jeszcze starają się zachowywać dystans do prywatnej przedsiębiorczości. Obserwowaliśmy to choćby na przykładzie inwestycji w sieci szkieletowe, na co Polska dostała dofinansowanie unijne w wysokości 1,5 mld euro. Przez długi czas musieliśmy przebijać się przez mur, zanim władze kilku województw zdecydowały się podjąć współpracę z TP i kilku innymi prywatnymi firmami.

– Należy pan do ekstraklasy polskiej kadry zarządzającej. Jaką drogę powinien wybrać młody manager, żeby trafić na sam szczyt?
– Klucz do sukcesu to „serendipity”. To angielskie słowo nie ma polskiego odpowiednika, choć już ktoś je okropnie spol­szczył jako „serendypność”. Krótko mówiąc chodzi o umiejętność intuicyjnego odkrycia właściwej drogi, nawet wtedy, gdy szuka się zupełnie innego rozwiązania. Rzecz jasna nie podważam roli głębokiej wiedzy i świetnego przygotowania zawodowego. Potrzebne jest jednak coś więcej. I to jest właś­nie „serendipity”.

– Jak to wyglądało w pańskim przypadku?
– W pewnym sensie zostałem managerem dzięki Leszkowi Balcerowiczowi i jego reformie. Studiowałem na Wydziale Elektroniki i Robotyki Politechniki Poznańskiej, myśląc, ze po studiach zostanę inżynierem. W czasie wakacji wyjeżdżałem na Zachód, ale po miesiącu wolności, wracałem do szarego PRL. Dzięki przełomowi ustrojowemu zrozumiałem, że mam szansę na coś więcej, niż kierownicze stanowisko w fabryce. Zdawałem sobie sprawę, że chcąc zostać managerem powinienem szybko podjąć dalsze studia za granicą. Przypadkiem znalazłem informację, że dzięki Fundacji Polsko-Francuskiej można uzyskać dwuletnie stypendium na prestiżowej Ecole Centrale w Paryżu. Zostałem wybrany spośród wielu kandydatów, m.in. dlatego, że dobrze znałem język francuski. W tamtym okresie była to nietypowa umiejętność. Zadecydował o tym szczęśliwy traf – ukończyłem liceum w Międzychodzie, gdzie francuskiego uczyła nauczycielka-pasjonatka…

– Zapewne miał pan szanse urządzić się na stałe we Francji.
– Wróciłem wprawdzie dopiero po siedmiu latach, ale nigdy nie brałem pod uwagę wyjazdu na stałe. Pracowałem jako asystent naukowy w Ecole Centrale, specjalizując się w dziedzinie badań systemów operacyjnych i wspomagania decyzji. Nie traciłem kontaktu z krajem, ponieważ byłem odpowiedzialny za polsko-francuskie studia podyplomowe na Politechnice Wrocławskiej i Szczecińskiej. Dodatkowo zajmowałem się konsultingiem.

– Duży sukces, zwłaszcza w tak młodym wieku.
– Nie do końca. Nie udało mi się dokończyć doktoratu, a bardzo nie lubię zostawiać niezałatwione sprawy (śmiech). Otrzymałem jednak bardzo ciekawą propozycję pracy w grupie BNP Paribas, co wiązało się z powrotem do Polski. Dla mnie i dla mojej żony był to decydujący argument.

– I tak został pan kolejnym inżynierem na kierowniczym stanowis­ku w banku.
– To prawda, banki chętnie zatrudniają absolwentów kierunków ścisłych, którzy zwykle znakomicie radzą sobie w świecie finansów.

– Na początek otrzymał pan trudne zadanie – start up biznesu.
– Musiałem liczyć na własne siły i bardzo mi to odpowiadało. Był rok 1997, Polska w szybkim tempie upodabniała się do krajów zachodnich. Cudzoziemiec, który nie znał specyfiki naszego kraju, mógł się jednak czuć zagubiony. Przykład? Nigdy nie zapomnę, jak otwierałem pierwszy rachunek bankowy… przy pomocy łomu (śmiech). Zależało mi na szybkim załatwieniu sprawy, ale w banku usłyszałem, że to niemożliwe, ponieważ jedna z urzędniczek wyjechała na urlop i zamknęła w szufladzie bardzo ważną pieczątkę. Zirytowany stwierdziłem, że skorzystam z usług innego banku, a na koncie pojawią się bardzo poważne kwoty.
To podziałało. Natychmiast zjawił się pracownik z łomem, który odłupał tylną ścianę szafki i wyjął pieczątkę.

– Konsekwencją sukcesu, jaki odniósł pan budując od podstaw w Polsce Cetelem Bank, było przejście do Lukas Banku, którego następnie został pan prezesem.
– Moje doświadczenia wyniesione z grupy BNP Paribas okazały się bardzo przydatne w Lucas Banku, którego głównym akcjonariuszem został Crédit Agricole. Bank ten, z firmy rodzinnej, założonej przez Mariusza Łukasiewicza, przekształcał się wówczas w nowoczesną instytucję finansową, stanowiącą część międzynarodowej korporacji. Było to dla mnie kolejne, niezwykle interesujące wyzwanie managerskie.

– Pomimo to, już jako doświadczony bankowiec, zdecydował się pan zmienić branżę i przejąć stery Telekomunikacji Polskiej.
– Wspomniałem wcześniej o roli „serendipity” w moim życiu. Tak było i tym razem. Choć z zasady nie korzystam z żadnych zaproszeń partnerów biznesowych, tylko raz zrobiłem wyjątek. Będąc prezesem Lukas Banku chciałem zaoferować TP nasze karty kredytowe. Los zadecydował, że stało się inaczej. W konsekwencji… zmieniłem pracę.

– Na krótkiej liście najbardziej atrakcyjnych stanowisk, dyrektor banku zajmuje pierwszą pozycję. Wybrał pan jednak inną drogę. Został pan szefem czołowej polskiej firmy, ale przy okazji usiadł pan na bombie zegarowej…
– Rzeczywiście, kiedy w 2006 roku pojawiłem się w TP, firma przeżywała poważne problemy związane z tzw. „demonopolizacją” w ramach której traciła kolejne pola działania na rzecz konkurencji. Nawet w porównaniu z sektorem bankowym, który podlega wielu regulacjom, TP miała bardzo ograniczone możliwości działania w związku z konfliktem z Urzędem Komunikacji Elektronicznej. Przeciwko TP działał argument, że przejęła sieć budowaną kiedyś za państwowe pieniądze. W ten sposób TP zyskała 2 mln abonentów – ale 10 mln podłączyła za własne pieniądze. Na firmę nałożono 600 mln złotych tytułem kar, ja sam straciłem równowartość 1,5 pensji. W tym trudnym okresie pozyskiwaliśmy w skali roku kilkaset tysięcy nowych użytkowników Internetu, wydawaliśmy ogromne kwoty na rozbudowę sieci. Problemy „demonopolizacyjne” spowodowały, że musieliśmy wstrzymać inwestycje. Żartobliwie mówiąc półtora roku spędziliśmy „w okopach”, aż w końcu nastąpiła zmiana frontu i zawarliśmy porozumienie z UKE. Na tym jednak problemy się nie skończyły – nasilający się kryzys wymusił na nas już w 2008 roku poważne działania oszczędnościowe.

– Inaczej mówiąc – cięcia.
– W 2009 ograniczyliśmy koszty o 400 mln zł, z w 2010 o 500 mln zł – czyli zmniejszyliśmy łączny poziom kosztów o około 10 proc. Jednocześnie cały czas inwestowaliśmy, w związku z tym nasze oszczędności należałoby pomnożyć przez dwa. Wdrożyliśmy radykalny program, którego pozytywnym skutkiem ubocznym była integracja zespołu kierowniczego. Managerowie należący do naszego „Top 50” podpisali zobowiązania, deklarując osobistą odpowiedzialność za osiągnięcie celów biznesowych. Ja również podpisałem taki dokument. Realizację omawialiśmy na comiesięcznych spotkaniach w soboty, godz.. 9 rano. Efekty były tak dobre, że po 1,5 roku postanowiliśmy dalej organizować podobne zeb­rania, ale już w piątki po południu. Dodatkowo regularnie spotykamy się w rozszerzonym gronie „Top 400”.

– Jednym z pana managerskich patentów jest szukanie ciągłego kontaktu z klientami na każdym szczeblu zarządzania.
– Jestem przekonany, że możemy znacznie poprawić jakość naszych usług słuchając tego co mają do powiedzenia niezadowoleni klienci. Walczę z opinią, że w „wieży na Twardej” siedzą bezduszni technokraci. Właśnie dlatego wszyscy managerowie z „Top 50” są dodatkowymi opiekunami klientów. Kiedy np. szef księgowości angażuje się w załatwienie reklamacji – w praktyce widzi, co należało by poprawić, więc rozmawia o tym z kolegami z innych działów. To praca na lata, ale już dziś przynosi znakomite efekty. Zadowoleni klienci budują dobrą atmosferę wokół firmy, polecają nasze usługi znajomym. Przywiązujemy więc wielką wagę do badania satysfakcji. Dążymy to tego, żeby każdy klient, który ma kontakt z naszymi pracownikami, ocenił z skali od „minus 5” do „plus 5”, to w jaki sposób został potraktowany. Już dziś wyniki tych badań mają wpływ na funkcjonowanie systemów bonusowych.

– W tak wielkiej firmie jak TP z „wieży na Twardej” nie widać tego, co dzieje się np. w Zamościu.
– I tu się pan myli. Nasi managerowie bardzo często jeżdżą w teren. Dotyczy to całego „Top 400”, łącznie ze mną. Ostatnio na spotkaniu losowaliśmy piłeczki z nazwami miejscowości. Ja sam wylosowałem Lublin. Dzięki bezpośrednim kontaktom z pracownikami całej Polski mamy dobry obraz tego, co dzieje się w firmie. Możemy więc szybko reagować na pojawiające się problemy. To również ma wpływ na poziom zadowolenia klientów.

Co lubi Maciej Witucki?

Zegarki – Klasyczny model Reverso Jaeger-LeCoultre, Zenith Tourbillon. Rozważa zakup zegarka Breguet
Pióra – najbardziej ceni markę Caran d’Ache. Używa też Montblanc
Ubrania – styl business casual. Za oparciem fotela, na specjalnej poprzeczce ma kilka krawatów, które wkłada tylko wtedy, gdy wymusza to oficjalny charakter spotkania. Wysoko ceni szyte na miarę garnitury z warszawskiej pracowni Janusza Bieleni
Wypoczynek – nie wyobraża sobie urlopu innego niż z rodziną. Preferuje odwiedzanie nowych miejsc
Kuchnia – francuska
Restauracja – „Bistro de Paris” w Warszawie. Poleca znakomitą restaurację rybną Le Divellec  w Paryżu (niedaleko od polskiej ambasady).
Samochód – na co dzień jeździ służbową Skodą Superb. Auto, które najwyżej ocenia  – Aston Martin DB-9
Hobby – historia średniowiecza. Dużo czyta na ten temat. Podczas urlopu odwiedza gotyckie katedry. Podkreśla, że w Polsce można znaleźć mało znane perły architektury z tamtego okresu, jak np. wnętrza opactwa w Wąchocku. Przez wiele lat uprawiał strzelectwo sportowe, do dziś jest członkiem klubu sportowego Śląsk Wrocław

Paweł Dangel

Rozmowa z Pawłem Danglem Prezesem Allianz Polska

– Pańskie CV to gotowy materiał na film. Był pan opozycjonistą, reżyserem, emigrantem, który zaczynając od zera błyskawicznie wspiął się na szczyt, żeby w końcu zostać prezesem wielkiej firmy.
– Wszystkie te doświadczenia złożyły się w logiczną całość. Patrząc wstecz mogę powiedzieć, że nic nie dzieje się bez przyczyny…

– Podobno nikomu nie należy życzyć: „Obyś żył w ciekawych czasach.”
– A ja – tak zresztą jak całe moje pokolenie – trafiliśmy właśnie na takie „ciekawe” czasy. Już jako bardzo młody człowiek musiałem nauczyć się podejmować ważne decyzje, aby móc później brać za nie również odpowiedzialność. Starałem się zawsze wpływać w jakimś stopniu na otaczającą mnie rzeczywistość, niechętnie pozostając w roli tylko jej recenzenta czy komentatora. Na przykład podobnie jak całe moje harcerskie środowisko, z Bronkiem Komorowskim na czele, nie akceptowałem tego co dzieje się wokół nas i w świadomy sposób angażowałem się w działalność  opozycyjną. Chociaż moim celem nigdy nie była chęć zostania profesjonalnym politykiem, tak jak niektórych z moich ówczesnych przyjaciół. Już wtedy fascynowało mnie coś innego. Moją prawdziwą pasję stanowił teatr. Zaraz po maturze zdawałem dwukrotnie, aczkolwiek bezskutecznie, do Warszawskiej Szkoły Teatralnej. W międzyczasie pracowałem w zespole technicznym Teatru Narodowego, natomiast artystycznie  realizowałem się w warszawskich teatrach studenckich. Dodatkowo  musiałem jeszcze skutecznie chronić się przed kolejnymi poborami do wojska, zaszywając się od czasu do czasu w jakimś ośrodku dla nerwowo chorych. Poznałem tam wtedy kwiat polskiej ówczesnej psychologii w osobach J. Melibrudy, W. Eichelbergera czy J. Santorskiego, z którym zresztą przyjaźnimy się i współpracujemy zawodowo do dziś. W końcu, po dwóch latach, zostałem przyjęty na wymarzone studia – czyli na reżyserię. I choć był to kierunek podyplomowy dopuszczony zostałem do egzaminów wstępnych, gdyż na moją korzyść przemówiły wtedy doświadczenia praktyczne zdobyte w teatrze.

– W epoce szarego socjalistycznego ładu ludzie związani z teatrem mieli szansę na nieco bardziej kolorowe życie.
– To prawda, ale po raz kolejny postanowiłem pójść pod prąd. Kiedy dowiedziałem się, że mam szansę na kontynuację studiów w prestiżowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Moskwie – GITIS–ie, bez wahania zdecydowałem się wystartować w konkursie, aby zawalczyć z sukcesem o to miejsce. I chociaż nawet najbliżsi znajomi radzili mi wtedy: „Wyjedź, ale… w drugą stronę, na Zachód”, to zdecydowałem się na wyjazd właśnie do tej „szarości”, na Wschód. Wiedziałem, że niezależnie od uwarunkowań ustrojowych, jest to jedna z najbardziej prestiżowych uczelni teatralnych w Europie, a wielu  jej absolwentów można spotkać  na całym świecie. Cóż – na początku nie było łatwo. Podobnie jak innych zagranicznych studentów, przytłaczała mnie przede wszystkim sama atmosfera panująca wtedy w ZSRR. Kiedy jednak stopniowo zacząłem zdobywać zaufanie Rosjan, otworzył się przede mną również fascynujący i inspirujący świat wybitnych rosyjskich artystów, intelektualistów i dysydentów. W samym GITIS–ie  obowiązywał system mistrzowski. Czyli cały cykl pięcioletnich studiów odbywa się pod kierunkiem jednego wybitnego mistrza, twórcy, profesora. Moim mistrzem był wybitny reżyser i aktor Jurij Zawadzki, którego początki kariery artystycznej sięgały jeszcze współpracy z samym Konstantym Stanisławskim. Przez pewien czas, pod jego kierunkiem, studiował również Jerzy Grotowski. A w ramach ciekawostek był  też mężem wielkiej gwiazdy rosyjskiego baletu Galiny Ułanowej. Słowem – była to znakomita szkoła, w której zetknąłem się z wieloma naprawdę wybitnymi artystami i pedagogami, a absolwenci którzy ją opuszczali byli prawdziwymi profesjonalistami.

– A pan wrócił do Polski.
– I tym razem znajomi nie kryli zdziwienia – przecież jako absolwent GITIS miałem szansę znaleźć pracę na Zachodzie. Skorzystałem jednak z propozycji Stanisława Hebanowskiego, który kierował Teatrem Wybrzeże w Gdańsku. Miałem tam szansę zrealizować swoje pierwsze wymarzone spektakle, poczynając od  swojego dyplomowego przedstawienia czyli oryginalnej, pierwszej wersji „Wassy Żeleznowej” Gorkiego, po polską prapremierę „Szkarłatnej wyspy” M. Bułhakowa. A tak na marginesie, to żałuję bardzo, że wystawiając niedawno w swoim teatrze Gorkiego, Krystyna Janda nie dała mi się przekonać do realizacji tego właśnie mało znanego szerszej publiczności wariantu „Wassy”, tylko zdecydowała się na wystawienie zabarwionej już ideologicznie jego późniejszej i słabszej dramaturgicznie – moim zdaniem – drugiej wersji.

– Wróćmy jednak do historii i pana powrotu do teatru…
– W okresie wielkiego przełomu – na samym początku lat osiemdziesiątych w tzw. czasach Solidarności – pracowałem jako reżyser nie tylko w Gdańsku, ale też w Warszawie w Teatrze Rozmaitości oraz Nowym, w Poznaniu i Łodzi. Wystawiając m. in. inne nieznane sztuki Bułhakowa, Pirandello czy Ibsena. Przygotowując kolejne spektakle zdobywałem nie tylko doświadczenia artystyczne, ale patrząc z obecnej perspektywy również w dziedzinie zarządzania zespołem. Ze względu na specyfikę pracy, nierzadko musiałem podejmować radykalne decyzje zarówno artystyczne, jak też personalne czy budżetowe, które warunkowały sukces przedsięwzięcia.

– Jak na niespełna trzydziestolatka robił pan szybką karierę.
– Byłem mile zdziwiony, gdy zaproponowano mi jesienią 1981 roku objęcie kierownictwa artystycznego Teatru Rozmaitości w Warszawie. Uzyskałem wtedy – co było konieczne – zarówno akceptację samego zespołu, jak też władz miasta,  związkowców z Solidarności oraz władz ZASP–u.
Wszystko wskazywało na to, że zostanę wtedy najmłodszym dyrektorem teatru w Polsce; 15 grudnia 1981 miałem otrzymać nominację. Jak się łatwo domyślić, stan wojenny przekreślił te plany. Cenzura od razu zaczęła też zdejmować z afisza wszystko, co było nie po myśli i ograniczać dalsze plany repertuarowe. Rozpoczął się środowiskowy bojkot telewizji i radia. Byłem przekonany, że ta sytuacja  nie ulegnie zmianie przez wiele najbliższych lat. Zacząłem więc szukać możliwości pracy za granicą i zdecydowałem się po zakończeniu stanu wojennego wyjechać na kilka miesięcy z kraju. Po przekroczeniu jednak granicy dzielącej Niemcy, stwierdziłem, że nie chcę wracać do PRL i nie ma takiej siły, która by mnie do tego zmusiła. Stanąłem więc przed kolejnym wyzwaniem – jak wyciągnąć z kraju żonę, która była wtedy już w ciąży.

– Los emigranta nie jest  łatwy, zwłaszcza gdy zostawia się za sobą splendor życia artystycznego.
– Zamierzałem nadal pracować w swoim zawodzie i starałem się być bardzo aktywnym na tym polu. Początkowo związałem się z Polskim Teatrem Nowym w Londynie. Wyreżyserowałem  tam kilka spektakli m. in. światową prapremierę mało znanej sztuki S. Mrożka „Alfa”, wykładałem w szkołach teatralnych, współpracowałem z radio BBC i Wolna Europa. Dawało mi to wszystko bardzo dużo satysfakcji i… bardzo mało pieniędzy. Postanowiłem więc zacząć dorabiać wieczorami i w weekendy jako agent ubezpieczeniowy. Na początku nie przychodziło mi to łatwo, ale zgodnie z tym, co mówili mi doświadczeni koledzy, po kilku miesiącach zacząłem wreszcie zawierać coraz więcej umów. W dodatku polubiłem tę pracę. Dzięki niej odkryłem prawdziwy Londyn, zróżnicowany, wielokulturowy. Poznawałem codziennie nowych, nierzadko bardzo interesujących ludzi. Stwierdziłem, że może to być dla mnie przez jakiś czas równie ciekawe i twórcze zajęcie jak sam teatr. Poza tym zacząłem wreszcie zarabiać godziwe pieniądze, dające nam poczucie bezpieczeństwa finansowego. Na emigracji, gdzie nie ma się oparcia ani w rodzinie, ani bliskich i jest się skazanym tylko i wyłącznie na samego siebie, jest to szczególnie ważne. Po niecałych trzech latach, kupiliśmy wreszcie swój pierwszy własny dom w Londynie. Stojąc przed wyborem – co dalej, przypomniałem sobie słowa mojego mistrza Jurija Zawadzkiego, który uprzedzał nas, że „z tych wszystkich zdolnych reżyserów, którzy kończą GITIS statystycznie tylko 10 proc. zostaje później na zawsze w teatrze.”

– Dołączył więc pan do pozostałych 90 procent?
– Bardziej niż scena kusiło mnie wtedy założenie wraz z trzema partnerami własnej firmy, w której mógłbym wykorzystać zdobyte w międzyczasie biznesowe kontakty i umiejętności. Przez cały ten czas pracowałem na własny rozrachunek  w systemie prowizyjnym, więc z tak zwanym ryzykiem biznesowym zdążyłem się już oswoić. Miałem rzecz jasna różne obawy, ale wierzyłem, że sobie poradzę. Uruchamiając własną agencję ubezpieczeniową, liczyłem nie tylko na możliwość zwiększenie swoich przychodów, ale również na uzyskanie większej swobody biznesowej i dalszego zawodowego rozwoju. W Wielkiej Brytanii przyjęty jest podział na „assurance” – ubezpieczenia na życie oraz „insurance” – ubezpieczenia majątkowe. Dotychczas zajmowałem się tylko tymi pierwszymi.
Teraz natomiast miałem dodatkową możliwość rozwinąć się w pozostałych.  Biznes szedł dobrze, ale co raz trudniej było mi się dogadać z moimi partnerami. Przychody stale rosły, samochody wymienialiśmy na co raz to nowsze i lepsze, ale cały czas miałem przekonanie, że na Rolls– royce’y moich partnerów głównie ja zarabiam.

– Jak się łatwo domyślić zaczął pan pewnie działać na własną rękę.
– Związałem się wtedy  jako manager do spraw sprzedaży i marketingu z firmą Manley Hopkins Group  specjalizującej się m. in. w likwidacji szkód morskich, charterach statków i ubezpieczeniach morskich. Decyzji o zmianie nie żałowałem, chociaż w mniejszym stopniu pracowałem wtedy na siebie. Moja nowa praca była niezwykle interesująca, pozwoliła mi również uciec od wkradającej się rutyny w mojej poprzedniej działalności. Tak więc w latach 1992–94 mnóstwo czasu spędzałem w portach rosyjskich i litewskich. Działałem wtedy w kompletnie nieprzewidywalnym świecie, a na moich oczach budował się wtedy ten „dziki” wschodnioeuropejski kapitalizm. Tam też dopinałem swoje pierwsze kontrakty, od których zależało również moje „success fee”. Siłą rzeczy działając w tej części Europy, zacząłem interesować się zmianami zachodzącymi także w Polsce. Miałem już wtedy obywatelstwo brytyjskie i w tamtym czasie nawet nie myślałem o powrocie do kraju. Kiedy jednak przedstawiciele holenderskiej firmy Nationale–Nederlanden, która w 1994 roku otrzymało licencję na działalność ubezpieczeniową w Polsce, zapytali mnie czy podjąłbym się tworzenia ich firmy od podstaw, zacząłem bardzo poważnie rozważać tę propozycję. Pamiętam, że przełomową decyzję podjąłem siedząc na lotnisku w Amsterdamie. Główny mój problem brzmiał: jak przekonać żonę i córki do przeprowadzki do Warszawy. Przecież wszyscy tak bardzo przez te wszystkie lata przyzwyczailiśmy się do Londynu. Tam był nasz dom, szkoły naszych córek, przyjaciele. Pokusa był jednak bardzo silna. Przekładając to na język teatru:  – reżyser znalazł odpowiedniego producenta, mógł więc zacząć przygotowywać kolejny scenariusz dla nowego spektaklu.

– Zdobył pan uznanie jako specjalista od inwestycji typu greenfield.
– Żeby tak się stało, musiałem najpierw z sukcesem zbudować od podstaw Towarzystwo Ubezpieczeniowe Nationale–Nederlanden Polska. W związku z tym, że w tym czasie na miejscu brakowało specjalistów, podjąłem decyzję, żeby postawić na ludzi, którzy nigdy wcześniej nie pracowali w ubezpieczeniach. Decyzja okazała się słuszna, a precyzyjny „casting” na obsadzenie kluczowych „ról” przyniósł nadspodziewanie dobre efekty. Później firma stała się swoistą kuźnią kadr na rynku ubezpieczeniowym.

– Był to wzorcowy sukces.
– Po trzech latach producent i reżyser stwierdzili jednak, że mają rozbieżne pomysły na biznes. Zastanawiałem się – co dalej. Otrzymałem kilka propozycji, byłem bliski związania się z Amerykanami, bo jakoś nie wyobrażałem sobie siebie w niemieckiej firmie. Jak to czasem bywa, życie zweryfikowało ten pogląd, gdy złożył mi ofertę Allianz, czyli firma zajmująca w świecie ubezpieczeń podobną rolę jak Mercedes na rynku motoryzacyjnym. Takim propozycjom się nie odmawia, tym bardziej, że otrzymałem gwarancję sporej autonomii. Odwołując się ponownie do języka teatru – mogłem tworzyć swój autorski scenariusz. Tym bardziej, że wyzwanie w swojej skali i założeniach było dużo bardziej ambitne od poprzedniego. Tym razem miałem równocześnie budować od zera dwie firmy –  majątkową i życiową. Bardzo mi to odpowiadało. Mając tak zdefiniowane wyzwanie przed sobą mogłem się poczuć również jak współwłaściciel firmy. Tym  razem postawiliśmy  na bardzo szybką budowę profesjonalnych struktur w dużej mierze opartej już o ekspertów w poszczególnych dziedzinach ubezpieczeniowych. Budowaliśmy tak zwany „dom stu profesji”.

– Jak wyglądał start?
– Zaczynaliśmy w kilka osób w pokoju mniejszym niż mój obecny gabinet. Uznałem wówczas, że jest to kolejna pusta przestrzeń – tak jak scena – którą należy wypełnić i zagospodarować wizją, koncepcją i energią, ale również funkcjonalnymi dekoracjami i utalentowanymi wykonawcami. Znów mogłem przeżyć tę  fascynującą przygodę tworzenia i kreowania firmy od podstaw. Generalnie rzecz biorąc wszystkie nasze wstępne strategiczne założenia dotyczące choćby dystrybucji, produktów, kultury organizacyjnej etc. sprawdziły się nam później w praktyce. Dzisiaj mamy ponad 3,2 miliarda złotych przychodu, blisko 11 miliardów w aktywach oraz 2,5 miliona klientów. Jesteśmy w ścisłej czołówce firm ubezpieczeniowych w Polsce. Utrzymująca się przez ponad 10 lat dwucyfrowa dynamika wzrostu biznesu mówi zresztą sama za siebie.

– Kamienie milowe Allianz w Polsce? Czy był to udział w prywatyzacji Pekao S.A.?
– Osobiście przekonywałem moich ówczesnych szefów koncernu Allianz, a następnie prezesa Unicredit Alessando Profumo do tej transakcji, która wtedy była największą inwestycją na rynku całego naszego regionu i zdecydowanie wzmocniła pozycję samego banku. Dla Allianz było to również bardzo ważne przedsięwzięcie, zwłaszcza w kontekście naszych późniejszych biznesowych relacji i współpracy w obszarze bancassurance. Zamiast o kamieniach milowych należy jednak mówić raczej o kamykach. Z punktu widzenia gospodarki naszego kraju szczególnie istotne jest to, że Allianz cały czas inwestuje na naszym rynku. Utworzyliśmy w kolejnych latach Towarzystwa Emerytalne i Inwestycyjne, a następnie bank. Wszystkie wypracowane przez nasz spółki zyski staramy się reinwestować w Polsce, a nie odsyłać w postaci dywidendy za granicę.

– Ostatnio sporo mówi się o odsprzedaży Allianz Banku Grupie Getin.
– Niestety światowy kryzys finansowy zmienił zasadniczo podejście naszej grupy do inwestowania i kapitałowego angażowania się w rozwój własnej bankowości. Podjęliśmy więc decyzję o sprzedaży banku.  Przy tej transakcja wzięliśmy pod uwagę  możliwość i rozwój współpracy z nowym partnerem właśnie  w obszarze bancassurance, który stanowi dla nas jeden z głównych  elementów naszej strategii. Jestem przekonany, że zdobyte praktyczne doświadczenia w czasie kiedy tworzyliśmy  własny bank okażą się tutaj bardzo przydatne. Przy okazji nastąpiło również odmłodzenie naszego zespołu managerów i pracowników. Tak więc doświadczenie to oceniam pozytywnie. Pytano mnie ostatnio kilkakrotnie, czy pieniądze uzyskane z tej transakcji przeznaczymy na akwizycje. W chwili obecnej odpowiedź brzmi: nie. Stawiamy na rozwój organiczny. Działamy jednak w warunkach rynkowych, które uniemożliwiają precyzyjne długoterminowe planowanie. Tak więc w perspektywie 3–5 letniej niczego nie można wykluczyć. Również akwizycji.

– Co rusz media mianują pana prezesem kolejnej firmy…
– Przestałem się tym już irytować. Nie mam żadnego wpływu, na to co się o mnie pisze, czy też raczej plotkuje. Nie planuję zmiany pracy. Niezmiennie od lat przychodzę rano do biura i wychodzę wieczorem, jeżdżę po Polsce, spotykam się z naszymi biznesowymi partnerami i klientami. Wciąż pojawiają się nowe tematy, projekty, wyzwania… wciąż brakuje mi na to wszystko czasu. Kiedyś wydawało mi się, że po kilkunastu latach budowania firmy, kiedy biznes się rozwinie, będę mógł sobie pozwolić na luksus wychodzenia do domu o godz. 17.  Niestety, nie sprawdziło się to w praktyce.

– Co doradziłby pan managerom, którzy marzą o podobnej po pańskiej karierze
– Mistrz Stanisławski mówił „Kochaj teatr w sobie, a nie siebie w teatrze”. To sparafrazowane motto też idealnie sprawdza się w firmie i w polityce też by się sprawdziło.

Co lubi Paweł Dangel?

Zegarki – nie przywiązuje większej wagi do marek. Ceni niezawodność Breguet
Pióra – Mfirmy Watermann– firmowe – Allianz
Ubrania – odpowiada anegdotą: „Kiedy w Londynie zaczynałem sprzedawać ubezpieczenia, szef doradził mi: nie naśladuj tych wszystkich elegantów w markowych garniturach z Rolexami na ręku. Widzisz tego skromnego Hindusa  i wytarte rękawy w jego garniturze? To On tutaj zarabia najlepiej.” Najczęściej kupuje garnitury firmy Austin Reed w Londynie
Wypoczynek – wspólnie z żoną najbardziej lubi wędrować po szwajcarskich Alpach. Razem z córkami, które nie przepadają za pieszą turystyką, jeżdżą nad ciepłe morza. Raz w roku żegluje gronie przyjaciół. Odwiedził w ten sposób wybrzeża m.in.  Korsyki, Sardynii, Majorki, Turcji i Chorwacji. Tak dobrze czuje się na jachcie, że bardzo niechętnie schodzi na ląd
Kuchnia – azjatycka, zwłaszcza hinduska. Bardzo też lubi polski barszcz
Restauracja – najchętniej jada w domu…  jeśli już musi iść na biznesowy lunch to do włoskiej restauracji Balgera w Warszawie, często w weekendy wpada też na kawę  lub lunch do kawiarni w Bristolu
Samochód – korporacyjny Mercedes klasy S
Hobby – najważniejsze to oczywiście teatr, stara się bywać na warszawskich premierach. Lubi dużo czytać, na nocnym stoliku ma zawsze kilka książek poświęconych historii, sztuce i… biznesowi. Czasem rower i domowy gym. Uczył się pilotażu, ale z braku czasu nie dokończył kursu

Agata Szczech

Rozmowa z Agatą Szczech Dyrektorem PR Renault Polska.

– Pracuje pani w Renault Polska od 20 lat, czyli od samego początku. Prezes Grzegorz Zalewski twierdzi, że zamiast serca ma pani romb Renault.
– Rzeczywiście, bardzo silnie identyfikuję się z moją firmą. Kiedyś nie podejrzewałam, że będę pracowała we francuskim koncernie motoryzacyjnym, wcześniej nawet nie byłam we Francji. W liceum przygotowywałam się do egzaminu na medycynę, planowałam zostać chirurgiem plastycznym. Trzy miesiące przed maturą zmieniłam zdanie – wybrałam germanistykę. Po studiach, szukając naprawdę interesującej pracy, znalazłam ogłoszenie w gazecie, że Renault otwiera przedstawicielstwo w Polsce i poszukuje kandydatów znających język francuski. Pomimo to wysłałam aplikację. Nie liczyłam nawet na odpowiedź, zdziwiło mnie więc zaproszenie na rozmowę z prezesem Raymondem Jahielem.

– Jak pokonała pani barierę językową?
– Miałam sporo szczęścia. Żoną prezesa była Niemka, więc znakomicie znał niemiecki. Po dwóch godzinach rozmowy otrzymałam propozycję pracy. Nasze pierwsze biuro było ulokowane w apartamencie hotelu Marriott. Nie miałam biurka, tylko pożyczoną maszynę do pisania. Większość czasu spędzaliśmy podróżując po Polsce, czasem uczestniczyliśmy w spotkaniach nawet przez 14 godzin dziennie. Cały czas tłumaczyłam z polskiego na niemiecki.

– Kiedy nauczyła się pani francuskiego?
– Firma zapewniła mi indywidualnego nauczyciela. Choć nauka języków zawsze przychodziła mi łatwo, zaczęłam mówić dopiero po kilkunastu miesiącach, gdy trafiłam na dwutygodniowy intensywny kurs do szkoły w pobliżu Spa w Belgii.

– Struktura Renault powstała w błyskawicznym tempie.
– W dużej mierze stanowi to zasługę 6, a potem 12 młodych ludzi, z których każdy otrzymał Clio. Ruszyli w Polskę szukać potencjalnych partnerów, żeby zbudować sieć dealerską i serwisową. Był wśród nich obecny prezes Grzegorz Zalewski, który pojawił się w firmie kilkanaście dni po mnie. Oboje mieliśmy okazję pracować na różnych stanowiskach, co znakomicie pomaga poznać zasady rządzące firmą.

– Renault Polska należy do nielicznych pracodawców, którzy chętnie wiążą się z pracownikami na długie lata.
– To prawda, duża grupa kolegów pracuje w firmie od samego początku lub przez kilkanaście lat. Dobrze ilustruje to przykład dwóch moich najbliższych współpracowników: Grzegorz Paszta ma staż 20-letni, a Grzegorz Telecki – 15-letni.

W ciągu 20 lat Renault sprzedało w Polsce…
– …460 tys. samochodów. Szybko udało nam się zająć silną pozycję na krajowym rynku. Po kilku latach na stanowisku asystenki prezesa byłam odpowiedzialna za reklamę, dysponowałam ogromnymi środkami na promocję. Na początku lat 90. nasz udział w rynku reklamowym firm motoryzacyjnych sięgał nawet 30 proc. Czy pamięta pan naszą akcję reklamową, w ramach której rozdawaliśmy kluczki do samochodów?

– Oczywiście, podobnie jak moi koledzy popędziłem do salonu, żeby sprawdzić, czy znaleziony w „Gazecie Wyborczej” kluczyk pasuje do stacyjki.
– To samo zrobiło 1,6 mln klientów. Niektórzy przynosili całe torby wypełnione kluczykami. Szczęściarzy, którzy odjechali swoimi Renault Twingo Zet, było tylko trzech, ale o naszej firmie mówiła cała Polska. Przygotowanie tak kompleksowej akcji w 1994 roku było nie lada wyzwaniem. Produkcję 3 milionów kluczyków zleciliśmy w Szwecji. Później musiały być wklejone do wrzutek reklamowych. Wówczas w Polsce nie były dostępne maszyny, które mogłyby to zrobić automatycznie. Korzystając z ferii zimowych, dogadaliśmy się z jedną ze szkół na Mazurach, gdzie w tajemnicy wklejaliśmy kluczyki. Ostatnia partia 1 milliona sztuk przypłynęła do Polski z opóźnieniem. Musieliśmy wymyślać różne dodatkowe aktywności dla uczniów (m.in. zorganizowaliśmy koncert), aby nie rozeszli się do domów i dokończyli pracę.

– Głośno było też o waszym zaangażowaniu w sport samochodowy.
– Przez wiele lat mieliśmy własny zespół rajdowy, w naszych barwach jeździli tak wspaniali kierowcy, jak Bogdan Herink czy Janusz Kulig. Przez trzy lata byliśmy aktywni w wyścigach – Puchar Renault Megane media nazwały „żółtym pociągiem” z powodu charakterystycznego koloru naszych samochodów.

– Na czym polega strategia firmy w dziedzinie bezpieczeństwa?
– Jest ono ważnym elementem strategii naszego koncernu. W Polsce konsekwentnie angażujemy się w poprawę bezpieczeństwa na drogach od 1994 roku. W 2004 r. utworzyliśmy Szkołę Jazdy Renault, w której kursy doskonalenia techniki jazdy ukończyło już 10 tys. osób. A skoro mowa o kształceniu – naszym sztandarowym projektem jest program edukacyjny dla szkół podstawowych „Bezpieczeństwo dla wszystkich”, prowadzony od 2000 roku, a wspierany przez Ministerstwo Edukacji, Krajową Radę Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego przy Ministerstwie Infrastruktury, Komendę Główną Policji, Instytut Transportu Samochodowego i Rzecznika Praw Dziecka. Skalę najlepiej ilustruje liczba uczestników – 710 tys. dzieci z całej Polski. Renault Polska jest także członkiem Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

– Najważniejsze wydarzenia ostatnich 20. lat w firmie?
– W skali międzynarodowej to były z pewnością prywatyzacja i wejście Renault na giełdę, przejęcie Dacii, alians z Nissanem i utworzenie Renault Samsung Motors. Na czele naszego koncernu stoi jeden z najwybitniejszych managerów na świecie, Carlos Ghosn. Miałam okazję spotkać go kilkakrotnie i  mogę potwierdzić informacje prasowe, że jest to manager obdarzony nieprawdopodobną charyzmą i zdolnością błyskawicznej analizy skomplikowanych zagadnień biznesowych. Spędza 40 proc. czasu w Europie, 40 proc. w Japonii i 20 proc. w USA. Najważniejsze wydarzenia 20-lecia w Polsce to utworzenie szkoły serwisowej, przekształconej później w Instytut Renault, otwarcie magazynu części zamiennych, utworzenie banku Renault Credit Polska, certyfikacja ISO 9002, wprowadzenie marki Dacia oraz przejęcie odpowiedzialności za rynek estoński, litewski i łotewski.

– Dzięki pani aktywności Renault jest ulubionym autem wielu celebrytów.
– Proszę nie przeceniać mojej roli, ale rzeczywiście, mam wielu znajomych wśród artystów. Są to ludzie wrażliwi na piękno, szukają więc dla siebie samochodów, które wyróżnia ciekawa stylistyka, np. zmysłowa Laguna Coupé nikogo nie pozostawia obojętnym. Cieszy mnie, że wielu z nich pozostaje wiernymi klientami naszej marki.

– Co zapamiętała pani jako największe niepowodzenie?
– Po ogromnym sukcesie pierwszej Laguny, pojawiły się problemy z jakością kolejnego modelu. To przykre wydarzenie udało nam się jednak przekuć w sukces. Zmierzyliśmy się z problemem nie chowając głowy w piasek, a prezes Carlos Ghosn wprowadził program poprawy jakości wszystkich naszych produktów. Dzięki temu możemy dziś w bezawaryjności samochodów konkurować z dotychczasowymi liderami w tej dziedzinie, co potwierdzają niezależne rankingi, np. ADAC.

Co lubi Agata Szczech?

Zegarki – bardziej kuszą ją pierścionki i naszyjniki, uwielbia biżuterię Swarovskiego oraz brylanty
Pióra – najczęściej używa myszki komputera
Ubrania – do pracy klasyka lub sportowa elegancja, na wieczór eleganckie sukienki, np. marki Guess
Kosmetyki – uwielbia kosmetyki pielęgnacyjne, zwłaszcza Estée Lauder i Vichy. Ulubione zapachy to Contradiction Calvina Kleina, The One Dolce & Gabbana, Dolce Vita i J’adore Diora
Wypoczynek – nałogowo czyta książki, chętnie odwiedza day spa; preferuje urlop nad ciepłym morzem; ulubione miejsca: Mauritius, Gwadelupa, Paryż, Barcelona, Sopot
Kuchnia – od 20 lat nie jada mięsa, za to uwielbia ryby i owoce morza; preferuje kuchnię śródziemnomorską i japońską
Restauracja – Belvedere, ponieważ jest jedyna w swoim rodzaju i pięknie położona, Amber Room za przepyszną kuchnię, Akashia za doskonałe sushi
Samochód – oczywiście Renault. Jeździ piękną złotą Laguną Coupé, kojarzącą się z klasycznymi brytyjskimi autami sportowymi. Niedługo przesiądzie się do Latitude hobby  sama projektuje wnętrza, swój styl określa jako eko-nowoczesny, lubi projektować i pielęgnować ogród, uwielbia czytać ksiąąki, oglądać programy o architekturze; lubi sztukę współczesną. Przyjaźni się z Wojciechem Siudmakiem

Adam Małysz

Rozmowa z Adamem Małyszem, czterokrotnym zdobywcą Kryształowej Kuli w Pucharze Świata, czterokrotnym mistrzem świata i trzykrotnym wicemistrzem olimpijskim

– 26 marca w Zakopanem, kiedy kibice przyszli pana pożegnać najbardziej wzruszający był transparent z napisem „Panie Admie. Larum grają. A Ty do boju nie stajesz, nart nie chwytasz?”
– Właśnie dla takich chwil warto było przez te wszystkie lata włożyć tyle wysiłku i wyrzeczeń w wyczynowy sport, aby m.in. spotykać się z takimi dowodami sympatii, jak w Zakopanem. Przez całą moją karierę narciarską zawsze mogłem liczyć na kibiców. Dzięki temu, że Polacy byli obecni na wszystkich zawodach, w których brałem udział, z ich zapału i entuzjazmu czerpałem motywację do kolejnych sukcesów. Wspierali mnie także, co sobie wysoko cenię, nawet wtedy, gdy nie wypadałem najlepiej.

– Pana przyjaciel, Andreas Goldberger, powiedział mi, zanim dowiedzieliśmy się o pana planach, że po tym ostatnim słynnym skoku w Zakopanem nie usiądzie pan w kapciach przed telewizorem…
– I miał rację Andy. Zna mnie i zna siebie. On też nie usiadł przy kominku czekając na koniec świata. Jesteśmy sportowcami, stosunkowo młodymi ludźmi, którzy pewien etap życia sportowego mają za sobą i teraz pozostaje odnalezienie się w innych dyscyplinach sportu lub życia. To jest zawsze dylemat. Ja – podobnie zresztą, jak Andy – swoje miejsce znalazłem.

– Podobno długo się pan nie zastanawiał, kiedy nadeszła propozycja z RMF Caroline Team?
– Propozycję startu w sportach motorowych otrzymałem dużo wcześniej. Ponad rok temu, po olimpiadzie w Kanadzie zadzwonił do mnie Rafał Płóciennik, założyciel RMF Caroline Team. Zapytał, czy zechciałbym spróbować swoich sił w tej dyscyplinie sportu. Ci, którzy mnie bliżej znali, wiedzieli, że jestem entuzjastą tego sportu. Rajdy terenowe od dawna mnie kręciły. Wiele czasu spędzałem za kierownicą mojego, jak go nazywam, „jeepka”, przemierzając leśne szlaki w pobliżu miejsca mojego zamieszkania. Dobrze się składało, bo decyzję o zakończeniu kariery skoczka podjąłem rok wcześniej, w Zakopanem. Ale wtedy jeszcze nie mogłem odpowiedzieć jednoznacznie na tę propozycję, bo założyłem sobie, że wystartuję w Oslo i karierę zakończę pod koniec sezonu w 2011 roku. I tak też się stało. Już 2 lata temu wiedziałem, że decyzja ta musi być rozważna i przemyślana, w pewien sposób też powinna stanowić harmonijne przejście do nowych wyzwań sportowych, jakimi w tym przypadku stały się rajdy samochodowe.

– Jest pan niespokojną duszą?
– Niespokojną tylko w tym sensie, że nie znoszę bezczynności. To rezultat zapewne przyzwyczajeń wyniesionych ze sportu, rywalizacji, ciągłego doskonalenia swoich umiejętności. A nie można tego uczynić jak się marnotrawi czas, rozpuszcza w sprawach, które nic nie przynoszą. Dlatego wysoko sobie cenię stawianie sobie ambitnych celów i ich realizację.

– Teraz takim celem jest zdobywanie kolejnych laurów w sportach motoryzacyjnych. Czy skoki i rajdy mają jakiś wspólny mianownik?
– Te dwie dyscypliny można w jakimś stopniu porównywać, bo są to sporty ekstremalne. Inne są zapewne np. techniki przygotowawcze, ale proszę pamiętać, że jest to sport wymagający ogromnych umiejętności. Dla pełnokrwistego sportowca, a za takiego się uważam, presja, jaka towarzyszy tym dwóm dyscyplinom sportu, jest podobna. Są różnice w fizycznym przygotowaniu. Otóż przez całą moja karierę skoczka, tułów, czyli w naszym slangu „góra”, miał być szczupły, prawie jak u kościotrupa, a nogi miały być silne, wręcz zbudowane atletycznie. Bo silne nogi w skokach to podstawa. W trakcie przygotowań do rajdu musiałem się przestawić i bardziej skoncentrować na „górze”. Zmienił się mój trening i zmieniła się moja dieta, a co za tym idzie, waga. I dlatego też trochę w niepamięć odeszły bułki z bananem i ważę 6 kilogramów więcej… Bo jak się jeździ po wertepach to trzeba być silnym.

– Ma pan tremę, jak przed pierwszym startem w Pucharze Świata?
– Trema jest nieodłącznym czynnikiem towarzyszącym pub­licznym występom, tym bardziej sportowym. Pamiętam mój pierwszy konkurs w Pucharze Świata w 1993 r. Była to kombinacja norweska i wielki stres. Niby jak się startuje w kraju, to zawodnikom nawet ściany pomagają i sprzyjają. Ale zupełnie inna jest odpowiedzialność, jak startuje się przed własną publicznością. Bo oczekiwania są zawsze bardzo wysokie i co za tym idzie – stres, aby nie zawieść oczekiwań. Dlatego na starcie we Wrocławiu będzie mi towarzyszył stres, tym bardziej że będzie to debiut.

– Lubi pan nowe wyzwania?
– Ich realizacja jest wpisana w istotę sportu. Sprawdzanie się w nowych sytuacjach, to także element mojej filozofii życiowej, mocno zakotwiczonej w sporcie i rywalizacji. Narciarstwo i skoki znałem od podszewki. Ale teraz wciągają mnie rajdy, mało tego, taką jazdę na maksa uważam za bardzo ekscytującą i podniecającą… Staram się nie robić w życiu rzeczy, których nie lubię czy nie umiem. Bo byłaby to dla mnie strata czasu. Zawsze byłem, jestem i pozostanę sportowcem. Mam taki charakter i interesują mnie dziedziny sportu, w których jest spory element ryzyka. I dlatego sport motorowy jest nie tylko alternatywą, ale i gdzieś funkcjonującą od wielu lat w podświadomości – pasją. A tam, gdzie jest pasja, są emocje, a za emocjami często idą sukcesy.

– Wspomniał pan o diecie, ale zmianie dyscypliny sportu towarzyszy ogromna praca treningowa…
– W połowie kwietnia, czyli na krótko po zakończeniu kariery narciarskiej, rozpoczęły się przygotowania i treningi. Dużo czasu spędziłem na torach gokartowych i na jeździe Subaru na wyczynowych trasach. Z kolei Porsche testowaliśmy głównie na poligonie w Drawsku, gdzie nie tylko samochód, ale także i ja sam przeszedłem szkołę rajdową w tumanach piasku, rozkołysany na wybojach. Następnie trenowaliśmy w Chorwacji na górskich drogach szutrowych. To preludium do tego, co nas będzie czekało w rajdzie Dakar. Dużą wagę przywiązujemy do zaplecza, które tak projektujemy, aby dwoma samochodami dojechać do celu. A tak przy okazji powiem, że jestem zachwycony naszym pojazdem, który znakomicie się sprawdza w ciężkich warunkach nawet pomimo tego, że nie jest to T1 tylko T2.

– A na czym polega różnica?
– Model T2 jest samochodem produkowanym seryjnie z niewielkimi przeróbkami, na które wyraża zgodę FIA. Można dokonać zmian niektórych podzespołów, ale musi on być prawie identyczny do tego, który opuścił mury fabryczne. Model T1 jest zbudowany od podstaw i nie ma nic wspólnego z modelem seryjnym. Nie ma w swojej konstrukcji żadnego elementu fabrycznego. Dlatego, oczywiście, trudno z nim rywalizować. Najlepszy wynik, jaki osiągnął nasz model T2 w rajdzie Dakar, to było 15., 16. miejsce. Znając realia, nie będziemy konkurencyjni dla tego modelu, ale i nasz priorytet jest inaczej zdefiniowany. Otóż chcemy udowodnić i pokazać, że nie tylko ściganie się jest najważniejsze, ale że jest to przede wszystkim wielka przygoda, zmaganie się z przeciwnościami losu i pokazanie, że, jak w moim przypadku, jest możliwa realizacja najskrytszych marzeń.

– Powróćmy do debiutu w rajdzie Wrocław-Drezno.
– Postawiłem sobie wysoko poprzeczkę i sądzę, że nie zawiodę oczekiwań swoich kibiców. Co prawda, start w rajdzie Wrocław–Drezno będzie naszym – bo wspólnie pojadę z Rafałem Martonem – debiutem. Pojedziemy z numerem 000, czyli otworzymy rajd. Ten pierwszy start będzie w pewien sposób szkołą, mającą na celu nauczenie się pewnych procedur i systemów, które obowiązują w tej dyscyplinie. Będziemy się starali wypaść jak najlepiej, pomimo tego że nie będziemy klasyfikowani.

– Ale nie będą to takie warunki, jak w rajdzie Dakar?
– No jasne, że nie, ale my musimy, mówiąc kolokwialnie, się otrzaskać. Zapewniam, i tu znów powrócę do mojego temperamentu sportowego, że nie pojadę turystycznie.

– Pozostając przy temacie motoryzacyjnym, pamięta pan swój pierwszy samochód?
– Oczywiście, to był Fiat 126p. Maluch służył mi całkiem nieź­le, oczywiście nie był to samochód, którym można się było rozpędzić i dokonywać sportowych wyników. Niemniej pozostaje w moim wspomnieniu, w sercu, jako ten pierwszy.

– Kiedyś wspominał pan, że wiele zawdzięcza swoim managerom. Jak ocenia pan ich rolę w swoim sukcesie?
– Powiem tak, że bardzo trudno było mi na początku kariery pozyskać sponsorów u nas w kraju. Młodym ludziom, zmotywowanym, którzy robią wszystko, aby osiągnąć sukces – tak jak było w moim przypadku – trzeba pomagać. To nie jest łatwe z punktu widzenia tych, którzy muszą uwierzyć, że warto w tego faceta zainwestować. Myślę, że dużo jest w Polsce takich, którzy gryzą się dzisiaj w język, że tego nie zrobili w moim przypadku. I tutaj chylę czoła przed austriackimi managerami, którzy przed laty uwierzyli, że ja mogę być taką osobą, która posiada potencjał, która jest w stanie osiągnąć – jak się później okazało – sukcesy na najwyższym światowym poziomie. A za sukcesami idą wymierne korzyści w postaci honorariów z rek­lam, nagród i sponsoringu. Każdy z nas, sportowców, który rozpoczyna karierę, trenuje od rana do wieczora, ma taki sam problem. Jak przekonać, że będę championem. To jest trochę ruletka. Ci, którzy mają nosa i inwestują w talenty sportowe, mogą liczyć na niezłe dochody w przyszłości, ale i na wartość bezcenną – satysfakcję.

Takie doświadczenie mają właśnie Austriacy, gdzie skoki są niezmiennie popularne od wielu dziesięcioleci. Wynika to też z faktu, że od lat mają do czynienia z marketingiem sportowym, ze współpracą z mediami, sponsorami. W tym obszarze poruszają się znakomicie. Przyznaję, że miałem też propozycje ze strony polskiej, kiedy to wokół mojej osoby robiło się coraz głośniej. Ale, niestety, nie zawsze były to propozycje uczciwe i rzetelne. A ja cenię sobie spokój. Niech kto inny za mnie myśli o takich sprawach, ja mam się koncentrować na tym, na czym się znam – na sporcie i wynikach. Ale muszę powiedzieć, że bez austriackich managerów nie byłbym tam, gdzie jestem. Byłoby też niezmiernie trudno osiągnać wszystkie sukcesy gdyby nie wsparcie sponsorów m.in. Red Bulla i firmy ubezpieczeniowej Generali.

– Mamy wakacje. A pana czekają ponownie zawody, podróże i życie w hotelach?
– Tak, to taki syndrom życia na walizkach. Po wielu latach takiego życia ma się w pewnym momencie przesyt i pojawia się niechęć do opuszczania progów domu, ale nie należy być egoistą i myśleć należy w takich sytuacjach przede wszystkim o rodzinie, żeby i im było dobrze. Mój dotychczasowy tryb życia powodował to, że urlop spędzaliśmy najczęściej w jedynym wolnym terminie, tzn. w kwietniu. A kwiecień ma to do siebie, że oferty wypoczynkowe w Europie nie zawsze są bogate. Trzeba gdzieś dalej polecieć, aby było atrakcyjnie i ciepło. A teraz tego problemu nie mam, mogę sobie wybrać termin, który mi odpowiada. To jest luksus, kiedy nie jesteśmy skrępowani terminami.

– Pozwoli pan na czysto teoretyczne pytanie? Gdyby miał pan zainwestować to, w co?
– Na co wyłożyłbym pieniądze? Myślę, że na pewno na nic, co niosłoby za sobą jakiekolwiek ryzyko. Raczej w coś, co nie traci w dłuższym dystansie czasowym na wartości, czyli w ziemie i nieruchomości. Należę do osób, które zas­tanowią się kilka razy, zanim wydadzą swoje ciężko zapracowane pieniądze.

Co lubi Adam Małysz?

Zegarek – „Ulubionej marki nie mam. Miałem kiedyś propozycję od szwajcarskiej firmy zegarkowej, ale nie doszliśmy do porozumienia. Może powrócimy do rozmów, wtedy powiem, jaki jest mój ulubiony.”
Kuchnia – „Zdecydowanie polska. A potrawa, którą naprawdę kocham, to jest kaczka z czerwoną kapustą i kluskami śląskimi. Przepadam za tym…”
Samochód – „Prywatnie jeżdżę Subaru, a w rajdach samochodem na bazie Porsche Cayenne.”
Odpoczynek – „Szybko się nudzę na plaży, jak nie ma akcji, jak się nic nie dzieje… Na wakacje wybieram kraje, które są niedaleko. Bardzo dobrze się czuję w Chorwacji, odpowiada mi tamtejsza kuchnia i sympatyczni ludzie. Drugim takim miejscem wakacji, chociaż trochę dalej, jest Turcja. Piękne morze, cudowna kuchnia i fantastyczni ludzie.”

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...