.
Strona główna Blog Strona 428

Henryk Urbański

Rozmowa z Henrykiem Urbańskim Prezesem Budimex-u Nieruchomości

– Czy nadal warto inwestować w nieruchomości?
– Zawsze było warto i to się pewnie nigdy nie zmieni. Oczywiście, osoby szukające szybkiego zysku mogą się poczuć rozczarowane, zwłaszcza jeśli w krótkim czasie nie rozpocznie się kolejny boom. Zgodnie z naturalnymi tendencjami, po jakimś czasie ceny ponownie muszą wzrosnąć. Proszę mnie nie pytać, kiedy się to stanie, ponieważ zbyt dużo czynników składa się na taki wzrost.

– Najważniejszy z nich to…
– Łatwość uzyskania kredytu hipotecznego. Kiedy banki zaczynają walczyć o klientów, dla deweloperów nadchodzi czas żniw; choć nie dla wszystkich. Wygrywają ci, którzy są dob­rze przygotowani, dysponują odpowiednimi terenami, uzyskali warunki zabudowy, zlecili projekty itp. Dlatego też przywiązujemy ogromną wagę do budowania własnego „banku ziemi”. Na działkach, którymi obecnie dysponujemy, moglibyśmy postawić budynki z 7. tys. mieszkań. Ciągle szukamy nowych lokalizacji, nie oglądając się na aktualną koniunkturę. Dzięki temu nigdy nie przepłacamy, a to pozwala nam racjonalnie kalkulować koszty budowy.

– Wróćmy na chwilę do opłacalności tego rodzaju inwestycji. Zwolennicy złota podkreślają, że zachowuje ono wartość. Tak jak setki lub dziesiątki lat temu, za jedną uncję kilkuosobowa rodzina może się utrzymać przez miesiąc. Niezmiennie, tyle samo płaci się w złocie za żywność, buty, garnitury, ale też samochody.
– W przypadku nieruchomości to porównanie się nie sprawdza. Na przestrzeni lat ich wartość rośnie znacznie bardziej niż cena złota.

– Złoto ma jedną istotną przewagę, można je natychmiast spieniężyć.
– Za to pozostałe argumenty przemawiają za nieruchomoś­ciami, oczywiście jeżeli nie popełni się błędu kupując dom lub mieszkanie w fatalnej lokalizacji. Odradzałbym też inwestycje w bloki z wielkiej płyty. Czas ich eksploatacji liczony był w dziesiątkach lat, wiele z nich czeka rozbiórka lub remont generalny. Nikt o tym na razie nie mówi. Dyskusje rozpoczną się, gdy trzeba będzie wykwaterować pierwszy grożący zawaleniem duży blok. Obawiam się, że może się to stać już wkrótce. Proszę zauważyć, że w ostatnim czasie poddano generalnym remontom większość wiaduktów, mostów itp. budowli z okresu gierkowskiego. Wniosek nasuwa się sam…

– Co w takim razie pan doradza?
– Warto skorzystać z tego, że ceny spadły i pomyśleć o inwestycji w nowe mieszkania w centrum Warszawy lub innego dużego miasta. Nie przejmowałbym się tym, że okres zwrotu z takiej inwestycji jest dłuższy niż wzorcowe 10 lat. Wpływy z niewielkich jak na razie czynszów pozwalają zazwyczaj pokryć koszty kredytu hipotecznego. Gdy ceny pójdą w górę, wzrosną również opłaty czynszowe. A tym samym wzrosną zyski inwestorów.

– Czy warto kupować apartamenty?
– W warunkach polskich to ciągle nisza rynkowa. Jest pewna, niewielka grupa odbiorców, która jest skłonna zapłacić bardzo dużą kwotę za luksus. Prawdziwe pieniądze w branży dotyczą jednak mieszkań o powierzchni około 50 m kw. Podobnie, jak inni deweloperzy, narzekamy, że klienci wymuszają na nas obniżanie standardów, np. dzielenie lokalu na minipokoje w stylu lat 80. Wolelibyśmy oferować większe, bardziej przestronne mieszkania. Jeszcze długo nie będzie to jednak możliwe. Dla większości nabywców warunkiem nieprzekraczalnym jest zdolność kredytowa. Bankowi analitycy stwierdzają np.: możemy przyznać maksymalnie 300 tys. zł. To decyduje, ile metrów kwadratowych kupi klient.

– Jest pan szefem Budimeksu Inwestycje już od 12 lat.
– Podjąłem się tego zadania z dwóch powodów. Po pierwsze lubię budować biznes od podstaw, a po drugie pracowałem w Budimeksie już wcześniej i był to bardzo ciekawy etap mojej kariery. W 2000 roku zaczynałem od scalenia trzech oddziałów – poznańskiego, krakowskiego i warszawskiego w jedną strukturę. Jednocześnie trzeba było skatalogować wszystkie nieruchomości należące do koncernu. Zebrane informacje stanowiły grubą książkę. Część nieruchomości – m.in. ośrodki wczasowe i hotele – zdecydowaliśmy się szybko sprzedać. Niektóre z działek przedstawiały sporą wartość i nadawały się pod budowę osiedli – te oczywiście zostawiliśmy. Najbardziej atrakcyjna z nich ulokowana była przy ul. Zawiszy w Warszawie, gdzie szybko rozpoczęliśmy jedną z naszych największych inwestycji. Na marginesie – w okresie boomu, osoby zainteresowane mieszkaniami na tym osiedlu, już nad ranem ustawiały się długich kolejkach… Pieniądze pozyskane ze sprzedaży pozostałych, czasem dość egzotycznych nieruchomości – jak np. stacja kolejowa w Białowieży – przeznaczyliśmy na zakup terenów do naszego „Banku ziemi”. Warto wspomnieć, że zarząd zdecydował się sprzedać wieloletnią siedzibę Budimeksu przy ul. Marszałkowskiej 82, wychodząc ze słusznego założenia, że pieniądze powinny pracować.

– Jak zorganizowana jest pańska firma?
– Jest ona częścią Grupy Budimex. Działamy jak klasyczna firma handlowo-usługowa: pozyskujemy tereny, przygotowujemy inwestycje, znajdujemy klientów, zatrudniamy wykonawców. Nasze obroty to około 0,5 mld zł rocznie, w ub. roku nasz zysk wyniósł 50 mln zł.

– To znakomity wynik.
– Proszę pamiętać, że działamy w cyklu wieloletnim. W ub. roku kończyliśmy inwestycje rozpoczęte w 2007 roku. Jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż większość konkurentów, dla których kilkumiesięczne nieoczekiwane opóźnienia w rozpoczęciu inwestycji mogą stanowić kwestię: „Być albo nie być”. Należąc do tak dużej i silnej grupy kapitałowej możemy spokojnie patrzeć w przyszłość. Cykl koniunkturalny jest dla nas normalnym elementem biznesu, nie wpadamy w panikę gdy krzywa opada w dół, ale też nie ulegamy hurraoptymizmowi, gdy rośnie ssanie rynku.

– Co decyduje o cenie metra kwadratowego mieszkania?
– Najlepiej zilustrować to na przykładzie Warszawy: 3,3 tys. zł to wykonawstwo, 1,5 tys. zł cena gruntu, projektowanie – 150 zł. Doliczyć do tego trzeba finansowanie kredytu i różne poboczne koszty. Przy niewielkiej marży – metr kwadratowy musi kosztować 6 – 6,5 tys. zł. Taniej już nie będzie. Atrakcyjne działki w Warszawie kosztują od 1 do 30 tys. zł za mkw. W przypadku budynku czterokondygnacyjnego stosunek powierzchni mieszkalnej do gruntu to 1:1. Dlatego tak wielką wagę przykładamy do funkcjonowania naszego „Banku ziemi”. Niektórzy z naszych konkurentów, którzy w okresie boomu kupowali zbyt drogie działki, nie dali sobie rady na rynku.

– W takim razie 7-8 tys. zł za mkw. mieszkania w centrum Warszawy oznacza dobry interes?
– Kupione za taką kwotę lokum na pewno szybko samo na siebie zarobi. Wspomniałem wcześniej o naszym osiedlu przy ul. Zawiszy w Warszawie. Pierwsze mieszkania sprzedawaliśmy za 3,2 tys. zł za mkw., a ostatnie za 5,6 tys. zł. Na rynku wtórnym kosztują 8 tys. zł za mkw.

– Ile prowadzi pan obecnie inwestycji?
– Cztery w Warszawie, dwie w Krakowie i jedną w Poznaniu. Oferujemy około 1000 mieszkań, z czego 50 gotowych. Klienci, którzy podpiszą z nami wcześniej umowy, mogą liczyć na lepsze ceny. Średnio czekają na klucze 18 miesięcy. Płacą zwykle 10 proc. na wstępie, 90 proc. – przy odbiorze mieszkania. Podobnie wygląda zwykle rozkład finansowania: 10 proc. środków własnych i 90 proc. – kredyt hipoteczny. Zgodnie z naszym sloganem – dotrzymujemy obietnic. Nigdy się nie spóźniamy, nie zmieniamy zasad gry, realizujemy dokładnie to, na co się umówiliśmy. W Internecie nasze realizacje zestawiamy z wizualizacjami projektów. To naoczny dowód, że jest tak, jak być powinno. I jeszcze jedno – nasz kapitał zakładowy jest wyjątkowo wysoki – to 700 mln zł. To dodatkowa gwarancja dla klientów.

– Jakimi zasadami kieruje się pan jako manager?
– Nie zmieniam ich od kilkudziesięciu lat. Dla mnie najważniejsze jest to, by nie zmuszać współpracowników do realizacji określonego planu, ale pokazywać im, że warto podjąć określony wysiłek. Nie można kierować zespołem, jeśli nie umie się pociągnąć ludzi za sobą. Co więcej – trzeba nawzajem się inspirować.

– Pracował pan w wielu firmach i krajach.
– Studiując mechanikę na Politechnice Warszawskiej marzyłem o tym, żeby podróżować. Tej szansy nie dała mi – notabene bardzo ciekawa – praca w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku. Przeniosłem się więc na 13 lat do Budimeksu, który w czasach PRL prowadził wiele inwestycji za granicą. Chociaż byłem bezpartyjny, szybko zostałem skierowany do Czech. Potem – dzięki znajomości języka angielskiego – trafiłem na kilka lat do Iraku. Pracowałem też w Bułgarii i Grecji. Kiedy wróciłem do kraju, rozpoczął się okres Solidarności. Pomimo działalności w strukturach tego związku, nie straciłem pracy. Przez trzy lata odbudowywałem irańską elektrownię w Achwal uszkodzoną podczas konfliktu kuwejckiego. Moje przygody z czasu pracy zagranicą mogłyby złożyć się w książkę pełną anegdot. Przeżyłem mnóstwo zabawnych, ale też mrożących krew w żyłach, przygód. Nigdy nie zapomnę czarnego deszczu który spadł, gdy płonęły wieże wiertnicze w Kuwejcie.

– Najciekawsze doświadczenie managerskie z tego okresu?
– W Iranie zastrajkowali kiedyś nasi miejscowi pracownicy, którym nie mogliśmy wypłacić pensji, ponieważ czekaliśmy na przelew od innej firmy. Biorąc pod uwagę realia tego kraju, sytuacja z godziny na godzinę stawała się coraz bardziej napięta. Interwencja lokalnej policji mogła skończyć się tragedią. W związku z tym poszedłem do strajkujących i szczerze wyjaśniłem im, na czym polega problem. Zapytali – gdzie jest siedziba naszego dłużnika i poszli protestować pod jego biuro. Tego samego dnia otrzymaliśmy przelew.

– Pracował pan również dla kilku korporacji.
– Zaczęło się to od przygody z Makro Cash & Carry, gdzie przez 3 lata pełniłem funkcję szefa rozwoju w Polsce. W praktyce oznaczało to, że począwszy od 1994 roku od podstaw budowałem biznes. Kupowałem tereny, nadzorowałem inwestycje. Potem, przez kolejne 2,5 roku zajmowałem się tym samym w Praktikerze, by przejść do koncernu Ahold, który uruchamiał sieć sklepów „Albert”. Jedną z inwestycji realizował Budimex Dromex, gdzie jednym z szefów był mój dawny kolega. Zapytał: „Czy słyszałeś, że będziemy zajmować się deweloperką, ale szefa jeszcze nie mamy”. I tak po raz drugi znalazłem się w Budimeksie. Gdyby dodać moich pierwszych 13 lat do obecnych 12 – przepracowałem w firmie ćwierćwiecze. I nigdy się nie nudziłem…

Co lubi Henryk Urbański?

Pióra – Od 15 lat używa pióra Montblanc
Ubrania – Lagerfeld, styl klasyczny
Wypoczynek – zimą narty we Włoszech. Podczas letnich wakacji wspólnie z żoną podróżują po świecie – najchętniej indywidualnie z plecakami. W ten sposób odwiedzili m.in. Peru, Meksyk i Laos. Często wyjeżdża do Nałęczowa, gdzie jego żona planuje uruchomić mały pensjonat
Kuchnia – polska
Restauracja – Dyspensa w Warszawie
Samochód – Obecnie volvo V70, choć bardziej lubił subaru outback za spokojną stylizację i sportowy charakter
Hobby – literatura, najchętniej rozrywkowa – np. Ken Follett – czytana w oryginale, żeby nie tracić kontaktu z językiem angielskim. Dużo uwagi poświęca psu rasy polski owczarek nizinny

Dariusz Blocher

Rozmowa z Dariuszem Blocherem, Prezesem Budimex SA

– Kryzys ciągle atakuje, a Budimex się rozwija. Jak to możliwe?
– Rzeczywiście, w okresie 2009-10 odnotowaliśmy 30-procentowy wzrost przychodów. Dzięki zyskowi na poziomie 267 mln zł znaleźliśmy się na pierwszym miejscu wśród spółek budowlanych na GPW, wyprzedzając PBG. Warto podkreślić, że chociaż nasza firma rozwijała się dotąd organicznie, zwiększyliśmy zatrudnienie o 10 proc. Na tym jednak nie koniec. Postawiliśmy na dywersyfikację działalności.

– Ostatnio sporo mówi się o przejęciu przez was od PKP Przedsiębiorstwa Napraw Infrastruktury.
– Warunkiem powodzenia tej transakcji jest pozytywny wynik due diligence. PNI to największa w Polsce firma specjalizująca się w naprawach linii kolejowych. Zatrudnia 1 700 osób, dysponuje specjalistycznym, choć wysłużonym, parkiem maszynowym. Zdecydowaliśmy się zapłacić 225 mln zł, choć wyniki PNI nie są dobre. Krótko mówiąc – „kupujemy przyszłość”, zakładamy, że nasze know-how oraz możliwości inwestycyjne pozwolą szybko zwiększyć przychody tego  przedsiębiorstwa do 1,5 mld złotych i w dwa lata osiągnąć rentowność netto na poziomie 4 proc. Oznacza to dla nas również możliwość podjęcia działalności w sektorze, który musi się rozwinąć. Sieć kolejowa w Polsce wymaga modernizacji, a inwestycje w tej dziedzinie będą nadal dofinansowywane ze środków Unii Europejskiej. Dotacje na polską infrastrukturę będą dzielone w proporcji: 60 proc. drogi, 40 proc. koleje, a nie jak obecnie: 90 proc. do 10 proc. Tak więc nie powinniśmy narzekać na brak zamówień. Chciałbym podkreślić, że sfinalizowanie transakcji będzie oznaczało naszą pierwszą akwizycję po wejściu Budimeksu do Grupy Ferrovial. Dotychczas realizowaliśmy inną strategię rozwoju biznesu.

– Czy nie obawia się pan trudnych rozmów z kolejowymi związkami zawodowymi, które nie przebierają w środkach, dzięki czemu zyskują rozgłos medialny.
– Nie można mieć pretensji do związkowców, że bronią miejsc pracy. Nie da się ukryć, że PNI, podobnie jak kiedyś Budimex, czeka reorganizacja. Proszę pamiętać, że nasza firma cały czas przyjmuje nowych pracowników, więc zamiast zwalniać, możemy proponować zmianę stanowiska. Co więcej – jesteśmy w stanie zaproponować pakiety osłonowe, jakie rzadko pojawiają się na naszym rynku, np. 30-miesięczne odprawy. Dlatego też uważam, że akwizycja PNI powinna szybko przynieść oczekiwane rezultaty.

– Czy planujecie ekspansję zagraniczną? Budimex aktywnie działa już na rynku niemieckim.
– Rzeczywiście, 1 tys. osób, spośród naszej liczącej 5 tys. załogi, pracuje za Odrą. Przeprowadziliśmy analizę kolejnych rynków, ale jej wyniki nie były zachęcające. Najwięcej przemawia za Rumunią, ale silny kontrargument stanowi korupcja. W Bułgarii trudno byłoby nam konkurować z dominującymi tam firmami tureckimi. Z kolei Rosja i Ukraina to rynki przeregulowane, co skutecznie odstrasza poważnych graczy. W związku z tym w perspektywie 2-3 lat będziemy rozwijali naszą działalność w Polsce, wchodząc w nowe dla nas sektory.

– A przecież naszą specjalnością jest właśnie przeregulowanie i niestabilność, co najlepiej widać na przykładzie budowy dróg.
– Obecnie realizujemy kilka dużych kontraktów w tym segmencie budownictwa. Rzeczywiście – jest to dziedzina, w której wykonawcy poruszają się po coraz cieńszym lodzie. Jeszcze 4 lata temu w przetargach normę stanowił 30-miesięczny termin realizacji inwestycji plus 6 miesięcy przerwy zimowej. Wkrótce potem skrócono czas do 24 plus 6 miesięcy. Obecnie są to już tylko 24 miesiące, ale bez przer­wy zimowej. To naprawdę niewiele, zwłaszcza gdy żąda się od wykonawcy, by ukończył prace na 3 miesiące przed terminem, by umożliwić urzędnikom… odbiór techniczny drogi. Uprzedzając pytanie – wywiązujemy się z tych wymogów i na pewno ukończymy na czas nasz odcinek A-2 Pruszków-
-Konotopa. Nie wiem, czy wszyscy wykonawcy sobie z tym poradzą przed Euro 2012, ale przecież pojawiła się furtka pod nazwą „przejezdność”.

– Dlaczego Budimex nie przejął robót przerwanych przez Chińczyków?
– Braliśmy pod uwagę taką możliwość. Wcześniej obserwowaliśmy uważnie realizację tego kontraktu. Przeważała opinia, że miał on dla chińskich wykonawców znaczenie prestiżowe, skoro już na wstępie skłonni byli dołożyć 100 mln dol. Myślę, że prawda była inna – o porażce zadecydowało błędne zarządzanie. W Chinach kontrakt to dokument bazowy, który w trakcie prac ulega licznym modyfikacjom. Zwykle zleceniodawca akceptuje kolejne dopłaty i korekty terminów. Podobnie zresztą wygląda to w Hiszpanii. Żadna firma nie chce dopłacać do interesu, a – powiedzmy to otwarcie – dobry PR związany z budową w Polsce nie miał dla Chińczyków wielkiego znaczenia. Analizując możliwość przejęcia prac na A-2 stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w stanie spełnić wyśrubowanych warunków, które dotychczas stawiała Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Rozesłała ona do zainteresowanych firm ankietę zawierającą 9 pytań, na które należało odpowiedzieć twierdząco, żeby wejść do gry. Zdecydowaliśmy się powiedzieć 7 razy tak.

– Dlaczego nie zaryzykowaliście – jak konkurencja – licząc na akceptację „przejezdności” autostrady i dokończenie prac już po mistrzostwach?
– Ryzyko takiego rozwiązania było zbyt duże, firma taka jak nasza nie może sobie pozwolić na niejasne sformułowania w umowach i liczenie na „ jakoś to będzie”. Obecnie, po kilku miesiącach, widzę, że kryzys spowodowany przez wycofanie się Chińczyków miał jednak pozytywne skutki. Coś przełamało się na linii GDDKiA – wykonawcy. Pojawiła się wreszcie szansa, by zaczęły wygrywać najlepsze, a nie najtańsze oferty. Przy okazji skróciły się terminy płatności. Rzekłbym, że nastąpiła zmiana mentalnościowa, wreszcie okazało się, że najważniejsze jest szybkie udostępnienie dróg użytkownikom przy zachowaniu wymaganej jakości. Dobrze rozumiane kryterium „przejezdności” też nie powinno stanowić problemu. Przecież to, że np. stacje benzynowe zostaną zbudowane, gdy droga będzie użytkowana, to drugorzędna kwestia. Potrzebne są jeszcze zmiany w przepisach dotyczących zamówień publicznych oraz formy umów z wykonawcami.

– Budimex jest jedną z nielicznych firm, które deklarują poważne działania w ramach PPP, czyli Partnerstwa Publiczno-Prywatnego, który to skrót ma z życia wzięte rozwinięcie: „Potem Przyjdzie Prokurator”.
– Pewnych przedsięwzięć nie można realizować w inny sposób niż w ramach PPP. Zdecydowaliśmy się zdobyć czołową pozycję na rynku usług miejskich, zwanych też Urban Waste Management. Nasza firma-matka Ferrovial zdobyła bogate doświadczenia w tej dziedzinie w Hiszpanii. Ciekawy jest przykład Barcelony, którą obsługują trzy przedsiębiorstwa komunalne. Każde z nich ma inne pojemniki, ale zawsze wyposażone w nadajnik GPS, który sygnalizuje, czy kontener jest pełny i trzeba go wywieźć. Opłata za tę usługę jest pobierana w ramach gminnego podatku. Dzięki temu rozwiązaniu zniknęły dzikie wysypiska, a liczba legalnie usuwanych śmieci wzrosła aż dwukrotnie. Łatwo sobie wyobrazić, ile odpadków trafiało wcześniej do lasów, jezior czy też przydrożnych rowów. Dzięki know-how, które mamy, możemy być znakomitym partnerem dla gmin. W tej branży musi nastąpić konsolidacja. Już wkrótce nie będzie się opłacał sam wywóz, ale cały proces odbioru, segregacji i utylizacji śmieci. Oprócz wysypisk muszą powstać spalarnie spełniające normy ekologiczne. A zbudować ich nie da się inaczej niż właśnie w ramach PPP. W Polsce potrzebnych będzie przynajmniej 18 dużych spalarni. Jesteśmy w stanie część z nich zbudować i to w dodatku w taki sposób, by nie budziły protestów mieszkańców. O tym, że jest to możliwe, świadczą lokalizacje nowoczesnych spalarni na plaży koło Barcelony oraz w centrum Wiednia.

– Warto pamiętać, że tego typu spalarnie są przy okazji elektrowniami.
– Wiąże się z tym kolejny z kierunków dywersyfikacji Budimeksu. Zdecydowaliśmy się zaangażować w realizację inwestycji energetycznych. Tym razem nie tylko w roli firmy budowlanej, ale generalnego wykonawcy. Połączyliśmy siły z dużymi graczami, którzy dostarczają kotły i turbiny. Przed 30. laty nasza firma działała już w tej branży, realizując liczne obiekty za granicą. Dziś musimy ten biznes budować od podstaw; jest to bardzo obiecujący kierunek ze względu na dużą skalę inwestycji.

– Z jakimi zmianami w dziedzinie zarządzania łączy pan obecne sukcesy Budimeksu?
– Po pierwsze, wiadomo kto za co odpowiada, a pracownik w ramach swoich kompetencji może podejmować realne decyzje. Odpowiedzialność i zaangażowanie wzmacnia płaska, jak na tak dużą firmę, struktura organizacyjna. Jeśli dodamy do tego centralizację zakupów, rozwój myśli technicznej, ale także atmosferę współpracy, zdrową ambicję i pracowitość, to przepis jest gotowy. Szczegóły receptury pozostaną jednak naszą tajemnicą. Niestety, jak w każdej działalności, wśród sukcesów zdarzają się także porażki związane właśnie z brakiem odpowiedzialności i szczerości pracowników.

Co lubi Dariusz Blocher?

Zegarki – Maurice Lacroix
Pióra – używa długopisu Montblanc, który ceni nie tylko za formę, ale też za ergonomię
Ubrania – styl włoski, nie nosi białych koszul. Ulubione marki: Boss, Stenstorms oraz Lantier (z Grupy Vistula)
Wypoczynek – zwiedzanie świata. Postanowił zmienić model wypoczynku, zamiast na 2 tygodnie, wyjeżdża na kilka dni, ale za to częściej. Ostatnio był w Chinach. W Polsce najbardziej lubi Sopot, i to o każdej porze roku
Kuchnia – japońska oraz włoska, z wyjątkiem… makaronów
Restauracja – ostatnio najchętniej odwiedza „Bistro de Paris” i „R20” na ul. Rozbrat w Warszawie
Samochód – „Jeżdżę służbowym hybrydowym SUV-em Lexusa RX450, który nieźle radzi sobie na placach budów, choć mam pewne zastrzeżenia, dotyczące zwłaszcza napędu na tylne koła.”
Hobby – codziennie wieczorem, około godz. 22.00 razem z żoną odbywa intensywny spacer z kijkami do Nornic Walking. Stara się też w miarę wolnego czasu grać w tenisa i jeździć na rowerze

Andrzej Person

Rozmowa z przewodniczącym Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami Za granicą, senatorem Andrzejem Personem


– Czy rozpoczniemy od sportu, czy też od spraw dotyczących pańskiego obecnego stanowiska w Senacie, czyli problematyki emigracji i Polonii zagranicznej?

– Obie te sfery są bliskie memu sercu. I sport i losy Polonii rozsianej po całym świecie.

– Czy jest taki skrawek świata, którego pana serce nie obejmuje, czyli tam, gdzie nie mieszkają Polacy?
– Zaskoczył mnie pan tym pytaniem. Ale chyba rzeczywiście nie ma takiego punktu na globusie. Statystki podają, że od 17. nawet do 20. milionów rodaków mieszka poza Polską. Niektórzy są już czwartym, nawet dalszym pokoleniem po uchodźcach po powstaniach narodowych i wojnach światowych. Na Haiti mieszkają potomkowie naszych żołnierzy wysłanych przez Napoleona. Ponad 200 lat! I ciągle przyznają się do polskich korzeni. Zwłaszcza teraz, po tej straszliwej tragedii tej wyspy warto pamiętać, że wielu kolorowych Haitańczyków, którzy nie mówią po polsku, jest naszymi rodakami.

– I Senat ma w sercu wszystkich?
– Staramy się, chociaż, rzecz jasna, nie jest to proste, tak naprawdę nasza Komisja i marszałek Senatu są jakby ministerstwem do spraw Polaków rozsianych po świecie. Wciąż, oczywiście, najważniejsi są dla nas Polacy na Wschodzie, bo oni mieszkają u siebie. Granica się przesunęła, a oni zostali tam, gdzie mieszkali ich dziadowie, rodzice, tam gdzie przez lata była Polska. Na Litwie, Ukrainie, Wileńszczyźnie. Oni wszyscy są Polakami, natomiast dla osób, które wybrały inne miejsce do życia, przyjęliśmy od lat określenie Polonia.

– I matecznikiem tej Polonii świata jest USA, zwłaszcza Chicago?
– Już chyba nie. Nowa emigracja, która od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej wyjechała, żeby poprawić sobie sytuację ekonomiczną, to dzisiaj blisko dwumilionowa armia. Madryt, Rzym, Paryż, Glasgow, ale przede wszystkim Londyn, to nowe stolice naszej diaspory. Oczywiście, Polonię amerykańską darzymy ogromnym szacunkiem, pamiętając jak wiele pomagała Polsce w ponurych latach minionej epoki. Ich patriotyzm, podtrzymywanie narodowej tożsamości i tradycji zawsze będą godne podziwu.

– Obok prac w Senacie, dziennikarstwa sportowego, gdzieś pojawia się mocna więź, wielokrotnie powtarzana publicznie, z rodzinnym Włocławkiem.
– Pochodzę z Włocławka, tam się urodziłem i spędziłem dzieciństwo. Szkołę wspominam lepiej niż uniwersytet, była cicha i spokojna, nad Wisłą we Włocławku, w mieście robotniczym, kościelnym, pełnym ludzi, którzy osiedlili się tam po wojnie. Byłem uczony przez znakomitych pedagogów, moja nauczycielka dostała legię honorową od prezydenta de Gaulle’a za naukę francuskiego podczas Powstania Warszawskiego na tajnych kompletach! Uczyłem się angielskiego z piosenek Rolling Stonesów, a ze światem łączyliśmy się za pomocą Radia Wolna Europa. Kiedy trochę podrosłem, wyjechałem do wujka do Anglii i przeżyłem szok. Wyjeżdżam z ciężkiej komuny, a tu po ulicach chodzą hipisi i kobiety w minispódniczkach, wszyscy ludzie bardzo wyluzowani i weseli. Tam też byłem na meczu Manchester United, nie będąc wcześniej nigdy na meczu w Polsce! Grał tam Best i inni… Krótko mówiąc, oszołomiło mnie to wszystko do tego stopnia, iż uświadomiłem sobie, że to, co mamy w Polsce, jest lipą, zrozumiałem, że mamy udawane życie, nieprawdziwe.

– Tam też podobno rozpoczęła się przygoda z dziennikarstwem sportowym?
– Paradoksalnie zawód dziennikarza, który zacząłem wtedy wykonywać, był pewnego rodzaju wyzwoleniem. Prawo, które ukończyłem w Toruniu, nie interesowało mnie. Od początku uważałem, że zawód adwokata jest moralnie co najmniej dwuznaczny. Jak „oszukiwać” tę biedną matkę, że syn dostanie 10 lat za pobicie na weselu i aby matka sprzedała krowę, by go ochronić… to przykre. A sport ciągnął mnie zawsze. Bozia nie dała warunków ani talentu, więc stwierdziłem, że można ten sport opisywać – sam sobie w tym pomogłem. Pamiętam pierwszą relację na żywo z budki telefonicznej z Wembley do studia radiowego w Toruniu – to trzeba było mieć naprawdę fantazję. Ale udało się. Czułem, że to jest to, tym bardziej, że widziałem jak wielu fantastycznych ludzi uciekało do dziennikarstwa sportowego, bo nie chcieli pisać o wykopkach i pochodzie 1-majowym.

– Doświadczenie dziennikarza sportowego przydaje się w prowadzeniu spraw polonijnych?
– Bardzo! Wynika to z faktu, że dane mi było uczestniczyć, jako dziennikarz czy też jako rzecznik PKOL-u, w wielu igrzys­kach, mistrzostwach świata i to spowodowało, że sprawy polonijne były zawsze mi bliskie i dobrze znane. Wśród nich sport ma miejsce wyjątkowe. Jak rzadko która dziedzina życia, sport łączy polskie serca i umysły na całym świecie. Przecież jedną z najpiękniejszych tradycji naszej diaspory są Igrzyska Polonijne, podczas których następuje wspaniała integracja Polaków z różnych krajów i różnych pokoleń. Wielu z nich uważa, że przyjeżdżając do Starego Kraju na igrzyska ładują akumulatory polskości na kilka lat.

– Igrzyska to flagowe imprezy polonijne, ale przecież nie jedyne?
– Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o golfie. W sierpniu 2010 r. w Międzyzdrojach już po raz 15. odbył się turniej Polonia Cup. Proszę sobie wyobrazić, że są golfiści, na przykład z Vancouver czy USA, którzy brali udział we wszystkich turniejach. Oczywiście, golf to jest taka ciekawostka, ale dominuje piłka nożna. W Londynie w rozgrywkach trampkarzy i juniorów tego drugiego już pokolenia nowej emigracji, gra regularnie ponad 50 drużyn. W Dublinie polski zespół występuje w rozgrywkach ligowych. W Madrycie w zawodach emigrantów drużyna Andrzeja Janeczki, prezesa tamtejszej Polonii, zawsze lokuje się w okolicach podium. A mogę pana zapewnić – bo oglądałem w ubiegłym roku wspólnie z nieżyjącym, niestety, wielkim fanem piłki, prezesem Wspólnoty Maciejem Płażyńskim, mecze Polaków z Argentyną i Rumunią – że poziom nie odbiegał od polskiej III ligi.

– Wspomniał pan o Londynie jako jednej z nowych „stolic” Polski, można chyba być pewnym, że za rok na igrzyskach nasi olimpijczycy będą czuli się jak w domu.
– Wśród tysięcy młodych i nie tylko młodych Polaków już dzisiaj obowiązuje hasło olimpijskie: „Polacy, gramy u siebie!” Nie mam żadnych wątpliwości, że poza gospodarzami będziemy najgłośniej dopingowaną ekipą w czasie londyńskich igrzysk.

– Pana współpracownicy zgodnie mówią o panu, jako o humaniś­cie. Bliski jest panu, z racji wykonywanych czynności, związek polityki i globalnych przemian społeczno-obyczajowych.
– Ostatnie 25 lat minionego stulecia to rewolucja technologiczna, która przekształciła nasz sposób myślenia, produkcji, konsumpcji i handlu. Dynamiczna globalna gospodarka powoduje zmianę postrzegania czasu i przestrzeni. Na naszych oczach kończy się era przemysłowa. Społeczeństwo przemysłowe XX wieku przekształca się w poprzemysłowe społeczeństwo informacyjne XXI wieku. Jego podstawą jest gospodarka oparta na wiedzy, a zasadniczym zasobem gos­podarczym staje się zasób wiedzy, czyli informacji, i sposób jej wykorzystania. Wiedza staje się substytutem bogactw naturalnych, środków produkcji, pracy ludzkiej i kapitału.

– Państwo cywilizacji informacyjnej to państwo zdecentralizowane, zarządzane lokalnie.
– Tak, u jego podstaw leży społeczeństwo obywatelskie z jego oddolnymi inicjatywami, istotną rolą lokalnych mediów czy biznesów, a także współpracy między nimi. Model państwa sieciowego to, zdaniem wielu, Unia Europejska, która daje ogromne szanse tożsamościom indywidualnym i grupowym. Stwarza im możliwość współpracy, buduje otwartość na inne kultury.


– Wróćmy do sportu. XX wiek nazwany został przedziwnym stuleciem sportu. Co zatem powiedzieć można o obecnych czasach, gdy igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa świata w futbolu, albo wielki szlem tenisowy zaprzątają uwagę całego świata?
– W czasach państwa informacyjnego, gdy trzej najbogatsi ludzie świata mają dochody równe 48 państwom liczącym 600 milionów ludności, myślę, że jedynie sport daje równe szanse wszystkim. Już ponad pół wieku obserwuję rolę i miejsce sportu we współczesnym świecie. Nie mam wątpliwości, że z roku na rok jesteśmy coraz bardziej dumni ze swoich mistrzów, coraz więcej poświęcamy im uwagi. Informacje o nich zajmują już nie ostatnie, ale pierwsze strony gazet, a popularność bije na głowę polityków i celebrytów. A przecież jeszcze ciekawsza od zwycięstwa, z punktu widzenia obserwacji socjologicznej i politycznej, jest porażka. Prezydent oburza się na norweskich sędziów piłki ręcznej, którzy, zdaniem opinii publicznej, a więc i prezydenta, nie sprzyjali Polakom w meczu z Chorwacją. Do dyskusji narodowej włączają się wszyscy, łącznie z premierem. Bo taka dzisiaj jest waga sportu. Po kilkunastu dniach ten sam prezydent wysyłał telegramy gratulacyjne najpopularniejszej Polce, Justynie Kowalczyk. Zresztą nic w tym złego, tak robi cały polityczny świat. A my, oczywiście, też będziemy się tak samo cieszyć, gdy najszybciej na nartach ponownie pobieg­nie radosna dziewczyna z Kasiny Wielkiej.

– Podtrzymuje pan tezę, zawartą w tytule pańskiej książki, że to jednak sport rządzi światem?
– W pewnym sensie tak. Nasi przeciwnicy, delikatni esteci złośliwie mówią, że jest to ogłupianie społeczeństwa, ale to piłka i sport jednak rządzą. Widzieliśmy, co działo się w Zurychu, gdzie decydowały się losy organizacji Mundialu, ile zamieszania przy tym powstało. Anglicy chcieli udowodnić, że cały ten proces jest przestępstwem… A tymczasem sport dla wielu ludzi jest ładowaniem akumulatorów.  Kiedyś byłem z wizytą oficjalną w Brazylii. Pamiętam, że kiedy skończyliśmy już rozmawiać o sprawach gospodarczych i politycznych, to dopiero zaczynała się poważna rozmowa, dotycząca oczywiście piłki nożnej, a nie gospodarki. Trzeba być tam wielkim ekscentrykiem, aby w tym momencie powiedzieć, że sport mnie nie interesuje. Taka piłka nożna przynosi więcej dochodów niż kawa w Brazylii! Pamiętam, że kiedyś, w czasach komuny, funkcjonowało stwierdzenie „Kiedy Górnik lepiej gra, to górnicy lepiej fedrują węgiel” – i było w tym sporo prawdy. Wszyscy się pasjonowali zabrzańską jedenastką. Potwierdza to historia słynnego górnika, który był uwięziony dłuższy czas pod ziemią i pierwsze pytanie, jakie zadał po uratowaniu, to „Czy Górnik wygrał?” Zdaję sobie sprawę z tego, że humaniści krzywią się, iż cywilizacja nie wymyśliła nic nowego. Sport jest większą religią niż sama religia. Sport niesie też dobre wartości, bo nie prowadzi do aż takiej radykalizacji postaw jak ideologia, jednak czasem też przeradza się, niestety, w niebezpieczne sytuacje, mam tu na myśli ustawki i rozróby kiboli.

– Czy właśnie aspekty: ekonomiczny i obyczajowy powodują, że sport jest ważniejszy od polityki?
– Oczywiście, trochę przesadzam, sport jest bardzo ważny, ale nie najważniejszy, dziś światem rządzą media, które w dodatku epatują informacjami negatywnymi, to już nie są czasy pozytywnego przekazu… Dziś czuję, że powoli się tęskni za tym, żeby usłyszeć coś miłego. Od rana słyszymy o kolejnej tragedii. Jeśli nikt nie zginął, to już po pół godzinie jest po informacji, jeśli ktoś zginął, to strasznie się tym podniecamy, no i mamy zapełniony program stacji przez pół dnia.

– Czyli to czwarta władza de facto rządzi?
– Dziś bez mediów nie można odnieść sukcesu i odwrotnie, media mogą człowieka pogrążyć. Nikt nie pokonał mediów, są one straszną władzą. Jeśli są źle wykorzystywane, to niedobrze, z kolei jeśli zakłada im się kaganiec, to też nie najlepiej. Dziennikarz powinien mieć trochę samokontroli, aby ludziom nie robić krzywdy, podawać sprawdzone informacje. Przecież zwykle przeprosiny czy sprostowania, umieszczane gdzieś na marginesach, są niewspółmiernie małe do krzywd. Media mogą wszystko wykreować, całą rzeczywis­tość i tak się działo już od czasów bardzo odległych. Ktoś, kto chce funkcjonować publicznie, musi zaakceptować media. Tak więc konkretyzując – dziś najważniejszy jest ten, kto produkuje informacje, przecież widzimy, że nieważne czy pomnik jest ładny czy brzydki, ale ważne, jak go opiszą i niestety, trzeba to akceptować. Zanikła pewna kultura, kiedy ktoś był ważny, bo kontynuował wieloletnią tradycję rodzinną, czy mógł poszczycić się osiągnięciem, teraz ludzie są ważni, kiedy się o nich mówi.

– A może coś optymistycznego na koniec, panie senatorze?
– Jestem ogromnym optymistą, jednak swojemu losowi trzeba trochę pomóc. Potrzebujemy więcej optymizmu! Różnica między Paryżem a Warszawą jest taka, że tam ludzie się uśmiechają, a tu nie. Trzeba mieć też pomysł na życie. Jakikolwiek by on był, najbardziej nawet szalony, chociażby się wszyscy śmiali, to jeśli konsekwentnie będzie się dążyć do celu – jest szansa by go zrealizować.

Co lubi Andrzej Person?

Zegarki – Omega
Pióro – Montblanc
Wypoczynek – tam gdzie można grać w golfa, Międzyzdroje, Floryda
Kuchnia – włoska, azjatycka i polska
Samochód – „Lubię marki francuskie.”
Hobby – zdecydowanie golf

Krystian Poloczek

Kystian Poloczek od początku swojej kariery widzi potencjał w handlu międzynarodowym. Jest biznesmenem, który potęgę swojej grupy spółek zbudował właśnie na relacjach sięgających daleko poza granice rodzimego kraju.

Urodził się w Polsce, wychował w Niemczech, gdzie skończył studia prawnicze. Biznesu uczył się w Hiszpanii. Obecnie swoje przedsięwzięcia prowadzi w wielu krajach, także daleko od Europy. Doskonałe wyczucie rynku, znalezienie potencjału przedsięwzięć, znajomość kilku języków obcych to część z licznych umiejętności szefa spółek Iberia Motor Capital Group – wyłącznego importera marki SEAT na tę część Europy.

Z FC Barcelony do Legii
– Związanie z firmą SEAT było naturalną konsekwencją mojej pracy w Barcelonie – wspomina K. Poloczek. – Trafiłem tam po raz pierwszy tuż po wejściu Hiszpanii do Unii Europejskiej. Wpadłem na pomysł, żeby przeznaczyć wszystkie oszczędności na zakup Mercedesa, którego odsprzedałem tam z dużym zyskiem. Niedługo później wysyłałem z Niemiec już całe transporty z samochodami.

W tym okresie, K. Poloczek poznał przyszłego wspólnika, Francesco Venturę, który był największym dealerem SEAT-a w Hiszpanii, a zarazem jednym z szefów FC Barcelona. To właśnie od niego młody przedsiębiorca nauczył się najwięcej. – Gdy w Polsce zaczęły się zmiany ustrojowe, przyjechaliśmy do Warszawy na mecz Legii Warszawa z „Barcą”. Po powrocie szybko zdecydowaliśmy otworzyć biznes nad Wisłą. W Polsce było już kilku importerów, ale brakowało SEAT-a. Do naszej spółki dołączył trzeci udziałowiec, mój przyjaciel z Niemiec, Sven von der Heydel. W trójkę założyliśmy Iberia Motor Company.

Zanim hiszpańska marka na dobre zadomowiła się na polskim rynku, wspólnicy imali się różnych biznesów – od sprzedaży cytrusów, poprzez handel demonstracyjny, który wówczas w naszym kraju w ogóle nie był znany. Konsekwentne określenie celów z czasem zaczęło przynosić efekty w postaci ros­nącej sprzedaży samochodów, a tym samym coraz lepszych zysków.

– Sprzedaż szła bardzo dobrze – mówi K. Poloczek. – Udało nam się jednak zostać wyłącznym przedstawicielem SEAT-a i tak pozostało do dziś. Aktywność marketingowa firmy, która była głównym sponsorem warszawskiego klubu Legia – przekładała się na rosnący udział w rynku.  Motoryzacyjna pasja K. Poloczka to nie tylko auta – od zawsze pasjonowały go motocykle. Nic więc dziwnego, że został przedstawicielem marki Harley Davidson. – Spółka miała swoje korporacyjne metody sprzedaży. W Polsce jednak tricki, polegające na kilkugodzinnym budowaniu entuzjazmu klientów poprzez soczyste wystąpienia, nie zdają egzaminu. Podjąłem decyzję o sprzedaży firmy – podsumowuje K. Poloczek.

Teraz Wschód
Doświadczenie szefa Iberii w budowaniu biznesu w krajach transformacji ustrojowych pchnęło go na Wschód. Obecnie jego firmy z grupy Iberia Motor Capital Group mają przedstawiciels­twa w kilku krajach tej części Europy. Od niedawna jest też stałym gościem w fabrykach chińskich.

– W każdym kraju specyfika biznesu jest inna. Zawsze powtarzam, że Niemcy myślą o przyszłości, Hiszpanie o dniu dzisiejszym, Polacy, niestety, żyją dniem wczorajszym. Z kolei Azjaci ukierunkowani są na przyszłość, ale wybiegają znacznie dalej niż Niemcy. Wielu krajom azjatyckim jeszcze daleko do systemu kapitalistycznego, niemniej można się wiele od nich nauczyć. W Polsce mieści się główna siedziba spółki. K. Poloczek oddał władzę zaufanym managerom, sam poświęcając się nowym wyzwaniom.

– Mimo że w Polsce dajemy pracę wielu osobom, nasz kraj, niestety, w tym nie pomaga – podkreśla K. Poloczek. Nie chce się wypowiadać na temat polityki i krajowej gospodarki, mając jednak do czynienia z biznesem w wielu krajach, zarządzanie gospodarką w Polsce ocenia krytycznie. Jednym z wyzwań – trudnych do wyobrażenia w starych demokracjach – były zarzuty jakie postawił przedsiębiorcy były pracownik. Sprawa trafiła do sadu. Obecnie sąd drugiej instancji uchylił je stwierdzając brak podstaw zarówno merytorycznych i formalnych, co nie zmienia faktu, że tego rodzaju wydarzenia każdego narażają na stres i stratę czasu…

Mimo różnych tego rodzaju trudności, biznesmen potrafił stworzyć spółki odnoszące sukcesy na naszym rynku. Dobrym przykładem jest Sixt Rent a Car Polska. Flota ponad 1 000 samochodów w Polsce, stawia Sixt wśród największych wypożyczalni samochodów w kraju. Potwierdzeniem sukcesu był m.in. tytuł Gazeli Roku 2008, dla najlepiej rozwijającej się firmy w województwie mazowieckim, a drugiej pod tym względem w całym kraju. Bardzo dobrze prosperuje również LOGIS S.A. – jedno z największych centrów logis­tycznych w centralnej Polsce. Spółka specjalizuje się m.in. w wynajmie powierzchni magazynowych oraz imporcie na polski rynek produktów marki Recaro – jednego ze światowych liderów produkcji foteli dla transportu samochodowego i lotniczego oraz sportów.
Znajomość rynku oraz duże zatrudnienie we własnych firmach pchnęło

K. Poloczka do aktywnej działalności na rzecz pracodawców i pracowników. Jest obecnie wiceprezydentem Konfederacji Pracodawców Polskich jak również przewodniczy Komitetowi Doradczemu Przemysłu i Biznesu przy OECD. Zdaniem szefa Iberii, działalność w takich stowarzyszeniach daje mu poczucie wpływu na jakość zatrudnienia oraz wiarę w konkretny dialog pracodawców i polityków. Sam jednak odcina się od bezpośredniego zaangażowania w politykę.

– Mam jeszcze sporo do zrobienia – stwierdza przedsiębiorca. – Widzę potencjał w nowych dziedzinach przemysłu, ale też w motoryzacji. Dlaczego miałbym przestać działać, skoro praca od zawsze dostarcza mi emocji? A to chyba jest najważniejsze, niezależnie od wcześniejszych dokonań.

Znany z wielkiej energii K. Poloczek nie zdradza swoich najbliższych planów. Jednak wiemy, że szykuje kolejne projekty na polskim rynku. Osobiście angażuje się w te przedsięwzięcia – rezerwując sobie kierowanie nimi zwłaszcza w pierwszej fazie. Kiedy zwolni? Nie wiadomo, pewnie nigdy…

Hannes Pantli

Rozmowa z Hannesem Pantlim, członkiem Zarządu IWC Schaffhausen

– Na lotnisku w Zurychu widziałem ogromny billboard z napisem – „Witajcie w Zurychu, przedmieściu Schaffhausen”…
– To nietypowy sposób promocji naszej marki. Ale prawdą jest, że IWC promuje Schaffhausen na cały świat. Bez naszej marki ta urocza, nadreńska miejscowość nigdy nie miałaby takiej renomy w świecie. Ten billboard jest wykonany trochę á rebours, bo większość ludzi biznesu i turystów ląduje właśnie w Zurychu. Ten plakat jest wielkim sukcesem marketingowym, zapada w pamięć i na długo tkwi w podświadomości. Wielką rolę w promocji miasta naszej marki doceniły i doceniają władze regionu. Otwarcie podkreślają, że żadne akcje promocyjne miasta i regionu nie uczyniły skutecznie tak dużo, jak IWC. Ale władze Schaffhausen okazują nam na każdym kroku wdzięczność, np. proponując kupno kolejnych działek budowlanych pod nasze nowe manufaktury. To bardzo korzystne dla wszystkich stron.

– W Polsce jesteście bardziej rozpoznawalni jako Schaffhausen niż jako IWC.
– To ma swoje korzenie historyczne, wywodzące się jeszcze z czasów Cesarstwa Austro-Węgierskiego. My w jakiś sposób też znajdowaliśmy się w orbicie jego wpływów. Dlatego nasze zegarki znane były w Polsce, Czechach, na Węgrzech i oczywiście w samej Austrii. Jednak nazwa zegarka zawsze była taka sama IWC Schaffhausen. Ale tak się jakoś przyjęło, że opuszczano skrót i wymawiano tylko nazwę miasta.

– A skąd się brały państwa zegarki w Polsce lat 70.
– One były tam już wcześniej. Jak wspomniałem wcześniej, za sprawą Austriaków. Sądzę, że było to pod koniec XIX wieku. W latach 30. ubiegłego stulecia, kiedy w Niemczech niebezpiecznie rozwijał się nazizm, z terenów ówczesnej Polski, Rosji i Czech, w obawie o swoją przyszłość, wyemigrowało wielu obywateli pochodzenia żydowskiego. I to dzięki nim nasze zegarki dotarły poprzez Chiny do Japonii. H. Goldstein dystrybuował naszą markę w Kraju Kwitnącej Wiśni. I to z takim sukcesem, że po 1949 roku staliśmy się liderem tego rynku. Ale bardziej zabawna historia związana jest z eksportem IWC do Polski i Czech. Otóż na początku lat 70. za pośrednictwem firmy Siber Hegner z Zurychu, która robiła przez wiele lat interesy z Polską, wysyłaliśmy ok. 200 zegarków rocznie do Polski. Był to tzw. handel wymienny, dziś zwany barterem. Siber Hegner otrzymywał tekstylia polskie i w rozliczeniu wysyłał zegarki IWC Schaffhausen. Gdzieś w tym czasie odwiedziłem Polskę, nie kryjąc swojej ciekawości, jak takie luksusowe dobra pozycjonują się na rynku, co by nie mówić, komunistycznym. Ku mojemu zdziwieniu w żadnym ze sklepów firmy „Jubiler” nie zauważyłem w gablotach naszych wyrobów. Jak się później dowiedziałem, tych kilka tysięcy sztuk zostało rozdystrybuowanych wśród ówczesnej elity partyjnej i gospodarczej oraz służby bezpieczeństwa. Tak samo było zresztą w Czechach. Mnie, żyjącemu w wolnym świecie Szwajcarowi, nie mieściło się to wtedy w głowie.

– Istniały podobno zakusy, aby z nazwy wyeliminować nazwę Schaffhausen i pozostawić jedynie IWC.
– Jesteśmy do tej nazwy bardzo przywiązani, choć jest ona, przyznaję, bardzo skomplikowana dla zagranicznego klienta czy odbiorcy. Bywa niejednokrotnie przekręcana, inaczej wymawiana nawet w poszczególnych kantonach szwajcarskich. Pojawili się jakiś czas temu zwolennicy zmiany nazwy na IWC, argumentując, że oto istnieje BMW czy IBM i te skróty są wystarczająco dobrze rozpoznawalne. Osobiście zawsze broniłem nazwy Schaffhausen i stałem mocno na stanowisku pozostawienia jej jako znaku identyfikacyjnego firmy. I tak na zawsze pozostanie ona na naszych cyferblatach i wszelkich innych materiałach promocyjnych, reklamowych i firmowych.

– W latach 60. duża część sprzedaży IWC dotyczyła czterech europejskich rynków, a jak jest dzisiaj?
– Gdy zaczynałem pracę, 65 proc. całej produkcji sprzedawaliśmy do Japonii. Do dziś Europa Centralna jest najważniejszym rynkiem dla IWC, gdzie sprzedajemy jedną trzecią naszej produkcji. Ale pojawiły się nowe rynki, np. Chiny, które wchłaniają 30 proc. naszej produkcji. Zresztą, ze względu na ogromny popyt otworzyliśmy w Chinach 10 własnych sklepów, bo takie było zapotrzebowanie. Nie należy też zapominać o Stanach Zjednoczonych, Ameryce Łacińskiej i Bliskim Wschodzie, gdzie sprzedajemy pozos­tałą część naszej produkcji.

– Nie irytuje was proceder podrabiania waszych wyrobów?
– Może i irytuje, ale ja już przeżyłem czasy, kiedy nas nikt nie podrabiał. I proszę mi wierzyć, że były to trudne czasy. A zresztą słabych się nie podrabia, tylko tych, którzy mają wielkie sukcesy.

– IWC powszechnie uchodzi za manufakturę zorientowaną na klienta męskiego.
– Bo tak jest w istocie. W przeszłości produkowaliśmy wiele damskich zegarków. W latach 90. byliśmy w grupie z JLC i Lange&Söhne. Wtedy też zdecydowaliśmy się, że nie będziemy produkować zegarków damskich, bo po prostu inni mieli lepsze wyczucie tego segmentu rynku. Rozpoczęliśmy też swego rodzaju komunikację z klientami, koncentrując się na odwiecznej grze damsko-męskiej. Jednym z haseł w tej grze było – „Prawie tak skomplikowany jak kobieta – ale bardziej punktualny”. Nigdy nie mów nigdy, ale przez najbliższe 5 lat pozostaniemy przy męskich liniach.

– Można powiedzieć, że jest pan ikoną IWC?
– Przyszedłem do firmy w 1972 roku. Jestem nie­przerwanie 39 lat i 6 miesięcy. Zaczynałem od działu sprzedaży, gdzie byłem odpowiedzialny za sprzedaż w całej Europie. Wkrótce pojawił się tzw. kryzys kwarcowy, który zmiótł z firmamentu wiele znakomitych firm, a wiele innych pogrążył w kryzysie. To były ciężkie czasy. Zwalniano ludzi, niektórzy sami odchodzili, szukając innego zajęcia. Wtedy właściciel firmy zapytał mnie, czy nie zechciałbym objąć szefostwa działu marketingu i sprzedaży. I tak w 1976 roku zostałem dyrektorem marketingu i sprzedaży w IWC. Pozostałem na tym stanowisku do momentu przejęcia IWC przez Richemont, czyli 10 lat temu. I wtedy złożyłem wymówienie. Miałem za sobą wspaniałe czasy, które mocno pielęgnuję w pamięci do dzisiaj. Ale Richemont nie chciał, abym odszedł. OK – powiedziałem – dajcie mi jakąś dobrą propozycję, to się zastanowię. Na całe szczęście zbiegło się to z kolejnym wzrostem sprzedaży i rosnącą popularnością marki. Richemont ma na całym świecie kanały dystrybucyjne, własną organizację, co znakomicie ułatwia ekspansję marki. Kiedyś współpracowaliśmy z importerami, dzisiaj współpracujemy i komunikujemy się z własnymi biurami i placówkami.

– A jak pan ocenia pozycję IWC w grupie Richemont?
– Jesteśmy, jak już wspomniałem, marką dla mężczyzn. W grupie nie ma takiego drugiego producenta, który specjalizowałby się wyłącznie w zegarkach męskich. Jesteśmy trochę oddaleni od skoncentrowanego miejsca wielu manufaktur, w niemieckiej części Szwajcarii, co daje nam taki spokój, jak na bezludnej wyspie. A spokój w tej branży jest bezcenny.

– W kampaniach reklamowych nie używacie wizerunków znanych osób?
– Tak, to część naszej filozofii. W reklamach nie używamy twarzy celebrytów. Wykorzystujemy twarze tzw. przyjaciół firmy w akcjach PR-owskich, jak np. Kevin Spacey, Boris Becker, Figo, Cate Blanchet. W Chinach na naszych eventach pojawiają się Figo lub Zidane. Oni są tam świetnie rozpoznawalni. Nie używamy tych twarzy także w reklamach prasowych, są naszymi przyjaciółmi i w pewien sposób towarzyszą naszym prezentacjom i eventom.

– Ale branża luksusowych zegarków ma się dobrze nawet w kryzysie.
– Mężczyzna 40-, 45-letni, który osiągnął sukces, zbudował dom, ma udaną rodzinę, chciałby coś specjalnego kupić dla siebie, coś osobistego. Wbrew pozorom, nie ma zbyt wielu możliwości. Gdyby kupił sobie auto, takie jak Rolls-Royce czy Ferrari, kłułoby to w oczy sąsiadów czy współpracowników. Dlatego też doskonałą alternatywą są zegarki, które sygnalizują pewien status społeczny, a z drugiej strony są pewną tajemnicą, a nie nachalną manifestacją wysokiego statusu. Ci, którzy wiedzą, nie są zazdrośni, a ci, którzy mieliby być zazdrośni, nie są w stanie oszacować wartości tego cacka.

– Słowem – IWC kryzys nie dotyczy…
– Proszę pamiętać o rynku chińskim, który ciągnie w górę dobra luksusowe. Za chwilę będą to Indie, bo to przecież następny miliardowy rynek i ogromny potencjał. Tylko w Chinach przybywa dziennie setka nowych milionerów dolarowych. I do tego w tamtym regionie, w przeciwieństwie np. do Szwajcarii, obnoszenie się z bogactwem jest normą i niczym nagannym.

– Czy zegarki mogą stanowić udaną inwestycję i lokatę na przyszłość?
– Dla mnie tak. Ale mogę zaprezentować dwa warianty: jeden na tak, a drugi na nie. To wygląda dokładnie tak samo, jak inwestycje w sztukę. Gdy pan zna młodego artystę, który się dobrze zapowiada, i jego prace się podobają, to może się okazać, że miało się nosa i szczęście do malarza, którego prace są później rozchwytywane… Ale powiem twardo, że odpowiedniejszym miejscem do spekulacji jest giełda, a nie branża zegarkowa.

– Wasz sukces designerski to…
– Nawiązywanie do tradycji i uciekanie od egzotycznych pomysłów. W dziale projektowania mamy 15 osób i wszyscy oni mają ogromny wpływ na to, co się później pokazuje na rynku. Decydujący głos ma, mający ogromne wyczucie, szef firmy Georges Kern. Kontynuujemy produkcję i sprzedaż modeli powstałych przed 70. laty – Portuguese z roku 1939, Flieger z 1935 r., Ingenieur z 1959 r., czy zegarki dla nurków z końca lat 60. Dużo zmieniamy, ale linia pozostaje ta sama. I to jest naszą siłą, że jesteśmy przewidywalni i nagle nie wypadamy z jakąś nowością, która nie ma nic wspólnego z naszą historią.

– Jak by pan zdefiniował siłę marki IWC?
– Po pierwsze, kontynuowanie tradycji, niewprowadzanie egzotyki w design naszych modeli, czyli linia klasyczna. Tu posłużę się starą anegdotą, co trzeba uczynić, aby w swoim ogrodzie osiągnąć jakość angielskiej trawy, jej barwę, gęs­tość, etc. To jest bardzo proste. Tę trawę trzeba przycinać, kosić, nawozić, ale regularnie przez okres co najmniej 100 lat. U nas jest podobnie. 150-letnia tradycja zobowiązuje.

– Kiedy pierwszy raz usłyszał pan o IWC?
– W Szwajcarii jest tradycja, że jak się kończy 16 lat, otrzymuje się zegarek. Kiedyś był to zegarek na całe życie. Za moich czasów hołdowano jeszcze temu zwyczajowi. I pamiętam, że jeden z kolegów otrzymał od swoich rodziców właśnie IWC. Chłopcy podśmiewali się, bo nie znali tego brandu. A on wtedy dumnie odpowiedział, nie znacie teraz, ale jeszcze usłyszycie o tej marce. Mam to w pamięci, bo miał rację.

– Jaka jest wasza grupa docelowa?
– Tradycyjnie osoby zaufania publicznego, np. adwokaci. Ale generalnie ludzie sukcesu, aktywni, przedsiębiorczy. Ludzie reklamy, ceniący design. To prestiż i sukces IWC.

– Muzeum IWC w Schaffhausen składa się w dużej części z zegarków z pańskiej prywatnej kolekcji?
– Przez wiele lat kolekcjonowałem zegarki IWC. Doszedłem do 350 egzemplarzy, które dzisiaj stanowią prawie w całości kolekcję muzeum IWC. Kiedy zostaliśmy sprzedani grupie Richemont nastąpiła pewna pomyłka, bo nowy właściciel był przekonany, że eksponaty w muzeum są własnością firmy. Zaproponowano mi sprzedaż tych przepięknych zegarków, aby w muzeum mogli się cieszyć nimi inni. Miałem, co prawda, mieszane uczucia, trochę przeciwne były dzieci. W końcu, mając jednak na uwadze misję edukacyjną i historyczną, zdecydowałem się na sprzedaż 310 zegarków. Ale po ciuchu przyznam się, że najpiękniejsze egzemplarze wciąż są w moim posiadaniu.

– A jak pan ocenia potencjał rynku wschodniego, w tym polskiego?
– Rynek polski jest bardzo blisko mojego serca. Nie tylko ze względu na zabawne wspomnienia z początków mojej pracy. Jest to rynek bardzo ustabilizowany, nie ma wahnięć, a statystki i prognozy pokazują, że idzie w dobrym kierunku. Mało tego, jako IWC Schaffhausen jesteśmy doskonale rozpoznawalni na rynku polskim. A to dobrze rokuje.

Co lubi Hannes Pantli?

Zegarki – „To trudne pytanie, rozumiem, że pyta pan o model. Z wiekiem to się zmienia. Ale oczywiście IWC”
Pióra – Montblanc
Wypoczynek – „Wypoczywam na polowaniach w Austrii i we Francji.”
Kuchnia – azjatycka, włoska i indyjska. Ale w rodzinnych stronach typowo szwajcarska
Restauracja – „Jest ich wiele i nie chciałbym nikogo wyróżniać.”
Samochód – „Kolejne trudne pytanie. Mam całą kolekcję: Porsche z 1984 roku, Mini Morisa z 1999 r., Jeepa i do każdego z tych aut mam sentyment.”

Michał Grom

Rozmowa z Michałem Gromem, prezesem E-commerce Services z grupy NFI EM&F

– Do niedawna był pan jednym członków zarządu Empiku, odpowiedzialnym za IT. Dziś kieruje pan już samodzielną spółką e-commerce, należącą do tej grupy. Jaki jest to sygnał dla rynku?
– W tym przypadku krótka odpowiedź będzie najlepsza – chcemy zostać liderem w swojej dziedzinie.

– Gdyby nie sprzeciw UOKiK, który kilka miesięcy temu oprotestował przejęcie przez was portalu Merlin.pl, pewnie już osiągnęlibyś­cie ten cel?
– Nie chciałbym na nowo wszczynać dyskusji na temat, który dziś jest przedmiotem sporu sądowego. W naszym rozumieniu nie było podstaw do tego, aby ten wniosek został odrzucony. Nie czekamy z założonymi rękami na rozstrzygnięcie tej sprawy – konsekwentnie realizujemy naszą strategię rozwoju organicznego i akwizycji.  Nie dalej niż w sierpniu br. kupiliśmy inny sklep internetowy, któremu również patronuje czarodziej – Gandalf.com.pl.

– Na czym polega biznesowy pomysł dołączania do grupy portali o profilu podobnym do reprezentowanego przez Empik?
– Gandalf, który generuje przychody na poziomie około 30 mln zł rocznie, jest specjalistą w sprzedaży podręczników szkolnych. W znakomity sposób poszerza to ofertę naszej firmy, bo dotychczas praktycznie nie byliśmy obecni na tym – wartym prawie 1 mld zł – rynku. Jednocześnie dzięki wykorzystaniu efektu synergii, zmniejszają się koszty prowadzenia działalności. Chciałbym podkreślić, że nigdy nie planowaliśmy „kanibalizacji” biznesu – Gandalf będzie nadal działał pod swoim własnym szyldem. To samo dotyczy innych portali z naszej Grupy. Empikfoto doskonale radzi sobie z obsługą odbitek i sprzedażą gadżetów fotograficznych. Najnowszym hitem są zdjęcia drukowane na płótnie. Z kolei portal Teksty.org to niezastąpione źródło informacji dla osób szukających w sieci tekstów piosenek.

– Jaki będzie kolejny krok?
– Duże nadzieje wiążemy z portalem smyk.com. Jak widać – postanowiliśmy rozszerzyć działalność na kolejne obszary. Doskonały wzór stanowi dla nas Amazon, który, podobnie jak Empik, zaczynał od sprzedaży multimediów, a dziś oferuje ogromny wachlarz produktów.

– Czy w takim razie w waszym sklepie będzie można kupić opony lub lodówkę?
– Proponuję, żeby odwrócić to pytanie: dlaczego nie miało by tak być? Mamy unikalne doświadczenia w sprzedaży internetowej, więc nie obawiajmy się ich wykorzystać także w innych dziedzinach.

– Co stanowi o wyjątkowości waszej oferty?
– Miał pan okazję skorzystać z możliwości odbioru w salonie Empiku produktów zamówionych w sieci?

– To rzeczywiście świetne rozwiązanie. Zamawiając w sieci książki i płyty prawie nigdy nie miałem szansy odebrać ich od listonosza, a godzinne stanie w kolejce na poczcie doprowadzało mnie do białej gorączki. Rzeczywiście, wasza propozycja jest dla mnie znacznie wygodniejsza.
– Właśnie o to chodzi. W dodatku chciałbym przypomnieć, że nie musi pan pokrywać kosztów wysyłki. Podobnie – jak pan – myśli 80 proc. klientów, co potwierdza, że wybraliś­my najlepsze na rynku rozwiązanie. Mamy w Polsce ponad 170 sklepów Empik, które są punktami odbioru dla naszych klientów – to naprawdę duża sieć. Czasem żartuję, że mamy lepszą sieć nawet niż poczta. Nasze sklepy otwarte są od rana do wieczora, są łatwo dostępne, nie ma problemów z parkowaniem samochodu. W dodatku dysponujemy wielkim centralnym magazynem system bardzo szybkich dostaw nie stanowi dla nas problemu. Na takich fundamentach możemy budować biznes obliczony na lata. Co więcej, perspektywy rozwoju handlu w sieci są ogromne. W Europie Zachodniej przez Internet sprzedaje się około 7 proc. wszystkich towarów, w Polsce zaledwie 2 proc. Powiem krótko – jest o co walczyć.

– Zaraz, zaraz… Chce pan sprzedawać lodówki w salonach Empiku?
– Proszę nie sprowadzać racjonalnej idei do absurdu. Każda dziedzina handlu wymaga specjalnych rozwiązań. Na marginesie – w przypadku AGD, Internet przejął znaczą część biznesu. Część klientów odwiedza tradycyjne sklepy tylko po to, żeby obejrzeć produkty, które zamierzają kupić potem znacznie taniej w sieci. Inaczej wygląda to w dziedzinie mody – trudniej sobie wyobrazić zakup butów bez mierzenia, ale już t-shirt  sam chętnie zamawiam w sklepach internetowych. Słowem – są dziedziny, w których tradycyjne formy handlu jeszcze długo świetnie będą się bronić. Uruchamiając nowy biznes w sieci, trzeba więc racjonalnie dopasować ofertę do oczekiwań rynku.

– Zdaniem ekspertów, kryzys wspiera handel w sieci.
– To prawda, ale nie łudźmy się, że Internet całkowicie wyprze tradycyjne sklepy. Spójrzmy na rynek amerykański – udział sprzedaży internetowej jest na poziomie X i gdzie mówi się o renesansie sprzedaży w offline (RETAIL RENAISSANCE). Z czego wynika taki efekt? Można wymienić wiele powodów, osobiście uważam, że najważniejsze są dwie kwestie. Po pierwsze – dla dużej części klientów zakupy to sposób na spędzanie wolnego czasu – źródło rozrywki, możliwość spotkania się z przyjaciółmi i wymiany doświadczeń. Po drugie – kiedy konsumenci robią zakupy offline, oczekują na przeżycie doświadczenia, którego nie odczują w Internecie.

– Wróćmy jeszcze do kwestii odbioru w salonie Empiku towarów zamówionych przez Internet. Zgodnie z zasadą „long tail” liczycie na to, że klient przy okazji kupi coś jeszcze…?
– Oczywiście, ale przecież nie zaprzeczy pan, że Empik oferuje więcej niż przeciętny sklep. Wizyta w naszym salonie ma być przyjemnością dla klienta. Jest to chwila na relaks, na kontakt z kulturą. Może pan przejrzeć nowe książki, posłuchać muzyki, kupić bilet na koncert, posiedzieć w Empik Cafe.

– Jako manager ma pan szczęście nie tylko rozwijać skazany na sukces  biznes, ale też urzędować w jednym z najbardziej efektownych biur w centrum Warszawy?
– Co więcej, tutaj – w centrum stolicy – można poczuć powiew szerokiego świata. W zarządzie Empiku było tylko dwóch polskich managerów. Co tu dużo mówić – od kolegów,  którzy zdobyli doświadczenia w różnych krajach, wiele się można nauczyć.

– Co uważa pan za najważniejsze w pracy managera?
– Nie można być dobrym szefem nie mając wizji biznesu, który się rozwija. W międzynarodowym zarządzie, o którym mówiłem przed chwilą, nazywaliśmy to „Big Picture”. Musi temu, rzecz jasna, towarzyszyć zdolność wprowadzania planów w życie. Nierozerwalnie łączy się z tym umiejętność budowy zespołu, który będzie składał się z osób samodzielnych, przedsiębiorczych i otwartych na nowe, trudne wyzwania, które przed nami stoją. Obecnie, po raz kolejny, kompletuję zespół. Staram się ustawiać wysoko poprzeczkę, żeby w przyszłości nie było rozczarowań. Kiedy trzeba się z kimś rozstać, jest to najczęściej porażka obu stron…

– Kiedy nabrał pan ochoty, by zostać managerem?
– Studiowałem informatykę na Uniwersytecie Warszawskim, szukając własnej drogi rozwoju. Wybrałem indywidualny tok studiów – zahaczyłem o psychologię, co dziś przydaje mi się w pracy. Szybko, bo w wieku 21 lat, rozpocząłem pracę. Trafiłem do grupy spółek, w których zajmowałem się kolejno różnymi dziedzinami – zaczynałem od IT, potem  nadzorowałem proces wydawniczy, dystrybucji produktów FMCG, byłem szefem biura promocji i reklamy. Była to prawdziwa szkoła życia i biznesu. Kolejny etap mojej kariery to stanowisko dyrektora sprzedaży i marketingu w spółce będącej przedstawicielem Swedish Match w Polsce. Następnie koledzy ze studiów, którzy pootwierali firmy IT, namówili mnie, bym pomógł im w zintegrowaniu biznesu. Po dwóch latach nabrałem ochoty na pracę w dużej organizacji i tak objąłem stanowisko szefa IT w RUCH SA. W 2005 r. przeszedłem do Empiku, a od kwietnia tego roku jestem prezesem spółki E-commerce Services.

Co lubi Michał Grom?

Zegarki – IWC
Ubraniastyl klasyczny, marka Hugo z Grupy Boss
Wypoczynek – ma 9-letnią córkę i dwóch synów w wieku 6 i 7 lat, z którymi spędza wakacje nad morzem w Hiszpanii lub Grecji. Zamierza pokazać rodzinie swoje Ulubione miejsca – San Francisco i Brisbane w Australii
Kuchnia – suschi i steki. Miłośnikom steków
poleca sklep befsztyk.pl
Restauracja – „Butchery&Wine”, „Sushi Zushi” w Warszawie
Samochód – Ford Galaxy i BMW X5
Hobby – sztuka współczesna, zbiera dzieła artystów z kręgu galerii „Raster”
Sport – tenis, snowboard, windsurfing, jazda na rowerze

Marcello Valentini

Rozmowa z Marcello Valentini, szefem sprzedaży firmy Divella
– 120 lat tradycji zobowiązuje?
– Mamy tego świadomość i nigdy ona nas nie opuszcza. To cała epoka. Gdy dzisiaj pomyślę, jak kiedyś wyglądał proces produkcyjny, a jak wygląda dzisiaj, to nie mam wątpliwości, że wiele się zmieniło. Podejrzewam, że przed stu laty pasta jako taka, zupełnie nie była znana chociażby w Polsce.

– To się pan myli, bo makaron, choć wytwarzany z innego rodzaju mąki, funkcjonuje w kuchni polskiej od dawna, jak choćby do uwielbianego przez Polaków rosołu. Zresztą makaron bardziej znany był i jest pod nazwą klusek.
– A tego nie wiedziałem.
– Zacznę trochę absurdalnie, lubi pan pastę?
– A jak mam na to pytanie odpowiedzieć, skoro we Włoszech mamy spożycie na poziomie 26 kg makaronu na głowę mieszkańca. A ja też jestem Włochem, chociaż niektórzy nie chcą w to uwierzyć, ze względu na mój wygląd. To znaczy, że każdego dnia, każdy mieszkaniec naszego kraju spożywa go 100 g, pod różną postacią.

– Czyli nie różni się pan od przeciętnego Włocha?
– Nie tylko się nie różnię, ale niewykluczone, że zjadam więcej niż statystyczny Włoch. Co prawda, moja żona dba o linię jak każda kobieta, dlatego też stara się dbać o moją i czasami proponuje inne menu w domowej kuchni.

– Co by znaczyło, że pasta może tuczyć?
– Ależ absolutnie nie. To jest znakomite źródło węglowodanów w diecie. To źródło energii, np. w sporcie. Pasta nie zawiera tłuszczów i jeżeli nie połączymy jej z sosami zawierającymi bombę kaloryczną, to jest absolutnie zdrowa.

– To skąd ta obiegowa opinia, że może być tucząca?
– Z nieznajomości rzeczy. Powtarzam, tuczą dodatki. Jak zrobi pan spaghetti carbonara i doda litr wysokotłuszczowej śmietany oraz szynkę, ser i jaja, to już będzie to mała bomba kaloryczna. Ale jak to samo pan przyrządzi z pomidorami i odrobiną oleju, to będzie to lekkostrawne i niezbyt kaloryczne.

– Ale Divella to nie tylko pasta?
– Mamy cała gamę produktów, od pasty, która pozostaje naszą podstawową ofertą, poprzez ciasteczka, sosy do makaronów, a na oliwie kończąc.

– A jak zdobywa się nowe rynki proponując pastę i wyroby jej przypisane?
– Podobnie jak w przypadku innych produktów. Z tym jednak wyjątkiem, że trzeba poznać przyzwyczajenie konsumenckie, jak np. we wschodzących rynkach, jak Chiny czy Indie, i znalezienie dobrych partnerów w danym kraju.

– W tych krajach, o których pan wspom­niał, wystarczy, że każdy obywatel raz dziennie spożywałby obiad złożony z waszych produktów i musielibyście budować kolejne fabryki.
– Wystarczyłoby, aby jedną nitkę spaghetti w swojej diecie spożył, to już spowodowałoby budowę kolejnych linii produkcyjnych.

– Jest pan odpowiedzialny za sprzedaż na całym świecie.
– Tak, jestem odpowiedzialny za cały świat… Moim zadaniem jest, o czym już wspomniałem, zrozumieć i zbadać, jak wygląda rynek lokalny, jaka jest jego pojemność. Mamy świadomość, że popularność kuchni włoskiej jest na fali wznoszącej na całym świecie. Kiedyś ktoś mądry powiedział, że istnieją dwie kuchnie na świecie, od których wszystko się wzięło – włoska i chińska. I jest w tym dużo prawdy. Dodałbym do tego jeszcze turecką, która ma niebagatelny wpływ w przyzwyczajenia kulinarne Bliskiego Wschodu.

– Czyli te trendy chcecie tu i teraz wykorzystać.
– My chcemy przede wszystkim wykorzystać fakt, że na najtrudniejszym rynku makaronów jesteśmy na drugiej pozycji, za renomowaną Barillą. To oznacza dalej, że jesteśmy w innych miejscach sławni, ale nie popularni. I naszym celem jest, aby, tak jak już stało się to w południowej Italii, stać się liderem w innych częściach świata, jako włoski rzetelny brand.

– Promujecie się poprzez znanych celebrytów, jak to robiła wasza konkurencja?
– Dużym sukcesem dla naszej marki była akcja reklamowa, a właściwie sponsoring w telewizji włoskiej w programach z udziałem Carlo Ponti i Ady Colangeli. Ale właś­ciwie headlinem naszych kampanii reklamowych jest zawsze najlepsza jakość za dobrą cenę, i to przemawia do świadomości naszych klientów. To jest najbardziej skuteczne.

– Klientów interesuje jakość, ale i cena.
– Wiemy o tym doskonale. Dlatego trzeba tak zbudować relację ceny do jakości, aby nikt się nie zastanawiał sięgając po nasze produkty, czy może nie wydał za dużo i co za to otrzymuje. Nie może być żadnej wątpliwości, że klient sięga głębiej do kieszeni. Poza tym zakup 500-gramowego opakowania makaronu, który stanowi posiłek dla 5. osób, też nie może budzić wątpliwości. Dlatego naszym targetem właściwie są wszyscy ceniący wysoką jakość za stosunkowo niewielkie pieniądze.

– Czy jest jakaś misterna wiedza w tym, że jedna pasta jest lepsza, a druga gorsza?
– Jakość pasty to wypadkowa różnych składników i tradycyjnych technologii. Wiadomo, że durum nie da się wyhodować w klimacie chłodnym. Poza tym, to jest indywidualna sprawa, jak w przypadku wina. To jest tradycja, a czasami i tajemnica, że jednym się udaje, a innym niekoniecznie. Ale z pastą jest jak z włoską kuchnią.

– Ma być prosta i nieskomplikowana.
– Dokładnie tak. Siła kuchni włoskiej to świeże produkty, kreacja, stare receptury i fantazja. Dania, które stanowią podstawę menu włoskich restauracji, trudno zepsuć, np. w przypadku caprese, no chyba że i pomidory, i mozzarella byłyby nieświeże. To samo dotyczy pasty. Ona zawsze jest dobra, zależy tylko, jakie sosy do niej zaproponujemy. Czym prostsza kuchnia, tym lepsza.

– Swoją misję określiliście…
– Chcemy być popularni i proponować najwyższą jakość naszych produktów.

– A jak to osiągnąć w krajach ziemniaka i ryżu?
– Zmieniać przyzwyczajenia kulinarne. To jest też kreowanie pewnej mody na makarony, pewien styl życia, że warto ugotować kolację, gdzie częścią główną będzie danie z pastą. Pomaga temu zapewne rozpowszechniona na całym świecie dieta śródziemnomorska.

– Czy tradycja 120 lat jest w tym pomocna?
– 12o lat tradycji to bardzo dużo. To bagaż doświadczeń. Zawsze przyglądaliśmy się i podążaliśmy za zmieniającymi się technologiami, wdrażaliśmy je, pod warunkiem, że nie pogorszały jakości. Zwłaszcza we Włoszech ludzie zakochani są w markach. Jeśli zrobiłbyś raz coś nie tak, to wypadasz z rynku… A na makaronach Włosi znają się naprawdę dobrze. Sorry za porównanie, ale to tak, jakby ktoś w Polsce wyprodukował wódkę, której nie dałoby się pić. I do tego w ostatnich latach, oczywiście, trzeba zwracać uwagę także na to, żeby to były produkty zdrowe.

– Czy można zrobić pastę w warunkach przemysłowych zbliżoną jakością do domowej?
– Pasta domowa jest świeża, i żeby uzyskać jakość zbliżoną do domowej, ważne jest zachowanie takiego procesu technologicznego suszenia, aby nie zatraciła tej wartości. I nam się to udaje. Chociaż też produkujemy i dystrybuujemy pastę nie suszoną, a świeżą.

– Jesteście obecni na rynku polskim od wielu lat, jakie teraz stawiacie sobie zadania, aby wasza marka była bardziej rozpoznawalna?
– Musimy dodać, mówiąc kolokwialnie, gazu, pokazać, jakim jesteśmy brandem, jacy naprawdę dobrzy jesteśmy. Czasami tych najlepszych usypia przekonanie, że jest się znakomitym, i tak się na nas poznają. Ale bez właściwego nagłośnienia, reklamy trudno to osiągnąć, zwłaszcza na rynkach, które tradycyjnie spożywają dziesiątki kilogramów ziemniaków i ryżu, będących podstawą diety.

– Jako manager, co sobie ceni pan najwyżej.
– Szybkość decyzji, elastyczność i jasność komunikacji. Dużą wagę przywiązuję także do nowości, do nowych propozycji produktów. To ważne, aby mając ustaloną paletę wyrobów, nie koncentrować się wyłącznie na sprzedaży, ale żeby proponować nowe rozwiązania. Zdaję sobie sprawę, że oferta ma swoje granice, ale można ją uzupełniać o nowe propozycje dodatków i ciasteczek, całej gamy ingrediencji. Kształt makaronu to też ważne zagadnienie. Dlatego w tej branży pracujemy stale nad nowymi kształtami naszych makaronów.

Co lubi Marcello Valentini?

Zegarki – Rolex
Pióra – Montblanc
Ubrania – Pal Zilgeri, Cerutti
Wypoczynek – „Ze względu na to, że 250 dni w roku spędzam w podróży, najchętniej wypoczywam w domu, z rodziną.”
Kuchnia – włoska, japońska i chińska
Samochód – Audi A6
Hobby – sport i gotowanie. Uwielbia testować makarony w różnych kombinacjach smakowych

Adam Maciejewski

Rozmowa z Adamem Maciejewskim, Członkiem Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych
– Jest pan managerem, a jednocześnie podróżnikiem eksplorującym najdalsze zakątki planety, kolekcjonerem i promotorem sztuki, a także poetą. Jak łączy pan to wszystko?
– „Z oczu im nie spojrzenia płyną, a okręty, z serca lokomotywa wieczysta wylata i jak łuk są ich myśli napięte na wszystkie strony świata”. Te słowa poety Stanisława Balińskiego, moje motto życiowe, chyba wszystko tłumaczą. A ponadto nauczyłem się wstawać o godz. 5 rano i nie zasypiać przed północą. Jak większość z nas, nie lubię korków, więc je omijam takimi swoimi bocznymi uliczkami, którym na imię „5:30 am” i „22:00 pm”, dzięki czemu nie tracę czasu na oglądanie świateł poprzedzających samochodów przez 2 godziny dziennie, a przez te dodatkowe 2 godziny można zrobić bardzo wiele… Bez pasji chyba nie jest to możliwe – na szczęście, ja mam pas­ję to wszystkich tych rzeczy i pewnie jeszcze do kilku innych. Czuję się przez to prawdziwym człowiekiem, który nie tylko ciężko pracuje, ale ma marzenia, mnóstwo marzeń i nie boi się ich realizować – ja po prostu to robię.

– Kiedy postanowił pan zostać managerem?
– Nigdy nie myślałem o karierze w kontekście zarządzania ludźmi. Miałem inne cele – szukanie i odnajdywanie szczęścia. Managerem zostałem niejako mimochodem. Pierwsza posada managerska była jeszcze na studiach i to od razu w Szwecji… Oczywiście, to nie było nic poważnego, ale pamiętajmy o tym, że była to końcówka lat 80., a ja byłem studentem bodaj trzeciego roku polskiej uczelni. Ale widocznie nie byłem zły, jeśli po kilku tygodniach pracy wakacyjnej zacząłem zarządzać pod nieobecność przebywającego na urlopie właściciela, małą firmą budującą urocze, drewniane domy wakacyjne. I to wcale nie „na czarno”, ale będąc oficjalnie zatrudniony. Potem otrzymałem propozycję pozostania w Szwecji na stałe, ale, jak widać, nie skorzystałem. Czuję się jednak nie tylko Polakiem, ale pełnoprawnym obywatelem świata.

– Czy od razu po studiach trafił pan na GPW?
– Kiedy w 1991 roku ukończyłem SGH, szybko założyliśmy ze wspólnikami własną firmę usługowo-handlową i w praktyce, na poważnie zacząłem się uczyć zarządzać ludźmi. Nie było to łatwe – ja, młody chłopak z wielką energią i marzeniami, a ludzie jeszcze z nawykami z poprzedniego systemu. Równolegle zacząłem z sukcesem inwestować na tworzącym się właśnie rynku kapitałowym, jeszcze nawet przed powstaniem GPW – do dzisiaj pamiętam procedurę zakupu pierwszych akcji Universalu. Kiedy powstała warszawska Giełda, zacząłem inwestować za jej pośrednictwem. To była wielka przygoda i wielkie emocje, choć notowania początkowo odbywały się tylko raz w tygodniu. Trochę z wyrachowania postanowiłem wtedy, że trzeba się nauczyć, jak to funkcjonuje od środka i wrócić na rynek, by kontynuować emocjonujące życie inwestora. Ale swoje emocje znalazłem gdzie indziej – na Giełdzie. Wycofałem się z prowadzenia własnego interesu, by skoncentrować się na rodzącym się wtedy rynku kapitałowym. Szybko zdobyłem pracę na Giełdzie – pamiętam pierwszą rozmowę z dyrektorem Działu Notowań, Piotrem Szeligą, który stwierdził, że jestem „coś za bardzo energiczny”. Może m.in. dlatego mnie zatrudnił. Od tego momentu zaczął się mój związek z GPW i kariera managerska w tej organizacji, choć zacząłem wtedy nie jako manager, ale jako specjalista w nowo utworzonym Zespole Nadzoru Rynku.

– Co spowodowało, że związał pan z GPW właściwie całą karierę zawodową i jak pan ocenia swoją ścieżkę kariery?
– Nie przewidziałem, że będzie to tak fantastyczne wyzwanie, które było dla mnie jeszcze ciekawsze niż inwestowanie – wtedy możliwości inwestycyjne na rynku kapitałowym były bardzo ograniczone. Ciekawsze, bo przecież trafiłem na Giełdę, która była wtedy ledwie raczkującym brzdącem i trzeba było mieć dużo fantazji, by uwierzyć, że stanie się tym, czym jest aktualnie. Wspólnie ze współpracownikami, pełni pasji wymyślaliśmy wtedy autorskie, przez wiele lat z powodzeniem funkcjonujące algorytmy notowań, testowaliśmy system, tworzyliśmy regulacje giełdowe. Moja kariera na GPW przebiegała niemal w modelowy sposób. Po prostu robiłem swoje, przy czym robiłem to dobrze, miałem pomysły, inicjatywę, optymizm. I ciężko  pracowałem, nie myśląc o karierze, ale o tym, by jak najwięcej zrobić i jak najwięcej się nauczyć.

I to było doceniane przez prezesa Rozłuckiego i ówczesny zarząd. Szybko dostałem propozycję pokierowania najważniejszym zespołem na Giełdzie. Potem przyszedł czas na wicedyrektora najważniejszego działu na GPW, w końcu zacząłem nim kierować, a w wyniku zmian organizacyjnych do tego działu dołączono kilka innych i zostałem już naprawdę poważnym managerem, odpowiadającym za większość procesów biznesowych, jakie odbywały się na GPW. W 2006 r. Giełdę czekały poważne zmiany zarządcze. Prezes Rozłucki postanowił nie kandydować na kolejną kadencję i postawiłem sobie wtedy pytanie – co dalej? Naturalne wydawało się wystartowanie w konkursie na prezesa GPW. Sporo osób mnie do tego namawiało. Ale, jeśli chodzi o samego siebie, najważniejsza jest jednak dla mnie moja własna opinia. Uznałem, że nie będę kandydował.

– Czyli jednak nie stanowisko…
– Po raz kolejny przeważyła moja cecha świadcząca o tym, że stanowiska nie są dla mnie najważniejsze. Pomyślałem, że jeśli nowym szefem GPW zostanie ktoś sensowny, to pewnie nawiążemy efektywną współpracę. I tak też się stało – konkurs na nowego prezesa wygrał Ludwik Sobolewski i szybko zaproponował mi współpracę w nowym zarządzie. Bez wahania propozycję przyjąłem, tym bardziej, że L. Sobolewski jako wiceprezes KDPW cieszył się bardzo dobrą opinią. I dumny jestem z siebie, że o to stanowisko, tak jak i o poprzednie, też nie zabiegałem, że nigdy o nie nikogo nie prosiłem, ani nawet głośno nie wyrażałem takiego zainteresowania. Potwierdziła się moja wizja, że jeśli funkcjonujemy w zdrowym otoczeniu, to kompetencje są kluczowe.

– Czy zawsze tak się działo?
– Cóż, doświadczałem także sytuacji, kiedy to nie kompetencje były czynnikiem decydującym. Takie kariery jednak najczęściej nie trwają długo (tamte też nie trwały) i myślę, że w długim okresie mają dewastujący wpływ na psychikę osób, które w ten sposób funkcjonują. To są tematy tabu, o których niewiele mówi się publicznie, ale jeśli chcemy żyć w lepszym świecie, to takie sytuacje trzeba eliminować, także, a może przede wszystkim, poprzez własną postawę, do czego potrzebna jest oczywiście odwaga cywilna i wewnętrzna siła. Ta wewnętrzna siła człowieka musi być budowana na solidnych podstawach, a nie – nie boję się tego tak nazywać – na oszustwach. Bo czym, jeśli nie oszustwem, jest wybór kadr zarządzających oparty nie na kompetencjach? Przy czym chciałbym zaznaczyć, że kompetencje są bardzo różne, nie tylko ściśle merytoryczne. Dla mnie to także zdolność współpracy, wpływ na otoczenie, itd. Zatem dobór kompetencyjny musi być rozumiany mądrze, bardzo mądrze.

Ogólnie funkcjonowanie w biznesie, czy po prostu w życiu, wymaga nie tylko inteligencji, ale też mądrości i zdrowych zasad moralnych. Ale zbyt daleko chyba odbiegłem od pytania… A zatem wracając do mojej kariery – w czasie realizacji kolejnych zadań okazało się, że mam dużą zdolność szybkiego nawiązywania i utrzymywania dobrych relacji z innymi ludźmi, a zarządzanie w moim wykonaniu daje dobre efekty. Jednocześnie stale też podnosiłem kwalifikacje – kontynuowałem naukę na studiach podyplomowych na SGH, skończyłem studia MBA, mnóstwo szkoleń i kursów zawodowych, bardzo zróżnicowanych, zarówno polskich, jaki i zagranicznych, w tym waszyngtoński International Institute for Securities Market Development. No i konieczne było, oczywiście, samokształcenie. Również aktywność w licznych radach nadzorczych pozwoliła mi lepiej sprawować funkcje managerskie – nadzorowanie zarządów, spojrzenie na zarządzanie z innej strony, to naprawdę unikalne doświadczenie dla managera. A zatem o tym, że jestem managerem, zadecydowała na szczęście moja praca i zdolności, nie moje znajomości. Znajomości zawieram dla przyjemności.

– Czy słyszy pan czasem zarzuty, że to, co widać z perspektywy managera wielkiej instytucji i zwykłego przedsiębiorcy to dwa różne światy.
– Od 6 lat jestem współwłaścicielem spółki Finder, aktualnie największej w Polsce firmy specjalizującej się w systemach monitorowania pojazdów i choć nią nie zarządzam, to jednak wiem, z jakimi problemami mają do czynienia polscy przedsiębiorcy na różnym szczeblu. Ale proszę mi uwierzyć – managerowie dużych firm mają problemy odpowiednio większe. Ich siła radzenia sobie z tymi problemami jest jednak również odpowiednio większa. W każdym razie nie należę do tych, co narzekają i do tego samego namawiam innych – nie ma co biadolić, trzeba korzystać z demokracji, mądrze wybierać właściwych ludzi do zarządzania krajem i samemu ciężko pracować. Jak jest problem, to go rozwiąż, albo pomóż go rozwiązać. I rób to z uśmiechem na ustach. Dzięki tobie i takim jak ty będzie lepiej – lepiej tobie i lepiej innym ludziom. A to jest piekielnie ważne – wszystko co robimy, powinniśmy robić dla ludzi i z poszanowaniem ich godności.

– GPW łączy w sobie cechy instytucji regulacyjnej i firmy czysto biznesowej, jak kryzys wpłynął na jej funkcjonowanie?
– GPW, czy bardziej ogólnie – giełda – to faktycznie insty­tucja szczególna. Ale też nie przesadzajmy z tą szczególnością za bardzo. Jesteśmy instytucją, która w dużej mierze reguluje funkcjonowanie rynku kapitałowego w Polsce, kształtuje jego standardy, nadaje kierunki rozwoju – i to jest szczególne i wyjątkowe. Ale też jesteśmy oczywiście komercyjnym przedsiębiorstwem, które ma swojego właściciela, a właściwie całe mnóstwo współwłaścicieli na chyba wszystkich zamieszkanych kontynentach, mających jasne oczekiwania – wzrost wartości inwestycji i przyzwoita dywidenda. Utrzymująca się od dawna trudna i niestabilna sytuacja na rynkach finansowych z pewnością nie jest czynnikiem sprzyjającym prowadzeniu biznesu, który jest uzależniony od kondycji przedsiębiorstw, zasobności portfeli inwestorów i ich skłonności do podejmowania ryzyka. Trzeba jednak pamiętać przynajmniej o dwóch kluczowych rzeczach – jednej specyficznej dla giełd, drugiej generalnej.

– Na czym one polegają?
– Po pierwsze, giełdy zarabiają przede wszystkim na obrocie. Poziom obrotów zależy od bardzo wielu czynników, ale często te czynniki działają różnokierunkowo i obroty w dłuższych okresach czasu rosną. Ponadto, giełdy (także GPW) mają, a przynajmniej mieć powinny, zdywersyfikowane przychody. Na przykład prowadzą rynki dla różnych klas aktywów, których zachowanie jest często odmienne – np. wysoka zmienność cen na rynku akcji nie zawsze prowadzi do wzrostu obrotów na tym instrumencie – czasami prowadzi do ich spadku, ale za to praktycznie zawsze jej efektem jest duża aktywność inwestorów na rynku instrumentów pochodnych, który, w przypadku GPW, stanowi bardzo poważne źródło przychodów. Z kolei rynek spokojny jest, z punktu widzenia aktywności inwestorów handlujących instrumentami pochodnymi, mało atrakcyjny i wtedy obroty na nim maleją. Rynek kasowy nie cechuje się aż tak wyraźną i jednoznaczną zależnością od zmienności. Giełdy mają również przychody z innych źródeł, jak chociażby ze sprzedaży informacji, która jest potrzebna zawsze, nawet w kryzysie, czy przychody od emitentów notowanych instrumentów albo też przychody z usług technologicznych na rzecz swoich członków, np. bardzo popularne od pewnego czasu usługi kolokacji serwerów klientów giełd.

– A druga wspomniana powyżej zasada – o charakterze uniwersalnym?
– Jest to zdolność zarządu do znalezienia spółce właściwego miejsca w kryzysie i wykorzystania tego szczególnego czasu nie tylko do ochrony własnego biznesu, ale także do jego wzrostu. Trzeba być „agile”, zwinnym. GPW doskonale się czuje w takiej sytuacji: w tych trudnych czasach wykorzystuje nadarzające się okazje i buduje swoją pozycję jako silny gracz w segmencie giełd europejskich o średniej wielkości, a w niektórych obszarach wyrasta nawet na lidera nie tylko naszego regionu Europy Środkowo-Wschodniej, ale także na lidera w całej Europie. Na szczególną uwagę zasługuje uruchomiony przez nas kilka lat temu rynek NewConnect, na którym notujemy już ponad 300 spółek i który zmienił oblicze drobnej przedsiębiorczości w Polsce.

– Kilkanaście lat na stanowiskach kierowniczych skłania do podsumowania tego, co w zarządzaniu jest naprawdę ważne?
– Są pewne wartości uniwersalne, ale nie ma jednej jedynej recepty na sukces. Przynajmniej ja jej nie znam. Według mnie, manager musi dostosowywać styl pracy do specyfiki firmy, ludzi z jakimi ma do czynienia – zarówno ludzi w firmie, jak i ludzi z zewnątrz, do szeroko rozumianego otoczenia – musi mieć zdolność adaptowania swojego stylu zarządzania do warunków, w jakich funkcjonuje, o ile tych warunków nie może zmienić. Co do pracowników – managerowie dość często się zmieniają i równie często dobierają sobie nowych współpracowników, pomijając tych, którzy funkcjonują w firmie i często mają ogromny potencjał, który można wykorzystać odpowiednio ich motywując. Ale do tego trzeba pokory – jednej z najważniejszych cech prawdziwie wielkich szefów.

Dla mnie element współpracy, zaufania, samodzielności współpracowników, budowania silnego zespołu, dobrej, kreatywnej atmosfery pracy jest szczególnie ważny. I to są dla mnie te elementy uniwersalne, o które pan pyta. Umiejętność harmonijnej współpracy, zdolność docenienia tego, co pracownicy potrafią najlepiej oraz motywacja do samodzielności – to elementy, które składają się na sukces. Mój styl zarządzania cechuje zaufanie do współpracowników, którym powierzam kluczowe zadania. Na szczęście, rzadko się myliłem, co nie znaczy, że ta metoda była skuteczna w 100 proc. Ale czy są metody skuteczne w 100 proc.? Na pewno w każdym razie daleki jestem od twierdzenia, że ja mam zawsze rację i że ja wiem najlepiej. Staram się być pokornym managerem, którego efekty pracy zależą od umiejętnego wykorzystania kompetencji zespołu, a nie tylko swoich własnych. Różnorodność poglądów daje doskonałe efekty, zwłaszcza w projektach innowacyjnych. Są oczywiście obszary, także w takim przedsiębiorstwie, jak giełda, gdzie zarządzanie musi być bardziej, albo nawet całkowicie autokratyczne. Tak jak powiedziałem na wstępie – nie ma chyba jednej recepty na dobre zarządzanie. Tutaj też trzeba być agile.

– Nie kusiła pana nigdy zmiana pracy? 17 lat w jednym miejscu to mnóstwo czasu.
– Ależ owszem, kusiła, i to nawet bardzo. Miewałem i miewam różne propozycje, niektóre naprawdę bardzo, bardzo ciekawe, zarówno w kraju, jak i spoza jego granic. I to nie tylko z biznesu. Wielokrotnie byłem o krok od podjęcia decyzji o zmianie. Ale czar giełdy okazywał się zawsze silniejszy. To instytucja, którą współkształtowałem i w której się na swój sposób zakochałem i której jestem wierny. Zżyłem się ze środowiskiem, które – jak sądzę – obdarzyło mnie zaufaniem. Patrząc na moją karierę giełdową widać, że wcale nie była monotonna, a zmiany przychodziły regularnie. Giełda stała się dla mnie życiową kotwicą, a potrzebę większych zmian realizuję gdzie indziej.

– I są to miejsca niezwykłe. Dwa lata temu opublikowaliśmy pańską relację z podróży do krainy ostatnich ludożerców.
– Zawsze marzyłem o dalekich podróżach. W trakcie nauki w liceum zwiedziłem samodzielnie Polskę, podczas studiów, choć w tamtych czasach nie było to łatwe, zwiedziłem częściowo Europę. Potem przyszła kolej na Indie i Nepal. Szukając inspiracji i informacji poznałem wielu znanych podróżników, pisarzy i dziennikarzy, m.in. niezapomnianego Tony Halika i Macieja Kuczyńskiego, który zasłynął odkryciem najstarszych na świecie i pierwszych odkrytych jaskiń kwarcytowych w ogromnych studniach na płaskowyżu Sarisarinama w południowej Wenezueli, a którego książka „Tajemniczy Płaskowyż” była chyba iskrą zapalną moich pasji podróżniczych.

Przyjaźnię się z Jerzym Majcherczykiem, odkrywcą najgłębszego na świecie, słynnego Kanionu Colca i faktycznym założycielem polskiego oddziału The Explorers Club z siedzibą w Nowym Jorku. Od lat przyjaźnię się także z legendarnym już eksploratorem i pisarzem – Jackiem Pałkiewiczem. Warto przypomnieć, że jest on odkrywcą źródeł Amazonki, u której źródeł ledwie kilka dni temu stanął obelisk upamiętniający to odkrycie, którego współfundatorem jest GPW. Warto wspierać takie inicjatywy, które sławią imię Polaków na całym świecie. Mieliśmy w swojej historii wspaniałych obywateli i mamy ich również teraz. Trzeba ich cenić i wspomagać, bo mają siłę na realizację rzeczy wielkich, które na zawsze pozostaną częścią dziedzictwa ludzkości.

– Jakie miejsca poleciłby pan innym obieżyświatom?
– Przede wszystkim, namawiałbym do bezpośredniego kontaktu z przyrodą i ludźmi. Dziś prawie wszędzie można dot­rzeć w wygodny sposób, to tylko kwestia pieniędzy. Ale nie wybierajmy zawsze najprostszej drogi. To jest po prostu nudne. Albo inaczej – wybierajmy taką jaką chcemy wybrać, ale miejmy świadomość, że dróg do celu jest wiele – ja podążam tymi trudniejszymi, szukam innych wrażeń. Zwykle podróżuję na piechotę z plecakiem, jeśli jest to konieczne – w towarzystwie tragarzy i kucharzy. Czasami łodzią, bo nie zawsze można i jest sens przedzierać się przez dżunglę tam, gdzie jest to tylko etap wstępny do właściwej eksploracji. Nie stronię też od samochodów terenowych czy jazdy konno – to cudowne galopować po otwartych, pustych przestrzeniach.

– Pańska lista miejsc, które warto odwiedzić?
– Jest bardzo, bardzo długa. Wymienię ledwie kilka. Polecam wyprawy w góry Nepalu, zwłaszcza położoną w okolicach Annapurny wioskę Kagbeni i tzw. Kingdom of Mustang, „Błękitne Wieże”, czyli nieprawdopodobnie wręcz piękne góry Torres del Paine w południowym Chile, schowany w chmurach płaskowyż Roraima na granicy Wenezueli, Gujany i Brazylii, Kanion Colca w Peru, deltę Okawango w Botswanie czy też wspaniałe parki narodowe na zachodzie USA. Podkreślam – nie chodzi tu jednak o obejrzenie np. Wielkiego Kanionu z helikoptera, chodzi o to, żeby zadać sobie trud zejścia na samo dno.

Dla odważnych i nie bojących się prawdziwego trudu, ryzyka malarii czy jadowitych węży polecam wyprawę w głąb dżungli w Papui Zachodniej. Fascynujące są też wulkany, a jest ich całe mnóstwo. Ostatnio odwiedziłem Piton de la Furnaise, jeden z najaktywniejszych wulkanów na świcie, zlokalizowany na wyspie La Reunion, w pobliżu Madagaskaru. Bardzo interesujący jest też młody wulkan Paricutin w meksykańskiej prowincji Michoacán. Ich potęga i piękno chyba nikogo nie pozostawiają obojętnym. Planując przygodę pamiętajmy jednak też o Polsce – mamy tu naprawdę genialne obszary – Mazury, które mają szansę stać się jednym z siedmiu nowych cudów natury na naszym globie, zachęcam do głosowania w trwającym jeszcze plebiscycie. Cudowne są też wydmy Słowińskiego Parku Narodowego, malownicze rzeki, lasy i bagna, dzikie góry, stare zamczyska, sielskie dwory i klimatyczne miasta, takie jak Kraków, Gdańsk czy Kazimierz Dolny nad Wisłą. Świat jest pełen cudów, tylko trzeba się rozejrzeć, bo one czasami są zaraz obok, czasami na tej samej ulicy, a często jeszcze bliżej.

– Przywozi pan z podróży wspaniałe zdjęcia, które, moim zdaniem, mają wartość nie tylko dokumentalną, ale też artystyczną. I stąd krok do pana kolejnej pasji…
– Ma pan zapewne na myśli poezję. Tak, moją reakcją na odbywane podróże, także te naprawdę najprostsze, jak np. przejazd londyńskim metrem czy samochodem po wieczornej Warszawie, jest często właśnie poezja. W wierszach szczególnie ważne jest dla mnie pokazywanie „the bright side of life”, choć nie stronię też od innych nastrojów. Nie lubię natomiast epatowania szokiem, brutalnością, ciemną stroną ludzkiej natury. Piszę od lat, inspirując się niemal wszystkim, ale najwięcej miejsca w mojej twórczości poświęcam uczuciom, zwłaszcza miłości – ona w podróżach nabiera znaczenia szczególnego. Ostatnio polubiłem też pisanie wierszy po angielsku. To zdecydowanie poszerza możliwości twórcze i uczy kreatywności. A piszę głównie dla siebie i moich bliskich. Lubię też recytować poezję – nie tylko swoją – mam długą listę wierszy, które wprawiają mnie w niecodzienne nastroje.

– Właśnie pański angielski wiersz pojawił się w katalogu wystawy sztuki współczesnej, którą zaprezentuje pan w Anglii i Belgii.
– Jestem miłośnikiem malarstwa, jednak kolekcjonerem i promotorem sztuki zostałem dzięki fascynacji pracami Maksymiliana­ Nováka-Zemplińskiego. Są takie chwile w życiu, które potrafią to życie wywrócić do góry nogami, a przynajmniej istotnie je zmienić. W moim przypadku taką chwilą była wizyta w jednej z galerii, kiedy zobaczyłem lokomotywę, jakby wyrwaną z moich snów, a może z mojego serca – „Z serca lokomotywa wieczysta wylata”. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś tak maluje i że prawdopodobnie jest gdzieś blisko. Autorem tej niezwykłej lokomotywy był  właśnie Maksymilian Novák-Zempliński. Dla mnie i licznego grona moich znajomych absolutny fenomen. Malarz, który potrafił powiedzieć „nie” współczesnym trendom w technice malowania, który pozostał wierny tradycji w zakresie warsztatu malarskiego i jednocześnie stworzył swój odrębny, niepowtarzalny styl. Jego obrazy, to w zasadzie wizje nie poddające się prostym ocenom. To wizje, które są bliskie wielu ludziom, ludziom, którzy mają wyobraźnię i odwagę jej używania. Maksymilian inspiruje się w swojej twórczości takimi znakomitościami, jak Brueghel, Rogier van der Weyden, Masolino, Turner, czy też malarzami współczesnymi – Odd Nerdrum i niedawno zmarły Andrew Wyeth. Ta inspiracja każe mu jednocześnie iść własną ścieżką i idzie nią konsekwentnie, poszukuje nowych środków wyrazu i nowych tematów. Co dla mnie jest szczególnie ważne – sprzeciwia się absolutnemu negowaniu dotychczasowych osiągnięć w sztuce, nie odrzuca doświadczeń poprzednich pokoleń.

– Rozumiem już czemu malarstwo Novák-Zemplińskiego wywołuje w panu tak silne emocje. Ale skąd ta pasja promowania sztuki?
– To rzecz prosta do wytłumaczenia, choć nigdy wcześniej nie sądziłem, że tym się zajmę. Po prostu uważam, że miałem szczęście poznać malarza niezwykłego i doszedłem do wniosku, że chcę, by poznali go inni. I moje dotychczasowe działania pokazują, że się nie myliłem. Malarstwo Maksymiliana u większości moich znajomych wywołuje podobne wrażenia jak u mnie. I ta fascynacja jego malarstwem skłoniła mnie do kolejnych poszukiwań. Mam nadzieję, że wkrótce będzie okazja do publicznego zaprezentowania prac innych artystów. Ponadto nie bardzo podoba mi się, że we współczesnym malarstwie jest tak mało naprawdę dobrego warsztatu – dlatego chcę promować malarstwo technicznie doskonałe. I głęboko wierzę, że robię dobrze.

– Zatem jest w tym coś więcej niż tylko fascynacja sztuką, czy tak?
– Oczywiście. Jest w tym dusza człowieka niezależnego w swoich poglądach, kierującego się własnym smakiem, gustem i mądrością. Nie lubię, jak ktoś narzuca mi cokolwiek, a więc nie lubię również narzucania schematów wrażliwości. Do tego nie potrzebuję nikogo, poza mną samym i twórcą. To ja patrzę na obraz, to ja czytam wiersz, to ja słucham muzyki. I ja oceniam, czy to mnie wzrusza, czy to wywołuje emocje i jakie emocje. I to ja podejmuję decyzję, co zawiśnie na moich ścianach, co będzie stało na półkach z książkami czy w szafkach z płytami. To „ja” powinien wypowiadać każdy z nas.

– Czy zdradzi nam pan szczegóły projektu „someBody@somePLace”?
– Tak, to projekt, którego jestem pomysłodawcą i promotorem, realizowany wspólnie z moją przyjaciółką, Roksaną Ciurysek-Gedir – byłym bankierem z londyńskiego Citi, aktualnie artystą fotografikiem i promotorką sztuki, Bożeną Coignet z Brukseli, reprezentującą w tym projekcie brukselską gminę Saint Gilles, organizatorem i promotorką wydarzeń kulturalnych, w szczególności w ramach prestiżowego festiwalu Europalia. Współpracuje z nami również Maciej Zień, znany projektant, nie tylko mody. Tym razem Maciej jeszcze mocniej niż zwykle pokaże, że jest artystą i zaprezentuje w Londynie coś naprawdę niezwykłego. Projekt, na który składają się wystawy prac Maksymiliana Nováka-Zemplińskiego w Brukseli i Londynie oraz jego gości – Elin Jörd, Roksany Ciurysek-Gedir i Macieja Zienia – w Londynie, jest częścią programu kulturalnego polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej 2011 i odbywa się pod patronatem Polskiej prezydencji. Patronem honorowym projektu został również przewodniczący Parlamentu Europejskiego, prof. Jerzy Buzek. Ze strony biznesowej patronuje nam Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie i Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych. Jak widać, to bardzo zacne towarzystwo. Do tego udało mi się zainteresować projektem szereg instytucji powiązanych z rynkiem kapitałowym, które wsparły go finansowo.

– Gratuluję sukcesu, środowiska te, jak dotąd, dystansowały się od spraw sztuki…
– To naprawdę genialna sprawa, że wśród managerów są osoby doceniające rolę sztuki w naszym życiu i traktujące promocję polskiej sztuki nie w kategoriach inwestycji z określoną stopą zwrotu, ale w kategoriach inwestycji w nas samych, inwestycji w nasz wizerunek, że nawet w trudnych czasach potrafią podejmować działania świadczące o ich odpowiedzialności społecznej. Wśród takich instytucji jest np. związana z Alior Bankiem Fundacja Zygmunta Zaleskiego, aktywnie, aczkolwiek bez rozgłosu wspomagająca polskie dziedzictwo kulturowe. Co szczególnie ciekawe również giełda NYSE Euronext postanowiła wesprzeć projekt. Uważam to za szczególnie ważne, że jedna z najważniejszych instytucji finansowych na świecie interesuje się nie tylko polskim rynkiem kapitałowym, ale też dostrzega inne nasze atuty – w tym przypadku ambitne malarstwo, które, podobnie jak warszawska giełda, może z sukcesem funkcjonować w międzynarodwym środowisku. Decyzja NYSE Euronext budowania związków z Polską nie tylko na płaszczyźnie czystego biznesu świadczy o wielkiej dojrzałości managerów tej instytucji i ich prawdziwie perspektywicznym myśleniu.

Proszę zwrócić uwagę, że obie instytucje – fundacja Zygmunta Zaleskiego oraz NYSE Euronext to instytucje zagraniczne. To umacnia mnie w moim poglądzie, że jesteśmy nie tylko Polakami, ale godnymi obywatelami Europy i świata, i że nie możemy myśleć w kategoriach lokalnych. Zaznaczajmy naszą obecność w świecie na różne sposoby, szukajmy nowych metod, twórzmy efektywne związki między biznesem a działalnością prospołeczną, której kultura jest szczególnie istotną częścią. Ale oczywiście, nie tylko instytucje zagraniczne wsparły projekt. Wśród polskich – niekoniecznie w sensie kapitałowym – podmiotów wspierających projekt, znalazły się zarówno bardzo ekspansywne domy maklerskie – IDM i TRIGON, znakomite firmy IT – ATM/ATMAN, HP Poland, jak również inne firmy będące przykładem rynkowego sukcesu – Towarowa Giełda Energii i Dom Aukcyjny Abbey House ze swoim pismem Art&Business, które od kilkunastu miesięcy zmieniają krajobraz polskiego rynku sztuki. Projekt zyskał też uznanie, powołanego do międzynarodowej promocji polskiej kultury, Instytutu Adama Mickiewicza.

– Czy przewiduje pan w ramach tego projektu coś poza ekspozycją malarstwa ?
– W Brukseli wystawa odbywa się w ramach organizowanych przez brukselską gminę Saint Gilles Dni Polskich, ale projekt „someBody@somePLace” obejmuje tylko wystawę – najważniejszą część Dni. Będą to prace Maxa i jedna, zapraszająca do Londynu, praca Elin Jörd. W Londynie zobaczymy tę samą kolekcję, co w Brukseli, wzbogaconą o prace niespodzianki tego projektu – właśnie Elin Jörd oraz fotografie Roksany, które nawiązywać będą do postaci z obrazów oraz postaci, jakie zaprezentuje w trakcie wernisażu Maciej Zień. To będzie bardzo ciekawe połączenie różnych form wyrazu, tworzące jedną spójną całość w klimacie Maxa. A wszystko to przy bardzo klimatycznej muzyce.

– Pozostaje zatem życzyć powodzenia i kontynuacji tego pomysłu w kolejnych latach.
– Serdecznie dziękuję i potwierdzam, że „someBody@somePLace” nie zniknie z końcem wystawy w Londynie.

Co lubi Adam Maciejewski?

Zegarki – nie nosi, zamiast nich woli delikatne, ale mocne bransolety. Lubi natomiast stare ścienne zegary wybijające godziny
Pióra – używa zestawu srebrnych piór i długopisów niemieckiej marki Waldman
Ubrania – jeśli chodzi o garnitury, to jest wierny Vistuli w wersji Lantier, ale jeśli tylko może, zrzuca garnitur
Wypoczynek – gdy nie bierze udziału w trudnej wyprawie, chętnie zaszywa się w cichym pięknym miejscu, jak Masseria Panareo pod Otranto we włoskiej Puglii czy w Słowińskim Parku Narodowym
Kuchnia – zdecydowanie włoska, ale nie kryje zamiłowania do kuchni polskiej (uwielbia pierogi z jagodami). Przepada za dobrze przyrządzonymi Burgundy Snails. Czasami ma ochotę na zwykłego BigMaca
Restauracje – poleca kilka warszawskich lokali:
„Pod Gigantami”, „Restauracja Polska Różana”, „Poezja”, „Butchery&Wine”, „Flaming&Co.”
Samochód – niezwykle wysoko ceni Audi A6 za jago drapieżną i jednocześnie poetycką naturę. Na spokojniejsze wakacje wybiera zwykle auta z charakterem, takie jak Ford Mustang lub Dodge Challenger. Po afrykańskich bezdrożach porusza się niezawodną Toyotą Land Cruiser serii 70

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...