.
Strona główna Blog Strona 427

Marek Cywiński

Rozmowa z Markiem Cywińskim, Dyrektorem generalnym Kapsch Telematic Services

– Udało wam się udowodnić w praktyce, że Polska może zarabiać na systemie poboru opłat za przejazdy autostradami i drogami krajowymi.
– Dzięki wprowadzeniu viaTOLL, w ciągu ostatnich 14 miesięcy do państwowej kasy wpłynął miliard złotych. W listopadzie 2010 roku zawarliśmy kontrakt na 8 lat. System elektronicznego poboru opłat udało nam się uruchomić w ekspresowym tempie, już w lipcu ub. roku. Objął w pierwszej fazie 1 570 km dróg krajowych i ekspresowych, w tym autostrad. Docelowo – do 2017 roku – będzie pokrywał sieć 7 tys. dróg. Krajowy Fundusz Drogowy oczekuje w tym okresie na wpływy na poziomie 23 mld zł. Są to realne założenia.

– Dlaczego wcześniej, zamiast zarabiać, państwo traciło?
– Nie było aż tak źle, rachunek wychodził „na zero”. System winietowy okazał się nieszczelny. Koszty dystrybucji winiet pochłaniały około 30 proc. wpływów. W dodatku państwo zobowiązało się zwracać prywatnym koncesjonariuszom – czyli Autostradzie Wielkopolskiej i Stalexportowi – koszty przejazdu ciężarówek zarządzanymi przez nich odcinkami autostrad. Potrzebne było więc nowe rozwiązanie.

– I wtedy na scenie pojawił się Kapsch?
– Jesteśmy światowym liderem tej dziedzinie. Mamy bogate doświadczenia, które zdobyliśmy w 40 krajach. Nasze rozwiązania wszędzie świetnie się sprawdzają. Najbliżej Polski – w Czechach, Austrii i Szwajcarii. Wdrożyliśmy 26 systemów ogólnokrajowych. Dotyczą one przede wszystkim samochodów ciężarowych – zgodnie z założeniem, że firmy zarabiające na transporcie powinny partycypować w kosztach infrastruktury. Najprościej rzecz biorąc – nasze elektroniczne bramownice rejestrują ruch samochodów, precyzyjnie określając miejsce wjazdu i wyjazdu ze strefy objętej opłatami. System błyskawicznie oblicza należność i pobiera ją z konta klienta lub wystawiana jest nota obciążeniowa za cały okres rozliczeniowy. Od czerwca tego roku z rozliczeń bezgotówkowych za korzystanie z autostrad A2 Konin-Stryków i A4 Wrocław-Gliwice mogą też korzystać użytkownicy samochodów osobowych. Koszt zakupu urządzenia viaAUTO (przeznaczonego właśnie dla nich) to 135 zł. Mając je, mogą skorzystać z automatycznych bramek oznaczonych viaTOLL, dzięki czemu unikną kolejek. Mam nadzieję, że za jakiś czas do naszego systemu zostaną włączone też fragmenty autostrad zarządzane przez koncesjonariuszy. A to będzie oznaczało komfort zarówno dla kierowców zawodowych, jak i pozostałych użytkowników dróg.

– Jak ocenia pan szczelność systemu?
– Wiem, że w kontekście winiet, które kupowało zaledwie około 15 proc. zobowiązanych do tego, zabrzmi to zaskakująco, ale aż 99 proc. kierowców samochodów ciężarowych wnosi stosowne opłaty. Bramownice kontrolne błys­kawicznie wychwytują pojazdy, które nie mają terminali. Informacje te w czasie rzeczywistym trafiają do głównego systemu, z którym ma bezpośrednią łączność Inspekcja Transportu Drogowego. Inspektorzy dysponują obecnie 96 świetnie wyposażonymi samochodami. W każdym z tych pojazdów znajdują się 3 komputery i skaner on-line. Wystarczy, że auto ITD wjedzie na parking, na którym stoją ciężarówki, żeby od razu wyłapać pojazd bez urządzenia viaBOX. Kary są wystarczająco wysokie, żeby proceder unikania opłat był nieopłacalny. Na marginesie – gdy zostaną wprowadzone w Polsce odpowiednie rozwiązania prawne, viaTOLL pokaże, na co go naprawdę stać.

Dzięki bramownicom możemy prowadzić kontrolę średniej szybkości przejazdu, co np. we Włoszech wyeliminowało problem piractwa drogowego. Kolejna równie ważna kwestia to możliwość sprawdzania wagi pojazdów. Jak powszechnie wiadomo, po polskich drogach porusza się wiele przeciążonych pojazdów, które stanowią poważne zagrożenie dla ruchu. Dotyczy to zwłaszcza samochodów transportujących materiały budowlane. Wystarczy przekroczyć ładowność o 30 proc., żeby droga hamowania wydłużyła się o 50 proc. Nasi zachodni sąsiedzi wprowadzili już odpowiedni system kontroli, w związku z czym przed granicą polsko-niemiecką funkcjonują punkty przeładunkowe. Ta patologia wymaga jak najszybszego wyeliminowania.

– Jak wyglądało wprowadzanie systemu poboru opłat viaTOLL?
– Przez pierwszych kilka tygodni firmy transportowe szukały możliwości ominięcia systemu, co skutkowało spóźnionymi dostawami, a co za tym idzie, karami dla spedytorów. Ciężarówki, omijając drogi główne, poruszały się nie tylko wolno, ale też spalały znacznie więcej paliwa. W dodatku kierowcy, zgodnie z wymogami, muszą co 8 godzin robić przerwy. Szybko okazało się, że tego rodzaju eksperymenty nie mają sensu. Natężenie ruchu na drogach płatnych szybko się ustabilizowało na poziomie takim, jak przed wprowadzeniem viaTOLL. Nasze bramownice omijają dziś już tylko przeładowane ciężarówki przewożące na krótkich dystansach surowce, kruszywo lub złom. Dodam, że wprowadzenie systemu wpłynęło na zmianę struktury polskiej floty samochodów ciężarowych. Przy zakupie lub wymianie taboru przewoźnicy zwracają dziś szczególną uwagę na to, czy pojazdy spełniają wymogi ekologicznych norm EURO 5, ponieważ w ramach viaTOLL mogą korzystać z 50-pro­centowych zniżek w opłatach za przejazdy.

– Kapsch kojarzony jest u nas głównie z viaTOLL, ale przecież wasza firma ma też ciekawe doświadczenia dotyczące „odkorkowywania” miast. Codziennie tkwię w warszawskich korkach przynajmniej przez godzinę. Kiedy to się wreszcie zmieni?
– Zależy to od władz samorządowych. W sierpniu tego roku Senat zatwierdził nowelizację do ustawy o drogach publicznych, zobowiązującą włodarzy miast do wprowadzenia rozwiązań komunikacyjnych zgodnych z unijnymi standardami. Określa się je w skrócie jako ITS, czyli Intelligent Transport Solutions. Zanim zapadną jakiekolwiek decyzje, potrzebna jest odpowiedź na pytanie: czy w centrach miast zostaną wyznaczone strefy płatnego ruchu, jak np. w Londynie.

Praktyka pokazuje, że ruch zmniejsza się średnio o około 20 proc., co z kolei pozwala na wprowadzenie szybkiej i wydajnej komunikacji miejskiej. Kolejny element to kontrola elektroniczna ciężarówek blokujących dziś polskie miasta. W Londynie udało się dzięki temu zmienić strukturę dostaw. Bardziej opłaca się rozładować pojazd typu TIR na przedmieściu, niż płacić poważną kwotę za wjazd do centrum. Warto pamiętać, że w celu wymuszenia skuteczności takich rozwiązań, kary powinny być przynajmniej 50 razy wyższe niż opłaty. Warto o tym pamiętać, wjeżdżając np. do Mediolanu, gdzie nasz system uporządkował ruch miejski.

Początkowo właściciele sklepów i restauracji protestowali, że mieszkańcy przedmieść i turyści nie będą chcieli przyjeżdżać do centrum. Stało się zupełnie inaczej – klientów przybyło o ponad 20 proc., ponieważ nie mają kłopotów z zaparkowaniem, a także mogą spokojnie usiąść w kawiarnianym ogródku i podziwiać zabytki bez niepotrzebnego widoku parkujących wszędzie aut. W dodatku znacząco zmniejszyła się emisja spalin. Żeby taki system był skuteczny, musi być egzekwowany. Przekonała się o tym niedawno znajoma Austriaczka, która nie zapłaciła przez Internet czy też przy pomocy SMS-a 3 euro za wjazd do centrum Mediolanu. Po kilku tygodniach otrzymała mandat w wysokości 50 euro.

– Ilu osobom dał zatrudnienie viaTOLL?
– Startowaliśmy w Polsce od zera, zaczynając kompletować załogę już po uzyskaniu kontraktu. Dziś zatrudniamy 200 osób. Kolejne miejsca pracy powstały w firmach będących naszymi partnerami. W sumie na rzecz systemu pracuje kilka tysięcy osób w 16 centralnych i 200 lokalnych punktach dystrybucyjnych, przy obsłudze technicznej bramek, w call center, itp. Na marginesie – nikt nigdy mnie o to nie zapytał, natomiast zaraz po ogłoszeniu informacji o kontrakcie zaczęto nas atakować za rzekomo wysokie koszty systemu viaTOLL. Gdy okazało się, że większość nakładów już się zwróciła, a system zarobi wkrótce miliardy – krytycy woleli zapomnieć o swoich teoriach.

– Pański sukces w firmie Kapsch docenili jurorzy konkursu organizowanego pod patronatem naszej redakcji, przyznając panu „Manager Award”. Jak wglądała pana wcześniejsza kariera managerska?
– Nietypowo, ponieważ przez 20 lat byłem wykładowcą na Politechnice Śląskiej. Mam tytuł doktora, przygotowałem pracę habilitacyjną, ale wybrałem w końcu inną drogę. Myś­lę, że z czasów spędzonych na uczelni wyniosłem radość pracy z młodymi ludźmi. Pewnie dlatego prawie cały mój zespół jest dwa razy młodszy ode mnie. Staram się tu jednak unikać dydaktycznego tonu… Często powtarzam, że szef może być głupi, oby tylko umiał skompletować zespół doskonały pod względem merytorycznym. Moim zadaniem jest wybieranie najlepszych propozycji moich podwładnych i łączenie ich w spójną strategię. Kiedy spoglądam wstecz, trudno mi uwierzyć, że 1 grudnia 2010 roku nasza firma miała zaledwie 3 pracowników – łącznie ze mną. Zaczynałem od zatrudnienia managerów i dziś widzę, że miałem dużo wyczucia i szczęścia. Trafiłem na ludzi, którzy sami szukali ciekawej, ale i wymagającej pracy, co jest dalekie od standardu pracownika, który biernie czeka na polecenie.

– A jak wyglądała pańska droga z uczelni do biznesu?
– Miałem częste kontakty z przemysłem. Byłem doradcą naukowym huty w Częstochowie. Następnie zostałem generalnym projektantem firmy Biprohut. Stamtąd był już tylko krok do Stalexportu, gdzie w latach 1998-2004 zajmowałem stanowisko dyrektora ds. strategii. Moje obowiązki obejmowały m.in. restrukturyzację organizacyjną i finansową. Negocjowałem układ wartości 650 mln zł, którego zawarcie pomogło wyjść firmie na prostą. Następnie dwa lata kierowałem Stena Metal, a w 2006 roku zostałem prezesem PR-Inż 1 w grupie Polimex. I tym razem czekało mnie niełatwe zadanie – restrukturyzacja i połączenie dwóch firm w upadłości w jedną sprawnie działającą spółkę.

Co lubi Marek Cywiński?

Zegarki – Raymond Weil
Pióra – Sheaffer. Używa tylko piór lub ołówków, nie lubi długopisów
Ubrania – wrocławska pracownia krawiecka Diuk
Wypoczynek – na łodzi motorowej na Adriatyku. Zimą – narty we Włoszech
Samochód – jako miłośnik motoryzacji jeździ Fordem Mustangiem GT 4,6 California Special
Hobby – wyprawy motocyklowe. Ma turystyczne Suzuki V-Strom, którym poróżował już po Austrii i Włoszech. Chętnie jeździ razem z synem i synową, którzy podzielają jego pasję motocyklową

Zygmunt Berdychowski

Rozmowa z Zygmuntem Berdychowskim, Przewodniczącym Rady Programowej Forum Ekonomicznego

– Jest pan organizatorem najbardziej prestiżowej imprezy biznesowej w naszym kraju. Musi się pan czuć spełniony jako manager.
– Prawdę mówiąc, nigdy nie podejrzewałem,  że mam zdolności w dziedzinie zarządzania. W moim życiu wiele dzieje się przez przypadek czy dzięki pomocy życzliwych ludzi.

– Czy tak również było w przypadku krynickiego Forum?
– Pewnie nie byłoby Forum, gdybym… jako student w latach 80. nie zaczął roznosić ulotek i chodzić na demonstracje, za co dwa razy trafiłem do więzienia. To przykre wspomnienie, ale dla mnie był to czas hartowania charakteru, czas, kiedy uczyłem się, że nawet niemożliwe może stać się możliwe. Na szczęście, czułem wsparcie ze strony władz mojej uczelni – Uniwersytetu Jagiellońskiego – i kolegów z Wydziału Prawa, a moim ulubionym wykładowcą był dzisiejszy prezydent Krakowa – Jacek Majchrowski. To on zachęcił mnie do napisania doktoratu na temat doktryn politycznych, którego nie dokończyłem, ponieważ musiałem odsłużyć rok w wojsku. Poczucie, że jestem w armii, z którą nie mogłem się identyfikować, utrwaliło tylko moją determinację w realizacji celów, które sam sobie wyznaczyłem. Początek lat 90. to czas wielkich zmian, wspólnie z kolegami przygotowywałem wolne wybory. Potem dwa razy zostałem posłem – I i III kadencji. Jesienią 1991 r. przygotowałem konferencję „Polska 3 lata po rewolucji Solidarności”. W tym celu powołałem Instytut Studiów Wschodnich, rok później Fundację ISW, która do dziś jest organizatorem Forum Ekonomicznego.

– Dlaczego Forum odbywa się właśnie w Krynicy?
– Zadecydowało przywiązanie do rodzinnych stron. Pochodzę z niewielkiej wsi Niskowa koło Nowego Sącza.

– Zdecydował się pan jednak na Krynicę, a nie Nowy Sącz.
– Rzecz jasna, że na początku myślałem o Nowym Sączu, ale ulokowana zaledwie 30 km dalej Krynica oferowała znacznie lepsze warunki lokalowe. Chociaż dzieliły nas poglądy polityczne, zyskałem wsparcie wojewody Antoniego Józefa Wiktora, który wywodził się z PZPR. To właśnie on przekonał mnie, że trzeba wykorzystać potencjał Krynicy. Na pierwsze spotkanie zaprosiłem polityków różnych orientacji, m.in. Oleksego, Ślisza, Bieleckiego, Kaczyńskiego, Janowskiego. I od razu rozpoczęły się kłopoty. KPN postanowił zorganizować strajk okupacyjny, protestując przeciwko obecności Józefa Oleksego, który notabene też jest nowosądeczaninem. Oczywiście, nie uległem tym naciskom, co zresztą okazało się zbawienne dla kolejnej konferencji, w 1993 roku. Józef Oleksy pojawił się już jako marszałek Sejmu, co zachęciło do przyjazdu wielu polityków. W związku z tym czasem żartuję, że Oleksy uratował Krynicę…

– Jak ukształtował się obecny model spotkań?
– Znów zadecydował przypadek. W 1993 roku główny temat stanowiła „Rozmowa o polityce zagranicznej”, a konferencja nosiła nazwę Forum Polska-Wschód. Zaproszeni Litwini zaprotestowali: „My nie jesteśmy przecież żadnym Wschodem”. W związku z tym pojawiła się nowa nazwa: Forum Ekonomiczne. I tak już zostało.

– Proszę przypomnieć, jak wyglądały pierwsze konferencje.
– Co tu kryć – dość skromnie. Wszyscy uczestnicy – czyli 120 osób – mieścili się w sali balowej starego Domu Zdrojowego. Gościom spodobała się formuła konferencji – być może dlatego, że jako organizator nie miałem żadnych celów politycznych. Zależało mi wówczas, podobnie jak dzisiaj, tylko na tym, żeby zapewnić uczestnikom jak najlepsze warunki do spotkań i rozmów na różnym szczeblu. W ten sposób wprowadziłem w życie radę jednego z moich profesorów z UJ: „Jeśli coś robisz, rób to dobrze.” Rzecz jasna, w Krynicy pojawiali się później prezydenci i premierzy i wygaszali deklaracje o charakterze politycznym, ale nie należy tego wiązać z Fundacją ISW.

– Liczba gości szybko rosła…
– Dopiero po 2001 roku, gdy przestałem być posłem i zacząłem poświęcać znacznie więcej czasu organizacji Forum. Przez długi czas dominowali goście z Polski, przyjeżdżało 500-600 osób. Kolejne lata to okres rozwoju konferencji – w ubiegłym roku mieliśmy 2,5 tys. uczestników. Zaczęli się pojawiać nie tylko znani politycy z wielu krajów, ale też najwybitniejsi przedstawiciele świata biznesu. Rozwój Forum odzwierciedla to, jak rozrastała się Fundacja ISW. Początkowo zatrudniała 2 osoby – dziś 50. Nad przygotowaniem cyklu konferencji pracuje w szczycie około 600 osób. Nie muszę chyba dodawać, jakie to ma znaczenie dla Krynicy – wszystkie hotele i restauracje są pełne. Znakomici goście, którzy poddadzą się urokowi pięknej ziemi nowosądeckiej – to jej potencjalni ambasadorzy.

– Wspomniał pan o 50 pracownikach – czym zajmują się na co dzień, Forum Ekonomiczne jest raz w roku.
– Forum Ekonomiczne to rozbudowany projekt. Od kilku lat z sukcesem organizujemy mniejsze konferencje zagraniczne – Europa-Rosja, Forum Energetyczne, Forum Europa-Ukraina oraz Forum Europa-Azja Centralna. Dużym sukcesem była konferencja, która w zeszłym roku odbyła się w Waszyngtonie. Naszym partnerem był Uniwersytet Johna Hopkinsa. W spotkaniu w Rzymie poświęconym relacjom Europa-Rosja wziął udział prezydent Włoch. Znakomitych gości pozyskaliśmy też na konferencje w Wiedniu, Barcelonie, Rzymie i Pradze. Dlatego zespół Instytutu ma dużo pracy przez cały rok, a jej kulminacją jest, oczywiście,
Forum w Krynicy.

– Oznacza to również, że tematyka relacji ze Wschodem jest nadal w centrum uwagi kierowanego przez pana Instytutu Studiów Wschodnich.
– Sprawy te zawsze były mi bliskie. Tytuł mojej pracy magisterskiej: „Wojna 1920 i Pokój Ryski” mówi sam za siebie. Corocznie Instytut przygotowuje raporty, poświęcone m.in. transformacji Rosji i innych krajów bloku postsowieckiego. W roku 2005 roku powołaliśmy Szkołę Forum Ekonomicznego, a w jej ramach specjalny program przeznaczony dla młodzieży z krajów przechodzących transformację. Dzięki temu w latach 2006 i 2007 odwiedziło Polskę prawie 700 osób z różnych krajów Europy Wschodniej. Tematyka wschodnia znajduje się cały czas w centrum naszego zainteresowania. Jesienią organizujemy w Berlinie konferencję Europa-Mołdowa.

– Wielu publicystów podkreśla, że przegraliśmy szansę na dobre relacje z Rosją, co ma fatalne skutki ekonomiczne.
– Uważam, że należy na te sprawy spojrzeć w szerszej perspektywie. Do 1989 roku relacje między obu krajami regulowały obce nakazy. Z dnia na dzień zmieniły się relacje. Rzec można, że zniknął jeden rynek, a drugi się nie narodził. Jestem przekonany, że nadal mamy wielkie szanse na ożywienie stosunków gospodarczych, zresztą nie tylko z Rosją, ale z wieloma krajami – m.in. z Kazachstanem i Azerbejdżanem. Na to jednak potrzeba czasu. Proszę nie zapominać, że dobre relacje francusko-niemieckie budowano 50 lat. Trudno więc oczekiwać, że podobny proces pomiędzy Polską i Rosją zajmie tylko 10 lat. Co więcej, poprawa relacji między naszymi krajami nie może się odbyć kosztem Ukrainy. Potrzebna jest otwartość elit obu krajów, musimy nauczyć się mówić o sprawach trudnych. Po to między innymi organizujemy spotkania w Krynicy.

– Mówił pan wcześniej o cechującym pana uporze. Jaki to miało wpływ na pana sukcesy jako maratończyka?
– W 2004 roku mój szwagier, Jarosław Szostakowski, zaproponował: Może byśmy wybrali się razem na półmaraton, to doskonały sposób, żeby się odchudzić. Chętnie zgodziłem się, na studiach sporo biegałem i sprawiało mi to przyjemność. W pierwszych zawodach szwagier pokonał mnie o 14 minut. We wszystkich następnych już z nim wygrywałem. Zacząłem ćwiczyć regularnie, po dwóch latach zdecydowałem się wziąć udział w słynnym maratonie w Nowym Jorku. Byłem zaskoczony skalą imprezy: 40 tys. biegaczy obserwuje 3 miliony widzów. Udział w biegu zgłasza 130 tys. osób i każdy płaci za to 9 dol. Start kosztuje już 150 dol. Szybko dokonałem podsumowania – przecież to znakomity interes. Zaraz po powrocie z USA zacząłem pracować nad organizacją Festiwalu Biegowego, który zlokalizowałem, rzecz jasna, na mojej ukochanej nowosądecczyźnie. W pierwszej edycji, w 2009 roku, wzięło udział 900 biegaczy. W tym roku zapisało się 2,5 tys. Nie jest to tak prosty biznes, jak by się mogło wydawać. Nasz Festiwal wymaga sporych nakładów jeszcze przez 3-4 lata.

Co lubi Zygmunt Berdychowski?

Ubrania – styl konserwatywny, choć nie lubi krawatów. „Próchnik”
Wypoczynek własny dom w rodzinnym Niskowie koło Nowego Sącza
Kuchnia – staropolska
Restauracje – nic mu nie smakuje bardziej niż dania przygotowane przez żonę
Samochód – na co dzień mały Mercedes B, na wyjazdy z rodziną Chrysler Town & Country
Hobby – wyprawy w góry. Zdobył już najwyższe góry na 5 kontynentach, łącznie z… Mount Vinson na Antarktydzie. Marzenie to zdobycie Mount Everest. Jest maratończykiem, codziennie biega przez 1,5 godz. Dużo czyta – najbardziej lubi literaturę rosyjską, zarówno dawną, jak i współczesną. Interesuje się też II Wojną Światową

Józef Wojciechowski

Rozmowa z Józefem Wojciechowskim, Przewodniczącym Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A.

– Na początku września uruchamia pan luksusowy hotel Czarny Potok Resort & SPA w Krynicy. Dlaczego wybrał pan właśnie taką lokalizację?
– Kiedy magazyn trafi do druku, rozpocznie się najważniejsza impreza biznesowa w Polsce, czyli Forum Ekonomiczne w Krynicy. Jak pan zapewne wie, znalezienie w tym okresie wolnego pokoju graniczy z cudem. Jestem przekonany, że wielu uczestników Forum chętnie wracałoby tu z rodzinami, gdyby istniała oferta dopasowana do ich potrzeb. Proszę pamiętać, że ludzie biznesu to zwykle bardzo wymagający klienci. Kompleks powstał na pięknej działce o powierzchni 35 tys. m2, przez którą wije się malowniczy Czarny Potok, który nas zainspirował do wybrania takiej właśnie nazwy dla hotelu. Strumień, nad którym zbudowaliśmy kilka mostków, to wyjątkowa ozdoba terenu. Na kompleks składa się hotel, SPA i nowoczesne centrum konferencyjne. Budynki zostały perfekcyjnie wkomponowane w malowniczy pejzaż podnóża Jaworzyny Krynickiej, tworząc jedyną w swoim rodzaju enklawę spokoju, wygody i luksusu. Do dyspozycji gości pozostaje 231 pokoi hotelowych i apartamentów, dziewięć sal konferencyjnych, business club, cztery restauracje, klub muzyczny oraz wyposażone w basen centrum SPA, zapewniające bogatą ofertę wellnes i fitness.

– J.W. Construction ma już pewne doświadczenia w dziedzinie hoteli?
– Mamy sieć hoteli trzygwiazdkowych „500” – w Zegrzu, Tarnowie Podgórnym, Cieszynie i Strykowie. Wykorzystywane są one przede wszystkim jako ośrodki biznesowo-konferencyjne. Czarny Potok reprezentuje znacznie wyższy standard. Każdy z pokoi spełnia rygorystyczne wymogi stawiane w Europie przed obiektami czterogwiazdkowymi. Chciałbym podkreślić, że projekt kompleksu, na który składa się 12 budynków, powstał w 2006 roku w naszej pracowni architektonicznej pod kierunkiem Romana Celnika. Design wnętrz to dzieło Barbary Szapel, która także reprezentuje naszą firmę.

– Czy Krynica może stanowić alternatywę dla popularnych zagranicznych uzdrowisk?
– Jestem o tym głęboko przekonany. Miasto jest położone w samym sercu Beskidu Sądeckiego. To jedna z najstarszych miejscowości uzdrowiskowych w naszym kraju. Ogromną popularność zawdzięcza swoim naturalnym źródłom mineralnym, doskonałym warunkom do uprawiania sportów zimowych i letnich oraz wszechobecnej aurze bohemy początku XX wieku. Jeszcze kilka lat temu większość moich znajomych wypoczywała za granicą. Jakiś czas temu zaczęło się to zmienić. Dlaczego? Rośnie oferta luksusowych kompleksów ulokowanych w atrakcyjnych częściach Polski. Nie słyszałem, żeby któryś z właścicieli narzekał na brak gości. Hotele te radzą sobie bez wielkich nakładów na marketing, świetnie działają rekomendacje zadowolonych klientów. Przybywa gości zarówno z kraju, jak i z zagranicy.

– Z tego punktu widzenia Czarny Potok ulokowany jest perfekcyjnie, kilkanaście kilometrów od granicy słowackiej. Kolejnych 50 kilometrów dalej zaczyna się autostrada, którą można dojechać do większości europejskich miast…
– Musi upłynąć trochę czasu, żeby goście zagraniczni docenili w pełni uroki Krynicy. Na pewno tak się stanie – znakomita lokalizacja górskiego kurortu i kameralna atmosfera to wielkie zalety uzdrowiska. Malownicze położenie Czarnego  Potoku sprawia, że z okien wszystkich budynków rozpościerają się niezapomniane pejzaże, a górska natura jest niemal na wyciągnięcie ręki. Nasza oferta hotelowa obejmuje aż 231 przestronnych, gustownie i komfortowo wyposażonych pokoi,  z czego czterdzieści dwa to pokoje kategorii Junior Suits o podwyższonym standardzie oraz dwa luksusowe apartamenty prezydenckie.W celu zapewnienia maksimum komfortu zdecydowaliśmy się na wyjątkowy system szklanych korytarzy łączących budynki. Zastosowanie szlachetnych materiałów, takich jak kamień i drewno, sprawia, że architektura pozostaje w znakomitej harmonii z monumentalną naturą Czarnego Potoku.

– Jest pan miłośnikiem doskonałej kuchni, zapewne nie pozostaje to bez wpływu na menu Czarnego Potoku?
– Staraliśmy się stworzyć ofertę restauracyjną mogącą zaspokoić nawet najbardziej wyrafinowane gusta i oczekiwania. Nasze cztery restauracje są na swój sposób wyjątkowe – każdą charakteryzuje oryginalna atmosfera, wystrój i menu przygotowywane przez międzynarodowy zespół znanych szefów kuchni. Inspirowali się oni tradycją polskiej kuchni regionalnej, nie zapominając o specjałach kuchni europejskich. Dodatkową atrakcję stanowi przeszklona sala usytuowana w wieży budynku głównego, skąd rozpościera się wspaniały widok na dolinę Czarnego Potoku.

– Czarny Potok Resort & SPA to największe centrum konferencyjne regionu.
– Możemy się pochwalić nowoczesnymi modułowymi salami konferencyjnymi. Wspomniane wcześniej 4 restauracyjne i przestronny klub muzyczny umożliwiają organizację wszelkiego rodzaju konferencji i uroczystości dla grup liczących do 500 osób. Blisko trzystumetrowa sala Nubis mieści do 250 gości. Zastosowanie systemu modułowego umożliwia sprawne dzielenie przestrzeni na cztery bardziej kameralne sale, dostosowane do indywidualnych potrzeb. Trzymodułowa sala konferencyjna Jan III Sobieski oferuje przestrzeń o łącznej powierzchni 140 m2 z miejscami dla 120 osób. Z kolei dzielona na dwa moduły sala Kwiatowa umożliwia organizacje eventów dla 230 osób na blisko 255 m2.

– A jak wygląda Centrum SPA & Wellness?
– Idealnym zakończeniem dnia, zarówno spędzonego aktywnie na stoku, jak i pracowicie na spotkaniach i konferencjach, jest wizyta w 5 gwiazdkowym SPA. Zlokalizowane w samym sercu kompleksu, stanowi naturalne uzupełnienie naszej oferty. Cztery zintegrowane poziomy to szereg atrakcji, takich jak basen, jacuzzi, sauny, gabinety SPA, klub fitness, sala do jogi, klub dla dzieci, a także restauracja serwująca potrawy kuchni regionalnej. Jestem przekonany, że wymagający klienci docenią pomoc osobistego concierge, room service, a także luksusowy transport i limuzyny. Decydując się na tę inwestycję, postanowiłem, że Czarny Potok Resort & SPA a musi stać się miejscem wyznaczającym nową jakość wśród obiektów tego typu.

– Kiedyś w tym samym miejscu ulokowany był także ośrodek wypoczynkowy – zupełnie inny od dzisiejszego Resort & SPA.
– Nie odżegnujemy się od tych tradycji. Nasi goście mogą obejrzeć czarno-białe zdjęcia z dawnych lat, kiedy nad Czarnym Potokiem ulokowane były domki kampingowe, a także z późniejszego okresu, kiedy wzniesiono tu hotel w „gierkowskim” stylu. Choć warunki lokalowe były spartańskie, przez ośrodek przewinęło się wielu znakomitych gości, których urzekło piękno Krynicy i Czarnego Potoku. Ocalała m.in. księga pamiątkowa z wpisami Czesława Miłosza, Jerzego Owsiaka, Józefa Oleksego i Bogusława Kaczyńskiego. Z kolei z zapisów z końca 1992 roku wynika, że odbył się tu zjazd GOPR. Dokładnie 20 lat później – w październiku br. – będziemy gościć uczestników Światowego Kongresu Ratowników Górskich.

Co lubi Józef Wojciechowski?

Zegarki – Patek Philippe, Rolex
Ubrania – garnitury; najchętniej Versace
Wypoczynek – na jachcie, latem – wybrzeże Turcji, zimą Morze Czerwone
Kuchnia – amerykańskie steki, również owoce morza
Restauracje – „Belvedere” i „Różana” w Warszawie
Samochód – Bentley
Hobby – tenis

Jansson Anttmann

Jest Australijczykiem, świetnie mówi po polsku, ma czeski paszport, projektował scenografię w znakomitych teatrach, przygotowywał kampanie reklamowe dla telekomunikacyjnych gigantów, zajmował wysokie stanowiska w międzynarodowych firmach..

To tylko niektóre z doświadczeń zawodowych trzydziestosiedmioletniego managera Janssona Antmanna, który dwa lata temu zdecydował się zamieszkać w Polsce. Niewiele osób może się pochwalić tak bogatym, ale też niezwykłym CV. W Warszawie znalazł niszę jako ekspert ds. komunikacji, łącząc swoje doświadczenia w szkoleniach i marketingu. W rezultacie wypracował sobie silną pozycję, jako ceniony doradca międzynarodowych koncernów.

– Komunikacja i relacje interpersonalne są niezbędne dla udanego biznesu i zarządzania – podkreśla J. Antmann. – Krajobraz komunikacji non-stop się zmienia, bardzo często się gubimy próbując dogonić innowacje. Dlatego czasami trzeba mieć kogoś, kto pomoże utrzymać głowę nad wodą. Odkryłem, że moje doświadczenia w tej dziedzinie są bardzo poszukiwane.

Choć ma obywatelstwo australijskie, urodził się w Zurychu. To właśnie w Szwajcarii w latach 1972-79 pracował jego ojciec, analityk systemów komputerowych – specjalista w rodzącej się dopiero wówczas dziedzinie biznesu. Będąc dzieckiem miał okazję spotkać swojego dziadka – słynnego jubilera z Majdanka, który cudem uniknął śmierci z rąk hitlerowskich oprawców; tylko on ocalał z całej rodziny. Po wojnie był świadkiem oskarżenia w procesie przeciwko zbrodniarzom z Majdanka w Düsseldorfie.

– Dziadek wyemigrował z Czechosłowacji do Szwajcarii – mówi J. Antmann. – Rodzice również zdecydowali się na wyjazd, ale do Australii. Decyzję podjęli na szczęście na kilka miesięcy przed upadkiem „Praskiej Wiosny”. Moja matka – Marie Gillarova – była śpiewaczką operową. W Sydney pracowała jako modelka, zdobyła też znaczny rozgłos jako wokalistka popowa. Zrezygnowała jednak z kariery artystycznej, kiedy razem z ojcem wyjechała na 7 lat do Zurychu.

Młody człowiek wychowany w takiej rodzinie nie mógł ograniczyć się tylko do jednego kierunku studiów. Na uniwersytecie w Sydney wybrał lingwistykę i psychologię nauczania. Jednocześnie kształcił się w dziedzinie scenografii i reżyserii. Rozpoczął pracę w teatrze, w którym wystawił musical „Tell Me on a Sunday” – autora m.in. „Kotów”, Andrew Lloyda Webbera – a następnie „And the World Goes ‘Round” Johna Kandera i Freda Ebba, którzy zasłynęli dzięki „Kabaretowi”. Warto podkreślić, że był najmłodszym reżyserem w Sydney Opera House. Jak dziś wspomina, miał dobre wyczucie – oba przedstawienia odniosły znaczny sukces. Zapewne byłby do dziś reżyserem i scenografem, gdyby nie skusiła go podróż do Pragi, gdzie chciał poszukać śladów swego dziadka od strony matki – wybitnego architekta.

Stolica Czech zrobiła na nim wielkie wrażenie, a w dodatku poznał wielu dawnych znajomych swoich dziadków i rodziców, m.in. legendarnego czeskiego scenografa Josefa Svobodę. Posłuchał rady charyzmatycznego twórcy i zamiast wrócić do Australii, został w Pradze, żeby studiować scenografię. Jako cudzoziemiec musiał zapłacić bardzo wysokie czesne. – Szybko podjąłem decyzję i wystąpiłem o obywatelstwo czeskie, do czego miałem prawo jako potomek emigrantów – przypomina ze śmiechem J. Antmann. – Niestety, w domu rozmawialiśmy tylko po angielsku i niemiecku. Wobec tego w błyskawicznym tempie musiałem nauczyć się języka czeskiego, który nie bez powodu uważany jest za jeden z najtrudniejszych w świecie.

I tym razem młody Australijczyk odniósł znacząc sukces artystyczny. Zaproponował wystawienie w Pradze „Tell Me on a Sunday” z Martą Kubišovą w roli głównej. Artystka, która była znana jako „Słowik Praskiej Wiosny”, po okresie prześladowań wróciła tryumfalnie na scenę w 1989 roku. Jej udział w przedstawieniu gwarantował powodzenie przedsięwzięcia. Spektakl był grany nie przez 6 miesięcy, jak planowano, ale przez 3 lata. Przy okazji przygotowywania spektaklu J. Antmann sprawdził się nie tylko jako scenograf i współreżyser, ale też okazał się sprawnym managerem. Załatwił wszystkie sprawy formalne związane z prawami autorskimi, itp.

– Po raz drugi niewiele brakowało, a związałbym się na stałe z teatrem – opowiada. – Stało się jednak inaczej. Podczas studiów dorabiałem ucząc biznesowej formy języka angielskiego czeskich ministrów i znanych polityków. Zainteresował mnie świat mediów i reklamy. Dlatego też zdecydowałem się przyjąć propozycję pracy w praskim oddziale światowej agencji BBDO. Jako dyrektor artystyczny tworzyłem kampanie dla wielkich firm, m.in. z branży telekomunikacyjnej. W 2002 roku spotkała mnie szokująca przygoda. W moim praskim mieszkaniu wybuchł stary telewizor, całe wnętrze spłonęło. Kiedy zastanawiałem się, co dalej – zadzwonił headhunter z propozycją, żebym przeniósł się do Bratysławy i pokierował kampanią telekomu Eurotel, który zmieniał nazwę na T-Mobile. Uznałem, że w takiej sytuacji nie mogę odmówić… Po pół roku wróciłem do Pragi, tym razem zostałem dyrektorem kreatywnym dwóch oddziałów – w Czechach i USA – specjalizujących się w marketingu internetowym agencji Symbaze, związanych z prestiżowymi klientami takimi jak Disney, PWC, British American Tobacco. W praktyce oznaczało to, że po kolacji wracałem do biura, żeby być w kontakcie z pracownikami w Los Angeles. Pomimo, że ciągle byłem zajęty – nie narzekałem. Udało mi się bowiem harmonijnie połączyć moje zainteresowania z dziedziny sztuki i biznesu.

Po raz kolejny w karierze J. Antmanna nastąpił nagły zwrot. Niespodziewanie zadzwoniła do niego matka, informując że jego ojciec poważnie zachorował. Natychmiast postanowił wrócić do Australii. Na lotnisku w Sydney w pierwszej kupionej gazecie rzuciło mu się w oczy ogłoszenie, że rząd australijski szuka szefa marketingu on-line, a zarazem event managera do agencji Invest Australia. Następnego dnia wysłał CV na podany adres. Po dwóch miesiącach spędzonych z rodzicami, kiedy z ulgą stwierdził, że ojciec czuje się znacznie lepiej, zaczął się pakować, żeby wrócić do Pragi. W przeddzień planowanego wylotu zadzwonił przedstawiciel rządu zapraszając go na interview do Canberry. – Z Sydney do stolicy leciałem malutkim samolotem, nie przeczuwając, że właśnie jestem na kolejnym zakręcie życia, który zajmie mi 7 lat – wspomina. – Propozycja okazała się bardziej interesująca niż wcześniej zakładałem, a w dodatku w każdy weekend mogłem spotykać się z rodzicami.

Miałem okazję wykorzystać doświadczenia, które zdobyłem w Czechach. Zwierzchnicy najwyraźniej byli zadowoleni, ponieważ w krótkim czasie zostałem szefem marketingu całego Ministerstwa Przemysłu i Turystyki. Jednym z projektów, przy których byłem zaangażowany, była największa inwestycja infrastrukturalna w Australii – sieć broadbandowa warta ok. 50 mld dol. Kiedy po 1,5 roku niezwykle intensywnej pracy oglądałem konferencję premiera, zrozumiałem, że moja misja zakończyła się. Byłem też znużony pewnym stylem życia. Proszę pamiętać, że Canberra, choć jest stolicą, pozostaje małym miastem, w którym wszyscy się znają i żyją polityką. Podjąłem szybką decyzję: jadę w podróż do Nowego Jorku i po Europie, a przy okazji zrzucam zbędne kilogramy, które stanowiły efekt pracy za biurkiem…

Tak też się stało. J. Antmann ruszył w sześciomiesięczną podróż, podczas której rozważał możliwość osiedlenia się w Londynie, który odwiedza kilka razy w roku z powodu nowych premier teatralnych i wystaw o światowym formacie. Zniechęcały go jednak niewygody związane z życiem w tak wielkim mieście. Wobec tego zdecydował się na Berlin, zaczął nawet szukać mieszkania. W tym samym czasie znajomy, który jest szefem dużej firmy w Warszawie, zaprosił go do Polski.

– Byłem oczarowany tym, co zobaczyłem – podkreśla J. Antmann. – Jako specjalista od szybkich decyzji, postanowiłem: „Zamieszkam w Warszawie”. Jednego dnia znalazłem pracę i komfortowe mieszkanie. Musiałem jeszcze tylko przywieźć swoje rzeczy z Londynu. Był początek kwietnia 2010 r. doszło do katastrofy w Smoleńsku, wybuchł wulkan Eyjafj allajökull na Islandii, samoloty przestały kursować. Zatłoczonymi pociągami w dwie doby dotarłem do Warszawy. Na marginesie – gdyby nie piekielny tłok, taka podróż mogłaby mieć wiele uroku…

Co lubi Jansson Antmann?

ZEGAREK – Omega Speedmaster Professional Chronograph z limitowanej serii dla astronautów, która kiedyś należała do mojego dziadka
PIÓRA – Montblanc
UBRANIA – styl włoski, Giorgio Armani, Strellson
WYPOCZYNEK – w każdy weekend gdzieś wyjeżdża
ULUBIONE MIASTA – Nowy Jork, Rzym, Sintra i Brno. Uważa zbudowaną w Brnie w 1927 roku willę Tugendhatów projektanta Miesa van der Rohe za wzór idealnego domu. W Polsce Nieborów i Arkadia
KUCHNIA – włoska i polska
RESTAURACJA – „Casa Italia” w Warszawie, „Borchardt” w Berlinie, „Bistro Vue” w Melbourne, „Paparazzi” w Bratysławie, „Caff e Domiziano” w Rzymie
SAMOCHÓD – „Podobnie jak moi rodzice, jestem wielkim fanem Subaru”
HOBBY – podróże, historia, architektura, teatr

POLAK WSZECH CZASÓW

NIEKTÓRE Z PROJEKTÓW BIZNESOWYCH, ZWŁASZCZA W DZIEDZINIE MEDIÓW, ROZWIJAJĄ SIĘ W TEMPIE, KTÓRE W INNYCH BRANŻACH JEST NIEWYOBRAŻALNE. ZNAKOMITĄ TEGO ILUSTRACJĘ STANOWI „POLAK WSZECH CZASÓW”.

Czterech młodych managerów postanowiło zainwestować w opcję na program telewizyjny, który odniósł ogromny sukces w 28. krajach. Zaryzykowali znaczną kwotę w przekonaniu, że tak ciekawa inicjatywa skazana jest na sukces. Kierowali się intuicją, choć nie tylko. Kilka lat temu założyli Zespół Produkcyjny „Oko i ucho”, co pozwoliło im zdobyć niezbędne w tej branży doświadczenie. Warto wyjaśnić, że opcja, którą pozyskali, oznacza możliwość wyprodukowania programu, z czym nierozerwalnie łączy się konieczność zdobycia partnera – czyli stacji telewizyjnej, która z kolei musi zapłacić za licencję. W praktyce koszty te pokrywają wpływy od sponsorów. Z pozoru wydaje się to proste – trzeba jednak umieć wyszukać program, który ma szansę na powszechną oglądalność, co oznacza miliony widzów… – W 2008 roku byliśmy na Ukrainie – opowiada Piotr Apel, dziennikarz, jeden ze wspólników. – Siedząc w restauracji zwróciliśmy uwagę na program telewizyjny, który przykuwał uwagę wszystkich gości.

Był to finał programu „Wielcy Ukraińcy” na licencji BBC. Pomimo bariery językowej, stwierdziliśmy, że to znakomity pomysł, który warto przenieść do Polski. – Podobnie, jak większość innych świetnych formatów telewizyjnych, także i ten program wykreowali Brytyjczycy – dodaje Paweł Wilski, zajmujący się w ZP „Oko i Ucho” strategią finansową. – Oznaczało to również, że nie jest tani. Decyzję o zakupie opcji odjęliśmy w ub. roku, a wszystkie formalności udało nam się załatwić w ciągu kilku miesięcy. W sumie okazało się to prostsze niż wstępnie zakładaliśmy. BBC bardzo poważnie potraktowało naszą ofertę. Pierwsze spotkanie miało miejsce w Londynie, kolejne w naszym warszawskim studiu. Brytyjczycy zadeklarowali wszechstronną pomoc. Szczególnie cenne były rozmowy z producentem, który nadzorował realizację 30. edycji programu – 28. narodowych i dwóch specjalnych: katalońskiej i walijskiej. Dzięki temu w polskiej wersji będzie można uniknąć błędów, które popełnili poprzednicy. A dotyczyły one przede wszystkim formy wyboru kandydata do tytułu bohatera narodowego wszechczasów.

– Najważniejszym pytaniem, które musieliśmy sobie zadać było, czy poradzimy sobie z tak poważnym przedsięwzięciem – stwierdza P. Wilski. – Wcześniej realizowaliśmy już duże projekty, jak np. kampania społeczna „Ojczysty, dodaj do ulubionych”, w ramach której musieliśmy przygotować dwa spoty telewizyjne, trzy radiowe i duże widowisko. Wyprodukowaliśmy też film „Wszystko płynie”, fabularyzowany dokument, w którego promocję zaangażowała się Agora.

Nasz kolejny film fabularny to „Zimorodek”, na podstawie powieści Kazimierza Orłosia, stanowiący koprodukcję francuskopolską. W przypadku „Polaka Wszech Czasów”, klucz do sukcesu stanowi jednak nie tyle doświadczenie, co raczej kreatywność i umiejętność szybkiego zamieniania pomysłów w fakty. „Polak Wszech Czasów” to więcej niż program telewizyjny – popularyzuje on wiedzę o wielkich Polakach. Przez managerów został założony portal www.polakwszechczasow. pl. Partnerami przedsięwzięcia zostały: Narodowe Centrum Kultury, Biblioteka Narodowa, Narodowe Archiwum Cyfrowe, Ośrodek Karta, PWN, a wśród mediów – nasza redakcja i Inwestycje.pl.

– Najbardziej mnie cieszy, że wsparło nas aż wielu wybitnych przedstawicieli świata sztuki i nauki – mówi Piotr Marynowski, prawnik z dziesięcioletnim stażem w zarządzaniu – Spotkania te utwierdziły mnie w przekonaniu, że „Polak Wszech Czasów” to projekt, który wyzwoli wiele pozytywnych emocji już na etapie zgłaszania kandydatur. Jerzy Zelnik w niezwykle sugestywny sposób przywołał postać Cypriana Kamila Norwida. Z kolei Krzysztof Hołowczyc przypomniał Jerzego Szajnowicza-Iwanowa, który w walce z hitlerowcami wykazał talent godny… Jamesa Bonda.

Nie sposób wymienić wszystkich bohaterów nominowanych do zaszczytnego tytułu. Co kilka dni na naszym portalu prezentujemy kolejne rekomendacje. Ekipa z „Oka i Ucha” kręci krótkie fi lmy, w których powszechnie znani Polacy mówią o wielkich przodkach. Takich materiałów powstało już kilkadziesiąt. Format BBC zakłada, że po etapie wstępnym ogłaszany jest plebiscyt i z grona wszystkich zgłoszonych postaci wybieranych jest stu kandydatów. O 10. najwyżej ocenionych przez społeczność powstaną filmy biograficzne z udziałem gwiazd-ambasadorów postaci historycznych. Przez cały okres emisji można będzie głosować na wybrane postacie. W wielkim finale ambasadorzy stoczą ostatnią bitwę na argumenty, a my poznamy wyniki ogólnonarodowego głosowania na „Polaka Wszech Czasów”.

– Biorąc pod uwagę bardzo pozytywne reakcje ze strony mediów, mam nadzieję, że w przyszłości będziemy mogli pójść krok dalej i przypomnimy wielkich Polaków zasłużonych w różnych dziedzinach – podsumowuje czwarty ze wspólników, Piotr Kornobis, producent, a zarazem prezes firmy..

– Może więc wybierzemy sportowca lub muzyka wszechczasów. Albo ulubioną polską postać fikcyjną. Nasza redakcja zdecydowała się wesprzeć ten niebanalny projekt, ponieważ chcielibyśmy, żeby w gronie kandydatów do tytułu „Polaka Wszech Czasów” znaleźli się nie tylko wielcy twórcy lub wodzowie, ale też ludzie, którzy tworzyli polską gospodarkę. Wspólnie z naszym partnerem – portalem Inwestycje.pl – na stronach www. manager.inwestycje.pl ogłosiliśmy konkurs, w którym internauci mogą wskazać najciekawszych i najważniejszych przedsiębiorców i ekonomistów.

Co lubi Paweł Wilski?

ZEGARKI – IWC Portuguese
PIÓRA – Montblanc
UBRANIA – casual
WYPOCZYNEK – Zakopane, Rogów na Mazowszu
KUCHNIA – europejska i japońska. Sam przygotowuje sushi
HOBBY – żeglarstwo, koszykówka

Co lubi Piotr Apel?

KUCHNIA – rosyjska
RESTAURACJA – „Babuszka” w Warszawie
WYPOCZYNEK – jeździ do Lwowa kilkanaście razy w roku
SAMOCHÓD – VW
HOBBY – turystyka, szczególnie interesują go kraje za wschodnią granicą Polski

Co lubi Piotr Kornobis?

UBRANIA – projekty Zosi Chylak i Marceliny Jarnuszkiewicz
WYPOCZYNEK – „polska wieś”.
KUCHNIA – ryby pod każdą postacią
RESTAURACJA – „Da Aldo” w Warszawie
HOBBY – podróże i muzyka. Od lat jest wokalistą w zespole „Wanna Otchłani”

Co lubi Piotr Marynowski?

ZEGARKI – Rolex
PIÓRA – Montblanc
UBRANIA – Zegna
WYPOCZYNEK – Włochy
KUCHNIA – polska, włoska
RESTAURACJA – „Prowansja” w Warszawie
SAMOCHÓD – Lexus
HOBBY – tenis, piłka nożna

Eyal Litwin

Rozmowa z Eyalem Litwinem, wiceprezesem Adgar Investments & Development Ltd.

– Czy, pana zdaniem, w Warszawie nadal potrzebna jest nowa powierzchnia biurowa?
– To ciekawe pytanie, ponieważ przewiduje się, że w ciągu następnych 2-3 lat podaż przekroczy popyt, ale jeżeli spowolnienie gospodarcze nie będzie dramatyczne, możemy obserwować nawet niedobór powierzchni biurowej. W dłuższej perspektywie zawsze będzie popyt na powierzchnię biurową w stolicy, ze względu na rozwój gospodarczy oraz fakt, że Warszawa staje się ważnym ośrodkiem w Europie Środkowo-Wschodniej.

– Jak Polska wygląda na tle innych krajów, w których prowadzicie działalność?
– Każdy kraj jest inny, a polski rynek rozwija się bardzo dynamicznie. Bardzo dobrym przykładem jest budowa budynku biurowego Adgar Plaza B, należącego do kompleksu Adgar, który już w dniu oficjalnego otwarcia był w 70 proc. wynajęty.

– Rozpoczęliście jego budowę w 2007 roku, w niełatwej sytuacji na rynku powierzchni biurowych w Warszawie. Jaka jest tajemnica waszego sukcesu?
– Myślę, że źródłem naszego sukcesu jest wypracowany przez nas model biznesowy. Już na etapie projektowania kompleksu budynków biurowych Adgar podjęliśmy decyzję, że naszym najważniejszym celem jest stworzenie najemcom warunków sprzyjających efektywnej pracy. To pomaga w rozwoju działalności biznesowej. Nasze biurowce wyróżniają się dzięki unikalnym usługom dodatkowym. Na miejscu znajduje się Centrum Konferencyjne Adgar Plaza – jeden z niewielu obiektów o takim standardzie w Warszawie, poza hotelami. Dzięki możliwości dowolnej aranżacji przestrzeni, może pomieścić do 300. osób i oferuje przy tym najnowocześniejsze wyposażenie audiowizualne i multimedialne oraz bezpłatną, bezprzewodową sieć Wi-Fi.

Nasi najemcy mogą korzystać z fitness klubu Calypso z centrum odnowy biologicznej, basenem, siłownią, salami do fitnessu, spinningu i squasha, jak również z restauracji i kawiarni. Warto wspomnieć, że dopiero co podpisaliśmy umowę z siecią przedszkoli Pomarańczowa Ciuchcia, dzięki czemu już od września 2012 roku osoby pracujące w Centrum Biznesowym na Mokotowie w Warszawie będą mogły zostawiać dzieci pod profesjonalną opieką tuż obok swojego biura. Od początku mieliśmy jasną wizję przestrzeni biurowej, którą chcielibyśmy stworzyć. Zależało nam na tym, aby powstało miejsce oferujące kompleksowe usługi związane z pracą i spędzaniem wolnego czasu pod jednym dachem, bez potrzeby wychodzenia na zewnątrz. Od początku wiedziałem, że będę zaangażowany w ten projekt przez dłuższy czas. Czerpałem niesamowitą satysfakcję, mogąc obserwować, jak nasze idee stają się rzeczywistością, a nasze osobiste podejście przynosi doskonałe efekty w postaci liczby i rangi najemców, których udało nam się pozyskać.

– Co sprawia, że wasz kompleks biurowy jest tak wyjątkowy?
– Myślę, że to zasługa usług dodatkowych, o których wspom­niałem. W kompleksie biurowym Adgar znajdują się siedziby firm działających w różnorodnych branżach, co pokazuje, że nasze usługi odpowiadają różnym modelom działalności biznesowej. Każda firma, niezależnie od tego, czy wynajmuje trochę ponad 100 czy też kilka tysięcy metrów kwadratowych otrzymuje z naszej strony taki poziom obsługi, jakby była naszym jedynym najemcą. Jako właściciel, staram się poznawać i budować osobiste relacje z osobami zarządzającymi w każdej firmie, której biura znajdują się w naszych budynkach. Angażuję się w rozwiązywanie codziennych problemów.

Co więcej, podaję numer mojego telefonu komórkowego pracownikom administracyjnym po stronie najemców na wypadek, gdyby chcieli porozmawiać na jakiekolwiek tematy związane z zarządzaniem budynkiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że takie podejście nie jest typowe dla polskiego rynku, ponieważ właściciele budynków z reguły przekazują takie obowiązki managerom. Lubię wiedzieć, co się dzieje w naszych budynkach. Mocną stroną  naszych budynków są zaawansowane rozwiązania informatyczne. Nowoczesne technologie to moja pasja. W kompleksie Adgar mamy najbardziej zaawansowaną technologicznie serwerownię w Polsce, o najwyższym standardzie bezpieczeństwa, z systemem zapasowego gromadzenia danych i okablowaniem strukturalnym 7. generacji.

– Stosujecie także niestandardowe rozwiązania, jeżeli chodzi o marketing…
– Tak. W promocji naszych usług wykorzystaliśmy wyjątkową kampanię marketingu partyzanckiego, w ramach której 5 tys. baloników z naszym hasłem „Tu rodzą się pomysły” zostało przyczepionych do samochodów zaparkowanych w centrum Warszawy. Z tego, co wiem, byliśmy na tym polu absolutnymi pionierami, ponieważ była to pierwsza kampania tego typu w Polsce.

– Co to znaczy, że budynek jest dobrze zarządzany?
– Najważniejszą rzeczą jest indywidualne podejście. Właś­ciciele budynków, którzy dbają o biznes najemcy, dbają jednocześnie o swój biznes. Jeśli z sukcesem budują otwarte relacje z najemcami, mogą szybciej i łatwiej odpowiadać na ich potrzeby, bo lepiej je znają. Co więcej – dobry właściciel i zarządca wykazują się inicjatywą, proponują innowacyjne rozwiązania, przewidują pytania i prośby. To sprawia, że najemcy czują się bezpiecznie i mogą skupić się na prowadzeniu swojego biznesu, bo wiedzą, że jest ktoś, kto czuwa nad ich sprawami.

– Na co zwracać uwagę szukając biura? Czego poszukują klienci?
– Najważniejsza jest analiza obecnych i przyszłych potrzeb. Kluczowe znaczenie dla potencjalnych najemców ma lokalizacja. Polskie i międzynarodowe firmy często zwracają uwagę na to, gdzie mieszczą się biura ich konkurentów. Natężenie ruchu ulicznego, jak również dążenie do zwiększenia efektywności kosztowej sprawiają, że coraz większą popularnoś­cią cieszą się odrębne dzielnice biznesowe, które powstają w pewnej odległości od śródmieścia i zapewniają dogodne połączenie z lotniskiem. Z punktu widzenia najemców, ogromną zaletą budynku biurowego jest lokalizacja w miejs­cu w miarę cichym i spokojnym. Wybierając nową siedzibę biura, warto rozważyć przede wszystkim budynki na tyle dobrze zaprojektowane, że pozostaną uniwersalne niezależnie od upływu czasu i będzie można łatwo i bez konieczności znacznego ponoszenia kosztów dostosowywać je do zmieniających się potrzeb firmy. Ważna jest dostępność miejsc pos­tojowych. Nikt nie lubi spóźniać się do pracy z powodu trudności ze znalezieniem miejsca do zaparkowania samochodu. Klienci zwracają też uwagę na usługi dodatkowe w budynku: restauracja, Wi-Fi, centrum sportowo-rekreacyjne…

– Budujecie nowe, czy raczej inwestujecie w już istniejące budynki?
– Obecnie jesteśmy zainteresowani istniejącymi budynkami, których wartość możemy zwiększyć. Na przykład, poprzez usprawnienie procesu wynajmu powierzchni, zmianę wizerunku budynku, usprawnienie połączeń telefonicznych i internetowych, instalację zaawansowanych technologicznie systemów zarządzania, dodatkowych niezależnych linii zasilających, zapasowych generatorów i centralnych UPS-ów, które zapewniają nieprzerwane dostawy prądu na wypadek awarii miejskiej sieci energetycznej, jak również zaawansowaną technologicznie serwerownię z nowoczesnym systemem kontroli dostępu, obejmującym karty zbliżeniowe czy nawet czytnik linii papilarnych. Jeżeli pojawi się interesująca perspektywa wybudowania nowego budynku w przyszłości, oczywiście weźmiemy ją pod uwagę. Generalnie, nie jesteśmy typowym deweloperem. Zakup już istniejącego budynku i podnoszenie jego standardu jest dla nas bardziej atrakcyjne.

– Czy branża, w której działacie, wiąże się z dużym ryzykiem?
– Ta branża, jak każda inna, jest ryzykowna, a że wiąże się ze zobowiązaniami kredytowymi, trzeba być bardzo rozważnym w kwestii podejmowanych inwestycji. Pracujemy naprawdę ciężko, krok po kroku podejmujemy decyzje inwestycyjne. Wierzymy w długofalowe relacje z najemcami i podwykonawcami, mamy nadzieję, że przez lata udało nam się je zbudować. Wierzymy także w siłę lokalnych zespołów i konsultantów, ja także mam polskie korzenie.

– Jak wiele nieruchomości posiadacie na świecie, ile metrów kwadratowych, jak wyglądają dane liczbowe dla Polski?
– Posiadamy 30 budynków w 4 krajach: w Kanadzie, Belgii, Izraelu i Polsce, w sumie 300 000 m2 wynajmowanej powierzchni biurowej. Nasze portfolio w Polsce obejmuje 5 budynków o łącznej powierzchni najmu 50 tys. m2.

– Jak rozwijał się biznes w ubiegłym roku?
– Lista naszych klientów bardzo się rozbudowała w ubiegłym roku. Obecnie portfolio naszych najemców w kompleksie budynków Adgar Plaza obejmuje takie firmy, jak Pfizer, DuPont, Antalis Polska, Biuro Informacji Kredytowej, Business Advisors, DQS Polska, EDP Polska, Futurestep, Gilead Polska, Gruper, MAP Polska, PartyLite, Schneider Electric, Symantec, Urząd Zamówień Publicznych oraz biura spółek zależnych firmy Adgar w Polsce. Umowa najmu powierzchni biurowej, którą podpisaliśmy z firmą Mostostal Warszawa, dotycząca 7 800 m2 w budynku Adgar Business Centre II przy ulicy Konstruktorskiej, była jedną z największych umów wynajmu powierzchni biurowej w Warszawie w ubiegłym roku.

– Jaka jest, pana zdaniem, najlepsza nieruchomość firmy Adgar?
– Ze względu na to, że odpowiadam za działania firmy w Polsce i byłem głęboko zaangażowany w budowę Adgar Plaza, wskazałbym właśnie na te budynki, ale nie jestem w tej kwestii obiektywny. Posiadamy kilka bardzo dobrych nieruchomości w każdym z krajów, w których jesteśmy obecni, jak choćby Adgar Tower w Izraelu (budynek dostosowuje się do potrzeb najemców, dzięki temu, że pozwala na znaczną elastyczność w zakresie funkcjonowania różnych systemów), 120 Bloor Street w Kanadzie i wiele innych.

– Jakie plany na przyszłość?
Zamierzamy wynająć do końca pozostałą, niewielką powierzchnię biurową dostępną w naszych budynkach, a następnie zaczniemy rozglądać się za możliwościami rozwoju, na przykład zakupu nieruchomości.

Co lubi Eyal Litwin?

Zegarki – sportowe, z pomiarem rytmu serca i GPS-em. „Korzystam z nich w czasie uprawiania sportu.”
Ubrania – Banana Republic, Diesel i Tommy Hilfiger.
Zapach – Antidote i Diesel
Wypoczynek – „Uwielbiam jazdę na rowerze. W sumie mam 3 rowery: 2 górskie i 1 miejski. Jeżdżę na rowerze codziennie, gdy nie podróżuję. Lubię też motocykle i nurkowanie, ale na te pasje nie mogę już znaleźć czasu”. Świetnie czuje się w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w Nowym Jorku. „Lubię także Alpy latem, ze względu na rowery i inne sporty.”
Kuchnia – „Ze względu na częste wyjazdy do Belgii, polubiłem ich kuchnię. Cenię także potrawy z kuchni śródziemnomorskiej. Przepadam za pierogami i polskimi zupami, które pamiętam z kuchni mojej babci.”
Samochód – „Jeżdżę Subaru Outbackiem. Lubię samochody tej marki, w przeszłości miałem modele  Legacy i Forester. Samochód Subaru jest wygodny i dostępny w atrakcyjnej cenie. Uwielbiam jeździć nim po trudnych off-roadowych trasach, w lasach i po wydmach – oczywiście tam, gdzie jest to dozwolone.”

Mirosław Jakowiecki

Rozmowa z Mirosławem Jakowieckim, przewodniczącym Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów, prezesem Pekao Faktoring Sp. z o.o.

– Jak wygląda dziś polski rynek faktoringowy: główni gracze, tendencje.
– Polski Związek Faktorów jest organizacją zrzeszającą obecnie szesnaście instytucji faktoringowych oraz dwóch członków wspierających. W I kwartale 2012 roku firmy faktoringowe zrzeszone w PZF zrealizowały obroty na poziomie 18,4 mld zł, co oznacza wzrost o 31 proc. w stosunku do roku ubiegłego. Branża generuje stabilne wzrosty już od wielu lat. Rynek faktoringowy w Polsce jest silnie skoncentrowany. Pięć spośród osiemnastu firm należących do Związku ma łącznie 73 proc. obrotów całego rynku. W 2011 roku rynek PZF zrealizował obrót w wysokości 67,1 mld zł, co daje ponad 20-procentowy przyrost w stosunku do roku 2010.

Dynamiczny wzrost obrotów branży jest wynikiem silnego zapotrzebowania na produkty faktoringowe, które sprawdzają się zarówno w dobrych, jak i gorszych czasach. Polskie przedsiębiorstwa borykają się z problemem nieterminowych płatności, stąd faktoring spisuje w takich sytuacjach wyjątkowo dobrze. W Polsce dużą popularnością cieszy się zarówno faktoring niepełny (bez przejęcia ryzyka), jak i pełny (z przejęciem ryzyka). Duże zainteresowanie wzbudza także faktoring eksportowy i importowy. Rynek polski zaczyna również wprowadzać coraz więcej niestandardowych rozwiązań, często dopasowywanych indywidualnie do oczekiwań przedsiębiorstw. Przewidujemy wzrost obrotów branży faktoringowej w 2012 roku między 10 a 20 proc. w stosunku do 2011 roku. W ciągu dwóch lat obroty faktorów mogą przekroczyć 100 miliardów złotych.

– Faktoring ma długą historię?
– Bez wątpienia, jest tak stary, jak obrót handlowy. Transakcje przypominające faktoring odnotowano już w państwie Hammurabiego (zapisy o pierwszych kredytach). Pierwsze udokumentowane użycie faktoringu w czasach nowożytnych miało miejsce w amerykańskich koloniach już w XVII wieku. Koloniści wysyłający z kolonii do Wielkiej Brytanii bawełnę, skóry i futra, drewno musieli bardzo długo czekać na zapłatę od kupców londyńskich. Dopiero za pośrednictwem finansowym „faktorów” otrzymywali środki, dzięki którym mogli zapewnić nowe dostawy. Nowoczesną formę nadali producenci tekstyliów w USA w latach dwudziestych XX wieku. Na kontynencie europejskim faktoring pojawił się w latach 50. – pomoc dla Europy w ramach planu Marshalla – a swoją silną pozycję na rynku usług finansowych ugruntował pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia. Pierwsze transakcje quasi-faktoringowe w Polsce pojawiły się w 1990 roku, ale wyraźny dynamiczny rozwój tej usługi obserwujemy od 2001 roku. W roku 2011 firmy faktoringowe zrzeszone w PZF zrealizowały obroty w wysokości 67 105 mln zł, to prawie 85 proc. obrotów całego rynku faktoringowego w Polsce, wynoszącego 79 366 mln zł.

– W jaki sposób kryzys wpłynął na rynek faktoringowy. Jak wygląda to w kontekście Europy Zachodniej?
– Podczas gdy gospodarka strefy euro jest w płytkiej recesji, Polska ma wprawdzie spowolnione, ale wciąż dobre wskaźniki. Odnotowany wzrost jest generowany głównie poprzez popyt wewnętrzny. Warto podkreślić, że słabe wyniki przedsiębiorstw mogą mieć zarówno pozytywny, jak i negatywny wpływ na branżę. Faktoring jest instrumentem, który sprawdza się w okresach dobrej koniunktury, jak i w czasie spowolnienia gospodarczego a nawet kryzysu. Kiedy gospodarka przyspiesza, przedsiębiorcy zwiększają swoje obroty, rośnie więc zapotrzebowanie na środki obrotowe, a także na lepszą kontrolę rosnącego stanu należności. W czasach dekoniunktury istotne jest, aby zapewnić sobie bezpieczny obrót i pewną zapłatę za sprzedany towar. W Polsce wskaźnik penetracji PKB systematycznie rośnie i w 2011 r. przekroczył 5 proc. Jest to jednak nadal mniej niż na rozwiniętych rynkach faktoringowych, gdzie, według szacunków International Factors Group, stanowi ok. 9 proc.. Potencjał polskiej gospodarki i stan rozwoju branży sprawiają, że faktoring w Polsce ma dobre perspektywy. Branża udowodniła, że wyjątkowa zaleta faktoringu, jaką jest płynne finansowanie sprzedaży połączone z zarządzaniem należnościami i możliwością zabezpieczenia ryzyka niewypłacalności odbiorcy, sprawdziła się.

– Co rekomenduje pan klientom – faktoring pełny czy niepełny?
– Rekomenduję faktoring, jako usługę, która jest w stanie zapewnić zarówno poprawę płynności finansowej, jak i ograniczenie ryzyka prowadzonej działalności gospodarczej przez przedsiębiorstwo. Nie wskazywałbym konkretnego produktu, ponieważ, w zależności od indywidualnej potrzeby i oczekiwań przedsiębiorcy, może sprawdzić się zarówno faktoring pełny, niepełny, eksportowy, jak też inny produkt faktoringowy. Przedsiębiorca, który cierpi na brak gotówki oraz boryka się z problemem przeterminowanych należności, może być zainteresowany faktoringiem krajowym niepełnym. Firma, która planuje dodatkowo zabezpieczenie swoich należności po to, aby uchronić się przed niewypłacalnością odbiorcy, wybierze z pewnością faktoring pełny – krajowy, jeśli prowadzi działalność na terenie kraju, lub eksportowy jeśli współpracuje z odbiorcami zagranicznymi. Faktorzy oferują bogatą paletę usług, dopasowanych do wielkości firmy, specyfiki prowadzonej sprzedaży oraz branży firmy.

– Czemu poświęcony będzie III Międzynarodowy Kongres Faktoringu?
To już kolejne wydarzenie branżowe realizowane przez PZF, jedyne takie w Polsce. W tym roku tematem wiodącym naszego spotkania będzie szeroko pojęta problematyka ryzyka transakcji faktoringowych. Prezentacje i dyskusje panelowe pozwolą uczestnikom skonfrontować swoją wiedzę i doświadczenia z rozwiązaniami, jakie są obecnie stosowane na światowym rynku usług faktoringu. Udział w Kongresie potwierdzili eksperci z Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Wśród gości będą również szefowie Factors Chain International, International Factors Group oraz EU Federation, którzy omówią bieżący stan branży, prognozy oraz perspektywy. Tematyka Kongresu nie ogranicza się tylko do obrad plenarnych, ale jest to doskonały czas na wymianę doświadczeń i poglądów ekspertów reprezentujących cały rynek faktoringowy, do którego jest adresowany Kongres. Gorąco zachęcam do wzięcia udziału w Kongresie, który odbędzie się 13 września br. w hotelu Marriott. Spotkamy się, żeby wymienić doświadczenia.

Mirosław Jakowiecki, przewodniczący Komitetu Wykonawczego PZF, prezes zarządu Pekao Faktoring Sp. z o.o.
Należy do grona managerów, którzy tworzyli polski rynek usług faktoringowych. W latach 1999-2001 kierował departamentem, który opracował i wdrożył pakiet usług faktoringowych w GE Capital Bank. W 2001 r. przeszedł do zarządu Pekao Faktoring Sp. z o.o., od 2004 roku pełni funkcję prezesa zarządu. Absolwent Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (SGH), ukończył też liczne kursy i szkolenia z zakresu finansów i bankowości. Mirosław Jakowiecki ma wieloletnie doświadczenie managerskie w zakresie zarządzania finansowego przedsiębiorstw. Promocja wiedzy i coaching są jego pasją. Podczas wielu lat pracy managerskiej odbył setki spotkań z przedsiębiorcami, prowadząc i uczestnicząc w sympozjach, konferencjach oraz seminariach, na których dzielił się swoją wiedzą i umiejętnościami praktycznymi z dziedziny zarządzania finansami oraz sprzedaży usług finansowych. Jest jednym z inicjatorów i animatorów utworzenia Polskiego Związku Faktorów. Stanowisko Przewodniczącego Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów obejmuje po raz trzeci. Aktywnie uczestniczy w pracach Polskiego Związku Pracodawców Prywatnych Banków i Instytucji Finansowych PKPP Lewiatan, pełniąc funkcję wiceprezesa.Hobby: fotografia, wycieczki górskie, coaching i szkolenia.

***

Rynek rośnie

W I KWARTALE 2012 ROKU POLSKI ZWIĄZEK FAKTORÓW ZANOTOWAŁ WZROST OBROTÓW O 31,46 PROC. OBROTY FIRM FAKTORINGOWYCH ZRZESZONYCH W POLSKIM ZWIĄZKU FAKTORÓW (PZF) WZROSŁY W I KWARTALE 2012 ROKU O PONAD 31 PROC. DO WYSOKOŚCI 18,4 MLD ZŁ.

Prognozowany przez PZF na kilkunastoprocentowy wzrost branży jest widoczny już w pierwszym kwartale. Branża faktoringowa rozwija się, mimo przewidywanego przez analityków spowolnienia gospodarki. Kondycja polskich przedsiębiorstw jest całkiem dobra, ale rośnie niepewność co do kierunku zmian koniunktury i podstawowych wskaźników makroekonomicznych. Przedsiębiorcy obawiają się o przyszły portfel zamówień, toteż ograniczają swoje nakłady inwestycyjne i prowadzą dość ostrożną politykę kosztową. Wciąż wysoki jest także udział należności przeterminowanych w aktywach przedsiębiorstw, co z pewnością problemy nie są jednak odczuwalne. Potwierdza się bowiem teza, że faktoring to produkt zarówno na dobre, jak i gorsze czasy.

– Mam silne przekonanie, że bieżący rok będzie równie dobry, jak poprzednie dwa lata. Należy pamiętać, że faktoring jest odpowiedzią na panującą wśród polskich przedsiębiorstw niepewność i obawy o przyszłość. Konstrukcja usługi faktoringowej z jednej strony zapewnia bieżący dostęp do gotówki, a z drugiej, udostępnia sprawdzone narzędzia, przeznaczone do zarządzania należnościami. Obecnie stają się jeszcze bardziej doceniane: weryfikacja zdolności płatniczej, monitoring działania w ramach faktoringu pozwalają przedsiębiorcy ograniczyć ryzyko prowadzonej działalności i zmniejszyć niepewność – mówi Mirosław Jakowiecki, przewodniczący Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów. W bieżącym kwartale nastąpiły spore zmiany w tzw. pierwszej trójce. Pozycję lidera rynkowego wśród firm faktoringowych należących do PZF utrzymał w kolejnym kwartale Raiffeisen Bank Polska, którego udział w obrotach firm PZF wyniósł 21,49 proc. Na drugą pozycję powróciła Pekao Faktoring Sp. z o.o. z udziałem 16,87 proc. trzecią pozycję zajmuje obecnie ING Commercial Finance z 13,97 proc.

***
Euler Hermes wspiera rozwój firm faktoringowych



Tomasz Delman
Dyrektor ds. Sprzedaży.
Dział Windykacji, Informacji i Analiz Branżowych w Euler Hermes


W dzisiejszych czasach dostęp do najświeższych informacji jest kluczem do bezpiecznego prowadzenia biznesu.

Każdy rok, a ostatnio nawet każdy miesiąc, czy tydzień, przynoszą nowe rewelacje ze świata, które w mniejszym czy większym stopniu, przekładają się na rozwój polskich firm. Niestety w ostatnich tygodniach najwięcej słyszy się o problemach finansowych zarówno tych dużych, jak i tych średnich, o których jeszcze rok temu powiedzielibyśmy – „pewniaki”. Daje to nam wszystkim do myślenia i wymaga od nas ciągłego poszukiwania co raz to nowych sposobów na ustrzeżenie się ryzyka niewypłacalności naszych partnerów biznesowych i oczywiście utrzymania płynności finansowej naszych przedsiębiorstw.

Bardzo popularną w ostatnich latach usługą wspierającą polskich przedsiębiorców stał się faktoring. W dalszym ciągu – co widać po wynikach firm oferujących tę usługę – mamy zapotrzebowanie na takie rozwiązania, które w dobie wydłużających się terminów płatności, czy ryzyka kursowego wynikającego z transakcji eksportowych pozwalają na utrzymanie dobrych warunków handlowych przy jednoczesnym zachowaniu płynności finansowej w trudnych, kryzysowych czasach. Sama usługa może być oferowana w kilku wariantach – z regresem czy bez, dla transakcji eksportowych czy importowych, lecz zawsze podstawą do jej poprawnego funkcjonowania jest wiarygodność odbiorcy. Nawet doskonale skrojona oferta może nie przynieść korzyści, jeśli nie będzie przedmiotu samej usługi – wiarygodnego odbiorcy. Euler Hermes, który od wielu lat współpracuje z firmami oferującymi faktoring, zarówno tymi wyspecjalizowanymi w obsłudze należności, jak i bankami – doskonale zna ten obszar wspierania polskich przedsiębiorców.

Euler Hermes wspiera rozwój firm faktoringowych poprzez ubezpieczenia należności, weryfikację wiarygodności firm – raporty kredytowe, kończąc na windykacji sądowej czy egzekucji komorniczej. Tak samo jak w innych przypadkach, musimy najpierw zweryfikować ryzyko, aby określić limit kredytowy. To dzięki temu bezpiecznemu limitowi cała usługa może funkcjonować prawidłowo, a jego permanentny monitoring umożliwia stałą weryfikację kondycji finansowanego odbiorcy. Obsługą i weryfikacją ryzyka zajmuje się Departament Oceny Ryzyka, który na bazie danych z Departamentów: Informacji Gospodarczej (m.in. dane finansowe i powiązania właścicielskie), Windykacji (skłonność do współpracy w spłacie należności, składniki majątku etc.), podejmuje stosowne decyzje.

Przyznanie rekomendacji jest istotne, ale to dopiero początek – utrzymanie tej rekomendacji (a więc i finansowania wymiany handlowej z danym odbiorcą) na odpowiednim poziomie jest przy zmieniających się warunkach rynkowych bardzo trudnym wyzwaniem, możliwym właśnie dzięki najszerszej bazie informacji gospodarczych. Oprócz skali i szybkości pozyskiwania danych finansowych liczą się także najświeższe informacje o problemach z płatnościami w poszczególnych branżach. W dzisiejszych czasach dostęp do najświeższych informacji jest kluczem do bezpiecznego prowadzenia biznesu bez względu na to, jak dużego sektora branżowego, czy konkretnej firmy on dotyczy ale i rodzaju usługi, która świadczona jest na rynku.

***
Dla wszystkich przedsiębiorstw



Małgorzata Szymańska
dyrektor Departamentu Faktoringu BOŚ

Dlaczego faktoring jest metodą szczególnie przydatną w dobie kryzysu finansowego, który objawia się w gospodarczej mikroskali, np. dążeniem do przesunięcia terminów płatności? Po prostu rynkowa niepewność przekłada się na rozszerzanie praktyki wystawiania faktur z wydłużonym terminem płatności. Wiele lat temu pojawiła się opinia, że faktoring jest usługą przeznaczoną tylko dla dużych firm.

Po prawie 20. latach funkcjonowania, tego narzędzia zarządzania finansami na rynku polskim, można zdecydowanie powiedzieć, że jest to usługa dla wszystkich przedsiębiorstw – nie tylko dużych, ale również małych i średnich. Z faktoringu mogą korzystać wszystkie podmioty gospodarcze, które wystawiają faktury z wydłużonym terminem płatności, a jednocześnie chcą zadbać o zdrowy swój rozwój i uzyskać pewność zachowania płynności finansowej. Przy obecnym rozwoju usług faktoringowych, dążeniu do pełnej automatyzacji procesów, usługa ta może być z powodzeniem realizowana również w firmach gdzie dział księgowości składa się z jednej osoby. Jakie korzyści z faktoringu może osiągnąć przedsiębiorca?

Coraz częściej klienci są zainteresowani możliwością wydłużenia dla swoich odbiorców terminów płatności. Wszystkie firmy już zauważyły, że w czasie negocjacji handlowych nie jest ważna już tylko cena czy jakość towaru lub usługi, ale również oferowany odbiorcom – termin płatności. Zdarzają się sytuacje, kiedy odbiorca woli nawet zapłacić trochę wyższą cenę, ale otrzymać zdecydowanie wydłużony termin płatności. W takie oczekiwania wspaniale wpisuje się faktoring w BOŚ Banku, oferujemy naszym Klientom finansowanie właściwie od razu po wystawieniu faktur, nie grozi im więc utrata płynności finansowej, a z drugiej strony mogą spokojnie oferować wydłużone terminy płatności.

Drugim elementem wspomagającym firmy korzystające z faktoringu, w radzeniu sobie z zatorami płatniczymi, jest monitowanie kondycji finansowej ich kontrahentów w przypadku opóźniania się z płatnościami. To pozwala naszym klientom banku na spokojne prowadzenie biznesu. Spokój ma swoje źródło w pewności, że płynność finansową mają zapewnioną oraz w fakcie, że to bank zajmuje się kontaktami z opóźniającymi się płatnikami. Bardzo ważny element to wykorzystywanie BOŚ Banku jako partnera przy udzielaniu kredytów kupieckich dla odbiorców. Nie wszystkie firmy mają rozbudowane departamenty finansowe, ani analityków, którzy mogliby pomóc oceniać sytuację zdolności płatniczej odbiorców. BOŚ Bank w takim przypadku może być pożytecznym doradcą. Na czym polega zyskujący ostatnio na znaczeniu ekofaktoring? Rzeczywiście słowo „eko” robi zawrotną karierę.

Wszyscy staramy się być bardziej ekologiczni i żyć w zgodzie z naturą. Jak się okazuje nawet usługi bankowe mogą być bardziej lub mniej ekologiczne. My w swojej ofercie stawiamy na ekofaktoring. W założeniach tego produktu najważniejsze jest, że sposób, w jaki wykonywane są działania, procedury bankowe oszczędzają środowisko. Przede wszystkim zdecydowanie ograniczamy konieczność przedstawiania bankowi dokumentów w formie papierowej. Proponujemy, aby zdecydowana większość informacji o fakturach scedowanych do faktoringu była przekazywana drogą elektroniczną przy użyciu platformy BOŚfaktor. To z kolei powoduje, że nasi klienci nie muszą codziennie dojeżdżać do banku w celu złożenia faktur. Wszystko to przekłada się na bardzo wymierne oszczędności finansowe dla klienta, ochronę zasobów dla środowiska i zmniejszenie wpływu na środowisko. Dzięki usłudze ekoFAKTORING jego użytkownik może zaoszczędzić w skali roku do 22 tysięcy złotych dzięki wysyłce faktur on-line, a wspólnie możemy zaoszczędzić co roku ponad pół tony papieru.

***

Wskaźniki rosną

Paweł Bryła
członek Zarządu BRE Faktoring

Początek roku był dla branży faktoringowej bardzo dobry. Cały czas utrzymują się tendencje wzrostowe. W ostatnim czasie coraz więcej mówi się o korzyściach płynących z faktoringu, rośnie więc liczba przedsiębiorców zainteresowanych tą usługą. Jeszcze kilka lat temu wśród przedsiębiorców pokutowało myślenie jakoby korzystanie z faktoringu świadczyło o gorszej kondycji finansowej firmy.

Na szczęście takie opinie się już praktycznie nie pojawiają, a przedsiębiorcy coraz częściej dostrzegają jak ważne jest zapewnienie płynności finansowej firmy i jakie znaczenie ma to dla kontrahentów. W pierwszym kwartale 2012 r. branża zanotowała wzrosty wszystkich wskaźników – począwszy od wartości obrotów, poprzez liczbę klientów, aż po wartość skupionych faktur. Boom inwestycyjny związany z przygotowaniami do Euro 2012 i idący za tym wyższy poziom konsumpcji pozwalał na pewien optymizm wśród przedsiębiorców. Niezła kondycja gospodarki przekładała się również na wyniki faktorów.

Teraz zaczynamy, niestety, dostrzegać pierwsze symptomy spowolnienia, które prawdopodobnie zacznie się pogłębiać wraz z kończeniem się inwestycji infrastrukturalnych związanych z mistrzostwami. Naturalną konsekwencją spowolnienia stają się zatory płatnicze, które już w od jakiegoś czasu są zmorą bardzo wielu firm – ostatnio w szczególności w branży budowlanej. Faktoring jest doskonałą odpowiedzią na problem zatorów płatniczych, ponieważ pozwala firmie na zamianę należności w gotówkę. Liczba przedsiębiorców, którzy będą chcieli skorzystać z tego narzędzia nie powinna więc maleć. Firmy faktoringowe będą jednak musiały liczyć się z coraz większym profilem ryzyka klientów, a konsekwencją tej zmiany będzie wzrost ceny faktoringu. Pogarszające się portfele klientów wymuszają na faktorach potrzebę tworzenia rezerw zabezpieczających transakcje, co oczywiście musi zostać wkalkulowane w cenę.

***
Dłuższe terminy płatności



Paweł Kacprzak
dyrektor ds. faktoringu w Raiffeisen Bank Polska


Media coraz częściej informują o rosnących zatorach płatniczych w gospodarce. Niektóre branże, najgłośniej teraz o budowlanej, przeżywają poważne problemy finansowe, rośnie liczba upadłości spółek. Jedną z konsekwencji może być zaostrzenie warunków udzielania kredytów przez banki z powodu podwyższonego ryzyka w obliczu spowolnienia gospodarczego. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem dla firm, niezależnie od ich wielkości, jest skorzystanie z faktoringu, który wspomaga je w przejściu przez trudne czasy gorszej koniunktury. Firmy mają wtedy na uwadze wysokie ryzyko związane z kredytem kupieckim i niewypłacalnością kontrahentów.

Skracają zatem terminy płatności. Natomiast przedsiębiorca korzystający z faktoringu może proponować terminy dłuższe, a tym samym utrzymać konkurencyjność i zwiększyć szansę utrzymania się na rynku w trudnych czasach. Czym należy się kierować przy wyborze instytucji udzielającej faktoringu? W przypadku większości firm i banków oferujących faktoring występują trzy podstawowe pozycje kosztowe, tj. prowizja przygotowawcza, płatna raz do roku; prowizja od faktury, płatna od wartości faktury, która do faktoringu jest przekazywana; oraz odsetki od finansowania określone jako stawka WIBOR powiększona o marżę. Należy zwrócić również uwagę na opłaty dodatkowe, które wyglądają bardzo różnie w przypadku faktorów i często mają w konsekwencji bardzo duży wpływ na łączną cenę faktoringu. Kluczem do bezproblemowej współpracy na co dzień jest sprawny system informatyczny.

Ze względu na setki czy tysiące faktur, które przechodzą przez ręce faktora, nie ma możliwości, żeby faktoring mógł być rozliczany ręcznie. Dobrym sposobem na sprawdzenie czy dany faktor jest przygotowany do sprawnej obsługi faktoringu jest poproszenie o pokazanie kilku przykładowych wzorów raportów, które będą dla klienta na bieżąco dostępne oraz sposobu, w jaki będą one udostępniane (czy jest możliwość dostępu do danych przez Internet). W większości przypadków faktoring obsługiwany jest całkowicie elektronicznie, bez uciążliwych dokumentów papierowych, co znacząco ułatwia współpracę i czyni ją efektywną dla każdej ze stron.

Porównując oferty faktorów, warto też zwrócić uwagę na liczbę dostępnych rodzajów faktoringu. Na dany moment jeden z nich może w pełni zaspokajać potrzeby firmy, natomiast w niedalekiej przyszłości może się okazać, że np. konieczne będzie objęcie faktoringiem odbiorców zagranicznych lub pozbycia się ryzyka braku płatności ze strony odbiorcy. I wtedy kompleksowość oferty faktora może okazać się bardzo ważnym elementem, który zdecyduje o szybkości reakcji firmy na zmieniające się realia rynkowe, a tym samym na jej pozycję konkurencyjną. Rynek usług faktoringowych w Polsce jest od lat w fazie wzrostu. Obok jego tradycyjnych rodzajów jak faktoring pełny i niepełny rozwija się w również obszar związany z finansowaniem dostawców oraz usługi faktoringowe oparte na współpracy pomiędzy faktorami w Polsce i na świecie w ramach międzynarodowych stowarzyszeń.

***

Rozwiązania dedykowane MŚP




Tomasz Hadzik
dyrektor obszaru usług finansowych w arvato Polska


Od 1994 roku arvato Polska, w ramach Obszaru Usług Finansowych, specjalizuje się w realizowaniu faktoringu pełnego oraz w kompleksowym zarządzaniu należnościami. Firma wykorzystuje przy tym doświadczenia i technologię swojej siostrzanej firmy – BFS Finance GmbH, będącej jedną z czołowych instytucji faktoringowych w Niemczech, działającej na rynkach Europy Zachodniej od 1961 roku. Dążąc do ciągłego doskonalenia i rozwijania usług finansowych, arvato ściśle współpracuje również z inną firmą należącą do koncernu Bertelsmann AG – arvato infoscore GmbH. Jej specjalnością jest zarządzanie należnościami oraz gromadzenie i przetwarzanie informacji gospodarczej. Specyfika oferty faktoringowej arvato Polska polega między innymi na skupieniu się na rozwiązaniach dedykowanych małym i średnim przedsiębiorstwom.

Właściciele bardzo młodych, jednak dynamicznie rozwijających się spółek mają permanentny problem z pozyskiwaniem kapitału. Spółki z mniej niż 50. tysiącami złotych należności miesięcznie, praktycznie nie mogą ubiegać się o kredyt bankowy. Stąd skorzystanie z usług faktoringowych może być szansą dla MŚP na rozwiązanie ich problemów finansowych. Zapewne ogromną zaletą faktoringu świadczonego przez arvato Polska jest dopasowanie oferty do potrzeb danego klienta, stąd na rynku usług faktoringowych spółka cieszy się opinią firmy elastycznej w zaspokajaniu oczekiwań klientów, ofertującej atrakcyjne stawki (korzystamy z kapitałów własnych koncernu Bertelsmanna). Choć świadczenie usług standardowych jest tańsze, firma zawsze stara się dostosować pakiet oferowanych rozwiązań finansowych do indywidualnych, niekiedy bardzo specyficznych, potrzeb poszczególnych klientów.

Arvato stawia też na stosowanie prostych procedur współpracy, a zwłaszcza odstąpienie od zbędnej tzw. „papierologii” – wykup wierzytelności odbywa się przy pomocy elektronicznego transferu danych. Klient, po wystawieniu faktur sprzedażowych, przesyła elektronicznie do arvato plik z określonymi danymi, system automatycznie przelicza i wypłaca zaliczkę do klienta. Nie ma potrzeby przesyłania do wykupu faktur, czy dokumentów potwierdzających odbiór towaru podpisanych przez odbiorcę w formie papierowej.

Taką formę klienci cenią sobie najbardziej, ponieważ jest to proste i bardzo wygodne narzędzie pozwalające na szybkie uruchomienie środków. Ponadto wszystkie operacje klient może podejrzeć w systemie on-line, gdzie automatycznie widać np. zaangażowanie odbiorcy, wykorzystanie limitu, czy przeterminowanie w płatnościach danego odbiorcy. System on-line pozwala na generowanie różnego rodzaju raportów niezbędnych w dziale księgowości czy w dziale sprzedaży. Tak więc kluczowa jest dla nas również sprawność i nowoczesność w zarządzaniu należnościami. Korzystamy nie tylko z rozwiązań praktycznych i technologii informatycznych doskonale sprawdzonych przez inne firmy koncernu, ale rozwijamy także własne produkty. Są one ściśle dostosowane do realiów polskiego rynku i systemu prawnego oraz do aktualnych wymagań rodzimych przedsiębiorstw.


***

Z regresem i bez regresu

Tomasz Skupiewski
prezes Zarządu FaktoringBroker


W naszej ofercie znajdują się różne rodzaje produktu – od faktoringu z regresem, bez regresu, przez eksportowy, aż po odwrócony. Jesteśmy w stanie przygotować ofertę dla wszystkich segmentów klientów, którzy kwalifikują się do tej usługi. Jesteśmy istotnym wsparciem dla przedsiębiorców poszukujących rozwiązań związanych z finansowaniem działalności obrotowej, zarządzeniem oraz zabezpieczeniem należności.

Chętnie dzielimy się swoim doświadczeniem zdobytym na rynku faktoringu od 2007 roku. Nie pobieramy wynagrodzenia ze strony klienta, otrzymujemy jedynie prowizję od faktora w przypadku zawarcia umowy faktoringu. Uzupełnieniem oferty są kredyty, leasing, windykacja i wykup wierzytelności. Poszerza to grono naszych partnerów do ponad 30. instytucji finansowych.



Polski Związek Faktorów

zaprasza naIII Międzynarodowy Kongres Faktoringu

13 września, Hotel Marriot, Warszawa

www.kongresfaktoringu.pl

Jacek Pawlak

Rozmowa z Jackiem Pawlakiem, prezesem Toyota Motor Poland

– Motoryzacja przyszłości to podobno auta elektryczne. Trudno mi w to uwierzyć.
– Toyota już od czterech lat oferuje na amerykańskim rynku modele wyposażone w silniki elektryczne. Moim zdaniem, najbliższa przyszłość należy jednak do hybryd. To one masowo podbiją rynki całego świata. Dlaczego? Łączą zalety silnika spalinowego i elektrycznego, eliminując główny prob­lem aut „na prąd” – ograniczony zasięg limitowany pojemnością akumulatorów, które trzeba potem ładować przez kilka godzin. Większość użytkowników przejeżdża dziennie około 25 km. Taki dystans mogą pokonać korzystając z silnika elektrycznego naszej najnowszej hybrydy typu Plug In (ładowanej z gniazdka). A gdy prąd w akumulatorach systemu Plug In skończy się, napęd automatycznie przechodzi w tryb klasycznej hybrydy – uruchamia silnik benzynowy i bezproblemowo wiezie nas dalej setki kilometrów.

Nie musimy nerwowo szukać wtyczki i tracić kolejnych godzin na ładowanie, jak w wypadku aut elektrycznych. Dodatkowy atut to możliwość odzyskiwania w aucie hybrydowym energii podczas hamowania. Specyfika funkcjonowania hybrydy sprawia, że im więcej ruszamy nią i hamujemy, tym większe oszczędności zobaczymy w portfelu. Tajemnica ukryta jest m.in. w systemie odzyskiwania energii z okładzin podczas hamowania. Czyli, jest to idealne auto do zakorkowanych miast. Nasz najnowszy samochód z tej grupy – hybrydowy Yaris – okazuje się mistrzem miejskiej oszczędności, spalając zaledwie 3,1 l na 100 km. W dodatku hybrydy są bardziej ekonomiczne w użytkowaniu: nie mają sprzęgła, rozrusznika, alternatora, paska klinowego. Klocki i tarcze hamulcowe trzeba wymieniać 3 razy rzadziej niż w tradycyjnym aucie. Nic tylko kupować hybrydy, jeździć nimi i oszczędzać.

– Musi się to przekładać na cenę zakupu.

– Hybrydowe Toyoty są niewiele droższe od tradycyjnych wersji. Za to wydatki na eksploatację przemawiają na ich korzyść. Przejeżdżając tego typu Yarisem 100 tys. km można zaoszczędzić 18 tys. zł na paliwie. A to z kolei gwarantuje wysoką wartość odsprzedaży. Gama naszych modeli hybrydowych jest coraz szersza. Mamy całą drużynę hybryd w Lexusie. Nabywcy samochodów luksusowych oczekują od tej technologii dodatkowej cechy – dużej mocy. Dlatego hybrydowy Lexus GS przyspiesza w 5,9 sek. do 100 km/h, zużywając średnio około 5,1 l benzyny na 100 km. W dodatku efektywność motoru elektrycznego zapewnia maksymalny moment obrotowy już w chwili startu. Komuś, kto wcześniej nie siedział za kierownicą takiej hybrydy, trudno uwierzyć w możliwości auta.

– Mówi pan tak sugestywnie, że nabieram ochoty, by czym prędzej odwiedzić salon Lexusa. Nic dziwnego – przez większość kariery managerskiej odpowiedzialny był pan za sprzedaż.

– Ująłbym to inaczej: ten biznes nie polega na sprzedaży. O wyborze określonego auta decyduje zazwyczaj opinia o marce lub wiarygodna rekomendacja. Warto podkreślić, że sama transakcja stanowi zaledwie ułamek wieloletnich relacji z klientem. Zakup, to zwykle miłe przeżycie, ale przecież najważniejsze jest to, co dzieje się później; zwłaszcza chwile prawdy, gdy pojawiają się problemy. Wiem jak to wygląda w praktyce, ponieważ kilka lat przepracowałem w serwisie, zaczynając od stanowiska mechanika.

– Z dyplomem wydziału samochodowego Politechniki Warszawskiej?

– Podczas studiów kupiłem Fiata 126p, który ciągle się psuł. Kiedyś stanąłem na drodze i zastanawiałem się, co mam zrobić. Moja żona, która właśnie kończyła stomatologię, skomentowała to złośliwie: „Po co uczyłeś się przez pięć lat? Kiedy pacjent siada na fotelu dentystycznym i otwiera usta, wiem jak mu pomóc. A ty?”. Następnego dnia odwiedziłem ojca, który od wielu lat prowadził duży warsztat samochodowy i poprosiłem: „Zatrudnij mnie, proszę, jako mechanika”. Wcześniej jakoś mnie nie ciągnęło do tej pracy, miałem – jak mi się wówczas wydawało – bardziej ambitne plany. Ojciec z radością przystał na tę propozycję, polecił mi asystować znakomitemu fachowcowi Stanisławowi Jejno, który stał się moim zawodowym mistrzem. Dzięki wiedzy zdobytej na politechnice, uczyłem się szybko. Już po kilku miesiącach zacząłem przeprowadzać skomplikowane naprawy skrzyni biegów i silników. Ważne doświadczenie stanowiły dla mnie też bezpośrednie kontakty z klientami. Na własnym przykładzie przekonałem się, jak ważna jest stara zasada, że chcąc założyć dobrą restaurację, trzeba być znakomitym kucharzem…

– Czy zdarzyło się panu jeszcze kiedykolwiek czekać na pomoc techniczną na poboczu?

– Nigdy. Przez kilka lat woziłem ze sobą własny zestaw naprawczy – narzędzia, wężyki, kable. Od 20 lat nie muszę już tego robić, ponieważ nie jest mi potrzebny. Jeżdżę Toyotami, które – jak ogólnie wiadomo – nigdy się nie psują.

– Brzmi to trochę jak ukryta reklama.

– Przepracowałem w tej firmie 22 lata na różnych stanowis­kach, więc znam ją od podszewki. Ugruntowana opinia dotycząca jakości naszych samochodów jest w stu procentach słuszna. To priorytet, nawet kosztem potencjalnych zysków ze sprzedaży. Wiąże się z tym kolejna z zasad, którymi kieruje się koncern, czyli szacunek dla pracowników. Kiedy gwałtownie zaczyna rosnąć popyt, nigdy nie zatrudniamy na kilka miesięcy setek słabo wykwalifikowanych montażystów, żeby ich wkrótce potem zwolnić.

– Jak trafił pan do Toyoty?

– Z ogłoszenia, w którym nawet nie podano nazwy firmy. Zacząłem pracę w lutym 1991 roku, trzy miesiące po uruchomieniu polskiego przedstawicielstwa. Trafiłem najpierw do serwisu, w którym zostałem asystentem szefa. Moje umiejętności wyniesione z warsztatu okazały się bardzo przydatne, gdy firma zaangażowała się w rajdy samochodowe. Efektem tego było kilka tytułów Mistrza Polski. Słowem – kiedy na starcie pojawiała się Celica lub Corolla WRC, konkurenci wiedzieli, że mają nikłe szanse. W 1994 roku postawiono przede mną nowe równie ambitne wyzwanie: zostałem szefem działu rozwoju sieci dealerskiej. Jeździłem po całym kraju, szukając potencjalnych partnerów. I tym razem posiłkowałem się wiedzą praktyczną. Miałem świadomość, że najlepszymi potencjalnymi przedstawicielami firmy są właściciele renomowanych stacji obsługi. Przyjęta wówczas strategia, by wspólnie z nimi utworzyć punkty dealerskie w największych polskich miastach – procentuje do dziś. Co więcej – od początku staramy się wspierać naszych partnerów uważnie słuchając tego, co mają do powiedzenia. To właśnie im w pierwszej kolejności składamy propozycję, gdy planujemy uruchomienie kolejnego punku sprzedaży i serwisu. Kiedy w styczniu wróciłem do Polski, żeby objąć obecne stanowisko, zacząłem, oczywiście, od spotkania z dealerami.

– Jako jeden z nielicznych polskich managerów zajmował pan wysokie stanowisko w europejskiej strukturze koncernu.

– Nie stało się tak bez przyczyny. Jak już wspomniałem stanowiliśmy wspólnie z dealerami znakomity, zgrany team. Udało nam się też stworzyć świetny zespół w centrali – złożony w większości z młodych, silnie zmotywowanych pracowników. Podobno konkurenci żartowali, że tworzymy coś w rodzaju „kasty”, którą jednoczyły te same cele, ponieważ z roku na rok osiągaliśmy coraz wyższą pozycję w rankingu sprzedaży, by w 2008 roku zająć pozycję lidera. Opracowaliśmy ambitny program szkoleń. W „Akademii Toyoty” dokształcali się pracownicy wszystkich szczebli – mechanicy, recepcjonistki i managerowie. Co roku przyznawaliśmy tytuły najlepszym sprzedawcom, blacharzom, itd. Wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim przygotowaliśmy program studiów uzupełniających dla dealerów – coś w rodzaju branżowego MBA. Byłem w tym okresie przez siedem lat szefem sprzedaży, żeby w 2004 roku zostać dyrektorem zarządzającym. Rzekłbym, że parliśmy wówczas do przodu jak czołg, na przekór kolejnym kryzysom. Pokonując kolejne trudne zakręty, wychodziliśmy na prostą wzmocnieni. Udało nam się dogonić i wyprzedzić firmy, które tradycyjnie dominowały na krajowym rynku, czyli Fiata i Škodę. Nasze doświadczenia w ramach programu „Best Practices” były popularyzowane w całej Europie.

– Niejako więc koleją rzeczy trafił pan do centrali w Brukseli.

– Toyota w unikatowy sposób traktuje problem rozwoju kariery – priorytet stanowi dobro pracownika. Dla mnie taką szansą było stanowisko dyrektora działu New Business Development, co oznaczało rozwój produktu i strategię globalną. Było to fascynujące doświadczenie. Mogłem spojrzeć z drugiej strony na sprawy, którymi zajmowałem się w Polsce. Kiedy w 2009 roku zaczęły się pojawiać pierwsze symptomy kryzysu, zaproponowano mi funkcję szefa sprzedaży na całą Europę. Wiedziałem dlaczego – miałem opinię specjalisty od sytuacji kryzysowych. Dwa miesiące po mojej nominacji upadł bank Lehman Bros. Stanąłem przed arcytrudnym wyzwaniem. Mieliśmy „na stocku” mnóstwo niesprzedanych aut, a za kilka miesięcy miało wejść 12 nowych modeli. Wprowadziliśmy więc mnóstwo ofert specjalnych dla klientów, dla których najważniejszym kryterium zakupu była dobra cena. Doszło nawet do tego, że jednocześnie prowadziliśmy dwie kampanie marketingowe – starych i nowych modeli. Ledwo udało nam się uporać z tym problemem, pojawił się kolejny. Rządy większości krajów europejskich wprowadziły bonusy za złomowanie starych pojazdów.

– Większość firm motoryzacyjnych na tym skorzystała.

– Jak wspomniałem wcześniej, są dla Toyoty sprawy ważniejsze, niż nagłe ożywienie popytu. Działamy zgodnie z regułą „Just In Time”, co w praktyce oznacza małe zapasy, które są regularnie uzupełniane. Tak więc to nie my zostaliśmy beneficjentami „dopłat złomowych”. Kiedy i tym razem odrobiliśmy straty, wybuchła amerykańska afera z rzekomo zacinającymi się pedałami gazu. Nikt racjonalnie myślący nie mógł w to uwierzyć, a jednak media ruszyły do ataku. Nigdy nie zapomnę pierwszej strony: „Daily Mirror” z ogromnym tytułem „Dont Drive Your Toyota”.

– Chciałbym przypomnieć, że jako jedyni opublikowaliśmy wówczas tekst naszego korespondenta z USA Cezarego Stolarczyka, który zdemaskował mechanizm tego gigantycznego oszustwa.

– Po kilku tygodniach nagonki, nawet jeden z jej głównych filarów – członek Senatu USA – powiedział oficjalnie, że to totalne nieporozumienie i  doradził swej córce zakup Toyoty Sieny, ale ponieśliśmy ogromne straty. Cóż – i tym razem opracowaliśmy program „Recovery – Step One & Two”. Kiedy wszystko wskazywało już na to, że sytuacja wróciła do normy – miało miejsce tragiczne trzęsienie ziemi w Japonii. Na trzy miesiące musieliśmy wstrzymać produkcję, ponieważ uszkodzonych zostało 600 fabryk podwykonawców, a kolejne 100 uległo całkowitemu zniszczeniu. Nie muszę chyba wyjaśniać, że w tej branży znaczenie ma każdy nawet najdrobniejszy element. Co gorsza – znów padliśmy ofiarą czarnego PR. Tym razem ktoś wymyślił plotkę, że nasze samochody mogły zostać napromieniowane. Z czymś tak absurdalnym nawet nie warto polemizować. Na marginesie – 70 proc. sprzedawanych w Europie samochodów produkujemy w krajach Unii… Na tym jednak nie kończy się litania katastrof – gigantyczna powódź w Tajlandii zalała fabryki, które produkowały dla nas elektronikę. Kiedy więc znajomi managerowie pytają z nutą zazdrości: „Jak ci było w centrali?” – odpowiadam żartem: „Jak na froncie”.

– Otrzymał pan ostatnio „Manager Award”, a jury złożone z top managerów przyznało ją panu za wybitne osiągnięcia w dziedzinie zarządzania na szczeblu międzynarodowym. Jurorzy dostrzegli też pański błyskawiczny sukces w kraju. Toyota w pierwszym kwartale tego roku znów włączyła się do walki o pozycję lidera na krajowym rynku.

– Szereg różnych czynników złożyło sie na to, że kiedy wróciłem do Polski, zajmowaliśmy już nie pierwszą, ale piątą pozycję. Przez kilka tygodni spędzałem większość czasu w pracy, opracowując wspólnie z kolegami nowy plan działania. Cieszę się, że zyskałem silne wsparcie ze strony dealerów. Bardzo dobre impulsy docierają też z Japonii. Nowy szef koncernu Akio Toyota powiedział znamienne zdanie: „Ja kocham samochody i chciałbym, żeby nasi klienci też kochali swoje Toyoty”. Stanowiło to zapowiedź zmiany dotychczasowej polityki sprzedaży aut perfekcyjnych technicznie, ale też konserwatywnych. Nowe modele pokazują emocjonalną stronę marki, czego najdoskonalszy dowód stanowi GT 86. Sam nie mogę się doczekać, żeby się przesiąść do tego modelu. Braku charakteru nie można też zarzucić rewelacyjnemu Lexusowi GS i nowemu hybrydowemu Yarisowi. Nie mogę, niestety, zdradzić, jak będą wyglądały kolejne premierowe auta – powiem tylko, że zapowiada się prawdziwa rewolucja.

– Jak w takich warunkach znajduje pan czas na poszerzanie umiejętności managerskich. Ostatnio obronił pan pracę doktorską na Uniwersytecie Warszawskim.

Zdecydowałem się na studia doktoranckie, zanim jeszcze wyjechałem do Brukseli. Moja praca za granicą dała mi nowy impuls. Mogłem w praktyce zetknąć się z problemami, które opisuje nowa gałąź nauki – ekonomia behawioralna. W przeszłości ekonomiści nie zdawali sobie sprawy, jak wiele zależy od indywidualnych doświadczeń managerów pochodzących z różnych krajów. W europejskiej centrali Toyoty staraliśmy się, by konieczność godzenia różnic narodowych stałą się naszą siłą, a nie słabością. Taki tygiel kulturowy na pewno sprzyja kreatywności, ale też tworzy problemy związane z zarządzaniem.

Co lubi Jacek Pawlak?

Zegarki – Tag Heuer
Ubrania – włoski styl, wysoka jakość
Kuchnia – włoska
Restauracje – „San Lorenzo” w Warszawie
Wypoczynek – czynny. Chętnie wraca na Fuerteventurę, gdzie uprawia windsurfing. Zimą jeździ na nartach w Trois Vallées
Samochód – obecnie Toyota Avensis, zamierza przesiąść się do sportowego GT 86
Hobby – sport. Choć nie przywiązuje generalnie wagi do marek, to jednak w przypadku sprzętu sportowego wygląda to inaczej. W praktyce sprawdził, że jeśli narty to Atomic, tenis – Head, windsurfing – Tabou, golf – Tailor Made, rowery – Gary Fischer. Jest też wielkim miłośnikiem wina, swoje zainteresowania enologiczne rozwinął pracując w Brukseli

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...