.
Strona główna Blog Strona 427

Irena Eris

Dr Irena Eris to symbol kobiety sukcesu, która zbudowała jedną z najlepiej rozpoznawalnych polskich marek.

Dziś, wspólnie z mężem Henrykiem Orfingerem, jest właścicielką kosmetycznego imperium. Aż trudno uwierzyć, że jak bohaterka amerykańskiej legendy, prawie trzy dekady temu zaczynała od niczego…
– Zawsze chciałam być niezależna, robić to, na co mam ochotę – opowiada Irena Eris. – Kiedy uruchamialiśmy z mężem naszą firmę w 1983 roku, nie było to łatwe ani oczywiste. Prywatna działalność gospodarcza oznaczała dla nas większy zakres swobody… Gdy powiedzieliśmy o naszej decyzji rodzinie i znajomym, patrzyli na nas ze zdziwieniem. Mąż, absolwent politechniki, miał świetną posadę w Minis­terstwie Komunikacji. Ja z kolei ukończyłam farmację na warszawskiej Akademii Medycznej i obroniłam doktorat na berlińskim Uniwersytecie Humboldta. Farmaceutka i inżynier to byli co najmniej dziwni kandydaci na tzw. prywaciarzy.

A jednak postawiliś­my na swoim. Opracowałam recepturę swojego pierwszego kremu i tak zaczęła się nasza przygoda. Myliłby się ten, kto by myślał, że w okresie powszechnych niedoborów łatwo było sprzedać każdy dobry produkt. Przez pierwszy rok nikt nie chciał kupować znakomitego skądinąd kremu. Państwowe sklepy nie chciały mieć nic wspólnego z prywatnym biznesem. A właściciele placówek ajencyjnych musieli dopiero przekonać się do nowej marki. Marketing w dzisiejszym słowa tego znaczeniu nie istniał. Rolę reklamy pełniła tzw. poczta pantoflowa. Dopiero trzy lata później nastąpiło przełamanie – niewielki zakład produkcyjny nie był w stanie sprostać zamówieniom.

– Początkowo miałam zamiar sama wytwarzać swoje produkty, to mi wys­tarczało – wspomina dr Eris. – Rosnący popyt spowodował, że musieliśmy z mężem skorygować nasze plany. Pojawili się pierwsi pracownicy. W 1987 roku wpadłam na pomysł, żeby do naszych produktów dodawać torebki firmowe. Dziś wiem, że miało to poważny wpływ na budowanie marki. Tworząc zręby biznesu, nie mieliśmy żadnych wzorców. Oboje pochodzimy z rodzin inteligenckich, w których nie było przedsiębiorców. Kierowaliśmy się intuicją, która nigdy nas nie za­wiodła. Także i dziś uważam, że intuicja w biznesie jest nie mniej ważna niż profesjonalne analizy rynku.

Rozrastającemu się „zakładowi rzemieślniczemu” – jak nazywano wytwórnię w latach 80. – potrzebny był lokal. Znaleźli odpowiednie pomieszczenia w podwarszawskim Piasecznie,­ gdzie również obecnie mieści się Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris. W 1989 roku zakład zatrudniał 12 osób i, zgodnie z ówczesnymi regułami dosięgał „szklanego sufitu”. Szczęśliwie obyło się bez mordujących wówczas biznes „domiarów” podatkowych. Chcąc rozwijać działalność, do czego niezbędne były produkty importowane, przedsiębiorcy musieli stosować różne fortele. Na przykład, wymieniali złotówki na dolary, żeby następnie wywieźć je „w skarpecie” na Zachód, tam wpłacić do banku i kupić niezbędne surowce…

Najważniejszym sprawdzianem dla biznesu był jednak okres przemian gospodarczych. Padło wówczas wiele przedsiębiorstw, które święciły triumfy w warunkach gospodarki socjalistycznej. Polki nie chciały jednak zamienić sprawdzonych kremów dr Ireny Eris na zagraniczną, częstą w tym czasie tandetę, więc firma – nie blokowana już przez pseudosocjalistyczne zakazy – mogła rozwinąć skrzydła. Umożliwiło to zakup w 1993 roku terenu w Piasecznie, przy ul. Armii Krajowej, budowę nowoczesnej fabryki, która z roku na rok rozrasta się o kolejne działy. Firma szybko wprowadziła nowoczesne standardy zarządzania, zbudowała silny system dystrybucji z 11. przedstawicielstwami na terenie kraju. Obecnie cała grupa zatrudnia 800 osób.

– To, co nas wyróżnia, to holistyczne podejście do człowieka – podkreśla I. Eris. – Zawsze zależało mi na tym, żeby nie tylko tworzyć i sprzedawać kosmetyki, ale też zadbać o zabiegi kosmetyczne, zapewnić klientkom kontakt z wyspecjalizowanymi dermatologami. Konsekwencją takiego sposobu myślenia było otwarcie w 1997 roku Hotelu SPA w Krynicy. Warto wspomnieć, że było to pierwsze SPA z prawdziwego zdarzenia w naszym kraju. W 2006 roku ruszył nasz drugi obiekt, na Wzgórzach Dylewskich. Oba obiekty pomógł nam stworzyć ten sam znakomity architekt, Ryszard Giertler. Rzec można, że razem się wiele nauczyliśmy. Zasada ta dotyczy także innych współpracowników. Bardzo lubię przez długie lata pracować z tymi samymi ludźmi.

Dziś Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris to firma, która nie tylko świadczy kompleksowe usługi w swojej branży, ale też umie dotrzeć do różnych grup klientów. Już w 1995 r. trafiły na rynek produkty z wyższej półki, które reklamowała Małgorzata Niemen.

Produkty adresowane do szerokiej dystrybucji sprzedawane są pod marką Lirene. Marka Dr Irena Eris kojarzy się z Hotelami SPA, Kosmetycznymi Instytutami i, oczywiście, wysokiej klasy kosmetykami. Z kolei Pharmaceris to dermokosmetyki, które są na pograniczu leku i kosmetyku, sprzedawane w aptekach. Tajemnicę sukcesu firmy stanowi jej Centrum Naukowo-Badawcze, które mieści się w stylowym pałacyku przy ul. Puławskiej w Warszawie. To właśnie tam powstają nowatorskie i innowacyjne receptury czy skuteczne kompleksy aktywne. Pracownicy Centrum mają na koncie wiele publikacji naukowych, a ich osiąg­nięcia z zakresu kosmetologii prezentowane są na międzynarodowych konferencjach.

Współpracownicy dr Eris podkreślają, że naczelną zasadą firmy jest szacunek nie tylko dla klienta, ale dla wszystkich ludzi. Kolejna reguła brzmi: każdy jest omylny, ale z błędów trzeba wyciągać wnioski. Ci, którzy przestrzegają zasad, mogą liczyć na zatrudnienie „od matury do emerytury”. – Wiem, że w firmie tak rozbudowanej jak nasza, muszą istnieć ścisłe procedury – podkreśla dr Eris. – Jestem jednak przeciwniczką korporacyjności, w której gubi się człowiek. Pewnie dlatego, symbolicznie, staram się zastępować tak modne dziś angielskie słowa ich polskimi odpowiednikami. Ktoś może powiedzieć, że tak nie powinien postępować manager, ale ja wcale nie czuję się managerem…

Pozostawiam kierowanie firmą mężowi, który zawsze sobie świetnie z tym radził. Należę, co prawda, do zarządu, ale przed laty zarezerwowałam dla siebie tytuł dyrektora do spraw badań i rozwoju. Ta funkcja najlepiej określa to, co robię w naszej firmie.

Co lubi Irena Eris?

Zegarki – od 15 lat nosi zegarek, który dostała od męża. Podkreśla, że nie jest dla niej ważna firma i cena, lecz emocje związane z przedmiotem
Ubrania – zwykle kupuje na lotniskach
Kosmetyki – chętnie próbuje wyrobów różnych firm, jednak zawsze ma na półce swoje kosmetyki
Biżuteria – wyłącznie ze srebra, nie lubi złota
Wypoczynek – podróże. Zwykle wyjeżdża z mężem na
10 dni. Polubiła chłodne kraje: Finlandię i Norwegię. Była też na Spitsbergenie i Grenlandii. Inne rekomendowane kierunki: Azory, Bali, Australia. Razem z synem i wnukami chętnie spędza wakacje w wynajętym domu, we Francji
Kuchnia – włoska
Restauracja – najbardziej lubi odkrywać nowe miejsca i smaki
Samochód – Audi A4
Hobby – literatura, zwłaszcza biografie. Ulubiona książka „Myszy i ludzie” Johna Steinbecka

Dean Zanuck

Rozmowa z Deanem Zanuckiem, producentem filmowym z Hollywood

– Pasuje do pana powiedzenie, że zainteresowanie filmem wyssał pan z mlekiem matki?
– U nas powiada się, że mam to w genach i tak chyba jest w istocie. Od ponad 80 lat moja rodzina związana jest z przemysłem filmowym.

– Wydawać by się mogło, że takie dziedzictwo otwiera wszystkie drzwi w Ameryce?
– I tak czasami bywa. Moje nazwisko rzeczywiście jednoznacznie kojarzone jest w środowisku z dziedzictwem Zanucków – dziadkiem Darrylem F. Zanuckiem, założycielem studia 20th Century Fox, jak i moim ojcem Richardem Zanuckiem – twórcą m.in. „Szczęk”, „Planety małp”, „Drogi do zatracenia”. To nazwisko, powiem nieskromnie, bardzo wiele znaczy w historii kina światowego. Dużo oczywiście zawdzięczam ojcu. To on wprowadzał mnie w arkana tej profesji. Mogłem zawsze w wakacje obserwować i uczyć się, o co chodzi w przemyśle filmowym. Mój ojciec jest nadal w znakomitej formie, niedawno ukończył kolejny film. Dwa lata temu byliśmy razem w Polsce na Camerimage, gdzie odbieraliśmy nagrody festiwalowe.

– A tymczasem poszukuje pan funduszy na kolejną produkcję? W Polsce łatwiej o pieniądze niż w Hollywood?
– Prawdą jest, że poszukuję koproducentów w Polsce. Bo, o ironio losu, tu jest łatwiej. Znalezienie funduszy w obecnych czasach na produkcję filmową nikomu nie przychodzi łatwo. W Polsce jestem po raz czwarty, tym razem na zaproszenie Rafała Buksa i Hugh Henleya z Buksfilm Production. Mam już doświadczenie w kooperacji producenckiej ze stroną polską, a dokładniej z telewizją TVN, przy okazji ostatniej mojej produkcji filmowej – obrazu „Aż po grób” z Robertem Duvallem i Billem Murray’em w rolach głównych.

– To żmudne i nie zawsze przyjemne zajęcie – wyszukiwanie środków na nowe projekty?
– Byłoby mi zapewne łatwiej, gdybym chciał realizować komedie romantyczne lub kino akcji. Tymczasem ja mam ambicję, co zresztą już udowodniłem, robienia filmów ambitnych, może niszowych, ale za to artystycznych, i w znakomitej obsadzie. Moim marzeniem i celem jest, aby po obejrzeniu mojego filmu zostało coś do przemyślenia, zrodziła się refleksja. Aby to dzieło coś wnosiło w nasze życie. Tak żmudne, ale przede wszystkim zajęcie wymagające dużo pokory i cierpliwości. Bo rzeczy nie dzieją się z dnia na dzień. Trzeba spotkać się z kilkudziesięcioma osobami, potencjalnymi współproducentami, aby wypalił jeden kontakt. Bardzo wielu w takich rozmowach obiecuje, a później okazuje się, że nic z tego nie wychodzi. Wolę otwarte rozmowy, „kawę na ławę”, a nie mamienie, że jutro, pojutrze, że może kiedyś. W takich rozmowach cenię asertywność.

 – Przyzna pan, że czasy nie są przyjazne dla niekomercyjnych projektów filmowych…
– Takich czasów nigdy nie było. Ale zawsze takie filmy pow­stawały, tworząc przeciwwagę dla kina rozrywkowego. Przecież w innej dziedzinie sztuki – malarstwie i grafice – też oprócz komercyjnych produkcji reklamowych istnieje i ma się dobrze malarstwo ambitne, artystyczne. Dlatego kiedy przystępuję do pracy nad kolejnymi projektami, muszą one być perfekcyjnie przygotowane. I to pod każdym względem, od scenariusza począwszy, na sprawach organizacyjnych i finansowych kończąc. To uwiarygodnia producenta, w tym przypadku mnie i projekt. Każdy z tych elementów jest niez­wykle ważny i powoduje, że, z jednej strony, łatwiej przekonać i pozyskać współproducentów, z drugiej zaś, już po rozpoczęciu produkcji ułatwia samą organizację pracy.

– W kino niszowe, artystyczne wpisane jest określenie „niskobudżetowe”?
– I na tym polega właśnie cała sztuka, jak operując niewielkim budżetem wyprodukować majstersztyk. Nauczyłem się, że dzisiaj też można wiele zrobić, jak to mawiamy w Ameryce, nie mając za wiele w dłoni. Nie muszę dodawać, że chodzi o pieniądze. Sztuką jest pozyskanie dobrego aktora, czy aktorów do projektu, gdy nie mają szans na duże honoraria, ale będą mieć satysfakcję uczestniczenia w fajnym przedsięwzięciu. I okazuje się, że można, że nie tylko ogromne pieniądze są tym najważniejszym argumentem przyciągającym do pracy. Bo dla artystów w wielu przypadkach liczy się znakomity scenariusz i ciekawa rola. Tak było w przypadku Roberta Duvalla. Aktor w jego wieku należy do grupy „sędziwych”, którzy, niestety, nie mają za wiele propozycji. Z tej grupy wiekowej wyjątek stanowi Clint Eastwood. Ale ja wiedziałem, że w odpowiedniej roli Duvall może być magnesem przyciągającym widzów do kina i przed telewizory.

– Rodzi się pytanie, czy na takim filmie można zarobić?
– „Aż po grób”, którego budżet wynosił 7,5 mln dol., w samych kinach amerykańskich zarobił 9,2 mln dol. A więc można. Jak już wspomniałem, interesuje mnie nie tylko sukces kasowy i efekciarskie kino, oparte na pościgach samochodowych, wybuchach, strzelaninie i efektach specjalnych. Wychodzę z propozycją, na którą czeka wielu miłośników kina spokojnego, artystycznego i wysublimowanego, zmęczonych historiami w rodzaju „zabili go i uciekł”. Nie interesują mnie także takie projekty, jak remake czy sequel. Niestety, w Hollywood trudno znaleźć kogoś, kto podejmie takie ryzyko. Stąd moja podróż do Szwecji i Polski w poszukiwaniu źródeł współfinansowania. Paradoksalnie, tutaj łatwiej mi znaleźć partnerów niż w Ameryce.

– Czy product placement jest rozwiązaniem dla częściowego finansowania produkcji filmowej?
– Jasne, że jest. Jest formą dofinansowania produkcji, ale i źródłem dużych oszczędności, np. wynajmu hotelu, lotnis­ka czy klubu nocnego. Ale może być dla artystycznego kina niebezpieczny. Bo jak połączyć jakieś ambitne przesłania z narzucającymi się co rusz zbliżeniami jakiegoś napoju, alkoholu czy marki samochodowej. Film nie może zostać zdominowany przez jakąś markę, której ekspozycja przynosi pewne dochody, ale z drugiej strony, zaśmieca obraz i przekaz. Jeżeli już, to lokowanie produktu musi być dyskretne, nie narzucające się, jak elegancja. Są wyjątki i do nich należy słynny „Cast Away” Roberta Zemeckisa, gdzie ulokowano FedEx, zresztą bardzo zręcznie i z sensem.

– Zazdrości pan Polakom istnienia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej?
– Bardzo cenię istnienie, zaangażowanie i misję, jaką pełni PISF. Jestem w kontakcie z szefową Instytutu i nieraz wyrażałem może nie zazdrość, ale podziw dla idei takiej placówki. W Stanach trudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy instytucje państwowe wspierałyby przemysł filmowy i Hollywood jest chyba ostatnim miejscem na terenie USA, w jakie rząd chciałby lokować pieniądze.

– W swoim portfolio ma pan wiele filmów. Z którymi jest pan najbardziej związany emocjonalnie?
– Kocham każdy mój film, jak każde z moich dzieci, tak samo. Kiedy kręciłem „Drogę do zatracenia” dysponowałem budżetem w wysokości 80 milionów dolarów. Zdjęcia trwały 80 dni, co łatwo obliczyć – milion na dzień. Ale grały takie sławy, jak Tom Hanks, Paul Newman czy Daniel Craig.  Chyba jednak najbardziej jestem emocjonalnie związany z tytułem „Aż po grób”. Podczas przygotowywania produkcji tego filmu, który miał nieporównywalnie mniejszy budżet – w wysokości 8 mln dolarów – uświadomiłem sobie pasję tworzenia filmu artystycznego i ambitnego. Nie kwestie finansowe, dochód, ale realizację pewnej misji, która jest dla mnie wartością bezcenną.

– A jaki ma być ten następny film?
– Teraz szukam chętnych do współfinansowania kolejnej niezależnej produkcji – „Voice from the Stone” z Madsem Mikkelsenem i nominowaną do Oscara Maggie Gyllenhaal. To ma być thriller psychologiczny. Historia dwóch kobiet zakochanych w jednym mężczyźnie, więcej nie powiem…

– Czy przewiduje pan współpracę z polskimi filmowcami przy kolejnym projekcie?
– W przypadku kooperacji to rzecz naturalna. Jan A.P. Kaczmarek skomponował muzykę do „Aż po grób”. W przypadku następnej realizacji, i kolejnego udziału strony polskiej, ten udział filmowców polskich będzie zapewnie większy.

– A jakie korzyści miał TVN ze współfinansowania obrazu „Aż po grób”?
– Oprócz korzyści wymiernych wynikających z kontraktu, były też inne. Otóż dla współproducenta pobyt na planie, zapoznanie się i oswojenie z produkcją amerykańską, sposobem prowadzenia castingu, kolejnych etapów budowania projektu, logistyką, procesem tworzenia filmu opartego na najlepszych hollywoodzkich wzorach, to forma edukacji i wzbogacenie doświadczenia. Nie wspomnę już o tym, że film odniósł duży sukces międzynarodowy, został obsypany nagrodami, więc też nobilitacja współproducenta, nawet tak renomowanego, jak stacja TVN.

– Biznes filmowy, producencki dla postronnych wydaje się być kolorową przygodą z filmem, z gwiazdami, z wielkim światem Hollywoodu? A jaki jest?
– Dla mnie to świat, z którym jestem oswojony od dziecka. I dlatego postrzegam ten świat bardziej realnie, czasami w barwach czarno-białych. I od jakiegoś czasu jestem w jego środku jako producent, znam jeszcze lepiej jego blaski i cienie. Ale potrafię stawić czoła przeciwnościom losu, dzięki wyniesionej z domu rodzinnego pracowitości i odpowiedzialności. Te wartości przenoszę na wszystko, co robię. Odpowiadam na e-maile, odbieram telefony, nie uciekam od problemów. Połowa Hollywood ma aspiracje do zostania producentem filmowym. Niewielu jednak się to udaje. Nie wiem, czy w innych obszarach biznesu pracuje się tak długo nad projektem, jak w moim. Osiem lat zajęło mi przygotowanie produkcji, spinanie całego projektu, któremu na imię „Aż po grób”. Trzeba mieć – o czym zawsze wspominam – wiele cierpliwości, ale ta dotyczy też innych interesów. W mojej branży przygotowującemu projekt nikt nie płaci np. przez osiem lat. W innych branżach jak pracujesz w korporacji, otrzymujesz pensję, co zabezpiecza ci byt, pozwala płacić rachunki. Ryzyko jest wpisane w pracę w przemyśle rozrywkowym. Ja staram się to ryzyko minimalizować. Ale na tym też polega urok pracy, że nagle spotykasz w odpowiednim czasie i miejscu osobę, która odmienia twoje życie i marzenia stają się rzeczywistością.

– Czy jest jeszcze możliwe, że powrócimy do kina nostalgicznego, tradycyjnego, czy poetyki Bergmana?
– To wszystko, moim zdaniem, zależy od nas samych i od znakomitych reżyserów, którzy swoim nazwiskiem i dobrym scenariuszem mogą spowodować zainteresowanie takimi obrazami. W Hollywood, ale nie tylko, jest ogromny potencjał dla kina ambitnego. Dużo, jak zwykle, zależy także od wszechwładnego marketingu. Jak to sprzedać, bo ostatecznie każdy pyta o wyniki finansowe, przynajmniej żeby do takiego przedsięwzięcia nie dokładać. Tworząc kino niezależne, nie odnoszące się do konkretnych wydarzeń historycznych, politycznych, ma się też ten luksus, że takie uniwersalne tematy się nie starzeją i nawet poślizgi czasowe nie zmieniają aktualności wydźwięku społecznego i artystycznego danego filmu.

– Pana ulubiony reżyser?
– Lubię Spielberga, który zrobił „Szczęki” z moim ojcem. Cenię bardzo wysoko Polańskiego. Lubię klimat jego filmów i sposób opowiadania.

 – Gdyby nie robił pan filmów, czym najchętniej by pan się zajął?
– Dorastałem na plaży i przez wiele lat uprawiałem surfing. Gdybym nie był producentem, może zostałbym zawodowym surferem i trenerem w tej dyscyplinie. Ale od lat pociąga mnie narciarstwo. Kiedy mam wolną chwilę, chętnie wybieram się na stoki narciarskie do Idaho. Kto wie, może zostałbym zawodowym sportowcem.

Co lubi Dean Zanuck?

Zegarek – „Nie dbam o rzeczy materialne, dlatego też nie używam markowych zegarków i piór”
Wypoczynek – aktywny
Kuchnia – włoska
Samochód – „Nie uwierzy pan, ale samochód, którym jeżdżę dobiega 25 lat. To Toyota Land Cruiser, którą otrzymałem od ojca kiedy skończyłem 15 lat”
Hobby – „Surfing i narciarstwo. Gram też z moim 9-letnim synem w piłkę nożną. Codziennie odwożę dzieci do szkoły, bo kocham spędzać czas z rodziną. Mieszkam w Santa Monica i mam pół godziny do szkoły”

Janusz Malinowski

Rozmowa z Januszem Malinowskim, prezesem PKP Intercity SA

– Aż boję się zapeszyć: pociągi Intercity odjeżdżają zgodnie z rozkładem jazdy, firma wychodzi na finansową prostą, a w dodatku kieruje nią fachowiec, a nie dziennikarz lub polityk…
– Jestem przekonany, że na biznes trzeba patrzeć nie tylko z wysokości gabinetu szefa, ale przede wszystkim z pozycji przeciętnego klienta. Od dwudziestu lat codziennie dojeżdżam do pracy pociągiem. Mieszkam w Skierniewicach, pracuję w Warszawie. Nigdy nie kusiło mnie, żeby na tej trasie korzystać z samochodu, nie chcę bez sensu tracić czasu i denerwować się w korkach. Ma to również dodatkową zaletę: na własnej skórze tes­tuję wszystkie pomysły kolejowych managerów.

– Czym dla pana jest kolej?
– Jako syn maszynisty, od zawsze żyłem sprawami kolei. W odróżnieniu od kolegów, nigdy nie marzyłem o kolejce elektrycznej. Dlaczego? Bardzo często towarzyszyłem ojcu w pracy i z bliska mogłem obserwować prawdziwą kolej. Rozumiem doskonale dzisiejszych fanatyków parowozów – naprawdę były to fas­cynujące maszyny. Łatwo sobie wyobrazić, jakie emocje budziła we mnie taka podróż. Nigdy nie zastanawiałem się nad wyborem zawodu. Od zawsze wiedziałem, że będę kolejarzem. Przez pięć lat dojeżdżałem – oczywiście pociągiem – z rodzinnej Iławy do technikum kolejowego w Olsztynie. Wybór kierunku studiów był również dla mnie czymś oczywistym – eksploatacja i utrzymanie pojazdów na WSI w Radomiu. Zaraz po dyplomie trafiłem do lokomotywowni w Iławie, gdzie musiałem zdać egzamin na referendarza.

– Tytuł ten przywodzi na myśl czasy sprzed II Wojny Światowej.
– W drugiej połowie lat 80., pomimo upadku zawodowego etosu, odwoływano się jeszcze do tradycji. Pracownicy PKP – łącznie z urzędnikami najwyższego szczebla – mieli mundury galowe i szczycili się stopniami podobnymi do wojskowych. Egzamin, o którym wspomniałem – dla mnie wręcz dziecinnie łatwy – wielu kolegom wydawał się szczytem nie do pokonania. Dziś sprawy te straciły na znaczeniu.

– Jak został pan top managerem kolejowym?
– Była to długa droga. Na początku wybrałem karierę inżyniera-projektanta. Moja żona pochodzi ze Skierniewic, więc postarałem się o przeniesienie do miejscowej lokomotywowni. Jako technolog zajmowałem się przebudowywaniem wagonów pasażerskich na specjalistyczne dla pociągów sieciowych. Działo się to u schyłku poprzedniego ustroju, gdy trudno było cokolwiek kupić, więc liczyła się pomysłowość. Pomimo rozlicznych kłopotów, jakoś sobie radziliśmy. Po dwóch latach, gdy skierniewicka lokomotywownia uległa likwidacji, trafiłem do biur PKP Warszawa Odolany. Był rok 1991 i tak rozpoczął się dla mnie czas dojazdów do pracy, który trwa do dzisiaj. Trafiłem do zespołu skupiającego ciekawych i kreatywnych ludzi, jak np. Henryk Rzepiejewski. Pracowaliśmy m.in. nad urządzeniami do testowania silników lokomotyw spalinowych. W tym czasie pojawiły się na rynku komputery. Nie mając środków na ich zakup, zorganizowaliśmy części i sami zbudowaliśmy potrzebne nam „pecety”. Skończyło się na małej burzy, ponieważ – używając biurokratycznego języka – „ujawniły się nieistniejące środki trwałe”.
Doś­wiadczenia te spowodowały, że szczególnie wysoko cenię pracowników, którzy potrafią zrobić coś dobrego dla firmy, kierując się przy tym nie tylko obowiązującymi regułami, ale też własną inicjatywą.

– Przez wiele lat pracował pan w Dyrekcji Generalnej PKP, specjalizując się – jak głosi fama – w trudnych sprawach.
– Miałem dużo szczęścia, ponieważ poznałem tam wielu prawdziwych fachowców i świetnych managerów, m.in. Leszka Sucheckiego, Romualda Kellera i Włodzimierza Pijewskiego. To dzięki nim szybko zdobyłem wiedzę, jak działa przedsiębiorstwo globalne, jakim bez wątpienia jest PKP. Trafiłem na dobry grunt dla nowych inicjatyw, takich jak choćby symulator kolejowy do szkolenia maszynistów, przypominający pod wieloma względami urządzenia stosowane w lotnictwie. Pracowałem też nad urządzeniami do wykrywania awarii kół, które dziś kontrolują wagony Intercity. Pewnie byłbym do dziś – żartobliwie mówiąc – upartym technokratą, gdyby nie zaproponowano mi udziału w Radzie Nadzorczej spółki PKP – Katowickiego Przedsiębiorstwa Utrzymania i Napraw Infrastruktury Kolejowej. Reguły funkcjonowania przedsiębiorstwa, pozyskiwanie dla niego zleceń – w krótkim czasie pochłonęły bez reszty moją uwagę. Po roku byłem już przewodniczącym RN, wykorzystując kompetencje znacznie szersze niż wynika to z Kodeksu Spółek Handlowych… Na efekty nie trzeba było długo czekać. W związku z tym zostałem poproszony o pomoc w uporządkowaniu spraw kolejnej spółki. Była to Linia Hutniczo-Szerokotorowa, zatrudniająca 1,2 tys. osób i obsługująca przewóz rudy z Ukrainy i Rosji do Huty Katowice. Po raz kolejny zostałem szefem Rady Nadzorczej. W ciągu dwóch lat, współpracując intensywnie z zarządem, gruntownie poprawiliśmy kondycję firmy i powiększyliśmy jej możliwości działania na nowych rynkach. Realizowałem również wiele projektów restrukturyzacyjnych prowadzonych przez spółkę zarządzającą grupą PKP SA. Były to projekty i jednocześnie fantastyczne wyzwania dotyczące restrukturyzacji majątkowej, zakupu i wdrożenia do eksploatacji nowych pociągów, przekształceń własnościowych spółek oraz wyodrębnienia z Grupy PKP SA spółki Przewozy Regionalne.

– Skoro mowa o sprawach trudnych, to pamiętny przedgwiazdkowy spektakl z 2010 roku z nieistniejącym rozkładem jazdy i rosnące finansowe kłopoty Intercity spowodowały, że firma znalazła się na celowniku mediów.
– Od razu wyjaśnijmy, że to nie Intercity było odpowiedzialne za problemy z rozkładem, ale firma rzeczywiście była w bardzo złej kondycji. Przez 1,5 miesiąca – od lutego 2011 roku – pełniłem rolę dyrektora do spraw technicznych, żeby po tym czasie niespodziewanie zostać prezesem. Nie lubię zwlekać z decyzjami, więc zacząłem od uporania się z kwestią niesprawnych lokomotyw. Intercity potrzebowało trzydziestu. Choć miało do dyspozycji 47, to jednak jeździło ich zaledwie 18. Odbyłem szybkie tzw. męskie rozmowy z osobami odpowiedzialnymi za naprawy, więc potrzebne lokomotywy wróciły na tory. Automatycznie przełożyło się to na poprawę punktualności.

– Kolejna pańska decyzja…
– Dotyczyła wagonów. Gdy trafiłem do Intercity, jeździło ich zaledwie 1 tys., choć potrzebnych było co najmniej 1,2 tys. W związku z tym składy były zbyt krótkie, często przepełnione. Dokonałem przeglądu taboru, wybierając najlepsze spoś­ród 3 tys., spełniające wymóg jazdy z szybkością 160 km/h. Kłopoty z wagonami polegały na tym, że miały w większości zużyte koła. W ub. roku spółka zamówiła zaledwie
40  kół na wymianę. Podjąłem radykalną decyzję zamawiając… 1,2 tys.     kół. Dzięki temu mamy dziś do dyspozycji 1 220 w pełni sprawnych wagonów na torach i 240 w rezerwie. Zrobiłem zatem wszystko, co było można, aby przygotować się na świąteczne spiętrzenie pasażerów.

– Ile osób korzysta dziennie z usług Intercity?
– Średnio 40-45 tys., a okresowo do 100 tys. Jestem przekonany, że w najbliższych latach znacząco zwiększy się liczba pasażerów. Staramy się, aby nasza oferta była konkurencyjna zarówno w kontekście transportu kolejowego, jak i lotniczego. Zwykle podróż pociągiem trwa nieco dłużej niż samolotem, ale nasi pasażerowie nie muszą dojeżdżać na odległe lotniska, czekać przynajmniej godziny na odprawę, itp. Koleje są też nieporównywalnie mniej uzależnione od kaprysów pogody niż transport lotniczy. Udało nam się skrócić czas przejazdu na najbardziej newralgicznych trasach – średnio o 15-20 minut. W niecałe 2,5 godz. można z Warszawy dojechać do Poznania, w 2 godz. 40 min do Krakowa, a w 2 godz. 45 min do Katowic.

– Z kolei połączenie z Warszawy do Gdańska obsługuje coraz więcej samolotów.
– Zdaję sobie sprawę, że czas przejazdu – 5 godz. 12 min – na tej trasie trudno zaakceptować. W 2007 roku na trasie Warszawa-Gdańsk kursowało 15 pociągów i zaledwie 2 samoloty, dziś mamy 4 pociągi i 10 połączeń lotniczych. To się jednak zmieni po wprowadzeniu pociągów zespolonych na początku 2014 roku. Czas podróży ze stolicy do Gdańska skróci się do 2 godz. 20 min, a do Krakowa – do 2 godz. 10 min.

– Tyle już na ten temat powiedziano. Czy jest pan przekonany, że projekt ten zostanie wprowadzony w życie?
– To już nie jest czas decyzji, tylko realizacji. Obecnie pracujemy nad malaturą, czyli designem pociągów, które – przypomnę – będą składały się z siedmiu połączonych na stałe wagonów. Będą jeździły co godzinę na trasie Gdańsk–Warszawa –Kraków–Katowice. Jestem przekonany, że pasażerowie nie będą decydowali się na podróże lotnicze, tylko na nasze pociągi – ze względu na wygodę i cenę. Wracając do pańskiego pytania o szanse powodzenia projektu szybkich kolei – pos­trzegam je optymistycznie. Rzeczywiście, wiele mówiono na ten temat w latach 1997-98, ale wtedy zabrakło pieniędzy. Dziś wygląda to zupełnie inaczej – jesteśmy w Unii Europejs­kiej, dzięki czemu inwestycję finansują po połowie fundusze pomocowe i kredyt EBI. Kiedy 30 maja 2011 roku podpisałem dokumenty w tej sprawie, miałem poczucie, że realizuję marzenie mojego życia – chłopaka, który jeździł z ojcem lokomotywą i śnił o kolejach takich, jak w zachodniej Europie. Bardzo mnie cieszy, że po autostradach i drogach szybkiego ruchu rządowym priorytetem stały się koleje. Chcąc rozwiać wszelkie wątpliwości przypomnę, że 18 lipca podpisaliśmy stosowne porozumienie z EBI, a dzień później Skarb Państwa udzielił gwarancji.

– Proszę przypomnieć podstawowe informacje dotyczące tej niezwykle ważnej umowy.
– Kupujemy 20 pociągów za 400 mln euro. Wykonawca – firma Alstom – zapewnia siedemnastoletni serwis, więc techniczne przygotowanie składów będzie po jej stronie. Planujemy ceny biletów od 60 zł w drugiej klasie. W pociągu będą 402 miejsca, w tym 3 przedziały biznesowe z 4. fotelami. Zgodnie z oficjalną umową, pociągi mają pojawić się w Polsce od maja do listopada 2014 roku. Obecnie rozmawiamy o przyspieszeniu harmonogramu realizacji o 4 miesiące. Wszystko wskazuje na to, że pierwszy pociąg zespolony pojawi się w styczniu 2014 roku.

– Szybkość nowych pociągów warunkuje modernizacja infrastruktury.
– W tej dziedzinie jestem ostrożnym optymistą. To ważny rządowy priorytet. Na marginesie – kiedy kilkanaście lat temu przymierzaliśmy się do zakupu pociągów zespolonych „Pendolino”, osiągnięto w Polsce szybkość 251 km/h. Przyk­ład Chin, gdzie niedawno jechałem pociągiem z szybkością 280 km/h, pokazuje, że modernizacja linii kolejowych jest łatwiejsza niż budowa autostrad.

– Do niedawna media poświęcały wiele uwagi kłopotom finansowym Intercity, więc samo nasuwa się pytanie, jak poradzicie sobie z takim problemem?
– Przed dziewięcioma miesiącami, kiedy zostałem szefem firmy, nasza sytuacja finansowa była rzeczywiście niełatwa. Rok 2010 firma zakończyła z 136 mln zł straty. Wstępnie zakładaliśmy 45 mln zł straty na koniec 2011 roku. Wszystko wskazuje na to, że będzie dużo lepiej i zakończymy z wynikiem zbliżonym do zera. Podjęliśmy bardzo energiczne działania naprawcze. Na szczęście, nasi poprzednicy zapoczątkowali proces niezbędnej restrukturyzacji kadr. Zawsze powtarzam, że podstawowym celem dla firmy, która ma problemy, jest odzyskanie płynności finansowej. To podstawowy warunek wiarygodności.

– Jakie zmiany czekają pasażerów Intercity?
– PKP Intercity rozpoczęło szeroki plan napraw i modernizacji taboru. W samym 2011 roku zakontraktowaliśmy naprawy dla blisko 1 000 wagonów, jak i ogłosiliśmy już przetarg na kolejne naprawy w przyszłym i następnym roku. W ramach ogłoszonego na dwa kolejne lata przetargu przeprowadzimy również modernizację 200. wagonów. Ponadto prowadzimy inne postępowania przetargowe, zakładające zakup 30. nowych piętrowych wagonów, które będą kursowały między Łodzią a Warszawą, oraz modernizację 68. wagonów, które w przyszłości obsługiwały będą trasę ze Szczecina do Przemyśla. Zdecydowaliśmy się też na daleko idące zmiany w dziedzinie sprzedaży biletów. Chcemy ograniczyć liczbę punktów sprzedaży na dworcach, zachęcając do rezerwacji i zakupów przez Internet. Wiąże się z tym zmiana filozofii sprzedaży. Zamierzamy skorzystać ze sprawdzonego wzoru, jaki wypracowały linie lotnicze. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy wyraźnie zróżnicowali ceny biletów – uzależniając je od obłożenia określonych połączeń oraz czasu rezerwacji.

– Nie obawia się pan, że kolejne problemy z ustaleniem realnego rozkładu jazdy mogą uderzyć w Intercity?
– Nie mogę tego wykluczyć, ponieważ ostateczna decyzja nie do nas należy. Mam jednak to szczęście, że znam osobiście większość osób podejmujących decyzje w spółkach kolejowych; wierzę, że zdrowy pragmatyzm wygra z partykularnymi drobnymi interesami. Nikt nigdzie w świecie nie wymyślił lepszego systemu tworzenia rozkładu jak ten, w którym priorytet mają kursy międzynarodowe, potem dalekobieżne, a w końcu regionalne. Kolejna bardzo ważna zasada polega na tym, żeby przyzwyczaić podróżnych do określonego rytmu – np. pociągi z Warszawy w kierunku miasta X powinny wyjeżdżać o pełnej godzinie, w stronę miejscowości Y – zawsze 15 minut po pełnej godzinie, itd. Taki rozkład powinno się tworzyć na długie lata.

– Media przypięły panu łatkę chłodnego technokraty, a tymczasem sekret pańskiego sukcesu to, obok fachowości, umiejętny dobór współpracowników.
– To nie było łatwe, ale udało mi się namówić do współpracy znakomitych specjalistów, którzy wcześniej przyczynili się do rozwoju Intercity. Dzięki ich wsparciu mogę planować przedsięwzięcia, których celem nie jest już złapanie równowagi, ale wzmocnienie pozycji spółki w długiej perspektywie. Stawiam na managerów, którzy generują sukcesy. Inspirująca jest dla nas współpraca z osobami, które przyczyniły się do uporządkowania i usprawnienia warszawskiego ZTM, a doświadczenia sprawdzone w skali aglomeracji dobrze przekładają się na cały kraj.

– Jak postrzega pan przyszłość modnych obecnie pociągów luksusowych, które odwołują się do tradycji Orient Expressu?
– Przyjąłem ostatnio zaproszenie Michaiła Akułowa, wiceprezesa rosyjskich kolei RŻD, żeby towarzyszyć mu z Terespola do Warszawy w superluksusowym pociągu kursującym z Moskwy do Paryża. Cena przedziału dwuosobowego sięga 1 tys. euro. Za takie pieniądze można łatwo znaleźć samolot, ale wymagający pasażerowie wybierają kolej. Spotkanie to nie miało charakteru kurtuazyjnego – nasi rosyjscy partnerzy zdecydowali się wykorzystywać nasze wagony restauracyjne, które będą kursowały w tym wyjątkowym składzie z Warszawy do Paryża. Trudno o lepszy wyraz uznania dla jakości naszych usług.

Co lubi Janusz Malinowski?

Ubrania – styl klasyczny, z wyjątkiem piątków, gdy wybiera casual. Ceni polskie firmy – Vistula, Bytom
Wypoczynek – Mazury, okolice rodzinnej Iławy. Rekomenduje jezioro Jeziorak
Kuchnia – lubi ryby pod każdą postacią
Restauracja – „Bacio” w Warszawie
Samochód – jest miłośnikiem kolei, a nie motoryzacji. Swoim Nissanem podjeżdża do dworca, żeby przesiąść się do pociągu. Ma też służbowego Peugeota 406
Hobby – narzeka na brak czasu, chętnie częściej by wędkował. Zimą co roku wyjeżdża na 10 dni na narty do Słowacji, gdzie szusuje po 12 godzin na dobę. Jest miłośnikiem historii pierwszej Rzeczypospolitej, dużo czyta na jej temat

Maciej Harczuk, Krzysztof Chechłacz

Rozmowa z Maciejem Harczukiem, prezesem Euler Hermes Collections Sp. z o.o. Krzysztofem Chechłaczem, prezesem TU Euler Hermes SA

– Kierują panowie polskimi oddziałami dwóch niezależnych, a jednak komplementarnych firm z grupy Euler Hermes (EH). Podobno tego rodzaju biznes kwitnie w czasie kryzysu?
Krzysztof Chechłacz (KCH): Nie da się ukryć, że takie firmy, jak nasza, najszybciej rosną w czasie recesji, ale nie oznacza to, że nie odczuwamy – jak wszyscy – skutków kryzysu. Jest to dla nas okres, w którym wzrasta poziom ryzyka i siłą rzeczy częściej jesteśmy zmuszeni do wypłacania odszkodowania.

Maciej Harczuk (MH): Z całą pewnością nie czekamy na kryzys. Proszę nie zapominać, że gdy psuje się sytuacja gospodarcza, to przestaje krążyć pieniądz, co musi mieć wpływ także na naszą kondycję. Gdy upadają firmy, oczywiście mamy mnóstwo pracy, ale też bardzo długo czekamy na zwrot zainwestowanych środków. Dlatego, wbrew panującej opinii, kryzys dla firmy windykacyjnej działającej w środowisku B2B to nie jest najlepszy okres.

– Grupa EH odniosła spektakularny sukces na polskim rynku. W błyskawiczny tempie zdobyła znaczącą pozycję na rynku.
KCH: Zaczynaliśmy w 1998 roku. W niewielkim biurze w warszawskim „Ilmecie”, do którego trafiłem jako student czwartego roku SGH, spotkałem trzech pierwszych pracowników – prezesa Eckharda Horsta – oraz dwoje kolegów, którzy pracują z nami do dziś: dyrektora handlowego Bogdana Wiesiołka i szefową działu administracji Magdalenę Zawadkę. Nasz rozwój najlepiej pokazuje wzrost zatrudnienia – z 4 do ponad 400 osób.

– Kiedy EH został liderem rynku w Polsce?
KCH: W 2003 roku. Nasza firma rozwijała się bardzo dynamicznie, co było możliwe dzięki temu, że stworzyliśmy ofertę dopasowaną do potrzeb i oczekiwań polskiego rynku. Jeszcze 10 lat temu swoje transakcje ubezpieczało zaledwie około 100 firm działających na terenie Polski, głównie były to zagraniczne korporacje. Postanowiliśmy skoncentrować się na krajowych firmach, przede wszystkim z sektora MŚP, które nie znały takich rozwiązań, jakimi są ubezpieczenia należności handlowych. Oczywiście, nie stoimy w miejscu. Obecnie aktywnie realizujemy założenia programu „customer centricity” – czyli podnosimy jakość usług Euler Hermes w taki sposób, by nasi klienci czuli, że są dla nas najważniejsi. Jest to projekt grupowy, który ma zapewnić naszym klientom najwyższy poziom serwisu we wszystkich oddziałach EH na całym świecie. Nasi pracownicy mocno zaangażowali się w to przedsięwzięcie – chcą pokazać klientom, że jesteśmy najlepsi i zawsze mogą na nas liczyć. To ważne zwłaszcza teraz, gdy wiele firm rozważa kwestię ubezpieczeń w świetle tego, co się dzieje na rynku europejskim.

– Jaki jest obecnie udział EH w polskim rynku?
KCH: Trudno mi oszacować udział w polskim rynku ubezpieczeń należności. Wielkość składki ubezpieczeniowej, jaką zbiera EH, pozwala stwierdzić, że jesteśmy chyba największym ubezpieczycielem kredytu kupieckiego. Ponadto rynek światowy również należy do Grupy Euler Hermes – tutaj dane pokazują, że jesteśmy niekwestionowanym liderem rynku ubezpieczeń należności handlowych. To, oczywiście zobowiązuje – mamy jeszcze wiele do zrobienia. Zaledwie 3,3 tys. firm w Polsce to nasi klienci. Potencjał krajowego rynku to kilkadziesiąt tysięcy przedsiębiorstw szukających bezpieczeństwa i strategii zarządzania swoimi należnościami. Kluczem do naszego sukcesu było ubezpieczenie „All Inclusive” przygotowane w taki sposób, by było doskonale czytelne i zrozumiałe. Wiemy, że klienci obawiają się wszelkich dokumentów ubezpieczeniowych, bankowych, itd., spisanych drobnym drukiem na kilkunastu stronach A4. Poza specjalistami nikt nie jest w stanie tego przeczytać i zrozumieć. Euler Hermes zaproponował 10 krótkich i jasnych paragrafów.

MH: Nasza oferta, zgodnie z regułą „All Inclusive”, zawiera szeroki zakres produktów, klient może ubezpieczyć należności, zweryfikować wiarygodnodność swoich odbiorców, a w przypadku opóźnień płatniczych zlecić windykację – czyli oferujemy ubezpieczenia transakcji i działania prewencyjne chroniące przed szkodą. Nasi konkurenci proponowali windykację jako opcję, a my traktujemy ją jako niezbędną część pakietu. Naszym zdaniem, klient nie powinien płacić za zapobieganie powstaniu szkody. W związku z tym Euler Hermes zwraca koszty windykacji, nawet za granicą.

– Jak to wygląda w praktyce?
MH: Jeżeli ktoś nie otrzyma należności za towar, wysłany np. do Hiszpanii, musi już na starcie liczyć się z kosztami na poziomie 15 tys. euro, z kolei we Włoszech może go czekać proces ciągnący się latami… Ubezpieczenie transakcji w EH rozwiązuje wszystkie problemy z tym związane. Dochodzenie należności jest po naszej stronie. Umiemy to robić skutecznie. To w  naszym interesie jest ściągnięcie należności. Jest to znacznie lepsze rozwiązanie niż wypłata odszkodowania.

– Mówi się, że pieczątka z logo EH widoczna na fakturze czyni cuda.
MH: W praktyce rzeczywiście przyspiesza spłatę należności, a faktem jest, że wielu dyrektorów finansowych prowadzi swoistą grę polegającą na tym, by płacić dopiero wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne. W ten sposób finansują działalność swoich firm za pomocą najtańszego kredytu, tzw. kredytu kupieckiego… Dla dostawców, którzy czekają na pieniądze, to bolesne doświadczenie. Dlatego bardzo istotne jest, aby poza pieczątką w każdej firmie istniała procedura monitorowania tempa spływu należności oraz windykacji przeterminowanych płatności.

– Jak temu zapobiegać?
KCH: W tym przypadku najlepsze jest najprostsze rozwiązanie: wszyscy, którzy mają tego rodzaju problemy, mogą skorzystać z naszej ochrony.

– Ale to kosztuje.
KCH: Jestem przekonany, że koszt ubezpieczenia transakcji na poziomie 0,2-0,5 proc. to bardzo mało w kontekście czekania na płatności lub wielomiesięcznych starań o zwrot pieniędzy.

– Obiegowa opinia mówi, że stać na to tylko dużych graczy.
MH: To kompletne nieporozumienie. Zdarza się, że np. wielka firma nie płaci dostawcom, którzy z kolei nie mogą regulować swoich należności. Powstaje coś na kształt błędnego koła. Staramy się udrażniać ten proces na każdym etapie. Jak już wspomniałem, nigdy nie ograniczaliśmy się do dużych podmiotów. Wśród naszych klientów przeważają firmy z sektora MŚP, które zdominowały polską gospodarkę.

KCH: Mówiąc obrazowo: Euler Hermes, jak bohater słynnej gry Mario Bros, odblokowuje płatności na różnych poziomach, żeby cały system mógł działać bez zakłóceń.

MH: Dzięki temu, że regularnie monitorujemy rynek, możemy błyskawicznie wyłapać tzw. skoczków, czyli przedsiębiorców, którzy z premedytacją nie płacą kooperantom,  ciągle zmieniając dostawców. Mamy własną wywiadownię gospodarczą, więc dostarczamy klientom informacje pozwalające unikać niepotrzebnego ryzyka.

– Euler Hermes Collections, poza windykacją, oferuje analizy branżowe oraz raporty poświęcone poszczególnym firmom.
MH: Są to narzędzia pomagające prowadzić działalność gos­podarczą. Nasze analizy od lat pomagają przedsiębiorcom w rozwijaniu biznesu. Z kolei raporty handlowe informują o „moralności płatniczej” poszczególnych firm.

– Co proponujecie klientom mającym stałe problemy z kooperantami, którzy finansują się kredytem kupieckim?
MH: Oczywiście, zaczynamy od prewencji. Każda firma może kupić od nas licencje na korzystanie z pieczęci EH. Gdy to okaże się niewystarczające, proponujemy monitoring płatności. Jeśli to nie pomoże, trzeba podjąć działania bardziej stanowcze, czyli windykację dłużnika. Gdy dłużnik nadal opóźnia płatność, przechodzimy do działań na drodze sądowej, gdzie w ostatnim etapie do akcji wkracza komornik.  Od lat staramy się współpracować ze skutecznymi komornikami, których wspierają nasi detektywi. W procesie egzekucji jest to bardzo pomocne, bo często odkrywamy, że dłużnicy, którzy twierdzą, iż nie mają środków, ostatecznie dysponują aktywami, które mogłyby pokryć wszystkie zobowiązania.

– A gdy firma upada…
MH: Prowadzimy bardzo dokładną analizę, co można zdziałać w określonej sytuacji. Nierzadko podejmujemy się pomocy przy restrukturyzacji zadłużenia i wyjściu danego przedsiębiorstwa na prostą. Argumentem przemawiającym za takim rozwiązaniem jest stanowisko zarządu. Kiedy mamy szansę na konstruktywną współpracę, zwykle udaje nam się rozwiązać problem. Gorzej, gdy takiej współpracy nie ma. Generalnie mamy do czynienia ze wzorcowymi sytuacjami. Pierwsza – najprostsza – dotyczy dłużnika, który ma pieniądze, ale z różnych powodów nie chce płacić. Kolejny model to klient chcący uregulować należności, ale chwilowo bez pieniędzy. Zwykle czeka on na należności od kontrahentów. Staramy się więc pomóc mu w skutecznej windykacji. Najtrudniej rozmawia się z przedsiębiorcami, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji – nie chcą płacić, ponieważ nie mają pieniędzy. Czasem rozwiązaniem dla nich jest kontakt z inwestorem, który stawia na nogi bankrutujący biznes.

– Problem opóźnień płatności to choroba, która niszczy krajową gospodarkę.
MH: Nie tylko polską. W niektórych krajach europejskich wygląda to gorzej niż u nas. Są jednak w Unii Europejskiej rozwiązania godne upowszechnienia. Na przykład, w Holandii wierzyciel nie ponosi kosztów windykacji wierzytelności. To rozwiązanie godne szerokiej popularyzacji.

– Z jakich powodów rozdzielono EH na dwie części – ubezpieczeniową i windykacyjną?
KCH: Decyzja ta zapadła na szczeblu centralnym w roku 2009 i była związana z dalszym rozwojem całej grupy kapitałowej. W naturalny sposób EH Collections ma szanse pracować z większą grupą klientów niż Towarzystwo Ubezpieczeń. Wielu klientów decyduje się na ubezpieczenie należności mając już dobre doświadczenia w dziedzinie windykacji. Powiedziałbym, że jest to kolejny szczebel budowania bezpiecznego biznesu.

– EH to jedyna firma, w której pan pracował?
KCH: Podobnie jak ja, twierdząco może odpowiedzieć wielu naszych pracowników. Moim zdaniem, sama naz­wa „Towarzystwo Ubezpieczeń” sugeruje stabilność całego biznesu. Nasza firma stosuje niezwykle wysokie standardy związane z naborem na wszystkie stanowiska. Nastawiamy się bowiem na wieloletnią współpracę. W naszym przypadku żartobliwe określenie „praca od matury do emerytury” ma pozytywny wymiar. Zwykle trafiają do nas młodzi ludzie, nierzadko jeszcze podczas studiów. Zostają na lata. Zachęca do tego system awansów. Co tu kryć – agencje headhunterskie nie mają w nas klienta. Znakomicie ilustruje to mój przykład. Kiedy pierwszy prezes EH w Polsce przeniósł się do Paryża, niejako w automatyczny sposób zająłem jego miejsce. Następnie w ramach „drabinki kadrowej” awansowały cztery kolejne osoby. Nie muszę chyba przekonywać, że to najlepszy system. Skłania do wydajnej pracy i nie budzi niepotrzebnych emocji związanych z naborem specjalistów z zewnątrz. Jedyny prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy musimy podjąć decyzję dotyczącą awansu jednego z np. trzech znakomitych kandydatów…

– Czy pracownicy polskiego EH mogą liczyć na awans w zagranicznych strukturach?
KCH: Mamy znakomite wyniki, więc nasze rozwiązania kopiują koledzy z innych krajów. Stwarza to naturalną ścieżkę kariery dla polskich specjalistów, tylko że niewielu z nich decyduje się na dłuższy wyjazd za granicę. W Polsce mamy jeszcze naprawdę dużo do zrobienia, a poza tym nasz oddział znany jest z tego, że bardzo szybko podejmujemy decyzje, co bardzo ułatwia pracę.
MH: O słuszności tego miałem okazję się przekonać wspomagając, jako regionalny CEO, kolegów za granicą. Jestem dumny z tego, że właśnie w Polsce wprowadziliśmy bardzo wysokie standardy działania, stanowiące inspirację dla innych oddziałów EH.

– W pana przypadku EH był również pierwszym pracodawcą?
MH: Moje doświadczenia biznesowe były nieco inne. Zaczynałem w jednej z czołowych wywiadowni gospodarczych, gdzie jako młody człowiek, zaraz po studiach, kierowałem zes­połem liczącym ponad 50 osób. Do EH trafiłem w roku 2003. Moim zadaniem było stworzenie działu zajmującego się gromadzeniem informacji na temat kondycji polskich firm. Wkrótce później zakres moich obowiązków zwiększył się – zająłem się windykacją.

– Managerowie obejmujący wysokie stanowiska w bardzo młodym wieku, nierzadko dość bezceremonialnie traktują współpracowników.
MH: Na szczęście, ominęła mnie ta przypadłość… Po prostu, bardzo nie lubię zwalniać. Uważam, że jest to klęska zarówno zwolnionego, jak i szefa, który nie poradził sobie z problemem. Kiedyś, gdy nie widząc innej szansy postanowiłem rozstać się z pracownikem, zapytał mnie: „Nie wiem dlaczego czekał pan z tym aż tak długo?” Zabolało mnie to podwójnie – pracownik nie skorzystał z szansy, którą mu dałem. Zapytałem go więc o motywację. Odpowiedział: „Nie muszę się starać, mam bardzo bogatego ojca, który zmusza mnie do tego, żebym gdzieś pracował”. Na szczęście, tego typu przypadki są odosobnione. Polityka kadrowa, która obowiązuje w EH, przynosi doskonałe efekty. Stanowimy znakomity, bardzo zgrany zespół. To, że polski oddział odnotowuje dużą dynamikę wzrostu i ma jeden z najlepszych wyników w całej grupie to zasługa dobrej atmosfery i pracy zespołowej.

Co lubi Krzysztof Chechłacz?

Zegarki – przede wszystkim praktyczne, z naciągiem automatycznym, odpowiednie dla osoby uprawiającej sport. Biorąc pod uwagę relację jakości do ceny – rekomenduje Certinę i Seiko
Ubrania – styl klasyczny, popiera polskie firmy, jak np. Próchnik. Chętnie nosi krawaty Euler Hermes, wyprodukowane przez znakomitą firmę Trussardi
Wypoczynek – Chorwacja – zwłaszcza Dubrownik i Hvar. Chętnie wraca do Rzymu oraz do Hiszpanii W Polsce, hotel Zawrat w Białce Tatrzańskiej
Kuchnia – włoska na co dzień, regionalna baskijska, ale też austriacka i węgierska. Na Węgrzech odkrył winnicę prowadzoną przez Argentyńczyka, rewelacyjną restaurację i winiarnię Haraszthy Vallejo Pincészet
Restauracja – niezwykła restauracja, którą na wzgórzu nad Balatonem w Badacsony prowadzi jednen z najlepszych węgierskich winiarzy Huba Szeremley. W Warszawie najbardziej lubi: „Butchery & Wine”, „U Kucharzy” i „Le Regina”
Samochód – VW Tuareg
Hobby – razem z żoną i dziećmi (w wieku 4, 6 i 8 lat) jeździ na nartach. Regularnie gra w tenisa. Jest enologiem – amatorem, miłośnikiem win włoskich. Najbardziej cieszy go jednak odkrywanie znakomitych win od mało jeszcze znanych producentów – np. z Węgier i Austrii

Co lubi Maciej Harczuk?

Maciej_Harczuk

Zegarki – najważniejszy – Atlantic, który wcześniej nosił jego ojciec. Na co dzień – nowszy model tej samej marki
Pióra – Waterman
Ubrania – styl klasyczny. Ceni krajowe marki, np. Bytom
Wypoczynek – Chorwacja, polskie morze
Kuchnia – polska, włoska
Restauracja – „Różana” i małe włoskie pizzerie
Samochód – jest wielkim miłośnikiem klasycznej amerykańskiej motoryzacji, planuje zakup auta z lat 60. lub 70. Jeździ Fordem Galaxy
Hobby – motocyklową pasją zaraził żonę, razem jeżdżą na długie wycieczki. Mają Aprilię Pegaso oraz turystyczną Hondę

Mariusz Pujszo

Rozmowa z Mariuszem Pujszo, aktorem, scenarzystą, producentem i managerem

– Zanim się spotkaliśmy był pan na planie nowej komedii, później wpadł pan do firmy…
– A późnym wieczorem pewnie siądę nad kolejnym scenariuszem. Udaje mi się w miarę harmonijnie łączyć te obowiązki, ponieważ zwyczajnie lubię to, co robię. Dodatkowo usiłuję zarządzać własnym gospodarstwem agroturystycznym „Pujszany” we wsi Wiszenki na Zamojszczyźnie. W tym ostatnim przypadku mam najwięcej problemów. Tego typu biznes wymaga stałego zaangażowania właściciela. Tylko w takim przypadku można liczyć na stuprocentowy sukces.

– Kiedy zdecydował się pan spróbować sił w biznesie?
– Było to 10 lat temu. Po wieloletnim pobycie we Francji, gdzie wyjechałem w 1981 roku, postanowiłem uruchomić w Warszawie firmę specjalizującą się w produkcji filmów i organizacji eventów na wysokim poziomie.

– Wybrał pan niezwykłą nazwę – „Kurka Wodna Productions”.
– Pomysł podsunął mi… Steven Spielberg. Po obejrzeniu francuskiego filmu „Królowie życia”, w którym grałem rolę imigranta, znakomity reżyser zapytał mnie: Dlaczego co jakiś czas mówisz po polsku „kurka wodna”, co to znaczy? Pomyślałem, że skoro mój ulubiony słowny przerywnik zaintrygował samego Spielberga, może być to znakomita nazwa dla mojej firmy. Nazwa świetnie spełnia swoją rolę, łatwo ją zapamiętać, jest rozpoznawalna, a poza tym wszyscy – podobnie jak pan – pytają dlaczego „kurka wodna”?

– A może również dlatego, że wspomniany film był dla pana przełomowym punktem kariery, o czym pisze pan w autobiografii zatytułowanej właśnie „Królowie życia”?
– Ostatnio dziennikarka zapytała mnie, co chciałbym osiąg­nąć. Odpowiedziałem bez namysłu: marzę o zdobyciu Oscara. Kiedy popatrzyła na mnie  z niedowierzaniem, wyjaśniłem: we Francji, gdzie jest około 100 tys. aktorów, poradziłem sobie jako Polak – zagrałem w 50 filmach, a statystowałem w 300. Przez 11 lat szukałem producenta filmu, do którego sam napisałem scenariusz. Choć nikt ze znajomych nie chciał w to wierzyć – udało mi się nie tylko doprowadzić do nakręcenia „Królów życia”, ale jeszcze sam zagrałem główną rolę. Film odniósł sukces artystyczny i komercyjny, został kupiony przez dystrybutorów z wielu krajów, do dziś pokazują go różne telewizje. W dodatku prawa do amerykańskiego remake’u kupiła wielka wytwórnia „Dreamworks”. Myślę, że – biorąc pod uwagę moje ówczesne możliwości – był to wyczyn proporcjonalnie większy niż Oscar. Dlatego nigdy nie wolno rezygnować ze swoich marzeń.

– Potrzebna jest jeszcze determinacja…
– I wiara w to, co się robi. Dla człowieka z mojej branży największą wartość stanowi własna osobowość. Koncentrując się na swoich celach, trzeba być jednak otwartym i życzliwym. Często powtarzam, że sukcesy odnosi nie ten, kto rano wstaje, ale ten, kto wstaje uśmiechnięty. Nigdy się nie poddałem, choć wiele razy musiałem walczyć z przeciwnościami losu. Bohaterowie moich scenariuszy czasem przeżywają podobne przygody, jak ja. Kiedyś zabawnie podsumował to Roman Polański, mówiąc: „Nie musisz niczego wymyślać, twoje życie to gotowy scenariusz”.

– Jak poradził pan sobie na polskim rynku?
– Przyjechałem z Francji pełen zapału, byłem przekonany, że ludzie z branży będą chcieli skorzystać z moich doświadczeń, złapać kontakt z wybitnymi reżyserami i aktorami, do których po prostu mogłem zadzwonić. Sądziłem, że w ten sposób mogą powstać nowe ciekawe projekty. Przywiozłem do Polski m.in. słynnego reżysera Arthura Penna, miałem z nim projekt filmowy, ale… Moje oczekiwania nie sprawdziły się i znów byłem zdany na własne siły. „Kurka Wodna Productions” wyprodukowała kilka filmów. Najbardziej jestem zadowolony z komedii „Polish kicz projekt”, który trafił na ekrany m.in. w USA, Francji i Hiszpanii. O kilka lat wyprzedziliśmy „Borata” opartego o podobny pomysł. Zresztą cały czas kontroluję w pewnym sensie historie moich filmów na Zachodzie. Co kilka miesięcy dostaję tantiemy z Francji za kolejne emisje moich filmów, i to mnie cieszy podwójnie, bo zarabiam pieniądze, a z drugiej strony wiem, że moje filmy się nie zestrzały.

– Dlaczego polskie filmy tak rzadko odnoszą sukcesy zagraniczne?
– Kluczem do sukcesu jest uniwersalność scenariusza. Nieważne, gdzie rozgrywa się akcja – widzowie mają zrozumieć, o co chodzi bez zagłębiania się w niuanse. Mówiąc obrazowo – film, w którym działaczka „Solidarności” ma ojca konfidenta, wujek jest byłym żołnierzem AK, a stryjek oficerem SB, nie ma żadnych szans wejścia na światowe ekrany. Do filmu trzeba podejść jak do normalnego biznesu.

– A przecież czescy i rumuńscy reżyserzy, którzy opowiadają historie ze swoich krajów, radzą sobie na arenie międzynarodowej.
– Proszę zauważyć, że ich filmy mają uniwersalne przesłanie i rzadko odwołują się do historii, z wyjątkiem ogólnie znanych wydarzeń, jak np. wejścia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji w 1968 roku.

– Pomówmy teraz o „drugiej nodze” pańskiej firmy, czyli organizacji eventów. To dzięki niej jest pan zaliczany o grona celebrytów.
– Od kilku lat organizuję imprezy, które gromadzą osoby znane z mediów, jak np. „Luksusowa marka roku” lub „Osobowości roku”. Żartobliwie mówiąc, to, że jestem rozpoznawalny, na pewno mi nie przeszkadza. Swoje dobre relacje zagraniczne wykorzystałem przygotowując pierwszą w historii polską galę „Luksus i Piękno”, która odbyła się w hotelu Carlton, podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Cannes. Celem moich działań jest promocja polskiej kinematografii w miejscu, które najlepiej się do tego nadaje. Cieszy mnie więc zrozumienie i wsparcie ze strony wielu osób, w tym producentów, jak Waldemar Leszczyński, szef „Syrena Film”. W 2012 roku w hotelu Carlton w Cannes odbędzie się druga edycja Gali „Luksus i Piękno”, na którą zaprosimy wiele światowych gwiazd show biznesu.

– Mówi się, że dla aktora windą wiozącą na najwyższe piętro sławy jest duża rola w serialu.
– Zacząłem swoją przygodę z filmem jako siedemnastolatek, grając główną rolę w serialu „Wakacje”. Później występowałem
w wielu serialach podczas pobytu we Francji, niektóre z nich pokazywała polska telewizja. Niedawno pojawiłem się w jednym z odcinków „Ojca Mateusza”. Dla mnie – jako aktora – szczególnie ważne są jednak role w filmach fabularnych. Ukończyłem zdjęcia do komedii „Komisarz Blond”, a obecnie, wspólnie z grupą znakomitych aktorów, gram w bardzo zabawnym filmie „Kac Wawa”. Skoro jednak mówimy o serialach – z pełną premedytacją pogrzebałem szanse na szybkie zdobycie popularności w Polsce. Pomimo że otrzymałem poważną rolę w serialu ”Dom”, nie wróciłem z Francji, żeby dokończyć zdjęcia. Moją rolę przyjął inny aktor, trzeba było od nowa nakręcić kilka scen. Gdybym wówczas wrócił, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej – stan wojenny zablokowałby mi na kilka lat szanse na wyjazd na Zachód.

– Nad czym pan obecnie pracuje?
– Najważniejsze projekty to film z czasów napoleońskich i kilka komedii. Których scenariusz napisałem już kilka ładnych lat temu. No cóż, w tym zawodzie trzeba mieć dużo cierpliwości. Zawsze jak coś piszę, to konsultuję się z producentami z zagranicy, prosząc ich o opinię. Bo bardzo chcę, żeby i te filmy były w zachodniej dystrybucji.

– A co z Oscarem?
– Myślał pan, ze żartowałem? Trzeba mieć cel, który napędza do działania.

Co lubi Mariusz Pujszo?

Zegarki – Omega
Pióra – woli długopisy Montblanc i Christian Dior
Ubrania – styl – artystyczny casual, ulubione firmy
– Cerruti i Atelier Brodzińska
Wypoczynek – wraca co jakiś czas do Prowansji Chętne odwiedza zamki i pałace, które kryją tajemnice
Kuchnia – japońska, francuska
Restauracja – „Sakana”, „Fleming:” i szczególnie godna polecenia francuska kuchnia „Le Regal” w Warszawie
Samochód – Lexus ISF, lubi też terenówki, zawłaszcza marki Volvo
Hobby – od czasu dzieciństwa fascynuje go poszukiwanie skarbów. Zachwycony przygodami „Pana Samochodzika”, poznał Zbigniewa Nienackiego, dla którego wyszukiwał materiały w archiwach. Na marginesie – myśli o nakręceniu filmu na podstawie tych książek. Zna wielu poszukiwaczy, interesuje go też epoka napoleońska oraz lotnictwo

Adam Kruszewski

Rozmowa z Adamem Kruszewskim, prezesem KCR SA

– Czy warto ukończyć medycynę, żeby zostać managerem?
– Dziś mogę odpowiedzieć, że tak – w mojej dziedzinie to wiedza potrzebna i użyteczna. Gdyby jednak zapytał mnie pan o to kiedy byłem studentem, na pewno bym zaprotestował. Marzyłem, żeby zostać znakomitym psychiatrą. Pomimo że zajęcia na Akademii Medycznej nie należą do łatwych, zdecydowałem się dodatkowo na drugi kierunek – psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Następnie doszedłem do wniosku, że muszę kontynuować studia w USA, ponieważ fascynowała mnie psychoterapia. Działo się to w PRL pod koniec lat 80., gdy wyjazd za Ocean graniczył z cudem. W związku z tym, że nie znałem angielskiego, poprosiłem kolegę, żeby pomógł mi napisać list motywacyjny, który nas­tępnie wysłałem do stu amerykańskich szpitali. Wkrótce otrzymałem… kilkanaście zaproszeń.

– Trudno o lepszą ilustrację przysłowia, że do odważnych świat należy.
– Postanowiłem skorzystać z oferty prestiżowego szpitala John Hopkins w Maryland. Zwróciłem się do dziekana z prośbą o roczny urlop. Byłem przekonany, że uczelnia pop­rze moje starania, tymczasem spotkałem się z odmową. Zamiast słów zachęty, usłyszałem: „Nie wierzymy ci, chcesz jechać do Ameryki, żeby garnki czyścić”. Chociaż do ukończenia studiów został mi tylko rok, zawziąłem się i pomimo grożących mi konsekwencji, wyjechałem do USA. Bez dobrej znajomości angielskiego nie miałem czego szukać w szpitalu, więc natychmiast po przylocie do Nowego Jorku zacząłem intensywnie uczyć się tego języka w szkole językowej na Manhattanie.

– Jak zarabiał pan na utrzymanie?
– Znalazłem zatrudnienie w hotelu, w którym zrobiłem błys­kawiczną „karierę”: najpierw sprzątałem, potem nosiłem walizki, następnie zostałem recepcjonistą, żeby w końcu zająć się rachunkowością. Po pół roku szef zaproponował mi pracę w charakterze managera. Grzecznie podziękowałem, ponieważ mogłem wreszcie rozpocząć wymarzoną praktykę w szpitalu. Czułem się tam znakomicie, tym bardziej że szybko zaczęto mi powierzać odpowiedzialne zadania, a po kilku miesiącach otrzymałem propozycję zrobienia doktoratu. Realizowałem marzenia, a jednak ciągnęło mnie do Polski, która przechodziła wówczas transformację ustrojową. W dodatku dowiedziałem się, że koledzy z NZS wybronili mnie i nie wyrzucono mnie z uczelni. Postanowiłem wrócić.

– Miał pan szansę, żeby spożytkować wiedzę zdobytą w USA?
– Niestety, nie. Psychiatria była fatalnie niedofinansowana. Nie chciałem zostać kolejnym lekarzem, który z koniecznoś­ci, nie mając szansy na prawdziwą terapię, wypisuje recepty na leki psychotropowe. I tak – jako początkujący anestezjolog – trafiłem do Centrum Zdrowia Dziecka. Nie narzekałem na mizerne zarobki czy też dyżury trwające 24 godz. non stop. Brakowało mi natomiast aktywności z czasów studiów, gdy prowadziłem m.in. uczelniany klub „Nora”. Założyliśmy ogólnopolskie Stowarzyszenie Młodych Lekarzy, którego zos­tałem szefem. Widząc w praktyce wszystkie niedoskonałości polskiej służby zdrowia, w naturalny sposób stałem się jednym z przedstawicieli środowiska dążącego do głębokiej reformy służby zdrowia.

– Ścieżka ta zaprowadziła pana na sam szczyt – należy pan do wąskiego grona konsultantów Banku Światowego oraz Ministerstw Gospodarki, Finansów i Zdrowia. Jest pan również jednym z założycieli CEE Health Policy Network – think tanku zrzeszającego specjalistów w dziedzinie opieki zdrowotnej z Europy Środkowo-wschodniej.
– Nikomu nie udało się skonstruować idealnego systemu opieki zdrowotnej. Warto jednak korzystać z najlepszych doświadczeń w różnych krajach, żeby usprawnić obecny model. Tak można najprościej określić cel naszych działań. Na każdym kroku staramy się też przypominać politykom, że to pacjent jest ostatecznym płatnikiem i to właśnie on powinien decydować, na co wydaje pieniądze.

– Kiedy zdecydował się pan zrezygnować z kariery medycznej, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa na rzecz managerskiej?
– Pewnego rodzaju przełomem była dla mnie propozycja objęcia stanowiska konsultanta, a następnie dyrektora medycznego firmy Medicover, czyli jednej z największych sieci ośrodków opieki zdrowotnej. Przeprowadziłem tam głęboką restrukturyzację i doprowadziłem do wdrożenia pierwszego certyfikatu ISO 9000 w tego typu firmie w Polsce. Było to naprawdę fascynujące wyzwanie. Kiedy zrozumiałem, że zarządzanie to mój żywioł, postanowiłem uzyskać dyplom MBA w Akademii Leona Koźmińskiego. Nieco później znajomy z USA poz­nał mnie z dziekanem University of Minnesota. Uczelnia ta kształci specjalistów w organizacji służby zdrowia z całego świata w ramach programu Master of Health Administration. Ukończenie tych studiów dało mi nie tylko potężny zastrzyk wiedzy, ale też zdobyłem mnóstwo cennych kontaktów.

– Kolejny etap pańskiej kariery to praca dla Enterprise Investors.
– I znów dopisało mi szczęście. W dziedzinie zarządzania finansami mogłem uczyć się od najlepszych specjalistów w Polsce, m.in. Michała Rusieckiego i Jacka Siwickiego. Jako dyrektor inwestycyjny byłem odpowiedzialny za inicjowanie i prowadzenie inwestycji w przedsiębiorstwach opieki zdrowotnej. Właśnie wtedy poznałem mojego obecnego wspólnika, Marka Kiecanę. Co prawda, na dzień dobry oznajmił: „Moja firma ma się świetnie i nie potrzebuję inwestora”, ale po dwóch latach odezwał się, proponując mi współpracę. Tak więc po pięciu latach w Miedicover i kolejnych pięciu w Enterprise Investors, zdecydowałem się spróbować sił w biznesie już nie jako wynajęty manager, ale jako współwłaściciel.

– Dwa lata później został pan prezesem firmy, żeby w 2007 roku przekształcić ją w spółkę akcyjną, a w ubiegłym roku otworzyć oddział w USA.
– To efekt naszych wspólnych działań z Markiem Kiecaną. Warto przypomnieć, że jest on z zawodu inżynierem i przez kilka lat prowadził firmę sprzedającą metale lekkie z krajów byłego ZSRR. W 1997 roku, za radą znajomych żony, która jest lekarzem kardiologiem, założył firmę zajmującą się badaniami klinicznymi produktów leczniczych i wyrobów medycznych.

– Jak skonstruowany jest tego rodzaju biznes?
– Na wstępie należy przypomnieć, że od wynalezienia leku do wprowadzenia go na rynek mija aż 10–11 lat. Zanim zostanie zatwierdzony przez amerykańską Food and Drug Administration i jej europejski odpowiednik – EMEA, konieczne jest przeprowadzenie szeregu badań potwierdzających skuteczność specyfiku i jego bezpieczeństwo. Przez pierwszych pięć lat prowadzi się testy laboratoryjne, następnie na zwierzętach i w końcu na ochotnikach. Kluczowe są jednak badania z udziałem pacjentów, którzy mają unikatową szansę otrzymania, na długo przez innymi i w dodatku za darmo, nowatorskich leków. Tak więc nie ma zwykle problemu ze znalezieniem chętnych do udziału w badaniach. Decyzja o wprowadzeniu określonego specyfiku, który nie ma jeszcze atestu, zależy jednak nie tylko od pacjenta, ale też od lekarza, który musi wyrazić zgodę na udział w badaniu i spełnić związane z tym wymogi. Koszt wprowadzenia nowego lekarstwa na rynek jest bardzo wysoki i wynosi od 300 mln do 1 mld dol. Część z tych pieniędzy ma szansę zostać u nas – choćby w formie nowatorskich bezpłatnych leków dla pacjentów, których koszty leczenia musiał pokrywać NFZ.

– Tak więc dla waszej firmy, podobnie jak dla konkurentów, kluczowe jest pozyskanie kontraktów.
– Równie istotna jest umiejętność zorganizowania badań z udziałem lekarzy i pacjentów. Chcąc pójść do przodu, nie można ograniczać się tylko do polskiego rynku. Działamy obecnie w 14 krajach, koncentrując się jednak na Europie Środkowo–Wschodniej i USA. W ciągu ostatnich 5. lat nasze obroty wzrosły ośmiokrotnie. KCR stał się liczącym graczem na tym rynku. W 2008 roku przejęliśmy czesko–słowacki DUX Consulting. W Polsce uzyskaliśmy status centrum badawczo–rozwojowego. Obecnie zatrudniamy prawie 250 osób w kraju i za granicą.

– Co czeka KCR w najbliższych latach?
– Postawiliśmy na dynamiczny rozwój. Mamy wyjątkową szansę, by w naszej dziedzinie dołączyć do grona graczy liczących się na arenie światowej. Dysponujemy stabilną bazą klientów, w związku z rosnącym wsparciem rządów wielu państw, rośnie zainteresowanie badaniami klinicznymi. W związku z tym zdecydowaliśmy się związać z poważnym inwestorem finansowym, funduszem private equity Argus, który przeprowadził due diligence i jego doradcy wystawili KCR bardzo wysokie oceny… Chcemy zarówno organicznie rozwijać nasze oddziały w całym regionie, rozglądamy się za ciekawymi akwizycjami, które rozszerzą nasz zakres usług, ale przede wszystkim koncentrujemy się na rozwoju naszego działu sprzedaży w Europie i Stanach. Nasze wielkie atuty z punktu widzenia inwestorów, to znakomity cash flow oraz łatwy exit. Dla nas fundusz to okazja do większej jeszcze dyscypliny w raportowaniu oraz taki strategiczny „sparring partner”. Rolę partnera finansowego pozwala mi docenić moje doświadczenie z EI, gdzie byłem po „drugiej stronie stołu”.

– O pańskim stylu zarządzania dużo mówi informacja zawieszona na drzwiach gabinetu: „Proszę wchodzić bez pukania i zaglądania przez szybę”.
– Bliski jest mi amerykański sposób budowania zes­połu, w którym wszyscy mówią sobie po imieniu, pracują na wspólny sukces i nie tają problemów zgodnie z zasadą „Bad news first”. Na marginesie – nieumiejętność przekazania złych wiadomości może mieć katastrofalne rezultaty. Najlepiej ilustruje to przykład wypadków koreańskich samolotów. Eksperci doszli do wniosku, że był to efekt problemów z hierarchicznym sposobem zarządzania. Drugi pilot bał się powiedzieć pierwszemu, że leci wprost na skałę i mówił: „Przepraszam, ale powinien pan przetrzeć szybę”….

– Jak wygląda kariera w KCR?
– Na stanowiska kierownicze awansują członkowie naszego zespołu. Tym, którzy decydują się opuścić naszą firmę, mówimy: „Nigdy nie decyduj się na równorzędne stanowisko, awansuj i wykorzystaj doświadczenia, które u nas zdobyłeś”. Najbardziej nas cieszy, jeśli ci, którzy zdecydowali się odejść, po jakimś czasie wracają.

– Co wyróżnia dobrego managera?
– Umiejętność budowy zespołu. Moim zdaniem, to klucz do sukcesu każdej firmy. Często powtarzam kolegom, że nam potrzeba kreatorów, a nie wykonawców. Doskonałe wyniki może osiągnąć tylko osoba zadowolona z tego, co robi. Dlatego też nie żałujemy pieniędzy na szkolenia, zachęcamy do podnoszenia kwalifikacji. W związku z tym, że mnóstwo czasu spędzamy razem, nie zapominamy też o pozazawodowych pasjach. Wiele osób z naszego zespołu interesuje się fotografią – stąd piękne fotogramy na ścianach. Jedna z koleżanek otrzymała za swoje zdjęcie nagrodę National Geographic.

– Sukces firmy, samospełnienie managera. Czego chcieć więcej?
– Najważniejsze jest to, by nie tracić wiary w sukces, nawet w sytuacji na pozór beznadziejnej. Doświadczyłem tego budząc się po bardzo poważnym wypadku samochodowym, którego skutki odczuwam do dziś. Usłyszałem wówczas: „Nigdy nie będzie pan chodził”. Odpowiedziałem: „Będę biegał w maratonie”. I dotrzymałem słowa, choć kosztowało mnie to długie miesiące ogromnych wysiłków.

Co lubi Adam Kruszewski?

Zegarki – odpowiada żartem, że zaczyna lubić…
Ubrania – styl włoski, ulubiona firma Emporio Armani
Wypoczynek – mnóstwo podróżuje, ostatnio był na Okinawie. Chętnie wyjeżdża ze swoim dwunastoletnim synem, wspólnie z którym gra w szachy i biega na długie dystanse. Dodaje: „Jako ciekawostkę wspomnę, że… gram z synem na giełdzie. Ma to nie tylko aspekt pedagogiczny, ale też po prostu zarabiamy pieniądze. ”
Kuchnia – włoska i japońska
Restauracja – Joseph’s Wine & Food w Warszawie, z powodu znakomitej karty win i rewelacyjnego kucharza
Samochód – Jaguar FX
Hobby – literatura i ambitne kino. Jest enologiem – amatorem, szczególnie lubi francuskie wina, ostatnio odkrył ciekawych producentów z Chorwacji. Jest też bardzo doświadczonym płetwonurkiem, co ma decydujący wpływ na wybór miejsc, gdzie najchętniej spędza wakacje

Michał Marzec

Rozmowa z Michałem Marcem, Dyrektorem Lotniska Chopina w Warszawie

– 1 listopada 2011 roku pozostanie ważną datą w historii polskiego lotnictwa. Jak rzadko kiedy wszyscy poczuliśmy dumę, że polski pilot potrafił w tak doskonałym stylu wylądować bez kół i w dodatku nikomu nie stało się nic złego. Proszę, pomówmy o tym, czego nie było widać w świetle kamer telewizyjnych.
– Kiedy Boeing 767 krążył nad Warszawą spalając nadmiar paliwa, na ziemi trwały niezwykle intensywne przygotowania. O tym, że nie doszło do katastrofy, zadecydowało mnóstwo czynników. Nasze służby na lotnisku stale szkolą się i przygotowują do działania w tego typu sytuacji awaryjnej. Dzięki temu wszystkie czynności zapisane w procedurach przewidzianych na taką okoliczność zostały wykonane perfekcyjnie. Kolejny ważny składnik sukcesu to… pogoda. Nie padał deszcz, nie było wiatru, tak więc bez przeszkód można było pokryć drogę startową odpowiednią warstwą piany gaśniczej. Co więcej – w zeszłym roku wykonaliśmy remont znacznego odcinka pasa, więc kadłub samolotu w czasie lądowania ślizgał się po idealnie równej nawierzchni. Trudno w to uwierzyć, ale samolot przesunął się zaledwie o 5 metrów od osi drogi. Gdyby zsunął się na trawę, mógłby zostać poważnie uszkodzony. Proszę pamiętać, że w tej fazie piloci nie mogli już nic zrobić…

– Kiedy dowiedział się pan o awarii Boeinga?
– Lądowanie zaplanowano na godz. 13.35. Dziesięć minut wcześniej pilot zgłosił problemy z podwoziem. O godz. 13.27 został ogłoszony alarm. W tym czasie byłem poza Warszawą. Wyjechałem, żeby odwiedzić groby swoich blis­kich. Przez kolejnych kilka godzin nie wypuszczałem z ręki telefonu. Jadąc na lotnisko rozmawiałem z ministrem, prezesem LOT-u i wieloma innymi osobami. Byłem tak zaabsorbowany, że zupełnie zapomniałem o dniu Wszystkich Świętych oraz o wieńcu, który miałem w bagażniku; znalazłem go następnego dnia.

– Czy, jak wielu szefów, w takiej sytuacji zaczął pan dowodzić akcją przez telefon?
– Po to opracowujemy i ćwiczymy określone procedury, żeby je stosować. Operacją zarządzali specjaliści którzy byli na miejscu. Nie mogłem przeszkadzać im w pracy. Znali sytuację lepiej ode mnie. Za koordynację akcji był odpowiedzialny Cezary Adamiak, dyżurny operacyjny portu. O tym, żeby rozłożyć pianę zadecydował Waldemar Stańkowski, dowódca kompanii Lotniskowej Straży Pożarnej. Na marginesie – ci dwaj pracownicy a także dyżurny Wojciech Rohoziński – zostali odznaczeni przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Złotymi Krzyżami Zasługi.

– Co działo się na ziemi, gdy Boeing przygotowywał się do awaryjnego lądowania?
– W takiej sytuacji zwykle samolot zwykle wykonuje tzw. „low pass” – czyli schodzi bardzo nisko, żeby służby naziemne mogły sprawdzić stan podwozia. Tego typu manewr mógł jednak wywołać panikę wśród pasażerów, których trzeba było odpowiednio przygotować do awaryjnego lądowania. Dlatego w tym przypadku wybrany został inny wariant. Z pomocą pospieszyły dwa dyżurne myśliwce F-16, których piloci nawiązali kontakt z załogą Boeinga i potwierdzili blokadę podwozia. W tym samym czasie służby miejskie wyłączyły z ruchu odcinek Alei Krakowskiej, na wypadek gdyby maszyna nie zatrzymała się na pasie. Zamknięta została też ul. Żwirki i Wigury, żeby ułatwić dojazd karetek…

– A na lotnisku?
– W pogotowiu czekały nasze specjalistyczne wozy strażackie, jedyne w swoim rodzaju. Każdy z nich warty jest 5 mln złotych. Normalnie strażacy mają dwie minuty na dojazd z bazy do samolotu w każdym miejscu na lotnisku. Tym razem czekali w pełnym pogotowiu tuż przy drodze startowej. Wszyscy doskonale wiedzieli, co mają robić. Wiele już powiedziano na temat perfekcyjnego lądowania. Jedyny problem to iskry, które wywołało tarcie, ale na szczęście pożar nie wybuchł. Akcja opuszczania samolotu, w której współpracowała załoga i służby naziemne, zajęła zaledwie 90 sekund. Nikomu nic się nie stało, choć do szpitala profilaktycznie przewieziono jedną kobietę w ciąży. Bezpośrednio po lądowaniu kilku osobom potrzebne było wsparcie psychologiczne.

– Czy wcześniej miał pan do czynienia z tak dramatycznymi wydarzeniami na lotnisku?
– Około 15 lat temu, gdy kierowałem lotniskiem w Łodzi, zablokowało się jedno z kół podczas lądowania małego samolotu z 20 osobami na pokładzie. O tym, że coś złego się dzieje, dowiedzieliśmy się w chwili, gdy maszyna już znalazła się na ziemi. Za sterami siedziała pani pilot, której udało się utrzymać samolot na pasie, choć stalowa goleń podwozia starła się o nawierzchnię ponad oś koła. Wysoka temperatura wywołana przez tarcie spowodowała, że wypełnione paliwem skrzydło zaczęło się palić. I w tym przypadku lotniskowi strażacy spisali się znakomicie. Ugasili ogień i ewakuowali pasażerów.


– Usuwanie uszkodzonego Boeinga trwało dość długo. Dlaczego?
– Przeprowadzenie tej operacji we właściwy sposób zmusiło nas do zamknięcia lotniska, co ostatecznie spowodowało straty na poziomie 2 mln zł i wywołało wiele uwag krytycznych ze strony pasażerów, którzy w tym czasie startowali i lądowali w innych miastach. Gdybyśmy nie zdecydowali się na taki krok, poszkodowany przewoźnik – LOT – mógł stracić kilkadziesiąt milionów złotych. Prawidłowe przetransportowanie samolotu warunkowało jego uratowanie i miało wpływ na to, jak zostanie rozwiązana kwestia odszkodowania. Boeinga udało się podnieść przy pomocy czterech poduszek pneumatycznych, które kupiliśmy w ub. roku ze środków unijnych. W tamtym czasie pojawiały się sugestie, ze to niepotrzebny wydatek…

– Jako naczelny dyrektor przedsiębiorstwa „Porty Lotnicze”, które zarządza Lotniskiem Chopina, równocześnie kieruje pan dużą i silną grupą kapitałową. Biorąc pod uwagę wydarzenia takie jak awaryjne lądowanie – musi być pan bardziej odporny na stres niż inni managerowie.
– Podejmując się podwójnej roli – dyrektora PPL, a zarazem warszawskiego lotniska, wiedziałem, że nie będzie łatwo. Tym bardziej, że pojawiłem się w PPL w połowie marca 2008 roku przejmując opóźnioną budowę nowego terminala. Używając terminologii piłkarskiej, na dzień dobry znalazłem się w „sytuacji podbramkowej”. Zdecydowałem, że będziemy kończyć kolejne zadania etapami. Metoda ta przyniosła świetne efekty. Obecnie zaczynamy przebudowę starej części terminala.

– Zapewne chcecie zdążyć przed Euro 2012?
– Wręcz przeciwnie. Nie możemy sobie pozwolić, żeby przed tak ważnym wydarzeniem, spodziewając się znacznie zwiększonego ruchu, podejmować takie ryzyko. Podczas Euro musimy działać według doskonale sprawdzonych schematów. Stary terminal, który zresztą będzie bardzo podobny do nowego, zostanie uruchomiony jesienią 2015 roku.

– Gdzie zdobywał pan doświadczenia managerskie, zanim trafił pan do PPL?
– Choć ukończyłem na Politechnice Łódzkiej wydział maszyn, których projektowanie dawało mi wiele satysfakcji, to jednak zwyciężyło lotnictwo. Mój ojciec był lotnikiem, w czasie wojny latał na Pe-2, wykładał w szkole w Dęblinie. Niedawno poruszyła mnie informacja, że po defiladzie zwycięstwa w 1945 roku lądował na lotnisku, którym dziś zarządzam. Zanim tu trafiłem, zdobywałem doświadczenia managerskie jako dyrektor łódzkiej Fundacji Rozwoju Przedsiębiorczości. Była to ciekawa praca, miałem okazję osobiście poznać wielu niezwykłych ludzi m.in. Margaret Tatcher. W maju 1994 roku otrzymałem dość zaskakującą ofertę – miałem zbudować nowe lotnisko koło Łodzi. Przez krótki czas byłem… jedynym pracownikiem powstającej firmy. Pierwsze regularne połączenia uruchomiliśmy w 1999 roku. Dziś port w Łodzi obsługuje około 400 tys. pasażerów rocznie. Lotniskiem tym kierowałem do 2008 roku. Choć nigdy nie miałem dość wolnego czasu – to jednak zawsze przywiązywałem ogromną wagę do podnoszenia swoich kwalifikacji. Ukończyłem studia MBA, mam uprawnienia audytora certyfikującego lotniska oraz instruktora ochrony lotniczej. Pracując w PPL muszę zajmować się wieloma zagadnienia. Proszę nie zapominać, że lotniska to tylko część naszego biznesu, w skład którego wschodzą też m.in. hotele i Casinos Poland.

Co lubi Michał Marzec?

Zegarek – od 30 lat ten sam Longines, którego dostał od rodziców
Pióra – Pelikan
Ubrania – styl klasyczny, do pracy zawsze zakłada krawat
Wypoczynek – żegluje, prowadzi jachty po Morzu Śródziemnym. Wolne dni spędza w starym rodzinnym domu w okolicach Jeziorska nad Wartą.
Kuchnia – polska i włoska
Restauracja – „Piccola Italia” w Warszawie
Samochód – Volvo S80
Hobby – sport. Przez 30 lat grał w siatkówkę, jako młody człowiek występował w II lidze. Uprawiał trójskok i rzut oszczepem. Obecnie fascynuje go narciarstwo biegowe i alpejskie. Jest melomanem – słucha głównie muzyki filmowej i chóralnej. Ceni sprzęt audiofilski, ale jak zastrzega, musi być zachowana zdrowa relacja między jakością i ceną. Kolekcjonuje płyty winylowe

Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski

Rozmowa z Mariuszem Fyrstenbergiem i Marcinem Matkowskim, najlepszą parą deblową w historii polskiego tenisa, tegorocznymi finalistami US Open

– Już po raz piąty wywalczyli panowie miejsce w gronie ośmiu najlepszych debli światowego rankingu ATP i tym samym zakwalifikowali się do kończącego sezon 2011 prestiżowego turnieju ATP World Tour Finals w Londynie, w którym występuje tylko ósemka najlepszych singlistów i par deblowych. Wielki tenis kojarzy się z nie tylko z sukcesami sportowymi, ale też z pieniędzmi. Co jakiś czas media informują o olbrzymich zarobkach tenisistów…
MM: Naprawdę duże pieniądze zarabia niewielu zawodników – wyłącznie ci, którym udało się osiągnąć znaczące sukcesy. Informacje o nagrodach w turniejach są nagłaśniane, bo to efektowna informacja, a przy okazji niezła reklama. W innych dyscyplinach gra toczy się o wyższe stawki, ale mało kto o tym mówi.

MF: Proszę nie zapominać, że – tak jak wszyscy – płacimy podatki, w niektórych krajach fiskus zabiera nam znaczną część wygranej, na przykład w USA aż 34 proc.

– Ile można zarobić wygrywając wielki turniej?
MM: Zwycięzca Australian Open w singlu otrzymuje 2,1 mln dol., ale już w deblu, w którym się specjalizujemy, gówna nagroda to 450 tys. dol. Naprawdę znaczące kwoty pojawiają się w turniejach wielkoszlemowych.

MF: Trzeba pamiętać, że tenis to również ogromne nakłady na wyszkolenie zawodnika. Do pewnego poziomu trzeba cały czas dopłacać, na co nie stać przeciętnej rodziny, niezbędne jest więc pozyskanie sponsorów. Koszt szkolenia juniora w warunkach polskich to 4-5 tys. zł miesięcznie. Dwa podstawowe szczeble kariery – turnieje challenger i futures to czas inwestycji, z której – mówiąc obrazowo – zwrot zaczyna się na etapie ATP. Na samym szczycie jest wielki szlem. Już sam udział w takim turnieju jest dla wielu zawodników ukoronowaniem kariery.

– Obaj panowie wielokrotnie występowali w turniejach wielkoszlemowych. Jaki był wasz największy sukces, wyrażany również w pieniądzach?
MF: W tym roku zdobyliśmy 2. miejsce w US Open i zarobiliśmy 210 tys. dol. Byliśmy pierwszymi Polakami, którzy od 33. lat weszli do finału tak znaczącego turnieju. Poprzednio udało się to Wojciechowi Fibakowi, który w 1978 roku zwyciężył w Australian Open. O samodzielności finansowej obaj możemy mówić od 2006 roku, gdy po raz pierwszy zostaliśmy sklasyfikowani wśród najlepszych par deblowych świata.

– Jak wygląda kariera tenisisty?
MM: Zacząłem grać mając 7 lat. Moim idolem był Pete Sampras. Jako dziecko bardzo dużo trenowałem, na szczęści rozumieli to moi nauczyciele, którzy wyrazili zgodę na indywidualny tok nauki. Przełomowym etapem było dla mnie otrzymanie stypendium sportowego na University of California w Los Angeles, gdzie studiowałem ekonomię. Amerykanie zapewnili mi czesne i miejsce w akademiku, oczekując sukcesów w zespole uczelni. Udało mi się wywalczyć wspólnie z Julianem Rojerem z Antyli Holenderskich zwycięstwo w debla w akademickich mistrzostwach USA. Chociaż tenis nie jest za oceanem aż tak popularny jak koszykówka, czy futbol amerykański, to jednak walkę na korcie obserwowało nawet 80 tys. widzów. Uprzedzając pytanie, chciałbym zburzyć pewien mit – wobec sportowców nie stosowano na uczelni taryfy ulgowej. Brak postępów w nauce oznaczał zakaz udziału w rozgrywkach.

MF: Ja również po raz pierwszy pojawiłem się na korcie jako siedmiolatek. Zachęcił mnie do tego ojciec. Mając 12 lat trafiłem do klubu Mera w Warszawie. W trzy lata ukończyłem liceum. Motywację do nauki stanowiła dla mnie perspektywa wyjazdu do Akademii Tenisowej w Walencji. Pobyt w Hiszpanii sfinansowali mi rodzice, co stanowiło dla nich bardzo poważny wydatek. Moim idolem był Wojciech Fibak, który niedawno zrobił mi nietypowy prezent ślubny… przechodząc ze mną na ty.


– Kiedy pojawił się duet Fyrstenberg-Matkowski?
MM: Znamy się od dzieciństwa, wielokrotnie spotykaliśmy się podczas zawodów. W 2003 roku razem z Mariuszem wystąpiliśmy na turnieju Prokom Open w Sopocie. Nie spełnialiśmy formalnych wymogów, zostaliśmy dopuszczeni na wyjątkowych zasadach dzięki tzw. „dzikiej karcie”. Wgraliśmy zdobywając 120 tys. zł i co najważniejsze sponsora – Ryszarda Krauze. Jest on nie tylko znakomitym przedsiębiorcą, ale też sam świetnie gra w tenisa. Dzięki jego pomocy mogliśmy nie martwić się o pieniądze na treningi i wyjazdy. Szybko przeskoczyliśmy do ATP, choćby dlatego, że mogliśmy wydać np. 55 tys. zł na bilety lotnicze na trzy następujące po sobie turnieje. W 2004 roku pojawiliśmy się, jako pierwsi Polacy od czasów Fibaka, na turnieju Roland Garros w Paryżu. Przechodząc na zawodowstwo, musiałem jednak na ostatnim roku zrezygnować ze studiów na UCLA, gdzie zamierzam jeszcze wrócić i uzyskać dyplom.

MF: Warto dodać, że R. Krauze stworzył unikalny system pomocy początkującym graczom, w którym zwycięzcy turniejów przekazują część pieniędzy na szkolenia. To znakomity pomysł godny szerokiej popularyzacji.

– W 2010 roku zajęli panowie w rankingu deblistów znakomitą, czwartą pozycję. Jakie macie plany na kolejne lata?
MF: Oczywiście pierwsze miejsce w turnieju wielkoszlemowym. Ja mam 31 lat, Marcin jest o rok młodszy. Debliści osiągają znakomite wyniki również po czterdziestce, czeka nas więc jeszcze wiele lat treningów i wyjazdów na turnieje. Nierzadko znajomi mówią z zazdrością – tak dużo jeździcie po świecie, odwiedzacie tyle wspaniałych miejsc. W praktyce nie wygląda to tak miło – nie da się połączyć roli beztroskiego turysty i zawodnika, który odczuwa stres związany z występem.

– Jak inwestujecie panowie turniejowe wygrane?
MF: Od wielu lat gram na giełdzie. Nierzadko korzystam z usług Merrill Lynch, który to bank od dawna proponuje specjalne warunki tenisistom. Mogę dzięki temu inwestować relatywnie niewielkie środki w fundusze, w których poziom wejścia wynosi np. milion dolarów.

MM: Inwestuję w fundusze i obligacje. Nie mam natury ryzykanta, więc wybieram bezpieczne formy. Z zainteresowaniem przyglądam się zawodnikom, którzy wykazują talent w dziedzinie zarabiania pieniędzy, jak choćby Mahesh Bhupathi. Prowadzi on w Indiach z sukcesem 3 firmy, m.in. agencję reprezentującą znane aktorki i modelki.

– Wróćmy na chwilę do dochodów z tenisa. Zarabiają panowie również dzięki promocji marek i sponsoringowi.
MM: W tym przypadku nie możemy mówić o konkretnych kwotach. Promujemy stroje sportowe firmy Adidas i rakiety Babolat. Naszymi partnerami są firmy Tauron Polska Energia i Siemens AGD. Z umowami tymi wiąże się szereg obowiązków – skądinąd miłych – jak udział w eventach firmowych, spotkaniach z dziećmi itp.

– W ub. roku pisaliśmy o specjalnej edycji zegarka Maurice Lacroix – „Fyrstenberg-Matkowski”.
MF: Chętnie go noszę, mam go dziś na ręce. Bardzo nam miło, że mogliśmy zostać patronami limitowanej do 50 sztuk edycji. Namówił nas do tego Władysław Meller, promotor sztuki zegarmistrzowskiej, który często pojawia się na waszych łamach.

Co lubi Marcin Matkowski?

Zegarki – Breitling, IWC Portuguese
Ubrania – szyte na miarę w atelier Janusza Bieleni w Warszawie, także Hugo Boss i Armani
Wypoczynek – najbardziej lubi puste plaże np. na Mauritiusie i Barbados
Kuchnia – włoska i japońska ze wskazaniem na sushi
Restauracja – W Warszawie: „Sushi Zushi” oraz „Fleming”, w Londynie – świetna japońska „Nozomi”, w Los Angeles – „Asia de Cuba”
Samochód – różne modele Lexusa oraz Audi A7
Hobby – Literatura sensacyjna – ulubieni autorzy: Tom Clancy i John Grisham

Co lubi Mariusz Fyrstenberg?

Zegarki – Breitling, Maurice Lacroix
Ubrania – Hugo Boss i Rage Age
Wypoczynek – najlepiej odpoczywa grając w golfa w Indian Wells w Kalifornii oraz w Australii
Kuchnia – preferuje mięso, zwłaszcza w brazylijskim wydaniu
Restauracja – W Waszyngtonie „El Fuego” i warszawski „Stary Dom” za tatara
Samochód – Lexus, Aston Martin

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...