.
Strona główna Blog Strona 422

Manoj Saxena

Rozmowa z Manojem Saxeną, General Managerem IBM Watson

– Jednym z bohaterów filmu Stanleya Kubricka „Odyseja kosmiczna 2001” jest komputer Hal, z którym rozmawia załoga statku kosmicznego. Właśnie takie zdolności ma superkomputer Watson, nad którym pan pracuje.
– Watson to strategiczne przedsięwzięcie nie tylko dla IBM, ale i dla całej branży IT. To początek komputerów trzeciej generacji. Pierwszą generację systemów stanowiły komputery używane do obliczeń, były to mechaniczne maszyny liczące. Właśnie od nich IBM zaczynał. Później przerzuciliśmy się na komputery będące w stanie modyfikować wprowadzone oprogramowanie. Pojawiły się pierwsze programy potrafiące uczyć się na własnych błędach, powstał FORTRAN – język programowania dedykowany obliczeniom numerycznym, który wykorzystywany jest do dziś przez naukowców i inżynierów. Hitem był też, oczywiście, komputer osobisty.

Dzisiejsze maszyny kognitywne umieją myśleć i uczyć się. Potrafią to robić dzięki dwóm rzeczom. Po pierwsze, potrafią zrozumieć ludzką mowę i naturalny język, a jednocześnie są w stanie wygenerować serię możliwych odpowiedzi wynikających ze zgromadzonych danych. To podstawowa, rewolucyjna zmiana. Komputery trzeciej generacji potrafią zrozumieć podaną im informację, podczas gdy dotychczasowe maszyny były w stanie tylko zrozumieć i przetworzyć wprowadzone dane. Wierzymy, że dzięki temu będziemy w stanie stworzyć nową platformę w branży IT, która będzie funkcjonowała co najmniej przez najbliższe 20 lat. Całkowicie zmienią się dzięki temu takie branże, jak medycyna, bankowość, ubezpieczenie, itp. To prawdziwa rewolucja. A to oznacza również rewolucyjne zmiany w analizie dużych pakietów danych, w telefonii mobilnej i komunikacji w chmurze.

– Jakie są zastosowania Watsona w biznesie?
– Przedstawię to na przykładzie służby zdrowia i bankowości. Obie te dziedziny wymagają poufności. Załóżmy na przykład, że dzwonię do mojej kliniki i mówię, że czuję, że mam grypę i że chciałbym umówić się na wizytę do lekarza. Klinika sprawdza moje ubezpieczenie i kieruje mnie na badania. Watson zainstalowany jest w zakładzie ubezpieczeniowym, przyjmuje zapytanie i mówi: „OK, ubezpieczenie jest, symptomy chorobowe są właściwe”. Analizuje te symptomy, moją historię chorób i stwierdza, że zwykle skarżyłem się na objawy grypopodobne w okresie jesiennym, ale w rzeczywis­tości jest to zwykła alergia. Watson sięga do artykułów medycznych, z których wynika, że podane przeze mnie objawy są alergią na smardze i są one takie same jak objawy grypy. Ma też dostęp do artykułów z lokalnej prasy, które mówią, że ostatniego lata na terenach, gdzie mieszka pacjent, było sporo opadów, a więc smardze obrodziły. Odpowiedź Watsona kierującego pacjenta na badania to: zbadać możliwość grypy, ale i alergii. Dzięki tej technologii pacjent zostanie potraktowany kompleksowo. Watson zapewnia możliwość wykorzystania zgromadzonych informacji, uszeregowania ich w razie potrzeby, sięgania do dostępnych źródeł i stworzenia możliwego scenariusza.

– A jak wygląda to w sektorze bankowym?
– Chcemy poznać rynek obligacji. Istnieje na przykład potrzeba sporządzenia portfolio dla jednego z klientów różnorodnych instrumentów finansowych. Fizycznie nie jest możliwie, żeby przekopać się przez tysiące prospektów emisyjnych, danych finansowych, itp. Niektóre dane dostępne są w gazetach giełdowych, inne w sprawozdaniach z różnych okresów… Watson po prostu odczytuje całą tę dokumentację: przeróżne dossier, analizy finansowe i przygotowuje sugerowane portfolio powstałe z uwzględnieniem poziomu ryzyka danej inwestycji. Następnie zapewnia klientowi śledzenie zmian kursów obligacji informując go o dramatycznych wahaniach. To pozwala na robienie większej ilości interesów przy minimalnym ryzyku. A tym samym oznacza to oczywiście większe zyski. To dobry przykład pobierania strukturalizowanych i na wpółstrukturalizowanych danych z dużej ilości różnych źródeł i stwarzania hipotetycznych scenariuszy tak, aby klient mógł podjąć najlepszą możliwą decyzję. Dla człowieka to zadanie po prostu fizycznie niemożliwe do wykonania.

– Myślę, że Watson byłby znakomitym narzędziem dla tajnych służb do walki z terroryzmem…
– Generalnie nie wolno nam o tym mówić. Oczywiście jest to potencjalnie obszar, w którym możliwości Watsona mogłyby być z powodzeniem wykorzystane. Watsonem interesują się różne instytucje – na przykład NASA. Osobiście uczestniczyłem w wielu projektach, łącznie z lądowaniem sondy na Marsie, pracowałem dla koncernów naftowych, kopalni, czy… serwisów randkowych. Z takiej perspektywy mogę stwierdzić, że Watson jest bardzo dobrą swatką! Potencjalnych zastosowań tego superkomputera mogą być tysiące. Jednym z wyzwań, przed którymi stoimy, a ja osobiście się tym zajmuję, jest zapewnienie wiarygodności Watsona w jednym określonym procesie w jednej branży, zanim zaczniemy opanowywać inne obszary. Watson to ciągle jeszcze start-up. W tym roku ruszyło pięć programów pilotażowych z Watsonem.

– A co z implementacją Watsona do nieanglojęzycznych krajów?
– To oczywiście możliwe, ale najpierw musimy „nauczyć” go danego języka. To kwestia danych i odpowiednich aplikacji. Jeżeli kontent jest taki sam, wystarczy odpowiedni filtr. Watson mógłby rozumieć inne języki, pracować trochę na zasadzie tłumacza. Ale to kwestia kilku lat. Na pewno będziemy myśleli o nauczeniu go japońskiego i chińskiego. To trudniejsze niż języki europejskie, więc oznacza poważne wyzwanie. Przed nami kolejny etap rozwoju projektu. Dziś Watson rozumie teksty, chcemy go jeszcze nauczyć rozumienia obrazów. IBM już prowadzi badania w tym obszarze.

– To co pan mówi przywodzi na myśl książkę science fiction. Przywołany na wstępie filmowy komputer Hal nie tylko rozumie, ale też odczuwa emocje.
– Watsonem nie kierują emocje, nie ma ludzkiej świadomości, nie potrafi myśleć intuicyjnie. Myślę, że maszyny nigdy nie będą tego potrafiły. Przynajmniej nie przez najbliższe 100 lat. Musiałyby potrafić zrozumieć ludzki umysł. Wcześniej naukowcy musieliby jednak stworzyć model jego działania. Tymczasem umysł człowieka wciąż pozostaje zagadką. Watson przebył już pewien odcinek tej drogi, bo rozumie naszą mowę. To niezwykle ważne. Warto przypomnieć, że 90 proc. światowych danych zostało stworzonych w ciągu ostatnich dwóch lat, a 80 proc. z tej liczby istnieje w formie niezrozumiałej obecnie dla maszyn. Są to, na przykład, posty na Facebooku czy Twiterze, ale też wiedza fizyków czy matematyków, opisy nowych produktów. Komputery nie są w stanie tego pojąć. Właśnie dlatego Watson jest tak ważny – projekt ten oznacza początek aplikacji stwarzanych na podstawie informacji, a nie surowych danych.

– Watson wpisuje się idealnie w wizję mądrzejszego świata lansowaną przez IBM.
– Daliśmy początek maszynom, które potrafią się uczyć. Nie tylko myśleć, bo to już potrafią komputery, które powstały za naszego życia. Te myślą i uczą się, rozumieją ludzką mowę. Jak już mówiłem, to prawdziwa rewolucja, porównywalna z pierwszym krokiem człowieka na Księżycu. Dokąd to doprowadzi? Nie wiem, jesteśmy pionierami, to dopiero początek tej przygody.

– Czym jest dla pana Watson?
– Choć jestem z wykształcenia inżynierem, uważam się za przedsiębiorcę. Fakt, że kieruję tym projektem, to dla mnie coś więcej niż praca – to przywilej prowadzenia tak ważnego przedsięwzięcia. Kiedy zaoferowano mi to stanowisko powiedziałem, że ją biorę; nawet jeśli bym miał zarabiać jednego dolara rocznie. Za coś takiego nie trzeba być nagradzanym, taka praca to nagroda sama w sobie. Muszę podkreślić, że tylko w Stanach Zjednoczonych możliwa jest taka kariera jak moja – jako młody człowiek wyjechałem z Indii i dziś pracuję w globalnej firmie. Podchodzę do tej pracy i szansy, jaką dało mi życie, z wielkim szacunkiem i pokorą. To zaszczyt pracować dla firmy takiej jak IBM. Powtarzam to ludziom z zespołu, z którymi pracuję.

– Jak przebiegała pana kariera?
– Uważam pracę z Watsonem za najważniejsze doświadczenie mojego życia, mimo że na koncie mam założenie i prowadzenie dwóch start-upów. Do IBM przyszedłem z firmy Webify, którą założyłem i w której byłem CEO, a którą sprzedałem IBM w 2006 roku. Pierwszym moim start-upem był Extraprise. Też go sprzedałem. Jestem znany jako „seryjny przedsiębiorca”, czyli ktoś, kto wiele razy zakładał firmy. Jednak to IBM i projekt Watson są najważniejszym przedsięwzięciem, nie tylko dla mnie, ale dla całej branży IT. Odpowiadając na pytanie – czego się nauczyłem jako manager – chciałbym zaproponować motto: nie bójmy się porażek. Każdy chce odnieść sukces, ale musi mieć też odwagę, żeby przyznać się do porażki. Trzeba umieć sobie powiedzieć, że nawet jeżeli jakiś projekt się nie powiedzie, to nie musi to oznaczać końca mojej kariery. Ta umiejętność powoduje, że nie boimy się wyzwań, stanięcia na krawędzi. Jakieś 10 lat temu przeczytałem pewną sentencję, która pozostała w moim sercu. „Sukces nigdy nie jest ostateczny. Porażka nigdy nie jest śmiercią”.

Myślę, że managerowie bardzo często bywają zbyt ostrożni w tworzeniu swojej własnej kariery. Ja starałem się kierować zasadą: wyznaczaj sobie cele, nawet jeżeli pierwotnie wydają ci się zbyt wzniosłe. Naucz się znosić niepowodzenia i jednocześnie patrz na własną karierę nie jako drabinę, po której wspinasz się coraz wyżej, ale plac zabaw z przeszkodami. I jeszcze jedno – jeżeli mogę mówić o swoim zawodowym sukcesie, to zawdzięczam go zespołom ludzi, które miałem szczęście zbudować. Na tapecie mojego laptopa zawsze mam zdjęcie całego mojego zespołu. A jest nas prawie setka. Będąc managerem trzeba pamiętać, że nieważne jest jak wiele pracowałeś danego dnia, jakie sukcesy osiągnąłeś, nie wolno ci zapomnieć, że twój sukces jest zasługą ludzi, z którymi pracowałeś. Trzeba o tym pamiętać będąc liderem służącym swojemu zespołowi.

– Także i to, o czym teraz pan mówi, mogłoby stać się kanwą scenariusza filmowego.
– Pan też ma takie wrażenie? Bo ja – ciągle. Dlatego to dla mnie przygoda życia. Moją misją jest tzw. smart technology, która ma podnieść poziom życia społeczeństw. Wierzę, że Watson ma w sobie ten potencjał.

– Słowem, superkomputer to również szansa dla ubogich krajów?
– Zdecydowanie tak. Jak już wspomniałem Watson zmieni sposób działania służby zdrowia, zmieni sposób w jaki nauczana i praktykowana jest medycyna, a co za tym idzie – jak się za usługi medyczne płaci. Zastosowanie Watsona zmieni wszystkie obszary funkcjonowania służby zdrowia. To oczywiście zajmie trochę czasu – 10-12 lat – ale tak się stanie, zmiana nadejdzie. Gorąco wierzę, że smartfony i cloud computing stwarzają szansę na demokratyzację usług medycznych. Watson zastosowany w medycynie to olbrzymia szansa dla krajów afrykańskich czy Indii, gdzie trudny jest dostęp do usług medycznych, ale z kolei każdy ma komórkę. Nowe technologie zmieniają sposób, w jaki świadczone są usługi medyczne w krajach Trzeciego Świata.

Co lubi Manoj Saxena?

Zegarki – „Uwielbiam zegarki, bo kryje się w nich geniusz tworzenia”. Firmy, które najbardziej ceni to Breguet, A. Lange & Söhne, Hublot. Żartobliwie komentuje: „Franck Muller ciekawi mnie, ponieważ jego projekty są odrobinę szalone, mniej cenię stereotypowe konstrukcje”
Wypoczynek – ukochane miejsce na świecie: dom w Austin w Teksasie z żoną i córkami, wakacje w Istambule albo Salzburgu (za kulturalną i historyczną tradycję oraz romantyzm). Również Capetown
Kuchnia – tajska i teksańskie potrawy z grilla oraz indyjska
Hobby – wyścigi samochodowe Formuły 1. Ostatnio był w Marsylii, gdzie ścigał się w drużynie Lotus Formuła 1. Miał licencję kierowcy rajdowego – musi startować w 6 wyścigach w ciągu roku, więc z braku czasu ostatnio ją stracił. Jego ulubione auto to Porsche GT3 RS. Jak mówi: „Ściganie się jest jak robienie biznesu. Trzeba się skupić na celu. Zrozumieć trasę, poznać możliwości samochodu i swoje własne. I myśleć o tym, jaki będzie następny zakręt. Trzeba patrzeć na to, dokąd zmierza samochód, a nie gdzie aktualnie się znajduje. Co jeszcze jest ważne? Wyścig nie polega na jeździe po prostej drodze, ale na wchodzeniu w zakręty. Tak jak w biznesie. Zwycięstwo zależy od tego, jak się w zakręty wchodzi i z nich wychodzi. W wyścigach widzę wiele zbieżności z codziennym życiem i prowadzeniem biznesu”.

Pedro Pereira da Silva

Rozmowa z Pedro Pereira da Silva COO Jerónimo Martins Group Country Managerem Jerónimo Martins Polska S.A.

– Jak opisałby pan dzisiejszy rynek handlu detalicznego w Polsce?
– Polski rynek detaliczny należy do najbardziej konkurencyjnych w Europie. W ostatnich 17 latach zostały przeprowadzone ogromne inwestycje i choć proces modernizacji był bardzo szybki, udział handlu nowoczesnego w handlu detalicznym w Polsce wynosi zaledwie około 55 proc., porównując z jakimkolwiek innym rynkiem w Europie Środkowej i Zachodniej, gdzie ten wskaźnik waha się w granicach 70-80 proc. Możemy spodziewać się zarówno dalszej konsolidacji formatów handlu detalicznego, jak również po stronie handlu hurtowego, a także przewidzieć rozwój kanału konsumpcji bezpośredniej.

– Proszę opowiedzieć o waszej pozycji i osiągnięciach na polskim rynku
– Grupa Jerónimo Martins działa w Polsce od 1995 roku, zainwestowała tutaj około 8 mld złotych i już od kilku lat jest liderem polskiego rynku handlu detalicznego, prowadzącym ponad 2000 sklepów Biedronka, 60 HEBE, 11 centrów dystrybucji oraz ponad 38 tys. pracowników. Obroty w roku 2011 wyniosły 23,8 mld zł, dając nam pozycję czwartej, co do wielkości firmy w Polsce – według wartości sprzedaży oraz piątego co do wielkości pracodawcy i największego pracodawcy prywatnego. Biedronka jest od lat najbardziej cenioną przez polskich konsumentów marką w handlu detalicznym.

– Na czym polegała strategia, która stworzyła bezprecedensowy sukces Biedronki?
– Analizując historię marki, mogę podsumować to w kilku punktach. Było to siedem elementów, począwszy od zrozumienia rynku, nawyków, potrzeb i oczekiwań klientów oraz dynamiki rynku. Punkt drugi to wizja, strategia, odpowiedni zespół, dobrani partnerzy biznesowi, zgranie i sprawna realizacja. Trzeci – oferta złożona z uważnie dobranego asortymentu wysokojakościowych produktów spożywczych, dostarczonych przez najlepszych polskich partnerów biznesowych, oferowanych codziennie w nis­kich cenach. Czwarty – rozwój działalności operacyjnej sklepów oraz całego łańcucha dostaw i logistyki w oparciu o bardzo wydajne rozwiązania. Piąty – koncentracja na budowie średnio- i długoterminowych relacji z pracownikami i partnerami handlowymi, które umożliwiają i wspierają szybki, zrównoważony i dynamiczny wzrost. Szósty przewidywanie przyszłych wymagań i oczekiwań konsumentów. Siódmy – działanie we wszystkich wymiarach jako społecznie odpowiedzialna firma w kontaktach ze wszystkimi partnerami. Jesteśmy bardzo dumni z tego, że osiągnęliśmy pozycję lidera dzięki naszemu znakomitemu zespołowi kierowniczemu i wielkiemu polskiemu zespołowi pracującemu w całym kraju (ponad 90 proc. naszych managerów pochodzi z awansu wewnętrznego) i dzięki wspólnemu rozwojowi z lokalnymi partnerami, dzięki którym 90 proc. produktów żywnościowych w naszej ofercie pochodzi od polskich producentów.

– Ale sekretem Biedronki jest…
– Oferowanie Polsce tego, co w Polsce najlepsze – codziennie w niskiej cenie.

– Czy pański styl zarządzania zespołem wyróżnia się w jakiś sposób w branży?
– Nie chcę porównywać się z innymi. Mogę opisać pewne praktyki, które moim zdaniem decydują o tej różnicy. Mówiłem wszystkim, aby byli dumni ze swojego codziennego wkładu w rozwój firmy,  i aby działali tak, by pojutrze było lepsze niż wczoraj. Zwracaliśmy dużą uwagę na wewnętrzny rozwój kierownictwa, inwestując dużo w szkolenia – ponad 1,5 mln godzin rocznie – oferując jednocześnie bardzo dynamiczne i pełne wyzwań kariery z konkurencyjnym wynagrodzeniem. Nade wszystko stawialiśmy na zaufanie, które ma szczególną wartość tworzenia naprawdę wyróżniającej się przewagi konkurencyjnej.
Zaufania nie można kupić, trzeba na nie zapracować, ale gdy już uda się wypracować relacje oparte na zaufaniu w różnych aspektach pracy, dobre rezultaty i osiągnięcia stają się naturalną i nieuniknioną rzeczywistością. Działamy w pięciu wymiarach, będących filarami naszej działalności, czyli godnego zaufania: pracodawcy, partnera biznesowego, detalicznej sieci handlowej, użytkownika środowiska naturalnego i członka społeczeństwa.

– A przywództwo? W dzisiejszych czasach jest ono szczególnie ważne?
– W tych trudnych i niepewnych czasach należy na nowo zdefiniować strategie i wyznaczyć nowe standardy naszej działalności. Aby to osiągnąć musimy realizować ideę przywództwa, które nie tylko odpowiada na potrzeby chwili, lecz wykracza poza nie i kreśli wizję przyszłości. Nasze firmy i kraje potrzebują liderów nie tylko kompetentnych i sumiennych, lecz także posiadających jasną wizję celów i strategii ich osiągnięcia; mających przekonanie i determinację by je realizować, a także charyzmę i pasję. Nowoczesne przywództwo polega nie tylko na objaśnianiu, nauczaniu, wyznaczaniu celów i oczekiwań oraz ich realizacji. Polega również na rozwijaniu pomysłów i myśli oraz docieraniu do ukrytych aspiracji ludzi; inspirowaniu i łączeniu zróżnicowanych indywidualności i zespołów w skutecznej wspólnej pracy nad osiąganiem wizjonerskich celów. Dobry i skuteczny przywódca zachęca swój zespół do podejmowania ryzyka, lecz także do przyjmowania odpowiedzialności, która wiąże się z przywództwem. Motywuje i zachęca ludzi do przełamywania początkowych ograniczeń i dążenia do osiągania jeszcze lepszych wyników. Prawdziwi liderzy wyznaczają kierunki, znajdują nowe pomysły i najlepsze rozwiązania, angażując wszystkich do aktywnej pracy. Posiadają zdolność przewidywania, wyprzedzania i umożliwiania innym działania oraz wdrażania strategicznych zmian. Liderzy widzą szeroką panoramę sytuacji a także to, co jest za kulisami. Szef nie mówi jak działać, jak wykonywać polecenia i jak realizować zadania. Prawdziwy i wyróżniający się lider jest tak naprawdę skoncentrowany na kierunku, w jakim powinni podążać jego ludzie i chce być zaskakiwany wynikami pracy swojego zespołu. Lider przekształca swój zespół w dumnych, pewnych siebie i odpowiedzialnych managerów i pracowników.

– Wasze relacje z pracownikami i managerami są…
– Powiedziałbym, że bardzo profesjonalne, wymagajace, oparte na właściwej komunikacji, sprawiedliwe, inspirujace, wspierajace, ale przede wszystkim oparte na zaufaniu i wzajemnym szacunku. Pracownicy są sercem naszej działalności. Czyż biznes nie jest robiony przez ludzi dla ludzi? Wszystko, co udało nam się osiągnąć, zawdzięczamy nie tylko wysiłkowi, ale przede wszystkim dumie z jaką pracownicy budowali ten biznes dzień po dniu. Specjalne słowo należy się grupie managerów, którzy stoją za naszym sukcesem od samego początku.

– A z dostawcami?
– Jesteśmy partnerami biznesowymi – rozwijamy średnio- i długoterminowe relacje biznesowe oparte na kompetencji, wyjątkowości i wartości dodanej. Wzajemne zrozumienie i wysokie wymagania wobec siebie stanowią fundament wyjątkowych i konkurencyjnych rozwiązań. Zaufanie jest podstawą do działania w sposób wyróżniający się, lepszy i szybszy. Osiągnięcie i utrzymanie tego jest możliwe wyłącznie w otwartej relacji opartej na zaufaniu.

– Co charakteryzuje polskich klientów?
– Są bardzo wyczuleni na wartość produktu. Poszukują wysokiej jakości, bliskości i wygody oraz oferty w niskich cenach. Coraz częściej cenią sobie oszczędność czasu. Czyż Biedronka nie umożliwia im tego najpełniej? Trendy te są zauważalne w całej Europie. Połączenie szeregu czynników w naszym codziennym życiu i zmieniające się nawyki, powodują, że czas zyskuje na wartości i czynią bliskość i wygodę tym ważniejszymi. Polacy zawsze mieli silne skłonności do kupowania w lokalnych sklepach i w większej liczbie niż mieszkańcy większości innych krajów chodzą na zakupy codziennie.

– Jak ocenia pan konkuerentów?
– Szanujemy ich pracę i rozwój.

– Rozwój grupy Jerónimo Martins to bardzo ciekawa historia…
– Jerónimo Martins jest największą grupą handlu spożywczego w Portugalii z ponad dwustuletnią historią. Początki grupy sięgają roku 1792 i sklepu spożywczego w dzielnicy Chiado w Lizbonie. Później firma skupiła się głownie na branży przetwórstwa. W latach 80-tych firma postanowiła ponownie skupić działalność na handlu detalicznym i dystrybucji, otwierając między innymi supermarkety Pingo Doce i sklepy Cash &Carry Recheio. W 1995 roku grupa JM postanowiła wejść na polski rynek, uruchamiając sklepy Cash&Carry Eurocash, a potem sieć Biedronka. Obecnie rozwija portfel działalności, uruchamiając w Polsce szereg innych koncepcji biznesowych, przy jednoczesnym rozwoju podstawowej działalności detalicznej w Ameryce Południowej.

– Jak ważna jest JM Polska dla całej grupy Jerónimo Martins?
– Polska jest znacznie większa od Portugalii, dlatego odkąd dzięki sieci Biedronka osiągnęliśmy pozycję wyraźnego lidera rynkowego w Polsce, nasza sprzedaż w Polsce stanowi ponad 65 proc. łącznej sprzedaży Grupy. Wielkość działalności w Polsce podwajała się średnio co cztery lata. Działalność Jerónimo Martins Polska, a głównie sieci Biedronka, jest dziś najważniejszym aktywem portfela naszej spółki, dlatego prawie 80 proc. naszych wszystkich inwestycji trafia do Polski. W tym roku zainwestujemy ponad 2 mld zł.

– Jaki był, pańskim zdaniem, wasz wkład w rozwój polskiej gospodarki?
– Stworzyliśmy ponad 38 tys. miejsc pracy, wraz z realizacją ogłoszonych planów otwarcia 3 000 sklepów do 2015 roku, stworzymy w następnych trzech latach kolejnych kilka tysięcy miejsc pracy. Ponadto zbudowaliśmy jeden z najbardziej wydajnych łańcuchów dostawy i logistyki w Europie Środkowej i Wschodniej. Codziennie dostarczamy do 2 050 sklepów w 800 miejscowościach w Polsce produkty o bardzo wysokiej jakości, codziennie w niskich cenach. Udostępnienie niemal wszystkim Polakom najlepszych polskich produktów codziennie w niskich cenach w dużym stopniu wspiera poprawę jakości codziennego życia w Polsce. Fakt, że ponad 90 proc. naszych produktów żywnościowych pochodzi z Polski mówi sam za siebie, mam na myśli wspieranie rozwoju przetwórstwa spożywczego oraz bezpośredniego i pośredniego tworzenia miejsc pracy w Polsce. Ponadto nasze szeroko zakrojone programy odpowiedzialności społecznej pozytywnie wpływają na życie Polaków i lokalnych społeczności, promując i poprawiając jakość życia w Polsce.

– Historia waszej firmy w Polsce jest spektakularnym przykładem zbudowania wielkiej i odnoszącej sukces firmy od zera. Kto był wizjonerem, kto pierwszy wpadł na ten pomysł i kto za niego odpowiada?
– Bez wątpienia mieli w tym udział wszyscy zaangażowani, to znaczy: Alexandre Soares dos Santos, przewodniczący grupy JM, który był autorem tej wizji i osobą, która podjęła decyzję o wejściu na polski rynek, a potem wspierała nasz zespół, Pedro Soares dos Santos, dyrektor generalny grupy JM i prezes zarządu Jerónimo Martins Polska, którego stała obecność przez ostatnie 17 lat motywowała i wspierała zespół na drodze ciągłego i dynamicznego rozwoju. Silne i konsekwentne przywództwo, wszystkie zespoły pracowników ze swoim codziennym wkładem pracy i oczywiście nasi partnerzy biznesowi oferujących swoje najlepsze polskie produkty.

– Jak widzicie Polskę jako miejsce prowadzenia działalności?
– Polska jest zdecydowanie obszarem stymulującym, a wyniki Biedronki są jednym z dowodów na poparcie tej opinii. Dzisiaj, kiedy obserwujemy kryzys w całej Europie, Polska wydaje się być wymarzonym miejscem na rozwijanie biznesu. Zrównoważony rozwój w ostatniej dekadzie, dobrze wykształceni ludzie, poprawa jakości życia, a także niepow­tarzalna szansa dla każdego przedsiębiorcy, aby znaleźć właściwą drogę. Jestem pod ogromnym wrażeniem, że po tylu latach komunizmu, udało się Polakom znaleźć w sobie tyle energii, determinacji i chęci działania. Stworzyli jedną z najlepiej rozwijających się gospodarek w Europie. Możecie być dumni z tego, co osiągnęliście.

– Jako COO Grupy JM musi pan również myśleć o przyszłości. Jak widzi pan jej rozwój w najbliższych latach?
– Doszliśmy do etapu, w którym rozwój w Portugalii jest bardzo trudny, również z uwagi na aktualną sytuację ekonomiczną i otoczenie. Naszym priorytetem jest kontynuowanie szybkiego rozwoju w Polsce i posiadanie 3 000 sklepów Biedronka do 2015 roku. Niemniej działamy tutaj od ponad 17 lat, obsługujemy ponad 3,5 miliona klientów dziennie i posiadamy dogłębną wiedzę o lokalnych konsumentach, która pomaga lepiej rozumieć ich potrzeby. W połączeniu ze strategicznymi lokalnymi kooperantami, możliwościami i kompetencjami lokalnego zespołu zarządzającego, tworzy to zestaw warunków, w których możemy myśleć o nieco większej dywersyfikacji. Jesteśmy zobowiązani do prowadzenia i rozwijania nowych projektów, a także do wyznaczania nowych kierunków i trendów. Powinniśmy zróżnicować swoje działania, w przeciwnym razie korzyści, które czerpiemy z naszej pozycji lidera mogą skutkować dodatkową presją ze strony naszych konkurentów. Dostrzegamy oczywiście potencjał w kilku obszarach takich jak sklepy kosmetyczne i drogerie. Drugim filarem naszego rozwoju będzie ekspansja geograficzna. Rok temu podjęliśmy decyzję o wejściu na rynek Ameryki Środkowej.

– Mówi pan o Kolumbii? Czy może pan powiedzieć więcej o tym rynku? Dlaczego ten kraj?
– Przez ostatnie kilka lat miałem okazję podróżować nieco po świecie z kilkoma zespołami, aby wybrać i zaproponować nowy obszar geograficzny dla rozwoju naszej działalności handlowej. Przeprowadziliśmy wiele badań i analiz, po których podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu działalności w Kolumbii. Kolumbia ma za sobą okres znacznego i zrównoważonego rozwoju gospodarczego przy jednoczesnej dbałości o finanse publiczne, co przekłada się na niski deficyt budżetowy i ograniczony dług publiczny. Populacja rośnie w szybkim tempie – przez ostatnie 50 lat niemal się potroiła, a do 2020 roku osiągnie ponad 50 mln mieszkańców. W ostatnich dziesięcioleciach XX wieku Kolumbia była postrzegana jako kraj niebezpieczny i nies­tabilny, ale wchodząc w XXI wiek jest już środowiskiem stabilniejszym, bardziej demokratycznym i bezpieczniejszym. W wielu obszarach nastąpiła poprawa sytuacji. Kolumbia zajęła piąte miejsce w rankingu krajów przyjaznych bezpośrednim inwestycjom zagranicznym – według Banku Światowego. Handel detaliczny w Kolumbii rozwija się w szybkim tempie, a w najbliższych latach spodziewane jest utrzymanie trendu. Przez ostatnią dekadę konsumpcja krajowa rosła na fali wzrostowego cyklu ekonomicznego. Kolumbia jest krajem rządów prawa, który od ponad stu lat jest demokratyczny. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym krajem.

– Jak pana zdaniem będzie ewoluował rynek detaliczny?
– Większa dynamika i złożoność, będące nieodłącznymi elementami zmieniającego się świata, niestabilne otoczenie gospodarcze, zmienność cen surowców, rozwój technologii mobilnych i mediów społecznych, troska o zrównoważony rozwój, niepewność w procesach decyzyjnych, coraz niższy poziom zaufania, to jeden z szeregu czynników, które wpływają na sposób wydawania pieniędzy przez klientów, ich zwyczaje zakupowe i preferowane formaty sklepów. Nakładanie się tych wszystkich zmiennych stwarza duży nacisk na konkurencyjne środowisko handlu detalicznego. Czynniki te oraz ogólny klimat ekonomiczny, tworzą potrzebę bliższej współpracy w branży i będą zachęcały do poszukiwania i wykorzystywania różnych i wyróżniających możliwości, ponieważ odmienność staje się kluczowym czynnikiem sukcesu. Wydajność, bliskość, wygoda i zaufanie są coraz częściej kluczami do odnalezienia się w nowym środowisku i będą w wielu przypadkach wymagały nowego zdefiniowania podstawowych założeń strategicznych. Zdecydowanie wierzę, że przyszłość handlu detalicznego będzie należała do modeli biznesowych, które lepiej sprostają tym trudnym czasom zmian.

– Jakie są wyzwania dla Pedro Pereira da Silva jako dyrektora operacyjnego Grupy JM?
– Prowadzimy obecnie działalność w trzech krajach, w trzech różnych walutach i trzech różnych prędkościach rozwoju (Portugalia, Polska i Kolumbia). Jednocześnie znajdujemy się w bardzo specyficznym środowisku gospodarczym, w którym znacznie trudniej przewidzieć, co będzie pojutrze, mając na uwadze sytuację makroekonomiczną, a szczególnie, co wydarzy się na niektórych obszarach globu. W odniesieniu do działalności operacyjnej, nasza rola polega na przewidywaniu potrzeb i oczekiwań konsumentów oraz poszukiwaniu solidnego i dynamicznego rozwoju w ramach zdrowej, silnej, strategicznej współpracy. Staramy się wzmocnić naszą wiodącą pozycję i w dalszym ciągu działać innowacyjnie, zdecydowanie wyróżniać się ofertą, pozyskiwać nowych klientów i stosować w całej działalnoś­ci najlepszą zespołową wiedzę Grupy.

Co lubi  Pedro Pereira da Silva?

Zegarki – Mont Blanc
Wypoczynek – Wakacje spędza na południu Portugalii w letnim domu, a zimę w Brazylii.  Podziwia niektóre polskie krajobrazy np. Tatry i Mazury, ceni sobie polską gościnność i otwartość. Lubi podróżować z rodziną i mieć czas na wszystko
Kuchnia – Dzień zaczyna od filiżanki najlepszej kawy espresso. Uwielbia kuchnię śródziemnomorską, owoce morza i mnóstwo krewetek. Jest wielkim miłośnikiem i promotorem win portugalskich.
Restauracja – Targ Rybny w Lizbonie, Adega da Quinta – Madeira, Bistro de Paris, Mielżyński Grill & Co w Warszawie
Samochód – Duże i wygodne samochody dla sześcioosobowej rodziny, ale także Porsche
Hobby – Piłka nożna, pływanie i tenis.
Praca – Lubi być dumnym ze swojej pracy
na koniec dnia. „Kiedy osiągnę już wszystko będę… świętował i szukał nowego wszystkiego”.

Margaux Bergen

Rozmowa z Margaux Bergen wiceprzewodniczącą Vital Voices Global Partnership

– Podczas tegorocznego Kongresu Kobiet, Vital Voices zaprosiło uczestniczki do dyskusji o tym, jaka jest dziś liderka? Jakie ma cechy? Czym się wyróżnia?
– Badania Vital Voices Global Partnetship pokazały, że takie wspólne cechy, które  łączą liderki z różnych zakątków świata rzeczywiście istnieją. Jeżeli chcemy coś osiągnąć w biznesie, jest takich pięć cech, które warto zapamiętać, warto ich w sobie poszukać i nad nimi pracować. To pasja i siła do działania, umiejętność bycia  ponad podziałami, chęć i gotowość dzielenia się swoim czasem i wiedzą, czyli mentoring. Nie należy też obawiać się ryzyka i dobrze jest czuć się związanym ze społecznością lokalną.

– Podkreśla pani znaczenie dzielenia się wiedzą, doświadczeniem. A czy nie jest często tak, że kobiety bywają zawistne o sukces drugiej kobiety?
– „W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które sobie nie pomagają…” To słowa współzałożycielki Vital Voices Madelaine Albright. Oczywiście, wszędzie może istnieć zawiść, niezdrowa rywalizacja, ale my wychodzimy z założenia, że natura kobiety jest taka, by pomagać słabszym.

– Teraz Polki pomagają kobietom z Eurazji. Na czym polega najnowsza edycja państwa mentoringu?
– Od 10 września przez trzy tygodnie, białoruska opozycjonistka Olga Karatch, doradczyni premiera Gruzji, koordynatorka programów ONZ z Ukrainy, koordynatorka narodowego programu przy Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju z Mołdawii oraz 11 innych niezwykłych kobiet z krajów Eurazji będzie spotykać się z polskimi kobietami sukcesu w ramach programu mentoringowego Vital Voices Poland. Polski oddział Vital Voices Global Partnership – organizacji założonej w 1997 roku przez Hillary Clinton i Madeleine Albright wspierającej i promującej aktywnie przedsiębiorcze kobiety na całym świecie – przeprowadził już dwa programy skierowane do kobiet z Polski. Tym razem po raz pierwszy wspiera kobiety z Eurazji. To nauka od najlepszych: jak być liderką w biznesie, polityce czy organizacjach pozarządowych. Jak działać, by mieć wpływ, by zmieniać świat.

Szkolenie to budowa relacji uczeń – mistrz. Mentorka – kobieta sukcesu, która dzieli się wiedzą i doświadczeniem, tworzy partnerską, opartą na zaufaniu relację z Mentee – uczestniczką szkolenia. Bliska więź w codziennych czynnościach pomaga uczestniczce programu wzmocnić cechy liderki. Oprócz spotkań z mentorką (tzw. job shadowing), uczestniczki szkolenia biorą udział w wykładach i warsztatach biznesowych, medialnych i w networkingu, w czasie którego będą miały szansę poznać wpływowe kobiety z Polski i świata. Mentorkami Vital Voices Poland są m.in.: Jolanta Kwaśniewska, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz – Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania), Katarzyna Westermark – prezes The Walt Disney Poland, Małgorzata Surdek z CMS Cameron McKenna czy Zofia Dzik, prezes Fundacji Humanites.

– A jak obecnie wygląda sytuacja kobiet na świecie? Gdzie jest najwięcej managerek?
– Najnowszy raport Grant Thornton International pokazuje, że wciąż za mało kobiet na świecie zajmuje stanowiska managerskie. Mimo, że co druga osoba na planecie to kobieta, to globalnie co piąte stanowisko dyrektorskie i jedynie co dziesiąty dyrektor zarządzający firmą, to przedstawicielka płci pięknej. W Europie kobiety na dyrektorskich stanowiskach występują nieco częściej (24proc.), tuż przed Południowo Wschodnią Azją (32 proc.) i przed Ameryką Łacińską (22 proc.). Jeśli chodzi o państwa to liderem jest Rosja z udziałem kobiet na stanowiskach dyrektorskich aż 46 proc. W Polsce przedsiębiorstwa to 30 proc. Daleko w tyle są na przykład Niemcy (13 proc.) i Japonia – tylko 5 proc.

– A miała pani okazję ocenić polskie kobiety biznesu?
– Sądzę, że polska businesswoman jest kobietą sukcesu, z poczuciem samorealizacji w sferze zawodowej oraz zachowaniem równowagi pomiędzy życiem zawodowym a rodzinnym. Polki są silnymi kobietami, wytrwałymi i konsekwentnymi. Dbają o ciągłe kształcenie i wzrost kwalifikacji. Te zarządzające firmą, zwracają uwagę na zachowanie dobrych relacji w zespole.

– Czego polskie businesswoman mogą nauczyć liderki Eurazji?
– Z pewnością bardzo wiele. Polki, które są liderkami i wpływają na to, jaki świat ich otacza, jaka jest dziś Polska, mają bezcenną wiedzę, którą zdobyły w czasie transformacji Polski na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Teraz mogą się tą wiedzą podzielić, mogą zostać mentorkami, dla przyszłych liderek z Eurazji. I temu służą szkolenia organizowane przez Vital Voices Poland.

– Co jest najważniejsze w podniesieniu roli kobiety w społeczeństwie?
– Pierwszy krok to edukacja. Dziewczęta, jeśli mogą się uczyć, bardziej się przykładają i dostają w szkole lepsze oceny niż chłopcy i w większości rozwiniętych krajów to kobiety stanowią większość studentów na uczelniach wyższych. Praca w XXI wieku będzie w coraz większym stopniu pracą umysłową. Kobiety mają więc szansę na zajęcie ważnych stanowisk.

– Na koniec jeszcze pytanie, które się narzuca: czy jest pani feministką? Czym jest dla pani feminizm?
– Nie uznaję terminu feminizm, chociaż mój syn, którego samotnie wychowuję (razem mam troje dzieci) uważa, że jestem straszną feministką. Dla mnie istnieje tylko jeden termin, który powinien obowiązywać. To humanizm. Poszanowanie drugiej osoby, pomoc, akceptacja, działanie na rzecz innych.

Co lubi Margaux Bergen?

Biżuteria – bursztyny
Ubrania – Maiyet – firma sprzedaje dobra luksusowe wytworzone we współpracy oparciu o ideę fair trade
Kuchnia – ulubionym daniem jest jagnięcina z chrupiącymi ziemniakami i szarlotka
Hobby – kupowanie i czytanie książek

Małgorzata Dobrowolska

Rozmowa z Małgorzatą Dobrowolską, właścicielką firm GWO i Torus

– Na drzwiach pani gabinetu wisi skromna tabliczka „Redaktor naczelna”, tymczasem należy pani do grona czołowych przedsiębiorców Trójmiasta.
– Trzeba mieć trochę dystansu do tego, co się robi, a poza tym moim głównym zajęciem jest kierowanie Gdańskim Wydawnictwem Oświatowym. Jest to w stu procentach zgodne z moimi zainteresowaniami. Zawsze chciałam zostać nauczycielką matematyki, a to, że dziś zajmuję się biznesem, jest dziełem przypadku. Razem z mężem, doktorem matematyki, na początku lat 80. zdecydowaliśmy się na tzw. emigrację wewnętrzną. Nie akceptowaliśmy świata, który nas otaczał, brutalnej polityki siły, ograniczeń dotyczących podróży, itp. Wspólnie z dwiema zaprzyjaźnionymi rodzinami, które myś­lały podobnie, zdecydowaliśmy się przenieść na wieś, pod Bytów. Nawet po to, żeby kupić kilka hektarów ziemi, potrzebna była urzędowa zgoda. Zachowałam na pamiątkę legitymację, którą w tym celu musiałam uzyskać. Wynika z niej, że jestem „robotnikiem wykwalifikowanym w zawodzie rolnik”.

– Zdecydowaliście się państwo na niełatwy los…
– Mąż dojeżdżał na wykłady do Gdańska, a ja tkwiłam na wsi, na której mieliśmy całkiem bogaty zestaw zwierząt. Gdyby nie pomoc sąsiadów, repatriantów ze wschodnich, Łemkowskich ziem, pewnie byśmy sobie nie poradzili. Byliś­my przedtem typowymi mieszczuchami, którzy musieli się uczyć nawet tego, że… krowy nie można ciągnąć, ale trzeba ją poganiać. Przez pięć lat uczyłam się sposobów uprawy i hodowli, dzięki czemu wiem np. że ciąża świni trwa 3 miesiące, 3 tygodnie i 3 dni. Wspominam to dziś ze śmiechem, ale naprawdę nie było nam łatwo wyżyć z naszych pięciu hektarów. Kiedy zdecydowaliśmy się wyspecjalizować w hodowli owiec, okazało się, że nie ma komu sprzedać wełny. Ale nasz pobyt na wsi wspominam z rozrzewnieniem, szczególnie, że urodziło się tam naszych dwóch synów. Dzięki przygodzie z rolnictwem, w praktyce poznałam podstawowe reguły zarządzania firmą. Sprawny rolnik musi być kimś w rodzaju managera swojego gospodarstwa.

– Spod Bytowa trafiła pani…
– Do kolejnej miejscowości, której nazwa zaczyna się na „B”, czyli do Bagdadu. Mój mąż dostał propozycję pracy na irackiej uczelni. W związku z tym, że socjalizm chylił się ku upadkowi, nie robiono nam problemów z paszportami, wyjechaliśmy całą rodziną, z dwoma synami – czteroletnim i czteromiesięcznym. W Bagdadzie czuliśmy się znakomicie, mąż doskonale zarabiał. Planowaliśmy zostać tam dłużej. Stało się jednak inaczej. Gdy przyjechaliśmy na wakacje do Polski, wybuchła pierwsza wojna w Zatoce Perskiej. Oglądaliśmy w telewizji płonące kuwejckie szyby naftowe. Powrót do Bagdadu był, oczywiście, zbyt ryzykowny. Przez krótki czas rozważaliśmy zainwestowanie przywiezionych 20 tys. dol. – bardzo poważnej wówczas kwoty – w rolnictwo, ale na szczęście wygrał pomysł zgodny z naszym wykształceniem. Któregoś dnia przyszło mi do głowy, byśmy napisali książkę „Kalendarz ósmoklasisty” – był to uporządkowany kurs przygotowawczy do egzaminów do szkól średnich. Kolega – niedawny wydawca konspiracyjnej „bibuły” – założył właśnie drukarnię i na preferencyjnych warunkach wydrukował naszą pierwszą książkę.

– W tamtych czasach dobry pomysł błyskawicznie przekuwał się w sukces.
– Co tu kryć – tak również stało się w naszym przypadku. W pierwszym roku sprzedaliśmy 150 tys. egzemplarzy „Kalendarza”, a inna książka – także matematyczna – rozeszła się w nakładzie 250 tys. egzemplarzy. Początkowo sprzedawaliśmy „na telefon”. Co godne odnotowania – nikt nas nie oszukał. Dziś biznes wygląda zupełnie inaczej niż w 1991 roku, mamy kilka segregatorów różnych weksli i gwarancji bankowych, których wymagamy od naszych kontrahentów. W ciągu 21 lat sprzedaliśmy prawie 80 mln książek. Nasze wydawnictwo jest liderem w dziedzinie podręczników do matematyki, ale odnieśliśmy też sukces w innych dziedzinach.

– Jaki był klucz do sukcesu firmy?
– Znakomity zespół autorów. Mam to szczęście, że pracuję z twórczymi, inteligentnymi i kreatywnymi ludźmi. Podobnie jak ja – lubią swoją pracę. Codziennie, kiedy wstaję rano lub spaceruję z psem, myślę o różnych sprawach, nad którymi pracuję. Obecnie myślę przede wszystkim nad książkami przeznaczonymi dla maluchów z najmłodszych klas. Zgadzam się z opinią Steve’a Jobsa, że nie powinno się pracować dla pieniędzy, tylko po to, żeby zrobić coś porządnie. Cieszy mnie, że wydawnictwo stale się rozwija. W tym roku przyjęliśmy do pracy 16 osób. Aktywnie rozwijamy dział multimedialny – efekty naszych prac dos­tępne są w Internecie, gdzie można znaleźć m.in. mapy pokazujące rozwój terytorialny naszego kraju oraz Imperium Rzymskiego. Mamy duży potencjał, roczne przychody GWO to około 40 mln zł.

– Proszę opowiedzieć o bestsellerach GWO.
– Seria tzw. zeszytów gdańskich i Kalendarze były i są bardzo cenione przez nauczycieli i lubiane przez uczniów. Okazały się one kluczowe dla osiągnięcia przez wydawnictwo znaczącej pozycji na rynku. Obecnie, oprócz podręczników do matematyki z popularnej serii „Matematyka z plusem”, GWO wydaje książki do języka polskiego, „Między nami” i „Nauka o języku” i „Między tekstami”, do historii – „Podróże w czasie”, a także „Fizykę z plusem”, „Biologię z tangramem” oraz „Świeżo malowane” – do plastyki. Ofertę uzupełniają liczne książki pomocnicze. Z podręczników stale korzysta blisko 43 tys. nauczycieli, w tym ponad 28 tys. matematyków. Konkurencja jest duża – szkoły mają do wyboru podręczniki kilku wydawców. Staramy się więc dotrzeć bezpośrednio do nauczycieli, organizując szkolenia merytoryczne, bierze w nich udział ok. 35 tys. nauczycieli rocznie.

– Torus, czyli dwuwymiarowa powierzchnia obrotowa zanurzalna w przestrzeni trójwymiarowej, przypominająca nieco obwarzanek – to dziś doskonale rozpoznawalna nazwa należącej do pani wielkiej firmy deweloperskiej.
– Choć uważam się za osobę urodzoną pod szczęśliwą gwiazdą, także i mnie nie omijają dramatyczne wydarzenia. Po śmierci męża w 1998 roku poważnie zaczęłam zastanawiać się: co dalej z firmą, jak zabezpieczyć przyszłość dzieci… I postanowiłam zainwestować w nieruchomości. Z myślą o siedzibie wydawnictwa kupiłam piękny pensjonat z XIX wieku. Dziś jest to hotel – Villa Sedan – z 37 miejscami noclegowymi. Podczas skomplikowanego remontu, doszłam do wniosku, że powinnam powołać firmę, która zajęłaby się bezpośrednim nadzorem nad postępem prac. Co więcej – stwierdziłam, że taka działalność sprawia mi dużo radości, więc zaczęłam jej poświęcać coraz więcej uwagi. I tak powstał Torus, którego prezesem jest od początku znakomity manager Sławomir Gajewski. Ja sama pełnię w firmie nadzór właścicielski.

– I tym razem biznes zaczął rozwijać się w szybkim tempie, o czym świadczą zbudowane przez firmę Torus nieruchomości.
– Obecnie pracujemy nad projektem Alchemii. Jest to najnowocześniejszy kompleks wielofunkcyjny powstający w Trójmieście, docelowo zespół 7 budynków o charakterze wielofunkcyjnym. Sześć z nich realizowanych jest w koncepcji czterokondygnacyjnej bazy, na której posadowione będą wielokondygnacyjne wieże biurowe. Budynek siódmy stanowić będzie dominantę, górującą nad  skrzyżowaniem Alei Grunwaldzkiej i ul. Kołobrzeskiej. Mam to szczęście, że mogę obserwować postępy prac z okien mojego gabinetu. A te wielkie dźwigi i górujące już nad okolicą budynki widzę też codziennie z okien samochodu, w drodze do pracy. Powierzchnia użytkowa przewidziana do wynajęcia w pierwszym etapie budowy, to ponad 21,5 tys. m2. Blisko 16,7 tys. m2 zajmą powierzchnie biurowe najwyższej klasy, 4,5 tys. m2 – kompleks rekreacyjno-sportowy z 25-metrową pływalnią, salą sportową do gier zespołowych, 15-metrową ścianką wspinaczkową, a także z klubem fitness i siłownią. W marcu tego roku Alchemia – jako pierwsza inwestycja w Trójmieście i jedna z pierwszych w kraju – uzyskała precertyfikat Leed na najwyższym poziomie Platinum. Warto tu wyjaśnić, że LEED – Leadership in Energy & Environmental Design – to restrykcyjny amerykański system certyfikacji ekologicznych budynków, który nakładając na inwestora szereg obowiązków i ograniczeń w fazie projektowania i realizacji inwestycji, gwarantuje osiąganie wymiernych oszczędności w fazie jej eksploatacji. Udostępnienie budynku najemcom ma nastąpić 1 października 2013 roku.

– Skąd nazwa „Alchemii”, tym razem nie odwołała się pani do ulubionej matematyki?
– Chyba rozczaruje pana odpowiedź – działka, na której pow­staje kompleks, użytkowana była wcześniej przez firmę „Chemia”… Taka właśnie była inspiracja. Nasza poprzednia wielka inwestycja – Arkońska Business Park, czyli kompleks 5 budynków biurowych klasy A, ulokowana jest przy ul. Arkońskiej. Łączna powierzchnia najmu to ok. 30 tys. m2. Budynki mają od 5 do 6 kondygnacji naziemnych oraz 1 lub 2 pod ziemią. Całkowita wartość tej inwestycji to ponad 160 mln zł.

– Czy Torus – pod względem wielkości przychodów – to dziś firma porównywalna do GWO?
– Proszę pamiętać, że w przypadku działalności deweloperskiej dochody pojawiają się w okresie sprzedaży. Potencjał obu firm jest podobny. Torus zatrudnia mniej pracowników – 45, do których należy nadzorowanie inwestycji. My sami pełnimy rolę generalnego wykonawcy, co ma pozytywny wpływ na poziom kosztów. Niedawno występując o kredyt, usłyszeliśmy od zaskoczonego urzędnika bankowego: To niemożliwe, byście nie mieli generalnego wykonawcy, tego nie przewidują nasze procedury… Jestem zdania, że praktyka biznesowa tworzy najlepsze rozwiązania, a nie pomysły teoretyków. Tak więc nadal zamierzamy działać zgodnie z przyjętą przez nas strategią.

– Inne budynki Torusa też ulokowane są przy al. Grunwaldzkiej.
– Pod numerem 413 mieści się siedziba Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego, w której prowadzimy rozmowę. Inwestycja realizowana była od listopada 2003 r. do kwietnia 2005 roku. Całkowita jej wartość to ponad 20 mln zł. Z kolei przy Grunwaldzkiej 417 mieści się biurowiec, który został gruntownie zmodernizowany przez firmę Torus w roku 2003. Trzeci budynek biurowy – przy Grunwaldzkiej 48-50 – Torus gruntownie zmodernizował w 2010 roku. Warto też wspomnieć o naszych hotelach. Arkon Park – w bezpośrednim sąsiedztwie Arkońska Business Park, oferuje 81 pokojów i apartamentów. Przyjął on pierwszych gości na początku sierpnia 2011 roku. Hotel Villa Aqua położony jest w Sopocie, przy skrzyżowaniu ulic Sępiej i Zamkowej Góry, w bliskim sąsiedztwie Aquaparku i oddalony jedynie ok. 5 minut spacerem od plaży. Inwestycja została zakończona w kwietniu 2007 roku.

– Budujecie też mieszkania i obiekty magazynowe.
– W III kwartale ub. roku ukończyliśmy przy ul. Piotrowskiej budynek z 24 mieszkaniami. Nasze wcześniejsze inwestycje w tej branży to 25 mieszkań przy ul. Otwartej oraz 42 apartamenty w Jaśkowej Dolinie. Zbudowaliśmy też magazyn przy ulicy Grunwaldzkiej 48-50 i Centrum logistyczno-magazynowe Kowale.

– Trzeba by siły i charakteru kilku managerów, żeby sprawnie zarządzać tylu przedsięwzięciami. Jak się to ma do teorii na temat „damskiej szkoły zarządzania”?
– Przypomnę, że planowałam zostać nauczycielką matematyki. Kontaktując się z pracownikami, staram się jasno i konkretnie mówić wprost, czego oczekuję. Jestem przekonana, że właśnie w taki sposób należy chwalić i ganić. Jednocześnie dbam o to, żeby moi podwładni zawsze mogli przedstawiać swoje pomys­ły, choćby różniły się od moich. Mam do nich zaufanie, najbardziej mnie cieszy, gdy słyszę, że sami podjęli określoną inicjatywę – wiedząc, że musi się udać – i informują mnie o tym po fakcie… Nie przeszłam żadnych kursów managerskich, wierzę w intuicję. Chcąc osiągnąć dobre efekty, trzeba się angażować bez reszty. Trudno mówić dobrze o sobie samej, ale wiem, że potrafię mobilizować do pracy siebie i innych.

– O GWO mówi się, że to firma, w której można pracować od matury do emerytury…
– Chciałabym, żeby moi współpracownicy czuli się bezpiecznie. Niektórzy pracują ze mną od 20 lat, a wiele osób od 10-15 lat. Rzadko decyduję się na rozwiązanie umowy – dzieje się tak w przypadkach skrajnej nielojalności. Zdarza się natomiast, że pracownicy wracają do firmy po kilku latach.

Co lubi Małgorzata Dobrowolska?

Pióra – nie używa. Pisze ołówkami, które – jak podkreśla – wszystkie łamie
Ubrania – „Żałuję, że nie można już w Polsce kupić ubrań duńskiej firmy Claire.dk. Preferuję spokojną elegancję, dlatego obecnie najczęściej kupuję wyroby Deni Cler.”
Wypoczynek – często wraca do Toskanii w okolice San Gimignano lub do Florencji.
Ulubione polskie miasto – Trójmiasto i Kraków. Lubi też dalekie wyprawy, np. do Tajlandii. Zimą jeździ na nartach w Austrii lub we Włoszech
Kuchnia – włoska
Restauracja – Villa Sedan, gdzie wisi portert jej dziadka, który był kucharzem na statku „Chrobry”, a po wojnie został w Anglii i prowadził restaurację na londyńskiej Piccadilly Street
Samochód – najwyżej ceni pojazdy typu SUV, obecnie Audi Q5
Hobby – podróże, kiedy ma chwilę czasu czyta biografie i ambitne kryminały

Luba Cherbakov

Rozmowa z Lubą Cherbakov, VicePresident of IBM Security Services, IBM Fellow

– Korzystając codziennie z Internetu, zapominamy o tym, że sieć to nie tylko miliony pożytecznych informacji, ale też zagrożenia związane z bezpieczeństwem naszych pieniędzy, czy też naszej prywatności.
– Z globalną siecią łączą się już nie tylko nasze komputery, ale też samochody czy też lodówki. Poprzez Internet monitoruje się pacjentów w szpitalach, przekazuje informacje ze szkół, firm, sklepów – przykłady można by mnożyć… Dzięki temu żyje nam się łatwiej, powstają nowe możliwości prowadzenia biznesu. Ale też istnieje poważne zagrożenie, że nasze dane wpadną w ręce osób, które mogą je wykorzystać przeciw nam. Niedawno jadąc ekspresem z Londynu do Paryża mogłam się poczuć tak jakbym siedziała w swoim biurze. Pracowałam bez przeszkód za pośrednictwem świetnie działającej sieci bezprzewodowej. Moje dobre samopoczucie zakłóciła jednak myśl – co by było gdyby efekt moich prac trafił w niepowołane ręce. Przecież właśnie dane, które umieszczany na urządzeniach mobilnych są szczególnie narażone na ataki hakerów.

– Właśnie o tych zagrożeniach mówi raport IBM X-Force 2012 Mid-Year Trend and Risk.
– Cóż – ataki wykorzystujące błędy w przeglądarkach oraz złośliwe oprogramowanie stają się coraz bardziej powszechnym zjawiskiem. Dotyczy to przede wszystkim przekierowań na strony, które chociaż posiadają adresy zaufanych instytucji, są jednak zainfekowane złośliwym kodem. Obserwacje analityków wskazują również na ros­nącą ilość wykorzystywanych luk w skryptach, w efekcie czego cyberprzestępcy uzyskują nieautoryzowany dostęp do baz danych, nierzadko zawierających kluczowe dla firm informacje. W ostatnim czasie ich ofiarami stają się coraz częściej użytkownicy systemu Mac, co jest efektem jego ros­nącej popularności.

– Wiąże się z tym kwestia używania przez pracowników prywatnych komputerów do celów służbowych.
– Modelowi „Bring Your Own Device”, umożliwiającemu podłączenie laptopów, czy też smartfonów do firmowej infrastruktury IT powinno towarzyszyć wprowadzenie odpowiednich procedur, gwarantujących bezpieczeństwo danych. Tak się jednak dzieje stanowczo za rzadko. Wynika to z braku wiedzy na ten temat. Jak wynika z naszych badań aż w 80 proc. przypadków stanowiska związane  z bezpieczeństwem zajmują osoby, które nie mają odpowiedniej wiedzy na ten temat. Managerowie zwykle nie doceniają jak ważne jest holistyczne podejście do tego problemu. Krótko mówiąc – zastosowanie typowych programów antywirusowych nie załatwia sprawy. Niewidocznymi przeciwnikami są bowiem przestępcy dysponujący ogromnymi pieniędzmi, dla których dotarcie do poufnych danych nie stanowi problemu, o ile oczywiście nie są odpowiednio chronione.

– Kto jest najbardziej zagrożony?
– Najłatwiej dokonać ataku na osoby korzystające z urządzeń mobilnych, zwłaszcza ze smartfonów. Charakterys­tyczny przykład to wyłudzenia dokonywane przy pomocy SMS-ów premium. Przy pomocy zainstalowanej wcześniej aplikacji, wiadomości są wysyłane na numery premium pochodzące z wielu krajów. Zdarza się, że programy ze złośliwym kodem znajdują się na oficjalnych portalach, a ich pobranie skutkuje zainfekowaniem smartfona.

– Czy problem dotyczy również użytkowników komputerów Apple, którzy twierdzą, że problemy ze złośliwym oprogramowaniem ich nie dotyczą.
– Niestety, nie mogą się już czuć bezpiecznie. Ten dyskomfort dotyczy również mnie, ponieważ sama korzystam z tego typu sprzętu. Ostatnio odnotowaliśmy wzrost liczby skomplikowanych i dokładnie nakierowanych ataków na użytkowników systemu Mac oraz zagrożeń związanych z hasłami do profili w portalach społecznościowych.

– Krótko mówiąc – jest źle i zapewne będzie jeszcze gorzej.
– Zależy to od naszej świadomości i odpowiedniej reakcji na zagrożenia. Zespół IBM X-Force odnotował w pierwszej połowie 2012 roku sygnały poprawy w obszarze bezpieczeństwa internetowego. Zmiana ta jest związana z zastosowaniem mechanizmu sandbox, czyli piaskownicy. Specjaliści stosują ją do wyizolowania aplikacji od reszty systemu, w efekcie czego wpisany w program złośliwy kod ma mniejszy zakres działania oraz ograniczony dostęp do danych. Zdaniem IBM X-Force spadek liczby luk w plikach Adobe PDF jest właśnie wynikiem wprowadzenia programu Adobe Reader X wyposażonego w mechanizm sandbox.

– Jakie cele przeświecały autorom raportu IBM X-Force?
– Raport stanowi roczną ocenę stanu bezpieczeństwa sieciowego, mającą na celu pomaganie klientom w lepszym zrozumieniu najnowszych zagrożeń i pozwalającą na odpowiednio wczesną reakcję. Dokument został opracowany na podstawie danych z wielu źródeł, włączając w to bazę ponad 68 tysięcy luk w bezpieczeństwie komputerów, robota internetowego z kolektorem spamu oraz monitoring 15 miliardów zdarzeń każdego dnia od prawie 4 tysięcy klientów ze 130 krajów. Te 15 miliardów odnotowanych zdarzeń – ponad 150 tysięcy na sekundę – jest rezultatem działania Security Operations Centers IBM na całym świecie, które dostarczają klientom usługi bezpieczeństwa.

– Naszą rozmowę prowadzimy we Wrocławiu…
– Właśnie tu IBM uruchomił nowe Operacyjne Centrum Bezpieczeństwa. Wrocławskie Centrum to dziesiąty ośrodek IBM tego typu na świecie. Pozostałe funkcjonują w Atlancie, Detroit, Boulder w stanie Colorado, Toronto, Brukseli,
Tokio, Brisbane w Australii, Holandii w Brazylii oraz Bangalore w Indiach. Wszystkie te ośrodki zapewniają bezpieczeństwo licznym elementom systemów krytycznych, instalacji elektrycznej, systemom przetwarzania danych oraz łącz komunikacyjnych. Do zadań nowego ośrodka będzie należało wspieranie klientów w zakresie bezpieczeństwa sieciowego, m.in. przez prowadzenie w czasie rzeczywistym analizy zagrożeń oraz zarządzanie potencjalnie groźnymi sytuacjami.

Konsultanci IBM zatrudnieni we wrocławskim Centrum będą monitorowali oraz reagowali na wszelkie pojawiające się zagrożenia dla bezpieczeństwa sieciowego globalnych klientów IBM. Będą oni wykorzystywać opracowane przez IBM rozwiązania X-Force Protection System. Poza analizą, wrocławskie Centrum zapewni pełen zakres usług, włączając w to zarządzanie urządzeniami oraz monitorowanie stanu infrastruktury. Ze względu na strategiczne, środkowoeuropejskie położenie Polski, wrocławskie Centrum może wspierać nie tylko klientów z Europy, ale również z Ameryki Północnej. Proszę nie zapominać, że podobnie jak inne kraje, Polska doświadcza coraz większej liczby zagrożeń dla bezpieczeństwa, wynikających z rozpowszechniania się nowych technologii. Cyberbezpieczeństwo ma kluczowe znaczenie dla stabilności państw, organizacji oraz przedsiębiorstw.

– Czy pani osobiście zdarza się mieć problemy z bezpieczeństwem w sieci?
– Jest kilka kwestii, które trzeba poruszyć jeśli chodzi o sprawę bezpieczeństwa w Internecie. Ja osobiście mam profil na Facebooku. Gdy zakładając tam konto przeszłam do sekcji dotyczącej bezpieczeństwa to, rzuciło mi się w oczy to, że wiele rzeczy jest tam pominiętych. Stwierdziłam, że pomimo to muszę jednak korzystać z mediów społecznościowych – jest to dla mnie kwestia wygody komunikacji z moimi znajomymi, przyjaciółmi, nawet z moją córką. Tak więc jestem na Facebooku chociaż sama narzuciłam sobie przestrzeganie pewnych zasad. Na przykład starannie dobieram znajomych, tych, którzy mnie zapraszają i których sama zapraszam, ale przede wszystkim nie klikam na żadne aplikacje, które się tam pojawiają, bo jako specjalista od bezpieczeństwa wiem, czym to grozi. To właściwie wystarcza. Jest jeszcze jedna sprawa – to używanie haseł. Analizując zachowania internautów zauważyliśmy, że bardzo często zawsze używają oni takiego samego hasła logując się na różnych portalach. Tak jest oczywiście łatwiej: ten sam e-mail, to samo hasło wszędzie, również na portalach społecznościowych. W dodatku często jest to takie samo hasło, jakiego używają w sprawach zawodowych. A to olbrzymi błąd. Tak nie można postępować!

– A co by pani radziła użytkownikom Internetu?
– Żeby budowali hasło używając kilku długich słów, ale takich, które łatwo im będzie zapamiętać. Jest to lepsze zabezpieczenie niż zestaw przypadkowych liter. Chodzi o to, żeby hasło było jak najbardziej osobiste.

– Czym jest praca dla tak renomowanej firmy jak IBM?
– Ważny jest nie tylko sławny pracodawca. To raczej próba znalezienia sposobu, jak pomóc ludziom zachowywać się bezpiecznie i być bezpiecznym. Nasi pracownicy kontaktują się ze światem biznesu poprzez portale społecznościowe. W ten naturalny sposób pomagamy biznesmenom. Zresztą na ten pomysł wpadli nasi pracownicy. Kiedy zdecydowaliśmy się zaistnieć na portalach społecznościowych stworzyliśmy najpierw naszą wewnętrzną stronę internetową. Zaprosiliśmy do niej naszych pracowników, żeby podzielili się z nami swoimi pomysłami na to, jak powinna wyglądać ich zdaniem taka opieka. To było o wiele lepsze rozwiązanie niż gdyby ktoś z zarządu odgórnie przykazał, co należy robić, a czego nie.

To samo rozwiązanie zastosowaliśmy w przypadku urządzeń przenośnych. Wiedzieliśmy, że nasi pracownicy chętnie ich używają. Dlatego stworzyliśmy pewne reguły stosowania tego typu urządzeń. Są one zapisane w kontrakcie o pracę, który podpisują. Na przykład mam iPada – jeśli używam go w celach zawodowych i kiedy jestem zalogowana do firmowych systemów, nikt z mojej rodziny nie ma prawa go używać. Zgodziłam się na to, chociaż to mój prywatny iPad. To bardzo ważne dla managerów, żeby zrozumieli jak ważne są takie środki bezpieczeństwa. Musimy oddzielać prywatne dane od zawodowych. Pamiętajmy też, że jeżeli urządzenie się zgubi, ktoś może zrobić użytek z zawartych w nich danych.

– Jakie kraje są najbardziej niebezpieczne jeśli chodzi o wykradanie danych, podszywanie się pod kogoś, wysyłanie spamu itp? Gdzie jest źródło zagrożenia?
– Zagrożenie jest wszędzie. To problem globalny. Bazując na danych z amerykańskich serwerów stwierdzamy, że krajem, skąd wysyłanych jest najwięcej spamów są Indie. Ale jak podkreślam, to problem globalny.

– Mówi się nieraz o potencjalnym cyberataku na globalną sieć.
Co pani sądzi o możliwości takiego ataku? Jak się można przed nim bronić? Jak chronić przed taką ewentualnością nasze biznesowe dane?

– Jest parę sposobów… W IBM stworzyliśmy zasadę 10 podstawowych sposobów działania. To metody, które sprawdziły się u nas i które zalecamy naszym klientom. Pierwsza zasada to stworzyć w firmie kulturę świadomoś­ci istnienia ewentualnego ryzyka cyberataku. Każdy pracownik bowiem jest częścią organizacji. Pracownicy muszą wiedzieć, co robić w przypadku zagrożenia. To może być zwykłe zgubienie czy kradzież laptopa czy komórki, co może zdarzyć się każdemu. Tak więc na pierwszym miejscu stawiamy uwrażliwienie na to pracowników. Druga sprawa to gotowość na odpowiedź na jakiś przypadek, czyli co trzeba robić w konkretnej sytuacji. Trzecia sprawa dotyczy zasad korzystania z urządzeń mobilnych, czyli to, o czym już wcześniej wspomniałam.

Kolejna rzecz to korzystanie z bezpiecznych aplikacji. Nie można się bowiem kierować tym, że coś jest tanie albo bezpłatne, ale kwestią bezpieczeństwa. Gdy zło zostanie wyrządzone, skutki mogą być bardziej kosztowne. Ważne jest też instalowanie we wszystkich urządzeniach, których używamy zapór sieciowych, czyli firewalls. Pamiętajmy o tym. To szczególnie ważne jeżeli pracownicy danej firmy pracują w ramach cloud computing i mogą pobierać firmowe dane z każdego miejsca, na każdym urządzeniu. Trzeba też zwracać uwagę, jakie zabezpieczenia daje nam nasz dostawca tej usługi. Co będzie jeżeli pewnego dnia zmienimy dostawcę? Co stanie się z naszymi danymi? Naprawdę wiele firm w ogóle się nad tym nie zastanawia. W firmie potrzebna jest też strategia ochrony najważniejszych danych w firmie, na przykład danych klientów, intelektualnej własności firmy, informacji finansowych. Trzeba kontrolować, kto w firmie może mieć dostęp do takich strategicznych informacji. Należy też sprawować kontrolę nad tym kto ogląda co, kiedy i po co. To są takie żelazne zasady.

– Zajmuje pani bardzo wysoką pozycję w IBM. Jak przebiegała pani kariera?
– Posiadam wykształcenie techniczne. Należę do tzw. IBM Fellow, to techniczny ranking. Bycie IBM Fellow to najwyższy prestiż dla naukowca, programisty czy inżyniera pracującego dla IBM. Zaczęłam jako programistka, specjalistka od komputerów. W firmie byłam odpowiedzialna za budowanie architektonicznych rozwiązań dla naszych klientów. Skończyłam studia w USA, ale zaczęłam je na Ukrainie. W 1979 uciekłam z kraju uzyskując status uchodźcy. Przeszłam przez obóz dla uchodźców we Włoszech, dostałam się do Stanów, gdzie ukończyłam studia. IBM promuje ścieżkę kariery inną niż większość firm. Pozwala ona technicznym pracowników zostać managerami. Być IBM Fellow oznacza, że mogę pozos­tać przy technologicznych korzeniach, ale też mieć wpływ na zarządzanie firmą.

– A jakie były pani początki w IBM?
– Weszłam do firmy jako absolwentka wyższych studiów, z zawodu byłam architektem systemów komputerowych. Przydzielono mnie do nowych zadań związanych z technologią gridową, czyli tworzeniem prostego, lecz mimo to wielkiego i potężnego, wirtualnego komputera z ogromnej ilości połączonych, niejednorodnych systemów współdzielących różnego rodzaju zasoby. Tworzyliśmy też e-biznes, nowym softwarem itp. Z czasem awansowałam na coraz wyższe i bardziej odpowiedzialne stanowiska. Byłam związana ze światem biznesu, aż w końcu zajęłam się managementem.

– Od jakiego czasu jest pani wiceprezesem?
– To mój pierwszy rok…

– Gratulacje!
– Bardzo dziękuję.

Co lubi Luba Cherbakov?

Ubrania – „Nie lubię wielkich projektantów.”
Wypoczynek – „Opuściłam Ukrainę jeszcze kiedy była częścią ZSRR i nie wróciłam tam przez ponad 20 lat. Gdy wreszcie przyjechałam do Europy Wschodniej po takiej przerwie poczułam, że wracam do domu. Nieważne jaki to kraj, jaki język. Jest jednak w krajach tego regionu specyficzny zapach, smak, atmosfera. Ten obszar Europy po prostu przypomina mi moje dzieciństwo na Ukrainie.”
Kuchnia – połączenie eksperymentalnych potraw na bazie organicznych warzyw i przypraw z własnego ogrodu oraz potrawy z różnych krajów na świecie, które odwiedziła. Uwielbia zbierać przepisy
Hobby – Ogrodnictwo. „Umieszczam zdjęcia mojego ogrodu w McLean w stanie Virginia na Facebooku. Pasjonuję się uprawami organicznymi. Najchętniej jem to, co uprawiam w moim ogrodzie”

Lars Seier Christensen

Rozmowa z Larsem Seierem Christensenem, współzałożycielem i CEO Saxo Bank

– Polacy powinni być zadowoleni, że Saxo Bank zdecydował się otworzyć swój pierwszy oddział w Polsce w 20. rocznicę swoich narodzin… Dlaczego Polska i dlaczego właśnie teraz?
– Decyzja wyniknęła z oceny dużego potencjału polskiego rynku i całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Już blisko 25 proc. aktywów w zarządzaniu Saxo Banku pochodzi właśnie z tego rejonu, a wartość aktywów polskich klientów wciąż rośnie. Na koniec 2011 roku odnotowaliśmy wzrost o 93 proc. w stosunku do roku 2010. Pierwszy oddział w regionie Europy Środkowej i Wschodniej otworzyliśmy w 2009 roku w czeskiej Pradze. Do tej pory właśnie to biuro obsługiwało klientów z Polski. Decyzja o otwarciu oddziału w Polsce mogła zapaść i trzy lata temu i za trzy lata, uznaliśmy jednak, że odpowiedni moment już nadszedł. Trochę czasu trwały formalności, znalezienie odpowiedniej lokalizacji, dobranie współpracowników. W naszym warszawskim biurze pracuje 10 osób. To świetny zespół.

– Słyszałam, że 20 urodziny świętowaliście pod egipskimi piramidami. Akurat w Egipcie nie było wtedy spokojnie, a muzułmanie niezbyt dobrze nastawieni do Duńczyków…
– Tak, obchodziliśmy urodziny w Kairze. Obecnych było ponad 1 000 naszych pracowników z całego świata. Duńczycy oczywiście również, a to w Danii wydrukowano pierwsze karykatury Mahometa… Na szczęście było spokojnie i nic nie zakłóciło naszego święta.

– Saxo Bank jest bankiem inwestycyjnym specjalizującym się w transakcjach i inwestycjach on-line. Zaczynaliście, gdy właściwie Internet dopiero raczkował. Jakie były początki Saxo Banku?
– Założyłem Saxo Bank z moim partnerem Kimem Fournais. Poznaliśmy się w Londynie na początku lat 90-tych, gdzie obaj pracowaliśmy jako brokerzy, ja dla Gerald Metals, Kim dla Lannung Bank. Gdy się poznaliśmy, miałem wrażenie, że spotkałem bratnią, biznesową duszę. Bardzo szybko pos­tanowiliśmy zrobić coś własnego, założyć własny biznes. Zaczynaliśmy z 80 tysiącami dolarów. Były dobre decyzje, ale były też i złe. Uczyliśmy się na własnych błędach. Na początku nazywaliśmy się Midas i byliśmy firmą brokerską, pracowaliśmy na telefonach, a nasze pierwsze biuro mieściło się na kilkunastu metrach kwadratowych powierzchni. Zatrudnialiśmy tylko dwóch pracowników. Pierwszy produkt internetowy, platformę walutową MITS, uruchomiliśmy w 1997 roku. Przed rokiem 2001 działaliśmy wykorzystując bardzo popularną stronę internetową Forextrading.com. Strona ta nadal istnieje i służy do wykonywania transakcji walutowych oraz jako źródło informacji.

– Skąd wzięła się więc wzięła nazwa Saxo Bank?
– Kiedy dostaliśmy licencję bankową okazało się, że istnieje już bank Midas, co prawda w Nigerii, ale działający na arenie międzynarodowej. Szukaliśmy więc chwytliwej, krótkiej nazwy. Nie było to łatwe. Po pierwsze w owym czasie wszyscy jak szaleni wykupowali wszelkie chwytliwe domeny internetowe, poza tym chcieliśmy znaleźć słowo łatwo wymawialne na całym świecie, nie mogło też budzić złych skojarzeń w innych kulturach. Saxo może się kojarzyć z saksofonem albo Saksonią. W rzeczywistości jednak nazwa naszego banku wywodzi się od jednego z wybitnych średniowiecznych historyków Saxo Grammaticusa. Cieszył się on uznaniem i był źródłem inspiracji dla innych, którzy w XIV wieku nadali mu przydomek „Nauczyciela liter” za znakomite posługiwanie się łaciną. Urodził się około 1150 r. w rodzinie wojowników na Zelandii. Zmarł na początku XIII wieku. Prawdopodobnie był duchownym. Można powiedzieć, że Saxo Grammaticus był pierwszym duńskim historykiem. Napisał „Gesta Danorum”, czyli „Czyny Duńczyków”. To 16-tomowe dzieło, barwny opis historii, kultury i tradycji średniowiecznej Danii, który inspirował potem wielu innych twórców, nawet Szekspira. To właśnie z kroniki Saxo wywodzi się postać Hamleta.

– Funkcja CEO w Saxo Banku to pierwsze takie stanowisko w pana karierze?
– Tak, jak mówiłem, wcześniej pracowałem jako broker. Nie ukończyłem żadnych studiów, chociaż zawsze chciałem iść na uczelnię. Zamiast tego jednak zacząłem pracować. Wyjechałem do Londynu, bo pomyślałem, gdzie jak nie w londyńskim City najlepiej nauczę się zawodu związanego z finansami. I nie pomyliłem się. W dodatku poznałem Kima.

– Kim są państwa klienci?
– Klientami Saxo Banku są profesjonalni inwestorzy, ale też i amatorzy. Mamy klientów indywidualnych i instytucjonalnych. W Polsce podobnie jak wszędzie na świecie, obsługujemy przede wszystkim klientów indywidualnych. Jeżeli chodzi o klientów instytucjonalnych, kluczowe jest dla nas tworzenie partnerstw. W ramach programu partnerskiego White Label nasze platformy oferujemy brokerom wprowadzającym i instytucjom finansowym. Po ich odpowiednim dostosowaniu, z możliwością zachowania własnego brandu nasi partnerzy mogą je zaproponować swoim klientom jako własny produkt. Wszyscy nasi klienci mają dostęp do badań i analiz rynkowych sporządzanych przez nasz zespół strategiczny, jak również do danych pochodzących z uznanych źródeł zewnętrznych, w tym aktualizowanych na bieżąco serwisów informacyjnych agencji takich jak m.in. Dow Jones Newswires i Market News International.

– Jesteście uważani za pioniera na rynku pod względem innowacyjności waszych platform. Która z nich jest najpopularniejsza wśród klientów?
– Wszystkie platformy są tworzone w Saxo Bank przez naszych specjalistów. Przywiązujemy wielką wagę do rozwoju technologii i rozwiązań informatycznych. Przyszłością jest niewątpliwie technologia mobilna. W ciągu ostatnich kilku lat zauważyliśmy niebywały wręcz wzrost popytu na tego typu rozwiązania. Tablety, smart fony. Ludzie chcą mieć dos­tęp do informacji wszędzie i w każdej chwili. To będzie się rozwijać. Nie widzę już przyszłości dla tradycyjnych PC-tów. Niedługo zapewne pojawią się urządzenia, które będzie można zwinąć jak gazetę i schować do kieszeni, by zaraz potem je wyjąć i inwestować na giełdzie w Tokio czy w Nowym Jorku… Stworzyliśmy trzy zintegrowane platformy dla naszych klientów. To przeglądarkowy SaxoWebTrader, pobieralny SaxoTrader i przeznaczony na urządzenia przenośne SaxoMobileTrader. Są dostępne w ponad 20 językach. Również po polsku. Można je testować najpierw za darmo. Klient musi wiedzieć, czy nasze rozwiązania mu odpowiadają.

– Byliście też za nie wielokrotnie nagradzani. Jaka nagroda najbardziej pana cieszy?
– Przede wszystkim zawsze mnie cieszy, kiedy chwalą nas inni, bo wtedy sam nie muszę się chwalić. W ciągu 20 lat działalności zdobyliśmy ponad 30 nagród, więc jest się czym pochwalić. W zeszłym roku na przykład zdobyliśmy aż sześć nagród w corocznym badaniu rynku walutowego Euromoney. W 2010 platforma WebTrader została uznana za „Najlepszą internetową platformę inwestycyjną 2010” na odbywającej się w Grosvenor House Hotel gali Shares Awards, której gospodarzem był Shares Magazine, tygodnik profesjonalistów rynku akcji i inwestorów prywatnych. Te nagrody to wyraz uznania dla wszystkich obszarów rynku finansowego: wsparcia inwestycji, transakcji i obrotu papierami wartościowymi, ich celem jest wyróżnienie najlepszych usługodawców w poszczególnych kategoriach, w tym takich, jak pośrednictwo w obrocie akcjami, transakcje na instrumentach pochodnych, analizy online, oprogramowanie czy zarządzanie funduszami. SaxoTrader otrzymał nagrodę czasopisma Profit & Loss „Najlepsza platforma partnerska White Label” za rok 2010. Bank zawdzięcza ją zwycięstwu w głosowaniu prenumeratorów. Czterokrotnie Saxo Bank zdobył nagrodę FX Week dla Najlepszego Banku dla Inwestorów FX. Po raz kolejny okazaliśmy się lepsi od konkurentów i znaleźliśmy się na pierwszym miejscu dzięki głosom profesjo­nalistów rynku FX oraz czytelników wiodącego branżowego biuletynu – FX Week. Nagrody dla Najlepszego Banku FX Week są wyznacznikiem wzorowego działania w branży FX i są one uważane za najbardziej precyzyjny wskaźnik tego, kto może się poszczycić wiodącą pozycją na rynku… Nagród otrzymaliśmy mnóstwo, dlatego uważam, że naprawdę mamy powody do dumy.

– Ale miewaliście też kłopoty…
– Kilka spraw o to, że przez nas ludzie stracili pieniądze. Nawet całkiem spektakularnych. Wyszliśmy z tego bez szwanku.

– Inwestowanie z wami jest jak hazard?
– Trochę tak. Na pewno wciąga. Można zarobić, można stracić. Klient jest odpowiedzialny za swoje decyzje. To zaw­sze podkreślamy. Można do nas zadzwonić, poradzić się. Ale nikt nie powie klientowi: kupuj to, sprzedawaj tamto. Nie jesteśmy maklerami. Nasze platformy to inwestycja, ale i zabawa. Udostępniamy narzędzie do bogacenia się i wszelkie niezbędne informacje. Co zrobi z tym użytkownik? Jego sprawa.

– Używacie nazwy bank, ale bankiem nie jesteście, nie oferujecie żadnych typowo bankowych produktów.
– Nie jesteśmy bankiem w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ale działamy jako bank inwestycyjny w oparciu o licencję bankową. Posiadamy również dział Saxo Asset Management odpowiedzialny za obsługę zamożnych klientów prywatnych oraz inwestorów instytucjonalnych.

– Za to swoim klientom proponujecie ponad 20 tys. instrumentów finansowych.
– W tej chwili jest to około 24 tysięcy. Dla porównania nowojorska giełda ma ich około 7 tysięcy. I ciągle poszerzamy naszą ofertę, mimo że nasi klienci wykorzystują ich przeciętnie około 100, niektórzy tylko jeden. Mamy instrumenty do akcji spółek z ponad 30 światowych giełd, także z warszawskiej GPW, 160 par walutowych, 1 500 kontraktów terminowych CFD, kontrakty futures. Na platformach Saxo Bank posiadamy też szereg funduszy typu ETF (Exchange Traded Funds), czyli takich, których walory są notowane na giełdzie oraz ETC (Exchange Traded Commodities), które są związane z indeksami towarowymi. Fundusze te zapewniają inwestorom łatwy, tani i elastyczny dostęp do rynków akcji i towarów. Transakcje Forex w Saxo Bank już od lat są szczególnie doceniane przez tysiące inwestorów na całym świecie. To efekt naszej strategii cenowej, zapewnienia doskonałej płynności rynku, wysokiej wiarygodności oraz wyjątkowo bogatego asortymentu produktów, które oferuje platforma Forex. Żaden inny bank inwestycyjny nie może się pochwalić taką liczbą nagród w zakresie transakcji online, co Saxo Bank. Saxo Bank umożliwia wykonywanie transakcji Forex na jednej platformie w trzech różnych wersjach, spełniając w ten sposób wymogi różnych grup traderów – od całkiem początkujących do zaawansowanych, którzy operują wieloma instrumentami i typami produktów budując zróżnicowany portfel aktywów. Kwotowanie następuje w czasie rzeczywistym. Ceny są transmitowane strumieniowo – w ten sposób kurs realizacji transakcji jest z góry znany. Mamy też bardzo konkurencyjne spready.

– Z jakich instrumentów najczęściej korzystają państwa klienci?
Największą popularnością cieszą się transakcje na rynku walutowym. Wśród par walutowych, w które najczęściej inwestują nasi klienci wskazałbym EUR/USD, USD/YEN, EUR/YEN oraz XAU/USD.

– Skąd pochodzą klienci?
– Jeżeli chodzi o wartość aktywów i liczbę klientów naszego banku blisko 60 proc. biznesu przypada na regiony Europy Środkowo-Wschodniej oraz Europy Zachodniej, a 20 proc. na rejon Azji i Pacyfiku. Patrząc na poszczególne kraje pozytywnie wyróżnia się Dania, ponieważ jesteśmy bankiem duńskim. Nasza oferta cieszy się również dużą popularnością w Szwajcarii i Wielkiej Brytanii.

– Jak wygląda bezpieczeństwo transakcji?
– Saxo Bank jest członkiem Funduszu Gwarancyjnego dla Deponentów i Inwestorów, który podlega kontroli duńskiego Ministerstwa Gospodarki. Jeżeli duński bank (w tym Saxo Bank) wstrzymałby swoje płatności lub ogłosił upadłość, depozyty gotówkowe klientów są gwarantowane przez Fundusz z dniem 1 października 2010 r. do wysokości 100 000 euro. Depozyty gotówkowe oznaczają depozyty netto po odjęciu wszelkich zobowiązań wobec banku. Wstrzymanie płatnoś­ci czy też przymusowa likwidacja w zasadzie nie miałyby wpływu na papiery wartościowe, które zostałyby zwrócone klientom. Gdyby jednak duński bank (w tym Saxo Bank) nie był w stanie zwrócić przechowywanych lub zarządzanych przez siebie papierów wartościowych, Fundusz pokryje ich wartość do kwoty 20 000 euro na jednego klienta.

– Saxo Bank ma własną filozofię działania. Na czym ona polega?
– Filozofia Saxo Bank to siedem zasad, których wdrożenie i przestrzeganie w przedsiębiorstwie uważamy za konieczne, by jego działalność przynosiła sukcesy. Wierzymy, że wartości te mają również znaczenie dla osiągnięcia naszego indywidualnego życiowego sukcesu. To racjonalność, niezależność, integralność, sprawiedliwość, uczciwość, produktywność i duma. Być może stosowanie powyższych wartości w codziennej pracy nie jest gwarancją zawodowego czy życiowego sukcesu, ale trudno sobie wyobrazić, by powodzenie osiągnął ktoś, kto regularnie by je ignorował lub naruszał. Są to niezbędne elementy dobrego życia, a dla Saxo Bank – również budowy mocnego, konkurencyjnego i wiarygodnego przedsiębiorstwa.

– Skąd te właśnie wartości?
– To nie my je wynaleźliśmy, ani nie my pierwsi uznaliśmy ich wagę. Zaczęliśmy stosować je intuicyjnie – jak każdy, kto buduje zdrową firmę. Wartości te zostały zdefiniowane przez powieściopisarkę i filozof Ayn Rand, która nad ich ostateczną listą pracowała przez kilka dziesięcioleci. W swojej książce „Atlas zbuntowany” nazywa je cnotami. Ta książka to moja biblia, najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek czytałem. Ayn Rand pochodziła z rodziny rosyjskich Żydów, już mając 9 lat podjęła decyzję o zostaniu pisarką. Była świadkiem rewolucji bolszewickiej, skonfiskowano majątek jej rodziny. Uważała, że idealnym systemem polityczno-ekonomicznym jest liberalny kapitalizm. Ja sam jestem kapitalistą, więc ta filozofia niezwykle do mnie przemawia. Rand nigdy nie uważała swojej listy cnót za zamkniętą, niemniej jednak największą wagę dla Saxo Bank ma tych siedem wartości. W naszej opinii pomagają one zachować trzeźwe spojrzenie na czasem zagmatwany i wewnętrznie sprzeczny świat, a także rozpoznawać co jest dobre, a co złe. Stanowią kanon, który może służyć do testowania koncepcji i działań. Czasami nie trzeba drobiazgowo analizować idei lub planów – jeśli spełniają one kryterium zgodności ze wszystkimi siedmioma wartościami, jest bardzo prawdopodobne, że osiągną sukces. Jeżeli jednak nie spełniają one wymogów integralności lub uczciwości, należy je odrzucić nawet gdy wydają się opłacalne, ponieważ opłacalność takiego rodzaju nie byłaby na dłuższą metę do utrzymania, a podążanie tą drogą byłoby niestosowne.

– Jak wartości te sprawdzają się w działaniu banku?
– Racjonalne postępowanie wydaje się rzeczą oczywistą, ale naprawdę wiele organizacji marnuje wiele czasu na bardzo nierozsądne i nieproduktywne działania. My staramy się logicznie podchodzić do rzeczywistości w sposób najbardziej efektywny i prosty. Jesteśmy bardzo czujni na to, co dzieje się w branży, jakie są potrzeby klientów. Wszystkie wartości przyjęte przez Saxo Bank są pochodnymi racjonalności. Należy do nich zwłaszcza cnota niezależności, która oznacza stosowanie racjonalnego myślenia w niezależny sposób. Myślenie zespołowe czy też zbiorowy umysł po prostu nie istnieją. W organizacji takiej jak Saxo Bank, gdzie osiągnięcie sukcesu wymaga wspólnego działania, niezależność oznacza szacunek wobec innych i uczenie się od nich, przy zachowaniu krytycznego podejścia wobec przedstawianych pomysłów i ich konsekwencji. Prosty i często spotykany przykład z branży finansowej to inwestor, który po zapoznaniu się z wszelkimi dostępnymi opiniami analityków traci rozeznanie – podobnie jak mysz w labiryncie. Jeśli właśnie przeczytał negatywną opinię na temat dolara, jest pewny, że nastąpi załamanie jego kursu. Jeżeli następnie natknie się na pozytywny komentarz polityka lub reprezentanta banku centralnego, stanie się entuzjastycznym zwolennikiem zielonych. Posunie się nawet do brania w krzyżowy ogień pytań osób przypadkowo spotkanych przy firmowym automacie z kawą, niezależnie od ich wiedzy i doświadczenia w zakresie rynków finansowych, a szczególnie będą mu odpowiadać te opinie, które będą zbieżne z jego aktualnym stanowiskiem. Taki brak samodzielnego myślenia prowadzi prosto do finansowej katastrofy. Niezależna myśl jest nieodzownym elementem postępu.

– A sprawiedliwość i uczciwość? Jak się przekłada na sposób zarządzania organizacją?
– Dla Saxo Bank sprawiedliwość jest ściśle związana z uczciwością i oznacza, że człowiek nie powinien powstrzymywać się przed wyrażaniem – z jednej strony – uzasadnionej, konstruktywnej krytyki, a z drugiej – pochwał wobec osoby, która uczyniła coś wartościowego lub właściwego z etycznego punktu widzenia. Niedocenianie wartościowych jednostek przynosi szkodę przedsiębiorstwom. Jeśli osoby, które zasługują na wyrazy uznania nie otrzymują ich – niezależnie od tego, czy wynika to z zazdrości, czy obojętności otoczenia – działa to na nie bardzo zniechęcająco. Natomiast docenienie za wykonaną dobrą pracę zawsze wzmacnia jednostkę. Indywidualne osiągnięcia mają wpływ na efekt jego całej działalności. Krytyka pozwala naprawić błędy, a pochwały zachęcają do dalszej pracy. Postępując w ten sposób staramy się być sprawiedliwi i rzetelni wobec naszych pracowników i klientów. Oczywiście Saxo Bank nie mógłby funkcjonować, gdyby nie kierował się fundamentalną zasadą uczciwości, tej zwykłej i intelektualnej. Zwykła uczciwość oznacza nieoszukiwanie innych, intelektualna – stawianie czoła rzeczywistoś­ci z odsłoniętą przyłbicą. Uczciwość przynosi więc korzyści obu stronom, zresztą tak jak kierowanie się w życiu naszymi pozostałymi wartościami.

– Mówicie też, że duma jest cnotą.
– W Saxo Bank wierzymy, że jednostka determinuje swoje postępowanie i los dokonując fundamentalnych wyborów, zależnych od tego, co uważa za właściwy model życia. Nagrodą za życie w zgodzie ze sobą jest poczucie materialnego i duchowego spełnienia, które pozwala człowiekowi czuć dumę. Dla nas duma oznacza również przyjmowanie należnych wyrazów uznania. Zasłużona duma to uczucie zadowolenia z dobrze wykonanej pracy, otrzymania awansu, odczuwania szacunku i podziwu ze strony kolegów lub… wspólnego zdobycia kolejnego sukcesu bądź nagrody dla banku. W Saxo Bank celebrujemy wszystkie nasze osiągnięcia, ponieważ budowane w ten sposób poczucie własnej wartości popycha do jeszcze bardziej intensywnego dążenia do doskonałości. Racjonalność, niezależność, integralność, uczciwość, sprawiedliwość, produktywność i duma to wartości, które pozwalają nam dzielić się sukcesem i odczuwać głęboką dumę z dotychczasowych dokonań. Przed nami wciąż liczne cele do osiągnięcia i – mamy nadzieję – jeszcze więcej powodów do dumy.

Co lubi Lars Seier Christensen?

Kuchnia – pasją bohatera wywiadu jest jedzenie, uwielbia kuchnię nordycką
Restauracja – kopenhaska Geranium (jedna z najlepszych restauracji na świecie)
Hobby – sztuka, ma własną galerię w Londynie
Książka – Ayn Rand „Atlas Shrugged”
Samochód – Bentley

Marek Cywiński

Rozmowa z Markiem Cywińskim, Dyrektorem generalnym Kapsch Telematic Services

– Udało wam się udowodnić w praktyce, że Polska może zarabiać na systemie poboru opłat za przejazdy autostradami i drogami krajowymi.
– Dzięki wprowadzeniu viaTOLL, w ciągu ostatnich 14 miesięcy do państwowej kasy wpłynął miliard złotych. W listopadzie 2010 roku zawarliśmy kontrakt na 8 lat. System elektronicznego poboru opłat udało nam się uruchomić w ekspresowym tempie, już w lipcu ub. roku. Objął w pierwszej fazie 1 570 km dróg krajowych i ekspresowych, w tym autostrad. Docelowo – do 2017 roku – będzie pokrywał sieć 7 tys. dróg. Krajowy Fundusz Drogowy oczekuje w tym okresie na wpływy na poziomie 23 mld zł. Są to realne założenia.

– Dlaczego wcześniej, zamiast zarabiać, państwo traciło?
– Nie było aż tak źle, rachunek wychodził „na zero”. System winietowy okazał się nieszczelny. Koszty dystrybucji winiet pochłaniały około 30 proc. wpływów. W dodatku państwo zobowiązało się zwracać prywatnym koncesjonariuszom – czyli Autostradzie Wielkopolskiej i Stalexportowi – koszty przejazdu ciężarówek zarządzanymi przez nich odcinkami autostrad. Potrzebne było więc nowe rozwiązanie.

– I wtedy na scenie pojawił się Kapsch?
– Jesteśmy światowym liderem tej dziedzinie. Mamy bogate doświadczenia, które zdobyliśmy w 40 krajach. Nasze rozwiązania wszędzie świetnie się sprawdzają. Najbliżej Polski – w Czechach, Austrii i Szwajcarii. Wdrożyliśmy 26 systemów ogólnokrajowych. Dotyczą one przede wszystkim samochodów ciężarowych – zgodnie z założeniem, że firmy zarabiające na transporcie powinny partycypować w kosztach infrastruktury. Najprościej rzecz biorąc – nasze elektroniczne bramownice rejestrują ruch samochodów, precyzyjnie określając miejsce wjazdu i wyjazdu ze strefy objętej opłatami. System błyskawicznie oblicza należność i pobiera ją z konta klienta lub wystawiana jest nota obciążeniowa za cały okres rozliczeniowy. Od czerwca tego roku z rozliczeń bezgotówkowych za korzystanie z autostrad A2 Konin-Stryków i A4 Wrocław-Gliwice mogą też korzystać użytkownicy samochodów osobowych. Koszt zakupu urządzenia viaAUTO (przeznaczonego właśnie dla nich) to 135 zł. Mając je, mogą skorzystać z automatycznych bramek oznaczonych viaTOLL, dzięki czemu unikną kolejek. Mam nadzieję, że za jakiś czas do naszego systemu zostaną włączone też fragmenty autostrad zarządzane przez koncesjonariuszy. A to będzie oznaczało komfort zarówno dla kierowców zawodowych, jak i pozostałych użytkowników dróg.

– Jak ocenia pan szczelność systemu?
– Wiem, że w kontekście winiet, które kupowało zaledwie około 15 proc. zobowiązanych do tego, zabrzmi to zaskakująco, ale aż 99 proc. kierowców samochodów ciężarowych wnosi stosowne opłaty. Bramownice kontrolne błys­kawicznie wychwytują pojazdy, które nie mają terminali. Informacje te w czasie rzeczywistym trafiają do głównego systemu, z którym ma bezpośrednią łączność Inspekcja Transportu Drogowego. Inspektorzy dysponują obecnie 96 świetnie wyposażonymi samochodami. W każdym z tych pojazdów znajdują się 3 komputery i skaner on-line. Wystarczy, że auto ITD wjedzie na parking, na którym stoją ciężarówki, żeby od razu wyłapać pojazd bez urządzenia viaBOX. Kary są wystarczająco wysokie, żeby proceder unikania opłat był nieopłacalny. Na marginesie – gdy zostaną wprowadzone w Polsce odpowiednie rozwiązania prawne, viaTOLL pokaże, na co go naprawdę stać.

Dzięki bramownicom możemy prowadzić kontrolę średniej szybkości przejazdu, co np. we Włoszech wyeliminowało problem piractwa drogowego. Kolejna równie ważna kwestia to możliwość sprawdzania wagi pojazdów. Jak powszechnie wiadomo, po polskich drogach porusza się wiele przeciążonych pojazdów, które stanowią poważne zagrożenie dla ruchu. Dotyczy to zwłaszcza samochodów transportujących materiały budowlane. Wystarczy przekroczyć ładowność o 30 proc., żeby droga hamowania wydłużyła się o 50 proc. Nasi zachodni sąsiedzi wprowadzili już odpowiedni system kontroli, w związku z czym przed granicą polsko-niemiecką funkcjonują punkty przeładunkowe. Ta patologia wymaga jak najszybszego wyeliminowania.

– Jak wyglądało wprowadzanie systemu poboru opłat viaTOLL?
– Przez pierwszych kilka tygodni firmy transportowe szukały możliwości ominięcia systemu, co skutkowało spóźnionymi dostawami, a co za tym idzie, karami dla spedytorów. Ciężarówki, omijając drogi główne, poruszały się nie tylko wolno, ale też spalały znacznie więcej paliwa. W dodatku kierowcy, zgodnie z wymogami, muszą co 8 godzin robić przerwy. Szybko okazało się, że tego rodzaju eksperymenty nie mają sensu. Natężenie ruchu na drogach płatnych szybko się ustabilizowało na poziomie takim, jak przed wprowadzeniem viaTOLL. Nasze bramownice omijają dziś już tylko przeładowane ciężarówki przewożące na krótkich dystansach surowce, kruszywo lub złom. Dodam, że wprowadzenie systemu wpłynęło na zmianę struktury polskiej floty samochodów ciężarowych. Przy zakupie lub wymianie taboru przewoźnicy zwracają dziś szczególną uwagę na to, czy pojazdy spełniają wymogi ekologicznych norm EURO 5, ponieważ w ramach viaTOLL mogą korzystać z 50-pro­centowych zniżek w opłatach za przejazdy.

– Kapsch kojarzony jest u nas głównie z viaTOLL, ale przecież wasza firma ma też ciekawe doświadczenia dotyczące „odkorkowywania” miast. Codziennie tkwię w warszawskich korkach przynajmniej przez godzinę. Kiedy to się wreszcie zmieni?
– Zależy to od władz samorządowych. W sierpniu tego roku Senat zatwierdził nowelizację do ustawy o drogach publicznych, zobowiązującą włodarzy miast do wprowadzenia rozwiązań komunikacyjnych zgodnych z unijnymi standardami. Określa się je w skrócie jako ITS, czyli Intelligent Transport Solutions. Zanim zapadną jakiekolwiek decyzje, potrzebna jest odpowiedź na pytanie: czy w centrach miast zostaną wyznaczone strefy płatnego ruchu, jak np. w Londynie.

Praktyka pokazuje, że ruch zmniejsza się średnio o około 20 proc., co z kolei pozwala na wprowadzenie szybkiej i wydajnej komunikacji miejskiej. Kolejny element to kontrola elektroniczna ciężarówek blokujących dziś polskie miasta. W Londynie udało się dzięki temu zmienić strukturę dostaw. Bardziej opłaca się rozładować pojazd typu TIR na przedmieściu, niż płacić poważną kwotę za wjazd do centrum. Warto pamiętać, że w celu wymuszenia skuteczności takich rozwiązań, kary powinny być przynajmniej 50 razy wyższe niż opłaty. Warto o tym pamiętać, wjeżdżając np. do Mediolanu, gdzie nasz system uporządkował ruch miejski.

Początkowo właściciele sklepów i restauracji protestowali, że mieszkańcy przedmieść i turyści nie będą chcieli przyjeżdżać do centrum. Stało się zupełnie inaczej – klientów przybyło o ponad 20 proc., ponieważ nie mają kłopotów z zaparkowaniem, a także mogą spokojnie usiąść w kawiarnianym ogródku i podziwiać zabytki bez niepotrzebnego widoku parkujących wszędzie aut. W dodatku znacząco zmniejszyła się emisja spalin. Żeby taki system był skuteczny, musi być egzekwowany. Przekonała się o tym niedawno znajoma Austriaczka, która nie zapłaciła przez Internet czy też przy pomocy SMS-a 3 euro za wjazd do centrum Mediolanu. Po kilku tygodniach otrzymała mandat w wysokości 50 euro.

– Ilu osobom dał zatrudnienie viaTOLL?
– Startowaliśmy w Polsce od zera, zaczynając kompletować załogę już po uzyskaniu kontraktu. Dziś zatrudniamy 200 osób. Kolejne miejsca pracy powstały w firmach będących naszymi partnerami. W sumie na rzecz systemu pracuje kilka tysięcy osób w 16 centralnych i 200 lokalnych punktach dystrybucyjnych, przy obsłudze technicznej bramek, w call center, itp. Na marginesie – nikt nigdy mnie o to nie zapytał, natomiast zaraz po ogłoszeniu informacji o kontrakcie zaczęto nas atakować za rzekomo wysokie koszty systemu viaTOLL. Gdy okazało się, że większość nakładów już się zwróciła, a system zarobi wkrótce miliardy – krytycy woleli zapomnieć o swoich teoriach.

– Pański sukces w firmie Kapsch docenili jurorzy konkursu organizowanego pod patronatem naszej redakcji, przyznając panu „Manager Award”. Jak wglądała pana wcześniejsza kariera managerska?
– Nietypowo, ponieważ przez 20 lat byłem wykładowcą na Politechnice Śląskiej. Mam tytuł doktora, przygotowałem pracę habilitacyjną, ale wybrałem w końcu inną drogę. Myś­lę, że z czasów spędzonych na uczelni wyniosłem radość pracy z młodymi ludźmi. Pewnie dlatego prawie cały mój zespół jest dwa razy młodszy ode mnie. Staram się tu jednak unikać dydaktycznego tonu… Często powtarzam, że szef może być głupi, oby tylko umiał skompletować zespół doskonały pod względem merytorycznym. Moim zadaniem jest wybieranie najlepszych propozycji moich podwładnych i łączenie ich w spójną strategię. Kiedy spoglądam wstecz, trudno mi uwierzyć, że 1 grudnia 2010 roku nasza firma miała zaledwie 3 pracowników – łącznie ze mną. Zaczynałem od zatrudnienia managerów i dziś widzę, że miałem dużo wyczucia i szczęścia. Trafiłem na ludzi, którzy sami szukali ciekawej, ale i wymagającej pracy, co jest dalekie od standardu pracownika, który biernie czeka na polecenie.

– A jak wyglądała pańska droga z uczelni do biznesu?
– Miałem częste kontakty z przemysłem. Byłem doradcą naukowym huty w Częstochowie. Następnie zostałem generalnym projektantem firmy Biprohut. Stamtąd był już tylko krok do Stalexportu, gdzie w latach 1998-2004 zajmowałem stanowisko dyrektora ds. strategii. Moje obowiązki obejmowały m.in. restrukturyzację organizacyjną i finansową. Negocjowałem układ wartości 650 mln zł, którego zawarcie pomogło wyjść firmie na prostą. Następnie dwa lata kierowałem Stena Metal, a w 2006 roku zostałem prezesem PR-Inż 1 w grupie Polimex. I tym razem czekało mnie niełatwe zadanie – restrukturyzacja i połączenie dwóch firm w upadłości w jedną sprawnie działającą spółkę.

Co lubi Marek Cywiński?

Zegarki – Raymond Weil
Pióra – Sheaffer. Używa tylko piór lub ołówków, nie lubi długopisów
Ubrania – wrocławska pracownia krawiecka Diuk
Wypoczynek – na łodzi motorowej na Adriatyku. Zimą – narty we Włoszech
Samochód – jako miłośnik motoryzacji jeździ Fordem Mustangiem GT 4,6 California Special
Hobby – wyprawy motocyklowe. Ma turystyczne Suzuki V-Strom, którym poróżował już po Austrii i Włoszech. Chętnie jeździ razem z synem i synową, którzy podzielają jego pasję motocyklową

Zygmunt Berdychowski

Rozmowa z Zygmuntem Berdychowskim, Przewodniczącym Rady Programowej Forum Ekonomicznego

– Jest pan organizatorem najbardziej prestiżowej imprezy biznesowej w naszym kraju. Musi się pan czuć spełniony jako manager.
– Prawdę mówiąc, nigdy nie podejrzewałem,  że mam zdolności w dziedzinie zarządzania. W moim życiu wiele dzieje się przez przypadek czy dzięki pomocy życzliwych ludzi.

– Czy tak również było w przypadku krynickiego Forum?
– Pewnie nie byłoby Forum, gdybym… jako student w latach 80. nie zaczął roznosić ulotek i chodzić na demonstracje, za co dwa razy trafiłem do więzienia. To przykre wspomnienie, ale dla mnie był to czas hartowania charakteru, czas, kiedy uczyłem się, że nawet niemożliwe może stać się możliwe. Na szczęście, czułem wsparcie ze strony władz mojej uczelni – Uniwersytetu Jagiellońskiego – i kolegów z Wydziału Prawa, a moim ulubionym wykładowcą był dzisiejszy prezydent Krakowa – Jacek Majchrowski. To on zachęcił mnie do napisania doktoratu na temat doktryn politycznych, którego nie dokończyłem, ponieważ musiałem odsłużyć rok w wojsku. Poczucie, że jestem w armii, z którą nie mogłem się identyfikować, utrwaliło tylko moją determinację w realizacji celów, które sam sobie wyznaczyłem. Początek lat 90. to czas wielkich zmian, wspólnie z kolegami przygotowywałem wolne wybory. Potem dwa razy zostałem posłem – I i III kadencji. Jesienią 1991 r. przygotowałem konferencję „Polska 3 lata po rewolucji Solidarności”. W tym celu powołałem Instytut Studiów Wschodnich, rok później Fundację ISW, która do dziś jest organizatorem Forum Ekonomicznego.

– Dlaczego Forum odbywa się właśnie w Krynicy?
– Zadecydowało przywiązanie do rodzinnych stron. Pochodzę z niewielkiej wsi Niskowa koło Nowego Sącza.

– Zdecydował się pan jednak na Krynicę, a nie Nowy Sącz.
– Rzecz jasna, że na początku myślałem o Nowym Sączu, ale ulokowana zaledwie 30 km dalej Krynica oferowała znacznie lepsze warunki lokalowe. Chociaż dzieliły nas poglądy polityczne, zyskałem wsparcie wojewody Antoniego Józefa Wiktora, który wywodził się z PZPR. To właśnie on przekonał mnie, że trzeba wykorzystać potencjał Krynicy. Na pierwsze spotkanie zaprosiłem polityków różnych orientacji, m.in. Oleksego, Ślisza, Bieleckiego, Kaczyńskiego, Janowskiego. I od razu rozpoczęły się kłopoty. KPN postanowił zorganizować strajk okupacyjny, protestując przeciwko obecności Józefa Oleksego, który notabene też jest nowosądeczaninem. Oczywiście, nie uległem tym naciskom, co zresztą okazało się zbawienne dla kolejnej konferencji, w 1993 roku. Józef Oleksy pojawił się już jako marszałek Sejmu, co zachęciło do przyjazdu wielu polityków. W związku z tym czasem żartuję, że Oleksy uratował Krynicę…

– Jak ukształtował się obecny model spotkań?
– Znów zadecydował przypadek. W 1993 roku główny temat stanowiła „Rozmowa o polityce zagranicznej”, a konferencja nosiła nazwę Forum Polska-Wschód. Zaproszeni Litwini zaprotestowali: „My nie jesteśmy przecież żadnym Wschodem”. W związku z tym pojawiła się nowa nazwa: Forum Ekonomiczne. I tak już zostało.

– Proszę przypomnieć, jak wyglądały pierwsze konferencje.
– Co tu kryć – dość skromnie. Wszyscy uczestnicy – czyli 120 osób – mieścili się w sali balowej starego Domu Zdrojowego. Gościom spodobała się formuła konferencji – być może dlatego, że jako organizator nie miałem żadnych celów politycznych. Zależało mi wówczas, podobnie jak dzisiaj, tylko na tym, żeby zapewnić uczestnikom jak najlepsze warunki do spotkań i rozmów na różnym szczeblu. W ten sposób wprowadziłem w życie radę jednego z moich profesorów z UJ: „Jeśli coś robisz, rób to dobrze.” Rzecz jasna, w Krynicy pojawiali się później prezydenci i premierzy i wygaszali deklaracje o charakterze politycznym, ale nie należy tego wiązać z Fundacją ISW.

– Liczba gości szybko rosła…
– Dopiero po 2001 roku, gdy przestałem być posłem i zacząłem poświęcać znacznie więcej czasu organizacji Forum. Przez długi czas dominowali goście z Polski, przyjeżdżało 500-600 osób. Kolejne lata to okres rozwoju konferencji – w ubiegłym roku mieliśmy 2,5 tys. uczestników. Zaczęli się pojawiać nie tylko znani politycy z wielu krajów, ale też najwybitniejsi przedstawiciele świata biznesu. Rozwój Forum odzwierciedla to, jak rozrastała się Fundacja ISW. Początkowo zatrudniała 2 osoby – dziś 50. Nad przygotowaniem cyklu konferencji pracuje w szczycie około 600 osób. Nie muszę chyba dodawać, jakie to ma znaczenie dla Krynicy – wszystkie hotele i restauracje są pełne. Znakomici goście, którzy poddadzą się urokowi pięknej ziemi nowosądeckiej – to jej potencjalni ambasadorzy.

– Wspomniał pan o 50 pracownikach – czym zajmują się na co dzień, Forum Ekonomiczne jest raz w roku.
– Forum Ekonomiczne to rozbudowany projekt. Od kilku lat z sukcesem organizujemy mniejsze konferencje zagraniczne – Europa-Rosja, Forum Energetyczne, Forum Europa-Ukraina oraz Forum Europa-Azja Centralna. Dużym sukcesem była konferencja, która w zeszłym roku odbyła się w Waszyngtonie. Naszym partnerem był Uniwersytet Johna Hopkinsa. W spotkaniu w Rzymie poświęconym relacjom Europa-Rosja wziął udział prezydent Włoch. Znakomitych gości pozyskaliśmy też na konferencje w Wiedniu, Barcelonie, Rzymie i Pradze. Dlatego zespół Instytutu ma dużo pracy przez cały rok, a jej kulminacją jest, oczywiście,
Forum w Krynicy.

– Oznacza to również, że tematyka relacji ze Wschodem jest nadal w centrum uwagi kierowanego przez pana Instytutu Studiów Wschodnich.
– Sprawy te zawsze były mi bliskie. Tytuł mojej pracy magisterskiej: „Wojna 1920 i Pokój Ryski” mówi sam za siebie. Corocznie Instytut przygotowuje raporty, poświęcone m.in. transformacji Rosji i innych krajów bloku postsowieckiego. W roku 2005 roku powołaliśmy Szkołę Forum Ekonomicznego, a w jej ramach specjalny program przeznaczony dla młodzieży z krajów przechodzących transformację. Dzięki temu w latach 2006 i 2007 odwiedziło Polskę prawie 700 osób z różnych krajów Europy Wschodniej. Tematyka wschodnia znajduje się cały czas w centrum naszego zainteresowania. Jesienią organizujemy w Berlinie konferencję Europa-Mołdowa.

– Wielu publicystów podkreśla, że przegraliśmy szansę na dobre relacje z Rosją, co ma fatalne skutki ekonomiczne.
– Uważam, że należy na te sprawy spojrzeć w szerszej perspektywie. Do 1989 roku relacje między obu krajami regulowały obce nakazy. Z dnia na dzień zmieniły się relacje. Rzec można, że zniknął jeden rynek, a drugi się nie narodził. Jestem przekonany, że nadal mamy wielkie szanse na ożywienie stosunków gospodarczych, zresztą nie tylko z Rosją, ale z wieloma krajami – m.in. z Kazachstanem i Azerbejdżanem. Na to jednak potrzeba czasu. Proszę nie zapominać, że dobre relacje francusko-niemieckie budowano 50 lat. Trudno więc oczekiwać, że podobny proces pomiędzy Polską i Rosją zajmie tylko 10 lat. Co więcej, poprawa relacji między naszymi krajami nie może się odbyć kosztem Ukrainy. Potrzebna jest otwartość elit obu krajów, musimy nauczyć się mówić o sprawach trudnych. Po to między innymi organizujemy spotkania w Krynicy.

– Mówił pan wcześniej o cechującym pana uporze. Jaki to miało wpływ na pana sukcesy jako maratończyka?
– W 2004 roku mój szwagier, Jarosław Szostakowski, zaproponował: Może byśmy wybrali się razem na półmaraton, to doskonały sposób, żeby się odchudzić. Chętnie zgodziłem się, na studiach sporo biegałem i sprawiało mi to przyjemność. W pierwszych zawodach szwagier pokonał mnie o 14 minut. We wszystkich następnych już z nim wygrywałem. Zacząłem ćwiczyć regularnie, po dwóch latach zdecydowałem się wziąć udział w słynnym maratonie w Nowym Jorku. Byłem zaskoczony skalą imprezy: 40 tys. biegaczy obserwuje 3 miliony widzów. Udział w biegu zgłasza 130 tys. osób i każdy płaci za to 9 dol. Start kosztuje już 150 dol. Szybko dokonałem podsumowania – przecież to znakomity interes. Zaraz po powrocie z USA zacząłem pracować nad organizacją Festiwalu Biegowego, który zlokalizowałem, rzecz jasna, na mojej ukochanej nowosądecczyźnie. W pierwszej edycji, w 2009 roku, wzięło udział 900 biegaczy. W tym roku zapisało się 2,5 tys. Nie jest to tak prosty biznes, jak by się mogło wydawać. Nasz Festiwal wymaga sporych nakładów jeszcze przez 3-4 lata.

Co lubi Zygmunt Berdychowski?

Ubrania – styl konserwatywny, choć nie lubi krawatów. „Próchnik”
Wypoczynek własny dom w rodzinnym Niskowie koło Nowego Sącza
Kuchnia – staropolska
Restauracje – nic mu nie smakuje bardziej niż dania przygotowane przez żonę
Samochód – na co dzień mały Mercedes B, na wyjazdy z rodziną Chrysler Town & Country
Hobby – wyprawy w góry. Zdobył już najwyższe góry na 5 kontynentach, łącznie z… Mount Vinson na Antarktydzie. Marzenie to zdobycie Mount Everest. Jest maratończykiem, codziennie biega przez 1,5 godz. Dużo czyta – najbardziej lubi literaturę rosyjską, zarówno dawną, jak i współczesną. Interesuje się też II Wojną Światową

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...