.
Strona główna Blog Strona 413

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji wybrało projekty, które będą reprezentować Polskę na Tygodniu ICT podczas EXPO 2015 w Mediolanie

ManagerOnline

Kapituła Konkursu wybrała osiem projektów, które będą reprezentowały Polskę na Tygodniu ICT na EXPO 2015 w Mediolanie. Jedną z firm, która pojawi się We Włoszech w terminie 12-18 października będzie Game Technologies, producent pierwszego na świecie interaktywnego kontrolera łączącego się z tabletami za pomocą funkcji Bluetooth.

Tydzień ICT podczas EXPO 2015 to inicjatywa mająca na celu międzynarodową promocję polskiej branży poprzez prezentację innowacyjnych firm oraz ich produktów technologicznych. Głównym założeniem Tygodnia ICT w polskim pawilonie na EXPO 2015.

w Mediolanie jest pokazanie innowacyjnych gadżetów oraz usług, które powstały na rodzimym rynku, i którymi Polska może pochwalić się na arenie światowej.

– Jesteśmy dumni, że Kapituła Konkursu wybrała naszą firmę i sztandarowy produkt, interaktywną kostkę DICE+, do reprezentowania Polski na Tygodniu ICT podczas EXPO 2015 w Mediolanie – mówi Leszek Kobylinski, Prezes Game Technologies. – Warto podkreślić, że DICE+ to pierwszy na świecie kontroler do gier na tabletach wyprodukowany w Polsce, co jest dla nas ogromnym sukcesem. Niedawno też podpisaliśmy umowę licencyjną z The Walt Disney Company na produkcję kostki z grą Klub Przyjaciół Myszki Miki: Wielki Wyścig, więc cieszymy się, że będziemy mogli pokazać ją również w Mediolanie – dodaje Leszek Kobylinski.

W trakcie Tygodnia ICT, na gości EXPO 2015 czekać będzie ekspozycja w polskim pawilonie, gdzie będą mogli przetestować wszystkie zwycięskie w konkursie produkty i usługi z branży IT. Wydarzeniu towarzyszyć będzie również konferencja z udziałem przedstawicieli polskich firm. Poza Game Technologies, do reprezentowania Polski na Tygodniu ICT wybrane zostały również: Digital Core Design, Infinity HQ, InPho Tech, MGGP Aero, Sportovia, OMNI3D czy OORT Europe.

(DG)

 

Onex Group liderem sprzedaży Microsoft Office 365 w II kwartale br.

ManagerOnline

Onex Group zamyka II kwartał 2015 roku pierwszym miejscem w sprzedaży Office 365  w Polsce. Ranking prowadzony przez Microsoft obejmuje wszystkich Partnerów w Polsce, kierujących swą ofertę do sektora MŚP. Onex Group po raz drugi z rzędu zdobył pozycję lidera i ma dużą szansę na otrzymanie od Microsoft tytułu Partnera Roku 2015.

Ranking Microsoft jest cyklicznym zestawieniem, podsumowującym dany kwartał. Kryteria, którymi kierowano się przy jego przygotowaniu to przede wszystkim wysokość sprzedaży w II kwartale br., liczba klientów oraz kompetencje pracowników.

– Bardzo się cieszę, że udało nam się utrzymać pozycję lidera i także w II kwartale zająć pierwsze miejsce w sprzedaży Office 365 w Polsce. To dla nas ogromne wyróżnienie i wyraźny znak, że Onex Group obrało bardzo dobry kierunek rozwoju i tak konstruuje swą ofertę, by wyjść naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorstw z sektora MŚP – komentuje Jakub Hryciuk, Dyrektor Zarządzający w Onex Group. – Firmy są coraz bardziej świadome korzyści, wynikających z wdrożenia rozwiązań chmurowych, dlatego też popularność Office 365 będzie stale rosnąć.  My z kolei będziemy nadal przykładać dużą wagę do zapewnienia klientom jak najlepszego wsparcia i jak najbardziej atrakcyjnej oferty – dodaje.

Kwartalne zestawienie wyników sprzedaży Partnerów Microsoftu to część rocznego zestawienia, mającego wyłonić Partnera Roku 2015. Tytuł ten uzyska firma, mająca najlepsze wyniki sprzedaży z czterech ostatnich kolejnych kwartałów, a więc ostatniego kwartału 2014
i trzech kwartałów roku 2015. Nagrodą dla najlepszych Partnerów będzie także dofinansowanie działań marketingowych w wysokości 10 tys. dolarów za 1 miejsce, 5 tys. dolarów za miejsce i drugie oraz 2,5 tys. dolarów za trzecie miejsce na podium.

Oficjalne ogłoszenie wyników konkursu na Partnera Roku 2015 nastąpi podczas konferencji Microsoft, która odbędzie się 20-22 października w Serocku.

Z danych Microsoft wynika, że w Polsce działa ponad 1,8 mln małych i średnich firm, a aż 96 proc. z nich to mikrofirmy, potencjalnie zainteresowane chmurowymi usługami Microsoft.

Superkomputery zdobywają Polskę

ManagerOnline

Ponad 107 tysięcy rdzeni procesorów serwerowych zasila 6 nowych polskich superkomputerów. Dzięki nim możliwe będzie prowadzenie w Polsce badań naukowych, które zwykłym komputerom zajęłyby setki lat.

Tysiące skomplikowanych obliczeń wykonywanych w okamgnieniu. Modelowanie procesów fizycznych, przetwarzanie danych z doświadczeń naukowych – zadania, które dla człowieka wydają się być abstrakcją. Bez problemu radzą sobie z nimi superkomputery – urządzenia dysponujące mocą obliczeniową kilka tysięcy razy wyższą niż komputery osobiste.  Potęgą superkomputerów są Stany Zjednoczone, ale w ubiegłym roku w Polsce powstało 6 nowych superkomputerów, które umożliwiają prowadzenie nawet najbardziej zaawansowanych analiz naukowych.

 W ostatnich latach polskie ośrodki naukowe dynamicznie rozwijają infrastrukturę superkomputerową, stwarzając tym samym zupełnie nowe możliwości badawcze – mówi Robert Adamski, Business Development Manager, Intel. Dzięki klastrom obliczeniowym zbudowanym z setek, czy nawet tysięcy procesorów Intel Xeon, firmy i instytucje naukowe mogą oszczędzać ogromne ilości czasu, błyskawicznie wykonując nawet najbardziej skomplikowane analizy.

Prometheus rządzi w Krakowie.  To trzydziesty, najpotężniejszy superkomputer świata

Najpotężniejszym spośród polskich superkomputerów jest Prometheus, uruchomiony w kwietniu tego roku w Akademickim Centrum Komputerowym Cyfronet AGH w Krakowie. Pod względem parametrów zdetronizował on maszynę Zeus – dotychczas najszybszą w Europie Środkowo-Wschodniej, również zbudowaną na potrzeby Akademii Górniczo-Hutniczej. Inwestycja ta pochłonęła 41 mln zł.

Nowy superkomputer dysponuje mocą obliczeniową 1 700 teraflopsów, co oznacza, że w ciągu sekundy wykonuje 1 700 bilionów operacji zmiennoprzecinkowych.  W jego wnętrzu znajduje się blisko 3 500 procesorów serwerowych Intel Xeon, co daje w sumie ponad 41 000 rdzeni. Podczas jednego dnia Prometheus wykonuje pracę, która zwykłemu komputerowi osobistemu zajęłaby 100 lat. Krakowski klaster jest trzydziestym najpotężniejszym superkomputerem na świecie. Podobnych maszyn jest w Polsce coraz więcej.

Tryton – Centrum Informatyczne Trójmiejskiej Akademickiej Sieci Komputerowej (Gdańsk)

Gdański superkomputer Tryton, podobnie jak krakowski Prometheus, uruchomiony został w tym roku. Może on wykonywać ponad 1 300 bilionów operacji zmiennoprzecinkowych na sekundę – czyli ma moc 1 300 teraflopsów. Obecnie Tryton składa się z 40 szaf serwerowych, w których umieszczone są blisko 3 000 procesorów serwerowych Intel Xeon E5-2670 v3. Łączna liczba rdzeni to prawie 36 tysięcy.

Tryton zbudowany został na potrzeby Centrum Informatycznego Trójmiejskiej Akademickiej Sieci Komputerowej. Podobnie jak Prometheus, bazuje na serwerach HP. Wykorzystywany jest w badaniach z dziedziny energetyki, medycyny czy ochrony środowiska, a jego wartość to 30 mln zł.

Bem – Wrocławskie Centrum Sieciowo-Komputerowe

W czerwcu 2015 r. nowy superkomputer uruchomiło Wrocławskie Centrum Sieciowo-Komputerowe. Klaster Bem uzupełnił dotychczasowe zasobów WCSK – superkomputery Nova i Supernova. W ciągu ostatniego roku w Centrum uruchomiono 1,3 mln zadań, które wymagały 28 mln godzin pracy procesora.

Nowy klaster, oparty na serwerach Actina, zbudowany jest z 1 600 procesorów Intel Xeon E5-2670 v3, które łącznie mają ponad 19 tys. rdzeni. Superkomputer, dysponujący mocą obliczeniową 640 teraflopsów, znajdzie się w pierwszej setce globalnego zestawienia TOP500.

Uniwersytet Warszawski

Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego udostępnia swoją rozbudowaną infrastrukturę obliczeniową naukowcom oraz studentom. Klastry wykorzystywane są do symulacji złożonych układów biologicznych oraz obserwacji kosmologicznych, analizy nad rozprzestrzenianiem się chorób, a także prognoz meteorologicznych. Najsilniejsza z maszyn należących do ICM ma 480 procesorów i ponad 6 700 rdzeni. Jej wydajność to 280 teraflopsów. Klaster zbudowany jest w oparciu o serwery Huawei.

Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe

Najmocniejszy klaster obliczeniowy, jakim dysponuje Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe, bazuje na prawie 300 procesorach Intel Xeon E5-2697 v3, które łącznie oferują ponad 4 100 rdzeni. Taka konstrukcja superkomputera pozwala na osiągnięcie mocy obliczeniowej około 172 teraflopsów.

Centrum Informatyczne w Świerku – Narodowe Centrum Badań Jądrowych

W marcu tego roku zrealizowano ostatnią dostawę sprzętu, który pozwolił na rozbudowę superkomputera w podwarszawskim Centrum Informatycznym Świerk i osiągnięcie parametrów założonych w 2013 r. W szafach serwerowych znajduje się teraz łącznie ponad 1900 procesorów Intel Xeon, a maszyna o mocy obliczeniowej 500 teraflopsów mogłaby zastąpić 20 tys. zwykłych pecetów. Będzie ona wykorzystywana do obliczeń pod kątem projektowania i optymalizacji urządzeń energetycznych oraz do analizy bezpieczeństwa reaktorów jądrowych.

Ostatnie lata przyniosły sporo nowych konstrukcji superkomputerów w najważniejszych ośrodkach naukowych w kraju. Mamy wielu uzdolnionych naukowców z ogromną wiedzą, którzy teraz, dzięki dostępowi do najnowszych i najbardziej wydajnych technologii, mogą realizować pracę badawczą na najwyższym światowym poziomie – podkreśla Robert Adamski.

Za mało kobiet w zarządach – rozmowa z Lidią Adamską

Rozmowa z Lidią Adamską, ekonomistką, ekspertem rynków finansowych giełdy

– WYGLĄDA PANI NA OSOBĘ ZADOWOLONĄ Z ŻYCIA.

 – Czuję, że znajduję się w szczególnym i dobrym okresie życia. Moje doświadczenie zawodowe i życiowe jest dla mnie bazą, która pozwala mi myśleć o nowych możliwościach i kierunkach rozwoju. To trochę tak, jakby to, co robiłam do tej pory, niezależnie od tego, jak ważne i znaczące to było, było przygotowaniem do tego, co jest jeszcze przede mną.

 Może to być odebrane jako zarozumiałość, ale tak właśnie patrzę na moją dotychczasową karierę zawodową, w tym także na czas mojej pracy w zarządzie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, z którym jestem zazwyczaj kojarzona. Był to bez wątpienia bardzo ważny okres, który pozwolił mi na zebranie unikalnych doświadczeń, zdobycie umiejętności managerskich. Dzisiaj patrzę na ten okres jako na etap, który był mi potrzebny do budowania mojej pozycji zawodowej.

– NA PANI WARUNKACH?

– W pewnym zakresie tak. Trzeba jednakże na to zapracować. Według mnie, możliwości kształtowania własnej ścieżki zawodowej opierają się na umiejętności współpracy, słuchania innych i korzystania z ich wiedzy oraz tworzenia harmonijnego środowiska pracy, które jest motywujące także dla innych. Można więc powiedzieć, że na moich warunkach, przy założeniu, że będą to rozpoznane, w miarę obiektywne warunki, a nie po prostu to, czego byśmy zapragnęli.

 – JAK WYGLĄDA PANI OBECNA AKTYWNOŚĆ ZAWODOWA?

 – Pracuję jako doradca i konsultant finansowy i biznesowy. Doradzam firmom, jak pozyskać kapitał na rozwój, zwłaszcza w obszarach innowacyjnych i w projektach obarczonych ryzykiem (venture capital i private equity). Jestem wiceprzewodniczącą rady nadzorczej w firmie działającej w innowacyjnej branży internet of things i dostarczającej rozwiązań na potrzeby inteligentnego miasta (smart city) i inteligentnych systemów pomiarowych (smart metering). Wypowiadam się także w mediach na tematy gospodarcze.

 – SPÓJRZMY W PRZESZŁOŚĆ, NA PANI ŚCIEŻKĘ ZAWODOWĄ

 – Sądzę, że słowem, które syntetycznie charakteryzuje największą część mojej dotychczasowej kariery zawodowej jest transformacja, a więc procesy, które zachodziły w Polsce w okresie ponad 25 lat po upadku muru berlińskiego w 1989 roku i które oznaczały przechodzenie do gospodarki rynkowej. Transformacja gospodarki i prywatyzacja przedsiębiorstw była kluczowym zadaniem nowych władz oraz wyzwaniem dla wszystkich, których te procesy dotykały, a więc praktycznie dla całego społeczeństwa. To jest historia, którą obecnie wszyscy znamy. Ale wówczas bardzo niewiele rzeczy było oczywistych. Rzecz jasna, były w Polsce osoby, które posiadały teoretyczną wiedzę, jak gospodarka rynkowa działa. Nie było jednakże wiedzy praktycznej i doświadczenia, które mogłoby być wykorzystane do zbudowania konkretnego scenariusza do zastosowania w Polsce tu i teraz. Ta wiedza musiała być dostarczona z zewnątrz przez ekspertów i praktyków, którzy przyjeżdżali z zagranicy. Byłam wówczas asystentką na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Ówczesna sytuacja, w tym także możliwość kontaktu z osobami posiadającymi bezpośrednie i osobiste doświadczenie gospodarki rynkowej, były dla mnie niezwykle ekscytujące i motywujące do tego, abym ja także uczestniczyła bezpośrednio w tych historycznych przemianach.

Do zapoznania się z resztą wywiadu z Lidią Adamską zapraszamy do majowego numeru Managera.

 

Od konsultanta do top managera

ROZMOWA Z PIOTREM WITCZYŃSKIM, DYREKTOREM GENERALNYM ORACLE POLSKA.

– Od pół roku jest pan szefem polskiego oddziału największej firmy komputerowej na świecie, jeśli chodzi o rynek biznesowy. Skończył pan wydział zarządzania i ma MBA?

– Nic z tych rzeczy. Z wykształcenia jestem informatykiem po Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, a tytułu MBA nie mam i na razie nie planuję go zdobyć.

– To skąd kwalifikacje na tak prestiżowe stanowisko?

– Bo jestem praktykiem, który z niejednego pieca jadł chleb. W 1990 roku, gdy byłem na trzecim roku studiów, wziąłem urlop dziekański, bo moja ówczesna dziewczyna, a obecna żona, która też wtedy studiowała informatykę, dała mi znać z Finlandii, gdzie pojechała do pracy, że jest tam firma, która jest w stanie zatrudnić każdą liczbę informatyków. Pojechałem na rok i była to dla mnie prawdziwa szkoła życia. Zajmowałem się tam wszystkim na co tylko było zapotrzebowanie: od montowania komputerów po instalację sieci lokalnych i pisanie oprogramowania. Była to też okazja, żeby poznać najnowocześniejsze rozwiązania IT dostępne wtedy na rynku, jak chociażby bazę danych Btrieve firmy Novell, która jako jedna z niewielu mogła wtedy działać w sieci opartej o komputery PC.

– To dlaczego nie został tam pan na stałe?

– Bo, po pierwsze, nigdy tego nie planowałem, a po drugie, wraz z przyszłą żoną na tyle pogłębiliśmy w Finlandii nasze umiejętności w zakresie informatyki, że postanowiliśmy je z pożytkiem wykorzystać w naszym kraju, zakładając jeszcze na studiach niewielką firmę komputerową świadczącą usługi programistyczne dla sektora MŚP. Jednak pomysł, żeby oprogramowanie księgowe czy do zarządzania magazynem pisać w bardzo popularnym w tamtych czasach w Polsce języku bazodanowym Clipper, a nie chociażby w Btrieve, okazał się chybiony, bo napisane przez nas programy nie mogły efektywnie działać w sieci, więc generalnie były mało użyteczne w większych instalacjach. Równolegle zatrudniłem się na Politechnice Warszawskiej, gdzie pracowałem jako asystent, ucząc informatyki, ale dość szybko doszedłem do wniosku, że takie rozmienianie się na drobne nie ma większego sensu i że trzeba podjąć radykalne kroki, żeby to zmienić. Własną firmę postanowiliśmy więc z żoną zamknąć, a ja w tym samym czasie zrezygnowałem z pracy na uczelni i… trafiłem do firmy konsultingowej Hogart, która wtedy dopiero raczkowała, a ja byłem jej pierwszym pracownikiem, nie licząc właścicieli.

– Warto było iść z własnego start-upu do cudzego?

– Tak, bo Hogart miał konkretny pomysł na rozwój. Ja swoją karierę w nim zacząłem od tłumaczenia oprogramowania wspomagającego zarządzanie klasy ERP pewnej niemieckiej firmy, które działało na komputerach bazodanowych IBM-a o nazwie AS-400. Program ten w Polsce się jednak nie przyjął, a i sama firma niedługo potem została przejęta przez niemieckiego software’owego potentata – SAP AG. Ponieważ Hogart miał zostać w Polsce jego partnerem biznesowym, skorzystałem z zaproszenia i wyjechałem na kilka miesięcy do centrali w Walldorf, gdzie zajmowałem się lokalizacją sztandarowego systemu klasy ERP. I dużo się przy tym projekcie nauczyłem.

– Nie kusiło pana, aby zostać tam na stałe?

– Niespecjalnie. Uważałem, że moje miejsce jest w Polsce, gdzie możliwości rozwoju były praktycznie nieograniczone. Ostatecznie Hogart nie dogadał się z SAP co do warunków współpracy, za to ja otrzymałem propozycję pracy z właśnie otwieranego oddziału SAP w Polsce. Nie skorzystałem z niej, bo Hogart zaproponował mi wtedy wyspecjalizowanie się w konsultingu biznesowym, co było dla mnie niezwykle pociągające. Moim mentorem został bowiem sam Janusz Przyklang, który wcześniej zajmował się dokładnie tym samym we francuskim oddziale Andersen Consulting i miał duże doświadczenie w prowadzeniu projektów reorganizacji i wdrożeń systemów IT. A ja przecież, pisząc komercyjne programy dla biznesu jeszcze w czasie studiów, zdążyłem co nieco zrozumieć, na czym polega zarządzanie firmą i jak przebiegają procesy biznesowe.

– I z takim bagażem doświadczeń trafił pan do Oracle?

– Nie tak szybko. Gdy umowa o współpracy z SAP nie doszła do skutku, Hogart zaczął szukać innego systemu klasy ERP, który mógłby wdrażać i jego wybór padł na J.D. Edwards. I to właśnie na nim zjadłem potem zęby wdrażając go przez dziewięć lat u wielu klientów, aż do mojego rozstania z Hogartem w 2002 r. Nieco później J.D. Edwards został przejęty przez firmę PeopleSoft, a ta kilka lat później przez Oracle, więc trafiając do tej korporacji znowu miałem do czynienia z systemem, który znam od podszewki.

– Czy rozstanie z Hogartem miało związek z kryzysem gospodarczym w 2000 roku?

– Tak, to były trudne czasy dla biznesu IT. Mimo że dział J.D. Edwards, za który odpowiadałem, mógł się pochwalić całkiem niezłymi wynikami, trzeba było dokonać dość istotnej restrukturyzacji. Ponieważ przez lata włożyłem mnóstwo serca w rozwój firmy i w budowanie profesjonalnego zespołu konsultantów, nie do końca identyfikowałem się z tym kierunkiem zmian i późniejsze rozstanie z firmą było tego konsekwencją.

– Szybko znalazł pan nową pracę?

– Tak, ale pracowałem w niej tylko przez półtora roku. Była to specjalizująca się w outsourcingu IT firma Incenti, w której udziały miało dwóch potentatów polskiego rynku: TP SA oraz Prokom. Firma była pionierem w oferowaniu na polskim rynku rozwiązań IT w chmurze obliczeniowej, co było dla mnie bardzo interesujące. Rynek nie był wtedy jednak gotowy na takie podjeście do IT, a sama firma, moim zdaniem, miała zbyt ogólną ofertę, nie specjalizując się w żadnym konkretnym obszarze i jednocześnie nie posiadając własnych rozwiązań. W efekcie, żeby realizować oczekiwane wyniki trzeba było dołączyć do usług outsorcingu również sprzedaż produktów. Taki profil działalności firmy odbiegał od tego, co chciałem robić, więc odpowiedziałem na zainteresowanie moją osobą ze strony Oracle Polska.

– Jak do tego doszło?

– Propozycja wyszła od Pawła Piwowara, ówczesnego jej dyrektora generalnego. Znaliśmy się jeszcze z czasów, gdy on pracował w Computerlandzie, z którym z kolei blisko współpracował Hogart. Miałem pracować w polskim oddziale jako dyrektor ds. konsultingu IT, ale procedury związane z podjęciem zatrudnienia trwały na tyle długo, że do Oracle Polska trafiłem dopiero po pół roku. Do moich obowiązków należało zarządzanie działem liczącym ok. 40 osób, co nie było jednak dla mnie jakimś szczególnym wyzwaniem, bo zarówno w Hogarcie, jak i w Incenti kierowałem oddziałami tylko nieznacznie mniejszymi. Specjalizowaliśmy się we wdrażaniu zarówno produktów aplikacyjnych, jak i technologicznych, i to z na tyle dużymi sukcesami, że po dwóch latach rozszerzono zakres mojej odpowiedzialności o kraje bałtyckie, a po kilku następnych o całą Europę Centralno-Wschodnią i region CIS za wyjątkiem Grecji i Turcji. W sumie blisko 30 krajów, w których obecnie podlega mi ok. 300 pracowników. Tego typu biznes szczególnie dobrze rozwijał się w Polsce, a do naszych największych klientów można zaliczyć Polpharmę i jej spółki zależne, w których wdrożyliśmy nasz system ERP, ale także ARiMR, gdzie oprócz systemu ERP działa także nasz system kadrowo-płacowy, Policję oraz PZU, gdzie z kolei działa nasz system do zarządzania finansami. A to solidne referencje.

– Jednak zarządzanie polskim oddziałem, gdzie pracuje ponad 500 osób, jest związane z radzeniem sobie z zupełnie innego rodzaju wyzwaniami. Jaką ma pan na to receptę?

– Dla mnie najważniejsze są dwa aspekty łączenia funkcji dyrektora generalnego Oracle Polska i wiceprezesa ds. konsultingu w Europie Centralnej i Wschodniej. Pierwszy to umiejętność delegowania odpowiedzialności, do czego trzeba mieć jednak odpowiednich współpracowników, których można obdarzyć zaufaniem, co nie oznacza jednak, że nie należy mieć też wdrożonych odpowiednich procesów i mechanizmów kontroli. Drugi to odpowiednia komunikacja wewnątrz firmy. Prosty i przekonujący przekaz jest potrzebny managerowi po to, by mógł swoją wizją zarażać innych pracowników. I mam tu na myśli nie tylko tych wysokiego szczebla, ale także tych szeregowych, żeby mieli jasność, co robią i po co. Wtedy jest bowiem dużo większa szansa na to, by firma osiągnęła zamierzone cele, a pracownicy czerpali satysfakcję z pracy.

– Poznał pan już wszystkich swoich pracowników?

– Nie, i jest to raczej niemożliwe, bo zostając dyrektorem generalnym polskiego oddziału nie zrezygnowałem z kierowania działem konsultingu w regionie EE i CIS, więc do starych obowiązków doszło wiele nowych, całkowicie odmiennych od dotychczasowych. Na szczęście w dziale, za który odpowiadałem wcześniej, zostali ludzie, na których mogę polegać, więc więcej czasu mogę teraz poświęcić zarządzaniu strukturą firmy w Polsce oraz współpracy z partnerami i klientami końcowymi.

– Co wyróżnia Oracle na rynkach światowych?

– Jak słusznie pan zauważył na samym początku naszej rozmowy, Oracle jest obecnie firmą komputerową nr 1 w obszarze rozwiązań dla biznesu. W ofercie mamy zarówno najwyższej klasy sprzęt, jak i oprogramowanie, w którym to segmencie też zajmujemy pozycję światowego lidera. I są to nie tylko rozwiązania bazodanowe, które od zawsze były klasą dla siebie, czy wspierające zarządzanie przedsiębiorstwem klasy ERP, ale także branżowe dla handlu, telekomunikacji czy bankowości. Jeśli dodać do tego rozwiązania sprzętowe pozyskane poprzez przejęcie kilka lat temu firmy Sun Microsytems, naszą ofertę można uznać za kompletną, a taką mało kto może zaoferować na świecie.

– Oracle w ciągu kilku ostatnich lat kupił ponad 100 firm. Czy ten trend będzie w przyszłości kontynuowany?

– Nasza firma w coraz większym stopniu stara się wyprzedzać potrzeby klientów i uczynić z technologii IT wehikuł rozwoju dla przedsiębiorstw. Dlatego nieustannie badamy, jakich rozwiązań może potrzebować rynek, a następnie analizujemy, w jaki sposób możemy te potrzeby zaspokoić. Czy to przejmując jakiś podmiot rynkowy, który ma w tym obszarze doświadczenie, czy też angażując własne środki w rozwój stosownego produktu. W obu przypadkach Oracle wytycza nowe trendy, które mogą pomóc klientom w prowadzeniu biznesu.

– A które segmenty rynku Oracle uważa za najbardziej perspektywiczne ze swojego punktu widzenia?

– Ciągle widzimy duży potencjał w sektorze „utilities”, czyli energetyce, ciepłownictwie, branży gazowniczej oraz wodno-kanalizacyjnej, ale także w sektorze publicznym. W Polsce dochodzi jeszcze do tego dynamicznie rozwijający się sektor MŚP, który z roku na rok zwiększa przychody z eksportu. A to oznacza, że on także potrzebuje nowoczesnych rozwiązań informatycznych.

– A które z waszych rozwiązań sprzedają się najlepiej na świecie?

– Często jesteśmy utożsamiani z narzędziami do zarządzania bazami danych, które stały się faktycznie standardem i na które popyt nie spada od lat. Ale duże sukcesy odnosimy także w innych segmentach oprogramowania, takich jak middleware czy aplikacje biznesowe. Do tego dochodzi bardzo szybko rosnący segment systemów sprzętowo-programowych i, co więcej, mamy strategię, jak go dalej rozwijać.

Kluczowym elementem bieżących sukcesów Oracle jest jednak oferowane środowisko chmurowe Oracle Cloud. Tempo wzrostu tego segmentu oferty jest niesamowite. Oracle oferuje w chmurze zarówno technologię PaaS (platforma jako usługa – przyp. red.), infrastrukturę IaaS (infrastruktura jako usługa – przyp. red.), jak i aplikacje SaaS (oprogramowanie jako usługa – przyp. red.). Co więcej, liczba oferowanych przez nas aplikacji biznesowych w chmurze wzrosła w ub.r. o ponad 30 proc.

Coraz lepiej zaczynają się też sprzedawać produkty do gromadzenia i analizowania big data. Bo przecież my mamy w swojej ofercie nie tylko narzędzia do zarządzania hurtowniami danych, ale także Big Data Appliance – urządzenie do efektywnego przetwarzania danych nieustrukturyzowanych, jak i strukturalnych za pomocą takiego samego zapytania SQL-owego, czego nikt inny nie oferuje na rynku. I te właśnie możliwości zaprezentowaliśmy na ostatnim kongresie Oracle

Open World w San Francisco. Z innych nowych rozwiązań sprzętowych za najciekawsze można uznać Zero Data Loss Recovery Appliance, które jest w stanie robić backup w czasie rzeczywistym, czyli bez przerywania pracy systemu i bez jego dodatkowego obciążania.

Rozmawiał Wojciech Gryciuk

CO LUBI PIOTR WITCZYŃSKI?

Wypoczynek – wszędzie tam, gdzie jest mało ludzi i dużo ryb do złowienia, np. w Norwegii i Szwecji, ale też na Kamczatce, Półwyspie Kolskim czy Syberii Centralnej, w najbliższych planach – Czukotka

Kuchnia – fusion ze szczególnym uwzględnieniem ryb w każdej postaci oraz owoców morza, zna się też na winach i kocha zwiedzać winnice

Restauracja – „La Rotisserie” w hotelu La Regina w Warszawie

Hobby – wędkarstwo muchowe, jazz, kino (uwielbia Tarantino), książki, które czyta powoli, ale uważnie – ulubione to: science-fiction (ostatnio po raz n-ty „Fundacja” Asimova), podróżnicze (np. Ossendowski), wielka czwórka pisarzy amerykańskich (Hemingway, Caldwell, Faulkner, Steinbeck), a sporadycznie fantasy (Sapkowski), na biznesowe nie ma za dużo czasu, ale ostatnio przeczytał „DNA innowatora” Dyera, Gregersena i Christensena

Sport – kiedyś grał wyczynowo w tenisa, a do niedawna regularnie grywał w piłkę nożną, obecnie, ze względu na brak czasu, stara się biegać dla zdrowia dwa razy w tygodniu oraz przynajmniej raz do roku wyjechać na narty

Rozmowa z Maxem Maciejem Idzikiem, Head Trader and CEO w Traders Centre

ROZMOWA Z MAXEM MACIEJEM IDZIKIEM,  HEAD TRADER AND CEO W TRADERS CENTRE

– Jest pan jednym z nielicznych ludzi biznesu, którzy mogą o sobie powiedzieć: wyjechałem za granicę, żeby uruchomić biznes w Polsce…

– Moja historia zawodowa jest rzeczywiście dość niezwykła. Studiowałem na Wydziale Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej, specjalizując się w upraszczaniu procesów zarządzania. Inspirowały mnie wtedy rozwiązania Toyoty, ponieważ tego rodzaju innowacje pozwoliły Japonii nie tylko wydobyć się z gruzowiska II Wojny Światowej, ale też zostać jedną ze światowych potęg.

Po uzyskaniu dyplomu w 2000 roku podjąłem pracę w polskim oddziale firmy motoryzacyjnej WABCO Vehicle Control Systems, notabene notowanej na Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych NYSE. Była to o tyle ciekawa praca, że przenosiliśmy z Niemiec i Holandii do Wrocławia produkcję układów hamulcowych do ciężarówek. Odpowiadałem za 5 linii produkcyjnych, które trzeba było rozebrać i na nowo złożyć, a następnie uzyskać audyt Mercedesa, MAN-a i Scanii. 


– Jak na pierwsze zajęcie świeżo upieczonego absolwenta – był to znakomity wstęp do kariery managerskiej.

– Zdecydowałem się jednak zmienić pracę i przejść do Valeo, działającego również w branży motoryzacyjnej koncernu o francuskich korzeniach. Zostałem inżynierem procesu produkcji, moje zadanie polegało na wyszukiwaniu dziur w procesie produkcyjnym. Znów jednak otrzymałem kolejną, bardziej atrakcyjną finansowo propozycję – tym razem od szwedzkiej firmy Weibulls Horto, która dostarczała ramy do Volvo. Przez ponad rok prowadziłem grupę ponad stu spawaczy. Miałem wtedy zaledwie 24 lata. Dzięki wysokiej wydajności udało nam się poszerzyć kontrakt z Volvo o 15 mln dol. Nie było to, rzecz jasna, tylko moje dzieło, ale stanowiłem główny filar zespołu, któremu udało się tego dokonać. Moje umiejętności w dziedzinie usprawnień zostały szerzej dostrzeżone… 

– I to zapewne skłoniło pana do wyjazdu za granicę? 

– Dostałem propozycję pracy w niewielkiej firmie w Anglii, gdzie wyjechałem w 2003 roku. Polska nie należała wówczas jeszcze do Unii, w związku z tym załatwienie formalności trwało dość długo. Kiedy wjeżdżałem na teren Wielkiej Brytanii, musiałem pokazać wszystkie stosowne dokumenty. Rozmawiający ze mną urzędnik stwierdził ze zdziwieniem: „Chciałbym tyle zarabiać, co pan”. Trafiłem do nietypowego przedsiębiorstwa – Haygrove. Bogaty farmer, zajmujący się uprawą owoców, postawił fabrykę elementów tuneli foliowych.

Po dwóch tygodniach mapowania procesu, namówiłem właściciela, by wszystkie urządzenia poustawiać na nowo. Zastosowałem metodologię demand flow, którą poznałem wcześniej w WABCO, zakładającą, że nic nie produkujemy do magazynu, a tylko realizujemy zamówienia. Efekty były znakomite, ale, niestety, mikropodwyżka jaką mi zaproponowano, głęboko mnie rozczarowała. W związku z tym po roku przeniosłem się do wielkiej huty szkła należącej do Guardian Industries, gdzie przepracowałem prawie cztery lata jako inżynier i manager.

Zaczynałem jako suprvisor, by w końcu awansować na superintendenta, czyli managera produkcji. To, co robiłem, dawało mi wielką satysfakcję, ale zupełnie nie przekładało się na moje pobory. Szkło wytwarzane jest w produkcji ciągłej, szczególnie ważne jest to, jaka ilość trafia na nowo do pieca, gdzie jest przetapiana. Kiedy zaczynałem usprawnienia huta uzyskiwała 86 proc. czystego szkła, żeby dojść do 93 proc. To ogromny skok, oznaczający wielomilionowe oszczędności. Tymczasem miałem dostać podwyżkę na poziomie 200 funtów… Pomimo, że bardzo lubiłem tę pracę, doszedłem do wniosku, że czas na zasadniczą zmianę.

Do zapoznania się z resztą wywiadu z Maxem Maciejem Idzikiem zapraszamy do kwietniowego numeru Managera.

Rozmowa z Ewą Łabno-Falęcką, dyrektor External Affaires w Mercedes-Benz Polska

ROZMOWA Z EWĄ ŁADNO-FALĘCKĄ, DYREKTOR EXTERNAL AFFAIRES W MERCEDES-BENZ POLSKA

– W jednym z wywiadów twierdzi pani, że świat biznesu jest raczej męski.  Czy, pani zdaniem, trzeba to zmieniać? co wnoszą do biznesu kobiety?

– Świat biznesu, polityki i nauki jest światem męskim, zarówno jeśli chodzi o styl przywództwa, jak i ilościowy udział kobiet w wyższym managemencie czy wśród kadry profesorskiej. Tradycyjnie męski styl przywództwa to najczęściej styl autorytarny, w którym samodzielnie decydujący samiec alfa oczekuje od podwładnych wykonywania zadań. Dominuje podejście „kto kogo pokona” i „wszystko albo nic”. Każdy kompromis jest odbierany jako porażka. Męskie ego nie pozwala na dążenie do poszukiwania konsensusu i harmonijnego rozwiązywania problemów, tak aby wszystkie strony zachowały twarz. Ale na szczęście, ten styl z różnych powodów odchodzi do lamusa.

W ubiegłym roku pojawiła się na rynku książka Johna Gerzemy i Michaela D’Antonio „Doktryna Ateny”. Mówi ona mniej więcej tyle, że ziemia byłaby lepszym miejscem, gdyby mężczyźni myśleli bardziej jak kobiety i w stylu przywództwa wykorzystywali umiejętności i wartości powszechnie kojarzone z kobietami: współpracę, intuicję, lojalność, komunikację – czyli wyjaśnianie „dlaczego” i „po co” coś robimy – partycypację, dialog i dzielenie się wiedzą.

W „Doktrynie Ateny” jej autorzy pokazują, dlaczego kobiecość to system operacyjny sukcesu w przyszłości. Dzisiaj takie cechy, jak elastyczność, empatia, szacunek dla człowieka i uczciwość ważą więcej niż „twarde” cechy nakazowego przywództwa. Nie wspominając o tym, że Generacja Y nie toleruje takiego stylu. A Millenialsi już za 10 lat będą stanowić 75 proc. siły roboczej. 

– Czy płeć ma znaczenie w zarządzaniu? czy widzi pani różnice między funkcjonowaniem firmy zarządzanej przez kobietę a firmą prowadzoną przez mężczyznę? Jeśli tak, to jakie?

– Nie tylko płeć ma znaczenie, ale generalnie diversity, czyli różnorodność. Jest ona największa w Dolinie Krzemowej, laboratorium innowacji. Amerykański socjolog Richard Florida w licznych badaniach udowodnił po- nad wszelką wątpliwość, że zróżnicowany zespół (różne płci, narodowości, wyznania czy orientacje) gwarantuje lepsze zrozumienie potrzeb klienta, bardziej oryginalne pomysły i lepsze wyniki. Pamięta pani film „Czego pragną kobiety”? Mel Gibson jako marketingowiec chce promować dam- skie ubrania Nike’i przez obraz półnagiej modelki pod wodospadem rozkosznie rozpryskującym się na jej lśniącym ciele. Helen Hunt jako szefowa marketingu myśli kompletnie inaczej: dla niej uprawianie sportu to obszar wytchnienia od zadań, obowiązków i gierek: „No games, only sport”. I to ona wygrywa w przetargu na lepszy pomysł kampanii.

Fakty i konkluzje ze wspomnianej „Doktryny Ateny” prowokują, nawet mogą niepokoić tych „męskich” liderów, którzy boją się zmian wokół nas: zmiany perspektywy, celów czy zmiany potrzeb i postaw klientów, którzy coraz częściej nas oceniają, chcą dyskutować z firmą czy marka, czy wręcz domagają się partycypacji w tworzeniu produktów. Kobiety lepiej znoszą uwagi, wchodzą w dialog i umieją zaakceptować odmienne zdanie. A to jest dzisiaj kluczem do sukcesu! Dlatego udział kobiet w gremiach zarządczych to nie skomlenie o równouprawnienie, ale ogromna szansa na lepszy biznes. Nasz skomplikowany, oparty na relacjach, a jednocześnie zatomizowany i zindywidualizowany świat domaga się nowego sposobu myślenia, opartego na budowaniu i wykorzystaniu innych wartości niż to było w epoce agrarnej czy przemysłowej. Przewidział to doskonale Alvin Toffler już po koniec lat 70. i opisał w książce „Trzecia fala”. Mówi w niej o ekonomii prosumenckiej, potędze mniejszości, demokracji na pół bezpośredniej oraz podziale decyzji. W tej historiozoficznej i socjologicznej „trzeciej fali” potrzebujemy więcej kobiecych wartości, które w połączeniu z męskimi dadzą szanse na bardziej zrównoważony rozwój społeczny i gospodarczy.

Do zapoznania się z resztą wywiadu z Ewą Łabno-Falęcką zapraszamy do kwietniowego numeru Managera.

Maks Kraczkowski

ROZMOWA Z MAKSEM KRACZKOWSKIM, POSŁEM NA SEJM RP 

– Czy już na studiach planował pan karierę managerską lub polityczną?
– Polityka jest fascynująca dla wielu osób, które decydują się na studia prawnicze. Prawo, siłą rzeczy, związane jest z legislacją – procesem tworzenia prawa. Umowy, o których często dyskutują prawnicy, różnego rodzaju fuzje, przejęcia, koncepcje prowadzenia biznesu oparte są zawsze o fundament prawny. Polityka była dla mnie czymś interesującym, ale na studiach koncentrowałem się na zagadnieniach prawa gospodarczego i prawa pracy. Nie myślałem wówczas o wejściu w politykę tak szybko, jak się to wkrótce potem zdarzyło.

– Skąd pańskie zainteresowanie gospodarką?
– Mój ojciec prowadził działalność gospodarczą jeszcze w czasach poprzedniego systemu, mama zdecydowała się zająć biznesem po roku 1989. Rodzice są prawnikami, ale mają dobry gen przedsiębiorczości. Nie boją się podejmowania ryzyka, oczywiście pod warunkiem, że kluczowe decyzje poparte są analizą możliwych zysków. Korzystając z możliwości jakie stworzyła zmiana systemu – zainwestowali w biznes restauracyjny i, szerzej, gastronomiczny.

– Dlaczego nie zajął się pan rodzinnym biznesem?
– Odebrałem dyplom w 2000 r., istotnie szybciej niż większość moich rówieśników z rocznika 1979.

– Na marginesie – maturę zdał pan mając 16 lat?
– Tak. Podczas studiów zaangażowałem się we wspólną działalność z rodzicami, jednak po magisterium zdecydowałem się na praktykę w Sądzie Rejestrowym. Praca urzędnicza była dla mnie sporym rozczarowaniem, w związku z czym postanowiłem spróbować samodzielnie sił w biznesie. Było to wymagające, lecz również fascynujące doświadczenie.

– Od czego pan zaczął?
– Mieszkałem w Konstancinie, jedynym uzdrowisku na Mazowszu, gdzie brakowało prywatnych, dynamicznych obiektów pensjonatowo-leczniczych. Inwestując po części rodzinny kapitał, kupiłem teren w dobrej strefie uzdrowiskowej i uzyskałem projekty i stosowne pozwolenia budowlane, co stanowiło mój wkład w zaplanowane przedsięwzięcie, wspólnik miał sfinansować budowę. Niestety, wycofał się bez uzasadnienia, a ja zostałem z wysokim kredytem. Cóż, w biznesie bywa i tak. Nie zawsze odnosi się sukcesy pomimo uczciwej pracy i zaangażowania. Prowadziłem również firmę specjalizującą się w doradztwie gospodarczym przy zawieraniu umów. Bardzo mi się nie podobał wówczas funkcjonujący kuriozalny system uzyskiwania aplikacji. Postanowiłem udowodnić, że jestem w stanie funkcjonować na rynku po prostu jako absolwent prawa. Pomimo pierwszych kłopotów z nieruchomościami zainwestowałem w zakup lokalu na warszawskiej Starówce, tuż przy Placu Zamkowym. Początkowo miała to być po prostu dobra inwestycja – pośrednik nie bez racji przekonywał mnie że to „szansa jedna na milion”. Chciałem urządzić tam elegancki piano bar w stylu wiedeńskim. Chłodna analiza możliwości jakie stwarzał ten lokal spowodowała, że zdecydowałem się… na delikatesy. W szybkim tempie kupiłem niezbędne urządzeni, skompletowałem zespół, znalazłem dobrych managerów. Biznes m.in. dzięki lokalizacji okazał się strzałem w dziesiątkę. Jak pan widz, moje doświadczenia jako przedsiębiorcy powodują, że, w odróżnieniu od sporego grona polityków, wiem z własnego doświadczenia, z jakimi realnymi problemami borykają się na co dzień przedsiębiorcy.

– Kiedy zaczęła się pańska przygoda z polityką?
– Pod koniec studiów – pomimo innych zajęć – postanowiłem sprawdzić się i w tym obszarze. Był to czas ożywionej, bardzo inspirującej z mojego punktu widzenia, działalności Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości. Któregoś dnia wpadłem do biura poselskiego Ludwika Dorna i na pytanie: „W czym możemy panu pomóc?”, odpowiedziałem przewrotnie: „to ja chciałbym zapytać, w czym mogę pomóc.” Miałem koncepcję stworzenia systemu bezpłatnej pomocy prawnej dla warszawiaków. Zaproponowałem utworzenie miejsca bezpłatnych konsultacji prawnych dla wszystkich zainteresowanych. Projekt doskonale sprawdził się w praktyce. Wkrótce potem okazało się, że dobrze sobie radzę z organizacją życia struktur. Zostałem poproszony o stworzenie tzw. młodzieżówki. Działo się to w okresie, gdy powstawało Prawo i Sprawiedliwość. Jako 21-latek przystąpiłem do pracy z wielkim zapałem. Do dziś co jakiś czas wyszukuję sobie zajęć, które stanowią dla mnie pewnego rodzaju test – czy sobie poradzę z nowym wyzwaniem.

– W końcu zdecydował się pan zostać politykiem.
– Od razu dodam: politykiem koncentrującym się na sprawach gospodarczych. Przez kilka lat byłem szefem młodzieżówki. Zrezygnowałem z tej funkcji, ponieważ zostałem sekretarzem Zarządu Głównego PiS. W tym samym czasie w wyniku wyborów zacząłem aktywnie działać jako radny w Warszawie, a wkrótce potem szef Komisji Rewizyjnej Rady Miasta. Po niedługim czasie powierzono mi obowiązki wiceprezesa, a następnie p.o. prezesa struktury PiS w Warszawie. Wszystko to wydarzyło się dość szybko, zanim ukończyłem 25 lat. Na tym etapie byłem jeszcze w stanie łączyć prowadzenie biznesu z zaangażowaniem w politykę, ale czułem, że wkrótce muszę odpowiedzieć na pytanie, co dalej. Na marginesie – nawiązałem wówczas szereg kontaktów z ciekawymi ludźmi, z którymi lubimy się do dzisiaj, choć reprezentujemy przeciwne obozy polityczne. Doszedłem wówczas do wniosku, że można wiele dobrego zdziałać wspólnie, w oparciu o fachowość i profesjonalizm współpracy pomiędzy różnymi środowiskami politycznymi.

– Kolejny etap to dla pana Sejm.
– Jako szef młodzieżówki jeździłem po całej Polsce, odwiedziłem bodaj wszystkie powiaty. To była bardzo pouczająca lekcja – pewne sprawy widziane z perspektywy lokalnej wyglądają zupełnie inaczej niż z Warszawy. Włączyłem się w batalię o otwarcie dostępu do zawodów prawniczych, zapoczątkowaną przez posła Przemysława Gosiewskiego. Wspólnie braliśmy udział w wielu spotkaniach i debatach ze studentami prawa. W 2005 roku otrzymałem propozycję kandydowania w wyborach parlamentarnych, powierzono mi jeden z trudniejszych wówczas dla mojej partii okręgów – pilski. Z niektórych sondaży wynikało, że mamy tam szansę zawalczyć o jeden mandat, podczas gdy w innych okręgach były to przynajmniej dwa mandaty. Moim silnym konkurentem był Adam Szejnfeld, z którym dobrze się znamy i mamy bardzo dobry kontakt. Pomimo niekorzystnych rokowań, udało nam się uzyskać w Pile 2 mandaty. Dodam, że w okresie kampanii zaangażowałem się również z gronem swoich współpracowników w przygotowanie programu gospodarczego partii. W pierwszych dniach w Sejmie wyraźnie określiłem krąg zainteresowań: gospodarka i prawo. Trafiłem do dwóch komisji – Gospodarki oraz Ustawodawczej. Zostałem też wybrany na szefa podkomisji stałej ds. Trybunału Konstytucyjnego. Po kilku miesiącach otrzymałem propozycję przewodniczenia Komisji Gospodarki. Na początku miałem mnóstwo wątpliwości, czy jako co prawda praktyk gospodarczy, ale przecież zaledwie 26-latek, dam sobie radę. Podjąłem się tego zadania i od razu okazało się ono niełatwe, zwłaszcza wtedy, gdy zamiast argumentacji merytorycznej miałem do czynienia z wyrażanymi agresywnie opiniami czysto ideologicznymi. Temperatura sporu politycznego była nierzadko zbyt wysoka… Jestem zwolennikiem zupełnie innego podejścia, rozmowy o określonym problemie, bez doktrynalnego kontekstu. Nawet najpoważniejsze kwestie można rozwiązać spokojnie, krok po kroku.

– Pańscy koledzy, posłowie z Komisji Gospodarki, docenili ten sposób myślenia nie odwołując pana z przewodniczenia komisji, pomimo zmiany układu sił w czekającym na samorozwiązanie Sejmie.
– Miło mi, że o tym pan pamięta. Wiedząc o tym, że zostanie zgłoszony wniosek o moje odwołanie, poprosiłem członków komisji, byśmy najpierw wyczerpali porządek dnia w kategoriach merytorycznych, a potem przegłosowali sprawę zmiany prezydium. Pomimo, że partie opozycyjne swobodnie mogłyby mnie usunąć, wielu posłów strony przeciwnej – solidaryzując się ze mną – nie poparło wniosku w głosowaniu. Mój późniejszy zastępca, poseł PO Andrzej Czerwiński, którego bardzo szanuję jako specjalistę w dziedzinie energetyki, otwarcie wyraził pogląd, że wniosek o moje odwołanie miał charakter czysto polityczny, a ja jestem dobrym przewodniczącym.

– Kiedy rozmawiam z managerami czołowych firm, często słyszę opinie: w Sejmie zasiada stanowczo zbyt wiele osób, które nic nie wiedzą o gospodarce. Co gorsza – gospodarka zawsze schodzi na dalszy plan, gdy pojawia się efektowny, choć mało istotny, temat polityczny.
– Problem polega na tym, że wszyscy przedstawiciele władz sądzą, że… świetnie znają się na gospodarce. To jest prawdziwy kłopot. Ktoś kto ma świadomość, że niewiele wie na określony temat, może i powinien korzystać z szerokiego zaplecza eksperckiego. Tak się jednak nie dzieje. Parlamentarzyści mają dostęp do ekspertów i zasobu sejmowego biura analiz, ale stanowczo za rzadko korzystają z tej pomocy. Co gorsza, dialog społeczny między pracodawcami i przedstawicielami pracowników został zawieszony. To potężny problem. Nigdy jako parlamentarzysta nie zamykałem drzwi przed ludźmi biznesu, traktuję kontakt z nimi jako naturalny.

– W okresie, o którym mówimy, był pan już zawodowym posłem?
– Zwykle jest tak, że jeśli chcemy łapać sto srok za ogon, żadnej nie złapiemy. W połowie piątej – a mojej pierwszej kadencji Sejmu (zostałem wybrany na posła dotychczas trzykrotnie) podjąłem decyzję, że zajmę się wyłącznie pracą parlamentarną. Moją decyzję przyspieszyła krótka rozmowa z prezesem Jarosławem Kaczyńskim, który powiedział : „Jeżeli chce pan poważnie zajmować się sprawami gospodarczymi, sam nie powinien być pan zaangażowany w przedsięwzięcia gospodarcze.” Dzisiaj wiem, że miał rację. Skoncentrowałem się na działalności politycznej na rzecz gospodarki. Zajmuję się tym od 10 lat.

– Największe pana sukcesy na tym polu?
– Po prostu metodyczna, solidna praca w Komisji Gospodarki, której jestem obecnie wiceprzewodniczącym. Istotnym wkładem w zmiany systemowe było np. współdziałanie nad planem integracji nadzoru nad rynkiem kapitałowym i ubezpieczeniowym – w ramach KNF. Byłem współautorem tej koncepcji, razem z głównym jej architektem Stanisławem Kluzą i innymi osobami, które brały udział w projekcie. Kolejne ważne sprawy to koncepcje związane z nowoczesną polityką podatkową państwa. Zmniejszenie obciążeń podatkowych nie miało nic wspólnego z polityczną grą – chodziło nam o odciążenie, a zarazem aktywizację podatników.

– Pana nazwisko pojawia się w różnych konfiguracjach w tzw. rządzie cieni…
– Nie chciałbym mówić na ten temat – decyzja będzie należała do przyszłego premiera. Nie traktuję polityki jako trampoliny do skakania po funkcjach ministerialnych. Otrzymałem od ministra Piotra Grzegorza Woźniaka propozycję objęcia stanowiska sekretarza stanu w Ministerstwie Gospodarki, wówczas odmówiłem. Poczułem się wtedy mile doceniony, ale uznałem, że moje plany związane z pracą w Komisji Gospodarki są ważniejsze.

– Jest pan znany z niezależności sądów, nawet wtedy, gdy obowiązuje partyjna dyscyplina w czasie głosowania, jak np. nad objęciem systemu SKOK nadzorem KNF.
– Dziś szczególnie ostro widzę, że miałem wtedy rację. Biorąc pod uwagę moje wcześniejsze prace nad systemem nadzoru finansowego, sprawy nie traktowałem ideologicznie. W sektorze fundamentalna jest stabilność oraz bezpieczeństwo depozytów. Dzięki publicznemu nadzorowi oraz zintegrowanej gwarancji depozytów wiarygodność systemu SKOK dodatkowo zyskała. Bankowy Fundusz Gwarancyjny, przez lata pompowany pieniędzmi, z których generalnie nikt nie korzystał, jest doskonałym gwarantem bezpieczeństwa powierzonych pieniędzy również dla klientów SKOK.

– Kim pan jest: politykiem, działaczem gospodarczym czy też przedsiębiorcą w „stanie zawieszenia”?
– Cóż, pewnie wszystkim po trochu. Polityka to zajęcie, które, jeżeli chcemy wykonywać rzetelnie, ogranicza formy innej aktywności. Będę zajmował się sprawami publicznymi tylko dotąd, dopóki widzę w sobie potencjał twórczego działania i zapał. Kiedy zacznę tracić wiarę w skuteczność swoich działań – mam nadzieję, że nie nastąpi to szybko – widzę możliwość powrotu do biznesu, którego naturalnie się nie boję. Wracając do pytania – zdolności managerskie bardzo przydają się w polityce. Równie ważna jest celowość i uzasadnienie ekonomiczne podejmowanych decyzji. Sztuką jest myślenie poza utartym schematem, dostrzeganie potencjalnych możliwości, lecz i zagrożeń. Na przykładzie wstrząsów wokół kredytów udzielanych w CHF doskonale widać, jak strona publiczna nieudolnie redefiniuje pojęcie podziału ryzyka pomiędzy bankami i ich klientami. Sytuacja ta dobrze obrazuje niemoc skoordynowanego zarządzania w sytuacjach kryzysowych. Biznes uczy skrupulatności, liczenia kosztów. Jest to kluczowe zarówno w skali firmy jednoosobowej, korporacji, jak i całego kraju.

– Co jest najważniejsze w pracy managera i polityka zajmującego się gospodarką?
– Jasne określenie celu. Przyjęcie odpowiedzialnego modelu biznesowego i zgromadzenie wokół siebie mądrych, odpowiedzialnych współpracowników. Odwołam się do przykładu prezydenta Ronalda Regana, który w mistrzowski sposób dobierał doradców, choć nie zawsze byli to ludzie, którzy się z nim zgadzali. Mieli wiedzę i kompetencję.

Co lubi Maks Kraczkowski?

ZEGARKI – „Bardzo wysoko cenię sztukę zegarmistrzowską. Fascynuje mnie precyzja, kunszt projektu mechanizmów. To akceptowalna biżuteria dla mężczyzny. Noszę zegarek Cartier. Od razu dodam, że… nie podlega wpisowi do oświadczenia majątkowego.”
PIÓRA – „Od czasu maturalnych Montblanc, choć nie jest to dla mnie fetysz.”
UBRANIA – „Szyję na miarę od czasu studiów u tego samego krawca – Józefa Błońskiego na Starym Mieście w Warszawie.”
WYPOCZYNEK – „Woda, ponieważ pływam i nurkuję.”
KUCHNIA – „Jem coraz mniej mięsa, więc śródziemnomorska.”
RESTAURACJA – „Żurawina” oraz cukiernia „Słodki-słony” w Warszawie
SAMOCHÓD – Ford Mondeo V6
HOBBY – „Dużo czytam. Cenię różne punkty widzenia. Wolne chwile spędzam z dwoma psami – yorkshire terrierem i wilczurem.”

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...