.
Strona główna Blog Strona 399

Cywilizowanie rynku pożyczek

    Intensywny marketing, stałe poszerzanie oferty i rozwój kanału internetowego sprawiły, że poza bankami z pożyczek online i tzw. chwilówek skorzystał już co dziesiąty Polak, a blisko 60 proc. deklaruje, że zrobi to ponownie

    Przez lata dla wielu polityków, ekonomistów branża pożyczkowa była solą w oku. Pozbawiona typowej dla instytucji bankowych kontroli, choćby ze strony Komisji Nadzoru Finansowego, mimo licznych prób uregulowania z roku na rok rosła w siłę. Od oferty chwilówek nie odstraszały klientów ani drakońskie niekiedy poziomy odsetek, prowizji, ani też innych wymyślnych dodatkowych opłat, co w wielu przypadkach kończyło się wpadnięciem w pętlę zadłużenia. Przyciągały za to przede wszystkim: dostęp online, krótki czas rozpatrywania wniosków oraz brak stosowanych przez banki obostrzeń dotyczących zdolności kredytowej. I ludzie będą nadal szukać pomocy w instytucjach tej branży, przede wszystkim ze względu na poziom zarobków.

    Według prof. Jerzego Żyżyńskiego, nowego członka Rady Polityki Pieniężnej, aż 60 proc. Polaków nie ma żadnych oszczędności, a ci, którzy nawet uważają, że je mają, dysponują kwotą zaledwie kilku tysięcy złotych. Tymczasem według ekspertów, o oszczędnościach można mówić dopiero wtedy, kiedy na koncie ma się tyle pieniędzy, by żyć za nie przez minimum rok bez uzyskiwania dochodów. Niedawna nowelizacja ustaw o nadzorze nad rynkiem finansowym i kredycie konsumenckim (określana popularnie jako antylichwiarska – Dz.U. z 2015 r., poz. 1357) ma za zadanie ucywilizować ten, rozwijający się prężnie poza typową dla instytucji bankowych kontrolą, rynek. Część przepisów obowiązuje już od 11 marca, a kolejne wejdą w życie w kwietniu. Gra idzie o duże pieniądze. Według szacunków Związku Firm Pożyczkowych grupującego głównie podmioty działające na rynku krótkoterminowych pożyczek w internecie, wartość udzielonych w 2016 roku chwilówek może przekroczyć 6 miliardów złotych.

    Dynamiczny rynek
    Branża pożyczek pozabankowych ma w Polsce niezbyt długą historię. Według Andrzeja Rotera, dyrektora generalnego Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF), jej rozwój można podzielić na dwa etapy. Do roku 2011 był to rynek o bardzo ubogiej ofercie i minimalnej konkurencji. Praktycznie za ponad 80 proc. wartości oferty odpowiadała jedna firma (działający w Polsce od 1997 roku Provident). Według ekspertów KPF, w okresie 2008-2011 wartość pożyczek udzielonych przez tę branżę mieściła się w przedziale 2,3-2,6 mld złotych. Wyraźne przyspieszenie nastąpiło od roku 2012, kiedy na rynku pojawiło się wielu nowych graczy, specjalizujących się głównie w sprzedaży internetowej. Wartość umów zawartych przez firmy pożyczkowe przekroczyła wtedy 3 mld złotych, by w roku 2014 osiągnąć już 4,8-4,9 mld złotych. To niezbyt dużo w porównaniu z wartością umów podpisanych w tym samym roku na bankowym rynku kredytu konsumenckiego (77,8 mld zł). Gdy jednak uwzględnimy wyłącznie wartość pożyczek udzielanych w kolejnych latach okresu 2012-2014, dynamika wzrostu wartości rynku wynosiła średnio ok. 23 proc., gdy dla bankowych kredytów konsumenckich – ok. 10 proc.

    Warto w tym miejscu zauważyć, że analizę tego sektora utrudnia brak danych o jakości zbliżonej do statystyk, jakie przygotowuje w przypadku banków KNF czy NBP. Lukę tę starają się wypełnić organizacje grupujące firmy pożyczkowe, które udostępniają dane oparte na badaniach ankietowych. Obecnie w polskim sektorze pozabankowym funkcjonują trzy modele biznesowe domowy, reprezentowany przez takie firmy, jak Provident (należy do międzynarodowej grupy International Personal Finance) czy Bocian Pożyczki (Everest Finanse); oddziałowy (Profi Credit, który wchodzi w skład międzynarodowej grupy Profireal i KREDYTY- Chwilówki) oraz internetowy (Vivus, który należy do 4finance Group, działającej w Europie Środkowej i Skandynawii) oraz brytyjski Wonga.com). Jak wynika z raportu Domu Maklerskiego NWAI „Rynek firm pożyczkowych”, cały sektor osiągnął w 2015 roku 3-3,1 mld złotych przychodów. Ponad połowa rynku należy do Providenta (1,5 mld zł), a jego główni rywale to Profi Credit (ok. 450 mln zł) i Vivus (ok. 350 mln zł). Jak podsumowuje autor raportu Piotr Miliński, „lider zmaga się się jednak ze stagnacją wzrostu, podczas gdy rywale notują 30-40-procentową dynamikę przychodów”.

    Zmiany już są widoczne
    Ostatnia nowelizacja ustawy antylichwiarskiej, której część przepisów weszła w życie 11 marca, już zmieniła pożyczkowy rynek pozabankowy, przede wszystkim jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa konsumentów. Wspominaliśmy już o tym w marcowym „Managerze”, więc teraz tylko przypomnijmy w skrócie, o co chodzi. Po pierwsze: nowe uregulowania wprowadziły limity kosztów pozaodsetkowych pożyczek (prowizja, ubezpieczenie, wizyta w domu klienta, opłata przygotowawcza, itp.). Nie mogą być one większe niż 25 proc. pożyczanej kwoty i 30 proc. tej kwoty w skali roku. Jeśli chodzi o maksymalną wysokość odsetek, nadal obowiązuje 4-krotność stopy lombardowej NBP, czyli 10 proc. w skali roku. Po drugie: wprowadzono maksymalny limit opłat za opóźnienie w spłatach. Do 11 marca pożyczkodawcy mieli tu wolną rękę i stąd zdarzało się naliczanie opłat rzędu 50 zł (a niekiedy i więcej) za wezwanie listowne. Teraz jest to maksymalnie 6-krotność stopy lombardowej NBP, czyli 15 proc. (limit ten ma również obejmować opłaty za czynności windykacyjne). I wreszcie trzecia kwestia to ograniczenie tzw. rolowania długu, czyli spłacania jednej pożyczki kolejną.

    Od 11 marca wszystkie opłaty związane z odroczeniem spłaty muszą mieścić się we wspomnianym wyżej limicie kosztów pozaodsetkowych, który liczy się od pierwszej udzielonej pożyczki i obejmuje także wszystkie inne pożyczki wzięte w ciągu 120 dni. W praktyce oznacza to, że dla firmy pożyczkowej rolowanie stało się nieopłacalne. Już po pobieżnej analizie najnowszych ofert firm pożyczkowych widać wyraźne zmiany, będące konsekwencją tych zapisów. Na przykład Provident, specjalizujący się do tej pory w pożyczkach z tzw. obsługą domową, zdecydował się na wejście na rynek z ofertą internetową. Powód? Obsługa domowa wliczana jest do limitu kosztów i nie można na niej zarabiać już tyle, ile przed 11 marca. Kilka firm zdecydowało się na wydłużenie okresu kredytowania. Zamiast popularnych do niedawna 30-dniowych chwilówek, np. Wonga. com wydłużył ten okres do 60 dni. Wszystko dlatego, że zarówno prowizja, jak i odsetki naliczane są w skali roku, więc im dłuższy okres spłaty, tym zarobek na pożyczce większy. Spory ruch obserwowany jest również jeśli chodzi o prowizje. Te firmy, które oferowały chwilówki z prowizjami przekraczającymi dopuszczalny limit obniżyły je zgodnie z nowymi wymogami. Są jednak i takie, które wcześniej miały prowizje niższe i teraz podniosły je w pobliże ustawowej granicy.

    Co jeszcze czeka firmy pożyczkowe?

    Kolejne zmiany, dotyczące tym razem funkcjonowania samych firm pożyczkowych, wprowadzają zapisy nowelizacji ustawy antylichwiarskiej, które wchodzą w życie od 11 kwietnia. Chodzi o obowiązek dostosowania do nowych wymagań formy prawnej prowadzonej działalności oraz minimalnej wysokości kapitału zakładowego. Od tej daty podmiotami, które prowadzą działalność pożyczkową, nie będą już mogły być ani osoby fizyczne, ani spółki osobowe (jawne, partnerskie, komandytowe). Nowelizacja wprowadza obowiązek prowadzenia takiej działalności tylko w formie spółki kapitałowej, czyli spółki z o.o. lub akcyjnej. Dodatkowo określono minimalną wysokość (200 tys. złotych) i sposób wniesienia kapitału zakładowego (wyłącznie w postaci wkładu pieniężnego). Ustawodawca zastrzegł przy tym, że środki na jego pokrycie nie mogą pochodzić z kredytu, pożyczki, emisji obligacji lub ze źródeł nieudokumentowanych. Nowelizacja wprowadza również obowiązek niekaralności osób zasiadających we władzach spółki pożyczkowej. Taka osoba nie może być wcześniej prawomocnie skazana za przestępstwo przeciwko wiarygodności dokumentów, mieniu, obrotowi gospodarczemu, obrotowi pieniędzmi i papierami wartościowymi lub skarbowe. Kara za niedostosowanie się do nowych przepisów jest dotkliwa – grzywna do 500 tys. złotych i kara pozbawienia wolności do lat dwóch. Z kolei grzywną do 1 mln złotych i karą pozbawienia wolności do lat trzech zagrożone jest ujawnienie informacji stanowiących tajemnicę bankową lub wykorzystanie jej niezgodnie z upoważnieniem określonym w ustawie. Informacje te, po uzyskaniu odpowiedniej zgody klienta, mogą być zbierane i przetwarzane przez instytucję pożyczkową wyłącznie w celu oceny zdolności kredytowej oraz analizy ryzyka kredytowego. Znowelizowana ustawa uprawnia też KNF do prowadzenia postępowania wyjaśniającego wobec firm pożyczkowych, co do których zachodzi podejrzenie, że wykonują działalność bez zezwolenia, a w szczególności z zamiarem oszustwa. Za utrudnianie takiego postępowania będzie grozić grzywna do 500 tys. złotych, kara ograniczenia wolności albo więzienia do lat dwóch.

    Kosztowne dostosowanie, czyli nie wszyscy mogą zdążyć
    Ta grupa zmian prawnych również przyniesie zmiany na rynku. Istnieją obawy, że cześć firm pożyczkowych po prostu może nie zdążyć przed upływem terminu dostosować się do nowych zapisów. Przekształcenie działalności w spółkę kapitałową to bowiem procedura czasochłonna i kosztowna.

    – Dlatego oczekujemy, że na rynku nastąpi konsolidacja i firmy najmniejsze połączą się lub zostaną przejęte przez liderów branży – przyznaje Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych.

    – W oparciu o wyniki finansowe za ostatni rok wyliczyliśmy, że koszt nowych regulacji to dla nas około 30 mln funtów (ok. 168 mln złotych) – powiedział na niedawnej konferencji David Parkinson, prezes Provident Polska. – Wydaje się jednak, że koszty regulacji można ograniczyć o nawet 50 procent, choć będzie to uzależnione od zachowania klientów i konkurencji – dodał.

     

    Ekonomizacja polityki

    Ryszard Czarnecki, jedyny polski wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, o tym, czy doświadczenia managerskie pomagają w polityce

    Spotkaliśmy się, by porozmawiać o polityce w kontekście biznesu, nie sposób jednak nie odnieść się do tego, co stało się ostatnio w Brukseli.
    Po Madrycie AD 2004, Londynie AD 2005 i Paryżu AD 2015 mamy Brukselę. Spodziewaliśmy się tego w Prezydium Parlamentu Europejskiego, choć pewnie dla wielu zaskakująca była skala ofiar i fakt, że nie zaatakowano instytucji UE. Wśród ofiar są, niestety, jak w stolicach i Hiszpanii, i Wielkiej Brytanii, także Polacy. To, co się stało tylko potwierdza słuszność naszej ostrożnej i sceptycznej polityki imigracyjnej.

    Pańska kariera to splot polityki i biznesu, z przewagą tej pierwszej. Czy doświadczenia managerskie mogą być przydatne w pracy europarlamentarzysty?
    Teoretycznie rzecz biorąc to dwa zupełnie różne światy, które jednak stale się przenikają. Próby przejścia z polityki do biznesu zwykle są niezbyt udane, w odróżnieniu od transferów w drugą stronę. Najlepiej świadczy o tym przykład Donalda Trumpa, który zdobywa coraz więcej zwolenników. Na Słowacji w 2014 roku w wyborach prezydenckich wygrał przedsiębiorca Andrej Kiska, którego konkurentem był rasowy polityk, premier Robert Fico.

    A jak to wyglądało w Pańskim przypadku?
    To, czego nauczyłem się jako manager, procentuje do dzisiaj. Dla mnie szczególnie ważna jest praca w zespole. Często powtarzam, że w polityce można być solistą, ale to niewłaściwa droga. Zamiast boksować się ze wszystkimi wokół, lepiej szukać możliwości współpracy. Mając inne nastawienie do świata i ludzi nie mógłbym dobrze pełnić swojej obecnej funkcji, w Parlamencie Europejskim, gdzie pełno jest ludzi o bardzo silnej osobowości.

    Zaczynał Pan jako dziennikarz.
    Jako rodowity londyńczyk poznawałem reguły gry rynkowej pracując etatowo w „Polish Daily”. Po powrocie do kraju zostałem prezesem spółki Norpol-Press we Wrocławiu. Niejedną noc spędziłem w należącej do niej drukarni. Był to początek lat 90. Na rynku pojawiały się nowe tytuły, więc walczyłem wspólnie z moimi współpracownikami o pozyskanie nowych klientów dla drukarni. Przez cztery lata kierowałem redakcją w Polsacie. Przewodniczyłem Radzie Programowej Radia Polonia i szefowałem Radzie Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Udało mi się też połączyć hobby z pracą – gdy przez 8 lat społecznie byłem prezesem i wiceprezesem klubu żużlowego WTS Atlas Wrocław oraz angażowałem się w pracę Rady Nadzorczej klubu piłkarskiego WKS Śląsk. Nawet w okresie, gdy większość czasu poświęcałem polityce, nie zerwałem kontaktu ze światem biznesu – byłem najpierw wiceprzewodniczącym, a od 2013 roku przewodniczącym Rady Nadzorczej spółki „Forum”, która wydaje dziennik „Gazeta Polska Codzienna”, ale także jako członek Rady Nadzorczej „Fratrii” w pierwszym okresie jej działalności. Przewodniczyłem również Radzie Dyrektorów Polish Credit Union. O tej ostatniej instytucji warto powiedzieć kilka słów – jest to kasa oszczędnościowo- kredytowa dla Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Powstała w 2012 roku, mając za wzór podobne instytucje finansowe w USA i Kanadzie. Obecnie angażuję się w działalność PCU jako jej honorowy prezydent.

    Skoro już mówimy o zarządzaniu, co – Pańskim zdaniem – decyduje o sukcesie managera, ale też polityka?
    Jak już wspomniałem, podstawową kwestią jest umiejętny dobór współpracowników. Zespół działa dobrze tylko w jednym przypadku – gdy lider umie jasno określić cele, które chce osiągnąć. A w tej sprawie jestem skrajnym realistą. Uważam, że – wbrew staremu porzekadłu – należy mierzyć zamiary na siły.

    Dlaczego w naszym kraju większość polityków uważa za cnotę trzymanie się jak najdalej od biznesu?
    W krajach tzw. Starej Unii wygląda to zupełnie inaczej. Wystarczy pójść na kongres którejkolwiek z brytyjskich partii, żeby w kuluarach zobaczyć stoiska wielu firm. Jest to dla mnie czymś najzupełniej naturalnym: rozwój krajowego biznesu decyduje o kondycji państwa. Wiedzą o tym liderzy światowych mocarstw wspierający podczas wizyt zagranicznych rodzimych przedsiębiorców. Pamiętam zdziwienie znajomych polityków, gdy podczas wizyty w Polsce Jacques Chirac wprost mówił o konkretnych interesach francuskich firm. Co więcej – uważał, że to jego obowiązek. Podobną rolę pełnią na co dzień ambasady. Chciałbym podkreślić, że jednym z ważniejszych wyzwań jest teraz ekonomizacja naszej polityki zagranicznej.

    Na razie dominuje nieufność…
    To wynik radosnej twórczości lat 90. Gdy formował się krajowy biznes, niektórzy przedsiębiorcy załatwiali sprawy za pomocą toreb pełnych pieniędzy, a przy okazji brali udział w wyborach, by zapewnić sobie immunitet. Relacje polityka-biznes muszą być transparentne. Aby tak się stało, trzeba je sprofesjonalizować. Nie widzę innej alternatywy.

    Jest Pan już trzecią kadencję europosłem, a od 1 lipca 2014 roku wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Czy nasi europarlamentarzyści potrafią odpowiednio wykorzystać swoją obecność w Brukseli działając na rzecz naszego kraju?
    Po wejściu Polski do Unii musieliśmy zrozumieć, jak funkcjonuje europarlament, poznać procedury i zależności. Myślę, że radzimy sobie z tym bardzo dobrze, choć oczywiście nadal powinniśmy się uczyć od najlepszych. Świetnie radzą sobie z tym z pozoru eurosceptyczni Brytyjczycy, którzy lobbują znakomicie, aby wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy z UE. Ciekawy jest przykład Hiszpanii, która przez pierwsze trzy lata obecności w EWG, zamiast korzystać z brukselskiej pomocy, dokładała do wspólnej kasy. Dopiero później nauczyła się, jak załatwiać swe sprawy. Szczególnie istotną sprawą, ważniejszą niż partyjne interesy, jest solidarność przedstawicieli danego kraju, co znakomicie rozumieją Niemcy i Francuzi. Ze zdumieniem patrzyłem np. na Włochów, którzy potrafili głosować przeciw kandydaturze przedstawiciela swojego kraju. Przez wiele lat nasi europarlamentarzyści wspierali każdego Polaka, który – niezależnie od różnic ideologicznych – mógł coś zdziałać dla naszego kraju. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że ostatnio coś pękło i ta niepisana zasada przestała obowiązywać. Zawsze głosowałem na Polaków, obojętnie od ich opcji – dziś nasza opozycja tak w PE już nie czyni. Szkoda.

    Co lubi Ryszard Czarnecki?

    Wypoczynek bardzo często podróżuje służbowo i nigdy się tym nie nudzi. Szczególnie interesuje go azjatycka część byłego ZSRR i Kaukaz Południowy, ale też Afryka – był tam w 16 krajach. Miasto, do którego szczególnie lubi wracać, to Londyn, gdzie się urodził i pracował jako młody człowiek
    Kuchnia j
    est patriotą kulinarnym, ale lubi też prostą, ludową włoską kuchnię oraz kuchnię azjatycką Restauracja niedawno zamknięto jego ulubioną restaurację w Brukseli „La Madonna” na placu Jourdan
    Samochód
    Audi 6
    Hobby s
    port, zwłaszcza żużel i piłka nożna. W 2003 roku obserwował na żywo wszystkie żużlowe Grand Prix. Jako student należał do piłkarskiej reprezentacji Uniwersytetu Wrocławskiego. Będąc posłem grał w ataku w drużynie Sejmu RP wspólnie z Donaldem Tuskiem

     

    Szeroka polska oferta eksportowa

    Wysoka jakość za rozsądną cenę – to główny powód wybierania polskich wyrobów przez zagranicznych klientów. I nie dotyczy to już tylko, jak w przeszłości, wysokoprocentowych alkoholi czy słodyczy, ale coraz szerszej gamy produktów. Polska ma za granicą coraz lepszą renomę.

    W ubiegłym roku wyeksportowaliśmy towary o wartości ponad 700 mld złotych, co zaowocowało nadwyżką w handlu z zagranicą w wysokości blisko 10 mld złotych, pierwszą od czasów transformacji ustrojowej. Na rynkach zagranicznych wzięcie mają, z jednej strony, marki znane jeszcze z czasów PRL, jak choćby wódka Wyborowa, wafle Prince Polo czy traktory Ursus, a z drugiej – brandy wykreowane od zera przez prywatnych przedsiębiorców, jak okna Oknoplastu, jachty Delphii czy chemia budowlana Seleny. Co decyduje o sukcesach polskich produktów?

    – Rozwój eksportu był konsekwencją przyjętej przez nas strategii, zakładającej, że będziemy produkować okna najwyższej jakości, z segmentu premium. Potrzebowaliśmy rynków zbytu, na których świadomość konsumentów jest na wysokim poziomie – mówi Mikołaj Placek, prezes krakowskiego Oknoplastu.

    Europa patrzy przez polskie okna
    Na wyjście za granicę Oknoplast zdecydował się w 2004 roku, po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Firma zaczynała od rynku niemieckiego– najbliższego nam i zarazem największego w Unii, który dla większości krajowych przedsiębiorców jest swoistą ziemią obiecaną.

    – Naszym partnerom handlowym oferowaliśmy cały pomysł na biznes; nie tylko same okna, ale także pomysły marketingowe, szkolenia ze sprzedaży – podkreśla prezes Oknoplastu. Pomysł na ekspansję sprawdził się – o ile w 2004 roku Oknoplast miał 115 mln złotych przychodów ze sprzedaży i śladowy udział eksportu, to w 2014 roku przychody sięgnęły 520 mln złotych, z których ponad 70 proc. pochodziło z rynków zagranicznych.

    Zagraniczny sukces Oknoplastu to połączenie stałej dbałości o doskonalenie produktu i przemyślanych działań marketingowych. Jednym z innowacyjnych pomysłów firmy była autorska konstrukcja profilu PCV ramy i skrzydła, dzięki czemu udało się zwiększyć powierzchnię szyby, co dało 22 proc. więcej światła niż w standardowych oknach. Obecnie Oknoplast koncentruje się na wyglądzie swoich produktów. Jak tłumaczy Mikołaj Placek, okno ma być nie tylko materiałem budowlanym, ale także elementem aranżacji wnętrza. Stąd na przykład pomysł, żeby pokrywać kolorową folią całe profile, także na powierzchniach niewidocznych. Elementem działań marketingowych była także reklama na koszulkach czołowych europejskich drużyn piłkarskich – Interu Mediolanu, Olympique Lyonu czy Borussi Dortmundu.

    – Chcieliśmy w ten sposób podnieść percepcję i rozpoznawalność marki – tłumaczy Mikołaj Placek. Ten cel udało się osiągnąć, w szczególności we Włoszech, gdzie Oknoplast jest rozpoznawalny przez ponad połowę konsumentów, a jednocześnie jest najdroższą marką na tamtejszym rynku. Na wszystkich trzech rynkach firma notuje wzrosty sprzedaży.

    – Postrzeganie polskich produktów poprawia się, ale w dalszym ciągu zachodni konsumenci podchodzą do nich z pewną dozą nieufności. Niemcy kojarzone są z wysoką jakością, Szwajcaria z precyzją, Francja – z elegancją. Polska nie ma takiego dominującego wyróżnika – przyznaje Placek. Z danych GUS wynika, że stolarka budowlana to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi polskiego eksportu: w 2015 roku sprzedaliśmy za granicą okna i drzwi o wartości 2,9 mld złotych, tj. za kwotę niemal 6 razy większą niż dekadę wcześniej. Udział tej kategorii produktów w całości eksportu wzrósł w tym czasie z 0,17 do 0,4 procent.

    – Im bardziej profesjonalnie firma koncentruje się na danym rynku, aby zrozumieć jego właściwości i charakterystykę, i pod to ukierunkowuje swoją komunikację, tym większa szansa na odniesienie sukcesu. Jeśli ktoś wierzy, że działania komunikacyjne, które sprawdzały się na jednym rynku, będą funkcjonowały także na innych, to istnieje duże prawdopodobieństwo niepowodzenia – mówi George S. Pascal, prezes i założyciel agencji komunikacyjnej TMS Marketing, która na rynku niemieckim wspomagała działania marketingowe takich firm, jak Drutex czy Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych.

    Sukces to wiele lat pracy
    Jedną z nieoczywistych polskich specjalności eksportowych stały się w ostatnich latach jachty – w ubiegłym roku sprzedaliśmy na rynkach zagranicznych jednostki o wartości miliarda złotych. Dla porównania: sprzedaż czystej wódki, która rynki zagraniczne podbiła jeszcze w czasach PRL, zamknęła się kwotą pół miliarda złotych.

    – Polscy producenci przez wiele lat pracowali na sukces branży jachtowej i rozpoznawalność na rynkach światowych. Nasza firma istnieje już ponad ćwierć wieku. Przez ten czas zdobyliśmy duże doświadczenie i know-how – mówi Ewa Kot z firmy Delphia, największego w Polsce producenta jachtów żaglowych. Dla takich przedsiębiorstw, jak Delphia wyjście za granicę było jedyną możliwą drogą rozwoju, przede wszystkim ze względu na płytkość krajowego rynku. Swoje jachty firma sprzedaje głównie w Niemczech, Holandii, Francji i krajach skandynawskich.

    Z eksportu pochodzi ponad 90 procent przychodów Delphii.Jesteśmy znani z wysokiej jakości, inwestujemy w rozwój. Współpracowaliśmy ze znanymi polskimi architektami: Andrzejem Skrzatem, Jackiem Centkowskim, Tomaszem Rosińskim oraz zagranicznymi: Birgit Schnasse, Pelle Pettersonem – dodaje Ewa Kot. Podobnie jak Oknoplast czy Delphia, także wrocławska Selena, producent chemii budowlanej pod takimi markami, jak Tytan czy Artelit, ekspansję na rynki zagraniczne zaczynała od zera pod koniec lat 90. – najpierw zakładając spółki handlowe, później rozwijając także produkcję.

    – Zdecydowaliśmy się na internacjonalizację działalności, ponieważ polski rynek stał się dla nas poważną barierą wzrostu – mówi Jarosław Michniuk, prezes Seleny. Jako główne przewagi konkurencyjne, które zdecydowały o sukcesie firmy, Michniuk wymienia wysokiej jakości kadrę z doświadczeniem w działalności na rynkach międzynarodowych, przemyślaną strategię rozwoju oraz odpowiednie zaplecze produkcyjne.

    – Udało nam się też dostrzec w odpowiednim momencie potencjał rynków znajdujących się w fazie dynamicznego rozwoju i przejąć wyróżniające się na nich spółki – dodaje Michniuk. Selena ma obecnie 16 zakładów produkcyjnych rozlokowanych w takich krajach, jak Chiny, Korea, Brazylia, Turcja, Hiszpania, Rumunia i Kazachstan, a swoje produkty sprzedaje na ponad 70 rynkach. W 2015 roku z miliarda złotych przychodów ponad 60 proc. pochodziło z eksportu.

    Mamy dobry, konkurencyjny produkt

    Ubiegły rok przyniósł powrót na rynki zagraniczne ciągników Ursus, marki w latach 80. znanej na całym świecie. Ursusy nie tylko były sprzedawane do ponad 50 krajów, ale także produkowane na licencji w Brazylii, Indiach i Pakistanie. W 2011 roku kontrolę nad upadłą państwową fabryką przejął POL-MOT Holding, należący do Andrzeja Zarajczyka. Nowy właściciel zainwestował 40 mln
    złotych w rozwój oferty i rozbudowę fabryk. Obecnie Ursus produkuje 19 modeli ciągników. W 2015 roku firma sprzedała ok. 1400 nowych pojazdów – według danych CEPiK, liczba nowych rejestracji ciągników Ursus wzrosła o 47 proc. i był to najlepszy wynik na rynku.

    – Nowe modele ciągników są dostosowane technologicznie i cenowo do oczekiwań polskich rolników. W ramach ekspansji zagranicznej zamierzamy rozwijać sprzedaż w krajach unijnych, Europie Wschodniej, krajach bałkańskich i afrykańskich – deklaruje Karol Zarajczyk, syn Andrzeja Zarajczyka, prezes Ursusa. Ursus jest uczestnikiem programu Poland, Go Global – przy wsparciu polskiego rządu podpisał w ostatnich latach trzy kontrakty w Etiopii i Tanzanii na łączną kwotę 176 mln dolarów.

    – Mamy konkurencyjny produkt, znany na rynkach afrykańskich, który w porównaniu z ofertą producentów zachodnich jest łatwiejszy w obsłudze, a w zestawieniu z maszynami z Chin – wyższej jakości – mówi Karol Zarajczyk. W ubiegłym roku w Etiopii otwarta została montowania ciągników Ursus, która ma być przyczółkiem do jeszcze szerszego uczestnictwa polskiej firmy w mechanizacji Afryki. Ważnym atutem Ursusa na rynku afrykańskim jest także wysoka żywotność produktu – Zarajczyk zapewnia, że jego ciągniki mogą być użytkowane nawet przez 25 lat.

    – W Afryce możemy też liczyć na wyższe marże niż choćby w krajach Unii – mówi prezes Ursusa. W 2015 roku ze 155 mln złotych przychodów, które firma osiągnęła ze sprzedaży ciągników, dwie trzecie pochodziło z rynków zagranicznych. Łącznie w ubiegłym roku wyeksportowaliśmy tego rodzaju pojazdy o wartości 500 mln złotych, ale trudno powiedzieć, żeby tak jak przed trzema dekadami, ciągniki były naszą wizytówką na rynkach zagranicznych. W handlu traktorami wciąż jesteśmy na minusie – wartość importu w 2015 roku wyniosła blisko 2 mld złotych. Ale biorąc pod uwagę impet, z jakim rozwija się polski eksport, także ten deficyt uda nam się odrobić.

    The sky is the limit

    Z Tomaszem Misiakiem i Tomaszem Hanczarkiem, założycielami Work Service, rozmawiamy o historycznym debiucie spółki na London Stock Exchange – który jest etapem w rozwoju, a nie celem – motywacji, ambicjach i planach na przyszłość

    Od 18 lutego Work Service notowany jest na giełdzie w Londynie. W jakim celu?

    Tomasz Misiak: Work Service jest firmą międzynarodową, uzyskującą 50 proc. marż i wyników poza granicami Polski. Działamy w ponad 15 krajach, w 12 mamy własne spółki, a w pozostałych działamy poprzez pracowników oddelegowanych do konkretnych zadań na rzecz klientów. Przyszłość spółki, w naszych planach, to awans do grona największych firm europejskich. Już teraz Work Service plasuje się na 65. pozycji Top Global. Zdecydowaliśmy się na dual-listing nie porzucając rynku warszawskiego, bo wydaje się nam, że ten ruch powinien przyciągać właściwych inwestorów i pokazywać nasze aspiracje rozwojowe.

    Tomasz Hanczarek: Uważamy, że Work Service musi być notowany na najbardziej stabilnych rynkach, jak właśnie giełda w Londynie czy giełda w Stanach Zjednoczonych; chociaż w USA nie mamy na razie żadnych interesów. Uważamy, że dla bezpieczeństwa naszych inwestorów, stabilności firmy i naszych kontaktów z bankami powinniśmy ubezpieczyć się od sezonowych kłopotów na rynku lokalnym, jakim jest giełda warszawska. Mimo że duża, ale jednak traktowana jako lokalna. Wszelkie zawirowania wokół nowej władzy odbijają się na niej panicznymi ruchami. Chcemy, żeby inwestorzy, którzy inwestują w akcje Work Service, byli ubezpieczeni od takich ruchów, stąd taka nasza kotwica bezpieczeństwa w Londynie.
    T. M.: Przy czym nie przeprowadziliśmy jeszcze oferty publicznej.

    No właśnie, LSE to nie muzeum. Tam się nie wchodzi po to, by oglądać obrazy, tylko pozyskiwać kapitał. A tu debiut bez emisji.
    T. M.: Zgoda, jak popatrzymy na free float naszej grupy to jest 30 procent. To nie jest dużo jak na Londyn, ale to setki milionów złotych. Inwestorzy w Londynie będą mieli czym handlować. Wszystkie akcje są notowane 1:1 w Warszawie i w Londynie. Poza tym, co też istotne, nastawiamy się na inwestorów londyńskich. W tej chwili szykujemy tam road show w maju, a na spotkania z funduszami wybieramy się jeszcze w kwietniu. Będziemy prezentować inwestorom wyniki firmy, sprzedawać swoją wizję. Uważam, że w Londynie jest ogromny potencjał i zrozumienie naszego rynku. Jesteśmy jedyną polską firmą z branży HR, która jest notowana na LSE. Co więcej, jesteśmy tam jedyną polską firmą. To historyczne wydarzenie. Dostałem SMS od kuzynki z Glasgow, która studiuje na jednym z topowych uniwersytetów ekonomicznych, iż jest bardzo dumna, bo na wykładzie profesor powiedział, że właśnie pierwsza polska firma zadebiutowała w Londynie. I to jest pewien znak czasów: zjednoczona Europa i zjednoczony rynek kapitałowy.

    T. H.: Dziwimy się, że polskie fundusze nie inwestują w polskie firmy. Przecież powinien być jakiegoś rodzaju patriotyzm narodowy, biznesowy. Jesteśmy na giełdzie w Londynie, bo chcemy, żeby wszystkie fundusze miały łatwy dostęp do zakupu, sprzedaży. Oczywiście, są obowiązki informacyjne, trzeba dostarczyć dane, które są później publikowane i przesyłane do odpowiednich funduszy. Są też instytucje, które informują fundusze o tym, co się dzieje w poszczególnych spółkach. I sama obecność na giełdzie powoduje, że te informacje z Work Service trafiają do rąk analityków. Może nie z dnia na dzień, ale z czasem będzie boom na akcje Work Service. Jesteśmy przekonani, że będą coraz bardziej modne.

    Ostatnie dwa lata to pasmo akwizycji, które określiły Wasze znaczenie, Wasz zasięg i to, że jesteście obecni w kilkunastu krajach. Rozumiem, że Londyn to taka odskocznia, żeby zrobić emisję i kolejne akwizycje.
    T. H.: Na pewno Work Service nie zatrzyma się w rozwoju. Przed siedmioma laty założyliśmy organiczny wzrost przez akwizycje na poziomie 20- -30 proc. Ale na akwizycje nie wystarczy cash wypracowany w ciągu roku. Musi być dodatkowe finansowanie z banku lub poprzez emisje. Te akwizycje, które będą przeprowadzone w tym roku oraz w kolejnych 18 miesiącach, powinny być akwizycjami niszowymi, w określonych wysokomarżowych brandach, które mogą być globalne.
    T. M.: Aczkolwiek wspólnie z akcjonariuszami zakładamy też tzw. teorię Big Bang. Jeśli pojawi się duży inwestor, z dużym potencjałem inwestycyjnym, który będzie w stanie podwoić wielkość grupy w krótkim okresie i potroić jej wartość, jesteśmy w stanie taki wariant rozważyć i nie ukrywamy, że jesteśmy zaskoczeni, jak dużo poważnych instytucji finansowych chce rozmawiać z Work Service w kontekście strategicznych możliwości.

    Czy to jest tylko Europa, czy także wyjście za Ocean?
    T. M.: Mówimy tu o globalizacji firmy. Po wejściu na giełdę w Londynie zostaliśmy dostrzeżeni przez rynek w kontekście mocno międzynarodowym, i – to informacja, której jeszcze nie podawaliśmy, „Manager” będzie pierwszy – zostaliśmy zaproszeni do rozmów z Międzynarodowym Stowarzyszeniem Agencji Pracy CIETT, które tworzą największe spółki światowe, nasi najwięksi konkurenci. I te spółki zaprosiły nas do przystąpienia do stowarzyszenia. To znaczy, że przez największych światowych graczy jesteśmy uważani za partnera godnego zasiadać przy stole i rozmawiać o światowym rynku, a na pewno o rynku europejskim.

    To właśnie stało się po wejściu do Londynu?
    T. M.: Tak. Nasza konkurencja uznała, że jesteśmy graczem, który powinien być wśród nich przy jednym stole i rozmawiać o przyszłości europejskiego rynku.
    T. H.: Rynek HR to rynek przyszłości. Mamy potężne możliwości konsolidacyjne. Dla funduszy jesteśmy idealnym targetem. Fundusze szanują naszą pracę, ale też dostrzegają olbrzymią możliwość zarobku.

    Jak przebiega proces kwalifikowania do akwizycji? Na Waszym celowniku jest kraj czy raczej branża?

    T. M.: Nasza strategia jest czytelna. Chcemy być spółką, która na głównym rynku będzie miała znaczącą pozycję. Interesuje nas rynek rekrutacji pracy czasowej i outsourcingu wszystkich krajów Europy. Na rynkach krajów z największymi wynikami, jak Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Holandia czy Włochy, jesteśmy już obecni, choćby poprzez delegowanie pracowników, ale także ze swoimi spółkami. Interesują nas rynki specjalistyczne w bardzo konkretnych trzech obszarach: executive search, quality engineering i IT, bo jesteśmy liderem w tych działaniach. Nasza spółka Exact System przygotowuje się do procesu pozyskania kapitału przez giełdę. W tej chwili znajduje się w Top 6 światowych firm branży. Kiedy ją kupowaliśmy miała 15 mln złotych przychodów i 1 mln złotych EBITDA. Po siedmiu latach współpracy z grupą Work Service ma ponad 300 mln złotych przychodu i prawie 27 mln złotych EBITDA. To pokazuje, jak potrafimy rozwijać podmioty, które są w naszym obszarze i zasięgu.
    T. H.: Uważamy, że mamy trzy brandy, które mogą być globalne, czyli pozaeuropejskie: Exact Systems i IT Contract, czyli informatyka, engineering, preselekcja, rekrutacje, oraz Work Service jako doradztwo, związane z kwalifikacjami, dostarczaniem pracowników. Chcemy się stabilnie rozwijać w Europie i jesteśmy nastawieni na kooperację. Od nas managerowie nie odchodzą, mniejszościowi wspólnicy też. Chcą z nami być i to jest dla nas najważniejsze. Nie kupujemy nigdy 100 proc. firmy,zawsze kupujemy większość, ale kooperujemy dalej.

    Bo oni mają know-how?
    T. H.: Oni mają know-how i my mamy know-how. To know-how do kwadratu, a nawet silnia. Na przykładzie Exact Systems: kooperacja trwa 10 lat, trzy razy minął okres end out, a oni nie chcą sprzedawać swych udziałów, chcą dalej rozwijać z nami spółkę. I tu jest sedno sprawy.

    Jak wiadomo, zamożności społeczeństwa nie definiuje liczba spółek, tylko liczba spółek globalnych, bo tam wytwarza się wartość dodana. Czy o Work Service można powiedzieć, że jest spółką globalną?
    T. M.: Na pewno nie w kontekście wymiaru, bo jesteśmy 60. spółką na świecie w branży HR. Ale przecież Polska przyłączyła się do globalnej gospodarki dopiero dwadzieścia parę lat temu i ze światem może konkurować w niewielu dziedzinach. Taką dziedziną mógłby być węgiel, gdyby był odpowiednio cenny, ale nie jest, wódka wyborowa czy szynka w puszcze. Problem polega na tym, że nie udało nam się stworzyć wielu produktów – choć kilka już jest – które mogą podjąć tę konkurencję globalną. Na pewno nie są to wysokie technologie, ale są to ludzkie umysły. Dzięki temu my, jako firma, jesteśmy w stanie się rozwijać. Dla nas tak naprawdę nie ma bariery wzrostu. My mamy potencjał ludzki, ogromny głód rozwoju i wzrostu oraz chęć udowodnienia, że Polacy potrafią. Szkoda tylko, że w naszym kraju nie docenia się sukcesów międzynarodowych polskich firm. Czego potrzeba polskiemu liderowi lokalnemu, by stać się firmą globalną?
    T. H.: Mój przyjaciel Piotr Krupa z firmy Kruk, który rozwijał tę firmę kapitalnie, może być przykładem. Jego firma ma miliard dolarów kapitalizacji i rozwija się coraz bardziej za granicą. Potrzebne są przede wszystkim: chęć, brak kompleksów i cel nastawiony nie na dobre życie i dwa samochody w domu, tylko na osiągnięcia sukcesu. Fundusze zachodnie często pytają mnie: dlaczego rozwijacie się dwa razy szybciej niż wasi konkurenci? Ja odpowiadam: bo my byliśmy i jesteśmy biedni i chcemy Polskę z tej biedy wydobyć. To determinacja. Nam się bardziej chce. Druga rzecz: nie zakładaliśmy firmy z Tomaszem Misiakiem, żeby kupić sobie dom czy samochód. Od samego początku chcieliśmy stworzyć największą firmę na świecie. Trzecia rzecz związana jest z tą drugą: gdy polski zawodnik kopie piłkę, nie myśli, że chce być jak Lewandowski, tylko marzy, żeby mieć 10, 20 tysięcy miesięcznie. I on coraz lepiej kopie i kupuje go druga Bundesliga, gra w niej i zarabia 20 tysięcy. Spełnił marzenie, jest szczęśliwy i to jest koniec. My chcemy być Lewandowskimi, nas nie interesuje półśrodek. Chcemy zmierzyć się z największymi, a to trzeba mieć w kręgosłupie.

    Porozmawiajmy o polskim rynku pracy. Jak się on zmienia?
    T. M.: Dla Polaków – fantastycznie. W miarę szybko rosną wynagrodzenia, bezrobocie spada do najniższych historycznie poziomów. Widzimy, że w wielu zawodach, szczególnie specjalistycznych, brakuje rąk do pracy. To efekt także emigracji zarobkowej, ale my jeszcze nie poradziliśmy sobie z imigracją do naszego kraju. Ukraińców jest sporo, ale niekoniecznie tych, których byśmy chcieli. Pozytywne, a zarazem negatywne jest to, co się dzieje wokół politycznej sfery rynku pracy. Uważam, że rząd ma obowiązek go cywilizować i doprowadzić do sprawnego funkcjonowania, ale trzeba być bardzo ostrożnym, by nie doprowadzić do zbytniego rozdmuchania szarej strefy. Dzisiejsze działania, które służą bezpieczeństwu, mogą się przerodzić – i to obserwujemy na rynku – w ucieczkę od legalnego zatrudnienia. Jednocześnie pozbawia się firmy elastyczności przez zmianę systemu zatrudnienia, podwyższa się koszty zatrudnienia przez maksymalne obciążenie wszystkich metod ubezpieczeniami. Tu akurat nie jesteśmy przeciwni. Ubezpieczenia i sytuacja, z którą mieliśmy do czynienia wcześniej, była dla wielu – i dla nas również – niedobra, bo powodowała tę szarą strefę. Niemniej firmy w czasach, kiedy średni czas życia produktu wynosi kilka miesięcy, potrzebują elastyczności pracy, gdy tymczasem rząd ogranicza jednocześnie zarówno pracę tymczasową, jak i rynek otwarty, a także formy zatrudnienia. Może to skutkować ucieczką, szczególnie tych małych i średnich firm, do strefy, w której nie powinny się znajdować. Również może to skutkować spadkiem konkurencyjności polskiej gospodarki, a co za tym idzie, zwiększaniem się bezrobocia i spadkiem dynamiki wzrostu płac. Niestety, nie da się rynku pracy regulować odgórnie, szczególnie w zakresie wynagrodzeń, ponieważ mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia w sferze wydajności.

    Wiele mówi się o imigracji, z którą boryka się Europa. My jesteśmy takim naturalnym miejscem imigracji z Ukrainy. Jak, jako Work Service, widzicie proces przyjmowania Ukraińców, który jest na razie dziki?
    T. H.: W wielu regionach istnieje takie zapotrzebowanie na ludzi, że coraz bardziej, coraz odważniej sięgamy po Ukraińców. Pracuje ich w Polsce coraz więcej. I to jest ratunek dla polskiej gospodarki, a nie zagrożenie, oni budują nasze PKB. Także Europa nie ma od tego odwrotu. W niemieckiej gospodarce w ciągu 10 lat będzie brakowało 5 mln ludzi. W ciągu kolejnych 5 lat milion truck drivers pójdzie na emeryturę. Czy to jednak oznacza, że niemiecki rynek transportowy stanie? Nie, oni wezmą Polaków, Czechów, Słowaków. A w Polsce musimy posiłkować się ludźmi z Ukrainy. Ukraina to 50 mln ludzi, zaplecze dla Europy na wiele lat. Rynek polski ma braki w ludziach i coraz więcej miejsc pracy. Będzie malała różnica między płacami w Polsce i w Niemczech. Już się wyrównuje, już się zaczął proces podwyżek. My nie mamy innego wyjścia i żeby utrzymać taki wzrost PKB jak obecnie, musimy sięgnąć po Ukraińców.

    Polski rynek się zmienia z rynku pracodawcy na rynek pracownika. Co to oznacza dla Waszej firmy?
    T. M.: Uważamy, że zmiany w prawie, które teraz następują, będą pozytywnie wpływały na rozwój w firmach usługowych, firmach outsourcingowych. Ze względu na sytuację rynkową, na cykl życia produktów i usług, wiele przedsiębiorstw potrzebuje elastyczności. Firmy same sobie z tym nie poradzą. Taką elastyczność dostarczają wyspecjalizowane firmy, i my taką firmą na pewno będziemy. Dzisiaj jeszcze jesteśmy postrzegani przez pryzmat historii, jako firma zajmująca się pracą tymczasową, gdy to nie jest już główny obszar naszej działalności. Jesteśmy strategicznym partnerem HR większości przedsiębiorstw, gdzie od poziomu audytu systemów motywacyjnych po systemy zatrudnieniowe i dostarczanie specjalistycznych zespołów jesteśmy w stanie pomóc rozwiązywać problemy. Przez pierwsze pięć lat postrzegano nas przez pryzmat pracy z sieciami handlowymi. Dziś na tym rynku praktycznie już nas nie ma. Udało nam się od tego wizerunku uwolnić, ale ciągle będziemy niewolnikami wizerunku firmy zajmującej się dostarczaniem pracy czasowej i umów, które nie spełniają standardów. Podczas gdy praca czasowa jest pełną umową o pracę z pełnym ubezpieczeniem, urlopem, opłatami zdrowotnymi, a jedyne, co ją różni od pracy kodeksowej, to okres wypowiedzenia. Na całym świecie jest ona używana do aktywizacji pracy u ludzi młodych, to absolutnie normalna forma zatrudnienia pracowników.
    T. H.: Work Service spełnia społeczną funkcję ochrony pracowników – odwrotnie niż przedstawiają to związki zawodowe. Tak, jak Tomasz Misiak powiedział, jest to pełnoprawna umowa. Tylko pamiętajmy, że każdy zakład pracy może zbankrutować, może mieć regres w zamówieniach. Co wtedy robi? Zwalnia ludzi. Jeżeli ci ludzie nie mają kontaktu z nami, stają się po prostu bezrobotni, a jeżeli są z nami – wciąż mają umowę. My zarabiamy tylko wtedy, kiedy ten człowiek pracuje. Jeżeli więc zostaje zwolniony, my natychmiast przenosimy go gdzie indziej. Czyli taki człowiek z nami jest bezpieczniejszy niż z umową o pracę ze swoim pracodawcą. Jesteśmy jego prywatnym headhunterem.

    Gdzie widzicie się za pięć lat? Firmę, siebie?
    T. M.: Za pięć lat Work Service znajdzie się w gronie topowych firm Europy. Będzie miał duże znaczenie w całej Europie Środkowo-Wschodniej, będzie twardym liderem regionu, niepokonanym, będzie miał globalne brandy w specjalistycznych usługach i będzie znanym, rozpoznawalnym brandem na giełdzie londyńskiej. Gdzie my będziemy w tym czasie? Mam nadzieję, że nadal w naszej firmie i będziemy budować ją w jej kolejnych etapach historii. Ale zakładamy również wariant, że za pięć lat będziemy połączeni z którymś z dużych międzynarodowych graczy i będziemy zajmować się budową nowych biznesów z naszymi funduszami inwestycyjnymi. Pięć lat to strasznie długo. Jakby mi ktoś powiedział pięć lat temu, jak będzie wyglądał dzień dzisiejszy, pewnie bym nie uwierzył. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że będziemy mieli możliwość debiutu na giełdzie w Londynie, uważałbym, że to na pewno będzie trudne. A dziś te cele osiągnęliśmy i jesteśmy z nich dumni. Dlatego nie należy się ograniczać i – jak często mówiliśmy w firmie – the sky is the limit.
    T. H.: Na pewno będziemy aktywni w biznesie. Uważamy, że Work Service może być nie tylko w Top 5 w Europie, że może się rozwijać nie przez lat pięć, ale przez kilkadziesiąt i pięć. Chcemy budować gospodarkę Polski, tworzyć nowe biznesy, i – jeszcze raz podkreślę – nie po to, żeby kupić sobie mieszkanie, dom czy Porsche, tylko żeby budować wielkie firmy.

    Co lubi Tomasz Misiak?

    Zegarek Withings
    Ubrania Philipp Plein
    Zakupy Paryż, Mediolan
    Wypoczynek Ibiza
    Kuchnia tajska
    Restauracja Osteria
    Samochód Tesla
    Hobby New Technology

    Co lubi Tomasz Hanczarek?

    Zegarek Rolex
    Ubrania
    Versace, Armani
    Wypoczynek
    Włochy
    Kuchnia
    włoska
    Restauracja
    La Scala Wrocław
    Samochód
    Porsche
    Hobby sport:
    tenis, golf, narty
    Perfumy
    Majda Bekkali „Fusion Sacree”

     

    Henryk Baranowski w PGE

    Biorąc pod uwagę tempo zmian w radach nadzorczych i zarządach spółek kontrolowanych przez Skarb Państwa, Marek Woszczyk dość długo utrzymywał się na stanowisku szefa koncernu PGE Polska Grupa Energetyczna. Ostatecznie jednak złożył rezygnację, a jego miejsce zajął Henryk Baranowski, który w marcu zrezygnował z funkcji wiceministra w resorcie skarbu, gdzie kierował Departamentem Spółek Strategicznych i Departamentem Nadzoru Właścicielskiego, a także pracami związanymi z budową terminalu LNG w Świnoujściu. Nowy prezes od 1990 roku był związany ze spółką Polskie Sieci Elektroenergetyczne (doszedł do stanowiska dyrektora pionu telekomunikacji i informatyki), był także prezesem spółki PSE-Info, a do roku 2008 wiceprezesem PGE. Pracował również jako dyrektor w Alstom Power Polska.

    W BOŚ prezes na trudny okres

    Stanisław Kluza, dr ekonomii i były szef Komisji Nadzoru Finansowego, przejął obowiązki prezesa Banku Ochrony Środowiska. BOŚ zmaga się ostatnio z problemami utrzymania rentowności, w 2015 roku odnotował 39,3 mln złotych straty netto i nie zrealizował zakładanych celów finansowych. Strata na działalności operacyjnej przekroczyła 46,6 mln złotych. W ujęciu skonsolidowanym strata netto przekroczyła 51 mln, a operacyjna to ponad 56,8 mln złotych. W tej sytuacji bank poinformował KNF o przygotowaniach programu naprawczego. BOŚ aktualizuje obecnie strategię i planuje podniesienie kapitału – chce pozyskać przynajmniej 400 mln złotych z niepublicznej emisji akcji. W uzdrowieniu tej sytuacji pomóc ma Stanisław Kluza, były przewodniczący KNF, minister i wiceminister finansów, główny ekonomista i dyrektor Departamentu Analiz w BGŻ. W swoim CV ma także pracę w takich firmach, jak McKinsey & Co. oraz Unilever.

    Nowy zawiadowca PKP Intercity

    Przez państwowe spółki kolejowe przetoczyła się fala masowych rezygnacji prezesów i członków zarządów (nie licząc tych odwołanych). Personalna sytuacja kolejnictwa wygląda na dość skomplikowaną. Po rezygnacji Jacka Leonkiewicza z posady szefa PKP Intercity stery firmy przejął Marek Chraniuk, od blisko 25 lat związany z Polskimi Kolejami Państwowymi, a od dekady – z PKP Intercity. Współpracował m.in. z resortem infrastruktury i rozwoju przy realizacji umów dotyczących organizowania i dotowania kolejowych przewozów pasażerskich. Nowy prezes dużą część swej kariery związał ze światem finansów – zaczynał w J.P. Morgan w Londynie w zespołach Equity Capital Markets, Debt Capital Markets i Equity Private Placements. Później działał w zespole Debt Capital Partners banku Merrill Lynch i w PKO TFI, gdzie zajmował się spółkami z sektora budowlanego, deweloperskiego i transportowego. Za jego kadencji w PKP Intercity zaszły poważne zmiany. W ubiegłym roku spółka przewiozła ponad 31 mln podróżnych, o ponad 5,5 mln więcej niż w roku 2014. Pomogło w tym m.in. wprowadzenie na tory pociągów Pendolino. A pozostając przy sprawach kolejowych, jeszcze jedna informacja kadrowa: Andrzej Wojciechowski, były prezes PKP PLK, został prezesem spółki meblarskiej Black Red White.

    Nowy prezes BGK

    Mirosław Panek, nowy prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, ma na koncie doktorat z astrofizyki, ale gwiazdy przeznaczyły go do kariery w branży finansowej. Działa w niej od ponad 20 lat. Był członkiem zarządu i doradcą inwestycyjnym w ABN AMRO Asset Management (Polska) oraz ING Investment Management (Polska), pracował jako prezes zarządu ING TFI i ING Investment Management (Polska), zasiadał w zarządach PZU i Opera TFI. W latach 90. działał w Komisji Egzaminacyjnej dla Doradców Inwestycyjnych przy KPWiG. W fotelu prezesa zastąpił Dariusza Kacprzyka, od mniej więcej ćwierć wieku związanego z bankowością. Ten z kolei – poza BGK – ma w swoim CV pracę w BRE Banku, Banku Pekao, BPH i PKO BP. Był też koordynatorem Programu Rozwoju Komunalnego organizowanego przez Bank Światowy i Agencję Rozwoju Komunalnego. Wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki chce, aby BGK stał się filarem Polskiego Funduszu Rozwoju. Sceptyczny wobec tego pomysłu jest jednak minister finansów, Paweł Szałamacha.

    Ważne Informacje

    Odporność biznesowa w erze przemysłowej AI

    W przededniu Forum Ekonomicznego w Karpaczu Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce, opowiada o tym, jak firmy mogą wzmacniać odporność operacyjną i...

    23. edycja Smart City Forum – miasta przyszłości muszą być nie tylko inteligentne, ale...

    21–22 października 2026 roku w hotelu The Westin Warsaw odbędzie się 23. edycja Smart City Forum. Tegoroczne wydarzenie koncentruje się na praktycznych aspektach cyfrowej...

    Stop the clock na rynku ESG

    ESG przechodzi transformację – od ambitnych celów i wzniosłych haseł do jakości danych i konkurencyjności europejskiej gospodarki. Nie chodzi o wycofanie się UE z...

    Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

    Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

    AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

    Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

    Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

    Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...