.
Strona główna Blog Strona 399

Na wznoszącej fali

Spółka Mercedes-Benz Polska odnotowała w 2015 roku obroty w wysokości 3744 mln złotych, co oznacza 18,1-procentowy wzrost w porównaniu do 2014 roku. To najlepszy wynik w historii firmy

W ubiegłym roku klienci Mercedesa zarejestrowali 9340 aut osobowych, a to przekłada się na wzrost sprzedaży o 24,6 proc. – najlepszy wśród marek premium. W 2015 roku zadebiutowało wiele modeli, m.in. Mercedes-Maybach Klasy S, CLA Shooting Brake, GLE Copué, GLC (następca Klasy GLK), C Coupé, S Cabrio. Swoją premierę miało też kilka aut z rodziny AMG: GT, C 63, S 65 Cabrio oraz AMG Sport: C, GLE, GLE Coupé. Warto podkreślić, że Mercedes-AMG ma za sobą rekordowy rok – jego sprzedaż wzrosła ponad dwukrotnie. Najpopularniejszym modelem 2015 roku była Klasa C. Auto to, nagrodzone tytułem World Car of the Year, znalazło w Polsce aż 1376 nabywców i zostało liderem segmentu. Niewiele mniejszym zainteresowaniem cieszyły się GLA i CLA. Te znakomite dane przedstawił na konferencji prasowej 17 lutego prezes Mercedes-Benz Polska Niels Kowolik, który w naszym kraju osiągnął wszystkie zakładane cele i wkrótce obejmie stanowisko szefa portugalskiego oddziału koncernu.

Z dużą satysfakcją zaprezentował przedstawicielom mediów najnowszy, szczególnie ważny dla firmy model Klasy E. Trudno w kilku zdaniach wyliczyć wszystkie innowacje techniczne, które zapewniają nieznany dotąd poziom komfortu i bezpieczeństwa, a jednocześnie wspomagają kierowcę. Ważne uzupełnienie stanowi niespotykana koncepcja obsługi multimediów oraz funkcji pojazdu. Muskularna limuzyna może poszczycić się rekordowo niskim współczynnikiem oporu powietrza. Ustanawia też nowe standardy w zakresie wydajności, a jej wielokomorowe zawieszenie pneumatyczne gwarantuje wyjątkowy komfort i dynamikę jazdy.

Nowe technologie w sektorze MŚP

Nowe technologie i rozwiązania IT nie tylko zapewniają przewagę konkurencyjną, ale i decydują o być albo nie być każdej firmy

Małe i średnie firmy to grupa podmiotów uznawana za istotną dla przedsiębiorczości, odgrywająca znaczącą rolę w tworzeniu nowych miejsc pracy, szybko reagująca na zmiany w otoczeniu społeczno-gospodarczym, dostosowująca działalność do bieżącej sytuacji oraz potrzeb rynku lokalnego, regionalnego, krajowego, a nawet międzynarodowego. Z jej cyfryzacją nie jest jednak najlepiej. Europejskie MŚP znajdują się na znacznie wyższym poziomie cyfryzacji procesów – tak przynajmniej wynika z badania zrealizowanego przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoftu. Na przykład, w Holandii deklarowana skala cyfryzacji firm jest ponad dwukrotnie wyższa niż w Polsce (42 proc. vs. 20 proc.), a w Wielkiej Brytanii 36 proc. firm deklaruje pełną cyfryzację procesów. Mamy więc na rym polu dużo do zrobienia.

Jak pracujemy?
Ponad 40 proc. pracowników polskich firm deklaruje, że spędza w pracy 40-50 godzin tygodniowo, podczas gdy średnia europejska to ponad 10 godzin mniej. Wyniki te można tłumaczyć nie tylko wyższym stopniem zaangażowania polskich pracowników, ale także… niższym poziomem produktywności, który wynika z mniejszego wykorzystania technologii IT pomagających podnosić wydajność pracy. Polacy są przy tym zbyt przywiązani do biura, jako tradycyjnego miejsca pracy (76 proc. vs. 61 proc. w Europie). Jako jedną z głównych przyczyn takiej sytuacji wskazują problem z realizacją pracy w sposób zdalny (45 proc. odpowiedzi). Okazuje się również, że skala wykorzystania narzędzi mobilnych, takich jak smartfon i tablet, jest w firmach wciąż niska, choć wyniki dla Polski i Europy są w tym przypadku zbliżone (Polska: 40 i 15 proc., Europa 44 i 22 proc.). Przyczyna niższej wydajności pracy leży więc nie w braku dostępu do urządzeń mobilnych, ale w sposobie ich wykorzystania.

Kluczem do szybkiej i sprawnej obsługi klienta i efektywniejszej realizacji zadań jest bowiem dostęp do zasobów firmy i możliwość ich wykorzystania z poziomu urządzenia przenośnego. Badanie wykazuje też sporą różnicę w stopniu zastosowania usług i rozwiązań mobilnych w firmach polskich i europejskich. W 31 proc. polskich przedsiębiorstw z sektora MŚP wciąż dominuje praca oparta na dokumentach papierowych, stosowana już tylko w 23 proc. europejskich firm. 36 proc. polskich firm uczestniczących w badaniu deklarowało przejście na tryb online. Średnia europejska jest wyższa – 40 procent. Zupełnie inaczej postrzegana jest też skuteczność różnych form komunikacji. Polacy eksponują znaczenie spotkań bezpośrednich (66 proc. deklaracji) oraz rozmów telefonicznych (60 proc.). Niższy procent wskazań uzyskał e-mail, który w przypadku respondentów z innych krajów jest traktowany jako najefektywniejsza forma komunikacji. Przyznało tak 67 proc. respondentów z państw Unii Europejskiej, którzy najniżej ocenili skuteczność bezpośrednich spotkań.

Systemy do zarządzania ERP
Polska zajmowała w 2014 roku odległe miejsce w klasyfikacji państw Unii Europejskiej w zakresie wykorzystywania systemu ERP przez przedsiębiorstwa – 22 proc., podczas gdy średnia dla UE to 31 proc. (wg Eurostatu). Zgodnie z raportem Głównego Urzędu Statystycznego, z systemów ERP w roku 2014 roku korzystało 48,9 proc. przedsiębiorstw zatrudniających do 250 osób, a w 2015 roku – 46,5 proc. Wśród małych firm (do 49 pracowników) było znacznie gorzej: odpowiednio 15,3 proc. i 14,2 proc. Dla segmentu MŚP najważniejsze jest, aby system klasy ERP wspomagał najważniejsze obszary działalności i łatwo dał się zintegrować z wykorzystywanymi specjalistycznymi aplikacjami, np. wspomagającymi obsługę łańcucha dostaw i procesy logistyczne oraz związanymi z analityką biznesową. Na przykład, w produkcji potrzebne są funkcje magazynowe i produkcyjne, a w firmach dystrybucyjnych obsługa różnych kanałów sprzedaży.

Bezpieczeństwo IT
W polskich małych i średnich firmach brakuje procedur związanych z bezpieczeństwem informacji. 20 proc. firm sektora w ogóle nie archiwizuje swoich danych (średnia europejska to 13 proc.), a 46 proc. przyznaje, że mogłoby mieć trudności z odzyskaniem plików, ale trzymają kopie zapasowe na dysku twardym. W przypadku dostępu do danych poza biurem, 47 proc. pracowników przesyła potrzebne dane na prywatny e-mail, a 95 proc. szefów firm akceptuje taki proceder. Z kolei w badaniu ICAN Research zleconym przez Orange Polska, przedstawiciele większości (71 proc.) badanych firm sektora uważają, że poziom informatyzacji ich firm jest wysoki, chociaż jest to chyba stwierdzenie na wyrost.

Najpopularniejszym sposobem zabezpieczenia pozostaje bowiem oprogramowanie antywirusowe (88 proc. odpowiedzi), 53 proc. firm wdrożyło politykę zarządzania hasłami dostępu, 46 proc. szyfruje pocztę elektroniczną i tylko 35 proc. korzysta z backupu danych. Jako główny trend w informatyzacji najwięcej, bo 25 proc., badanych wskazało rozwój systemów wspierających zmiany modeli biznesowych i wzrost skali działalności biznesowej. 23 proc. największe znaczenie przypisuje rozwojowi internetowych narzędzi handlowych, w tym platform e-commerce, a 18 proc. możliwości wykorzystania rozwiązań IT do współpracy z zewnętrznymi specjalistami. IT podnosi przy tym jakość obsługi klientów oraz poprawia komunikację i produktywność pracowników w firmach sektora MŚP. 37 proc. respondentów podkreśla szczególny wpływ technologii na komunikację wewnętrzną, współpracę i dostępu, 46 proc. szyfruje pocztę elektroniczną i tylko 35 proc. korzysta z backupu danych.

Jako główny trend w informatyzacji najwięcej, bo 25 proc., badanych wskazało rozwój systemów wspierających zmiany modeli biznesowych i wzrost skali działalności biznesowej. 23 proc. największe znaczenie przypisuje rozwojowi internetowych narzędzi handlowych, w tym platform e-commerce, a 18 proc. możliwości wykorzystania rozwiązań IT do współpracy z zewnętrznymi specjalistami. IT podnosi przy tym jakość obsługi klientów oraz poprawia komunikację i produktywność pracowników w firmach sektora MŚP. 37 proc. respondentów podkreśla szczególny wpływ technologii na komunikację wewnętrzną, współpracę i wymianę wiedzy między pracownikami, 38 proc. podkreśla znaczenie IT dla obsługi klientów, 29 proc. wskazuje na poprawę produktywności zespołu, a 27 proc. podkreśla większą satysfakcję z pracy. Respondenci uznali, że IT zapewnia lepszy kontakt z klientem (40 proc.) oraz przyczynia się do redukcji kosztów (33 proc.).

Cyfryzacja to dobry biznes

Z prezesem Sygnity S.A. Januszem R. Guy’em rozmawialiśmy o cyfryzacji państwa, zamówieniach publicznych i roli informatyki w biznesie

Gdy premier Morawiecki ogłosił „plan Morawieckiego” to w Pana firmie strzelały korki od szampana? Liczycie na poważne przychody?

Liczymy, ale w taki sposób, aby nasze kalkulacje były przewidywalne i wykonalne. Jesteśmy spółką giełdową, więc nie możemy słuchać obietnic i bujać w obłokach. Dla nas istotne jest to, co z obietnicy staje się promesą popartą konkretnymi faktami.

Zacznijmy od zamówień publicznych. Z nimi jest zawsze dużo problemów.

To jest szerszy problem, który musi być rozwiązany przez administrację państwową. Przykładem są zamówienia publiczne na budowę autostrad. Autostrady w Polsce mamy, ale firm, które je budowały, nie mamy. Bo zbankrutowały. Są pewne zapisy w ustawie o zamówieniach publicznych, które stanowią duże zagrożenie dla spółek.

Jest też odwrotnie: programu informatyzacji ZUS nie mamy, a firmy, które to realizują – mamy

Tak, to jest bardzo dobry strzał w drugą stronę. Podobnie jest z informatyzacją służby zdrowia. Potrzebna jest mądrość i umiar. Tego uczymy się, ale – niepotrzebnie czasami – od zera. Są przykłady państw, także unijnych, które przeszły taką drogę. Na przykład, w Anglii prawo było tak napisane, że doszło do kilku spektakularnych bankructw spółek w segmencie informatycznym. Wzięła się za to Izba Lordów, prawodawcy i zmienili prawo. Na takie, które chroni zamawiającego, ale niekoniecznie wdeptuje w ziemię spółkę za winy, które niekiedy są wątpliwe.

Kontakty między państwem a sektorem IT osiągnęły już taki poziom, że zaufanie jest na poziomie minusowym. Jest Pan zwolennikiem opcji zero?
Trudno w tej chwili o gruntowną ocenę, ponieważ jeszcze trwają zmiany w ministerstwach, z którymi współpracujemy. Nie zawsze z samym ministrem, a z ludźmi odpowiedzialnymi za IT, za projekty, które wdrażamy. A prowadzimy duże projekty, niektóre z nich są dyskutowane nawet na łamach prasy. W projekcie nazywanym administracyjnie P1 byliśmy jednym z wykonawców tak zwanego e-Zdrowia. Przedstawiciele nowej władzy wypowiedzieli się krytycznie na temat tego systemu. Firmy, które go wdrażały, zostały obciążone ogromnymi karami, zerwano z nimi umowy, ale Sygnity była jedyną spółką, której to nie dotknęło. Nie zostaliśmy obarczeni karami ani nie usunięto nas z tego projektu, po prostu go zatrzymano i w tej chwili jest redefiniowany. Uważam, że decydując się na działalność w sektorze publicznym trzeba mieć rozeznanie, jak on wygląda. Działamy na rynku IT w Polsce od ponad 25 lat. W tym czasie rząd zmienił się wiele razy. Dostosowywaliśmy się i skutecznie działaliśmy. Ponad połowa naszego biznesu to segment bankowo-finansowy i energetyczny. Zamówienia publiczne stanowią też poważny udział – ok. 35 proc. naszych przychodów. Ten udział się zmienił ze względu na opóźnienia unijne, jeszcze niedawno było to 45 proc. Ale to są dwa różne światy. Segment bankowo-finansowy czy energetyczny to międzynarodowe, globalne koncerny, w których mamy do czynienia z innymi procedurami, z szybką wymianą informacji, z dialogiem między zamawiającym a wykonawcą, jakim jest Sygnity.

Wróćmy do administracji państwowej: e-Zdrowie – rozumiem, że jesteście w tym projekcie, e-Podatki – to jest głównie po Waszej stronie. Czy możliwa jest cyfryzacja systemu podatkowego w stu procentach?
Zawsze potrzebna jest partycypacja człowieka. Wszystkie systemy podatkowe wymagają ciągłej customizacji, ponieważ prawo się zmienia. My wdrażamy system, w którym głównym podwykonawcą jest amerykańska firma Fast Enterprises, dostawca rozwiązań dla systemów podatkowych dla wielu stanów, m.in. Kalifornii. Podobny wdraża Finlandia. To system naprawdę ultranowoczesny. Od trzech lat grupa Amerykanów współpracuje z Ministerstwem Finansów; pracują tu codziennie – są w Polsce na stałe, z rodzinami, tu mieszkają, tu uczą się ich dzieci.

Na jakim etapie jest cyfryzacja państwa polskiego?
Są różne ekstrema: od krajów, które w ogóle nie są dotknięte cyfryzacją, po bardzo zaawansowane. Gdybyśmy porównali się np. do Estonii, to pewnie jest ona bardziej zaawansowana. Ale czy to jest właściwe porównanie? Jeśli chodzi o skalę, jest to kwestia środków, czyli udziału w cyfryzacji segmentu komercyjnego, prywatnego. Im bardziej rozwinięty kraj, tym więcej jest instytucji międzynarodowych czy nawet globalnych i strategie podejścia do cyfryzacji są też zglobalizowane. Można powiedzieć, że w równym stopniu cyfryzują się banki Santander w Polsce i Santander, powiedzmy, w Hiszpanii. Jeśli chodzi o instytucje publiczne, to głównym motorem jest dostępność środków, głównie z budżetu państwa. Polska jest ogromnym beneficjentem środków z Unii, co spowodowało, że alokacja z budżetu naszego państwa w cyfryzację jest niewielka. Można więc zadać pytanie, co się stanie, gdy wyczerpią się środki unijne? Utrzymanie systemów w jakimś momencie zacznie być obciążeniem. Rząd angażuje się w wielkie projekty transformujące państwo, uzależnione od cyfryzacji. Myślę, że ważne byłoby ustalenie priorytetów.

Jak wygląda teraz branża IT i czym różni się od tej, w którą Pan wchodził kilka lat temu? Jaka jest pozycja Pana firmy?
Sygnity jest spadkobiercą Computer- Landu, który był w swoim czasie liderem albo niekwestionowanym co-leaderem rynku, jeszcze z Prokom Software. Wtedy IT było synonimem handlu sprzętem, co ludzie z IT nazywają przerzucaniem pudeł. Tak więc przerzucano te pudła i w pewnym momencie, kiedy spółki zaczęły się bogacić, a firmy wokół i otoczenie zaczęły się zmieniać, parę z nich bardzo mądrze zaczęło taką właśnie pracę integracyjną, pracę nad własnymi produktami. Byliśmy jedną z nich. To była mądra transformacja. Patrząc na zapotrzebowanie na polskich specjalistów IT i na tę wielką rzeszę, która z uwagi na wiedzę i warsztat pracuje poza Polską, jesteśmy jednym z niekwestionowanych liderów na świecie. Liczba centrów serwisowych i kompetencyjnych IT w różnych miejscach w Polsce świadczy o tym, że sektor IT jest tu dużo atrakcyjniejszy niż gdzie indziej. Jak Pan postrzega teraz Sygnity na rynku? Są alternatywne odpowiedzi. Przez pryzmat spółki IT, jaką jest Sygnity, co chciałaby robić – to jedno spojrzenie; a drugie, okiem naszych akcjonariuszy, inwestorów – co by chcieli z tej spółki mieć.

Kiedy w 2012 roku przyszedłem do Sygnity, do rady nadzorczej, a później do zarządu, byliśmy integratorem, czyli ważne były partnerstwa z różnymi globalnymi graczami i pewna pula własnych rozwiązań. Myślę jednak, że taka spółka, jak nasza, mierzy i powinna mierzyć w projekty oparte na własnych rozwiązaniach i na własnych produktach. Mamy na tyle wysoki poziom myśli technologicznej i kompetencje ludzi, że stać nas na to. Następną rzeczą jest dywersyfikacja biznesu. Jako spółka jesteśmy całkowitym odzwierciedleniem polskiego rynku, bo nasz biznes pochodzi z Polski. Jesteśmy za granicą, ale to nie jest znacząca część. Uczestniczymy w zamówieniach publicznych, które są ściśle powiązane z otrzymaniem funduszy unijnych przez instytucje zamawiające. Jeśli coś się przesuwa, trudno jest to tak zrekompensować w innych segmentach, by zmieścić się w okresie sprawozdawczym. Dywersyfikacja biznesowa na rynki, zwłaszcza te bliskie, gdzie jest zapotrzebowanie na nasze produkty, jest konieczna. Dla Sygnity to jest ten właściwy kierunek działań. Nie ma bardziej zglobalizowanego biznesu, jak IT. Trzeba tylko mieć pewność, że nasze produkty są wystarczająco atrakcyjne i dają nam odpowiednią marżę. Realizujemy tę strategię, trochę nadganiając stracony czas, bo spółka miała trudny okres przez parę lat po fuzji.

Czy rzeczywiście można powiedzieć, że restrukturyzacja jest za Wami, a teraz tylko pozytywistyczny rozwój?
Duże kroki zostały uczynione, ale zawsze będzie jeszcze ileś małych do zrobienia. W wyniku fuzji zmniejszyliśmy liczbę lokalizacji do dwunastu. Pytanie, czy posiadanie tylu lokalizacji w Polsce to optymalny model biznesowy? Pewnie nie, ale, z drugiej strony, w IT nie można zamknąć jednej lokalizacji i gdzie indziej otworzyć drugiej, bo one opierają się na ludziach. To są ruchy typowo gospodarskie i każdy prezes musi mieć na swojej liście priorytetów ciągłe patrzenie, jak można zoptymalizować koszty, usprawnić organizację.

Jakie były główne przyczyny kłopotów w firmie?
Zwykle przy połączeniu firm, czy to są spółki IT, czy z grupy konsumenckiej, dla każdej ze stron istotny jest parytet wymiany akcji. Rzeczywiście było dużo przeszacowanych projektów. Trzeba było robić odpisy. Później audytor stwierdził, że w wyniku odpisów nastąpiły straty. Jak się łączą duże organizmy – a to były dwa duże organizmy – są pewne synergie organizacyjne. Trzeba było dostosować strukturę do połączonego biznesu, a to nie miało miejsca, wobec czego spółka zanotowała kolosalne straty. Musieliśmy zwolnić sporo osób, żeby struktura kosztów była odpowiednia do struktury przychodów, żeby biznes mógł generować marżę, jaką generują konkurenci. Okres dużych strat i dostosowywania struktury organizacyjnej do wielkości biznes umiał swój finał w 2015 roku.

Jak Pan widzi firmę, którą Pan kieruje, powiedzmy za 10 lat?
Dziesięć lat jest trudne do prognozowania nawet dla Google’a czy Apple’a; my operujemy na pięcioletniej prognozie. Dążymy do modelu, dzięki któremu będziemy pożądaną spółką publiczną. Musimy zdywersyfikować źródła przychodów. Mamy konkretne plany migracji poza granice Polski. Rozszerzenie segmentowe też jest naszym celem. Mamy zidentyfikowane segmenty, w których byliśmy i zbudowaliśmy wysokie kompetencje, ale musieliśmy je sprzedać, by ratować spółkę, gdy ponosiła straty. Jednym z przykładów jest rynek zdrowia. Te biznesy sprzedaliśmy, ale ludzie zostali. Będziemy teraz  nwestować, by ten potencjał odtworzyć. Ten proces już się zaczął. To są nisko wiszące owoce, które będziemy zbierać.

Jakie są Wasze zdolności akwizycyjne?
Nasze zdolności akwizycyjne to kwestia wygenerowania gotówki. Mamy trzy podstawowe filary funkcjonowania: segment publiczny – 35 proc. naszego biznesu – oraz bankowo-finansowy i energetyczny. Mamy biznes, który jest przewidywalny, produkty, które są sprawdzone i cały czas je unowocześniamy. Wiemy, jaką jesteśmy w stanie wygenerować marżę. Ona jest źródłem gotówki, która zasili część akwizycyjną. Myślimy o akwizycji produktów, ale też różnych podmiotów. Do tego wszystkiego mamy zdolność emisji obligacji.

Ale nie obligacji zamiennych?
Nie, nie zamiennych. Przy obecnym kursie akcji nie myślimy o dodatkowej emisji.

Chyba wręcz odwrotnie?
Tak, skupujemy swoje akcje. To jedna z najlepszych dla nas inwestycji. Banki, które się do nas zgłaszają, chcą finansować procesy akwizycyjne. Rozmawiamy z paroma, z jednym bardzo poważnie. Gdy skończymy, usiądziemy z radą nadzorczą i zastanowimy się, czy to jest droga, którą chcemy pójść…

Co lubi Janusz R. Guy

Zegarki AppleWatch
Ubrania włoskie Boggi i Canali
Wypoczynek „Stany Zjednoczone, jestem obywatelem USA i uwielbiam spędzać tam czas, ostatnio przejechałem całe zachodnie wybrzeże od San Francisco po Meksyk.”
Kuchnia włoska
Restauracja w Warszawie „Nolita”. W Mediolanie, gdzie mieszkał – „La Risacca 2”
Hobby muzyka – od Nirvany po Mozarta

Manager ma być pełen pomysłów

W zmieniającym się i ciągle zaskakującym nas świecie nie jesteśmy w stanie przewidzieć i przygotować się na wszystkie wyzwania, z którymi przyjdzie się zmierzyć. Jak w takim świecie powinni kształcić się i dokształcać managerowie? Jak do tych zmian przystosowują się uczelnie?

Polskie uczelnie intensywnie pracują nad dostosowywaniem kierunków studiów i programów nauczania do zmian zachodzących w dzisiejszym świecie – zarówno technologicznych, ekonomicznych, jak i społecznych.

– Powszechne jest poczucie konieczności wzmocnienia związków uczelni z praktyką gospodarczą. Uczelnie chcą być partnerami nie tylko biznesu, ale i słuchaczy, dlatego przygotowując programy MBA diagnozują potrzeby managerów i do przedmiotów głównych, tzw. core subjects, dotyczących zarządzania, dodają inne zajęcia – mówi dr hab. Piotr Buła, dyrektor Krakowskiej Szkoły Biznesu Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.W ostatnich latach zauważalna jest potrzeba dodania do programów MBA zajęć z etyki biznesu, CSR, ekonomii społecznej czy zarządzania ryzykiem.

– Wyraźna jest również potrzeba ukierunkowania managerów na innowacje i poszukiwanie nowych modeli biznesowych, tworzenie startupów oraz wskazanie rekomendacji, jak realizować takie projekty od pomysłu do komercjalizacji– twierdzi Piotr Buła. Zdaniem prof. Witolda Orłowskiego, dyrektora Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, istotą kształcenia managerskiego powinno być kształtowanie liderów i przedsiębiorców nowego typu – rzutkich, pełnych energii i pomysłowości, umiejących szybko zdobywać potrzebną wiedzę, umiejących dostosowywać się do zmieniającej się rzeczywistości. A polskim managerom brakuje dziś najbardziej tego, czego brakuje wszystkim Polakom – umiejętności współpracy i współdziałania. Dlatego w programach MBA pojawiają się coraz częściej zajęcia dotyczące tzw. miękkich umiejętności.

– Zazwyczaj jest je znacznie trudniej nabyć niż wiedzę, której można nauczyć się z książek. A celem współczesnych polskich managerów nie powinno być tylko sprawne zarządzanie, ale to, by stać się prawdziwymi przywódcami, umiejącymi stworzyć strategię, przekonać do niej ludzi i zaangażować ich w jej realizację – twierdzi prof. Orłowski.

Inne „podyplomówki”

Zmieniają się również inne studia podyplomowe, których rolą z założenia powinno być przekazanie wiedzy połączonej z praktyką biznesową, dostosowaną do potrzeb poszczególnych grup zawodowych czy branż.

– Niektóre tradycyjne i oblegane niegdyś kierunki studiów podyplomowych tracą słuchaczy na rzecz tych wyspecjalizowanych w rozszerzonej tematyce. Tak jest w przypadku kierunku Zarządzanie personelem, który w tej chwili jest rzadziej wybierany niż np. Kadry i płace. Zmieniają się też kierunki studiów pod kątem połączenia dziedzin. Na przykład, obok tradycyjnego kierunku Rachunkowość i finanse, pojawiły się Rachunkowość i controlling czy Rachunkowość i podatki – wyjaśnia Piotr Buła. Rosnącym zainteresowaniem cieszą się kierunki studiów pogłębiające wiedzę z funkcjonowania nowoczesnej gospodarki, zwłaszcza prawo nowoczesnych technologii i marketing internetowy.

– Jest również popyt na studia z coachingu i psychologii biznesu, co tłumaczyłabym większym zainteresowaniem konstrukcji psychicznej człowieka. Prywatnie wielu managerów po niezwykle intensywnej ścieżce kariery robi sobie przerwę, a jednym z pomysłów na życie po korporacji jest zajęcie się coachingiem – twierdzi Sylwia Hałas-Dej, dyrektor ds. edukacyjnych i rozwoju w Akademii Leona Koźmińskiego Dużą popularnością cieszą się też studia podyplomowe typowo fachowe, wręcz niszowe, jak prowadzenie i monitorowanie badań klinicznych, restrukturyzacja i upadłość przedsiębiorców, zarządzanie zakupami, praktyczne zastosowanie SAP ERP.

– Wielość kierunków studiów podyplomowych dzielimy na bloki tematyczne. Na przykład, finansiści mają do wyboru pięć kierunków specjalistycznych, których ukończenie pozwala nabyć kompetencje m.in. analityka finansowego albo doradcy. Z kolei HR – obok ścieżki specjalistycznej, gdzie znalazło się aż 12 kierunków – ma też ścieżkę managerską z czterema kierunkami rozwojowymi, łącznie ze studiami MBA dla managerów HR – informuje Sylwia Hałas-Dej.

Nieprzypadkowe przypadki

Szkoły coraz częściej otwierają się nie tylko na potrzeby managerów z korporacji, ale i przedsiębiorców z sektora MŚP, np. Szkoła Biznesu Politechniki Warszawskiej oferuje semestralny, weekendowy program „FBA Skuteczny Lider Małej Firmy”. Innym przykładem jest nowo otwarty, we współpracy z Instytutem Wzornictwa Przemysłowego, kierunek Total Design Management, który stanowi platformę łączącą projektantów z ludźmi biznesu. Dla managerów i właścicieli przedsiębiorstw, którzy chcą się uczyć biznesu na przykładach innych firm, naukowcy z Akademii Leona Koźmińskiego stworzyli bazę 20 studiów przypadku opartych o prawdziwe historie polskich przedsiębiorstw.

– Pokazują, w jaki sposób przedsiębiorcy i managerowie radzą sobie z wyzwaniami specyficznymi dla naszego kontekstu gospodarczego i kulturowego. Do końca 2016 roku w naszej bazie case’ów ma ich być ok. 60 – informuje prof. Dominika Latusek z Akademii Leona Koźmińskiego. Do tej pory podczas szkoleń i studiów managerskich polscy wykładowcy najczęściej wykorzystywali case studies z zagranicznych podręczników, oparte na innych realiach, nieprzystosowanedo warunków panujących w Polsce. Teraz, pod adresem www.studiumprzypadku.edu.pl, są dostępne bezpłatnie opisy rzeczywistych przypadków z polskich organizacji z sektora prywatnego, publicznego oraz pozarządowego.

Konsekwentne inwestycje

Grzegorz Czapla, prezes Indata SA, o tym, jak w ciągu kilkunastu lat można pomnożyć pieniądze i zbudować poważną spółkę giełdową

Zaledwie 15 lat zajęło Panu wejście do biznesowej pierwszej ligi.
Plan na to, czym chcę się zająć w życiu, ułożyłem sobie jeszcze jako młody człowiek, podejmując decyzję o wyjeździe do USA. Chcąc zarobić na studia, pracowałem jako instruktor tenisa. Zaczynałem w Seattle, mieście, które bardzo lubię, również ze względu na moje muzyczne zainteresowania. Podjąłem tam studia na poziomie Bachelor of Science in Business Administration, by następnie przenieść się do Phoenix, gdzie ukończyłem MBA. Zdawałem sobie sprawę, że wiedza zdobyta na amerykańskich uniwersytetach może być bardzo przydatna w Polsce, poza tym zgromadziłem sporo gotówki. W 2000 roku zdecydowałem się wrócić do rodzinnego Wrocławia.

I od razu zaczął Pan inwestować?
Postawiłem na biznesowe pewniaki: e-learning i specjalistyczne informacje dla inwestorów. Wykreowany przeze mnie portal Inwestycje.pl okazał się strzałem w dziesiątkę, liczba unikalnych użytkowników rosła lawinowo, dochodząc do miliona miesięcznie. Dostrzegli to specjaliści z firmy Deloitte, którzy przyznali nam nagrodę za niezwykle dynamiczny wzrost przychodów, sięgający 1500 proc. rocznie. W 2010 roku wprowadziłem Inwestycje.pl na rynek NewConnect. To był dla mnie kolejny impuls, by dalej rozwijać ten biznes. Szczególnie istotna była akwizycja firmy Kantoronline.pl, stanowiąca fundamentalne jego wzmocnienie i wzrost obrotów do poziomu 400 mln złotych rocznie. Jest to duży krok w przejściu spółki na GPW.

We Wrocławiu jest Pan postrzegany jako nowy Tomasz Misiak…
Nie kryję, że na liście biznesmenów, na których patrzę z podziwem, Tomasz Misiak zajmuje wysokie miejsce. Sukces, jaki osiągnął budując międzynarodową pozycję Work Service, jest godny naśladowania.

Trudno się z tym nie zgodzić. Cóż „cudze chwalicie, swego nie znacie” – koncentrujemy się na osiągnięciach zagranicznych top managerów i guru biznesu.
Trudno jeszcze porównywać skalę moich przedsięwzięć z Work Service, jednak zapewniam pracę 400 osobom, z których większość to wysoko wyspecjalizowani informatycy. Mnóstwo czasu i energii poświęcam rozwojowi Grupy Indata, od 2015 roku notowanej na GPW. Dziś jest to poważny gracz w branży informatycznej, choć początki były skromne. Wszystko zaczęło się od tworzonej przeze mnie spółki software’owej, którą połączyłem ze spółką Tromedia, obecną już na NewConnect. Nazwaliśmy ją Indata Software SA. Potem zdecydowałem się na akwizycje takich firm, jak Cohesiva, Positive Technology oraz InfoLAN, które stanowią obecnie fundament Indata Solutions SA. Kolejna poważna akwizycja dotyczyła Proximus SA, jednego z wiodących integratorów IT dla podmiotów użyteczności publicznej, którego przychody przekraczają 50 mln złotych. I na tym nie koniec. Obecnie Grupa Indata pracuje na rzecz wielu prestiżowych klientów, m.in. PGNiG i Tauronu. Mamy oddziały we Wrocławiu, Warszawie i Katowicach. W ubiegłym roku roku Indata osiągnęła ponad 60 mln złotych przychodu i – co szczególnie ważne – prawie 10 mln złotych marży. W perspektywie najbliższych lat chcemy stać się jednym z największych podmiotów sektora teleinformatycznego na polskim rynku.

Czym kieruje się Pan podczas kolejnych inwestycji?
Bazuję na twardych danych, wnikliwie analizuję potencjał spółek, które mnie interesują. Wiele nauczyłem się na własnych błędach, których staram się nie powtarzać. Rozwijając określony biznes przywiązuję szczególną wagę do tego, by kolejne elementy układanki były kompatybilne. W przypadku Grupy Indata założyłem, że celem będzie pełna oferta IT dla różnych sektorów, w tym sektora energetycznego. Generalnie rzecz biorąc, moja strategia polega na rozwoju poprzez akwizycje. Odnosząc się do obecnej sytuacji na GPW, jestem odporny na kolejne wybuchy entuzjazmu lub paniki. Patrzę długoterminowo, historycznie na akcjach bardzo dobrych spółek można było zarobić. Zawsze wybiegam też w przyszłość – sprawdzam, które firmy inwestują np. w badania i rozwój, a nie trwają przy tradycyjnych modelach biznesowych.

Wierzy Pan w sukces NewConnect?
To nadal doskonałe narzędzie dla firm, które szukają finansowania dalszego rozwoju. Nie zgadzam się z opiniami jednoznacznie krytycznymi wobec tego, co dotychczas działo się na tym rynku. Nie da się ukryć, że pojawili się na nim niewiarygodni gracze, których obecność wyrządziła wiele złego. Przyszłość i budowa prestiżu NewConnect to kwestia wprowadzenia standardów takich, jak na GPW. Mam nadzieję, że nowy zarząd Giełdy poradzi sobie z tym problemem. Na marginesie – czekam też na bardziej aktywne działania marketingowe GPW obliczone na inwestorów

Co lubi Grzegorz Czapla:

Zegarek Rolex
Pióro
Montblanc
Ubrania
Joop, buty Gucci
Wypoczynek
zimą Dubaj, latem Europa Południowa
Kuchnia
orientalna
Restauracja
„Pod Papugami” we Wrocławiu
Samochód
Porsche Panamera 4×4
Hobby
tenis, rock i jaz

Co się zmieni na rynku kredytów konsumenckich

W sierpniu 2015 roku uchwalono zmiany w ustawie o kredycie konsumenckim. Kluczowa część regulacji wchodzi w życie 11 marca 2016 roku

Najważniejsza zmiana polega na wprowadzeniu limitu pozaodsetkowych kosztów kredytu. W założeniu przepisy te mają zapewnić konsumentom ochronę przed naliczaniem przez pożyczkodawców nieuzasadnionych kosztów, stanowiąc uzupełnienie regulacji o odsetkach maksymalnych. Limitem będą objęte wszystkie koszty ponoszone przez pożyczkobiorcę w związku z umową pożyczki za wyjątkiem odsetek, czyli w szczególności opłaty i prowizje. Ich łączna maksymalna wysokość będzie uzależniona od wysokości pożyczki i okresu spłaty. Koszty naliczone ponad dozwolony limit będą uważane za nienależne.

Ponadto w przypadku przekroczenia limitu pożyczkobiorca będzie mógł skorzystać z prawa do spłaty pożyczki bez opłat, prowizji i odsetek (tzw. sankcja kredytu darmowego). Ograniczona zostanie także możliwość naliczania opłat za działania podejmowane w przypadku opóźnienia w spłacie pożyczki (monity mejlowe lub telefoniczne, pisemne wezwania do zapłaty, itp.). Wysokość tych opłat, łącznie z odsetkami za opóźnienie, nie będzie mogła przekroczyć wysokości odsetek maksymalnych za opóźnienie. Ponieważ już obecnie większość pożyczkodawców w umowach zastrzega odsetki za opóźnienie w wysokości równej odsetkom maksymalnym, będzie to w praktyce równoznaczne z zakazem ich naliczania.

Czego można się spodziewać po 11 marca?

Rynek czekają prawdopodobnie poważne zmiany. Niektóre usługi dodatkowe i związane z nimi opłaty mogą stopniowo zniknąć z oferty. Już od pewnego czasu można zaobserwować obniżanie przez niektóre firmy pożyczkowe opłat za tzw. obsługę domową, polegającą na odbiorze gotówki w miejscu zamieszkania klienta, co jest po części również wynikiem działań Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Opłaty te w dotychczasowym stanie prawnym nie były uwzględniane przy obliczaniu rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (RRSO), natomiast po zmianach będą objęte limitem kosztów pozaodsetkowych. W związku z tym można się spodziewać, że w celu optymalizacji kosztów część firm działających dotychczas w modelu obsługi domowej (home credit) przeniesie swoją działalność do internetu.

Spore zmiany będą dotyczyć również firm działających w kanale internetowym. W przypadku pożyczek krótkoterminowych, spłacanych w terminie nieprzekraczającym 30 dni (payday loans) nowa regulacja wymusi ograniczenie praktyk polegających na przedłużaniu, za dodatkową opłatą, okresu spłaty pożyczki. Może to spowodować ewoluowanie oferty tych firm w kierunku pożyczek na dłuższy termin, spłacanych w ratach. Skutkiem zmian może być także uproszczenie ofert i ujednolicenie struktury kosztów pożyczek. Część firm pożyczkowych może bowiem zdecydować się na zastąpienie wielu różnych opłat i prowizji jedną prowizją (lub opłatą) ustaloną z uwzględnieniem ustawowego limitu.

Pozytywnym skutkiem takiej zmiany byłoby ograniczenie praktyk polegających na stosowaniu „ukrytych” kosztów oraz ułatwienie klientom porównania ofert różnych firm. Ograniczenie możliwości naliczania opłat za podejmowane działania upominawcze może mieć negatywne skutki dla klientów mających problemy ze spłatą, ponieważ firmy pożyczkowe będą szybciej przekazywać sprawy do windykacji sądowej. Szansą na uniknięcie takiej sytuacji może być jednak wykorzystanie dopuszczalnych przez prawo rozwiązań umożliwiających restrukturyzację długu, np. rozłożenie na raty, dodatkowe zabezpieczenie lub refinansowanie

Pozytywne efekty w dłuższej perspektywie
Konieczność ograniczenia kosztów obsługi przeterminowanych pożyczek może jednak przynieść również pozytywny efekt, w postaci uszczelnienia procedur związanych z badaniem zdolności kredytowej i analizą ryzyka kredytowego. Firmom pożyczkowym po prostu nie będzie się opłacało udzielanie pożyczek klientom o podwyższonym ryzyku, zwłaszcza tym zalegającym ze spłatą innych zobowiązań. Sprzyjać temu będą zmiany w Prawie bankowym, umożliwiające firmom pożyczkowym sprawdzanie w Biurze Informacji Kredytowej osób ubiegających się o udzielenie pożyczki.

Nie można także zapominać, że już obecnie większość firm pożyczkowych sprawdza potencjalnych klientów w biurach informacji gospodarczej, które gromadzą dane o dłużnikach z sektora pożyczkowego, a także z innych sektorów, np. telekomunikacyjnego. Sprostanie nowym wymogom nie będzie łatwe, tym bardziej że ograniczeniom w zakresie naliczania opłat i prowizji będzie towarzyszył wzrost obciążeń – należy pamiętać, że instytucje pożyczkowe, jako podmioty rynku finansowego, będą ponosić opłaty na koszty utrzymania Biura Rzecznika Finansowego, zostały również objęte tzw. podatkiem bankowym. Sytuację utrudnia dodatkowo fakt, że przepisy dotyczące limitu kosztów są nieprecyzyjne i niespójne, co może utrudniać ich jednolitą wykładnię i stosowanie, przynajmniej do czasu ukształtowania się praktyki UOKiK i orzecznictwa sądów. W dłuższej perspektywie zmiany powinny jednak mieć pozytywny wpływ na rynek pożyczek, stwarzając warunki do jego pełnej profesjonalizacji.

Bessa jeszcze wróci

ManagerOnline

Na rynku panuje takie przekonanie, że małe i średnie spółki przed spadkami się obronią, bo mamy wysoki wzrost gospodarczy i dobrą sytuację ekonomiczną. One się nie obronią – mówi Piotr Zielonka, zarządzający funduszami w Trigon TFI

Czy w trwającej od połowy ubiegłego roku fali spadkowej rynek akcji osiągnął już dno?
Raczej nie. Spadki zaczęły się od rynków wschodzących. Mechanizm, który ją wywołał, jest dość prosty – przez kilka poprzednich, relatywnie dobrych dla globalnej gospodarki, lat państwa i firmy z grupy emerging markets, korzystając z zerowych stóp procentowych na dolarze, zadłużały się w tej walucie. Poziom zadłużenia rynków wschodzących jest dziś wyższy niż przed upadkiem Lehman Brothers jesienią 2008 roku. Kiedy w ubiegłym roku na dobre rozpoczęła się dyskusja na temat daty rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp procentowych w USA, co już wcześniej spowodowało umocnienie dolara, inwestorzy zdali sobie sprawę, że część zaciągniętych w dolarze długów może nie zostać spłacona. Ryzyko dotyczy całych państw, sektorów czy dużych przedsiębiorstw. Można założyć taki scenariusz, że wzrost gospodarczy w Chinach będzie dalej słabł, przez co ceny surowców będą utrzymywać się na bardzo niskim poziomie lub nawet spadać. Przez to wzrośnie i zagrożenie deflacją, i obawy o wypłacalność emerging markets, które są producentami surowców. Gdyby doszło do kilku spektakularnych bankructw to uderzą one w powiązany globalnie system bankowy, który i tak ma kłopoty z zarabianiem pieniędzy właśnie ze względu na deflację. Pojawi się zagrożenie recesją w globalnej gospodarce.

Ale po podwyżce stóp procentowych w grudniu 2015 roku amerykański Fed powoli łagodzi ton i dziś inwestorzy spekulują, że w tym roku będzie jedna, może dwie podwyżki stóp, a nie cztery, jak się jeszcze niedawno wydawało. Przewodnicząca Fed Janet Yellen wdała się nawet w dyskusję na temat legalności ujemnych stóp procentowych w USA…
Na razie wygląda na to, że cykl podwyżek został jedynie rozciągnięty w czasie, ale Fed się z niego nie wycofał. Dyskusję o ujemnych stopach procentowych w USA traktuję w kategorii gry z rynkami finansowymi, które w ostatnich latach stały się bezczelne. To znaczy, instytucje finansowe dysponują tak dużymi zasobami kapitału, że jeśli zaczynają grać na jakiś określony scenariusz, są w stanie wykreować na tej podstawie trend. Często krótkotrwały, ale gwałtowny. Na przykład, grając na spadki na rynkach wschodzących na taką skalę, że nastrój zagrożenia rozlewa się po całym świecie. To zmusza rządy i banki centralne do reakcji. Takiej jak choćby zapowiedź łagodniejszej niż się dotychczas wydawało polityki monetarnej. Stąd mamy wzrost kursów na przełomie stycznia – lutego. Do tego pojawiła się seria danych makroekonomicznych lepszych od oczekiwań, a niektóre rynki akcji były już bardzo mocno wyprzedane, właśnie ze względu na ten nadmiernie rozpędzony przez instytucje finansowe trend spadkowy. Więc i odreagowanie w górę było dość gwałtowne, bo inwestorzy uciekali od krótkich pozycji, na których mieli okazję zarobić w ostatnim czasie. Przereagowaliśmy w dół, a teraz rynek szuka punktu równowagi. Ale w dłuższej perspektywie ten punkt równowagi położony jest gdzieś niżej.

Co będzie napędzać spadki w kolejnej fazie?

Te same powody, co do tej pory – ryzyko recesji w USA po podwyżce stóp procentowych, obawy o stan chińskiej gospodarki, rosnące zagrożenie deflacją, groźną dla systemu bankowego, ryzyko ograniczenia akcji kredytowej, zagrożenie bankructwem firm z sektora wydobywczego. Powróci ta sama historia, pytanie tylko kiedy i z jakim natężeniem.

Kiedy przecena na rynkach akcji definitywnie się zakończy?
Na końcu większego trendu spadkowego powinno być takie wydarzenie, które zmienia rzeczywistość. Z reguły jest to bankructwo ważnej z globalnego punktu widzenia spółki, instytucji finansowej czy kraju. Potrzebne jest oczyszczenie, żeby rynki znów mogły trwale rosnąć. Powoli zdążamy do jakiegoś punktu zwrotnego, powiedzmy – do lekkiego kryzysu…

…na który najważniejsze banki centralne, w tym Fed, odpowiedzą jeszcze bardziej intensywnym programem drukowania pieniędzy?
Z każdą kolejną odsłoną kryzysu rządy i banki centralne muszą wymyślać coś nowego, żeby odwrócić niekorzystny bieg wydarzeń. Luzowanie ilościowe jesienią 2008 roku było skutecznym narzędziem przede wszystkim na początku, bo zapobiegło rozpadowi systemu finansowego. Później do systemu bankowego wpompowano niewyobrażalne sumy pieniędzy, a to, co udało się uzyskać, to przede wszystkim wzrost cen aktywów. Drukowanie pieniędzy było nieefektywne z punku widzenia uzyskania trwałych, pozytywnych efektów dla realnej gospodarki. Dlatego trzeba wymyślić coś nowego. Moim zdaniem, to będzie drukowanie pieniędzy połączone z programem inwestycji infrastrukturalnych. Rządy wyemitują obligacje, które kupią banki centralne, co pozwoli inwestycje sfinansować. Trzeba tylko te pieniądze mądrze wydać – niekoniecznie tylko na drogi i koleje (choć na przykład w Stanach Zjednoczonych remont dróg miałby sens), ale w rozwiązania, które popchną ten świat trochę do przodu. Na przykład, w czyste technologie wytwarzania energii.

Co dzięki temu uzyskamy?
To może załatwić wiele problemów – odwrócić trend na surowcach i tym samym uratować rynki wschodzące, oddalić zagrożenie deflacją, dzięki czemu zniknie ten rodzaj ryzyka systemowego dla banków. Zwiększy się zatrudnienie i podniesie tempo wzrostu gospodarczego.

Nie da się tak z dnia na dzień uruchomić dużego programu inwestycji infrastrukturalnych. Realizacja scenariusza, który Pan nakreślił, zajmie raczej kwartały, a nie miesiące…

Żeby rządy zdecydowały się na stymulację fiskalną, muszą znaleźć się pod ścianą. Na przykład, pod wpływem paniki na rynkach finansowych i zagrożeniarecesją. Powoli w kierunku takiego scenariusza zmierzamy.

Jak sytuacja na poziomie globalnym będzie przekładać się na polski rynek akcji? Bo na razie mamy do czynienia z dość nietypową sytuacją, w której w spadkowej części cyklu mocniej na wartości tracą akcje dużych spółek niż małych i średnich.
Jesteśmy relatywnie małym rynkiem i globalnym trendom poddają się przede wszystkim największe spółki. Bo tylko ich akcje mają dostateczną płynność, żeby interesowali się nimi inwestorzy zagraniczni. Na rynku panuje takie przekonanie, że małe i średnie spółki przed spadkami się obronią, bo mamy wysoki wzrost gospodarczy i generalnie dobrą sytuację ekonomiczną. Ja uważam, że one się nie obronią. Nadejdzie taki moment paniki, że ludzie zaczną wycofywać pieniądze z funduszy i wtedy trzeba będzie sprzedawać co się da. A jak zaczyna się wyprzedaż mał płynnych akcji, przecena ma z reguły znaczące rozmiary. Pod koniec spadków małe i średnie spółki będą radziły sobie najgorzej – to będzie zarazem sygnał, że jesteśmy gdzieś blisko punktu przegięcia. Zresztą ta relatywna przewaga małych i średnich firm nad dużymi już się skończyła. Widać to na wzrostowych sesjach – kursy akcji tych większych firm rosną silniej niż mniejszych. W dłuższej perspektywie los małych i średnich firm bardzo mocno zależy też od tego, co stanie się z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi. Jeśli dojdzie do dalszych zmian w systemie emerytalnym i rola OFE ponownie zostanie w jakiś sposób ograniczona, to małe i średnie spółki ucierpią jeszcze bardziej. O tym segmencie rynku będziemy wtedy mogli zapomnieć na
dłuższy czas.

Ostatnio nasz rynek akcji należał do najsłabszych na świecie. Czy ta tendencja utrzyma się także w najbliższej przyszłości?
Powody tej słabości wynikały w dużej mierze ze struktury indeksów, w której duży udział mają spółki energetyczne, wydobywcze i banki. Energetyka spadała wraz z cenami energii elektrycznej, branża wydobywcza cierpiała z powodu coraz niższych cen surowców, a banki zostały obciążone podatkiem. Nie jestem jednak przekonany, że w dalszym ciągu będziemy tacy słabi. Jeśli prawdziwy jest scenariusz z interwencją banków centralnych, to można założyć, że duże globalne instytucje finansowe, które od dłuższego już czasu grają na spadki na rykach wschodzących i na surowcach, zaczną z wyprzedzeniem zamykać krótkie pozycje. Te rynki są mocno wyprzedane i w kolejnej fali spadkowej powinny trzymać się relatywnie mocno. Potencjał spadkowy widzę przede wszystkim na rynkach rozwiniętych, takich jak amerykański, które bez większej korekty utrzymywały się w trendzie wzrostowym przez niemal siedem lat. Jeśli tam indeksy spadną jeszcze, powiedzmy, o 15-20 proc., to nasz rynek straci dużo mniej. A później, kiedy już zakończą się spadki – znów przy założeniu scenariusza z interwencją banków centralnych i pakiecie inwestycji infrastrukturalnych – odbijemy w górę niezwykle mocno. Tak samo, jak inne rynki wschodzące, dużo mocniej niż rynki rozwinięte.

Kursy niektórych dużych spółek spadły już tak znacznie, że ich wyceny są bardzo atrakcyjne na tle historycznych średnich. Na przykład sektor energetyczny – nad którym wprawdzie unoszą się obawy o zaangażowanie w ratowanie upadającego górnictwa – gdzie stopy dywidendy wynoszą 5-7 procent. Czy, nawet jeśli czekają nas jeszcze spadki, to nie nadszedł już ten moment, w którym warto zastanowić się nad kupnem akcji?
Na razie kopalnię Brzeszcze kupił Tauron, a Enea przejęła Bogdankę. Reszta to spekulacje, a jeśli ewentualna pomoc dla górnictwa ograniczy się do jednorazowego zasilenia w kapitał Nowej Kompanii Węglowej, będzie to operacja bez większego znaczenia dla wyników finansowych spółek energetycznych. Owszem, ich wyniki finansowe pewnie mogą się lekko pogarszać ze względu na spadające marże na produkcji energii elektrycznej i jej dystrybucji, ale przy obecnych poziomach kursów akcji spółki energetyczne będą w stanie płacić solidną dywidendę. Rzeczywistość, która wyłania się po opadnięciu informacyjnego kurzu, nie jest tak negatywna, jak się mogło wydawać. Energetyka to jeden z tych sektorów, gdzie spadki były nadmierne. Generalnie, takich firm, których akcje zbyt mocno straciły na wartości i pewnie nie ucierpią albo spadną bardzo nieznacznie w końcowym etapie przeceny, szukałbym w gronie dużych spółek.

Państwo pozwolą: Saudi Aramco

Arabia Saudyjska rozważa wprowadzenie na giełdę firmy Saudi Aramco, największego na świecie producenta ropy naftowej. To może być rekordowa sprzedaż akcji w historii, a sama spółka pod względem wartości rynkowej będzie niemal na pewno największą korporacją na świecie

Rafineria joint venture Shell i Saudi Aramco w Al-Dżubajl

Aramco produkuje ok. 10 mln baryłek ropy dziennie, więcej niż całe Stany Zjednoczone. W porównaniu do ExxonMobil, największej prywatnej, notowanej na giełdach firmy naftowej, produkcja Aramco jest trzy raz większa. Saudyjska firma ma potwierdzone rezerwy surowca rzędu 261 mld baryłek, dziesięć razy większe niż Exxon. Nad konkurentami ma także przewagę kosztową – wydobycie ropy w Arabii Saudyjskiej opłaca się już przy cenie 15 dolarów za baryłkę. Tańsze w wydobyciu złoża ma jedynie Kuwejt. Aramco nie podaje wprawdzie wyników finansowych, ale nikt właściwie nie ma wątpliwości, że po ewentualnym giełdowym debiucie firma będzie największą pod względem
wartości rynkowej korporacją na świecie.

Szacunki są bardzo szerokie, ale wszystkie przekraczają 1,5 biliona dolarów. „Financial Times” podał nawet kwotę 7 bilionów, ale padają też liczby na poziomie 10 bilionów dolarów. Tyle wynosi roczny PKB Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji razem wziętych. Alphabet (d. Google) oraz Apple, globalne korporacje działające w sektorze zaawansowanych technologii, które rywalizują o miano najwyżej wycenianej firmy na świecie, mają kapitalizację na poziomie 500 mld dolarów. Dlaczego Arabia Saudyjska rozważa sprzedaż kury znoszącej złote jaja w czasach, kiedy baryłka ropy kosztuje zaledwie 30-35 dolarów i tym samym kwota uzyskana za akcje firmy będzie daleka od optymalnej? Jednym z argumentów jest ogromny deficyt budżetowy, który w tym roku sięgnie 100 mld dolarów (równowartość 15 proc. PKB). Ale trudno uznać to za powód najważniejszy, skoro dług publiczny Arabii Saudyjskiej to tylko 6 proc. PKB, więc dodatkowe wydatki kraj mógłby sfinansować emitując obligacje. Ewentualna sprzedaż pakietu akcji Aramco (ostateczna decyzja ma zapaść w ciągu kilku miesięcy) ma być częścią zmiany prostego do tej pory modelu gospodarczego. Modelu, w którym rozwój oparty był na przychodach z wydobycia ropy.

Analitycy firmy doradczej McKinsey oszacowali, że przy utrzymaniu obecnej struktury gospodarki przeciętny dochód saudyjskiego gospodarstwa domowego spadnie o 20 procent w ciągu 15 lat. W Arabii Saudyjskiej wydajność pracy rosła w ostatniej dekadzie zaledwie o 0,8 proc. rocznie (dla porównania: w Polsce o ponad 3 proc.), a sektor wydobywczy nie będzie w stanie wytworzyć dostatecznej liczby nowych miejsc pracy dla rosnącej populacji. Rozwiązaniem jest rozwój innych branż, w których wydajność będzie rosła szybciej. Ale na to Arabia Saudyjska potrzebuje pieniędzy od inwestorów zagranicznych – jeden ze scenariuszy nakreślonych przez analityków McKinsey zakłada podwojenie PKB w ciągu 15 lat, ale pod warunkiem zainwestowania 4 bilionów dolarów w takie sektory, jak petrochemiczny, przetwórczy, turystyka, handel detaliczny i hurtowy. Władająca krajem dynastia Saudów zdaje sobie sprawę z ekonomicznych zagrożeń, więc sprzedaż akcji Aramco może być próbą oszacowania, jakie jest zainteresowanie aktywami królestwa i ile one mogą być warte. Powstać ma rządowy fundusz, który będzie się zajmował sprzedażą państwowego majątku – saudyjska gospodarka ma w większym stopniu opierać się na sektorze prywatnym.

Plan wydaje się sensowny, ale pod warunkiem, że operacja Aramco się powiedzie. I nie chodzi tu o sprzedaż akcji inwestorom, bo chętni znajdą się na pewno, ale o to, co będzie później. Czy bardzo oszczędnie informująca o swoim biznesie firma potrafi sprostać wymogom przejrzystości obowiązującym na rynku publicznym, a przyzwyczajeni do sprawowania władzy absolutnej Saudowie będą współpracować z akcjonariuszami mniejszościowymi?

Ważne Informacje

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...