.
Strona główna Blog Strona 398

Konsekwentne inwestycje

Grzegorz Czapla, prezes Indata SA, o tym, jak w ciągu kilkunastu lat można pomnożyć pieniądze i zbudować poważną spółkę giełdową

Zaledwie 15 lat zajęło Panu wejście do biznesowej pierwszej ligi.
Plan na to, czym chcę się zająć w życiu, ułożyłem sobie jeszcze jako młody człowiek, podejmując decyzję o wyjeździe do USA. Chcąc zarobić na studia, pracowałem jako instruktor tenisa. Zaczynałem w Seattle, mieście, które bardzo lubię, również ze względu na moje muzyczne zainteresowania. Podjąłem tam studia na poziomie Bachelor of Science in Business Administration, by następnie przenieść się do Phoenix, gdzie ukończyłem MBA. Zdawałem sobie sprawę, że wiedza zdobyta na amerykańskich uniwersytetach może być bardzo przydatna w Polsce, poza tym zgromadziłem sporo gotówki. W 2000 roku zdecydowałem się wrócić do rodzinnego Wrocławia.

I od razu zaczął Pan inwestować?
Postawiłem na biznesowe pewniaki: e-learning i specjalistyczne informacje dla inwestorów. Wykreowany przeze mnie portal Inwestycje.pl okazał się strzałem w dziesiątkę, liczba unikalnych użytkowników rosła lawinowo, dochodząc do miliona miesięcznie. Dostrzegli to specjaliści z firmy Deloitte, którzy przyznali nam nagrodę za niezwykle dynamiczny wzrost przychodów, sięgający 1500 proc. rocznie. W 2010 roku wprowadziłem Inwestycje.pl na rynek NewConnect. To był dla mnie kolejny impuls, by dalej rozwijać ten biznes. Szczególnie istotna była akwizycja firmy Kantoronline.pl, stanowiąca fundamentalne jego wzmocnienie i wzrost obrotów do poziomu 400 mln złotych rocznie. Jest to duży krok w przejściu spółki na GPW.

We Wrocławiu jest Pan postrzegany jako nowy Tomasz Misiak…
Nie kryję, że na liście biznesmenów, na których patrzę z podziwem, Tomasz Misiak zajmuje wysokie miejsce. Sukces, jaki osiągnął budując międzynarodową pozycję Work Service, jest godny naśladowania.

Trudno się z tym nie zgodzić. Cóż „cudze chwalicie, swego nie znacie” – koncentrujemy się na osiągnięciach zagranicznych top managerów i guru biznesu.
Trudno jeszcze porównywać skalę moich przedsięwzięć z Work Service, jednak zapewniam pracę 400 osobom, z których większość to wysoko wyspecjalizowani informatycy. Mnóstwo czasu i energii poświęcam rozwojowi Grupy Indata, od 2015 roku notowanej na GPW. Dziś jest to poważny gracz w branży informatycznej, choć początki były skromne. Wszystko zaczęło się od tworzonej przeze mnie spółki software’owej, którą połączyłem ze spółką Tromedia, obecną już na NewConnect. Nazwaliśmy ją Indata Software SA. Potem zdecydowałem się na akwizycje takich firm, jak Cohesiva, Positive Technology oraz InfoLAN, które stanowią obecnie fundament Indata Solutions SA. Kolejna poważna akwizycja dotyczyła Proximus SA, jednego z wiodących integratorów IT dla podmiotów użyteczności publicznej, którego przychody przekraczają 50 mln złotych. I na tym nie koniec. Obecnie Grupa Indata pracuje na rzecz wielu prestiżowych klientów, m.in. PGNiG i Tauronu. Mamy oddziały we Wrocławiu, Warszawie i Katowicach. W ubiegłym roku roku Indata osiągnęła ponad 60 mln złotych przychodu i – co szczególnie ważne – prawie 10 mln złotych marży. W perspektywie najbliższych lat chcemy stać się jednym z największych podmiotów sektora teleinformatycznego na polskim rynku.

Czym kieruje się Pan podczas kolejnych inwestycji?
Bazuję na twardych danych, wnikliwie analizuję potencjał spółek, które mnie interesują. Wiele nauczyłem się na własnych błędach, których staram się nie powtarzać. Rozwijając określony biznes przywiązuję szczególną wagę do tego, by kolejne elementy układanki były kompatybilne. W przypadku Grupy Indata założyłem, że celem będzie pełna oferta IT dla różnych sektorów, w tym sektora energetycznego. Generalnie rzecz biorąc, moja strategia polega na rozwoju poprzez akwizycje. Odnosząc się do obecnej sytuacji na GPW, jestem odporny na kolejne wybuchy entuzjazmu lub paniki. Patrzę długoterminowo, historycznie na akcjach bardzo dobrych spółek można było zarobić. Zawsze wybiegam też w przyszłość – sprawdzam, które firmy inwestują np. w badania i rozwój, a nie trwają przy tradycyjnych modelach biznesowych.

Wierzy Pan w sukces NewConnect?
To nadal doskonałe narzędzie dla firm, które szukają finansowania dalszego rozwoju. Nie zgadzam się z opiniami jednoznacznie krytycznymi wobec tego, co dotychczas działo się na tym rynku. Nie da się ukryć, że pojawili się na nim niewiarygodni gracze, których obecność wyrządziła wiele złego. Przyszłość i budowa prestiżu NewConnect to kwestia wprowadzenia standardów takich, jak na GPW. Mam nadzieję, że nowy zarząd Giełdy poradzi sobie z tym problemem. Na marginesie – czekam też na bardziej aktywne działania marketingowe GPW obliczone na inwestorów

Co lubi Grzegorz Czapla:

Zegarek Rolex
Pióro
Montblanc
Ubrania
Joop, buty Gucci
Wypoczynek
zimą Dubaj, latem Europa Południowa
Kuchnia
orientalna
Restauracja
„Pod Papugami” we Wrocławiu
Samochód
Porsche Panamera 4×4
Hobby
tenis, rock i jaz

Co się zmieni na rynku kredytów konsumenckich

W sierpniu 2015 roku uchwalono zmiany w ustawie o kredycie konsumenckim. Kluczowa część regulacji wchodzi w życie 11 marca 2016 roku

Najważniejsza zmiana polega na wprowadzeniu limitu pozaodsetkowych kosztów kredytu. W założeniu przepisy te mają zapewnić konsumentom ochronę przed naliczaniem przez pożyczkodawców nieuzasadnionych kosztów, stanowiąc uzupełnienie regulacji o odsetkach maksymalnych. Limitem będą objęte wszystkie koszty ponoszone przez pożyczkobiorcę w związku z umową pożyczki za wyjątkiem odsetek, czyli w szczególności opłaty i prowizje. Ich łączna maksymalna wysokość będzie uzależniona od wysokości pożyczki i okresu spłaty. Koszty naliczone ponad dozwolony limit będą uważane za nienależne.

Ponadto w przypadku przekroczenia limitu pożyczkobiorca będzie mógł skorzystać z prawa do spłaty pożyczki bez opłat, prowizji i odsetek (tzw. sankcja kredytu darmowego). Ograniczona zostanie także możliwość naliczania opłat za działania podejmowane w przypadku opóźnienia w spłacie pożyczki (monity mejlowe lub telefoniczne, pisemne wezwania do zapłaty, itp.). Wysokość tych opłat, łącznie z odsetkami za opóźnienie, nie będzie mogła przekroczyć wysokości odsetek maksymalnych za opóźnienie. Ponieważ już obecnie większość pożyczkodawców w umowach zastrzega odsetki za opóźnienie w wysokości równej odsetkom maksymalnym, będzie to w praktyce równoznaczne z zakazem ich naliczania.

Czego można się spodziewać po 11 marca?

Rynek czekają prawdopodobnie poważne zmiany. Niektóre usługi dodatkowe i związane z nimi opłaty mogą stopniowo zniknąć z oferty. Już od pewnego czasu można zaobserwować obniżanie przez niektóre firmy pożyczkowe opłat za tzw. obsługę domową, polegającą na odbiorze gotówki w miejscu zamieszkania klienta, co jest po części również wynikiem działań Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Opłaty te w dotychczasowym stanie prawnym nie były uwzględniane przy obliczaniu rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (RRSO), natomiast po zmianach będą objęte limitem kosztów pozaodsetkowych. W związku z tym można się spodziewać, że w celu optymalizacji kosztów część firm działających dotychczas w modelu obsługi domowej (home credit) przeniesie swoją działalność do internetu.

Spore zmiany będą dotyczyć również firm działających w kanale internetowym. W przypadku pożyczek krótkoterminowych, spłacanych w terminie nieprzekraczającym 30 dni (payday loans) nowa regulacja wymusi ograniczenie praktyk polegających na przedłużaniu, za dodatkową opłatą, okresu spłaty pożyczki. Może to spowodować ewoluowanie oferty tych firm w kierunku pożyczek na dłuższy termin, spłacanych w ratach. Skutkiem zmian może być także uproszczenie ofert i ujednolicenie struktury kosztów pożyczek. Część firm pożyczkowych może bowiem zdecydować się na zastąpienie wielu różnych opłat i prowizji jedną prowizją (lub opłatą) ustaloną z uwzględnieniem ustawowego limitu.

Pozytywnym skutkiem takiej zmiany byłoby ograniczenie praktyk polegających na stosowaniu „ukrytych” kosztów oraz ułatwienie klientom porównania ofert różnych firm. Ograniczenie możliwości naliczania opłat za podejmowane działania upominawcze może mieć negatywne skutki dla klientów mających problemy ze spłatą, ponieważ firmy pożyczkowe będą szybciej przekazywać sprawy do windykacji sądowej. Szansą na uniknięcie takiej sytuacji może być jednak wykorzystanie dopuszczalnych przez prawo rozwiązań umożliwiających restrukturyzację długu, np. rozłożenie na raty, dodatkowe zabezpieczenie lub refinansowanie

Pozytywne efekty w dłuższej perspektywie
Konieczność ograniczenia kosztów obsługi przeterminowanych pożyczek może jednak przynieść również pozytywny efekt, w postaci uszczelnienia procedur związanych z badaniem zdolności kredytowej i analizą ryzyka kredytowego. Firmom pożyczkowym po prostu nie będzie się opłacało udzielanie pożyczek klientom o podwyższonym ryzyku, zwłaszcza tym zalegającym ze spłatą innych zobowiązań. Sprzyjać temu będą zmiany w Prawie bankowym, umożliwiające firmom pożyczkowym sprawdzanie w Biurze Informacji Kredytowej osób ubiegających się o udzielenie pożyczki.

Nie można także zapominać, że już obecnie większość firm pożyczkowych sprawdza potencjalnych klientów w biurach informacji gospodarczej, które gromadzą dane o dłużnikach z sektora pożyczkowego, a także z innych sektorów, np. telekomunikacyjnego. Sprostanie nowym wymogom nie będzie łatwe, tym bardziej że ograniczeniom w zakresie naliczania opłat i prowizji będzie towarzyszył wzrost obciążeń – należy pamiętać, że instytucje pożyczkowe, jako podmioty rynku finansowego, będą ponosić opłaty na koszty utrzymania Biura Rzecznika Finansowego, zostały również objęte tzw. podatkiem bankowym. Sytuację utrudnia dodatkowo fakt, że przepisy dotyczące limitu kosztów są nieprecyzyjne i niespójne, co może utrudniać ich jednolitą wykładnię i stosowanie, przynajmniej do czasu ukształtowania się praktyki UOKiK i orzecznictwa sądów. W dłuższej perspektywie zmiany powinny jednak mieć pozytywny wpływ na rynek pożyczek, stwarzając warunki do jego pełnej profesjonalizacji.

Bessa jeszcze wróci

ManagerOnline

Na rynku panuje takie przekonanie, że małe i średnie spółki przed spadkami się obronią, bo mamy wysoki wzrost gospodarczy i dobrą sytuację ekonomiczną. One się nie obronią – mówi Piotr Zielonka, zarządzający funduszami w Trigon TFI

Czy w trwającej od połowy ubiegłego roku fali spadkowej rynek akcji osiągnął już dno?
Raczej nie. Spadki zaczęły się od rynków wschodzących. Mechanizm, który ją wywołał, jest dość prosty – przez kilka poprzednich, relatywnie dobrych dla globalnej gospodarki, lat państwa i firmy z grupy emerging markets, korzystając z zerowych stóp procentowych na dolarze, zadłużały się w tej walucie. Poziom zadłużenia rynków wschodzących jest dziś wyższy niż przed upadkiem Lehman Brothers jesienią 2008 roku. Kiedy w ubiegłym roku na dobre rozpoczęła się dyskusja na temat daty rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp procentowych w USA, co już wcześniej spowodowało umocnienie dolara, inwestorzy zdali sobie sprawę, że część zaciągniętych w dolarze długów może nie zostać spłacona. Ryzyko dotyczy całych państw, sektorów czy dużych przedsiębiorstw. Można założyć taki scenariusz, że wzrost gospodarczy w Chinach będzie dalej słabł, przez co ceny surowców będą utrzymywać się na bardzo niskim poziomie lub nawet spadać. Przez to wzrośnie i zagrożenie deflacją, i obawy o wypłacalność emerging markets, które są producentami surowców. Gdyby doszło do kilku spektakularnych bankructw to uderzą one w powiązany globalnie system bankowy, który i tak ma kłopoty z zarabianiem pieniędzy właśnie ze względu na deflację. Pojawi się zagrożenie recesją w globalnej gospodarce.

Ale po podwyżce stóp procentowych w grudniu 2015 roku amerykański Fed powoli łagodzi ton i dziś inwestorzy spekulują, że w tym roku będzie jedna, może dwie podwyżki stóp, a nie cztery, jak się jeszcze niedawno wydawało. Przewodnicząca Fed Janet Yellen wdała się nawet w dyskusję na temat legalności ujemnych stóp procentowych w USA…
Na razie wygląda na to, że cykl podwyżek został jedynie rozciągnięty w czasie, ale Fed się z niego nie wycofał. Dyskusję o ujemnych stopach procentowych w USA traktuję w kategorii gry z rynkami finansowymi, które w ostatnich latach stały się bezczelne. To znaczy, instytucje finansowe dysponują tak dużymi zasobami kapitału, że jeśli zaczynają grać na jakiś określony scenariusz, są w stanie wykreować na tej podstawie trend. Często krótkotrwały, ale gwałtowny. Na przykład, grając na spadki na rynkach wschodzących na taką skalę, że nastrój zagrożenia rozlewa się po całym świecie. To zmusza rządy i banki centralne do reakcji. Takiej jak choćby zapowiedź łagodniejszej niż się dotychczas wydawało polityki monetarnej. Stąd mamy wzrost kursów na przełomie stycznia – lutego. Do tego pojawiła się seria danych makroekonomicznych lepszych od oczekiwań, a niektóre rynki akcji były już bardzo mocno wyprzedane, właśnie ze względu na ten nadmiernie rozpędzony przez instytucje finansowe trend spadkowy. Więc i odreagowanie w górę było dość gwałtowne, bo inwestorzy uciekali od krótkich pozycji, na których mieli okazję zarobić w ostatnim czasie. Przereagowaliśmy w dół, a teraz rynek szuka punktu równowagi. Ale w dłuższej perspektywie ten punkt równowagi położony jest gdzieś niżej.

Co będzie napędzać spadki w kolejnej fazie?

Te same powody, co do tej pory – ryzyko recesji w USA po podwyżce stóp procentowych, obawy o stan chińskiej gospodarki, rosnące zagrożenie deflacją, groźną dla systemu bankowego, ryzyko ograniczenia akcji kredytowej, zagrożenie bankructwem firm z sektora wydobywczego. Powróci ta sama historia, pytanie tylko kiedy i z jakim natężeniem.

Kiedy przecena na rynkach akcji definitywnie się zakończy?
Na końcu większego trendu spadkowego powinno być takie wydarzenie, które zmienia rzeczywistość. Z reguły jest to bankructwo ważnej z globalnego punktu widzenia spółki, instytucji finansowej czy kraju. Potrzebne jest oczyszczenie, żeby rynki znów mogły trwale rosnąć. Powoli zdążamy do jakiegoś punktu zwrotnego, powiedzmy – do lekkiego kryzysu…

…na który najważniejsze banki centralne, w tym Fed, odpowiedzą jeszcze bardziej intensywnym programem drukowania pieniędzy?
Z każdą kolejną odsłoną kryzysu rządy i banki centralne muszą wymyślać coś nowego, żeby odwrócić niekorzystny bieg wydarzeń. Luzowanie ilościowe jesienią 2008 roku było skutecznym narzędziem przede wszystkim na początku, bo zapobiegło rozpadowi systemu finansowego. Później do systemu bankowego wpompowano niewyobrażalne sumy pieniędzy, a to, co udało się uzyskać, to przede wszystkim wzrost cen aktywów. Drukowanie pieniędzy było nieefektywne z punku widzenia uzyskania trwałych, pozytywnych efektów dla realnej gospodarki. Dlatego trzeba wymyślić coś nowego. Moim zdaniem, to będzie drukowanie pieniędzy połączone z programem inwestycji infrastrukturalnych. Rządy wyemitują obligacje, które kupią banki centralne, co pozwoli inwestycje sfinansować. Trzeba tylko te pieniądze mądrze wydać – niekoniecznie tylko na drogi i koleje (choć na przykład w Stanach Zjednoczonych remont dróg miałby sens), ale w rozwiązania, które popchną ten świat trochę do przodu. Na przykład, w czyste technologie wytwarzania energii.

Co dzięki temu uzyskamy?
To może załatwić wiele problemów – odwrócić trend na surowcach i tym samym uratować rynki wschodzące, oddalić zagrożenie deflacją, dzięki czemu zniknie ten rodzaj ryzyka systemowego dla banków. Zwiększy się zatrudnienie i podniesie tempo wzrostu gospodarczego.

Nie da się tak z dnia na dzień uruchomić dużego programu inwestycji infrastrukturalnych. Realizacja scenariusza, który Pan nakreślił, zajmie raczej kwartały, a nie miesiące…

Żeby rządy zdecydowały się na stymulację fiskalną, muszą znaleźć się pod ścianą. Na przykład, pod wpływem paniki na rynkach finansowych i zagrożeniarecesją. Powoli w kierunku takiego scenariusza zmierzamy.

Jak sytuacja na poziomie globalnym będzie przekładać się na polski rynek akcji? Bo na razie mamy do czynienia z dość nietypową sytuacją, w której w spadkowej części cyklu mocniej na wartości tracą akcje dużych spółek niż małych i średnich.
Jesteśmy relatywnie małym rynkiem i globalnym trendom poddają się przede wszystkim największe spółki. Bo tylko ich akcje mają dostateczną płynność, żeby interesowali się nimi inwestorzy zagraniczni. Na rynku panuje takie przekonanie, że małe i średnie spółki przed spadkami się obronią, bo mamy wysoki wzrost gospodarczy i generalnie dobrą sytuację ekonomiczną. Ja uważam, że one się nie obronią. Nadejdzie taki moment paniki, że ludzie zaczną wycofywać pieniądze z funduszy i wtedy trzeba będzie sprzedawać co się da. A jak zaczyna się wyprzedaż mał płynnych akcji, przecena ma z reguły znaczące rozmiary. Pod koniec spadków małe i średnie spółki będą radziły sobie najgorzej – to będzie zarazem sygnał, że jesteśmy gdzieś blisko punktu przegięcia. Zresztą ta relatywna przewaga małych i średnich firm nad dużymi już się skończyła. Widać to na wzrostowych sesjach – kursy akcji tych większych firm rosną silniej niż mniejszych. W dłuższej perspektywie los małych i średnich firm bardzo mocno zależy też od tego, co stanie się z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi. Jeśli dojdzie do dalszych zmian w systemie emerytalnym i rola OFE ponownie zostanie w jakiś sposób ograniczona, to małe i średnie spółki ucierpią jeszcze bardziej. O tym segmencie rynku będziemy wtedy mogli zapomnieć na
dłuższy czas.

Ostatnio nasz rynek akcji należał do najsłabszych na świecie. Czy ta tendencja utrzyma się także w najbliższej przyszłości?
Powody tej słabości wynikały w dużej mierze ze struktury indeksów, w której duży udział mają spółki energetyczne, wydobywcze i banki. Energetyka spadała wraz z cenami energii elektrycznej, branża wydobywcza cierpiała z powodu coraz niższych cen surowców, a banki zostały obciążone podatkiem. Nie jestem jednak przekonany, że w dalszym ciągu będziemy tacy słabi. Jeśli prawdziwy jest scenariusz z interwencją banków centralnych, to można założyć, że duże globalne instytucje finansowe, które od dłuższego już czasu grają na spadki na rykach wschodzących i na surowcach, zaczną z wyprzedzeniem zamykać krótkie pozycje. Te rynki są mocno wyprzedane i w kolejnej fali spadkowej powinny trzymać się relatywnie mocno. Potencjał spadkowy widzę przede wszystkim na rynkach rozwiniętych, takich jak amerykański, które bez większej korekty utrzymywały się w trendzie wzrostowym przez niemal siedem lat. Jeśli tam indeksy spadną jeszcze, powiedzmy, o 15-20 proc., to nasz rynek straci dużo mniej. A później, kiedy już zakończą się spadki – znów przy założeniu scenariusza z interwencją banków centralnych i pakiecie inwestycji infrastrukturalnych – odbijemy w górę niezwykle mocno. Tak samo, jak inne rynki wschodzące, dużo mocniej niż rynki rozwinięte.

Kursy niektórych dużych spółek spadły już tak znacznie, że ich wyceny są bardzo atrakcyjne na tle historycznych średnich. Na przykład sektor energetyczny – nad którym wprawdzie unoszą się obawy o zaangażowanie w ratowanie upadającego górnictwa – gdzie stopy dywidendy wynoszą 5-7 procent. Czy, nawet jeśli czekają nas jeszcze spadki, to nie nadszedł już ten moment, w którym warto zastanowić się nad kupnem akcji?
Na razie kopalnię Brzeszcze kupił Tauron, a Enea przejęła Bogdankę. Reszta to spekulacje, a jeśli ewentualna pomoc dla górnictwa ograniczy się do jednorazowego zasilenia w kapitał Nowej Kompanii Węglowej, będzie to operacja bez większego znaczenia dla wyników finansowych spółek energetycznych. Owszem, ich wyniki finansowe pewnie mogą się lekko pogarszać ze względu na spadające marże na produkcji energii elektrycznej i jej dystrybucji, ale przy obecnych poziomach kursów akcji spółki energetyczne będą w stanie płacić solidną dywidendę. Rzeczywistość, która wyłania się po opadnięciu informacyjnego kurzu, nie jest tak negatywna, jak się mogło wydawać. Energetyka to jeden z tych sektorów, gdzie spadki były nadmierne. Generalnie, takich firm, których akcje zbyt mocno straciły na wartości i pewnie nie ucierpią albo spadną bardzo nieznacznie w końcowym etapie przeceny, szukałbym w gronie dużych spółek.

Państwo pozwolą: Saudi Aramco

Arabia Saudyjska rozważa wprowadzenie na giełdę firmy Saudi Aramco, największego na świecie producenta ropy naftowej. To może być rekordowa sprzedaż akcji w historii, a sama spółka pod względem wartości rynkowej będzie niemal na pewno największą korporacją na świecie

Rafineria joint venture Shell i Saudi Aramco w Al-Dżubajl

Aramco produkuje ok. 10 mln baryłek ropy dziennie, więcej niż całe Stany Zjednoczone. W porównaniu do ExxonMobil, największej prywatnej, notowanej na giełdach firmy naftowej, produkcja Aramco jest trzy raz większa. Saudyjska firma ma potwierdzone rezerwy surowca rzędu 261 mld baryłek, dziesięć razy większe niż Exxon. Nad konkurentami ma także przewagę kosztową – wydobycie ropy w Arabii Saudyjskiej opłaca się już przy cenie 15 dolarów za baryłkę. Tańsze w wydobyciu złoża ma jedynie Kuwejt. Aramco nie podaje wprawdzie wyników finansowych, ale nikt właściwie nie ma wątpliwości, że po ewentualnym giełdowym debiucie firma będzie największą pod względem
wartości rynkowej korporacją na świecie.

Szacunki są bardzo szerokie, ale wszystkie przekraczają 1,5 biliona dolarów. „Financial Times” podał nawet kwotę 7 bilionów, ale padają też liczby na poziomie 10 bilionów dolarów. Tyle wynosi roczny PKB Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji razem wziętych. Alphabet (d. Google) oraz Apple, globalne korporacje działające w sektorze zaawansowanych technologii, które rywalizują o miano najwyżej wycenianej firmy na świecie, mają kapitalizację na poziomie 500 mld dolarów. Dlaczego Arabia Saudyjska rozważa sprzedaż kury znoszącej złote jaja w czasach, kiedy baryłka ropy kosztuje zaledwie 30-35 dolarów i tym samym kwota uzyskana za akcje firmy będzie daleka od optymalnej? Jednym z argumentów jest ogromny deficyt budżetowy, który w tym roku sięgnie 100 mld dolarów (równowartość 15 proc. PKB). Ale trudno uznać to za powód najważniejszy, skoro dług publiczny Arabii Saudyjskiej to tylko 6 proc. PKB, więc dodatkowe wydatki kraj mógłby sfinansować emitując obligacje. Ewentualna sprzedaż pakietu akcji Aramco (ostateczna decyzja ma zapaść w ciągu kilku miesięcy) ma być częścią zmiany prostego do tej pory modelu gospodarczego. Modelu, w którym rozwój oparty był na przychodach z wydobycia ropy.

Analitycy firmy doradczej McKinsey oszacowali, że przy utrzymaniu obecnej struktury gospodarki przeciętny dochód saudyjskiego gospodarstwa domowego spadnie o 20 procent w ciągu 15 lat. W Arabii Saudyjskiej wydajność pracy rosła w ostatniej dekadzie zaledwie o 0,8 proc. rocznie (dla porównania: w Polsce o ponad 3 proc.), a sektor wydobywczy nie będzie w stanie wytworzyć dostatecznej liczby nowych miejsc pracy dla rosnącej populacji. Rozwiązaniem jest rozwój innych branż, w których wydajność będzie rosła szybciej. Ale na to Arabia Saudyjska potrzebuje pieniędzy od inwestorów zagranicznych – jeden ze scenariuszy nakreślonych przez analityków McKinsey zakłada podwojenie PKB w ciągu 15 lat, ale pod warunkiem zainwestowania 4 bilionów dolarów w takie sektory, jak petrochemiczny, przetwórczy, turystyka, handel detaliczny i hurtowy. Władająca krajem dynastia Saudów zdaje sobie sprawę z ekonomicznych zagrożeń, więc sprzedaż akcji Aramco może być próbą oszacowania, jakie jest zainteresowanie aktywami królestwa i ile one mogą być warte. Powstać ma rządowy fundusz, który będzie się zajmował sprzedażą państwowego majątku – saudyjska gospodarka ma w większym stopniu opierać się na sektorze prywatnym.

Plan wydaje się sensowny, ale pod warunkiem, że operacja Aramco się powiedzie. I nie chodzi tu o sprzedaż akcji inwestorom, bo chętni znajdą się na pewno, ale o to, co będzie później. Czy bardzo oszczędnie informująca o swoim biznesie firma potrafi sprostać wymogom przejrzystości obowiązującym na rynku publicznym, a przyzwyczajeni do sprawowania władzy absolutnej Saudowie będą współpracować z akcjonariuszami mniejszościowymi?

Hossa na złocie

Popyt inwestycyjny netto (różnica między popytem i podażą) na złoto (w postaci sztabek i monet) wzrósł w 2015 roku o 8 proc., do 878 ton. Najchętniej w złoto inwestują Chińczycy

Od września 2011 roku do grudnia 2015 roku kurs złota spadł o ponad 40 proc., do 1055 dolarów za uncję. Choć nie był to okres wolny od obaw o stan globalnej gospodarki, to w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia dla swoich pieniędzy inwestorzy konsekwentnie wybierali papiery dłużne: amerykańskie, niemieckie, japońskie czy szwajcarskie. Co więc takiego zmieniło się na rynkach finansowych, że w końcu zwrócili uwagę także na złoto?

Polityka monetarna banków centralnych

Jednym z ważniejszych czynników stojących za zmianą trendu jest prowadzona przez wiele banków centralnych polityka ujemnych stóp procentowych, za sprawą której papiery dłużne emitowane przez rządy mają rentowność zbliżoną do zera lub wręcz ujemną. Grupa państw, którym inwestorzy muszą w istocie płacić za pożyczanie im pieniędzy, jest coraz większa i obejmuje między innymi Szwecję, Szwajcarię, Danię, Holandię, Austrię, Francję, Niemcy czy Japonię.

– Złoto nie daje żadnych dochodów i to jest jedna z głównych inwestycyjnych wad tego metalu. Ale w środowisku ujemnych stóp procentowych, kiedy kupując obligacje rządowe inwestorzy muszą liczyć się z konfiskatą części kapitału, ta wada złota staje się jego zaletą. Dopóki polityka banków centralnych się nie zmieni, dopóty złoto wydaje się atrakcyjną lokatą kapitału – mówi Maciej Kołodziejczyk, zarządzający funduszami w Investors TFI. Na razie zmiany polityki monetarnej trudno oczekiwać. Analitycy banku inwestycyjnego JP Morgan oszacowali, że stopy procentowe mogą spaść jeszcze zaskakująco dużo, nawet do -4,5 procent. Z punktu widzenia dalszych wzrostów cen złota to sytuacja bardzo korzystna, bo choć w powszechnym przekonaniu kruszec ten zabezpiecza wartość w okresach wysokiej inflacji, to w istocie najwięcej zyskuje w czasach, kiedy realne stopy procentowe są ujemne. Czyli wtedy, kiedy inwestorzy nie są w stanie zarabiać na rządowych obligacjach.

Wprawdzie w grudniu 2015 roku na rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych zdecydował się amerykański Fed i początkowo wydawało się, że w tym roku podniesie stopy nawet cztery razy, jednak obecnie wśród inwestorów i analityków panuje przekonanie, że w rzeczywistości podwyżka będzie jedna, może dwie. Przewodnicząca Fed Janet Yellen z jednej strony deklaruje, że cykl będzie kontynuowany, z drugiej zaś wdaje się w spekulacje, czy z prawnego punktu widzenia jest możliwe prowadzenie polityki ujemnych stóp procentowych także w USA. Ta niepewność związana z kierunkiem polityki monetarnej zatrzymała hossę na dolarze. Perspektywa podwyżek stóp procentowych i związane z nimi wyższe zyski z inwestycji w amerykańskie papiery dłużne były jednym z głównych czynników napływu kapitału do USA. Na przełomie stycznia i lutego kierunek ruchu się zmienił i w ciągu dwóch tygodni notowania dolara względem koszyka głównych walut spadły o 4 procent. To największy ruch w dół od maja ubiegłego roku.

– Historycznie dolar był zawsze silnie ujemnie skorelowany z cenami złota. Dlatego osłabienie dolara względem koszyka walut to jeden z głównych powodów wzrostu cen złota – mówi Tomasz Hońdo, starszy analityk Quercus TFI.

Zniechęceni inwestorzy

Odwrotna korelacja wynika z dwóch powodów – złoto rywalizuje z dolarem o miano bezpiecznej przystani, a dodatkowo jego notowania wyrażone są w dolarze. A więc jeśli kurs amerykańskiej waluty spada, nabywcy posługujący się innymi walutami mogą za tę samą kwotę kupić więcej złota. Ta zależność nie zawsze jest ścisła, ale w ostatnich latach sprawdza się bardzo dobrze – ostatnia hossa na rynku złota (obejmująca lata 2001-2011) przebiegała w rytm słabnącego dolara i zakończyła się niemal dokładnie w tym samym momencie, w którym amerykańska waluta zaczęła zyskiwać na wartości. W trakcie 4-letniej bessy przynajmniej kilkukrotnie wydawało się, że kurs złota wraca do trendu wzrostowego, ale te nadzieje szybko gasły. Wysoka dynamika ruchu w górę sugeruje, że tym razem może być inaczej.

– Startujemy z relatywnie niskich poziomów. Jeszcze niedawno na rynku kontraktów terminowych na ten kruszec po raz pierwszy od lat odnotowano przewagę krótkich pozycji o charakterze spekulacyjnym, co świadczyło o bardzo negatywnym postrzeganiu złota. W takich warunkach łatwo o zmianę nastrojów – mówi Tomasz Hońdo. Rosnące wraz ze spadkiem cen zniechęcenie do złota dobrze obrazuje też zachowanie funduszy typu ETF, których zadaniem jest odzwierciedlenie zachowania kursów określonych klas aktywów czy giełdowych indeksów. W szczycie hossy w 2011 roku największy tego typu fundusz dedykowany złotu zgromadził ponad 1300 ton kruszcu o wartości ponad 70 mld dolarów. Według danych na koniec III kwartału 2015 roku, w zasobach SPDR Gold Shares było już niecałe 650 ton złota. To klasyczny mechanizm – w szczycie hossy wszyscy uważają, że notowania rosnąć będą w nieskończoność, na dnie bessy nikt już nie wierzy, że dane aktywa mogą kiedykolwiek przynieść zyski.

Uzupełnienie portfela

Za istotną zmianą trendu na rynku złota przemawia szerokość odwrotu inwestorów od ryzykownych aktywów, która przybiera na sile od połowy ubiegłego roku. Do spadających cen metali przemysłowych dołączyły wtedy akcje notowane na rynkach wschodzących, w kolejnych etapach w bessie znalazły się także obligacje korporacyjne, nieruchomości komercyjne w USA, wreszcie akcje notowane na rynkach rozwiniętych. Inwestorzy bardzo sceptycznie oceniają także kondycję sektora bankowego, który ma kłopoty z wypracowywaniem zysków w czasach, kiedy globalnej gospodarce zagraża ryzyko deflacji – oznacza to spadek stóp procentowych na rynku międzybankowym, do których odnosi się oprocentowanie kredytów.To przekłada się na spadek przychodów, którego banki nie mogą sobie zrekompensować ujemnym oprocentowaniem depozytów. Inwestorzy spekulują też, że banki nie mówią wszystkiego o swoim zaangażowaniu na rynku instrumentów pochodnych i związanym z tym ryzykiem. Paul Achleitner, prezes znajdującego się w ogniu wyprzedaży Deutsche Banku (akcje tej jednej z największych instytucji finansowych w Europie potaniały w ciągu pierwszych sześciu tygodniu 2016 roku o ponad 30 procent), zmuszony został do zapewnienia, że jego firma wykupi wszystkie zapadające w tym roku obligacje.

– Spekulacje na temat ewentualnego załamania w sektorze finansowym, nawet jeśli prawdopodobieństwo takiego zdarzenia nie jest duże, sprzyja wzrostowi kursu złota – mówi Michał Kołodziejczyk. Zakładając, że zmiana trendu na złocie ma trwały charakter, trudno oszacować, jak dużo mogą wzrosnąć notowania szlachetnego metalu. Ponieważ złoto nie daje żadnego dochodu, nie można – na przykład, jak na rynku akcji – stwierdzić, że bieżące wskaźniki wyceny są niższe od historycznych średnich o 30 proc. i na tej podstawie oszacować potencjalną skalę wzrostu kursu. Wiadomo, że w ostatnich 45 latach notowania złota rosły średniorocznie o 8 proc., ale jednocześnie z roku na rok zmiany cen charakteryzowały się wysoką zmiennością. Zdarzyć może się zatem wszystko.

– Złoto wydaje się ciekawym uzupełnieniem zdywersyfikowanego portfela inwestycyjnego ze względu na historycznie niską korelację z akcjami – w tym roku ta reguła także się potwierdza – mówi Tomasz Hońdo

Jak nie zagubić dobrostanu?

Od czasu kiedy wprowadzono pojecie wellness, minęło ponad pół wieku. Ico najważniejsze, jest ono nadal aktualne, awzasadzie nabrało jeszcze większego znaczenia.

Z definicji wellness oznacza styl życia, którego celem jest zwiększenie potencjału każdego z nas, poprzez osiąganie harmonii pomiędzy ciałem, umysłem i duchem. Siedzący tryb życia oraz rosnąca presja czasu i zadań do wykonania potęgują stres. Świadomy i umiarkowany wysiłek fizyczny, niezbyt restrykcyjna dieta, obcowanie z naturą, zrównoważone działania we wszystkich sferach życia, staną się bezcenną profilaktyką przywracającą dobrostan. W poszukiwaniu harmonii W ten nurt wpisuje się Hotel SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie. Położony z dala od miejskich aglomeracji, otoczony Parkiem Krajobrazowym i niczym nie skażoną przyrodą, pozwala obcować z naturą. Sprzyja wsłuchaniu się w potrzeby ciała i całego organizmu oraz poświęcenie mu całej uwagi. Na miejscu goście mogą zadbać o poprawę kondycji i wzmocnić organizm. Sauny, masaże i aromaterapia. To prawdziwa uczta dla ducha i ciała.

Zabiegi te pieszczą wszystkie zmysły i pozwalają całkowicie się zrelaksować. A cykliczne seanse w saunie sprzyjają relaksacji, oczyszczeniu organizmu z toksyn, poprawie krążenia oraz złagodzeniu napięcia mięśniowego i nerwowoego. Fitness i inne formy cwiczen fi zycznych. Ruch poprawi krążenie, rozciągliwość mięśni, ruchomość stawów i wzmocni sylwetkę. Lista proponowanych zajęć jest interesująca, od step i aqua areobiku, strech&relax zaczynając, a na TRX, TBC, Body Shape, BungyPump i Fitt Ball kończąc. Joga. Pozwala na wszechstronny rozwój fizyczny, psychiczny i duchowy. Skutecznie poprawia samopoczucie, pozwala pozbyć się stresu, wyciszyć, spojrzeć w głąb siebie. Kąpiele spa i zabiegi pielęgnacyjne. Nie tylko dbają o urodę i zdrowy wygląd, ale również sprzyjają odprężeniu. Eksperci kosmetologii pomogą dobrać odpowiednią kurację do indywidualnych potrzeb.

Na łonie natury Okolice wokół Hotelu SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie znane są z ich malowniczości, zachwycających pejzaży, czystych lasów, przyjemnych i dobrze oznakowanych szlaków. Idealnie nadają się, aby spędzić każdą wolną chwilę na świeżym powietrzu spacerując, maszerując z kijami do nordic walking, wybierając się na rowery lub jogging, czy udając się na terenową jazdę konną. Tuż przy hotelu znajduje się kort tenisowy, a pół godziny jazdy samochodem – pole golfowe. Także do okolicznych jezior nie jest daleko, a wówczas, mamy do wyboru kajaki, żaglówki lub narty wodne. Czasami codzienne problemy, intensywny tryb życia utrudniają nam osiągnięcie równowagi. Wtedy warto udać się w takie miejsce, w którym będziemy mogli skupić się na swoich potrzebach, a zespół ekspertów pomoże nam ją odzyskać.

 

Białe i niebieskie kołnierzyki

Koszula to niezwykle ważny element męskiej garderoby. Specjaliści twierdzą, że to właśnie ona decyduje o tym, jak jesteśmy postrzegani

Kiedy kogoś poznajemy, odruchowo patrzymy na twarz i przód koszuli – podkreśla Janusz Bielenia, właściciel Studia Szycia na Miarę „Bielenia”.
– W związku z tym istotną rolę pełni również krawat, ale mało kto go dziś zakłada. Na marginesie, w tej niechęci do krawatów, charakterystycznej dla naszego kraju, jest trochę przesady. W Europie Zachodniej lub USA nie wypada pójść na kolację lub spotkanie biznesowe w rozpiętej pod szyją koszuli. To przejaw braku szacunku… Coraz więcej osób zamawia koszule na miarę. To słuszna decyzja, zwłaszcza gdy trzeba zatuszować niedoskonałości sylwetki. Możliwy jest też wariant pośredni, popularny w Hiszpanii, polegający na tym, że kupione w sklepie koszule zanosi się do krawca, który je dopasowuje, nie zapominając, rzecz jasna, o dodaniu monogramu. Warto dodać, że kiedyś starannie wyszyte inicjały właściciela nie miały charakteru prestiżowego, ale po prostu pozwalały stwierdzić, czy praczka nie pomyliła koszul.

Generalnie koszule dzieli się na trzy kategorie. Rolę oficjalną pełnią gładkie, najlepiej białe, jasnoróżowe lub bladoniebieskie. Jest to związane z obowiązującym jeszcze pół wieku temu podziałem na białe kołnierzyki, czyli – najogólniej mówiąc – przedstawicieli inteligencji oraz blue collars, czyli robotników. Najbardziej uniwersalne są koszule białe. Na podobnej zasadzie jak szampan, który pasuje do każdego dania, mogą być stosowane zawsze i wszędzie. Fanatykiem takich koszul był wybitny, zmarły pięć lat temu, malarz Roman Opałka. Kiedy intensywnie pracował nad nowym projektem, kupował kilkanaście białych koszul. Codziennie zakładał nową, a starą wyrzucał do śmieci. Druga ze wspomnianych wyżej kategorii to koszule w paski, które – odpowiednio dobrane – mogą również pełnić rolę formalną, co jednak wymaga sporego wyczucia i doświadczenia. Najtrudniej poprawnie zestawić z innymi elementami stroju koszule reprezentujące trzecią kategorię, czyli kraciaste. Podstawowa zasada brzmi: kratka koszuli musi być co najmniej trzy razy gęstsza niż marynarki, do której planujemy ją założyć.

– Widziałem kiedyś zdjęcie księcia Walii, który miał na sobie sześć różnych kratek i choć zabrzmi to zaskakująco, wyglądał znakomicie – stwierdza Janusz Bielenia.

– Nie mając wielopokoleniowego doświadczenia w dziedzinie komponowania garderoby, warto pamiętać o kilku prostych zasadach. Stanowczo nieeleganckie jest używanie poszetki wykonanej z tego samego materiału co koszula. Należy przypomnieć, że podobna reguła dotyczy również właściwego zestawienia butów i paska. Koszula formalna, w odróżnieniu od casualowej, musi mieć twardy kołnierzyk i mankiety. Zapominają o tym polscy celebryci, którzy upodobali sobie ostatnio formę „eleganckiego obwiesia”, polegającą na noszeniu trochę wygniecionej, wypuszczonej na wierzch koszuli łącznie z marynarką i sportowymi butami. Litościwie mówiąc – nie jest to wzór godny naśladowania. Nie ma nic wspólnego z włoskim stylem, który dopuszcza rezygnację z marynarki w upalne dni. Eleganci z Rzymu i Mediolanu noszą wtedy koszule lniane lub batystowe o specjalnym kroju, zbyt krótkie, by chować je pod paskiem. Idąc na kolację karnie przebierają się w ciemne garnitury i klasyczne koszule.

Zanim odwiedzi się krawca, by zamówić odpowiednie dla siebie koszule, warto zastanowić się nad formą kołnierzyka i mankietów. Najpopularniejsze są szerokie kołnierzyki włoskie, które mieszkańcy Italii nazywają… francuskimi.Styl brytyjski reprezentuje bardziej rozbudowany z przodu kent, a amerykański – zapinany na guziki button down. Do takich właśnie koszul Amerykanie chętnie zakładają krawaty, choć Włosi uważają, że jest to nieeleganckie. Doskonałe usztywnienie kołnierzyka stanowią specjalne fiszbiny; lepiej, gdy są one wkładane, a nie wszyte, ponieważ w tym drugim przypadku brzegi szybko przecierają się w praniu. Mankiety oficjalne, czyli french cuff, powinny być zapinane na spinki. Nieźle sprawdza się połączenie dziurek do spinek z guzikami – pozostawiające użytkownikowi swobodę wyboru. Ciekawe rozwiązanie stanowią nakładki na guziki, które w bardzo atrakcyjnej formie od lat oferuje Montblanc.

Zwykle mankiet zapinany jest na jeden guzik, ale może być ich też 2 lub 3 (to opcja dla osób o bardzo długich rękach). W prawidłowo uszytej koszuli lewy makiet powinien być o około 1 cm szerszy niż prawy – żeby ładnie układał się na zegarku. Jakie są cechy charakterystyczne szytej na miarę wysokiej klasy koszuli? Boczne szwy muszą być cienkie, w odróżnieniu od grubych, maszynowych. Z kolei szwy rękawa i konstrukcji nie powinny się ze sobą „spotykać”. Nie może też zabraknąć dodatkowych guzików pozwalających elegancko zakasać rękawy. I – rzecz  jasna – wysokiej klasy materiał; najlepiej bawełna egipska, znacznie czystsza od tureckiej lub amerykańskiej.

Oszczędność bywa głupotą

Siła jest niczym, jeśli nie ma punktu zaczepienia. Gdyby gekon nie miał przyssawek na łapkach, na nic zdałaby się jego zwinność, lekkość i sprawność. Podobnie jest z oponami samochodowymi

Proponuję ćwiczenie intelektualne. Przyjrzyjcie się państwo „Managerowi”, który macie właśnie przed sobą. Kiedy patrzycie na ten artykuł, czyli na tzw. rozkładówkę, jest to płachta w formacie A3, a więc prostokąt o rozmiarach, w przybliżeniu, 30×40 cm. Zachowajcie to w pamięci, zaraz do tego wrócimy. Spójrzmy teraz na samochód. W dzisiejszych czasach, gdy auta są wykonywane z bardzo odpornych i sztywnych materiałów, gdy na ich pokładzie znajdują się setki kilogramów izolacji termicznych i akustycznych oraz elementów wyposażenia podnoszących komfort i bezpieczeństwo, gdy większość zdolna jest do rozpędzenia się do 200 km/godz., nawet te najmniejsze modele ważą ponad tonę.

Masa wprawiona w ruch
Przeciętny samochód klasy kompaktowej to minimum 1300 kg, a bardzo sportowe pojazdy praktycznie nie schodzą poniżej 1600 kg. Z kolei auta klasy wyższej potrafią przekraczać dwie tony, a duże SUV-y ważą powyżej 2300 kg. Do tego dochodzi ciężar pasażerów i bagaży. To ogromne masy i ogromne siły bezwładności, kiedy zostaną wprawione w ruch. W ruch wprawiają je coraz bardziej wydajne, ale i coraz mocniejsze silniki. Auta wyposażane są także w coraz lepsze, coraz bardziej skuteczne hamulce. Rozwój techniki i technologii skutkuje tym, że samochody są w stanie bezpiecznie pokonywać zakręty z prędkościami nawet dwukrotnie większymi od ich poprzedników zaledwie sprzed 20 lat. A inteligentna elektronika umie sprawić, że nawet gdy kierowca poważnie przesadzi z prędkością, sytuację da się uratować bez strat. Oczywiście, wszystko to opiera się na możliwościach, jakie daje kontakt z podłożem. Przyczepność opon. To one sprawiają, że potworne silniki nie zmienią swej mocy tylko w dym i hałas, że auto ruszy niczym z katapulty i że fenomenalne hamulce będą w stanie je zatrzymać, a wspaniałe zawieszenie i genialny układ kierowniczy pozwolą przejechać zakręt z przeciążeniami, jakie do niedawna zapewniała tylko najbardziej agresywna karuzela. A teraz – zgodnie z zapowiedzią – wróćmy do początkowego akapitu. Spójrzcie państwo jeszcze raz na nasz magazyn. 30×40 cm. Podzielcie w myśli ten spłachetek papieru na cztery części. Już? Dokładnie tak wygląda powierzchnia przylegania wszystkich czterech opon nowoczesnego samochodu, powiedzmy, klasy kompaktowej: Golfa, Octavii, Aurisa, Astry… Jeśli będziemy rozważać mocniejsze, większe auta, powierzchnia ta będzie się rozrastać, ale maksymalnie najwyżej o niecałą połowę więcej od rozłożonego „Managera”. Tak właśnie będzie wyglądać odcisk opon (powierzchnia przylegania) w najpotężniejszych SUV-ach czy supersportowych bolidach.

Cała prawda o oponach

A teraz uświadomcie sobie, że opisane zadania stawiane przed oponami to nie wszystko. Bo podłożem nie musi być asfalt, bo nawierzchnia może być mokra, może być zabłocona albo zaśnieżona, pokryta szronem czy wprost „czarnym lodem”, a więc gołoledzią. I ze wszystkim tym muszą sobie poradzić cztery kawałki gumy, dźwigające na sobie 1000, albo i 2300 kg. Żeby nie było zbyt łatwo, pomyślcie, że przecież opona ma bieżnik, a w nim rowki, które służą do wyciskania spod auta wody, błota czy śniegu, by zapewnić bezpośredni kontakt z podłożem. Rowki to co najmniej 1/4 bieżnika, więc tyle trzeba odjąć od płachty papieru, którą do tej pory widzicie jako powierzchnia przylegania. A przecież oprócz tego ogumienie musi być ciche i nie stawiać nadmiernych oporów toczenia… Naprawdę, oszczędzanie na oponach to największy dowód braku wyobraźni, jaki można spotkać. Najlepsze opony nie są drogie dlatego, że mają ładną nazwę czy że ktoś je nazywa popularnym mianem „premium”. Nie, są drogie, bo ich producenci wykorzystali całą swą wiedzę, by uczynić je wszechstronnie znakomitymi. Tym się różnią od produktów oponopodobnych – które są tanie, ale w zamian wszechstronnie beznadziejne. Najlepiej się o tym przekonać czytając testy porównawcze opon. Warto wydać kilkanaście złotych za dostęp do nich na stronach ADAC, TÜV czy GTÜ. One nie kłamią. Sprzedawcy często mają po prostu towar, który trzeba wypchnąć z magazynu. Kupując opony, zawsze o tym pamiętajcie.

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...