.
Strona główna Blog Strona 372

Chcieć to móc

O samorządzie słyszał każdy. Każdy nawet w nim uczestniczy. Kłopot w tym, że nie każdy o tym wie. I o dziwo – można to uznać za usprawiedliwione

Samorządność jest bowiem materią niebywale skomplikowaną. Jej granice są nieostre, uznaniowe, do tego przebiegają rozmaicie w różnych odmianach samorządu. A tych jest wiele. Największy zasięg mają samorządy terytorialne, w których wspólnoty tworzą grupy osób zamieszkujących oznaczone terytoria (te samorządy mają strukturę piętrową, o czym dalej). Obok istnieją zaś samorządy funkcjonalne, oparte na więzi tworzonej przez wspólne zajęcie. To samorząd pracowniczy, zawodowy, uczniowski. Powyższy podział samorządów jest najczęstszy, ale istnieją także inne klasyfikacje. Niektórzy badacze wolą dzielić samorządy na oparte na podłożu majątkowym (np. fundacje) i osobowym (terytorialny, wyznaniowy, narodowościowy, gospodarczy, zawodowy).

Z tych wyliczanek wynika jedno – pojęcie samorządu jest rozmyte i wieloznaczne. Jedyna uniwersalna definicja jest szalenie ogólnikowa. Według niej samorząd to decydowanie o własnych sprawach niezależne od władzy nadrzędnej. To określenie wskazuje na rzecz najważniejszą – moment styku zasięgów obu form władzy. Otóż samorząd budowany jest od dołu, podczas gdy władza centralna działa odgórnie. Wspomniana granica ich zasięgów nie jest jednak prosta, ma tak bardzo skomplikowany przebieg, że chwilami lepiej mówić nie o linii, ale o strefie granicznej.

Prawnicy chętnie uzupełniają, że samorząd to nie tyle system zarządzania, ile wyodrębniona grupa społeczna. Przynależność do niej nie jest dobrowolna, ale wynika z mocy prawa. Grupa taka powołana zostaje w celu wykonywania zadań administracji publicznej, co czyni poprzez formy przedstawicielskie, a te są kontrolowane oddolnie, ale nadzorowane odgórnie, przez państwo. Aby bardziej nie komplikować, pozostawmy jurystom rozważania o różnicy między kontrolą a nadzorem. I bez tego widać, jak niejednorodną i skomplikowaną konstrukcją jest samorząd. Niektóre kwestie mają tu wymiar czysto akademicki. Dlaczego pochodzący z wyborów powszechnych parlament i tworzone przezeń organy (w tym administracja rządowa) mają status „państwowy”, a pochodzący z wyborów sejmik województwa jest organem samorządu? Nie należy przykładać tu miary wielkościowej; kilka województw ma przecież rozmiary mniejszych państw europejskich.

Najprostsza odpowiedź brzmi: bo się tak umówiliśmy. A ściślej – skopiowaliśmy cudze rozwiązania. Samorząd w dzisiejszym kształcie jest bowiem pomysłem stosunkowo nowym. Jego koncept zrodził się w Niemczech, o zgrozo – w Prusach, w XIX w. Samo tak przecież swojsko brzmiące słowo „samorządność” jest tłumaczeniem, tzw. kalką, z niemieckiego (Selbstverwaltung). Istniejące już w średniowieczu formy samorządowe miały zupełnie inny charakter, u ich podstaw leżały podziały stanowe społeczeństw. Dzisiejszy samorząd nie jest ich kontynuacją.

Opłotki władzy
Dla przeciętnego obywatela najważniejszy jest samorząd terytorialny, bo ma z nim codzienny kontakt. Sam jest zresztą jego częścią jako mieszkaniec wsi, miasta lub dzielnicy. Jednak na co dzień ten współudział sprowadza się do udziału w wyborach lokalnych. Tyle że średnia frekwencja wynosi w nich 40–50 proc., z pojedynczymi odchyleniami. Jest jednak jeszcze coś gorszego od niskiej frekwencji wyborczej. Otóż większości rodaków jest obojętne, czy załatwia sprawę w urzędzie państwowym czy samorządowym. Urząd to są wciąż „oni”. To fundamentalny problem. Sprawność samorządu jest pochodną masowego udziału w instytucjach, a ta wynika z poziomu kapitału społecznego. Gdy ten jest niski, samorząd staje się fasadą, karykaturą samego siebie. No to jesteśmy w domu.

W krajach zachodnich, zwłaszcza tych z podkładem protestantyzmu, zaangażowanie obywateli, rozumiane przez nich jako odpowiedzialność, jest wysokie. Po drugiej stronie mapy to zaangażowanie jest zerowe. A Polska, jak zwykle, jest pośrodku. Fakt, że trochę brakło czasu, aby to zaangażowanie wypracować. Ledwie kilkanaście w miarę spokojnych lat przerwała brutalnie wojna. Samorzutnie odrodzone po 1945 r. samorządy ledwo zdążyły rozejrzeć się na gruzach, gdy zostały oficjalnie zniesione i zastąpione systemem rad narodowych. Po co bowiem komu samorząd, skoro władza jest „ludowa”? Było to jedno z największych oszustw systemu sowieckiego, tyle że dokonane w białych rękawiczkach. Rady narodowe były atrapą, ich sesje przypominały akademie. Decyzje i tak zapadały gdzie indziej, bo autorytarna siła nie lubi dzielić się władzą i wszystko wie najlepiej. Największe znaczenie miało zaś upaństwowienie majątku gmin. Ze skutkami tego posunięcia Polska nie radzi sobie do dziś.

Samorząd terytorialny powrócił w 1990 r., ale jeszcze przez prawie 10 lat istniał tylko na szczeblu gminnym. Samorządowe powiaty i województwa mamy dopiero od 1998 r. Część specjalistów uznaje i tę reformę za niedokończoną, wskazując, że tworząc nowe jednostki, kierowano się bardziej lokalnymi naciskami niż analizą ekonomiczną. Powstały więc gminy i powiaty niezdolne do samodzielnej egzystencji. Zamiar jakichkolwiek zmian na mapie administracyjnej napotyka zaś zmasowany opór.

Plus minus średnio
Jaki jest dzisiaj stan samorządu terytorialnego? I dobry, i zły, ogólnie średni. Ponieważ jednostek samorządowych jest kilka tysięcy, można znaleźć przykłady na każdą tezę. Tutaj potrzeba nieco teorii. Zgodnie z konstytucją samorząd wykonuje zadania „niezastrzeżone dla innych władz”. To klasyczny unik, który powoduje, że po 20 latach istnienia kompetencje samorządów wciąż są domniemane. W takiej sytuacji musiała ukształtować się praktyka. W jej ramach zadania jednostek samorządów dzielą się na własne i zlecone. Te pierwsze wynikają z potrzeb lokalnej społeczności, takich jak edukacja, rekreacja, kultura, zaopatrzenie w media, dojazd do pracy, także mieszkania (chociaż to inna bajka). Istnieją tu jeszcze subtelne różnice między szczeblami samorządu. Na przykład szkoły podstawowe i gimnazja są domeną gmin, liceami i technikami zajmuje się powiat, a wybranymi szkołami średnimi – województwo. Zadania zlecone mają charakter ogólnopaństwowy, ale dobrze, by były załatwiane „bliżej ludzi”. To przykładowo prowadzenie rejestrów stanu cywilnego, wydawanie dowodów osobistych itp. Zadania te zlecane są obligatoryjnie, z mocy ustawy, lub wybiórczo, na podstawie porozumienia. To drugie wynikać może ze szczególnych warunków lokalnych, np. zabezpieczenie przeciwpowodziowe. Ważniejsza jest inna różnica. Otóż zadania własne gmina musi opłacić swoimi pieniędzmi. Zadania zlecone pociągają za sobą subwencję ogólną i dotacje celowe z budżetu państwa.

Kluczem do działania samorządów są zatem pieniądze. Aby wydawać, gmina musi mieć zapewnione wpływy. Katalog możliwych przychodów jest pozornie długi, ale podstawowe znaczenie mają dwie pozycje: podatek od nieruchomości i udział w podatku PIT osób zamieszkałych na terenie gminy. Wysokość tego udziału jest ustalana corocznie, w roku 2014 wynosiła 37,53 proc. Pozostałe rozmaite podatki i opłaty mniej ważą na budżetach. Chociaż jest w kraju kilka jednostek, które zbierają kokosy z tytułu opłaty eksploatacyjnej od zlokalizowanych tam gigantów górniczych. Dziwić tylko się można, że podatek rolny daje polskim gminom wiejskim średnio mniej niż 3 proc. przychodów.

Osobną kwestią jest to, czy subwencja i dotacje wystarczają gminom na opłacenie zadań zleconych. Otóż krzyczą one głośno, że nie. Jednak jak dotąd nie zanotowano odmowy wydania dowodu osobistego z powodu braku pieniędzy, więc kółka jakoś się kręcą. Drugą prawdą jest, że państwo chętnie gminy kantuje. Najnowszy przykład to zamierzona likwidacja gimnazjów, czego koszty obciążą gminy i nikt im tego nawet nie planuje zrekompensować. Do tego samego katalogu zaliczyć trzeba opóźnione przekazywanie należnych gminom kwot. Jeszcze w poprzedniej kadencji NIK obliczyła, że rząd zalega samorządom z wypłatą prawie 20 proc. należności. Zdarzają się także czyste złośliwości, takie jak wypowiedź (byłego już) ministra finansów, że w przypadku zmuszenia rządu do zwiększenia kwoty wolnej od podatku PIT, co przecież obiecywano, gminy muszą liczyć się ze zmniejszeniem subwencji.

Biznes z limitem
Pojawia się w tym miejscu logiczne pytanie, czy samorządy nie powinny szukać dodatkowych pieniędzy, prowadząc działalność gospodarczą. Ostrożnie! To istne pole minowe. Przepisy w tej kwestii są zawikłane i niejednoznaczne. Najogólniej – prawo nie zakazuje samorządom działalności komercyjnej, ale wprowadza tu bardzo wiele ograniczeń. Chodzi o to, by była to działalność jak najbliżej związana z zadaniami gmin i by nie próbowały one tworzyć np. sieci sklepów z alkoholem. Prowadziło by to wprost do interwencji Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Nadto nie każda działalność gospodarcza jest dochodowa. Gminy dysponują mieszkaniami i wynajmują je, czyli jest to najczystsza komercja. Tyle że są to zwykle mieszkania o najniższym standardzie i od dziesięcioleci niedoinwestowane, a lokatorzy nie należą do krezusów i często nie płacą. Całkowity bilans tego biznesu jest więc zdecydowanie ujemny. Teoretycznie nie ma przeszkód, by gminy postawiły nowe domy i czerpały zyski z wynajmu, ale skala koniecznych inwestycji przekracza możliwości i wyobraźnię przeciętnego wójta oraz burmistrza. Zatem trudno się dziwić, że gminy sięgają tam, gdzie mogą, i w ostatnich latach śrubują te podatki i opłaty, w przypadku których mają jeszcze możliwość manewru, a to podatek od nieruchomości (ustawodawca ustala tylko górną granicę, a gminy ochoczo do niej dorównują), opłatę za użytkowanie wieczyste, rozmaite opłaty targowe, uzdrowiskowe, miejscowe itp. I nie ma sposobu, by określić, czy to rzeczywiście łatanie budżetu z korzyścią dla mieszkańców, czy haracz na rzecz armii zbędnych urzędników.

Jedną ze słabości ustroju samorządów jest bowiem spora dowolność w budowaniu struktur wewnętrznych. Można tylko pokiwać z podziwem głową nad spisem miejskich instytucji i komórek, na przykład w Warszawie. Innym zagrożeniem, dotąd niedostatecznie rozpoznanym, są możliwe konflikty interesów wśród rzeszy działacz i pracowników samorządowych, którzy powoływani są na stanowiska w firmach i spółkach gminnych. Z kolei czysto polską specyfiką jest relacja polityczna państwowego centrum i samorządów. Nie wdając się w szczegóły, zdecydowaną większość władz samorządowych zaliczyć obecnie należy – z punktu widzenia rządu – do opozycji. Poza oczywistym dyskomfortem władzy wynikają też z tego konkrety. Otóż ponad 40 proc. unijnych dotacji pozostaje w rękach marszałków województw. Wojewodowie, czyli przedłużenie rządu w jednostkach samorządu, chętnie przytuliliby te pieniądze.

W grupie raźniej
O ile z samorządem terytorialnym w polskiej odmianie jakoś umiemy już żyć, o tyle inne dziedziny samorządu są mniej znane. Są to głównie samorządy branżowe, tworzone w zawodach zaufania publicznego (adwokaci, sędziowie). Może nawet lepiej, że działają one w półcieniu, chociaż raz po raz podnoszą się głosy o zamkniętych korporacjach. Ciekawszy jest inny przypadek – samorządu pracowniczego. Miał on w swoich dziejach okres komiczny, gdy w postaci tzw. konferencji samorządu robotniczego w głębokim PRL zastępował paprotkę na biurku sekretarza partyjnego. Miał też okres heroiczny, gdy po przełomie lat 1980 i 1981 wydawało się, że ustrój tak szybko nie skruszeje i działacze opozycyjni właśnie w samorządzie pracowniczym widzieli narzędzie do uzyskania większych swobód. Upadek PRL, ale przede wszystkim całkowita zmiana struktury gospodarki uczyniły ten kierunek myślenia bezprzedmiotowym.

Przeciwny biegun to samorząd gospodarczy. Istnieje tu kilka dużych i kilka mniejszych ciał, które pozostają w nader skomplikowanych stosunkach. A przecież dla biznesu byłoby chyba lepiej, gdyby miał wobec rządu jedną silną reprezentację. Tymczasem od lat nie sposób jej wyłonić. Taka polska specyfika… Ogólnie, samorządność wydaje się mieć przyszłość, bo delegowanie uprawnień przez władzę i przybliżanie decydowania do obywatela są w demokracji kierunkiem najsłuszniejszym. Chociaż istnieją też opinie, że w dobie skracania wszelkich odległości i coraz doskonalszych sposobów załatwiania spraw przez Internet miejsce pobytu decydenta nie ma już znaczenia. Jak będzie? Przyjmijmy, krakowskim targiem, że jeszcze przez 20–30 lat sprawne samorządy będą potrzebne. A później się zobaczy.

Światowy lider rynku PC

ManagerOnline

Yang Yuanqing, prezes zarządu i dyrektor zarządzający Lenovo, opowiada m.in. o tym, jak jego firma chce utrzymać pozycję lidera na rynku wartym 200 mld dol.

Udziały Lenovo w światowym rynku pecetów ciągle rosną – w ciągu minionego roku z 20,6 proc. do 21,0 proc. Jest szansa, że wkrótce będzie to 30 proc.?
Niestety, rynek PC zmniejsza się już od kilku lat, chociaż ostatnie sygnały świadczą o pewnej jego stabilizacji. Jeżeli chodzi o nas, to ostatnio z każdym kwartałem odnotowujemy niewielki wzrost udziałów, rzędu 1 proc., i to jest dobra wiadomość. Podobnie jak ta, że mimo kolejnego spadku przychodów udaje nam się znacznie zwiększać kwartalne zyski dzięki innowacyjnym produktom i skutecznej realizacji strategii konsolidacyjnej. Nie musimy się więc obawiać, że ktoś zagrozi naszej pozycji lidera na tym rynku, chociaż uzyskanie wspomnianych 30 proc. może okazać się trudne, o ile w ogóle będzie to możliwe.

W zeszłym roku skurczył się rynek nie tylko PC, lecz także tabletów, na którym zajmujecie trzecie miejsce. Nie najlepsza sytuacja jest także na rynku urządzeń mobilnych. Do tego wasze przychody w Chinach spadły o 85 proc., nie powiodła się też ekspansja na Amerykę Północną. Jak oceniłby pan wasze perspektywy działania na tych rynkach w przyszłości?
Działamy na rynkach nasyconych. Na rynkach dojrzałych, takich jak Europa i USA, właściwie każdy ma peceta. Smartfony stają się coraz bardziej popularne i technologicznie zaawansowane, więc komputerów używa się rzadziej niż kiedyś. Te ostatnie mają też dłuższy cykl życia niż urządzenia mobilne, co oznacza, że są rzadziej wymieniane. W podobny sposób kurczy się rynek tabletów, bo smartfony mają coraz większe ekrany. Ale chociaż to wszystko zaczęło się dziać już kilka lat temu, uważam, że rynek pecetów to nadal silna branża, wciąż warta 200 mld dol. Komputery osobiste są wymieniane przede wszystkim przez użytkowników komercyjnych, ale kupują je także ci prywatni. Na rynkach wschodzących, w krajach takich jak Polska, ale też Chiny, wielu ludzi używa właśnie smartfona jako swojego pierwszego inteligentnego urządzenia. A spory procent spośród nich używa tylko jego.

Ma pan na myśli młodych?
Zwłaszcza młodych, ale przede wszystkim tych o niskich dochodach. I to ich musimy przekonać, że smartfon to nie wszystko i że pecet może być dla nich źródłem nieporównywalnie ciekawszych doświadczeń. A ponieważ są one powszechnie stosowane w szkołach i na studiach, uważam,że nie powinno to być specjalnie trudne nawet na rynkach wschodzących.

Jak chcecie to osiągnąć?
Smartfon i tablet są zawsze pod ręką i jako urządzenia wyposażone w ekrany dotykowe są bardzo proste w użyciu. W dodatku większość ludzi nie lubi używać systemu Windows, bo jest zbyt skomplikowany. Naszym zadaniem jest sprawienie, by pecety stały się bardziej eleganckie, stylowe i łatwiejsze w obsłudze. Dlatego stawiamy na nowe produkty, takie jak Yoga Book. Wygląda jak tablet, ale jest na swój sposób absolutnie magiczny, mając 4,05 mm grubości przy ciężarze 690 g oraz miłą w dotyku obudowę ze stopu aluminium i magnezu. Wyposażony jest nie tylko w system Windows, lecz także Android Marshmallow z przewidzianą aktualizacją do Androida Nougata. Klawiatura jest panelem dotykowym z technologią haptyczną i błyskawicznym czasem reakcji, co ważne, bo młodzi ludzie już od dawna piszą szybciej na swoich telefonach niż na tradycyjnych klawiaturach. To też zasługa coraz lepszego oprogramowania. Sądzę, że mając w ofercie takie innowacyjne urządzenia, możemy łatwiej przekonać ludzi, by powrócili do komputerów PC.

Jak wiele nowych produktów wypuszczacie na rynek w ciągu roku?
Mnóstwo. Yoga Book to jeden z linii produktów Yoga. Z kolei Moto Z to nasz nowy, najcieńszy na rynku smartfon do zadań specjalnych. Może być używany nie tylko jako wysokiej klasy aparat fotograficzny, lecz także jako telewizor i kino domowe.

Podczas tegorocznych targów Tech World 2016 w San Francisco powiedział pan, że wymogi dzisiejszej komunikacji zmieniają komputery osobiste w CC, czyli Connected Computers. Co to oznacza dla przyszłości rynku IT?
PC i smartfon są nadal dwiema ważnymi kategoriami w branży IT. Rynek smartfonów jest obecnie wart 400 mld dol., rynek PC tylko dwa razy mniej, przy czym oba to rynki urządzeń ogólnego użytku. Myślę, że z czasem będą potrzebne urządzenia bardziej specjalistyczne, takie jak oferowany od niedawna Amazon Echo do głosowych zakupów i Google Nest do zarządzania inteligentnym domem. Wszystkie będą też musiały działać w chmurze, bo podstawą ich działania są olbrzymie ilości danych, które muszą być gromadzone i dostępne na każde żądanie. A to wymaga infrastruktury IT nowej generacji.

W jakim stopniu Lenovo jest zaangażowane w ten temat?
Ponieważ nowa infrastruktura musi być konwergentna, intensywnie inwestujemy w technologię chmury. Tradycyjne IT to wciąż duży rynek, ale niedługo całkowicie przerzuci się na technologię chmury konwergentnej opartej na zintegrowanej architekturze, obejmującą tradycyjną infrastrukturę IT oraz chmury prywatne, hybrydowe i publiczne. Konwergencja przetwarzania w chmurze oraz łatwość zdalnego i mobilnego dostępu do zasobów zmienia sposób tworzenia infrastruktur, opracowywania aplikacji i dostarczania danych. My na tym polu już działamy.

A jaki macie udział w sektorze usług B2B?
Ponieważ ma on ogromny potencjał, kupując w 2014 r. dział serwerów x86 od IBM, zapewniliśmy sobie dobry start, ale teraz musimy stawić czoło ostrej konkurencji, żeby zostać liderem.

Jak ważny jest dla was polski rynek?
Podobnie jak w innych krajach działamy tutaj we wszystkich branżach, będąc liderami w komputerach PC i tabletach. Co ważne, w tym ostatnim mamy aż 40 proc. udziałów. Po zakupie Motoroli zaczęliśmy też sprzedaż smartfonów i wyraźnie widać, że pozycja lidera jest w naszym zasięgu. Wysoki udział, bo 19 proc., mamy w rynku serwerów, które oferujemy dopiero od ubiegłego roku. Z jednej strony trafiają one do firm budujących własne centra danych, a z drugiej do naszych partnerów. Konkurencja jest tu duża, ale jesteśmy dobrej myśli i oferujemy coraz szerszą gamę nowych produktów.

Które urządzenia przeznaczone dla końcowych użytkowników cieszą się u nas największym powodzeniem?
Większość notebooków i tabletów z rodziny Yoga, a już wkrótce bestsellerem może okazać się Yoga Book, który właśnie wszedł na rynek. Jestem bardzo dumny z polskiej ekipy Lenovo, która pracuje tutaj nad naszym sukcesem. Nie tylko Lenovo jest w Polsce rozpoznawalną marką – okazało się, że ja sam również, o czym wcześniej nie wiedziałem. Kiedy leciałem teraz do Warszawy liniami LOT, rozpoznał mnie kapitan samolotu i zaprosił do kokpitu, żebym oglądał lądowanie.

Innowacje i rozwój wiedzy

    _07B0620-2got2Jednym z filarów odpowiedzialności społecznej Polpharmy są innowacje i rozwój wiedzy. Poprzez współpracę z ludźmi nauki firma może udoskonalać swoją działalność, lepiej odpowiadać na wyzwania medyczne oraz tworzyć przestrzeń dla wymiany wiedzy w różnych dziedzinach

    Strategia społecznej odpowiedzialności jest w pełni spójna ze strategią biznesową Polpharmy, która zakłada reinwestycję zysków ze sprzedaży leków w zaawansowane technologie oraz rozwój potrzebnych pacjentom produktów. Na podejmowane działania ma też wpływ system wartości zadeklarowany w Kodeksie Etyki Grupy Polpharma, oparty na takich fundamentach, jak odpowiedzialność za jakość i dostępność wytwarzanych produktów, współpraca zespołów oparta na wiedzy i kompetencjach pracowników oraz solidarność z chorymi, nakazująca dążenie do stałego doskonalenia rozwiązań terapeutycznych. Firma rozumie innowacyjność nie tylko jako inwestycje w nowoczesne laboratoria, ale także jako codzienne, niekończące się doskonalenie procesów oraz terapii udostępnianych pacjentom. Ten rodzaj innowacyjności przejawia się m.in. w stałym ulepszaniu technologii wytwarzania, aby były bardziej przyjazne dla środowiska, czy poprawie form aplikacji leku w celu zwiększenia komfortu pacjenta i ułatwienia stosowania zgodnie z zaleceniami lekarza. Polpharma rozwija także innowacje marketingowe i organizacyjne, dzięki którym może zwiększać efektywność działania, lepiej funkcjonować na rynku i coraz skuteczniej służyć pacjentom.

    To podejście znajduje swoje wymierne potwierdzenie w poziomie inwestycji Polpharmy w działalność badawczo-rozwojową. Firma przeznacza w swoich polskich ośrodkach ok. 200 mln zł rocznie na rozwój nowych produktów. Dzięki temu w latach 2010-2015 zgłosiła do ochrony 23 wynalazki dotyczące syntezy substancji aktywnych, a także technologii otrzymywania gotowych postaci leków oraz ich dawkowania. Prawdziwą wizytówką Polpharmy jest Oddział Biotechnologii w Gdańskim Parku Naukowo -Technologicznym. W tym najnowocześniejszym ośrodku w Polsce firma prowadzi prace nad lekami biologicznymi, które są przyszłością medycyny w walce z przewlekłymi, ciężkimi chorobami. Daje on wyjątkową szansę rozwoju najzdolniejszym młodym naukowcom, dzięki współpracy z uznanymi ekspertami z branży biotechnologicznej i kontaktowi z najlepszymi światowymi technologiami.

    Kultura innowacyjności
    Zgodnie z przyjętą strategią społecznej odpowiedzialności, Polpharma chce zwiększać potencjał wykorzystania innowacji poprzez dialog, partnerstwo i tworzenie nowoczesnych platform współpracy z nauką. Dlatego w poszukiwaniu nowych rozwiązań rozwija współpracę z uczelniami i instytutami naukowymi. Przykładem takiego współdziałania są, opracowane wspólnie z naukowcami z Politechniki Gdańskiej, innowacyjne technologie wytwarzania substancji stosowanych w leczeniu osteoporozy. Dzięki ich wdrożeniu do praktyki przemysłowej Polpharma została światowym liderem w produkcji tego typu substancji. Firma buduje również wewnętrzną kulturę innowacyjności, zachęcając pracowników do zgłaszania swoich pomysłów. Dzięki tego rodzaju otwartości i nastawieniu na współpracę pracownicy nie boją się podejmowania ryzyka powiązanego z procesem innowacji. Polpharma dokłada starań, by kreatywność, ciekawość świata i entuzjazm cechowały pracowników wszystkich działów, nie tylko tych ściśle związanych z badaniami i rozwojem. Zwraca uwagę na efektywny przepływ informacji pomiędzy komórkami organizacyjnymi biorącymi udział w procesach innowacyjnych, zwłaszcza pomiędzy zespołami badawczo-rozwojowymi, technicznymi i marketingowymi.

    Zapewnia pracownikom możliwość ciągłego doskonalenia kwalifikacji pozwalających na realizację najbardziej ambitnych projektów. Premiuje nieszablonowe myślenie, samodzielność i wszelkie inicjatywy podnoszące poziom innowacyjności i konkurencyjności firmy. Od 2007 roku Polpharma prowadzi wewnętrzne Biuro Innowacji i przyznaje „Nagrody Innowacyjności” autorom najbardziej wartościowych inicjatyw. Przy ich ocenie bierze pod uwagę korzyści finansowe, potencjał do kreowania wartości w przyszłości, kreatywność, systemowe podejście oraz produktywność wiedzy. Od początku istnienia Biura pracownicy zgłosili 360 nowatorskich pomysłów, z których 206 zostało uznanych za przełomowe dla udoskonalenia procesów, technologii i rozwoju organizacyjnego. Oprócz istotnego wkładu w wyniki finansowe firmy (ponad 2 proc. EBITDA) program przyczynił się do poprawy zaangażowania pracowników, transferu wiedzy między departamentami oraz rozwoju talentów. Dodatkowo w ramach programu „Podziel się pomysłem” firma zachęca pracowników odpowiedzialnych za sprzedaż i marketing do zgłaszania nowatorskich rozwiązań pozwalających budować jeszcze trwalsze relacje z klientami.

    Z myślą o przyszłości
    Polpharma wspiera także realizację własnych projektów badawczych prowadzonych przez polskich naukowców. Naukowa Fundacja Polpharmy, zgodnie z dewizą „Pomagamy Ludziom Nauki”, już od 15 lat partycypuje w rozwoju nauk farmaceutycznych i medycznych poprzez finansowanie badań naukowych w tych dziedzinach. Działalność Fundacji jest wyrazem odpowiedzialności Polpharmy za kondycję polskiej nauki, mającej bezpośrednie przełożenie na jakość życia i zdrowia społeczeństwa. Naukowa Fundacja Polpharmy jest jedynym prywatnym podmiotem w Polsce, który na taką skalę finansuje badania naukowe z dziedziny medycyny i farmacji. Akceptując i przejmując ryzyko związane z badaniami podstawowymi, bo takie najczęściej finansuje, Fundacja tworzy utalentowanym polskim badaczom warunki dla prowadzenia badań w kraju. Dotychczasowy dorobek Naukowej Fundacji Polpharmy to ponad 600 zgłoszonych projektów, 65 nagrodzonych zespołów naukowych, 37 przyznanych stypendiów doktoranckich oraz setki publikacji naukowych w Polsce i za granicą.

    Szampański prezent

    Najbardziej popularnym prezentem, zarówno prywatnym, jak i biznesowym, jest butelka dobrej jakości alkoholu. W naszym kraju rolę tę zazwyczaj pełni whisky lub wino

    Czasem, wbrew naszym oczekiwaniom, tego rodzaju podarunek może spełnić rolę odwrotną od zamierzonej. Bywa, że w polskich sklepach wino wycenione np. na 100 zł, we Francji kosztuje kilka euro, co zresztą łatwo sprawdzić za pomocą aplikacji typu „Vivino”… Z kolei whisky ma mniej więcej tyle samo amatorów, co przeciwników… Dlatego też w krajach Europy Zachodniej zwykle wręcza się butelkę szampana, który spełnia warunki prestiżowego prezentu. Ceny szampanów zaczynają się od 100 zł. Ale nie to jest najważniejsze; to trunek, który lubią wszyscy, a w dodatku można go podawać do każdej potrawy – od przystawki do deseru. Co więcej, szampan ma wspaniałą historię, a jego odmianom towarzyszą kapitalne historie. Dodatkowy atut stanowią pięknie zdobione butelki i designerskie pudełka.

    Myśląc o szampanie dla płci pięknej, warto wziąć pod uwagę Perrier-Jouët „Belle Epoque Rosé” Millésimé 2006. Jest to trunek wysokiej klasy, na którym producent oznaczył rok produkcji. Dzieje się tak tylko w przypadku wyjątkowo udanych zbiorów winorośli. Słowem – szampan „rocznikowy” to z założenia wyższa półka. Z Perrier-Jouët wiąże się ciekawa opowieść – firma powstała dzięki miłości syna winiarza i córki kupca, którzy pobierając się połączyli rodzinne biznesy. Z kolei Ruinart „Blanc de Blancs” to dzieło najstarszej, powstałej w 1729 roku i działającej do dziś, wytwórni najszlachetniejszego z alkoholi, która w dodatku przechowuje butelki w piwnicach z czasów rzymskich, wpisanych na listę UNESCO.

    Ukłonem w stronę historii jest też – wytwarzany przez Moët et Chandon – „Dom Pérignon”, nazwany tak na cześć mnicha, który udoskonalił sposób produkcji tak radykalnie, że niektóre źródła przypisują mu wynalezienie tego trunku. Z kolei Gosset może się pochwalić 500-letnią historią firmy, choć szampana wytwarza od połowy XVIII wieku. Jego „Petite Douceur Rosé” nawiązuje do tradycji, a charakteryzuje go nietypowy smak – między „brut” a „demi-sec”.

    Trudno sobie wyobrazić lepszy podarunek dla miłośnika muzyki niż Armand de Brignac w stylowej metalizowanej butelce; szampan, który bardzo często pojawia się w amerykańskich teledyskach. Dlaczego? Właścicielem firmy jest… raper Jay Z, który wspólnie z żoną Beyonce w taki właśnie nietypowy sposób promuje swój winiarski interes.

    Z kolei znakomitym – dzięki racjonalnej cenie (około 130 zł) – prezentem firmowym mógłby być Alain Bernard Demi-Sec – szampan wytwarzany przez szanowanego, średniej wielkości producenta, którego znakiem rozpoznawalnym jest znakomita relacja jakości do ceny. Wszystkie wspomniane wyżej szampany – a także wiele innych – sprowadza do polski warszawski Dom Szampana, który jest w tej dziedzinie liderem na krajowym rynku.

    Zarobić na biomasie ze… słomy

      Dariusz Maciński, założyciel i prezes zarządu spółki Woodwaste w Przytocznej, opowiada o tym, jak w małej miejscowości w województwie lubuskim można rozwinąć biznes na skalę ogólnopolską

    Manager: Koniunktura na rynku energii odnawialnych nie jest stabilna ze względu na ciągle zmieniające się regulacje. Da się na tym jeszcze zarobić?
    Dariusz Maciński: Moda na alternatywne źródła energii w naszym kraju trwa od dłuższego czasu, ale każde z nich ma swoje wady i zalety. Zacznijmy od ogniw fotowoltaicznych, które akurat w Polsce, gdzie słońce świeci intensywnie co najwyżej trzy miesiące w roku, wcale nie są tak opłacalne kosztowo jak się wydaje, chociażby ze względu na konieczność posiadania zapasowych źródeł energii na wypadek niepogody. Podobnie jest z elektrowniami wiatrowymi i na tym tle dużo lepiej prezentuje się biomasa, której dostępność w dużo mniejszym stopniu zależy o warunków pogodowych.

    Manager: Dlatego postawił pan właśnie na nią?
    Dariusz Maciński: To nie do końca prawda, ale zacznijmy od początku. Mam 46 lat, skończyłem AWF w Gorzowie Wielkopolskim, mam też zaliczonych kilka semestrów prawa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ale już dawno postawiłem na prowadzenie działalności gospodarczej w moim rodzinnym województwie lubuskim i na dzień dzisiejszy jestem tu właścicielem kilku firm o różnym profilu działalności. Zaczynałem w 1997 r. od prowadzenia działalności transportowej, ale spółkę Woodwaste, której podstawowym celem było zaopatrywanie sektora energetycznego w biomasę drzewną, czyli tzw. pellet, założyłem dopiero w 2006 r. Pierwszymi naszymi klientami zostały wtedy ZE PAK oraz Elektrownia Rybnik (obecnie EDF Paliwa).

    Problem z pelletem drzewnym, który jest bardzo popularny w USA czy Kanadzie, polega na tym, że produkuje się go z trocin, a ten rynek jest akurat w Polsce całkowicie nieprzewidywalny. Mając doświadczenie także w produkcji rolnej po niedługim czasie wpadłem na pomysł, żeby zacząć produkować agropellet ze… słomy, która jest tylko trochę gorsza energetycznie od drewna (z tony słomy daje się wyprodukować 15,5 GJ energii, a z tony trocin – 16,5 GJ), ale za to nie ma problemu z jej pozyskaniem. Klientów może jedynie odstraszać konieczność instalowania specjalnych pieców do spalania biomasy, które są dużo droższe od gazowych, ale i tak taka inwestycja na skalę przemysłową pod 4 MW energii powinna się zwrócić w czasie krótszym niż 4 lata. Za agropelletem przemawia dodatkowo to, że gaz jest paliwem chimerycznym, które dziś jest, a za 5 lat może go w ogóle nie być. A biomasy nigdy nie zabraknie…

    Uzbrojeni w taką wiedzę uruchomiliśmy produkcję agropelletu w 2008 r. w Przytocznej w województwie lubuskim i był to strzał w dziesiątkę, bo na polskim rynku byliśmy wtedy prekursorem, a do tego na miesiąc przed uruchomieniem zakładów wprowadzono rozporządzenie o tzw. biomasie agro. I tak to się zaczęło.

    Manager: Ale do tego potrzeba przecież maszyn, których na polskim rynku nie było. Sami je wyprodukowaliście?
    Dariusz Maciński: W pewnym sensie – tak. Bardzo zbliżone do naszych potrzeb znalazłem we Włoszech, gdzie są powszechnie stosowane do produkcji zielonego pelletu, a moi inżynierowie przerobili je tak, by mogły służyć do produkcji agropelletu. Nasze zakłady uchodzą za jedne z najbardziej nowoczesnych w Europie, przy czym cała produkcja jest zautomatyzowana i z najmniejszą emisją pyłów.

    Już w pierwszym roku sięgnęła ona 46 tys. ton, a liczba klientów poszerzyła się o PGE ZEDO SA (obecnie PGE GiEK SA) i PKE SA (obecnie Tauron) oraz o Dalkia Polska (obecnie Veolia Energia Polska SA) w roku kolejnym. Ponieważ biznes ten cały czas rozwijał się bardzo dynamicznie, w 2010 r. uruchomiliśmy kolejną fabrykę w Słońsku, a w 2012 r. – w Jordanowie Śląskim. W tym czasie powstały trzy inne fabryki, działające na zasadach franczyzy. W efekcie całkowita wielkość produkcji wzrosła do 150-200 tys. ton, przynosząc przychód w wysokości ok. 100 mln zł rocznie i byłby to świetlany biznes, bo produkowaną przez nas biomasą były zainteresowane nie tylko elektrownie, ale też mleczarnie, hotele czy baseny miejskie, gdyby nie załamanie rynku w 2013 r. Było ono spowodowane zwiększeniem przez poprzedni rząd dopłat do instalacji słonecznych i elektrowni wiatrowych oraz ich ograniczeniem do instalacji wykorzystujących biomasę, co spowodowało, że zainteresowanie tymi ostatnimi przestało rosnąć. Chociaż wyprodukowanie 1 MW energii za pomocą ogniw fotowoltaicznych kosztuje 700 zł, za pomocą elektrowni wiatrowej – 450 zł, a za pomocą biomasy – tylko 250 zł. Nie mówiąc o zwiększonej ochronie środowiska w porównaniu do produkcji energii za pomocą węgla, kiedy to uwalnia się do atmosfery 2 razy więcej CO2 niż przy wykorzystaniu biomasy.

    Manager: Udało się zdywersyfikować ofertę?
    Dariusz Maciński: Tak, ale tylko dlatego, że zacząłem o tym myśleć rok wcześniej, zanim doszło do kryzysu. Rozwiązaniem okazało się wprowadzenie do oferty już na początku 2014 r. wyściółki dla zwierząt hodowlanych, przede wszystkim dla drobiu i koni, rok później pelletu konsumpcyjnego do instalacji przydomowych, a w tym roku, który ponownie okazał się kryzysowy dla rynku biomasy, wyściółki dla małych zwierząt domowych, np. kotów. Wszystko to jest także produkowane ze słomy, przy czym proces produkcyjny jest tak dopracowany, że są one niemal sterylne i zwierzęta je uwielbiają. I chociaż na razie sprzedaż wyściółki przynosi tylko 15 proc. naszych przychodów ogółem to uważam ten obszar działalności za najbardziej perspektywiczny. Do dziś naszymi wyściółkami dla zwierząt domowych zainteresowały się już dwiewielkie sieci supermarketów w Niemczech i we Francji, a to daje dobre perspektywy na przyszłość.

    Manager: Czyżby przestał pan wierzyć w biomasę?
    Dariusz Maciński: Wręcz przeciwnie. Uważam, że do 2030 r. będzie ona miała 50-procentowy udział w sprzedaży energii ze źródeł odnawialnych, ale ja osobiście nie chciałbym się uzależniać tylko od dostaw do spółek Skarbu Państwa z sektora energetycznego. Bo nawet gdybym zdominował ten rynek w 100 proc., to wystarczy jedna nowa ustawa, żebym został z niczym.

    Manager: Ale samą wyściółką dla zwierząt świata pan nie zawojuje?
    Dariusz Maciński: Oczywiście, tym bardziej, że promującsię przez stronę internetową zachęciliśmy konkurencję do działania i ponieważ rynek szybko się nasycił, musieliśmy zacząć pracować nad kolejnymi pomysłami, na co by jeszcze można było przerobić słomę. Jednym z nich jest produkcja samoistnego paliwa do samochodów z silnikiem Diesla oraz węgla biologicznego, co już opatentowaliśmy po założeniu joint- -venture ze spółką niemiecką. Mieliśmy problemy z odsiarczaniem paliwa oraz przetwarzaniem olei przepracowanych, ale udało się je pokonać na etapie prac laboratoryjnych. Pierwszą linię produkcyjną chcemy uruchomić na początku 2017 r. i jeśli się uda, będzie to ukoronowaniem naszej przygody z biomasą.

    Kolejny pomysł to opracowanie technologii pozyskiwania ze słomy jednego z pierwiastków na potrzeby przemysłu kosmetycznego. Prace idą w dobrym kierunku i może już niedługo będziemy produkować kosmetyki, ale na razie nic więcej nie mogę powiedzieć. A wokół wszystkiego, co produkujemy ze słomy, chcemy zbudować społeczność w oparciu o działania crowdfundingowe. Zebrane pieniądze chcemy przeznaczyć na cel charytatywny licząc przy okazji na to, że pozyskana społeczność zostanie przy nas i naszych produktach.

    Manager: Z pozyskiwaniem kadr nie miał pan nigdy problemów?
    Dariusz Maciński: Na etatach zatrudniam ok. 300 pracowników z okolicy i mam do nich stuprocentowe zaufanie. Kandydatów do pracy nie ma tu za dużo, bo wielu z tych, którzy wyjechali na studia, już tu nie wróciło. Inżynierów i specjalistów zatrudniam do działań celowych i nie mam z tym problemu. W radzie nadzorczej mam z kolei kilku profesorów z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, bo lubię się wspierać wiedzą. Podobnie jak działalnością CSR, w ramach której pomagam wielu lokalnym organizacjom. Sponsoruję też sport, np. mistrza Polski na żużlu, drużynę Stali Gorzów, oraz półmaratony, które organizuję w pobliżu naszych zakładów.

    Manager: Myślał pan o wejściu na GPW?
    Dariusz Maciński: Nie, żadna z moich spółek nie jest nawet akcyjna. Różne fundusze inwestycyjne chciały nam „pomóc”, ale nie byłem zainteresowany. Budowę zakładów finansowałem z kredytów, które uzyskiwałem od banków spółdzielczych, za co im jestem wdzięczny. W ciągu siedmiu lat zaciągnąłem je na kwotę 70 mln zł, ale wszystkie są już spłacone. Warto w tym miejscu wspomnieć, że chociaż jesteśmy spółką technologiczną, ja sam nie mam smartfona, tylko starą Nokię, nie używam komputera, a moją pocztę elektroniczną odbiera na swoim komputerze jedna z moich asystentek. I może dlatego mam więcej czasu na myślenie o rozwoju własnego biznesu…

    Manager: Są tacy, którzy panu zazdroszczą?
    Dariusz Maciński: Zdarza się. Ostatnio ktoś podpalił moje nieruchomości, zostałem też wciągnięty w sprawę, która trafiła nawet do programu Elżbiety Jaworowicz „Sprawa dla reportera” i rozpisywały się o niej gazety. Nadal kocham jednak ziemię lubuską, chociaż od pewnego czasu pół roku w ciągu roku spędzam z rodziną na Florydzie, gdzie moje dzieci chodzą do szkoły. Z powodu prowadzenia biznesu muszę dużo podróżować, ale to lubię, mimo że jestem po dwóch poważnych wypadkach samochodowych i mam zmiażdżone kompresyjnie 8 kręgów kręgosłupa.

    Co lubi Dariusz Marciński?

    Pióro Montblanc

    Ubranie garnitury tylko od Rage Age i Patricka Hellmanna, a generalnie styl młodzieżowy: bluzy, dżinsy i adidasy

    Kuchnia hiszpańska, a potem włoska

    Restauracje w stolicy Warszawa Wschodnia, na świecie steki w Wolfgang’s Steakhouse w Nowym Jorku i owoce morza w Passadis del Pep w Barcelonie

    Wakacje latem zawsze w Polsce nad Bałtykiem i w górach, zimą, od kiedy każdego roku pół roku spędza z rodziną na Florydzie, musi się jednak obyć bez nart

    Samochód Audi A8 L

    Hobby turystyka kulinarna, zwiedzanie świata, ale bez przewodnika w ręku, jazda na rowerze, basen, sauna, czytanie książek z wyłączeniem biznesowych, np. fantastyka, ale ostatnio także literatura faktu – trylogia amerykańska Philipa Rotha oraz wszystkie książki Marka Wałkuskiego, korespondenta Polskiego Radia, który, wydaje się, podobnie jak on jest zakochany w USA – zarówno w ludziach, jak i kulturze

     

    Sieci szerokopasmowe: konieczny alians

    Li Junfeng 2Li Junfeng, nowy dyrektor zarządzający Huawei Polska, opowiada o planach rozwoju chińskiego potentata w naszym kraju

    Jest pan dyrektorem zarządzającym Huawei Polska od czerwca br., ale wcześniej odpowiadał pan w korporacji za współpracę z operatorami telekomunikacyjnymi w Europie Środkowo-Wschodniej i Skandynawii. Czy to oznacza, że tu, w Polsce, będzie wam zależeć na rozwoju przede wszystkim tego obszaru?
    Nie. To, za co odpowiadałem wcześniej w korporacji, nie ma nic wspólnego z tym, co robię obecnie. W naszej firmie kadry managerskie podlegają stałej rotacji na stanowiskach – najczęściej co dwa–trzy lata – żeby móc poznać różne obszary jej działalności. I tak właśnie stało się ze mną w połowie br. Co do planów na przyszłość, trzeba zacząć od tego, że w Polsce współpraca z sektorem telekomunikacyjnym przynosi nam aż 70 proc.przychodów i akurat o ten obszar nie musimy się obawiać. W dobrym kierunku zmierza też nasza współpraca z sektorem konsumenckim, natomiast najwięcej uwagi musimy poświęcać stosunkowo młodemu działowi Enterprise, który jest odpowiedzialny za promowanie rozwiązań IT do budowy chmury obliczeniowej. Polska wraz z Niemcami i Wielką Brytanią znalazła się w grupie 20 państw, w których obecnie promujemy tę technologię, a to oznacza, że wasz kraj jest dla nas jednym ze strategicznych obszarów działania.

    Na ostatnim Forum Ekonomicznym w Krynicy-Zdroju Huawei promował nową koncepcję budowy i rozwoju ogólnopolskiej sieci szerokopasmowej. Co leży u jej podstaw?
    Uważamy, że budowa szerokiego aliansu firm z różnych sektorów gospodarki, takich jak energetyka, telekomunikacja oraz wodociągi i kanalizacja, jest bardzo dobrym sposobem na nadrobienie zapóźnień w budowie infrastruktury sieciowej kraju. Taki alians istotnie obniża koszty realizacji sieci szerokopasmowej dzięki współdzieleniu istniejącej infrastruktury. Umożliwia również wyeliminowanie ograniczeń w użytkowaniu sieci, zwłaszcza że klienci nie idą na kompromis i chcą usług najlepszej jakości. Na razie Huawei zawarło takie alianse w Indonezji i na Filipinach, gdzie zdały one egzamin. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by został on zawarty także w Polsce, ale żeby przyniósł określone korzyści, patronat nad nim powinien objąć polski rząd. Rozmowy są w toku, a bardzo ważne jest to, że zaangażowało się w nie Ministerstwo Cyfryzacji.

    W zeszłym roku Huawei odnotował 58-procentowy wzrost przychodów w Polsce. Czy w tym roku będzie on na podobnym poziomie?
    Za wcześnie, by podawać jakieś cyfry, ale oczywiście wzrost jest dla nas bardzo ważny, tym bardziej że jeśli my rośniemy, to rosną też lokalne firmy, które z nami współpracują. Dlatego też szukamy kolejnych segmentów rynku ICT, które dzięki naszym rozwiązaniom mogłyby rosnąć szybciej niż do tej pory. Dobrym przykładem jest tu Huawei Business Enabling Suite – system do integracji środowiska IT, który powstał na zamówienie grupy Cyfrowy Polsat, a w Europie Środkowo-Wschodniej jest pierwszym projektem typu end-to-end. I na pewno nie ostatnim.

    CSR napędza innowacje

      ManagerOnline

      Wkład społecznie odpowiedzialnych praktyk biznesu w poprawę jakości życia czy stanu środowiska nie budzi wątpliwości. Jeszcze kilka lat temu do głównych korzyści z wdrażania CSR przedsiębiorcy zaliczali jednak te o charakterze wizerunkowym. Obecnie coraz częściej dostrzegany jest wpływ na wzrost innowacyjności i budowę wartości firm

      W przyjętym przez rząd „Planie na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” innowacyjność uczyniono jednym z filarów. Odpowiedzialny rozwój jest oparty na podstawach ekonomicznych, ale także na solidarności społecznej. To podejście zbieżne ze sposobem myślenia o biznesie w kontekście jego odpowiedzialności, utożsamianej z etycznym prowadzeniem działalności, kulturą opartą na wartościach, partnerskimi relacjami z interesariuszami, dobrymi praktykami ładu korporacyjnego czy zrównoważonym czerpaniem z zasobów naturalnych. W biznesie, podobnie jak w planach rządu, jeden z kluczowych warunków osiągnięcia zakładanych celów stanowi silny kapitał społeczny. To on tworzy podstawę do budowy konkurencyjnej i innowacyjnej gospodarki opartej na zaufaniu, przejrzystości, dialogu i współpracy. To od niego zależy jakość relacji, otwartość na pomysły, poziom innowacyjności i kreatywności.

      Innowacyjność to szeroko rozumiana inwencja, twórcza postawa i takie też myślenie w odniesieniu do działalności firmy, widoczne w nowatorskim podejściu do wytwarzanych produktów, świadczonych usług, relacji w łańcuchu dostaw, odpowiedzi CSR napędza innowacje Wkład społecznie odpowiedzialnych praktyk biznesu w poprawę jakości życia czy stanu środowiska nie budzi wątpliwości. Jeszcze kilka lat temu do głównych korzyści z wdrażania CSR przedsiębiorcy zaliczali jednak te o charakterze wizerunkowym. Obecnie coraz częściej dostrzegany jest wpływ na wzrost innowacyjności i budowę wartości firm na zidentyfikowane problemy. Przedsiębiorstwo działające w oparciu o odpowiedzialny model biznesowy ma dobrze rozwinięty system interakcji ze społecznym i gospodarczym otoczeniem. Lepiej identyfikuje kluczowe wyzwania, dostrzega szanse biznesowe, poznaje preferencje obecnych i potencjalnych klientów, buduje obopólnie korzystne relacje z nauką. Dzięki otwartości na pomysły i poszukiwaniu inspiracji firma zyskuje dostęp do wiedzy, z wyprzedzeniem rozpoznaje trendy, buduje swoje kompetencje, a tym samym przewagę.To właśnie CSR często staje się siłą napędową takiego podejścia, bo w sposób naturalny otwiera firmę na wyzwania społeczne i środowiskowe występujące w jej otoczeniu.

      CSR jest źródłem innowacji w sferze produktów i usług poprzez uwzględnianie już na etapie ich projektowania kwestii związanych z ich wpływem na ludzi i zasoby naturalne. Zgodnie z modelem win-win, z takich rozwiązań czerpie korzyści otoczenie firmy, ale też ona sama odnotowuje wymierne zyski. Firma wdrażająca innowacje z zakresu ekologii nie tylko przyczynia się do poprawy jakości życia i stanu środowiska, ale też zyskuje oszczędności poprzez usprawnienie procesów, ograniczenie skali odpadów, podniesienie stopnia odzysku wykorzystanych materiałów oraz – co równie ważne – ogranicza ryzyko w działalności, buduje reputację i zwiększa szanse na pozyskanie kapitału na rozwój.

      Wykorzystać potencjał
      Jednak by takie podejście przynosiło korzyści, konieczne jest przemyślane budowanie kapitału społecznego w firmie. Przejawia się to na wiele sposobów, poczynając od pracy w dobrej atmosferze, poprzez zapewnienie pracownikom odpowiednich warunków pracy i możliwości rozwoju, po inwestowanie w szkolenia i programy rozwojowe. Ale niezbędne jest także oparcie kultury organizacyjnej na takich wartościach, jak otwartość, współpraca i zaufanie. W firmach nadal zbyt rzadko wykorzystywany jest potencjał umiejętności, wiedzy i doświadczenia różnych grup pracowników. Docenienie go przyniesie korzyści, w tym wzrost poziomu satysfakcji i zaangażowania w wykonywaną pracę, spadek absencji chorobowej i rotacji zatrudnienia, racjonalizację wykorzystania posiadanych zasobów czy usprawnienie procesów.

      Motywowanie do nauki
      Pracownicy chcą mieć wpływ na działalność firmy poprzez zgłaszanie propozycji usprawnień czy zmian. Jednak jeśli nie dostrzegą efektów swoich inicjatyw, zniechęcą się i porzucą chęć angażowania. To w konsekwencji osłabia ich więzi z firmą, zwłaszcza że wiele tych propozycji dotyczy rozwiązań poprawiających sposób organizacji pracy, podnoszących efektywność procesów, ulepszających jakość środowiska ich pracy. A to te czynniki w dużej mierze stwarzają warunki do bycia innowacyjnym. Zarządzanie innowacjami ma coraz większe znaczenie dla działalności firm. Chodzi jednak nie tylko o stworzenie strukturalnych rozwiązań na rzecz wdrażania innowacji. Równie ważne jest zbudowanie proinnowacyjnej kultury, która pomaga aktywizować wszystkich pracowników do stałego uczenia się oraz poszukiwania i kreowania nowych rozwiązań.

      Proinnowacyjny wpływ CSR znajduje swoje odzwierciedlenie w przeznaczaniu przez firmy coraz większych nakładów na sferę badań i rozwoju. Powiązanie inicjatyw CSR z działalnością badawczo-rozwojową i strategicznymi wyzwaniami firmy to inwestycja w rozwój. Polska musi wiele w tym zakresie jeszcze poprawić, na co wskazują dane OECD, która przeanalizowała wydatki na B+R w ponad 40 krajach świata. Zgodnie z nimi w 2014 roku przeznaczyliśmy na ten cel zaledwie 0,9 proc. PKB, zajmując 35. pozycję w zestawieniu. Średnia wydatków na B+R dla krajów UE wynosi prawie 2 proc. PKB, a dla wszystkich państw w zestawieniu OECD 2,4 proc. Faktem jest jednocześnie, iż ostatnia dekada przyniosła niewielki, ale stabilny wzrost wydatków na ten cel, a przywołany rządowy plan zakłada, iż ich udział wzrośnie w 2020 r. do 2 proc. Jak wynika z danych GUS, rok 2014 był rekordowym pod względem wzrostu nakładów na działalność badawczo- -rozwojową w sektorze przedsiębiorstw. Przeznaczyły one na ten cel 7,5 mld zł, tj. o 19,7 proc. więcej niż rok wcześniej. Jednak prawie 50 proc. wydatków na B+R pochodziło od rządu. Jednym z powodów tego stanu rzeczy może być fakt, że w Polsce brakuje ulg (zwłaszcza systemu zachęt łączącego ulgi podatkowe z dotacjami), które zachęcałyby firmy do finansowania działań badawczo- rozwojowych i współpracy z nauką.

      Pomocne w tym mogą okazać się „Cele zrównoważonego rozwoju” ONZ wytyczone na 15 lat, począwszy od 2016 r. Ich osiągnięcie nie będzie możliwe bez zaangażowania biznesu, a jednocześnie mogą one pomóc przedsiębiorcom w identyfikacji nowych rynków i szans biznesowych. Zaangażowanie w ich realizację pozwoli uzyskać dostęp do zachęt finansowych związanych z efektywnym wykorzystywaniem zasobów, zwiększy zaangażowanie interesariuszy i zmniejszy ekspozycję na ryzyka prawne i reputacyjne. Błędem jest traktowanie CSR w kategoriach marketingowych jako emblematu marki. Odpowiedzialny biznes staje się czynnikiem rozwoju społeczno -gospodarczego kraju, a wysoki poziom innowacyjności firm przynosi rozwiązania stanowiące odpowiedź na zidentyfikowane problemy. Zwiększa wycenę rynkową firm, wpływa na ich przewagę konkurencyjną, optymalizację kosztów oraz wzrost sprzedaży nowych produktów i usług.

      Konieczność czy wymysł inżynierów

      Karolina Jurkiewicz-Romanowska

      Karolina Jurkiewicz-Romanowska
      kierownik Zespołu Wdrożeń dla SMB, Sygnity Business Solutions

      Zarządzanie logistyką w przedsiębiorstwie to złożony proces, na którego końcu jest konsument. Z racji tego, że dziś w dorosłe życie weszło już pokolenie wychowane w Internecie, trzeba do niego dostosować całą komunikację – także produktu, a to nazywamy logistyką. Jeśli dana organizacja nie zrozumie potrzeb nowego pokolenia, to będzie jej trudno rozwijać się dalej. A jest o co walczyć – z badań wynika, że już ponad 55 proc. Polaków robi zakupy w sieci, a odsetek ten stale rośnie. Aby więc odpowiadać nie tylko ofertą, lecz także szybkim i tanim sposobem dostarczenia towaru klientowi, dana firma musi postawić na sprawną logistykę.

       Jej formy dla każdej organizacji będą inne. Trudno sobie wyobrazić, aby w centrum logistycznym producenta odzieży były zastosowane te same rozwiązania co w zautomatyzowanej aptece, gdzie coraz częściej pracę ludzi zastępują bardzo zaawansowane roboty. Jednak cel zawsze będzie ten sam. Sprawna logistyka musi przynieść wymierne efekty biznesowe, w tym, obok oszczędności, większe bezpieczeństwo i wygodę pracy oraz satysfakcję klienta.

      Aby postawić kropkę nad i w kwestii całego procesu logistycznego, trzeba jeszcze zadać pytanie, w jaki sposób ideę sprawnej logistyki przenieść poza magazyn. Naszą odpowiedzią jest „mobilny handlowiec” – Quatra Max. Moduł ten powstał w celu maksymalnego usprawnienia współpracy między handlowcami działającymi w terenie a klientami. Co ważne, w ramach tej usługi centrala może rozpocząć realizację zamówienia w czasie, gdy handlowiec przebywa jeszcze poza biurem.

      Ważne Informacje

      Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

      Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

      Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

      Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

      Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

      Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

      Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

      Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

      Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...