.
Strona główna Blog Strona 314

W poszukiwaniu kapitału

W ostatnim czasie na rynku kapitałowym, nieruchomości, a także inwestycji alternatywnych w Polsce pojawiła się bardzo duża liczba nowych źródeł finansowania szeroko rozumianych inwestycji

Obserwujemy powstające fundusze funduszy, fundusze zalążkowe, fundusze aniołów biznesu, fundusze private equity, venture capital, a także odnoszące bardzo duży sukces na rynkach międzynarodowych fundusze corporate venture capital. W ramach funduszy aniołów biznesu łączymy doświadczonych przedsiębiorców i inwestorów z bardzo dużą grupą nadspodziewanie innowacyjnych młodych polskich przedsiębiorców i pomysłodawców. Co ciekawe, tworzymy ostatnio klasy funduszy po raz pierwszy występujące w Polsce, np. fundusze aniołów biznesu inwestujące w projekty infrastrukturalne, a nie jak do tej pory głównie projekty typu startup z branży informatycznej lub rynku nauk przyrodniczych. Pojawia się pytanie, jakie projekty, np. typu startup, czy też pierwsze w swoim rodzaju przedsięwzięcia na rynku nieruchomości mogą pozyskać finansowanie, na jakich zasadach i na co należy zwrócić szczególną uwagę starając się o kapitał.

Od czego zacząć?

Na początku pojawiają się podstawowe pytania dotyczące rozmiaru i struktury wymaganego finansowania, poziomu zwrotu z kapitału, modelu biznesu opracowanego przez liderów projektu, szczegółowego modelu finansowego, zespołu, który „dowiezie” czytelnie zdefiniowane wskaźniki biznesowe i przede wszystkim finansowe. Następnie poszukujemy odpowiedzi na pytanie, jaki będzie pomysł na wyjście z inwestycji, po jakim czasie, na jakich zasadach i z udziałem jakich metod wyjścia, np. poprzez inwestora branżowego, przez giełdę, czy poprzez umorzenie udziałów i akcji i oddanie projektu zgodnie z ustaloną wyceną pomysłodawcom. Jednym z kluczowych problemów, które pojawiają się na wstępnym etapie pozyskiwania finansowania, jest wkład własny rozumiany m.in. jako inicjalna wycena projektu. W przypadku projektu typu startup może to oznaczać wytworzoną i posiadaną własność intelektualną, w tym patenty, utworzoną na wczesnym etapie projektu bazę klientów, np. użytkowników, opracowane technologie, algorytmy lub, w przypadku projektów informatycznych, unikalne rozwiązania zapewniające integrację różnych technologii tworzących wartość dodaną. W przypadku projektów np. przemysłowych oraz szeroko rozumianych projektów na rynku nieruchomości tym wkładem może być posiadany przez inwestora grunt i koniecznie gotówka lub gotówka w formie poniesionych już nakładów, park maszynowy, wyniki badań (w tym problem z ich wyceną), a także podpisane umowy na odbiór towarów i usług z wiarygodnymi klientami końcowymi.

Kiedy pojawiają się problemy?

W chwili, gdy po pierwszych analizach okazuje się, że przedstawiony model biznesu i model finansowy bronią się, przechodzimy do pytań, które bardzo często powodują, że projekt nie może pozyskać finansowania. Zaczynamy się zastanawiać, czy liderzy projektu prowadzą także inne projekty i na ile mogą być z pasją zaangażowani w realizację analizowanego przedsięwzięcia. Czynnik ludzki, w podziale na role przywódcze, finansowe, sprzedażowe, inżynieryjne, marketingowe oraz badawcze, w przypadku niekompletności zespołu może okazać się początkiem poważnych problemów ze zdobyciem finansowania. W przypadku wielu z obecnie dostępnych źródeł finansowania lub dofinansowania projektów zwraca się szczególną uwagę na poziom innowacyjności projektu, na tzw. barierę wejścia, rozumianą jako prawdopodobieństwo tego, że konkurencja opracuje z sukcesem podobny projekt, podobne rozwiązanie, podobną usługę, które zostaną w krótkim czasie skomercjalizowane i zmonetyzowane. Tak, problemem bardzo wielu projektów jest brak szczegółowo udokumentowanych, podpartych badaniami rynku oraz historią transakcyjną metod monetyzacji. Dotyczy to nie tylko np. informatycznych projektów startupowych, ale także np. nowych kategorii projektów na rynku nieruchomości, gdzie trudno jest udowodnić, że przedstawiony model biznesu i proponowany poziom komercjalizacji nowego typu nieruchomości zostanie faktycznie osiągnięty.

Błędy polskich przedsiębiorców

Do najczęściej spotykanych zalicza się brak zabezpieczenia własności intelektualnej, zbyt optymistyczne założenia dla proponowanego modelu biznesu oraz modelu finansowego, brak dokładnej analizy otoczenia konkurencyjnego – jak się czasami okazuje, proponowane projekty zostały już wcześniej zrealizowane przez konkurencję, często bez osiągnięcia założeń finansowych proponowanego modelu biznesu. Istotnym problem jest także brak realnej oceny na jakim poziomie dojrzałości znajduje się planowany produkt lub usługa, jaka będzie ścieżka dojścia od aktualnie posiadanej wizji, prototypu lub uproszczonej implementacji, do końcowego rozwiązania. Nie jest brany pod uwagę rynek europejski oraz rynek globalny zarówno pod względem szans na ekspansję, jak również ryzyk związanych z działaniami globalnej konkurencji. Jednym z kluczowych błędów przedsiębiorców jest brak zastosowania i analizy metodyk sprzedaży w czasie budowania modelu biznesu; często pomysłodawcy nie odpowiadają na podstawowe pytanie: jakie problemy i potrzeby klientów zaspokaja tworzony produkt lub usługa. Może to być, na przykład, usługa ośrodka opieki dla osób starszych w formie modelu ubezpieczenia płaconego co miesiąc, usługa mikropłatności za ciekawe dodatkowe funkcjonalności portalu społecznościowego, albo dodatek do skomodytyzowanego produktu, takiego jak na przykład kanapka lub kawa, gdzie unikalna forma dystrybucji, pakietowania lub dostawy robi wielką różnicę. Go big or go home, czyli wizję stania się wielkim graczem, w kontekście globalizacji analizowanego produktu lub usługi należy uznawać jako ryzyko – jakie będzie ryzyko, że produkt lub usługa nie będą rywalizowały na rynku globalnym? Co negatywnego może się wydarzyć, np. nowy trend w skali globalnej lub zmiana zachowań konsumentów; przecież często mamy ostatnio do czynienia ze zmianą modelu korzystania z usług, takich jak telekomunikacyjne, czy np. sposobu zamawiania i korzystania z szeroko rozumianych usług turystycznych.

Czyli co dalej?

Koncentrujemy się na tym, jak dokładnie zostanie zrealizowany model biznesu włączając monetyzację i komercjalizację produktów i usług, oraz na tym, kiedy i jak zostanie zrealizowane wyjście dawcy kapitału z inwestycji. Co dokładnie się wydarzy, krok po kroku, od momentu pozyskania finansowania w zakresie zasobów ludzkich, zakupu technologii i patentów, rozwoju regionalnego i globalnego, wykorzystania mocnych stron podmiotu i szans, które bardzo często dotyczą graczy po raz pierwszy występujących na danym rynku. W zakresie barier wejścia należy skoncentrować się na globalnej konkurencji, zazwyczaj ogromnej liczbie projektów o podobnym profilu biznesowym i przede wszystkim na tym, jaki dokładnie mamy pomysł na zagwarantowanie skutecznego wyjścia z inwestycji w ustalonym terminie, przy ustalonych warunkach i przy osiągnięciu oczekiwanych wartości wskaźników finansowych.

 

autorem tekstu jest Dr inż. Bartosz Soroczyński, przedsiębiorca i inwestor. Prezes zarządu funduszu inwestycyjnego private equity PGK, koncentrującego się na projektach z branży infrastrukturalnej, nieruchomości i nowych technologii. Doktor nauk ekonomicznych. Absolwent Harvard Business School oraz Politechniki Wrocławskiej. Wcześniej Vice President w firmie Philips Lighting, dyrektor generalny Oracle w Polsce oraz wieloletni dyrektor w IBM.

O firmie PGK

Polska Grupa Konsultingowa jest firmą opierającą się na dwóch filarach: doradztwie biznesowym oraz funduszu inwestycyjnym private equity i venture capital działających w sektorach energetyki i gazu, nieruchomości, outsourcingu, infrastruktura jako usługa oraz nowych technologii (Internet of Things, zaawansowana analityka predykcyjna, zarządzanie aktywami). Ramię doradztwa strategicznego PGK rozwijane jest od 2005 roku wokół przedsiębiorstw Europy Środkowej, Bliskiego Wschodu, Azji oraz Stanów Zjednoczonych. Specjalizacje branżowe Polskiej Grupy Konsultingowej obejmują przede wszystkim infrastrukturę, transport, telekomunikację, sektor zbrojeniowy, motoryzację, FMCG, O&G, marketing i sprzedaż. W ramach spółki PGK współpracuje w realizowanych projektach kilkudziesięciu ekspertów dziedzinowych posiadających wieloletnie doświadczenie w zakresie usług doradczych oraz wdrożeń rozwiązań informatycznych. Konsultanci PGK należą do czołówki polskiej oraz globalnej branży konsultingowej, finansowej, energetycznej oraz branży zarządzania majątkiem.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat konsultanci firmy PGK zrealizowali w skali globalnej kilkaset projektów doradczych oraz wdrożeniowych, uzyskując pozycję lidera i wyznaczając tendencje rozwoju dla rynku inwestycji kapitałowych i konsultingu zarządczego

Rok zmienności i niepewności

Nadchodzi rok zmienności i niepewności. Dużo się działo, ale jeszcze więcej się zadzieje i może to mieć coraz większy wpływ na gospodarkę i na sposób prowadzenia biznesu

Rok 2018 najprawdopodobniej zaważy na naszej przyszłości na długie, długie lata.

Nowy rok obfitować będzie w wiele zdarzeń – zarówno tych, które możemy przewidzieć, jak też i tych, które będą całkowicie nieprzewidywalne. Przy czym warto podkreślić, iż nawet w odniesieniu do zdarzeń przewidywalnych, ich efekt jest absolutnie nieprzewidywalny. Dodatkowo, codziennie możemy czytać doniesienia medialne, które jeszcze niedawno mogłyby być publikowane wyłącznie w kontekście satyryczno-fikcyjnym, ale dziś są czytane w kontekście depresyjno-realnym. Powoduje to bardzo niebezpieczny efekt impregnacji na informację – stało się już tak dużo, że nasza psychika nie chce przyjmować nowych danych, wypieramy coraz większą część otaczającej nas rzeczywistości, co, z jednej strony, pozwala na poczucie minimum komfortu, z drugiej zaś, nie pozwala nam na obserwację zachodzących zmian.

Z tego całego zamętu chciałbym wybrać jeden tylko wątek – ewentualnego odpływu kapitału i jego skutków. Przez ostatnie lata mogliśmy obserwować systematyczny napływ kapitału, na co składały się: pieniądze unijne, inwestycje zagraniczne oraz wpływy z eksportu. Dzięki temu, pomimo dużego apetytu na import i wzrastającego ryzyka inwestycyjnego, w ostatnich 5 latach kurs złotego do euro był bardzo stabilny. A co by się stało, gdyby te kierunki odwrócić? Gdyby netto napływ środków unijnych, inwestycji i saldo bilansu handlowego były ujemne?

Oczywiście, na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe. Rzućmy zatem okiem po raz drugi i trzeci, żeby bliżej spojrzeć na te zagadnienia. Przyzwyczailiśmy się do tego, że pieniądze unijne płyną do nas szerokim strumieniem, ale na zawsze tak będzie. Każdy kto rozliczał projekt unijny wie, ile to zachodu, papierów, audytów. Ile dobrej woli audytorzy muszą wykazać, żeby się do niczego nie przyczepić i ile mają możliwości wykazania złej woli. Wymiana kadr, zmiana percepcji Polski, obawa co do transferu pieniędzy do kraju, w którym są wątpliwości co do właściwego stosowania przepisów unijnych – to wszystko są czynniki, które mogą bardzo istotnie obniżyć napływ środków UE do naszego kraju.

Drugą składową napływu kapitału są inwestycje. To też przyjmujemy już za pewnik, że jesteśmy narodem wybranym jeśli chodzi o przyjmowanie inwestycji zagranicznych. Ale tym narodem wybranym byliśmy z 3 powodów: stosunkowo tanich, a dobrze wykształconych pracowników, przyczółka na rynek unijny i dużego rynku wewnętrznego. Ale pracownicy nie stali się z dnia na dzień lepsi, a stali się drożsi – wyższa płaca minimalna, groźba podwyżki ZUS dla lepiej uposażonych. Przyczółek unijny można znaleźć też w innych krajach, tym bardziej że nie wiadomo jeszcze jak długo UE będzie nas tolerować w gronie swoich członków. A duży ilościowo rynek wewnętrzny może się okazać małym wartościowo, jeśli gospodarka przyhamuje i ludzie nie będą mieli pieniędzy do wydania. Jeśli do tego dodamy agresywną politykę fiskalną, niepewność polityczną, wątpliwości co do niezawisłości sądów i niepewność regulacyjną, to z perspektywy inwestora zagranicznego wygląda to bardzo mało zachęcająco.

No ale przecież mamy silny eksport – lokomotywę, która nas wyciągnie ze wszystkich kłopotów! Czy na pewno? Czynniki naszego sukcesu eksportowego są ściśle powiązane z opisanymi powyżej (i zanikającymi) czynnikami sukcesu przyciągania inwestycji zagranicznych. Co więcej, duża część eksporterów jest własnością podmiotów zagranicznych. Tak szybko, jak zyskaliśmy markę dobrej jakości za dobrą cenę, tak szybko możemy stracić markę polityczną. I nie chodzi tu o jakieś decyzje dotyczące sankcji gospodarczych, tylko o proste decyzje konsumentów. Jeśli etykietka „made in Poland” stanie się obciążeniem, to zagraniczni inwestorzy tak jak wcześniej przenieśli fabryki z Francji czy Niemiec do Polski, tak teraz przeniosą je z Polski do Bułgarii czy Rumunii. A za nimi pewnie pójdą też polscy przedsiębiorcy, bo patriotyzm patriotyzmem, ale pieniądze jakoś trzeba zarabiać.

Skoro odpływ kapitału nie jest scenariuszem oderwanym od rzeczywistości, to warto się zastanowić, jaki mógłby on mieć wpływ na naszą gospodarkę. Pierwszym problemem będzie osłabienie się złotego względem innych walut. Jakie to może mieć konsekwencje? Przede wszystkim istotne podrożenie importu, co przełoży się na wzrost cen. Dotychczas, pomimo liberalnej polityki fiskalnej i monetarnej, inflacja sama trzymała się w ryzach, gdyż stabilny kurs walutowy nie pozwalał na wzrost cen, ponieważ były one zakotwiczone w cenach światowych. Drugą konsekwencją trwałego osłabienia złotego będzie odpływ kapitału, gdyż dla inwestorów zagranicznych ważna jest stopa zwrotu w euro czy dolarze, a przy spadającej wartości złotego utrzymanie zadowalających stóp zwrotu raczej się nie da utrzymać.

Władze nie za bardzo mają możliwości, aby ograniczyć przepływ kapitału, więc osłabieniu złotego raczej nie będą mogły zapobiec bezpośrednio. Mogą to zrobić pośrednio, np. podnosząc stopy procentowe, co jednocześnie ograniczałoby rozwój inflacji, a zatem teoretycznie wydaje się bardzo atrakcyjną okazją do upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu. Ale w praktyce się to raczej nie wydarzy, gdyż od ośmiu lat Polki i Polacy zaciągali kredyty o zmiennym oprocentowaniu. Podniesienie tego oprocentowania oznaczałoby wielkie kłopoty społeczno-gospodarcze, a przed nami maraton czterech kampanii do wyborów w latach 2018-2020. Stopy procentowe podniesione zostaną zatem za późno, co oznaczać będzie, że bogaci wcześniej wytransferują pieniądze za granicę, aby chronić ich wartość (co jeszcze bardziej osłabi złotego), biedni stracą część oszczędności z uwagi na ujemną realną stopę procentową, kredytobiorcy obciążeni zostaną częścią kosztów zwiększonego oprocentowania (drugą część będą musiały na siebie wziąć banki, aby nie dopuścić do kryzysu nieruchomościowego), a nowe kredyty będą bardzo drogie. No i do tego zaburzenia rynkowe wynikające z nieprzewidywalności cen. Jak w takich warunkach prowadzić biznes, zapłacić pensje pracownikom, podatki fiskusowi i czerpać z tego radość? Nieciekawa perspektywa.

Zarysowany powyżej scenariusz oczywiście nie musi się ziścić. Mamy tu do dyspozycji argumenty życzeniowe i rzeczywiste. Do tych pierwszych zaliczyłbym pozornie optymistyczne odczyty i reakcje, które spróbuję rozbroić. PKB rośnie – to świetnie, ale głównie z uwagi na wzrost konsumpcji i stymulować to będzie wzrost inflacji właśnie. Złoty się umacnia – super, ale warto przypomnieć, że w pierwszej połowie 2008 roku też tak było, aż do gwałtownego załamania. Jak złoty się osłabi, to wzrośnie import – niekoniecznie, bo od tego, że sprzedamy taniej, to nie będziemy bogatsi, nie mówiąc już nawet o tym, że potencjał eksportowy może istotnie spaść, o czym pisałem powyżej.

Na szczęście są też argumenty rzeczywiste. Być może da się jeszcze odwrócić negatywne procesy – odbudować zaufanie partnerów unijnych, inwestorów zagranicznych i krajowych. Pytanie tylko, czy jest to jeszcze możliwe, bo może się okazać, że już przekroczyliśmy masę krytyczną i z tej kuli śniegowej zamiast bałwana będzie lawina.

 

autorem tekstu jest dr Mirosław Kachniewski, prezes Zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych

Brylantowe dziedzictwo

Nie znając ani słowa po hebrajsku André Messika stał się jednym z liderów giełdy diamentów w izraelskim Ramat Gan

Swoje imperium stworzył w 2002 roku, kiedy przyjechał tu z Paryża w wieku 54 lat, by zaledwie 12 lat później otrzymać tytuł Najlepszego Eksportera Izraela. Pasję do szlachetnych kamieni przekazał córce, Valérie.

Brylanty marki Maison Messika lśnią na hollywoodzkich czerwonych dywanach, podczas słynnych gali oskarowych, Golden Globe czy z okazji wręczenia nagród Grammy. Biżuteria tej marki sprzedawana jest w najbardziej luksusowych salonach jubilerskich na całym świecie. Sekret powodzenia tych niepowtarzalnych wyrobów tkwi w niezwykłej wyobraźni Valérie, dbałości o najdrobniejsze szczegóły i miłości do kamieni szlachetnych odziedziczonej po ojcu.

Handlarz diamentami

Swoją przygodę z diamentami André Messika zaczął już w wieku 13 lat w Paryżu. Ponieważ nauka nie interesowała go zbytnio, zaczął pracę u swojego wuja jako pomocnik zegarmistrza. Kilka lat później został gońcem u jednego z największych paryskich dystrybutorów diamentów. Wkrótce zaproponowano mu partnerstwo w firmie, propozycję jednak odrzucił. – Nie chciałem być nic winny właścicielowi, to nie była rodzina – tłumaczył potem.

Miał zresztą inną ofertę na horyzoncie: pomoc w sfinansowaniu jego własnego przedsięwzięcia zaoferował mu jeden z klientów firmy, bardzo bogaty nabywca diamentów.

Dosyć szybko został wiodącym dostawcą diamentów na paryskim rynku. W 1972 roku założył własny biznes, dzisiaj Messika Group. W 2003 r. przeniósł biznes na stałe do Izraela nie bacząc na to, że nie był to wtedy najlepszy czas dla tego rynku.

– Praca z diamentami oznacza pracę z ludźmi – tłumaczy dzisiaj swoją filozofię. – Jeżeli będzie się dobrze postępować z ludźmi, to dobrze nam pójdzie i z diamentami. Nauczyłem się tego wiele lat temu i teraz przekazuję to moim dzieciom. To jedna z najważniejszych przyczyn mojego sukcesu.

Szlachetny błysk

Czy prawdą jest, że Valérie już jako mała dziewczynka bawiła się diamentami niczym zwykłymi kamykami, nie wiadomo, taka jednak krąży o niej historia. Prawdą jest natomiast, że jej pierwszy sklep jubilerski został otwarty w 2013 roku na słynnej paryskiej ulicy Rue Saint-Honoré, 39-letnia Valérie nie była obecna na jego otwarciu – rodziła wtedy drugie dziecko.

– Zawsze potrafiłam wyczuć, co podoba się kobietom. Tu chodzi o zapach, nie słuchanie – mówi. – To zapach, bo kobiety tego nie powiedzą. To jest w powietrzu. Chciałam, by diamenty stały się bardziej cool. Kiedy miałam 25 lat nie mogłam znaleźć dla siebie nic diamentowego, na co mogłabym sobie pozwolić, czegoś, co można by nosić na co dzień, co by nie było zbyt widoczne i ostentacyjne.

I zabrała się do pracy – to miała być biżuteria nowoczesnej kobiety dla nowoczesnych kobiet.

Diamentowy tatuaż

Bransoletka Skinny – jeden z bestsellerów marki Messika – powstawała niemal pół roku. Zainspirowana uliczną modą na cienkie, skórzane lub materiałowe bransoletki noszone przez dziewczyny postanowiła stworzyć coś w rodzaju taśmy z diamentów, oplatającej nadgarstek niczym diamentowy tatuaż. Seksowny i wygodny. Aby to osiągnąć jej bransoletka z diamentów musiała przede wszystkim być elastyczna. Ale i elegancka.

– Brylanty zawsze były czymś świętym, nikt nie pomyślał wtedy, że można z nimi eksperymentować – wspomina dzisiaj Valérie. – Chciałam strącić je z piedestału. Przybliżyć je do kobiecej skóry tak, jak przylegają do niej dżinsy kroju Skinny. Moda niesamowicie mnie inspiruje i była też inspiracją do powstania tej bransoletki: diamenty miały być tak wygodne, jak skóra.

Pierwsza bransoletka Skinny składała się 0,01-karatowych diamentów osadzonych w złocie. W całości miała 1 karat. Złoto było całkowicie niewidoczne, a bransoletkę można było oplatać wokół nadgarstka jakby byłą wykonana z materiału bądź skóry. Technika jej produkcji została opatentowana i stanowi teraz wyłączność marki Messika. Użyto jej to stworzenia innych kolekcji, jak słynnej Diamants Célestes, która ma cztery odsłony w modelach Calypso, Cassiopée, Persee i Solena Maya.

Ponadczasowa elegancja

Valérie tworzy wciąż nowe, niezapomniane wzory swojej biżuterii. Kolekcja Move Chassis, ponadczasowa w swojej elegancji, może być noszona na co dzień. Jest symbolem tego, co nowoczesne i romantyczne zarazem. Uniwersalna, pasuje zarówno do wieczorowej kreacji, jak i prostej, czarnej sukienki koktajlowej czy białego t-shirta i dżinsów.

Z kolei wyraziste kolekcje Glam’Amazone czy My Twin to biżuteria dla kobiety seksownej i pewnej siebie.

Wszystkie wyroby marki Messika charakteryzuje jedno: nie są one zarezerwowane wyłącznie do noszenia na hucznych galach i hermetycznych ceremoniach. Chociaż pokochały je gwiazdy, takie jak Beyonce czy Charlize Theron, mogą je nosić wszystkie kobiety, niezależnie od stylu, w jakim się ubierają. Wystarczy, że kochają diamenty…

autorem tekstu jest Barbara Grabowska

Pała z rachunków

Klienci w większości już dawno zdali sobie sprawę z tego, jak działa mechanizm polowania na ich pieniądze. Ale wciąż zgadzają się, by ich nabierać. Dlaczego? Bo chcą!

autorem jest Andrzej Nierychło – dziennikarz, redaktor miesięcznika MANAGER, były wydawca Pulsu Biznesu

Tuż po świąteczno-noworocznych duchowych uniesieniach, choince, wigilii i sylwestrze przyszedł czas na zimowe wyprzedaże, przez wielu traktowane także z nieomal religijnym przejęciem. Trudno jednak nie zauważyć, że przez ostatnie lata firmy handlowe zrobiły naprawdę dużo, aby to odświętne theatrum wyprzedaży zamienić w zwykłą rynkową łupaninę, nudną  dla klientów, a kosztowną dla siebie.

Obok wyprzedaży zimowych zaczęły się pojawiać kolejne – letnie, wiosenne i jesienne, śródsezonowe, z okazji rocznicy istnienia sklepu, imienin szefa, albo zupełnie bez okazji. Ceny produktów wpierw małymi kroczkami się podnosi, by później personel mógł pracowicie wytwarzać i rozmieszczać duże wywieszki, na których stara, wyższa cena jest przekreślona na krzyż, a nowa, niższa krzyczy czerwonym kolorem wzmocnionym wykrzyknikami. I tak w kółko. Show must go on!

Fundamentalna prawda jest taka, że ludzie wydają pieniądze nieracjonalnie i są tego całkowicie świadomi.

Kilka lat temu prezes dużej amerykańskiej sieci domów towarowych JCPenney (słabo znanej poza USA) uparł się, żeby przerwać tę wyprzedażową fikcję, która w dodatku  generowała firmie niemałe koszty organizacyjne. Zarządził, aby przez cały rok utrzymywać stałe ceny, właśnie na poziomie wyprzedażowym. Bo tak naprawdę te niby obniżone ceny i tak zawierają marżę zysku. Skutek był opłakany. Po roku firma zanotowała miliard dolarów straty. Akcjonariusze szybko spławili prezesa, nowy wrócił do sprawdzonej polityki. Ceny znów zaczęły po cichu rosnąć, by za moment doznać cudownych promocji. I w sklepach pojawili się klienci. Przypadek ten wzięli na warsztat naukowcy, a wynik ich analiz był taki, jak wspomniałem wyżej: klient nie chce wydawać pieniędzy racjonalnie. Chce za to brać udział w przedstawieniu, mieć poczucie, że upolował okazję, że ktoś o nim myśli i troszczy się o jego zadowolenie. Za to właśnie zgadza się dodatkowo zapłacić, choć to wbrew jego interesom.

Za zjawiskiem tym kryje się także najzwyklejszy brak wiedzy o zarządzaniu swoimi pieniędzmi, i to jest zjawisko szersze i groźniejsze. W tychże Stanach Zjednoczonych 70 procent zdobywców najgrubszych nagród w rozmaitych loteriach, konkursach i podobnych po najdalej trzech latach… bankrutuje. Nie wiedzą co robić z niespodziewanym majątkiem, szaleją w sklepach i nieszczęście gotowe. Dlatego jednorazowa wypłata wielkiej nagrody obarczona jest 50-procentowym podatkiem. Gdy jednak laureat zgodzi się pobierać milionową wygraną w ratach przez 20 lat, podatku nie płaci w ogóle.

Zasada nieracjonalności gospodarowania majątkiem jest uniwersalna, dotyczy zarówno bogatej Ameryki, jak i społeczeństw biedniejszych. Dlatego trzeba być sceptycznym wobec takich na przykład pomysłów, jak dobrowolne oszczędzanie na emeryturę, którą to koncepcją rząd w pewnym kraju próbuje ratować kulawą politykę.

RoDO, czyli Rok Danych Osobowych

Początek roku sprzyja spekulacjom na temat bliskiej przyszłości. Ten rok dla biznesu będzie stał pod znakiem wdrażania europejskich regulacji przetwarzania danych osobowych.

Rozporządzenie unijne GDPR, „po naszemu” – RODO, nakłada na organizacje szereg obowiązków. Dobrze znane, prefabrykowane formułki dotyczące „ciasteczek”, domyślne akceptacje i formularze sformułowane tak by klient łatwo zgodził się na przetwarzanie danych bez wnikania w szczegóły zakresu i celu, odchodzą w przeszłość. Proces komunikacji z konsumentami musi gwarantować, że będą oni udzielać zgody z pełną świadomością celu i zakresu przetwarzania danych osobowych. Co ważniejsze, odpowiedzialność i przejrzystość tego procesu, możliwość błędnej interpretacji, a także troska o adekwatność zakresu danych do celów wynikających z relacji z konsumentem spoczywa na podmiocie przetwarzającym dane. Do tego dochodzi umożliwienie konsumentowi wglądu i aktualizacji danych oraz udzielonych zgód, a także przysługujące mu prawo do zapomnienia. Jeżeli konsument zawęża zakres współpracy – np. rezygnuje z telefonicznego kanału komunikacji z usługodawcą – ten może nie mieć tytułu do przetwarzania danych związanych z tym kanałem. Regulator jednoznacznie eksponuje cele rozporządzenia – oznacza ono przywrócenie realnego właścicielstwa danych konsumentom czyniąc jednocześnie podmioty przetwarzające dane odpowiedzialnymi za skuteczne spełnienie tych celów.

Rewizji będą też wymagać wszelkie modele biznesowe oparte o monetyzację danych klientów

Trudno dziś powiedzieć, jak potoczą się losy wdrożenia RODO. Pewne jest jedno: dla organizacji o złożonej architekturze, w których dane klientów są istotnym zasobem, oznaczać ono będzie rewolucję. Procesy związane ze sprzedażą i obsługą klienta, systemy w nich funkcjonujące to często adaptowane za ciężkie pieniądze rozwiązania globalnych dostawców. Bez ich wsparcia nie sposób wdrożyć funkcjonalności realizujących prawo do zapomnienia. Wiele kosztownych projektów realizujących ideę „360 Customer View” wymagać może istotnych zmian koncepcyjnych, re-implementacji czy wręcz porzucenia.

Dobrym punktem odniesienia do RODO jest wdrażanie tzw. „regulacji bazylejskich” (Basel II) w sektorze finansowym. Zachęcały one banki do inwestowania w automatyzację zarządzania ryzykiem i integrację go z procesami sprzedaży i obsługi klienta. W zamian oferowały konkretne korzyści – banki, które potrafiły dzięki systemom IT udokumentować swoją metodę zarządzania ryzykiem mogły dostosować kapitały zabezpieczające ryzyka do realnej efektywności stosowanych w praktyce metod. Dawało to lepszym bankom dodatkową elastyczność, którą mogły wykorzystywać jako swoją przewagę konkurencyjną, np. sprzedać więcej kredytów dzięki lepszej jakości portfela kredytowego.

Czy jednak RODO jest w stanie zaoferować tego typu korzyść? Wiele zależeć będzie od zrozumienia tych potrzeb/korzyści przez regulatora, jak również filozofii działania, którą on przyjmie. Czy będzie chciał być organem egzekwującym surowe kary, czy też raczej – jak np. brytyjski ICO –  partnerem, który przy poszanowaniu zasad ochrony danych, stara się wspierać tworzenie nowych modeli biznesowych.

Czy doceniając wartość jaką stanowi prywatność konsumentów można zbudować lepszy biznes?

Konsument ze swoją prywatnością i społeczną reputacją nie musi być biernym uczestnikiem cyfrowych ekosystemów. Udowodniły to doskonale firmy organizujące rynki wokół posiadaczy bardziej tradycyjnych aktywów – domów, mieszkań, samochodów. To na nich zbudowały swoje sukcesy globalne marki takie jak Uber czy AirBnB. Ślad cyfrowy konsumenta też może być jego wymiernym aktywem, oferowanym w zamian za uzyskanie konkretnych korzyści, w konkretnych ramach czasowych, w uzgodnionym zakresie. Być może taki właśnie punkt widzenia jest jedynym, który pozwoli zamienić wdrożenie RODO z bolesnego kosztu w inwestycję w lepszy biznes. Procesowi temu towarzyszy jednak jedna fundamentalna trudność. Począwszy od maja 2018 roku eksperymenty w tym zakresie firmy będą prowadzić niejako z pistoletem regulatora przy skroni – potencjalne kary za naruszanie rozporządzenia są niebagatelne. W tak ważnym dla globalnej gospodarki obszarze, jakim jest biznes oparty o dane, możemy sobie w Europie zafundować gospodarczy skansen, hamując rozwój modeli biznesowych opartych o monetyzację danych i algorytmów ich przetwarzania. Oby tak się nie stało, bo zapóźnienie w tym obszarze może okazać się dla wielu obszarów rynku nie do odrobienia…

autorem tekstu jest Borys Stokalski – Partner RETHINK, Prezes PIIT

7 grzechów głównych GPW

Jesienią 2018 r. ma być gotowa nowa strategia rozwoju warszawskiej giełdy. Rynek kapitałowy wiąże z nią duże nadzieje. W końcu ma ona być jednym z filarów Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Mateusza Morawieckiego

Zanim jednak ujrzymy ten dokument, który ma tchnąć nowe życie w warszawski parkiet, warto krytycznym okiem spojrzeć na rodzime podwórko. A nie jest różowo, biorąc pod uwagę fakt, że w 2017 r. więcej firm opuściło giełdę niż na niej zadebiutowało. I nie jest to trend, który wyhamowuje, ale wręcz przeciwnie. W mojej ocenie, osoby, która od 25 lat z rożnych stron opisuje giełdową rzeczywistość, należy sobie już darować fascynacje wielkością (w tej części Europy), dojrzałością, nowoczesnością, bogactwem infrastruktury i wspaniałością regulacyjną.

Z punktu widzenia indywidualnych inwestorów, których rzesze w ostatnich latach skutecznie przetrzebiono jak korniki w Puszczy Białowieskiej, warszawska giełda to dzisiaj przede wszystkim stres, pot i łzy. Dlaczego? Bo odeszliśmy od zdrowej zasady, której hołdowano przez lata, a brzmiała ona: jedna akcja, jedno prawo, jeden głos. I niestety, tej zasady jako jeden z pierwszych przestał przestrzegać główny właściciel GPW, czyli Skarb Państwa. Uznał, że są akcje równe i równiejsze i w 2014 r. uprzywilejował 22 kontrolowane przez siebie spółki nadając im status strategiczny. A co za tym idzie, nie można przejąć nad nimi kontroli, np. w drodze ogłoszenia publicznego wezwania. W zamian przynajmniej teoretycznie mniejszościowi akcjonariusze mogą spać spokojniej, bo wiadomo że nie upadną.

Status strategiczny oznacza też służebny wobec interesów państwa i społeczeństwa, o czym inwestorzy przekonali się w późniejszych latach, zwłaszcza w spółkach energetycznych zaprzęgniętych do ratowania rodzimego górnictwa. Ale nie to jest główną zmorą krajowych drobnych akcjonariuszy, ale:

  1. Prywatne emisje uprzywilejowane cenowo. Jest to ulubiony ostatnio instrument, stosowany głównie przez spółki, które szybko chcą pozyskać kapitał. To zmora drobnych inwestorów, dla których taka oferta to nic innego, jak drukowanie wielkiej ilości tanich akcji, w większości trafiających potem na rynek dołując O dodruku decydują na WZA główni akcjonariusze, cenę wyznacza przeważnie zarząd. Emisja jest dla wybranej grupy, a drobni muszą się obejść ze smakiem zapominając o czymś, co kiedyś było niemal regułą – prawie poboru.
  2. Niska płynność. To zmora zwłaszcza małych i średnich spółek, gdzie przy niskich obrotach upłynnienie pakietu wartego kilkaset tysięcy złotych bez dołowania kursu jest nie lada sztuką. Jedyną nadzieją na rozsądne wyjście jest wówczas tylko wezwanie lub skup akcji. Dlatego akcjonariusze chętnie z nich korzystają nawet jeśli zaproponowany kurs jest niższy od rynkowego. To jest bowiem okazja, która może już się nie powtórzyć. Karą dla akcjonariuszy jest też przenoszenie przez GPW spółek „groszowych” z notowań ciągłych na fixing, gdzie mogą dokonywać transakcji tylko na dwóch sesjach dzienne.
  3. Kreatywne transakcje z podmiotami powiązanymi. Pomysłowość wyprowadzania środków ze spółek publicznych nie zna O wielu dziwnych transakcjach możemy dowiedzieć się dopiero z raportów kwartalnych. Wyceny aktywów, które są kupowane, sprzedawane, wnoszone, dokapitalizowywane bywają oderwane od ich rzeczywistej wartości rynkowej. Za transakcjami stoją przeważnie osoby lub podmioty kontrolujące giełdowe firmy.
  4. Emisje dla wierzycieli. Jeśli w ramach konwersji zadłużenia otrzymują oni akcje za ułamek ich wartości giełdowej to czeka nas na giełdzie nie przecena, ale prawdziwy Wierzyciele zrobią wszystko, by spieniężyć je jak najszybciej i za wszelką cenę, topiąc przy okazji oszczędności pozostałych akcjonariuszy.
  5. Akcje managerskie po wartości nominalnej. Jeśli przydzielane są one bez żadnego powiązania z wynikami ekonomicznymi i traktowane jako dodatkowa gratyfikacja finansowa, to stanowią dodatkowe źródło podaży zbijającej
  6. Grający na giełdzie Co prawda, co nie jest zabronione jest dozwolone, ale lewarowanie się środkami pozyskanymi ze sprzedaży akcji „wyrzucanych” na rynek jest wielce dyskusyjne, tym bardziej, że doskonale orientują się w meandrach prowadzonego biznesu. Okresy zamknięte nie mają tu żadnego znaczenia.
  7. Lekceważenie akcjonariuszy mniejszościowych. Brak Ograniczenie się tylko do obowiązków informacyjnych. Publikacja wyników w ostatnich przewidzianych prawem terminach. Organizacja walnych w terminach i miejscach trudno dostępnych.

Do tego należałoby przygotować podobne zestawienie dotyczące emitentów, dla których warszawski parkiet jest przede wszystkich zbyt drogi i zbyt restrykcyjny, by na niego wchodzić lub na nim pozostawać. Ale to już pozostawię Stowarzyszeniu Emitentów Giełdowych, podobnie jak kwestie stosunkowo wysokich prowizji maklerskich Izbie Domów Maklerskich.

autorem jest Dariusz Jarosz, który Od lutego 2007 roku pełni funkcję Prezesa Zarządu Martis CONSULTING. Wcześniej był Prezesem zarządu PARKIET Media, wydawcy Gazety Giełdy PARKIET. Przed objęciem tej funkcji zajmował stanowisko członka zarządu oraz dyrektora marketingu i sprzedaży Gazety PARKIET (2003-2004). W latach 1999 – 2003 był zastępcą redaktora naczelnego Gazety Giełdy PARKIET. Od 1994 roku dziennikarz finansowy, autor kilkuset publikacji, opracowań, wywiadów i felietonów. Komentator giełdowy TVN24. Ukończył specjalistyczne kursy: maklera papierów wartościowych, doradców inwestycyjnych, CFA (Chartered Financial Analyst). Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz Wydziału Analizy Rynku i Marketingu w Szkole Głównej Handlowej. Przewodniczący RN Martis S.A. Członek Rad Nadzorczych Boryszew S.A., Alchemia S.A.

Inwestycja w sztućce

Krystian Zawiślak, wiceprezes zarządu HEFRY, o tym, dlaczego po erze mody na jednolite wzornictwo z sieciówek, na stołach znów króluje HEFRAjedyny polski producent srebrnej i posrebrzanej zastawy

Polacy już chyba zmęczeni powtarzalnością towarów i posiadaniem tego samego, co sąsiad.

Sztućce stały się tak pospolite, że praktycznie nie da się na pierwszy rzut oka zgadnąć, kto jest ich producentem. W przypadku HEFRY jest inaczej. Nasze wyroby to marka sama w sobie, zwłaszcza że większość wzorów, z których produkowane są nasze produkty, jest praktycznie nie zmieniona od blisko 200 lat. Polacy coraz częściej poszukują w produktach oryginalności, ale także i jakości. To dlatego ręcznie wykończona zastawa stołowa ponownie zagościła na polskich stołach, a nasza firma w świadomości klientów.

HEFRA ma w Polsce konkurencję?

W naszym kraju nikt poza nami nie produkuje sztućców ze stali, a tym bardziej platerowanych i srebrnych. Wszystko co jest dostępne pochodzi głównie z Azji. Nasze produkty są niezwykle estetycznie, wykonane na miejscu, z pieczołowitą starannością. To zresztą odróżnia rzeczy ekskluzywne od produkowanych masowo. Każdy produkt wytwarzany ręcznie – jak, dla przykładu, jedna łyżka – to kilkugodzinny proces. W dodatku wszystko musi być perfekcyjne, gdyż srebro nie wybacza błędów. Widać każdą, nawet najdrobniejszą rysę, gdy coś pójdzie nie tak. Dlatego tak wysokiej klasy produkty to coś, co świadczy o guście właściciela. Do dziś w wielu domach na stołach wigilijnych kładzie się szykowną odziedziczoną po babci srebrną zastawę, która za jakiś czas pewnie trafi też na stół kolejnego pokolenia. Dla nas to najlepsze potwierdzenie, że to, co produkujemy, ma głęboki sens. W ten sposób mamy również poczucie, że godnie reprezentujemy markę, której historia sięga XIX wieku, gdy życie towarzyskie elit skupiało się przy stole podczas licznych obiadów czy też wykwintnych podwieczorków. Posiadanie srebrnych sztućców było wówczas wyrazem statusu społecznego.

Skoro wyrobów HEFRY nie ma na półkach popularnych sklepów sieciowych, znaczy, że muszą sporo kosztować?

Ceny są zróżnicowane, tak żeby każdego było stać na zakup w naszych sklepach. Komplety sztućców stalowych są dostępne cenowo. Jeśli chodzi o platery, ceny są już wyższe. Srebrne sztućce rzecz jasna nie są tanie, ze względu na materiał, z którego są wykonane oraz kunszt.

Srebrny komplet dla 12 osób warty jest 50 tysięcy złotych. Posrebrzany to kwota ok. 8 tysięcy złotych.

Cena nie jest jednak przeszkodą dla miłośników marki i piękna. Mamy wiernych klientów zarówno detalicznych, jak i ważne instytucje, np. Kancelarię Prezydenta RP, Kancelarię Premiera RP, liczne ambasady oraz przedsiębiorstwa i spółki, które chętnie kupują polskie produkty, zwłaszcza że oferta HEFRY to nie tylko sztućce. To także wiele innych produktów, np. posrebrzane, niezwykle eleganckie szachy, noże do korespondencji, wizytowniki, które idealnie nadają się na luksusowy prezent w biznesie.

Słowem, wasze wyroby aspirują do klasy premium.

Klienci wiedzą, że na tego typu produkty należy patrzeć jak na inwestycję. Srebro jest cennym kruszcem, podobnie jak i złoto. Są to też wyroby o wysokiej trwałości, które służą przez długie lata. Na nasze srebrne produkty udzielamy gwarancji dożywotniej, a na platerowane siedmioletniej. W dodatku, gdy jeden element z zestawu się zgubi, bez problemu można przyjść do sklepu HEFRY i dokupić brakującą sztukę. Mamy klientów, którzy latami kompletują zastawy, bo wiedzą, że wzory te nie wyjdą z produkcji.

Czym się różnią platery od srebrnych wyrobów?

W największym skrócie można powiedzieć, że są to szlachetne metale ukryte pod powłoką srebra. Obecnie sztućce tworzymy z czterech rodzajów materiału: stali szlachetnej, M-63, MZN-12 oraz srebra Ag 925. Różnica między wyrobami srebrnymi a platerami jest praktycznie niewidoczna. Historia platerów zaczęła się w XIX wieku, gdy nowo powstałej aspirującej klasy średniej nie było stać na drogą zastawę stołową, która wyznaczała status społeczny. Wymyślono więc platery. Metalowe serwisy pokrywano warstwą prawdziwego srebra wysokiej próby i misternie ozdabiano. Trend szybko się przyjął, a fabryki prześcigały się w tworzeniu coraz to nowych wzorów. Ich świetną passę przerwała dopiero II wojna światowa. Zresztą po wojnie przetrwały, choć w marnej kondycji, zaledwie dwie fabryki – Frageta i Henneberga, które połączono. Od ich nazwisk powstała dzisiejsza HEFRA.

A jak sobie dzisiaj radzi HEFRA? Wspomniał pan, że sztućce wciąż obecne na stołach, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Czy młodzi ludzie również sięgają po wasze produkty?

HEFRA przeżywała ogromny rozkwit w czasach PRL-u. W latach 80. niezwykłym rarytasem było posiadanie modnych kompletów sztućców, szczególnie posrebrzanych. Szarość i przaśność tamtych czasów sprawiała, że eleganckie produkty HEFRY były – i nadal są – czymś wyróżniającym. Najlepiej odzwierciedlały to długie kolejki przed sklepami fabrycznymi przy ulicy Jana Kazimierza i Ogrodowej w Warszawie. Lata świetności marki jednak zachwiał koniec prosperity, który przypadł ledwie dekadę później. Nastał czas masowej produkcji rzeczy łatwo i szybko dostępnych. Teraz to się zmienia. Młodzi ludzie bardzo doceniają garnitury szyte na miarę, ręcznie robioną biżuterię, ale także i sztukę użytkową. A sztućce HEFRY to dobra, które podnoszą status i świadczą o dobrym guście. Widać to szczególnie w okresie okołowakacyjnym, gdy zaczyna się sezon ślubny. Nasza zastawa to świetny prezent, w dodatku wysokiej jakości. Dobre jest też to, że tego typu sztućce przestają być jedynie produktami na tzw. specjalne okazje. Klienci doskonale zdają sobie sprawę ze znanych od wieków właściwości antybakteryjnych srebra, więc używają je na co dzień. Dodatkowy atut to fakt, że mają do czynienia z produktem w stu procentach polskim. Wielbicielom prostych form do gustu przypadnie model Księstwo Warszawskie, a bardziej wymagającym Rapsodia czy też piękny model Francuski. Wszystkie można grawerować, np. zamieszczając na trzonkach datę ślubu lub urodzin dziecka. Biorąc pod uwagę wszystkie te cechy i właściwości, klienci coraz częściej przekonują się, że ważne jest nie tylko to, co jemy, ale i czym jemy. W ten sposób historia HEFRY toczy się dalej…

HEFRA idealnie wpisuje się w ideę patriotyzmu gospodarczego

Zdecydowanie tak, jesteśmy polską marką z prawie 200-letnią tradycją, produkujemy piękne przedmioty, które idealnie wkomponowują się w kulturę polskiego stołu. Ponadto, nasze produkty to godny polecenia prezent biznesowy, co sprawia, że jesteśmy marką uniwersalną. Dzisiaj coraz więcej managerów mówi o patriotyzmie gospodarczym i wspieraniu rodzimych marek, produktów. Niestety, często to jedynie teoria i górnolotne idee, a nie rzeczywista solidarność gospodarcza. Przykładem tego mogą być chociażby prezenty świąteczne, zamawiane przez spółki Skarbu Państwa. Tylko nieliczne zdecydowały się na obdarowanie partnerów biznesowych, klientów i pracowników polskimi produktami. Nadal decyduje łatwość zamówienia i cena, a w ślad za tym idą takie produkty, jak francuskie wina, belgijskie czekoladki, czy chińskie kubki termiczne. Dlatego od lat budujemy i promujemy kulturę i modę na polskie prezenty dla biznesu: srebra, wina, len i inne unikatowe produkty, którymi możemy się szczycić. Wspierając się wzajemnie biznesowo, wzmacniamy rodzimy rynek. ●

Mazda VISION COUPE z tytułem Najpiękniejszego Samochodu Koncepcyjnego Roku 2018

Mazda VISION COUPE wyróżniona została tytułem „Najpiękniejszego Samochodu Koncepcyjnego Roku” przez jury 33. edycji Festival Automobile International. Podczas uroczystości, która odbyła się wczoraj wieczorem w Paryżu, nagrodę odebrał Ikuo Maeda, dyrektor designu Mazdy, wraz z członkami swojego zespołu projektantów.

 

Mazda VISION COUPE, premierowo zaprezentowana w październiku ubiegłego roku podczas Salonu Samochodowego w Tokio, została wybrana z grupy dziesięciu modeli nominowanych w tegorocznej edycji konkursu przez grono jurorów skupiające ekspertów motoryzacji i sportów motorowych, jak również uznanych architektów i projektantów mody. W finale znalazły się także: Audi Aicon, BMW i Vision Dynamics, Kia Proceed Concept, Lamborghini Terzo Millennio, Mercedes-Benz AMG GT Concept, Mercedes-AMG Project One, Vision Mercedes Maybach 6 Cabriolet, Nissan Vmotion oraz Peugeot Instinct. Mazda zdobyła tę samą nagrodę również dwa lata temu, za swój spektakularny model koncepcyjny RX-VISION.

Zgodnie z sugestią zawartą w nazwie, VISION COUPE – podobnie, jak wcześniej RX-VISION – stanowi realizację wizji stylistycznej następnej generacji Mazdy. Proporcje tego opływowego, czterodrzwiowego nadwozia z kabiną odsuniętą ku tyłowi, są charakterystyczne dla klasycznego stylu samochodów coupé. Jednocześnie, ekspresja jego form sugeruje potężny impet – siłę pchającą pojazd naprzód, w stylu samochodów sportowych o wysokich osiągach.

Mazda VISION COUPE wykorzystuje refleksy światła, by wyrażać poczucie witalności. Na tym właśnie polega kolejny krok w stylistyce KODO” – powiedział Ikuo Maeda, który piastuje funkcję Dyrektora Zarządzającego działu Designu i Stylu Marki.- „Ten samochód reprezentuje delikatną japońską estetykę. Fakt, że został on nagrodzony i to właśnie tutaj, w Mieście Sztuki, w dwa lata po uhonorowaniu w ten sam sposób Mazdy RX-VISION, jest dla nas powodem do wielkiej satysfakcji. Oferujemy samochody podobające się na całym świecie i jednocześnie pragniemy zachować naszą tożsamość, jako marka japońska.”

Forma zewnętrzna auta, prosta, sugerująca jednolity i ukierunkowany ruch do przodu, doskonale wyraża poczucie prędkości. Jednocześnie, jego wnętrze inspirowane jest zaczerpniętą z tradycyjnej japońskiej architektury koncepcją tworzenia trójwymiarowej głębi w taki sposób, by sprawiać wrażenie przestrzeni spokojnej i wyważonej. Sama nazwa modelu stanowi hołd dla historii marki Mazda i jej ponad pięćdziesięcioletniej tradycji budowania eleganckich coupé, takich jak Mazda Luce Rotary, znana także jako Mazda R130.

Mazda VISION COUPE prezentowana będzie do 4 lutego w Hôtel National des Invalides w Paryżu, w ramach wystawy modeli koncepcyjnych Międzynarodowego Festiwalu Samochodowego Festival Automobile International. Wydarzenie to przyciąga co roku około 35 tysięcy zwiedzających.

Ważne Informacje

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...