.
Strona główna Blog Strona 154

W magazynie – Pięć twarzy Namibii

Co prawda w porównaniu z Greyem o pięćdziesięciu twarzach ledwie pięć brzmi skromnie, ale wolę nawet jedną namibijską niż dziesiątki pana Greya…

tekst i zdjęcia: Adam Maciejewski

Twarze Namibii są wyraziste, czasem dzikie, czasem subtelne, ale zawsze urzekające i piękne. Zdecydowanie najdziksza i najpiękniejsza z nich to twarz pustyni. Choć ma już 50 milionów lat (jest uznawana za najstarszą pustynię świata), to wiek jej nie szkodzi. Jeśli się postaramy, to możemy ją przejechać dobrą terenówką w kilka dni. Tylko nie zapomnijmy paliwa, wody i telefonu, bo może być krucho. No i kumpla w drugim samochodzie, bo wzajemne wyciąganie się z odmętów piachu to part of the game. Taka jazda to też dreszczyk, a nawet porządny dreszcz emocji, bo te „górki” piachu potrafią mieć ponad 300 metrów wysokości. Warto dodać, że taki off-road jest naprawdę zdecydowanie off… Pustynię przemierzamy tak, jak ją stworzyła Matka Natura, czyli bezdrożami.

Druga twarz, która mnie urzekła, to twarz kobieca – piękne rysy i niepokojące spojrzenia kobiet z plemienia Himba to wrażenie, którego nie da się zapomnieć. Co prawda wydaje się, że te najpiękniejsze mieszkają w wyjątkowo trudno dostępnych regionach Kaokolandu, ale warto podjąć trud, by spojrzeć w oczy tych afrykańskich piękności.

Diamenty to twarz trzecia. Kobiety kochają diamenty, choć kobiety Himba wolą biżuterię z miedzianego drutu i wcale nie odbiera im to uroku, a myślę, że nawet dodaje. W Namibii rocznie wydobywa się ok. 2 mln karatów tego kamienia. Na pustyni Namib wciąż można znaleźć pozostałości dawnych osad górniczych i dawnych kopalni diamentów. Osobiście namawiam do poszukania tych, do których najtrudniej się dostać, czyli głęboko na pustyni, a nie przy asfaltowej drodze.

Twarz czwarta: szkielety. Skeleton Coast, zwane niegdyś bramą piekieł, to wybrzeże usiane licznymi szkieletami dziesiątków rozbitych statków trawionych przez rdzę i tysięcy mieszkańców oceanu i pustyni, zwłaszcza wielorybów i fok. Jednym z najbardziej spektakularnych wraków jest ponadstuletni wrak statku Eduard Bohlen, oddalony od brzegu o jakieś 400 metrów. Przemierzając pustynię warto przy nim zorganizować sobie nocleg, ale należy pamiętać, że we wraku lubią mościć sobie legowiska miejscowe hieny. Spotkamy też liczne szakale, ale te nie są specjalnie groźne. Pechowiec, a może szczęściarz, może spotkać też pustynne lwy…

Waterberg to twarz piąta. Ogromny, majestatyczny płaskowyż z piaskowca prezentuje nam jedne z najpiękniejszych formacji skalnych jakie widziałem. Na szczyt prowadzą nieliczne ścieżki, a wokół nich grasują stada dość agresywnych pawianów. Na samym płaskowyżu możemy spotkać groźne leopardy (pantery), bawoły afrykańskie, a nawet żyrafy i nosorożce. Waterberg to też historia. Niestety, dość ponura. W 1904 roku ok. 2 tys. niemieckich żołnierzy dowodzonych przez generała Lothara von Trotha krwawo rozprawiło się tutaj z wojownikami Herero i ich rodzinami, dla których płaskowyż stanowił święte miejsce. To, co się wydarzyło, dziś przedstawiane jest jako bitwa, ale było to zwyczajne ludobójstwo, kluczowy moment w gaszeniu powstania ludów Herero i Nama przeciwko niemieckim najeźdźcom.

W zanadrzu mam jeszcze kilka nieodkrytych twarzy tego fascynującego zakątka świata, ale może o tym innym razem…

 

 

W magazynie – Nowa klasa ID.4?

Volkswagen ID.4 1ST Max

Elektryfikacja w grupie Volkswagen idzie na całego. Już teraz model Touareg otrzymał napęd hybrydowy, a mniejsze modele mają w gamie odmiany mild hybrid i plug-in. Volkswagen pokazuje też, że jest już gotowy do pełnej elektryfikacji swojej floty i potwierdza swoje słowa modelem ID.4.

Testuje Michał Garbaczuk

Auto, jakże by inaczej, jest modnym crossoverem. Zbudowano go na nowej płycie podłogowej powstałej specjalnie na potrzeby produkcji samochodów elektrycznych. Nadwozie o długości 4594 mm i szerokości 1852 mm (bez lusterek) narysowano bardzo „miękką” kredką. Łagodne linie i mnóstwo zaokrągleń sprawiają, że ID.4 wygląda futurystycznie i elegancko jednocześnie. Szczególne wrażenie robi olbrzymia powierzchnia przedniej szyby i wzorowa wręcz widoczność w każdym kierunku. Całości dopełniają nieprzyzwoicie wielkie koła z felgami w rozmiarze 21 cali! Podobają mi się również wydatne plastikowe osłony w dolnej części drzwi i zderzaków, które skutecznie chronią lakierowane elementy przed przypadkowym uszkodzeniem.

Tu jest jakby luksusowo

Volkswagen zastosował tu kilka patentów, dzięki którym obcowanie z ID.4 jest niezwykle przyjemne i bezproblemowe. Jednym z nich jest uruchamianie i wyłączanie silnika z pominięciem stacyjki. Wystarczy usiąść w fotelu kierowcy i samochód już jest gotowy do jazdy. Żeby sprawnie odjechać należy jedynie wcisnąć hamulec i wrzucić „DRIVE”. Podobnie po zakończonej jeździe należy włączyć przycisk „PARK” i po prostu wysiąść z auta. Samochód wyłączy się sam po opuszczeniu kabiny. Samo wnętrze niemieckiego elektryka jest niezwykle obszerne i za sprawą idealnie płaskiej podłogi również funkcjonalne. Selektor zmiany biegów, bo trudno tu mówić o drążku, znalazł się przy kierownicy, dzięki czemu w konsoli środkowej postała przestrzeń na półeczki, uchwyty na napoje i szufladka do bezprzewodowego ładowania smartfona. Fotele są obłędnie wygodne, a w testowanym egzemplarzu dodatkowo pokryte Alcantarą i elektrycznie regulowane.

Tylna kanapa jest oczywiście dzielona, wyposażono ją w podłokietnik dla pasażerów, a dodatkowo w oparciu znalazł się otwór do przewożenia długich przedmiotów. Co ciekawe, zmieści się tu nawet trzech dorosłych pasażerów, a duża przestrzeń na stopy skutecznie uciszy ich roszczenia o dodatkowe centymetry. Jak przystało na Volkswagena ogromny jest również bagażnik. Jego przestrzeń jest równa, głęboka, ustawna i ma pojemność 543 litrów, co pozwoli spakować się nawet na wakacje.

Technika Hi-end

Nie do końca przyzwyczaiłem się jeszcze do nowej architektury systemu multimedialnego i w pełni dotykowych przycisków, a w zasadzie suwaków, bo na przykład zmiana głośności radia odbywa się przez przesuwanie palcem po specjalnym polu pod ekranem centralnym. Przyciski sterowania na kierownicy także są dotykowe i trzeba panować nad dłońmi, żeby przypadkowo nie pozmieniać sobie ustawień. Trzeba jednak oddać producentowi, że menu ustawień jest bardzo rozbudowane.

Muszę za to przyznać, że Volkswagen modelem ID.4 reklamuje elektromobilność w sposób brawurowy, bo auto jest dopracowane technicznie i wysmakowane w najmniejszych szczegółach. Nawet system wyświetlania informacji na przedniej szybie Head-Up Display wprowadza tę funkcję w nowy wymiar. Ekran podzielony jest na dwie części, z czego dolna wyświetla podstawowe informacje, takie jak aktualną prędkość i jej ograniczenia, za to ta wyższa odpowiedzialna jest między innymi za wyświetlanie ostrzeżeń o zmianie pasa ruchu i wskazań nawigacji. Efekt jest taki, że kierowca ma wrażenie, iż informacje pojawiają się bezpośrednio na jezdni przed autem, a kierunkowskazy i strzałki nawigacji zmieniają swoją wielkość, gdy zbliżamy się do zmiany kierunku i wskazują dokładny moment skrętu!

limuzyna przyszłości?

Volkswagen ID.4 wprowadza także nowe pojęcie komfortu jazdy. Silnik elektryczny o mocy 204 KM przyspiesza tak aksamitnie, że nie ma mowy o żadnych efektach uderzenia w plecy, czy niedogodnościach w postaci kłopotów z błędnikiem. ID.4 przyspiesza jakby został zwolniony z naciągniętej sprężyny i z gracją nabiera prędkości, przy czym moment obrotowy dostępny jest za mrugnięciem oka. Za sprawą elektrycznego silnika w kabinie panuje wyjątkowa cisza i jedynie po przekroczeniu prędkości 130 km/h do wnętrza zaczynają docierać delikatne szumy opływającego powietrza. I teraz najważniejsze pytanie, czyli ile kilometrów można zrobić na jednym ładowaniu i jak szybko da się wrócić na drogę po naładowaniu baterii? Egzemplarz, który miałem okazję testować wyposażony został w akumulatory o pojemności 77 kW, co według producenta ma pozwolić na pokonanie dystansu nawet 500 kilometrów.

Jak zwykle w przypadku testu samochodu elektrycznego skrupulatnie zaplanowałem trasę z wyliczeniem dystansu do szybkiej ładowarki (piszę w liczbie pojedynczej, bowiem Mazury, które zamierzałem odwiedzić są jeszcze niestety białą plamą na mapie infrastruktury ładowania), spakowałem wodę, batoniki proteinowe i odżywki, które miały pozwolić mi na przeżycie, gdybym musiał korzystać ze zwykłego gniazdka i ruszyłem w drogę.

A jednak da się

Moim celem był Pisz oddalony od Warszawy o około 200 kilometrów, a na starcie, przy pełnej baterii komputer pokazywał zasięg 408 km. Ku mojemu zdziwieniu, kilometrów ubywało proporcjonalnie do wzrostu ilości przejechanych kilometrów, dlatego początkowy stres szybko zmienił się w przyjemność obcowania z fantastycznie komfortowym samochodem i najlepszym towarzystwem, jaki mogłem sobie wymarzyć – ukochaną żoną. Podróż zajęła nam około 2,5 godziny, a na miejscu komputer poinformował mnie, że energia zgromadzona w akumulatorach pozwoli jeszcze na 268 km, dlatego zdecydowałem, że wracamy do domu bez ładowania na trasie. Po powrocie z Piszu wciąż miałem możliwość przejechania jeszcze 82 kilometrów! Podsumowując, jeżeli ja, jadąc Volkswagenem ID.4 jak normalnym, w sensie spalinowym, samochodem byłem w stanie zrobić na jednym ładowaniu prawie 480 km, to jest to już wartość w zupełności dla mnie akceptowalna i mogę ogłosić, że elektromobilność powoli trafia pod strzechy.

Mam wciąż jeszcze tylko jedno, jedyne zastrzeżenie dotyczące infrastruktury ładowania. Ładowarka, nawet ta szybka o mocy 50 kW zmusza podróżnych do zrobienia przynajmniej godzinnej przerwy. Jeśli zaczną powstawać wreszcie stacje o mocy przynajmniej 150 kW, czas ładowania skróci się trzykrotnie i dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć, że ładowanie trwać będzie tyle, co wizyta na stacji, kosmetyka w toalecie, kawka i hot-dog razem wzięte. Drodzy operatorzy, weźcie się do roboty, bo fantastyczne samochody napędzane energią z gniazdka już są!

W magazynie – Czy nadal warto marzyć o Ameryce?

I have a dream! Na początek pozwolę sobie przywołać słowa wielkiego Martina Luthera Kinga, sprzeciwiającego się rasistowskiej polityce. Był sierpień 1963 roku kiedy w Waszyngtonie ćwierćmilionowy tłum słuchał o jego marzeniu. To marzenie się spełniło, mimo iż musiał on i sprzyjający mu prezydent JFK przypłacić je życiem. To marzenie się spełniło także dlatego, że jest to Ameryka, którą tworzą po prostu normalni ludzie. Mówiąc o normalności Amerykanów, nie chodzi mi o ich szczególne wykształcenie czy też jednolitość kulturową. W sumie to nie wiem, jak to nazwać, ale spróbuję: Amerykanie roztaczają wokół siebie taką specyficzną, wręcz eteryczną aurę pozytywności.

Korespondencja własna z nad Hudson River, Aureliusz „Wilk” Herczakowski

Od kilku miesięcy na nowo ciągle przebywam w ich towarzystwie, poznaję coraz to nowych ludzi, a każdy z nich ma ten fluid w sobie, którym z wielką przyjemnością nasiąkam. Zapewne każdy z nas ma jakiś wzorzec Amerykanina, który przywołuje w pamięci na myśl o USA lub słuchając informacji zza Oceanu. Ja oczywiście taki wzorzec miałem i mam – kiedyś był nim tzw. Kowboj Marlboro. Taki ideał faceta dla pań z lat 80, który pewnie i teraz znalazłby mnóstwo adoratorek, mimo palenia niemodnego ostatnio papierosa.

Dzisiaj mój wzorzec nieco się zmienił, kowboj stał się bardziej marines, ale dalej jest to heros. Ale czy to wystarczy, żeby marzyć o Ameryce? Myślę, że dla ludzi odważnych i wiedzących czego chcą, jak najbardziej tak. Takich ludzi na świecie jest mało i właśnie dlatego większość z nich można właśnie spotkać tutaj. To oni, emigrując do nieznanego, lepszego świata ze swoich ojczyzn, w których nie było dla nich miejsca, stworzyli i tworzą ten kraj. I czego by o USA nie mówić, jest on dla nich lepiej skonstruowany niż jakikolwiek inny kraj na świecie. A to skłania Amerykanów do szacunku dla swojego kraju.

Celowo unikam słowa „patriotyzm”. Ostatnimi czasy słowo to nabrało niewłaściwego zabarwienia i służy do usprawiedliwiania prześladowań mniejszości etnicznych, kulturowych, religijnych, etc. Nie da się też, niestety, pominąć wątku naszej mentalności mówiąc o Ameryce z punktu widzenia Polaka, bo amerykański stosunek do życia to odwrotność naszej pełnej rezygnacji mentalności. Absolutnie genialna odwrotność, bo USA potrafi także pomieścić Polaków i ich asymilować, co jest chyba w tej Ameryce najwspanialsze. Niestety, ten argument dla nieznających Ameryki lub tylko marzących o Ameryce jest niedostępny, by go poczuć trzeba tu chwilę pomieszkać, do czego zachęcam. Można też zaufać moim słowom, na co oczywiście liczę…

Jeśli jesteś odważny, masz tzw. balls of steel, a ponadto poczujesz, że hipokryzja i konformizm są obrzydliwe lub czujesz się niepotrzebny, wykorzystywany, karmiony okruchami ze stołu i nie masz już siły walić głową w mur, a twoje zasady moralne nie pozwalają ci zginać karku przed byle kim, to Ameryka jest dla ciebie. Ameryka jest jak most łączący nas z normalnością i normalnymi ludźmi. Nie jest oczywiście łatwo się tu dostać, ale jest to możliwe i tylko trzeba chcieć.

W tym kontekście chciałbym odnieść się do często przytaczanych w naszych mediach informacji o zainteresowaniu USA sprawami polskimi. Otóż, jeśli takie zainteresowanie ze strony rządu USA faktycznie jest, to z pewnością nie dowiemy się o nim wyłącznie od polityków. Na marginesie, należy mieć nadzieję, że USA nieco inaczej niż historyczni „sprzymierzeńcy” wciąż Polsce sprzyjają i sprzyjać będą. Co do zainteresowania przeciętnych obywateli sprawami polskimi, czy szerzej europejskimi, to jest ono żadne, a w środowisku Polonii znikome, ograniczające się jedynie do ustalenia warunków wizyty w rodzinnym kraju.

A w czasach wszechpanującego covidu taka podróż to spory wysiłek. Dowodzi tego ostatnia podróż – w połowie września – mojego przyjaciela Amerykanina z Los Angeles do Warszawy przez Londyn, która z 14 godzin zmieniła się w 3-dniowy biurokratyczny koszmar. Ilość rodzajów testów, które musiał zrobić – pomimo, że był zaszczepiony – i dokumentów, które musiał zgromadzić, i kwarantann, które musiał odbyć to materiał na oddzielny felieton, ale w końcu dotarł do Warszawy.

Wracając do głównego pytania. Czy warto nadal marzyć o Ameryce? Otóż moja odpowiedź brzmi tak: marzenia trzeba mieć, nawet pozornie nierealne, lecz piękne, jak M. L. Kinga. Każdy z nas ma marzenia, jedni piękne inni obrzydliwe. Zauważyłem zresztą, że te obrzydliwe marzenia mają większą siłę, a ludzie tak marzący aż się nimi krztuszą realizując je bez moralnych skrupułów i po trupach. Zaś marzenia piękne są delikatne, nienachalne, powiedziałbym, że są jak propozycje typu chodź za mną, jeśli chcesz.

Często też przy realizacji tych pięknych marzeń trzeba się natrudzić, ale efekt z realizacji pięknego marzenia jest obiektywnie piękny i szlachetny. Ameryka jest takim właśnie pięknym marzeniem. Czy warto nadal marzyć o Ameryce? To wszystko zależy od ciebie, jaki rodzaj marzeń masz.

Dla marzących o Ameryce, a konkretnie o przylocie tutaj, kilka plotek. USA są nadal zamknięte dla turystów i osób odwiedzających ten kraj bez istotnego uzasadnienia, czyli np. prywatni importerzy rozbitych amerykańskich aut nie mogą się tu dostać. Oczywiście odbija się to na kondycji biznesu nastawionego na obsługę przyjezdnych. Lokale w NYC świecą pustkami, restauracje niegdyś wymagające zapisów z wielotygodniowym wyprzedzeniem praktycznie dostępne są ad hoc, co pozwala skorzystać z ich doskonałej oferty w przystępnych cenach.

Niestety, sporo dobrych restauracji, sklepów nie wytrzymało braku klientów i po prostu zniknęło. Wciąż obowiązuje proklamacja prezydenta Joe Bidena z 26 stycznia „Cudzoziemcy, którzy w ciągu 14 dni przed przybyciem do USA przebywali w krajach Strefy Schengen… nie uzyskają prawa wjazdu na terytorium Stanów Zjednoczonych pomimo spełnienia formalnych kryteriów. Ograniczenie to obowiązuje do odwołania”.

Ja tę proklamację nazywam instrukcją, jak dostać się do USA. Wystarczy przeczytać to, czego autor nie chciał napisać i się zastosować, no ale… tu się powtórzę, trzeba chcieć. Dla zainteresowanych informacja wprost, jeśli np. polecisz na 14-dniową wycieczkę do Turcji lub Chorwacji to w 15. dniu wsiadasz do samolotu do USA i tu jesteś. Są także inne możliwości, ale one już są mniej oczywiste, wymagają kontaktu z konsulatem i wykazania, że nasza wizyta jest istotna dla gospodarki USA.

Kiedy Ameryka otworzy granice? Najprościej jest odpowiedzieć, że nie wiem, bo tak w istocie jest, ale mogę podzielić się plotkami, które różnymi drogami do mnie docierają. Otóż mówi się o dacie listopadowej, kiedy mają zostać otwarte granice USA. Urzędnicy lubią tu ogłaszać swoje dobre wiadomości przy okazji świąt, w listopadzie mamy 3 daty: Halloween – 31 października/1 listopada, Veterans Day – 11 listopada, Thanksgiving – 25 listopada. Cała branża turystyczna czeka na chwilę otwarcia granic z utęsknieniem, mam więc nadzieję, że będziemy mogli już niebawem w pięknej Ameryce się spotkać.

W magazynie – Inne spojrzenie na socrealizm

Edmund Burke, Wejście Armii Czerwonej do zburzonej Warszawy

Maria Kluza Wollenberg, wybitna malarka nazywana ostatnią kolorystką, w rozmowie z Piotrem Cegłowskim – Redaktorem Naczelnym MANAGER-Report wspomina artystów, z którymi miała kontakt od dzieciństwa – zarówno podziwianych do dziś, jak i niesłusznie zapomnianych

Chciałbym namówić panią na cykl rozmów o twórcach, o których dziś pisze się z perspektywy historycznej, a pani miała okazję poznać ich osobiście.

Niewielka w tym moja zasługa, pochodzę z rodziny artystycznej, która miała szerokie kontakty towarzyskie. Mój ojciec Piotr Wollenberg studiował malarstwo przed wojną w pracowni Tadeusza Pruszkowskiego, ale rozkwit jego twórczości przypada na lata powojenne. To właśnie dzięki niemu poznałam wielu wybitnych artystów kojarzonych z Komitetem Paryskim i ich uczniów i następców. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałam piękną, pełną obrazów willę w Kazimierzu należącą do Antoniego Michalaka.

Dodajmy, twórcy wpisującego się w modny dziś styl art deco, którego „Eksodus” został wylicytowany za 210 tys. zł, a jeszcze do niedawna jego prace można było kupić za 20 tys. zł.

Był znakomitym portrecistą, jego „Portret żony” można znaleźć w Muzeum Narodowym. Ale malował też wiele scen sakralnych, przede wszystkim dla odnawianych wrocławskich kościołów.

W tym samym czasie, począwszy od 1949 roku, artyści, którzy nie chcieli porzucić sztuki, musieli jakoś wpisać się w obowiązujący kanon socrealistyczny. Dla niektórych sprzeciw wobec narzuconej konwencji miał straszne reperkusje – Władysław Strzemiński zapłacił życiem.

Nie jest to sprawa prosta i jednoznaczna. Nie zapominajmy, że największy twórca tamtej epoki – Andrzej Wróblewski – pomimo ideologicznej klatki umiał być sobą. Gdyby nie zmarł tragicznie w młodym wieku zapewne ewoluowałby jak Picasso… Inni twórcy w tym czasie po prostu starali się jakoś przetrwać. Ojciec postanowił wysłać obraz ukazujący jego wizję szpitalnej operacji na jeden z ówczesnych salonów ZPAP. Praca została odrzucona. Zdziwiona matka zadała mu pytanie: „Jak to nazwałeś?” – „No, operacja” – „Niczego nie rozumiesz. Powinieneś dać nazwę – Operacja w szpitalu wiejskim”. Zdroworozsądkowa reakcja matki przyniosła niespodziewane efekty. Obraz kupiło Muzeum Narodowe, a potem jeździł na wystawy do kolejnych krajów socjalistycznych jako przykład polskiego malarstwa współczesnego. Podobnie w tamtym okresie zachowywał się wybitny kapista Eugeniusz Eibisch, który z konieczności namalował jakieś zebranie, zapewne z nazwy partyjne, co podkreślał wspaniały czerwony kolor.

Nosiło to chyba wówczas nazwę: podpierania się tematem.

Trudno w to dziś uwierzyć, ale robiła to wówczas nawet Erna Rosenstein.

Na marginesie – jej rekord aukcyjny to 420 tys. zł, przy przeciętnej cenie obrazu na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Wróćmy jednak do tytułów obrazów dopasowanych do oczekiwań władz.

Powinniśmy spojrzeć na czas socrealizmu bez ideologicznego zacietrzewienia. Znakomici artyści we wszystkich, nawet tak okropnych czasach jak pierwsza połowa lat 50., tworzyli świetne dzieła. Malując grupę ludzi – zwykłą scenę rodzajową – dbali o dobór koloru, światło. A to, że na koniec dodawali oczekiwany przez władzę tytuł np. „Robotnicy po pracy”, to już inna sprawa. Prawdziwą klasę wielu artystów pokazało już po przełomie październikowym, czego przykład stanowi odejście od socrealizmu, a potem światowa kariera Wojciecha Fangora.

I w tym przypadku warto zilustrować rekordem aukcyjnym pozycję tego artysty na rynku – 7 mln zł. Trudno kupić obraz tego malarza za kwotę mniejszą niż kilkaset tysięcy złotych. Nie wszyscy godni uwagi twórcy z tamtych czasów zostali docenieni przez rynek, jak wspomniani wyżej malarze. Zapewne niektórzy z nich czekają na powtórne odkrycie.

W tym kontekście warto wspomnieć o wybitnym koloryście Zenonie Kononowiczu. Bywałam razem z ojcem w jego pracowni u podnóża góry Trzech Krzyży w Kazimierzu. Przez pewien czas był aktywnym działaczem związkowym, ale zrezygnował z tego na rzecz malarstwa. Pamiętam, że jego pracownią był niewielki skromny pokój z kilkoma płótnami opartymi o ścianę. Mało który znany mi artysta tak jak on czuł kolor. Aż trudno wierzyć, że galeryści nie sięgnęli jak dotąd do twórczości Edmunda Burkego. I w jego przypadku mamy do czynienia z doskonałym rozumieniem koloru. Z obrazem tego artysty wiąże się zabawna anegdota.

Proszę ją opowiedzieć.

Na zamówienie Muzeum Niepodległości namalowałam portret młodego Józefa Piłsudskiego. Jak wiadomo, bardzo nie lubię sprzedawać moich prac, ale w tym przypadku zaproponowano mi zamianę. Z leżących w magazynie prac wybrałam obraz Burkego pokazujący wejście armii sowieckiej do zburzonej Warszawy. Pomijając kwestię tematyki jest to znakomita praca, dla osoby, która nic nie wie o historii po prostu świetny przykład malarstwa połowy XX wieku. I to chyba najlepsza pointa, jeśli chodzi o współczesną oceną polskiego socrealizmu.

W magazynie – Trądzik pospolity to nie tylko przypadłość młodzieży

Trądzik pospolity jest jednym z najczęstszych schorzeń dermatologicznych. Objawy kliniczne: trądzik pospolity występuje najczęściej w wieku pokwitania jako tzw. trądzik młodzieńczy. Pierwsze zmiany mogą pojawiać się już między 10. a 13. rokiem życia lub później. Największe nasilenie obserwuje się u dziewcząt w wieku 14-17 lat, a u chłopców w wieku 16-19 lat, po czym zazwyczaj zmiany stopniowo ustępują. Ostatnio istnieje tendencja do przedłużenia się czasu trwania schorzenia, nawet po trzydziestym roku życia. O tym, czym jest trądzik i jak z nim walczyć wyjaśnia Kamila Padlewska, profesor UM MSC, ekspert w zabiegach dermatologii estetycznej i laserowej.

U chorych z trądzikiem występuje cera tłusta, a trądzik występuje przede wszystkim w obrębie łojotokowych okolic skóry: na twarzy, plecach, rzadziej na klatce piersiowej.

Często przy rozległych zmianach w obrębie klatki piersiowej dochodzi do rozwoju wykwitów również na ramionach, a przy zajęciu pleców – na pośladkach. Zmiany zachodzące w gruczołach łojowych i ich otoczeniu prowadzą do powstania charakterystycznych dla tej choroby zaskórników. Są to czopy powstające z łoju i zrogowaciałych komórek naskórka, wypełniające rozszerzony lejek mieszka włosowego. Są zmianami niezapalnymi. Mogą być zamknięte i otwarte. Zaskórniki otwarte widoczne są na skórze jako ciemne punkty. Innym charakterystycznym objawem trądziku są wykwity zapalne: grudkowe i krostkowe.

Te ostatnie mogą zdominować obraz kliniczny. Przebieg trądziku jest zmienny, lecz zazwyczaj przeważa tylko jeden rodzaj zmian. Można mieć zatem trądzik, którego głównymi objawami są zaskórniki. Mówimy wtedy o trądziku zaskórnikowym, w przeciwieństwie do grudkowo-krostkowego. W zależności od liczebności zmian określa się trądzik jako łagodny lub średnio nasilony. Niekiedy schorzenie to występuje w bardzo ciężkiej postaci – oprócz zmian typowych tworzą się torbiele ropne, a gojenie następuje przez bliznowacenie. Czasami bliznowacenie może występować nie tylko po głębokich naciekach, ale u niektórych osób nawet po zmianach grudkowych. Wtedy blizny mają charakter zanikowy. Poza bliznami na skórze chorych mogą pojawić się między innymi przebarwienia.

Leczenie trądziku nie zagraża życiu, ale żyć z nim nie jest łatwo. Szybkie włączenie odpowiedniego leczenia pozwala uniknąć szpecących blizn. W trądziku lekkim, w którym występują zaskórniki i niewiele grudek i krostek, stosuje się leczenie miejscowe. Preparaty miejscowe aplikuje się na całą zajętą powierzchnię skóry, a nie tylko na pojedyncze wykwity. Gdy następuje liczny wysiew grudek i krostek, oprócz leczenia miejscowego należy zastosować leczenie doustne. Trądzik jest chorobą przewlekłą, a jego leczenie jest długie. Jego wynik zależy w dużym stopniu od prawidłowego współdziałania chorego z lekarzem.

Leczenie trądziku jest wielokierunkowe i ma na celu zmniejszenie łojotoku, zapobieganie tworzenia się zaskórników i zlikwidowanie stanu zapalnego.

Do leków zewnętrznych zalicza się pochodne witaminy A (retinoidy), nadtlenek benzoilu, preparaty zawierające antybiotyki: erytromycynę, klindamycynę. Z innych leków do stosowania zewnętrznego należy wymienić kwas azelainowy. W leczeniu ogólnym, stosowanym gdy pojawiają się liczne grudki i krosty, podaje się przede wszystkim antybiotyki. Należy je brać bez przerwy czasami parę miesięcy. Lekami z wyboru są antybiotyki z grupy tetracyklin i makrolidów. Działają one nie tylko przeciwbakteryjnie, ale również bezpośrednio przeciwzapalnie (dlatego tak długo prowadzi się leczenie). W ciężkich postaciach krostkowych i ropowiczych stosuje się doustnie retinoid – izotretinoinę. W trakcie leczenia izotretinoiną nie zaleca się stosowania innych miejscowych leków przeciwtrądzikowych ze względu na bardzo szybko następujące zmniejszenie łojotoku i wysuszenie skóry. Terapia izotretinoiną niesie za sobą ryzyko szeregu działań niepożądanych. Przed leczeniem konieczne jest zbadanie, czy nie ma zaburzeń wątrobowych i lipidowych (osoby z tego typu zaburzeniami nie mogą być leczone), następnie w trakcie leczenia monitoruje się wyżej wymienione parametry krwi. Największym ryzykiem związanym z leczeniem retinoidami jest ich teratogenność (uszkodzenie płodu). Niezbędne jest stwierdzenie przed podjęciem terapii u kobiet, czy nie są one w ciąży oraz zalecanie bezwzględnej antykoncepcji w trakcie leczenia i do 2 miesięcy po jego zaprzestaniu.

Pielęgnacja. Na rynku jest bardzo dużo różnych preparatów kosmetycznych dla osób z trądzikiem. W przypadku mało nasilonych postaci trądziku, systematyczna pielęgnacja tymi preparatami często powoduje poprawę. W kosmetykach są różne składniki aktywne, które działają wielokierunkowo.

W trakcie stosowania zewnętrznych leków na trądzik należy uważać, aby nadmiernie nie przesuszyć i nie podrażnić skóry. Gdy do tego zaczyna dochodzić, należy zrezygnować z kosmetyków dla cery trądzikowej i stosować kosmetyki dla cery wrażliwej i suchej. Obecnie są dostępne specjalne kosmetyki dla osób w trakcie kuracji przeciwtrądzikowych, które będą nawilżały i matowały lub natłuszczały, w zależności od stopnia przesuszenia. Trądzik nie jest chorobą zakaźną, nie jest on bowiem wynikiem zewnątrzpochodnej infekcji. W związku z tym nadmierne oczyszczanie twarzy nie jest niezbędne i wręcz nie jest wskazane. Wystarczy ją myć dwa razy dziennie.

Tylko trądzik zaskórnikowy bez zmian zapalnych można poddać zabiegom oczyszczania w gabinecie kosmetycznym, stosując wszelkie zasady aseptyki i wcześniejsze zabiegi rozpulchniające skórę. Zalecane są np. zabiegi kawitacji, jak również peelingi, np. z kwasem salicylowym. Często chorzy sami w warunkach domowych próbują wyciskać lub rozdrapywać zmiany, co prowadzi do blizn i przebarwień. Ważne jest wytłumaczenie choremu, co może spowodować takie postępowanie.

Osoby z trądzikiem należy również przestrzegać przed zbyt częstym dotykaniem twarzy rękami. Czoła, na którym występują zmiany trądzikowe nie powinno się zasłaniać grzywką, gdyż może to spowodować zaostrzenie zmian.

Bayer uruchamia konkurs na polecanie kandydatów do pracy w warszawskim Digital Hubie

400 specjalistów IT planuje zatrudnić Bayer do 2022 roku w warszawskim Digital Hub. Przy ich pozyskiwaniu firma stawia na rekomendacje i uruchamia otwarty konkurs networkingowy, w którym mogą wziąć udział wszyscy chętni – nie tylko pracownicy firmy. Bayer oferuje wszystkim atrakcyjne warunki finansowe. Inicjatywa wystartowała w październiku i potrwa aż do końca 2022 roku.

Za zakończoną sukcesem rekrutację na stanowisko specjalisty osoba rekomendująca otrzyma 2 500 PLN, wypłacane po pierwszych trzech miesiącach pracy osoby poleconej. Skuteczna rekomendacja osoby na wyższe stanowisko wiąże się z wynagrodzeniem 4 500 PLN. W przypadku trzech poleceń, które zakończą się sukcesem, rekomendujący uzyska 10 000 złotych. Lista dostępnych stanowisk z możliwością przesłania rekomendacji, a także regulamin dostępne są na stronie https://career.bayer.com.pl/pl/

– To konkurs dla tych, którzy zawsze marzyli o zostaniu „head hunterami” bez rezygnowania z obecnej pracy. To nie tylko szansa na polecenie znajomemu stanowiska w świetnej firmie, która dla wielu jest pracodawcą marzeń, ale i otrzymania wynagrodzenia – powiedział Łukasz Olejniczak, HR Business Partner Digital Hub. – Konkursy networkingowe od lat skutecznie wspierają pozyskiwanie pracowników w firmie Bayer, dlatego postanowiliśmy wykorzystać je w najnowszym projekcie rekrutacyjnym do Digital Hubu. Dzięki tej i innym inicjatywom planujemy do końca roku zatrudnić w tej jednostce 80 pracowników.

Digital Hub, uruchomiony w lipcu br. i zlokalizowany w warszawskim biurze firmy, to najnowsza inwestycja firmy Bayer w Polsce. Centrum koncentruje się na opracowywaniu innowacyjnych rozwiązań cyfrowych do zastosowań globalnych, w pierwszym etapie – dla rolnictwa.

– Zapraszamy specjalistów IT z doświadczeniem programistycznym, zajmujących się analizą danych, sztuczną inteligencją oraz uczeniem maszynowym – mówi Bogusław Tobiasz, dyrektor Digital Hubu firmy Bayer – Bayer działa w kluczowych obszarach życia każdego człowieka – zdrowia oraz żywności, dlatego nasza praca rzeczywiście przynosi zmianę dla świata: w myśl wizji „Health for All, Hunger for None”. Stwarzamy szanse pracy przy projektach globalnych – z zespołami IT w Niemczech, USA i innych krajach. Oferujemy możliwości rozwoju w różnych obszarach: rozwiązań dla rolnictwa, zdrowia, wspacia biznesu. Cenimy różnorodność i jesteśmy elastyczni – pracownicy mogą przez większość czasu pracować z dowolnego miejsca w Polsce.

Aby przyciągnąć specjalistów IT, Bayer podejmuje wiele różnorodnych działań. Obok konkursu są to m.in. otwarte spotkania typu Meetups – szansa na poznanie praktyków i specjalistów zaawansowanych technologii cyfrowych. Firma organizuje ponadto wirtualne Hackathony – ich uczestnicy rozwiązują realne wyzwania biznesowe.

opr. wogr

Światowa premiera zupełnie nowej Toyoty bZ4X

Toyota zaprezentowała właśnie przełomowy model w gamie – elektryczny SUV-a bZ4X. To pierwsze auto z nowej linii bZ (beyond Zero) –samochodów elektrycznych na baterie (BEV). Samochód pozostał wierny pod względem stylistyki i technologii modelowi koncepcyjnemu, który zaprezentowano w pierwszej połowie 2021 roku. Produkcyjna wersja bZ4X została stworzona przez Toyotę jako samochód w pełni elektryczny. To pierwszy model, który powstał na nowej platformie e-TNGA przeznaczonej dla elektrycznych samochodów na baterię.

Nowy bZ4X jest przestronnym, komfortowym SUV-em, który dostępny jest z całkiem nowym napędem na cztery koła, zapewniającym wiodące w klasie osiągi i możliwości terenowe. Napęd ten wykorzystuje oddzielne silniki dla przedniej i tylnej osi. Duży rozstaw osi zapewnia przestronność pięcioosobowej kabiny oraz obszerny bagażnik.

Toyota wykorzystała prawie 25 lat doświadczeń w technologiach stosowanych w zelektryfikowanych samochodach, by uzyskać najlepszą na świecie jakość, wytrzymałość i niezawodność litowo-jonowej baterii zastosowanej w bZ4X. Nawet po 10 latach jazdy, spodziewane osiągi akumulatora zachowają 90 procent pierwotnej pojemności. (Docelowe osiągi z testów. Okres użytkowania i przebieg określono na 10 lat lub 240 tys. km, w zależności co nastąpi wcześniej).

Z w pełni naładowaną baterią spodziewany zasięg powinien wynieść ponad 450 km (w zależności od wersji, dokładne dane zostaną potwierdzone w późniejszym terminie). Nowy bZ4X otrzymał także takie premierowe rozwiązania technologiczne jak dach z bateriami słonecznymi, które doładowują baterię w trakcie jazdy lub podczas postoju, oraz trzecią generację pakietu systemów bezpieczeństwa czynnego i wsparcia kierowcy Toyota Safety Sense 3.0.

Elektryczny napęd i osiągi

Toyota bZ4X w wersji z napędem na przednią oś ma dynamiczny silnik elektryczny, który wytwarza 204 KM (150 kW) mocy i osiąga 265 Nm momentu obrotowego. Samochód z napędem na cztery koła ma moc maksymalną wynoszącą 217 KM oraz 336 Nm momentu obrotowego. Przyspieszanie tej wersji od 0 do 100 km/h trwa 7,7 sekundy (wstępne dane sprzed homologacji).

Zasięg i bateria

Zasięg samochodu elektrycznego jest jedną z najważniejszych cech, które są brane pod uwagę przez klientów, dlatego Toyota wykorzystała blisko 25 lat doświadczeń w pracach nad bateriami o dużej pojemności, by bZ4X dawał poczucie spokoju nie tylko w kwestii dystansu, który może pokonać, ale także wieloletniej trwałości akumulatora. W toku prac rozwojowych nad baterią upewniono się, że redukcja jej parametrów będzie marginalna – po 10 latach lub 240 tys. km, w zależności, co nastąpi pierwsze, jej pojemność zmniejszy się najwyżej o 10 procent.

Litowo-jonowa bateria o wysokiej gęstości mocy ma 71,4 kWh pojemności, co oznacza spodziewany zasięg ponad 450 km (zgodnie z normą WLTP). Szczegółowe parametry będą zależały od wersji auta i w tej chwili pozostają przybliżone ze względu na trwający proces homologacji.

Dzięki wydajnemu układowi ogrzewania, wykorzystującym pompę ciepła, niezawodność baterii utrzymana jest także przy temperaturach poniżej zera, z tylko niewielkim spadkiem zasięgu w porównaniu do konkurencyjnych aut. Bateria może być też szybko naładowana bez narażania na utratę jej żywotności: naładowanie do poziomu 80 procent można osiągnąć w 30 minut przy użyciu systemu szybkiego ładowania o mocy 150 kW (CCS2).

Kluczowe dla osiągnięcia wysokiej jakości i trwałości akumulatora są czujniki monitorujące napięcie, natężenie oraz temperaturę w każdym z ogniw baterii. Jeśli zostanie wykryte jakiekolwiek nieprawidłowe wytwarzanie ciepła, zostaną automatycznie uruchomione odpowiednie sterowniki. Zastosowano środki zaradcze, by złagodzić skutki jakiejkolwiek degradacji materiału, a proces produkcyjny zabezpieczono tak, by żadne obce ciała nie dostały się do baterii. To pierwsza bateria Toyoty chłodzona cieczą.

Model Toyota bZ4X będzie miał swoją europejską premierę 2 grudnia.

Maciej Klenkiewicz nowym dyrektorem zarządzającym Nissan Sales Central & Eastern Europe

Z dniem 2 listopada – Maciej Klenkiewicz został powołany na nowego dyrektora zarządzającego Nissan Sales Central & Eastern Europe. Zastąpił na tym stanowisku Tomasza Latałę-Golisza, który odszedł z firmy.

Klenkiewicz jest osobą z ponad 20-letnim doświadczeniem w branży motoryzacyjnej. Przed dołączeniem do Nissana w 2007 roku, przez ponad 6 lat związany był z marką Peugeot, a następnie z kilkoma grupami dealerskimi, zajmując kierownicze stanowiska związane ze sprzedażą i obsługą klientów.

W strukturach Nissana Maciej Klenkiewicz rozpoczął swoją karierę od pozycji szefa rynku polskiego, a następnie dyrektora regionalnego w strukturach europejskiej centrali. Po 6 latach, w 2013 roku przeniósł się do Finlandii, gdzie odpowiadał za sprzedaż na wszystkich rynkach skandynawskich i nadbałtyckich. Kolejnym etapem jego ścieżki zawodowej było objęcie stanowiska wiceprezesa ds. rozwoju sieci dealerskiej w oddziale Nissana w Tajlandii w 2016 roku. Przez ostatnie 4 lata – jako wiceprezes ds. sprzedaży – zarządzał z kolei działami handlowymi na rynkach Azji i Oceanii oraz odpowiadał za współpracę z importerami w tym regionie.

„Cieszę się, że po latach pracy za granicą będę mógł wrócić do swoich rodzinnych stron – zarówno służbowo, jak i prywatnie. Sytuacja na rynku motoryzacyjnym zmienia się obecnie w bardzo dynamicznym tempie, tak w Polsce, jak i na Ukrainie, stawiając przed nami całkowicie nowe wyzwania. Wierzę, że w naszym regionie drzemie wielki potencjał i wraz z moim zespołem będziemy podejmować wysiłki, by nieustannie wzmacniać obecność marki Nissan na tych rynkach” – powiedział Maciej Klenkiewicz.

Nowy dyrektor zarządzający będzie kierował strukturami marki w Polsce i na Ukrainie, z centralą w Warszawie. Wyniki biznesowe regionu będzie raportował bezpośrednio do wiceprezesa Nissana w Europie.

Maciej Klenkiewicz ukończył Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych na Politechnice Warszawskiej. Ma trzech synów, a w wolnym czasie lubi aktywnie uprawiać sporty i oglądać dobre filmy akcji.

Ważne Informacje

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...