Opel Frontera Hybrid – terenówka naszych czasów – test redakcyjny

Kiedyś prawdziwy kierowca marzył o tym, żeby zjechać z asfaltu, przedrzeć się przez błotnisty szlak i sprawdzić, co kryje się za kolejnym wzgórzem. Dzisiaj równie chętnie zjeżdża z głównej drogi, żeby zaparkować pod modną kawiarnią i odebrać sojowe latte ze swoim imieniem wypisanym na papierowym kubku. Czasy się zmieniły. Kierowcy również. I właśnie dlatego nowy Opel Frontera ma więcej sensu, niż mogłoby się początkowo wydawać. Zwłaszcza w wersji hybrydowej.

Autor: Michał Garbaczuk

Pamiętacie pierwszego Opla Fronterę? To był samochód z czasów, kiedy określenie SUV nie zdążyło jeszcze na dobre zadomowić się w motoryzacyjnym słowniku. Wówczas mówiło się po prostu o terenówkach. Samochodach, które miały ramę, napęd na cztery koła i pewien szczególny rodzaj charakteru. Nie obiecywały, że podróż będzie zawsze wygodna, cicha i pachnąca skórzaną tapicerką. Obiecywały natomiast, że tam, gdzie kończy się asfalt, przygoda dopiero się zaczyna.

Frontera należała do pionierów tego świata. Była jedną z pierwszych prób przeniesienia terenowego stylu życia do codziennej motoryzacji. Pozwalała dojechać do pracy, zawieźć rodzinę na wakacje, a w weekend ruszyć tam, gdzie zwykły samochód osobowy mógłby co najwyżej pomachać z pobocza. Dzisiaj nazwa Frontera powróciła. Ale świat, do którego wróciła, wygląda zupełnie inaczej. Nie potrzebujemy już samochodów, które potrafią przeprawić się przez rzekę. Przynajmniej większość z nas nie potrzebuje. Nie wytyczamy nowych szlaków przez lasy, nie szukamy błotnistych kolein i coraz częściej rozumiemy, że przyrodę lepiej podziwiać, niż sprawdzać, jak głębokie ślady bieżnika można w niej zostawić.

Za to wysoki krawężnik? Jak najbardziej. Stromy wjazd na parking? Oczywiście. Miejska donica, która pojawia się przed zderzakiem z zaskoczenia? Proszę bardzo, choć najlepiej jednak ją ominąć. Współczesna motoryzacyjna dzielność ma po prostu nieco inną definicję. I nowa Frontera bardzo dobrze ją rozumie.

Geometria zamiast emocji

Pierwsze spotkanie z nowym Oplem Fronterą odbyliśmy już jakiś czas temu. Wówczas do testu trafiła wersja elektryczna. Samochód pozostawił po sobie całkiem dobre wrażenie, choć od początku było jasne, że nie zamierza uwodzić kierowcy spektakularnymi osiągami, luksusem czy stylistyczną ekstrawagancją.

Frontera nie jest samochodem, który ogląda się godzinami, odkrywając kolejne wysmakowane przetłoczenia karoserii. Jej projektanci postawili na geometrię. Proste linie, wyraźnie zaznaczone nadkola, wysoka sylwetka i nadwozie, które wygląda tak, jakby powstało przede wszystkim z myślą o maksymalnym wykorzystaniu przestrzeni.

I bardzo dobrze, bo nie każdy samochód musi być dziełem sztuki. Nie każdy musi wywoływać szybsze bicie serca na parkingu przed restauracją. Czasami wystarczy, że jest estetyczny, funkcjonalny i nie próbuje przekonywać otoczenia, że kosztował dwa razy więcej, niż w rzeczywistości.

Frontera ma w sobie coś sympatycznie bezpretensjonalnego. Nie wstydzi się swojej prostoty. Nie udaje terenówki przygotowanej do wyprawy przez Saharę. Nie obwiesza się agresywnymi spojlerami i atrapami wlotów powietrza, które mają sugerować, że pod maską drzemie silnik zdolny zawstydzić samochody sportowe. Wygląda jak praktyczny crossover, bo właśnie nim jest.

Ergonomia starej szkoły

Wnętrze również znamy z poprzedniego spotkania. Zmiana rodzaju napędu nie sprawiła, że nagle znaleźliśmy się w innym samochodzie. Frontera pozostaje autem przestronnym, funkcjonalnym i zaprojektowanym z myślą o codziennym użytkowaniu. Wysoka sylwetka przekłada się na sporą ilość miejsca nad głowami pasażerów, a rozsądnie rozplanowana kabina pozwala wygodnie podróżować również osobom zajmującym tylną kanapę. Nie ma tutaj atmosfery ekskluzywnego salonu. Materiały wykończeniowe nie próbują udawać czegoś, czym nie są, a twarde tworzywa przypominają, że priorytetem podczas projektowania samochodu była funkcjonalność i utrzymanie rozsądnej ceny.

Ale przecież nie każdy potrzebuje miękkiej skóry na desce rozdzielczej, zwłaszcza że podczas codziennej jazdy znacznie ważniejsze okazują się wygodne fotele, dobra widoczność i możliwość szybkiego odnalezienia potrzebnych funkcji. Pod tym względem Opel pozostaje wierny swojej filozofii. Do tego dochodzi bagażnik oferujący około 460 litrów pojemności, co pozwala bez większych problemów zaplanować rodzinny wyjazd, weekendową podróż czy zwykłą wyprawę na zakupy. Nie ma tu szczególnej magii, jest za to zdrowy rozsądek, a ten, wbrew pozorom, nie zawsze bywa standardowym wyposażeniem współczesnych samochodów.

Delikatność zamiast adrenaliny

Najważniejsza zmiana nastąpiła oczywiście pod maską. Tym razem testowaliśmy Fronterę z hybrydowym układem napędowym o mocy 145 KM, współpracującym z automatyczną skrzynią biegów. Muszę przyznać, że takie zestawienie bardzo dobrze pasuje do charakteru tego samochodu. Frontera nie jest sportowcem, nawet nie zamierza nim być i nie widzę najmniejszego powodu, żeby mieć do niej o to pretensje. Nie prowokuje do gwałtownych przyspieszeń, nie zachęca do atakowania zakrętów z przesadnym entuzjazmem i nie próbuje udowadniać, że rodzinny crossover może zastąpić hot hatcha.

Zamiast tego oferuje przyjemną, spokojną jazdę. Automatyczna przekładnia uwalnia kierowcę od konieczności nieustannego zmieniania biegów, a hybrydowy napęd dobrze wpisuje się w codzienny rytm poruszania się po mieście. Właśnie tutaj Frontera czuje się szczególnie swobodnie. Wysoka pozycja za kierownicą ułatwia obserwowanie otoczenia, rozsądne gabaryty pozwalają sprawnie manewrować, a charakter zawieszenia zachęca raczej do płynnego pokonywania nierówności niż do poszukiwania granic przyczepności.

W tym wszystkim jest coś przyjemnego, bo przecież jazda samochodem nie musi być nieustanną próbą pobicia własnego rekordu przejazdu z domu do biura. Czasami warto po prostu jechać. Bez nerwów, bez pośpiechu, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek kierowcy stojącemu obok na światłach.

Dodatkowo, Frontera może być 7-osobowa! Tak, to auto jest w stanie zabrać na pokład nie tylko dzieciaki, ale również teściów. Jeśli więc wciąż płaczecie za starą dobrą Zafirą (obecna generacja jest pełnowymiarowym vanem), to oto przed wami rozwiązanie wszystkich waszych trosk.

Koniec podróżowania z kalkulatorem

Największa różnica między elektryczną a hybrydową Fronterą nie ujawnia się jednak podczas porannego dojazdu do pracy. Pojawia się wtedy, gdy za miastem droga robi się szersza, ruch staje się płynniejszy, a nawigacja pokazuje kilkaset kilometrów do celu.

Elektryczna Frontera była samochodem, który potrafił przekonać do siebie podczas codziennej eksploatacji. Ale jej możliwości w dłuższej trasie wymagały już pewnego planowania. Zasięg, postoje na ładowanie, dostępność infrastruktury. Wszystkie te elementy należało uwzględnić, szczególnie podczas szybszej jazdy autostradowej. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Taka jest po prostu specyfika samochodów elektrycznych, zwłaszcza tych, które projektowano przede wszystkim z myślą o przystępnej cenie i codziennym użytkowaniu.

W hybrydowej Fronterze ten problem znika niemal jak bańka mydlana. Nagle przestajemy zastanawiać się, ile kilometrów pozostało do następnego ładowania. Nie trzeba sprawdzać, czy wybrana stacja działa i czy akurat nie stoi przed nią kolejka. Po prostu ruszamy w drogę, a kiedy trzeba uzupełnić paliwo, zatrzymujemy się na kilka minut i jedziemy dalej. To pozornie niewielka różnica, która potrafi całkowicie zmienić sposób postrzegania samochodu i właśnie ta swoboda jest największą zaletą hybrydowej wersji.

Lewy pas? Dlaczego nie!

Co ciekawe, Frontera z hybrydowym napędem potrafi też pozytywnie zaskoczyć na drodze ekspresowej. Oczywiście nie zamienia się nagle w sportowego SUV-a. Fizyki nie oszukamy, a wysokie nadwozie i komfortowo zestrojone zawieszenie przypominają, że konstruktorzy mieli inne priorytety. Te 145 KM okazuje się mocą wystarczającą do sprawnego poruszania się w trasie. Samochód nie sprawia wrażenia bezradnego podczas wyprzedzania i potrafi utrzymywać tempo, którego oczekujemy od współczesnego rodzinnego crossovera, a kiedy trzeba, można nawet zapuścić się na lewy pas i przez chwilę dotrzymać towarzystwa większym, droższym i znacznie bardziej prestiżowym SUV-om.

Od błotnistego szlaku do sojowego latte

Wróćmy jednak na chwilę do historii, bo zestawienie pierwszej i najnowszej Frontery jest fascynującym przykładem tego, jak zmieniły się nasze motoryzacyjne potrzeby.

Kiedyś samochód terenowy był obietnicą przygody. Jego właściciel marzył o leśnych duktach, piaszczystych bezdrożach i błotnistych drogach, które dla zwykłych osobówek stanowiły przeszkodę nie do pokonania. Nie chodziło wyłącznie o praktyczność. Chodziło również o pewien rodzaj wolności, o przekonanie, że można skręcić tam, gdzie inni nie skręcają. Dzisiaj ta wolność wygląda nieco inaczej.

Współczesny kierowca crossovera najczęściej nie potrzebuje reduktora, blokady mechanizmu różnicowego ani opon, które wyglądają jak wyposażenie traktora. Potrzebuje za to wygodnego samochodu, którym rano zawiezie dzieci do szkoły, później pojedzie do pracy, a po południu zatrzyma się pod modną kawiarnią. Tam odbierze sojowe latte z własnym imieniem wypisanym na papierowym kubku i będzie równie zadowolony ze swojego wyboru, jak kierowca pierwszej Frontery, który trzydzieści lat temu z dumą wyciągał samochód z błotnistej koleiny.

Czy to oznacza, że współczesna motoryzacja stała się mniej interesująca? Niekoniecznie. Po prostu zmieniły się nasze priorytety. Dzisiaj nie musimy już udowadniać, że samochód potrafi przejechać przez las. Coraz częściej wolimy, żeby las pozostał lasem, a samochód poruszał się po drodze.

Za to możliwość bezstresowego pokonania wysokiego krawężnika, wjazdu na nierówny parking czy przejechania kilkuset kilometrów bez zmęczenia okazuje się znacznie bardziej przydatna i w tym sensie nowa Frontera pozostaje wierna duchowi swojej poprzedniczki. Nadal ma dawać kierowcy swobodę, tyle że dzisiaj oznacza ona coś zupełnie innego.