Przez lata producenci samochodów próbowali nas przekonać, że prawdziwa przygoda zaczyna się dopiero wtedy, gdy kupimy SUV-a. Najlepiej dużego, z napędem na wszystkie koła, plastikowymi osłonami nadwozia i nazwą sugerującą, że jego naturalnym środowiskiem są bezdroża Patagonii. Nawet jeśli największym wyzwaniem terenowym w jego życiu będzie pokonanie krawężnika przed galerią handlową.
Autor: Michał Garbaczuk
Z czasem moda na uterenawianie wszystkiego, co ma cztery koła, zaczęła przybierać coraz ciekawsze formy. Mamy już miejskie crossovery, rodzinne kombi w turystycznych przebraniach, a nawet samochody elektryczne, których bojowe dodatki mają przekonać właściciela, że wyprawa do paczkomatu może być początkiem wielkiej ekspedycji.
A jednak przez długi czas pewien segment pozostawał poza tą zabawą. Segment samochodów, które do podróżowania zostały wręcz stworzone – dużych, przestronnych vanów. Ford postanowił naprawić to niedopatrzenie. I zrobił to w sposób, który początkowo wydawał mi się odrobinę przesadzony. Bo po co właściwie rodzinnemu autobusowi napęd na wszystkie koła? Cóż. Odpowiedź znalazłem na pewnej polanie ponad Zakopanem. Ale do tego jeszcze wrócimy.

Przygoda zaczyna się na parkingu
Ford Tourneo Custom Active już na pierwszy rzut oka daje do zrozumienia, że nie zamierza być wyłącznie środkiem transportu dla licznej rodziny. Jasny lakier, kontrastujące z nim plastikowe listwy ochronne, efektowne osłony nadkoli i fragmenty zderzaków wykończone w kolorze imitującym aluminium sprawiają, że samochód wygląda, jakby właśnie wrócił z wyprawy, podczas której asfalt był jedynie jedną z dostępnych możliwości. Nie jest to oczywiście samochód terenowy. Ford nie zdecydował się nawet na podwyższenie zawieszenia, co w świecie motoryzacyjnych stylizacji na dzielnych odkrywców może wydawać się niemal herezją.
I bardzo dobrze, bo Tourneo Custom Active nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest. Jego zadaniem pozostaje komfortowe przewiezienie ośmiu osób, najlepiej z całym ich wakacyjnym dobytkiem. Terenowe dodatki mają jedynie rozszerzyć możliwości samochodu, a nie odebrać mu to, w czym jest naprawdę dobry. Pod efektownym nadwoziem kryje się bowiem całkiem poważny argument: napęd na wszystkie koła, który w razie potrzeby potrafi przekazać moment obrotowy również na tylną oś. Do tego odpowiednio przygotowane tryby jazdy, pomagające poradzić sobie na mniej przyjaznych nawierzchniach.
Brzmi rozsądnie. Choć początkowo traktowałem to raczej jako sympatyczny dodatek niż wyposażenie, z którego rzeczywiście skorzystam.

Salon z widokiem na niebo
Zanim jednak ruszymy w góry, warto zajrzeć do środka. Bo właśnie tutaj Tourneo Custom pokazuje, że samochód rodzinny nie musi oznaczać kompromisu pomiędzy wygodą pasażerów a przestrzenią bagażową. W kabinie jest po prostu ogromnie dużo miejsca. Kierowca i siedmioro pasażerów mogą podróżować bez konieczności ustalania przed wyjazdem, kto tym razem będzie siedział z kolanami pod brodą. W drugim i trzecim rzędzie znajdziemy po trzy oddzielne fotele. To ważne, bo każdy pasażer dostaje własny kawałek przestrzeni, zamiast uczestniczyć w wielogodzinnym eksperymencie dotyczącym granic ludzkiej tolerancji na bliskość.
Drugi rząd oferuje jeszcze ciekawsze możliwości. Fotele można obrócić tyłem do kierunku jazdy, a środkowe siedzisko wykorzystać jako praktyczny stolik. W kilka chwil wnętrze zaczyna przypominać mobilny salon, w którym można rozmawiać, pracować, grać w karty albo prowadzić rodzinne negocjacje dotyczące kolejnego postoju.
Są elektrycznie odsuwane drzwi boczne, podgrzewane fotele drugiego rzędu, liczne schowki, porty USB i osobna strefa klimatyzacji dla pasażerów. Temperaturą można zarządzać również z poziomu centralnego ekranu na desce rozdzielczej. A nad głowami rozciąga się panoramiczny, szklany dach, który sprawia, że i tak imponująca przestrzeń nabiera niemal absurdalnych rozmiarów. Siedząc w takim wnętrzu, trudno oprzeć się wrażeniu, że Ford stworzył samochód, w którym sama podróż może być równie przyjemna jak dotarcie do celu.
I chyba właśnie o to chodzi w rodzinnej turystyce, bo przecież wakacje nie zaczynają się dopiero po zameldowaniu w hotelu. Zaczynają się wtedy, gdy zamykamy drzwi samochodu, ustawiamy nawigację i ruszamy przed siebie. Nawet jeśli pierwsze pytanie z tylnego rzędu — „daleko jeszcze?” — pada przed wyjazdem z osiedla.

Prawie pięć i pół metra, a fizyka jakby zapomniała
Na miejsce testu wybraliśmy Podhale. Trasa w zdecydowanej większości prowadziła drogami ekspresowymi, a jesienna pogoda postanowiła sprawdzić naszą determinację, Wiało i padało, chwilami tak mocno, że wycieraczki pracowały z zaangażowaniem godnym finału mistrzostw świata. Tourneo pozostawał jednak niewzruszony. Tutaj dochodzimy do czegoś, co moim zdaniem jest największym osiągnięciem inżynierów Forda. Ten samochód prowadzi się znakomicie. Wiem, że brzmi to jak zdanie wyjęte z testu sportowego hatchbacka, a nie niemal pięcioipółmetrowego vana, który swoimi gabarytami mógłby zawstydzić niejeden luksusowy SUV. Ale naprawdę trudno znaleźć lepsze określenie.
Zawieszenie pracuje z imponującą kulturą. Nierówności nawierzchni są skutecznie filtrowane, nadwozie nie wpada w nieprzyjemne kołysanie, a podczas pokonywania zakrętów Ford zachowuje spokój, którego trudno byłoby oczekiwać po samochodzie o takich proporcjach. To niemal idealny kompromis pomiędzy wakacyjnym hamakiem a precyzyjnym ostrzem, które prowadzi koła dokładnie tam, gdzie życzy sobie kierowca.
Oczywiście Tourneo nie oszukuje praw fizyki. Jest duży, ciężki i ma wysoko położony środek ciężkości. Tyle że sposób, w jaki radzi sobie z tym wszystkim, zasługuje na szczere uznanie. Pamiętam wcześniejsze generacje dużych vanów. Nawet te bardzo wygodne podczas jazdy nie pozwalały zapomnieć, że ich konstrukcja wywodzi się z segmentu samochodów dostawczych. Kierowca siedział wysoko, prowadził coś dużego i doskonale o tym wiedział. Obecny Tourneo Custom jest pierwszą generacją, w której naprawdę poczułem się niemal jak za kierownicą dużego SUV-a, a to komplement ogromnego kalibru.

Ford i jego rodzinne klejnoty
Właściwie nie powinienem być zaskoczony. Ford od dziesięcioleci ma szczególny talent do konstruowania samochodów, które prowadzą się lepiej, niż wynikałoby to z ich przeznaczenia. Wystarczy przypomnieć Focusa i jego znakomite wielowahaczowe zawieszenie tylnej osi, które swego czasu pokazało konkurencji, że kompaktowy samochód może sprawiać kierowcy autentyczną przyjemność, albo Rangera Raptora, którego zawieszenie wygląda, jakby projektowano je z myślą o przetrwaniu końca świata. I jeszcze kilku kolejnych dni po apokalipsie.
To prawdziwe klejnoty rodowe amerykańskiej marki, ale stworzenie układu jezdnego, który w tak dużym vanie zapewnia jednocześnie wysoki komfort, stabilność i zaskakującą precyzję prowadzenia, jest osiągnięciem zupełnie innego rodzaju. Tutaj nie wystarczy usztywnić sprężyn i amortyzatorów, a następnie ogłosić sukces. Rodzinny Ford musi przede wszystkim dbać o pasażerów. Wszystkich ośmiu. Co więcej, na trasie zaskoczyło mnie również wyciszenie kabiny. W samochodach wywodzących się z konstrukcji użytkowych hałas opływającego powietrza i odgłosy pracy zawieszenia potrafią skutecznie studzić entuzjazm.
Tymczasem Tourneo Custom pozwala prowadzić swobodną rozmowę, słuchać muzyki i pokonywać kolejne kilometry bez poczucia, że podróżujemy w elegancko wykończonym samochodzie dostawczym. A skoro już o muzyce mowa, testowy egzemplarz wyposażono w bardzo przyzwoity zestaw audio Bang & Olufsen. To kolejny element, który sprawia, że daleka podróż przestaje być obowiązkiem, a zaczyna przypominać przyjemność.

Sto siedemdziesiąt koni i odrobina niedosytu
Pod maską pracował dwulitrowy diesel o mocy 170 KM, współpracujący z automatyczną skrzynią biegów i napędem na wszystkie koła. To konfiguracja, która na papierze wygląda bardzo rozsądnie. Silnik wysokoprężny dobrze pasuje do charakteru dużego samochodu turystycznego. Nie domaga się ciągłego podłączania do ładowarki, pozwala sprawnie pokonywać długie dystanse i zapewnia moment obrotowy potrzebny do spokojnego przemieszczania sporej masy. Do tego zadowala się rozsądną ilością paliwa, co nie jest bez znaczenia w przypadku auta, którego naturalnym zadaniem jest pokonanie 1000 kilometrów jednego dnia.
Przez większość czasu trudno było mieć do niego zastrzeżenia, ale jest pewne „ale”. Chwilami brakowało mi mocy. Szczególnie podczas autostradowych manewrów, gdy trzeba było sprawnie zmienić pas, przyspieszyć i włączyć się w szybszy strumień ruchu. Nie chodzi o to, że Ford sobie nie radził. Problem w tym, że układ jezdny pracuje z taką lekkością, że zaczynałem oczekiwać od jednostki napędowej podobnej swobody.
Być może właśnie tutaj tkwi problem. Tourneo prowadzi się tak dobrze, że kierowca zaczyna zapominać o jego rozmiarach i przeznaczeniu. W pewnym momencie chciałby mieć pod prawą stopą jeszcze kilkadziesiąt koni, żeby móc wykorzystać potencjał układu jezdnego. Czy ten samochód przyjąłby więcej mocy? Jestem przekonany, że tak, ale wtedy mógłby zacząć stanowić niebezpieczną konkurencję dla niejednego rodzinnego SUV-a. Również z własnej stajni Forda. A przecież nie o to chodzi, żeby autobus zaczął podjadać lunch swoim mniejszym kolegom.

Giewont, polana i moment, w którym zrobiło się cicho
Wreszcie dotarliśmy na Podhale. I właśnie tutaj wydarzyło się coś, co ostatecznie zmieniło mój stosunek do Forda Tourneo Custom Active. Tuż przed wyjazdem z Zakopanego postanowiłem zrobić jeszcze kilka zdjęć. Znalazłem piękną polanę położoną powyżej miasta, z widokiem na Giewont i Gubałówkę. Idealne miejsce, żeby pokazać samochód w jego naturalnym, przynajmniej według stylistów Forda, środowisku.
Zjechałem więc z utwardzonej drogi, wjechałem na zieloną łąkę i ustawiłem samochód w odpowiednim miejscu. Wysiadłem, wyjąłem aparat i zabrałem się do pracy. Było pięknie – góry w tle, efektowny Ford na pierwszym planie, jesienne światło i ta szczególna satysfakcja fotografa, który właśnie znalazł wymarzony kadr. Po kilkunastu minutach wróciłem za kierownicę. Uruchomiłem silnik. Wrzuciłem „Drive”. Delikatnie nacisnąłem gaz i nic. Kompletnie nic! Ford stał niewzruszony, jakby właśnie podjął decyzję, że od dzisiaj będzie pełnił funkcję stałego elementu podhalańskiego krajobrazu.
Przyznam, że w tym momencie zrobiło mi się nieco cieplej. Nie dlatego, że ogrzewanie działało wyjątkowo skutecznie, tylko w głowie pojawiły się już obrazy traktora, liny holowniczej i lokalnego gospodarza, który z uprzejmym uśmiechem pyta, po co właściwie wjeżdżałem takim autobusem na mokrą łąkę. Tymczsem rodzina czekała już na dole, bo zaraz mieliśmy ruszać w drogę powrotną do Warszawy.
Zacząłem wyobrażać sobie rozmowę telefoniczną: „Kochanie, mamy mały problem, Ford postanowił zostać w górach”. Nie jest to zdanie, które chciałoby się wypowiadać w niedzielne popołudnie.
I wtedy mnie olśniło. Przecież to nie jest zwykły Tourneo. To Active z napędem na wszystkie koła. Ma odpowiednie tryby jazdy! Wybrałem ustawienie przeznaczone do luźnej nawierzchni. Nacisnąłem pedał przyspieszenia i poczułem, jak układ napędowy przekazuje siłę również na tylną oś. Auto, jak gdyby nic po prostu ruszyło. Bez dramatycznego buksowania kół. Bez rozpaczliwego ryku silnika, bez konieczności wzywania lokalnego rolnika i tłumaczenia mu, że przecież jestem dziennikarzem motoryzacyjnym i teoretycznie powinienem wiedzieć, co robię. Po prostu wyjechał. W tamtej chwili Ford Tourneo Custom Active został moim kumplem.

Cztery koła, które robią różnicę
Ta historia uświadomiła mi coś jeszcze. Współczesna motoryzacja bardzo lubi sprzedawać nam marzenia o przygodzie. Plastikowe osłony, bojowe zderzaki, specjalne emblematy i nazwy sugerujące gotowość do zdobywania kontynentów są dziś niemal obowiązkowym elementem oferty wielu producentów. Problem w tym, że nie zawsze za efektownym wyglądem idą rzeczywiste możliwości. W przypadku Forda Tourneo Custom Active jest inaczej. Owszem, jego stylistyka może wydawać się nieco teatralna, nie ma zwiększonego prześwitu ani ambicji konkurowania z prawdziwymi terenówkami, ale napęd AWD nie jest tu wyłącznie ozdobnikiem w katalogu.
Działa i potrafi zrobić różnicę dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy. Nie chodzi zresztą wyłącznie o mokrą polanę pod Zakopanem. Wystarczy pomyśleć o zimowych wyjazdach na narty, zaśnieżonych podjazdach do pensjonatów, oblodzonych parkingach czy drogach prowadzących do górskich miejscowości.
Oczywiście napęd na wszystkie koła nie zastąpi dobrych opon zimowych ani zdrowego rozsądku. Nie skróci też magicznie drogi hamowania na śliskiej nawierzchni, ale może pomóc tam, gdzie samochód z napędem jednej osi zaczyna bezradnie mielić kołami i właśnie dlatego już planuję kolejne spotkanie z Tourneo. Tym razem zimą, z nartami na pokładzie. Wiem, że ten samochód nie tylko dobrze wygląda na tle gór, on potrafi również z nich wrócić.


















