.
Strona główna Blog Strona 42

Czyste dachy – zadowoleni klienci

Rozmowa z Tomaszem Gromadą, właścicielem firmy ATMAL – specjalistą w branży konserwacji dachów.

Skąd się wziął pomysł na biznes? Czy konserwacja dachów to interesująca branża?

Przez wiele lat pracowałem na różnych stanowiskach w firmach budowlanych. Zawsze fascynowała mnie architektura i estetyka budynków, ale szczególną uwagę przyciągały dachy – kluczowy element każdej konstrukcji, który tak często bywa zaniedbywany. Dachy, które potrafią być ozdobą budynków często są pokrywane przez mech i brud. Przywrócenie im pierwotnego wyglądu wymaga wiedzy i odpowiedniego sprzętu. Dość szybko zrozumiałem, że ta nisza rynku ma ogromny potencjał. Moje zainteresowanie przerodziło się w pasję, a pasja w decyzję o założeniu własnej firmy. Wiedziałem, że na rynku brakuje profesjonalnych firm, które oferowałyby kompleksowe podejście do pielęgnacji dachów – od czyszczenia, przez niezbędne naprawy, aż po malowanie.

Od początku skupiłem się na stosowaniu ekologicznych i bezpiecznych dla środowiska metod czyszczenia oraz farb najwyższej jakości, które zapewniają trwałość i ochronę dachów przez wiele lat. Dążymy do tego, aby nasze usługi nie tylko poprawiały wygląd domów, ale także przedłużały żywotność dachów, co przekłada się na realne oszczędności dla naszych klientów. Dziś, po kilkunastu latach działalności, możemy pochwalić się tysiącami zadowolonych klientów i licznymi rekomendacjami. Nasza firma stale się rozwija, inwestując w nowoczesne technologie i szkolenia dla naszych pracowników.

Jakie są najczęstsze choroby polskich dachów? Jakie problemy najczęściej rozwiązujecie?

Jednym z najczęstszych problemów są mchy i porosty. Te rośliny często rozwijają się na dachach położonych w zacienionych i wilgotnych miejscach. Zatrzymują one wilgoć, co może prowadzić do osłabienia struktury dachówek i ich pękania. Osłabione dachówki mogą przeciekać, prowadząc do dalszych uszkodzeń konstrukcji budynku. Innym częstym problemem są glony i pleśnie. Glony często osadzają się na dachach o gładkich powierzchniach, tworząc zielonkawe lub czarne plamy. Pleśnie natomiast rozwijają się w wilgotnych warunkach, co nie tylko wpływa na estetykę dachu, ale może również stanowić zagrożenie zdrowotne dla mieszkańców. Brud i zanieczyszczenia powietrza, takie jak kurz, sadza, czy pyłki, również osadzają się na powierzchni dachu, tworząc warstwę brudu, która przyspiesza degradację pokrycia dachowego.

Jeśli chodzi o uszkodzenia, najczęściej spotykane problemy to pęknięcia dachówek. Mogą one być wynikiem ekstremalnych warunków pogodowych, takich jak grad, intensywne mrozy czy silne wiatry. Zardzewiałe elementy metalowe, takie jak rynny, obróbki blacharskie i śruby, również stanowią częsty problem. Rdza osłabia te elementy, co może prowadzić do ich uszkodzenia i przecieków wody, co z reguły prowadzi do dalszych problemów.

Dachy malowane wcześniej mogą wymagać odnowienia powłoki malarskiej, która z czasem traci swoje właściwości ochronne i estetyczne. Zużyta farba może się łuszczyć, blaknąć lub pękać, co negatywnie wpływa na wygląd i ochronę dachu. Malowanie dachu to nie tylko kwestia estetyki, ale również ochrony. Nowa powłoka farby może znacznie poprawić wygląd domu, nadając mu świeży wygląd. Farba ochronna zabezpiecza dach przed korozją, promieniowaniem UV oraz innymi czynnikami atmosferycznymi. Regularne malowanie i konserwacja dachu przedłużają jego żywotność, chroniąc go przed wnikaniem wilgoci i zmniejszając ryzyko powstawania pleśni, mchów i innych szkodliwych zjawisk.

Dlaczego warto inwestować w profesjonalne czyszczenie i malowanie dachu?

Przynosi ono szereg korzyści, zarówno praktycznych, jak i estetycznych, które bezpośrednio wpływają na wartość nieruchomości i komfort jej użytkowników. Przede wszystkim, czysty, zadbany dach od razu nadaje całemu budynkowi atrakcyjny i świeży wygląd, co jest kluczowe, jeśli planujemy sprzedaż nieruchomości. Estetyka domu ma duże znaczenie dla potencjalnych kupców, a pierwsze wrażenie często decyduje o ich zainteresowaniu.

Regularne czyszczenie i malowanie dachu to także skuteczna metoda ochrony przed uszkodzeniami. Profesjonalne czyszczenie usuwa zanieczyszczenia, a malowanie dodatkowo zabezpiecza powierzchnię dachu. Regularna konserwacja pozwala utrzymać dach w dobrym stanie przez dłuższy czas. Dzięki temu unika się konieczności wymiany całego dachu, co jest znacznie bardziej kosztownym i czasochłonnym przedsięwzięciem.

Profesjonalne czyszczenie i malowanie dachu ma bezpośredni wpływ na wartość nieruchomości. Dom prezentuje się jako dobrze utrzymany – dla potencjalnych kupców wydaje się mniej ryzykowną inwestycją – jego wartość rynkowa rośnie. Dobrze utrzymany dach może być decydującym czynnikiem przy negocjacjach cenowych. Ponadto, zlecenie tych prac profesjonalistom gwarantuje, że będą one wykonane zgodnie z najwyższymi standardami. Specjaliści dysponują odpowiednim sprzętem, wiedzą i doświadczeniem, co pozwala na skuteczne i bezpieczne przeprowadzenie zarówno czyszczenia, jak i malowania.

W jakim sensie branża konserwacji dachów jest innowacyjna? Jakie technologie i metody stosujecie w swojej pracy?

Kluczem jest zastosowanie nowoczesnych technologii, narzędzi oraz ekologicznych środków czystości i farb. Te innowacje nie tylko zwiększają efektywność i bezpieczeństwo prac konserwacyjnych, ale również czynią je bardziej przyjaznymi dla środowiska.

Szczególnie ważnymi narzędziami są wysokociśnieniowe myjki. Te urządzenia pozwalają na skuteczne usuwanie brudu, mchu, glonów i innych zanieczyszczeń z powierzchni dachu. Dzięki możliwości regulacji ciśnienia, jesteśmy w stanie dostosować siłę mycia do rodzaju materiału dachowego, co zapobiega uszkodzeniom powierzchni. Użycie myjek wysokociśnieniowych znacząco skraca czas potrzebny na czyszczenie dachu i zapewnia dokładne usunięcie nawet najbardziej uporczywych zanieczyszczeń.

Kolejną innowacją są ekologiczne środki czystości. Stosujemy specjalistyczne preparaty, które są bezpieczne dla środowiska, ale jednocześnie skutecznie usuwają zanieczyszczenia. Tradycyjne środki czystości często zawierają szkodliwe chemikalia, które mogą negatywnie wpływać na roślinność wokół domu i stan zdrowia mieszkańców. Używane przez nas środki są biodegradowalne i nietoksyczne, co oznacza, że nie zanieczyszczają wód gruntowych ani gleby.

Innowacyjne podejście widoczne jest również w technikach malowania dachów. Wykorzystujemy farby o wysokiej trwałości, które zapewniają ochronę przed czynnikami atmosferycznymi, takimi jak promieniowanie UV, deszcz, śnieg i zmienne temperatury. Nowoczesne farby, które stosujemy, są nie tylko trwałe, ale także przyjazne dla środowiska. Dzięki zaawansowanej technologii, farby te tworzą powłokę, która nie tylko chroni dach, ale również nadaje mu świeży i estetyczny wygląd.

Używamy również specjalistycznych narzędzi i urządzeń, które umożliwiają precyzyjne wykonanie prac malarskich i konserwacyjnych. Nowoczesne aplikatory farb pozwalają na równomierne nakładanie powłoki malarskiej. Kładziemy duży nacisk na szkolenia i ciągłe doskonalenie umiejętności naszych pracowników. Inwestujemy w ich edukację, aby byli na bieżąco z najnowszymi trendami i technologiami w branży konserwacji dachów. Dzięki temu jesteśmy w stanie oferować naszym klientom usługi na najwyższym poziomie.

Jakie są największe wyzwania w branży konserwacji dachów? W jaki sposób można wypracować przewagę konkurencyjną?

Jednym z głównych wyzwań technicznych jest różnorodność dachów. Każdy dach jest inny – wykonany z różnych materiałów, o różnej konstrukcji i w różnym stanie technicznym. To wymaga od nas wszechstronnej wiedzy i umiejętności, aby skutecznie i bezpiecznie przeprowadzać prace konserwacyjne. Dodatkowo, dachy mogą być trudnodostępne, co stwarza wyzwania związane z bezpieczeństwem pracowników. Dlatego inwestujemy w specjalistyczny sprzęt i regularnie szkolimy nasz zespół, aby był przygotowany na wszelkie techniczne trudności, które mogą się pojawić podczas realizacji zleceń.

Kolejnym wyzwaniem jest sezonowość. Prace związane z czyszczeniem i malowaniem dachów są w dużej mierze uzależnione od warunków pogodowych. W miesiącach zimowych, kiedy temperatury spadają poniżej zera, a dachy pokryte są śniegiem i lodem, wykonywanie tych prac staje się niemożliwe. To oznacza, że w sezonie zimowym liczba zleceń drastycznie maleje, co wpływa na przychody firmy. Z kolei wiosną i latem, kiedy warunki pogodowe są bardziej sprzyjające, mamy do czynienia z dużym natężeniem prac, co wymaga od nas maksymalnej mobilizacji zasobów ludzkich i sprzętowych.

Konkurencja w branży konserwacji dachów jest bardzo intensywna. Wielu lokalnych i regionalnych dostawców usług stara się przyciągnąć klientów, co zmusza nas do ciągłego podnoszenia standardów naszych usług, inwestowania w nowoczesne technologie oraz oferowania atrakcyjnych cen. Ważnym aspektem jest także budowanie zaufania i lojalności wśród klientów poprzez transparentność działań, wysoką jakość usług oraz profesjonalne podejście do każdego zlecenia.

Jakie są Pana plany na przyszłość? Czy planujecie ekspansję na nowe rynki lub rozszerzenie działalności?

Jednym z naszych głównych celów jest rozwój firmy poprzez inwestowanie w nowoczesne technologie i innowacyjne rozwiązania. W najbliższej przyszłości planujemy zainwestować w nowe, zaawansowane urządzenia do czyszczenia i malowania dachów, które zwiększą efektywność i jakość naszych usług. Inwestycje te pozwolą nam lepiej odpowiadać na potrzeby klientów oraz skrócić czas realizacji zleceń, co jest niezwykle ważne w branży o dużej sezonowości.

Ekspansja na inne rynki jest kolejnym kluczowym elementem naszej strategii rozwoju. Obecnie działamy głównie na Śląsku oraz w Małopolsce, ale widzimy duży potencjał w rozszerzeniu działalności na inne regiony kraju. Długoterminowo, niewykluczone, że zdecydujemy się na ekspansję międzynarodową, zwłaszcza na rynki europejskie, gdzie rośnie zapotrzebowanie na profesjonalne usługi konserwacji dachów.

Ważnym aspektem naszych planów na przyszłość jest również zrównoważony rozwój. Chcemy kontynuować wprowadzanie ekologicznych rozwiązań, takich jak stosowanie biodegradowalnych środków czystości i farb oraz promowanie energooszczędnych technologii. Wierzymy, że troska o środowisko naturalne to nie tylko nasz obowiązek, ale również element budowania pozytywnego wizerunku firmy.

Rozmawiał Mateusz Banaszak

Dobrzy ludzie od internetu

Blisko rok temu spółka INEA poinformowała o podjęciu strategicznej współpracy ze Światłowód Inwestycje. Dzięki temu powiększyła dotarcie do kolejnych 2 mln gospodarstw domowych oraz klientów biznesowych i instytucjonalnych stając się ogólnopolskim dostawcą usług telekomunikacyjnych.

 O planach dalszego rozwoju spółki rozmawiamy z Maciejem Piechocińskim – Prezesem Zarządu INEA Sp. z o.o.

 INEA rozwija się z prędkością światła, jak na operatora światłowodowego przystało. Jakie są dalsze plany strategiczne?

 Faktycznie spółka odniosła sukces poprzez konsekwentne realizowanie strategii świadczenia usług na sieciach operatorów otwartych sieci światłowodowych. Za sprawą współpracy ze Światłowód Inwestycje zwiększyliśmy dotarcie o kolejnych 2 mln gospodarstw domowych oraz klientów biznesowych i instytucjonalnych. W chwili obecnej realizujemy strategię sprzedaży usług i wykorzystania tego potencjału.

W jaki sposób przekonujecie klienta biznesowego? Co wyróżnia usługę INEA na rynku?

 Wierzę, że klienci postrzegają nas jak butik technologiczny. Wysoka jakość usług i obsługi, kompletne portfolio ICT oraz bliskość miejsca prowadzenia działalności przekonały tysiące klientów biznesowych i instytucjonalnych do powierzenia nam swoich cennych danych. Poza standardowymi usługami z naszego portfolio jak Internet, TV, telefonia stacjonarna i mobilna, dostarczamy klientom instytucjonalnym łącza transmisji danych, rozwiązania dotyczące bezpieczeństwa teleinformatycznego, kolokację, lokalną chmurę obliczeniową i inne. Staramy się zagwarantować usługi w pakiecie 360° i wzbogacić je dodatkowo o doradztwo naszych ekspertów w całym procesie cyfryzacji.  Obecnie przygotowujemy się do wdrożenia projektu, który ma na celu pomoc klientom w złapaniu fali cyfrowej transformacji. Jako Polska mamy zaległości w tym obszarze. Jesteśmy przekonani, że digitalizacja i rozwój technologiczny polskich przedsiębiorstw i instytucji samorządowych to lepsza przyszłość dla nich i dla całego kraju. O szczegółach tego procesu informować będziemy już niebawem.

Planujecie Państwo kolejne współprace strategiczne w tym roku?

 Skupiamy się w chwili obecnej na współpracach strategicznych z dużymi markami takimi jak Max czy Onet, które mają na celu dostarczenie naszym klientom wyjątkowej oferty. INEA w ofercie Max swoim klientom zapewnia wersję STANDARD, a w ramach pakietu użytkownicy otrzymują: dostęp do najwyższej jakości biblioteki treści na żądanie bez reklam, oglądanie seriali, filmów i programów na dwóch obsługiwanych urządzeniach jednocześnie, jakość Full HD, możliwość pobrania do 30 tytułów, aby oglądać je offline oraz dostęp do kanałów linearnych HBO, HBO 2, HBO 3 oraz TVN HD. Ponadto INEA jako jedyny operator wzięła udział w niestandardowej akcji wizerunkowej Max, w ramach której rozświetlono na niebiesko najbardziej flagowe budynki w wybranych miastach w Polsce. Jeśli zaś chodzi o współpracę z portalem Onet, to już niebawem nasi odbiorcy będą mogli skorzystać ze specjalnej oferty na zakup pakietu Onet Premium.

Klienci doceniają Państwa ofertę?

 Rok 2024 pokazuje, że INEA jest coraz bardziej widoczna na rynku dostaw usług światłowodowych i coraz bardziej doceniana tak przez branżę jak i klientów. W pierwszym półroczu zdobyliśmy aż pięć statuetek w różnych ogólnopolskich konkursach i plebiscytach.

 Przyznano nam tytuł Laureata w konkursie Loyalty Heroes w kategorii The Best Customer-Centric Solutions. Jury doceniło funkcjonalność naszej aplikacji – Zarządzanie WiFi oraz Wsparcie Techniczne. To pierwsza nagroda dla aplikacji INEA i druga w tym niezwykle ważnym dla branży konkursie.

Z kolei Laur Konsumenta/Klienta to jeden z pierwszych i jednocześnie najbardziej liczących się certyfikatów konsumenckich w kraju. Przyznawany jest w wyniku przeprowadzanego od 20. lat plebiscytu powszechnej popularności produktów oraz usług. W tym roku przyznano nam tytuł w kategorii Odkrycie Roku. To pierwszy tytuł dla nas w tym plebiscycie.

 W maju zdobyliśmy też dwie niezwykle ważne nagrody w obszarze obsługi klienta i contact center w konkursie Polish Contact Center Awards. Zostaliśmy zwycięzcą w kategorii Obsługa Klienta w Kanałach Pisanych oraz otrzymaliśmy jedną z najważniejszych nagród wręczanych na tegorocznej gali – Grand Fresh Prix. Ponadto w tym konkursie otrzymaliśmy nominację w kategorii Efekt WOW. Polish Contact center Awards to najważniejszy konkurs polskiej branży contact center i customer care oraz customer service.

Ostatnią w tym półroczu, ale niekoniecznie w całym roku jest nagroda XVII edycji Polskiego Programu Jakości Obsługi. Głosami konsumentów zostaliśmy uhonorowani tytułem: Gwiazda Jakości Obsługi 2024. Godło Gwiazdy potwierdza, że nasz Zespół reprezentuje najwyższe standardy obsługi, a marka zyskała rekomendacje klientów w całym kraju.

A propos zespołu? Jak liczny jest obecnie?

 Zespół INEA liczy blisko 400 pracowników oraz partnerów biznesowych rozsianych po całym kraju. Mamy bardzo dobrze zbudowaną strukturę zarówno w segmencie obsługi klienta indywidualnego, jak i w departamencie B2B. Jako jedna z niewielu firm w Polsce, a śmiem twierdzić i na świecie pracujemy w pełni zdalnie. Choć wiele firm zakomunikowało powrót do biur na 5 dni w tygodniu, my jesteśmy zadowoleni z produktywności naszych pracowników i pozostajemy w wirtualnej przestrzeni. Jako dobrzy ludzie od Internetu musimy być dobrzy też w Internecie i to, że funkcjonujemy doskonale w przestrzeni wirtualnej jako organizacja świadczy o tym, że nasz slogan nie wziął się znikąd.

KIA EV6 – Tygrysica na sterydach – test redakcyjny

Koreańczycy nie raz udowadniali, że dogonili świat w kwestii motoryzacji. Jakość wykonania i wzorowe właściwości jezdne poszczególnych modeli pozwalają na bicie się o podium praktycznie w każdej kategorii. Jest jednak jedna, w której nie mają sobie równych, a jest nią elektromobiolność.

Michał Garbaczuk

Możemy się spierać o kto, kto produkuje najlepsze samochody elektryczne. Jest Tesla, która uchodzi za wzór w dziedzinie rozwiązań technologicznych, ale jakość wykonania wciąż zadowolić może jedynie Amerykanów. Jest Porsche ze swoją perfekcją, ale jest koszmarnie drogie i niedostępne dla przeciętnego „Kowalskiego”. Europejskie marki wciąż stoją w rozkroku, choć dokładnie znają scenariusz. Wreszcie jest KIA, która nie boi się zaproponować klientom auta, o wysmakowanej stylistyce, do tego wyśmienicie wykonane i potrafiące stanąć na światłach praktycznie z każdym utytułowanym rywalem.

Niemożliwe? To patrz teraz!

Ten dalekowschodni tygrys jest nie tylko pokazem możliwości inżynierów. Jest autem kompletnym, które nadaje się do codziennej jazdy do pracy, wakacyjny wyjazd, ale także na tor wyścigowy. Trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, iż KIA EV6 GT to najtańsze 585 KM na rynku. Konfigurator otwiera kwota niecałych 240 tys. złotych i nawet po dodaniu niezbędnych ekstrasów nie przekracza 300 tys. złotych. Szczerze mówiąc, ciężko to nazwać okazją. Dla mnie to rozbój w biały dzień, bowiem klient otrzymuje rodzinny pojazd z pokaźnym bagażnikiem, potrafiący rozpędzić się od 0 do 100 km/h w 3,5 sekundy, a jego prędkość maksymalna to 260 km/h! Wierzcie mi na słowo, to liczby, które potrafią zmarszczyć skórę na plecach, a nieświadomych pasażerów przyprawić o chwilową utratę przytomności.

Zawsze najszybsza

Za niesamowitymi osiągami idzie precyzja prowadzenia i niezwykła wręcz stabilność na jezdni. Nie ma mowy o jakimkolwiek fałszywym ruchu, czy niepewnym zachowaniu. Kierowca poczuje się za sterami EV6 GT niczym snajper, precyzyjnie wybierający kolejny cel na drodze. Zawsze, kiedy naciśniemy na kierownicy zielony przycisk GT, uwolnimy brutalną siłę, potrafiącą katapultować ważące 2 tony nadwozie w nadprzestrzeń. Dodatkowo inżynierowie zaprojektowali, a księgowi zaszaleli z trybem, za który można dostać mandat na parkingu pod centrum handlowym. Chodzi o Drift Mode, który zrobi z każdego mistrza pokonywania zakrętów bokiem! Ta KIA to istny wehikuł czasu. Co prawda mówimy tu o zyskanych sekundach, może minutach, a dodając możliwość jazdy buspasem, to nawet godzinach (w ekstremalnych przypadkach warszawskich korków), ale zawsze będzie to skok w przyszłość premiowany darmowym parkowaniem w płatnych strefach.

KIA EV6 GT będzie też najszybsza na stacjach ładowania. Auto wyposażone zostało w 800-Voltową instalację, pozwalającą osiągać niedostępne do niedawna dla „normalnych samochodów” szybkość ładowania. W sprzyjających warunkach, to znaczy na stacjach będących w stanie ładować baterie z mocą powyżej 250 kW, naładujemy EV6 GT w zakresie 10-80 % w 18 minut, a zasięg 100 km zwiększymy już po 4,5 minuty! Takie możliwości prezentują jedynie Porsche Taycan i Audi e-tron GT. Należy jednak pamiętać, że są trzykrotnie droższe od naszej Koreanki.

Luksusowo, jakby

Samochód elektryczny ma sens tylko wtedy, gdy jest dobrze wykonany. No, bo co by nie mówić, to fizyki nie przeskoczymy i jednak te 20 do 30 minut trzeba będzie spędzić podpiętym do kabla szybkiej ładowarki. To wystarczający czas, żeby dobrze się rozejrzeć po wnętrzu i dotknąć każdej części wyeksponowanej w kabinie. Muszę przyznać, że takiej jakości wykonania i wykończenia nie powstydziłby się żaden producent klasy premium. Na pokładzie znajdziemy materiały najwyższej jakości, a sportowego sznytu dodają elementy wyściełane mięciutką Alcantarą. Kubełkowe fotele okazują się bardzo wygodne, a kierownica leży w dłoniach idealnie.

Spodobał mi się panel konsoli środkowej, której większą powierzchnię zajmuje wydatny podłokietnik wraz z ładowarką indukcyjną. Znajdziemy na nim również wygodne pokrętło zmiany kierunków jazdy (KIA EV6 GT jak większość elektryków posiada jedynie skrzynię redukcyjną). Pod konsolą znalazło się miejsce na damską torebkę. Deskę rozdzielczą tworzą naturalnie dwa (można by rzec tylko) ekrany. Jeden wyświetla kierowcy najważniejsze informacje, drugi pozwala na dostęp do wszystkich funkcji auta i stanowi centrum multimedialne wspomagane przez system audio Meridian. Tak, tak, to ten sam producent, który wyposaża w głośniki między innymi Range Rovery.

Na tylnej kanapie wygodnie usiądą 4 osoby, ale pod warunkiem, że mają krótkie nogi. W całkowicie płaskiej podłodze, szczelnie wypełnionej ogniwami, zabrakło obniżenia na nogi pasażerów. Przez to wysocy pasażerowie będą mieć kolana pod brodą, brakuje też podparcia dla ud. Na szczęście nie będą też mieć przestrzeni nad głową, dlatego nie będą chcieli z Wami jeździć z tyłu. Dla normalnych wzrostem, przestrzeni będzie aż nadto i nikt nie będzie narzekać na brak miejsca. Z kolei bagażnik ma pojemność 490 litrów, co jest wynikiem poprawnym w klasie aut elektrycznych.

KIA EV6 GT zaskakuje pod wieloma względami. Okazuje się bardzo przestronna, wygodna i funkcjonalna. Jest też porażająco szybka. Potrafi sprawić, że adrenalina i endorfiny leją się strumieniami do krwiobiegu kierowcy. W tej konkretnej opcji wydaje się być najlepszym ambasadorem elektromobilności pokazując, że osiągi nie muszą kosztować majątku. Przy dobrej kalkulacji załapie się na dopłaty z programu Mój Elektryk, więc może być jeszcze tańsza. Pragmatyczni kierowcy wybiorą pewnie wersję GT Line, również szybką i spektakularną. Ale czy nie korci Was, żeby mieć najszybszy samochód w okolicy? Jest ku temu okazja.

NIO ET7 – elektryzujące doznania – test redakcyjny

Chińskie marki motoryzacyjne przebojem wkraczają na europejski rynek. Rywalizują przede wszystkim ceną, ale jest wśród nich jedna marka, która postawiła sobie za cel zadziwić również technologią. NIO zmienia reguły gry w motoryzacyjnym świecie.

Zapowiadał się kolejny długi majowy weekend, kiedy to zadzwonił telefon z propozycją przetestowania całkowicie nowego modelu na polskim rynku i to marki, której nazwa nie mówiła kompletnie nic i to nie tylko mnie, ale też pozostałym przedstawicielom branży motoryzacyjnej. Owszem wiedzieliśmy, że gdzieś daleko w odległej Azji istnieje taki start-up o nazwie NIO i podobno nawet produkuje ciekawe samochody elektryczne, ale nikt nigdy nie widział takiego auta na żywo. I oto pojawia się możliwość przetestowania takiego samochodu w Polsce i to jeszcze w długiej trasie! Szybka narada, dokąd by tu się wybrać, bo Wiedeń i Berlin to już są oklepane, trasę do Chorwacji znamy na pamięć, a 5 dni na wypad do Włoch to trochę krótko. Wybór padł na Budapeszt. Z jednej strony to popularny ostatnio kierunek wśród polskich prominentów, z drugiej miasto, którego zabytki są w stanie przyćmić nawet te wiedeńskie, a więc godne, by pojawić się w nim czymś całkowicie wyjątkowym.

Wyróżnić się z tłumu

NIO jest pionierem w skali całego świata w kontekście podejścia do elektromobilności. Podczas, gdy wszyscy producenci idą w kierunku wydajności ładowania i prześcigają się w publikowaniu kolejnych rekordów czasów spędzonych przy stacji ładowania, Chińczycy opracowali system wymiany całej baterii, wykonywanej podczas 5-minutowego pot-stopu na specjalnej platformie. Wygląda to tak, że podjeżdża się autem na wyznaczone miejsce i wciska przycisk, a reszta dzieje się już automatycznie. Auto wycofuje na stanowisko, następnie robot wymienia baterię z pustej na naładowaną w 90-ciu procentach i już. Samochód jest gotowy do dalszej jazdy. Minusem jest puki co dość skromna sieć stacji wymiany baterii NIO w Europie. Na tę chwilę takie rozwiązanie dostępne jest w Berlinie, Monachium oraz kilku miastach w Holandii i Skandynawii.

Pytanie, po co w ogóle wymieniać baterię? I tu odpowiedź wcale nie jest taka oczywista, bo firmie nie chodzi o to, żeby wymieniać akumulatory co 400 km i powtarzać tę operację 3-krotnie w drodze na wakacje, choć taki scenariusz jest jak najbardziej realny. Chodzi o to, aby właściciel lub użytkownik NIO miał zawsze nieograniczony dostęp do baterii, która będzie zawsze w najlepszej kondycji, to jest zoptymalizowanej pod kątem jej stanu technicznego i wydajności ładowania. I wszystko to dostępne bez umawiania się do serwisu na skomplikowane, trwające kilka dni wymiany. 5 minut i gotowe, można jechać dalej.

Mając takie możliwości techniczne jak ekspresowa wymiana baterii, klient może dokonać wyboru, czy kupuje/wynajmuje samochód z baterią, czy samo auto bez baterii. Istnieje bowiem opcja leasingu samej baterii, podczas, gdy auto należy do nas. Dostępne są dwie opcje wielkości akumulatorów trakcyjnych: 75 kWh oraz 100 kWh, ale producent zapewnia, że w niedalekiej przyszłości będzie dostępna opcja z jeszcze większą pojemnością, by zapewnić satysfakcjonujące zasięgi.

 

Chiński, czyli jaki?

Do naszego testu trafił model ET7, czyli w nomenklaturze NIO największa z dostępnych w gamie limuzyna o mocy 652 KM i 850 Nm momentu obrotowego generowanych z dwóch silników, po jednym na każdej osi. Swoimi osiągami auto dorównuje najlepszym konstrukcjom spod znaku Porsche, AMG-Mercedes i BMW-M. Pierwsze 100 km/h pojawia się na liczniku już po 3,8 sekundy, ale po minięciu tej wartości zabawa dopiero się zaczyna. Kierowca dostojnej limuzyny przeobraża się w zawodnika, pragnącego wykorzystać wszystkie możliwości swojego bolidu i już po chwili na liczniku pojawia się 200 km/h! To niestety górna granica ograniczona elektronicznie, podyktowana ochroną baterii przed ich przegrzaniem, ale szybkość w jakim ta prędkość jest osiągana rzuca na kolana. Dodatkowo potężny moment obrotowy wręcz katapultuje NIO ET7 i to przy każdej dostępnej prędkości! Jestem pewny, że ten samochód zadowoli każdego fana szybkich samochodów.

Za osiągami nadąża też układ kierowniczy i zawieszenie. Kierowca czuje to, co się dzieje z kołami i utrzymuje absolutną kontrolę nad pojazdem. Auto pewnie pokonuje zakręty i prowadzi się jak przyklejony do nawierzchni. Nie ma mowy o jakichkolwiek dziwnych dźwiękach pochodzących od układu kierowniczego i zawieszenia. Tu należy dodać, że NIO ma zawieszenie pneumatyczne. Auto po prostu płynie po drodze, a pełnię swoich zalet pokazuje na nierównościach, które niweluje niemal niezauważalnie i z wielką gracją. Pokaz swoich możliwości NIO dało na odcinku autostrady A1 od Pyrzowic do zjazdu na Katowice, gdzie występują liczne szkody górnicze. Podczas, gdy inne auta były w stanie jechać z maksymalną prędkością ok 90 km/h, przyhamowując na większych dołach, NIO niemal lewitowało nad ziemią dając się prowadzić jedną ręką i to z pełną autostradową prędkością. Tu uprzedzam, że na odcinkach z ograniczeniem prędkości przerywaliśmy nasz test dostosowując prędkość do znaków drogowych. Z resztą NIO świetnie radzi sobie z otoczeniem, ponieważ jako pierwsze w Europie zostało dopuszczone do ruchu z lidarami, czyli specjalnymi radarami umieszczonymi w dachu, tuż nad przednią szybą, dzięki którym doskonale odnajduje się w przestrzeni. ET7 potrafi rozróżnić samochód osobowy od ciężarowego, motocykl od skutera, a nawet pieszych i zwierzęta.

Największe wrażenie NIO ET7 robi wewnątrz. Jakość materiałów wykończeniowych i spasowanie elementów to najwyższa światowa klasa i nie jest to moje odosobnione zdanie. NIO kieruje swoje produkty do wymagających klientów i moim zdaniem idealnie w punkt trafia w ich gusta. Przetestowałem w swojej karierze grubo ponad tysiąc samochodów, także tych, których ceny oscylują wokół miliona złotych i szczerze mówiąc właśnie wśród nich postawiłbym NIO, choć kosztuje zaledwie ułamek tej ceny. Jeśli bowiem dobrze pogadać z importerem, da się takie auto wyrwać za około 350-400 tys. zł. Na pokładzie jest wszystko. Skóra, Alcantara, aluminium, wszystko doskonale wykończone subtelnymi przeszyciami. Do tego wysmakowane oświetlenie ambiente i genialny system audio. Wszystko, czego potrzeba do długiej i komfortowej podróży. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to wielkość bagażnika, którą w tej klasie limuzyn o długości przekraczających 5 metrów mógłbym uznać za skromną. 363 l to nieco zbyt mało, ale udało się nam spakować w 4 osoby na 5-dniowy wypad do Budapesztu.

Wartość użytkową samochodów elektrycznych mierzy się przez pryzmat czasu, jaki potrzeba na uzupełnienie prądu do dalszej jazdy. W przypadku NIO parametry nie są mistrzowskie, ale trzeba przyznać, że jak na 400-voltową instalację wynik w okolicach 125 kW jest godny odnotowania, tym bardziej, że krzywa ładowania jest praktycznie płaska i utrzymuje się od 15 do 85 procent naładowania baterii. Realnie pozwala to być gotowym na kolejne 450 km w niecałe 45 minut. I właśnie tyle potrzeba, żeby się zatrzymać na smaczne jedzenie gdzieś na trasie.

Do Budapesztu z jednym ładowaniem

I teraz uwaga! NIO ET7 jest autem, które jest w stanie przejechać trasę 860 km z tylko jednym postojem na ładowanie na trasie! Zasięg na jednej baterii to przeszło 480 km i to na drodze szybkiego ruchu! Dobrze, dosyć już tych wykrzykników, ale emocje były… jak każdy świadomy użytkownik samochodu elektrycznego, który pokonał już dziesiątki tysięcy kilometrów w Polsce i Europie zaplanowałem trasę i ładowanie w wybranych punktach, a potem przesuwałem te punkty o kolejne kilometry. Ostatecznie dojechaliśmy do czeskiego Olomouc (467 km) z zapasem jeszcze 10 procent baterii. Wiedząc, że zostało nam do pokonania 400 km, dalsza podróż zapowiadała się niezwykle optymistycznie. Ograniczenia prędkości na Autostradach Czech, Słowacji i Węgier, pozwalają się rozwinąć do maksymalnych 130 km/h, co daje średnie zużycie prądu w temperaturze około 20 stopni Celsjusza na poziomie 20-22 kW/100 km. Na miejscu znów mieliśmy jeszcze kilkanaście procent zapasu, czyli wystarczająco, żeby znaleźć dogodną ładowarkę i zostawić auto na kilka godzin na ładowanie.

Dbałość o szczegóły

Na koniec jeszcze jedno przemyślenie. NIO na prawdę umie w asystenta kierowcy. Co prawda jeszcze nie mówi po polsku, ale przypuszczam, że to tylko kwestia czasu. Mówi za to w kilku językach, a po angielsku rozumie nawet, jeśli wymawia się tylko pojedyncze, proste słowa. I dokładnie wie kto mówi, i z którego fotela. Nomi, bo tak ma na imię osobista asystentka, włączy masaż i chłodzenie foteli, zamknie okno, włączy radio, opowie dowcip i sprawdzi pogodę. Wyświetli również na ekranie odpowiednie menu, na przykład lusterek bocznych, aby manipulowanie podczas jazdy ograniczyć do niezbędnego minimum. To kolejny element, dzięi któremu w tym samochodzie czuję się po prostu dobrze. A jak zrobię sobie głośniej muzykę, to Nomi „przebierze się” zgodnie ze stylem, może więc być raperem, saksofonistą i dyrygentem. A najlepsze, że jak wsiądę rano do auta, to przywita mnie miłym „good morning, it’s nice to see You”. Takie samochodowe Tamagotchi…

Wywiad z Magdą Gajownik de Vries

Jakie wyzwania dotyczące cyfryzacji stoją przed firmami obecnie?

Stoimy przed wyzwaniem aktywizacji cyfrowej znacznej części polskich przedsiębiorstw. Jest to kluczowa sprawa dla ich konkurencyjności i bezpieczeństwa. Wyniki Testu Dojrzałości Cyfrowej przeprowadzonego przez zespół PFR na blisko 500 przedsiębiorstwach z sektora MŚP pokazują, że w dziedzinie adaptacji nowych technologii, w polskich firmach jest jeszcze wiele do zrobienia. Dla przykładu zaledwie 12 proc. firm bada potrzeby swoich klientów, 19 proc. ma strategię, plan lub wizję cyfryzacji. Tylko 33 proc. proc. przedsiębiorstw wykorzystuje narzędzia cyfrowe automatyzujące proste czynności, które pomagają zyskać czas i zwiększyć produktywność firmy. Natomiast chodzi o bezpieczeństwo firm w sieci, które jest podstawą do jakiegokolwiek cyfrowego rozwoju jedynie 53% z przebadanych firm korzysta z dwuetapowego logowania do systemów. To są obszary, które wymagają wsparcia w pierwszej kolejności.

Polskie firmy coraz częściej szukają wsparcia w obszarze cyfryzacji, z jakich narzędzi powinny skorzystać w pierwszej kolejności?

 

Nasze podeście do cyfryzacji jest kompleksowe. Wierzymy, że na dojrzałość cyfrową dojrzałość cyfrową organizacji składa się co najmniej 10 obszarów tematycznych tj. strategia cyfryzacji, kompetencje cyfrowe, innowacyjność, cyfrowe produkty, usługi lub modele biznesowe, narzędzia cyfrowe, dane w organizacji, infrastruktura ICT, cyberbezpieczeństwo i komunikacja z klientem. Należy jednak pamiętać, że nie wszystkie obszary rozwoju cyfrowego mogą być kluczowe dla każdej firmy. Dlatego myśląc o narzędziach , warto spojrzeć na firmę szerzej, i patrzeć przez pryzmat potrzeb, procesów i specyfikę działalności,  a dopiero na samym końcu zastanowić się and doborem narzędzia. Aby wspomóc firmy w tym procesie stworzyliśmy Mapy Cyfrowe, które pozwalają dokonać przeglądu dostępnych narzędzi według wspomnianych obszarów tematycznych, a co więcej w ramach  Partnerstwa Technologicznego PFR skorzystać z darmowych rozwiązań wersji próbnych narzędzi cele ich przetestowania i upewnienia się czy rzeczywiście sprawdzi się ono w firmie.

Jakie obszary obejmuje Cyfrowa Wyprawka dla Firm?

 

Cyfrowa Wyprawa dla Firm jest przeznaczona dla polskich przedsiębiorstw, głównie z sektora MŚP, które potrzebują wsparcia we wdrażaniu rozwiązań cyfrowych. Program oferuje wiedzę o cyfryzacji oraz narzędzia finansowe i doradcze w jednym miejscu, we współpracy z czołowymi instytucjami i ekspertami. Na przedsiębiorców czeka program, który składa się z 6 kroków:

  1. Test Dojrzałości Innowacyjnej do samooceny poziomu dojrzałości cyfrowej,
  2. Spersonalizowany raport w wynikami firmy, który może być podstawą do stworzenia strategii Cyfryzacji.
  3. Szkolenia i webinary m.in. z obszaru AI, cyberbezpieczeństwa, e-fakturowania chmury obliczeniowej.
  4. Warsztaty z ekspertem pogłębiające wiedzę i spersonalizowane pod potrzeby danego przedsiębiorstwa np. z Sztucznej Inteligencji dla Liderów, projektowania Map Cyfrowych, cyberbezpieczeństwa firmy czy też sprzedaży na podstawie danych.
  5. Kanał Partnerski PFR, w którym można skorzystać z bezpłatnych rozwiązań wersji demo lub czasowych wersji rozwiązań polskich firm technologicznych.
  6. Aktualne zestawienie źródeł finansowania na cyfryzację.

Czym jest Test Dojrzałości Cyfrowej?

Test Dojrzałości Cyfrowej to bezpłatne narzędzie, które w łatwy i szybki sposób pozwoli organizacji na sprawdzenie, na jakim poziomie cyfryzacji aktualnie się znajduje i co zrobić, aby wejść na wyższy poziom digitalizacji.

W zarządzaniu mówi się, że ważniejszy jest proces planowania i tworzenia strategii niż sam końcowy dokument. Dlaczego? Bo sam proces uświadamia organizacji, w którym miejscu się znajduje, gdzie występują wyzwania oraz w którym kierunku chce się rozwijać. Jest to więc zdobywanie samoświadomości oraz edukacja, która pozwala zdobyć niezbędne kompetencje potrzebne do przeprowadzenia zmian.

Oddaliśmy w ręce przedsiębiorców Test Dojrzałości Cyfrowej, który ma na celu wywołać refleksję wśród jego odbiorców co do obszarów, na których rozwój warto postawić. Dodatkowo, parafrazując klasyka zarządzania Petera Druckera, że „aby czymś zarządzać musisz umieć to zmierzyć”. Test Dojrzałości Cyfrowej umożliwia pomiar czegoś, co wydaje się nieuchwytne, a mianowicie potencjału organizacji w obszarze cyfryzacji, po to by sprawnie i efektywnie nią zarządzać.

Kto może skorzystać z Cyfrowej Wyprawki?

 

Cyfrowa Wyprawa dla Firm jest przeznaczona dla polskich przedsiębiorstw, głównie z sektora MŚP, które potrzebują wsparcia we wdrażaniu rozwiązań cyfrowych. Z szczególnością zachęcamy firmy, w których występują bardziej złożone procesy, mogące podlegać cyfryzacji np. obsługa klienta, produkcja, logistyka, procesy administracyjne, tworzenie nowych produktów lub usług. Od niedawana zachęcamy także polskich dostawców technologii do dołączenia do Partnerstwa Technologicznego PFR, którzy w ramach programu mają możliwość udostępnienia wersji próbnej swojego rozwiązania w ramach Cyfrowej Wyprawki.

Gdzie i jakie informacje dotyczącej wsparcia PFR mogą znaleźć zainteresowani przedsiębiorcy?

Warto podkreślić, że większość oferty, którą kierujemy do przedsiębiorców jest bezpłatna. Jedynie warsztaty, które wymagają znacznego zaangażowania ekspertów i indywidualnego dopasowania ich programu na potrzeby firmy są prowadzone odpłatnie. Zachęcamy firmy do śledzenia naszej strony (https://pfrsa.pl/cyfrowa-wyprawka.html?zakladki=cyfryzacja-procesow-w-firmie) i udziału w wydarzeniach, abyśmy wspólnie tworzyli społeczność firm rozwijających się cyfrowo.

Magda Gajownik de Vries – menadżerka w Departamencie Rozwoju Innowacji w Polskim Fundusz Rozwoju. W PFR tworzy ofertę – doradczo szkoleniową dla dużych przedsiębiorstw w zakresie innowacji, transformacji cyfrowej i energetycznej. Sieciuje przedsiębiorców ze start-upami, inwestorami i agencjami z Grupy

Dzikość serca, czyli tropami Jacka Pałkiewicza

Powrót na Papuę Nową Gwineę, część 3.

Od ostatniego spotkania z Papuą Zachodnią minęło już kilka miesięcy, więc najwyższy czas, by tam powrócić, by poczuć tę dzikość serca, jaką czułem od pierwszego spotkania z Jackiem Pałkiewiczem, który rozpalił moją miłość od tego zakątka świata

Wyprawa w samo serce dzikiej Papui to nie wycieczka po dżungli, jaką serwują nam lokalne biura podróży w Tajlandii, Meksyku czy Brazylii. To wyprawa, z której można nie wrócić, albo wrócić z zarodźcami malarii, pasożytami przewodu pokarmowego czy paskudną chorobą skóry.

Ukąszenie jadowitego węża, dotknięcie Gympie-Gympie (Dendrocnide moroides), czy zwykłe złamanie nogi na dzikich bagnach w odległości kilku dni marszu w błocie od najbliższej prymitywnej wioski, mogą być wyrokiem śmierci. Mogą, ale nie muszą. W nowoczesnym świecie wiele czasu poświęca się zarządzaniu ryzykiem. I właśnie tego samego nam potrzeba na krańcach świata – właściwego zarządzania różnymi ryzykami. Ryzyka są mniej więcej oczywiste, więc przeanalizujmy kilka kluczowych czynników, które pomogą nam te ryzyka ograniczyć. Ograniczyć, bo pewnie nie da się ich zupełnie wyeliminować (chyba że będziemy spędzali czas na wygodnej kanapie we własnym domu).

Zacznijmy od kondycji – fizycznej i psychicznej. Kilkanaście dni po osiem godzin dziennie przedzierania się przez błota, bagna, rzeki, kluczenia w gęstwinie często kolczastych roślin, w upale i przy wilgotności powietrza sięgającej 100 proc., przy pełnym natężeniu wszystkich zmysłów to nie jest bułka z masłem. Głupi błąd, krzywo postawiona noga na śliskim pniu przerzuconym nad rzeką może nas kosztować życie, zdrowie albo chociażby uszkodzenie sprzętu fotograficznego, na którym mamy pewnie już tysiące zdjęć i dziesiątki filmów. Nasze ciała, o ile nie zaniedbane, zwykle radzą sobie nawet w najtrudniejszych warunkach. Ale nasze głowy już niekoniecznie.

Wyjątkowa siła fizyczna nie jest tam niezbędna. Siła mentalna niezbędna jest – zarówno do pokonania ekstremalnego zmęczenia, jak i do stawienia czoła nieznanemu i groźnemu otoczeniu. Nie, nie przesadzam. Otoczenie dla nas jest tam autentycznie groźne i to nie tylko ze strony natury. Żeby jednak zbytnio was nie przestraszyć, wrócę do bardziej znanych nam zjawisk – np. niesamowitej wilgotności. Ogromne ilości deszczu spadające często w upalny papuański dzień prowadzą do silnego parowania i nasycania gorącego powietrza maksymalną ilością pary wodnej. Warto o tym pamiętać przy kompletowaniu odpowiedniego stroju na wyprawę. Będziemy się tam niemiłosiernie pocić, więc warto zadbać o strój, który nie będzie chłonął tego potu i wilgoci z powietrza. W nocy, zwłaszcza na wyżynach i w górach, temperatura oczywiście nieco spada, a wyspa pogrąża się w mgłach. W nocy starajmy się jednak spać i regenerować siły niezbędne do przetrwania kolejnych dni. Pamiętajmy, że ze względu na usytuowanie Papui blisko równika, noce są tam długie i trwają ok. 12 godzin. Możemy się więc wyspać do woli, do czego serdecznie namawiam, bo w dzień o odpoczynek trudno. Jeśli mamy w sobie nieco wrażliwości, wstańmy jednak skoro świt i popatrzmy na fantastyczne mgły opadające na zielony dywan pełnej tajemnic dżungli. To naprawdę czas magiczny.

Tu małe wyjaśnienie dotyczące wilgotności powietrza. Często słyszymy, że jest to 80-90-100 proc. A cóż to u diabła znaczy? Rzecz jest niezmiernie prosta. Otóż w powietrzu o określonej temperaturze (ważne, że o „określonej” – wytłumaczę to dalej) można zmieścić określoną ilość pary wodnej. Ta para ma określone ciśnienie, tzw. prężność. Maksymalna możliwa do „rozpuszczenia” ilość tej pary to tzw. prężność maksymalna (lub inaczej prężność pary nasyconej). Jeśli w powietrzu jest tyle pary, że więcej już się nie zmieści, to mamy osiągniętą prężność maksymalną i wilgotność (tzw. wilgotność względną) na poziomie 100 proc.

Najczęściej jednak mamy do czynienia z sytuacją, kiedy w powietrzu jest mniej pary wodnej, niż może się w nim teoretycznie pomieścić. Jeśli zatem powietrze nie jest w pełni nasycone parą, to wilgotność powietrza jest niższa niż 100 proc. Wilgotność względną mierzymy, dzieląc prężność rzeczywistą przez prężność maksymalną i mnożymy to przez 100 proc. Ważne jest również to, że im wyższa temperatura powietrza, tym więcej możemy w nim pomieścić pary wodnej. I tu właśnie dochodzimy do tej „określonej” temperatury – powietrze o danej temperaturze ma swoją konkretną chłonność pary – wyższa temperatura to większa zdolność absorpcji pary, z kolei w chłodniejszym powietrzu maksymalna ilość pary wodnej jest zawsze niższa. Zatem schładzane powietrze nie ma innego wyjścia, jak pozbyć się tego nadmiaru pary poprzez jej skraplanie w postaci rosy czy mgły. Ot i cała filozofia wilgotności.

Do marszu przez dżunglę potrzebna nam będzie również.. równowaga. Zdziwieni? Równowaga jest niezbędna, jeśli nie chcemy przekraczać wpław wszystkich napotkanych strumieni i rzek (niektórych się tak przejść nie da). Zamiast brodzić w mętnej wodzie i ryzykować spotkanie z jej mieszkańcami (którzy mogą się zainteresować zbłąkanym podróżnikiem), lepiej korzystajmy z korowajskich mostów, czyli przerzuconych nad strumieniami drzew. Jeśli powietrze jest maksymalnie wilgotne, to nie spodziewajmy się, że drzewa będą suche. Dobre buty to świetna sprawa, ale nie na takie kładki. Wtedy najlepiej buty przewiesić przez szyję i wykorzystać chwytne stopy. Tylko że w praktyce to zdejmowanie butów jest trochę uciążliwe. Jak nam się ich nie chce zdjąć, to ryzyko niestety rośnie. Wtedy zmysł równowagi jest szczególnie ważny. Żeby sobie pomóc, warto mieć jakąś tyczkę, za którą posłuży nam wycięte maczetą niewielkie, ale mocne drzewko. Przechodząc po wąskich i śliskich „kładkach” trzymamy ją poziomo. Odradzam, nawet jeśli nasza tyczka jest wystarczająco długa, a rzeka niezbyt głęboka, próby podpierania się nią. Prędzej czy później skończy się to upadkiem i kąpielą.

A więc mamy już kondycję i równowagę. Świetnie! Teraz seria zabezpieczeń przed możliwymi chorobami, czyli ulubione szczepionki. Jest tego trochę, choć nie są obowiązkowe, ale zalecane. A zatem: WZW A i B (żółtaczka, czyli wirusowe zapalenie wątroby typu A i B), żółta gorączka, błonica, tężec, polio i dur brzuszny. Ale najgorsze jest zagrożenie malarią i to tą najpaskudniejszą, czyli mózgową. Co prawda od niedawna są już szczepionki chroniące przed malarią, ale ich efektywność jest umiarkowana. Są też inne metody zapobiegania malarii, choć ich skuteczność również nie jest 100-procentowa. Przede wszystkim są to leki profilaktyczne – przed wyborem należy skonsultować z lekarzem właściwy, odpowiadający nam rodzaj leku. Zależnie od preparatu różnie się go stosuje i różne mogą być objawy uboczne. Ważne, że niektóre trzeba zacząć zażywać już przed wyjazdem, zatem nie czekajmy z tym do ostatniej chwili.

Pamiętajmy też, że skuteczność tych leków jest różna, ale raczej zbliżona. Według danych, jakie udało mi się zebrać, za wiarygodną uznaję skuteczność na poziomie 85-88 proc. W praktyce jest to bardzo niewiele, bo komarów przenoszących malarię nie brakuje, a ukąszeń może być na tyle dużo, że mamy spore „szanse” złapać malarię. Dlatego przede wszystkim trzeba unikać ukąszeń. Warto mieć też testy pozwalające samodzielnie zbadać krew pod kątem obecności w niej zarodźców malarii. Nie jest to niestety proste, ale przy dłuższych wyprawach ma sens.

Objawy malarii nie są takie jednoznaczne i lepiej mieć pewność przed podjęciem kuracji lub decyzją o szybkim powrocie. Przy krótszych wyprawach testy są raczej zbędne, bo objawy malarii pojawiają się najwcześniej po 7 dniach, choć może to być znacznie dłużej, zależnie od typu malarii. W przypadku zdiagnozowania tej choroby lepiej wrócić pilnie do cywilizowanych rejonów i poddać się leczeniu. Ryzyko zgonu w przypadku malarii mózgowej jest zbyt duże, by je lekceważyć.

Mój lekarz doradził mi, bym miał ze sobą dwa rodzaje leków przeciwmalarycznych. Jeden miałem brać zapobiegawczo, a w przypadku zdiagnozowania malarii miałem natychmiast zastosować drugi z leków. Na szczęście obyło się bez diagnozowania i drugiego leku. To pewnie dzięki świetnym środkom odstraszającym komary (z zawartością DEET bliską 100 proc. – żre i piecze, ale skuteczne) oraz dużej dyscyplinie używania moskitier. Nie bez znaczenia były długie spodnie i rękawy, spanie wysoko na drzewach i doskonały okres pogodowy, w którym liczebność komarów była nieco niższa niż zwykle. Co do moskitier, to trzeba pamiętać, że niektóre komary są naprawdę nieduże, zatem oczka w moskitierze powinny być odpowiednio małe. Moskitiera musi mieć łatwość zawieszenia i być obszerna, by łatwo było ją podwinąć pod matę, na której śpimy. Na wypadek, gdyby nie udało nam się znaleźć miejsca do rozłożenia maty (czyli na wypadek mniejszej gościnności Korowajów niż zakładamy), warto zaopatrzyć się w specjalny śpiwór dżunglowy z minimoskitierą wokół otworu na głowę albo specjalne nieprzemakalne hamaki do mocowania na drzewach, z mocnego brezentu i odpowiednich moskitier.

Trzeba oczywiście bardzo uważać, by moskitiery nie uszkodzić, o co niezmiernie łatwo w takim środowisku. Poruszając się w obszarze chorób, warto pamiętać o jadowitych wężach. Jest ich tam przynajmniej kilka gatunków. Ukąszenia niektórych to tzw. krótka piłka, czasami bardzo krótka. A o surowicy możemy zapomnieć. Zatem w podręcznej apteczce znalazł się u mnie zestaw pierwszej pomocy – małe, białe pudełeczko z wizerunkiem szeroko otwartej paszczy mało sympatycznej kobry. Wewnątrz kilka niezbędnych drobiazgów – przede wszystkim opaska uciskowa, skalpel i pompka do wypompowywania jadu. Taki zestaw można nabyć za kilka dolarów w niektórych specjalistycznych sklepach amerykańskich. W Europie się z nimi nie spotkałem. W apteczce oczywiście warto mieć jeszcze kilka innych drobiazgów – bandaże, opatrunki (koniecznie także w sprayu), coś na żołądek (nie mówię o koniaku) czy biegunkę. Szczegóły doradzi lekarz.

W moim przypadku bardzo przydała się igła, którą wykorzystałem do przebicia wielkiego, krwistego bąbla na pięcie. Zapewniam, że jest to przeżycie, kiedy w środku dżungli opala się nad ogniem igłę i wbija sobie w piętę, by pozbyć się krwistej cieczy. Najciekawsze jest zabezpieczenie takiego miejsca przed czyhającymi wokół drobnoustrojami. Pamiętajmy, że w trakcie dnia nogi są praktycznie non-stop w wodzie, błocie lub bagnie. Dlatego odizolowanie rany od tego niesprzyjającego środowiska wymaga trochę zachodu. Po pierwsze, konieczne jest dobre jej oczyszczenie, następnie należy wykazać się pomysłowością w zakresie różnych barier ochronnych. Zalecam dobre przemyślenie składu apteczki pod tym względem. Na pewno opatrunki elastyczne w sprayu będą przydatne, ale też nie będą wystarczające.

Ubrania. Rozwińmy zaznaczony wcześniej temat tzw. odzienia. Im mniej, ubrań tym lepiej. Oczywiście nie namawiam do strojów modnych wśród Korowajów, których głównym, a często jedynym elementem jest koteka na męskim przyrodzeniu.. Dlaczego jednak im mniej tym lepiej? Nie będziemy przecież przebierać się, jak coś sobie zmoczymy lub ubrudzimy, bo na szlaku średnio trwa to jakieś kilka, kilkanaście minut. Ubrania trzeba po prostu prać w rzekach i suszyć w nocy albo w trakcie postoju. Z tym suszeniem to trochę przesadziłem. Przyzwyczajmy się, że nasze ubrania są zawsze mokre i tyle.

Trzeba natomiast mieć suchą bieliznę na noc. Choć przyznam, że temperatura nie zachęca do spania w czymkolwiek. Zatem moje doświadczenie mówi – śpij nago pod dobrą moskitierą, w zakopconym domu Korowajów na drzewie. Moskitierę i teren wokół spryskaj mocno dobrym repelentem i śpij smacznie, ale nie przytulaj się do moskitiery. Nie, znowu nie tak. Nie da rady spać smacznie u Korowajów – przynajmniej pół nocy przegadają, plując co chwila przez szpary w podłodze lub w ścianach. Chcesz spać, to wsadź sobie w uszy dobre zatyczki. Ot co. Wracając do ubrań – coś przeciwdeszczowego to raczej zbędny ciężar – jeśli już mamy mieć coś takiego, to nie dla nas, ale dla plecaka. My i tak będziemy mokrzy, jeśli nie od deszczu, to od potu. Bazując na własnym doświadczeniu, zalecam zatem kilka zwiewnych koszulek z długim rękawem, podobnie ze spodniami, z tą różnicą, że mają mieć długie nogawki, nie rękawy. Kapelusz z szerokim rondem, rękawiczki, no i buty. Rękawiczek warto wziąć kilkanaście par. Muszą być mocne, ale nie narciarskie.

Jeśli w dżungli się nie patyczkujemy, tylko ostro idziemy przed siebie, to jedna para starcza nam na jeden dzień. Rękawiczki mają nas ochronić głównie przed licznymi kolcami i parzydełkami. Wspomniałem wcześniej o tajemniczej roślinie Gympie-Gympie. Papua to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można się z nią spotkać. Występuje w lasach deszczowych Australii oraz w niektórych obszarach Azji południowo-wschodniej. To krzew o sercowatych, dużych liściach pokrytych (podobnie jak łodygi) drobnymi, igiełkowatymi włoskami. Jeśli będziemy mieli pecha i dotkniemy to dziwo, włoski przebiją ubranie, skórę i wstrzykną nam neurotoksynę powodującą piekielny ból utrzymujący się miesiącami. Ból ponoć przypomina oblanie żrącym kwasem połączone z porażeniem prądem. Osoby mniej odporne na ból mogą mieć myśli samobójcze.

Znany jest przykład oficera armii australijskiej, który w latach 60. XX wieku po poparzeniu Gympie-Gympie tak cierpiał, że odebrał sobie życie. Częste są też silne reakcje alergiczne wymagające hospitalizacji. Co ciekawe, owoce tej rośliny są jadalne. Ale to raczej rozrywka dla lubiących silne wrażenia. Buty to kolejna szczególnie istotna rzecz, o którą musimy starannie zadbać. Brodząc w tych wielokrotnie już wspominanych błotach, trzeba na nogi zwrócić uwagę szczególną. Jak nie będą w dobrej kondycji, to z dżungli nie wyjdziemy. Miejscowi chodzą boso, ale tego nie polecam, z wyjątkiem wspomnianych już spacerków po pniakach nad rzekami i strumieniami. Nie mam najmniejszych wątpliwości jakich butów używać – żadnych trekkingowych, żadnych kaloszy – do błotnistej dżungli trzeba brać specjalne buty dżunglowe.

Nie będę reklamował żadnej firmy, ale ja używałem specjalistycznych butów dżunglowych produkowanych dla amerykańskich żołnierzy. To są buty niezwykle mocne i przystosowane do ciągłego zamaczania. Mają specjalne otwory, przez które woda wpływa i wypływa (w bucie nigdy nie ma jej nadmiaru, bo stopy działają jak tłoki pomp, wypychając wodę z buta), wzmocnione podeszwy (na wypadek kolców, których w dżungli zamieszkanej przez Korowajów nie brakuje) i odpowiednią, mocną, ale lekką część wierzchnią. Po prostu rewelacja. Jednak tutaj bardzo poważna rada – przed wyjazdem koniecznie trzeba je porządnie rozchodzić w trudnych warunkach. To pozwoli uniknąć wyparzania igieł nad świeczką…. Nie zapomnijmy o skarpetach – poszukajmy takich specjalnie do dżungli. Wskazana duża zawartość coolmaxu.

A inny sprzęt? Kilka skrótowych rad. Sprzęt fotograficzny – w dżungli nie ma prądu, więc weźmy kilka dobrych akumulatorów i przechowujmy je w szczelnych pojemnikach. Ładowarki słoneczne niekonieczne, ale można wziąć. Dobre worki wodoszczelne, bo inaczej zdjęć przywieziemy niewiele, zwłaszcza jak będziemy nieostrożnie trawersować rzeki po mokrych pniakach. Teleobiektyw wskazany. W trakcie marszu zdjęć robimy niewiele – jesteśmy skoncentrowani na przejściu i to pochłania całą energię. Zdjęcia robimy na postojach, głównie wizytując domostwa Korowajów. Statyw niekonieczny, ale jeśli mamy więcej czasu na pobyt, to warto móc robić zdjęcia z daleka, nie krępując miejscowych. Telefon satelitarny – koniecznie – dla przyjemności i na wszelki wypadek. Też z zapasowymi akumulatorami zamiast ładowarki słonecznej (chyba, że faktycznie wybieramy się na bardzo długo). Maczeta? Mieliśmy, ale ekipa wspierająca miała swoje i nie musieliśmy ich prawie używać. Jednak dla fasonu można mieć.

Podręczna menażka na wodę – zdecydowanie tak, przyczepiona do paska. Pić musimy dużo, bardzo dużo. Menażkę napełniamy z butelek z wodą, którą niosą tragarze. Początkowo niosą butelkowaną, zakupioną przed wyprawą, potem niosą przegotowaną wodę z czystszych rzek. Mniej smaczna, ale jest. Nóż – przyda się. Ale nie przesadzajmy – dobra, ostra finka zupełnie wystarczy. Gwizdek – ponieważ mamy do opanowania ekipę kilkudziesięciu ludzi, to może być przydatny. Zwłaszcza że w dżungli ekipa rozciągnie się na przestrzeni przynajmniej kilkuset metrów, jeśli nie więcej. Zapałki lub naprawdę dobra zapalniczka – raczej tak, choć kucharz ma swoje. Latarka – oj tak, dobra czołówka przyda się do wspinania się nocą do naszych drzewnych baz oraz do pisania wspomnień z podróży.

GPS – absolutnie tak. Niestety trudno nabyć mapę elektroniczną tego terenu – nawet nie mam pewności czy istnieją, choć natrafiłem na pewne ślady… GPS przyda się jednak bezwzględnie. Z nim w dżungli nie zabłądzimy. Tylko pamiętajmy, że włączony GPS (a tylko taki jest do czegoś przecież przydatny) to wielki konsument energii z naszych bateryjek. Zatem przynajmniej kilka kompletów baterii jest koniecznych (ja zużywałem jeden komplet na 2-3 dni). Liny – jeśli śpimy w hamakach, to konieczne, w innym przypadku raczej nie. Do nadrzewnych domów wchodzimy inną techniką, na pewno bardziej ciekawą. A gdzie to wszystko pomieścić? Żaden duży plecak! Mocne worki wojskowe i mały plecak podręczny. Worek niesie tragarz (jeśli za ciężki, to trzeba go przepakować do dwóch mniejszych), a plecak podręczny – najemca tragarza. Worki powinny być w nieprzemakalnych, szczelnych pokrowcach – niejeden deszcz nas zmoczy, to pewne. Worek nie jest zbyt wygodny do noszenia przez osiem godzin dziennie, więc tragarze mają na to swoje sposoby – wrzucają je do swoich plecionych siatek, które zaczepiają na czole i zarzucają na plecy. Tak potrafią niemal biegać po dżungli, nie wyłączając z tego śliskich drzew – kładek. To tyle o sprzęcie.

Teraz raz jeszcze rzecz chyba kluczowa – psychika. Trzeba być przygotowanym na zielone piekło. Psychika jest kluczem do przetrwania nawet w najgorszych warunkach. Jest kluczem do naszego zadowolenia. Nauczył mnie tego mój serdeczny przyjaciel, Jacek Pałkiewicz. Wyobraźmy sobie jego psychikę, kiedy samotnie, w szalupie ratunkowej przepływał Atlantyk. Samotnie! Ale wracajmy z Atlantyku do papuańskiej dżungli – naprawdę po kilku dniach w takich warunkach pobyt może wydawać się monotonny. Korowajowie nie różnią się zbytnio między sobą. Nie wytworzyli kultury materialnej w postaci rzeźb, malowideł, instrumentów muzycznych, masek, wymyślnych strojów. Ale to nie znaczy, że wyprawa do Korowajów jest nudna – może być zarówno fascynująca, może być przygodą życia, a może też być udręką. To przede wszystkim zależy od nas, od naszego nastawienia i naszej psychiki. Jeśli szukamy wymalowanych, półnagich „obiektów” do zdjęć, to polecam inne rejony. Jeśli szukamy autentycznych ludzi, którzy od tysięcy lat żyją pośród bagien i tropikalnego lasu, jeśli gotowi jesteśmy na ogromny wysiłek i ciągłe ryzyko, jeśli chcemy zobaczyć coś niezwykłego, może najbardziej niezwykłego na świecie – polecam wyprawę do Korowajów.

Ciąg dalszy nastąpi…

Adam Dariusz

Maciejewski

Beata Drzazga laureatką prestiżowej nagrody Eko Filary 2024

Beata Drzazga, przedsiębiorca, założyciel m.in. BetaMed S.A., motywator, inspirator i doradca biznesowy, otrzymała nagrodę Eko Filary 2024, przyznawaną przez redakcję MANAGER Report, za innowacyjne działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. „W pomaganiu dajesz nie tylko pieniądze, ale i swój czas. To jest najcenniejsze” – podkreśla Beata Drzazga.

https://www.youtube.com/watch?v=SGQQeuczo_0&feature=youtu.be

Laureatka jest właścicielką wielu firm w Polsce i na świecie, założycielem m.in. BEATA DRZAZGA FOUNDATION, BETAMED S.A., Drzezga Clinic,  Dono Da Scheggia, Global Impact.

„Bardzo jest mi miło, że otrzymałam nagrodę magazynu MANAGER Report. To nagroda za innowacyjne działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. Uważam, że każda firma powinna zwracać uwagę na to, aby takie działania były podejmowane. Ja od dwudziestu paru lat, wtedy, kiedy nie było jeszcze modne ESG, zwracałam uwagę na to, co mogę zrobić i dla pracowników, i dla całego społeczeństwa” – powiedziała Beata Drzazga,

ESG to skrót, który oznacza czynniki, w oparciu, o które tworzone są ratingi i oceny pozafinansowe przedsiębiorstw; składa się z trzech elementów: E (ang. enviromental -środowisko; S (ang. social responsibility – społeczna odpowiedzialność; G (ang. corporate governance – ład korporacyjny).

Beata Drzazga podkreśliła, że warto nagradzać za takie działanie kolejnych przedsiębiorców, gdyż ESG wymagają poświęcenia dodatkowej pracy z ich strony, a tak naprawdę powinny być stawiane na pierwszym miejscu.

„Już dawno mówiłam do pracowników mojej firmy: >>Co możemy zrobić dla ludzi, którzy widzą, że zbudowałam klinikę i zastanawiają się, czemu ma ona służyć i kto ją będzie prowadzić, jakie będziemy mieli podejście? <<. Bo zazwyczaj ludzie patrzą na nowe przedsięwzięcia krytycznie. Powiedziałam: >>Chodźcie, zaczniemy zapraszać tych ludzi do siebie. Spróbujmy pokazać, że jesteśmy  przyjaźni, nastawieni na to, żeby mieć z nimi kontakt i coś dla nich zrobić<<. Pierwszymi takimi gestami z naszej strony były  eventy dla osób z okolicznych osiedli z okazji Dnia Matki, Dnia Dziecka, zapraszaliśmy na pogadanki na temat cukrzycy. Każda firma wie, co ze swojej działalności może dać społeczeństwu” – mówiła prezes Drzazga.

Przyznała, że od dawna zajmowała się filantropią.

„Najpierw po cichu, potem trochę głośniej, prowadziłam działania filantropijne i jako firma, i jako osoba prywatna. Nie chodziło mi o to, że mogłam odliczyć VAT, bo firmy medyczne nie płacą VAT, ale o to, że możemy zwracać uwagę i być wrażliwym na to co, co kto potrzebuje” – wyjaśniła.

W tym roku, kolejny raz, dołączy do akcji „Pociąg marzeń”. To ogólnopolska inicjatywa, która ma na celu zapewnienie letnich wyjazdów dzieciom, które z różnych przyczyn nie mają możliwości wakacyjnego wypoczynku.

„Bardzo dużo dzieci i dorosłych w Polsce nigdy nie widziało morza, ani gór. To jest niesamowite” – zauważyła Beata Drzazga.

W swoich firmach organizuje dla pracowników tradycyjne Wigilie, co pozwala jej na utrzymanie kontaktu z podwładnymi, chociaż przy zatrudnieniu łącznie ok. trzech tysięcy osób, nie jest możliwe zorganizowanie jednego, wspólnego spotkania. Pracownicy otrzymują paczki – niespodzianki, bilety do kina i teatru, bony do sklepów a także możliwość wylosowania wycieczek zagranicznych.

„Możemy pomagać, robić niespodzianki. Dlatego otworzyłam Beata Drzazga Foundation ponieważ chcę się nauczyć działać wspólnie, a nie tylko wykładać pieniądze. Wspólnie z ludźmi, którzy mają ochotę i dobre serce, będziemy realizować różne projekty. Moim priorytetowym projektem jest pomoc ludziom, których znam – pacjentom. Mam bazę danych o tych osobach, które miały złe warunki w domu, nie stać ich było na wiele rzeczy. Będę kupować łóżka, pościele” – zapowiedziała Beata Drzazga.

Założyciel  BetaMed S.A. podkreśla, że w pomaganiu chodzi nie tylko o dawanie pieniędzy, ale i dzielenie się swoim czasem – i to, jej zdaniem, jest najcenniejsze.

„Jesteśmy zabiegani, czas, który był przeznaczony dla rodziny, poświęcamy dla tych potrzebujących ludzi. Często nie mogą oni uwierzyć, że się do nich przyszło, bo myślą, że biznesmeni są zagonieni i zajęci. Jesteśmy, ale powinniśmy też być normlanymi ludźmi” – zaznaczyła Beata Drzazga.

Podkreśliła, że kieruje się mottem, które brzmi: sukcesem jest to, że osiągasz sukcesy, ale pozostań sobą.

„Pozostań sobą, pozostań wrażliwym na człowieka, szanuj ludzi, szanuj pracowników, szanuj ludzi wokół, bądź wciąż normalny, bo te pieniądze i to co osiągnąłeś nie powinno cię nigdy zmienić” – podsumowała Beata Drzazga.

Akcesja głównych graczy

Warto po 20 latach przypomnieć, jak negocjacje akcesyjne i wejście Polski do Unii Europejskiej zapamiętali główni gracze

Leszek Miller

Polski polityk, prezes Rady Ministrów w latach 2001-2004, wprowadził Polskę do Unii Europejskiej i miał wielki wkład w wejście Polski do NATO.

Po latach nazywa te negocjacje przed podpisaniem akcesji prawdziwym maratonem. Niektórzy zakładali się, czy dowiezie, czy też nie dowiezie. W rozmowie z Mikołajem Kunicą, redaktorem naczelnym Business Insider Polska, premier Miller przypomniał, że „na szczycie w Kopenhadze okazało się, że jesteśmy jedynym krajem, który chce dalej negocjować. Pozostałe uznały, że wszystko, co było do ugrania, jest już załatwione i więcej wycisnąć się nie da. Pierwsze spotkanie z negocjatorami unijnymi, na których czele ze względu na duńską prezydencję stał premier Rasmussen, było fatalne. O mało nie zawróciliśmy na lotnisko. Rasmussen powiedział coś takiego: „Skoro macie pięć czy sześć problemów do dyskusji, to znaczy, że Polska nie jest przygotowana. Przyjmiemy was w kolejnym rozszerzeniu, nie wiem wprawdzie, kiedy ono będzie, ale w kolejnym. Naprawdę wyglądało to bardzo niedobrze”.

Miller – jak wspomina – wtedy właśnie w sytuacji patowej poprosił o przerwę. I rozpoczął indywidualne rozmowy z najważniejszymi unijnymi politykami. Po serii spotkań jeden na jeden także Rasmussenowi zaproponował spotkanie w cztery oczy. Zgodził się i po ośmiu godzinach dobili targu. Udało się przekonać piętnastkę, bo wtedy Unia Europejska liczyła tylko piętnaście krajów, żeby poszła nam na rękę.

Ważnym elementem tej walki i przeciągania liny były pieniądze. Walczyliśmy o to, żeby nasza składka do budżetu unijnego nie była od początku tak wysoka. Unia nie chciała się zgodzić, ale Verheugen wpadł na pomysł, żeby w tej sytuacji nie poszerzać UE od 1 stycznia, tylko od maja, dzięki czemu zapłacimy nie za 12 tylko 7 miesięcy. – Kiedy wracaliśmy z tarczą, nikt nas nie witał w Warszawie, bo wróciliśmy o pierwszej albo o drugiej nocy – wspomina Miller. – Warszawa spała. Natomiast pamiętam, że we wszystkich niemalże oknach kancelarii premiera świeciły się lampki. Tam było mnóstwo pracowników, którzy chcieli dowiedzieć się z pierwszej ręki, jaki był finał negocjacji. Panował nastrój wielkiego zwycięstwa. Zresztą nie było czasu na świętowanie, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że mamy do załatwienia referendum ogólnokrajowe, w którym Polacy zostaną zapytani, czy zgadzają się, by na wynegocjowanych warunkach Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Wcale nie było takie oczywiste, jak wypadnie to referendum.”

Premier Leszek Miller obawiał się niskiej frekwencji. Zgodnie z wymogami referendum, aby było stanowiące, do urn musiało się udać co najmniej 50 proc. uprawnionych do głosowania. Mieliśmy plan B i przy złym scenariuszu z frekwencją dysponowaliśmy wystarczającą większością w parlamencie, żeby przeprowadzić ratyfikację przez parlament właśnie. Ale już nie byłoby takiego efektu, opozycja by nam wisiała u gardła, artykułując, że naród odmówił, że naród nie chce itd. To byłby bardzo ciężki proces. Na szczęście frekwencja sięgnęła 58 proc. i nasze cele zostały w pełni zrealizowane. „Panie Miller, pan tutaj przedstawia rozmaite zalety wejścia. Ja będę głosowała za wejściem Polski do Unii Europejskiej, bo jak jestem gdzieś na lotnisku za granicą, to widzę dwa wejścia. Na jednym jest napisane dla członków UE, a na drugim dla pozostałych. Otóż ja nie chcę przechodzić przez to drugie wejście”. W przestrzeni medialnej funkcjonuje anegdota według której, w dniu referendum premier Leszek Miller kazał ministrowi spraw wewnętrznych zdjąć patrole policji z dróg dojazdowych do miast. Bo to też miało pomóc frekwencji. Chodziło o to, by Polacy nie byli zatrzymywani na drogach po powrocie z wyjazdów za miasto. I w ten sposób, by więcej ludzi zdążyło na głosowanie.

Bliska sercu Millera jest Kopenhaga, potem Ateny, następnie Dublin, czyli miasta, w których odbywały się negocjacje i końcowe uzgodnienia. Otwarcie mówi o tym, że jest wdzięczny losowi, w ogóle wdzięczny Polsce, że dała mu taką szansę, żeby ją reprezentował w tych najważniejszych zdarzeniach, bo uważa, że traktat akcesyjny to jest ten dokument, który przechodzi do historii jako jeden z najważniejszych dokumentów torujących w Polsce drogę do dobrej przyszłości. – Ale pamiętajmy – mówi premier Miller – bez euro nasza integracja jest niedokończona. Owszem, 1 maja 2004 r. weszliśmy do Unii Europejskiej. W 2009 r. staliśmy się członkiem strefy Schengen. No, ale w dalszym ciągu nie jesteśmy w euro, a w traktacie akcesyjnym, który ja z Włodzimierzem Cimoszewiczem podpisywałem, jest zobowiązanie do wejścia do strefy euro. Nie ma tylko daty. Musi ustalić ją polski rząd w porozumieniu z Unią Europejską. Ja się martwię tym, bo nie widzę żadnego zainteresowania także obecnego rządu kwestią przyjęcia wspólnej waluty.

Joschka Fischer

Wejście Polski do UE wspomina Joschka Fischer, były wicekanclerz i szef niemieckiej dyplomacji. W kluczowym dla naszej historii czasie uchodził on za jednego z największych przyjaciół Warszawy.

Fischer doskonale pamięta tę radosną chwilę, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej. – Spadł mi kamień z serca, że Polska dokonała akcesji, że to się stało rzeczywistością – powiedział ówczesny szef niemieckiej dyplomacji dziennikowi „Märkische Oderzeitung”. – Unia była dzięki temu projektem już nie tylko zachodnioeuropejskim, lecz ogólnoeuropejskim.

Dzisiaj Fischer podkreśla, że wejście Polski do UE bardzo pozytywnie rozwinęły stosunki gospodarcze. Polacy osiedlają się w Niemczech, kupują domy i działki, najczęściej w rejonach przygranicznych. (…). Burmistrzowie i wójtowie czują ulgę, że mogą dalej utrzymywać przedszkola i szkoły, bo jest więcej dzieci – powiedział Fischer. Ocenił, że mieszkańcy Berlina cieszą się z wykwalifikowanych polskich robotników i rzemieślników, a po obu stronach granicy powstał wspólny obszar gospodarczy.

Zdaniem Fischera także rosyjska napaść na Ukrainę uświadomiła Europie Zachodniej, jak ważne pod wieloma względami było rozszerzenie UE na wschód. Niemiecki polityk wskazał, że Polska miała bolesne doświadczenia z Rosją i że również z tego Europa Zachodnia powinna wyciągać więcej wniosków w przyszłości.

Były minister spraw zagranicznych Niemiec pozytywnie ocenił 20 lat po rozszerzeniu UE na wschód. – Nic nie jest doskonałe, ale w tym wypadku wszystko bardzo dobrze się udało. – Proszę sobie wyobrazić, że Polska nie wstąpiłaby wtedy do UE. W jakiej sytuacji bylibyśmy teraz z Putinem i jego neoimperializmem? – zauważa w mediach niemieckich Fischer.

Podkreślił jednak, że odnosi wrażenie, iż relacje sąsiedzkie są obecnie bardzo dobre. – Słyszy się same pozytywne rzeczy. (…) Nie potrafię już sobie wyobrazić Unii bez Polski – dodał Joschka Fischer. Chciałbym, żeby Polska w przewidywalnym czasie wprowadziła euro – dodał.

nter Verheugen

Niemiecki polityk był komisarzem do spraw rozszerzenia Unii Europejskiej w latach 1999-2004. 20 lat temu odpowiadał się za przyjęciem Polski i dziewięciu innych krajów do UE

W niedawno udzielonym wywiadzie dla DW wspomina, że rozszerzenie Unii Europejskiej było ogromnym wyzwaniem dla wszystkich stron. I chodziło nie tylko o transformację społeczną, ale przede wszystkim o przyjęcie prawa europejskiego. To, co się wówczas zdarzyło Verheugen nazywa dzisiaj cudem. Bo jakże inaczej nazwać podjęcie się przez społeczeństwa w tych krajach zadania polegającego na dźwiganiu ciężarów związanych z transformacją. „Stara unia” czyli piętnaście państw członkowskich, które wówczas tworzyły UE, była w stanie zdobyć się na jedność i zdecydowanie, aby z powodzeniem zrealizować tak duży projekt w stosunkowo krótkim czasie. To było niezwykłe. W obecnym stanie UE nie byłaby w stanie tego osiągnąć – podkreślił Verheugen.

W 2007 r., czyli trzy lata po wejściu Polski do UE, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Günter Verheugen na konferencji w Warszawie powiedział, że Polska jest w Unii Europejskiej poważana i szanowana, co jest zasługą silnej woli i determinacji Polaków. A mogło być różnie. Po latach w rozmowie z Jackiem Tacikiem orędownik polskiej obecności w UE Verheugen przypomniał, a stał blisko tych wydarzeń, że Polska mogła być poza UE w 2004 roku. Polska była największym z dziesięciu krajów, które złożyły akces do zjednoczonej Europy. I właśnie z tego powodu rozważano przyjęcie w pierwszej kolejności małych państw bałtyckich, Węgier, Słowacji i Czech, a na samym końcu Polski.

Liderzy „starej Europy”, o czym mówili w kuluarach, obawiali się tak nagłego powiększenia Unii. Polska – ze względu na rozmiary – pochłaniałaby najwięcej unijnych środków.

Niechęć przeplatała się z brakiem zaufania. „Wy do tej UE nie pasujecie. Będziecie się w niej źle czuli. Nie wiem, czy dacie sobie radę. Nie jesteście skłonni do żadnych ustępstw. Jesteście agresywni. Nikt w Europie was nie lubi!” – to słowa, które usłyszał – jak wspominał w rozmowie z „Newsweekiem” – ówczesny polski ambasador przy UE Marek Grela od bardzo wysokiego unijnego urzędnika.

Tym wątpliwościom i koncepcjom niektórych europejskich liderów sprzeciwił się Günter Verheugen, niemiecki komisarz UE do spraw rozszerzenia, który – o czym mówił później Leszek Miller, były premier, za którego kadencji weszliśmy do Unii – okazał się wielkim przyjacielem i sprzymierzeńcem naszego kraju.

Verheugen dopiął swego. 1 maja 2004 roku Polska stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Aleksander Kwaśniewski, wtedy prezydent, powiedział podczas uroczystości na Placu Piłsudskiego w Warszawie: – Czekaliśmy na ten dzień. Zapracowaliśmy na tę dziejową chwilę. Pogratulujmy sobie – przywróconej własnymi rękami – niepodległości i suwerenności Rzeczypospolitej (…). Na pewno ciągle czeka nas jeszcze dużo pracy. Ale jednak dokonaliśmy tak wiele, że ten egzamin z europejskości, do którego stanęliśmy z własnej, nieprzymuszonej woli – zdaliśmy! I dziś jesteśmy już razem.

W sprawie zbliżających się wyborów europejskich i sondaży Verheugen jest ostrożny. Uważa, że dynamika pogłębiania i rozszerzenia już dawno została utracona. Istnieje przeświadczenie w UE o konieczności przeprowadzenia reform ale nikt nie wie dokładnie, jakie i jak je osiągnąć.

A co do przyszłości Polski, Verheugen jest optymistą. Przede wszystkim dlatego, że na czele rządu stoi teraz Donald Tusk, człowiek, który sam ma wybitne doświadczenie w polityce europejskiej i który wie lepiej niż ktokolwiek inny, jak współdziałają rządy i siły polityczne w UE.

Günter Verheugen wielokrotnie brał udział w krynickim Forum Ekonomicznym. W 2014 roku miałem okazję porozmawiać z panem komisarzem. Zapytałem go wówczas o stereotypowe pejoratywne określenie „polnische Wirtschaft” oznaczające skrajną niegospodarność, brak planowania i manier oraz bałagan, i co ono w kontekście nowej rzeczywistości europejskiej oznacza. Verheugen bardzo poważnie zareagował na to pytanie: – Polnische Wirtschaft dzisiaj nabrało zupełnie innego znaczenia, bardzo pozytywnego, jako symbol polskiego sukcesu.. Osiągnięcia polskiej gospodarki, organizacja, umiejętność prowadzenia biznesu powinny być wzorem dla całej Europy, a może i świata. I z tego powodu możecie być dumni.

Oprac. Andrzej Mroziński na podstawie Business Insider Polska, TV24, DW

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...