.
Strona główna Blog Strona 409

Superkomputery zdobywają Polskę

ManagerOnline

Ponad 107 tysięcy rdzeni procesorów serwerowych zasila 6 nowych polskich superkomputerów. Dzięki nim możliwe będzie prowadzenie w Polsce badań naukowych, które zwykłym komputerom zajęłyby setki lat.

Tysiące skomplikowanych obliczeń wykonywanych w okamgnieniu. Modelowanie procesów fizycznych, przetwarzanie danych z doświadczeń naukowych – zadania, które dla człowieka wydają się być abstrakcją. Bez problemu radzą sobie z nimi superkomputery – urządzenia dysponujące mocą obliczeniową kilka tysięcy razy wyższą niż komputery osobiste.  Potęgą superkomputerów są Stany Zjednoczone, ale w ubiegłym roku w Polsce powstało 6 nowych superkomputerów, które umożliwiają prowadzenie nawet najbardziej zaawansowanych analiz naukowych.

 W ostatnich latach polskie ośrodki naukowe dynamicznie rozwijają infrastrukturę superkomputerową, stwarzając tym samym zupełnie nowe możliwości badawcze – mówi Robert Adamski, Business Development Manager, Intel. Dzięki klastrom obliczeniowym zbudowanym z setek, czy nawet tysięcy procesorów Intel Xeon, firmy i instytucje naukowe mogą oszczędzać ogromne ilości czasu, błyskawicznie wykonując nawet najbardziej skomplikowane analizy.

Prometheus rządzi w Krakowie.  To trzydziesty, najpotężniejszy superkomputer świata

Najpotężniejszym spośród polskich superkomputerów jest Prometheus, uruchomiony w kwietniu tego roku w Akademickim Centrum Komputerowym Cyfronet AGH w Krakowie. Pod względem parametrów zdetronizował on maszynę Zeus – dotychczas najszybszą w Europie Środkowo-Wschodniej, również zbudowaną na potrzeby Akademii Górniczo-Hutniczej. Inwestycja ta pochłonęła 41 mln zł.

Nowy superkomputer dysponuje mocą obliczeniową 1 700 teraflopsów, co oznacza, że w ciągu sekundy wykonuje 1 700 bilionów operacji zmiennoprzecinkowych.  W jego wnętrzu znajduje się blisko 3 500 procesorów serwerowych Intel Xeon, co daje w sumie ponad 41 000 rdzeni. Podczas jednego dnia Prometheus wykonuje pracę, która zwykłemu komputerowi osobistemu zajęłaby 100 lat. Krakowski klaster jest trzydziestym najpotężniejszym superkomputerem na świecie. Podobnych maszyn jest w Polsce coraz więcej.

Tryton – Centrum Informatyczne Trójmiejskiej Akademickiej Sieci Komputerowej (Gdańsk)

Gdański superkomputer Tryton, podobnie jak krakowski Prometheus, uruchomiony został w tym roku. Może on wykonywać ponad 1 300 bilionów operacji zmiennoprzecinkowych na sekundę – czyli ma moc 1 300 teraflopsów. Obecnie Tryton składa się z 40 szaf serwerowych, w których umieszczone są blisko 3 000 procesorów serwerowych Intel Xeon E5-2670 v3. Łączna liczba rdzeni to prawie 36 tysięcy.

Tryton zbudowany został na potrzeby Centrum Informatycznego Trójmiejskiej Akademickiej Sieci Komputerowej. Podobnie jak Prometheus, bazuje na serwerach HP. Wykorzystywany jest w badaniach z dziedziny energetyki, medycyny czy ochrony środowiska, a jego wartość to 30 mln zł.

Bem – Wrocławskie Centrum Sieciowo-Komputerowe

W czerwcu 2015 r. nowy superkomputer uruchomiło Wrocławskie Centrum Sieciowo-Komputerowe. Klaster Bem uzupełnił dotychczasowe zasobów WCSK – superkomputery Nova i Supernova. W ciągu ostatniego roku w Centrum uruchomiono 1,3 mln zadań, które wymagały 28 mln godzin pracy procesora.

Nowy klaster, oparty na serwerach Actina, zbudowany jest z 1 600 procesorów Intel Xeon E5-2670 v3, które łącznie mają ponad 19 tys. rdzeni. Superkomputer, dysponujący mocą obliczeniową 640 teraflopsów, znajdzie się w pierwszej setce globalnego zestawienia TOP500.

Uniwersytet Warszawski

Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego udostępnia swoją rozbudowaną infrastrukturę obliczeniową naukowcom oraz studentom. Klastry wykorzystywane są do symulacji złożonych układów biologicznych oraz obserwacji kosmologicznych, analizy nad rozprzestrzenianiem się chorób, a także prognoz meteorologicznych. Najsilniejsza z maszyn należących do ICM ma 480 procesorów i ponad 6 700 rdzeni. Jej wydajność to 280 teraflopsów. Klaster zbudowany jest w oparciu o serwery Huawei.

Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe

Najmocniejszy klaster obliczeniowy, jakim dysponuje Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe, bazuje na prawie 300 procesorach Intel Xeon E5-2697 v3, które łącznie oferują ponad 4 100 rdzeni. Taka konstrukcja superkomputera pozwala na osiągnięcie mocy obliczeniowej około 172 teraflopsów.

Centrum Informatyczne w Świerku – Narodowe Centrum Badań Jądrowych

W marcu tego roku zrealizowano ostatnią dostawę sprzętu, który pozwolił na rozbudowę superkomputera w podwarszawskim Centrum Informatycznym Świerk i osiągnięcie parametrów założonych w 2013 r. W szafach serwerowych znajduje się teraz łącznie ponad 1900 procesorów Intel Xeon, a maszyna o mocy obliczeniowej 500 teraflopsów mogłaby zastąpić 20 tys. zwykłych pecetów. Będzie ona wykorzystywana do obliczeń pod kątem projektowania i optymalizacji urządzeń energetycznych oraz do analizy bezpieczeństwa reaktorów jądrowych.

Ostatnie lata przyniosły sporo nowych konstrukcji superkomputerów w najważniejszych ośrodkach naukowych w kraju. Mamy wielu uzdolnionych naukowców z ogromną wiedzą, którzy teraz, dzięki dostępowi do najnowszych i najbardziej wydajnych technologii, mogą realizować pracę badawczą na najwyższym światowym poziomie – podkreśla Robert Adamski.

Za mało kobiet w zarządach – rozmowa z Lidią Adamską

Rozmowa z Lidią Adamską, ekonomistką, ekspertem rynków finansowych giełdy

– WYGLĄDA PANI NA OSOBĘ ZADOWOLONĄ Z ŻYCIA.

 – Czuję, że znajduję się w szczególnym i dobrym okresie życia. Moje doświadczenie zawodowe i życiowe jest dla mnie bazą, która pozwala mi myśleć o nowych możliwościach i kierunkach rozwoju. To trochę tak, jakby to, co robiłam do tej pory, niezależnie od tego, jak ważne i znaczące to było, było przygotowaniem do tego, co jest jeszcze przede mną.

 Może to być odebrane jako zarozumiałość, ale tak właśnie patrzę na moją dotychczasową karierę zawodową, w tym także na czas mojej pracy w zarządzie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, z którym jestem zazwyczaj kojarzona. Był to bez wątpienia bardzo ważny okres, który pozwolił mi na zebranie unikalnych doświadczeń, zdobycie umiejętności managerskich. Dzisiaj patrzę na ten okres jako na etap, który był mi potrzebny do budowania mojej pozycji zawodowej.

– NA PANI WARUNKACH?

– W pewnym zakresie tak. Trzeba jednakże na to zapracować. Według mnie, możliwości kształtowania własnej ścieżki zawodowej opierają się na umiejętności współpracy, słuchania innych i korzystania z ich wiedzy oraz tworzenia harmonijnego środowiska pracy, które jest motywujące także dla innych. Można więc powiedzieć, że na moich warunkach, przy założeniu, że będą to rozpoznane, w miarę obiektywne warunki, a nie po prostu to, czego byśmy zapragnęli.

 – JAK WYGLĄDA PANI OBECNA AKTYWNOŚĆ ZAWODOWA?

 – Pracuję jako doradca i konsultant finansowy i biznesowy. Doradzam firmom, jak pozyskać kapitał na rozwój, zwłaszcza w obszarach innowacyjnych i w projektach obarczonych ryzykiem (venture capital i private equity). Jestem wiceprzewodniczącą rady nadzorczej w firmie działającej w innowacyjnej branży internet of things i dostarczającej rozwiązań na potrzeby inteligentnego miasta (smart city) i inteligentnych systemów pomiarowych (smart metering). Wypowiadam się także w mediach na tematy gospodarcze.

 – SPÓJRZMY W PRZESZŁOŚĆ, NA PANI ŚCIEŻKĘ ZAWODOWĄ

 – Sądzę, że słowem, które syntetycznie charakteryzuje największą część mojej dotychczasowej kariery zawodowej jest transformacja, a więc procesy, które zachodziły w Polsce w okresie ponad 25 lat po upadku muru berlińskiego w 1989 roku i które oznaczały przechodzenie do gospodarki rynkowej. Transformacja gospodarki i prywatyzacja przedsiębiorstw była kluczowym zadaniem nowych władz oraz wyzwaniem dla wszystkich, których te procesy dotykały, a więc praktycznie dla całego społeczeństwa. To jest historia, którą obecnie wszyscy znamy. Ale wówczas bardzo niewiele rzeczy było oczywistych. Rzecz jasna, były w Polsce osoby, które posiadały teoretyczną wiedzę, jak gospodarka rynkowa działa. Nie było jednakże wiedzy praktycznej i doświadczenia, które mogłoby być wykorzystane do zbudowania konkretnego scenariusza do zastosowania w Polsce tu i teraz. Ta wiedza musiała być dostarczona z zewnątrz przez ekspertów i praktyków, którzy przyjeżdżali z zagranicy. Byłam wówczas asystentką na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Ówczesna sytuacja, w tym także możliwość kontaktu z osobami posiadającymi bezpośrednie i osobiste doświadczenie gospodarki rynkowej, były dla mnie niezwykle ekscytujące i motywujące do tego, abym ja także uczestniczyła bezpośrednio w tych historycznych przemianach.

Do zapoznania się z resztą wywiadu z Lidią Adamską zapraszamy do majowego numeru Managera.

 

Od konsultanta do top managera

ROZMOWA Z PIOTREM WITCZYŃSKIM, DYREKTOREM GENERALNYM ORACLE POLSKA.

– Od pół roku jest pan szefem polskiego oddziału największej firmy komputerowej na świecie, jeśli chodzi o rynek biznesowy. Skończył pan wydział zarządzania i ma MBA?

– Nic z tych rzeczy. Z wykształcenia jestem informatykiem po Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego, a tytułu MBA nie mam i na razie nie planuję go zdobyć.

– To skąd kwalifikacje na tak prestiżowe stanowisko?

– Bo jestem praktykiem, który z niejednego pieca jadł chleb. W 1990 roku, gdy byłem na trzecim roku studiów, wziąłem urlop dziekański, bo moja ówczesna dziewczyna, a obecna żona, która też wtedy studiowała informatykę, dała mi znać z Finlandii, gdzie pojechała do pracy, że jest tam firma, która jest w stanie zatrudnić każdą liczbę informatyków. Pojechałem na rok i była to dla mnie prawdziwa szkoła życia. Zajmowałem się tam wszystkim na co tylko było zapotrzebowanie: od montowania komputerów po instalację sieci lokalnych i pisanie oprogramowania. Była to też okazja, żeby poznać najnowocześniejsze rozwiązania IT dostępne wtedy na rynku, jak chociażby bazę danych Btrieve firmy Novell, która jako jedna z niewielu mogła wtedy działać w sieci opartej o komputery PC.

– To dlaczego nie został tam pan na stałe?

– Bo, po pierwsze, nigdy tego nie planowałem, a po drugie, wraz z przyszłą żoną na tyle pogłębiliśmy w Finlandii nasze umiejętności w zakresie informatyki, że postanowiliśmy je z pożytkiem wykorzystać w naszym kraju, zakładając jeszcze na studiach niewielką firmę komputerową świadczącą usługi programistyczne dla sektora MŚP. Jednak pomysł, żeby oprogramowanie księgowe czy do zarządzania magazynem pisać w bardzo popularnym w tamtych czasach w Polsce języku bazodanowym Clipper, a nie chociażby w Btrieve, okazał się chybiony, bo napisane przez nas programy nie mogły efektywnie działać w sieci, więc generalnie były mało użyteczne w większych instalacjach. Równolegle zatrudniłem się na Politechnice Warszawskiej, gdzie pracowałem jako asystent, ucząc informatyki, ale dość szybko doszedłem do wniosku, że takie rozmienianie się na drobne nie ma większego sensu i że trzeba podjąć radykalne kroki, żeby to zmienić. Własną firmę postanowiliśmy więc z żoną zamknąć, a ja w tym samym czasie zrezygnowałem z pracy na uczelni i… trafiłem do firmy konsultingowej Hogart, która wtedy dopiero raczkowała, a ja byłem jej pierwszym pracownikiem, nie licząc właścicieli.

– Warto było iść z własnego start-upu do cudzego?

– Tak, bo Hogart miał konkretny pomysł na rozwój. Ja swoją karierę w nim zacząłem od tłumaczenia oprogramowania wspomagającego zarządzanie klasy ERP pewnej niemieckiej firmy, które działało na komputerach bazodanowych IBM-a o nazwie AS-400. Program ten w Polsce się jednak nie przyjął, a i sama firma niedługo potem została przejęta przez niemieckiego software’owego potentata – SAP AG. Ponieważ Hogart miał zostać w Polsce jego partnerem biznesowym, skorzystałem z zaproszenia i wyjechałem na kilka miesięcy do centrali w Walldorf, gdzie zajmowałem się lokalizacją sztandarowego systemu klasy ERP. I dużo się przy tym projekcie nauczyłem.

– Nie kusiło pana, aby zostać tam na stałe?

– Niespecjalnie. Uważałem, że moje miejsce jest w Polsce, gdzie możliwości rozwoju były praktycznie nieograniczone. Ostatecznie Hogart nie dogadał się z SAP co do warunków współpracy, za to ja otrzymałem propozycję pracy z właśnie otwieranego oddziału SAP w Polsce. Nie skorzystałem z niej, bo Hogart zaproponował mi wtedy wyspecjalizowanie się w konsultingu biznesowym, co było dla mnie niezwykle pociągające. Moim mentorem został bowiem sam Janusz Przyklang, który wcześniej zajmował się dokładnie tym samym we francuskim oddziale Andersen Consulting i miał duże doświadczenie w prowadzeniu projektów reorganizacji i wdrożeń systemów IT. A ja przecież, pisząc komercyjne programy dla biznesu jeszcze w czasie studiów, zdążyłem co nieco zrozumieć, na czym polega zarządzanie firmą i jak przebiegają procesy biznesowe.

– I z takim bagażem doświadczeń trafił pan do Oracle?

– Nie tak szybko. Gdy umowa o współpracy z SAP nie doszła do skutku, Hogart zaczął szukać innego systemu klasy ERP, który mógłby wdrażać i jego wybór padł na J.D. Edwards. I to właśnie na nim zjadłem potem zęby wdrażając go przez dziewięć lat u wielu klientów, aż do mojego rozstania z Hogartem w 2002 r. Nieco później J.D. Edwards został przejęty przez firmę PeopleSoft, a ta kilka lat później przez Oracle, więc trafiając do tej korporacji znowu miałem do czynienia z systemem, który znam od podszewki.

– Czy rozstanie z Hogartem miało związek z kryzysem gospodarczym w 2000 roku?

– Tak, to były trudne czasy dla biznesu IT. Mimo że dział J.D. Edwards, za który odpowiadałem, mógł się pochwalić całkiem niezłymi wynikami, trzeba było dokonać dość istotnej restrukturyzacji. Ponieważ przez lata włożyłem mnóstwo serca w rozwój firmy i w budowanie profesjonalnego zespołu konsultantów, nie do końca identyfikowałem się z tym kierunkiem zmian i późniejsze rozstanie z firmą było tego konsekwencją.

– Szybko znalazł pan nową pracę?

– Tak, ale pracowałem w niej tylko przez półtora roku. Była to specjalizująca się w outsourcingu IT firma Incenti, w której udziały miało dwóch potentatów polskiego rynku: TP SA oraz Prokom. Firma była pionierem w oferowaniu na polskim rynku rozwiązań IT w chmurze obliczeniowej, co było dla mnie bardzo interesujące. Rynek nie był wtedy jednak gotowy na takie podjeście do IT, a sama firma, moim zdaniem, miała zbyt ogólną ofertę, nie specjalizując się w żadnym konkretnym obszarze i jednocześnie nie posiadając własnych rozwiązań. W efekcie, żeby realizować oczekiwane wyniki trzeba było dołączyć do usług outsorcingu również sprzedaż produktów. Taki profil działalności firmy odbiegał od tego, co chciałem robić, więc odpowiedziałem na zainteresowanie moją osobą ze strony Oracle Polska.

– Jak do tego doszło?

– Propozycja wyszła od Pawła Piwowara, ówczesnego jej dyrektora generalnego. Znaliśmy się jeszcze z czasów, gdy on pracował w Computerlandzie, z którym z kolei blisko współpracował Hogart. Miałem pracować w polskim oddziale jako dyrektor ds. konsultingu IT, ale procedury związane z podjęciem zatrudnienia trwały na tyle długo, że do Oracle Polska trafiłem dopiero po pół roku. Do moich obowiązków należało zarządzanie działem liczącym ok. 40 osób, co nie było jednak dla mnie jakimś szczególnym wyzwaniem, bo zarówno w Hogarcie, jak i w Incenti kierowałem oddziałami tylko nieznacznie mniejszymi. Specjalizowaliśmy się we wdrażaniu zarówno produktów aplikacyjnych, jak i technologicznych, i to z na tyle dużymi sukcesami, że po dwóch latach rozszerzono zakres mojej odpowiedzialności o kraje bałtyckie, a po kilku następnych o całą Europę Centralno-Wschodnią i region CIS za wyjątkiem Grecji i Turcji. W sumie blisko 30 krajów, w których obecnie podlega mi ok. 300 pracowników. Tego typu biznes szczególnie dobrze rozwijał się w Polsce, a do naszych największych klientów można zaliczyć Polpharmę i jej spółki zależne, w których wdrożyliśmy nasz system ERP, ale także ARiMR, gdzie oprócz systemu ERP działa także nasz system kadrowo-płacowy, Policję oraz PZU, gdzie z kolei działa nasz system do zarządzania finansami. A to solidne referencje.

– Jednak zarządzanie polskim oddziałem, gdzie pracuje ponad 500 osób, jest związane z radzeniem sobie z zupełnie innego rodzaju wyzwaniami. Jaką ma pan na to receptę?

– Dla mnie najważniejsze są dwa aspekty łączenia funkcji dyrektora generalnego Oracle Polska i wiceprezesa ds. konsultingu w Europie Centralnej i Wschodniej. Pierwszy to umiejętność delegowania odpowiedzialności, do czego trzeba mieć jednak odpowiednich współpracowników, których można obdarzyć zaufaniem, co nie oznacza jednak, że nie należy mieć też wdrożonych odpowiednich procesów i mechanizmów kontroli. Drugi to odpowiednia komunikacja wewnątrz firmy. Prosty i przekonujący przekaz jest potrzebny managerowi po to, by mógł swoją wizją zarażać innych pracowników. I mam tu na myśli nie tylko tych wysokiego szczebla, ale także tych szeregowych, żeby mieli jasność, co robią i po co. Wtedy jest bowiem dużo większa szansa na to, by firma osiągnęła zamierzone cele, a pracownicy czerpali satysfakcję z pracy.

– Poznał pan już wszystkich swoich pracowników?

– Nie, i jest to raczej niemożliwe, bo zostając dyrektorem generalnym polskiego oddziału nie zrezygnowałem z kierowania działem konsultingu w regionie EE i CIS, więc do starych obowiązków doszło wiele nowych, całkowicie odmiennych od dotychczasowych. Na szczęście w dziale, za który odpowiadałem wcześniej, zostali ludzie, na których mogę polegać, więc więcej czasu mogę teraz poświęcić zarządzaniu strukturą firmy w Polsce oraz współpracy z partnerami i klientami końcowymi.

– Co wyróżnia Oracle na rynkach światowych?

– Jak słusznie pan zauważył na samym początku naszej rozmowy, Oracle jest obecnie firmą komputerową nr 1 w obszarze rozwiązań dla biznesu. W ofercie mamy zarówno najwyższej klasy sprzęt, jak i oprogramowanie, w którym to segmencie też zajmujemy pozycję światowego lidera. I są to nie tylko rozwiązania bazodanowe, które od zawsze były klasą dla siebie, czy wspierające zarządzanie przedsiębiorstwem klasy ERP, ale także branżowe dla handlu, telekomunikacji czy bankowości. Jeśli dodać do tego rozwiązania sprzętowe pozyskane poprzez przejęcie kilka lat temu firmy Sun Microsytems, naszą ofertę można uznać za kompletną, a taką mało kto może zaoferować na świecie.

– Oracle w ciągu kilku ostatnich lat kupił ponad 100 firm. Czy ten trend będzie w przyszłości kontynuowany?

– Nasza firma w coraz większym stopniu stara się wyprzedzać potrzeby klientów i uczynić z technologii IT wehikuł rozwoju dla przedsiębiorstw. Dlatego nieustannie badamy, jakich rozwiązań może potrzebować rynek, a następnie analizujemy, w jaki sposób możemy te potrzeby zaspokoić. Czy to przejmując jakiś podmiot rynkowy, który ma w tym obszarze doświadczenie, czy też angażując własne środki w rozwój stosownego produktu. W obu przypadkach Oracle wytycza nowe trendy, które mogą pomóc klientom w prowadzeniu biznesu.

– A które segmenty rynku Oracle uważa za najbardziej perspektywiczne ze swojego punktu widzenia?

– Ciągle widzimy duży potencjał w sektorze „utilities”, czyli energetyce, ciepłownictwie, branży gazowniczej oraz wodno-kanalizacyjnej, ale także w sektorze publicznym. W Polsce dochodzi jeszcze do tego dynamicznie rozwijający się sektor MŚP, który z roku na rok zwiększa przychody z eksportu. A to oznacza, że on także potrzebuje nowoczesnych rozwiązań informatycznych.

– A które z waszych rozwiązań sprzedają się najlepiej na świecie?

– Często jesteśmy utożsamiani z narzędziami do zarządzania bazami danych, które stały się faktycznie standardem i na które popyt nie spada od lat. Ale duże sukcesy odnosimy także w innych segmentach oprogramowania, takich jak middleware czy aplikacje biznesowe. Do tego dochodzi bardzo szybko rosnący segment systemów sprzętowo-programowych i, co więcej, mamy strategię, jak go dalej rozwijać.

Kluczowym elementem bieżących sukcesów Oracle jest jednak oferowane środowisko chmurowe Oracle Cloud. Tempo wzrostu tego segmentu oferty jest niesamowite. Oracle oferuje w chmurze zarówno technologię PaaS (platforma jako usługa – przyp. red.), infrastrukturę IaaS (infrastruktura jako usługa – przyp. red.), jak i aplikacje SaaS (oprogramowanie jako usługa – przyp. red.). Co więcej, liczba oferowanych przez nas aplikacji biznesowych w chmurze wzrosła w ub.r. o ponad 30 proc.

Coraz lepiej zaczynają się też sprzedawać produkty do gromadzenia i analizowania big data. Bo przecież my mamy w swojej ofercie nie tylko narzędzia do zarządzania hurtowniami danych, ale także Big Data Appliance – urządzenie do efektywnego przetwarzania danych nieustrukturyzowanych, jak i strukturalnych za pomocą takiego samego zapytania SQL-owego, czego nikt inny nie oferuje na rynku. I te właśnie możliwości zaprezentowaliśmy na ostatnim kongresie Oracle

Open World w San Francisco. Z innych nowych rozwiązań sprzętowych za najciekawsze można uznać Zero Data Loss Recovery Appliance, które jest w stanie robić backup w czasie rzeczywistym, czyli bez przerywania pracy systemu i bez jego dodatkowego obciążania.

Rozmawiał Wojciech Gryciuk

CO LUBI PIOTR WITCZYŃSKI?

Wypoczynek – wszędzie tam, gdzie jest mało ludzi i dużo ryb do złowienia, np. w Norwegii i Szwecji, ale też na Kamczatce, Półwyspie Kolskim czy Syberii Centralnej, w najbliższych planach – Czukotka

Kuchnia – fusion ze szczególnym uwzględnieniem ryb w każdej postaci oraz owoców morza, zna się też na winach i kocha zwiedzać winnice

Restauracja – „La Rotisserie” w hotelu La Regina w Warszawie

Hobby – wędkarstwo muchowe, jazz, kino (uwielbia Tarantino), książki, które czyta powoli, ale uważnie – ulubione to: science-fiction (ostatnio po raz n-ty „Fundacja” Asimova), podróżnicze (np. Ossendowski), wielka czwórka pisarzy amerykańskich (Hemingway, Caldwell, Faulkner, Steinbeck), a sporadycznie fantasy (Sapkowski), na biznesowe nie ma za dużo czasu, ale ostatnio przeczytał „DNA innowatora” Dyera, Gregersena i Christensena

Sport – kiedyś grał wyczynowo w tenisa, a do niedawna regularnie grywał w piłkę nożną, obecnie, ze względu na brak czasu, stara się biegać dla zdrowia dwa razy w tygodniu oraz przynajmniej raz do roku wyjechać na narty

Rozmowa z Maxem Maciejem Idzikiem, Head Trader and CEO w Traders Centre

ROZMOWA Z MAXEM MACIEJEM IDZIKIEM,  HEAD TRADER AND CEO W TRADERS CENTRE

– Jest pan jednym z nielicznych ludzi biznesu, którzy mogą o sobie powiedzieć: wyjechałem za granicę, żeby uruchomić biznes w Polsce…

– Moja historia zawodowa jest rzeczywiście dość niezwykła. Studiowałem na Wydziale Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej, specjalizując się w upraszczaniu procesów zarządzania. Inspirowały mnie wtedy rozwiązania Toyoty, ponieważ tego rodzaju innowacje pozwoliły Japonii nie tylko wydobyć się z gruzowiska II Wojny Światowej, ale też zostać jedną ze światowych potęg.

Po uzyskaniu dyplomu w 2000 roku podjąłem pracę w polskim oddziale firmy motoryzacyjnej WABCO Vehicle Control Systems, notabene notowanej na Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych NYSE. Była to o tyle ciekawa praca, że przenosiliśmy z Niemiec i Holandii do Wrocławia produkcję układów hamulcowych do ciężarówek. Odpowiadałem za 5 linii produkcyjnych, które trzeba było rozebrać i na nowo złożyć, a następnie uzyskać audyt Mercedesa, MAN-a i Scanii. 


– Jak na pierwsze zajęcie świeżo upieczonego absolwenta – był to znakomity wstęp do kariery managerskiej.

– Zdecydowałem się jednak zmienić pracę i przejść do Valeo, działającego również w branży motoryzacyjnej koncernu o francuskich korzeniach. Zostałem inżynierem procesu produkcji, moje zadanie polegało na wyszukiwaniu dziur w procesie produkcyjnym. Znów jednak otrzymałem kolejną, bardziej atrakcyjną finansowo propozycję – tym razem od szwedzkiej firmy Weibulls Horto, która dostarczała ramy do Volvo. Przez ponad rok prowadziłem grupę ponad stu spawaczy. Miałem wtedy zaledwie 24 lata. Dzięki wysokiej wydajności udało nam się poszerzyć kontrakt z Volvo o 15 mln dol. Nie było to, rzecz jasna, tylko moje dzieło, ale stanowiłem główny filar zespołu, któremu udało się tego dokonać. Moje umiejętności w dziedzinie usprawnień zostały szerzej dostrzeżone… 

– I to zapewne skłoniło pana do wyjazdu za granicę? 

– Dostałem propozycję pracy w niewielkiej firmie w Anglii, gdzie wyjechałem w 2003 roku. Polska nie należała wówczas jeszcze do Unii, w związku z tym załatwienie formalności trwało dość długo. Kiedy wjeżdżałem na teren Wielkiej Brytanii, musiałem pokazać wszystkie stosowne dokumenty. Rozmawiający ze mną urzędnik stwierdził ze zdziwieniem: „Chciałbym tyle zarabiać, co pan”. Trafiłem do nietypowego przedsiębiorstwa – Haygrove. Bogaty farmer, zajmujący się uprawą owoców, postawił fabrykę elementów tuneli foliowych.

Po dwóch tygodniach mapowania procesu, namówiłem właściciela, by wszystkie urządzenia poustawiać na nowo. Zastosowałem metodologię demand flow, którą poznałem wcześniej w WABCO, zakładającą, że nic nie produkujemy do magazynu, a tylko realizujemy zamówienia. Efekty były znakomite, ale, niestety, mikropodwyżka jaką mi zaproponowano, głęboko mnie rozczarowała. W związku z tym po roku przeniosłem się do wielkiej huty szkła należącej do Guardian Industries, gdzie przepracowałem prawie cztery lata jako inżynier i manager.

Zaczynałem jako suprvisor, by w końcu awansować na superintendenta, czyli managera produkcji. To, co robiłem, dawało mi wielką satysfakcję, ale zupełnie nie przekładało się na moje pobory. Szkło wytwarzane jest w produkcji ciągłej, szczególnie ważne jest to, jaka ilość trafia na nowo do pieca, gdzie jest przetapiana. Kiedy zaczynałem usprawnienia huta uzyskiwała 86 proc. czystego szkła, żeby dojść do 93 proc. To ogromny skok, oznaczający wielomilionowe oszczędności. Tymczasem miałem dostać podwyżkę na poziomie 200 funtów… Pomimo, że bardzo lubiłem tę pracę, doszedłem do wniosku, że czas na zasadniczą zmianę.

Do zapoznania się z resztą wywiadu z Maxem Maciejem Idzikiem zapraszamy do kwietniowego numeru Managera.

Rozmowa z Ewą Łabno-Falęcką, dyrektor External Affaires w Mercedes-Benz Polska

ROZMOWA Z EWĄ ŁADNO-FALĘCKĄ, DYREKTOR EXTERNAL AFFAIRES W MERCEDES-BENZ POLSKA

– W jednym z wywiadów twierdzi pani, że świat biznesu jest raczej męski.  Czy, pani zdaniem, trzeba to zmieniać? co wnoszą do biznesu kobiety?

– Świat biznesu, polityki i nauki jest światem męskim, zarówno jeśli chodzi o styl przywództwa, jak i ilościowy udział kobiet w wyższym managemencie czy wśród kadry profesorskiej. Tradycyjnie męski styl przywództwa to najczęściej styl autorytarny, w którym samodzielnie decydujący samiec alfa oczekuje od podwładnych wykonywania zadań. Dominuje podejście „kto kogo pokona” i „wszystko albo nic”. Każdy kompromis jest odbierany jako porażka. Męskie ego nie pozwala na dążenie do poszukiwania konsensusu i harmonijnego rozwiązywania problemów, tak aby wszystkie strony zachowały twarz. Ale na szczęście, ten styl z różnych powodów odchodzi do lamusa.

W ubiegłym roku pojawiła się na rynku książka Johna Gerzemy i Michaela D’Antonio „Doktryna Ateny”. Mówi ona mniej więcej tyle, że ziemia byłaby lepszym miejscem, gdyby mężczyźni myśleli bardziej jak kobiety i w stylu przywództwa wykorzystywali umiejętności i wartości powszechnie kojarzone z kobietami: współpracę, intuicję, lojalność, komunikację – czyli wyjaśnianie „dlaczego” i „po co” coś robimy – partycypację, dialog i dzielenie się wiedzą.

W „Doktrynie Ateny” jej autorzy pokazują, dlaczego kobiecość to system operacyjny sukcesu w przyszłości. Dzisiaj takie cechy, jak elastyczność, empatia, szacunek dla człowieka i uczciwość ważą więcej niż „twarde” cechy nakazowego przywództwa. Nie wspominając o tym, że Generacja Y nie toleruje takiego stylu. A Millenialsi już za 10 lat będą stanowić 75 proc. siły roboczej. 

– Czy płeć ma znaczenie w zarządzaniu? czy widzi pani różnice między funkcjonowaniem firmy zarządzanej przez kobietę a firmą prowadzoną przez mężczyznę? Jeśli tak, to jakie?

– Nie tylko płeć ma znaczenie, ale generalnie diversity, czyli różnorodność. Jest ona największa w Dolinie Krzemowej, laboratorium innowacji. Amerykański socjolog Richard Florida w licznych badaniach udowodnił po- nad wszelką wątpliwość, że zróżnicowany zespół (różne płci, narodowości, wyznania czy orientacje) gwarantuje lepsze zrozumienie potrzeb klienta, bardziej oryginalne pomysły i lepsze wyniki. Pamięta pani film „Czego pragną kobiety”? Mel Gibson jako marketingowiec chce promować dam- skie ubrania Nike’i przez obraz półnagiej modelki pod wodospadem rozkosznie rozpryskującym się na jej lśniącym ciele. Helen Hunt jako szefowa marketingu myśli kompletnie inaczej: dla niej uprawianie sportu to obszar wytchnienia od zadań, obowiązków i gierek: „No games, only sport”. I to ona wygrywa w przetargu na lepszy pomysł kampanii.

Fakty i konkluzje ze wspomnianej „Doktryny Ateny” prowokują, nawet mogą niepokoić tych „męskich” liderów, którzy boją się zmian wokół nas: zmiany perspektywy, celów czy zmiany potrzeb i postaw klientów, którzy coraz częściej nas oceniają, chcą dyskutować z firmą czy marka, czy wręcz domagają się partycypacji w tworzeniu produktów. Kobiety lepiej znoszą uwagi, wchodzą w dialog i umieją zaakceptować odmienne zdanie. A to jest dzisiaj kluczem do sukcesu! Dlatego udział kobiet w gremiach zarządczych to nie skomlenie o równouprawnienie, ale ogromna szansa na lepszy biznes. Nasz skomplikowany, oparty na relacjach, a jednocześnie zatomizowany i zindywidualizowany świat domaga się nowego sposobu myślenia, opartego na budowaniu i wykorzystaniu innych wartości niż to było w epoce agrarnej czy przemysłowej. Przewidział to doskonale Alvin Toffler już po koniec lat 70. i opisał w książce „Trzecia fala”. Mówi w niej o ekonomii prosumenckiej, potędze mniejszości, demokracji na pół bezpośredniej oraz podziale decyzji. W tej historiozoficznej i socjologicznej „trzeciej fali” potrzebujemy więcej kobiecych wartości, które w połączeniu z męskimi dadzą szanse na bardziej zrównoważony rozwój społeczny i gospodarczy.

Do zapoznania się z resztą wywiadu z Ewą Łabno-Falęcką zapraszamy do kwietniowego numeru Managera.

Maks Kraczkowski

ROZMOWA Z MAKSEM KRACZKOWSKIM, POSŁEM NA SEJM RP 

– Czy już na studiach planował pan karierę managerską lub polityczną?
– Polityka jest fascynująca dla wielu osób, które decydują się na studia prawnicze. Prawo, siłą rzeczy, związane jest z legislacją – procesem tworzenia prawa. Umowy, o których często dyskutują prawnicy, różnego rodzaju fuzje, przejęcia, koncepcje prowadzenia biznesu oparte są zawsze o fundament prawny. Polityka była dla mnie czymś interesującym, ale na studiach koncentrowałem się na zagadnieniach prawa gospodarczego i prawa pracy. Nie myślałem wówczas o wejściu w politykę tak szybko, jak się to wkrótce potem zdarzyło.

– Skąd pańskie zainteresowanie gospodarką?
– Mój ojciec prowadził działalność gospodarczą jeszcze w czasach poprzedniego systemu, mama zdecydowała się zająć biznesem po roku 1989. Rodzice są prawnikami, ale mają dobry gen przedsiębiorczości. Nie boją się podejmowania ryzyka, oczywiście pod warunkiem, że kluczowe decyzje poparte są analizą możliwych zysków. Korzystając z możliwości jakie stworzyła zmiana systemu – zainwestowali w biznes restauracyjny i, szerzej, gastronomiczny.

– Dlaczego nie zajął się pan rodzinnym biznesem?
– Odebrałem dyplom w 2000 r., istotnie szybciej niż większość moich rówieśników z rocznika 1979.

– Na marginesie – maturę zdał pan mając 16 lat?
– Tak. Podczas studiów zaangażowałem się we wspólną działalność z rodzicami, jednak po magisterium zdecydowałem się na praktykę w Sądzie Rejestrowym. Praca urzędnicza była dla mnie sporym rozczarowaniem, w związku z czym postanowiłem spróbować samodzielnie sił w biznesie. Było to wymagające, lecz również fascynujące doświadczenie.

– Od czego pan zaczął?
– Mieszkałem w Konstancinie, jedynym uzdrowisku na Mazowszu, gdzie brakowało prywatnych, dynamicznych obiektów pensjonatowo-leczniczych. Inwestując po części rodzinny kapitał, kupiłem teren w dobrej strefie uzdrowiskowej i uzyskałem projekty i stosowne pozwolenia budowlane, co stanowiło mój wkład w zaplanowane przedsięwzięcie, wspólnik miał sfinansować budowę. Niestety, wycofał się bez uzasadnienia, a ja zostałem z wysokim kredytem. Cóż, w biznesie bywa i tak. Nie zawsze odnosi się sukcesy pomimo uczciwej pracy i zaangażowania. Prowadziłem również firmę specjalizującą się w doradztwie gospodarczym przy zawieraniu umów. Bardzo mi się nie podobał wówczas funkcjonujący kuriozalny system uzyskiwania aplikacji. Postanowiłem udowodnić, że jestem w stanie funkcjonować na rynku po prostu jako absolwent prawa. Pomimo pierwszych kłopotów z nieruchomościami zainwestowałem w zakup lokalu na warszawskiej Starówce, tuż przy Placu Zamkowym. Początkowo miała to być po prostu dobra inwestycja – pośrednik nie bez racji przekonywał mnie że to „szansa jedna na milion”. Chciałem urządzić tam elegancki piano bar w stylu wiedeńskim. Chłodna analiza możliwości jakie stwarzał ten lokal spowodowała, że zdecydowałem się… na delikatesy. W szybkim tempie kupiłem niezbędne urządzeni, skompletowałem zespół, znalazłem dobrych managerów. Biznes m.in. dzięki lokalizacji okazał się strzałem w dziesiątkę. Jak pan widz, moje doświadczenia jako przedsiębiorcy powodują, że, w odróżnieniu od sporego grona polityków, wiem z własnego doświadczenia, z jakimi realnymi problemami borykają się na co dzień przedsiębiorcy.

– Kiedy zaczęła się pańska przygoda z polityką?
– Pod koniec studiów – pomimo innych zajęć – postanowiłem sprawdzić się i w tym obszarze. Był to czas ożywionej, bardzo inspirującej z mojego punktu widzenia, działalności Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości. Któregoś dnia wpadłem do biura poselskiego Ludwika Dorna i na pytanie: „W czym możemy panu pomóc?”, odpowiedziałem przewrotnie: „to ja chciałbym zapytać, w czym mogę pomóc.” Miałem koncepcję stworzenia systemu bezpłatnej pomocy prawnej dla warszawiaków. Zaproponowałem utworzenie miejsca bezpłatnych konsultacji prawnych dla wszystkich zainteresowanych. Projekt doskonale sprawdził się w praktyce. Wkrótce potem okazało się, że dobrze sobie radzę z organizacją życia struktur. Zostałem poproszony o stworzenie tzw. młodzieżówki. Działo się to w okresie, gdy powstawało Prawo i Sprawiedliwość. Jako 21-latek przystąpiłem do pracy z wielkim zapałem. Do dziś co jakiś czas wyszukuję sobie zajęć, które stanowią dla mnie pewnego rodzaju test – czy sobie poradzę z nowym wyzwaniem.

– W końcu zdecydował się pan zostać politykiem.
– Od razu dodam: politykiem koncentrującym się na sprawach gospodarczych. Przez kilka lat byłem szefem młodzieżówki. Zrezygnowałem z tej funkcji, ponieważ zostałem sekretarzem Zarządu Głównego PiS. W tym samym czasie w wyniku wyborów zacząłem aktywnie działać jako radny w Warszawie, a wkrótce potem szef Komisji Rewizyjnej Rady Miasta. Po niedługim czasie powierzono mi obowiązki wiceprezesa, a następnie p.o. prezesa struktury PiS w Warszawie. Wszystko to wydarzyło się dość szybko, zanim ukończyłem 25 lat. Na tym etapie byłem jeszcze w stanie łączyć prowadzenie biznesu z zaangażowaniem w politykę, ale czułem, że wkrótce muszę odpowiedzieć na pytanie, co dalej. Na marginesie – nawiązałem wówczas szereg kontaktów z ciekawymi ludźmi, z którymi lubimy się do dzisiaj, choć reprezentujemy przeciwne obozy polityczne. Doszedłem wówczas do wniosku, że można wiele dobrego zdziałać wspólnie, w oparciu o fachowość i profesjonalizm współpracy pomiędzy różnymi środowiskami politycznymi.

– Kolejny etap to dla pana Sejm.
– Jako szef młodzieżówki jeździłem po całej Polsce, odwiedziłem bodaj wszystkie powiaty. To była bardzo pouczająca lekcja – pewne sprawy widziane z perspektywy lokalnej wyglądają zupełnie inaczej niż z Warszawy. Włączyłem się w batalię o otwarcie dostępu do zawodów prawniczych, zapoczątkowaną przez posła Przemysława Gosiewskiego. Wspólnie braliśmy udział w wielu spotkaniach i debatach ze studentami prawa. W 2005 roku otrzymałem propozycję kandydowania w wyborach parlamentarnych, powierzono mi jeden z trudniejszych wówczas dla mojej partii okręgów – pilski. Z niektórych sondaży wynikało, że mamy tam szansę zawalczyć o jeden mandat, podczas gdy w innych okręgach były to przynajmniej dwa mandaty. Moim silnym konkurentem był Adam Szejnfeld, z którym dobrze się znamy i mamy bardzo dobry kontakt. Pomimo niekorzystnych rokowań, udało nam się uzyskać w Pile 2 mandaty. Dodam, że w okresie kampanii zaangażowałem się również z gronem swoich współpracowników w przygotowanie programu gospodarczego partii. W pierwszych dniach w Sejmie wyraźnie określiłem krąg zainteresowań: gospodarka i prawo. Trafiłem do dwóch komisji – Gospodarki oraz Ustawodawczej. Zostałem też wybrany na szefa podkomisji stałej ds. Trybunału Konstytucyjnego. Po kilku miesiącach otrzymałem propozycję przewodniczenia Komisji Gospodarki. Na początku miałem mnóstwo wątpliwości, czy jako co prawda praktyk gospodarczy, ale przecież zaledwie 26-latek, dam sobie radę. Podjąłem się tego zadania i od razu okazało się ono niełatwe, zwłaszcza wtedy, gdy zamiast argumentacji merytorycznej miałem do czynienia z wyrażanymi agresywnie opiniami czysto ideologicznymi. Temperatura sporu politycznego była nierzadko zbyt wysoka… Jestem zwolennikiem zupełnie innego podejścia, rozmowy o określonym problemie, bez doktrynalnego kontekstu. Nawet najpoważniejsze kwestie można rozwiązać spokojnie, krok po kroku.

– Pańscy koledzy, posłowie z Komisji Gospodarki, docenili ten sposób myślenia nie odwołując pana z przewodniczenia komisji, pomimo zmiany układu sił w czekającym na samorozwiązanie Sejmie.
– Miło mi, że o tym pan pamięta. Wiedząc o tym, że zostanie zgłoszony wniosek o moje odwołanie, poprosiłem członków komisji, byśmy najpierw wyczerpali porządek dnia w kategoriach merytorycznych, a potem przegłosowali sprawę zmiany prezydium. Pomimo, że partie opozycyjne swobodnie mogłyby mnie usunąć, wielu posłów strony przeciwnej – solidaryzując się ze mną – nie poparło wniosku w głosowaniu. Mój późniejszy zastępca, poseł PO Andrzej Czerwiński, którego bardzo szanuję jako specjalistę w dziedzinie energetyki, otwarcie wyraził pogląd, że wniosek o moje odwołanie miał charakter czysto polityczny, a ja jestem dobrym przewodniczącym.

– Kiedy rozmawiam z managerami czołowych firm, często słyszę opinie: w Sejmie zasiada stanowczo zbyt wiele osób, które nic nie wiedzą o gospodarce. Co gorsza – gospodarka zawsze schodzi na dalszy plan, gdy pojawia się efektowny, choć mało istotny, temat polityczny.
– Problem polega na tym, że wszyscy przedstawiciele władz sądzą, że… świetnie znają się na gospodarce. To jest prawdziwy kłopot. Ktoś kto ma świadomość, że niewiele wie na określony temat, może i powinien korzystać z szerokiego zaplecza eksperckiego. Tak się jednak nie dzieje. Parlamentarzyści mają dostęp do ekspertów i zasobu sejmowego biura analiz, ale stanowczo za rzadko korzystają z tej pomocy. Co gorsza, dialog społeczny między pracodawcami i przedstawicielami pracowników został zawieszony. To potężny problem. Nigdy jako parlamentarzysta nie zamykałem drzwi przed ludźmi biznesu, traktuję kontakt z nimi jako naturalny.

– W okresie, o którym mówimy, był pan już zawodowym posłem?
– Zwykle jest tak, że jeśli chcemy łapać sto srok za ogon, żadnej nie złapiemy. W połowie piątej – a mojej pierwszej kadencji Sejmu (zostałem wybrany na posła dotychczas trzykrotnie) podjąłem decyzję, że zajmę się wyłącznie pracą parlamentarną. Moją decyzję przyspieszyła krótka rozmowa z prezesem Jarosławem Kaczyńskim, który powiedział : „Jeżeli chce pan poważnie zajmować się sprawami gospodarczymi, sam nie powinien być pan zaangażowany w przedsięwzięcia gospodarcze.” Dzisiaj wiem, że miał rację. Skoncentrowałem się na działalności politycznej na rzecz gospodarki. Zajmuję się tym od 10 lat.

– Największe pana sukcesy na tym polu?
– Po prostu metodyczna, solidna praca w Komisji Gospodarki, której jestem obecnie wiceprzewodniczącym. Istotnym wkładem w zmiany systemowe było np. współdziałanie nad planem integracji nadzoru nad rynkiem kapitałowym i ubezpieczeniowym – w ramach KNF. Byłem współautorem tej koncepcji, razem z głównym jej architektem Stanisławem Kluzą i innymi osobami, które brały udział w projekcie. Kolejne ważne sprawy to koncepcje związane z nowoczesną polityką podatkową państwa. Zmniejszenie obciążeń podatkowych nie miało nic wspólnego z polityczną grą – chodziło nam o odciążenie, a zarazem aktywizację podatników.

– Pana nazwisko pojawia się w różnych konfiguracjach w tzw. rządzie cieni…
– Nie chciałbym mówić na ten temat – decyzja będzie należała do przyszłego premiera. Nie traktuję polityki jako trampoliny do skakania po funkcjach ministerialnych. Otrzymałem od ministra Piotra Grzegorza Woźniaka propozycję objęcia stanowiska sekretarza stanu w Ministerstwie Gospodarki, wówczas odmówiłem. Poczułem się wtedy mile doceniony, ale uznałem, że moje plany związane z pracą w Komisji Gospodarki są ważniejsze.

– Jest pan znany z niezależności sądów, nawet wtedy, gdy obowiązuje partyjna dyscyplina w czasie głosowania, jak np. nad objęciem systemu SKOK nadzorem KNF.
– Dziś szczególnie ostro widzę, że miałem wtedy rację. Biorąc pod uwagę moje wcześniejsze prace nad systemem nadzoru finansowego, sprawy nie traktowałem ideologicznie. W sektorze fundamentalna jest stabilność oraz bezpieczeństwo depozytów. Dzięki publicznemu nadzorowi oraz zintegrowanej gwarancji depozytów wiarygodność systemu SKOK dodatkowo zyskała. Bankowy Fundusz Gwarancyjny, przez lata pompowany pieniędzmi, z których generalnie nikt nie korzystał, jest doskonałym gwarantem bezpieczeństwa powierzonych pieniędzy również dla klientów SKOK.

– Kim pan jest: politykiem, działaczem gospodarczym czy też przedsiębiorcą w „stanie zawieszenia”?
– Cóż, pewnie wszystkim po trochu. Polityka to zajęcie, które, jeżeli chcemy wykonywać rzetelnie, ogranicza formy innej aktywności. Będę zajmował się sprawami publicznymi tylko dotąd, dopóki widzę w sobie potencjał twórczego działania i zapał. Kiedy zacznę tracić wiarę w skuteczność swoich działań – mam nadzieję, że nie nastąpi to szybko – widzę możliwość powrotu do biznesu, którego naturalnie się nie boję. Wracając do pytania – zdolności managerskie bardzo przydają się w polityce. Równie ważna jest celowość i uzasadnienie ekonomiczne podejmowanych decyzji. Sztuką jest myślenie poza utartym schematem, dostrzeganie potencjalnych możliwości, lecz i zagrożeń. Na przykładzie wstrząsów wokół kredytów udzielanych w CHF doskonale widać, jak strona publiczna nieudolnie redefiniuje pojęcie podziału ryzyka pomiędzy bankami i ich klientami. Sytuacja ta dobrze obrazuje niemoc skoordynowanego zarządzania w sytuacjach kryzysowych. Biznes uczy skrupulatności, liczenia kosztów. Jest to kluczowe zarówno w skali firmy jednoosobowej, korporacji, jak i całego kraju.

– Co jest najważniejsze w pracy managera i polityka zajmującego się gospodarką?
– Jasne określenie celu. Przyjęcie odpowiedzialnego modelu biznesowego i zgromadzenie wokół siebie mądrych, odpowiedzialnych współpracowników. Odwołam się do przykładu prezydenta Ronalda Regana, który w mistrzowski sposób dobierał doradców, choć nie zawsze byli to ludzie, którzy się z nim zgadzali. Mieli wiedzę i kompetencję.

Co lubi Maks Kraczkowski?

ZEGARKI – „Bardzo wysoko cenię sztukę zegarmistrzowską. Fascynuje mnie precyzja, kunszt projektu mechanizmów. To akceptowalna biżuteria dla mężczyzny. Noszę zegarek Cartier. Od razu dodam, że… nie podlega wpisowi do oświadczenia majątkowego.”
PIÓRA – „Od czasu maturalnych Montblanc, choć nie jest to dla mnie fetysz.”
UBRANIA – „Szyję na miarę od czasu studiów u tego samego krawca – Józefa Błońskiego na Starym Mieście w Warszawie.”
WYPOCZYNEK – „Woda, ponieważ pływam i nurkuję.”
KUCHNIA – „Jem coraz mniej mięsa, więc śródziemnomorska.”
RESTAURACJA – „Żurawina” oraz cukiernia „Słodki-słony” w Warszawie
SAMOCHÓD – Ford Mondeo V6
HOBBY – „Dużo czytam. Cenię różne punkty widzenia. Wolne chwile spędzam z dwoma psami – yorkshire terrierem i wilczurem.”

Robert Zagrożdżon

ROZMOWA Z ROBERTEM ZAGOŻDŻONEM, WŁAŚCICIELEM ENERGIA DLA FIRM SA 

– Kiedy rozmawialiśmy dwa lata temu był pan pełen optymizmu co do rozwoju rynku energetycznego w Polsce, a tym samym pana przedsięwzięć biznesowych w naszym kraju.
– W tym czasie z dużym zyskiem sprzedałem firmy w Czechach i na Słowacji, część pozyskanych w ten sposób środków zainwestowałem w dalszy rozwój moich polskich firm energetycznych. W dalszym ciągu widzę wielki potencjał i miejsce dla dynamicznie zarządzanych prywatnych firm energetycznych.

– A co sądzi pan o inwestowaniu w innych krajach Europy Wschodniej wchodzących na szybką ścieżkę rozwoju – Rumunii, Mołdawii, Bułgarii.
– Poza Polską mam firmy energetyczne i telekomunikacyjne w wielu innych krajach i w przyszłości planuję rozwój także w tym kierunku. Obecnie jednak chcę się skoncentrować na maksymalnym wykorzystaniu potencjału polskiego rynku. A jest co robić, ponieważ rynek alternatywnych dostawców energii, elektrycznej jest jeszcze w powijakach. Dopiero kilkanaście procent użytkowników zdecydowało się zmienić dostawcę energii więc przestrzeni dla rozwoju moich spółek jest jeszcze bardzo dużo. Minione dwa lata wykorzystaliśmy na wdrożenie i udoskonalenie systemów informatycznych. Oczywiście, jak zwykle w IT nie wszystko poszło tak sprawnie jak byśmy sobie tego życzyli, za co przepraszam naszych klientów, ale teraz jesteśmy już w pełni gotowi i koncentrujemy się na przygotowaniu dla nich jak najatrakcyjniejszych propozycji.

– Rozszerzył pan ofertę swoich spółek o sprzedaż gazu.
– Tak, to część naszej strategii, bogata i elastyczna oferta przekona do nas tych, którzy mają jeszcze wątpliwości co do zmiany dostawcy. Oczywiście, bycie liderem wymaga ciągłych inwestycji, dlatego właśnie myślę o pozyskaniu inwestora lub wprowadzeniu Energii dla Firm na giełdę.

– Czy EdF jest gotowa do takich zmian?
– Tak, zakończył się już proces przekształcania jej w spółkę akcyjną.

– Czy kapitał pozyskany od inwestorów lub z emisji akcji zainwestuje pan w spółce?
– Oczywiście, będą przeznaczone na rozszerzenie asortymentu produktów, udoskonalenie obsługi klienta, pozyskanie nowych klientów oraz rozbudowę sieci dystrybucyjnej. Myślę tu zarówno o energii elektrycznej i gazie.

– Jak chce pan przekonać potencjalnych inwestorów do zakupu akcji Energii dla firm SA?
– Historią jej sukcesu. Energia dla firm SA to niezależny sprzedawca energii elektrycznej i gazu ziemnego, lider w swojej branży. Po niespełna 4 latach działalności, z sukcesem konkuruje z rynkowymi monopolistami, obsługując ponad 40 tys. klientów. Ma na swoim koncie wygrane duże przetargi: miasta Radom, Szczecin, Pszczynę, Gdynię; gminy działające w partnerstwie NORDA, w tym Łebę, Hel, Lębork, Wejherowo, Władysławowo i kilkanaście innych. Dzięki zmianie sprzedawcy energii i gazu nasi klienci zaoszczędzili nawet do 40 proc. kosztów energii elektrycznej. Energia dla firm SA będąc członkiem Towarowej Giełdy Energii, dokonuje bezpośredniego zakupu energii i gazu, na których obrót posiada koncesje Urzędu Regulacji Energetyki do 2030 roku. Tak jak wspominałem, rynek stale się rozwija i zwiększa swoją wartość, ryzyko zawirowań jest stosunkowo niewielkie. Jest to więc biznes twardy i stabilny, do którego Energia dla firm SA wnosi niesamowitą elastyczność w podejściu do sprzedaży i późniejszej obsługi klienta. To jest właśnie nasza siła, ludzie się dziwią, jak w tak krótkim czasie udało nam się zrobić takie postępy. Miarą naszego sukcesu jest wszechstronność i stale rosnąca liczba zadowolonych klientów.

– Podsumowując, jest to bezpieczna inwestycja gwarantująca stały wzrost i to co najprzyjemniejsze dla akcjonariusza, czyli wysoką dywidendę.
– Tak, jestem przekonany, że pieniądze zainwestowane w EdF zwrócą się z nawiązką.

– Konkurencja nie zasypia gruszek w popiele. Dzisiaj już nawet telekomy rozszerzają swoją ofertę o energię elektryczną. Czy ze względu na skalę ich biznesu (mają setki tysięcy klientów) nie obawia się pan tej konkurencji?
– Ta oferta istnieje na rynku już od kilkunastu miesięcy, jednak jak do tej pory nie wyrósł nam w tym zakresie żaden poważny konkurent. Jeśli się pojawi to tylko z korzyścią dla nas, bo nic tak nie rozwija, motywuje i inspiruje jak zdrowa konkurencja.

– Ostatnio karierę robią projekty smart city, związane z inwestycjami w infrastrukturę. Wielcy odbiorcy energii, na przykład miasta, chcą wiązać jej zakup z dostarczeniem systemów wspomagających jej oszczędzanie. Czy EdF rozwija się również w tym kierunku?
– Tak, poszukujemy w tym zakresie partnera z branży IT. Zdajemy sobie sprawę, że jeśli do sprzedaży energii dołożymy oprogramowanie pozwalające na jej oszczędzanie, jakość naszej oferty znacznie wzrośnie. Wykorzystuję w tym zakresie moje doświadczenia z rynku czeskiego. Uważam, że tego typu powiązane oferty są przyszłością tej branży.

– Dużo inwestuje pan w stałe podnoszenie kwalifikacji pracowników spółki.
– Aspekt ludzki jest decydujący, nie patrzę tu tylko przez pryzmat podnoszenia kwalifikacji, ale również stwarzania warunków do tego, aby ludzie chcieli dla nas pracować. Staram się im pomagać, z jednej strony jest to rozwój kompetencji związanych z biznesem, z drugiej, rozwój wewnętrzny i budowanie pozytywnych relacji.

– Jest pan managerem, który potrafiłączyć pracę z rozlicznymi pasjami. Jak to się panu udaje?
– Pierwszy prezes FORDA powiedział kiedyś, że nie ma managerów, którzy nie mają czasu, są tylko źle zorganizowani. Nawiązując do powyższego, mam to szczęście w życiu, że lubię to co robię i nie nazywam tego pracą. W ogóle nie lubię tego słowa, bo kojarzy się z ograniczaniem wolności. Staram się ciągle rozwijać i uczyć. Można to nazwać samodoskonaleniem. Wszystko co robię łączy się w pewną określoną całość, wiedzę, którą wykorzystuję w życiu biznesowym i prywatnym bez rozgraniczania.

– Jedną z pańskich pasji jest golf.
– Sporo czasu spędzam na Costa del Sol, zwanym też Costa del Golf. Jest to moja pasja, doskonały sport lub sposób spędzania czasu, który rekomenduję wszystkim managerom. Przede wszystkim dlatego, że uczy precyzji i cierpliwości i daje natychmiastowy feedback naszych działań. Nierzadko trzeba przejść kilka kilometrów z 20-kilogramową torbą ze sprzętem, po czym zatrzymać się i precyzyjnie uderzyć w piłkę.

– Nie wszyscy uświadamiają sobie, że czas relaksu jest tak samo ważny jak czas pracy.
– Jeśli ktoś nie umie sobie organizować wolnego czasu, będzie też miał spore kłopoty z organizacją w pracy. Jego produktywność spadnie i może nawet dojść do wypalenia.

– W biznesie duchowość jest dla pana nie mniej ważna niż cyfry. Wielokrotnie na przekór doradcom podejmował pan trafne, choć ryzykowne decyzje, przewidując sytuacje na kilka ruchów do przodu. Czy czuje się pan wizjonerem?
– Wizjoner musi być osobą kreatywną, odważną, elastyczną, przepełnioną wewnętrznym spokojem. Najważniejszy jest balans, jeśli manager jest zbyt twardy to spada jego efektywność ze względu na dużą liczbę ograniczeń, jeśli jest zbyt miękki to spada jego determinacja i siła. W stanie równowagi nie trzeba niczego wybierać i odrzucać. Człowiek po prostu wie, co ma robić. Dawniej ludzie bali się osób mających zdolność przewidywania, nazywając ich szamanami lub czarownikami. Oni tymczasem nie czarowali tylko łączyli swoją wiedzę z duchowością, zachowując równocześnie równowagę i spokój. To kwestia głębi posiadanej świadomości i dostępu do pełni swojego potencjału. Czasami mam wrażenie, że ludzie nie rozumieją moich motywacji i sposobów działania. Cenzurują moje wypowiedzi zmieniając ich sens na odwrotny. Nie rozumieją, że moim nadrzędnym celem nie jest osiągnięcie sukcesu w biznesie, ale w życiu.

Co lubi Robert Zagożdżon?

ZEGARKI – Omega
PIÓRA – Montblanc
UBRANIA – Alexander McQueen
KOSMETYKI – Chanel Allure Sport
WYPOCZYNEK – Azja
KUCHNIA – tajska
RESTAURACJA – Buddha Bar
SAMOCHÓD – Maserati Quattroporte
KSIĄŻKI – Eckhart Tolle „Potęga teraźniejszości”
HOBBY – yachting, golf, terapia pierwotna, hipnoza

Andrzej Arendarski

ROZMOWA Z ANDRZEJEM ARENDARSKIM, PREZESEM KRAJOWEJ IZBY GOSPODARCZEJ 

– Przez ostatnich 25 lat w naszym kraju zmieniło się wszystko, a KIG trwa, i to cały czas pod pańskim kierownictwem.
– Wszystko zaczęło się w 1989 roku. Dostaliśmy w spadku po Sejmie IX kadencji, reprezentującym jeszcze stary system, ostatnią ustawę uchwaloną 30 maja tamtego roku. Była to ustawa o izbach gospodarczych, która stwarzała możliwość powstania całej sieci izbowej w Polsce. Stanowiła konsekwencję rozwiązań wprowadzonych przez ministra Mieczysława Wilczka, który zapoczątkował wprowadzanie wolności gospodarczej w naszym kraju. W tym okresie byłem posłem tzw. Sejmu Kontraktowego.

– Wcześniej aktywnie działał pan w opozycji.
– Przez 10 lat koncentrowałem się na pracy na rzecz podziemnych wydawnictw i nielegalnego ruchu nauczycielskiego. Pod koniec tego okresu angażowałem się w niezarejestrowane struktury gospodarcze. Wspólnie z grupą kolegów utworzyliśmy spółkę z o.o. Akcja Gospodarcza, którą wcześniej usiłowaliśmy zarejestrować jako stowarzyszenie. Okazało się to jednak niemożliwe. Jak się później dowiedzieliśmy, sprawę tę dyskutowano nawet… na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR. Wobec odmowy zarejestrowaliśmy spółkę, co nie wymagało żadnego zezwolenia. W naszym gronie było wiele znanych postaci, m.in. Mirosław Dzielski, Andrzej Machalski, Andrzej Zawiślak, Donald Tusk, Janusz Lewandowski, Jan Krzysztof Bielecki. Nasza spółka nigdy nie wystawiła żadnej faktury, ale mogliśmy spotykać się legalnie, żeby przygotowywać plany gospodarcze na przyszłość, nie narażając się na represje Służby Bezpieczeństwa. Działalność ta zadecydowała o moich losach po roku 1989, poczynając od wejścia do Sejmu.

– Jak wyglądały początki KIG?
– Przyszli do mnie dwaj przedsiębiorcy i zaproponowali, żebym jako poseł stanął na czele inicjatywy powoływania ruchu izbowego. Spodobało mi się to, ten temat był mi od dawna bliski. Będąc za granicą zbierałem informacje na temat tego, jak wygląda to w innych krajach. W bibliotekach odszukałem materiały publikowane przez Związek Izb Przemysłowo-Handlowych RP, który działał w dwudziestoleciu międzywojennym. Stworzyliśmy komitet założycielski. Nie zaczynaliśmy od zera – kilka lokalnych izb zdążyło się już zarejestrować. Złożyliśmy do Sądu Rejestrowego stosowny wniosek. Okazało się, że równolegle działa druga grupa inicjatywna, która identyczny dokument złożyła godzinę po nas. Sędzia okazał się rozsądnym człowiekiem i zaproponował, żebyśmy dogadali się i zaczęli działać wspólnie. Tak też się stało. Wniosek – sygnowany przez 9 izb – został pozytywnie rozpatrzony i na początku 1990 roku powstała Krajowa Izba Gospodarcza. Zgodnie z ustawą przejęliśmy majątek dawnej Polskiej Izby Handlu Zagranicznego, z wyłączeniem Targów Poznańskich i agencji patentowej „Patpol”. Szybko umocniła się struktura KIG, zyskaliśmy partnerów za granicą. Najważniejszym naszym zadaniem było jednak tworzenie izb lokalnych. Właśnie w tym czasie rozwiązano zjednoczenia. Ustawa o izbach gospodarczych stworzyła możliwość organizowania się „pionowego”, czyli branżowego. Dzięki temu dziś mamy unikalną strukturę z izbami regionalnymi i branżowymi.

– Co nastąpiło później?
– KIG towarzyszył polskim firmom w gigantycznym procesie przekształceń. Upowszechnialiśmy dobre wzorce gospodarki rynkowej. Nie wszystko szło gładko, dawna administracja nierzadko nie rozumiała sensu przemian gospodarczych w Polsce, przeszkadzała. Wielokrotnie musieliśmy bronić powstający biznes. Po PIHZ przejęliśmy bardzo silny aparat promocyjny i tego rodzaju działalność stanowi również i dziś naszą mocną stronę. Nikt – na takim poziomie jak KIG – nie zajmuje się promocją polskiej gospodarki za granicą. Bardzo aktywnie wspieraliśmy też proces przygotowań naszego kraju do członkostwa w Unii Europejskiej. Od pewnego czasu zmienił się charakter naszej działalności – duża część naszej aktywności przerzuciła się do Brukseli. To właśnie tam zapadają kluczowe decyzje, które nas wszystkich bezpośrednio dotyczą. Kiedyś silnie wspieraliśmy eksport – dziś zajmujemy się ekspansją polskich firm za granicę. Ułatwiamy im wchodzenie na nowe rynki, dokonywanie przejęć. W Polsce pracujemy przede wszystkim na rzecz poprawy legislacji. Mamy znakomity, liczący około tysiąca osób zespól ekspertów, zorganizowany w 20 komitetach tematycznych.

– Powiedzmy wyraźnie: KIG jest jednym z twórców zmian, jakie w minionym ćwierćwieczu zaszły w Polsce.
– Dziękuję za te słowa. Cieszy mnie, że mogliśmy aktywnie włączyć się w proces zmian, który doprowadził to tego, że nasz kraj przeżywa jeden z najlepszych okresów w swojej historii. Mamy zdrową, dobrze funkcjonującą gospodarkę. Czynniki, które spowodowały ten rozwój już się jednak wyczerpują. Trzeba więc szybko znaleźć nowe, znacznie trudniejsze mechanizmy rozwoju, by nasze produkty były atrakcyjne dla kolejnych odbiorców. Nie możemy już konkurować tanią siłą roboczą i cenami surowców. Wiele uwagi poświęcamy więc innowacyjności i wszystkiemu, co się z tym łączy. Organizujemy co roku Kongresy Innowacyjnej Gospodarki. Staramy się również otoczyć opieką młodych ludzi, którzy rozpoczynają działalność biznesową, organizując dla nich warsztaty i spotkania z inwestorami oraz Kongres Młodzi Innowacyjni. Ważną kwestię stanowi dla nas społeczny wymiar biznesu – jesteśmy autorem pierwszego po 1989 roku Kodeksu Etyki Biznesu.

– Na rzecz KIG pracuje wiele znanych osób.
– Są wśród nich zarówno przedsiębiorcy i managerowie, jak i byli politycy. Nie mamy jednak żadnych konotacji politycznych, starając się w tej dziedzinie zachować pełną niezależność. Generalnie rzecz biorąc, staramy się jak najlepiej współpracować ze wszystkimi kolejnymi rządami. Staramy się pełnić rolę reprezentanta przedsiębiorstw – ale ze względów formalnych nie zawsze jest to możliwe. Niestety, nie mamy w Polsce – tak jak przed wojną – powszechnego samorządu gospodarczego, więc nie możemy się wypowiadać w imieniu wszystkich potencjalnie zainteresowanych. Warto dodać, że m.in. w Niemczech i we Francji wszystkie firmy z mocy prawa muszą należeć do lokalnych izb przemysłowo-handlowych. I jest to z wielu powodów rozwiązanie lepsze niż nasze, zakładające w tej kwestii dowolność. Są to struktury publiczno-prawne, stanowią część organizacji państwowej, mają więc inny status niż KIG.

– A jaką grupę reprezentuje KIG?
– Ponad 300 tys. firm, znaczną część polskiej gospodarki. Od strony organizacyjnej wygląda to następująco: mamy 154 członków – po 60 izb regionalnych i branżowych, 20 bilateralnych oraz grupę organizacji, jak np. NOT. Przedsiębiorstwa do nas bezpośrednio nie należą, jesteśmy więc… izbą izb. Uprzedzając pytanie wyjaśnię, że utrzymujemy się ze składek członkowskich i dochodów, jakie sami wypracowujemy. Startujemy w wielu przetargach, by realizować np. programy promocyjne i edukacyjne finansowane ze środków unijnych. Przez długi czas promowaliśmy za granicą branżę górniczą, budowlaną i mięsną. Dużym sukcesem zakończył się program aktywizacji zawodowej kobiet ze średnim i wyższym wykształceniem, które nigdzie nie pracowały – dzięki szkoleniom i grantom założyły one kilka tysięcy firm. Trudno wymienić wszystkie nasze przedsięwzięcia – jest ich zbyt dużo. Chciałbym jednak jeszcze wspomnieć o konkursach – m.in. dla gmin przyjaznych przedsiębiorcom, Fair Play dla firm czy Bank Przyjazny Przedsiębiorstwom.

– Jedną z bolączek naszej gospodarki jest nadal niewydolny system prawny.
– Sytuacja nieco się poprawiła, jeszcze kilka lat temu procedura sądowa zajmowała średnio około tysiąca dni, a obecnie osiemset… Jest to jednak nadal niemożliwe do zaakceptowania z punktu widzenia przedsiębiorców. W USA w sprawach gospodarczych rozstrzygnięcia zapadają po miesiącu. W związku z tym proponujemy własne rozwiązanie – jest to Sąd Arbitrażowy, pod względem ilości spraw jeden z największych w Europie. Jest szybszy i tańszy od sądu powszechnego, a jego wyroki mają taką samą wartość prawną. Nasi arbitrzy – zarówno z Polski, jak i z zagranicy – to wybitni fachowcy. Rozpatrują oni ponad 600 spraw rocznie. Ten rodzaj sądownictwa się upowszechnia, niektóre nasze izby regionalne utworzyły własne sądy arbitrażowe.

– Na koniec chciałbym zapytać o przyszłość KIG?
– Kiedyś do izb gospodarczych przychodziło się po informacje. Obecnie mamy sprawnie działający Internet. Sieć nie jest jednak w stanie zastąpić kontaktów biznesowych i spotkań środowiskowych, które organizujemy. KIG zawsze będzie potrzebny jako rzecznik interesów biznesu na styku z władzą. Przedsiębiorcy odczuwają brak kontaktów z politykami, choć i tak wygląda to już nieco lepiej. Szkoda, że premierzy spotykają się ze środowiskiem biznesu od święta. Ostatnim, który robił to regularnie, co miesiąc, był premier Marek Belka. Przykro mi to powiedzieć, ale zupełnie inaczej wglądają rozmowy władzy ze zrewoltowanymi związkami zawodowymi. Na rozmowy z biznesem, z którym można rozmawiać spokojnie i przy okazji poznać potencjalne zagrożenia, brakuje czasu i ochoty. Czy naprawdę przedsiębiorcy powinni zacząć wymachiwać pod sejmem trzonkami kilofów i palić opony, żeby publicznie przedstawić swoje racje? Zupełnie inaczej wygląda to w innych krajach Unii, np. kanclerz Angela Merkel regularnie spotyka się z przedstawicielami największych firm niemieckich.

Co lubi Andrzej Arendarski?

ZEGARKI – „Jestem tradycjonalistą, używam na co dzień Omegi.”
PIÓRA – Montblanc
UBRANIA – polska marka Cafardini, włoskie i amerykańskie buty
WYPOCZYNEK – Mazury – żaglówka, pływanie. „Lubię kraje basenu Morza Śródziemnego, zwłaszcza wyspy greckie i Sardynię”.
KUCHNIA – śródziemnomorska i dalekowschodnia.
RESTAURACJA – w Warszawie: Bistro De Paris
SAMOCHÓD – jest właścicielem dwóch Land Roverów Defender – współczesnego i klasycznego modelu z 1975 roku. Na co dzień jeździ służbowym BMW 740
HOBBY – bardzo dużo czyta, głównie pamiętniki i literaturę faktu, często gotuje dla dzieci i przyjaciół

Ważne Informacje

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...