.
Strona główna Blog Strona 395

Czasowy prezes w Kompanii

Delegowany z rady nadzorczej Tomasz Rogala przez trzy miesiące pokieruje pracami zarządu Kompanii Węglowej. Zastąpił w fotelu prezesa Krzysztofa Sędzikowskiego. Nowy szef jest specjalistą prawa finansowego i restrukturyzacyjnego, w Katowicach prowadzi Kancelarię Syndyka Biegłego Sądowego. Zajmuje się zagadnieniami wyceny firm, szacowania opłacalności postępowań układowych i likwidacyjnych. Biorąc pod uwagę sytuację większości górnictwa węgla kamiennego, a Kompanii Węglowej w szczególności – właściwy człowiek na właściwym miejscu. Krzysztof Sędzikowski zamierzał odejść ze stanowiska już pod koniec 2015 r., jednak po zmianie rządu dał się przekonać do pozostania. Jak się okazało – nie na długo. Uważa, że jego plany naprawcze i działania przynosiły pożądane skutki – poprawiły się wyniki finansowe i efektywność zarządzania. Kompania Węglowa wciąż jednak jest w stanie dramatycznym, a górnicy nie chcą np. słyszeć o obniżkach pensji.

Wyjątkowa podróż z efektem wow

Za wysiłek, bardzo dobre wyniki i lojalność należy się ekstra nagroda. Loty balonem, rafting, przejazd jeepem przez pustynię… Możliwości jest wiele

Przybywa firm zainteresowanych wyjazdami typu incentive travel. Celem takich podróży ma być poprawa wyników, bo zmotywowani w taki sposób pracownicy lepiej pracują. Jeśli wyjazd przeznaczony jest dla klientów czy kontrahentów, firma może liczyć na podniesienie wielkości zamówień i zwiększenie lojalności. Z założenia wyjazd motywacyjny ma być wyjątkowym doświadczeniem. Chodzi o niezapomniane wrażenia, poczucie niezwykłości podróży, której żaden z uczestników nie mógłby sobie indywidualnie zafundować. A że Polacy podróżują coraz więcej i coraz dalej, organizatorzy muszą nieźle się nagłowić, żeby uczestnicy incentive travel mieli poczucie wyjątkowości i prestiżu tej sytuacji. Po pierwsze: miejsce Każdego roku doświadczeni incentive managerowie odwiedzają coraz to nowe destynacje w poszukiwaniu inspiracji i pomysłów na wyjazdy motywacyjne. Niestety, niepewna ostatnio sytuacja polityczna w niektórych rejonach spowodowała, że mają utrudnione zadanie.

– Najważniejsze jest bezpieczeństwo uczestników, dlatego wycofujemy się z takich krajów, jak Grecja, Maroko, Tunezja, Egipt, Turcja czy Jordania – mówi Tomasz Dutkiewicz, wiceprezes Stowarzyszenia Organizatorów Incentive Travel (SOIT) i prezes Nautica Incentive & Adventures. Ale jak wiadomo, rynek nie znosi próżni i gdy pewne kierunki znikają z planów wyjazdowych firm, w ich miejsce szybko pojawiają się nowe.

– Polacy lubią ciepłe kraje, dlatego w Europie nieustającym powodzeniem cieszy się jej południe. Portugalia, a zwłaszcza Madera, a także Baleary, Sycylia i Sardynia. Poza naszym kontynentem od kilku lat modny jest Dubaj, a od ubiegłego roku Japonia i Kuba. Ta ostatnia przyciąga głównie ze względu na przemiany, jakie przechodzi. Wielu turystów chce zobaczyć ten kraj, zanim się zmieni po otwarciu na Zachód. Popularna jest również Azja Południowo-Wschodnia: Indonezja, Tajlandia i Malezja – wylicza Tomasz Dutkiewicz. Oprócz niezwykłego miejsca liczy się również program atrakcji.

Atrakcji moc
Każda podróż ma swój scenariusz. Mało tego, każda musi być ciekawsza od poprzedniej, bo pracownicy, klienci czy partnerzy biznesowi będą ją wspominali i porównywali z dotychczasowymi. Wycieczka pełna wrażeń po Lazurowym Wybrzeżu, udział w pokazowych regatach, rafting, canyoning czy hydrospeed w Słowenii, nurkowanie z rekinami, loty balonowe, wyścigi na torach samochodowych to tylko niektóre z propozycji na wyjazdy motywacyjne dla pracowników i klientów firm.

– Eventy motywacyjne przygotowujemy od A do Z, zgodnie z założeniami i potrzebami firm. Bardzo popularna jest kombinacja sportu z umacnianiem więzi między członkami grupy wyjazdowej, co daje przyjazne relacje zarówno w obrębie danego działu firmy, jak i w stosunku do kontrahentów – opowiada Olga Krzemińska-Zasadzka, dyrektor zarządzający Agencji Power, wiceprezes
Stowarzyszenia Branży Eventowej. Uczestnicy podróży mają otrzymać dużo pozytywnych emocji. Stąd dbałość organizatorów, żeby były unikatowe.

– Staramy się, aby nasi podopieczni poznali dziedzictwo historyczne danego miejsca, dotknęli kultury, obrzędów kraju, do którego przyjechali. Mamy na to ciekawe sposoby, np. gry miejskie, kursy tańca czy degustacje tradycyjnych potraw – dodaje Tomasz Dutkiewicz. Od jakiegoś czasu podróże motywacyjne zmieniają swoje oblicze i do programów wplatane są elementy CSR.

– Pracownicy organizują place zabaw w sierocińcach, przywożą dzieciom rzeczy, których potrzebują, sadzą drzewatam, gdzie ich brakuje, itp. To dla wielu uczestników wyjazdów motywacyjnych
nowe, ale bardzo budujące doświadczenia – mówi Tomasz Dutkiewicz.

Cel marketingowy
Jednak samo zorganizowanie takiej podróży-nagrody to nie wszystko, bo incentive travel jest narzędziem biznesowym, które ma przynieść konkretne efekty. Dlatego dobrze przygotowana podróż motywacyjna powinna być powiązana z konkretnym miernikiem – być wynikiem nagrody w konkursie pracowniczym czy w programie lojalnościowym wśród klientów, kontrahentów czy partnerów biznesowych. Najchętniej z wyjazdów incentive travel korzystają konkretne działy w przedsiębiorstwach, w tym m.in. sprzedaży, marketingu oraz HR. Niekiedy są one wpisane w program motywacyjny danej firmy, co w przeważającej mierze dotyczy sektora B2B czy B2C.

Stąd oczekiwania firm, by organizatorzy takich imprez nie tylko je przygotowywali, ale mieli także pomysł, jak odpowiednio poinformować pracowników czy klientów o możliwości zdobycia tak atrakcyjnej nagrody, jaką jest podróż ich życia. Stworzyli specjalną aplikację w internecie, organizowali animacje konkursowe, czyli podgrzewali atmosferę, pobudzali ciekawość, zwiększali zainteresowanie nagrodą. Incentive travel nie kończy się na powrocie pracowników do firm. Są jeszcze wspomnienia, zdjęcia uczestników w internecie, aby inni także chcieli wziąć udział w kolejnym tego typu wyjeździe. Olga Krzemińska-Zasadzka twierdzi, że rola wyjazdów incentive travel rośnie nie tylko wśród korporacji, ale również małych i średnich przedsiębiorstw, bo firmy są coraz bardziej świadome, jakim narzędziem marketingowym są takie podróże

Biznesowy rajd Rafała Sonika

Intensywny rozwój deweloperskiego biznesu i zdobycie pozycji najbardziej utytułowanego na świecie zawodnika w sportach motorowych – tak wygląda plan Rafała Sonika na kilka najbliższych lat

W trakcie trwającej ponad trzy dekady działalności biznesowej Rafał Sonik zgromadził aktywa o wartości kilkuset milionów złotych, które każdego roku przynoszą mu kilkadziesiąt milionów złotych zysku. Ich podstawę stanowią centra handlowe w Tarnowie i Bielsku-Białej, nieruchomości w Krakowie, udziały w firmach farmaceutycznych i informatycznych. jego o połowę krótsza kariera quadowego kierowcy to cztery zwycięstwa w Pucharze Świata w rajdach terenowych i triumf w Rajdzie Dakar w 2015 roku, czego dokonał jako pierwszy Polak.

– Jako sportowiec jestem w połowie kariery, jako przedsiębiorca znalazłem się na takim etapie, że jestem spokojny o bezpieczeństwo i rozwój firm, za które jestem odpowiedzialny. Nie czuję też konieczności podejmowania nerwowych działań, jak zdarzało się jeszcze kilka lat temu – mówi Rafał Sonik.

Galerie na celowniku
Jak wielu przedsiębiorców, w czasach dużych różnic w stopach procentowych między Polską i rynkami o wyższych wskaźnikach rozwoju, Sonik kredytował się w walutach obcych. A także dał przekonać się do opcji walutowych, które miały zabezpieczyć ryzyko kursów walutowych.

– Bank tak przedstawiał wówczas sytuację, że zastosowanie tych instrumentów, jest niezbędnym zabezpieczeniem kursów walutowych i musimy zgodzić się na proponowane przez nich rozwiązania. Zabrakło nam z jednej strony doświadczenia, z drugiej spokojnego, szerokiego spojrzenia na całą sytuację – mówi Sonik. Walutowa spekulacja kosztowała Gemini Holding, wehikuł inwestycyjny Rafała Sonika, stratę kilkunastu milionów euro w 2010 roku. Ale turbulencje nie zatrzymały rozwoju krakowskiego przedsiębiorcy. Pod koniec 2013 roku zakończył rozbudowę Gemini Park w Bielsku-Białej, po której powierzchnia handlowa galerii powiększyła się z 27 tysięcy do 43 tysięcy mkw. Na przyszły rok planowane jest zakończenie budowy centrum handlowego w Tychach o powierzchni 36 tys. mkw. Wartość tego projektu to 400-500 mln złotych.

– To ma być najlepszy obiekt na południowo- wschodnim Śląsku, zbudowany zgodnie z koncepcją power center – mówi Sonik. Power center charakteryzuje się dużym zasięgiem oddziaływania, dobrą dostępnością oraz szeroką ofertą ze strony najemców, obejmującą nie tylko codzienne zakupy, ale także sklepy modowe, meblarskie, sportowe czy budowlane. Projekt realizowany przez Gemini jest trzecim etapem rozbudowy centrum handlowego w Tychach – wcześniej swoje sklepy postawiły tam Tesco i budowlany Obi. Otwarcie obiektu planowe jest na przełom III i IV kwartału 2017 roku. Gemini, który jest właścicielem części terenów wokół powstającego obiektu, zamierza także wziąć udział w kolejnych etapach rozbudowy centrum.

Rynek z perspektywami
Na pewno, jako deweloper specjalizujący się w rozwoju i zarządzaniu centrami handlowymi, warunki do wzrostu Sonik ma bardzo dobre. Wprawdzie pod względem nasycenia powierzchnią handlową Polska plasuje się powyżej średniej dla Europy Środkowej i wciąż przybywa nowych obiektów (w roku 2015 powierzchnia w centrach handlowych wzrosła o 500 tys. mkw., dochodząc do 9,3 mln mkw.), ale wynik 240 mkw. na tysiąc mieszkańców to wciąż poniżej standardów krajów wysoko rozwiniętych. Mamy wysokie tempo wzrostu gospodarczego, co przekłada się na rosnące wynagrodzenia. Według danych Eurostatu, w 2015 roku sprzedaż detaliczna w Polsce wzrosła o 6,6 proc. i był to najlepszy wynik w całej Unii. Także na najbliższe trzy lata prognozy są bardzo dobre, co daje centrom handlowym szansę na zwiększanie obrotów.

– Na rynku ciągle jest miejsce na nowe obiekty czy rozbudowę już istniejących. W ostatnim czasie każdego roku do Polski wchodziło 20-30 międzynarodowych marek. Standardem jest, że budowę sieci sprzedaży zaczynają właśnie od centrów handlowych – mówi Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Działu Badań i Doradztwa w świadczącej usługi związane z finansowaniem i zarządzaniem nieruchomościami firmie JLL. O dobrych perspektywach rynku świadczy także skala zawartych w ubiegłym roku transakcji – na zakup obiektów handlowych inwestorzy wydali 2,3 mld euro i był to najlepszy wynik od 2006 roku. Dlatego plany Rafała Sonika na najbliższe nie kończą się na Tychach. Krakowski przedsiębiorca przygotowuje się do budowy nowych galerii handlowych w Zabrzu i Zakopanem, zamierza także rozbudować obiekt w Tarnowie. Gotowy jest plan stworzenia w centrum Krakowa kompleksu handlowo-usługowego o powierzchni 13 tys. mkw. Ma powstać w miejsce domu handlowego Elefant, który na początku lat 90. ubiegłego wieku stał się kołem zamachowym biznesowej kariery Sonika.

Nie mam tego policzonego
Przedsiębiorca dysponuje także kilkunastoma innymi nieruchomościami rozrzuconymi po całej Polsce, które w przyszłości zamierza zagospodarować. To kapitał gromadzony na przełomie XX i XXI wieku, kiedy Sonik, jako specjalista od wynajdowania właściwych lokalizacji, wprowadzał na polski rynek sieci McDonald’s i Bristish Petroleum. Krakowianin był wspólnikiem BP w Polsce do 2001 roku, kiedy brytyjski koncern wykupił jego udziały. Przedsiębiorca nie podaje wartości posiadanych aktywów.

– Nie mam tego policzonego, bo to do niczego nie jest mi potrzebne. Ani się z nikim nie ścigam, ani nie byłbym lepiej zmotywowany, gdybym dokładnie wiedział, jaki mam majątek. Moja działalność jako przedsiębiorcy opiera się na trzech filarach: działalności deweloperskiej oraz inwestycjach w firmy farmaceutyczne i informatyczne. Ważne, że wszystkie te filary są zdrowe i w każdej dziedzinie rośniemy o 15- -20 procent rocznie – mówi Sonik. Krakowski biznesmen nie protestował, kiedy w ubiegłym roku prasa wyceniała jego aktywa (netto) na 430 mln złotych. Kwota ta może być jednak znacznie wyższa, jeśli już ponad 20 lat temu, kiedy zaczynał współpracę z BP, Sonik był w stanie zorganizować finansowanie na poziomie 50 mln dolarów. Jak podkreśla, w dalszym ciągu – mimo absorbującej czas kariery rajdowego kierowcy – pracuje średnio nie mniej niż osiem godziny dziennie.

Być lepszym od najlepszego
A plany Rafała Sonika jako sportowca są równie ambitne jak biznesowe. Swoich sił próbował w narciarstwie, tenisie, tenisie stołowym, windsurfingu, ale ostatecznie – już po przekroczeniu 30. roku życia – został kierowcą quada, specjalizującym się w rajdach cross-country. Kierowcą niezwykle skutecznym – od kiedy w 2009 roku zdecydował się na pierwszy start w Pucharze Świata,
wziął udział w 29 rajdach, z których 16 wygrał, a tylko trzy razy znalazł się poza podium. W 2015 roku, jako pierwszy Polak, wygrał Rajd Dakar.

– Jak zaczynasz przygodę ze sportem to najpierw chcesz być po prostu lepszy, później wyprzedzić tych najsłabszych, w końcu samemu być najlepszym. Moim celem jest być lepszym od najlepszego – mówi Sonik. Najwybitniejszym przedstawicielem sportów motorowych jest Francuz Sébastien Loeb, który dziewięć razy został mistrzem świata kierowców rajdowych. Sonik wygrał Puchar Świata (cykl imprez, który w jego specjalności jest odpowiednikiem mistrzostw świata kierowców rajdowych) cztery razy. Na dogonienie Francuza i wyśrubowanie rekordu ma jeszcze czas, bo kończący w tym roku 50 lat krakowianin ścigać zamierza się do siedemdziesiątki.

– Rafał Sonik jest tego rodzaju drapieżnikiem, który jak już upatrzy sobie ofiarę, to nie odpuści. To jest determinacja w dążeniu do celu na najwyższym poziomie. Do tego ma umiejętności i zawsze bardzo starannie przygotowany sprzęt – tak przewagę Sonika nad konkurencją definiuje kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc. Olsztynian w Dakarze startował 10 razy, w 2015 roku kończąc rywalizację na trzecim miejscu. Rafał Sonik nie odpuszcza także najtrudniejszego Dakaru, z którego w tym roku wyeliminowała go awaria pojazdu. Nie jest jedynie jasne, w jakim zespole pojedzie Sonik. Dotychczas startował w drużynie Orlen Team, ale umowa sponsoringowa zawarta z PKN ORLEN w sezonie 2015 obowiązywała quadowca do Dakaru 2016 włącznie. Obecnie prowadzi rozmowy z potencjalnymi sponsorami na pozostałe starty w sezonie 2016.

– Podchodzę do tego z pełnym spokojem. Startowałem w rajdach, aby pokazać siłę i wytrwałość Polaków, więc i tak na pewno pojadę w kolejnym Dakarze – deklaruje Sonik.

Co nam zrobi Donald Trump

Obok Chin, Japonii, Meksyku, Apple czy Forda także Polska może czuć się zagrożona perspektywą zwycięstwa Donalda Trumpa w listopadowych wyborach prezydenckich w USA. I nie jest to perspektywa nierealna, bo kontrowersyjny miliarder jest coraz bliżej zdobycia nominacji Partii Republikańskiej

W ciągu trzech dekad Donald Trump na bazie deweloperskiej firmy swojego ojca zbudował konglomerat, który jest właścicielem, zarządzającym lub inwestorem na rynku nieruchomości, przede wszystkim w Nowym Jorku i na Florydzie, ale także w Kanadzie czy Izraelu. Jest jedną z 36 osób, które na liście najbogatszych Amerykanów, sporządzanej przez miesięcznik „Forbes”, utrzymują się od jej pierwszego wydania w 1982 roku. Przed 34 laty jego majątek został wyceniony na 100 mln dolarów, a w 2015 roku już na 4,5 mld dolarów, choć sam Trump utrzymuje, że jest wart 10 mld dolarów. Utalentowany przedsiębiorca, synonim sukcesu, giełdowy inwestor… A mimo tego jego ewentualne zwycięstwo w listopadowych wyborach prezydenckich postrzegane jest jako poważny czynnik ryzyka dla stabilności globalnej gospodarki i rynków finansowych.

Wojna ze wszystkimi
Trump przedstawia się jako obrońca miejsc pracy dla Amerykanów. Według niego, na poziomie międzynarodowym zagrażają im źle wynegocjowane umowy o wolnym handlu podpisywane przez USA oraz nieuczciwa konkurencja ze strony takich państw, jak Chiny, przeciw którym wysuwa podnoszone od lat zarzuty o zaniżanie kursu juana. W 2015 roku Stany Zjednoczone w handlu towarami z Chinami zanotowały najwyższy w historii deficyt, w wysokości 366 mld dolarów. Rozwiązanie tego problemu biznesmen widzi w obłożeniu chińskich towarów 45-procentowym cłem. Trump zapowiedział, że jako prezydent będzie się domagał renegocjacji funkcjonującego od 1994 roku Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu (NAFTA) lub Stany Zjednoczone po prostu wystąpią z tej strefy, tworzonej wspólnie z Kanadą i Meksykiem. Na cenzurowanym znalazła się także Japonia, która – według Trumpa – za „darmową” ochronę przed Chinami i Koreą Północną ze strony amerykańskich wojsk odwdzięcza się nieuczciwymi praktykami handlowymi. – Oni wysyłają do nas samochody milionami, a co my robimy? Kiedy ostatni raz widzieliście Chevroleta w Tokio? Kiedy po raz ostatni pokonaliśmy w czymś Japonię? – pytał na jednym z wyborczych spotkań.

Zwycięstwo Donalda Trumpa w prezydenckich wyborach to widmo globalnej wojny handlowej, co jest poważnym zagrożeniem dla szukającej pokryzysowej równowagi światowej gospodarki. Już teraz to, co biznesmen mówi do swoich wyborców, może mieć realny wpływ na rzeczywistość. Na ratyfikację fikację czeka negocjowane przez 12 lat Partnerstwo Transpacyficzne (TPP), regulujące zasady handlu między USA i 11 państwami strefy Azji i Pacyfiku (w tym Japonią) i wynik głosowania w amerykańskim Senacie wcale nie jest przesądzony. Jeśli Trump zostanie prezydentem pod znakiem zapytania stanie też ciągle negocjowane porozumienie o wolnym handlu między USA i Unią Europejską (TTIP).

Apple ma być amerykański
Według Trumpa, amerykański rynek pracy wymaga także ochrony przed imigrantami. Tych, którzy przebywają na terenie Stanów Zjednoczonych nielegalnie biznesmen zamierza po objęciu prezydentury deportować. Nielegalnych przybyszów z Meksyku określił jako „kryminalistów i gwałcicieli”. Ich napływ zamierza powstrzymać stawiając mur na granicy ze swoim południowym sąsiadem, a każdy przypadek jej bezprawnego przekroczenie będzie dla meksykańskiego rządu oznaczał karę w wysokości 100 tys. dolarów. W polu rażenia Donalda Trumpa znalazły się nie tylko nieuczciwie grające ze Stanami Zjednoczonymi państwa, ale i amerykańskie korporacje, które wyprowadzają miejsca pracy za granicę. Trump zapowiedział, że zmusi Apple’a, by produkował swoje iPhone’y w USA. Piętnuje też takie korporacje, jak Ford, które, ze względu na niższe koszty pracy, produkcję samochodów rozwijają w Meksyku. Ambicją Trumpa jest wzmocnienie amerykańskiej klasy średniej. Jej odbudowie ma sprzyjać obniżenie podatków, choć jednocześnie Trump zamierza zrównoważyć budżet. Tymczasem w ostatniej dekadzie Stany Zjednoczone pożyczały każdego roku średnio równowartość 7 proc. PKB; zlikwidowanie deficytu wymagałoby zatem cięć po stronie rządowych wydatków, liczonych w setkach miliardów dolarów. Podsumowując polityczne i ekonomiczne poglądy Donalda Trumpa eksperci Economist Intelligence Unit, think tanku działającego przy tygodniku „Economist”, ewentualne zwycięstwo kandydata Republikanów uznali za jedno z poważniejszych zagrożeń dla globalnej gospodarki. W skali od zera do 20, intensywność zagrożenia związanego z objęciem przez niego prezydentury oceniono na 12 punktów. Jeśli prawdopodobieństwo zwycięstwa Donalda Trumpa, oceniane na razie jako niewielkie, będzie rosło, inwestorzy zaczną redukować ryzykowne lokaty, na przykład w akcje i obligacje notowane na rynkach wschodzących, takich jak Polska.

Tyson na pomoc
Trump ma przeciw sobie media, trudno też znaleźć pozytywną opinię o poglądach kandydata ze strony ekspertów. Nie przeszkadza mu to jednak wygrywać w kolejnych prawyborach, a jego nominacja na kandydata Republikanów jest już niemal pewna. Kto go popiera? Za biznesmenem ujął się, na przykład, Mike Tyson, w przeszłości najmłodszy bokserski mistrz świata kategorii ciężkiej, który kilka swoich walk w latach 80. stoczył w kasynach należących do Trumpa. – Teraz wie, jak to jest, kiedy wszyscy są przeciwko tobie. Jak ci sami ludzie, którzy wcześniej mieli w zwyczaju przebywać w twoim towarzystwie, teraz mówią, że trzeba zrobić wszystko, żeby się ciebie pozbyć – deklaruje Tyson. Bokser porównuje historię Trumpa do swoich własnych losów, kiedy – z jednej strony – podziw budziły jego umiejętności pięściarskie, z drugiej, był wrogiem publicznym numer jeden ze względu na brutalne zachowania w ringu czy kryminalną przeszłość. Nie na darmo ten jeden z najbardziej przerażających bokserów w historii nosił przydomek „Bestia”. Trump może mu dorównać i zostać najbardziej nieprzewidywalnym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych.

Energetyka szoruje po dnie

W efekcie spadających cen energii, zwiększonych inwestycji, odpisów aktualizujących wartość aktywów i wymuszonej pomocy dla górnictwa kursy spółek energetycznych spadły do rekordowo niskich poziomów. Teraz będzie już tylko lepiej?

W teorii akcje spółek energetycznych powinny opierać się wahaniom giełdowej koniunktury, w praktyce jednak w 2015 roku kursy na GPW w tym sektorze spadły o 32 proc. To najgorszy wynik w historii. Na przełomie 2015 i 2016 roku rekordowo niskie kursy zanotowały akcje PGE, Tauronu, Energi, Enei i ZE PAK, czyli pięciu z dziewięciu spółek wchodzących w skład indeksu WIG-energia. Pod względem zachowania kursów gorzej od energetyki wypadła w ubiegłym roku jedynie branża surowcowa. Jednocześnie wyniki finansowe koncernów energetycznych za 2015 rok były lepsze od oczekiwań analityków, a poziom wycen – na przykład, w odniesieniu do firm notowanych na rynkach zagranicznych – jest relatywnie niski. To sugeruje, że, być może, inwestorzy zagalopowali się w dyskontowaniu negatywnych informacji i w związku z tym bessa w sektorze energetycznym już się zakończyła.

Na pomoc górnictwu
– Zapewne większość negatywnych informacji dotyczących energetyki już ujrzała światło dzienne, ale wciąż jest jeszcze kilka istotnych niewiadomych. Na przykład, jeśli chodzi o skalę zaangażowania w ratowanie górnictwa – mówi Robert Maj, analityk zatrudniony w Haitong Bank. Pomysł wykorzystania kontrolowanych przez Skarb Państwa spółek energetycznych do ratowania znajdującego się w złej sytuacji finansowej górnictwa, wymyślony jeszcze przez rząd PO, za rządów PiS zaczął przybierać realne kształty. Według złożonych w połowie marca deklaracji, na wsparcie Polskiej Grupy Górniczej (PGG), powstającej na gruzach Kompanii Węglowej, Energa gotowa jest wyłożyć 600 mln złotych, PGE 500 mln, a PGNiG Termika – 400 mln złotych. Jednak łączna kwota 1,5 mld złotych nie rozwiązuje kwestii pomocy dla nowej firmy, a w kolejce czeka jeszcze Katowicki Holding Węglowy, który potrzebuje 400-500 mln złotych. Do roli jednego z jego darczyńców wytypowana została Enea.

– Jeśli ceny węgla nie wzrosną, a nic na to nie wskazuje w najbliższym czasie PGG bardzo trudno będzie zarabiać pieniądze. A to oznacza, że także w kolejnych latach firma potrzebować będzie finansowego wsparcia – mówi Robert Maj. W ubiegłym roku Kompania Węglowa miała ok. 1 mld złotych straty. Warunkiem kapitałowego zaangażowania firm energetycznych w powstającą PGG jest na tyle głęboka restrukturyzacja Grupy, żeby już w 2017 roku przyniosła zysk. Jednym z wymogów udzielenia pomocy jest także pozyskanie przez PGG kolejnych inwestorów, którzy dokapitalizują spółkę kwotą minimum 1,5 mld złotych. Energa i PGE domagają się również, żeby program restrukturyzacji został zatwierdzony przez górnicze związki zawodowe – bez redukcji zatrudnienia i podniesienia wydajności pracowników osiągnięcie rentowności przez PGG będzie niemożliwe. Firmy energetyczne zastrzegają także, że w ciągu najbliższych 10 lat nie zamierzają więcej dofinansowywać PGG.

– Gdyby te warunki zostały przyjęte, to z punktu widzenia energetyki byłaby to dobra wiadomość. Ale z drugiej strony, politycy zapewniają, że na restrukturyzacji kopalń górnicy nie ucierpią. Do inwestorów docierają sprzeczne komunikaty – przyznaje Bartłomiej Kubacki, analityk Société Générale. Jednorazowe wsparcie dla górnictwa inwestorzy są w stanie zaakceptować, co najlepiej pokazuje zachowanie kursu akcji gdańskiej Energi. Wprawdzie po podaniu informacji, że spółka wesprze PGG kwotą 600 mln złotych i stanie się największym darczyńcą górnictwa (choć wcześniej do takiej roli typowana była największa w branży PGE) notowania akcji spadły o 11 proc., to jednak w ciągu kolejnego tygodnia niemal w całości odrobiły straty. Notowania zwolnionego z konieczności pomocy górnictwu Tauronu wzrosły w marcu o ponad 20 proc. i był to najlepszy wynik wśród spółek z indeksu WIG20.

Ile jeszcze inwestycji?
Na kursach akcji spółek branży energetycznej ciążą także inwestycje w moce wytwórcze – w Polsce powstają bloki energetyczne o mocy ok. 6 tys. MW, o łącznej wartości blisko 30 mld złotych. Między innymi Enea rozbudowuje elektrownię w Kozienicach, PGE w Opolu, a Tauron – w Jaworznie. Większość tych bloków będzie opalana węglem, ale nowy rząd – w ramach wspierania górnictwa i polityki niezależności energetycznej – zamierza jeszcze mocniej postawić na ten rodzaj paliwa. Stąd odkurzony pomysł budowy kolejnego bloku opalanego węglem kamiennym w Ostrołęce, którego kosztami (4-5 mld złotych) zostanie prawdopodobnie obciążona Energa.

– Takich, negatywnych z punktu widzenia akcjonariuszy spółek energetycznych, niespodzianek może być więcej. Na sprzedaż są też polskie aktywa francuskiego koncernu EDF i nie można wykluczyć, że ich nabywcą będzie któraś z kontrolowanych przez Skarb Państwa firm – mówi Bartłomiej Kubacki. Zaangażowanie w kolejne projekty inwestycyjne, same w sobie wątpliwe ekonomicznie przy obecnych cenach energii, zmniejszać będzie strumień dywidend płynących do akcjonariuszy. A regularne wypłaty z zysku to jeden z podstawowych motywów, dla których inwestorzy kupują akcje spółek energetycznych.

– Konsensus na rynku jest taki, że wydatki inwestycyjne będą rosnąć, a dywidendy – spadać. Z punktu widzenia inwestorów, ważna jest nie wysokość bieżącej dywidendy, ale stabilność polityki dywidendowej. A takiej stabilności trudno w najbliższych kilku latach oczekiwać – mówi Kamil Kliszcz, analityk DM mBanku. Jest już przesądzone, że dywidendy wypłacone za 2015 rok będą niższe niż rok wcześniej. Przed zaangażowaniem w ratowanie górnictwa Enea deklarowała, że wypłaci akcjonariuszom 1,2 złotego na akcję, co przy cenie akcji na poziomie 13 złotych dawało stopę dywidendy na poziomie 9 procent. Przy niskich stopach procentowych i niewielkich zyskach z papierów dłużnych, stanowiących punkt odniesienia do oceny atrakcyjności spółek dywidendowych, byłby to wynik bardzo dobry. Ale jest bardzo prawdopodobne, że spółka wypłaci najwyżej połowę deklarowanej kwoty.

Tauron i Enea mogą dywidendy nie wypłacić w ogóle, pod pozorem pogorszenia wyników finansowych. To efekt skorygowania w dół wartości elektrowni węglowych – cztery kontrolowane przez Skarb Państwa koncerny dokonały z tego tytułu odpisów o wartości 18 mld złotych. W efekcie ich łączny zysk netto za 2015 rok wyniósł 400 mln złotych, wobec 8,6 mld złotych rok wcześniej. Tauron i Enea zakończyły rok na minusie, zysk PGE spadł o 60 procent. Ale to tylko jednorazowa operacja księgowa, która nie zmniejsza strumienia gotówki płynącej do firm energetycznych z tytułu ich podstawowej działalności operacyjnej. Na poziomie EBITDA (zysk netto powiększony o amortyzację) firmy energetyczne zarobiły w 2015 roku 16 mld złotych, tyle samo co rok wcześniej. Teoretycznie mogłyby płacić inwestorom bardzo wysokie dywidendy. Ale czy zdecydują się w ogóle dzielić z akcjonariuszami zyskiem – nie jest przesądzone, bo powołane po wyborach nowe zarządy firm deklarują rewizję dotychczasowych strategii, w tym – dotyczących wypłaty dywidendy.

Co zmieni się w prawie
Zwiększone wydatki inwestycyjne na ratowanie górnictwa i rozbudowę nowych mocy wytwórczych oraz związane z nimi wątpliwości odnośnie zdolności spółek energetycznych do regularnego wypłacania dywidendy, to zagrożenia przez inwestorów w miarę dobrze rozpoznane i uwzględnione w wycenach akcji. Ale akcjonariuszy wciąż czekać mogą niespodzianki ze strony polityków.
Takie, na przykład, jak uchwalenie tzw. ustawy wiatrakowej. Zgodnie z propozycją grupy posłów PiS, nowe farmy wiatrowe będą mogły powstawać w odległości 10-krotności wysokości turbiny od najbliższych zabudowań, czyli w praktyce od 1,5 do 2 kilometrów. Według ekspertów, razem z nakładanymi przez tę ustawę obciążeniami podatkowymi i parapodatkowymi, zmniejszy to opłacalność eksploatacji już istniejących instalacji   spowoduje zatrzymanie nowych inwestycji w tym sektorze energetyki.

– Dla firm energetycznych oznaczać to będzie konieczność skorygowania w dół wartości posiadanych przez nie farm – mówi Bartłomiej Kubacki. Mimo tych wszystkich zagrożeń wiszących nad energetyką można przypuszczać, że w ich dyskontowaniu giełdowi inwestorzy posunęli się nieco za daleko. Wyniki z działalności operacyjnej branży wciąż są bardzo solidne i przy poziomie kursów z końca marca wskaźniki cena/zysk dla największych firm energetycznych kształtują się na poziomie 6-8, uwzględniając zyski na 2016 rok. W ostatnich kwartałach znacznie powiększyło się dyskonto, z jakim polskie spółki notowane są wobec zagranicznych przedsiębiorstw, dla których analogiczne wskaźniki wyceny oscylują wokół 15. A perspektywy wyników mogłyby się jeszcze poprawić, gdyby realnych kształtów nabrała koncepcja stworzenia w Polsce rynku mocy. Zgodnie z nią, kupowanym przez konsumentów produktem byłaby nie tylko energia, ale też utrzymanie bloku wytwórczego w stanie pozwalającym na jej produkcję. W ten sposób do firm popłynąłby strumień gotówki rekompensujący spadek cen prądu, wynikający głównie z wypierania z rynku energii produkowanej w starych, nieefektywnych blokach przez dotowaną energię ze źródeł odnawialnych. Projekt tych regulacji ma być gotowy do wakacji, ale nowe prawo musiałaby jeszcze zaakceptować Bruksela, bo rynek mocy jest formą pomocy publicznej.

– Jeśli założymy, że większość wątpliwości związanych z zaangażowaniem w ratowanie górnictwa, inwestycji w nowe moce wytwórcze i zmian w prawie zostanie rozstrzygnięta na korzyść firm energetycznych, to obecny poziom cen można uznać za atrakcyjny. To jednak dość ryzykowane założenie – podsumowuje Robert Maj. Ale tylko podjęcie ryzyka daje szansę na stosowną nagrodę.

Gorący rynek wierzytelności

    ManagerOnline

    Na rynku windykacyjnym wciąż panuje spory ruch. Dotyczy nie tylko dynamicznego wzrostu wartości portfeli długów i spraw przekazywanych firmom zarządzającym wierzytelnościami, ale i tempa procesów konsolidacji samych windykatorów

    Choć działalność firm windykacyjnych wciąż jeszcze kojarzy się ze ściąganiem należności od niesolidnych dłużników, zakres świadczonych usług, jak i metody ich realizacji są obecnie odległe od tradycyjnych wyobrażeń. Coraz częściej mówi się już nie o branży windykacyjnej, lecz o sektorze usług związanych z zrządzaniem wierzytelnościami. Zmiany modelu działalności dotyczą zarówno dłużników indywidualnych, jak i oferty dla przedsiębiorców. Windykatorzy w pierwszej kolejności koncentrują się na restrukturyzacji zadłużenia oraz windykacji polubownej, czyli umożliwieniu osobom mającym kłopoty ze spłatą wywiązania się ze zobowiązań, bez konieczności uciekania się do postępowań sądowych i zajęć komorniczych.

    W wielu przypadkach przynosi to korzyści zarówno dłużnikom, jak i wierzycielom oraz poprawia efektywność działania firm windykacyjnych. W przypadku przedsiębiorców oferta firm zarządzających wierzytelnościami obejmuje cały kompleks działań; nie tylko na etapie, w którym mamy do czynienia z przeterminowanymi należnościami. Stała współpraca z firmą zarządzającą wierzytelnościami umożliwia podjęcie działań minimalizujących ich powstanie, między innymi dzięki badaniu wiarygodności kontrahentów i klientów jeszcze przed nawiązaniem z nimi współpracy lub podpisaniem znaczących umów. Kolejnym etapem może być monitorowanie przebiegu współpracy z klientami, także pod kątem ewentualnych zagrożeń, oraz sugerowanie dostosowania działań do wyników tych obserwacji. Wszelkiego rodzaju działania prewencyjne dają znacznie lepsze efekty, nie wpływając jednocześnie negatywnie na przebieg współpracy między kontrahentami. W momencie powstania opóźnień firma windykacyjna, dysponując wiedzą i doświadczeniem, przejmuje realizację działań zmierzających do odzyskania należności, poczynając od postępowania polubownego, a na prowadzeniu spraw sądowych i postępowania egzekucyjnego w imieniu swoich klientów kończąc.

    Długów nie zabraknie
    Z niepełnych wciąż danych wynika, że w ubiegłym roku firmy windykacyjne kupiły portfele wierzytelności o wartości ok. 13 mld złotych i przyjęły zlecenia w formie inkasa na niemal 12 mld złotych. W obu przypadkach oznacza to wzrost o około miliard złotych w porównaniu do 2014 roku. Już na koniec pierwszego półrocza 2015 roku wartość wierzytelności obsługiwanych przez windykatorów przekraczała 61,5 mld złotych. To trzykrotnie więcej niż w 2010 roku. Od kilku lat dynamika wzrostu wartości rynku sięga 20-30 proc. i wszystko wskazuje na to, że ta tendencja będzie kontynuowana w najbliższej przyszłości. To pochodna zarówno wzrost  liczby i wartości udzielanych przez banki kredytów, z których część nie jest regularnie spłacana, stałego dopływu niespłacanych długów konsumenckich, jak i rosnącej liczby spraw przekazywanych przez firmy mające kłopoty z odzyskaniem należności od swoich kontrahentów. Według danych Komisji Nadzoru Finansowego, wartość samych tylko zagrożonych kredytów bankowych sięgała w trzecim kwartale 2015 roku blisko 76 mld złotych. Prawie połowa polskich firm boryka się z problemami z terminowym regulowaniem należności od klientów i kontrahentów. Coraz częściej o pomoc w ich rozwiązaniu zwracają się do windykatorów. Na rynek trafia też coraz więcej przeterminowanych kredytów, których przedsiębiorstwa nie są w stanie spłacić w bankach. Firmy windykacyjne mogą więc liczyć na stały dopływ przekazywanych im spraw, o wartości 15-20 mld złotych rocznie.

    Możliwe duże przyspieszenie
    Rynek wierzytelności czeka prawdopodobnie okres dynamicznego wzrostu, będącego wynikiem licznych w ostatnim czasie zmian regulacji prawnych. W sierpniu tego roku kończy żywot bankowy tytuł egzekucyjny, narzędzie umożliwiające bankom uproszczone i szybkie uruchamianie procedury egzekucji zobowiązań z tytułu niespłacanych kredytów z majątku zadłużonych. To z pewnością spowoduje, że zamiast na własną rękę prowadzić bardziej skomplikowane procedury, będą skłonne pozbywać się złych kredytów, sprzedając je firmom windykacyjnym. Do pozbywania się zagrożonych i nieregularnie spłacanych należności skłaniać też będzie wprowadzenie podatku od aktywów. W przypadku polskich banków głównym składnikiem aktywów są właśnie kredyty. Dodatkowe obciążenie podatkowe spowoduje, że w pierwszym rzędzie jak najszybciej będą chciały uwolnić się od balastu przeterminowanych długów. Oczywistym wyborem będzie ich sprzedaż firmom windykacyjnym. Oprócz tych dwóch zasadniczych zmian, na rynek wierzytelności wpłynąć też mogą nowe regulacje dotyczące działalności komorników oraz rosnąca popularność nowych przepisów o upadłości konsumenckiej. Ograniczenie liczby spraw prowadzonych przez kancelarie komornicze i rejonizacja ich działalności z jednej strony może nieco komplikować życie firmom windykacyjnym, jednak z drugiej, powinno to przyczynić się do zwiększenia efektywności działania komorników, czyli pozytywnie przełożyć się na wartość należności odzyskiwanych od zadłużonych. Wpływ nowych zasad upadłości konsumenckiej, a także zmian w prawie upadłościowym firm na funkcjonowanie rynku wierzytelności będzie niewielki. Windykatorzy wciąż liczą na większą aktywność przedsiębiorców w przekazywaniu wierzytelności do obsługi.

    Nowe tendencje
    Niezależnie od wspomnianych zmian regulacyjnych, należy spodziewać się kontynuacji tendencji zapoczątkowanych już wcześniej. Należy do nich przede wszystkim zwiększający się udział trafiających na rynek kredytów hipotecznych. Choć należą one do najlepiej spłacanych zobowiązań, jednak i w tej grupie rośnie odsetek kredytów zagrożonych, a dotyczy to nie tylko zobowiązań we frankach szwajcarskich, ale i złotowych. O ile w 2014 roku banki pozbyły się na rzecz windykatorów kredytów hipotecznych o wartości ok. 2,5 mld złotych, to w ubiegłym roku do sprzedaży trafiło ich ponad dwukrotni więcej. Tendencja ta będzie  się nasilała wraz ze starzeniem się kredytów mieszkaniowych. Wśród okoliczności, których wpływ na rynek na tym etapie jest trudny do zidentyfikowania, należy wymienić przygotowywane ustawowe regulacje dotyczące kredytów hipotecznych we frankach. Niewiadomą pozostaje zarówno ich kształt, jak i termin ich wprowadzenia. Do czasu rozstrzygnięcia tych kwestii, ta kategoria kredytów będzie wyłączona z możliwości nabywania i obsługi przez firmy zarządzające wierzytelnościami. Nie można jednak wykluczyć, że później pojawią się dla nich nowe możliwości, choćby związane z przejmowanymi przez banki nieruchomościami. Jednym z czynników, którego negatywnego wpływu na rynek wierzytelności nie sposób pominąć, może być zmniejszenie dynamiki akcji kredytowej, spowodowanej z jednej strony konsekwencjami opodatkowania aktywów, z drugiej – ograniczeniem możliwości udzielania przez banki kredytów, związanym z wymogami kapitałowymi. Z kolei jednym z bardziej obiecujących kierunków ewolucji rynku wierzytelności jest wykorzystanie na większą skalę mechanizmów sekurytyzacji, czyli przekazywania portfeli długów specjalnie do tego powołanym funduszom oraz emitowania papierów dłużnych, których zabezpieczeniem są portfele wierzytelności. O ile w przypadku tradycyjnych form zarządzania i obsługi wierzytelności nasz rynek można uznać za dojrzały, to w kwestii wykorzystania mechanizmów opartych na sekurytyzacji zostajemy zdecydowanie w tyle za światowymi i europejskimi standardami. Postęp w tej dziedzinie mógłby stanowić istotną zmianę jakościową, polegającą na zwiększeniu udziału w rynku zarządzania wierzytelnościami kredytów pracujących, a więc regularnie spłacanych przez klientów.

    Konsolidacja postępuje
    Wzrost atrakcyjności polskiego rynku wierzytelności sprawia, że nasila się walka o jego podział. Zwiększyć w nim swoje udziały starają się nie tylko dotychczasowi liderzy, coraz większy apetyt mają też gracze z zagranicy. Łupem tych ostatnich stały się już Casus Finanse, przejęte przez międzynarodową grupę Lindorff, Ultimo kupione przez norweski B2 Holding oraz Navi Group, które trafiło do szwedzkiej firmy Hoist Finance. Na nasz rynek łakomym wzrokiem spogląda wciąż amerykańska Portfolio Recovery Associates Group. Jako potencjalne cele przejęcia wymieniane są Kredyt Inkaso, Best i DTP. Nie próżnują też polskie firmy. EGB przejęta została przez Altus TFI. Z kolei Kruk ma umowę inwestycyjną, zakładającą przejęcie portfela od PRESCO, a Best objął 30-procentowy pakiet akcji Kredyt Inkaso.Najnowszym wydarzeniem jest sprzedaż przez Idea Bank wchodzącej w skład grupy Leszka Czarneckiego firmy zarządzającej wierzytelnościami GetBack. Nabywcą został Emest Investments, spółka działająca prawdopodobnie na rzecz funduszu private equity Abris, znanego swego czasu z blokowanej przez KNF transakcji przejęcia FM Banku. Wartość transakcji to 825 mln złotych. Kolejnych ruchów można spodziewać się w nieodległej przyszłości. Mogą przynieść spore zmiany na rynku, także te o charakterze jakościowym.

    Cywilizowanie rynku pożyczek

      Intensywny marketing, stałe poszerzanie oferty i rozwój kanału internetowego sprawiły, że poza bankami z pożyczek online i tzw. chwilówek skorzystał już co dziesiąty Polak, a blisko 60 proc. deklaruje, że zrobi to ponownie

      Przez lata dla wielu polityków, ekonomistów branża pożyczkowa była solą w oku. Pozbawiona typowej dla instytucji bankowych kontroli, choćby ze strony Komisji Nadzoru Finansowego, mimo licznych prób uregulowania z roku na rok rosła w siłę. Od oferty chwilówek nie odstraszały klientów ani drakońskie niekiedy poziomy odsetek, prowizji, ani też innych wymyślnych dodatkowych opłat, co w wielu przypadkach kończyło się wpadnięciem w pętlę zadłużenia. Przyciągały za to przede wszystkim: dostęp online, krótki czas rozpatrywania wniosków oraz brak stosowanych przez banki obostrzeń dotyczących zdolności kredytowej. I ludzie będą nadal szukać pomocy w instytucjach tej branży, przede wszystkim ze względu na poziom zarobków.

      Według prof. Jerzego Żyżyńskiego, nowego członka Rady Polityki Pieniężnej, aż 60 proc. Polaków nie ma żadnych oszczędności, a ci, którzy nawet uważają, że je mają, dysponują kwotą zaledwie kilku tysięcy złotych. Tymczasem według ekspertów, o oszczędnościach można mówić dopiero wtedy, kiedy na koncie ma się tyle pieniędzy, by żyć za nie przez minimum rok bez uzyskiwania dochodów. Niedawna nowelizacja ustaw o nadzorze nad rynkiem finansowym i kredycie konsumenckim (określana popularnie jako antylichwiarska – Dz.U. z 2015 r., poz. 1357) ma za zadanie ucywilizować ten, rozwijający się prężnie poza typową dla instytucji bankowych kontrolą, rynek. Część przepisów obowiązuje już od 11 marca, a kolejne wejdą w życie w kwietniu. Gra idzie o duże pieniądze. Według szacunków Związku Firm Pożyczkowych grupującego głównie podmioty działające na rynku krótkoterminowych pożyczek w internecie, wartość udzielonych w 2016 roku chwilówek może przekroczyć 6 miliardów złotych.

      Dynamiczny rynek
      Branża pożyczek pozabankowych ma w Polsce niezbyt długą historię. Według Andrzeja Rotera, dyrektora generalnego Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF), jej rozwój można podzielić na dwa etapy. Do roku 2011 był to rynek o bardzo ubogiej ofercie i minimalnej konkurencji. Praktycznie za ponad 80 proc. wartości oferty odpowiadała jedna firma (działający w Polsce od 1997 roku Provident). Według ekspertów KPF, w okresie 2008-2011 wartość pożyczek udzielonych przez tę branżę mieściła się w przedziale 2,3-2,6 mld złotych. Wyraźne przyspieszenie nastąpiło od roku 2012, kiedy na rynku pojawiło się wielu nowych graczy, specjalizujących się głównie w sprzedaży internetowej. Wartość umów zawartych przez firmy pożyczkowe przekroczyła wtedy 3 mld złotych, by w roku 2014 osiągnąć już 4,8-4,9 mld złotych. To niezbyt dużo w porównaniu z wartością umów podpisanych w tym samym roku na bankowym rynku kredytu konsumenckiego (77,8 mld zł). Gdy jednak uwzględnimy wyłącznie wartość pożyczek udzielanych w kolejnych latach okresu 2012-2014, dynamika wzrostu wartości rynku wynosiła średnio ok. 23 proc., gdy dla bankowych kredytów konsumenckich – ok. 10 proc.

      Warto w tym miejscu zauważyć, że analizę tego sektora utrudnia brak danych o jakości zbliżonej do statystyk, jakie przygotowuje w przypadku banków KNF czy NBP. Lukę tę starają się wypełnić organizacje grupujące firmy pożyczkowe, które udostępniają dane oparte na badaniach ankietowych. Obecnie w polskim sektorze pozabankowym funkcjonują trzy modele biznesowe domowy, reprezentowany przez takie firmy, jak Provident (należy do międzynarodowej grupy International Personal Finance) czy Bocian Pożyczki (Everest Finanse); oddziałowy (Profi Credit, który wchodzi w skład międzynarodowej grupy Profireal i KREDYTY- Chwilówki) oraz internetowy (Vivus, który należy do 4finance Group, działającej w Europie Środkowej i Skandynawii) oraz brytyjski Wonga.com). Jak wynika z raportu Domu Maklerskiego NWAI „Rynek firm pożyczkowych”, cały sektor osiągnął w 2015 roku 3-3,1 mld złotych przychodów. Ponad połowa rynku należy do Providenta (1,5 mld zł), a jego główni rywale to Profi Credit (ok. 450 mln zł) i Vivus (ok. 350 mln zł). Jak podsumowuje autor raportu Piotr Miliński, „lider zmaga się się jednak ze stagnacją wzrostu, podczas gdy rywale notują 30-40-procentową dynamikę przychodów”.

      Zmiany już są widoczne
      Ostatnia nowelizacja ustawy antylichwiarskiej, której część przepisów weszła w życie 11 marca, już zmieniła pożyczkowy rynek pozabankowy, przede wszystkim jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa konsumentów. Wspominaliśmy już o tym w marcowym „Managerze”, więc teraz tylko przypomnijmy w skrócie, o co chodzi. Po pierwsze: nowe uregulowania wprowadziły limity kosztów pozaodsetkowych pożyczek (prowizja, ubezpieczenie, wizyta w domu klienta, opłata przygotowawcza, itp.). Nie mogą być one większe niż 25 proc. pożyczanej kwoty i 30 proc. tej kwoty w skali roku. Jeśli chodzi o maksymalną wysokość odsetek, nadal obowiązuje 4-krotność stopy lombardowej NBP, czyli 10 proc. w skali roku. Po drugie: wprowadzono maksymalny limit opłat za opóźnienie w spłatach. Do 11 marca pożyczkodawcy mieli tu wolną rękę i stąd zdarzało się naliczanie opłat rzędu 50 zł (a niekiedy i więcej) za wezwanie listowne. Teraz jest to maksymalnie 6-krotność stopy lombardowej NBP, czyli 15 proc. (limit ten ma również obejmować opłaty za czynności windykacyjne). I wreszcie trzecia kwestia to ograniczenie tzw. rolowania długu, czyli spłacania jednej pożyczki kolejną.

      Od 11 marca wszystkie opłaty związane z odroczeniem spłaty muszą mieścić się we wspomnianym wyżej limicie kosztów pozaodsetkowych, który liczy się od pierwszej udzielonej pożyczki i obejmuje także wszystkie inne pożyczki wzięte w ciągu 120 dni. W praktyce oznacza to, że dla firmy pożyczkowej rolowanie stało się nieopłacalne. Już po pobieżnej analizie najnowszych ofert firm pożyczkowych widać wyraźne zmiany, będące konsekwencją tych zapisów. Na przykład Provident, specjalizujący się do tej pory w pożyczkach z tzw. obsługą domową, zdecydował się na wejście na rynek z ofertą internetową. Powód? Obsługa domowa wliczana jest do limitu kosztów i nie można na niej zarabiać już tyle, ile przed 11 marca. Kilka firm zdecydowało się na wydłużenie okresu kredytowania. Zamiast popularnych do niedawna 30-dniowych chwilówek, np. Wonga. com wydłużył ten okres do 60 dni. Wszystko dlatego, że zarówno prowizja, jak i odsetki naliczane są w skali roku, więc im dłuższy okres spłaty, tym zarobek na pożyczce większy. Spory ruch obserwowany jest również jeśli chodzi o prowizje. Te firmy, które oferowały chwilówki z prowizjami przekraczającymi dopuszczalny limit obniżyły je zgodnie z nowymi wymogami. Są jednak i takie, które wcześniej miały prowizje niższe i teraz podniosły je w pobliże ustawowej granicy.

      Co jeszcze czeka firmy pożyczkowe?

      Kolejne zmiany, dotyczące tym razem funkcjonowania samych firm pożyczkowych, wprowadzają zapisy nowelizacji ustawy antylichwiarskiej, które wchodzą w życie od 11 kwietnia. Chodzi o obowiązek dostosowania do nowych wymagań formy prawnej prowadzonej działalności oraz minimalnej wysokości kapitału zakładowego. Od tej daty podmiotami, które prowadzą działalność pożyczkową, nie będą już mogły być ani osoby fizyczne, ani spółki osobowe (jawne, partnerskie, komandytowe). Nowelizacja wprowadza obowiązek prowadzenia takiej działalności tylko w formie spółki kapitałowej, czyli spółki z o.o. lub akcyjnej. Dodatkowo określono minimalną wysokość (200 tys. złotych) i sposób wniesienia kapitału zakładowego (wyłącznie w postaci wkładu pieniężnego). Ustawodawca zastrzegł przy tym, że środki na jego pokrycie nie mogą pochodzić z kredytu, pożyczki, emisji obligacji lub ze źródeł nieudokumentowanych. Nowelizacja wprowadza również obowiązek niekaralności osób zasiadających we władzach spółki pożyczkowej. Taka osoba nie może być wcześniej prawomocnie skazana za przestępstwo przeciwko wiarygodności dokumentów, mieniu, obrotowi gospodarczemu, obrotowi pieniędzmi i papierami wartościowymi lub skarbowe. Kara za niedostosowanie się do nowych przepisów jest dotkliwa – grzywna do 500 tys. złotych i kara pozbawienia wolności do lat dwóch. Z kolei grzywną do 1 mln złotych i karą pozbawienia wolności do lat trzech zagrożone jest ujawnienie informacji stanowiących tajemnicę bankową lub wykorzystanie jej niezgodnie z upoważnieniem określonym w ustawie. Informacje te, po uzyskaniu odpowiedniej zgody klienta, mogą być zbierane i przetwarzane przez instytucję pożyczkową wyłącznie w celu oceny zdolności kredytowej oraz analizy ryzyka kredytowego. Znowelizowana ustawa uprawnia też KNF do prowadzenia postępowania wyjaśniającego wobec firm pożyczkowych, co do których zachodzi podejrzenie, że wykonują działalność bez zezwolenia, a w szczególności z zamiarem oszustwa. Za utrudnianie takiego postępowania będzie grozić grzywna do 500 tys. złotych, kara ograniczenia wolności albo więzienia do lat dwóch.

      Kosztowne dostosowanie, czyli nie wszyscy mogą zdążyć
      Ta grupa zmian prawnych również przyniesie zmiany na rynku. Istnieją obawy, że cześć firm pożyczkowych po prostu może nie zdążyć przed upływem terminu dostosować się do nowych zapisów. Przekształcenie działalności w spółkę kapitałową to bowiem procedura czasochłonna i kosztowna.

      – Dlatego oczekujemy, że na rynku nastąpi konsolidacja i firmy najmniejsze połączą się lub zostaną przejęte przez liderów branży – przyznaje Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych.

      – W oparciu o wyniki finansowe za ostatni rok wyliczyliśmy, że koszt nowych regulacji to dla nas około 30 mln funtów (ok. 168 mln złotych) – powiedział na niedawnej konferencji David Parkinson, prezes Provident Polska. – Wydaje się jednak, że koszty regulacji można ograniczyć o nawet 50 procent, choć będzie to uzależnione od zachowania klientów i konkurencji – dodał.

       

      Ekonomizacja polityki

      Ryszard Czarnecki, jedyny polski wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, o tym, czy doświadczenia managerskie pomagają w polityce

      Spotkaliśmy się, by porozmawiać o polityce w kontekście biznesu, nie sposób jednak nie odnieść się do tego, co stało się ostatnio w Brukseli.
      Po Madrycie AD 2004, Londynie AD 2005 i Paryżu AD 2015 mamy Brukselę. Spodziewaliśmy się tego w Prezydium Parlamentu Europejskiego, choć pewnie dla wielu zaskakująca była skala ofiar i fakt, że nie zaatakowano instytucji UE. Wśród ofiar są, niestety, jak w stolicach i Hiszpanii, i Wielkiej Brytanii, także Polacy. To, co się stało tylko potwierdza słuszność naszej ostrożnej i sceptycznej polityki imigracyjnej.

      Pańska kariera to splot polityki i biznesu, z przewagą tej pierwszej. Czy doświadczenia managerskie mogą być przydatne w pracy europarlamentarzysty?
      Teoretycznie rzecz biorąc to dwa zupełnie różne światy, które jednak stale się przenikają. Próby przejścia z polityki do biznesu zwykle są niezbyt udane, w odróżnieniu od transferów w drugą stronę. Najlepiej świadczy o tym przykład Donalda Trumpa, który zdobywa coraz więcej zwolenników. Na Słowacji w 2014 roku w wyborach prezydenckich wygrał przedsiębiorca Andrej Kiska, którego konkurentem był rasowy polityk, premier Robert Fico.

      A jak to wyglądało w Pańskim przypadku?
      To, czego nauczyłem się jako manager, procentuje do dzisiaj. Dla mnie szczególnie ważna jest praca w zespole. Często powtarzam, że w polityce można być solistą, ale to niewłaściwa droga. Zamiast boksować się ze wszystkimi wokół, lepiej szukać możliwości współpracy. Mając inne nastawienie do świata i ludzi nie mógłbym dobrze pełnić swojej obecnej funkcji, w Parlamencie Europejskim, gdzie pełno jest ludzi o bardzo silnej osobowości.

      Zaczynał Pan jako dziennikarz.
      Jako rodowity londyńczyk poznawałem reguły gry rynkowej pracując etatowo w „Polish Daily”. Po powrocie do kraju zostałem prezesem spółki Norpol-Press we Wrocławiu. Niejedną noc spędziłem w należącej do niej drukarni. Był to początek lat 90. Na rynku pojawiały się nowe tytuły, więc walczyłem wspólnie z moimi współpracownikami o pozyskanie nowych klientów dla drukarni. Przez cztery lata kierowałem redakcją w Polsacie. Przewodniczyłem Radzie Programowej Radia Polonia i szefowałem Radzie Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Udało mi się też połączyć hobby z pracą – gdy przez 8 lat społecznie byłem prezesem i wiceprezesem klubu żużlowego WTS Atlas Wrocław oraz angażowałem się w pracę Rady Nadzorczej klubu piłkarskiego WKS Śląsk. Nawet w okresie, gdy większość czasu poświęcałem polityce, nie zerwałem kontaktu ze światem biznesu – byłem najpierw wiceprzewodniczącym, a od 2013 roku przewodniczącym Rady Nadzorczej spółki „Forum”, która wydaje dziennik „Gazeta Polska Codzienna”, ale także jako członek Rady Nadzorczej „Fratrii” w pierwszym okresie jej działalności. Przewodniczyłem również Radzie Dyrektorów Polish Credit Union. O tej ostatniej instytucji warto powiedzieć kilka słów – jest to kasa oszczędnościowo- kredytowa dla Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Powstała w 2012 roku, mając za wzór podobne instytucje finansowe w USA i Kanadzie. Obecnie angażuję się w działalność PCU jako jej honorowy prezydent.

      Skoro już mówimy o zarządzaniu, co – Pańskim zdaniem – decyduje o sukcesie managera, ale też polityka?
      Jak już wspomniałem, podstawową kwestią jest umiejętny dobór współpracowników. Zespół działa dobrze tylko w jednym przypadku – gdy lider umie jasno określić cele, które chce osiągnąć. A w tej sprawie jestem skrajnym realistą. Uważam, że – wbrew staremu porzekadłu – należy mierzyć zamiary na siły.

      Dlaczego w naszym kraju większość polityków uważa za cnotę trzymanie się jak najdalej od biznesu?
      W krajach tzw. Starej Unii wygląda to zupełnie inaczej. Wystarczy pójść na kongres którejkolwiek z brytyjskich partii, żeby w kuluarach zobaczyć stoiska wielu firm. Jest to dla mnie czymś najzupełniej naturalnym: rozwój krajowego biznesu decyduje o kondycji państwa. Wiedzą o tym liderzy światowych mocarstw wspierający podczas wizyt zagranicznych rodzimych przedsiębiorców. Pamiętam zdziwienie znajomych polityków, gdy podczas wizyty w Polsce Jacques Chirac wprost mówił o konkretnych interesach francuskich firm. Co więcej – uważał, że to jego obowiązek. Podobną rolę pełnią na co dzień ambasady. Chciałbym podkreślić, że jednym z ważniejszych wyzwań jest teraz ekonomizacja naszej polityki zagranicznej.

      Na razie dominuje nieufność…
      To wynik radosnej twórczości lat 90. Gdy formował się krajowy biznes, niektórzy przedsiębiorcy załatwiali sprawy za pomocą toreb pełnych pieniędzy, a przy okazji brali udział w wyborach, by zapewnić sobie immunitet. Relacje polityka-biznes muszą być transparentne. Aby tak się stało, trzeba je sprofesjonalizować. Nie widzę innej alternatywy.

      Jest Pan już trzecią kadencję europosłem, a od 1 lipca 2014 roku wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Czy nasi europarlamentarzyści potrafią odpowiednio wykorzystać swoją obecność w Brukseli działając na rzecz naszego kraju?
      Po wejściu Polski do Unii musieliśmy zrozumieć, jak funkcjonuje europarlament, poznać procedury i zależności. Myślę, że radzimy sobie z tym bardzo dobrze, choć oczywiście nadal powinniśmy się uczyć od najlepszych. Świetnie radzą sobie z tym z pozoru eurosceptyczni Brytyjczycy, którzy lobbują znakomicie, aby wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy z UE. Ciekawy jest przykład Hiszpanii, która przez pierwsze trzy lata obecności w EWG, zamiast korzystać z brukselskiej pomocy, dokładała do wspólnej kasy. Dopiero później nauczyła się, jak załatwiać swe sprawy. Szczególnie istotną sprawą, ważniejszą niż partyjne interesy, jest solidarność przedstawicieli danego kraju, co znakomicie rozumieją Niemcy i Francuzi. Ze zdumieniem patrzyłem np. na Włochów, którzy potrafili głosować przeciw kandydaturze przedstawiciela swojego kraju. Przez wiele lat nasi europarlamentarzyści wspierali każdego Polaka, który – niezależnie od różnic ideologicznych – mógł coś zdziałać dla naszego kraju. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że ostatnio coś pękło i ta niepisana zasada przestała obowiązywać. Zawsze głosowałem na Polaków, obojętnie od ich opcji – dziś nasza opozycja tak w PE już nie czyni. Szkoda.

      Co lubi Ryszard Czarnecki?

      Wypoczynek bardzo często podróżuje służbowo i nigdy się tym nie nudzi. Szczególnie interesuje go azjatycka część byłego ZSRR i Kaukaz Południowy, ale też Afryka – był tam w 16 krajach. Miasto, do którego szczególnie lubi wracać, to Londyn, gdzie się urodził i pracował jako młody człowiek
      Kuchnia j
      est patriotą kulinarnym, ale lubi też prostą, ludową włoską kuchnię oraz kuchnię azjatycką Restauracja niedawno zamknięto jego ulubioną restaurację w Brukseli „La Madonna” na placu Jourdan
      Samochód
      Audi 6
      Hobby s
      port, zwłaszcza żużel i piłka nożna. W 2003 roku obserwował na żywo wszystkie żużlowe Grand Prix. Jako student należał do piłkarskiej reprezentacji Uniwersytetu Wrocławskiego. Będąc posłem grał w ataku w drużynie Sejmu RP wspólnie z Donaldem Tuskiem

       

      Ważne Informacje

      Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

      Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

      AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

      Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

      Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

      Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

      Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

      Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

      Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

      Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

      Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...