.
Strona główna Blog Strona 394

Co nam zrobi Donald Trump

Obok Chin, Japonii, Meksyku, Apple czy Forda także Polska może czuć się zagrożona perspektywą zwycięstwa Donalda Trumpa w listopadowych wyborach prezydenckich w USA. I nie jest to perspektywa nierealna, bo kontrowersyjny miliarder jest coraz bliżej zdobycia nominacji Partii Republikańskiej

W ciągu trzech dekad Donald Trump na bazie deweloperskiej firmy swojego ojca zbudował konglomerat, który jest właścicielem, zarządzającym lub inwestorem na rynku nieruchomości, przede wszystkim w Nowym Jorku i na Florydzie, ale także w Kanadzie czy Izraelu. Jest jedną z 36 osób, które na liście najbogatszych Amerykanów, sporządzanej przez miesięcznik „Forbes”, utrzymują się od jej pierwszego wydania w 1982 roku. Przed 34 laty jego majątek został wyceniony na 100 mln dolarów, a w 2015 roku już na 4,5 mld dolarów, choć sam Trump utrzymuje, że jest wart 10 mld dolarów. Utalentowany przedsiębiorca, synonim sukcesu, giełdowy inwestor… A mimo tego jego ewentualne zwycięstwo w listopadowych wyborach prezydenckich postrzegane jest jako poważny czynnik ryzyka dla stabilności globalnej gospodarki i rynków finansowych.

Wojna ze wszystkimi
Trump przedstawia się jako obrońca miejsc pracy dla Amerykanów. Według niego, na poziomie międzynarodowym zagrażają im źle wynegocjowane umowy o wolnym handlu podpisywane przez USA oraz nieuczciwa konkurencja ze strony takich państw, jak Chiny, przeciw którym wysuwa podnoszone od lat zarzuty o zaniżanie kursu juana. W 2015 roku Stany Zjednoczone w handlu towarami z Chinami zanotowały najwyższy w historii deficyt, w wysokości 366 mld dolarów. Rozwiązanie tego problemu biznesmen widzi w obłożeniu chińskich towarów 45-procentowym cłem. Trump zapowiedział, że jako prezydent będzie się domagał renegocjacji funkcjonującego od 1994 roku Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu (NAFTA) lub Stany Zjednoczone po prostu wystąpią z tej strefy, tworzonej wspólnie z Kanadą i Meksykiem. Na cenzurowanym znalazła się także Japonia, która – według Trumpa – za „darmową” ochronę przed Chinami i Koreą Północną ze strony amerykańskich wojsk odwdzięcza się nieuczciwymi praktykami handlowymi. – Oni wysyłają do nas samochody milionami, a co my robimy? Kiedy ostatni raz widzieliście Chevroleta w Tokio? Kiedy po raz ostatni pokonaliśmy w czymś Japonię? – pytał na jednym z wyborczych spotkań.

Zwycięstwo Donalda Trumpa w prezydenckich wyborach to widmo globalnej wojny handlowej, co jest poważnym zagrożeniem dla szukającej pokryzysowej równowagi światowej gospodarki. Już teraz to, co biznesmen mówi do swoich wyborców, może mieć realny wpływ na rzeczywistość. Na ratyfikację fikację czeka negocjowane przez 12 lat Partnerstwo Transpacyficzne (TPP), regulujące zasady handlu między USA i 11 państwami strefy Azji i Pacyfiku (w tym Japonią) i wynik głosowania w amerykańskim Senacie wcale nie jest przesądzony. Jeśli Trump zostanie prezydentem pod znakiem zapytania stanie też ciągle negocjowane porozumienie o wolnym handlu między USA i Unią Europejską (TTIP).

Apple ma być amerykański
Według Trumpa, amerykański rynek pracy wymaga także ochrony przed imigrantami. Tych, którzy przebywają na terenie Stanów Zjednoczonych nielegalnie biznesmen zamierza po objęciu prezydentury deportować. Nielegalnych przybyszów z Meksyku określił jako „kryminalistów i gwałcicieli”. Ich napływ zamierza powstrzymać stawiając mur na granicy ze swoim południowym sąsiadem, a każdy przypadek jej bezprawnego przekroczenie będzie dla meksykańskiego rządu oznaczał karę w wysokości 100 tys. dolarów. W polu rażenia Donalda Trumpa znalazły się nie tylko nieuczciwie grające ze Stanami Zjednoczonymi państwa, ale i amerykańskie korporacje, które wyprowadzają miejsca pracy za granicę. Trump zapowiedział, że zmusi Apple’a, by produkował swoje iPhone’y w USA. Piętnuje też takie korporacje, jak Ford, które, ze względu na niższe koszty pracy, produkcję samochodów rozwijają w Meksyku. Ambicją Trumpa jest wzmocnienie amerykańskiej klasy średniej. Jej odbudowie ma sprzyjać obniżenie podatków, choć jednocześnie Trump zamierza zrównoważyć budżet. Tymczasem w ostatniej dekadzie Stany Zjednoczone pożyczały każdego roku średnio równowartość 7 proc. PKB; zlikwidowanie deficytu wymagałoby zatem cięć po stronie rządowych wydatków, liczonych w setkach miliardów dolarów. Podsumowując polityczne i ekonomiczne poglądy Donalda Trumpa eksperci Economist Intelligence Unit, think tanku działającego przy tygodniku „Economist”, ewentualne zwycięstwo kandydata Republikanów uznali za jedno z poważniejszych zagrożeń dla globalnej gospodarki. W skali od zera do 20, intensywność zagrożenia związanego z objęciem przez niego prezydentury oceniono na 12 punktów. Jeśli prawdopodobieństwo zwycięstwa Donalda Trumpa, oceniane na razie jako niewielkie, będzie rosło, inwestorzy zaczną redukować ryzykowne lokaty, na przykład w akcje i obligacje notowane na rynkach wschodzących, takich jak Polska.

Tyson na pomoc
Trump ma przeciw sobie media, trudno też znaleźć pozytywną opinię o poglądach kandydata ze strony ekspertów. Nie przeszkadza mu to jednak wygrywać w kolejnych prawyborach, a jego nominacja na kandydata Republikanów jest już niemal pewna. Kto go popiera? Za biznesmenem ujął się, na przykład, Mike Tyson, w przeszłości najmłodszy bokserski mistrz świata kategorii ciężkiej, który kilka swoich walk w latach 80. stoczył w kasynach należących do Trumpa. – Teraz wie, jak to jest, kiedy wszyscy są przeciwko tobie. Jak ci sami ludzie, którzy wcześniej mieli w zwyczaju przebywać w twoim towarzystwie, teraz mówią, że trzeba zrobić wszystko, żeby się ciebie pozbyć – deklaruje Tyson. Bokser porównuje historię Trumpa do swoich własnych losów, kiedy – z jednej strony – podziw budziły jego umiejętności pięściarskie, z drugiej, był wrogiem publicznym numer jeden ze względu na brutalne zachowania w ringu czy kryminalną przeszłość. Nie na darmo ten jeden z najbardziej przerażających bokserów w historii nosił przydomek „Bestia”. Trump może mu dorównać i zostać najbardziej nieprzewidywalnym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych.

Energetyka szoruje po dnie

W efekcie spadających cen energii, zwiększonych inwestycji, odpisów aktualizujących wartość aktywów i wymuszonej pomocy dla górnictwa kursy spółek energetycznych spadły do rekordowo niskich poziomów. Teraz będzie już tylko lepiej?

W teorii akcje spółek energetycznych powinny opierać się wahaniom giełdowej koniunktury, w praktyce jednak w 2015 roku kursy na GPW w tym sektorze spadły o 32 proc. To najgorszy wynik w historii. Na przełomie 2015 i 2016 roku rekordowo niskie kursy zanotowały akcje PGE, Tauronu, Energi, Enei i ZE PAK, czyli pięciu z dziewięciu spółek wchodzących w skład indeksu WIG-energia. Pod względem zachowania kursów gorzej od energetyki wypadła w ubiegłym roku jedynie branża surowcowa. Jednocześnie wyniki finansowe koncernów energetycznych za 2015 rok były lepsze od oczekiwań analityków, a poziom wycen – na przykład, w odniesieniu do firm notowanych na rynkach zagranicznych – jest relatywnie niski. To sugeruje, że, być może, inwestorzy zagalopowali się w dyskontowaniu negatywnych informacji i w związku z tym bessa w sektorze energetycznym już się zakończyła.

Na pomoc górnictwu
– Zapewne większość negatywnych informacji dotyczących energetyki już ujrzała światło dzienne, ale wciąż jest jeszcze kilka istotnych niewiadomych. Na przykład, jeśli chodzi o skalę zaangażowania w ratowanie górnictwa – mówi Robert Maj, analityk zatrudniony w Haitong Bank. Pomysł wykorzystania kontrolowanych przez Skarb Państwa spółek energetycznych do ratowania znajdującego się w złej sytuacji finansowej górnictwa, wymyślony jeszcze przez rząd PO, za rządów PiS zaczął przybierać realne kształty. Według złożonych w połowie marca deklaracji, na wsparcie Polskiej Grupy Górniczej (PGG), powstającej na gruzach Kompanii Węglowej, Energa gotowa jest wyłożyć 600 mln złotych, PGE 500 mln, a PGNiG Termika – 400 mln złotych. Jednak łączna kwota 1,5 mld złotych nie rozwiązuje kwestii pomocy dla nowej firmy, a w kolejce czeka jeszcze Katowicki Holding Węglowy, który potrzebuje 400-500 mln złotych. Do roli jednego z jego darczyńców wytypowana została Enea.

– Jeśli ceny węgla nie wzrosną, a nic na to nie wskazuje w najbliższym czasie PGG bardzo trudno będzie zarabiać pieniądze. A to oznacza, że także w kolejnych latach firma potrzebować będzie finansowego wsparcia – mówi Robert Maj. W ubiegłym roku Kompania Węglowa miała ok. 1 mld złotych straty. Warunkiem kapitałowego zaangażowania firm energetycznych w powstającą PGG jest na tyle głęboka restrukturyzacja Grupy, żeby już w 2017 roku przyniosła zysk. Jednym z wymogów udzielenia pomocy jest także pozyskanie przez PGG kolejnych inwestorów, którzy dokapitalizują spółkę kwotą minimum 1,5 mld złotych. Energa i PGE domagają się również, żeby program restrukturyzacji został zatwierdzony przez górnicze związki zawodowe – bez redukcji zatrudnienia i podniesienia wydajności pracowników osiągnięcie rentowności przez PGG będzie niemożliwe. Firmy energetyczne zastrzegają także, że w ciągu najbliższych 10 lat nie zamierzają więcej dofinansowywać PGG.

– Gdyby te warunki zostały przyjęte, to z punktu widzenia energetyki byłaby to dobra wiadomość. Ale z drugiej strony, politycy zapewniają, że na restrukturyzacji kopalń górnicy nie ucierpią. Do inwestorów docierają sprzeczne komunikaty – przyznaje Bartłomiej Kubacki, analityk Société Générale. Jednorazowe wsparcie dla górnictwa inwestorzy są w stanie zaakceptować, co najlepiej pokazuje zachowanie kursu akcji gdańskiej Energi. Wprawdzie po podaniu informacji, że spółka wesprze PGG kwotą 600 mln złotych i stanie się największym darczyńcą górnictwa (choć wcześniej do takiej roli typowana była największa w branży PGE) notowania akcji spadły o 11 proc., to jednak w ciągu kolejnego tygodnia niemal w całości odrobiły straty. Notowania zwolnionego z konieczności pomocy górnictwu Tauronu wzrosły w marcu o ponad 20 proc. i był to najlepszy wynik wśród spółek z indeksu WIG20.

Ile jeszcze inwestycji?
Na kursach akcji spółek branży energetycznej ciążą także inwestycje w moce wytwórcze – w Polsce powstają bloki energetyczne o mocy ok. 6 tys. MW, o łącznej wartości blisko 30 mld złotych. Między innymi Enea rozbudowuje elektrownię w Kozienicach, PGE w Opolu, a Tauron – w Jaworznie. Większość tych bloków będzie opalana węglem, ale nowy rząd – w ramach wspierania górnictwa i polityki niezależności energetycznej – zamierza jeszcze mocniej postawić na ten rodzaj paliwa. Stąd odkurzony pomysł budowy kolejnego bloku opalanego węglem kamiennym w Ostrołęce, którego kosztami (4-5 mld złotych) zostanie prawdopodobnie obciążona Energa.

– Takich, negatywnych z punktu widzenia akcjonariuszy spółek energetycznych, niespodzianek może być więcej. Na sprzedaż są też polskie aktywa francuskiego koncernu EDF i nie można wykluczyć, że ich nabywcą będzie któraś z kontrolowanych przez Skarb Państwa firm – mówi Bartłomiej Kubacki. Zaangażowanie w kolejne projekty inwestycyjne, same w sobie wątpliwe ekonomicznie przy obecnych cenach energii, zmniejszać będzie strumień dywidend płynących do akcjonariuszy. A regularne wypłaty z zysku to jeden z podstawowych motywów, dla których inwestorzy kupują akcje spółek energetycznych.

– Konsensus na rynku jest taki, że wydatki inwestycyjne będą rosnąć, a dywidendy – spadać. Z punktu widzenia inwestorów, ważna jest nie wysokość bieżącej dywidendy, ale stabilność polityki dywidendowej. A takiej stabilności trudno w najbliższych kilku latach oczekiwać – mówi Kamil Kliszcz, analityk DM mBanku. Jest już przesądzone, że dywidendy wypłacone za 2015 rok będą niższe niż rok wcześniej. Przed zaangażowaniem w ratowanie górnictwa Enea deklarowała, że wypłaci akcjonariuszom 1,2 złotego na akcję, co przy cenie akcji na poziomie 13 złotych dawało stopę dywidendy na poziomie 9 procent. Przy niskich stopach procentowych i niewielkich zyskach z papierów dłużnych, stanowiących punkt odniesienia do oceny atrakcyjności spółek dywidendowych, byłby to wynik bardzo dobry. Ale jest bardzo prawdopodobne, że spółka wypłaci najwyżej połowę deklarowanej kwoty.

Tauron i Enea mogą dywidendy nie wypłacić w ogóle, pod pozorem pogorszenia wyników finansowych. To efekt skorygowania w dół wartości elektrowni węglowych – cztery kontrolowane przez Skarb Państwa koncerny dokonały z tego tytułu odpisów o wartości 18 mld złotych. W efekcie ich łączny zysk netto za 2015 rok wyniósł 400 mln złotych, wobec 8,6 mld złotych rok wcześniej. Tauron i Enea zakończyły rok na minusie, zysk PGE spadł o 60 procent. Ale to tylko jednorazowa operacja księgowa, która nie zmniejsza strumienia gotówki płynącej do firm energetycznych z tytułu ich podstawowej działalności operacyjnej. Na poziomie EBITDA (zysk netto powiększony o amortyzację) firmy energetyczne zarobiły w 2015 roku 16 mld złotych, tyle samo co rok wcześniej. Teoretycznie mogłyby płacić inwestorom bardzo wysokie dywidendy. Ale czy zdecydują się w ogóle dzielić z akcjonariuszami zyskiem – nie jest przesądzone, bo powołane po wyborach nowe zarządy firm deklarują rewizję dotychczasowych strategii, w tym – dotyczących wypłaty dywidendy.

Co zmieni się w prawie
Zwiększone wydatki inwestycyjne na ratowanie górnictwa i rozbudowę nowych mocy wytwórczych oraz związane z nimi wątpliwości odnośnie zdolności spółek energetycznych do regularnego wypłacania dywidendy, to zagrożenia przez inwestorów w miarę dobrze rozpoznane i uwzględnione w wycenach akcji. Ale akcjonariuszy wciąż czekać mogą niespodzianki ze strony polityków.
Takie, na przykład, jak uchwalenie tzw. ustawy wiatrakowej. Zgodnie z propozycją grupy posłów PiS, nowe farmy wiatrowe będą mogły powstawać w odległości 10-krotności wysokości turbiny od najbliższych zabudowań, czyli w praktyce od 1,5 do 2 kilometrów. Według ekspertów, razem z nakładanymi przez tę ustawę obciążeniami podatkowymi i parapodatkowymi, zmniejszy to opłacalność eksploatacji już istniejących instalacji   spowoduje zatrzymanie nowych inwestycji w tym sektorze energetyki.

– Dla firm energetycznych oznaczać to będzie konieczność skorygowania w dół wartości posiadanych przez nie farm – mówi Bartłomiej Kubacki. Mimo tych wszystkich zagrożeń wiszących nad energetyką można przypuszczać, że w ich dyskontowaniu giełdowi inwestorzy posunęli się nieco za daleko. Wyniki z działalności operacyjnej branży wciąż są bardzo solidne i przy poziomie kursów z końca marca wskaźniki cena/zysk dla największych firm energetycznych kształtują się na poziomie 6-8, uwzględniając zyski na 2016 rok. W ostatnich kwartałach znacznie powiększyło się dyskonto, z jakim polskie spółki notowane są wobec zagranicznych przedsiębiorstw, dla których analogiczne wskaźniki wyceny oscylują wokół 15. A perspektywy wyników mogłyby się jeszcze poprawić, gdyby realnych kształtów nabrała koncepcja stworzenia w Polsce rynku mocy. Zgodnie z nią, kupowanym przez konsumentów produktem byłaby nie tylko energia, ale też utrzymanie bloku wytwórczego w stanie pozwalającym na jej produkcję. W ten sposób do firm popłynąłby strumień gotówki rekompensujący spadek cen prądu, wynikający głównie z wypierania z rynku energii produkowanej w starych, nieefektywnych blokach przez dotowaną energię ze źródeł odnawialnych. Projekt tych regulacji ma być gotowy do wakacji, ale nowe prawo musiałaby jeszcze zaakceptować Bruksela, bo rynek mocy jest formą pomocy publicznej.

– Jeśli założymy, że większość wątpliwości związanych z zaangażowaniem w ratowanie górnictwa, inwestycji w nowe moce wytwórcze i zmian w prawie zostanie rozstrzygnięta na korzyść firm energetycznych, to obecny poziom cen można uznać za atrakcyjny. To jednak dość ryzykowane założenie – podsumowuje Robert Maj. Ale tylko podjęcie ryzyka daje szansę na stosowną nagrodę.

Gorący rynek wierzytelności

    ManagerOnline

    Na rynku windykacyjnym wciąż panuje spory ruch. Dotyczy nie tylko dynamicznego wzrostu wartości portfeli długów i spraw przekazywanych firmom zarządzającym wierzytelnościami, ale i tempa procesów konsolidacji samych windykatorów

    Choć działalność firm windykacyjnych wciąż jeszcze kojarzy się ze ściąganiem należności od niesolidnych dłużników, zakres świadczonych usług, jak i metody ich realizacji są obecnie odległe od tradycyjnych wyobrażeń. Coraz częściej mówi się już nie o branży windykacyjnej, lecz o sektorze usług związanych z zrządzaniem wierzytelnościami. Zmiany modelu działalności dotyczą zarówno dłużników indywidualnych, jak i oferty dla przedsiębiorców. Windykatorzy w pierwszej kolejności koncentrują się na restrukturyzacji zadłużenia oraz windykacji polubownej, czyli umożliwieniu osobom mającym kłopoty ze spłatą wywiązania się ze zobowiązań, bez konieczności uciekania się do postępowań sądowych i zajęć komorniczych.

    W wielu przypadkach przynosi to korzyści zarówno dłużnikom, jak i wierzycielom oraz poprawia efektywność działania firm windykacyjnych. W przypadku przedsiębiorców oferta firm zarządzających wierzytelnościami obejmuje cały kompleks działań; nie tylko na etapie, w którym mamy do czynienia z przeterminowanymi należnościami. Stała współpraca z firmą zarządzającą wierzytelnościami umożliwia podjęcie działań minimalizujących ich powstanie, między innymi dzięki badaniu wiarygodności kontrahentów i klientów jeszcze przed nawiązaniem z nimi współpracy lub podpisaniem znaczących umów. Kolejnym etapem może być monitorowanie przebiegu współpracy z klientami, także pod kątem ewentualnych zagrożeń, oraz sugerowanie dostosowania działań do wyników tych obserwacji. Wszelkiego rodzaju działania prewencyjne dają znacznie lepsze efekty, nie wpływając jednocześnie negatywnie na przebieg współpracy między kontrahentami. W momencie powstania opóźnień firma windykacyjna, dysponując wiedzą i doświadczeniem, przejmuje realizację działań zmierzających do odzyskania należności, poczynając od postępowania polubownego, a na prowadzeniu spraw sądowych i postępowania egzekucyjnego w imieniu swoich klientów kończąc.

    Długów nie zabraknie
    Z niepełnych wciąż danych wynika, że w ubiegłym roku firmy windykacyjne kupiły portfele wierzytelności o wartości ok. 13 mld złotych i przyjęły zlecenia w formie inkasa na niemal 12 mld złotych. W obu przypadkach oznacza to wzrost o około miliard złotych w porównaniu do 2014 roku. Już na koniec pierwszego półrocza 2015 roku wartość wierzytelności obsługiwanych przez windykatorów przekraczała 61,5 mld złotych. To trzykrotnie więcej niż w 2010 roku. Od kilku lat dynamika wzrostu wartości rynku sięga 20-30 proc. i wszystko wskazuje na to, że ta tendencja będzie kontynuowana w najbliższej przyszłości. To pochodna zarówno wzrost  liczby i wartości udzielanych przez banki kredytów, z których część nie jest regularnie spłacana, stałego dopływu niespłacanych długów konsumenckich, jak i rosnącej liczby spraw przekazywanych przez firmy mające kłopoty z odzyskaniem należności od swoich kontrahentów. Według danych Komisji Nadzoru Finansowego, wartość samych tylko zagrożonych kredytów bankowych sięgała w trzecim kwartale 2015 roku blisko 76 mld złotych. Prawie połowa polskich firm boryka się z problemami z terminowym regulowaniem należności od klientów i kontrahentów. Coraz częściej o pomoc w ich rozwiązaniu zwracają się do windykatorów. Na rynek trafia też coraz więcej przeterminowanych kredytów, których przedsiębiorstwa nie są w stanie spłacić w bankach. Firmy windykacyjne mogą więc liczyć na stały dopływ przekazywanych im spraw, o wartości 15-20 mld złotych rocznie.

    Możliwe duże przyspieszenie
    Rynek wierzytelności czeka prawdopodobnie okres dynamicznego wzrostu, będącego wynikiem licznych w ostatnim czasie zmian regulacji prawnych. W sierpniu tego roku kończy żywot bankowy tytuł egzekucyjny, narzędzie umożliwiające bankom uproszczone i szybkie uruchamianie procedury egzekucji zobowiązań z tytułu niespłacanych kredytów z majątku zadłużonych. To z pewnością spowoduje, że zamiast na własną rękę prowadzić bardziej skomplikowane procedury, będą skłonne pozbywać się złych kredytów, sprzedając je firmom windykacyjnym. Do pozbywania się zagrożonych i nieregularnie spłacanych należności skłaniać też będzie wprowadzenie podatku od aktywów. W przypadku polskich banków głównym składnikiem aktywów są właśnie kredyty. Dodatkowe obciążenie podatkowe spowoduje, że w pierwszym rzędzie jak najszybciej będą chciały uwolnić się od balastu przeterminowanych długów. Oczywistym wyborem będzie ich sprzedaż firmom windykacyjnym. Oprócz tych dwóch zasadniczych zmian, na rynek wierzytelności wpłynąć też mogą nowe regulacje dotyczące działalności komorników oraz rosnąca popularność nowych przepisów o upadłości konsumenckiej. Ograniczenie liczby spraw prowadzonych przez kancelarie komornicze i rejonizacja ich działalności z jednej strony może nieco komplikować życie firmom windykacyjnym, jednak z drugiej, powinno to przyczynić się do zwiększenia efektywności działania komorników, czyli pozytywnie przełożyć się na wartość należności odzyskiwanych od zadłużonych. Wpływ nowych zasad upadłości konsumenckiej, a także zmian w prawie upadłościowym firm na funkcjonowanie rynku wierzytelności będzie niewielki. Windykatorzy wciąż liczą na większą aktywność przedsiębiorców w przekazywaniu wierzytelności do obsługi.

    Nowe tendencje
    Niezależnie od wspomnianych zmian regulacyjnych, należy spodziewać się kontynuacji tendencji zapoczątkowanych już wcześniej. Należy do nich przede wszystkim zwiększający się udział trafiających na rynek kredytów hipotecznych. Choć należą one do najlepiej spłacanych zobowiązań, jednak i w tej grupie rośnie odsetek kredytów zagrożonych, a dotyczy to nie tylko zobowiązań we frankach szwajcarskich, ale i złotowych. O ile w 2014 roku banki pozbyły się na rzecz windykatorów kredytów hipotecznych o wartości ok. 2,5 mld złotych, to w ubiegłym roku do sprzedaży trafiło ich ponad dwukrotni więcej. Tendencja ta będzie  się nasilała wraz ze starzeniem się kredytów mieszkaniowych. Wśród okoliczności, których wpływ na rynek na tym etapie jest trudny do zidentyfikowania, należy wymienić przygotowywane ustawowe regulacje dotyczące kredytów hipotecznych we frankach. Niewiadomą pozostaje zarówno ich kształt, jak i termin ich wprowadzenia. Do czasu rozstrzygnięcia tych kwestii, ta kategoria kredytów będzie wyłączona z możliwości nabywania i obsługi przez firmy zarządzające wierzytelnościami. Nie można jednak wykluczyć, że później pojawią się dla nich nowe możliwości, choćby związane z przejmowanymi przez banki nieruchomościami. Jednym z czynników, którego negatywnego wpływu na rynek wierzytelności nie sposób pominąć, może być zmniejszenie dynamiki akcji kredytowej, spowodowanej z jednej strony konsekwencjami opodatkowania aktywów, z drugiej – ograniczeniem możliwości udzielania przez banki kredytów, związanym z wymogami kapitałowymi. Z kolei jednym z bardziej obiecujących kierunków ewolucji rynku wierzytelności jest wykorzystanie na większą skalę mechanizmów sekurytyzacji, czyli przekazywania portfeli długów specjalnie do tego powołanym funduszom oraz emitowania papierów dłużnych, których zabezpieczeniem są portfele wierzytelności. O ile w przypadku tradycyjnych form zarządzania i obsługi wierzytelności nasz rynek można uznać za dojrzały, to w kwestii wykorzystania mechanizmów opartych na sekurytyzacji zostajemy zdecydowanie w tyle za światowymi i europejskimi standardami. Postęp w tej dziedzinie mógłby stanowić istotną zmianę jakościową, polegającą na zwiększeniu udziału w rynku zarządzania wierzytelnościami kredytów pracujących, a więc regularnie spłacanych przez klientów.

    Konsolidacja postępuje
    Wzrost atrakcyjności polskiego rynku wierzytelności sprawia, że nasila się walka o jego podział. Zwiększyć w nim swoje udziały starają się nie tylko dotychczasowi liderzy, coraz większy apetyt mają też gracze z zagranicy. Łupem tych ostatnich stały się już Casus Finanse, przejęte przez międzynarodową grupę Lindorff, Ultimo kupione przez norweski B2 Holding oraz Navi Group, które trafiło do szwedzkiej firmy Hoist Finance. Na nasz rynek łakomym wzrokiem spogląda wciąż amerykańska Portfolio Recovery Associates Group. Jako potencjalne cele przejęcia wymieniane są Kredyt Inkaso, Best i DTP. Nie próżnują też polskie firmy. EGB przejęta została przez Altus TFI. Z kolei Kruk ma umowę inwestycyjną, zakładającą przejęcie portfela od PRESCO, a Best objął 30-procentowy pakiet akcji Kredyt Inkaso.Najnowszym wydarzeniem jest sprzedaż przez Idea Bank wchodzącej w skład grupy Leszka Czarneckiego firmy zarządzającej wierzytelnościami GetBack. Nabywcą został Emest Investments, spółka działająca prawdopodobnie na rzecz funduszu private equity Abris, znanego swego czasu z blokowanej przez KNF transakcji przejęcia FM Banku. Wartość transakcji to 825 mln złotych. Kolejnych ruchów można spodziewać się w nieodległej przyszłości. Mogą przynieść spore zmiany na rynku, także te o charakterze jakościowym.

    Cywilizowanie rynku pożyczek

      Intensywny marketing, stałe poszerzanie oferty i rozwój kanału internetowego sprawiły, że poza bankami z pożyczek online i tzw. chwilówek skorzystał już co dziesiąty Polak, a blisko 60 proc. deklaruje, że zrobi to ponownie

      Przez lata dla wielu polityków, ekonomistów branża pożyczkowa była solą w oku. Pozbawiona typowej dla instytucji bankowych kontroli, choćby ze strony Komisji Nadzoru Finansowego, mimo licznych prób uregulowania z roku na rok rosła w siłę. Od oferty chwilówek nie odstraszały klientów ani drakońskie niekiedy poziomy odsetek, prowizji, ani też innych wymyślnych dodatkowych opłat, co w wielu przypadkach kończyło się wpadnięciem w pętlę zadłużenia. Przyciągały za to przede wszystkim: dostęp online, krótki czas rozpatrywania wniosków oraz brak stosowanych przez banki obostrzeń dotyczących zdolności kredytowej. I ludzie będą nadal szukać pomocy w instytucjach tej branży, przede wszystkim ze względu na poziom zarobków.

      Według prof. Jerzego Żyżyńskiego, nowego członka Rady Polityki Pieniężnej, aż 60 proc. Polaków nie ma żadnych oszczędności, a ci, którzy nawet uważają, że je mają, dysponują kwotą zaledwie kilku tysięcy złotych. Tymczasem według ekspertów, o oszczędnościach można mówić dopiero wtedy, kiedy na koncie ma się tyle pieniędzy, by żyć za nie przez minimum rok bez uzyskiwania dochodów. Niedawna nowelizacja ustaw o nadzorze nad rynkiem finansowym i kredycie konsumenckim (określana popularnie jako antylichwiarska – Dz.U. z 2015 r., poz. 1357) ma za zadanie ucywilizować ten, rozwijający się prężnie poza typową dla instytucji bankowych kontrolą, rynek. Część przepisów obowiązuje już od 11 marca, a kolejne wejdą w życie w kwietniu. Gra idzie o duże pieniądze. Według szacunków Związku Firm Pożyczkowych grupującego głównie podmioty działające na rynku krótkoterminowych pożyczek w internecie, wartość udzielonych w 2016 roku chwilówek może przekroczyć 6 miliardów złotych.

      Dynamiczny rynek
      Branża pożyczek pozabankowych ma w Polsce niezbyt długą historię. Według Andrzeja Rotera, dyrektora generalnego Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF), jej rozwój można podzielić na dwa etapy. Do roku 2011 był to rynek o bardzo ubogiej ofercie i minimalnej konkurencji. Praktycznie za ponad 80 proc. wartości oferty odpowiadała jedna firma (działający w Polsce od 1997 roku Provident). Według ekspertów KPF, w okresie 2008-2011 wartość pożyczek udzielonych przez tę branżę mieściła się w przedziale 2,3-2,6 mld złotych. Wyraźne przyspieszenie nastąpiło od roku 2012, kiedy na rynku pojawiło się wielu nowych graczy, specjalizujących się głównie w sprzedaży internetowej. Wartość umów zawartych przez firmy pożyczkowe przekroczyła wtedy 3 mld złotych, by w roku 2014 osiągnąć już 4,8-4,9 mld złotych. To niezbyt dużo w porównaniu z wartością umów podpisanych w tym samym roku na bankowym rynku kredytu konsumenckiego (77,8 mld zł). Gdy jednak uwzględnimy wyłącznie wartość pożyczek udzielanych w kolejnych latach okresu 2012-2014, dynamika wzrostu wartości rynku wynosiła średnio ok. 23 proc., gdy dla bankowych kredytów konsumenckich – ok. 10 proc.

      Warto w tym miejscu zauważyć, że analizę tego sektora utrudnia brak danych o jakości zbliżonej do statystyk, jakie przygotowuje w przypadku banków KNF czy NBP. Lukę tę starają się wypełnić organizacje grupujące firmy pożyczkowe, które udostępniają dane oparte na badaniach ankietowych. Obecnie w polskim sektorze pozabankowym funkcjonują trzy modele biznesowe domowy, reprezentowany przez takie firmy, jak Provident (należy do międzynarodowej grupy International Personal Finance) czy Bocian Pożyczki (Everest Finanse); oddziałowy (Profi Credit, który wchodzi w skład międzynarodowej grupy Profireal i KREDYTY- Chwilówki) oraz internetowy (Vivus, który należy do 4finance Group, działającej w Europie Środkowej i Skandynawii) oraz brytyjski Wonga.com). Jak wynika z raportu Domu Maklerskiego NWAI „Rynek firm pożyczkowych”, cały sektor osiągnął w 2015 roku 3-3,1 mld złotych przychodów. Ponad połowa rynku należy do Providenta (1,5 mld zł), a jego główni rywale to Profi Credit (ok. 450 mln zł) i Vivus (ok. 350 mln zł). Jak podsumowuje autor raportu Piotr Miliński, „lider zmaga się się jednak ze stagnacją wzrostu, podczas gdy rywale notują 30-40-procentową dynamikę przychodów”.

      Zmiany już są widoczne
      Ostatnia nowelizacja ustawy antylichwiarskiej, której część przepisów weszła w życie 11 marca, już zmieniła pożyczkowy rynek pozabankowy, przede wszystkim jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa konsumentów. Wspominaliśmy już o tym w marcowym „Managerze”, więc teraz tylko przypomnijmy w skrócie, o co chodzi. Po pierwsze: nowe uregulowania wprowadziły limity kosztów pozaodsetkowych pożyczek (prowizja, ubezpieczenie, wizyta w domu klienta, opłata przygotowawcza, itp.). Nie mogą być one większe niż 25 proc. pożyczanej kwoty i 30 proc. tej kwoty w skali roku. Jeśli chodzi o maksymalną wysokość odsetek, nadal obowiązuje 4-krotność stopy lombardowej NBP, czyli 10 proc. w skali roku. Po drugie: wprowadzono maksymalny limit opłat za opóźnienie w spłatach. Do 11 marca pożyczkodawcy mieli tu wolną rękę i stąd zdarzało się naliczanie opłat rzędu 50 zł (a niekiedy i więcej) za wezwanie listowne. Teraz jest to maksymalnie 6-krotność stopy lombardowej NBP, czyli 15 proc. (limit ten ma również obejmować opłaty za czynności windykacyjne). I wreszcie trzecia kwestia to ograniczenie tzw. rolowania długu, czyli spłacania jednej pożyczki kolejną.

      Od 11 marca wszystkie opłaty związane z odroczeniem spłaty muszą mieścić się we wspomnianym wyżej limicie kosztów pozaodsetkowych, który liczy się od pierwszej udzielonej pożyczki i obejmuje także wszystkie inne pożyczki wzięte w ciągu 120 dni. W praktyce oznacza to, że dla firmy pożyczkowej rolowanie stało się nieopłacalne. Już po pobieżnej analizie najnowszych ofert firm pożyczkowych widać wyraźne zmiany, będące konsekwencją tych zapisów. Na przykład Provident, specjalizujący się do tej pory w pożyczkach z tzw. obsługą domową, zdecydował się na wejście na rynek z ofertą internetową. Powód? Obsługa domowa wliczana jest do limitu kosztów i nie można na niej zarabiać już tyle, ile przed 11 marca. Kilka firm zdecydowało się na wydłużenie okresu kredytowania. Zamiast popularnych do niedawna 30-dniowych chwilówek, np. Wonga. com wydłużył ten okres do 60 dni. Wszystko dlatego, że zarówno prowizja, jak i odsetki naliczane są w skali roku, więc im dłuższy okres spłaty, tym zarobek na pożyczce większy. Spory ruch obserwowany jest również jeśli chodzi o prowizje. Te firmy, które oferowały chwilówki z prowizjami przekraczającymi dopuszczalny limit obniżyły je zgodnie z nowymi wymogami. Są jednak i takie, które wcześniej miały prowizje niższe i teraz podniosły je w pobliże ustawowej granicy.

      Co jeszcze czeka firmy pożyczkowe?

      Kolejne zmiany, dotyczące tym razem funkcjonowania samych firm pożyczkowych, wprowadzają zapisy nowelizacji ustawy antylichwiarskiej, które wchodzą w życie od 11 kwietnia. Chodzi o obowiązek dostosowania do nowych wymagań formy prawnej prowadzonej działalności oraz minimalnej wysokości kapitału zakładowego. Od tej daty podmiotami, które prowadzą działalność pożyczkową, nie będą już mogły być ani osoby fizyczne, ani spółki osobowe (jawne, partnerskie, komandytowe). Nowelizacja wprowadza obowiązek prowadzenia takiej działalności tylko w formie spółki kapitałowej, czyli spółki z o.o. lub akcyjnej. Dodatkowo określono minimalną wysokość (200 tys. złotych) i sposób wniesienia kapitału zakładowego (wyłącznie w postaci wkładu pieniężnego). Ustawodawca zastrzegł przy tym, że środki na jego pokrycie nie mogą pochodzić z kredytu, pożyczki, emisji obligacji lub ze źródeł nieudokumentowanych. Nowelizacja wprowadza również obowiązek niekaralności osób zasiadających we władzach spółki pożyczkowej. Taka osoba nie może być wcześniej prawomocnie skazana za przestępstwo przeciwko wiarygodności dokumentów, mieniu, obrotowi gospodarczemu, obrotowi pieniędzmi i papierami wartościowymi lub skarbowe. Kara za niedostosowanie się do nowych przepisów jest dotkliwa – grzywna do 500 tys. złotych i kara pozbawienia wolności do lat dwóch. Z kolei grzywną do 1 mln złotych i karą pozbawienia wolności do lat trzech zagrożone jest ujawnienie informacji stanowiących tajemnicę bankową lub wykorzystanie jej niezgodnie z upoważnieniem określonym w ustawie. Informacje te, po uzyskaniu odpowiedniej zgody klienta, mogą być zbierane i przetwarzane przez instytucję pożyczkową wyłącznie w celu oceny zdolności kredytowej oraz analizy ryzyka kredytowego. Znowelizowana ustawa uprawnia też KNF do prowadzenia postępowania wyjaśniającego wobec firm pożyczkowych, co do których zachodzi podejrzenie, że wykonują działalność bez zezwolenia, a w szczególności z zamiarem oszustwa. Za utrudnianie takiego postępowania będzie grozić grzywna do 500 tys. złotych, kara ograniczenia wolności albo więzienia do lat dwóch.

      Kosztowne dostosowanie, czyli nie wszyscy mogą zdążyć
      Ta grupa zmian prawnych również przyniesie zmiany na rynku. Istnieją obawy, że cześć firm pożyczkowych po prostu może nie zdążyć przed upływem terminu dostosować się do nowych zapisów. Przekształcenie działalności w spółkę kapitałową to bowiem procedura czasochłonna i kosztowna.

      – Dlatego oczekujemy, że na rynku nastąpi konsolidacja i firmy najmniejsze połączą się lub zostaną przejęte przez liderów branży – przyznaje Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych.

      – W oparciu o wyniki finansowe za ostatni rok wyliczyliśmy, że koszt nowych regulacji to dla nas około 30 mln funtów (ok. 168 mln złotych) – powiedział na niedawnej konferencji David Parkinson, prezes Provident Polska. – Wydaje się jednak, że koszty regulacji można ograniczyć o nawet 50 procent, choć będzie to uzależnione od zachowania klientów i konkurencji – dodał.

       

      Ekonomizacja polityki

      Ryszard Czarnecki, jedyny polski wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, o tym, czy doświadczenia managerskie pomagają w polityce

      Spotkaliśmy się, by porozmawiać o polityce w kontekście biznesu, nie sposób jednak nie odnieść się do tego, co stało się ostatnio w Brukseli.
      Po Madrycie AD 2004, Londynie AD 2005 i Paryżu AD 2015 mamy Brukselę. Spodziewaliśmy się tego w Prezydium Parlamentu Europejskiego, choć pewnie dla wielu zaskakująca była skala ofiar i fakt, że nie zaatakowano instytucji UE. Wśród ofiar są, niestety, jak w stolicach i Hiszpanii, i Wielkiej Brytanii, także Polacy. To, co się stało tylko potwierdza słuszność naszej ostrożnej i sceptycznej polityki imigracyjnej.

      Pańska kariera to splot polityki i biznesu, z przewagą tej pierwszej. Czy doświadczenia managerskie mogą być przydatne w pracy europarlamentarzysty?
      Teoretycznie rzecz biorąc to dwa zupełnie różne światy, które jednak stale się przenikają. Próby przejścia z polityki do biznesu zwykle są niezbyt udane, w odróżnieniu od transferów w drugą stronę. Najlepiej świadczy o tym przykład Donalda Trumpa, który zdobywa coraz więcej zwolenników. Na Słowacji w 2014 roku w wyborach prezydenckich wygrał przedsiębiorca Andrej Kiska, którego konkurentem był rasowy polityk, premier Robert Fico.

      A jak to wyglądało w Pańskim przypadku?
      To, czego nauczyłem się jako manager, procentuje do dzisiaj. Dla mnie szczególnie ważna jest praca w zespole. Często powtarzam, że w polityce można być solistą, ale to niewłaściwa droga. Zamiast boksować się ze wszystkimi wokół, lepiej szukać możliwości współpracy. Mając inne nastawienie do świata i ludzi nie mógłbym dobrze pełnić swojej obecnej funkcji, w Parlamencie Europejskim, gdzie pełno jest ludzi o bardzo silnej osobowości.

      Zaczynał Pan jako dziennikarz.
      Jako rodowity londyńczyk poznawałem reguły gry rynkowej pracując etatowo w „Polish Daily”. Po powrocie do kraju zostałem prezesem spółki Norpol-Press we Wrocławiu. Niejedną noc spędziłem w należącej do niej drukarni. Był to początek lat 90. Na rynku pojawiały się nowe tytuły, więc walczyłem wspólnie z moimi współpracownikami o pozyskanie nowych klientów dla drukarni. Przez cztery lata kierowałem redakcją w Polsacie. Przewodniczyłem Radzie Programowej Radia Polonia i szefowałem Radzie Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Udało mi się też połączyć hobby z pracą – gdy przez 8 lat społecznie byłem prezesem i wiceprezesem klubu żużlowego WTS Atlas Wrocław oraz angażowałem się w pracę Rady Nadzorczej klubu piłkarskiego WKS Śląsk. Nawet w okresie, gdy większość czasu poświęcałem polityce, nie zerwałem kontaktu ze światem biznesu – byłem najpierw wiceprzewodniczącym, a od 2013 roku przewodniczącym Rady Nadzorczej spółki „Forum”, która wydaje dziennik „Gazeta Polska Codzienna”, ale także jako członek Rady Nadzorczej „Fratrii” w pierwszym okresie jej działalności. Przewodniczyłem również Radzie Dyrektorów Polish Credit Union. O tej ostatniej instytucji warto powiedzieć kilka słów – jest to kasa oszczędnościowo- kredytowa dla Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Powstała w 2012 roku, mając za wzór podobne instytucje finansowe w USA i Kanadzie. Obecnie angażuję się w działalność PCU jako jej honorowy prezydent.

      Skoro już mówimy o zarządzaniu, co – Pańskim zdaniem – decyduje o sukcesie managera, ale też polityka?
      Jak już wspomniałem, podstawową kwestią jest umiejętny dobór współpracowników. Zespół działa dobrze tylko w jednym przypadku – gdy lider umie jasno określić cele, które chce osiągnąć. A w tej sprawie jestem skrajnym realistą. Uważam, że – wbrew staremu porzekadłu – należy mierzyć zamiary na siły.

      Dlaczego w naszym kraju większość polityków uważa za cnotę trzymanie się jak najdalej od biznesu?
      W krajach tzw. Starej Unii wygląda to zupełnie inaczej. Wystarczy pójść na kongres którejkolwiek z brytyjskich partii, żeby w kuluarach zobaczyć stoiska wielu firm. Jest to dla mnie czymś najzupełniej naturalnym: rozwój krajowego biznesu decyduje o kondycji państwa. Wiedzą o tym liderzy światowych mocarstw wspierający podczas wizyt zagranicznych rodzimych przedsiębiorców. Pamiętam zdziwienie znajomych polityków, gdy podczas wizyty w Polsce Jacques Chirac wprost mówił o konkretnych interesach francuskich firm. Co więcej – uważał, że to jego obowiązek. Podobną rolę pełnią na co dzień ambasady. Chciałbym podkreślić, że jednym z ważniejszych wyzwań jest teraz ekonomizacja naszej polityki zagranicznej.

      Na razie dominuje nieufność…
      To wynik radosnej twórczości lat 90. Gdy formował się krajowy biznes, niektórzy przedsiębiorcy załatwiali sprawy za pomocą toreb pełnych pieniędzy, a przy okazji brali udział w wyborach, by zapewnić sobie immunitet. Relacje polityka-biznes muszą być transparentne. Aby tak się stało, trzeba je sprofesjonalizować. Nie widzę innej alternatywy.

      Jest Pan już trzecią kadencję europosłem, a od 1 lipca 2014 roku wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Czy nasi europarlamentarzyści potrafią odpowiednio wykorzystać swoją obecność w Brukseli działając na rzecz naszego kraju?
      Po wejściu Polski do Unii musieliśmy zrozumieć, jak funkcjonuje europarlament, poznać procedury i zależności. Myślę, że radzimy sobie z tym bardzo dobrze, choć oczywiście nadal powinniśmy się uczyć od najlepszych. Świetnie radzą sobie z tym z pozoru eurosceptyczni Brytyjczycy, którzy lobbują znakomicie, aby wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy z UE. Ciekawy jest przykład Hiszpanii, która przez pierwsze trzy lata obecności w EWG, zamiast korzystać z brukselskiej pomocy, dokładała do wspólnej kasy. Dopiero później nauczyła się, jak załatwiać swe sprawy. Szczególnie istotną sprawą, ważniejszą niż partyjne interesy, jest solidarność przedstawicieli danego kraju, co znakomicie rozumieją Niemcy i Francuzi. Ze zdumieniem patrzyłem np. na Włochów, którzy potrafili głosować przeciw kandydaturze przedstawiciela swojego kraju. Przez wiele lat nasi europarlamentarzyści wspierali każdego Polaka, który – niezależnie od różnic ideologicznych – mógł coś zdziałać dla naszego kraju. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że ostatnio coś pękło i ta niepisana zasada przestała obowiązywać. Zawsze głosowałem na Polaków, obojętnie od ich opcji – dziś nasza opozycja tak w PE już nie czyni. Szkoda.

      Co lubi Ryszard Czarnecki?

      Wypoczynek bardzo często podróżuje służbowo i nigdy się tym nie nudzi. Szczególnie interesuje go azjatycka część byłego ZSRR i Kaukaz Południowy, ale też Afryka – był tam w 16 krajach. Miasto, do którego szczególnie lubi wracać, to Londyn, gdzie się urodził i pracował jako młody człowiek
      Kuchnia j
      est patriotą kulinarnym, ale lubi też prostą, ludową włoską kuchnię oraz kuchnię azjatycką Restauracja niedawno zamknięto jego ulubioną restaurację w Brukseli „La Madonna” na placu Jourdan
      Samochód
      Audi 6
      Hobby s
      port, zwłaszcza żużel i piłka nożna. W 2003 roku obserwował na żywo wszystkie żużlowe Grand Prix. Jako student należał do piłkarskiej reprezentacji Uniwersytetu Wrocławskiego. Będąc posłem grał w ataku w drużynie Sejmu RP wspólnie z Donaldem Tuskiem

       

      Szeroka polska oferta eksportowa

      Wysoka jakość za rozsądną cenę – to główny powód wybierania polskich wyrobów przez zagranicznych klientów. I nie dotyczy to już tylko, jak w przeszłości, wysokoprocentowych alkoholi czy słodyczy, ale coraz szerszej gamy produktów. Polska ma za granicą coraz lepszą renomę.

      W ubiegłym roku wyeksportowaliśmy towary o wartości ponad 700 mld złotych, co zaowocowało nadwyżką w handlu z zagranicą w wysokości blisko 10 mld złotych, pierwszą od czasów transformacji ustrojowej. Na rynkach zagranicznych wzięcie mają, z jednej strony, marki znane jeszcze z czasów PRL, jak choćby wódka Wyborowa, wafle Prince Polo czy traktory Ursus, a z drugiej – brandy wykreowane od zera przez prywatnych przedsiębiorców, jak okna Oknoplastu, jachty Delphii czy chemia budowlana Seleny. Co decyduje o sukcesach polskich produktów?

      – Rozwój eksportu był konsekwencją przyjętej przez nas strategii, zakładającej, że będziemy produkować okna najwyższej jakości, z segmentu premium. Potrzebowaliśmy rynków zbytu, na których świadomość konsumentów jest na wysokim poziomie – mówi Mikołaj Placek, prezes krakowskiego Oknoplastu.

      Europa patrzy przez polskie okna
      Na wyjście za granicę Oknoplast zdecydował się w 2004 roku, po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Firma zaczynała od rynku niemieckiego– najbliższego nam i zarazem największego w Unii, który dla większości krajowych przedsiębiorców jest swoistą ziemią obiecaną.

      – Naszym partnerom handlowym oferowaliśmy cały pomysł na biznes; nie tylko same okna, ale także pomysły marketingowe, szkolenia ze sprzedaży – podkreśla prezes Oknoplastu. Pomysł na ekspansję sprawdził się – o ile w 2004 roku Oknoplast miał 115 mln złotych przychodów ze sprzedaży i śladowy udział eksportu, to w 2014 roku przychody sięgnęły 520 mln złotych, z których ponad 70 proc. pochodziło z rynków zagranicznych.

      Zagraniczny sukces Oknoplastu to połączenie stałej dbałości o doskonalenie produktu i przemyślanych działań marketingowych. Jednym z innowacyjnych pomysłów firmy była autorska konstrukcja profilu PCV ramy i skrzydła, dzięki czemu udało się zwiększyć powierzchnię szyby, co dało 22 proc. więcej światła niż w standardowych oknach. Obecnie Oknoplast koncentruje się na wyglądzie swoich produktów. Jak tłumaczy Mikołaj Placek, okno ma być nie tylko materiałem budowlanym, ale także elementem aranżacji wnętrza. Stąd na przykład pomysł, żeby pokrywać kolorową folią całe profile, także na powierzchniach niewidocznych. Elementem działań marketingowych była także reklama na koszulkach czołowych europejskich drużyn piłkarskich – Interu Mediolanu, Olympique Lyonu czy Borussi Dortmundu.

      – Chcieliśmy w ten sposób podnieść percepcję i rozpoznawalność marki – tłumaczy Mikołaj Placek. Ten cel udało się osiągnąć, w szczególności we Włoszech, gdzie Oknoplast jest rozpoznawalny przez ponad połowę konsumentów, a jednocześnie jest najdroższą marką na tamtejszym rynku. Na wszystkich trzech rynkach firma notuje wzrosty sprzedaży.

      – Postrzeganie polskich produktów poprawia się, ale w dalszym ciągu zachodni konsumenci podchodzą do nich z pewną dozą nieufności. Niemcy kojarzone są z wysoką jakością, Szwajcaria z precyzją, Francja – z elegancją. Polska nie ma takiego dominującego wyróżnika – przyznaje Placek. Z danych GUS wynika, że stolarka budowlana to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi polskiego eksportu: w 2015 roku sprzedaliśmy za granicą okna i drzwi o wartości 2,9 mld złotych, tj. za kwotę niemal 6 razy większą niż dekadę wcześniej. Udział tej kategorii produktów w całości eksportu wzrósł w tym czasie z 0,17 do 0,4 procent.

      – Im bardziej profesjonalnie firma koncentruje się na danym rynku, aby zrozumieć jego właściwości i charakterystykę, i pod to ukierunkowuje swoją komunikację, tym większa szansa na odniesienie sukcesu. Jeśli ktoś wierzy, że działania komunikacyjne, które sprawdzały się na jednym rynku, będą funkcjonowały także na innych, to istnieje duże prawdopodobieństwo niepowodzenia – mówi George S. Pascal, prezes i założyciel agencji komunikacyjnej TMS Marketing, która na rynku niemieckim wspomagała działania marketingowe takich firm, jak Drutex czy Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych.

      Sukces to wiele lat pracy
      Jedną z nieoczywistych polskich specjalności eksportowych stały się w ostatnich latach jachty – w ubiegłym roku sprzedaliśmy na rynkach zagranicznych jednostki o wartości miliarda złotych. Dla porównania: sprzedaż czystej wódki, która rynki zagraniczne podbiła jeszcze w czasach PRL, zamknęła się kwotą pół miliarda złotych.

      – Polscy producenci przez wiele lat pracowali na sukces branży jachtowej i rozpoznawalność na rynkach światowych. Nasza firma istnieje już ponad ćwierć wieku. Przez ten czas zdobyliśmy duże doświadczenie i know-how – mówi Ewa Kot z firmy Delphia, największego w Polsce producenta jachtów żaglowych. Dla takich przedsiębiorstw, jak Delphia wyjście za granicę było jedyną możliwą drogą rozwoju, przede wszystkim ze względu na płytkość krajowego rynku. Swoje jachty firma sprzedaje głównie w Niemczech, Holandii, Francji i krajach skandynawskich.

      Z eksportu pochodzi ponad 90 procent przychodów Delphii.Jesteśmy znani z wysokiej jakości, inwestujemy w rozwój. Współpracowaliśmy ze znanymi polskimi architektami: Andrzejem Skrzatem, Jackiem Centkowskim, Tomaszem Rosińskim oraz zagranicznymi: Birgit Schnasse, Pelle Pettersonem – dodaje Ewa Kot. Podobnie jak Oknoplast czy Delphia, także wrocławska Selena, producent chemii budowlanej pod takimi markami, jak Tytan czy Artelit, ekspansję na rynki zagraniczne zaczynała od zera pod koniec lat 90. – najpierw zakładając spółki handlowe, później rozwijając także produkcję.

      – Zdecydowaliśmy się na internacjonalizację działalności, ponieważ polski rynek stał się dla nas poważną barierą wzrostu – mówi Jarosław Michniuk, prezes Seleny. Jako główne przewagi konkurencyjne, które zdecydowały o sukcesie firmy, Michniuk wymienia wysokiej jakości kadrę z doświadczeniem w działalności na rynkach międzynarodowych, przemyślaną strategię rozwoju oraz odpowiednie zaplecze produkcyjne.

      – Udało nam się też dostrzec w odpowiednim momencie potencjał rynków znajdujących się w fazie dynamicznego rozwoju i przejąć wyróżniające się na nich spółki – dodaje Michniuk. Selena ma obecnie 16 zakładów produkcyjnych rozlokowanych w takich krajach, jak Chiny, Korea, Brazylia, Turcja, Hiszpania, Rumunia i Kazachstan, a swoje produkty sprzedaje na ponad 70 rynkach. W 2015 roku z miliarda złotych przychodów ponad 60 proc. pochodziło z eksportu.

      Mamy dobry, konkurencyjny produkt

      Ubiegły rok przyniósł powrót na rynki zagraniczne ciągników Ursus, marki w latach 80. znanej na całym świecie. Ursusy nie tylko były sprzedawane do ponad 50 krajów, ale także produkowane na licencji w Brazylii, Indiach i Pakistanie. W 2011 roku kontrolę nad upadłą państwową fabryką przejął POL-MOT Holding, należący do Andrzeja Zarajczyka. Nowy właściciel zainwestował 40 mln
      złotych w rozwój oferty i rozbudowę fabryk. Obecnie Ursus produkuje 19 modeli ciągników. W 2015 roku firma sprzedała ok. 1400 nowych pojazdów – według danych CEPiK, liczba nowych rejestracji ciągników Ursus wzrosła o 47 proc. i był to najlepszy wynik na rynku.

      – Nowe modele ciągników są dostosowane technologicznie i cenowo do oczekiwań polskich rolników. W ramach ekspansji zagranicznej zamierzamy rozwijać sprzedaż w krajach unijnych, Europie Wschodniej, krajach bałkańskich i afrykańskich – deklaruje Karol Zarajczyk, syn Andrzeja Zarajczyka, prezes Ursusa. Ursus jest uczestnikiem programu Poland, Go Global – przy wsparciu polskiego rządu podpisał w ostatnich latach trzy kontrakty w Etiopii i Tanzanii na łączną kwotę 176 mln dolarów.

      – Mamy konkurencyjny produkt, znany na rynkach afrykańskich, który w porównaniu z ofertą producentów zachodnich jest łatwiejszy w obsłudze, a w zestawieniu z maszynami z Chin – wyższej jakości – mówi Karol Zarajczyk. W ubiegłym roku w Etiopii otwarta została montowania ciągników Ursus, która ma być przyczółkiem do jeszcze szerszego uczestnictwa polskiej firmy w mechanizacji Afryki. Ważnym atutem Ursusa na rynku afrykańskim jest także wysoka żywotność produktu – Zarajczyk zapewnia, że jego ciągniki mogą być użytkowane nawet przez 25 lat.

      – W Afryce możemy też liczyć na wyższe marże niż choćby w krajach Unii – mówi prezes Ursusa. W 2015 roku ze 155 mln złotych przychodów, które firma osiągnęła ze sprzedaży ciągników, dwie trzecie pochodziło z rynków zagranicznych. Łącznie w ubiegłym roku wyeksportowaliśmy tego rodzaju pojazdy o wartości 500 mln złotych, ale trudno powiedzieć, żeby tak jak przed trzema dekadami, ciągniki były naszą wizytówką na rynkach zagranicznych. W handlu traktorami wciąż jesteśmy na minusie – wartość importu w 2015 roku wyniosła blisko 2 mld złotych. Ale biorąc pod uwagę impet, z jakim rozwija się polski eksport, także ten deficyt uda nam się odrobić.

      The sky is the limit

      Z Tomaszem Misiakiem i Tomaszem Hanczarkiem, założycielami Work Service, rozmawiamy o historycznym debiucie spółki na London Stock Exchange – który jest etapem w rozwoju, a nie celem – motywacji, ambicjach i planach na przyszłość

      Od 18 lutego Work Service notowany jest na giełdzie w Londynie. W jakim celu?

      Tomasz Misiak: Work Service jest firmą międzynarodową, uzyskującą 50 proc. marż i wyników poza granicami Polski. Działamy w ponad 15 krajach, w 12 mamy własne spółki, a w pozostałych działamy poprzez pracowników oddelegowanych do konkretnych zadań na rzecz klientów. Przyszłość spółki, w naszych planach, to awans do grona największych firm europejskich. Już teraz Work Service plasuje się na 65. pozycji Top Global. Zdecydowaliśmy się na dual-listing nie porzucając rynku warszawskiego, bo wydaje się nam, że ten ruch powinien przyciągać właściwych inwestorów i pokazywać nasze aspiracje rozwojowe.

      Tomasz Hanczarek: Uważamy, że Work Service musi być notowany na najbardziej stabilnych rynkach, jak właśnie giełda w Londynie czy giełda w Stanach Zjednoczonych; chociaż w USA nie mamy na razie żadnych interesów. Uważamy, że dla bezpieczeństwa naszych inwestorów, stabilności firmy i naszych kontaktów z bankami powinniśmy ubezpieczyć się od sezonowych kłopotów na rynku lokalnym, jakim jest giełda warszawska. Mimo że duża, ale jednak traktowana jako lokalna. Wszelkie zawirowania wokół nowej władzy odbijają się na niej panicznymi ruchami. Chcemy, żeby inwestorzy, którzy inwestują w akcje Work Service, byli ubezpieczeni od takich ruchów, stąd taka nasza kotwica bezpieczeństwa w Londynie.
      T. M.: Przy czym nie przeprowadziliśmy jeszcze oferty publicznej.

      No właśnie, LSE to nie muzeum. Tam się nie wchodzi po to, by oglądać obrazy, tylko pozyskiwać kapitał. A tu debiut bez emisji.
      T. M.: Zgoda, jak popatrzymy na free float naszej grupy to jest 30 procent. To nie jest dużo jak na Londyn, ale to setki milionów złotych. Inwestorzy w Londynie będą mieli czym handlować. Wszystkie akcje są notowane 1:1 w Warszawie i w Londynie. Poza tym, co też istotne, nastawiamy się na inwestorów londyńskich. W tej chwili szykujemy tam road show w maju, a na spotkania z funduszami wybieramy się jeszcze w kwietniu. Będziemy prezentować inwestorom wyniki firmy, sprzedawać swoją wizję. Uważam, że w Londynie jest ogromny potencjał i zrozumienie naszego rynku. Jesteśmy jedyną polską firmą z branży HR, która jest notowana na LSE. Co więcej, jesteśmy tam jedyną polską firmą. To historyczne wydarzenie. Dostałem SMS od kuzynki z Glasgow, która studiuje na jednym z topowych uniwersytetów ekonomicznych, iż jest bardzo dumna, bo na wykładzie profesor powiedział, że właśnie pierwsza polska firma zadebiutowała w Londynie. I to jest pewien znak czasów: zjednoczona Europa i zjednoczony rynek kapitałowy.

      T. H.: Dziwimy się, że polskie fundusze nie inwestują w polskie firmy. Przecież powinien być jakiegoś rodzaju patriotyzm narodowy, biznesowy. Jesteśmy na giełdzie w Londynie, bo chcemy, żeby wszystkie fundusze miały łatwy dostęp do zakupu, sprzedaży. Oczywiście, są obowiązki informacyjne, trzeba dostarczyć dane, które są później publikowane i przesyłane do odpowiednich funduszy. Są też instytucje, które informują fundusze o tym, co się dzieje w poszczególnych spółkach. I sama obecność na giełdzie powoduje, że te informacje z Work Service trafiają do rąk analityków. Może nie z dnia na dzień, ale z czasem będzie boom na akcje Work Service. Jesteśmy przekonani, że będą coraz bardziej modne.

      Ostatnie dwa lata to pasmo akwizycji, które określiły Wasze znaczenie, Wasz zasięg i to, że jesteście obecni w kilkunastu krajach. Rozumiem, że Londyn to taka odskocznia, żeby zrobić emisję i kolejne akwizycje.
      T. H.: Na pewno Work Service nie zatrzyma się w rozwoju. Przed siedmioma laty założyliśmy organiczny wzrost przez akwizycje na poziomie 20- -30 proc. Ale na akwizycje nie wystarczy cash wypracowany w ciągu roku. Musi być dodatkowe finansowanie z banku lub poprzez emisje. Te akwizycje, które będą przeprowadzone w tym roku oraz w kolejnych 18 miesiącach, powinny być akwizycjami niszowymi, w określonych wysokomarżowych brandach, które mogą być globalne.
      T. M.: Aczkolwiek wspólnie z akcjonariuszami zakładamy też tzw. teorię Big Bang. Jeśli pojawi się duży inwestor, z dużym potencjałem inwestycyjnym, który będzie w stanie podwoić wielkość grupy w krótkim okresie i potroić jej wartość, jesteśmy w stanie taki wariant rozważyć i nie ukrywamy, że jesteśmy zaskoczeni, jak dużo poważnych instytucji finansowych chce rozmawiać z Work Service w kontekście strategicznych możliwości.

      Czy to jest tylko Europa, czy także wyjście za Ocean?
      T. M.: Mówimy tu o globalizacji firmy. Po wejściu na giełdę w Londynie zostaliśmy dostrzeżeni przez rynek w kontekście mocno międzynarodowym, i – to informacja, której jeszcze nie podawaliśmy, „Manager” będzie pierwszy – zostaliśmy zaproszeni do rozmów z Międzynarodowym Stowarzyszeniem Agencji Pracy CIETT, które tworzą największe spółki światowe, nasi najwięksi konkurenci. I te spółki zaprosiły nas do przystąpienia do stowarzyszenia. To znaczy, że przez największych światowych graczy jesteśmy uważani za partnera godnego zasiadać przy stole i rozmawiać o światowym rynku, a na pewno o rynku europejskim.

      To właśnie stało się po wejściu do Londynu?
      T. M.: Tak. Nasza konkurencja uznała, że jesteśmy graczem, który powinien być wśród nich przy jednym stole i rozmawiać o przyszłości europejskiego rynku.
      T. H.: Rynek HR to rynek przyszłości. Mamy potężne możliwości konsolidacyjne. Dla funduszy jesteśmy idealnym targetem. Fundusze szanują naszą pracę, ale też dostrzegają olbrzymią możliwość zarobku.

      Jak przebiega proces kwalifikowania do akwizycji? Na Waszym celowniku jest kraj czy raczej branża?

      T. M.: Nasza strategia jest czytelna. Chcemy być spółką, która na głównym rynku będzie miała znaczącą pozycję. Interesuje nas rynek rekrutacji pracy czasowej i outsourcingu wszystkich krajów Europy. Na rynkach krajów z największymi wynikami, jak Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Holandia czy Włochy, jesteśmy już obecni, choćby poprzez delegowanie pracowników, ale także ze swoimi spółkami. Interesują nas rynki specjalistyczne w bardzo konkretnych trzech obszarach: executive search, quality engineering i IT, bo jesteśmy liderem w tych działaniach. Nasza spółka Exact System przygotowuje się do procesu pozyskania kapitału przez giełdę. W tej chwili znajduje się w Top 6 światowych firm branży. Kiedy ją kupowaliśmy miała 15 mln złotych przychodów i 1 mln złotych EBITDA. Po siedmiu latach współpracy z grupą Work Service ma ponad 300 mln złotych przychodu i prawie 27 mln złotych EBITDA. To pokazuje, jak potrafimy rozwijać podmioty, które są w naszym obszarze i zasięgu.
      T. H.: Uważamy, że mamy trzy brandy, które mogą być globalne, czyli pozaeuropejskie: Exact Systems i IT Contract, czyli informatyka, engineering, preselekcja, rekrutacje, oraz Work Service jako doradztwo, związane z kwalifikacjami, dostarczaniem pracowników. Chcemy się stabilnie rozwijać w Europie i jesteśmy nastawieni na kooperację. Od nas managerowie nie odchodzą, mniejszościowi wspólnicy też. Chcą z nami być i to jest dla nas najważniejsze. Nie kupujemy nigdy 100 proc. firmy,zawsze kupujemy większość, ale kooperujemy dalej.

      Bo oni mają know-how?
      T. H.: Oni mają know-how i my mamy know-how. To know-how do kwadratu, a nawet silnia. Na przykładzie Exact Systems: kooperacja trwa 10 lat, trzy razy minął okres end out, a oni nie chcą sprzedawać swych udziałów, chcą dalej rozwijać z nami spółkę. I tu jest sedno sprawy.

      Jak wiadomo, zamożności społeczeństwa nie definiuje liczba spółek, tylko liczba spółek globalnych, bo tam wytwarza się wartość dodana. Czy o Work Service można powiedzieć, że jest spółką globalną?
      T. M.: Na pewno nie w kontekście wymiaru, bo jesteśmy 60. spółką na świecie w branży HR. Ale przecież Polska przyłączyła się do globalnej gospodarki dopiero dwadzieścia parę lat temu i ze światem może konkurować w niewielu dziedzinach. Taką dziedziną mógłby być węgiel, gdyby był odpowiednio cenny, ale nie jest, wódka wyborowa czy szynka w puszcze. Problem polega na tym, że nie udało nam się stworzyć wielu produktów – choć kilka już jest – które mogą podjąć tę konkurencję globalną. Na pewno nie są to wysokie technologie, ale są to ludzkie umysły. Dzięki temu my, jako firma, jesteśmy w stanie się rozwijać. Dla nas tak naprawdę nie ma bariery wzrostu. My mamy potencjał ludzki, ogromny głód rozwoju i wzrostu oraz chęć udowodnienia, że Polacy potrafią. Szkoda tylko, że w naszym kraju nie docenia się sukcesów międzynarodowych polskich firm. Czego potrzeba polskiemu liderowi lokalnemu, by stać się firmą globalną?
      T. H.: Mój przyjaciel Piotr Krupa z firmy Kruk, który rozwijał tę firmę kapitalnie, może być przykładem. Jego firma ma miliard dolarów kapitalizacji i rozwija się coraz bardziej za granicą. Potrzebne są przede wszystkim: chęć, brak kompleksów i cel nastawiony nie na dobre życie i dwa samochody w domu, tylko na osiągnięcia sukcesu. Fundusze zachodnie często pytają mnie: dlaczego rozwijacie się dwa razy szybciej niż wasi konkurenci? Ja odpowiadam: bo my byliśmy i jesteśmy biedni i chcemy Polskę z tej biedy wydobyć. To determinacja. Nam się bardziej chce. Druga rzecz: nie zakładaliśmy firmy z Tomaszem Misiakiem, żeby kupić sobie dom czy samochód. Od samego początku chcieliśmy stworzyć największą firmę na świecie. Trzecia rzecz związana jest z tą drugą: gdy polski zawodnik kopie piłkę, nie myśli, że chce być jak Lewandowski, tylko marzy, żeby mieć 10, 20 tysięcy miesięcznie. I on coraz lepiej kopie i kupuje go druga Bundesliga, gra w niej i zarabia 20 tysięcy. Spełnił marzenie, jest szczęśliwy i to jest koniec. My chcemy być Lewandowskimi, nas nie interesuje półśrodek. Chcemy zmierzyć się z największymi, a to trzeba mieć w kręgosłupie.

      Porozmawiajmy o polskim rynku pracy. Jak się on zmienia?
      T. M.: Dla Polaków – fantastycznie. W miarę szybko rosną wynagrodzenia, bezrobocie spada do najniższych historycznie poziomów. Widzimy, że w wielu zawodach, szczególnie specjalistycznych, brakuje rąk do pracy. To efekt także emigracji zarobkowej, ale my jeszcze nie poradziliśmy sobie z imigracją do naszego kraju. Ukraińców jest sporo, ale niekoniecznie tych, których byśmy chcieli. Pozytywne, a zarazem negatywne jest to, co się dzieje wokół politycznej sfery rynku pracy. Uważam, że rząd ma obowiązek go cywilizować i doprowadzić do sprawnego funkcjonowania, ale trzeba być bardzo ostrożnym, by nie doprowadzić do zbytniego rozdmuchania szarej strefy. Dzisiejsze działania, które służą bezpieczeństwu, mogą się przerodzić – i to obserwujemy na rynku – w ucieczkę od legalnego zatrudnienia. Jednocześnie pozbawia się firmy elastyczności przez zmianę systemu zatrudnienia, podwyższa się koszty zatrudnienia przez maksymalne obciążenie wszystkich metod ubezpieczeniami. Tu akurat nie jesteśmy przeciwni. Ubezpieczenia i sytuacja, z którą mieliśmy do czynienia wcześniej, była dla wielu – i dla nas również – niedobra, bo powodowała tę szarą strefę. Niemniej firmy w czasach, kiedy średni czas życia produktu wynosi kilka miesięcy, potrzebują elastyczności pracy, gdy tymczasem rząd ogranicza jednocześnie zarówno pracę tymczasową, jak i rynek otwarty, a także formy zatrudnienia. Może to skutkować ucieczką, szczególnie tych małych i średnich firm, do strefy, w której nie powinny się znajdować. Również może to skutkować spadkiem konkurencyjności polskiej gospodarki, a co za tym idzie, zwiększaniem się bezrobocia i spadkiem dynamiki wzrostu płac. Niestety, nie da się rynku pracy regulować odgórnie, szczególnie w zakresie wynagrodzeń, ponieważ mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia w sferze wydajności.

      Wiele mówi się o imigracji, z którą boryka się Europa. My jesteśmy takim naturalnym miejscem imigracji z Ukrainy. Jak, jako Work Service, widzicie proces przyjmowania Ukraińców, który jest na razie dziki?
      T. H.: W wielu regionach istnieje takie zapotrzebowanie na ludzi, że coraz bardziej, coraz odważniej sięgamy po Ukraińców. Pracuje ich w Polsce coraz więcej. I to jest ratunek dla polskiej gospodarki, a nie zagrożenie, oni budują nasze PKB. Także Europa nie ma od tego odwrotu. W niemieckiej gospodarce w ciągu 10 lat będzie brakowało 5 mln ludzi. W ciągu kolejnych 5 lat milion truck drivers pójdzie na emeryturę. Czy to jednak oznacza, że niemiecki rynek transportowy stanie? Nie, oni wezmą Polaków, Czechów, Słowaków. A w Polsce musimy posiłkować się ludźmi z Ukrainy. Ukraina to 50 mln ludzi, zaplecze dla Europy na wiele lat. Rynek polski ma braki w ludziach i coraz więcej miejsc pracy. Będzie malała różnica między płacami w Polsce i w Niemczech. Już się wyrównuje, już się zaczął proces podwyżek. My nie mamy innego wyjścia i żeby utrzymać taki wzrost PKB jak obecnie, musimy sięgnąć po Ukraińców.

      Polski rynek się zmienia z rynku pracodawcy na rynek pracownika. Co to oznacza dla Waszej firmy?
      T. M.: Uważamy, że zmiany w prawie, które teraz następują, będą pozytywnie wpływały na rozwój w firmach usługowych, firmach outsourcingowych. Ze względu na sytuację rynkową, na cykl życia produktów i usług, wiele przedsiębiorstw potrzebuje elastyczności. Firmy same sobie z tym nie poradzą. Taką elastyczność dostarczają wyspecjalizowane firmy, i my taką firmą na pewno będziemy. Dzisiaj jeszcze jesteśmy postrzegani przez pryzmat historii, jako firma zajmująca się pracą tymczasową, gdy to nie jest już główny obszar naszej działalności. Jesteśmy strategicznym partnerem HR większości przedsiębiorstw, gdzie od poziomu audytu systemów motywacyjnych po systemy zatrudnieniowe i dostarczanie specjalistycznych zespołów jesteśmy w stanie pomóc rozwiązywać problemy. Przez pierwsze pięć lat postrzegano nas przez pryzmat pracy z sieciami handlowymi. Dziś na tym rynku praktycznie już nas nie ma. Udało nam się od tego wizerunku uwolnić, ale ciągle będziemy niewolnikami wizerunku firmy zajmującej się dostarczaniem pracy czasowej i umów, które nie spełniają standardów. Podczas gdy praca czasowa jest pełną umową o pracę z pełnym ubezpieczeniem, urlopem, opłatami zdrowotnymi, a jedyne, co ją różni od pracy kodeksowej, to okres wypowiedzenia. Na całym świecie jest ona używana do aktywizacji pracy u ludzi młodych, to absolutnie normalna forma zatrudnienia pracowników.
      T. H.: Work Service spełnia społeczną funkcję ochrony pracowników – odwrotnie niż przedstawiają to związki zawodowe. Tak, jak Tomasz Misiak powiedział, jest to pełnoprawna umowa. Tylko pamiętajmy, że każdy zakład pracy może zbankrutować, może mieć regres w zamówieniach. Co wtedy robi? Zwalnia ludzi. Jeżeli ci ludzie nie mają kontaktu z nami, stają się po prostu bezrobotni, a jeżeli są z nami – wciąż mają umowę. My zarabiamy tylko wtedy, kiedy ten człowiek pracuje. Jeżeli więc zostaje zwolniony, my natychmiast przenosimy go gdzie indziej. Czyli taki człowiek z nami jest bezpieczniejszy niż z umową o pracę ze swoim pracodawcą. Jesteśmy jego prywatnym headhunterem.

      Gdzie widzicie się za pięć lat? Firmę, siebie?
      T. M.: Za pięć lat Work Service znajdzie się w gronie topowych firm Europy. Będzie miał duże znaczenie w całej Europie Środkowo-Wschodniej, będzie twardym liderem regionu, niepokonanym, będzie miał globalne brandy w specjalistycznych usługach i będzie znanym, rozpoznawalnym brandem na giełdzie londyńskiej. Gdzie my będziemy w tym czasie? Mam nadzieję, że nadal w naszej firmie i będziemy budować ją w jej kolejnych etapach historii. Ale zakładamy również wariant, że za pięć lat będziemy połączeni z którymś z dużych międzynarodowych graczy i będziemy zajmować się budową nowych biznesów z naszymi funduszami inwestycyjnymi. Pięć lat to strasznie długo. Jakby mi ktoś powiedział pięć lat temu, jak będzie wyglądał dzień dzisiejszy, pewnie bym nie uwierzył. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że będziemy mieli możliwość debiutu na giełdzie w Londynie, uważałbym, że to na pewno będzie trudne. A dziś te cele osiągnęliśmy i jesteśmy z nich dumni. Dlatego nie należy się ograniczać i – jak często mówiliśmy w firmie – the sky is the limit.
      T. H.: Na pewno będziemy aktywni w biznesie. Uważamy, że Work Service może być nie tylko w Top 5 w Europie, że może się rozwijać nie przez lat pięć, ale przez kilkadziesiąt i pięć. Chcemy budować gospodarkę Polski, tworzyć nowe biznesy, i – jeszcze raz podkreślę – nie po to, żeby kupić sobie mieszkanie, dom czy Porsche, tylko żeby budować wielkie firmy.

      Co lubi Tomasz Misiak?

      Zegarek Withings
      Ubrania Philipp Plein
      Zakupy Paryż, Mediolan
      Wypoczynek Ibiza
      Kuchnia tajska
      Restauracja Osteria
      Samochód Tesla
      Hobby New Technology

      Co lubi Tomasz Hanczarek?

      Zegarek Rolex
      Ubrania
      Versace, Armani
      Wypoczynek
      Włochy
      Kuchnia
      włoska
      Restauracja
      La Scala Wrocław
      Samochód
      Porsche
      Hobby sport:
      tenis, golf, narty
      Perfumy
      Majda Bekkali „Fusion Sacree”

       

      Henryk Baranowski w PGE

      Biorąc pod uwagę tempo zmian w radach nadzorczych i zarządach spółek kontrolowanych przez Skarb Państwa, Marek Woszczyk dość długo utrzymywał się na stanowisku szefa koncernu PGE Polska Grupa Energetyczna. Ostatecznie jednak złożył rezygnację, a jego miejsce zajął Henryk Baranowski, który w marcu zrezygnował z funkcji wiceministra w resorcie skarbu, gdzie kierował Departamentem Spółek Strategicznych i Departamentem Nadzoru Właścicielskiego, a także pracami związanymi z budową terminalu LNG w Świnoujściu. Nowy prezes od 1990 roku był związany ze spółką Polskie Sieci Elektroenergetyczne (doszedł do stanowiska dyrektora pionu telekomunikacji i informatyki), był także prezesem spółki PSE-Info, a do roku 2008 wiceprezesem PGE. Pracował również jako dyrektor w Alstom Power Polska.

      Ważne Informacje

      Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

      Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

      Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

      Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

      Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

      Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

      Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

      Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

      Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...