.
Strona główna Blog Strona 336

Jak wyznaczać cele?

Sergiusz Trzeciak

W poprzednim artykule pisałem już o konieczności stawiania sobie celów i moim sposobie na dzielenie zadań w procesie ich realizacji, czyli „jedzeniu słonia po kawałku”. Żeby jednak cele realizować, należy je najpierw we właściwy sposób wyznaczyć

Wyznaczanie celów jest elementem budowania swojej długofalowej strategii, ale mnóstwo osób ma z tym duży problem. Jeszcze większe wyzwanie stanowi sformułowanie swoich celów na piśmie. Większość pewnie zapyta, dlaczego cele należy zapisywać. To swego rodzaju kontrakt z samym sobą, proces, który oddziałuje na naszą podświadomość i zobowiązuje nas do działania zgodnie z zasadą pacta sunt servanda, wszak umów należy dotrzymywać, zwłaszcza tych pisemnych. W sytuacji, gdy nie zapiszemy celów, dużo łatwiej jest o nich zapomnieć, przełożyć ich realizację w czasie, zmienić ich brzmienie, a w konsekwencji odpuścić ich realizację.

Kolejnym problemem związanym z wyznaczaniem celów, jaki często obserwuję, jest ich zbytnia ogólność, która także ostatecznie nie prowadzi do ich realizacji. Co bowiem znaczy cel „schudnę 10 kilogramów” lub „rzucę palenie”? Kiedy ma Jak wyznaczać cele? nastąpić realizacja tego celu? Jakimi metodami ma zostać dokonana? W jaki sposób zmierzony będzie stopień jego realizacji? To właśnie doprecyzowanie i konkretne określenie realizacji celu jest najistotniejsze. Dlatego też każdy cel powinien być poddany testowi SMART. Zgodnie z tą metodą prawidłowo sformułowany cel powinien być: prosty, czyli zrozumiały i jednoznaczny; mierzalny, pozwalający na sprawdzenie, w jakim stopniu został zrealizowany; osiągalny, realny do zrealizowania; istotny, ważny i wartościowy; określony w czasie, czyli z dokładnie wyznaczonym okresem jego realizacji.

Definiując cel, warto także pamiętać o tym, by był on sformułowany w sposób elastyczny i pozytywny. Elastyczny to znaczy, że gdy zajdą zmiany w naszym życiu zawodowym lub osobistym, które mogą wpłynąć na jego realizację, należy cel okresowo weryfikować i redefiniować. A w sytuacji, gdy celu nie uda się zrealizować, doświadczenia zdobyte podczas jego realizacji stanowią bezcenną naukę. Tak samo ważne jest pozytywne określenie celu, czyli sformułowanie go w konstruktywny sposób. Na przykład zamiast mówić: „Nie stracę najważniejszego klienta”, lepiej powiedzieć: „Utrzymam kluczowego klienta”. Ten prosty trik działa na naszą podświadomość, do której nie dociera przeczenie „nie”.

Zgodnie z powyższymi zasadami cel dotyczący, na przykład, pozyskania nowego klienta powinien brzmieć następująco: „Zdobędę nowego klienta w najbliższym kwartale, który przyniesie mi przychody X, a praca dla niego pozwoli mi dalej się rozwijać”. Taka definicja sprawia, że cel jest w pełni zrozumiały i nie ma miejsca na jego dowolną interpretację. Jest mierzalny, ponieważ mówimy o jednym nowym kliencie, i jest osiągalny dzięki odpowiedniej promocji i wykorzystywaniu szans, jakie pojawiają się w prowadzeniu biznesu. Sformułowany w ten sposób cel jest też istotny ponieważ dzięki jego osiągnięciu zapewniony zostanie nie tylko określony przychód firmie, lecz także możliwość jej rozwoju, a określony horyzont czasowy na trzy miesiące nie daje możliwości jego dowolnej interpretacji.

Cele warto także odpowiednio systematyzować, dzięki czemu łatwiej jest planować ich realizację. Istnieją trzy systematyki celów. Pierwsza – w systemie czasowym – dzieli cele na długookresowe, które realizowane są w okresie przekraczającym rok (może to być, na przykład, wzrost o 50 proc. przychodów firmy), średniookresowe, realizowane w ciągu 6–12 miesięcy (np. zatrudnienie X nowych pracowników) oraz cele krótkookresowe, gdzie czas ich realizacji wynosi mniej niż sześć miesięcy (np. zakończenie realizowanego projektu). Oczywiście, warto także wyznaczać sobie cele miesięczne, tygodniowe i dniowe, które w przypadku małych projektów są dużo efektywniejsze. Druga systematyka klasyfikuje cele według ich tematyki na cele: osobiste, związane z własnym rozwojem (np. zrobienie licencji pilota), zawodowe (np. awans w firmie), rodzinne (np. spędzenie dwutygodniowego urlopu z rodziną) oraz finansowe (np. powiększenie o 20 proc. swojej poduszki finansowej). Ostatnia, trzecia, systematyzuje cele pod względem priorytetów na cele: o wysokim priorytecie (np. pozyskanie „złotego klienta”), o średnim priorytecie (np. pozyskanie „srebrnego klienta”) oraz o niskim priorytecie (np. pozyskanie „brązowego klienta”). Warto przypomnieć, że złoci klienci to ci najważniejsi, przynoszący największe przychody i gwarantujący prestiż projektów.

Na nich należy koncentrować swoją uwagę i starać się dbać o nich w pierwszej kolejności. Srebrni klienci są niżej w hierarchii, jednak o nich także należy dbać i się troszczyć. Brązowi klienci to tacy, w przypadku których koszty obsługi są niewspółmierne do osiąganego zysku. Dokładne rozpisanie i sklasyfikowanie celów zwiększa prawdopodobieństwo ich zrealizowania. I nieważne, czy celów jest pięć, czy pięćdziesiąt pięć. Każdy z nich powinien zostać rozpisany oraz powinno mu się nadać miejsce w hierarchii i priorytet w realizacji, zwłaszcza jeśli celów mamy dużo. Każdy czas jest dobry, by wyznaczyć sobie nowe cele, jednak okresem, kiedy najczęściej do tego przystępujemy, jest początek nowego roku. Wówczas wszyscy definiują swoje postanowienia noworoczne, ale w wielu przypadkach postanowienia nie są przekształcane w cele, a i życie szybko weryfikuje motywację do ich realizacji. Jednak jeśli podejdziemy do tego tematu inaczej, to postanowienia noworoczne można przekuć na dobrze określone cele i z sukcesem je zrealizować. Przez wiele lat podchodziłem do tego tematu tak jak większość osób, czyli układałem sobie postanowienia w głowie, czasem definiowałem je werbalnie i opowiadałem o nich swoim najbliższym, jednak nigdzie ich nie zapisywałem. Skuteczność ich realizacji zwykle była mizerna. Od kilku lat jednak zmieniłem podejście i postanowienia noworoczne od razu szczegółowo definiuję w formie celów, zapisując każdy z nich. Dzięki temu liczba zrealizowanych celów wzrosła kilkakrotnie.

Kiedyś założyłem sobie realizację sześciu kluczowych celów, z których cztery udało mi się z sukcesem zrealizować. Tych dwóch, których nie zapisałem na liście jako zrealizowanych, nie traktuję bynajmniej jako porażki, ale jako naukę, jak w przyszłości podchodzić do realizacji podobnych, by uzyskać satysfakcjonujące efekty. Zawsze warto eksperymentować i przede wszystkim weryfikować, dlaczego celu nie udało nam się zrealizować, i wyciągać wnioski na przyszłość. Stawianie sobie celów na kolejny rok pozwala lepiej zaplanować rozwój i panować nad tym, co dzieje się w naszym życiu. Nie bez przyczyny duże organizacje tworzą plany, w których zapisują swoje cele na określony czas, by móc kontrolować sytuację i przewidywać, co może pojawić się na drodze do ich osiągnięcia, aby zawczasu móc reagować. Najważniejsze w nich cele strategiczne, wyznaczone na lata, podzielone są na mniejsze zadania zgodnie z przytoczoną już metodą „jedzenia słonia po kawałku”. Henry Ford mówił: „Żadne zadanie nie jest szczególnie trudne, jeśli podzielisz je na mniejsze podzadania”. Dzięki temu nawet największy, wydawać by się mogło, że niemożliwy do osiągnięcia cel można osiągnąć.

Tak więc warto zapisywać nawet najmniejsze cele i dążyć do ich realizacji. Niech w ich realizacji towarzyszy nam myśl, że cele to nasze marzenia, ale z planem, jak je zrealizować. A każdy z nas przecież ma marzenia.

fot.: Materiały prasowe / Fotolia

Rynek apartamentów i rezydencji

Piotr Śliwka

Hossa na rynku nieruchomości z wyższej półki trwa w najlepsze. Rośnie nie tylko liczba transakcji, lecz także ich wartość. Kolejne lata powinny przynieść utrzymanie się tego trendu – wynika z prognoz Poland Sotheby’s International Realty

Prawie 2 tys. rezydencji i apartamentów sprzedanych w 2016 r. miało metkę cenową opiewającą na przynajmniej milion złotych – wynika z szacunków Poland Sotheby’s International Realty. Wartość całego rynku szacowana jest na ponad 3,6 mld zł. To o 40 proc. więcej niż w 2012 r. Wtedy na krajowym rynku doszło do sprzedaży 1,4 tys. nieruchomości premium i luksusowych, za które zapłacono 2,5 mld zł. Rekordowy był pod tym względem rok 2015, kiedy sprzedano apartamenty i rezydencję za łączną kwotę 4,2 mld zł. Wtedy też doszło do wyjątkowo dużej liczby transakcji nieruchomościami o wartości powyżej 5 mln zł – w ciągu 12 miesięcy sprzedanych zostało ich aż 90. Rodzimy segment nieruchomości premium i luksusowych wciąż jest jeszcze na wczesnym etapie rozwoju. Liczni deweloperzy zauważyli jednak potencjał tego segmentu i w ciągu najbliższych lat do grona adresów z wyższej półki dołączy sporo nowych enklaw luksusu. Popyt na tym rynku przez wiele lat był bowiem niezaspokojony, a zamożni nabywcy zamiast kupić apartament w mieście, zmuszeni byli samodzielnie tworzyć od podstaw swoje miejsce na ziemi – wynika z analiz Poland Sotheby’s International Realty.

Trzeba jednak podkreślić, że nadal jest to rynek wschodzący i w porównaniu z rynkami z krajów Europy Zachodniej czy USA widać, że wciąż mamy jeszcze sporo do nadrobienia. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby duża koncentracja naszego rynku nieruchomości luksusowych wokół dużych miast. Na Warszawę przypada co druga transakcja domem lub mieszkaniem wartym przynajmniej milion złotych. Na pięciu największych rynkach (Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Trójmiasto) zawierane są trzy na cztery transakcje z wyższej półki. Co ciekawe, około 25 proc. nieruchomości o wartości powyżej 1 mln zł kupowanych jest w nadmorskich kurortach i miejscowościach górskich.

Głównym miejscem zamieszkania osób dobrze sytuowanych w Polsce są apartamenty – mieszka w nich aż 54 proc. zamożnych Polaków. Ponad 30 proc. na swoje miejsce zamieszkania wybrało nowoczesną rezydencję, ale najbogatsi skłonni są także dbać o dziedzictwo kulturowe – aż 10 proc. zamieszkanych przez nich nieruchomości to zabytki (zamek, pałac, dwór lub zabytkowa kamienica). Na rynku nieruchomości premium – poza wartością transakcyjną – kluczową rolę odgrywa również cena za metr kwadratowy. Kwota, przy której mówić można o segmencie premium, różni się w zależności od lokalizacji. Dla każdego z pięciu największych rynków w Polsce została ona wyznaczona ekspercko przez Poland Sotheby’s International Realty we współpracy z Cenatorium, w oparciu o specjalistyczną analizę danych transakcyjnych. W Poznaniu nieruchomość premium nabyć można już za ok. 10 tys. zł za metr kwadratowy, podczas gdy w Krakowie kwota ta wzrasta do 11 430 zł. W Trójmieście i we Wrocławiu jest to już odpowiednio 12 tys. i 12,2 tys. zł, a w Warszawie za metr kwadratowy nieruchomości premium zapłacić trzeba już ok. 14,7 tys. zł.

Zainteresowani kupnem nieruchomości premium czy luksusowej mają wysokie wymagania, szeroką wiedzę oraz doskonałą świadomość własnych potrzeb. Dlatego kiedy chcą zainwestować na rynku nieruchomości, podstawowa informacja dotycząca ulicy, przy której mieszkanie się znajduje, lub też jaką ma ono powierzchnię, staje się niewystarczająca. Dla klientów zamożnych jednym z najważniejszych kryteriów wyboru jest to, czy wybrana nieruchomość w 100 proc. odpowiada ich stylowi życia. Wśród majętnych Polaków – spośród ofert Poland Sotheby’s International Realty – najbardziej popularne są nieruchomości zlokalizowane „nad wodą”. Dużym zainteresowaniem cieszą się również te zlokalizowane w górach oraz posiadające basen. Niemal tak samo popularne są również nieruchomości na wsi.

Coraz częściej zamożni Polacy nieruchomości traktują także jako inwestycję – obok tradycyjnych metod inwestowania, takich jak akcje, obligacje czy lokaty, to właśnie nieruchomości cieszą się największym powodzeniem jako jeden z pewniejszych sposobów alokacji środków. W badaniu przeprowadzonym przez Poland Sotheby’s International Realty aż 84 proc. ankietowanych uznało inwestowanie na rynku nieruchomości za dobry sposób na pomnażanie kapitału. Kto w Polsce kupuje nieruchomości z segmentu premium i luksusowego? Klientami Poland Sotheby’s International Realty najczęściej są mężczyźni w wieku powyżej 48. roku życia. Są to przedsiębiorcy, managerowie średniego i wyższego szczebla, a często także osoby wykonujące wolny zawód. Średnio mają oni dwie–trzy nieruchomości mieszkalne na własność.

Zgodnie z szacunkami firmy Wealth- X międzynarodowym statusem multimilionera (ang. UHNWI – ultra high net worth individual) na koniec 2016 r. w Polsce mogło pochwalić się aż 550 osób. Do grona UHNWI zaliczane są osoby z majątkiem wynoszącym przynajmniej 30 mln dol. Ich liczba w Polsce zmalała wobec danych z roku 2014, kiedy nad Wisłą UHNWI było 845. Powód jednak jest bardzo prosty – rosnący kurs dolara wpłynął na zmianę wartości polskich majątków za granicą. W 2014 r. za amerykańską walutę płacono 3,16 zł, podczas gdy na przełomie lat 2016/2017 cena dolara była o około złotówkę wyższa. Aby więc zakwalifikować się do międzynarodowego grona UHNWI, nie wystarczy już posiadać 95 mln zł majątku jak w roku 2014. Teraz potrzebne jest przynajmniej 120–125 mln zł.

Analiza transakcji nieruchomościami premium i luksusowymi wykazała również, że w Polsce wciąż mało aktywni są inwestorzy zagraniczni, podczas gdy na świecie jest to jeden z ważniejszych filarów segmentu premium i luksusowego. Za granicą cudzoziemcy odpowiadają za 10–30 proc. zakupów w miastach popularnych wśród osób zamożnych. W Polsce natomiast wciąż głównymi nabywcami są osoby mające polskie obywatelstwo lub w inny sposób z Polską związane.

fot.: Fotolia

Hamburg miasto Beatlesów

Agnieszka Poręba

W miejscu dzisiejszego Hamburga osadnicy pojawili się już w IV w. p.n.e., jednak powstanie miasta datuje się na rok 858, w którym cesarz Karol Wielki postanowił, dla obrony chrześcijan, wznieść gród warowny

Do X w. miasto było często napadane przez wikingów, co spowolniło jego rozwój. W XII w. handel w północnej części Europy szybko się rozwijał, a szczególnego znaczenia nabierała Łaba, którą transportowano towary. W 1189 roku z rąk cesarza Fryderyka I Barbarossy miasto otrzymało przywilej pobierania podatków za transport Łabą, co dało początek jego dynamicznego rozwoju. Prawdziwe przyspieszenie nastąpiło w 1558 roku, po otwarciu giełdy hamburskiej, będącej pierwszą taką placówką w krajach niemieckojęzycznych. Rozkwit miasta zatrzymała epidemia dżumy, która zdziesiątkowała je w 1713 roku.

Historia miasta nierozerwalnie związana jest z morzem, portem i stoczniami. Jedna z najsłynniejszych Blohm & Voss AG została założona w 1877 roku. To tu powstał „Dar Pomorza”. Dzięki rozwojowi portu miasto stało się jednym z najważniejszych w Niemczech. W 1888 r. założono port wolnocłowy, dzięki czemu Hamburg stał się największym składem kakao, herbaty, kawy czy orientalnych przypraw. W 1895 roku powstał Kanał Kiloński, co tylko poprawiło sytuację miasta, które zyskało dostęp do wód Morza Bałtyckiego. O znaczeniu Hamburga w kontekście żeglugi morskiej świadczy fakt, że znajduje się tu siedziba Międzynarodowego Trybunału Praw Morza.

Czarną kartą historii dla miasta był okres II Wojny Światowej. W związku z jego ogromnym znaczeniem gospodarczym i militarnym, w 1943 roku alianci podjęli decyzję o potężnych bombardowaniach, podczas których zniszczono niemal całe miasto, łącznie z portem, a śmierć poniosło dziesiątki tysięcy ludzi. Miasto obecnie jest drugim największym w Niemczech i ósmym co do liczby ludności w Unii Europejskiej. Zamieszkuje je niemal 1,8 mln ludzi. Według danych niemieckiego urzędu statystycznego, w 2010 roku najliczniejszą grupą obcokrajowców byli Polacy, a ich liczba określona została na 20 tys. Obecnie szacuje się, że w Hamburgu mieszka ok. 500 tys. obcokrajowców, z czego 100 tys. to Polacy.

Symbolem miasta i jedną z największych atrakcji turystycznych jest położony na Starym Mieście XIX-wieczny ratusz. Centralna wieża liczy 112 m wysokości. Nad główną bramą widnieje napis: „Wolność, którą zdobyli przodkowie, niech godnie starają się zachować potomni.” Wokół budynku znajduje się 20 posągów cesarzy, od Karola Wielkiego do Franciszka II. Całość zbudowana jest z zachowaniem kanonów północnoniemieckiego i włoskiego renesansu. Kościół św. Michała to najsłynniejszy zabytek sakralny nie tylko w Hamburgu, ale w całych północnych Niemczech. Powstał w latach 1751-1762. Jego główna wieża wznosi się na wysokość 132 m, jest jednocześnie jedną z największych latarni morskich świata. Na jej szczycie umieszczony jest największy w Niemczech zegar, którego średnica ma ok. 24 m.

Jungfernstieg to ulica typowo handlowa, jedna z najważniejszych w mieście. Jest to promenada spacerowa w centrum. Ciekawostką jest fakt, że w przeszłości  ulicą spacerowały rodziny ze swoimi niezamężnymi córkami, dzięki czemu zdecydowanie łatwiej było im znaleźć męża. Z kolei St. Pauli, nazywana dzielnicą czerwonych latarni, jest jedną z największych atrakcji miasta. Reeperbahn to jedna z głównych ulic tej dzielnicy, to tu znajdują się liczne dyskoteki, bary ze striptizem, sexshopy czy teatry erotyczne. Niewiele osób o tym wie, że Reeperbahn związana jest także z historią The Beatles.

– Urodziłem się w Liverpoolu, ale dorastałem w Hamburgu – powiedział kiedyś John Lennon, mając na myśli ponad 300 wieczorów spędzonych przez jego zespół na początku lat 60. w klubach w hamburskiej dzielnicy czerwonych latarni. Dziś fani Beatlesów zwiedzają te okolice śladami zespołu. Kilka lat temu minęła 50. rocznica serii koncertów Wielkiej Czwórki w legendarnym Star-Club. Przyjeżdżający fani zbierają się zwykle na Beatles-Platz, okrągłym placu przypominającym starą płytę winylową, na której ustawione są stalowe sylwetki muzyków. Jednak to nie Lennon i spółka przyciągają zwykle uwagę, lecz znajdująca się kilka metrów dalej piąta postać, która idzie w kierunku grupy z opuszczoną gitarą basową. To Stuart Sutcliffe, pierwszy basista The Beatles, który opuścił grupę w 1961 roku. Wolał studiować sztukę.

Kolejną atrakcją, z której słynie miasto jest zoo. Założone w 1907 roku przez Carla Hagenbecka, zajmuje powierzchnię ok. 25 ha, znajduje się w nim przeszło 200 gatunków zwierząt. Ciekawostką jest fakt, że do minimum ograniczono ilość krat, starając się odzwierciedlić naturalne środowisko, dzięki czemu zwiedzający mogą podziwiać zwierzęta czując się jakby nie byli w miejskim zoo. Najważniejszym punktem gospodarczym miasta jest port. Jest oddalony od brzegu Morza Północnego o 110 km, lecz dzięki lejkowatemu ujściu rzeki Łaby w 2015 roku był trzecim co do wielkości portem Europy. Dzięki swojemu położeniu jest węzłem łączącym wszystkie rodzaje transportu. Miasto ma dostęp do czterech autostrad, największej sieci kolejowej w północnej Europie, międzynarodowego lotniska i żeglugi śródlądowej. Dzięki temu przez port w Hamburgu przewija się ogromna ilość towarów.

Gospodarka Hamburga rozwija się również dzięki bardzo dobrym uczelniom wyższym. Do najważniejszych należą: Uniwersytet w Hamburgu (Universität Hamburg, UHH) założony w roku 1919, Uniwersytet Techniczny Hamburg- Harburg (Technische Universität Hamburg-Harburg, TUHH) założony w 1978 r., Hochschule für Musik und Theater Hamburg (HfMT) założona w 1950 r., Hamburger Fern-Hochschule (HFH) założona w 1997 roku, jedna z największych prywatnych uczelni w Niemczech, Wyższa Szkoła Nauk Stosowanych (Hochschule für Angewandte Wissenschaften Hamburg, HAW) założona w 1970 roku. Polacy w Niemczech często decydują się na powadzenie własnej działalności gospodarczej. Pierwszym krokiem założenia własnej działalności jest wybór formy prawnej. W Niemczech funkcjonuje 7 różnych form prawnych: przedstawicielstwo (Repräsentanz), samodzielny oddział (eingetragene Zweigniederlassung), działalność na własny rachunek (Tätigkeit im eigenen Namen), spółka cywilna (Gesellschaft bürgerlichen Rechts), spółka jawna (oHG, offene Handelsgesellschaft), spółka komandytowa (KG Kommanditgesellschaft), spółka z o.o. (GmbH – Gesellschaft mit beschränkter Haftung). Każdą działalność należy zarejestrować w Urzędzie do Spraw Gospodarczych odpowiednim dla danej lokalizacji. Aby tak się stało wymagane jest złożenie następujących dokumentów: kopia paszportu, dowód zameldowania, wypełniony formularz, w którym będzie opisana działalność gospodarcza, umowa kupna, dzierżawy lub najmu nieruchomości wykorzystywanej dla prowadzenia działalności gospodarczej. Przy zawodach wymagających legitymowania się odpowiednim wykształceniem, np. przy rzemieślniczych, należy przedstawić dowód o dopuszczeniu do działalności rzemieślniczej z odpowiedniej izby rzemieślniczej.

fot.: Agnieszka Poręba

Latem postaw na rozwój zawodowy –rusza Szkoła Letnia w Koźmińskim

summer, internet, education, campus and teenage concept - group of students or teenagers with laptop and tablet computers hanging out

Co ciekawego można robić latem w mieście? Spędzać aktywnie czas na świeżym powietrzu, odkrywać nowe miejsca i smaki… Wakacje to jednak doskonała pora nie tylko na zabawę i wypoczynek, lecz także rozwój zawodowy.Warto doszlifować zwłaszcza swoją znajomość języka angielskiego, która jest przepustką do kariery. Szczególnie opłaca się również poznać tajniki Excela. Trudno bowiem wyobrazić sobie sprawne funkcjonowanie we współczesnym świecie biznesowym bez znajomości tego programu w stopniu zaawansowanym. Taki plan rozwojowy można zrealizować z łatwością dzięki kursom w ramach Szkoły Letniej w Akademii Leona Koźmińskiego.

Lato kojarzy się urlopami i błogim lenistwem, gdyż w tym momencie roku dni są dłuższe i czujemy, że mamy więcej wolnego czasu.Aby jednak później nie okazało się okresem bezproduktywnym, opłaca się wykorzystać go efektywnie. Wystarczy przeanalizować swoje braki i z rozmysłem zaplanować strategię rozwojową. Można wzmocnić własne kompetencje w zakresie znajomości języka angielskiego – wiele przedsiębiorstw ma dzisiaj międzynarodowy charakter bądź planuje ekspansję na rynki zagraniczne, czy Excela – w gospodarce opartej na wiedzy każdy specjalista ma do czynienia z dużą ilością danych do przeanalizowania.Zdobycie wiedzy i umiejętności w tym zakresie pozwoli dobrze przygotować się do nowego roku akademickiego oraz przyszłych wyzwań w pracy. Takie możliwości dają kursy w ramach Szkoła Letniej w Akademii Leona Koźmińskiego. Dostarczą uczestnikom praktycznych umiejętności, niezbędnych w codziennych działaniach na polu zawodowym.

Akademia Leona Koźmińskiego jest jedyną uczelnią w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej, która posiada wszystkie najważniejsze akredytacje biznesowe: EQUIS, AACSB, AMBA oraz CEEMAN. Koźmiński jest również najwyżej notowaną polską szkołą w rankingach „Financial Times”.

Na kursy w ramach Szkoły Letniej w Akademii Leona Koźmińskiego można zapisać się pod adresem:http://www.kozminski.edu.pl/pl/oferta-edukacyjna/kursy-i-szkolenia/#Szkolaletnia|0|0

Gdy rosną stopy procentowe

Bartosz Turek.

Bartosz Turek analityk rynku finansowego w Open Finance

Straty na giełdzie, obligacjach, a nawet trudności ze spłatą kredytów mieszkaniowych – takie mogą być konsekwencje mających nadejść wzrostów stóp procentowych. Warto przygotować swój portfel na taką ewentualność, aby uniknąć ryzyka strat

Jedno jest pewne – kredyty w końcu zdrożeją, a lokaty będą oprocentowane lepiej niż dziś. Stanie się tak, gdy tylko stopy procentowe ustalane przez Radę Polityki Pieniężnej zaczną rosnąć. Problem w tym, że nikt nie wie, kiedy dokładnie do tego dojdzie. Co więcej, przewidywania ekonomistów ciągle w tym względzie ewoluują i tak pierwsze głosy o mających nadejść podwyżkach pojawiły się już w drugiej połowie 2013 r. Szybko okazało się to jednak chybioną prognozą, bo potem Rada Polityki Pieniężnej dwukrotnie decydowała o obniżeniu kosztu pieniądza.

Tym samym od marca 2015 r. mamy do czynienia z historycznie najtańszym pieniądzem w rodzimej gospodarce. Stan taki trwa już ponad dwa lata. Jakby tego było mało, prezes Narodowego Banku Polskiego przyznał na konferencji prasowej po kwietniowym posiedzeniu RPP, że nie tylko w 2017 r., lecz także w 2018 r. może nie być przesłanek do podnoszenia stóp procentowych. Jedno jest pewne – prognozy w tym obszarze potrafią zmieniać się jak w kalejdoskopie i warto przygotować się do konsekwencji mających nadejść podwyżek. Po latach nienaturalnie taniego kredytu powrót do normalności może być bolesny. Oto 10 rzeczy, o których musisz pamiętać, gdy rosną stopy procentowe:

1. Giełdy w dół
Przede wszystkim mogą przekonać się o tym inwestorzy giełdowi. Historia uczy, że rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych to zły omen dla giełdowych indeksów. Co więcej, im ważniejszy bank centralny, który decyduje o podwyżkach, tym większy wpływ ma na rynki i światową gospodarkę. Raczej nie jest przypadkiem, że pęknięcie bańki internetowej (marzec 2000 r.) odbyło się w trakcie cyklu podwyżek stóp procentowych realizowanego przez amerykański Fed. Podobnie było z pierwszymi informacjami o rosnącej liczbie licytacji nieruchomości w USA (2004 r.). Działo się tak, ponieważ przy okazji drożejących kredytów coraz więcej osób nie było stać na spłacanie rat za nieruchomości kupione w trakcie hossy. Był to pierwszy sygnał złej sytuacji na rynku kredytowym, co potem okazało się preludium światowego kryzysu, za którego symboliczny początek uznaje się upadek banku Lehman Brothers w 2008 r.

Oczywiście, przykłady te są skrajne. W dodatku nie zawsze wzrost stóp procentowych oznacza przeceny na giełdach, a tym bardziej gospodarcze kryzysy. Trzeba mieć jednak świadomość działania prostego mechanizmu – wzrost stóp procentowych oznacza wzrost kosztu kredytu. Tej zmiany mogą nie wytrzymać nieprzygotowane lub niskorentowne firmy. Na wyniki spółek negatywny wpływ mają też decyzje konsumentów. Ci będą przecież ograniczać konsumpcję „na kredyt”, skoro dług drożeje. Mało tego, przy okazji podwyżek stóp procentowych inwestorzy dwa razy się zastanowią, czy podejmować ryzyko gry na giełdzie, skoro w bankach mogą dostać coraz lepiej oprocentowane i bezpieczne lokaty.

2. Tanieją obligacje
Wzrost stóp procentowych jest też złą informacją dla inwestorów działających na rynku obligacji. Zasada jest prosta. Jeśli ktoś ma obligację, która daje 5 proc. zysku w skali roku, to jej wartość w przypadku odsprzedaży zależy od obowiązujących w danym momencie rentowności innych obligacji. I tak na przykład inwestorzy skłonni będą za taki papier zapłacić więcej, gdy nowo emitowane obligacje oferują jedynie 3 proc. zysku. Odwrotna sytuacja byłaby wówczas, gdyby nowe papiery pozwalały zarobić 8 proc. Wtedy swoje obligacje oprocentowane na 5 proc. w skali roku właściciel musiałby zaoferować z dyskontem, aby ktoś je od niego odkupił. Mechanizm ten dotyczy obligacji o stałym oprocentowaniu. Na szczęście wiele papierów ma zmienne oprocentowanie i to takie właśnie warto dziś rozważać. W przypadku wzrostu stóp procentowych można się spodziewać, że zysk generowany przez te papiery także wzrośnie.

3. Sezon okazji na rynku nieruchomości
Gorliwymi odbiorcami komunikatów o zmianach poziomu stóp procentowych powinni być też kredytobiorcy, szczególnie ci, którzy zadłużyli się na zakup mieszkań w rodzimej walucie. Nie powinno to dziwić, skoro decyzje RPP w krótkim czasie przekładają się na wysokość płaconych przez nich rat. Mechanizm jest prosty. Zmiana poziomu podstawowej stopy procentowej przekłada się na oprocentowanie, z jakim banki pożyczają same sobie pieniądze na rynku międzybankowym. Obrazuje to stawka WIBOR, która przy okazji jest składnikiem oprocentowania niemal wszystkich złotowych kredytów mieszkaniowych w Polsce. Wyobraźmy sobie na chwilę czarny scenariusz, w którym podstawowa stopa procentowa rośnie z obecnego poziomu 1,5 proc. do 4,75 proc. Wartość ta nie jest zupełnie abstrakcyjna – obowiązywała ona od maja do listopada 2012 r. Co stałoby się w takim przypadku? Rata kredytu zaciągniętego na 30 lat w wysokości 300 tys. zł rośnie z aktualnego poziomu około 1,5 tys. zł do ponad 2,1 tys. zł miesięcznie.

Dla przeciętnej rodziny taka zmiana oznacza już poważne kłopoty. Dolejmy jednak oliwy do ognia. Załóżmy przy tym, że familia ma nie tylko dług na zakup mieszkania, lecz także kredyty gotówkowe zaciągnięte, na przykład, na wykończenie i wyposażenie lokalu. Ich raty także rosną. Jeśli do tego rodzina nie zauważy momentu, w którym comiesięczne wydatki zaczynają przekraczać przychody, i zacznie zadłużać się za pomocą karty kredytowej lub limitu kredytowego w koncie, to jest to prosta droga do wpadnięcia w spiralę zadłużenia prowadzącą do niewypłacalności. Wyraźny wzrost poziomu stóp procentowych może więc doprowadzić do sytuacji, w której część kredytobiorców nie będzie w stanie spłacić swoich zobowiązań. To może oznaczać wzrost podaży mieszkań sprzedawanych przez dłużników. Przy dużej skali zjawiska tylko krok dzieli nas od spadku cen nieruchomości. Choć z punktu widzenia pierwszej połowy 2017 r. scenariusz ten wydaje się nie tylko mało prawdopodobny, ale wręcz abstrakcyjny, to warto przygotować się i na taką ewentualność.

Nawet jeśli mający w końcu nadejść wzrost kosztu pieniądza okaże się tylko miękkim lądowaniem, to i tak racjonalnym posunięciem dla kredytobiorców jest odłożenie kapitału na czarną godzinę. Z punktu widzenia części inwestorów zarysowany scenariusz jest natomiast idealną okazją do zakupu przecenionych mieszkań. Co ciekawe, nie powinni mieć przy tym problemów z ich wynajęciem. Przeważnie popyt na najem rośnie w okresach gorszej koniunktury na rynku zakupu nieruchomości. Trudno się temu dziwić – każdy musi przecież gdzieś mieszkać, a więc z jednej strony popyt na najem rośnie, gdy część właścicieli zmuszona jest sprzedać nieruchomości, a z drugiej młodzi wchodzący w dorosłość rzadziej decydują się na zakup, skoro kredyty drożeją.

4. REIT czeka przecena
Jeśli już mowa o rynku nieruchomości, to z amerykańskich doświadczeń możemy wysnuć jeszcze jedną radę dla inwestorów giełdowych. Co do zasady w okresach rosnących stóp procentowych na wartości tracą notowane na parkiecie REIT (Real Estate Investment Trust). Są to swego rodzaju fundusze inwestycyjne, które korzystają ze specjalnych preferencji podatkowych. Uzyskały je, ponieważ co roku dzielą się lwią częścią swoich zysków z akcjonariuszami. Obszarem ich działalności – jak sama nazwa wskazuje – jest sektor nieruchomości. Jeśli wierzyć zapewnieniom przedstawicieli Ministerstwa Finansów, to po wielu latach nawracających dyskusji i prac nad wdrożeniem instytucji REIT nad Wisłą stosowne regulacje mogą w końcu wejść w życie w 2018 r. Dlaczego jest to ważne w kontekście mającego nadejść wzrostu kosztu pieniądza? Na tym, jak REIT będą sobie radziły na rodzimym parkiecie, zaważyć mogą decyzje banków centralnych o poziomie stóp procentowych. Niestety, utrzymująca się od lat polityka rekordowo taniego pieniądza powoduje, że nieruchomości komercyjne są dziś wyceniane wysoko.

5. Pękają bańki spekulacyjne
Warto też pamiętać, że szybki wzrost poziomu stóp procentowych automatycznie ujawni obszary, w których narosły bańki spekulacyjne. Dziś niełatwo je wskazać, choć zastanawiające mogą być gwałtowne wzrosty cen niektórych aktywów. I tak na przykład wirtualna waluta – bitcoin – zdrożała z niecałych 5 dol. w kwietniu 2012 r. do około 1,2 tys. dol. w kwietniu 2017 r. Potencjalny zysk byłby więc astronomiczny. W kontekście lokat oprocentowanych na 2–3 proc. w skali roku imponujące wydać się mogą informacje o tym, że w ciągu ostatnich pięciu lat o około 190 proc. napompowane zostały notowania indeksu badającego zmiany cen najbardziej cenionych butelek szkockiego trunku (dane Rare Whisky Icon 100 Index). Podobnie w tym samym okresie samochody klasyczne podrożały o 120 proc. (dane HAGI o stu najbardziej cenionych egzemplarzach).

6. Lokaty podbiją serca oszczędzających
Na szczęście nie wszystkie konsekwencje zacieśniania polityki monetarnej są negatywne. Wyższe stopy procentowe to przyjemny okres dla oszczędzających, którzy mogą liczyć na wyższe oprocentowanie bankowych depozytów. Jak wynika z danych NBP, w grudniu 2008 r. przeciętna roczna lokata była oprocentowana na 7 proc. w skali roku. Wtedy podstawowa stopa procentowa była jednak na poziomie 5,75 proc. – prawie cztery razy wyższym niż dziś. Trudno się więc dziwić, że w lutym 2017 r., zanosząc pieniądze do banku, można było liczyć jedynie na 1,65 proc. na przeciętnym trzymiesięcznym depozycie.

7. Okazja na tani kredyt
Restrykcyjna polityka pieniężna to także gratka dla szukających okazji na rynku mieszkaniowym. Oprócz możliwych przecen nieruchomości można liczyć na prawdziwie atrakcyjny kredyt. Jest to tylko pozorny paradoks. Doświadczenia ostatnich kilkunastu lat pokazują, że w okresach, w których drożeje pieniądz, banki są skłonne bardziej walczyć o klienta, obniżając marże kredytowe – element oprocentowania stały w całym wieloletnim okresie kredytowania.

Dlaczego jest to ważne? Jeśli jeden klient zaciągnął kredyt z marżą na poziomie 1 proc., a drugi z marżą na poziomie 3 proc., to przy trzymiesięcznym WIBOR na poziomie z kwietnia 2017 r. (1,73 proc.) pierwszy cieszy się oprocentowaniem długu na poziomie 2,73 proc., a drugi 4,73 proc. Rata długu zaciągniętego na 200 tys. zł i 20 lat wynosi w pierwszym przypadku 1080 zł miesięcznie, a w drugim jest o 210 zł wyższa. Kluczowe z punktu widzenia całkowitego kosztu zaciąganego kredytu są więc stałe elementy oprocentowania, a te są przeważnie niższe w okresie wysokich stóp procentowych.

8. Tańsze wakacje i zagraniczne zakupy
Dobre informacje powinny też płynąć z rynku walutowego. Decyzje RPP o podnoszeniu stóp procentowych oznaczają bowiem często umocnienie się złotówki. Wyższe oprocentowanie przyciąga bowiem kapitał zagraniczny, co oznacza popyt na rodzimą walutę. Ponadto w normalnych warunkach do podwyżek stóp procentowych dochodzi wtedy, gdy gospodarka szybko się rozwija i trzeba ją trochę schłodzić, aby walczyć z inflacją. Dobra koniunktura gospodarcza także może przyciągać kapitał zagraniczny. Efekt? Za dolary, euro, funty czy franki powinniśmy w kantorach płacić mniej. W krótkim terminie jest to dobra informacja dla osób planujących zagraniczne zakupy lub wakacje poza Polską.

9. Karty kredytowe będą jeszcze droższe
W tym kontekście nie można jednak zapomnieć o podstawowej przestrodze, aby na takim wyjeździe nie korzystać z karty kredytowej w celu wypłaty pieniędzy z bankomatu – tym bardziej jeśli doszłoby do podwyżek stóp procentowych. Warto pamiętać, że w przypadku transakcji gotówkowych taką kartą odsetki bank zaczyna naliczać od razu. Ich maksymalna wysokość ustalona jest jako czterokrotność stawki lombardowej ustalanej przez RPP. Dziś wynosi ona 2,5 proc., a więc maksymalne oprocentowanie długu na karcie kredytowej to 10 proc. Dla porównania, gdyby wrócić do poziomu stóp procentowych z 2012 r., dopuszczony ustawą limit wzrósłby do poziomu 25 proc.

10. Złoto tanieje podwójnie
Niestety, taniejące waluty mogą oznaczać spadek cen tak pożądanego przez Polaków kruszcu, jakim jest złoto. W 2016 r. w celach inwestycyjnych Polacy kupili prawie 7 ton, czyli o ponad jedną czwartą więcej niż rok wcześniej – wynika z szacunków portalu RynekZłota24. Kruszec notowany jest w dolarze, a skoro ten może przy okazji wzrostu stóp procentowych tanieć, to i mniej złotówek warta będzie zakupiona sztabka lub moneta.

Czy efektowi temu przeciwdziałać mogłyby decyzje amerykańskiego Fed? Raczej nie, bo jeśli amerykański bank centralny podnosi stopy procentowe, to prowadzi to do umocnienia dolara. Problem w tym, że zazwyczaj drożejący dolar odbija się negatywnie na notowaniach żółtego kruszcu. Po prostu jeśli dolar drożeje, to nabywcy z całego świata chcą za złoto płacić coraz mniej dolarów.

Wkrótce „HR OPEN DAY” w Koźmińskim

business people shaking hands in office.

Już niebawem – 10 czerwca br. w siedzibie Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie odbędzie się dzień otwarty dla kandydatów na studia podyplomowe z obszaru human resources. Tematem przewodnim spotkania będzie rola działu HR jako animatora zmian w firmie w celu budowania organizacji przyszłości. Najlepsi eksperci HR z ramienia uczelni udzielą uczestnikom wielu cennych rad, jak z sukcesem przeprowadzić taką transformację.

Działy związane z zasobami ludzkimi mają ogromne znaczenie dla funkcjonowania przedsiębiorstwa, a ich pracownicy odpowiadają dziś nie tylko za rekrutację, szkolenia czy motywowanie pozostałych pracowników.W związku z rozwojem i wzrostem znaczenia zawodu HR-owca mają wpływ zarówno na karierę zawodową innych osób, jak iw coraz większym stopniu są włączani w procesy wytyczania możliwych dróg rozwoju i budowanie strategii organizacji.To bardzo często właśnie oni zajmują się diagnozą problemów występujących w firmie, szukaniem nowych nośnych idei, wdrażaniem innowacyjnych rozwiązań,dzięki którym może zyskać ona konkurencyjną przewagę na rynku, a także budowaniem przyjaznego środowiska pracy dla pozostałych zatrudnionych.

Kreatywni, dynamiczni i sumienni pracownicy działów HR powinni być otwarci na poznawanie kolejnych obszarów wiedzy i poszerzanie perspektyw. Świetną okazją do diagnozy możliwych kierunków i sposobów własnego rozwoju na drodze kariery są organizowane przez uczelnie dni otwarte z tego obszaru wiedzy. Już10 czerwca takie spotkanie będzie miało miejsce w najlepszej uczelni biznesowej w Europie Środkowo-Wschodniej wg „Financial Times” – Akademii Leona Koźmińskiego, przy ul. Jagiellońskiej 59 w Warszawie. Podczas „HR Open Day”odbędzie się inspiracyjne wystąpienie Kariny Popieluch, dzięki któremu zebrani zyskają wiedzę na temat ogromnej roli HR-owców w rozwoju nowoczesnego przedsiębiorstwa. Po wykładzie kandydaci na studia będą mieli również okazję porozmawiać w kuluarach z ekspertami z tej dziedziny, którzy chętnie im doradzą, jaką ścieżkę kształceniawybrać.

Akademia Leona Koźmińskiego jest jedyną uczelnią w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej, która posiada wszystkie najważniejsze akredytacje biznesowe: EQUIS, AACSB, AMBA oraz CEEMAN. Koźmiński jest również najwyżej notowaną polską szkołą w rankingach „Financial Times”.

Szczegółowe informacje na temat dnia otwartego oraz formularz zgłoszeniowy znajdują się na stronie: http://www.kozminski.edu.pl/spotkaniezhr/

Pociąg do kolei niestety, opóźniony

    Andrzej Nierychło

    Początek XXI wieku to czas największych w historii Polski inwestycji infrastrukturalnych. Dzięki napływowi funduszy przyznanych przez Unię Europejską nasz kraj może wreszcie nadrabiać historyczne zaległości

    Największe strumienie pieniędzy płyną na inwestycje komunikacyjne. W pierwszej kolejności uruchomiono budowę sieci autostrad i dróg szybkiego ruchu. Gdy program ten przekroczył już swój punkt szczytowy, przyszedł czas na kolej. Był to ostatni dzwonek. Na przełomie wieków komunikacja kolejowa w Polsce znalazła się w stanie zapaści. Pociągi jeździły coraz rzadziej i coraz wolniej. Zamykano kolejne odcinki linii kolejowych i wkrótce ulegały one ostatecznej dewastacji. Nieliczne, wymuszone katastrofalnym stanem torowisk remonty ciągnęły się w nieskończoność. Brakowało lokomotyw i wagonów. Nic nie dawały kolejne reformy strukturalne, dzielenie i łączenie firm, niewydolne były próby prywatyzacji. I wówczas, dosłownie w ostatniej chwili, pojawił się strumień pieniędzy. Z roku na rok coraz szerszy. Powstał Krajowy Program Kolejowy sięgający po 2023 rok; późną jesienią zeszłego roku rząd przyjął jego zmodyfikowaną wersję. Opiewa on na 67 mld złotych, w większości pochodzących z funduszy unijnych. To największe dzisiaj pieniądze do wydania na inwestycje na polskim rynku. Według stanu na początek obecnego roku, na kolei już trwały prace o wartości 7 mld złotych, z tego kontrakty na 4 mld złotych zostały zawarte w 2016 roku. W obecnym roku rząd chce zlecić prace aż za 30 mld złotych, a w kolejnym jeszcze za 8-10 mld złotych. Chodzi o to – i taki był sens ostatnich korekt w Krajowym Programie – by zmniejszyć tzw. górkę inwestycyjną, czyli nasilenie wydatków w ostatnim okresie programu. Jest bowiem niedobrą, choć niestety usankcjonowaną praktyką, że inwestycje opóźniają się i wówczas dochodzi do pośpiesznego kontraktowania prac „bo pieniądze przepadną”. Przeciwdziałać temu ma zabieg zwany fazowaniem wydatków.

    Nie jest tu możliwe nawet zgrubne streszczenie KPK, ten dokument liczy sobie 56 stron drobnego druku, w tym dużo map i wielkich tabel z wyliczankami. Najogólniej, do 2023 roku sfinansowane mają zostać modernizacje 8,5 tys. km linii kolejowych, czyli około połowy wszystkich czynnych. Odnowione zostać mają niemal wszystkie połączenia między największymi miastami oraz oba korytarze wschód-zachód. Wiele prac już rozpoczęto i trwają w różnym stopniu zaawansowania.

    W programie najczęściej mowa jest o modernizacjach, gdyż, w przeciwieństwie do budowy rzeczywiście nowych autostrad i innych dróg kołowych, na kolei wykonuje się przede wszystkim remonty linii. Jednak ze względu na skalę wcześniejszych zaniedbań taki remont oznacza często całkowitą rozbiórkę ruin i budowę od zera nowego szlaku. Bywa, że jest to trudniejsze technicznie i kosztowniejsze od powstania nowej żelaznej drogi – to wszakże zupełnie inna historia, w papierach widnieje remont. Ale remont linii kolejowej to nie tylko wymiana zardzewiałych szyn i przegniłych podkładów. Zwykle to także wymiana układu trakcji elektrycznej, przebudowa peronów, wydłużanie bocznic, zakładanie systemu sygnalizacji i sterowania ruchem, budowa wiaduktów i przepustów, niekiedy także łagodzenie łuków. Chodzi o zwiększenie przepustowości linii i prędkości handlowej pociągów. Czyli o to, by zmodernizowaną linią pociągi pasażerskie mogły jeździć częściej i szybciej, a towarowe mogły ponadto być dłuższe i cięższe.

    To tłumaczy, dlaczego proste z pozoru prace remontowe pochłaniają najwięcej pieniędzy. Jednak na Krajowy Program Kolejowy składają się także inne wydatki. Są wśród nich koszty systemu obsługi podróżnych i informacji dla pasażerów oraz zakup urządzeń zwiększających bezpieczeństwo ruchu. W najnowszej wersji KPK uwzględniono też przesunięcia środków pomiędzy rozmaitymi projektami inwestycji. Z listy rezerwowej na główną przeniesiono budowę linii Podłęże-Piekiełko; to jedyna w tej chwili trasa kolejowa tworzona od podstaw, skrót szlaku Kraków-Zakopane, o potrzebie którego mówi się… 100 lat. Zwiększono także zakres remontu trasy z Warszawy do Krakowa przez Kielce. Dopisano kilka odcinków, które zostaną zelektryfikowane, w tym Ełk-Korsze na Mazurach i Tomaszów-Opoczno. Dzięki aktualizacji na liście podstawowej KPK znalazło się kilka projektów zgłaszanych od dawna przez marszałków województw, np. Lębork-Łeba, Nysa-Brzeg czy Legnica- Kamieniec Ząbkowicki. Znaczącą korektą jest wreszcie dopisanie do listy prac na odcinku od Białej Podlaskiej przez Małaszewicze do Terespola, wraz z przebudową stacji, co łącznie kosztować będzie ponad pół miliarda złotych. Dla równowagi zmniejszono rozbuchane plany modernizacyjne na tzw. liniach węglowych, wiodących ze Śląska do największych portów.

    Krajowy Program Kolejowy w tej wersji wygląda imponująco i wolno sądzić, że został starannie przemyślany i przeanalizowany we wszelkich możliwych aspektach. Tym większym zaskoczeniem są więc najnowsze, bo kwietniowe, wypowiedzi, że program jest nierealny. Nie chodzi tu tylko o gazetowe marudzenie, ani o typowe w takich sytuacjach głosy tych, którzy dostrzegli, że korzyści ich ominą. „Wydanie zaplanowanych na ten cel 66,5 mld zł w obecnej budżetowej perspektywie UE do 2023 roku może się nie udać” – ogłosił niespodziewanie wiceminister rozwoju. „Mam małą wiarę, że wszystko pójdzie dobrze” – dodał. Z kolei wysoki przedstawiciel Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa wprawdzie chwalił zalety KPK, napomknął jednak o „urealnieniu” i „rozładowaniu” napięć. Obaj reprezentanci rządu wskazali na „winy” poprzedniej ekipy, ale trudno tego nie uznać za obowiązkowy dziś chwyt retoryczny. W końcu błędy rządu PO-PSL były chyba już znane, gdy w grudniu zatwierdzano najnowszą wersję KPK.

    Zdaniem niezależnych ekspertów, poprzednia władza rzeczywiście nie ma zupełnie czystego sumienia. Program Kolejowy w pierwotnej wersji powstawał w pośpiechu, w trakcie kampanii wyborczej. Przez ostatnie trzy lata rządów PO-PSL nie był aktualizowany, chociaż opóźnienia były widoczne już gołym okiem. Ale także obecna wersja nie jest pozbawiona wad, np. brak jej charakteru kroczącego, to znaczy nie zawiera zadań na kolejne lata. Tymczasem wiadomo, że planowanie inwestycji kolejowej musi zostać rozpoczęte dwa lata przed wejściem robotników na plac budowy. Dlatego perspektywa takich planów powinna być co najmniej 30-, 40-letnia, a sam dokument należy powiązać z podobnym, dotyczącym transportu drogowego.

    Fachowcy branżowi twierdzą też, że Program Kolejowy winien być oparty na fundamencie, jakim jest sieciowy model ruchu. To skomplikowane zagadnienie. Upraszczając, dzisiaj obowiązuje założenie: zbudujmy (czy wyremontujmy) linię, a ruch pociągów się pojawi. Ale możliwe jest też założenie odwrotne: na danym odcinku jest potrzeba ruchu kolejowego, więc budujmy tu linię.

    Zdaniem wyspecjalizowanego w branży Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, nie jest to jeszcze moment, gdy sprawa jest ostatecznie przegrana. Wykonanie założeń KPK jest trudne, ale możliwe. Ten umiarkowany optymizm ma przy tym bardzo przewrotne podstawy. Otóż płynie z faktu, że 67 mld złotych do wydania to w istocie niewiele wobec ogromnej skali zapóźnienia polskiego kolejnictwa. Nawet wykorzystane w całości, kwoty te tylko nieznacznie zbliżą Polskę do poziomu zachodnioeuropejskiego. Prawdziwym problemem jest, skąd brać na dalsze konieczne inwestycje.

    Na stan i przyszłość polskiego transportu kolejowego patrzeć więc trzeba znacznie szerzej. Pomocne w tym może być opracowanie „Wykorzystanie i potencjał kolejowych przewozów pasażerskich w Polsce” ogłoszone w kwietniu tego roku przez Urząd Transportu Kolejowego. Dokument ten odwołuje się w szczegółach do Białej Księgi Transportu opublikowanej przez Komisję Europejską.

    Przedstawione dane potwierdzają, niestety, tezę o dramatycznie niskim poziomie rozwoju kolei w Polsce. Wprawdzie w Polsce w 2016 r. przewieziono koleją 292,5 mln pasażerów, o ponad 12 mln więcej niż rok wcześniej, ale znaczy to, że przeciętny Polak podróżuje pociągiem tylko 8 razy w roku. Tymczasem średnia europejska to 19 podróży. Każdy Szwajcar wsiada do pociągu 70 razy w roku, Niemiec 33 razy, Anglik 26, Szwed 22, Węgier 15, Hiszpan 12, a Słowak odbywa rocznie 11 podróży koleją. Rzadziej niż w Polsce korzysta się z pociągów w Rumunii, Bułgarii i Grecji. Uśredniony wskaźnik ośmiu podróży Polaka pociągiem rocznie wygląda jeszcze gorzej, gdy przedstawić go w układzie wojewódzkim. Ujawniają się tu wielkie różnice. Mieszkaniec województwa pomorskiego jeździ koleją 23 razy w roku, Mazowsza 19, ale trzeciego i czwartego w rankingu województw wielkopolskiego i dolnośląskiego już tylko 8 razy. To i tak sporo, bo w podkarpackim i podlaskim pociągiem jeździ się średnio 1,5 raza w roku.

    Na taki obraz wpływa oczywiście wielka praca przewozowa kolejki miejskiej w Trójmieście i okolicach oraz pociągów podmiejskich w węźle warszawskim. Statystyki traktują bowiem tak samo kilkuminutowy dojazd na stojąco i wielosetkilometrową podróż. Kto wie, czy gdyby pominąć ruch lokalny w dwóch aglomeracjach, Polski nie wyprzedziłaby Bułgaria czy prawie pozbawiona kolei Grecja. Innym wskaźnikiem jest liczba pociągów pasażerskich przejeżdżających w ciągu doby przez umowny jeden kilometr linii kolejowej. W Polsce takich pociągów jest 20, a w Holandii ponad 130, przy średniej kontynentalnej 45 przejazdów (Wlk. Brytania 90, Niemcy 57, Francja 40, Węgry 31). I ostatnie już liczby. Z istniejących szacunków, bo trudno tu o precyzyjne dane, wynika że w całości przewozów pasażerskich w Polsce udział kolei wynosi… 3 procent, a 97 procent przypada na samochody. Tymczasem wspomniana tu Biała Księga Komisji Europejskiej formułuje między innymi zalecenie, aby w 2050 roku połowa wszystkich przewozów odbywała się pociągami. Można oczywiście przyjąć, że jest to cel bzdurny, bo przez ponad 30 lat rozwiną się nowe techniki podróżowania, np. samochody elektryczne. Tylko czy w elektryfikacji aut pozycja
    Polski jest lepsza?

    Perspektywy kolei w naszym kraju wyglądają więc dokładnie tak, jak nadzieje na sprzedaż butów w czarnej Afryce w starej i ogranej anegdocie. Jedni twierdzą, że próżny trud, bo w tym kraju nikt nie jeździ pociągami i kolej umiera. Inni za to podkreślają, że poziom kolei jest niski i to tworzy wielkie możliwości rozwojowe na przyszłość. Jedna z tych opcji musi wziąć górę i oby to była ta optymistyczna, bo szkoda zmarnować 67 miliardów zeteł. Zaś geografia Polski czyni ją stworzoną do podróżowania pociągami.

    Już w przyszłym tygodniu odbędzie się IX Kongres Relacji Inwestorskich Spółek Giełdowych SEG

    7-8 czerwca 2017 w Ossie spotkają się IR’owcy spółek giełdowych, aby porozmawiać o sposobach na skuteczną komunikację. Będzie mowa m.in. o: nowoczesnym zarządzaniu tworzeniem i dystrybucją informacji, raportowaniu niefinansowym czy o roli działów IR w funkcjonowaniu spółek giełdowych.

    Część merytoryczną pierwszego dnia Kongresu rozpocznie blok na temat nowoczesnego zarządzania tworzeniem i dystrybucją informacji dla inwestorów, w której zostaną omówione zagadnienia związane z budowaniem nowoczesnej strony internatowej, dotarciem z informacją do mediów i inwestorów, czy wykorzystaniem mediów społecznościowych do codziennej pracy IR’owca.

    Kolejna blok tematyczny na temat raportowania niefinansowego dostarczy odpowiedzi na pytania: które spółki i co powinny raportować? Jakie są wyzwania raportowania pośredniego? Jak określić istotność kwestii niefinansowych i wybrać wskaźniki? Jaka jest rola biegłego rewidenta w raportowaniu niefinansowym?

    Nowe obowiązki dotyczące raportowania informacji niefinansowych funkcjonują już od pół roku. Co prawda pierwsze raporty trzeba będzie sporządzić za rok 2017, ale jest to obszar na tyle nowy i skomplikowany, że przygotować się trzeba wcześniej. Dlatego podczas Kongresu zajmiemy się szczegółowo tym kto i co musi raportować oraz będziemy dyskutować o najlepszych metodach ustalenia, jakie zagadnienia środowiskowe, społeczne i pracownicze są istotne w danej spółce, jej grupie kapitałowej i łańcuchu dostaw – Piotr Biernacki, Prezes Zarządu, Fundacja Standardów Raportowania.

    Ostatni blok „Relacje inwestorskie jako sport ekstremalny” będzie dotyczył takich zagadnień jak: indywidualna odpowiedzialność za działania RI; jak z Warszawy prowadzić zagraniczne relacje inwestorskie; wyzwania przy raportowaniu okresowym.

    Działy IR miały zawsze bardzo ważną i odpowiedzialną rolę spółkach giełdowych. Od wejścia w życie MAR ta odpowiedzialność zwiększyła się wprost proporcjonalnie do kosmicznych kar, które mogą zostać nałożone na spółką i członków jej organów jako osoby fizyczne. Zaryzykuje stwierdzenie, że błędny ruch IR’owca może doprowadzić spółkę do bankructwa. O tych nowych wyzwaniach działów IR będziemy rozmawiać podczas Kongresu – opowiada Mirosław Kachniewski, Prezes Zarządu, Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych.

    Po części merytorycznej odbędzie się Charytatywny Bieg Rynku Kapitałowego. Uczestnicy będą zbierać środki na praktyczną edukację młodzieży ponadgimnazjalnej w zakresie przedsiębiorczości w ramach programu „Zarządzanie firmą”, który jest realizowany przez Fundację Młodzieżowej Przedsiębiorczości.

    Uwieńczeniem części merytorycznej I dnia Kongresu będzie Wieczorna Gala, podczas której odbędzie się ceremonia wręczenia statuetek laureatom X edycji Konkursu Złota Strona Emitenta.

    Drugiego dnia, jak co roku, odbędą się dwie tury warsztatów tematycznych dotyczących zagadnień podnoszenia jakości relacji inwestorskich:

    • Komunikacja spółki z inwestorami instytucjonalnymi
    • Twoja nowa strona korporacyjna: od czego zacząć
    • Raportowanie niefinansowe: ustalenie istotności zagadnień, przygotowanie spółki, korzyści dla zarządu i inwestorów
    • Myśl jak analityk
    • Raportowanie w sytuacji kryzysowej
    • Identyfikacja i komunikacja finansowej informacji poufnej

    Zaplanowane zostały także dwie sesje „Rynek rok po MAR” z perspektywy nadzorców oraz z perspektywy emitentów.

    Gospodarzem Kongresu będzie Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych. Partnerami wydarzenia są: Fundacja Standardów Raportowania oraz Krajowa Izba Biegłych Rewidentów jako Partnerzy Instytucjonalni; Message oraz Polska Agencja Prasowa – PAP Biznes jako Partnerzy Strategiczni; InfoStrefa oraz Monit24 jako Partnerzy; Unicomp WZA jako Partner Technologiczny oraz Pelion jako Partner Biegu.

    Szczegółowe informacje na temat IX Kongres Relacji Inwestorskich Spółek Giełdowych SEG dostępne są na stronie internetowej www.seg.org.pl.

    Ważne Informacje

    Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

    Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

    Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

    Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

    Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

    Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

    Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

    Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

    Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...