.
Strona główna Blog Strona 317

Miastolubna i wszechstronna

Škoda sukcesywnie odświeża swoje modele, aby mogły przez cały czas intensywnie walczyć o coraz bardziej wymagającego klienta. Czeskie auta, choć wciąż przede wszystkim funkcjonalne, powoli zaczynają odwoływać się do naszych emocji.

Nikogo nie zdziwię chyba twierdząc, że klient Citigo czy Rapida kieruje się przede wszystkim rozsądkiem i trzeźwym spojrzeniem na motoryzację. Nie skłamię również, że klient ten będzie obdarzony dużą dozą oszczędności. Nie zostanie jednak posądzony o nudziarstwo. Ostatnie liftingi mniejszych Czeszek pokazały, że hasło Simply Clever nie jest tylko pustym sloganem reklamowym i śmiało możemy oczekiwać od tych samochodów czegoś więcej niż jedynie funkcji transportowej.

Zacznę od mniejszego modelu. Citigo z zewnątrz różni się od poprzednika innym wyprofilowaniem maski, reflektorami, które otrzymały ledowe światła do jazdy dziennej, a także inaczej zaprojektowanym zderzakiem, w którym zostały zamontowane halogeny z funkcją doświetlania zakrętów. Nowe barwy lakierów nie pozwolą na zgubienie autka na parkingu. Soczysta zieleń kiwi, krystaliczny błękit czy ostra czerwień wersji Monte Carlo rzucają się w oczy i zabarwiają ulice pełne szarych i nijakich samochodów. We wnętrzu znajdziemy nowe materiały wykończeniowe, sprytny uchwyt na smartfona i gniazdo USB na górze deski rozdzielczej. Pod fotelem pasażera umieszczono parasolkę, która – będąc elementem filozofii Simply Clever – stała się już znakiem rozpoznawczym marki.

Mieliśmy okazję jeździć pięciodrzwiową wersją z mocniejszym, 75-konnym silnikiem. Choć nie posiada doładowania, mocy mu nie brakuje. Lekkie nadwozie całkiem żwawo się rozpędza, więc wstydu na światłach nie będzie. Przyczepić się mogę za to trochę do skrzyni biegów, która dobrana w taki sposób, aby oszczędzać paliwo, na wyższych biegach nie bardzo miała ochotę współpracować z silnikiem. Założeniem auta miejskiego jest jednak oszczędna jazda po zatłoczonych ulicach, więc wysokie prędkości będą osiągane sporadycznie. Jeśli chodzi o komfort jazdy to owszem, zawieszenie jest sztywne, ale pasuje do wesołego wizerunku Citigo. Fantastyczna jest za to zwrotność tego malucha. Samochód skręca w przysłowiowym miejscu i wciśnie się w praktycznie każdą wolną lukę.

Bardziej rodzinny charakter reprezentuje model Rapid. Występuje on nadal w dwóch odmianach nadwoziowych. Liftback charakteryzuje się przepastnym bagażnikiem, a Spaceback to ukłon w stronę młodszej klienteli, oczekującej ze strony stylistyki więcej sportowego wyrazu. Wraz z liftingiem zmienił się przód modelu, poczynając od wersji Ambition mrok przeszywać mogą teraz lampy biksenonowe. Reflektory mają także ledowe światła dzienne. Stylistycznym smaczkiem jest chromowana listwa przedniego zderzaka, która optycznie ma poszerzyć nadwozie. Spaceback otrzymał teraz dłuższą szybę tylnej klapy, co w połączeniu ze szklanym, panoramicznym dachem i czarnymi światłami daje ciekawy przestrzenny efekt. Zupełnie nowa jest doładowana jednostka o pojemności jednego litra, w dwóch wariantach mocy: 95 i 110 koni mechanicznych. Ze względu na dynamikę oraz 6-stopniową skrzynię biegów, rekomendujemy odmianę mocniejszą.

Naszą uwagę zwrócił także silnik 1,4 TSI, który połączony został z 7-stopniową skrzynia DSG. Przyspieszenie do setki poniżej dziewięciu sekund zapewni szacunek na światłach, a i jazda autostradą nie będzie męcząca. Wygodne są przednie fotele i, podobnie jak w Citigo, materiały wykończeniowe są lepszej jakości i milsze w dotyku. Zaskakuje za to ogromna ilość miejsca dla pasażerów tylnej kanapy, szczególnie przestrzeń na nogi. Odświeżony Rapid wyposażony został w szereg udogodnień z zakresu bezpieczeństwa i komfortu podróżowania. Na pokładzie mamy zatem system hamowania awaryjnego, rozpoznawanie zmęczenia kierowcy czy wspomaganie ruszania pod górę. Nowością są dwa gniazda USB do ładowania urządzeń elektronicznych umieszczone w tylnej ścianie tunelu środkowego. Dzieci wreszcie przestaną marudzić, że kończy im się prąd w tabletach.

Jeśli jesteśmy przy rozrywce, to Rapid otrzymał system infotainment drugiej generacji. Oprócz Škoda Surround, Bluetooth możemy skorzystać z Interfejsu SmartLink+ do smartfona, który obsługuje standardy Apple CarPlay, Android Auto i MirrorLink. Ten ostatni umożliwia korzystanie z wybranych aplikacji na wyświetlaczu systemu. Škoda odświeżając Citigo i Rapida posprzątała w swoim ogródku i przygotowała gamę modelową na kolejny sezon. Wygląda na to, że pozycja lidera sprzedaży aut w Polsce pozostanie niezagrożona.

Ofensywy ciąg dalszy

ManagerOnline

Przełom roku 2016/2017 to czas, w którym koncern Renault bardzo mocno odświeżył swoją gamę modelową. Oprócz klasycznych modeli kojarzących się z firmową flotą, Francuzi proponują też nowe podejście do samochodu służbowego.

Kierują do biznesu swoje auta wielkopojemne i crossovery, które stanowią doskonałą alternatywę dla klasycznych modeli. Oferta francuskiej marki dla biznesu nie zamyka się jedynie na modelach oczywistych z punktu widzenia flot. Modele Clio oraz Mégane radzą sobie na rynku bardzo dobrze, szczególnie ten pierwszy, który odnotowuje wciąż spektakularne wzrosty sprzedaży. Według danych za czerwiec 2017 r., nabywców znalazło 1106 egzemplarzy modelu, co dało Clio piąte miejsce w rankingu rejestracji aut nowych. Patrząc na ofertę Renault okazuje się, że ogólny wolumen sprzedaży budowany jest przez modele miejskie i kompaktowe, jednak to w obszarze samochodów dla kadry managerskiej koncern ma najwięcej do zaoferowania. Biorąc pod uwagę wielkość samochodu i jego prestiż, w salonie możemy wybierać z aż pięciu modeli.

Klasyczny sedan i kombi dla dyrektora to w ofercie Renault model Talisman oraz Talisman Grandtour. Samochód, który oficjalnie zastąpił model Laguna, jest czymś więcej niż tylko sedanem i kombi klasy średniej. Swoimi wymiarami zewnętrznymi – długość sedana to 4848 mm – i pojemnym wnętrzem – bagażnik ma pojemność 608 litrów – wyszedł daleko poza ramy segmentu D i obecnie bardzo chętnie porównywany jest z autami należącymi do klasy Premium. Aspiracji do tej klasy nie kryje sam producent. Eleganckie i bardzo nowoczesne linie nadwozia mogą się podobać. Auto zachowuje styl i powagę, dlatego doskonale nadaje się do roli wizytówki firmy. Najlepszym wyborem będzie silnik TCe 200, który połączony z dwusprzęgłową skrzynią EDC da poczucie panowania na drodze. Dla najbardziej oszczędnych kierowców producent przygotował wysokoprężny silnik dCi 110, który według producenta ma spalać średnio 3,6 l oleju napędowego na 100 kilometrów.

Jednak najwięcej propozycji znajdziemy pod szyldem crossoverów. Rodzinny charakter modeli Scénic i Grand Scénic doskonale pasuje także do wizerunku managera. Oba auta charakteryzują się obszernym wnętrzem, ale to wersja Grand najlepiej spełni swą rolę. Bagażnik o pojemności 596 litrów i możliwość szerokiej konfiguracji przestrzeni pasażerskiej pozwalają na przewiezienie większych i dłuższych ładunków, takich jak roll-upy czy ścianki konferencyjne. Komfortowe fotele zostały zapożyczone z modelu Espace i oferują funkcję masażu, a zaawansowane systemy z zakresu bezpieczeństwa pozwolą na komfortowe i bezpieczne dotarcie do celu. Skoro model Espace został wywołany do tablicy, nie można go pominąć podczas rozważań na temat wyboru auta do firmy. Kiedyś kojarzony głównie z ogromna przestrzenią i możliwościami przewiezienia rodziny, dzisiaj otrzymał trochę inną funkcję w gamie osobowych modeli Renault. Obecna generacja Espace to okręt flagowy, którym bezpiecznie i komfortowo dopłyniemy do każdego portu. Podwyższone zawieszenie będzie idealne na gorsze drogi i wysokie krawężniki, a niezwykle komfortowo zestrojone zawieszenie ukoi pasażerów podczas długich podróży. Trzeba przyznać, że zerwanie z etykietką wielkiego vana to dość odważny krok ze strony producenta, chociażby ze względu na nazwę modelu, który jednoznacznie kojarzy się z samochodem dla rodziny z piątką dzieci, psem i mnóstwem bagaży. Obecna generacja Espace to zdecydowanie luksusowy shuttle bus do przewożenia vipów i komfortowych podróży służbowych. Najlepsza opcja? Zdecydowanie Initiale Paris z silnikiem dCi 60 twin turbo i skrzynią EDC. Takie połączenie pozwoli wyłuskać z oferty wszystko to, co najlepsze ma do zaoferowania francuski producent.

To jeszcze nie koniec propozycji. Kadjar i Koleos to propozycje dla klientów poszukujących możliwości podróżowania również poza asfaltem. Mniejszy Kadjar będzie doskonałym wyborem dla dyrektorów niższego szczebla. Ten sympatyczny crossover sprawdzi się jako alternatywa dla kombi. Wnętrze jest obszerne, zawieszenie wysokie, a opcjonalny napęd na wszystkie koła zapewni bezpieczeństwo na śliskiej nawierzchni oraz możliwość dotarcia do wyżej położonych hoteli w Dolomitach. Rolę prawdziwej wisienki na torcie przyjął za to model Koleos. Samochód opisywany przeze mnie w sierpniowym numerze „Managera” to ogromny skok Renault w stronę klasy Premium. Niezwykle bogate wyposażenie wnętrza, atmosfera i zapach zarezerwowany dla klasy wyższej bez problemu wywołają uśmiech na twarzy swojego właściciela. Jeszcze większy uśmiech pojawi się, gdy wasz asystent powie: panie prezesie, przywieźli kostkę do domku nad jeziorem. Każecie wtedy odwołać wszystkie spotkania, rozluźnicie krawat i rzucając marynarkę na tylną kanapę ruszycie do swojej nowej posiadłości. Bardzo przyzwoita jest dzielność w terenie nowego Koleosa. Oczywiście, nie jest to auto przeprawowe, ale sprawny napęd na wszystkie koła pozwoli na zrobienie efektownego zdjęcia daleko od asfaltowej drogi. Jaką konfigurację zamówić? Bez zastanowienia odpowiem: najlepszą, ponieważ sens posiadania takiego auta jest tylko wtedy, gdy zamówicie go w wersji Initiale Paris. Oferta Renault dla kadry managerskiej jest bardzo szeroka. Sami więc musicie rozstrzygnąć, na który model się zdecydować. Oferta finansowa marki na pewno pomoże w wyborze najlepszej opcji.

Auto dla biznesu

ManagerOnline

Czym się kierować rozważając wybór floty samochodowej w firmie i jakie parametry uwzględniać?

Odpowiedź jest prosta i krótka: potrzebami firmy – wyjaśnia Pawel Powalski, PR & Communications Manager NSCEE Communications. Warto je dobrze zidentyfikować i określić również wybierając konkretny model samochodu. Od wielkości auta, poprzez rodzaj silnika, aż po stylistykę i jakość proponowanych rozwiązań – nowoczesna flota dzisiaj jest wręcz szyta na miarę. Duże znaczenie mają także niskie koszty użytkowania, np.: super ekonomiczne silniki Diesla w naszych modelach QASHQAI lub X-TRIAL są bardzo cenione przez firmy, które wybrały Nissana.

Wsparcie w obsłudze floty – niezależnie od jej wielkości – gwarantowane przez partnera oraz optymalna oferta w zakresie obsługi i finansowania parków samochodowych są równie ważnymi aspektami, jak rozwiązania technologiczne. A biorąc pod uwagę zagadnienia wizerunkowe i marketingowe, to auta o wyróżniającej się stylistyce, wyposażone w najnowsze rozwiązania technologiczne i niezawodne w działaniu mogą podkreślać atrybuty marki czy firmy. Coraz ważniejszym aspektem są również rozwiązania dotyczące ochrony środowiska, czy platformy nowych usług, np. car-sharing. Modele w stu procentach elektryczne, jak np. Nissan LEAF, są też częściej obiektem zapytań i zainteresowania firm.

Czego potrzebują duże, średnie i małe firmy w tym zakresie?

Na pewno różnych parametrów technicznych, które zawsze muszą być dostosowane do specyfiki i potrzeb organizacji. Modele wybierane jako samochody firmowe powinny być niezawodne i to jest kryterium wspólne dla wszystkich podmiotów. Pozostałe oparte są już na analizie potrzeb poszczególnych organizacji. Dealerzy i partnerzy Nissana są jednocześnie ekspertami, którzy doradzą rozwiązania flotowe optymalne dla każdej firmy, łącznie z kwestiami dotyczącymi finansowania. A marka Nissan, dzięki bardzo szerokiej gamie produktowej, od małego miejskiego samochodu, poprzez najpopularniejszego w Europie crossovera, aż po przełamującego standardy elektrycznego LEAF-a, jest w stanie odpowiedzieć na potrzeby każdej firmy i zbudować efektywną flotę, niezależnie od jej wielkości.

Samochód jako narzędzie motywacyjne, idealnie dobrany do potrzeb zawodowych i prywatnych, czyli jaki?

Zdaniem Pawła Powalskiego, powinien być dostosowany do potrzeb organizacji, ale i oczekiwań pracowników. Coraz częściej przy wyborze floty uwzględniane są potrzeby i preferencje poszczególnych osób, dla których auto jest przecież narzędziem codziennego użytku, również po godzinach pracy. Pasje, potrzeby rodzinne, styl życia – do wszystkich tych czynników można dobrać optymalne rozwiązanie i konkretny model. Przenosząc to np. na propozycje marki Nissan, mamy wyjątkowe, bardzo funkcjonalne i dynamiczne auta właściwie w każdym segmencie. Wysoki komfort jazdy, najbardziej zaawansowane technologie zapewniające bezpieczeństwo, czy wreszcie ich uniwersalność dobrze sprawdzą się zarówno jako samochód służbowy, jak i rodzinny, czy pozwalający na realizację życiowych pasji po godzinach pracy. Coraz częściej klienci flotowi szukają właśnie takich rozwiązań, a nie typowych propozycji, jak np. wersja kombi czy sedan, dominujących na rynku. Jeśli dodamy do tego bardzo dobrą ofertę serwisową, którą zapewnia Nissan, i dogodne warunki finansowania zakupu, to zarówno Qashqai, jak i X-Trail czy Micra mogą stanowić bardzo dobre rozwiązanie jako auto dla biznesu.

Reorganizacja i inwestycje

Ma pan doświadczenie zarówno w prywatnym biznesie, jak i w samorządzie.
Bardzo sobie cenię moją kartę samorządową. Musimy mieć świadomość, że problemy, które mamy w kraju w skali makro, w samorządach skupiają się jak w soczewce. Tam podejmowane są decyzje nie w sprawie konkretnych ludzi, których w większości zna się osobiście i którzy są bardzo wnikliwymi i nierzadko krytycznymi recenzentami. Dlatego uważam, że osoby z doświadczeniem samorządowym nie powinny być dyskryminowane, lecz wręcz przeciwnie, ich wiedza powinna być szeroko wykorzystywana również w biznesie.

Daniel ObajtekJest pan uważany za twardego gracza, człowieka, który potrafi podjąć się trudnych i ambitnych zadań. Z pewnością takim była dla pana praca w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, którą rozpoczął pan w listopadzie 2015r.
Myślę, że mało kto zdaje sobie sprawę, jak potężna jest to instytucja i jak wielki wpływ ma na gospodarkę całego kraju. Za mojej kadencji przeszło przez nią ponad 27 mld zł. Cieszę się, bo dzięki moim działaniom miałem wpływ na ożywienie rynku.

W jakim stanie zastał pan ARiMR?
Z przykrością muszę stwierdzić, że była to totalnie rozhermetyzowana instytucja, rządząca się jedynie polityką i kalendarzem wyborczym. 11 tys. pracowników, kilkaset struktur powiatowych i kilkanaście regionalnych. Zarządzali nią w ogromnej większości politycy tylko jednej partii. Więcej w niej było polityki niż realnej działalności na rzecz rolników. Zacząłem od oprogramowania dotyczącego dopłat bezpośrednich. Nie było gotowe, a to groziło opóźnieniami wypłat, do czego nie mogliśmy dopuścić. Pracowaliśmy pod wielką presją czasu i pieniędzy. Opóźnienie wypłaty 16 mld zł generowało karę w wysokości 10 proc. tej kwoty!

System działał źle?
Gorzej, po prostu go nie było, zamówiono go z niewykonalnym terminem. Jakby tego było mało, miałem jeszcze spór zbiorowy ze związkami zawodowymi.

Podjął pan twardą decyzję.
Tak, zdecydowałem o zwolnieniu 1,6 tys. osób. Była to bardzo radykalna decyzja, ale tylko takie działania dawały nadzieję na szybkie usprawnienie funkcjonowania tej instytucji. Odwołując ludzi ze stanowisk, starałem się, aby zrobić to w sposób maksymalnie łagodny i nikogo nie krzywdzić. Dzięki temu ponad 4 tys. ciężko pracujących pracowników podnieśliśmy pensję, co z kolei spowodowało, że udało nam się poskładać system informatyczny dosłownie z kawałków i na czas wypłacić rolnikom pieniądze. Udało nam się tak pójść do przodu, że stworzyliśmy system zaliczkowy, dzięki któremu pierwszy raz w historii udało nam się dodatkowo wypłacić 10 mld zł. W skali jednego roku z programu wyszło 27 mld zł. W tym samym roku uruchomiliśmy program rozwoju obszarów wiejskich, w którego ramach wypłaciliśmy dodatkowe 4 mld zł. Podsumowując, w ciągu roku w naszą gospodarkę zaangażowaliśmy 32 mld zł.

To ogromna kwota.
Udało się dzięki zaangażowaniu i ciężkiej pracy wszystkich pracowników. Konstrukcyjnie zmieniliśmy agencję, strukturę departamentów, wycofaliśmy setki spraw z sądów. Generowały koszty bez większych szans na sukces. Zaczęliśmy ratować niektóre grupy producenckie, co nierzadko wiązało się ze skierowaniem do prokuratury spraw przeciwko działającym w tych segmentach oszustom.

Żeby sytuacja z wypłatami się nie powtórzyła, zbudował pan dział tworzenia oprogramowania.
Ideą jego powstania było to, abyśmy sami byli w stanie utrzymywać nasz system, a na zewnątrz trzeba było zlecać jedynie jego modyfikacje. Dzięki temu, że to my mieliśmy kody źródłowe, mogliśmy negocjować ceny i trzymać je na poziomie rynkowym, oszczędzając podatnikom setki tysięcy złotych.

Jak by pan określił swój styl zarządzania?
Głębokie wejście w core business, czyli dogłębna wiedza o specyfice funkcjonowania firmy. Nie znam się na wszystkim, ale jeśli już wchodzę do przedsiębiorstwa, to chcę dosłownie detalicznie wiedzieć o nim jak najwięcej. Uczę się, zadaję mnóstwo pytań, czasami wydaje się, że nieistotnych, ale nie wstydzę się tego, bo wszystko to po to, abym mógł kompetentnie ocenić decyzje podejmowane przez moich współpracowników. Nie oznacza to oczywiście, że rozmieniam się na drobne. Jestem natomiast przeciwnikiem zarządzania z poziomu helikoptera. Manager, jeśli chce osiągnąć sukces, musi być blisko problemów i ludzi, którzy mają mu pomóc je rozwiązać. Bezpośrednio pod sobą mam najbardziej zaufanych ludzi. Nie oznacza to jednak, że w ciemno akceptuję ich pomysły. Muszą mnie do nich przekonać niejednokrotnie w trakcie zażartych dyskusji. Jestem wymagający, ale jeśli mnie przekonają, to zawsze ich bronię i jestem po ich stronie. Jeśli chodzi o działania zewnętrzne, to uważam za stratę czasu bywanie na bankietach, meczach, konferencjach i biznesowych obiadach. Czasami ludzie mają mi to za złe, ale jestem zdania, że jeżeli ktoś ma do mnie sprawę, to biuro moje lub jego jest idealnym miejscem, aby ją załatwić. Jeśli się uda, to wolę się wspólnie przejechać rowerem, niż iść na bankiet.

Od marca bieżącego roku podjął się pan kolejnego trudnego zadania i przyjął funkcję prezesa Grupy Energa SA.
Jest to dla mnie duże wyzwanie. To wielka firma, której ciągle się uczę, poznając niezbędne do jej funkcjonowania szczegóły.

Ponownie zderzył się pan 
z niewydolnym systemem 
informatycznym.
Nieumiejętne wprowadzanie systemu przez naszych poprzedników skutkowało kłopotami z systemem billingowym. W skrócie – niektórzy klienci nie otrzymywali faktur za energię nierzadko przez kilkanaście miesięcy. Przekładało się to na spadek dochodowości i zyskowność spółki. Co zabawne i czego najbardziej nie lubię w dużych korporacjach – wszyscy managerowie mieli wytłumaczenia i poważne raporty, dlaczego się nie udało. Dodatkowy kłopot polegał na tym, że Energa była otoczona wianuszkiem ponad 
40 spółek, które w założeniach miały ułatwiać jej funkcjonowanie.

Od czego pan zaczął?
Od całościowego spojrzenia na procesy zachodzące w spółce. To był pierwszy krok, drugim było doprowadzenie do ich maksymalnej unifikacji. Koniec z tym, że każdy sobie rzepkę skrobie. „Synergia” – to było najważniejsze słowo i, co za tym idzie, działanie, do którego musiałem przekonać managerów spółki i zarządy spółek z grupy.

Udało się?
Myślę, że tak, choć jak zwykle nie było łatwo. Po dogłębnej analizie okazało się, że część spółek, które zostały wydzielone z Energi i miały ułatwiać jej działanie, tak naprawdę opóźnia funkcjonowanie i generuje zbędne koszty. W tym roku połączyliśmy i zlikwidowaliśmy 
10 spółek, a do końca następnego roku ten sam los spotka kolejne 10. Celem tych działań jest oczywiście poprawa efektywności. Nie chodzi jednak o wizerunkowe oszczędności na etatach prezesów. Jeśli z czterech spółek wykonawstwa na sieci tworzymy jedną i podpinany ją bezpośrednio pod operatora, czyli spółkę, która ma największe przepływy finansowe, to automatycznie proces zarządzania tą spółką, koordynowania, zwiększania jej kompetencji mamy zdecydowanie szybszy. Zarząd operatora może bardzo szybko i efektywnie działać. To samo tyczy się logistyki i związanej z nią polityki zakupowej. Wiadomo, że w przetargach zakupowych siła całej grupy jest o wiele większa niż pojedynczych spółek, a to przekłada się na wielomilionowe oszczędności dla spółki i akcjonariuszy, czyli nas wszystkich. Jednym słowem, udało nam się dostosować ład korporacyjny spółki do generowania maksymalnych przychodów.

Pana działania nastawione są na restrukturyzację skierowaną na maksymalizację zysków, czyli tak jak w prywatnej firmie. Trochę to łamie stereotyp szefa państwowej spółki, który raczej ma pilnować narodowych klejnotów i się nie wychylać. 
Gdyby tak miało być, nigdy nie podjąłbym się pracy w biznesie. Jestem niespokojnym duchem, jedyna godzina, którą spędzam spokojnie, to niedzielna msza. Nie boję się trudnych decyzji, działam na bardzo konkurencyjnym rynku. Tu liczy się szybka decyzja, dobra lub zła, ale zawsze lepsza niż bierność spowodowana strachem o stołek. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim to się podoba, ale tym się nie przejmuję. Moim zadaniem jest dbanie o powierzone mi przedsiębiorstwo.

Nie ma pan kłopotów ze związkami zawodowymi?
Nie, jako jedna z nielicznych spółek podpisałem rozsądne porozumienie ze związkowcami, również płacowe. Zdecydowaliśmy się promować tych, którzy dla firmy są najważniejsi. Taki jest rynek.

Czego pan najbardziej nie lubi w korporacjach?
Bezmyślności. Dobrym przykładem mogą być plany rzeczowo-finansowe oparte na danych historycznych. Czyli w zeszłym roku wydaliśmy X, to w tym roku X plus. Dotyczyło to wielu segmentów i często wiązało się z bezmyślnym wydaniem zaplanowanych do wydania pieniędzy. Jestem przeciwnikiem tych planów i bezlitośnie je obcinam. Kupujmy, ale wykorzystując synergię grupy i tylko to, co jest nam niezbędnie potrzebne. Aby mieć kontrolę zarządczą nad całą grupą, rozwinąłem dział audytu wewnętrznego.

Jak te wszystkie reformy przełożyły się na wyniki spółki?
Bardzo dobrze, oczywiście ceny akcji ulegają ciągłym zmianom, myślę jednak, że nasi akcjonariusze powinni być zadowoleni. Bardzo pozytywne efekty organizacyjne, a także finansowe dają nasze działania konsolidacyjne.

Jakie wyzwania stoją przed Energą w najbliższych latach?
Reorganizacja. Chcemy, aby docelowo Grupa miała 22 spółki. Chcemy wzmocnić siły logistyki, aby firmy zewnętrzne wykonywały swoje zadania w oparciu o nasze materiałym a to bardzo ważne, bo powinno przynieść Grupie kilkadziesiąt milionów oszczędności. Kontynuowanie kluczowych inwestycji, zwłaszcza Ostrołęki. Jesteśmy już po pierwszych przetargach. W pierwszym kwartale przyszłego roku wyłonimy głównego wykonawcę prac związanych z elektrownią. Rozważamy potencjalne zaangażowanie się w prace nad projektami hydrotechnicznymi. Cały czas modernizujemy sieć, mamy bardzo śmiały plan inwestycyjny, który konsekwentnie wcielamy w życie. Nie jest to łatwy temat, tym bardziej że ostatnie huragany mocno poszczerbiły naszą infrastrukturę. Błyskawicznie włączyliśmy się w akcję pomocy, angażując ponad 600   pracowników. Musieliśmy odbudować ponad 100 km sieci – to ponad 500 słupów. Proszę zważyć, że zanim zaczęliśmy odbudowę, musieliśmy najpierw uprzątnąć teren. Uszkodzonych było około 8 tys. stacji. Wyciągamy wnioski z tego, co się stało, i zdecydowaliśmy, że na terenach leśnych będziemy kablowali. Ma to dwie podstawowe zalety – jest bezpieczniejsze i docelowo tańsze 
w eksploatacji. Na modernizacje sieci będziemy przeznaczali grubo ponad 1 mld zł rocznie. Udało nam się również pozyskać na te działania ponad 160 mln dotacji z Unii Europejskiej. Co ważne, prace projektowe wykonuje nasza spółka.

Czy jest pan przeciwnikiem farm wiatrowych i OZE?
Nie, sami mamy farmy wiatrowe i będziemy je rozwijać. Uważam jednak, że ich funkcjonowanie, a zwłaszcza ceny wytwarzanej przez nie energii, powinno być oparte wyłącznie na rynku. Nowa ustawa przywraca normalność w tym zakresie. Niestety, przed jej wejściem w życie część dużych podmiotów nie działała w oparciu o rynek, tylko dziwne, niemożliwe do wypowiedzenia umowy z abstrakcyjnymi cenami, wszystko to kosztem spółek Skarbu Państwa. Jeśli chodzi o Energę i współpracujące z nią firmy pozyskujące energię wiatrową, to w kilkunastu przypadkach wystąpiliśmy do sądu o uznanie nieważności łączących nas umów. Nie chcę tu wnikać w szczegóły, bo tym pewnie zajmą się powołane do tego instytucje kontrolne i śledcze. Najważniejsze jest to, abyśmy byli uczciwi wobec siebie i naszych akcjonariuszy, czyli wszystkich obywateli.

Strona Internetowahttp://grupa.energa.pl/grupa_energa.xml

Yong Kew Park w Kia Motors

Kia

Nowy szef europejskiej gałęzi koreańskiego producenta samochodów – Yong Kew Park w branży działa od ponad 30 lat. Pełnił funkcję prezesa w Kia Motors Russia.

Yong Kew Park Kia Motors

Wcześniej pracował na stanowiskach kierowniczych, m.in. w Dongfeng Yueda Kia Motor Co. w Chinach i w Kia Motors Central w Ameryce Południowej. Pracował jako Chief Executive Coordinator w Kia Motors America, był regionalnym managerem Kia w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Europejski fotel prezesa przejął po Ho Sung Songu, który po awansie na stanowisko wiceprezesa i dyrektora operacyjnego w Kia Motors przeniósł się z Frankfurtu do głównej siedziby firmy w Seulu.

Nowy prezes uważa, że Kia jest najdynamiczniej rozwijającą się marką i notuje regularne wzrosty sprzedaży od wielu lat, zamierza też dążyć do jeszcze większej ekspansji marki na europejskim rynku.

Pod koniec września sprzedaż pojazdów marki Kia osiągnęła w Europie poziom niemal 365 tys. sztuk, o 8,1 proc. więcej niż w tym okresie w roku 2016. W Polsce ze sprzedażą 17 150 egzemplarzy samochodów firma odnotowała wzrost o 14 proc.

Yong Kew Park Kia MotorsKia ma za sobą wieloletnią tradycję. Spółka powstała w maju 1944 r. i jest najstarszym producentem pojazdów silnikowych w Korei. Początkowo wytwarzała rowery i motocykle. Później, jako część globalnej grupy Hyundai-Kia Automotive Group, stała się piątym największym producentem samochodów na świecie.

Produkuje ponad 3 mln pojazdów rocznie, ma 14 zakładów produkcyjnych i montowni w pięciu krajach świata.

Kia Polska: http://www.kia.com/pl

Ludwik Sobolewski – Niedźwiedź rumuńskiej giełdy

Bursa de Valori București

Ludwik Sobolewski oddał stery bukareszteńskiej giełdy papierów wartościowych Bursa de Valori Bucureşti.

Znany w Polsce manager, który w latach 2006–2013 pełnił funkcję prezesa Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, odszedł ze stanowiska prezesa giełdy w Bukareszcie.

Rumuński parkiet był dla niego odskocznią po niepowodzeniu w Polsce. Na początku 2013 r., gdy obejmował posadę w Bukareszcie, na rumuńskim parkiecie notowano 79 spółek o łącznej kapitalizacji 22,1 mld euro. Pod koniec jego kadencji na parkiecie w Bukareszcie notowano 87 spółek, a ich kapitalizacja wyniosła ok. 35,8 mld euro. Warto dodać, że pełni on też funkcję szefa rumuńskiej poczty.

Manager w przeszłości pracował na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, w Urzędzie Rady Ministrów, był też doradcą zarządu GPW.

Pracował też jako wiceprezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych i zarządu głównego Zrzeszenia Prawników Polskich. Jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz studiów doktoranckich na Uniwersytecie Panthéon-Assas (Paris II).

Z Polski wyjeżdżał w atmosferze skandalu, kiedy wśród szefów spółek giełdowych szukał finansowego wsparcia dla produkcji filmu, w którym w głównej roli miała wystąpić jego ówczesna partnerka. Oficjalnie Rada Giełdy w Warszawie uznała, że prezes naruszył zasady etyki w biznesie. Nieoficjalnie uważano, że za jego odejściem krył się konflikt z ówczesnym ministrem skarbu.

Wszyscy jesteśmy ekonomistami

Ekonomia Andrzej Nierychło

Jest jednak inna dziedzina życia, w której ekspertami z konieczności są naprawdę wszyscy. To ekonomia. Akademicka nauka społeczna badająca produkcję, dystrybucję i konsumpcję dóbr ma swoje lustrzane odbicie w codziennym myśleniu i działaniu ludzi, którzy nie są akademikami, a w większości zakończyli edukację na szczeblu najniższym.

Andrzej Nierychło

Każdy jest ekonomistą, chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy. To coś na kształt sytuacji, gdy bohater komedii Moliera nie wiedział, że mówi prozą. Decyzje ekonomiczne podejmuje, choćby w sklepie, osoba bez naukowego przygotowania. Pojawia się więc teoretyczna przestrzeń,
a życie nie znosi pustki i wypełnia ją, jak potrafi.

Zjawisko jest znane nauce, tej poważnej, i nosi tu nazwę ekonomii ludowej bądź ekonomii naiwnej. Ten drugi termin jest jednak negatywnie nacechowany i z góry przesądza o stosunku do sprawy, pozostaniemy zatem przy tym pierwszym.

Ekonomia ludowa jest… starsza od swojej akademickiej siostry. Jej pierwociny pojawiły się, gdy w neolicie kształtowały się pierwsze więzy społeczne. Członkowie grup zbieracko-
łowieckich stanęli przed koniecznością znalezienia odpowiedzi na niełatwe pytania. Ile kamiennych siekier chcieć za skórę upolowanego zwierza? A ile za wielodniowy zbiór ziół i korzonków? Jak wynagrodzić tego, kto nie poluje, ale za to pilnuje ognia w jaskini i strzeże jej przed napastnikami? Wycenianie wartości żony dyskretnie tu pomijamy.

Darujmy sobie opis historycznego rozwoju zjawiska i przenieśmy się od razu do wieku XXI. Okazuje się, że ekonomia ludowa ma się dobrze. Choć nie ma spisanej teorii, to kieruje się kilkoma dogmatami.

Świat według niej jest statyczny. Wielkość pracy możliwej do wykonania jest stała – jeśli ktoś znalazł zatrudnienie, to kto inny musiał je stracić. Stała jest także wartość towarów. Znaczy to, że cena produktu jest z góry określona, intuicyjnie da się określić, czy jest „sprawiedliwa”. Pośrednik-handlowiec nie zmienił na lepsze fizycznych cech towaru, więc jego doliczona marża jest podejrzana, a on jest wyzyskiwaczem. Zwłaszcza gdy jest to pośrednik z zewnątrz, „obcy”.

Cechą wyznawców ekonomii ludowej jest zamykanie się na skończonym, możliwym do ogarnięcia obszarze. Stąd bierze się podział na swoich i obcych, z oczywistą kwalifikacją. Podobnie podejrzani są bogaci. Wartość dóbr do podziału jest znana i niezmienna, więc ci zamożniejsi majątek musieli zdobyć przez wyzysk, cudzym kosztem. Stąd już krok do prawdziwej demagogii. Są autorzy, którzy w obszarze ekonomii ludowej umieszczają główne wątki marksizmu.

Z kolei krok w stronę ekonomii ludowej to populizm, świadomie używany w grze politycznej na całym świecie. Złudzeniom ekonomii ludowej ulegają pracobiorcy i klienci, ale są oni także wyborcami. Pytanie, ilu polityków odwołujących się do tej teorii w nią wierzy, pozostaje otwarte.

Stop. Dosyć teoretyzowania. Tak się składa, że w świąteczno-noworocznym czasie logika ludowa przyda się na zakupach nawet profesorowi tej prawdziwej ekonomii.

Robert Walicki. Finanse i turystyka.

Finansista i przedsiębiorca – o ewolucji rynku kapitałowego w naszym kraju, a także o perspektywach turystyki i inwestycjach w Chorwacji.

Rozmawia Jarek Dotka

Jest pan finansistą i przedsiębiorcą, który w obu dziedzinach odniósł duże sukcesy. Kiedy odkrył pan w sobie intuicję niezbędną do działania w biznesie?

Pochodzę z przedsiębiorczej rodziny, dużo nauczyłem się, obserwując ojca w latach transformacji, w życiu biznesowym byłem więc już na starcie bogatszy o solidną wiedzę. Już w szkole średniej w połowie lat 90. postanowiłem uzupełnić swój budżet handlem częściami komputerowymi. W tamtych czasach, otwierającej się wolności gospodarczej, każdy czymś handlował, a komputery i części dzięki warszawskiej giełdzie komputerowej były prawdziwym hitem. Z komputerami miałem styczność już w podstawówce, lubiłem zagadnienia związane z programowaniem i ze sprzętem. Potrafiłem od podstaw wykonać wiele urządzeń elektronicznych, bazując na schematach z czasopism. W siódmej klasie sam lutowałem przeróbki na płycie głównej komputera Amiga, żeby podkręcić prędkość procesora. Do drugiej klasy szkoły średniej chciałem zostać informatykiem. Jednak przypadek sprawił, że wpadła mi w ręce książka o giełdzie papierów wartościowych. Autorem był Zenon Komar, tytuł: „Pieniądze zbieraj z parkietu”. Wywarła na mnie takie wrażenie, że postanowiłem zmienić plany na przyszłość.

I tak niedoszły informatyk postanowił zostać graczem giełdowym.

Traderem, choć jak na tamte czasy to zbyt mocno powiedziane. Pierwszy rachunek maklerski założyłem na mamę, ponieważ byłem zbyt młody, żeby zrobić to samemu. W 1997 r., jako pełnoletni, miałem już swój własny rachunek. W kolejnym roku polska GPW wprowadziła kontrakty terminowe na WIG20. W tamtym czasie po raz pierwszy zetknąłem się z tym, czym może być duże ryzyko związane z dźwignią. Grając, uczyłem się maksymalnie je ograniczać, co spowodowało, że na pierwszym roku studiów regularnie utrzymywałem się z inwestowania na giełdzie. Jednocześnie jednak miałem w głowie zasadę, że przychody należy dywersyfikować. Stawałem się graczem finansowym, ale nie porzuciłem biznesu związanego z handlem częściami i całymi komputerami. Żeby utrzymać się na studiach w Warszawie, musiałem mieć jakiś stabilny przychód. Przez pierwsze pół roku byłem sprzedawcą w sklepie z komputerami. Swoje wynagrodzenie udawało mi się następnie pomnożyć nawet kilkaset razy, grając na giełdzie. W wieku
23 lat miałem już swój własny sklep z komputerami i telefonami komórkowymi.

Słowo „spekulacja” nie ma w polskim słowniku pozytywnych konotacji.

Niestety, lata socjalizmu w ogóle wycięły z języka polskiego słowa dotyczące giełdy, inwestowania i obrotu akcjami. W języku angielskim spekulowanie na giełdzie nie ma negatywnego znaczenia. Jest immanentną częścią funkcjonowania w obrocie. W języku angielskim funkcjonują również inne słowa, np. „trading”, a u nas mamy słowo „grać”, które również nie kojarzy się zbyt dobrze.

Zarabianie chyba nie było aż tak proste – jak się domyślam, stały za tym intuicja
i głęboka wiedza.

Oczywiście, żeby odnieść sukces, należało na bieżąco obserwować i analizować to, co działo się na giełdzie amerykańskiej. Zawsze miało to wpływ na to, co działo się na polskim parkiecie. Na tej podstawie zawierałem transakcje na kontraktach krótkoterminowych. Nie byłem w tym szczególnie oryginalny, w tamtych czasach wszyscy gracze postępowali w ten sposób.

Czyli światowa hossa lub bessa zawsze zaczyna się na Wall Street? A rynki niemieckie, brytyjskie czy francuskie?

Zawsze są pochodną tego, co dzieje się za oceanem. Natomiast żeby w USA pojawiła się prawdziwa bessa lub hossa, przyczyna musi leżeć bezpośrednio w kłopotach zlokalizowanych w USA, pozostałe powody spadków mogą być wywołane różnymi kryzysami związanymi z wydarzeniami na świecie, ale w takich przypadkach jest to tylko okazja do kupna akcji w dobrych cenach. Kiedy rozpoczęła się moja przygoda z giełdą, miałem okazję obserwować wiele takich szoków: kryzys meksykański, azjatycki, rosyjski, oraz dwie prawdziwe bessy, pęknięcie bańki internetowej i rynku nieruchomościowego. Gdy mamy do czynienia z wieloma negatywnymi wydarzeniami w ciągu jednej dekady, wyrabiają się złe nawyki wyszukiwania okazji tylko do spadków. Można szybko zarobić na nich krocie, ale ta maszyna mało ostrożnemu graczowi może obciąć ręce. W gruncie rzeczy ludzka natura ma więcej skłonności do pozytywów, stąd i giełdy mają więcej tendencji wzrostowych. Wracając do pytania o rynek amerykański – kiedy giełda w USA rośnie, nie wszystkie rynki rosną, gdyż drugim warunkiem musi być dobra koniunktura w danym kraju. To spowodowało, że od 2000 r. zacząłem się specjalizować w rynku amerykańskim i porzuciłem inwestowanie na rynku polskim, jawiącym mi się jako mniej przewidywalny i bardziej podatny na manipulacje. W konsekwencji zarządzałem też niewielkimi funduszami hedgingowymi na rynku amerykańskim, ale inwestując już tylko w wartość.

I tak dochodzimy do inwestycji w wartość.

Historia pokazuje, że większość wielkich światowych spekulantów, np. George Soros i Mark Mobius, pierwotnie szukających na giełdzie szybkiego zysku, po jakimś czasie zaczyna inwestować w wartość. Proszę spojrzeć na listę najbogatszych na świecie – co kilka miejsc podążając od czołówki, widzimy tam szefów funduszy inwestujących w wartość, ale nie znajdziemy ani jednego spekulanta. Wyrosłem na giełdzie, jedną z aktywności, jakie wciąż będę podejmował, kiedy się zestarzeję, z pewnością będzie zarządzanie funduszem inwestycyjnym.

Czego w kontekście realnych biznesów nauczyła pana gra na giełdzie?

Z pewnością nauczyła mnie cierpliwości. Gdy jest się traderem, w każdej minucie widzi się złudną okazję do wejścia na rynek, ale powiedzenie sobie: „Nie, dziękuję, poczekam na lepszą okazję” wymaga ogromnej dyscypliny. Ta umiejętność jest nieoceniona w biznesie. Nauczyła pokory i obycia z pieniądzem. To, że tyle razy miałem wzloty i upadki na giełdzie, nauczyło mnie, że pieniądze raz są, a innym razem ich nie ma. Dlatego niezależnie od tego, ile mamy pieniędzy, trzeba być tym samym człowiekiem. To również wytworzyło we mnie nieszablonowe podejście do pieniądza, bardziej jak do narzędzia, którym możemy zrobić coś dobrego, a nie jak do celu samego w sobie, i rozwinęło skłonności do filantropii jako jednego z większych celów życiowych. Stąd w działania filantropijne jestem już zaangażowany od 10 lat.

Giełda w przeważającej części funkcjonuje w zakresie psychologii i potrafi dużo nauczyć. Mnóstwo błędów, jakie popełniamy nawet w życiu codziennym, jest istotnych w tej dziedzinie, chociażby „skrajna krótkotrwałość pamięci”: zawsze oceniamy rzeczywistość i niedaleką przyszłość tylko przez pryzmat niedalekiej przeszłości, co często naraża nas na niebezpieczeństwa. Rzeczy, które nie miały się wydarzyć, wydarzają się. Ryzyko i cena to są niesamowite zagadnienia, a giełda uczy ich w przyspieszonym tempie. Przecież bez ryzyka nie ma żadnego biznesu, trzeba wejść na drzewo, bo tam rosną owoce. Jak jednak definiować ryzyko i związany z nim zysk. Często porównujemy tylko stopy zwrotu, np. który fundusz jest lepszy, ale nie porównujemy ryzyka, jakie stoi za poszczególną stopą zwrotu. Kiedy w 2015 r. zakładałem fundusz inwestycyjny zamknięty inwestujący na rynku amerykańskim, jego ideą nie było pokonywanie benchmarków czy stóp zwrotu innych funduszy, tylko ograniczanie ryzyka utraty kapitału inwestora. W czasie hossy żaden inwestor nie obrazi się, kiedy będzie miał kilka procent mniej zarobku, ale będzie wściekły, kiedy w czasie bessy straci połowę kapitału. Takie podejście przez
1,5 roku pozwoliło nawet w hossie ominąć dwie głębokie korekty, doprowadzając, że zysk funduszu prowadzonego przeze mnie miał stopę zwrotu dwukrotnie lepszą niż benchmark. Niestety, inwestorzy kierują się tylko porównywaniem stóp zwrotu, stąd ulegają podążaniu za modnymi w danej chwili funduszami lub inwestycjami, które prędzej czy później ponoszą klęskę. Wracając raz jeszcze do psychologii na giełdzie, uważam, że bardzo ważną umiejętnością, której ona może nauczyć, jest zdolność wyłączenia się spod działania stadnego, któremu jako ludzie często ulegamy. W tym zawiera się również umiejętność opierania się opinii publicznej. Kiedy w 2015 r. zakładałem wspomniany wyżej fundusz, każdy mi mówił: „Robert, przecież akcje są tak wysoko, zaraz się skończy hossa w USA”. Otóż w tym jest clou. W hossie nie ma lepszej pożywki do wzrostów niż różnego rodzaju obawy, którymi jesteśmy zarzucani codziennie w prasie, wiadomościach. Hossa może się skończyć jutro lub za 20 lat, dlaczego nie? Nie możemy zgadywać, to nas może wyrzucić bezpowrotnie z pędzącego pociągu. Zamiast zgadywać, powinniśmy reagować. Kiedy hossa się skończy, będzie wiele czasu na reagowanie i wszyscy będziemy wiedzieć, że hossa się skończyła. Dziś rynki nie rosną kilkaset procent, by krach był od samego szczytu. Raczej jest on już w połowie bessy.

Wszystkie te miękkie umiejętności wykorzystuję w biznesie, ale giełda nauczyła mnie też twardej wiedzy.

Jakiej?

Chodzi o umiejętności analityczne i czytanie ze zrozumieniem dokumentów finansowych. To jest niezbędne w biznesie. Przeglądałem sprawozdania setek firm notowanych na giełdzie przygotowane przez fachowców z najwyższej półki. Wiedza, którą zdobyłem, daje mi możliwość oceny w ciągu kilku minut dokumentów, które przedkładają mi ludzie chcący zaprosić mnie do biznesu. Indolencja w ich przygotowaniu jest ogromna. Będąc już później w zarządzie HFT Brokers, odpowiadałem za wybór emitentów, którzy przychodzili do domu maklerskiego z chęcią przeprowadzenia emisji akcji czy obligacji, i odrzuciłem mnóstwo emitentów, o których potem z rynku dowiadywałem się, że popadli w kłopoty.

Często wychodził pan z danej branży mimo dobrych wyników firmy. To chyba bardzo nietypowe działanie, z reguły ludzie, kiedy im dobrze idzie, myślą jedynie o maksymalizacji zysków. Trzeba silnej woli i wyczucia, aby rozstać się z „dzieckiem” przynoszącym krocie.

Tego nauczyła mnie giełda, wyjścia w dobrym momencie. Prowadząc liczne interesy handlowe, na których bardzo dobrze zarabiałem, zawsze zadawałem sobie pytanie, czy to jest biznes, którym mogę się wyróżnić? Czy za chwilę ktoś za rogiem nie otworzy czegoś podobnego i nie pozbawi mnie udziału w rynku. To myślenie powodowało, że sprzedawałem swoje biznesy w chwili ich największego rozwoju.

W 2015 r. zaangażował się pan w branżę turystyczną w Chorwacji. Skąd taki pomysł?

Jako przedsiębiorca lubię znajdować małe projekty, w których dostrzegam potencjał i niezwykłą skalowalność. To ma też związek z moją pasją do rozwijania kultury organizacyjnej opartej na pewnych wartościach wraz ze wzrostem spółki. Jest to bardzo głęboki i interesujący temat, może przy następnym wywiadzie będzie możliwość jego rozwinięcia.

Przypadek sprawił, że znajomy zapoznał mnie z osobą, która miała 10 domów wakacyjnych na kempingu w Chorwacji. Na podstawie swoich umiejętności analitycznych, przewidywania globalnych trendów, a przede wszystkim po analizie spółek z tej branży notowanych na giełdach nie tylko w Zagrzebiu, lecz także w Nowym Jorku, postanowiłem zaangażować się w tę branżę.

Nie obawiał się pan? Mówiło się, że w hotelarstwie pierwsze pokolenie buduje, drugie dokłada, a dopiero trzecie odcina kupony.

To się zmieniło, bo zmieniły się trendy w turystyce. Rośnie popyt w każdej grupie pokoleniowej, dostosowuje się również podaż w kwestii coraz nowszych usług i kanałów dostępności. Zmienia się styl życia ludzi na zdrowszy. Jeszcze do niedawna podróże były dla zamożnych, dziś dzięki wzrostowi średnich zarobków rosną portfele klasy średniej, a ta generuje potężny popyt. W 1950 r. było 25 mln ludzi podróżujących na arenie międzynarodowej, w 2013 r. prawie 1,1 mld, do 2030 r. prognozuje się, że rocznie podróżować będą prawie 2 mld. Czy to nie jest zachęcające? W ostatnich trzech latach kurs Orbisu wzrósł prawie o 200 proc., w tym samym okresie kursy grup hotelarskich w Chorwacji wzrosły o 500  proc. Chorwacja ma ciekawą strukturę bazy noclegowej wynikającą z zaszłości historycznych. Z danych Eurostatu za 2016 r. wynika, że w krajach europejskich udział łóżek hotelowych w całej bazie noclegowej danego kraju wynosi około 50 proc., a w typowo nadmorskich krajach nawet więcej (Grecja – 66 proc., Malta – 95 proc., Cypr – 99 proc.). W Chorwacji ten udział wynosi tylko 17 proc., z czego hoteli pięciogwiazdkowych zaledwie 0,7 proc. Mimo że rynek turystyczny w Chorwacji znany jest od ponad 100  lat, nie było tam oferty dla klienta zamożnego. To się teraz szybko zmienia. Co również ważne, Chorwacja, podobnie jak Polska, jawi się oazą spokoju, bez problemu terroryzmu, imigrantów i niepokojów z tym związanych. To spowodowało, że zaczęli tu przyjeżdżać zamożni klienci, oczekując usług na najwyższym poziomie.

W Chorwacji pan buduje czy przejmuje?

Zaczynałem od stawiania domów mobilnych na kempingach. Nam kojarzy się to raczej z niewyszukaną ofertą, ale na Zachodzie jest zupełnie inaczej. Rynek kempingów jest rozwijany od kilkudziesięciu lat. W Chorwacji na 1 mln łóżek aż 250 tys. (25 proc.) przypada na kempingi, więc to ogromny rynek. We Włoszech jest to również 25 proc., ale ilościowo to już 1,2 mln łóżek. Króluje Francja – dla porównania łóżek przypadających na kempingi jest aż 2,8 mln, 10-krotnie więcej niż w Chorwacji, a procentowo 55 proc. Kempingi stanowią swego rodzaju styl życia, również ludzi zamożnych. Są kategoryzowane jak hotele. W tej chwili grupy hotelarskie w Chorwacji inwestują potężne pieniądze w kempingi cztero- i pięciogwiazdkowe, bo tych oczywiście również brakuje. Jak widać, Chorwacja jest idealnym miejscem do budowy zarówno hoteli, jak i prestiżowych kempingów. To właśnie tam robię.

Na czym polega mobilność tych domów?

Na tym, że nie są na stałe związane z gruntem. Jest to 34-metrowy luksusowy apartament z pełnymi węzłami sanitarnymi. Doba w takim domku w sezonie kosztuje 250 euro i, co najważniejsze, obłożenia sięgają 90 proc. w sezonie. Stopa zwrotu z inwestycji jest również interesująca, przykładowo koszt takiego domu o bardzo wysokim standardzie to około 30 tys. euro. W ciągu roku potrafi przynieść od 14 tys. do 20 tys. euro przychodu przy relatywnie niskich kosztach przypisanych wynajmowi, powodując, że marża EBITDA biznesu wynosi 72 proc. w tej branży. Jednak najlepszym konceptem na tamtym rynku jest resort, czyli zarówno luksusowy kemping, jak i hotel z całą infrastrukturą basenową i rozrywkową. Obecnie idziemy właśnie w takim kierunku, jesteśmy na etapie przejęcia grupy hotelowej Jadran Hoteli, istniejącej od ponad 50  lat. Spółka ma trzy z czterech hoteli w Rijece, mieście biznesowo turystycznym. W grupie są również interesujące grunty, nieruchomości do rewitalizacji i kemping. Wartość spółki opiewa na 200 mln zł. Nasz biznesplan zakłada w perspektywie trzech–pięciu lat podwojenie tej wartości. Jesteśmy również w trakcie audytu pięciogwiazdkowego resortu hotelowego na dużym obszarze, którego aktywa sięgają 500 mln zł.

Czy planuje pan wejście na giełdę?

Chcemy wejść na giełdę, ale nie po kapitał, bardziej ze względu na transparentność, która pomaga przy akwizycjach i działalności. Najpierw chcę jednak zbudować stabilne portfolio, na którego podstawie można będzie zakreślić dalszy rozwój grupy International Resorts & Campings, włączając w to rynek włoski i francuski. To piękne rynki w tej branży, ale na razie skupiony jestem tylko na Chorwacji. Sam uwielbiam Chorwację za piękne morze i urokliwą architekturę małych miasteczek. Dla żeglarzy wielkim atutem są setki wysp. Chorwacja bardzo się zmienia, standard usług rośnie bardzo szybko, ale ludzie się nie zmieniają, są mili, uprzejmi, uczynni i mówią bardzo podobnym do polskiego językiem, bardzo lubią Polaków i to z widoczną wzajemnością.

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...