.
Strona główna Blog Strona 115

Forum na każde czasy

    Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego, mówi o tym, jak pandemia wpłynęła na rynek eventowy, a także o wyzwaniach związanych z wojną w Ukrainie. 

    Instytut Studiów Wschodnich, jako organizator największej polskiej konferencji, nieźle poradził sobie w warunkach pandemii, o czym świadczą dwie ostatnie edycje Forum Ekonomicznego.

    Nie było to łatwe. Pandemia spowodowała ogromne niekorzystne zmiany w naszej branży. Wiele firm eventowych musiało zwalniać pracowników, zmniejszać wynagrodzenia czy nawet zawieszać działalność, bo obowiązywał zakaz organizowania tego rodzaju wydarzeń. Co gorsza, z branży odpłynęło wielu kompetentnych, doświadczonych ludzi, którzy wcześniej ją kształtowali. Niepewność pandemiczna, jaka towarzyszy powrotowi branży do normalnego funkcjonowania, powoduje, że po tych dwóch latach trudno wrócić do wyników z 2019 r. Gdyby nie pomoc administracji rządowej, oprócz nas przetrwałoby może 10 proc. uczestników tego rynku. Dopłaty spowodowały, że tych, którzy przetrzymali, było jednak więcej. Mam nadzieję, że rynek w takim kształcie, w jakim był w 2019 r., uda się odtworzyć w 2023 r. Ale i to wcale nie jest pewne, bo dziś kolejne zagrożenie stanowi wojna w Ukrainie. Z krajobrazu życia społeczno-gospodarczego zniknęło wiele konferencji. Proces powrotu do normalności będzie więc rozciągnięty w czasie i uzależniony od tego, czy warunki zewnętrzne będą sprzyjające.

    Jak wpłynęło to na waszą sytuację?

    Żeby zobrazować skalę tego, co się wydarzyło, warto spojrzeć w nasze sprawozdania. W 2019 r. nasz budżet był na poziomie ponad 24 mln zł. Rok później zamknął się kwotą niespełna 11 mln zł. Gdyby nie subwencja, którą otrzymaliśmy, byłoby to dużo poniżej 10 mln zł. Obrazuje to skalę zmian, z którymi musieliśmy sobie poradzić. Od strony merytorycznej wyglądało to jeszcze gorzej. Jeżeli traci się wyspecjalizowanych pracowników, którzy na przykład zajmują się Niemcami lub Grupą Wyszehradzką, to naprawdę trudno ich szybko zastąpić. Gdy przyjrzymy się problemom, jakie dzisiaj ma komunikacja lotnicza w Europie, to widać, jak trudno na nowo zyskać prawdziwych specjalistów. Ci, którzy odeszli, znaleźli pracę poza branżą. Szkolenie tych, którzy przychodzą, trwa bardzo długo. Ewidentne braki w zatrudnieniu powodują, że trudno wypracować poziom usług taki jak przed pandemią.

    Czy oznacza to trwałe zmiany?

    W moim najgłębszym przekonaniu – nie, ponieważ istotą przemysłu spotkań są właśnie spotkania. I albo do nich dochodzi, albo nie.

    W jaki sposób lockdown wpłynął na sytuację kadrową ISW?

    W naszej organizacji przyjęliśmy jak najbardziej propracownicze postawy. Nie chcieliśmy zwalniać ludzi, staraliśmy się przedstawiać im propozycje, które chroniłyby ich zatrudnienie, były do udźwignięcia przez instytut, a sytuacja była wyjątkowo niepewna i nieprzewidywalna. Żałuję, że część kadry postanowiła mimo wszystko odejść. Na początku epidemii mieliśmy 52 pracowników. Kiedy jesienią 2020 r. zaczęliśmy z powrotem zatrudniać, stan osobowy wynosił 32 osoby. A to ogromna różnica. Musieliśmy zrezygnować z Forum Europa–Ukraina i Forum Przemysłowego. Ograniczyliśmy też aktywność związaną z budową Forum Ochrony Zdrowia. Udało nam się utrzymać Forum Ekonomiczne, ale trzeba pamiętać, że w 2019 r. zgromadziło ono 4,5 tys. uczestników, podczas gdy w 2020 r. – tylko 1,5 tys. Warto przypomnieć, że piąta fala pandemii przypadła na początek lutego 2022 r., a my zaczęliśmy wychodzić z upadku spowodowanego lockdownem późną jesienią 2020 r.

    W tym jakże trudnym okresie podjęliście niełatwą decyzję o zmianie lokalizacji forum z Krynicy na Karpacz.

    Jesienią 2020 r. zdecydowaliśmy się na Karpacz, ponieważ w Krynicy obowiązywała w tamtym okresie pandemiczna czerwona strefa i nie wolno było organizować żadnych dużych wydarzeń. Rok później przygotowaliśmy, po raz pierwszy na nowych zasadach, Forum Ekonomiczne w Karpaczu, co poprzedziło zawarcie oficjalnych wieloletnich porozumień z województwem dolnośląskim, Wrocławiem i Karpaczem. A to daje szansę na dalszy rozwój konferencji. W 2021 r. przyjęliśmy ponad 4000 uczestników. Udało nam się wykorzystać pauzę między jedną a drugą falą epidemii, osiągając lepsze efekty, niż początkowo zakładaliśmy. Było to możliwe, ponieważ szybciej niż inni w branży odbudowaliśmy zatrudnienie. W zespole pojawili się specjaliści, którzy przygotowywali program forum. Niektórzy z nich wrócili do firmy, ale większość z nich musieliśmy zatrudnić od nowa. A to oznacza proces kształtowania zespołu, przekazywania specjalistycznej wiedzy, co może zająć dużo czasu. Sporo zadań wiąże się ze współpracą z zagranicznymi partnerami, choć nadal jest to utrudnione, ponieważ pojawiają się nowe obostrzenia i ograniczenia. A to przekłada się na mniejszy udział zagranicznych gości w forum.

    Biorąc pod uwagę sukces zeszłorocznej konferencji, w tym roku powinno być lepiej…

    Staram się unikać takich założeń. Jeżeli jednak nic niespodziewanego się nie wydarzy, powinniśmy zrealizować taki właśnie cel. A jest to możliwe, co ilustruje przykład tegorocznego Europejskiego Kongresu Samorządowego w Mikołajkach. Na początku kwietnia byliśmy przekonani, że większość problemów związanych z ograniczeniami mamy już za sobą, ale wojna za naszą wschodnią granicą spowodowała, że sporo zagranicznych uczestników nie dotarło. Tłumaczyli to tak: musimy się przyjrzeć, musimy się zastanowić, musimy trochę zaczekać, bo nie wypada spotykać się w trakcie wojny. Ale i tak udało nam się wykreować bardzo duże wydarzenie. I co ciekawe, mieliśmy wielu gości z Ukrainy.

    Sprawa Ukrainy wszędzie wysuwa się na pierwszy plan.

    Trzeba mówić o niej jak najwięcej. Lokuje się ona w głównym nurcie problemów europejskich. Istnieje potrzeba budowy sojuszy, które dałyby szanse na to, aby skutecznie pomagać Ukraińcom, wspierając ich zabiegi o wejście do Unii Europejskiej. Zanim to jednak nastąpi, muszą otrzymać konkretne wsparcie, które umożliwi im zwycięstwo nad agresorem.

    Instytut Studiów Wschodnich angażuje się w pomoc dla Ukrainy.

    W pierwszej fazie wojny udzieliliśmy wsparcia finansowego naszym stypendystom z Karpackiego Uniwersytetu Ludowego w Iwano-Frankowsku. Przygotowaliśmy kilkadziesiąt analiz pokazujących, jakie mogą być konsekwencje konfliktu. Autorami tych dokumentów są nasi partnerzy z Ukrainy. Do wątków tych na pewno nawiążemy podczas tegorocznego forum. Organizujemy też inne formy pomocy dla naszych wschodnich sąsiadów, wykorzystując kontakty z naszymi partnerami w Europie Zachodniej.

    Forum Ekonomicznemu tradycyjnie towarzyszy, organizowany przez was, Festiwal Biegowy.

    Po raz kolejny odbędzie się on w Piwnicznej-Zdroju. Podobnie jak w przypadku forum, także on silnie odczuł skutki pandemii COVID. W2019 r. wzięło w nim udział prawie 11 tys. osób. W ubiegłym roku przyjechało tylko 3,2 tys. biegaczy. Jestem przekonany, że i to wydarzenie jesteśmy w stanie odbudować. Zamierzamy ścigać się na tych samych trasach, co rok lub dwa lata temu. Mamy wiele różnych propozycji: od biegów dla najbardziej zaawansowanych typu Iron Run przez biegi długodystansowe, takie jak maraton półmaraton, do biegów dziecięcych na dystansie 200, 400 lub 600 m. Staramy się, żeby każdy, kto tylko chce biegać, znalazł dystans i poziom trudności dostosowany do swoich możliwości. Na czas festiwalu budujemy miasteczko biegowe, które jest usytuowane nad brzegami Popradu. Tak jak w ubiegłym roku zmaganiom sportowym towarzyszy Festiwal Lachów i Górali, wydarzenie podobne do Tatrzańskiej Jesieni, choć prezentujące lokalny folklor.

    Zygmunt Berdychowski

    › Wróciłem do biegania, które nieco zaniedbałem podczas pandemii. Próbowałem też jazdy na rowerze i pływania, co pozwoliło mi uświadomić sobie, że moim przeznaczeniem są biegi. Myślę, że na Festiwalu Biegowym mam szansę zaprezentować formę podobną do tej z poprzednich lat. W ubiegłym roku biegłem na dystansie 20 km i 30 km. W tym roku szykuję się na Iron Run, składający się z 9 różnych biegów, po trzy w piątek, sobotę i niedzielę. Razem to prawie 150 km, rozłożone w taki sposób, że pierwszy dzień rozpoczyna bieg krótki na 1600 m, później średnio długi, czyli 15 km, a potem kolejne 7 km. Następnego dnia wstajemy o godzinie 5 rano, biegniemy 64 km, a następnie 3 km oraz 5 km. W niedzielę przebiegamy maraton, a po nim wbiegamy na górę Kicarz – jest to bieg cały czas pod górę. No i kończymy wszystko biegiem na 1 km.

    › COVID pokrzyżował moje plany wspinaczkowe. Zdobyłem Koronę Ziemi i cztery ośmiotysięczniki. Mam nadzieję, że wreszcie uda mi się wrócić w Himalaje. Nie chcę brać udziału w wyprawach komercyjnych, tylko od początku do końca partnerskich, a na takie propozycje trzeba cierpliwie czekać. W 2019 r. planowałem wejść na Makalu, rok później przygotowałem się do wejścia na Lotse. Chociaż przygotowania były już bardzo zaawansowane, nic z tego nie wyszło… Czekam więc, aż na nowo pojawią się oferty wypraw partnerskich. Zapewne w przyszłym roku, a może już jesienią?

    rozmawiał Piotr Cegłowski

    Sukces dzięki dywersyfikacji

      W kwietniowym numerze naszego magazynu zamieściliśmy materiał stanowiący ewenement na łamach polskiej prasy: rozmowę dwóch prezesów GPW – obecnego Marka Dietla i byłego Adama Maciejewskiego. Tym razem obaj wybitni managerowie mówią o wyzwaniach stojących przed warszawską Giełdą i jej planach odegrania poważniejszej roli międzynarodowej.

      Na wstępie gratulacje z okazji wyboru na kolejną kadencję na stanowisku prezesa Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

      Dziękuję. To dla mnie duży zaszczyt kierować tą instytucją. Ale przede wszystkim duże zobowiązanie wobec jej akcjonariuszy i interesariuszy.

      Ostatnio rozmawialiśmy głównie o geopolityce. Tym razem porozmawiajmy o warszawskiej giełdzie. I zacznijmy od tego, co zwykle najbardziej interesuje akcjonariuszy, czyli od kursu giełdowego. Akcje GPW były oferowane przez Skarb Państwa w roku 2010 po 43 zł i 46 zł. Zadebiutowały po cenie powyżej 50 zł. Kiedy obejmował pan stanowisko w poprzedniej kadencji 27 września 2017 r., wyceniane były na ok. 44 zł. Dzisiaj jest to ok. 36 zł. Co pan na to?

      To fakt, a z faktami się nie dyskutuje. Należy jednak pamiętać, że dla akcjonariuszy równie ważna jest dywidenda. W sumie od roku 2010 wypłaciliśmy akcjonariuszom niemal 1 mld 115 mln zł, co przy kapitalizacji 1,5–2 mld zł nie jest złym wynikiem. W ostatnich kilku latach stopa dywidendy z akcji GPW oscylowała zwykle wokół 5–7 proc. GPW przez ostatnie lata przyciągała głównie inwestorów typu value, którzy cenią sobie wysoką dywidendę, a traciła tych typu growth, nastawionych na wzrost wartości akcji. Giełda tkwiła w przekonaniu, że sprawa inwestorów jest załatwiona, bo dostali dywidendę. Niestety, zmienność koniunktury na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat dość istotnie wpływała na zmienność poziomu dywidendy. Dla przykładu, w latach 2011–2013 stopa dywidendy nie przekroczyła 4 proc. Dlatego od pewnego czasu nasza strategia zmierza do zmniejszenia stopnia zależności wyników finansowych giełdy od koniunktury. Dzieje się to przede wszystkim przez uruchamianie nowych segmentów biznesowych, choć trzeba przyznać, że udało się to w umiarkowanym stopniu. Nie dlatego jednak, że źle zidentyfikowaliśmy kierunki rozwoju, ale ponieważ za wolno wdrażaliśmy poszczególne inicjatywy. W odpowiedzi na oczekiwania naszych akcjonariuszy zdecydowaliśmy też o corocznym zwiększaniu poziomu dywidendy o 10 gr na akcję. Ponadto będziemy wypłacać wszystko, co ekstra zarobimy na projektach dodatkowych. Dotychczas zdarzyło się to raz – sprzedaż pakietu akcji Aquis Exchange za kilkadziesiąt milionów złotych, na której to inwestycji zarobiliśmy bardzo dobrze, bo średnia roczna stopa zwrotu wyniosła ok. 20 proc. Nie przypisuję tego sukcesu sobie, ta inwestycja była bowiem pana inicjatywą. Ogólnie średni zysk Grupy Kapitałowej GPW w ostatnich pięciu latach był o 38 proc. wyższy niż w poprzedniej pięciolatce. I to jest taki paradoks, że cały czas poprawiamy nasze wyniki finansowe, a kurs tego nie odzwierciedla. Mnożnikowo jesteśmy o połowę gorzej wyceniani niż Euronext czy Deutsche Börse. Inwestorzy nie są przekonani do naszej historii wzrostu. Chcielibyśmy to zmienić i zacząć przyciągać również inwestorów typu growth. Zwrot dla naszych inwestorów powinien być trwale wyższy od wzrostu PKB w Polsce. Innymi słowy, chcemy być lepszą spółką w sensie tworzenia wartości dla akcjonariuszy niż średnia spółka w Polsce. Droga do tego jest nie tylko przez wyższe dywidendy, bo dużo ciekawszy jest wzrost. Dlatego nie wypłacamy wszystkich środków, jakie mamy, bo widzimy szereg projektów inwestycyjnych w zakresie wzrostu organicznego i nieorganicznego, które byśmy chętnie podejmowali. Na razie te efekty są dość skromne, ale przyjdzie czas na coś spektakularnego, bo cały czas nad tym pracujemy, także nad projektami w zakresie M&A. Inwestorzy teraz nie chcą kupić zapowiedzi naszych nowych projektów, ale chcą zobaczyć
      pierwsze efekty biznesowe. Chciałbym ich dostarczyć.

      Możliwości rozwojowe giełdy w dużym stopniu zdeterminowane są jej strukturą własnościową i statusem spółki publicznej. Zawsze miałem dość krytyczny stosunek do modelu prywatyzacji GPW. Czy pana zdaniem przyjęty model prywatyzacji giełdy był optymalny? Co dał spółce?

      Prywatyzacja, a konkretnie wprowadzenie GPW na parkiet dało nam bardzo dobre zrozumienie potrzeb naszego klienta, czyli spółki publicznej. Dzięki temu doskonale rozumiemy nie tylko plusy, lecz także i minusy tego statusu. Bycie spółką giełdową uczy pokory. Nie jesteśmy tylko teoretykami, ale spółką giełdową ze wszystkimi tego zaletami i uciążliwościami. Kwartalne spotkania z analitykami to dla nas bardzo cenny consulting. Status spółki publicznej pozwolił nam też na uruchomienie dodatkowego systemu wynagradzania i motywowania pracowników za pomocą akcji fantomowych. Nie jest to materialnie istotny element wynagradzania, ale mimo wszystko zwiększa przywiązanie pracowników do instytucji. Mamy też, choć niewykorzystaną, możliwość stworzenia lepszego systemu motywowania zarządu przez powiązanie wynagrodzenia z kursem giełdowym. Przyjęty model prywatyzacji giełdy faktycznie nie był jednak optymalny. Nie udało się wprowadzenie większego, długoterminowego inwestora finansowego, który pomógłby uwiarygodnić corporate governance giełdy. W trakcie procesu prywatyzacji nie wykorzystano tej szansy. Szkoda też, że przed prywatyzacją nie sformułowano jakiegoś aliansu strategicznego pozwalającego osiągnąć większą skalę. Teraz jesteśmy spółką niewielką, plasującą się w środku mWIG40. W porównaniu z takimi giełdami, jak Deutsche Börse, nasza kapitalizacja jest naprawdę niewielka. Ponadto zabrakło mechanizmu zwiększenia partycypacji pracowników w rozwoju giełdy, który pozwoliłby na wbicie w DNA pracowników faktu bycia spółką giełdową.

      Co jest obecnie celem zawodowym prezesa GPW jako prezesa spółki posiadającej swoich akcjonariuszy i jako prezesa instytucji infrastrukturalnej?

      Tu są trzy wymiary. Pierwszy to element państwotwórczy, w którym giełda wspiera różne elementy polityki gospodarczej państwa, chociażby zielone certy(katy na Giełdzie Energii. Państwo wie, że jeśli nam coś powierzy, to to zrealizujemy, a inwestorzy wiedzą, że zrealizujemy to w sposób zyskowny dla nich. Tu jest pełna synergia między byciem w orbicie Skarbu Państwa a zyskami dla inwestorów. Innym przykładem tych synergii jest projekt Polskiego Cyfrowego Operatora Logistycznego (PCOL), w ramach którego spółki Skarbu Państwa podpisały listy intencyjne na korzystanie z tego rozwiązania, gwarantując minimalną skalę prowadzenia biznesu. PCOL może w perspektywie kilku lat zdobyć pozycję jednego z dominujących podmiotów wśród operatorów logistycznych w Polsce. To nie tylko podniesie poziom bezpieczeństwa transportowego Polski, lecz także pozwoli zatrzymać marżę z tego segmentu w kraju. Przy dzisiejszym poziomie tych marż mówimy tu o miliardach złotych rocznie. Te synergie z „holdingu” spółek Skarbu Państwa są bardzo istotne i potrafimy z tego korzystać. Prywatna giełda jest zależna od państwa, a jeśli jest tam skarbowy komponent własnościowy, to jest większa szansa na pomoc i współpracę z państwem. Tak jest w naszym przypadku i niektóre giełdy prywatne nam tego zazdroszczą. Moją ambicją zawodową jest być wiarygodnym partnerem państwa we wspieraniu pewnych elementów polityki gospodarczej, ale oczywiście w sposób zyskowny dla naszych inwestorów. Co do giełdy jako spółki infrastrukturalnej i jednocześnie nastawionej na zysk – widzimy, że w kontekście kosztów dla naszych klientów jesteśmy w środku stawki europejskiej. Rynki zintegrowane pionowo (giełda i instytucja rozliczeniowa w jednej grupie kapitałowej) są tańsze na poziomie tradingu (bo tam jest konkurencja) i znacząco droższe wpost-tradingu (gdzie konkurencja jest niższa lub nie ma jej wcale). Nasz rynek nie jest pionowo zintegrowany, a dodatkowo post-trade, w odróżnieniu od giełdy, nie jest nastawiony na zysk. Dzięki temu post-trade (bez konkurencji) jest u nas relatywnie tani, a trading droższy (choć wystawiony na konkurencję), a powinno być odwrotnie. Sumarycznie koszt dla inwestora generowany jest jednak głównie na poziomie domów maklerskich. Ich udział w koszcie transakcyjnym to ok. 90 proc. Obecnie musimy koncentrować się przede wszystkim na biznesie podstawowym, bo on jest głównym źródłem przychodów, ale w mojej ocenie w perspektywie 5, 10, 15 lat ten biznes będzie mocno zagrożony i dlatego musimy wchodzić w nowe obszary, by się biznesowo zabezpieczyć.

      Jak teraz wygląda rynek obrotu instrumentami finansowymi z punktu widzenia poziomu konkurencji dla oferty GPW?

      Od 2018 r. bardzo widoczna jest rosnąca aktywność podmiotów systematycznie internalizujących transakcje, które zupełnie skonsumowały rynek OTC. W okresie od 2018 r. w pewnym momencie mieliśmy spadek udziału w obrocie polskimi akcjami poniżej 70 proc. Dzisiaj jest to 92–94 proc., bo nikt poza nami nie jest w stanie dostarczyć takiej pewności zawarcia transakcji jak my. Natomiast niektóre giełdy europejskie realizują już tylko ok. 40 proc. obrotów akcjami na swoich rynkach macierzystych. Spadek poniżej 30 proc. oznaczałby już zachwianie podstawowej funkcji dostarczania wiarygodnej informacji o cenie papierów wartościowych. Jeśli popełnimy jakiś nierozważny ruch, zwłaszcza w odniesieniu do najbardziej płynnych papierów, to może dojść do poważnej erozji naszych udziałów w rynku i zachwiania naszej pozycji.

      Strategia GPW2022 – co się udało, a co nie i dlaczego? Z czego jest pan najbardziej dumny? Czy w kontekście dywersyfikacji przychodów i zagrożeń spowodowanych pojawianiem się alternatywnych wobec giełd platform obrotu sprzedaż dużego pakietu akcji brytyjskiej platformy Aquis Exchange była najlepszym rozwiązaniem? Nabycie tego pakietu za mojej kadencji nie było prostym projektem.

      Zacznę od końca. Kiedy decydowaliśmy się na sprzedaż pakietu akcji Aquis, platforma przynosiła jeszcze straty i potrzebowała dodatkowego kapitału. My byliśmy go w stanie dostarczyć i współpracować z zespołem Aquis, ale z punktu widzenia interesów tamtej platformy, w tym interesu pozostałych akcjonariuszy, lepszy był kapitał czysto rynkowy. Zarząd Aquis był też rozczarowany brakiem planowanej współpracy z GPW w przeszłości. Pana następcy, a moi poprzednicy nie wykorzystali potencjału tej współpracy. My, jako największy akcjonariusz, mieliśmy szczególne uprawnienia, w tym możliwość wykluczenia handlu akcjami spółek z naszego regionu na platformie Aquis. To mogło blokować rozwój platformy, a przynajmniej tak uważali potencjalni klienci i pozostali akcjonariusze tej spółki. Jeśli nie mogliśmy doinwestować spółki, to obawialiśmy się rozwodnienia i utraty szczególnych uprawnień korporacyjnych. Planowane IPO z nami na pokładzie mogło się nie powieść. W tej sytuacji to sama spółka poprosiła nas o wyjście. Warunki wyjścia w ramach IPO były jednak dla nas atrakcyjne finansowo – gwarantowały ponadprzeciętny zysk na zainwestowanym kapitale, więc postanowiliśmy skorzystać z okazji i jednocześnie pójść na rękę spółce. Gdybym był inwestorem prywatnym, to pewnie bym tam został. Ale przy tych uwarunkowaniach, jakie były, to była decyzja optymalna. Wtedy też byliśmy blisko kupienia giełdy w Tel Awiwie i to był dla nas wyższy priorytet. Sprzedaż udziałów w Aquis dodatkowo uwiarygadniała nas finansowo w obliczu potencjalnej, dużej transakcji nabycia giełdy izraelskiej. A z czego jestem najbardziej dumny? Z tego, że udało się doprowadzić do ukształtowania się wewnątrz Giełdy profesjonalnego i entuzjastycznego zespołu potrafiącego i gotowego realizować nowe projekty rozwojowe, a przez to wspierać strategię dywersyfikacji naszego biznesu. Wcześniej organizacja była nastawiona bardzo mocno na operational excellence, co swoją drogą jest piękne i bardzo to cenię. Fantastyczna jest jednak ta zmiana mindsetu ludzi wyrwanych z działalności operacyjnej. Udało się do tej grupy wprowadzić z sukcesem również osoby z zewnątrz. Chciałbym, by ta zmiana kultury organizacyjnej miała charakter trwały. Priorytetem powinno być szukanie nowych tematów przy zachowaniu wysokiej sprawności operacyjnej.

      Zarówno cieszę się z tego pańskiego podejścia do dywersyfikacji biznesu, jak i gratuluję zmiany kultury organizacyjnej. To były również moje cele i dobrze wiem, jak trudno przekonać pracowników i otoczenie do takiej strategii, a pracowników dodatkowo do akceptacji innej kultury pracy. Pan szczęśliwie ma wsparcie głównego akcjonariusza, który za moich czasów kompletnie nie interesował się działalnością rozwojową, a nawet ją torpedował przez swoją bezczynność i brak zdolności do podejmowania kluczowych decyzji. Gierki personalne były ważniejsze niż spółka i cały rynek. Wracając jednak do pana sukcesów w poprzedniej kadencji – może coś bardziej materialnego?

      Na pewno dużą satysfakcją była pierwsza sprzedaż technologii TCA (Transaction Cost Analysis) dla giełdy w Kuwejcie. Po pierwsze, było to potwierdzenie, że zrobiliśmy coś fajnego, a po drugie, otworzyła się szansa na powtarzalne przychody. To biznesowo daje wiarę w siebie. Biznesowym osiągnięciem jest też sukces komercyjny GPW Benchmark z klientami od Kalifornii do Tokio. Analizując rozwój biznesu Grupy Kapitałowej GPW, należy jasno wskazać, że rozwój biznesu w ostatnich latach to zasługa niemal wyłącznie strategii dywersyfikacji. Patrząc po przychodach skorygowanych o inflację, niemal cały wzrost naszego biznesu wynika z przejęcia TGE i trochę z projektu GPW Benchmark, a nie z naszego core biznesu. To pokazuje, że dywersyfikacja nie tylko ma sens, lecz także jest konieczna dla rozwoju giełdy jako spółki. Położył pan kiedyś mocne fundamenty pod tę drugą nogę biznesową GPW, czyli rynek towarowy. Trzecia noga, czyli handel danymi, zaczyna dołączać, a w przyszłości pojawi się noga czwarta, czyli technologia.

      Strategia GPW2022 przechodzi do historii. Faktycznie jej realizacja udała się tylko częściowo. Stabilność zarządzania – mam na myśli pana drugą kadencję – powinna jednak pozwolić na wprowadzenie niezbędnych korekt i przyjęcie planu rozwoju na kolejne lata. Kiedy możemy na to liczyć?

      Zakładam, że aktualizację strategii na kolejny okres zaprezentujemy na przełomie stycznia i lutego 2023 r. i wtedy chętnie o niej opowiem bardziej szczegółowo. Nie zakładam jednak, że będzie to rewolucja, ale raczej dalsza ewolucja odzwierciedlająca zmiany warunków zewnętrznych.

      Czy GPW ma ambicje odegrania poważniejszej roli międzynarodowej? A jeśli tak, to w jakim zakresie?

      Podstawą naszego umiędzynarodowienia jest i będzie technologia, a konkretnie jej sprzedaż w modelu white label. Będzie ona wykorzystywana i oferowana na lokalnych rynkach przez współpracujące z nami lokalne giełdy. My nie jesteśmy dużą giełdą i nadal szukamy własnej drogi. Rozwój organiczny wymaga bardzo wiele czasu, natomiast historia dużych giełd to historia fuzji i przejęć. My też w tym obszarze podejmujemy działania – analizujemy wszelkie ciekawe propozycje i jeśli uznajemy je za właściwe dla nas, to składamy oferty. Na razie niestety bez większego sukcesu, bo jesteśmy albo zbyt ostrożni w wydawaniu pieniędzy, albo w grę wchodzą inne czynniki. Obecnie wyszukujemy biznesy o skali przychodów 20–30 mln euro sprzedawane przez duże giełdy. Uczymy się tego, ale mam nadzieję, że prędzej czy później kupimy coś interesującego za sensowne pieniądze.

      Niedawno kupiliście giełdę w niewielkiej Armenii. Po co?

      Kupiliśmy zdrowy, choć mały biznes o rentowności EBITDA ok. 30 proc. Sam  biznes rośnie w tempie ok. 24 proc. rocznie (CAGR w latach 2018–2021), głównie w obszarze post transakcyjnym. Armeńska giełda posiada też bardzo dobre rozwiązania wspomagające corporate governance. Ormianie to naród bardzo dobrze wykształcony.

      Kształcą się w Moskwie? Przepraszam za ironię, ale to przecież kraj w orbicie wpływów Rosji.

      Kształcą się głównie w Paryżu i Londynie. Starają się równoważyć różne wpływy zewnętrzne. Spisana historia tego narodu to 3 tys. lat, a archeologiczna – ok. 5 tys. lat. Co ciekawe, Armenia była w pełni niezależnym państwem tylko przez 254 lata. Teraz panuje tam olbrzymia wolność gospodarcza, a sam kraj jest niezwykle instytucjonalnie rozwinięty. Oczywiście, będąc w otoczeniu wielkich krajów, takich jak Rosja, Turcja czy Iran, trzeba się układać z kimś, kto daje największe korzyści.

      Ale nadal nie rozumiem, po co ta transakcja.

      To jest dobry dodatek do naszego biznesu, daje nam większe przychody i zyski. Widzimy też spory potencjał w ormiańskiej diasporze. To ponad 8 mln ludzi, często bardzo zamożnych. Chcemy pomóc podłączyć ormiańską giełdę do ekosystemu światowego. Chcemy ją przeskalować, by nie była ograniczona rozmiarem tamtejszej gospodarki. Chcemy, by było podobnie jak z giełdą szwajcarską – gospodarka nie jest wielka, a giełda szwajcarska odgrywa istotną rolę w Europie. Ormianie też mają dużą szansę zostać regionalnym hubem.

      Kupiliście tę spółkę w chwili bardzo istotnego wzrostu ryzyka związanego z polityką Rosji. Czy wkalkulowaliście to ryzyko?

      Mamy opcję put naszego pakietu do armeńskiego banku centralnego, co pozwala nam na odsprzedaż wszystkich posiadanych akcji w AMX po cenie odpowiadającej kwocie inwestycji GPW w AMX.

      Życzę powodzenia z tym projektem, choć trochę się dziwię, że sprzedaliście sporą platformę paneuropejskiego obrotu akcjami Aquis, a kupiliście mikroskopijną organizację w maleńkiej prorosyjskiej Armenii. Bardziej mnie jednak ciekawi pomysł na wykorzystanie potencjału rozwoju na rynku ukraińskim. Widzi pan szansę na jakieś wspólne projekty? Przy założeniu, że Ukraina wyjdzie obronną ręką z konfliktu z Rosją, wydaje się, że te szanse są całkiem realne.

      Jeszcze przed wojną prowadziliśmy rozmowy na temat rynku towarowego, który jest produktem absolutnie pierwszej potrzeby dla Ukrainy. Mam nadzieję, że po wojnie do tej współpracy wrócimy, zwłaszcza w kontekście rozliczeń. Jeśli chodzi o rynek kapitałowy, to tam musi się zmienić legislacja i powtórnie zostać przeprowadzony proces licencyjny dla giełd. Powinna tam zostać wybrana jedna giełda w miejsce obecnych czterech. Nie wiem, która to będzie giełda i jaki będziemy mieli w tym udział, ale od początku wojny współpracujemy z ukraińskim odpowiednikiem naszego KNF-u, dostarczając odpowiednie wsparcie. Trudno przewidywać, kiedy wojna się skończy i jaki będzie dokładny jej wynik, ale nie zasypiamy gruszek w popiele i byłoby historyczną głupotą nie spróbować wejść na ten rynek w momencie, kiedy jest tam tak duży reset. W ogóle Polska powinna pójść w eksport instytucji polskiego modelu kapitalizmu, który sprawdził się w transformacji. Możemy też przestrzec Ukrainę przed rzeczami, które u nas nie zadziałały. W porównaniu z ekspertami z USA, Wielkiej Brytanii czy Niemiec mamy za sobą unikalne doświadczenie transformacji.

      A co z projektami skierowanymi do inwestorów? Czy będą mieli łatwy i tani dostęp do handlu największymi spółkami zagranicznymi i największymi ETF-ami za pośrednictwem GPW? Mam na myśli projekt GlobalConnect.

      GlobalConnect to miejsce, gdzie inwestorzy będą mogli handlować akcjami najbardziej znanych blue chipów z Europy (w pierwszej fazie), a w niedalekiej przyszłości także amerykańskich spółek. Funkcjonowanie rynku z punktu widzenia inwestora jest relatywnie proste: handel akcjami będzie się odbywał podczas sesji giełdowej na GPW, a notowania będą w polskich złotych. Co ważne, prowizje będą takie, jak w przypadku handlu na Głównym Rynku GPW, a wynika to z tego, że nie będziemy pobierać prowizji od animatorów GlobalConnect. To duże ułatwienie i uatrakcyjnienie handlu na GPW. Animator będzie odpowiadał za dobór spółek i wprowadzenie ich akcji do obrotu, a kluczem będzie płynność i zainteresowanie inwestorów danym walorem. Uruchomienie GlobalConnect wyrównuje nas z innymi rynkami w Europie. To jest swoisty must have, który da naszym inwestorom ekspozycję na spółki zależne od globalnej koniunktury. Będzie on dla nich swego rodzaju dodatkowym narzędziem pasywnego inwestowania na globalnych rynkach. Możliwe, że w przyszłości rozbudujemy GlobalConnect także o zagraniczne ETF-y.

      Innym ciekawym projektem, który teraz rozwijacie na GPW, jest Private Market. Czego dokładnie dotyczy i jaki jest stan jego realizacji?

      GPW Private Market jest jedną z naszych technologicznych inicjatyw, wpisującą się w strategię dywersyfikacji przychodów GK GPW m.in. przez łączenie naszego know-how z nowymi technologiami, w tym przypadku blockchain. Na początek chcemy eksplorować możliwości tokenizacji aktywów niefinansowych. Zaczynamy od dzieł sztuki, których wartość zostałaby podzielona na wiele małych części i odzwierciedlona w tokenach, analogicznie jak to jest z akcjami spółek. Drugim (larem GPW Private Market mają być stokenizowane aktywa finansowe: akcje i obligacje. Powodzenie drugiego filaru jest ściśle zależne od kwestii regulacyjnych. Projekt ma też ułatwić pozyskiwanie środków w ramach finansowania społecznościowego przez małe przedsiębiorstwa oraz start-upy. Możemy się pochwalić, że jest to pierwszy tego typu projekt realizowany przez jakąkolwiek giełdę na świecie. Naszym celem jest umożliwienie mniej zamożnym kolekcjonerom dostępu do elitarnego rynku sztuki. Chcemy również zwiększyć transparentność i bezpieczeństwo tego rynku przez zastosowanie standardów z rynku kapitałowego. Private Market jest dobrą propozycją dla każdego, kto nie dysponuje dużymi środkami finansowymi, a w pierwszej fazie zwłaszcza dla tych, którzy są wrażliwi na sztukę.

      Ambitne plany. A jakie jest pana największe marzenie dotyczące przyszłości giełdy?

      Chciałbym, by akcje GPW były włączone do MSCI Europe Large Cap Index. Musimy jeszcze trochę urosnąć…

      Dziękuję za rozmowę.

      Gdzie niebo styka się z ziemią czyli tête-à-tête z Jackiem Pałkiewiczem

        Dotychczas prezentowałem na łamach „Managera” relacje z moich podróży. W tym jednak roku przypada 50. rocznica działalności eksploracyjnej legendarnego podróżnika, Jacka Pałkiewicza. W tych okolicznościach nie mogłem sobie i wam odmówić spotkania z tym niezwykłym człowiekiem. Mam nadzieję, że to małe tête-à-tête z Jackiem będzie wstępem do prezentacji jego najbardziej fascynujących wypraw na łamach naszego pisma.

        „Chciał dotrzeć do miejsca, gdzie niebo styka się z ziemią, lecz horyzont odsuwał się, uciekał za przyczyną jakichś czarów…”. Drogi Jacku, marzycielu, zdobywco, przyjacielu! Czy ten chłopczyk podążający za horyzontem już jako dorosły mężczyzna tam dotarł, czy jest on z natury nieosiągalny? A może nie powinien być osiągalny dla nikogo?

        Ostatnio zdarzyło mi się wspomnieć „Małego Księcia”, bajkowe science fiction z enigmatyczną i wzruszającą opowieścią o chłopczyku przybyłym z odległej planety. Kiedy przeczytałem ją w dojrzałym okresie, pojąłem, że dzięki swej ponadczasowej uniwersalności ta zachwycająca baśniowym światem powiastka filozoficzna Antoine’a de Saint- Exupéry’ego jest adresowana nie tylko do dzieci, lecz także do dorosłych, którzy mają możliwość powrócić do krainy swego dzieciństwa. Dziś, kiedy nieoczekiwanie uświadomiłem sobie tymczasowość i bezbronność mojej egzystencji i ze zgrozą odkryłem, że moja barwna podróż dobiega końca, często wracam myślami do dzieciństwa. Śniłem wtedy o niezwykłych, tajemniczych i niedostępnych miejscach, i wszystko to osiągnąłem.

        Ci, którzy nie zdołali zrealizować swoich marzeń, usprawiedliwiają to faktem, że to i lepiej, bo w chwilach, kiedy zawodzi codzienność, człowiek chętnie ucieka w świat fantazji, snując marzenia o jakiejś „wyspie skarbów”, która nęci i rozpala wyobraźnię. Pozbawieni tego snu poczuliby się zawiedzeni w swojej podświadomości.

        „I’ve seen things you people wouldn’t believe… Attack ships on fire o, the shoulder of Orion… I watched C-beams glitter in the dark near the Tannhäuser Gate”. Te słowa w jednej z końcowych sekwencji filmu „Blade Runner” wypowiada grany przez Rutgera Hauera Roy Batty. Ty w jednym z wywiadów powiedziałeś: „Żyłem bez granic, byłem naocznym świadkiem niezwykłych wydarzeń, spenetrowałem świat, którego już nie ma, poznałem ludzi, których nie sposób zapomnieć”. Brzmi podobnie, z tą różnicą, że Roy Batty to postać)kcyjna, android o niezwykłej wytrzymałości i woli przetrwania, a Jacek Pałkiewicz to prawdziwy twardziel z krwi i kości.

        Tu muszę uciec się do próżnej ilustracji. Swego czasu w Padwie byłem gościem żeńskiego Rotary Club, gdzie jedna z eleganckich pań wpierwszym rzędzie szepnęła do swojej przyjaciółki: „Ależ ten jegomość ma fantazję”. Nie ukrywam, że to mnie trochę ukłuło i od tamtej pory opowiadam tylko część mojego podróżniczego dorobku, tak jak to czynił prekursor epoki odkryć geograficznych Marco Polo, mój mentor. Wielu podejrzewało, że nigdy nie dotarł do Chin, i kiedy na łożu śmierci rodzina i przyjaciele błagali go o sprostowanie opowieści, „aby stał się bardziej wiarygodny”, odparł, że to zaledwie połowa tego, co widział na własne oczy w swojej długiej peregrynacji.

        Jesteś bez wątpienia człowiekiem silnym, który docierał do granic możliwości, ale miał na tyle rozsądku, by tych granic nie przekroczyć. Czy warto tak żyć? Jak wykrzesać z siebie tę chęć poznawania i jednocześnie jak ustrzec się przed tym krokiem, który może być ostatnim?

        Andrzej Stasiuk napisał, że podróżować znaczy żyć. A ja dodaję: żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie. Dla mnie sens wojażowania polega na ożywieniu wyobraźni, umiejętności zdumienia i zachwytu, czyli na nieustannej zachłanności i fascynacji światem. Dodajmy do tego szczyptę niebezpieczeństwa związanego z przekraczaniem granic możliwości, a otrzymamy esencję mojego globtroterstwa. Taki koktajl uczuć przemienia zwykłe na pozór wydarzenie w prawdziwą przygodę. Przygodę życia. Fizyka kwantowa podpowiada, że jeśli poruszamy się powoli, kosmos wokół nas też będzie wędrować na zwolnionych obrotach; jeśli będziemy pędzić, czas się skurczy. W moim wieku chciałbym egzystować tak, jakby to był ostatni dzień mojego życia. Z pasją takiego stylu życia można się urodzić, ale można taki bakcyl połknąć też w dojrzałym wieku. Nie radzę jednak rzucać się na głębokie wody bez wcześniejszego doświadczenia. Rzemiosła podróżowania uczyłem się na własnych błędach, bo kiedyś nie było pomocnych publikacji. Nie improwizowałem, niczego nie pozostawiałem przypadkowi, sumiennie przygotowywałem się do wyjazdu. Bywało, że stawiając czoło zagrożeniom, musiałem balansować na wąskiej granicy między racjonalnym ryzykiem a realnym zagrożeniem, między odwagą a chłodną analizą. Wspomagał mnie przy tym bogaty bagaż doświadczeń zdobytych wśród piasków pustyni, tropikalnego lasu czy syberyjskiej tundry. Nie bez znaczenia były też intuicja i… instynkt.

        Mówisz o strachu jak o czymś naturalnym i w pełni się z tobą zgadzam. Ten strach potrafi jednak nas sparaliżować wtedy, kiedy powinniśmy działać, kiedy zmierzamy się nie tylko z naturą, lecz przede wszystkim z niegodziwością drugiego człowieka. Czy doświadczyłeś takich sytuacji? Czy wtedy należy przełamywać swoją niemoc, czy szukać innych rozwiązań?

        Spróbuję podzielić się skrótowym instruktażem. Na wstępie: wzbudź w sobie czujność na różne zagrożenia, nie kuś losu ani nie podkładaj się frajersko, nie bądź łatwym celem, nie sprzedaj łatwo skóry, demonstruj czujne spojrzenie i pewny siebie wyraz twarzy, nie ujawniaj lęku i bezradności, unieś wysoko głowę, wyprostuj sylwetkę i poruszaj się sprężystym krokiem. Zawsze głosiłem zasadę, że w chwili, gdy sytuacja staje się napięta, trzeba bezzwłocznie wycofać się lub uciekać ile sił w nogach. To nie jest tchórzostwo, małe, bezbronne zwierzę zawsze unika konfrontacji, ale pozbawione możliwości ucieczki walczy z pełną desperacją. My także. Lęk wyostrza zmysły i podnosi się ciśnienie krwi, organizm aplikuje wtedy sobie swoisty środek dopingujący – adrenalinę, która dodaje sił. Zatem walczymy w sposób maksymalnie zdeterminowany i destrukcyjny, aby wyrządzić jak największą krzywdę. Nieoczekiwana wściekła obrona połączona z kopaniem, drapaniem i gryzieniem będzie kompletnym zaskoczeniem dla nieprzygotowanego na opór napastnika. Często zrezygnuje on i oddali się albo moment jego rozproszonej uwagi stworzy ci szansę ucieczki. Niezwykle mocną broń stanowi wyćwiczony wcześniej gdzieś na osobności, rozdzierający, wydarty z piersi paraliżujący zmysły krzyk. Pozwala on uwolnić się od napięcia i odblokować obezwładnienie, a jednocześnie wzmóc agresję i spotęgować skuteczność walki. Taki mrożący krew w żyłach wrzask zwraca uwagę otoczenia i jest w stanie pokrzyżować zamysły złoczyńcy. Mówi się, że ma on na tyle piorunujący efekt, że „potrafi bez strachu przeprowadzić przez ciemne ulice”. Takie rzeczy ćwiczą studenci akademii teatralnych i pseudokibice piłkarscy. Bojowe, siejące postrach eksklamacje na musztrach wojskowych znamy z filmu „Full Metal Jacket”.

        Patrząc na twoją życiową drogę, można odnieść wrażenie, że jesteś prawdziwym twardzielem. Niedawno przeczytałem, że twoim zdaniem „feminizacja życia odebrała mężczyznom nie tylko spodnie, ale i poczucie pewności siebie, godność i siłę”. Jaki powinien być współczesny mężczyzna?

        Na nocnej szafce obok mojego łóżka często znajdują się podniszczone, dawno zapomniane lektury młodości. Wśród nich na Olimpie stawiam Jacka Londona. Z jego książek przyswoiłem determinację i hart ducha. Niektóre czytałem po kilka razy. Człowiek współczesnego świata, przywykły do wygód i dobrostanu, wydelikatniał, stracił pazury, gubi się przy pierwszej przeciwności losu. London stworzył ponadczasowy portret prawdziwego mężczyzny zmagającego się z przeciwnościami losu. W powieści o cechach autobiograficznych „Martin Eden” niezłomność i wytrwałość protagonisty w dążeniu do celu ma coś z gladiatora pośród stada eunuchów. Tę broń Edena, klucz dostępu do pokonywania własnych ograniczeń, posiada każdy przymuszony do ciężkiej próby człowiek. Wystarczą motywacja i nieugięta wiara w pokonanie przeszkody.

        Spojrzałem na twoje zdjęcie z jednego z ostatnich wywiadów i widzę twarz szczęśliwego i radosnego człowieka. Tę samą twarz widzę tu i teraz. Trudno uwierzyć, że obchodziłeś niedawno osiemdziesiąte urodziny. Jak w sobie zachować tę radość życia?

        Myślę, że to owoc mojego nieprzejednanego optymizmu, pasji życia i… wsparcia niebios.

        Twoje życiowe credo to „Życie daje każdemu tyle, ile sam ma odwagę sobie wziąć, a ja nie zamierzam zrezygnować z niczego, co mi się należy”. Zrezygnowałeś z czegoś czy wziąłeś z życia tyle, ile chciałeś? Na co masz jeszcze życiowy apetyt?

        Czuję się nad wyraz spełniony i niepomiernie uprzywilejowany, bo byłem reżyserem swojego życia. To wszystko, co przyjdzie mi jeszcze posiąść, to będzie już optional.

        Zwykle jesteś kojarzony z niesamowitymi podróżami. Mam nadzieję, że przy okazji kolejnych rozmów opowiesz o tych najbardziej niezwykłych. Dzisiaj wskaż tylko tę jedną podróż, która okazała się dla ciebie najtrudniejsza. Wymiar trudności pozostawiam twojemu wyborowi, bo nie musi to być trudność czysto fizyczna.

        To nie jest proste, bo wypraw ekstremalnych było sporo i każda miała inny charakter. Najbardziej karkołomna była prawdopodobnie „Trans Borneo”, od brzegu do brzegu przez wyspę Dajaków, łowców głów, w skrajnie surowym i niegościnnym środowisku lasu tropikalnego.

        A Jacek Pałkiewicz jako odkrywca? Z czego jesteś najbardziej dumny?

        Bez wątpienia z odkrycia źródła Amazonki, które od dawna było przedmiotem niekończących się spekulacji i sporów o charakterze akademickim. W dzieciństwie było mi trochę żal, że nie urodziłem się w epoce epickich odkryć geograficznych i nie miałem szans doświadczyć tego, co przeżywali David Livingstone, Alexander von Humboldt czy im podobni. Okazało się, że stanowiące przedmiot kultu mapy geograficzne z napisem: „Relief Data Incomplete” jeszcze istniały. Że było jeszcze miejsce na poszukiwania, co jest poza horyzontem. Nasza naukowa ekspedycja rozwiązała tę zagadkę. Dziś na Górze Quehuisha, w Andach na południu Peru stoi obelisk z tablicą upamiętniającą to odkrycie.

        Cieszę się, że to wspomniałeś, jak bowiem pamiętasz i ja odegrałem swoją rolę w ufundowaniu tego obelisku… Jesteś też uznanym dziennikarzem. Pracowałeś dla prestiżowego „Corriere della Sera” w czasach, kiedy było to marzenie chyba wszystkich włoskich dziennikarzy. Jak oceniasz współczesne polskie dziennikarstwo? Czy nie uważasz, że jesteśmy zalewani masą bezsensownych informacji i nierzetelnych opinii, a odpowiedzialność za słowo jest często na poziomie bruku? Masz jakieś rady dla współczesnych dziennikarzy?

        Minęło już wiele lat, kiedy żurnalistyka, która niegdyś mnie oczarowała, zaczęła wzbudzać niesmak. Wtedy zrozumiałem, że się starzeję. Poczułem się jak wiekowy wikariusz, który podejrzewa, że stracił wiarę, ale nie wyjawi tego swoim parafianom. Wziąłem się za dziennikarstwo równo pół wieku temu, jeszcze w heroicznych dla niego czasach, dopóki nie zostało okaleczone przez telewizję. Profesja, autentyczna misja, przynosiła powszechny szacunek. Wszystko wydawało się magicznie krystaliczne, dopóki 30 lat temu nie zauroczyła nas rewolucja cyfrowa i zrodzona z niej era Internetu z witrynami informacyjnymi, sieciami społecznościowymi i newsletterami. Tradycyjne pismactwo zostało wtedy dogłębnie wstrząśnięte. Dziś dzięki nowym, o ogromnym potencjale środkom masowego przekazu wszyscy mogą rozpowszechniać – i to w czasie realnym – doniesienia, nieraz wartościowe, innym razem wynoszące na ołtarz rynsztokowe śmieci. Zwłaszcza w sieciach społecznościowych, gdzie trudno odróżnić fałsz od prawdy, gdzie obiektywność często staje się opcjonalna. Dla młodych dziennikarzy mam tylko jedną radę: weryfikujcie trzy razy źródło, dbajcie o wnikliwe spostrzeżenia i przekazujcie rzetelne wiadomości.

        Podróżnik, odkrywca, dziennikarz, ale też uważny obserwator i myśliciel. Z jakimi głównymi wyzwaniami przyjdzie zmierzyć się ludzkości w najbliższych dziesięcioleciach?

        Po szalonych globalnych przemianach, które zmieniły oblicze Ziemi, dotknęła nas deprymująca niestabilność. Stary Kontynent, swego czasu uważany za pępek świata, przestał wierzyć w swoje wartości i tradycje. Jeszcze do przedwczoraj byłem przekonany, że głównym zadaniem ludzkości jest i będzie walka o uratowanie Ziemi, naszego domu. Wczoraj spadła na nas pandemia i nikt nie wie, jak długo będzie mutować i zbierać tragiczne żniwo. Nie zdążyliśmy wyjść z niej, a dotknęła nas niebywała skala zbrodni Putinowskiej machiny wojennej. Co będzie jutro? To wielka niewiadoma.

        Czy współczesny świat ma liderów, którzy potrafią stawić czoło tym wyzwaniom?

        Niestety, nie ma dzisiaj przywódców, którzy daliby taką nadzieję. Jestem rozczarowany i zaniepokojony ich niezdolnością do podjęcia znaczących kroków w obliczu poważnego kryzysu cywilizacyjnego, kiedy życie na Ziemi jest zagrożone. Rządy europejskie, zdominowane przez łatwe populizmy i kryzysy gospodarcze, też przestały myśleć o wspólnym rozwiązaniu problemów i skupiły się wyłącznie na swoich interesach wyborczych. Światowi przywódcy zajmują się tylko swoimi problemami i rywalizacją o prymat. Jesteśmy świadkami największej bitwy o panowanie nad światowym nieładem.

        Czy demokracja i tzw. wolny świat mają szansę na przetrwanie, a może nawet na poszerzenie wpływów w świecie, w którym jest tak wielu tyranów i obłąkanych żądzą władzy i bogactwa władców?

        Przykład Putina pokazuje wyraźnie, że wolny świat staje się bezsilny wobec przemocy barbarzyńskich terrorystów.

        Są jeszcze setki ważnych pytań, które chciałbym ci zadać. Na dzisiaj jeszcze jedno, ostatnie. Jaką poradę dałbyś młodym ludziom, którzy poszukują swojej drogi i niebawem zaczną wkraczać w czas, kiedy będą musieli wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, lecz także za innych, za planetę i za to, co zostawią kolejnym pokoleniom?

        Młodzi trzeciego tysiąclecia są elastyczni, dynamiczni, otwarci na różnorodność i zmiany. Nie mają jednak zaufania do polityki, żyją w ekonomicznej niepewności, zepchnięci w kąt przez gerontokrację. To zniechęca i nie ułatwia zaangażowania w cokolwiek. Co do rady, to nawiążę do Grand Tour, kiedy Włochy, konsekrowana świątynia cywilizacji zachodniej, stały się niemal obowiązkowym etapem edukacji latorośli z zamożnych rodzin. Nieliczni uprzywilejowani zyskiwali tam światowe obycie, poszerzali horyzonty myślowe i zdobywali formację intelektualną dla przyszłej działalności publicznej. Dzisiaj podróże są dostępne dla wszystkich. Moi synowie zaczęli latać samolotem, zanim siusiali do nocnika. Jestem z nich dumny. Nawet ich nie skarciłem, kiedy w Polsce przewrotnie wykrzykiwali „kulwa”, doskonale wiedząc, że to nie zakręt, ale córa Koryntu. Należą do wyrosłego z globalizacji otwartego społeczeństwa, posiadają dwa obywatelstwa, mówią w kilku językach. Dziś mieszkają w Szanghaju i czują się jak w domu zarówno w rodzinnym Bassano del Grappa, jak i w Warszawie czy w dalekiej Azji. Nie noszą w sobie wirusa nacjonalizmu, zostali zaszczepieni przeciwko wszelkim szowinistycznym postawom. Właśnie do ich pokolenia będzie należeć świat.

        Pytanie ostatnie: co w planach?

        Wkrótce ukaże się poradnik „Wojna u progu”. Armia Władimira Putina dopuszcza się zbrodni i różnych prowokacji. Nic dziwnego, że rośnie strach przed pożogą wojenną o wymiarze totalnym. Nie wiemy co się może wydarzyć jutro, pojutrze. Lepiej być przygotowanym i nie dać się zaskoczyć.

         

        Jacek Pałkiewicz
        Pisarz, eksplorator, twórca survivalu w Europie. Zlokalizował źródło Amazonki, przepłynął samotnie Atlantyk łodzią ratunkową. Obywatel świata i jego odkrywca. Autor bestsellerowych książek, m.in. „Dubaj” i „Palkiewicz.com”. Inspiruje dwa pokolenia polskich podróżników. Jego reportaże były publikowane w licznych prestiżowych magazynach europejskich (www.palkiewicz.com).


        Z Jackiem Pałkiewiczem rozmawiał Adam Dariusz Maciejewski

        fot.: Archiwum Adama Dariusza Maciejewskiego

        Pałac na szynach

          Kolej przeżywa renesans, bo pociąg można łatwo eksploatować z wykorzystaniem energii odnawialnej. Projektant Thierry Gaugain przedstawił swoją wizję luksusowego prywatnego pociągu.

          W Azji, Japonii, Korei Południowej i Chinach zespoły pracują nad swoją wizją pociągów, które są szybsze niż samoloty komercyjne, podczas gdy w Europie sieć pociągów nocnych jest rozważana jako alternatywa dla podróży lotniczych. Francuski projektant Thierry Gaugain przedstawił teraz swoją wizję prywatnego luksusowego pociągu – G-Train – który ma podróżować po świecie jako pałac na szynach.

          Prywatne pociągi były kiedyś popularne wśród monarchów, polityków i innych potentatów. Teraz pociąg może stać się kontynentalną alternatywą dla superjachtów. Gaugain jest znany między innymi z projektu 80-metrowego jachtu „Venus” opracowanego z Philippe’em Starckiem, współzałożycielem Apple Steve’a Jobsa. – Ten pociąg jest przeznaczony dla jednego właściciela – powiedział Thierry Gaugain. – Chodzi nie tylko o transport, lecz także o podróż. Nieważne, jak szybko można dostać się z punktu A do punktu B. To pociąg jest celem podróży. Chodzi o mądre wykorzystanie czasu, ponieważ czas jest jedynym skarbem, jaki mamy.

          Więcej niż renderowanie

          Pociąg o długości 400 metrów składa się z 14 wagonów. Zewnętrzna powłoka wykonana jest ze szkła, które może zmieniać się od nieprzejrzystego do całkowicie przezroczystego. Cały skład może pomieścić tylko około 18 gości i podróżować z umiarkowaną prędkością 100 mil na godzinę po szynach w Ameryce i Europie. Eksperci, tacy jak szwajcarski konstruktor pociągów Stadler, producent szkła Saint-Gobain i brytyjska firma inżynierska Eckersley O’Callaghan, zapewniają, że ta koncepcja jest realna.

          Technologia pociągu jest złożona, ponieważ nie ma określonego kraju użytkowania, a technologia musi być w stanie poradzić sobie z wieloma systemami torów i sterowania. W razie potrzeby pociąg może podzielić się w środku i obie części mogą jechać niezależnie od siebie. Pośrodku pociągu znajduje się swoista sień prowadząca do jego głównej części mieszkalnej z kwaterą właściciela. Dalej znajduje się strefa rozrywki i część dla gości, pokój socjalny i wreszcie wspaniały Wielki Salon, specjalnie zaprojektowany na przyjęcia. W pozycji stojącej część ścian bocznych można złożyć, następnie przedziały powiększane są o zewnętrzne tarasy.

          Thierry Gaugain uważa, że pociągi nie są przedmiotami z przeszłości. „Spotykają się z teraźniejszością. Nie ma nic bardziej zrównoważonego niż pociągi, jeśli chodzi o podróżowanie”. Projektant szacuje koszt takiego cacka na około 350 mln dol. – czas budowy powinien wynosić dwa i pół roku.

          Luksusowy pociąg na bocznicy?

          Na ile realistyczny jest ten projekt? W czasach, gdy celebruje się turystykę kosmiczną, ogromne koszty nie powinny odstraszać. Jednak trudno sobie wyobrazić rzeczywiste zastosowanie. Jacht związany jest z morzami, wybrzeżami i wielkimi rzekami. Z kolei sieć kolejowa łączy wszystkie większe miasta. Jednak część idyllicznych tras kolejowych jest bardzo ograniczona. Sieć kolejowa po prostu nie jest przystosowana do tego, aby prywatne pociągi mogły zaparkować na kilka dni w najpiękniejszym miejscu. A kto chce poznawać świat z bocznicy?

          Multipotencjalność w świecie polityki i biznesu

            Multipotencjalność jako pojęcie towarzyszy nam niemal od 50 lat i pojawia się w najróżniejszych kontekstach. Od prac badawczych na temat rozwoju młodzieży (Ronald H. Frederickson i John Watson Murray Rothney, „Rozpoznawanie i wspomaganie młodzieży multipotencjalnej”, 1972 r.) do wystąpień na konferencjach TED (Emily Wapnick, 2015 r.). Co tak naprawdę oznacza to pojęcie i jak odnosi się do pozornie wąskiej sfery zawodowej, jaką jest public affairs czy lobbing?

            Multipotencjalność to zdolność do szybkiej adaptacji w nowych dziedzinach zawodowych, swoista wszechstronność działania i umiejętność syntezy wiedzy z różnych obszarów. Rewolucja cyfrowa, która rozpoczęła się w połowie XX w., nie zwalnia tempa i odsłania przed nami coraz to nowsze zdobycze ludzkiego intelektu – od sieci społecznościowych, które agregują interesy wielkich grup społecznych, przez automatyzację przemysłu do wykorzystywania big data do optymalizacji procesów biznesowych czy rozwoju algorytmów AI, które definiują odbierane przez nas treści. Prędkość, z którą wytwarzana jest nowa wiedza, jak również ilość otaczających nas zewsząd informacji nieuchronnie prowadzą do wniosku, że niektóre zawody będą miały wpisane w swoje DNA właśnie multipotencjalność. Jedną z tych dziedzin jest public affairs (PA).

            Public affairs

            Jest to branża nierzadko owiana mgłą tajemnicy. Wszak wszędzie, gdzie stykają się światy polityki oraz biznesu , rodzą się skojarzenia o negatywnym zabarwieniu. Lata 90. i proces formowania się państwa prawa w Polsce jest tu nie bez znaczenia w kontekście wizerunku branży. Tymczasem public a0airs sprowadza się w swojej istocie do reprezentowania interesów danego podmiotu czy danej grupy i ich obrony w najróżniejszych wymiarach. Transparentna komunikacja interesów firmy wobec otoczenia interesariuszy jest jednym z podstawowych założeń strategicznej komunikacji korporacyjnej. Na przykład prawo w demokratycznym procesie tworzone jest z udziałem zainteresowanych stron, których dotyka, przez konsultacje społeczne organizowane w trakcie procesu legislacyjnego. Rozumienie procesów legislacyjnych, umiejętność analizy złożonej sytuacji politycznej, odpowiednia interpretacja przekazów medialnych, synteza wiedzy i przekładanie nierzadko specjalistycznego języka na czytelne przekazy to tylko niektóre z całego spektrum umiejętności współczesnych specjalistów ds. public affairs. Są one spójne z wyróżnikami multipotencjalności, takimi jak umiejętność szybkiego uczenia się, myślenie syntetyczne, adaptacja, myślenie kontekstowe, entuzjazm, otwartość na nowość i różnorodność.

            Na dwóch biegunach

            Rola specjalistów public affairs w organizacji jest niezwykle ważna i dwukierunkowa. Po pierwsze, interpretują otaczające firmę procesy polityczne i ich potencjalny wpływ na biznes, a po drugie, komunikują na zewnątrz postulaty firmy, zarówno bezpośrednio w kontaktach z przedstawicielami administracji publicznej, jak i pośrednio przez organizacje, takie jak np. izby gospodarcze. Można w pewien sposób porównać rolę ekspertów PA do tłumaczy, którzy tłumaczą i interpretują język polityki dla biznesu i odwrotnie. Już tak generalne tło zawodu może dać poczucie, że profesja ta wymaga wielu umiejętności, które ciągle ewoluują i się zmieniają. Tak faktycznie jest, choć na przeciwnym biegunie istniej koncepcja divera (nurka). Amerykańska pisarka i terapeutka Barbara Sher wskazuje, że jest to przeciwieństwo osobowości multipotencjalnej. Nurek (diver) zainteresowany jest jedną dziedziną, w której nierzadko osiąga poziom mistrzowski. W sferze public a0airs i lobbingu oba te modele funkcjonują bardzo dobrze w kontekście rozwoju umiejętności. Spotkać możemy wysoce wyspecjalizowanych ekspertów, którzy działają wyłącznie w jednej dziedzinie i osiągają w niej najwyższy poziom wtajemniczenia, np. logistyka, FMCG, przemysł, gospodarka cyfrowa, sektor (nansowy. Jednakże multipotencjaliści to stratedzy o szerszym spektrum działania, którzy doskonale odnajdują się na wielu odcinkach zawodowych public affairs. Umiejętnie zmieniają swoje role, dopasowując się do wymogów sytuacji.

            Nowa rzeczywistość

            Ostatnie dwa lata są okresem niezwykłych turbulencji na całym świecie. Wydarzenia związane z pandemią, a następnie wojną w Ukrainie przeformułowały naszą rzeczywistość w wielu wymiarach. Specjaliści od każdego rodzaju komunikacji (w tym korporacyjnej) musieli działać w warunkach permanentnego kryzysu i nauczyć się adaptować do zmieniającej się sytuacji. Każdy z nas świadomie kształtując swoją ścieżkę rozwoju i kariery, podejmuje decyzje również na poziomie makro – czy kierujemy się w stronę specjalizacji, czy właśnie multipotencjalności. Nierzadko wybory te są wynikiem naszych nieświadomych działań i decyzji. Warto wtedy jednak na moment zatrzymać się i spróbować zastanowić, którą ścieżką podążamy. Kultywując ducha rozwoju, w 2021 r. na terenie klubu biznesowego Trend House uruchomiono akademię lobbingu International Public Affairs Academy, której trzecia edycja rusza we wrześniu 2022 r. Jej celem jest kształcenie i systematyzowanie wiedzy z zakresu public affairs oraz integracja społeczności
            specjalistów PA. Pomysł akademii spotkał się z dużym pozytywnym odbiorem społeczności public affairs, co pozwoliło na realizację tego pomysłu również w Czechach, a pod koniec 2022 r. do projektu dołączą kolejne kraje. Organizatorom przyświeca idea wszechstronnego wykształcenia. Wierzą, że wiedza z obszaru polityki, mediów, psychologii społecznej czy procesu legislacyjnego i mediów społecznościowych jest tak samo istotna dla ekspertów PA, profesji równie niezwykłej, co wszechstronnej.

             

            MICHAŁ LEKSIŃSKI
            Zawodowo związany z firmą CEC Group, gdzie jako Partner zajmuje się doradztwem strategicznym, public affairs i komunikacją kryzysową. Z wykształcenia politolog, absolwent czterech kierunków studiów podyplomowych: psychologii społecznej (SWPS), psychologii motywacji (SWPS), Szkoły Mistrzów Pióra (Collegium Civitas), Strategicznego Wywiadu Biznesowego (Akademia Koźmińskiego) oraz London School of PR (ZFRP). Twórca International Public Affairs Academy – unikatowej akademii lobbingu działającej w Polsce i Czechach.

            Uniwersalny dochód podstawowy?

              O dochodzie podstawowym oraz innych świadczeniach, ulgach i ułatwieniach wynikających z postępującej automatyzacji pracy ostatnio znów zrobiło się głośno. Mainstreamowe partie polityczne, przede wszystkim w Europie, coraz śmielej formułują postulaty opodatkowania maszyn czy czterodniowego tygodnia pracy. 

              Innym coraz popularniejszym, bardziej radykalnym, choć wcale nie nowym postulatem jest uniwersalny dochód podstawowy (Universal Basic Income – UBI). W Danii powstała właśnie Partia Syntetyczna, której program ma tworzyć sztuczna inteligencja, a jednym ze sztandarowych postulatów stał się właśnie uniwersalny dochód podstawowy. Obserwując rosnące zainteresowanie, ale i zaniepokojenie koncepcją UBI, postanowiliśmy z prof. Robertem E. Wrightem z American Institute for Economic Research napisać książkę, która rzetelnie przedstawi jasne i ciemne strony tej idei. Nasza książka „Debating Universal Basic Income”, która ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Palgrave, opisuje powody przyjęcia i odrzucenia UBI z różnych perspektyw naukowych i ideologicznych.

              Szwajcarzy byli na nie

              Co ciekawe, nawet gdy pandemia COVID-19 pochłaniała uwagę świata, UBI pozostał jednym z najszerzej dyskutowanych tematów politycznych na uniwersytetach, w think tankach i kręgach politycznych na całym świecie. Zainteresowanie UBI było na tyle duże, że doprowadziło do przeprowadzenia prób na małą skalę w krajach o tak różnych uwarunkowaniach, jak Kanada, Finlandia, Indie, Kenia i Namibia. Z dzisiejszej perspektywy wykładniczego rozwoju niektórych wschodzących technologii, takich jak chociażby sztuczna inteligencja, które walnie wpłyną na automatyzację pracy, a tym samym na otoczenie społeczno-gospodarcze, można ocenić, że to zainteresowanie UBI będzie się wyłącznie wzmagać. Jak mówi ekonomista Robert P. Murphy, „czy nam się to podoba, czy nie, ta kwestia nie zniknie”. UBI pozostaje przedmiotem debaty na przykład w Szwajcarii, mimo że wyborcy odrzucili UBI w referendum z czerwca 2016 r., które obiecywało wszystkim obywatelom Szwajcarii miesięczny dochód o wielkości ustalonej przez szwajcarski parlament. Uniwersalny lub bezwarunkowy dochód podstawowy, jak wskazują jego nazwy, pociąga za sobą dokonywanie przez rząd stałych (od pewnego wieku aż do śmierci), regularnych (miesięcznych lub częstszych) minimalnych lub założycielskich (podstawowych) wypłat pieniężnych (pieniędzy, nie w naturze) dla każdej (powszechnej, bezwarunkowej, a być może nawet niepodlegającej wypłacie) jednostki (nie rodziny), niezależnie od jej dochodów lub chęci czy zdolności do pracy.

              Likwidacja skrajnych nierówności

              Na przykład brytyjski program Citizen’s Basic Income Trust proponuje 63 funty tygodniowo dla pracujących dorosłych, ale tylko 40 funtów dla emerytów i młodych dorosłych nieuczących się, 50 funtów tygodniowo dla osób w wieku 20–24 lat i 20 funtów dla dzieci. Tej propozycji brytyjskiego Citizen’s Basic Income Trust nie należy mylić z istniejącym w Wielkiej Brytanii programem Universal Credit, który, jak na ironię, nie jest ani uniwersalny, ani o kredytach, ale stanowi dobry przykład tego, jak politycy mogą przehandlować treść za retorykę. Nasza książka koncentruje się na rzeczywistych politykach UBI, a nie na propozycjach czy sloganach, które wykorzystują to pojęcie, by zdobyć poparcie polityków lub ich partii. Aby zakwalifikować się jako UBI, polityka musi dokonywać: 1) powszechnych, 2) bezwarunkowych, 3) okresowych, 4) pieniężnych wypłat dla 5) wszystkich osób. Najbardziej prominentni zwolennicy UBI, członkowie Globalnej (a wcześniej Europejskiej) Sieci Dochodu Podstawowego (BIEN), twierdzą, że tylko wdrożenie wszystkich tych pięciu cech zapewni osiągnięcie ich głównego celu, czyli zminimalizowania ubóstwa i skrajnych nierówności dochodowych. Zwolennicy twierdzą również, że tak zdefiniowany UBI może mieć liczne dodatkowe korzyści, w tym zmniejszenie stresu, przestępczości i zmian klimatycznych, zwiększenie edukacji, przedsiębiorczości, zdrowia i niezależności kobiet. Zwolennicy obiecują również, że UBI łagodzi różne problemy polityczne, takie jak nierówność dochodów, bez zaostrzania innych problemów. UBI może również przyczynić się do uspokojenia nastrojów osób zaniepokojonych wpływem galopującej automatyzacji miejsca pracy na zatrudnienie i dochody.

              Obiecują zbyt wiele?

              Sceptycy ripostują, że niektórzy zwolennicy UBI obiecują zbyt wiele. UBI może wydawać się zbyt piękny, żeby był prawdziwy, jak „latający jednorożec, który robi tęcze”. Zapierający dech w piersiach entuzjazm zwolenników czasami wywołuje silne negatywne reakcje. Na przykład premier Nowej Zelandii John Key nazwał UB „szczekliwym szaleństwem”, a minister finansów Islandii określił go „całkowicie niedorzecznym”. My, jako autorzy, uważamy UBI za propozycję intrygującą, która ani nie jest w oczywisty sposób niedorzeczna (ma wiele zalet, które dostrzegali zarówno społecznie zorientowani, jak i prorynkowi ekonomiści i ekonomistki), ani bezsprzecznie korzystna (może, na przykład, przekształcić się w formę cyfrowej jałmużny). Zauważmy, że chociaż bezpośrednie koszty UBI można zaobserwować z pewną dokładnością, to koszty pośrednie i efekty uboczne mogą być trudne do przewidzenia i prawie niemożliwe do dokładnego zmierzenia. Choć prawdą jest, że „musimy dokonywać kluczowych, długoterminowych wyborów politycznych bez nadziei na to, że nawet po wielu dekadach będziemy wiedzieć, czy inne wybory okazałyby się lepsze”, przypuszczalnie nikt nie chce wdrażać polityki, zwłaszcza tak dużej zmiany jak UBI, chyba że osiągnie ona swój deklarowany cel, jakim jest zminimalizowanie ubóstwa i nierówności dochodowych bez tworzenia nowych problemów kompensacyjnych lub pogłębiania istniejących niesprawiedliwości społecznych. Dokładne zbadanie prawdopodobnych skutków dużych zmian, takich jak UBI, jest trudne, przypomina próbę wykonania rzutu wolnego do kosza z poruszającej się deskorolki (chociaż pomocna może się tutaj okazać właśnie predykcyjna moc sztucznej inteligencji). Poza wszystkim, zainteresowanie UBI jest po prostu zbyt szerokie, by je ignorować. Wyborcy, wyborczynie i decydenci muszą zmierzyć się z UBI, aby ludzkość nie popełniła kolejnego poważnego błędu, wdrażając kosztowną politykę, która nie osiąga swoich celów, lub nie wdrażając polityki, która mogłaby pomóc niezliczonym ludziom, bogatym i biednym, rozkwitnąć jak nigdy dotąd.

              Przyczepa świątynią życia

                Wyobraź sobie, że jedziesz na kemping z kompaktową przyczepką. Parkowanie i manewrowanie nie stanowią żadnego problemu, ale gdy tylko dotrzesz na swoje stanowisko, sąsiedzi się gapią: przekręcasz kluczyk, a kamper w ciągu kilku sekund rozwija się w mieszkalną świątynię.

                Gwiazdą tegorocznego Suisse Caravan Salon był francuski producent przyczep kempingowych Beauer. Ludzie ustawili się w kolejce, aby zajrzeć do cudu na wystawie, który zawiera dwa pokoje, prysznic i łazienkę. Pokazano im model 3X, 4-osobowy kamper o powierzchni mieszkalnej 12 metrów kwadratowych, który składa się jak tetrapack. Część główna to opatentowany hydrauliczny system teleskopowy, który rozkłada dwa moduły z przodu i z tyłu i w krótkim czasie potroi przestrzeń mieszkalną. W pozycji złożonej kanapa i łóżko są zagnieżdżone, po rozłożeniu same wstają. Kiedy jest się w drodze, przyczepa zajmuje tyle samo miejsca, co zwykły samochód. Zmniejsza to opór wiatru i poprawia trzymanie się drogi.

                A co do wyposażenia: Beauer 3XPlus oferuje komfort przestronnej przyczepy stacjonarnej, dając pełne 28 metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej. Przestrzeń wystarcza do spania, jedzenia, odpoczynku i higieny dla sześciu osób. W kuchni jest 230-litrowa lodówka, a można nawet zainstalować zmywarkę. Kabina dwuosobowa z garderobą oddziela dwie duże sypialnie. Po złożeniu tej podłogi, tak naprawdę nikt nie będzie mógł wejść, ponieważ drzwi i okno dosłownie znikają. Oznacza to, że można odpocząć na pobliskiej plaży lub cieszyć się wycieczką krajoznawczą, nie martwiąc się o włamywaczy.

                Huawei wdraża system Nature Guardian w polskiej części Puszczy Białowieskiej, aby chronić bioróżnorodność

                Sztuczna inteligencjia Huawei nasłuchuje odgłosów zwierząt w Puszczy Białowieskiej w trybie online (zasięg do 7 km)

                Rozwiązanie zainstalowane na terenie Puszczy Białowieskiej, obszarze znajdującym się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, składa się z 70 urządzeń offline o nazwie AudioMoth Edge oraz 3 urządzeń Guardian, które tworzą system czujników akustycznych rejestrujących odgłosy przyrody, w tym wokalizacje różnych gatunków. Zebrane dane są następnie przesyłane do platformy chmurowej w celu analizy przez sztuczną inteligencję.

                Urządzenia AudioMoth Edge to zaawansowane rejestratory dźwięku o pełnym spektrum, które wychwytują zarówno częstotliwości słyszalne, jak i ultradźwiękowe, które są automatycznie zapisywane na kartach SD w formie nieskompresowanej. Urządzenia Guardian, w pełni zasilane energią słoneczną, mają wbudowane mikro-odbiorniki i anteny do przesyłania danych audio do chmury za pośrednictwem sieci GSM, co pozwala na monitorowanie aktywności dzikich zwierząt w czasie rzeczywistym. Połączone technologie tworzą inteligentny system, który umożliwia znacznie efektywniejszą ochronę unikalnych obszarów przyrodniczych, takich jak Puszcza Białowieska.

                Technologia na ratunek przyrodzie

                – W ramach projektu stworzonego wspólnie z Huawei zespół biologów eko-akustycznych z Rainforest Connection i specjalistów z Białowieskiego Parku Narodowego przez najbliższych kilkanaście miesięcy będzie opracowywał raport analizujący bioróżnorodność na tym terenie. Wyciągnięte wnioski i spostrzeżenia zostaną wykorzystane do zaprojektowania skutecznych i precyzyjnych działań ochronnych rzadkich gatunków, które występują na terenie puszczy. Jesteśmy dumni, że po realizacji projektów m.in. na Kostaryce, Filipinach, Grecji i Austrii ten innowacyjny program możemy realizować w Polsce, w okolicach Białowieży – powiedział Ryszard Hordyński, dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

                Puszcza Białowieska to jeden z ostatnich w Europie lasów naturalnych, na którego terenie działalność człowieka była bardzo ograniczona, więc zachował on w wielu miejscach cechy lasu pierwotnego.  Obszar 1 500 km2 naturalnej zieleni, położony przy granicy z Białorusią, stanowi dom dla kilkunastu tysięcy gatunków zwierząt i roślin, wśród których wymienić można żubra europejskiego, rysia euroazjatyckiego czy też ponad tysiąc różnych gatunków roślin. To jeden z pierwszych parków narodowych na świecie, który od 1978 r. mieści się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, a od 2010 r. należy do spisu ostoi ptaków IBA, przez co rozumie się miejsca wyróżniające się z otoczenia tym, że występują tam ptaki szczególnie cenne.

                – Puszcza Białowieska to niewątpliwie jedno za najistotniejszych centrów bioróżnorodności w Polsce, gdzie wyraźnie widoczne są niesamowite powiązania i relacje tworzące się pomiędzy różnymi gatunkami. Znamy już tysiące wielorakich gatunków występujących na tym terenie, ale nadal natrafiamy na zupełnie wyjątkowe lub endemiczne gatunki, o których nie mamy jeszcze wystarczających danych. Cieszy nas, że to właśnie w Białowieskim Parku po raz pierwszy w Polsce zostaną wykorzystane takie systemy Huawei, które pozwolą nam monitorować te, niezbadane jeszcze w pełni, zasoby dzikiej przyrody – powiedział Mateusz Szymura, przedstawiciel Białowieskiego Parku Narodowego.

                Realizacja projektu w Puszczy Białowieskiej była możliwa dzięki wieloletniej inicjatywie na rzecz włączenia cyfrowego Huawei TECH4ALL. Projekt zakłada rozwój innowacyjnych rozwiązań technologicznych z różnymi globalnymi partnerami, by pokonywać alarmujące wyzwania w czterech domenach: środowisko, edukacja, opieka zdrowotna i rozwój.

                Huawei globalnie podjął już wcześniej szereg współprac na rzecz przyrody w ramach ogólnoświatowej inicjatywy TECH4ALL. Dzięki temu w Austrii sztuczna inteligencja bada już wpływ zmian klimatycznych na różnorodność gatunków ptaków czy płazów w ekosystemie mokradeł nad Jeziorem Nezyderskim. Zaś na Filipinach i w Malezji na terenach Palawan i Sarawak rozwiązania Nature Guardian pomagają chronić tamtejsze lasy deszczowe przed nielegalnym wyrębem, wykrywając dźwięki pił łańcuchowych i ciężarówek oraz wysyłając w czasie rzeczywistym powiadomienia do strażników za pomocą aplikacji na telefon. W Parku Narodowym Nahuelbuta w Chile system Nature Guardian dostarcza z kolei dane do monitorowania krytycznie zagrożonego lisa Darwina, którego populacja szacowana jest już na mniej niż tysiąc osobników.

                Wojciech Gryciuk

                Ważne Informacje

                Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

                Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

                AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

                Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

                Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

                Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

                Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

                Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

                Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

                Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

                Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...