Marta Maklakiewicz

Rozmowa z Martą Maklakiewicz, właścicielką firmy doradztwa wizowego

– Podejrzewam, że jest pani jedną z niewielu osób w Polsce, której nie zależy na zniesieniu wiz amerykańskich dla Polaków?
– Szczerze mówiąc, nie do końca. Chociaż przedmiotem mojego biznesu jest właśnie załatwianie formalności związanych z wyjazdami do USA, wizami i doradztwo prawne, w tym także emigracyjne. Nawet w przypadku zniesienia wiz jestem dość spokojna o przyszłość. „American Dreams” od 20 lat pomaga Polakom w załatwianiu skomplikowanych spraw rodzinnych w USA, jak np. emerytury amerykańskie, petycje rodzinne na łączenie rodzin, zakładanie fi lii firm polskich w USA, sprawy spadkowe, zakup nieruchomości czy wizy studenckie lub turystyczne. Polacy nie wyjeżdżają już jak kiedyś, za chlebem, nie mają w sobie nic z biednych emigrantów z XIX i XX wieku. W ostatnich latach oprócz odwiedzin rodzinnych, wielu rodaków lata za ocean po prostu na zakupy, turystycznie i biznesowo.

– Mówi się, że ma pani dużą skuteczność?
– O mojej skuteczności najlepiej świadczą wpisy do Złotej Księgi… Nie tworzę mitu łatwego podboju Ameryki, ale jest to naprawdę kraj ogromnych możliwości dla wszystkich, a szczególnie dla profesjonalistów. Amerykanie doceniają solidną i uczciwą pracę, a Polaków naprawdę darzą sympatią. Cieszę się, że mogę w ten sposób pomagać ludziom. Ale mam żelazne zasady, których nigdy nie łamię. Nie tworzę u swoich klientów miraży łatwego życia w USA.

– Gdy spotkałem panią po raz pierwszy, nie miałem wątpliwości, że jest pani córką legendarnego Maklaka, czyli Zdzisława Maklakiewicza.
– Zdaję sobie sprawę, że jestem „skórą zdjętą z ojca”. Po ojcu odziedziczyłam urodę i nazwisko oraz talent muzyczny i aktorski. Ci, którzy ojca znali blisko, zawsze powtarzali, że podobnie jak on się poruszam i gestykuluję.

– Ale Zdzisław Maklakiewicz wielkim aktorem był…
– Przykro o tym mówić, ale ojca poznawałam przede wszystkim poprzez ekran telewizyjny i kinowy. Był artystą, człowiekiem całkowicie zaangażowanym w sztukę, znakomitym odtwórcą wielu postaci teatralnych i filmowych. Ale nie nadawał się do jednej roli – głowy rodziny i ojca. Dużą część życia spędzał w restauracjach, z niedbale wetkniętymi w kieszenie pieniędzmi, które wypadały na ziemię. Uwielbiał ludzi i oni go kochali. Dusza towarzystwa. Anegdotami i dowcipami sypał jak z rękawa. Pochodził ze znakomitej rodziny Maklakiewiczów, posiadających przed wojną ogromny majątek w Warszawie i w Świdrze. Niestety, dzieciństwo spędziłam bez ojca, z matką, która pozostała mi bardzo bliska do końca życia i której mi bardzo brakuje. A ja przez ojca nabawiłam się kompleksu rowerka…

– Rowerka?
– Kiedyś, jak miałam 7 lat, ojciec obiecał mi rowerek na Gwiazdkę. Umówił się ze mną pod szkołą. Mijały długie chwile, a ja wciąż na niego czekałam. Niestety, nie przyszedł. Zapewne zapomniał o mnie wychylając kolejny kieliszek z kolegami. Niestety, odszedł w kwiecie wieku. Umarł mając 50 lat. Ukrywał swoją ciężką chorobę – cukrzycę. Pewnego dnia zasnął na planie filmowym, cichutko w kąciku. Nikt nie odważył się go budzić, bo wszyscy myśleli, że odsypia kaca. Kiedy zabierało go pogotowie, było już za późno… W moim filmie postaram się dotrzeć do dokumentów z tamtych lat.

– Ma pani traumę?
– Nie, ja już dawno wybaczyłam ojcu. Każdy z nas żyje na własny rachunek i odpowiada za siebie. Szkoda, że tak szybko odszedł, bo moglibyśmy sobie wiele rzeczy wyjaśnić. Pracuję nad projektami, które tę pamięć o ojcu odświeżą i pokażą go w nowym świetle. Dlatego ma powstać Fundacja „Świat Maklaka”, festiwal filmów im. Maklakiewicza i wreszcie film dokumentalny, którego kanwą będzie treść zapisana w jego czarnym notesie.

– Brzmi groźnie.
– Kiedy porządkowałam różne rzeczy po ojcu, w fortepianie znalazłam czarny notes, który okazał się kopalnią informacji. W tym notesie, jak w życiu ojca, ogniskuje się wszystko, co przeżywał. Niesamowite zdarzenia, historie obyczajowe, relacje ze spotkań z kolegami, anegdoty i dowcipy. Z tego notesu pochodzi też moja wiedza o przyrodniej siostrze w Szwecji oraz… lista dłużników. Bardzo zgrabnie portretował kobiety, także te bardzo znane, z którymi miał dość bliskie kontakty. To niezły materiał na scenariusz filmowy.

– Wiele lat spędziła pani w Stanach.
– Wyjechałam zaraz po studiach. Chciałam tam realizować swój american dream. Już jako dziecko marzyłam o Ameryce. W Polsce skończyłam prawo, ale w trakcie studiów pracowałam w MSZ jako tłumaczka oraz pilot wycieczek i VIP-ów pagartowskich. Znałam świetnie angielski. Dzięki uprzejmości śpiewaka z Metropolitan Opera otrzymałam zaproszenie i z tysiącem dolarów w kieszeni udałam się na podbój Ameryki. Rozpoczęłam studia w American Conservatory Theatre. Nie zdecydowałam się jednak na karierę artystyczną, która kłóciła się z moimi zasadami moralnymi. I tak trafi łam do działu reklamy sieci hoteli Hilton…

– Jest pani przykładem na to, że można w udany sposób połączyć artystyczne geny z biznesowymi?
– Te artystyczne odziedziczyłam po wspaniałych rodzicach. Ale biznesu, managmentu nauczyło mnie życie, a przede wszystkim Ameryka. Trochę tak jak nieodżałowana Irena Kwiatkowska w filmie Jurka Gruzy, jestem kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boję. I tak trafi łam do działu zarządzania reklamą i marketingiem sieci Hilton w Las Vegas, a potem przez 6 lat w Nowym Jorku. To nie był zmarnowany czas. W szybkim tempie zgłębiałam tajniki wiedzy marketingowej, uczyłam się layoutów, copywritingu etc. W Stanach przez wiele lat uczyłam się twardej sztuki negocjacji w amerykańskim stylu. Do dzisiaj z dużym powodzeniem wykorzystuję nabyte tam doświadczenie w mojej firmie.

– Na początku lat 90. wróciła pani do Polski..
– Miałam wiele powodów, aby wrócić do Polski. Jednym z nich była śmierć mojej mamy. Ale takim bezpośrednim sygnałem była owacja na moją cześć na przyjęciu zorganizowanym przez Blankę Rosenstiel, na którym było wiele znakomitości z Polski, m.in. Szymon Szurmiej. To on właśnie mnie przekonał, mówiąc: „Marta, ty wracaj do Polski, twoje nazwisko tam wiele znaczy”. I nagle poczułam się dumna ze swojego nazwiska. Problemem było natomiast to, czym mogłabym się zająć po powrocie do Polski, z czego się utrzymać. Ale wkrótce pojawił się pomysł na biznes w Polsce. Wróciłam do źródeł, do wyuczonego zawodu, czyli do prawa. Trochę przez przypadek. Kiedyś nasza pomoc domowa po raz kolejny przyszła do pracy pobita przez partnera. Poprosiła mnie o pomoc prawną, i wtedy doznałam olśnienia, że przecież ja też jestem prawnikiem. Nawiązałam kontakt z kancelariami adwokackimi na Florydzie i rozpoczęłam współpracę z Mikiem Banderem. Kancelaria od początku specjalizowała się w obsłudze Polaków. Daliśmy ogłoszenia w prasie, a ja nawiązałam kontakt z Radiem Polonia na Florydzie i tak oto zaczął się kontakt ze światem prawniczym na dużą skalę. A wachlarz spraw był przebogaty – deportacje, pobicia, morderstwa, po sprawy banalne, jak mienie przesiedleńcze. W tym czasie zdałam egzamin z języka angielskiego i stałam się tłumaczem przysięgłym języka polskiego w sądzie federalnym. I kolejny przypadek. Zadzwonił mój kolega z Warszawy i oznajmił mi, że jest do wzięcia lokal naprzeciwko sekcji wizowej ambasady USA w Warszawie.

– Często podejmuje pani szybkie decyzje?
– Czasami za szybko. Ale uważam, i tu się posłużę cytatem z Dyzmy, że umiejętność rządzenia, to umiejętność podejmowania szybkich decyzji. Już wcześniej w czasie pobytów w Polsce widziałam tłumy pod ambasadą i bezradność wielu ludzi w zrozumieniu procedur wizowych. Nie zawsze aplikujący o wizę umieli wypełnić formularze. Nie potrafi li się też przygotować merytorycznie na tzw. interview z konsulem. Często otrzymywali odmowę nie dlatego, że istniało podejrzenie, że chcą w Stanach zostać i pracować na czarno, ale dlatego, że nie potrafi li w przekonujący sposób odpowiadać na zadawane im pytania. A ja konsekwentnie to zmieniałam i pomagałam. I cieszę się, że wielu moich klientów zrealizowało swój american dream…

CO LUBI MARTA MAKLAKIEWICZ?

ZEGARKI – Rado
PIÓRA – Parker
UBRANIA – tyl klasyczny
KUCHNIA – zdrowa żywność i shushi
SAMOCHÓD – Jeep Cherokee
HOBBY –  „Piszę teksty piosenek, lubię śpiewać i spacerować z psami po lesie. Najchętniej odpoczywam w swoim domu w Konstancinie lub Miami. Obecnie przygotowuję wernisaż poświęcony moim rodzicom.”