.
Strona główna Blog Strona 47

Wywiad z Magdą Gajownik de Vries

Jakie wyzwania dotyczące cyfryzacji stoją przed firmami obecnie?

Stoimy przed wyzwaniem aktywizacji cyfrowej znacznej części polskich przedsiębiorstw. Jest to kluczowa sprawa dla ich konkurencyjności i bezpieczeństwa. Wyniki Testu Dojrzałości Cyfrowej przeprowadzonego przez zespół PFR na blisko 500 przedsiębiorstwach z sektora MŚP pokazują, że w dziedzinie adaptacji nowych technologii, w polskich firmach jest jeszcze wiele do zrobienia. Dla przykładu zaledwie 12 proc. firm bada potrzeby swoich klientów, 19 proc. ma strategię, plan lub wizję cyfryzacji. Tylko 33 proc. proc. przedsiębiorstw wykorzystuje narzędzia cyfrowe automatyzujące proste czynności, które pomagają zyskać czas i zwiększyć produktywność firmy. Natomiast chodzi o bezpieczeństwo firm w sieci, które jest podstawą do jakiegokolwiek cyfrowego rozwoju jedynie 53% z przebadanych firm korzysta z dwuetapowego logowania do systemów. To są obszary, które wymagają wsparcia w pierwszej kolejności.

Polskie firmy coraz częściej szukają wsparcia w obszarze cyfryzacji, z jakich narzędzi powinny skorzystać w pierwszej kolejności?

 

Nasze podeście do cyfryzacji jest kompleksowe. Wierzymy, że na dojrzałość cyfrową dojrzałość cyfrową organizacji składa się co najmniej 10 obszarów tematycznych tj. strategia cyfryzacji, kompetencje cyfrowe, innowacyjność, cyfrowe produkty, usługi lub modele biznesowe, narzędzia cyfrowe, dane w organizacji, infrastruktura ICT, cyberbezpieczeństwo i komunikacja z klientem. Należy jednak pamiętać, że nie wszystkie obszary rozwoju cyfrowego mogą być kluczowe dla każdej firmy. Dlatego myśląc o narzędziach , warto spojrzeć na firmę szerzej, i patrzeć przez pryzmat potrzeb, procesów i specyfikę działalności,  a dopiero na samym końcu zastanowić się and doborem narzędzia. Aby wspomóc firmy w tym procesie stworzyliśmy Mapy Cyfrowe, które pozwalają dokonać przeglądu dostępnych narzędzi według wspomnianych obszarów tematycznych, a co więcej w ramach  Partnerstwa Technologicznego PFR skorzystać z darmowych rozwiązań wersji próbnych narzędzi cele ich przetestowania i upewnienia się czy rzeczywiście sprawdzi się ono w firmie.

Jakie obszary obejmuje Cyfrowa Wyprawka dla Firm?

 

Cyfrowa Wyprawa dla Firm jest przeznaczona dla polskich przedsiębiorstw, głównie z sektora MŚP, które potrzebują wsparcia we wdrażaniu rozwiązań cyfrowych. Program oferuje wiedzę o cyfryzacji oraz narzędzia finansowe i doradcze w jednym miejscu, we współpracy z czołowymi instytucjami i ekspertami. Na przedsiębiorców czeka program, który składa się z 6 kroków:

  1. Test Dojrzałości Innowacyjnej do samooceny poziomu dojrzałości cyfrowej,
  2. Spersonalizowany raport w wynikami firmy, który może być podstawą do stworzenia strategii Cyfryzacji.
  3. Szkolenia i webinary m.in. z obszaru AI, cyberbezpieczeństwa, e-fakturowania chmury obliczeniowej.
  4. Warsztaty z ekspertem pogłębiające wiedzę i spersonalizowane pod potrzeby danego przedsiębiorstwa np. z Sztucznej Inteligencji dla Liderów, projektowania Map Cyfrowych, cyberbezpieczeństwa firmy czy też sprzedaży na podstawie danych.
  5. Kanał Partnerski PFR, w którym można skorzystać z bezpłatnych rozwiązań wersji demo lub czasowych wersji rozwiązań polskich firm technologicznych.
  6. Aktualne zestawienie źródeł finansowania na cyfryzację.

Czym jest Test Dojrzałości Cyfrowej?

Test Dojrzałości Cyfrowej to bezpłatne narzędzie, które w łatwy i szybki sposób pozwoli organizacji na sprawdzenie, na jakim poziomie cyfryzacji aktualnie się znajduje i co zrobić, aby wejść na wyższy poziom digitalizacji.

W zarządzaniu mówi się, że ważniejszy jest proces planowania i tworzenia strategii niż sam końcowy dokument. Dlaczego? Bo sam proces uświadamia organizacji, w którym miejscu się znajduje, gdzie występują wyzwania oraz w którym kierunku chce się rozwijać. Jest to więc zdobywanie samoświadomości oraz edukacja, która pozwala zdobyć niezbędne kompetencje potrzebne do przeprowadzenia zmian.

Oddaliśmy w ręce przedsiębiorców Test Dojrzałości Cyfrowej, który ma na celu wywołać refleksję wśród jego odbiorców co do obszarów, na których rozwój warto postawić. Dodatkowo, parafrazując klasyka zarządzania Petera Druckera, że „aby czymś zarządzać musisz umieć to zmierzyć”. Test Dojrzałości Cyfrowej umożliwia pomiar czegoś, co wydaje się nieuchwytne, a mianowicie potencjału organizacji w obszarze cyfryzacji, po to by sprawnie i efektywnie nią zarządzać.

Kto może skorzystać z Cyfrowej Wyprawki?

 

Cyfrowa Wyprawa dla Firm jest przeznaczona dla polskich przedsiębiorstw, głównie z sektora MŚP, które potrzebują wsparcia we wdrażaniu rozwiązań cyfrowych. Z szczególnością zachęcamy firmy, w których występują bardziej złożone procesy, mogące podlegać cyfryzacji np. obsługa klienta, produkcja, logistyka, procesy administracyjne, tworzenie nowych produktów lub usług. Od niedawana zachęcamy także polskich dostawców technologii do dołączenia do Partnerstwa Technologicznego PFR, którzy w ramach programu mają możliwość udostępnienia wersji próbnej swojego rozwiązania w ramach Cyfrowej Wyprawki.

Gdzie i jakie informacje dotyczącej wsparcia PFR mogą znaleźć zainteresowani przedsiębiorcy?

Warto podkreślić, że większość oferty, którą kierujemy do przedsiębiorców jest bezpłatna. Jedynie warsztaty, które wymagają znacznego zaangażowania ekspertów i indywidualnego dopasowania ich programu na potrzeby firmy są prowadzone odpłatnie. Zachęcamy firmy do śledzenia naszej strony (https://pfrsa.pl/cyfrowa-wyprawka.html?zakladki=cyfryzacja-procesow-w-firmie) i udziału w wydarzeniach, abyśmy wspólnie tworzyli społeczność firm rozwijających się cyfrowo.

Magda Gajownik de Vries – menadżerka w Departamencie Rozwoju Innowacji w Polskim Fundusz Rozwoju. W PFR tworzy ofertę – doradczo szkoleniową dla dużych przedsiębiorstw w zakresie innowacji, transformacji cyfrowej i energetycznej. Sieciuje przedsiębiorców ze start-upami, inwestorami i agencjami z Grupy

Dzikość serca, czyli tropami Jacka Pałkiewicza

Powrót na Papuę Nową Gwineę, część 3.

Od ostatniego spotkania z Papuą Zachodnią minęło już kilka miesięcy, więc najwyższy czas, by tam powrócić, by poczuć tę dzikość serca, jaką czułem od pierwszego spotkania z Jackiem Pałkiewiczem, który rozpalił moją miłość od tego zakątka świata

Wyprawa w samo serce dzikiej Papui to nie wycieczka po dżungli, jaką serwują nam lokalne biura podróży w Tajlandii, Meksyku czy Brazylii. To wyprawa, z której można nie wrócić, albo wrócić z zarodźcami malarii, pasożytami przewodu pokarmowego czy paskudną chorobą skóry.

Ukąszenie jadowitego węża, dotknięcie Gympie-Gympie (Dendrocnide moroides), czy zwykłe złamanie nogi na dzikich bagnach w odległości kilku dni marszu w błocie od najbliższej prymitywnej wioski, mogą być wyrokiem śmierci. Mogą, ale nie muszą. W nowoczesnym świecie wiele czasu poświęca się zarządzaniu ryzykiem. I właśnie tego samego nam potrzeba na krańcach świata – właściwego zarządzania różnymi ryzykami. Ryzyka są mniej więcej oczywiste, więc przeanalizujmy kilka kluczowych czynników, które pomogą nam te ryzyka ograniczyć. Ograniczyć, bo pewnie nie da się ich zupełnie wyeliminować (chyba że będziemy spędzali czas na wygodnej kanapie we własnym domu).

Zacznijmy od kondycji – fizycznej i psychicznej. Kilkanaście dni po osiem godzin dziennie przedzierania się przez błota, bagna, rzeki, kluczenia w gęstwinie często kolczastych roślin, w upale i przy wilgotności powietrza sięgającej 100 proc., przy pełnym natężeniu wszystkich zmysłów to nie jest bułka z masłem. Głupi błąd, krzywo postawiona noga na śliskim pniu przerzuconym nad rzeką może nas kosztować życie, zdrowie albo chociażby uszkodzenie sprzętu fotograficznego, na którym mamy pewnie już tysiące zdjęć i dziesiątki filmów. Nasze ciała, o ile nie zaniedbane, zwykle radzą sobie nawet w najtrudniejszych warunkach. Ale nasze głowy już niekoniecznie.

Wyjątkowa siła fizyczna nie jest tam niezbędna. Siła mentalna niezbędna jest – zarówno do pokonania ekstremalnego zmęczenia, jak i do stawienia czoła nieznanemu i groźnemu otoczeniu. Nie, nie przesadzam. Otoczenie dla nas jest tam autentycznie groźne i to nie tylko ze strony natury. Żeby jednak zbytnio was nie przestraszyć, wrócę do bardziej znanych nam zjawisk – np. niesamowitej wilgotności. Ogromne ilości deszczu spadające często w upalny papuański dzień prowadzą do silnego parowania i nasycania gorącego powietrza maksymalną ilością pary wodnej. Warto o tym pamiętać przy kompletowaniu odpowiedniego stroju na wyprawę. Będziemy się tam niemiłosiernie pocić, więc warto zadbać o strój, który nie będzie chłonął tego potu i wilgoci z powietrza. W nocy, zwłaszcza na wyżynach i w górach, temperatura oczywiście nieco spada, a wyspa pogrąża się w mgłach. W nocy starajmy się jednak spać i regenerować siły niezbędne do przetrwania kolejnych dni. Pamiętajmy, że ze względu na usytuowanie Papui blisko równika, noce są tam długie i trwają ok. 12 godzin. Możemy się więc wyspać do woli, do czego serdecznie namawiam, bo w dzień o odpoczynek trudno. Jeśli mamy w sobie nieco wrażliwości, wstańmy jednak skoro świt i popatrzmy na fantastyczne mgły opadające na zielony dywan pełnej tajemnic dżungli. To naprawdę czas magiczny.

Tu małe wyjaśnienie dotyczące wilgotności powietrza. Często słyszymy, że jest to 80-90-100 proc. A cóż to u diabła znaczy? Rzecz jest niezmiernie prosta. Otóż w powietrzu o określonej temperaturze (ważne, że o „określonej” – wytłumaczę to dalej) można zmieścić określoną ilość pary wodnej. Ta para ma określone ciśnienie, tzw. prężność. Maksymalna możliwa do „rozpuszczenia” ilość tej pary to tzw. prężność maksymalna (lub inaczej prężność pary nasyconej). Jeśli w powietrzu jest tyle pary, że więcej już się nie zmieści, to mamy osiągniętą prężność maksymalną i wilgotność (tzw. wilgotność względną) na poziomie 100 proc.

Najczęściej jednak mamy do czynienia z sytuacją, kiedy w powietrzu jest mniej pary wodnej, niż może się w nim teoretycznie pomieścić. Jeśli zatem powietrze nie jest w pełni nasycone parą, to wilgotność powietrza jest niższa niż 100 proc. Wilgotność względną mierzymy, dzieląc prężność rzeczywistą przez prężność maksymalną i mnożymy to przez 100 proc. Ważne jest również to, że im wyższa temperatura powietrza, tym więcej możemy w nim pomieścić pary wodnej. I tu właśnie dochodzimy do tej „określonej” temperatury – powietrze o danej temperaturze ma swoją konkretną chłonność pary – wyższa temperatura to większa zdolność absorpcji pary, z kolei w chłodniejszym powietrzu maksymalna ilość pary wodnej jest zawsze niższa. Zatem schładzane powietrze nie ma innego wyjścia, jak pozbyć się tego nadmiaru pary poprzez jej skraplanie w postaci rosy czy mgły. Ot i cała filozofia wilgotności.

Do marszu przez dżunglę potrzebna nam będzie również.. równowaga. Zdziwieni? Równowaga jest niezbędna, jeśli nie chcemy przekraczać wpław wszystkich napotkanych strumieni i rzek (niektórych się tak przejść nie da). Zamiast brodzić w mętnej wodzie i ryzykować spotkanie z jej mieszkańcami (którzy mogą się zainteresować zbłąkanym podróżnikiem), lepiej korzystajmy z korowajskich mostów, czyli przerzuconych nad strumieniami drzew. Jeśli powietrze jest maksymalnie wilgotne, to nie spodziewajmy się, że drzewa będą suche. Dobre buty to świetna sprawa, ale nie na takie kładki. Wtedy najlepiej buty przewiesić przez szyję i wykorzystać chwytne stopy. Tylko że w praktyce to zdejmowanie butów jest trochę uciążliwe. Jak nam się ich nie chce zdjąć, to ryzyko niestety rośnie. Wtedy zmysł równowagi jest szczególnie ważny. Żeby sobie pomóc, warto mieć jakąś tyczkę, za którą posłuży nam wycięte maczetą niewielkie, ale mocne drzewko. Przechodząc po wąskich i śliskich „kładkach” trzymamy ją poziomo. Odradzam, nawet jeśli nasza tyczka jest wystarczająco długa, a rzeka niezbyt głęboka, próby podpierania się nią. Prędzej czy później skończy się to upadkiem i kąpielą.

A więc mamy już kondycję i równowagę. Świetnie! Teraz seria zabezpieczeń przed możliwymi chorobami, czyli ulubione szczepionki. Jest tego trochę, choć nie są obowiązkowe, ale zalecane. A zatem: WZW A i B (żółtaczka, czyli wirusowe zapalenie wątroby typu A i B), żółta gorączka, błonica, tężec, polio i dur brzuszny. Ale najgorsze jest zagrożenie malarią i to tą najpaskudniejszą, czyli mózgową. Co prawda od niedawna są już szczepionki chroniące przed malarią, ale ich efektywność jest umiarkowana. Są też inne metody zapobiegania malarii, choć ich skuteczność również nie jest 100-procentowa. Przede wszystkim są to leki profilaktyczne – przed wyborem należy skonsultować z lekarzem właściwy, odpowiadający nam rodzaj leku. Zależnie od preparatu różnie się go stosuje i różne mogą być objawy uboczne. Ważne, że niektóre trzeba zacząć zażywać już przed wyjazdem, zatem nie czekajmy z tym do ostatniej chwili.

Pamiętajmy też, że skuteczność tych leków jest różna, ale raczej zbliżona. Według danych, jakie udało mi się zebrać, za wiarygodną uznaję skuteczność na poziomie 85-88 proc. W praktyce jest to bardzo niewiele, bo komarów przenoszących malarię nie brakuje, a ukąszeń może być na tyle dużo, że mamy spore „szanse” złapać malarię. Dlatego przede wszystkim trzeba unikać ukąszeń. Warto mieć też testy pozwalające samodzielnie zbadać krew pod kątem obecności w niej zarodźców malarii. Nie jest to niestety proste, ale przy dłuższych wyprawach ma sens.

Objawy malarii nie są takie jednoznaczne i lepiej mieć pewność przed podjęciem kuracji lub decyzją o szybkim powrocie. Przy krótszych wyprawach testy są raczej zbędne, bo objawy malarii pojawiają się najwcześniej po 7 dniach, choć może to być znacznie dłużej, zależnie od typu malarii. W przypadku zdiagnozowania tej choroby lepiej wrócić pilnie do cywilizowanych rejonów i poddać się leczeniu. Ryzyko zgonu w przypadku malarii mózgowej jest zbyt duże, by je lekceważyć.

Mój lekarz doradził mi, bym miał ze sobą dwa rodzaje leków przeciwmalarycznych. Jeden miałem brać zapobiegawczo, a w przypadku zdiagnozowania malarii miałem natychmiast zastosować drugi z leków. Na szczęście obyło się bez diagnozowania i drugiego leku. To pewnie dzięki świetnym środkom odstraszającym komary (z zawartością DEET bliską 100 proc. – żre i piecze, ale skuteczne) oraz dużej dyscyplinie używania moskitier. Nie bez znaczenia były długie spodnie i rękawy, spanie wysoko na drzewach i doskonały okres pogodowy, w którym liczebność komarów była nieco niższa niż zwykle. Co do moskitier, to trzeba pamiętać, że niektóre komary są naprawdę nieduże, zatem oczka w moskitierze powinny być odpowiednio małe. Moskitiera musi mieć łatwość zawieszenia i być obszerna, by łatwo było ją podwinąć pod matę, na której śpimy. Na wypadek, gdyby nie udało nam się znaleźć miejsca do rozłożenia maty (czyli na wypadek mniejszej gościnności Korowajów niż zakładamy), warto zaopatrzyć się w specjalny śpiwór dżunglowy z minimoskitierą wokół otworu na głowę albo specjalne nieprzemakalne hamaki do mocowania na drzewach, z mocnego brezentu i odpowiednich moskitier.

Trzeba oczywiście bardzo uważać, by moskitiery nie uszkodzić, o co niezmiernie łatwo w takim środowisku. Poruszając się w obszarze chorób, warto pamiętać o jadowitych wężach. Jest ich tam przynajmniej kilka gatunków. Ukąszenia niektórych to tzw. krótka piłka, czasami bardzo krótka. A o surowicy możemy zapomnieć. Zatem w podręcznej apteczce znalazł się u mnie zestaw pierwszej pomocy – małe, białe pudełeczko z wizerunkiem szeroko otwartej paszczy mało sympatycznej kobry. Wewnątrz kilka niezbędnych drobiazgów – przede wszystkim opaska uciskowa, skalpel i pompka do wypompowywania jadu. Taki zestaw można nabyć za kilka dolarów w niektórych specjalistycznych sklepach amerykańskich. W Europie się z nimi nie spotkałem. W apteczce oczywiście warto mieć jeszcze kilka innych drobiazgów – bandaże, opatrunki (koniecznie także w sprayu), coś na żołądek (nie mówię o koniaku) czy biegunkę. Szczegóły doradzi lekarz.

W moim przypadku bardzo przydała się igła, którą wykorzystałem do przebicia wielkiego, krwistego bąbla na pięcie. Zapewniam, że jest to przeżycie, kiedy w środku dżungli opala się nad ogniem igłę i wbija sobie w piętę, by pozbyć się krwistej cieczy. Najciekawsze jest zabezpieczenie takiego miejsca przed czyhającymi wokół drobnoustrojami. Pamiętajmy, że w trakcie dnia nogi są praktycznie non-stop w wodzie, błocie lub bagnie. Dlatego odizolowanie rany od tego niesprzyjającego środowiska wymaga trochę zachodu. Po pierwsze, konieczne jest dobre jej oczyszczenie, następnie należy wykazać się pomysłowością w zakresie różnych barier ochronnych. Zalecam dobre przemyślenie składu apteczki pod tym względem. Na pewno opatrunki elastyczne w sprayu będą przydatne, ale też nie będą wystarczające.

Ubrania. Rozwińmy zaznaczony wcześniej temat tzw. odzienia. Im mniej, ubrań tym lepiej. Oczywiście nie namawiam do strojów modnych wśród Korowajów, których głównym, a często jedynym elementem jest koteka na męskim przyrodzeniu.. Dlaczego jednak im mniej tym lepiej? Nie będziemy przecież przebierać się, jak coś sobie zmoczymy lub ubrudzimy, bo na szlaku średnio trwa to jakieś kilka, kilkanaście minut. Ubrania trzeba po prostu prać w rzekach i suszyć w nocy albo w trakcie postoju. Z tym suszeniem to trochę przesadziłem. Przyzwyczajmy się, że nasze ubrania są zawsze mokre i tyle.

Trzeba natomiast mieć suchą bieliznę na noc. Choć przyznam, że temperatura nie zachęca do spania w czymkolwiek. Zatem moje doświadczenie mówi – śpij nago pod dobrą moskitierą, w zakopconym domu Korowajów na drzewie. Moskitierę i teren wokół spryskaj mocno dobrym repelentem i śpij smacznie, ale nie przytulaj się do moskitiery. Nie, znowu nie tak. Nie da rady spać smacznie u Korowajów – przynajmniej pół nocy przegadają, plując co chwila przez szpary w podłodze lub w ścianach. Chcesz spać, to wsadź sobie w uszy dobre zatyczki. Ot co. Wracając do ubrań – coś przeciwdeszczowego to raczej zbędny ciężar – jeśli już mamy mieć coś takiego, to nie dla nas, ale dla plecaka. My i tak będziemy mokrzy, jeśli nie od deszczu, to od potu. Bazując na własnym doświadczeniu, zalecam zatem kilka zwiewnych koszulek z długim rękawem, podobnie ze spodniami, z tą różnicą, że mają mieć długie nogawki, nie rękawy. Kapelusz z szerokim rondem, rękawiczki, no i buty. Rękawiczek warto wziąć kilkanaście par. Muszą być mocne, ale nie narciarskie.

Jeśli w dżungli się nie patyczkujemy, tylko ostro idziemy przed siebie, to jedna para starcza nam na jeden dzień. Rękawiczki mają nas ochronić głównie przed licznymi kolcami i parzydełkami. Wspomniałem wcześniej o tajemniczej roślinie Gympie-Gympie. Papua to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można się z nią spotkać. Występuje w lasach deszczowych Australii oraz w niektórych obszarach Azji południowo-wschodniej. To krzew o sercowatych, dużych liściach pokrytych (podobnie jak łodygi) drobnymi, igiełkowatymi włoskami. Jeśli będziemy mieli pecha i dotkniemy to dziwo, włoski przebiją ubranie, skórę i wstrzykną nam neurotoksynę powodującą piekielny ból utrzymujący się miesiącami. Ból ponoć przypomina oblanie żrącym kwasem połączone z porażeniem prądem. Osoby mniej odporne na ból mogą mieć myśli samobójcze.

Znany jest przykład oficera armii australijskiej, który w latach 60. XX wieku po poparzeniu Gympie-Gympie tak cierpiał, że odebrał sobie życie. Częste są też silne reakcje alergiczne wymagające hospitalizacji. Co ciekawe, owoce tej rośliny są jadalne. Ale to raczej rozrywka dla lubiących silne wrażenia. Buty to kolejna szczególnie istotna rzecz, o którą musimy starannie zadbać. Brodząc w tych wielokrotnie już wspominanych błotach, trzeba na nogi zwrócić uwagę szczególną. Jak nie będą w dobrej kondycji, to z dżungli nie wyjdziemy. Miejscowi chodzą boso, ale tego nie polecam, z wyjątkiem wspomnianych już spacerków po pniakach nad rzekami i strumieniami. Nie mam najmniejszych wątpliwości jakich butów używać – żadnych trekkingowych, żadnych kaloszy – do błotnistej dżungli trzeba brać specjalne buty dżunglowe.

Nie będę reklamował żadnej firmy, ale ja używałem specjalistycznych butów dżunglowych produkowanych dla amerykańskich żołnierzy. To są buty niezwykle mocne i przystosowane do ciągłego zamaczania. Mają specjalne otwory, przez które woda wpływa i wypływa (w bucie nigdy nie ma jej nadmiaru, bo stopy działają jak tłoki pomp, wypychając wodę z buta), wzmocnione podeszwy (na wypadek kolców, których w dżungli zamieszkanej przez Korowajów nie brakuje) i odpowiednią, mocną, ale lekką część wierzchnią. Po prostu rewelacja. Jednak tutaj bardzo poważna rada – przed wyjazdem koniecznie trzeba je porządnie rozchodzić w trudnych warunkach. To pozwoli uniknąć wyparzania igieł nad świeczką…. Nie zapomnijmy o skarpetach – poszukajmy takich specjalnie do dżungli. Wskazana duża zawartość coolmaxu.

A inny sprzęt? Kilka skrótowych rad. Sprzęt fotograficzny – w dżungli nie ma prądu, więc weźmy kilka dobrych akumulatorów i przechowujmy je w szczelnych pojemnikach. Ładowarki słoneczne niekonieczne, ale można wziąć. Dobre worki wodoszczelne, bo inaczej zdjęć przywieziemy niewiele, zwłaszcza jak będziemy nieostrożnie trawersować rzeki po mokrych pniakach. Teleobiektyw wskazany. W trakcie marszu zdjęć robimy niewiele – jesteśmy skoncentrowani na przejściu i to pochłania całą energię. Zdjęcia robimy na postojach, głównie wizytując domostwa Korowajów. Statyw niekonieczny, ale jeśli mamy więcej czasu na pobyt, to warto móc robić zdjęcia z daleka, nie krępując miejscowych. Telefon satelitarny – koniecznie – dla przyjemności i na wszelki wypadek. Też z zapasowymi akumulatorami zamiast ładowarki słonecznej (chyba, że faktycznie wybieramy się na bardzo długo). Maczeta? Mieliśmy, ale ekipa wspierająca miała swoje i nie musieliśmy ich prawie używać. Jednak dla fasonu można mieć.

Podręczna menażka na wodę – zdecydowanie tak, przyczepiona do paska. Pić musimy dużo, bardzo dużo. Menażkę napełniamy z butelek z wodą, którą niosą tragarze. Początkowo niosą butelkowaną, zakupioną przed wyprawą, potem niosą przegotowaną wodę z czystszych rzek. Mniej smaczna, ale jest. Nóż – przyda się. Ale nie przesadzajmy – dobra, ostra finka zupełnie wystarczy. Gwizdek – ponieważ mamy do opanowania ekipę kilkudziesięciu ludzi, to może być przydatny. Zwłaszcza że w dżungli ekipa rozciągnie się na przestrzeni przynajmniej kilkuset metrów, jeśli nie więcej. Zapałki lub naprawdę dobra zapalniczka – raczej tak, choć kucharz ma swoje. Latarka – oj tak, dobra czołówka przyda się do wspinania się nocą do naszych drzewnych baz oraz do pisania wspomnień z podróży.

GPS – absolutnie tak. Niestety trudno nabyć mapę elektroniczną tego terenu – nawet nie mam pewności czy istnieją, choć natrafiłem na pewne ślady… GPS przyda się jednak bezwzględnie. Z nim w dżungli nie zabłądzimy. Tylko pamiętajmy, że włączony GPS (a tylko taki jest do czegoś przecież przydatny) to wielki konsument energii z naszych bateryjek. Zatem przynajmniej kilka kompletów baterii jest koniecznych (ja zużywałem jeden komplet na 2-3 dni). Liny – jeśli śpimy w hamakach, to konieczne, w innym przypadku raczej nie. Do nadrzewnych domów wchodzimy inną techniką, na pewno bardziej ciekawą. A gdzie to wszystko pomieścić? Żaden duży plecak! Mocne worki wojskowe i mały plecak podręczny. Worek niesie tragarz (jeśli za ciężki, to trzeba go przepakować do dwóch mniejszych), a plecak podręczny – najemca tragarza. Worki powinny być w nieprzemakalnych, szczelnych pokrowcach – niejeden deszcz nas zmoczy, to pewne. Worek nie jest zbyt wygodny do noszenia przez osiem godzin dziennie, więc tragarze mają na to swoje sposoby – wrzucają je do swoich plecionych siatek, które zaczepiają na czole i zarzucają na plecy. Tak potrafią niemal biegać po dżungli, nie wyłączając z tego śliskich drzew – kładek. To tyle o sprzęcie.

Teraz raz jeszcze rzecz chyba kluczowa – psychika. Trzeba być przygotowanym na zielone piekło. Psychika jest kluczem do przetrwania nawet w najgorszych warunkach. Jest kluczem do naszego zadowolenia. Nauczył mnie tego mój serdeczny przyjaciel, Jacek Pałkiewicz. Wyobraźmy sobie jego psychikę, kiedy samotnie, w szalupie ratunkowej przepływał Atlantyk. Samotnie! Ale wracajmy z Atlantyku do papuańskiej dżungli – naprawdę po kilku dniach w takich warunkach pobyt może wydawać się monotonny. Korowajowie nie różnią się zbytnio między sobą. Nie wytworzyli kultury materialnej w postaci rzeźb, malowideł, instrumentów muzycznych, masek, wymyślnych strojów. Ale to nie znaczy, że wyprawa do Korowajów jest nudna – może być zarówno fascynująca, może być przygodą życia, a może też być udręką. To przede wszystkim zależy od nas, od naszego nastawienia i naszej psychiki. Jeśli szukamy wymalowanych, półnagich „obiektów” do zdjęć, to polecam inne rejony. Jeśli szukamy autentycznych ludzi, którzy od tysięcy lat żyją pośród bagien i tropikalnego lasu, jeśli gotowi jesteśmy na ogromny wysiłek i ciągłe ryzyko, jeśli chcemy zobaczyć coś niezwykłego, może najbardziej niezwykłego na świecie – polecam wyprawę do Korowajów.

Ciąg dalszy nastąpi…

Adam Dariusz

Maciejewski

Beata Drzazga laureatką prestiżowej nagrody Eko Filary 2024

Beata Drzazga, przedsiębiorca, założyciel m.in. BetaMed S.A., motywator, inspirator i doradca biznesowy, otrzymała nagrodę Eko Filary 2024, przyznawaną przez redakcję MANAGER Report, za innowacyjne działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. „W pomaganiu dajesz nie tylko pieniądze, ale i swój czas. To jest najcenniejsze” – podkreśla Beata Drzazga.

https://www.youtube.com/watch?v=SGQQeuczo_0&feature=youtu.be

Laureatka jest właścicielką wielu firm w Polsce i na świecie, założycielem m.in. BEATA DRZAZGA FOUNDATION, BETAMED S.A., Drzezga Clinic,  Dono Da Scheggia, Global Impact.

„Bardzo jest mi miło, że otrzymałam nagrodę magazynu MANAGER Report. To nagroda za innowacyjne działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. Uważam, że każda firma powinna zwracać uwagę na to, aby takie działania były podejmowane. Ja od dwudziestu paru lat, wtedy, kiedy nie było jeszcze modne ESG, zwracałam uwagę na to, co mogę zrobić i dla pracowników, i dla całego społeczeństwa” – powiedziała Beata Drzazga,

ESG to skrót, który oznacza czynniki, w oparciu, o które tworzone są ratingi i oceny pozafinansowe przedsiębiorstw; składa się z trzech elementów: E (ang. enviromental -środowisko; S (ang. social responsibility – społeczna odpowiedzialność; G (ang. corporate governance – ład korporacyjny).

Beata Drzazga podkreśliła, że warto nagradzać za takie działanie kolejnych przedsiębiorców, gdyż ESG wymagają poświęcenia dodatkowej pracy z ich strony, a tak naprawdę powinny być stawiane na pierwszym miejscu.

„Już dawno mówiłam do pracowników mojej firmy: >>Co możemy zrobić dla ludzi, którzy widzą, że zbudowałam klinikę i zastanawiają się, czemu ma ona służyć i kto ją będzie prowadzić, jakie będziemy mieli podejście? <<. Bo zazwyczaj ludzie patrzą na nowe przedsięwzięcia krytycznie. Powiedziałam: >>Chodźcie, zaczniemy zapraszać tych ludzi do siebie. Spróbujmy pokazać, że jesteśmy  przyjaźni, nastawieni na to, żeby mieć z nimi kontakt i coś dla nich zrobić<<. Pierwszymi takimi gestami z naszej strony były  eventy dla osób z okolicznych osiedli z okazji Dnia Matki, Dnia Dziecka, zapraszaliśmy na pogadanki na temat cukrzycy. Każda firma wie, co ze swojej działalności może dać społeczeństwu” – mówiła prezes Drzazga.

Przyznała, że od dawna zajmowała się filantropią.

„Najpierw po cichu, potem trochę głośniej, prowadziłam działania filantropijne i jako firma, i jako osoba prywatna. Nie chodziło mi o to, że mogłam odliczyć VAT, bo firmy medyczne nie płacą VAT, ale o to, że możemy zwracać uwagę i być wrażliwym na to co, co kto potrzebuje” – wyjaśniła.

W tym roku, kolejny raz, dołączy do akcji „Pociąg marzeń”. To ogólnopolska inicjatywa, która ma na celu zapewnienie letnich wyjazdów dzieciom, które z różnych przyczyn nie mają możliwości wakacyjnego wypoczynku.

„Bardzo dużo dzieci i dorosłych w Polsce nigdy nie widziało morza, ani gór. To jest niesamowite” – zauważyła Beata Drzazga.

W swoich firmach organizuje dla pracowników tradycyjne Wigilie, co pozwala jej na utrzymanie kontaktu z podwładnymi, chociaż przy zatrudnieniu łącznie ok. trzech tysięcy osób, nie jest możliwe zorganizowanie jednego, wspólnego spotkania. Pracownicy otrzymują paczki – niespodzianki, bilety do kina i teatru, bony do sklepów a także możliwość wylosowania wycieczek zagranicznych.

„Możemy pomagać, robić niespodzianki. Dlatego otworzyłam Beata Drzazga Foundation ponieważ chcę się nauczyć działać wspólnie, a nie tylko wykładać pieniądze. Wspólnie z ludźmi, którzy mają ochotę i dobre serce, będziemy realizować różne projekty. Moim priorytetowym projektem jest pomoc ludziom, których znam – pacjentom. Mam bazę danych o tych osobach, które miały złe warunki w domu, nie stać ich było na wiele rzeczy. Będę kupować łóżka, pościele” – zapowiedziała Beata Drzazga.

Założyciel  BetaMed S.A. podkreśla, że w pomaganiu chodzi nie tylko o dawanie pieniędzy, ale i dzielenie się swoim czasem – i to, jej zdaniem, jest najcenniejsze.

„Jesteśmy zabiegani, czas, który był przeznaczony dla rodziny, poświęcamy dla tych potrzebujących ludzi. Często nie mogą oni uwierzyć, że się do nich przyszło, bo myślą, że biznesmeni są zagonieni i zajęci. Jesteśmy, ale powinniśmy też być normlanymi ludźmi” – zaznaczyła Beata Drzazga.

Podkreśliła, że kieruje się mottem, które brzmi: sukcesem jest to, że osiągasz sukcesy, ale pozostań sobą.

„Pozostań sobą, pozostań wrażliwym na człowieka, szanuj ludzi, szanuj pracowników, szanuj ludzi wokół, bądź wciąż normalny, bo te pieniądze i to co osiągnąłeś nie powinno cię nigdy zmienić” – podsumowała Beata Drzazga.

Akcesja głównych graczy

Warto po 20 latach przypomnieć, jak negocjacje akcesyjne i wejście Polski do Unii Europejskiej zapamiętali główni gracze

Leszek Miller

Polski polityk, prezes Rady Ministrów w latach 2001-2004, wprowadził Polskę do Unii Europejskiej i miał wielki wkład w wejście Polski do NATO.

Po latach nazywa te negocjacje przed podpisaniem akcesji prawdziwym maratonem. Niektórzy zakładali się, czy dowiezie, czy też nie dowiezie. W rozmowie z Mikołajem Kunicą, redaktorem naczelnym Business Insider Polska, premier Miller przypomniał, że „na szczycie w Kopenhadze okazało się, że jesteśmy jedynym krajem, który chce dalej negocjować. Pozostałe uznały, że wszystko, co było do ugrania, jest już załatwione i więcej wycisnąć się nie da. Pierwsze spotkanie z negocjatorami unijnymi, na których czele ze względu na duńską prezydencję stał premier Rasmussen, było fatalne. O mało nie zawróciliśmy na lotnisko. Rasmussen powiedział coś takiego: „Skoro macie pięć czy sześć problemów do dyskusji, to znaczy, że Polska nie jest przygotowana. Przyjmiemy was w kolejnym rozszerzeniu, nie wiem wprawdzie, kiedy ono będzie, ale w kolejnym. Naprawdę wyglądało to bardzo niedobrze”.

Miller – jak wspomina – wtedy właśnie w sytuacji patowej poprosił o przerwę. I rozpoczął indywidualne rozmowy z najważniejszymi unijnymi politykami. Po serii spotkań jeden na jeden także Rasmussenowi zaproponował spotkanie w cztery oczy. Zgodził się i po ośmiu godzinach dobili targu. Udało się przekonać piętnastkę, bo wtedy Unia Europejska liczyła tylko piętnaście krajów, żeby poszła nam na rękę.

Ważnym elementem tej walki i przeciągania liny były pieniądze. Walczyliśmy o to, żeby nasza składka do budżetu unijnego nie była od początku tak wysoka. Unia nie chciała się zgodzić, ale Verheugen wpadł na pomysł, żeby w tej sytuacji nie poszerzać UE od 1 stycznia, tylko od maja, dzięki czemu zapłacimy nie za 12 tylko 7 miesięcy. – Kiedy wracaliśmy z tarczą, nikt nas nie witał w Warszawie, bo wróciliśmy o pierwszej albo o drugiej nocy – wspomina Miller. – Warszawa spała. Natomiast pamiętam, że we wszystkich niemalże oknach kancelarii premiera świeciły się lampki. Tam było mnóstwo pracowników, którzy chcieli dowiedzieć się z pierwszej ręki, jaki był finał negocjacji. Panował nastrój wielkiego zwycięstwa. Zresztą nie było czasu na świętowanie, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że mamy do załatwienia referendum ogólnokrajowe, w którym Polacy zostaną zapytani, czy zgadzają się, by na wynegocjowanych warunkach Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Wcale nie było takie oczywiste, jak wypadnie to referendum.”

Premier Leszek Miller obawiał się niskiej frekwencji. Zgodnie z wymogami referendum, aby było stanowiące, do urn musiało się udać co najmniej 50 proc. uprawnionych do głosowania. Mieliśmy plan B i przy złym scenariuszu z frekwencją dysponowaliśmy wystarczającą większością w parlamencie, żeby przeprowadzić ratyfikację przez parlament właśnie. Ale już nie byłoby takiego efektu, opozycja by nam wisiała u gardła, artykułując, że naród odmówił, że naród nie chce itd. To byłby bardzo ciężki proces. Na szczęście frekwencja sięgnęła 58 proc. i nasze cele zostały w pełni zrealizowane. „Panie Miller, pan tutaj przedstawia rozmaite zalety wejścia. Ja będę głosowała za wejściem Polski do Unii Europejskiej, bo jak jestem gdzieś na lotnisku za granicą, to widzę dwa wejścia. Na jednym jest napisane dla członków UE, a na drugim dla pozostałych. Otóż ja nie chcę przechodzić przez to drugie wejście”. W przestrzeni medialnej funkcjonuje anegdota według której, w dniu referendum premier Leszek Miller kazał ministrowi spraw wewnętrznych zdjąć patrole policji z dróg dojazdowych do miast. Bo to też miało pomóc frekwencji. Chodziło o to, by Polacy nie byli zatrzymywani na drogach po powrocie z wyjazdów za miasto. I w ten sposób, by więcej ludzi zdążyło na głosowanie.

Bliska sercu Millera jest Kopenhaga, potem Ateny, następnie Dublin, czyli miasta, w których odbywały się negocjacje i końcowe uzgodnienia. Otwarcie mówi o tym, że jest wdzięczny losowi, w ogóle wdzięczny Polsce, że dała mu taką szansę, żeby ją reprezentował w tych najważniejszych zdarzeniach, bo uważa, że traktat akcesyjny to jest ten dokument, który przechodzi do historii jako jeden z najważniejszych dokumentów torujących w Polsce drogę do dobrej przyszłości. – Ale pamiętajmy – mówi premier Miller – bez euro nasza integracja jest niedokończona. Owszem, 1 maja 2004 r. weszliśmy do Unii Europejskiej. W 2009 r. staliśmy się członkiem strefy Schengen. No, ale w dalszym ciągu nie jesteśmy w euro, a w traktacie akcesyjnym, który ja z Włodzimierzem Cimoszewiczem podpisywałem, jest zobowiązanie do wejścia do strefy euro. Nie ma tylko daty. Musi ustalić ją polski rząd w porozumieniu z Unią Europejską. Ja się martwię tym, bo nie widzę żadnego zainteresowania także obecnego rządu kwestią przyjęcia wspólnej waluty.

Joschka Fischer

Wejście Polski do UE wspomina Joschka Fischer, były wicekanclerz i szef niemieckiej dyplomacji. W kluczowym dla naszej historii czasie uchodził on za jednego z największych przyjaciół Warszawy.

Fischer doskonale pamięta tę radosną chwilę, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej. – Spadł mi kamień z serca, że Polska dokonała akcesji, że to się stało rzeczywistością – powiedział ówczesny szef niemieckiej dyplomacji dziennikowi „Märkische Oderzeitung”. – Unia była dzięki temu projektem już nie tylko zachodnioeuropejskim, lecz ogólnoeuropejskim.

Dzisiaj Fischer podkreśla, że wejście Polski do UE bardzo pozytywnie rozwinęły stosunki gospodarcze. Polacy osiedlają się w Niemczech, kupują domy i działki, najczęściej w rejonach przygranicznych. (…). Burmistrzowie i wójtowie czują ulgę, że mogą dalej utrzymywać przedszkola i szkoły, bo jest więcej dzieci – powiedział Fischer. Ocenił, że mieszkańcy Berlina cieszą się z wykwalifikowanych polskich robotników i rzemieślników, a po obu stronach granicy powstał wspólny obszar gospodarczy.

Zdaniem Fischera także rosyjska napaść na Ukrainę uświadomiła Europie Zachodniej, jak ważne pod wieloma względami było rozszerzenie UE na wschód. Niemiecki polityk wskazał, że Polska miała bolesne doświadczenia z Rosją i że również z tego Europa Zachodnia powinna wyciągać więcej wniosków w przyszłości.

Były minister spraw zagranicznych Niemiec pozytywnie ocenił 20 lat po rozszerzeniu UE na wschód. – Nic nie jest doskonałe, ale w tym wypadku wszystko bardzo dobrze się udało. – Proszę sobie wyobrazić, że Polska nie wstąpiłaby wtedy do UE. W jakiej sytuacji bylibyśmy teraz z Putinem i jego neoimperializmem? – zauważa w mediach niemieckich Fischer.

Podkreślił jednak, że odnosi wrażenie, iż relacje sąsiedzkie są obecnie bardzo dobre. – Słyszy się same pozytywne rzeczy. (…) Nie potrafię już sobie wyobrazić Unii bez Polski – dodał Joschka Fischer. Chciałbym, żeby Polska w przewidywalnym czasie wprowadziła euro – dodał.

nter Verheugen

Niemiecki polityk był komisarzem do spraw rozszerzenia Unii Europejskiej w latach 1999-2004. 20 lat temu odpowiadał się za przyjęciem Polski i dziewięciu innych krajów do UE

W niedawno udzielonym wywiadzie dla DW wspomina, że rozszerzenie Unii Europejskiej było ogromnym wyzwaniem dla wszystkich stron. I chodziło nie tylko o transformację społeczną, ale przede wszystkim o przyjęcie prawa europejskiego. To, co się wówczas zdarzyło Verheugen nazywa dzisiaj cudem. Bo jakże inaczej nazwać podjęcie się przez społeczeństwa w tych krajach zadania polegającego na dźwiganiu ciężarów związanych z transformacją. „Stara unia” czyli piętnaście państw członkowskich, które wówczas tworzyły UE, była w stanie zdobyć się na jedność i zdecydowanie, aby z powodzeniem zrealizować tak duży projekt w stosunkowo krótkim czasie. To było niezwykłe. W obecnym stanie UE nie byłaby w stanie tego osiągnąć – podkreślił Verheugen.

W 2007 r., czyli trzy lata po wejściu Polski do UE, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Günter Verheugen na konferencji w Warszawie powiedział, że Polska jest w Unii Europejskiej poważana i szanowana, co jest zasługą silnej woli i determinacji Polaków. A mogło być różnie. Po latach w rozmowie z Jackiem Tacikiem orędownik polskiej obecności w UE Verheugen przypomniał, a stał blisko tych wydarzeń, że Polska mogła być poza UE w 2004 roku. Polska była największym z dziesięciu krajów, które złożyły akces do zjednoczonej Europy. I właśnie z tego powodu rozważano przyjęcie w pierwszej kolejności małych państw bałtyckich, Węgier, Słowacji i Czech, a na samym końcu Polski.

Liderzy „starej Europy”, o czym mówili w kuluarach, obawiali się tak nagłego powiększenia Unii. Polska – ze względu na rozmiary – pochłaniałaby najwięcej unijnych środków.

Niechęć przeplatała się z brakiem zaufania. „Wy do tej UE nie pasujecie. Będziecie się w niej źle czuli. Nie wiem, czy dacie sobie radę. Nie jesteście skłonni do żadnych ustępstw. Jesteście agresywni. Nikt w Europie was nie lubi!” – to słowa, które usłyszał – jak wspominał w rozmowie z „Newsweekiem” – ówczesny polski ambasador przy UE Marek Grela od bardzo wysokiego unijnego urzędnika.

Tym wątpliwościom i koncepcjom niektórych europejskich liderów sprzeciwił się Günter Verheugen, niemiecki komisarz UE do spraw rozszerzenia, który – o czym mówił później Leszek Miller, były premier, za którego kadencji weszliśmy do Unii – okazał się wielkim przyjacielem i sprzymierzeńcem naszego kraju.

Verheugen dopiął swego. 1 maja 2004 roku Polska stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Aleksander Kwaśniewski, wtedy prezydent, powiedział podczas uroczystości na Placu Piłsudskiego w Warszawie: – Czekaliśmy na ten dzień. Zapracowaliśmy na tę dziejową chwilę. Pogratulujmy sobie – przywróconej własnymi rękami – niepodległości i suwerenności Rzeczypospolitej (…). Na pewno ciągle czeka nas jeszcze dużo pracy. Ale jednak dokonaliśmy tak wiele, że ten egzamin z europejskości, do którego stanęliśmy z własnej, nieprzymuszonej woli – zdaliśmy! I dziś jesteśmy już razem.

W sprawie zbliżających się wyborów europejskich i sondaży Verheugen jest ostrożny. Uważa, że dynamika pogłębiania i rozszerzenia już dawno została utracona. Istnieje przeświadczenie w UE o konieczności przeprowadzenia reform ale nikt nie wie dokładnie, jakie i jak je osiągnąć.

A co do przyszłości Polski, Verheugen jest optymistą. Przede wszystkim dlatego, że na czele rządu stoi teraz Donald Tusk, człowiek, który sam ma wybitne doświadczenie w polityce europejskiej i który wie lepiej niż ktokolwiek inny, jak współdziałają rządy i siły polityczne w UE.

Günter Verheugen wielokrotnie brał udział w krynickim Forum Ekonomicznym. W 2014 roku miałem okazję porozmawiać z panem komisarzem. Zapytałem go wówczas o stereotypowe pejoratywne określenie „polnische Wirtschaft” oznaczające skrajną niegospodarność, brak planowania i manier oraz bałagan, i co ono w kontekście nowej rzeczywistości europejskiej oznacza. Verheugen bardzo poważnie zareagował na to pytanie: – Polnische Wirtschaft dzisiaj nabrało zupełnie innego znaczenia, bardzo pozytywnego, jako symbol polskiego sukcesu.. Osiągnięcia polskiej gospodarki, organizacja, umiejętność prowadzenia biznesu powinny być wzorem dla całej Europy, a może i świata. I z tego powodu możecie być dumni.

Oprac. Andrzej Mroziński na podstawie Business Insider Polska, TV24, DW

Zepter, czyli produkty na lata

Patrycja Borowicz i Bojan Puškar, członkowie zarządu Zepter International Polska podkreślają, że firma wzmacnia swój wizerunek przewodnika po zdrowym stylu życia, dociera do pokolenia Z i wprowadza nowe produkty, reagując na trendy rynkowe

Zepter jest na rynku już ponad 30 lat. Jak zmieniała się marka na przestrzeni tego czasu?

Bojan Puškar: Zepter to marka kultowa, ceniona przez klientów w różnym wieku za niezmiennie wysoką jakość, trwałość i troskę o zdrowie. Przez kolejne dekady utrzymujemy niepodrabialną jakość marki i rozszerzamy ofertę, odpowiadając na potrzeby. Zaczynaliśmy od – kultowych dzisiaj – naczyń, następnie pojawiły się urządzenia do światłoterapii, oczyszczacze powietrza, filtry do wody, wreszcie okulary z fulerenem. Wszystko po to, by holistycznie dbać o zdrowie i samopoczucie. Nasze produkty są obecne w wielu domach na całym świecie i odkrywają je młodsze pokolenia. Rzeczywistość młodych ludzi jest zdominowana przez technologię – dlatego podążamy za tym i dostosowujemy do tych realiów nasze sposoby sprzedaży i komunikację.

Nie boimy się ryzyka, zmian, nowości. Jest to wpisane w nasze DNA. Czasy się zmieniają, klient się zmienia, nasze działania się zmieniają. A klient jest dla nas najważniejszy.

Patrycja Borowicz: Obecnie żyjemy w świecie ciągłych, intensywnych zmian. Ta dynamika sprawia, że często odczuwamy presję. W Zepter bazujemy na ponadczasowych wartościach, takich jak zdrowie, bezpieczeństwo i komfort, które pozostają niezmienne niezależnie od okoliczności. Po nasze produkty sięgają kolejne pokolenia. Rozbudowujemy nasze portfolio, wprowadzamy nowe rozwiązania. Obserwujemy trendy, reagujemy na zmieniające się realia i potrzeby naszych klientów. Jesteśmy w tym konsekwentni i autentyczni: na pierwszym miejscu stawiamy relacje. Nie bez powodu jesteśmy liderem sprzedaży bezpośredniej: naszą siłą jest zaangażowana społeczność. Rozwijamy platformę e-commerce, jesteśmy obecni w mediach społecznościowych, ale wciąż kluczowe są dla nas realne spotkania i rozmowy o naszych produktach.

Czy zatem pokolenie Z kupuje produkty Zepter?

PB: Tak, coraz częściej. To wyjątkowo zróżnicowane pokolenie, bardzo świadome i wnikliwe. Bardzo dobrze przyjmuje przekazy budowane na uniwersalnych wartościach. Młodzi ludzie są ambitni, otwarci na innych i poszukujący nowych rozwiązań, które mogą wykorzystać w życiu. Żyją w cyfrowym świecie, nie znają świata bez Internetu. To tam szukają informacji, tam podejmują decyzje konsumenckie i robią zakupy. Mimo młodego wieku, siła nabywcza tej grupy jest wysoka, a ich wydatki na produkty luksusowe są na podobnym poziomie, jak u milenialsów. Aktywnie poszukują wysokiej jakości produktów Premium. Sprawdzają je, testują. Szukają marek, które mają pozytywny wpływ na świat. Wpisujemy się w te oczekiwania, z myślą o nich rozbudowujemy nasz kanał sprzedaży online.

Działamy również aktywnie w mediach społecznościowych, w tym na TikToku. Badamy grunt, przecieramy szlaki. Zależy nam na efektywnej komunikacji z pokoleniem Z. Wiele z tych osób słyszało o marce od rodziców, wiedzą więc o niej ze sprawdzonego źródła, co buduje zaufanie. Widzimy tutaj ogromny potencjał – sprzedaż i większa świadomość marki w tej grupie to nasze cele na ten rok.

Zepter to lider sprzedaży bezpośredniej, dywersyfikujecie jednak kanały sprzedażowe. Jak to obecnie wygląda?

BP: Naszym podstawowym kanałem pozostaje oczywiście sprzedaż bezpośrednia, ale nasze produkty można również nabyć stacjonarnie w naszych salonach, kontaktując się z infolinią oraz online. Bez względu na wybór formy zakupu najważniejsze jest dla nas doświadczenie klienta, relacja z nim. Dlatego stale rozwijamy nasz biznes, zwracając przy tym szczególną uwagę na wysoki poziom wiedzy naszych doradców – ich głównym zadaniem jest edukowanie, jak zdrowo żyć, a to duża odpowiedzialność. Jesteśmy członkiem PSSB, dbamy o najwyższe standardy etyczne i transparentność.

PB: Niezależnie od kanału sprzedaży nasz sukces budujemy na otwartym, szczerym kontakcie. Wsłuchujemy się w potrzeby klientów, by jak najlepiej je zrozumieć i dostarczyć odpowiednio dopasowane rozwiązania. Zależy też nam na tym, by każdy mógł w najwygodniejszy dla siebie sposób zapoznać się z naszą ofertą i kupić najlepsze dla siebie produkty.

Nowoczesny biznes musi być elastyczny w każdym zakresie. Na przestrzeni tych ponad 30 lat zmieniały się rynek, zapotrzebowanie, styl życia. Niezależnie od kanału sprzedaży, jedno pozostaje bez zmian: potrzeba profesjonalnego doradztwa przy zakupie produktów, które mają nam służyć długie lata.

Zależy nam, by efektywnie łączyć to, w czym jesteśmy najlepsi, czyli sprzedaż bezpośrednią z kanałem online, dzięki któremu dotrzemy do nowych osób. Działania w Internecie zintensyfikowaliśmy w czasie pandemii, odkryliśmy, jak wiele można dzięki temu osiągnąć i zyskać, do jak wielu osób dotrzeć. Dlatego rozwijamy naszą platformę online i program afiliacyjny pozwalający każdemu naszemu przedstawicielowi stworzyć swój własny sklep internetowy w ramach platformy. Możemy w ten sposób nie tylko dotrzeć do większej liczby zróżnicowanych grup klientów, ale też dajemy wygodne narzędzie do pracy, np. młodym osobom preferującym pracę online, na swoich warunkach.

Jakie są wasze dalsze plany?

BP: Bez względu na wiele lat doświadczenia i obecności na rynku, wierzymy, że trzeba mieć otwarty umysł i wciąż się uczyć. Stale obserwujemy, czego potrzebują nasi klienci i elastycznie na to reagujemy. W tym roku zależy nam na usprawnieniu i poprawie customer experience, wdrażamy nowe narzędzia. Optymistycznie patrzymy na rozwój struktury sprzedaży, pozyskanie nowych osób do współpracy. Ważny jest dla nas Zepter BizzClub dający przestrzeń do dzielenia się pasją do zdrowego stylu życia. Chcemy dać się bliżej poznać, dotrzeć również do młodszych klientów, odświeżyć wizerunek, zdefiniować markę na nowo. Pojawi się też zupełnie nowy produkt.

PB: Planujemy wprowadzenie nowych rozwiązań, ale w tym wszystkim wciąż chcemy wzmacniać nasz wizerunek przewodnika po zdrowym stylu życia. Chcemy doradzać, inspirować i wspierać. Zależy nam na byciu partnerem – godnym zaufania, na którym klient zawsze może polegać.

rozmawiał Piotr Cegłowski

Robot z ludzką duszą

Z Andrzejem Dąbrową i Dominikiem Dubrowskim, pomysłodawcami i szefami platformy FlowDog, rozmawia Piotr Grabosz

– Czy to, co panowie wymyślili można nazwać biznesem na pilota? Dajecie narzędzie z guzikami, klient je naciska i procesy zarządzania dzieją się same?

DD: – Tak i nie. W dobie sztucznej inteligencji platformy Business Process Management nie są niczym nowym. Firmy zlecają im coraz więcej działań, powierzają coraz trudniejsze zadania, oczekują rozwiązywania coraz poważniejszych problemów, które wymagają zaangażowania dużych zespołów specjalistów. Tymczasem platforma załatwia to wszystko od ręki. Szybko i skutecznie. Oczywiście można to porównać do operowania pilotem wybierającym programy, ale pilot jest zaledwie wykonawcą poleceń. Platforma działa inaczej.

– Myśli?

AD: – Niesamodzielnie. Ale tak – myśli tak, jak chcemy, aby myślała. Tak, jak ją zaprogramujemy dla siebie. Dla naszej organizacji. Wtedy staje się prawdziwym, sprawdzonym i niezawodnym partnerem zarządzania. Załatwia nasze sprawy, optymalizuje nasze procesy, robi dla nas dokładnie to, czego od niej oczekujemy.

DD: – FlowDog tym właśnie różni się od innych podobnych platform webowych, że jest elastyczny i potrafi idealnie dopasować się do potrzeb klienta.

– Wszyscy tak mówią.

AD: – Ale nie wszyscy robią. My zaczynamy od wnikliwego, wręcz drobiazgowego rozpoznania potrzeb i problemów, a następnie – korzystając z możliwości FlowDoga – proponujemy rozwiązania szyte na miarę.

– Na przykład?

DD: Zwrócił się do nas międzynarodowy producent mieszanek, premiksów, koncentratów i pasz specjalnych dla bydła, drobiu i trzody chlewnej. Firma olbrzymia, zatem codziennie przyjeżdżało do niej mnóstwo ciężarówek po odbiór towaru. I robił się kocioł. Nie wiadomo na jakich zasadach jednych wpuszczano szybciej, innych później. Czas oczekiwania na wjazd dłużył się w nieskończoność, a jak już kierowcy wjeżdżali to spotykali się z usterkami logistycznymi, które potęgowały ich irytację, bo krążyli po placu jak we mgle. W sieci pokazywało się wiele negatywnych komentarzy i generalnie wszyscy byli niezadowoleni. Odbiorcy narzekali na bałagan, pracownicy spedycji i magazynów, a nadmiar obowiązków, a zarząd na jedno i drugie. Trzeba było to szybko uleczyć.

AD: – Zainstalowaliśmy intuicyjne terminale, w których rejestrują się kierowcy przyjeżdżają po towar. Dzięki temu pracownik z obsługi wie, kto czeka w kolejce, po co konkretnie przyjechał i kiedy go wpuścić, żeby wszystko szło gładko i optymalnie. Poruszanie się ciężarówek po terenie zakładu odbywa się bez przeszkód, dzięki systemowi „biletów”, które usprawniają nawigację. Są zintegrowane z systemem wewnętrznym, który wysyła zamówienia i nie trzeba ich wypisywać ręcznie. Mało tego: mogą być korygowane i w tej samej sekundzie przekazywane do wag, które informują, kto co odebrał i w jakiej ilości. O ginięciu towaru z powodu nieładu organizacyjnego już nie ma mowy. System rejestruje każdy kilogram, automatycznie odczytując numer rejestracyjny ciężarówki wjeżdżającej na wagę.

– FlowDog dobrze się czuje w logistyce?

DD: – Bardzo dobrze. Tworzy nowoczesne, o niebo lepsze od excelowych, bazy klientów. A w nich wszystkie informacje zdolne odpowiedzieć na każde pytanie o status, potrzeby i terminy. Platforma potrafi precyzyjnie zlecać transporty i skrupulatnie kontrolować wykonywania zadań przez kierowców. A potem automatycznie i bezbłędnie fakturować. Bez kilogramów papierów wymagających kosztów ich drukowania i magazynowania.

– Gdybyście panowie mieli wyliczyć podstawowe korzyści z używania FlowDoga na palcach jednej ręki…

AD: – Obniżenie kosztów, przyśpieszenie działań, poprawa kontroli, zwiększenie efektywności, porządek w procesach zarządzania.

DD: – To wszystko korzyści wymierne i odczuwalne szybko po wdrożeniu naszego systemu. Dla mnie jednak największym pożytkiem jest zindywidualizowany charakter FlowDoga. Można kupić najdroższy i najpiękniejszy garnitur topowej marki, ale nigdy nie dorówna on garniturowi szytemu na miarę. Idealnie dopasowanemu i uwzględniającemu wszystkie, nawet najdrobniejsze potrzeby klienta. Nie tylko przygotowujemy taki „osobisty” produkt, ale też służymy doradztwem jak go dobrać, używać i połączyć w całość z innymi korzyściami, jakie daje platforma: na przykład pełne możliwości raportowe.

– Dwa niewygodne pytania do podziału: Czy FlowDog jest drogi i jak szybko się starzeje?

DD: – Koszty dobrze przygotowanego wdrożenia są pokrywane z nawiązką przez otrzymane oszczędności, co każdemu jesteśmy w stanie udowodnić. Dzięki modułowej budowie systemu i przejrzystej konstrukcji cennika, klient dobiera rozwiązania, jakie są mu najbardziej potrzebne i z góry wie, ile za nie zapłaci.

AD: – Gwarantuję swoim dwudziestoletnim doświadczeniem w branży, że dostarczamy systemy, które będą niezawodnie działać przez długie lata. Solidne i wyposażone w możliwości łatwej i taniej aktualizacji, jeśli zajdzie taka potrzeba.

– Dla kogo jest FlowDog? Dla każdego?

AD: – Teoretycznie tak. Choć najlepiej rozwija się skrzydła w dużych przestrzeniach, czyli w dużych organizacjach, gdzie funkcjonuje mnóstwo procesów. Zaufały nam między innymi renomowane sieci sklepów wielkopowierzchniowych Leroy Merlin, której zbudowaliśmy nowoczesny system reklamacji czy OBI – z bardzo szerokim zestawem procesów od zautomatyzowanego prowadzenia kalendarza projektantów po obsługę oferty montażu i instalacji. Pracujemy dla dużych firm logistycznych, ale również medycznych, gdzie FlowDog z poziomu systemu zarządza chociażby terminami wizyt i zbiegów, dostępnością usług oraz tworzeniem wniosków refundacyjnych. Nie wspominając o budowie bazy indywidualnych potrzeb zdrowotnych pacjenta.

– A dla kogo jest FlowDog w firmie? Jakimi kompetencjami trzeba się legitymować, aby obsługiwać system?

DD: – To łatwiejsze niż można przypuszczać. Po pierwsze zapewniamy klientowi stałego analityka i wdrożeniowca. Po drugie szkolimy i doradzamy w zakresie obsługi aplikacji. Z rozbudowanym systemem poradzi sobie każdy, kto potrafi ułożyć coś z klocków lego. Zwłaszcza, że działamy podobnie: budujemy różne moduły, ale tak, aby klient je rozumiał i potrafił się nimi posługiwać sprawnie i swobodnie.

AD: – Dodałbym, że dostęp FlowDoga możliwy jest z każdego urządzenia z przeglądarki, bez konieczności dodatkowych instalacji. Dajemy nowoczesny, intuicyjny interfejs użytkownika i elastyczność w zarządzaniu uprawnieniami różnych grup użytkowników.

– Skąd nazwa?

AD; – O, były do niej rożne przymiarki, bo projekt ma długą historię. Technologicznie pracował nad nim Tomek Brzozowski, twórca dwóch największych platform telekomunikacyjnych w Polsce. Kiedy połączyliśmy siły i dołączyłem ze swoim doświadczeniem w architekturze systemów informatycznych, najpierw powstała platforma o dość zagadkowym kryptonimie, który potem przemianowaliśmy na FlowDog. Flow, bo automatyzujemy procesy biznesowe i tworzymy ich płynność. Dog, bo to synonim przyjaźni i bliskości. Dla nas relacje międzyludzkie są kluczowe i najważniejsze. Nawet jeśli wprowadzamy do organizacji robota super sprawnego w zarządzaniu procesami, to profilujemy go tak, aby myślał i czuł jak człowiek. Dlatego FlowDog jest aplikacją dopasowaną do biznesu, a nie wymagającą, aby biznes dopasował się do niej.

 

 

 

 

 

 

 

 

Czas poskromić AI w strategii komunikacyjnej

    Sztuczna inteligencja (AI) cieszy się rosnącą popularnością – tylko w 2023 r. ta fraza ukazała się blisko 900 tys. razy w polskich mediach, wynika z analizy Instytutu Języka Polskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

    Temat jest coraz częściej podejmowany w środowisku biznesowym, szczególnie po wprowadzeniu na rynek darmowych rozwiązań takich jak OpenAI czy Gemini. Aż 79% organizacji usługowych w Polsce planuje w tym roku zwiększyć inwestycje w sztuczną inteligencję, co obrazują wyniki badania State of Service firmy Salesforce. Z tego samego raportu wynika, że firmy usługowe w Polsce najczęściej wykorzystują AI w obsłudze klienta, przygotowaniu podsumowań i raportów oraz korzystają ze wsparcia inteligentnych asystentów dla klientów i pracowników biur obsługi. Umiejętne wykorzystanie potencjału sztucznej inteligencji pozwala realnie zoptymalizować procesy w firmie, usprawnić codzienną pracę oraz zmniejszyć koszty działalności. To rozwiązanie może również wspierać działania komunikacyjne – należy jednak podkreślić, że przed wdrożeniem AI musimy ją dobrze zrozumieć i umiejętnie wykorzystać jej potencjał, tak aby nie osiągnąć efektu odwrotnego od zamierzonego.

    Nowa odsłona narzędzia – to nie są pierwsze kroki AI

    Sztuczna inteligencja oraz machine learning (ML) nie są nowością na rynku. Ta technologia była wykorzystywana już w latach 50. i 60. w zastosowaniach naukowych – przykładem może być program Logic Theorist, który powstał w celu weryfikacji równań matematycznych. Rozwiązania oparte o AI były wykorzystywane w logistyce, produkcji oraz transporcie, dzięki czemu przedsiębiorcy zyskali narzędzie do sprawnej analizy danych, zwiększenia efektywności pracy i redukcji przestojów. Także w marketingu wykorzystanie sztucznej inteligencji zyskuje w ostatnim czasie na popularności, jednak stosowano ją już w latach 90. Amazon wprowadził system rekomendacji produktów, który analizował zakupy i przeglądane strony, dzięki czemu wyświetlał spersonalizowane oferty klientom, co znacznie zwiększyło sprzedaż. AI pozwala znacznie usprawnić działania marketingowe i wesprzeć personalizację oferty oraz komunikację e-mail tak, aby dopasować ją do konkretnych potrzeb kupującego. Algorytm może również analizować zgromadzone w kampaniach dane, a także ton i emocje w komentarzach klientów w social mediach. Sztuczna inteligencja jest świetnym narzędziem do badania trendów rynkowych i zachowań konsumentów. Wspiera firmy w planowaniu kampanii marketingowych. Teoretycznie można ją wykorzystać do tworzenia planu i założeń komunikacji, jednak czy na pewno warto?

    Czy AI będzie paliwem rakietowym komunikacji?

    Wyniki raportu Wired for AI obrazują, że w kraju nad Wisłą prawie połowa miejsc pracy zyska, dzięki stosowaniu AI, ale jedynie 32% z nich odnotuje realne korzyści. Komunikacja również może być sektorem, który skorzysta na wykorzystaniu sztucznej inteligencji, jeżeli umiejętnie rozpoznamy jakie aspekty mogą zostać zautomatyzowane i jak wykorzystać zasoby organizacji. AI znacząco zwiększa efektywność monitorowania mediów, umożliwia śledzenie wzmianek o marce oraz działaniach konkurencji. Dzięki sprawnej, automatycznej analizie informacji firma może skutecznie reagować na potencjalne kryzysy oraz monitorować trendy. Kluczowym aspektem jest analiza sentymentu – AI może w kilka sekund ocenić ton narracji w opublikowanym artykule oraz nastawienie czytelników w komentarzach. Dzięki temu specjaliści ds. komunikacji zyskują podsumowanie odbioru kampanii wśród grupy docelowej klienta i sprawnie mogą dostosowywać strategie do założeń marki. Sztuczna inteligencja może być też wsparciem zespołu przy tworzeniu pomysłów na artykuły czy publikacje na bloga, dzięki bieżącej analizie trendów rynkowych. Algorytm może nie tylko optymalizować treści pod kątem SEO, ale również pomagać w opracowaniu wstępnych wersji tłumaczeń materiałów. Co najważniejsze, AI może „zdjąć z ramion” zespołu rutynowe działania jak przygotowanie zestawień i raportów, czy porównywanie danych, dzięki czemu specjaliści mogą skoncentrować się na strategicznych działaniach oraz budowaniu lepszych relacji z klientami i otoczeniem. Powinniśmy mieć na uwadze, że wykorzystanie AI w komunikacji bez weryfikacji odpowiednio wykwalifikowanych pracowników może prowadzić do szerzenia dezinformacji, utraty transparentności marki czy naruszenia prywatności. Dodatkowo musimy pamiętać, że treści stworzone przez algorytm nie są objęte prawami autorskimi, ponieważ chronią one wyłącznie utwory, które zostały stworzone przez człowieka. Nie mamy też pewności, że AI nie wykorzystała cudzego utworu, co może nas narazić na roszczenia prawne.

    Sztuczna inteligencja może być pomocna przy tworzeniu strategii komunikacji, jednak to narzędzie nie jest nieomylne i często brakuje mu szerszego kontekstu. Powinniśmy pamiętać, że AI nie zastąpi doświadczonego specjalisty, szczególnie w tak delikatnej i pełnej niuansów branży. Komunikacja powinna być tworzona przez ludzi dla innych ludzi, dlatego tak ważne jest podkreślenie wagi doświadczenia ekspertów oraz intuicji, których algorytm (jeszcze) nie posiada. Sztuczna inteligencja, którą dziś znamy, świetnie sprawdzi się w roli asystenta, ale nie powinna być traktowana w organizacji jako mentor, czy wyrocznia. To człowiek musi trzymać stery tej transformacji, patrzeć szeroko i umiejętnie wykorzystywać nowe możliwości. Ekspert powinien poskramiać AI, tak aby ona go wspierała, jednak nie należy jej totalnie zawierzyć budowania strategii PR, bo to czynnik ludzki jest najważniejszy w komunikacji.

    Beata Lewandowska

    CEO w ITBC Communication

    Salesforce i sztuczna inteligencja

    Z nowego raportu Salesforce oraz Retail AI Council wynika, że sprzedawcy detaliczni chętnie stosują generatywną sztuczną inteligencję w celu personalizacji oraz poprawy doświadczeń zakupowych w sklepach stacjonarnych i online. Jednak prawie połowa z 1 300 ankietowanych sprzedawców ma trudności z wykorzystaniem swoich danych, a tylko 42% łączy różne silosy danych – co może prowadzić do nieskutecznych lub niedokładnych wyników dostarczanych przez AI.

    Branża sprzedaży detalicznej nie stroni od wdrażania sztucznej inteligencji:

    • Ankietowani dyrektorzy szacują, że 36% ich pracowników już dziś korzysta z generatywnej sztucznej inteligencji, a liczba ta ma wzrosnąć do 45% do końca 2025 roku.
    • 93% sprzedawców detalicznych twierdzi, że już teraz wykorzystuje generatywną sztuczną inteligencję do pewnego rodzaju personalizacji, takiej jak spersonalizowane wiadomości e-mail i rekomendacje produktów.
    • 81% respondentów zgłosiło również posiadanie dedykowanego budżetu na sztuczną inteligencję, z czego średnio 50% przeznaczono na generatywną sztuczną inteligencję.
    • Trzy główne obszary, w których sprzedawcy detaliczni planują wykorzystać generatywną sztuczną inteligencję to obsługa klienta, marketing i operacje sklepowe.
    • Detaliści traktują priorytetowo użycie AI związane z obsługą klienta oraz chcą rozszerzenia jej działalności o wysoce spersonalizowane, zautomatyzowane wiadomości i treści przeznaczone do szybkiego wysyłania do klientów.
    • Po obsłudze klienta, drugim najważniejszym przypadkiem użycia AI w handlu detalicznym jest tworzenie konwersacyjnych, cyfrowych asystentów zakupów, którzy polecają produkty kupującym tworząc odpowiedzi w języku naturalnym.

    Detaliści zmagają się ze strategiami dotyczącymi danych

    Jak wynika z badania, sprzedawcy detaliczni rozumieją znaczenie danych, ale wielu z nich wciąż pracuje nad tym, jak ujednolicić wszystkie informacje i zbudować pojedynczy widok swoich klientów tak, aby odblokować bardziej efektywne wyniki generatywnej sztucznej inteligencji.

    • Tylko 17% respondentów stwierdziło, że posiada kompletny, całościowy obraz swoich klientów i skutecznie wykorzystuje swoje dane. 49% wciąż znajduje się na wstępnym etapie budowania lub nawet rozważania stworzenia pełnego profilu danych klienta.
    • Niezdolność do ujednolicenia i zharmonizowania danych oznacza, że generatywny model sztucznej inteligencji sprzedawcy detalicznego może dostarczać nieskuteczne lub niedokładne wyniki oraz odpowiedzi, które są toksyczne i  mogą zawierać uprzedzenia społeczne. Mimo że 67% sprzedawców detalicznych twierdzi, że jest w stanie w pełni przechwytywać dane klientów, tylko 39% uważa, że jest w stanie w pełni oczyścić te dane, a tylko 42% twierdzi, że jest w stanie je w pełni zharmonizować.
    • Wielu sprzedawców detalicznych ma również trudności z wykorzystywaniem swoich danych do podejmowania decyzji (40%) i udostępniania swoich danych (47%), co wskazuje, że wielu sprzedawców detalicznych ma znaczną ilość silosowych danych, które nie są wykorzystywane do skutecznego generowania wyników sztucznej inteligencji.

    Zaufanie i etyka mają coraz większe znaczenie dla przyjęcia generatywnej AI

    Sprzedawcy detaliczni są świadomi zagrożeń dla bezpieczeństwa i zaufania związanych z generatywną sztuczną inteligencją. Na szczęście są też gotowi na ich rozwiązanie i już podejmują kroki w tym kierunku.

    • Połowa (50%) ankietowanych sprzedawców twierdzi, że jest w stanie w pełni przestrzegać standardów bezpieczeństwa danych i przepisów dotyczących prywatności danych.
    • Sprzedawcy detaliczni deklarują stronniczość, gdy algorytmy sztucznej inteligencji generują uprzedzone wyniki lub odpowiedzi, jako największe ryzyko związane z korzystaniem z generatywnej sztucznej inteligencji – połowa respondentów zauważyła, że jest to dla nich powód do niepokoju. Oprócz stronniczości sprzedawcy detaliczni postrzegają halucynacje AI (38%) i toksyczność wyników (35%) jako główne zagrożenia.
    • 62% respondentów uważa, że posiada wytyczne dotyczące przejrzystości, bezpieczeństwa danych i prywatności, jeśli chodzi o etyczne wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji, a także posiada zobowiązania dotyczące wiarygodnych i bezstronnych wyników.

    MARKETING

    W nowym raporcie State of Marketing zebrano z kolei dane zebrane od ponad 4 800 liderów marketingu z 29 krajów, w tym 150 z Polski. Raport opisuje najnowsze trendy dotyczące tego, w jaki sposób marketerzy oceniają i wdrażają sztuczną inteligencję do swoich działań. Opisuje także podejście do pozyskiwania danych, utrzymania i strategii rozwoju używanych aplikacji. Raport dotyka także problemu zapewnienia zaufania klientów i bezpieczeństwa ich danych.

    Kluczowe wnioski z badań:

    • Priorytety w marketingu. Marketerzy stale rozwijają swoje praktyki w wysoce konkurencyjnym otoczeniu. Szukają sztucznej inteligencji – zarówno generatywnej, jak i predykcyjnej – aby pomóc w personalizacji na dużą skalę oraz zwiększyć swoją wydajność.
      • Wdrożenie / wykorzystanie sztucznej inteligencji jest priorytetem nr 1 marketerów w skali globalnej, a także ich największym wyzwaniem.
      • W Polsce marketerzy mają dokładnie ten sam priorytet, jednak z lokalnej perspektywy największym wyzwaniem są przestarzałe narzędzia i technologie.
    • Marketerzy wzmacniają swoje zasoby danych. Firmy od dawna zmagają się z łączeniem różnych punktów danych w celu tworzenia spójnych, spersonalizowanych doświadczeń w podróży klienta. Jednak w miarę deprecjacji plików cookie stron trzecich i rozprzestrzeniania się sztucznej inteligencji, zadanie to staje się coraz bardziej krytyczne i trudne.
      • Zaledwie 30% pracowników działów marketingu w Polsce jest w pełni zadowolonych ze swojej zdolności do ujednolicania źródeł danych klientów.
      • 50% z nich ma dostęp do danych w czasie rzeczywistym np. w celu przeprowadzenia kampanii, jednak aż 61% polskich marketerów potrzebuje do tego pomocy działu IT.
      • Marketerzy w Polsce stosują średnio dziewięć różnych taktyk w celu gromadzenia danych, przy czym wykorzystanie danych dotyczących klienta jest najbardziej powszechne. Na tym tle Polska nie różni się od reszty świata.
    • Marketerzy wykorzystują sztuczną inteligencję jednak myślą o zaufaniu do niej. Marketerzy zamierzają stosować sztuczną inteligencję w swoich działaniach z odpowiednimi danymi, ale obawiają się o bezpieczeństwo.
      • Już 82% marketerów w Polsce eksperymentuje lub w pełni wdrożyło sztuczną inteligencję do swoich przepływów pracy.
      • Wdrożenie sztucznej inteligencji jest jednak punktem różnicującym: zespoły marketingowe osiągające wysokie wyniki są 1,6x bardziej skłonne do pełnego wdrożenia sztucznej inteligencji w swoich działaniach, niż zespoły osiągające słabsze wyniki.
      • Trzy najpopularniejsze przypadki użycia sztucznej inteligencji wśród marketerów w Polsce to: automatyzacja interakcji z klientami, analiza wydajności oraz automatyzacja integracji danych. Dla przykładu w wielu innych krajach jednym z głównych przypadków użycia sztucznej inteligencji jest zautomatyzowane generowanie kontentu.
    • Pełna personalizacja to jeszcze proces, który trwa. Aby sprostać rosnącym oczekiwaniom klientów w zakresie personalizacji, marketerzy wykraczają poza szerokie segmentacje odbiorców, takie jak lokalizacja lub wiek, w kierunku bardziej szczegółowych identyfikatorów, takich jak indywidualne preferencje lub wcześniejsze interakcje. Istnieje również różnica między tym, jak dostosowują się do tego zespoły marketingowe o najwyższych i najniższych wynikach.
      • Zespoły osiągające najlepsze wyniki w Polsce w pełni personalizują średnio 5 kanałów. Zespoły ze słabszymi wynikami w pełni personalizują 4 kanały.
    • Marketerzy poszukują ujednoliconej analityki. Nie brakuje źródeł danych, ale wykorzystanie ich do pracy jest wciąż wyzwaniem – zwłaszcza gdy wymaga holistycznego lub długoterminowego spojrzenia na dane.
      • Tylko 44% zespołów marketingu w Polsce śledzi wartość klienta w całym okresie jego życia (CLV).
      • Jednocześnie aż 94% z nich twierdzi, że ma jasny obraz wpływu marketingu na przychody.
    • Głębsze relacje powstają dzięki marketingowi opartemu na kontach (ABM) i programom lojalnościowym. Firmy coraz częściej sięgają po strategie takie jak ABM i programy lojalnościowe w celu lepszego pozyskiwania i utrzymywania klientów. Jednak wiele źródeł informacji z tych programów pozostaje rozproszonych, podobnie jak doświadczenia klientów.
      • Tylko 51% marketerów w Polsce twierdzi, że dane lojalnościowe są w pełni zintegrowane we wszystkich punktach kontaktu.
      • 45% z nich twierdzi, że funkcje programu lojalnościowego są dostępne we wszystkich punktach kontaktu.
      • Marketerzy B2B w Polsce używają ABM do pozyskiwania klientów, ale mniej niż połowa używa go do upsellingu i cross-sellingu, odpowiednio to 40% i 58%.

    AI W MŚP

    Niedawna ankieta przeprowadzona wśród 600 specjalistów IT ujawniła natomiast, że małe i średnie firmy są bardziej przekonane do sztucznej inteligencji i korzyści z niej płynących, niż duże przedsiębiorstwa. Zdecydowana większość (95%) specjalistów IT pracujących w sektorze MŚP czuje się pewnie, jeśli chodzi o wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji w swojej pracy i widzi większe możliwości wzrostu przychodów dzięki tej technologii.

    Rozwój nowej technologii generatywnej sztucznej inteligencji demokratyzuje innowacje i pozwala małym i średnim firmom konkurować na bardziej wyrównanych warunkach. Badania pokazują, że dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji małe i średnie firmy już teraz uzyskują głębszy wgląd w biznes, zwiększają przychody oraz poprawiają jakość obsługi klienta.

    Małe i średnie firmy napędzają wzrost dzięki sztucznej inteligencji, podczas gdy duże przedsiębiorstwa koncentrują się na wydajności operacyjnej

    Trzy najważniejsze korzyści ze sztucznej inteligencji dla małych i średnich firm:

    • Lepszy wgląd w biznes
    • Zwiększenie przychodów
    • Lepsza obsługa klienta

    Trzy największe korzyści ze sztucznej inteligencji dla dużych przedsiębiorstw:

    • Automatyzacja rutynowych zadań
    • Zwiększenie wydajności
    • Lepsza obsługa klienta

    Duże przedsiębiorstwa zmagają się ze wdrażaniem nowych technologii, takich jak sztuczna inteligencja, częściej niż małe i średnie firmy

    Zespoły IT w dużych przedsiębiorstwach pięciokrotnie częściej, niż zespoły IT w małych i średnich firmach, zmagają się z takimi problemami, jak równoważenie szybkości, wartości biznesowej i bezpieczeństwa, które mają miejsce podczas wdrażania nowych technologii, takich jak sztuczna inteligencja. Ponad dwukrotnie częściej martwią się także o to, że infrastruktura zarządzania danymi w ich organizacji, podobnie infrastruktura ds. bezpieczeństwa nie nadążą za zapotrzebowaniem na innowacje.

    OBSŁUGA KLIENTA

     Nowy raport State of Service, dzieląc się spostrzeżeniami ponad 5 500 specjalistów ds. obsługi klienta w 30 krajach – w tym 200 z Polski. Raport opisuje priorytety, wyzwania i strategie kształtujące obsługę klienta, w tym sposoby, w jaki zespoły wykorzystują sztuczną inteligencję oraz dane w celu zwiększenia przychodów, wydajności i zadowolenia klientów w obliczu rosnących oczekiwań.

    Kluczowe wnioski:

    • Organizacje stawiają na sztuczną inteligencję w celu zwiększenia wydajności. Chcąc skalować usługi bez utraty jakości, organizacje coraz częściej sięgają po sztuczną inteligencję.
      • 82% organizacji usługowych w Polsce wykorzystuje lub ocenia możliwości sztucznej inteligencji.
      • 79% organizacji usługowych w Polsce planuje w tym roku zwiększyć inwestycje w sztuczną inteligencję.
      • Trzy najważniejsze przypadki wykorzystania AI w usługach w Polsce: odpowiedzi serwisowe, zautomatyzowane podsumowania i raporty, inteligentni asystenci dla klientów/ inteligentni asystenci dla agentów.
      • 93% specjalistów ds. usług w Polsce korzystających ze sztucznej inteligencji twierdzi, że oszczędza ona ich czas.
    • Organizacje usługowe podwajają przychody. Trend postrzegania usług jako czynnika generującego przychody, a nie centrum kosztów, znacznie przyspiesza.
    • 74% organizacji w Polsce oczekuje, że usługi przyniosą w tym roku większe przychody.
    • 77% organizacji usługowych w Polsce spodziewa się większego budżetu w tym roku.
    • 66% organizacji usługowych w Polsce spodziewa się zwiększenia zatrudnienia w tym roku.
    • Rosnące wymagania wywierają presję na zespoły obsługi. Wraz ze wzrostem oczekiwań klientów, pracownicy działów wsparcia kontrahenta odczuwają coraz silniejszą presję.
    • Pracownicy działów obsługi klienta w Polsce poświęcają średnio zaledwie 35% swojego czasu na pomoc klientom.
    • 69% organizacji usługowych w Polsce spodziewa się wzrostu liczby spraw w przyszłym roku.
    • 81% specjalistów ds. usług w Polsce twierdzi, że klienci są bardziej wymagający niż kiedyś.
    • Obsługa klienta zwiększa swoje możliwości w zakresie danych. Organizacje usługowe zwiększają swoje wysiłki w zakresie integracji danych, aby zasilić zasoby pracowników i systemy sztucznej inteligencji.
    • 88% specjalistów ds. usług w Polsce twierdzi, że lepszy dostęp do danych z innych zespołów poprawiłby jakość udzielanego wsparcia.
    • 74% organizacji usługowych w Polsce zamierza w tym roku zwiększyć inwestycje w integrację danych.

    AI W PRACY BIUROWEJ

    Według najnowszych badań przeprowadzonych przez Slack, firmę należącą do Salesforce, wykorzystanie narzędzi AI w miejscu pracy wzrosło w ostatnim kwartale aż o 24%. Badanie pokazuje też średni czas, jaki pracownicy biurowi spędzają na żmudnych i rutynowych zadaniach o niskiej wartości biznesowej.

    Kluczowe wnioski płynące z badania:

    • Wykorzystanie sztucznej inteligencji w miejscu pracy wzrosło o 24% w ostatnim kwartale, a 1 na 4 pracowników biurowych zgłosił, że wypróbował narzędzia sztucznej inteligencji do pracy w styczniu 2024 r., w porównaniu do 1 na 5 we wrześniu 2023 r.
    • Około 80% osób korzystających ze sztucznej inteligencji twierdzi, że ta technologia poprawia ich produktywność. Pomimo tego opinie pracowników biurowych nadal pozostają mieszane – 42% z nich twierdzi, że są podekscytowani możliwością wykorzystania sztucznej inteligencji i automatyzacji do obsługi zadań w ich obecnej pracy, 31% jest neutralnych, a 27% zaniepokojonych wykorzystaniem AI.
    • Niemal wszyscy członkowie kadry kierowniczej odczuwają presję na integrację narzędzi AI w swojej organizacji, przy czym połowa wszystkich członków kadry kierowniczej twierdzi, że odczuwa wysoki priorytet na wdrażanie narzędzi AI.
    • Pracownicy biurowi w firmach, które wydały wytyczne dotyczące sposobu korzystania ze sztucznej inteligencji, są prawie sześć razy bardziej skłonni do eksperymentowania z narzędziami AI, w porównaniu z pracownikami biurowymi, których firmy nie mają wytycznych dotyczących korzystania z AI.
    • Pracownicy biurowi zgłaszają, że spędzają 41% czasu na zadaniach, które są „niskiej wartości, powtarzalne lub nie mają znaczącego wkładu w ich podstawowe aktywności zawodowe”. Wskazuje to na wyraźną szansę dla narzędzi sztucznej inteligencji i automatyzacji, aby pomóc pracownikom biurowym skoncentrować swoją energię z dala od „pracy nad pracą” i na bardziej wartościowych działaniach.

    Jak pracownicy biurowi postrzegają AI i kto z niej korzysta?

    W najnowszym badaniu Slack – przeprowadzonej wśród ponad 10 000 pracowników biurowych na całym świecie – wykazano, że przyjęcie narzędzi AI w miejscu pracy przyspieszyło o 24% w porównaniu z poprzednim kwartałem, przy czym 1 na 4 zatrudnionych zgłosił, że wypróbował narzędzia AI do pracy w styczniu 2024 r., w porównaniu z 1 na 5 we wrześniu 2023 r. Z kolei 1 na 3 pracowników biurowych korzystał w swojej pracy z narzędzi do automatyzacji.

    Spośród osób, które korzystały ze sztucznej inteligencji i narzędzi do automatyzacji pracy, około 80% twierdzi, że technologia ta już poprawia ich produktywność. Najważniejsze zadania, w których pracownicy biurowi dostrzegają obecnie największą wartość sztucznej inteligencji, to pomoc w pisaniu, automatyzacja przepływu pracy i podsumowywanie treści.

    Wielu pracowników biurowych jest entuzjastycznie nastawionych do potencjału AI w zakresie poprawy ich efektywności w pracy, a 42% twierdzi, że są podekscytowani pomysłem wykorzystania AI do realizacji zadań służbowych. Jednocześnie 27% twierdzi, że obawia się, czy te narzędzia poradzą sobie z typowymi zadaniami w miejscu pracy, a dodatkowe 31% mówi, że ich odczucia są neutralne i czekają na rozwój sytuacji.

    Większość (81%) kadry kierowniczej odczuwa pilną potrzebę włączenia generatywnej sztucznej inteligencji do swoich organizacji, a 50% liderów zgłasza wysoki stopień pilności. Jednak prawie połowa wszystkich respondentów (43%) twierdzi, że nie otrzymała żadnych wskazówek od swoich liderów lub organizacji na temat korzystania z narzędzi AI w pracy.

    Wojciech Gryciuk

     

     

     

    Ważne Informacje

    Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

    Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

    Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

    Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

    Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

    Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

    Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

    Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

    Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...