.
Strona główna Blog Strona 428

Bogdan Wiesiołek

Rozmowa z Bogdanem Wiesiołkiem,  dyrektorem Sprzedaży, Prokurentem  Euler Hermes Zarządzanie Ryzykiem Sp. o.o.

– Kiedyś pracowałem w firmie, która pomimo wysokich przychodów upadła w efekcie sprzeniewierzeń członków zarządu.

– To niezwykle poważny problem, o którym niewiele się mówi. Dla wielu przedsiębiorców sprzeniewierzenia to wstydliwa tajemnica. Zwykle sprawcami są zaufani pracownicy, a ujawnianie kradzieży stanowi szok dla zwierzchników. Właściciele okradanych spółek zwykle twierdzą: „Nie ma szans na odzyskanie utraconych pieniędzy. Wyrzucony z pracy złodziej jest niewypłacalny. Trzeba by kilkudziesięciu lat, żeby ściągnąć zasądzone kwoty”. Tak być nie musi. Zdecydowaliśmy się na uruchomienie programu ubezpieczeń dla firm zagrożonych tym procederem. Od razu powiem, że nie było to zadanie łatwe.

– Jak zareagowali przedsiębiorcy?

– Podobnie, jak w przypadku ubezpieczenia należności. Kiedy przed 10 laty uruchamialiśmy oddział EH w Polsce, musieliśmy zacząć od walki ze stereotypami. Wiele firm godziło się ze stratami typu: kontrahent wziął towar i zniknął, traktując je jako część ryzyka prowadzenia działalności. Proponowany przez nas system  ubezpieczania transakcji szybko ujawnił swe zalety, a firma zyskała pozycję krajowego lidera w branży. Patrząc na warszawską siedzibę naszej spółki, zatrudniającej 400 osób, mam przede oczami pokój o powierzchni 25 m kw., w którym zaczynaliśmy działalność razem obecnym prezesem Krzysztofem Chechłaczem oraz inicjatorem powstania polskiego przedstawicielstwa EH Horstem Eckhardem. Został on szefem europejskiej firmy, wchodzącej w skład grupy EH, wyspecjalizowanej w windykacji, której działalność opiera się o wzorce wypracowane w naszym kraju. Warto wspomnieć, że w Niemczech, gdzie studiowałem, jak również w innych krajach europejskich firmy przeżywają bardzo podobne problemy jak w Polsce. Tak więc nasz model windykacji świetnie sprawdza się za granicą.

– EH należy do firm, które kryzys wzmocnił.

– To uproszczenie. Oczywiście, w szybkim tempie zyskujemy nowych klientów, ale też wypłacamy znacznie więcej odszkodowań. Rynek negatywnie zweryfikował opinię, że najwięksi gracze są stuprocentowo wiarygodni, bo niektóre firmy są zbyt duże by upaść. Okazało się kryzys nie omija nikogo. A to z kolei w konsekwencji nie może pozostać bez wpływu na stawki ubezpieczeń. Nasi partnerzy przyzwyczaili się do najniższych w Europie opłat, jakich nie da się utrzymać w warunkach kryzysu. Firmy, z którymi współpracujemy od dawna, płacą jednak znacznie mniej niż nowi klienci.

-Kryzy wzmaga też patologie, takie jak sprzeniewierzenia.

– Historie, których wysłuchuję od poszkodowanych klientów, są jednocześnie przykre i pouczające. Wiele firm zarządzanych jest nadal jednoosobowo przez właścicieli, którzy startowali jako trzydziestolatkowie na początku lat dziewięćdziesiątych. Rzadko pozwalają współpracownikom na samodzielne podejmowanie decyzji. Toteż, gdy decydują się na zasłużony odpoczynek, wyjeżdżają na długie wakacje, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Pewien duży zakład przetwórstwa mięsnego został doprowadzony na krawędź bankructwa podczas trzymiesięcznego wyjazdu szefa. W innym przypadku właściciel, nie mogąc liczyć na pomoc dzieci, bezgranicznie zaufał nieuczciwemu managerowi. Kiedy wycofał się z bezpośredniego zarządzania – nowy dyrektor zaczął okradać firmę. Z naszych badań wynika, iż  obok kradzieży, oszustwa i przywłaszczenia, częstym przestępstwem z którym mają doczynienia przedsiębiorcy jest  fałszerstwo.

– Jak uchronić się przed takimi zdarzeniami?

– Doskonałą metodą jest przeprowadzenie rzetelnej zewnętrznej oceny zabezpieczeń firmy. Zdarza się, że wyspecjalizowani kontrolerzy ujawniają nadużycia związane z gospodarką magazynową, czy też oszustwa polegającą na kupowaniu usług po zawyżonych cenach. Warto przytoczyć przykład hurtowni, pod którą podjechał ponadplanowo tir, został załadowany po dach i odjechał przez nikogo nie zauważony. Na szczęście sprawca nie zdołał skasować nagrania z kamery przemysłowej. Z kolei właściciel wielkiej firmy RTV i GD, który sam zarządzając biznesem, nie był w stanie skontrolować swoich placówek teren owych, sprzedających towary… poniżej kosztów kreując zasłonę dymną w postaci promocji.

– Istnieje coś w rodzaju portretu pamięciowego sprawcy sprzeniewierzenia.

– Udało nam się stworzyć profil sprawcy. Jest to z reguły mężczyzna, w wieku 31-40 lat, o stażu pracy do 4-10 lat. Nieuczciwy pracownik zwykle jest dobrze oceniany przez przełożonych, a jego cechę charakterystyczną stanowi niechęć do opuszczania miejsca pracy. Gdyby pojechał na urlop, oszustwa mogłyby zostać ujawnione. Nierzadko impulsem, który skłania do sprzeniewierzeń, jest niezadowolenie z przebiegu kariery, frustracja spowodowana brakiem awansu.

– Czy bezpośrednio miał pan do czynienia ze sprawcami sprzeniewierzeń?

– Na szczęście nie. W naszej firmie tego rodzaju działania są prawie niemożliwe, choćby ze względu na to, że prawie wszystkie transakcje odbywają się bezgotówkowo. Mnóstwo się jednak nasłuchałem na ten temat od klientów.

Co lubi Bogdan Wiesiołek?

Samochód: Audi A6
Zegarek: nosi tylko w pracy
Ubrania: dobre, polskie garnitury, zawłaszcza „Cerruti” Próchnika. Podczas jednej wizyty w sklepie kupił 7 prawie identycznych garniturów
Wakacje: nie miejsce jest ważne, tylko ludzie, z którymi spędza się urlop
Kuchnia: fusion, tajska, ostatnio także grecka
Restauracja: w warszawskim hotelu  „Westin”, szczególnie niedzielny brunch i czwartkowy „Fish Time”, Restauracja Studio Buffo (miły kącik zabaw dla dzieci)
Hobby:  rower, golf, narty,  – zawsze w towarzystwie rodziny i przyjaciół.

Jan Borowski

Rozmowa z Janem Borowskim, właścicielem firmy JB Investments

– Stworzył pan pod Konstancinem prawdziwe samolotowe imperium. Czy dzięki temu można trafić na listę najbogatszych Polaków?

– Nigdy nie chciałem się na niej znaleźć. Znam ludzi znacznie bogatszych niż ci, którzy są obecni na takich listach i co więcej – wcale nie marzą, by się na nich znaleźć. Moi klienci to najczęściej prawdziwi ludzie biznesu – skromni, pochodzący z całej Polski, niekoniecznie z tzw. Warszawki. Są dumni z tego, co osiągnęli, konkurują właściwie sami ze sobą, a nie między sobą i to im zupełnie wystarcza. Świetnie rozumiem taką postawę. Przez całe życie realizowałem swoje pasje życiowe. Zawsze zarabiałem pieniądze przy okazji robienia czegoś, co lubię. Nigdy nie inspirował mnie sam fakt zarabiania pieniędzy, ale jakieś dzieło, satysfakcja, pasja. Przychodziłem do pracy o godz. 8 i byłem szczęśliwy, że jestem w pracy. Oczywiście, zawsze pojawiają się jakieś kłopoty czy problemy. Dzisiaj na przykład nie spałem pół nocy, bo klient wycofał się z kupna samolotu za ponad milion złotych. Muszę go sprzedać, ponieważ pożyczyłem na jego zakup pieniądze…

– Całe pana życie związane było w jakiś sposób z lotnictwem.

– Tak, otrzymałem wykształcenie lotnicze, kilka lat pracowałem w Instytucie Lotnictwa. Szybko  awansowałem i muszę powiedzieć, że tam wyżyłem się zawodowo, zdobyłem doświadczenie i nie mam kompleksów, że jestem jakimś nieudanym inżynierem. Mam na koncie zawodowym znaczące sukcesy. Jeden z samolotów z moim podwoziem przednim lata w amerykańskiej armii. Byłem z synem na wystawie lotniczej w Stanach i ten samolot tam przyleciał.  Mówię: Stasiek, zobacz, to moje podwozie! Powinno tam być napisane na przedniej goleni: Menasco Manufacturing of Canada – pracowałem wtedy dla tej firmy. Mam jeszcze w domu rysunki. To był Fairchild Republic A10 Thunderbolt, samolot pola walki, nisko latający, opancerzony. Osiąga on niewielkie prędkości i ma z przodu siedmiolufowe obracające się działo.

– Kiedy zaczął się pan interesować się mechaniką?

– Całe życie zajmowałem się silnikami spalinowymi – najpierw w modelach latających, potem przyszły motocykle i samochody, a teraz samoloty. Kiedy miałem 10 lat zacząłem chodzić do Pałacu Kultury i Nauki, wówczas imienia Józefa Stalina, do modelarni lotniczej. Tam nauczono mnie wielu prostych, ale praktycznych rzeczy -jak piłować, przycinać, ostrzyć wiertła. Proste czynności, które musi umieć mechanik. Przydało mi się to później, gdy pracowałem w Zakładzie Konstrukcji Silników Lotniczych. Było tam wielu wspaniałych konstruktorów którzy marnowali swój talent na bezsensowne niekiedy projekty .Nie byłem partyjny, więc moje szybkie awanse wszystkich dziwiły. Jak by tak dalej poszło, pewnie przeskoczyłbym mojego kierownika zakładu. Trzeba by jednak było zrobić doktorat i zapisać się do partii. Na diabła mi to, pomyślałem.

– Potem przyszła kolej na samochody.

– Samochody stworzyły szansę przetrwania, ponieważ praca w Instytucie Lotnictwa na stanowisku asystenta, a potem adiunkta dawała pieniądze, które starczały zaledwie na pierwszy tydzień miesiąca. W tamtych czasach w Instytucie pracowało się zaledwie siedem godzin. Wracałem więc do domu o drugiej i po obiedzie brałem się za naprawianie samochodów. I tak zacząłem zarabiać prawdziwe pieniądze. Potem wyjechałem do Kanady, gdzie zaoszczędziłem mały kapitalik i po powrocie kupiłem ćwierć udziałów w niewielkim warsztacie samochodowym.

– Co na to rodzina?

– Mówili: co ty Jasiek, taki zdolny, znasz języki, byłeś adiunktem w Instytucie, inżynier, magister, a tu w takiej budzie pracujesz. Ale tak było tylko do pierwszej wypłaty, kiedy zarobiłem 24 tysiące złotych, podczas gdy moja ówczesna pensja wynosiła sześć. Mały Fiat kosztował wtedy 60 tysięcy.

– Interes się kręcił?

– Tak, Miałem ambicje inżyniera. Chciałem mieć autoryzacje firm zagranicznych. Napisałem do Mercedesa i do Volvo. Volvo odpowiedziało wymijająco, a Mercedes przyjechał mnie poznać. Widać było, że ja im się spodobałem, ale nie warsztat. Kiedy kupiłem nowy warsztat przy ulicy Żwirki i Wigury w Warszawie, znowu zadzwoniłem do Mercedesa. Przyjechali i powiedzieli: tak. Był kwiecień 1977 roku i zostałem właścicielem pierwszego autoryzowanego zakładu Mercedesa w Polsce.

– Nie było wtedy w Polsce wielu Mercedesów?

– Paru prywatnych właścicieli, kilka ambasad i Urząd Rady Ministrów. Na początku jak przyjeżdżał jeden na tydzień, to też było dobrze. Ale po roku już pojawiał się już jeden mercedes dziennie. Przyjąłem zasadę, że nie ma usterki nie dającej się naprawić. Czy trzeba było coś dorobić, przerobić, zaadaptować, wszystko było do przeskoczenia. Wtedy robiło się różne sztuczki.

– I co dalej?

– Po dwóch latach wybudowałem nowy zakład i wtedy ruszyła fala używanych samochodów importowanych. Roboty było tyle, że zamykałem bramę na kłódkę, żeby nikt nowy nie wdarł się na teren, bo już nie byłem w stanie tego przerobić. Wpychałem pieniądze do walizki i pracowałem dalej, do nocy. Ale człowiek wiedział, po co pracuje.

– A samoloty?

– Lotnictwo odeszło na dalszy plan. Ale przez przypadek stałem się współwłaścicielem motoszybowca. Ale nie miałem licencji pilota. Było to niewygodne, bo ciągle musiałem prosić mojego wspólnika, żeby znalazł czas i ze mną polatał. Jeździłem sam do hangaru na Babicach, gdzie stał samolot, wyprowadzałem maszynę, uruchamiałem silnik, ale nie latałem, bo nie miałem licencji.

– I co Pan zrobił, by zostać pilotem? Rozumiem, że nie była to zwykła droga?

– W tamtym czasie uprawiałem windsurfing, byłem zawodnikiem, startowałem nawet w mistrzostwach Polski. Zdrowie świetne, ale nosiłem okulary, w których wtedy nie można było zacząć szkolenia. Ale można było wznowić, jeśli się już kiedyś latało. Wymyśliłem więc historyjkę, że w młodych latach latałem. Przeszedłem badania i wznowiłem szkolenie. Teraz mam przelatanych dwa tysiące godzin, duże doświadczenie pilotażowe, mnóstwo typów maszyn, wszystkie uprawnienia.

– Porzucił pan samochody?

– Dwa lata temu sprzedałam swój zakład w Piasecznie i przerzuciłem się na lotnictwo. W lutym 2000 roku zbudowałem te halę. Na początku dwa, trzy samoloty stały w środku, a teraz jest ich 20 pod dachem i 10 na zewnątrz. Właśnie stawiam drugą halę. Zresztą klienci, którzy trzymają u mnie swoje maszyny  kupują kolejne, większe. Gdy pytają, czy przejadą nimi przez bramę, odpowiadam, że w razie czego bramę przerobię. Właśnie jeden z nich kupił samolot TBM 850 – turbina, ciśnieniowa kabina – warty 3 miliony dolarów. .

– Kto kupuje u pana samoloty?

– Procentują moje znajomości z czasów Mercedesa. Znam wielu najbogatszych Polaków. Dlaczego? Kiedy Mercedes zaczynał startować w Polsce, wszyscy zamożni przedsiębiorcy – rzec można – przeszli przez moje ręce. Z większością zaprzyjaźniłem się i utrzymywałem kontakty. Dziś kupują u mnie nie tylko samoloty, ale także helikoptery.

– Jak pan ocenia zainteresowanie lotnictwem w Polsce?

– To jest fascynacja. Każdy, kto raz poleci małym samolotem i widzi wszystkie te pejzaże, a w dodatku czuje, że ma możliwość wpływu na lot, natychmiast łapie bakcyla, z którego nigdy nie można się wyleczyć. Lotnictwo wymaga inteligencji i ogromnej podzielności uwagi. Myślę, że ludzie, którzy mają dobrze poukładane w głowie i trochę w życiu zarobili, w naturalny sposób zwracają się w stronę lotnictwa.

– To ważny rynek?

– Wspaniały. 38 milionów mieszkańców i około 600 samolotów prywatnych. Dla  porównania w Niemczech jest 10 tysięcy samolotów przy 50 milionach ludzi. W Hiszpanii przy 40 milionach jest 3 tysiące samolotów. Sromnie licząc w Polsce powinno być ponad tysiąc samolotów, z tego 10 procent nowych. Spory rynek. Sprzedałem trzy lata temu 20 i to był niesamowity wynik. W tym roku tylko trzy lub cztery..

– Sprowadza pan samoloty głównie ze Stanów Zjednoczonych?

– Również z Austrii, firmy Diamond. W USA działają producenci Piper i Aviat Husky. Do niedawna reprezentowałem również firmę Hawker Beechcraft, ale Amerykanie ustanowili w Moskwie tylko jednego dealera na Europę i wypadłem z gry. Myślę, że niedługo wrócą.

– Ile jest w Polsce lądowisk  prywatnych?

– Zarejestrowanych około 200. O niektórych nikt nie wie. Lądowisk prywatnych jest bardzo dużo. Polska jest płaskim krajem, latać można właściwie wszędzie. Kiedyś prosiło się o zgodę na lot. Teraz nie ma czegoś takiego. Startuje się i zgłasza tylko kontroli, dokąd się leci. Żeby polecieć na przykład do Niemiec, wysyła się faksem plan lotu, że będzie się na przykład za pół godziny nad ich terytorium. W strefie Schengen nie ma problemu. Latanie jest super sposobem na przemieszczanie się. Z lądowaniem w Wenecji, Nicei, Paryżu nie ma kłopotu. A w Londynie wystarczy pokazać paszport. Moi klienci latają samolotem na przykład do Courchevelle na narty na weekend.

– Najciekawsza pańska lotnicza przygoda?

– Oj, trochę tego było. Kiedyś leciałem do Wenecji i złożyłem plan lotu na Leonardo da Vinci Aeroporto pod miastem. To był lot instrumentalny, dolatuję, zniżam się. Melduję się w kontroli, ale otrzymuję informację, że nie mogę tam zostać, bo nie ma miejsc do parkowania. Przecież mam zarezerwowany hotel w Wenecji, przyleciałem na parę dni, muszę tam parkować. To my cię naprowadzimy na inne lotnisko. Ok, ląduję na fajnej łące, na wyspie Lido, Wenecję widać jak na dłoni, robie zdjęcia miasta z lotu ptaka. Za trzy i pół euro płynę motorówką do Canale Grande. Super, bo inaczej jechałbym taksówką 40 km. Nie zawsze kończy się tak miło. Miałem kiedyś trudny lot do Barcelony. Obladzało, wiał silny wiatr, podobnie na Nord Cap, był tak potworny wiatr, że trudno było wylądować. Tam lotnisko jest na bardzo wąskiej półce skalnej. W końcu  udało mi się wylądować na innym, odległym o 40 km lotnisku.

– Najdroższy samolot, który Pan sprzedał?

– Za 14 i pól miliona dolarów. Ale nie powiem komu.

– Chcąc kupić samolot, trzeba sporo wcześniej złożyć zamówienie?

– Tak, ale zdarzają się okazje. Kupuję coś i mówię, że mam taką, a taką maszynę, zarejestrowaną, gotową do lotu.

– Można kupować na kredyt, leasing?

– Tak, ale leasing samolotu jest specyficzny. Przede wszystkim dlatego, że bardzo często trzeba zapłacić za samolot, który jest jeszcze w fabryce i nikt go nie widział. Miliony przelewane są na moje konto na podstawie faktury pro forma. Mam kredyt zaufania w instytucjach finansowych, zbudowany na wieloletniej współpracy. Od 1995 roku sprzedałem 54 samoloty. To dużo, ale większość w ostatnich 3 latach.. Najtańszy samolot u mnie kosztuje ponad milion złotych.

– Najlepszy klient?

– Kupił już trzeci samolot. Po drugim powiedział, ze potrzebuje odmiany i spytał, co ma teraz zamówić. Doradziłem. Inny klient stwierdził: mam już 62 lata i muszę sobie kupić nowy samolot. Sprzedałem mu dwusilnikowego Peipera Senekę, bardzo mi dziękował. W tej branży poznaje się ludzi fascynujących, którzy odnoszą ogromne sukcesy finansowe i w sposób mądry te pieniądze wydają. Nie na jakąś ruletkę czy nudnego golfa.

– A inne pasje poza lotnictwem? Czy nie starcza czasu?

– Też związana jest z lotnictwem. Założyłem fundację Zabytki Polskiego Nieba, która restauruje stare samoloty. Sam finansuję jej działanie. Prawdziwą sztuką jest latać samolotem unikatowym, odrestaurowanym. Wciągnąłem w to syna, świetnie sobie radzi. Odnowiłem ostatnie dwa zachowane samoloty TS-8 Bies, którymi polska armia uczyła się latać w latach 50. i 60. Jeden przygotowałem dla siebie, drugi sprzedałem. Ten drugi ma pewną wadę: jest lepszy od mojego… Jest to bardzo ciekawy samolot pod względem technicznym, ma polski silnik. Dzisiejsi generałowie lotnictwa uczyli się na nim latać. To prawdziwy rarytas, prawie wszystko, co latało w tamtych czasach, było rosyjskie. Obecnie odrestaurowujemy myśliwiec JAK 11, którym polska armia uczyła się latać w latach 50.  Waży 3 tony. Jest to jedyny w Polsce egzemplarz, zdjęty z pomnika spod szkoły.

– Jeździ pan na krajowe pokazy lotnicze? Radom, Góraszka?

– W tym roku nie byłem. Częściej jestem zapraszany na różne pokazy zagraniczne. Niestety, organizatorzy polskich pokazów, poza Muzeum Lotnictwa Polskiego nie otaczają szacunkiem polskich samolotów i wolą pokazywać MIG-i i F16.

– Czym dla pana jest luksus?

– To możliwość finansowania pomysłów inwestycyjnych z własnych środków. To coś, czego doświadczam od wielu lat. Jedyną troską jest zdrowie i nieubłagany upływ czasu.

Co lubi Jan Borowski?

Pióra – Bell

Zegarek – Ulysse Nardin – Quadrato

Ubrania – Brooks Brothers

WypoczynekMazury – samolotem 50 minut spod domu pod dom

Restauracja – „Tradycja Polska” w Warszawie

Kuchnia – niemiecka, zwłaszcza z regionu Szwabii

Samochód – mercedes

Samolot – ulubiony DA42 Diamond Twin Star

 

Jan Wejchert

ManagerOnline

Rozmowa z Janem Wejchertem, przedsiębiorcą, założycielem grupy ITI

– Wejchert Golf Club w Brzeźcach pod Górą Kalwarią. ma zostać otwarty już w połowie 2001 roku. To olbrzymia inwestycja, zostało więc już niewiele czasu...

– Zostały zakończone najważniejsze prace ziemne. Przy kształtowaniu terenu przemieszczono 1 mln m sześciennych ziemi. Powstały m.in. 4 jeziora, z których największe ma 3,5 ha. Na ukończeniu jest system odwadniający – 75 km rur. Na wiosnę zostanie posiana trawa. Termin uruchomienia klubu zależy od pogody, czyli od tego, jak szybko będzie rosła trawa. Wykonawcą jest francuska firma Benedetti, która ma na swoim koncie realizacje ponad stu pól golfowych na całym świecie, m.in. Valdemary w Hiszpanii czy Perverto na Sardynii. Nasze pole ma w ich rejestrach numer ewidencyjny 105. Budowa pola golfowego to w dzisiejszych czasach przedsięwzięcie naukowe. Bada się jakość gleby, klimat i dobiera się odpowiednia trawę. Współpracujemy z irlandzkim laboratorium badawczym, które doradza nam, jaką trawę mamy posadzić.

– O projekcie już teraz mówi się, że będzie to najnowocześniejsze pole golfowe w Europie Środkowo-Wschodniej. Czym będzie się wyróżniać?

– Bardzo ważne jest przede wszystkim, kto projektuje pole. W naszym przypadku jest to renomowana firma należąca do światowej czołówki – Robert Trent Jones Junior. Przez ostatnie 50 lat zaprojektowali ponad 450 pól golfowych na całym świecie.

– Jakie są ogólne założenia projektu?

– Na projekt składa się: pole golfowe, Akademia Golfa, centrum jogi, wellness i medytacji, centrum konferencyjne, dom klubowy oraz część mieszkalna. Najważniejsze jest jednak pole. Nie ma mowy o żadnych kompromisach, które mogłyby zaszkodzić jego jakości. Żadne inwestycje nie mogą naruszać naturalnego otoczenia. Pole w 70 proc. otoczone będzie lasem, na którego tle nie będzie żadnych zabudowań. Las jest naturalną granicą pola. To ewenement w Europie. Zwykle wokół pola buduje się mnóstwo domów. Gra się więc wśród kilkupiętrowych budynków. U nas część mieszkalna oraz zabudowania kompleksu powstaną tam, gdzie nie będą kolidować z naturalnym krajobrazem.

– Jak będzie wyglądała część mieszkalna?

– Będą to jednorodzinne domy o powierzchni od 250 do 750 mkw. Stanie ich ok. 60. Zadbamy o to, by była to dobra architektura, współgrająca z otoczeniem, nawiązująca do klasycznej architektury konstancińskiej. Znalezienie złotego środka w tym przypadku nie jest łatwym zadaniem.

– Jaka będzie powierzchnia pola?

– Zajmie 95 ha, na co złoży się 18-dołkowe pole główne o długości ponad 6 km i Akademia Golfa, z małym 9-dołkowym polem treningowym dla początkujących. Reszta to zespół domów i budynków klubowych, ok. 20 ha.

– Jak ocenia pan zwrot perspektywy biznesowe tej inwestycji? W Polsce nie ma przecież szczególnie wielu golfistów…

– Trzeba na to spojrzeć inaczej. Ludzie nie grają w golfa, bo nie ma pól golfowych. Każde nowe pole będzie przyciągać nowych graczy. Dzisiaj wokół Warszawy są dwa pola średniej jakości, nie ma żadnej akademii golfa. Sądzę, że w dwumilionowej aglomeracji warszawskiej chętnych do gry w golfa znajdzie się naprawdę wielu. Warszawa docelowo będzie za jakiś czas potrzebowała co najmniej 10 pól.

– Wspomniał pan o Akademii Golfa…

– Akademia ma być miejscem, gdzie będzie się w niej można nauczyć zasad i technik tej gry. Chcielibyśmy przede wszystkim umożliwić naukę młodym ludziom, od czterech lat w górę, chociaż golf jest sportem, który można zacząć uprawiać i po sześćdziesiątce. Ważne, by w Polsce zaistniał na dużą skalę golf profesjonalny. Mamy już całkiem liczną kadrę, część trenerów pracuje za granicą.

– Od kiedy gra pan w golfa?

– Zacząłem, gdy przeprowadziłem się w 1984 r. do Irlandii. Ale bardzo żałuję, że nie robiłem tego w sposób bardziej systematyczny. To były raczej przypadkowe spotkania z tym sportem. Źle spożytkowałem mój czas w Irlandii. Ale jak się bardzo intensywnie pracuje, to czasu na golfa jest bardzo mało, a jest to sport czasochłonny.

– Pana życiorys to taki „American dream”, do wszystkiego doszedł pan sam, zaczynając od zera. Jak pan zarobił pierwsze pieniądze?

– Pierwsze prawdziwe, bardzo duże pieniądze zarobiłem nie sam, ale razem z moimi partnerami. Miałem wielkie szczęście, że poznałem Mariusza Waltera, potem Brunona Valsangiacomo, a ostatnio Wojtka Kostrzewę, razem założyliśmy grupę ITI. Zawsze chciałem być samodzielny finansowo. Pierwsze pieniądze zacząłem zarabiać już w szkole podstawowej. Robiłem zdjęcia na szkolnych imprezach, akademiach, wycieczkach, a potem je sprzedawałem. Trzeba było kupować papier fotograficzny i chemikalia do wywoływania fotografii, to nauczyło mnie kalkulacji. Ale wychodziłem na swoje. Miałem zawsze jakieś drobne na swoje potrzeby. Słowem – pierwsze pieniądze zacząłem zarabiać w wieku 12 lat.

– Jaki stosunek do pieniędzy wyniósł pan z domu?

– Pieniądze wystarczały nam na bardzo skromne życie, właściwie tylko na jedzenie. Nie byłem nigdy głodny, ale rodzicom ledwo wystarczało do pierwszego. Bardzo dobrze mnie nauczyli wartości pieniądza i relacji między pracą a pieniędzmi. To mi zostało na całe życie i mam nadzieję, że również udało mi się to przekazać moim dzieciom. To, że za pieniędzmi stoi praca i umiejętności.

– Rozumieją wartość pracy i pieniądza? Zadbał pan, by zdobyły staranne wykształcenie na zagranicznych uczelniach, odbyły staże w innych firmach. Czy połknęły biznesowego bakcyla?

– Mam nadzieję, że moje dzieci mają szacunek do pracy. Chcą być samodzielne i samowystarczalne. Te, które już skończyły studia i pracują, same na siebie zarabiają. Nie potrzebują mojej pomocy. Bardzo dobrze wykorzystały to, co ja im dałem, czyli możliwość dobrego wykształcenia. Wiadomo jednak, że można dostać dobre wykształcenie i tego nie wykorzystać. Jestem bardzo z nich dumny, bo pracują i są dobrzy w tym, co robią.

– Czy chcą w przyszłości przejąć rodzinny biznes, czy raczej robić swoje?

– Przyjęliśmy taką zasadę w rodzinie, że po skończonych studiach najpierw zaczyna się pracę na zewnątrz. Mój syn pracował w różnych bankach, zanim zaczął pracę w TVN, a później w Onecie. Córka z kolei ponad 6 lat pracowała w Procter & Gamble, a obecnie przechodzi do mnie. Ma się zajmować hotelem i naszym Wellness& Meditation Center. Młodsza córka jest na studiach, a przed najmłodszymi dziećmi jeszcze długa droga.

– Wellness & Meditation Center to będzie rodzaj spa?

– Chcemy unikać tego typu skojarzeń. Planujemy miejsce dla ludzi, którzy są bardzo zajęci, narażeni na stres. Będzie tam można odpocząć, ćwiczyć jogę, a co za tym idzie medytację, a także poddać się masażom. To ma być miejsce aktywności z możliwością pełnej odnowy biologicznej.

– Ćwiczy pan jogę?

– Bardzo regularnie. Mam na tym punkcie bzika. Ćwiczę i staram się namawiać do tego innych, również naszych pracowników. Pokutuje przekonanie, podobnie zresztą jak w stosunku do golfa, że to zajęcie dla emerytów. W obu przypadkach to mylne stwierdzenie. Jogi trzeba spróbować, żeby się samemu przekonać. Podczas godzinnego treningu jogi można się zmęczyć równie mocno jak w siłowni.

– Ma pan osobistego trenera jogi?

– Jest to Kasia Wilkos, współpracująca z centrum fitness w ITI, zaangażowana w nasz jogowo-medytacyjny projekt w Brzeźcach. Znakomita trenerka, której wiele zawdzięczam i mam nadzieję, że robię postępy. Kiedy podróżuję, sam staram się ćwiczyć.

– Dużo pan podróżuje?

– Sporo. Przyzwyczaiłem się.

– Lubi pan to?

– W ogóle lubię to, co robię.

– To widać… A co się czuje, gdy się trafia na listę najbogatszych Polaków?

– Uważam, że w biznesie pieniądze są wymiarem sukcesu. Jeżeli odnosimy ten sukces, moi partnerzy lub ja sam, jesteśmy wymieniani na takich, czy innych listach. Niewątpliwie to jest to sukces. Ale sukces firmy. Pieniądze, które zużywam na swoje prywatne potrzeby, są niewielkim ułamkiem sumy zaangażowanej w sam biznes. Wielu ludzi tego nie rozumie. Ja korzystam w ułamka procenta z tego, co zarabiam. Ciągle inwestujemy. Stworzenie pięciu tysięcy miejsc pracy naprawdę dużo kosztuje. Na znalezienie się na liście najbogatszych patrzę w taki sposób: OK, coś nam się wszystkim udało, to, co zbudowaliśmy, jest warte konkretną sumę. To nie ja, to moja firma jest bogata.

– Które z osiągnięć miało dla pana szczególne znaczenie?

– Ja i moi partnerzy cieszymy się małymi i dużymi sukcesami. Bardzo cieszyliśmy się, gdy sprzedaliśmy pierwsze 20 magnetowidów w Polsce… No i pierwszym milionem dolarów. Cieszą też rzeczy niewymierne: nagrody dla naszych dziennikarzy, prezenterów, dla najlepszego pracodawcy… Ale jesteśmy przygotowani też na klęski. I zahartowani w boju. Najważniejsze, że wciąż potrafimy się cieszyć nawet małymi sukcesami. Również tym, że ma się zdrowie i dobrą formę.

– Mówi się o imperium medialnym ojca Rydzyka, a powinno raczej o medialnym imperium Jana Wejcherta.

– Nie lubię nazw imperialnych. Ale rzeczywiście wraz z moimi partnerami udało nam się stworzyć grupę unikalną w skali światowej. W ramach jednego holdingu mamy i telewizję naziemną, i kanały tematyczne, kanał newsowy, portal internetowy, sieć kin, platformę N i drużynę piłkarską… Można nas porównać właściwie tylko z Time Warnerem.

– Znajduje pan czas na pasje. Golf, joga to nie wszystko, interesuje pana również renowacja zabytków.

– Bardzo to lubię. Mam słabość do nieruchomości. Siedzimy dzisiaj w pałacu Sobańskich, to moja pierwsza poważna inwestycja. Bardzo się cieszę, że udało się go wyremontować, i to na tyle dobrze, że został uznany za najlepiej zrewaloryzowany budynek w ostatnim 10-leciu. Kupiłem i odremontowałem papiernię w Konstancinie. To też przykład wykorzystania istniejącej architektury. Starałem się zachować to, co się dało, ze starej, wypalonej fabryki.

– A teraz czas na odnowę budynku dawnej ambasady brytyjskiej w Alejach Ujazdowskich?

– Tak, chciałbym zmienić ją w hotel z dwudziestoma kilkoma apartamentami. Będzie stanowił wspólny kompleks z pałacem Sobańskich, gdzie znajdzie się zaplecze restauracyjno-kulturalne. Budynek wymaga kapitalnego remontu. Zostaną zapewne tylko mury.

– Aranżacją ma się zająć światowej sławy francuska architekt Sybille de Margerie…

– Ma na swoim koncie kilka bardzo udanych realizacji wnętrz, np. hotel Cheval Blanc w Courchevel, robi projekty dla wielkich sieci hotelarskich. Będzie też zajmowała się wnętrzami naszego domu klubowego w Brzeźcach.

– Co dzieje się na co dzień w pałacu Sobańskich?

– W siedzibie Klubu Polskiej Rady Biznesu 1 października została uruchomiona ogólnie dostępna restauracja „Amber Room”. Pojawił się nowy zespół, którego członkowie uzyskali praktykę gastronomiczną w prestiżowych lokalach w Anglii. Mają ambicję, jakom pierwsza polska restauracja uzyskać gwiazdki w przewodniku kulinarnym Michelina. Gorąco im kibicuję. Poza tym Zycie klubowe toczy się jak dawniej. To zamknięty klub, do którego należy obecnie ok. 400 osób. Aby się do niego dostać, trzeba zostać rekomendowanym przez dwóch członków klubu. Są to ludzie związani z biznesem wyższego szczebla. Podejmują tu swoich klientów, przyprowadzają gości, prowadzą rozmowy. Mam nadzieję, że jest to miejsce, które pomaga w funkcjonowaniu biznesu. To klub o silnym charakterze biznesowym, raczej przychodzi się tu pracować, niż się bawić.

– Jest pan też współwłaścicielem klubu Legia Warszawa? Czy to z miłości do piłki nożnej?

– Mój partner biznesowy Mariusz Walter jest wielkim miłośnikiem futbolu. Nie znam się na piłce tak dobrze, jak on. Razem jednak uznaliśmy, że to tak wspaniały klub, z tak wielką tradycją, że warto go uratować. Gdy go przejęliśmy był na krawędzi bankructwa. Miał ok. 5 mln euro długów, niepłacone pensje pracowników i zawodników od dwóch, trzech lat. Nie było nikogo, kto by chciał przejąć ten cały bałagan. Stwierdziliśmy, że chcemy coś dać społeczeństwu, nie tylko warszawskiemu, ale i polskiemu, bo Legia jest najlepiej rozpoznawaną marką, jeśli chodzi o futbol w Polsce.

– Potraktował pan to jako dobrą inwestycję?

– Początkowo tak, teraz patrzę na to, niestety, z coraz mniejszym entuzjazmem. Chcemy doprowadzić do tego, żeby Legia była dobrze prowadzonym przedsiębiorstwem, które zarabia. Ale jest tyle czynników, na które nie mamy wpływu. Począwszy od skandalicznego zachowania pseudokibiców, przez system legislacyjny związany z ochrona widzów, afery związane z PZPN, po kupowane mecze. To wszystko jest przerażające.

– Więc co dalej?

– Zainwestowaliśmy w Legię już 30 mln euro. Trzy miliony Euro zapłaciliśmy za projekt stadionu. Myśli pani, że ktoś nam powiedział: „Dziękuję?” Spotykamy się z niezrozumieniem, nawet ze strony polityków. Mimo że Legia nie miała nigdy tak dobrych wyników, jak podczas ostatnich czterech lat. Myślę, że w polskim futbolu tkwi jakiś głębszy socjologiczny problem. Uważam, że albo powinien zostać w naszym kraju zakazany jako sport i wszystkie stadiony należy zaorać, albo – jeżeli chcemy mieć futbol jak w cywilizowanych krajach – trzeba robić to profesjonalnie. Czy istnieje szansa, by z Legii powstał klub na miarę Manchester United? Wierzę że tak, chociaż spotykają nas same przykrości, wydajemy ogromne pieniądze, jesteśmy oszukiwani. Jeżeli sytuacja się nie zmieni, to nie wykluczam, że się wycofamy. Cieszą mnie natomiast postępy w budowie stadionu. Trzy skrzydła z około 20 tys. miejsc dla kibiców zostaną oddane do użytku w maju przyszłego roku. Główna trybuna będzie gotowa w pierwszej połowie 2011 roku. Mam wrażenie, że miasto wreszcie zrozumiało, jak ważna jest dla niego „Legia” – ikona Warszawy.

– Samą radość za to daje panu nowe, późne ojcostwo.

– To jest wspaniałe doświadczenie. Mam trójkę dorosłych dzieci, pięcioletniego synka i nowo narodzoną córeczkę. Bardzo świadome macierzyństwo, chciałoby się powiedzieć. To wielka frajda, ale i odpowiedzialność. Zwłaszcza że pierwszy syn urodził się, gdy miałem 23 lata. Z perspektywy czasu uważam, że to powinno być prawnie zabronione, żeby w tym wieku mieć dzieci, zwłaszcza jeśli chodzi o mężczyzn. Dla wielu granica trzydziestki to za mało. Może czterdziestka? Wtedy zaczynamy być odpowiedzialni… To dla mnie wielkie wyzwanie. Staram się poświęcić synkowi wiele czasu. Kiedy jesteśmy razem, to już na maksa. Obserwowanie jego rozwoju, postępów, wyobraźni to naprawdę wielka sprawa.

– I mieć takiego ojca!

– Nawzajem się dopingujemy.

– Czym dla pana jest luksus?

– Największym luksusem jest możliwość dysponowania własnym czasem. Teraz doszedłem do takiego punktu w mojej karierze, że w dużej mierze jestem panem mojego czasu. I to jest najważniejsze. A jeżeli do tego dołożyć możliwości finansowe, to mogę ten czas spędzić tak, jak chcę. Luksus to możliwość cieszenia się życiem.

– Wygląda pan na człowieka szczęśliwego, spełnionego, ale i spokojnego. Nigdzie się pan nie spieszy jak typowy biznesmen…

– To dzięki jodze i medytacji, które wszystkim polecam.

Rozmawiała Barbara Grabowska

Jan Wejchert – absolwent Wydziału Ekonomii UW. W 1976 r. został polskim pełnomocnikiem frankfuckiej firmy Konsuprod, GmbH & Co., która otrzymała zgodę na działalność na terenie PRL. Był także właścicielem firmy Contal International Ltd, ulokowanej w Irlandii na obszarze doków portowych, które stanowiły obszar tzw. raju podatkowego. W 1984 r. wspólnie z Mariuszem Walterem założył firmę ITI (International Trading and Investment) zajmującą się na początku produkcją chipsów, sprowadzaniem sprzętu elektronicznego z zagranicy oraz rozprowadzaniem kaset wideo w Polsce. Jest współzałożycielem komercyjnej stacji telewizyjnej TVN oraz współwłaścicielem, wraz z Mariuszem Walterem, warszawskiego klubu piłkarskiego Legia. Prezes Klubu Polskiej Rady Biznesu. W tym roku znalazł się na 4. miejscu listy najbogatszych Polaków.

 

Jarosław Mastalerz

Rozmowa z Jarosławem Mastalerzem, członkiem Zarządu BRE Banku SA ds. bankowości detalicznej

– W jaki sposób został pan managerem?

– Pierwszy krok w tym kierunku to zapewne wybór kierunku studiów. Zdecydowałem się na rachunkowość na Uniwersytecie Łódzkim. Pomogło mi to zrozumieć, że biznes widzę poprzez język liczb. Duża w tym zasługa prof. Alicji Jarugowej, która tworzyła współczesną polską księgowość. Także i dziś, gdy ktoś przychodzi do mnie z pomysłem, od razu rozpisuję projekt na liczby. Bardzo cenię osoby obdarzone intuicją finansową, które błyskawicznie potrafią wyliczyć, czy planowany biznes wykreuje wartość.

– Najważniejszy wyznacznik pańskiej kariery?

– Nikomu nie udało się mnie zamknąć w ściśle określonych ramach. Oczywiście, jestem w stanie wejść w pewną rolę, ale zawsze szukam nowych możliwości rozwijania biznesu. Przez dwa lata zajmowałem się konsultingiem w PricewaterhouseCoopers, korporacji, która zapewnia doskonały warsztat, ale stwierdziłem, że moje możliwości rozwoju się wyczerpały. W 1998 roku przeszedłem do Grupy Zurich, gdzie pomimo młodego wieku, powierzono mi odpowiedzialność za marketing i business development, a jednocześnie realizację budżetu na poziomie 10 mln dol. Warto przypomnieć, że w tym samym czasie startowało 12 powszechnych funduszy emerytalnych. Zaczynaliśmy od zera, by osiągnąć 5 proc. udział w rynku. Sytuacja wymagała od nas kreatywności, a jednocześnie musieliśmy ściśle trzymać się przepisów. Naszą działalność nadzorowała KNF. Głównym, bardzo wymagającym, partnerem Grupy Zurich był w tym biznesie NSZZ „Solidarność”, a obecny przewodniczący związku Janusz Śniadek pełnił funkcję przewodniczącego Rady Nadzorczej.

– Miarą sukcesu był pański awans do zarządu w wielu 29 lat.

– Zastanawiałem się wtedy, jaka powinienem wybrać drogę: zostać marketingowcem, który zna się na finansach, czy też szefem finansowym, odpowiedzialnym za sprzedaż i marketing. Moi ówcześni szefowie zaakceptowali drugie rozwiązanie. Kiedy pękła bańka internetowa, Grupa Zurich zdecydowała się odsprzedać Generali swój polski biznes. Stanowisko dyrektora finansowego, które wówczas sprawowałem  było, z zasady, w pierwszej kolejności obsadzane przez nowych właścicieli. Jednak zadecydowano, że jako jedyny członek zarządu pozostałem na swoim miejscu. Dodatkowo powierzono mi rolę dyrektora finansowego w dwóch oddziałach firmy.

– Jak wyglądało połączenie Grupy Zurich z Generali?

– Była to bardzo głęboka fuzja, związana również z redukcją personelu. To z wielu przyczyn niełatwe zadanie dla managera, ale takie doświadczenie jest potrzebne, by podejmować szybkie, trafne decyzje w sytuacjach kryzysowych. Także w normalnej działalności operacyjnej dyrektor finansowy w towarzystwie ubezpieczeniowym nie ma łatwego życia. W takiej firmie wszystko jest finansami. Wszystko jest ryzykiem.

– Z ubezpieczeń przeszedł pan do bankowości. To nietypowa droga.

– Pracując w Generali dołożyłem sobie do listy obowiązków odpowiedzialność za pion sprzedaży ubezpieczeń przez banki. Ze względu na udziały jakie Generali posiadało w Commerzbanku , naturalnym partnerem był dla nas BRE Bank. Przez pewien czas współpraca nie układała się, ale sytuacja uległa zmianie gdy poznałem  ówczesnego prezesa BRE Banku Sławomira Lachowskiego Uruchomiliśmy wiele wspólnych projektów. Zaczęliśmy od łamania schematów. Przez tydzień prawnicy szukali uzasadnienia tezy… dlaczego polisa musi być papierowa. Gdy nie znaleźli, szybko z tego skorzystaliśmy proponując polisy elektroniczne. Jako pierwsi z sukcesem wprowadziliśmy tego rodzaju ubezpieczenie turystyczne.

– Słowem: był pan już jedną nogą w banku.

– Zwrócił mi uwagą na to prezes Lachowski: „Wiesz najlepiej, ile masz ograniczeń. Lepiej przyjdź do nas i zbuduj firmę, w której będziesz mógł bez przeszkód realizować swoje zamierzenia”. To przesądziło. I tak zacząłem tworzyć projekt BRE Ubezpieczenia. Już w założeniu była to nietypowa działalność, stosująca podobną strategię jak „Nike”. Znana firma obuwnicza nie ma – jak wiadomo – ani jednaj fabryki butów. Postanowiliśmy, że będziemy działać podobnie; projektując produkty, organizując logistykę, ale sprzedaż zlecając innym. Podobnie jak w przypadku „Nike” nasz klient widzi tylko markę BRE Ubezpieczenia. Dzięki temu bank nie musi uwzględniać w bilansie kilkudziesięciu milionów tytułem ryzyka. Krótko mówiąc – nasz innowacyjny projekt polegał na zminimalizowaniu ryzyka, przy jednoczesnym otwarciu możliwości pozyskiwania znaczących przychodów.

Budowa spółki kosztowała wiele wysiłku?

 – Prawdę mówiąc po kilku latach niezwykle intensywnej pracy, kosztem prywatnego życia, miałem ochotę trochę zwolnić tempo. Szczególnie , że spółka BRE Ubezpieczenia zaczęła już osiągać bardzo dobre wyniki. Tymczasem Martin Blessing i Sławomir Lachowski złożyli mi kolejna propozycję – tym razem , pokierowania częścią detaliczną BRE Banku. Pewnie każdemu innemu odpowiedziałbym odmownie, ale są propozycje , na które nie można odpowiedzieć „nie”. Zostałem szefem części detalicznej BRE Banku, która powstała w najlepszym możliwym okresie, a w dodatku dysponowała wspaniałym, zmotywowanym zespołem. Biznes w Polsce rozwijał się tak dynamicznie, że podobne inwestycje uruchomiono w Czechach i Słowacji. Mój awans zbiegł się z kryzysem. Po raz pierwszy poczułem się, jak maszynista pociągu, który wie, że musi zderzyć się z górą. W moim przypadku była to góra problemów związanych z nabrzmiewającym kryzysem.

– Jak zespoły mBanku i MultiBanku przyjęły szefa reprezentującego inna branżę?

– Z duża rezerwą. I trudno się temu dziwić – staż w bankowości wynosił zaledwie rok. Dotychczas ten znakomity  zespół słyszał tylko jedno hasło: „więcej, więcej, więcej”. A ja musiałem działać jak inżynier finansowy. Przedstawiłem wizję działań optymalizacyjnych, do której udało mi się przekonać współpracowników, choć nie było to dla nich łatwe, ponieważ wymagało przewartościowania dotychczasowych doświadczeń. Kiedy po raz pierwszy spotkałam się z grupą 40 szefów zespołów, wiedziałem, że mam szanse przekonać ich tylko przy pomocy języka liczb. Najbardziej cieszy mnie to, że w nowej sytuacji okazali się równie skuteczni, jak przedtem, chociaż zadania były zupełnie inne. Najwyraźniej uznali, że nie podcinam im skrzydeł, ponieważ sami zaczęli szukać rezerw finansowych wszędzie, gdzie to było możliwe. Znów postawiliśmy na nietypowe działania. Zamiast szukać jednego dużego rozwiązania  – w detalu, bo tak potocznie nazywamy bankowość detaliczną BRE Banku, postawiliśmy na poprawienie tysiąca detali. Przyniosło to kapitalne efekty.

– Przy dynamicznym wzroście wręcz trudno zwracać uwagę na elementy, które mogą hamować rozwój.

– Z kolei w sytuacjach kryzysowych optymalizacja procesów może przynieść najlepsze efekty. Najlepiej zilustruje to przykład. Jedna z pierwszych decyzji dotyczyła nie wysyłania co miesiąc papierowych wyciągów, co w skali naszych banków detalicznych, czyli przeszło 3 mln. klientów, generowało potężne koszty. Wbrew obawom, klienci nie zaczęli zamykać kont. Po prostu, ci którym potrzebne są papierowe wyciągi, muszą za nie zapłacić. Pozostali otrzymują je emailem. Najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza, ponieważ w 2009 roku przybyło nam 480 tys. klientów. Optymalizując koszty postawiliśmy sobie za cel, by nie obniżać jakości usług. To również bardzo nam pomogło. Według naszych szacunków, ponieważ nie publikuje się tego rodzaju danych, co roku zmienia bank około 1,2 mln osób i firm. Tacy właśnie świadomi klienci nie lubią stać w kolejkach, czy też walczyć z mało sprawnymi portalami internetowymi. Potrafią oni docenić nowoczesność naszego systemu, funkcjonalne konta i odpowiednią cenę oraz jakość usług.

– Powtarza pan, że na bank trzeba patrzeć z punktu widzenia klienta.

– A czy widzi pan inną racjonalna możliwość? Trzeba słuchać rynku, odrzucić dogmaty, choćby takie jak: „Klient oszczędza, albo korzysta z kredytu”. A to przecież nieprawda. Większość korzysta z kredytów, a jednocześnie oszczędza i lokuje. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. Podstawowe kryterium to racjonalność działań. Tymczasem w wielu bankach oddziela się te sfery grubym murem: specjaliści od kredytów niewiele wiedzą o rynku lokat. Kompleksowa analiza pozwala ocenić rzeczywiste możliwości płatnicze klienta. Pewnie dlatego liczba kredytów hipotecznych rośnie u nas dwa razy szybciej niż na rynku. A kredytów tych udzielamy tylko sprawdzonym klientom. W ten sposób nawiązujemy do tradycji dawnych banków spółdzielczych. Kiedyś ludzie znali się nawzajem, zarówno kredytodawcy, jak i kredytobiorcy nie chcieli sobie zrobić krzywdy, bo wiedzieli, że dalej będą żyć razem w tym samym miejscu. Trzeba pamiętać o tym, że bank to firma usługowa, w której najważniejsza jest relacja z klientem.

– A jak formuje się kultura organizacyjna takich instytucji, jak MultiBank i mBank?

– Doskonałym przykładem na to, jak budować organiczną kulturę wielkiej firmy mogą stanowić średniowieczne księstewka alpejskie. Chociaż konkurowały, a nawet walczyły ze sobą, to jednak umiały niezwykle skutecznie łączyć się w jedną armię i zwyciężać ze znacznie silniejszymi wrogami. Słowem – w potężnej organizacji szczególnie ważne jest podporządkowanie partykularnych interesów temu co stanowi wspólne dobro.

– Manager musi czasem zwolnić kogoś właśnie w imię wspólnego dobra.

– Proszę nie patrzeć na kwestię zwolnienia w kontekście krzywdy pracownika, chyba, że są to zwolnienia wynikające nie z jego osiągnięć na stanowisku, a np. niekorzystnej koniunktury zmuszającej firmy do radykalnych działań. Takie zwolnienia zawsze są trudne dla obu stron. W normalnych warunkach gospodarczych należy jednak postawić sprawę inaczej: jeżeli ktoś nie nadaje się do określonej pracy, powinien czym prędzej ją zmienić, choćby po to, żeby odnaleźć właściwą ścieżkę. Problem polega na tym, że bardzo niewiele osób potrafi sobie to uświadomić i samodzielnie podjąć taką decyzję. Jestem przekonany, że każdy ma szansę osiągnąć sukces zawodowy, tylko musi umieć z niej skorzystać.

Co lubi Jarosław Mastalerz?

Zegarki – wybrał Omegę De Ville, ponieważ zegarek tej samej marki nosił jego ulubiony bohater literacki – Zośka z „Kamieni na Szaniec”

Ubrania – garnitury szyte na miarę w pracowni Janusza Bielenia w Warszawie. Do takiego rozwiązania przekonało go to, że krawiec uwzględnia 16 wymiarów, a markowi producenci zaledwie trzy. O doborze materiału i kolorach decyduje… żona, z wykształcenia politolog.

Wypoczynek – z rodzina w ciepłych krajach. Lubi też odwiedzać Sopot, gdzie ma mieszkanie przy plaży. Grywa w squash, lubi rodzinne wycieczki rowerowe.

Kuchnia – Sam lubi gotować dania z całego świata, najbardziej jednak włoskie.

Restauracja – „Fukier” w Warszawie

Samochód – jeździ służbowym audi A6. „Jedyne auto, jakie miałem na własność to fiat 126p”.

Hobby – historia. Uważa, że lektura książek poświęconym dawnym dziejom, może być użyteczna dla managerów.

Marta Szczepkowska

Rozmowa z Martą Szczepkowską, dyrektorem generalnym Sarantis Polska S.A.

– Firma, którą pani kieruje, jest podobno sfeminizowana.

– Nie użyłabym tak mocnego określenia, ale to prawda, że na wielu kluczowych stanowiskach pracują panie. Odpowiadają za marketing, HR, a także sprawy prawne. Jest u nas dużo kobiet, dlatego, że bardzo o nie dbamy. Staramy się tak zorganizować pracę, aby np. pracownice, które decydują się na macierzyństwo, czuły się bezpiecznie i mogły wrócić na swoje stanowisko. Dzięki temu mamy bardzo lojalny zespół. Kobiety chcą w naszej firmie pracować i to mnie bardzo cieszy. To przecież nie jest trudne, to kwestia organizacji pracy w przypadku urlopu macierzyńskiego. Wystarczy chcieć.

– A co perspektywy bizneswoman, sądzi pani o parytetach dla kobiet?

– Ostatnie lata pokazały, że kobiety mają w Polsce coraz większą siłę przebicia. Jeszcze do niedawna nie było ich tak wiele w biznesie. Na przestrzeni ostatnich 15 lat udało się im mocno zaznaczyć swoją obecność w różnych dziedzinach życia. Zajmują szereg wysokich stanowisk w dużych przedsiębiorstwach. Parytety to dobry pomysł, ale najważniejsze, abyśmy znaleźli taką liczbę kobiet, która będzie chciała objąć te parytety, ponadto powinny posiadać  kompetencje i kwalifikacje niezbędne do współuczestniczenia w życiu politycznym.

– W tym roku Sarantis, właściciel marek Str8, C-Thru, Grosik oraz Jan Niezbędny, obchodzi okrągłą rocznicę istnienia.

– To już 10 lat na polskim rynku. Obecnie wprowadzamy nową linię zapachową w marce STR8, która już w 2001 roku dostała prestiżową nagrodę Oskara wśród kosmetyków męskich, co uplasowało ją w czołówce najpopularniejszych marek w tej kategorii w naszym kraju. Jesteśmy też liderem na rynku artykułów gospodarstwa domowego. Polski oddział otworzyliśmy 1 marca 2000 roku. Czujemy odrobinę nostalgii, bo to już 10 lat… Zdobyliśmy rynek będąc zupełnie nową, nieznaną  firmą. Nikt w Polsce nie znał wtedy STR8, ani nikt nie był przyzwyczajony do markowych produktów w kategorii artykułów domowego użytku. To była całkowita nowość.

– Od czterech lat jest pani dyrektorem generalnym Sarantis na Polskę, ile jest oddziałów firmy?

– Poza Polską w Rumunii, Bułgarii, Czechach, na Węgrzech i w Serbii, z firmą matką w Grecji.

– Na czym polega tajemnica sukcesu Jana Niezbędnego?

– W Polsce rozpoczęliśmy działalność od sprzedaży kosmetyków STR8 i BU. Po dwóch latach zdecydowaliśmy się na rozszerzenie naszego portfolio i zakup polskiego przedsiębiorstwa produkcyjno-handlowego, specjalizującego się w innej części biznesu – produkcji artykułów gospodarstwa domowego. I tak staliśmy się właścicielem Jana Niezbędnego, Grosika i innych marek. Zakup istniejącej już w Polsce marki był dużo łatwiejszy niż wprowadzanie produktów, które wprawdzie istniały w Grecji, ale były obce polskim konsumentom. Łatwiej było przeprowadzić proces transformacji. Jan Niezbędny był znany na rynku już od dwóch lat. Po dokonaniu transakcji organizacja, która generowała 20 milionów sprzedaży, zwielokrotniła obrót prawie sześciokrotnie. Pack Plast, bo to jest podmiot, który przejęliśmy, miał swoją produkcję i jak na tamte czasy, bardzo silnie rozbudowaną sieć dystrybucji. Warto zwrócić uwagę, że 10 lat temu 50 proc. sprzedaży było dostarczane bezpośrednio do punktów detalicznych. Ale rynek ewoluuje i dziś bezpośrednia dostawa to 37 proc. sprzedaży. To wciąż wysoki odsetek.

– Skąd się wzięła nazwa Jan Niezbędny?

– Nazwa została wypracowana przez szereg osób, to wynik pomysłu – Jan to imię, które dobrze się w Polsce kojarzy, a nasze produkty są po prostu niezbędne w każdym domu. Jan Niezbędny jest jak dobry, wspierający partner, czyli bardzo ważny element życia.

– Jan Niezbędny kojarzy się głównie z workami na śmieci, tymczasem to ponad 70 różnych produktów.

– Bardzo dużą częścią biznesu są worki. Ale to nie wszystko: nasza oferta to również kilka rodzajów folii spożywczych  np.: aluminiowe, folie do kanapek, do pakowania z poręcznym podajnikiem, rękawy i papiery do pieczenia, artykuły śniadaniowe, torebki na mrożonki, woreczki do lodu, tacki do grilla, naczynia jednorazowe, a także ścierki i zmywaki. Jesteśmy ekspertem we wdrażaniu nowych pomysłów z kategorii produktów niezbędnych w każdym domu. Od wielu lat Anna Orłowska, rozwija i wprowadza na rynek polski różne nowinki, chcąc ułatwić życie nie tylko kobietom. Oferujmy współczesnym paniom pomoc w codziennych zajęciach, jak gotowanie, sprzątanie etc… To właśnie z tych niepozornych prac składa się duża część życia każdej z nas.

– Jako pierwsi w Europie środkowej wprowadziliście torebki do gotowania na parze. W Europie można je kupić jeszcze tylko w Niemczech i Wielkiej Brytanii.

– Rzeczywiście, tylko kilka firm na świecie oferuje taki produkt, dlatego cieszę się, że mamy go w swojej ofercie. Wprowadziliśmy go na rynek w ubiegłym roku i już zyskał wielu zwolenników. To kolejny produkt ułatwiający życie. Szybkie tempo życia, brak czasu sprzyjają niezdrowym nawykom żywieniowym. Torebki do gotowania na parze w kuchence mikrofalowej  to świetny pomysł dla zapracowanych – zdrowe jedzenie powstaje w kilka minut i w każdych warunkach, nawet w biurze. Przyznam, że  na początku byłam trochę sceptyczna. Pamiętam smak babcinych potraw przygotowywanych na tradycyjnej, węglowej kuchni… A tu torebka, kuchenka mikrofalowa i, jak się okazało, świetne, naturalne walory smakowe potraw przygotowanych w ten sposób. Sprawdziłam: produkt jest idealnie dopasowany do potrzeb współczesnej kobiety chcącej jeść smacznie i zdrowo, a prostota korzystania i szybki czas przygotowania przekonują do niego również panów.

– Produkty Jana Niezbędnego wydawać się mogą drogie w porównaniu z innymi tego typu produktami. Ale jesteście liderem na rynku…

– Czy Jan Niezbędny jest drogi? Nie sądzę, staramy się by cena była porównywalna do cen innych dostawców rynkowych i szła w parze z jakością. Jan Niezbędny jest liderem na rynku, co również jest związane z pozycjonowaniem cenowym, dostosowanym do możliwości zakupu. W niektórych punktach sprzedaży ceny mogą być wyższe, na to nie mamy wpływu, każdy punkt handlowy ustala własną politykę cenową. Niemniej jednak uważam, że większa część naszych partnerów biznesowych utrzymuje właściwe ceny, a potwierdzeniem tego jest udział rynkowy Jana Niezbędnego, który według danych MEMBR za 2009 rok wynosi 27%. Nasz największy konkurent reprezentuje 11,3% rynku. Konsumenci doceniają wysoką jakość naszych produktów w połączeniu z dobrą ceną.

– Wprowadziliście też na rynek linię ekologiczną.

– Jesteśmy z tego dumni. Pierwsze pomysły pojawiły się kilka lat temu. Zastanawialiśmy się, na ile rynek jest przygotowany na takie produkty. Jako lider czujemy się odpowiedzialni za kreowanie trendów rynkowych, ekologia jest dla nas bardzo ważna. W 2009  roku wprowadziliśmy linię worków degradowalnych Eko Natura. Chcieliśmy bez wyrzutów sumienia móc posługiwać się tą nazwą, dlatego sprawdziliśmy dokładnie wszelkie walory ekologiczne naszego produktu. W tej chwili produkt dostępny jest już w sklepach w dwóch wariantach.

– Czy Polacy chętnie kupują worki ekologiczne?

– Początkowo konsumenci z dużą ostrożnością podchodzili do tych produktów. Zastanawiali się, czy są one rzeczywiście ekologiczne, czy też tylko wykorzystują nośne hasło. Nasze worki są produkowane z materiałów z recyklingu z dodatkiem specjalnego degradanta, który powoduje, że rozkładają się już po kilku latach w sposób naturalny (są one degradowalne, a nie biodegradowane). Proces ten nie zanieczyszcza środowiska. Z miesiąca na miesiąc popularność produktów ekologicznych wzrasta. Rośnie świadomość naszego społeczeństwa  i jestem przekonana, że wraz z rozwojem postaw dbałości o środowisko w codziennym życiu, będzie wzrastała popularność tego rodzaju produktów. Wszyscy potrzebujemy czasu na zmiany naszych przyzwyczajeń, ale trend jest bardzo widoczny.

– Właśnie trwa w telewizji duża kampania reklamowa Jana Niezbędnego. Która to już z kolei?

– Szósta. Ostatnia była dwa lata temu, bardziej wizerunkowa. Zawsze są to duże kampanie. Teraz chcemy przede wszystkim pokazać szeroką gamę produktów Jana Niezbędnego, przydatnych w każdej sferze związanej z prowadzeniem domu. Chcemy pomóc konsumentom w wyborze produktów zgodnych z ich oczekiwaniami.

– Zmieniliście też państwo ostatnio stronę internetową?

– Tak, inwestujemy w kanał komunikacji internetowej. Nasza nowa strona jest nowoczesna i nie jest tylko suchą informacją o produktach: podpowiadamy ciekawe rozwiązania, proponujemy przepisy, porady, czyli wszystko to, czego klienci szukają w Internecie.

– Czy dla firmy kryzys już się skończył?

Tak jak dla wielu firm, początek ubiegłego roku był dla nas trudny: nie mieliśmy wprawdzie  istotnych spadków sprzedaży, niemniej niepewność co do sytuacji na rynku udzieliła się również nam. Pojawiła się nowa sytuacja, w której odnaleźliśmy się bardzo szybko. Kryzys nie dotknął nas  istotnie, tak jak całego naszego kraju.

– Byliście państwo dobrze przygotowani?

– Powiedziałabym: dość dobrze. Zanim zostałam awansowana na stanowisko szefa firmy, pełniłam funkcję dyrektora finansowego. Wiedziałam, że rolą dyrektora finansowego jest dbałość o przepływy na równi z wynikiem, a jego uwaga ma się skupiać na maksymalnym generowaniu gotówki na każdym poziomie w przedsiębiorstwie. To zdanie zawsze stanowiło dla mnie motto przewodnie, które potem przekazywałam moim następcom. Dzięki temu weszliśmy w kryzys dobrze przygotowani. To było ważne, ponieważ wielu klientów borykało się z kłopotami finansowymi. Mogliśmy im pomóc i zrobiliśmy to. Przetrwaliśmy płynnie najtrudniejszy pierwszy kwartał.

– Plany na przyszłość?

– Rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój. Inwestujemy w nasze marki, przygotowujemy kampanie marketingowe i produktowe dla wybranych produktów. Poszukujemy nowinek dla Jana Niezbędnego, aby jak najszybciej zaoferować je konsumentom. Sam Jan także przeszedł metamorfozę, odmłodziliśmy go troszkę, daliśmy mu nową twarz. Rozwijamy również inne marki, wprowadzamy nowe produkty, nowe linie zapachowe, nowe kategorie.

– Jak to jest być kobietą na takim stanowisku?

Po czterech latach już się przyzwyczaiłam być szefem firmy. Zarządzanie nie było dla mnie niczym nowym, ponieważ już jako dyrektor finansowy, w poprzednich przedsiębiorstwach, w których pracowałam, kierowałam pracą dużych zespołów. Byłam zaangażowana w funkcjonowanie  wielu działów w firmie, zajmowałam się nie tylko finansami, ale także IT. Blisko współpracowałam z szefami innych działów w celu optymalizacji procesów zachodzących w naszym przedsiębiorstwie. Dążenie do efektywności dało mi olbrzymią wiedzę z różnych zakresów funkcjonowania przedsiębiorstwa  – nie tylko finansów. To bardzo pomogło w objęciu nowych obowiązków związanych z zarządzaniem całą firmą.

– Czy na początku bała się pani takiego wyzwania?

– Kiedy zostałam awansowana, miałam przede wszystkim obawy, jak zmiana stanowiska wpłynie na moje dotychczasowe relacje z pracownikami. Czy ludzie, którzy do tamtej pory byli zarządzani przez mężczyzn odnajdą się w nowej sytuacji? To nie było łatwe. Musiałam się nauczyć  nowego podejścia do zarządzania. Pamiętam takie zdanie, które wypowiedział  mój szef: „Musisz, Marta, pamiętać jedno: dotąd zarządzałaś cyframi, teraz będziesz zarządzała charakterami. A to jest dużo trudniejsze”.

– I to prawda?

– Tak, najprawdziwsza. Jestem osobą zdecydowaną i silną. Wiem, czego oczekuję od  życia, ale jednocześnie zwracam uwagę na to, czego oczekują inni. Staram się z każdym pracować indywidualnie i być partnerem dla bezpośrednich współpracowników. Myślę, że mężczyźni pracujący w firmie nie mają już problemu z tym, że ich szefem  jest kobieta. To nie ma znaczenia w merytorycznym podejściu do obowiązków. Chociaż nie ukrywam, że czasami element kobiecości pomaga mi we współpracy z paniami. Nie jestem tylko szefem, jestem normalną kobietą  i wszelkie „babskie” tematy i rozmowy prowadzone w biurze pomagają zrelaksować się po ciężkim dniu.

– A jak wygląda wprowadzanie nowych produktów?

– Przede wszystkim nad taką strategią pracuje cały zespół. Takie decyzje zawsze są podejmowane po dokładnej analizie rynku i z wykorzystaniem wiedzy, doświadczenia pracowników. To zawsze bardzo ciekawy proces i oczekiwanie, jak nowy produkt zostanie przyjęty na rynku . Satysfakcja z proponowania czegoś nowego, czego jeszcze nie zna konsument, jest ogromną przyjemnością, ale wiąże się też z wykonaniem olbrzymiej pracy. Mój zespół wie, że liczę się ze zdaniem i opinią każdego z pracowników: sukces we wprowadzaniu nowych produktów opiera się na doskonałym współdziałaniu pomiędzy poszczególnymi działami w firmie. My potrafimy to robić. Proszę obserwować rynek, bo już za chwilę pojawią się na nim nasze nowe produkty…

Co lubi Marta Szczepkowska?

Ubrania – biznesowe, klasyczne garnitury Hugo Boss, na co dzień nie ma ulubionej marki, ceni elegancję i dobry wygląd
Kosmetyki – Chanel, Guerlain, la prairie,
Perfumy – Chanel, Dior, Givenchy
Wypoczynek – najchętniej z przyczepą campingową; zagraniczne podróże
połączone ze zwiedzaniem, ulubione miejsce – Włochy i Karaiby
Kuchnia – tradycyjna polska i śródziemnomorska: makarony i owoce morza; sushi
Restauracja – „Akashia” i kaczka z owocami w „Kuźni Smaku” w Warszawie
Samochód – Audi (obecnie: służbowy A6, prywatnie TT)
Hobby – ogród, pielęgnacja roślin

Ryszard Grobelny

Rozmowa z Ryszardem Grobelnym, Prezydentem Poznania

– Czym różni się zarządzanie miastem i firmą?

– Na wielki organizm miejski wręcz należy patrzeć, jak na potężne przedsiębiorstwo. Reguły zarządzania w obu przypadkach są bardzo podobne. Kluczowe dla managera pojęcia – budżet i strategia – znaczą do dokładnie to samo. Niestety, tryb podejmowania decyzji jest w mieście dłuższy niż w biznesie.

– Wspomniał pan o strategii, Poznań w tej dziedzinie może stanowić wzór dla innych ośrodków.

– Od 20 lat działamy zgodnie z długoterminowym planem, który przybrał postać klasycznej strategii. W skrócie można ująć to następująco: na początku lat 90. przystąpiliśmy do nadrabiania zaległości, żeby stworzyć grunt dla niezbędnych zmian. Proszę nie doszukiwać się w tym krytyki wcześniejszych włodarzy miasta. Chciałbym podkreślić, że nasi poprzednicy konsekwentnie działali na rzecz rozwoju miasta, ale mieli ograniczone możliwości. Zapoczątkowali szereg bardzo ważnych inwestycji, które kontynuowaliśmy w warunkach wolnego rynku. Najważniejsza z nich to szybki tramwaj zwany „Pestką” , który pełni podobną rolę jak metro. Budując strategię dla Poznania, wiedzieliśmy, że przez pierwsze lata musimy skoncentrować się na zadaniach mało efektownych z punktu widzenia mieszkańców, lecz warunkujących kolejne przedsięwzięcia. Mówiąc obrazowo – zaczęliśmy od tego, co ukryte jest pod ziemią  – jak np. centralna oczyszczalnia i system odprowadzania ścieków. Kolejne mało widowiskowe, choć spektakularne przedsięwzięcie to nowoczesne wysypisko ze spalarnią gazów.

 – W innych miastach spory polityczne skutecznie blokowały tego rodzaju inicjatywy.

– Poznaniem od 1990 roku zarządza ta sama formacja, ja sam zajmuję stanowisko we władzach miejskich od 18 lat. Powoduje to, ż e możemy planować z dużym wyprzedzeniem, zakładając, że będziemy mieli szansę na realizację strategii. Warto dodać, że nasze założenia opracowane w 1994 roku okazały się na tyle realistyczne, że modyfikację planów przeprowadziliśmy dopiero po 16 latach.

– Jak to możliwe, ze centrum statecznego Poznania ożywa późnym wieczorem, podczas gdy Warszawa o tej samej porze zamiera…

– Na początku lat 90. poznański rynek opanowały banki i biura, co uznaliśmy za poważny błąd. Prawdę mówiąc z pełną premedytacją… zaczęliśmy utrudniać im życie, m.in. ograniczając możliwości parkowania i dojazdu. Zależało nam na tym, żeby Stary Rynek i okoliczne ulice ożyły. Wiązało się to z kluczowym planem polegającym na wyeksponowaniu usługowego charakteru miasta, w którym dominował sektor MSP. W konkurencji z wielkimi ośrodkami przemysłowymi nie mieliśmy szans.  Postawiliśmy więc na budowę wielkiego centrum akademickiego. Udało się to znakomicie. Liczba studentów w ciągu ostatnich 12 lat wzrosła od 70 do 140 tys. Nie musze chyba tłumaczyć, ze oznacza to mnóstwo miejsc pracy dla poznaniaków.

– Poznański rynek od wiosny do jesieni wygląda jak  wielka restauracja z ogródkami. Czy lokatorzy pobliskich domów nie protestują?

– Nocny gwar bywa uciążliwy dla mieszkańców, ale ma też wiele uroku. Poznań w niczym nie różni się pod tym względem od atrakcyjnych turystycznie miast w Europie Zachodniej. Duża liczba studentów i turystów przekłada się na zasobność mieszkańców miasta, którzy są bardzo aktywni gospodarczo. Najlepiej ilustruje to liczba 93 tys. działających tu firm, z czego zaledwie tysiąc nie należy do sektora MSP. Wiąże się z tym rekordowo niski wskaźnik bezrobocia, który obecnie, w warunkach kryzysu, wynosi 3,1 proc. Jeszcze niedawno było to 1, 6 proc.

– Słowem – Poznań bez wielkiego rozgłosu postanowił dorównać europejskim liderom zmian, którzy stawiają sobie za cel zastąpienie sektora produkcyjnego usługowym.

–   Chętnie korzystamy z dobrych wzorców, nie kryjąc źródeł inspiracji. Dotyczy to różnych dziedzin. Na przykład system sterowania ruchem zapożyczyliśmy z Hanoweru, a reguły kierujące gospodarką odpadami z Japonii. Wymiana doświadczeń działa dwustronnie. Współpracujemy z kilkoma miastami partnerskimi. Przedstawiciele władz miasta działają też na wyższym szczeblu –jak np. wiceprezydent Tomasz Kajzer, który  jest ekspertem Banku Światowego i OECD.

– Pracuje pan od wielu lat ze sprawdzonym zespołem.

– Sprawnie zarządzać mogą tylko prawdziwi fachowcy. Niełatwo jest zdobyć w szybkim tempie wiedzę i doświadczenie choćby w dziedzinie zarządzania jakością, nadzorowania rozbudowanych projektów, czy też kształcenia i doskonalenia kadr. Na szczęście nie zadziałała w Poznaniu reguła, że „przychodzi nowa miotła i wymiata”. Nie znaczy to jednak, że nie następuje wymiana kadr. Aż 50 proc. Pracowników ma staż krótszy niż 3 lata.

– Podobno Poznań nie boi się lobbingu.

– Co więcej – skłonny jest dobrze płacić za skuteczne działania lobbingowe na rzecz miasta. Z pełną premedytacją zatrudniliśmy niedawno specjalistyczną szwajcarska firmę, która pomaga nam w pozyskaniu organizacji Młodzieżowych Igrzysk Olimpijskich. Tego rodzaju przedsięwzięcia przynoszą miastu poważne wpływy. Jest o co zabiegać.

– Poznański Urząd Miasta kilka lat temu pozbył się kasy…

– Życie dobrze zweryfikowało tę decyzję. Archaiczny, a w dodatku kosztowny obrót gotówkowy, niczego nie ułatwiał. Rzekłabym, ze była do decyzja symboliczna. Od wielu lat korzystamy bowiem z nowoczesnych technik zarządzania finansami, by jak najlepiej gospodarować środkami, jakie mamy do dyspozycji. Są to bardzo poważne kwoty, rzędu 3 mld zł rocznie. Jako jedno z pierwszych polskich miast wyemitowaliśmy obligacje.

– W jaki sposób zarządza pan swoim zespołem?

– Nie akceptuję tzw. ręcznego sterowania. Zazwyczaj przekazuję pewne idee współpracownikom, którzy potem wracają do mnie z gotowymi projektami. Kolejnym krokiem jest wprowadzanie tych planów w życie. W zależności od kompetencji, zajmuję się nimi osobiście lub przekazuje je Radzie Miasta. Zdarza się, że musimy powoływać bardzo duże zespoły do pracy nad kluczowymi  dokumentami. Na przykład w przygotowanie strategii miasta zaangażowanych zostało 250 osób, w tym wielu reprezentantów środowiska naukowego.

Co lubi Ryszard Grobelny?

Pióra – posługuje się nimi na co dzień, zwykle Montblanc  i Visconti.  Nie lubi długopisów.

Ubrania – sportowe oraz garnitury w stylu włoskim.

Wypoczynek – aktywny, w górach lub nad jeziorem. Chętnie odwiedza Grecję, ze względu na atmosferę.

Kuchnia – śródziemnomorska. Sam mówi o sobie, że jest łasuchem gotowym spróbować czegoś, czego nie jadł.

Restauracja – „Pod Koziołkami” w Poznaniu.

Samochód – volvo ze względu na właściwości użytkowe, nie jest miłośnikiem motoryzacji.

Hobby – sport: siatkówka, narciarstwo zjazdowe, maraton.

Adam Góral

 

Adam_GralRozmowa z Adamem Góralem prezesem zarządu Asseco Poland SA

– O sprawach biznesu mówi pan, jak wykładowca z uniwersytetu, pokazując problemy w szerokim kontekście i nie zapominając, że słuchacz może nie wszystko wie…

-Kilkanaście lat pracy dydaktycznej i naukowej na wyższej uczelni nie może pozostać bez wpływu na sposób formułowania myśli… W moim przypadku doświadczenia wyniesione ze świata nauki okazały się przydatne w praktyce managerskiej. A nawet więcej – w pewnym sensie nauka doprowadziła mnie do biznesu.

– Jest pan doktorem ekonomii.

– Od 1984 roku, a pracę na uczelni rozpocząłem zaraz po ukończeniu studiów w 1979 roku. Zajmowałem się cybernetyką ekonomiczną, statystyką i ekonometria. W 1986 roku wyjechałem na stypendium naukowe do USA. Chociaż nie należałem do partii, moi przełożeni wyrazili zgodę, ponieważ w ten sposób mogli pokazać, że nie są tendencyjni. A w dodatku znałem dobrze angielski, czym wówczas mogło się pochwalić niewielu naukowców. Pobyt na uniwersytecie Penn State w Pensylwanii był dla mnie przełomowym doświadczeniem. Wbrew powszechnym opiniom, dysponowaliśmy w Polsce wcale nie gorszym sprzętem komputerowym. Prawdziwe odkrycie stanowiło dla mnie bogactwo baz danych oraz łatwy do nich dostęp. Wszystkie nowe i ważne prace naukowe były wprowadzane do systemu, który można było przeszukiwać w podobny sposób, jak dziś zasoby Internetu. Zrozumiałem, jak wielki wpływ ma to na badania naukowe. Wcześniej, pracując w Polsce, nie zdawałem sobie sprawy z tego, czy nie tracę czasu nad czymś, co inni już dawno wymyślili.

– Wrócił pan z pomysłem na biznes?

– Powiedziałbym, ze raczej przewartościowałem swoje dotychczasowe dokonania. Postanowiłem spróbować sił w biznesie. Pierwsze moje doświadczenia dotyczyły… produkcji keczupu. Początki gospodarki rynkowej nie były łatwe. Traciłem mnóstwo czasu na załatwianie różnych spraw, zdobywając jednak niezbędne doświadczenia i wiedzę o tym, jak tworzy się od podstaw własną firmę. Przez pewien czas musiałem godzić te zajęcia z pracą na uczelni. W końcu powiedziałem: tak dalej być nie może. Zaangażowałem się w pełnym wymiarze czasu w rozwój biura komputerowego, które powstało przy wytwórni keczupu.

– Aż trudno uwierzyć, ze z takiego ziarna wyrosła korporacja…

– Udany biznes to oprócz pracy i umiejętności, także zdolność wyboru właściwego kierunku. W moim przypadku decydujące okazało się zlecenie na oprogramowanie dla Banku Spółdzielczego w Krasnem. Bankowcy szybko zrozumieli, jakie możliwości daje im komputeryzacja, czyli m.in. natychmiastowa ewidencja transakcji. Znali doskonale wartość pieniądza w czasie, a informatyzacja pozwoliła im na tym zarabiać. Tworząc oprogramowanie musieliśmy nie tylko poznać zasady bankowości, ale też nauczyć się rozmawiać z bankowcami ich językiem. Każda kolejna wersja naszego oprogramowania była lepsza, uwzględniała wymagania i sugestie klientów. Szybko pojawiły się zamówienia z kolejnych, coraz to większych banków.

– Na polskim rynku pojawiły się zagraniczne banki.

– Był to kolejny bardzo ważny impuls rozwoju firmy. Otrzymaliśmy zlecenie z pierwszego w Polsce banku z Zachodu, czyli „Rabobanku”. Przekonaliśmy się wówczas, jak wiele różni banki zagraniczne od krajowych. U nas pierwsze skrzypce grali z natury konserwatywni księgowi. Z kolei na Zachodzie decydujący głos mieli kontrolerzy zarządzania i dyrektorzy finansowi. Dużo się wówczas nauczyłem. Pamiętam, że trochę zdziwiło mnie stawianie w centrum uwagi budżetu. Na początku lat 90. słowo to kojarzyło się naszym przedsiębiorcom z czasami gospodarki planowej. Rzecz jasna; niesłusznie. Budżet to podstawa zarządzania. W bankach brakowało wówczas analityków, którzy umieliby prawidłowo interpretować generowane przez system informacje. W 1996 roku zatrudniłem za ogromne pieniądze konsultanta z Zachodu. Była to dobra inwestycja, ponieważ nasze oprogramowanie zostało w znaczący sposób udoskonalone. W tym okresie zrozumiałem, że przed otwierają się przed nami nowe możliwości. Mogliśmy spokojnie podążać tą sama drogą lub skorzystać z szansy, by znaleźć się wśród europejskich liderów branży.

– Sukces Asseco pokazał, że gra o najwyższą stawkę była słusznym wyborem.

– Nie kryję, ze był to również dla mnie samego czas trudnych decyzji. Miałem poczucie bezpieczeństwa, przyzwoicie zarabiałem, a projekt dynamicznego rozwoju firmy wiązał się z wejściem na teren konkurencji i podjęcie walki o klientów z najpoważniejszymi graczami. Często powtarzałem współpracownikom, że powinniśmy nauczyć się łączyć pokorę z motywacją, by dorównać najlepszym. Patrząc na firmy z Europy Zachodniej nie odczuwaliśmy wstydu, że mniej umiemy. Świadomość własnych braków stanowiła dodatkowy bodziec, by więcej się uczyć. Przyglądając się naszej branży w Europie Środkowo-Wschodniej, doszedłem do wniosku, że przewaga firm zachodnioeuropejskich jest ogromna i stoimy już pod ścianą. Jedynym racjonalnym rozwiązaniem było znalezienie firm w podobnej do naszej kondycji i połączenie sił.

– I znów dopisało panu szczęście.

– Podobnie myślących managerów znalazłem na Słowacji. W 2004 roku przejęliśmy „Asset Soft AS”, którą jako pierwszą zagraniczną spółkę wprowadziliśmy na GPW. Był to krok, który otworzył szansę na budowę prawdziwej korporacji.

– Wkrótce potem został pan bohaterem mediów…

– Już po pierwszej rozmowie z Ryszardem Krauze, wiedziałem, że idea trafiła na dobry grunt. W 2007 roku doszło do fuzji z Softbankiem, a 1 kwietnia 2008 nastąpiło połączenie Asseco z Prokom Software.

– W ten sposób powstała pierwsza w naszej części świata korporacja branży IT.

– Zajmujemy piątą pozycję w Europie, po takich firmach, jak SAP, SAGE, Dassault Systems, Software AG. Przykład „Asseco” dowodzi, że jesteśmy zdolni budować duże organizacje gospodarcze. Chciałbym podkreślić, jak ważny dla Polski jest dorobek „Prokomu”, który stworzył m.in. jeden z największych w Europie systemów informatycznych – KSI ZUS. To wielki sukces Ryszarda Krauze, przedsiębiorcy, którego bardzo cenie. Nie sposób tez nie wspomnieć o innych przedsiębiorcach, którzy mieli ogromny wkład w kształt obecnego Asseco: Jacku Papaju, Aleksandrze Leszu, Ryszardzie Krauze czy Dariuszu Brzeskim. Obecna pozycja Asseco dowodzi, że oprogramowanie jest dziedziną, w której Polacy mamy szansę odnieść sukces w skali światowej. Na marginesie – martwi mnie, że nasz system oświatowy w ogóle nie dostrzega tej szansy. Zaniedbane zostało nauczanie przedmiotów ścisłych, coraz mniej osób decyduje się na studia politechniczne.

– Niektóre firmy informatyczne wręcz polują na młodych, utalentowanych ludzi.

– Kiedyś zwróciłem uwagę kolegom z zarządu: „Musimy uważnie słuchać młodych, gdy przychodzą do nas z lekcją nowego świata”. To ważne, gdy w firmie nad określonym problemem mogą pracować razem specjaliści o dużym doświadczeniu i młodzi ludzie o otwartych umysłach. Trzeba jednak pamiętać, ze nie zawsze prawdziwy geniusz poradzi sobie w typowej organizacji. Prawdziwy talent polega nie tylko na tym, by napisać znakomity program, ale też na umiejętności przekonania, że jest on przydatny. Słowem – chcąc odnieść sukces w tej branży trzeba umiejętnie łączyć dwa światy: merytoryczny i biznesowy.

– Autorzy książek s-f kilkadziesiąt lat temu przewidzieli, że korporacje będą rządzić światem.

– Nie da się ukryć, że wpływ dużych organizacji na świat jest kolosalny. Smutne jest to, że nas w tym biznesie nie ma. Z zazdrością patrzymy na Szwecje, Finlandię, czy Holandię, w których działają wielkie korporacje. A my cieszymy się, gdy polski manager awansuje gdzieś za granicą na wysokie stanowisko… Tymczasem powinniśmy zrobić wszystko, by firmy z naszego kraju awansowały do biznesowej superligi. Bez aktywnej pomocy państwa nigdy nie będzie to możliwe. Gdy czołowy polityk np. z USA odwiedza inny kraj ma ze sobą listę spraw do załatwienia. Nie boi się zarzutu, że występuje w imieniu prywatnych firm, bo wie, ze działa w interesie kraju. Pewne nadzieje wiążę z aktywnością Unii Europejskiej, która chcąc oprzeć się przewadze USA, aktywnie wspiera rozwój informatyki na Starym Kontynencie.

– Rozmawiamy w standardowym biurze. Często spotykam szefów firm nieporównywalnie mniejszych, których gabinety i rozmiary „ego” są odwrotnie proporcjonalne do rzeczywistej pozycji… Jak czuje się pan w roli szefa korporacji?

– Gdyby 20 lat temu, gdy pracowałem na uczelni, ktoś powiedział mi, co mnie czeka – na pewno bym nie uwierzył. Pomyślałbym: „Ja – facet z Rzeszowa – mam być szefem wielkiej międzynarodowej firmy? To niemożliwe”.

– Jak scharakteryzowałby pan swoich najbliższych współpracowników?

– Najchętniej pracuję z ludźmi przedsiębiorczymi, którzy wiedzą, co to znaczy prowadzić własny biznes. W moim najbliższym otoczeniu jest sporo osób, które wspierają mnie od wielu lat. O niektórych mogę śmiało powiedzieć, że to moi wychowankowie. Jak wcześniej wspomniałem przywiązuję ogromną wagę do konstrukcji i realizacji budżetu. Tak więc zostawiam managerom znaczne pole swobody. Najchętniej rozmawiam z nimi o realizacji planów. Przekłada się to bezpośrednio na wynagrodzenia. Uważam, że 30 proc. poborów powinno stanowić podstawę, a 70 proc. jest związane z realizacją wyników.

– Posłużę się żartem: może dlatego firma nieźle poradziła sobie w kryzysie?

– Odpowiem poważnie – lubię pracować z ludźmi ambitnymi i kreatywnymi, który sami się napędzają. Są to managerowie, który dobrze dają sobie radę w warunkach kryzysu. Poza tym dzisiejsze Asseco jest takie dlatego, że byliśmy konsekwentni jeżeli chodzi o produkcję oprogramowania własnego.

– Czego nie toleruje pan w pracy?

– Kłamstwa. Mam zaufanie do współpracowników. Jeżeli ktoś zaczyna kluczyć i oszukiwać, musi zdać sobie sprawę, ze prędzej lub później usłyszy ode mnie: „Nie pasujemy do siebie”.

– Co pana najbardziej irytuje w otoczeniu biznesowym?

– Bardzo martwi mnie fakt, że nie poradziliśmy sobie z fundamentalną dla rozwoju kraju sprawą dróg. Nasi sąsiedzi uporali się z tym problemem nieporównywalnie lepiej. Wszyscy ponosimy odpowiedzialność za ten stan. A konsekwencje takiego stanu mogą być daleko idące. Czy potencjalny nabywca polskiego produktu, skłonny jest uwierzyć w jego wysoką jakość, skoro pochodzi z kraju, którego drogi prezentują obcy standard?

– „Asseco” jest trochę jak USA – jego siłę stanowi szacunek dla dorobku firm tworzących korporację.

– Tylko dzięki integracji firm informatycznych jest szansa stać się firmą globalną. Kolejne fuzje spowodowały, że naturalnie wykształciliśmy kulturę federacji. Spółka sama wypracowuje standardy, dzięki którym może sprawnie działać. Natomiast myśl Asseco może pochodzić z całej Europy, od każdej spółki działającej w naszej strukturze.

– Podobno korporacja zawsze jest głodna. Kiedy przestaje się rozwijać, stanowi to sygnał ostrzegawczy dla rynku. 

– Asseco zatrudnia obecnie ponad 8 tys. osób w 16 krajach Europy i szykujemy się do wejścia na kolejne rynki.

– W rankingu najbogatszych Polaków zajmuje pan 49 pozycję. Komentujący ranking internauci, którzy na innych nie zostawiają suchej nitki, o panu wyrażają się z sympatią: „Gościu z Rzeszowa. Szacunek, bo ciągle o tym pamięta”.

– Miło mi to słyszeć. Rzeczywiście nie zapominam o moim mieście. Jestem współzałożycielem Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie oraz Podkarpackiego Klubu Biznesu, któremu szefuję. Gorąco kibicuję klubowi Asseco Resovia. Ma on na koncie fantastyczne osiągnięcia.

Co lubi Adam Góral?

Zegarki – kolekcjonuje czasomierze ze średniej półki, kierując się głownie designem. Chętnie przywozi je z licznych podróży.

Ubrania – styl klasyczny. Ceni kolekcje Pedro del Hierro.

Wypoczynek – rodzinny, w ciepłych krajach. Ulubione miejsce – Walencja. Lubi odwiedzać Słowację, której jest konsulem honorowym.

Kuchnia – japońska, od czasu do czasu klasyczna – polska.

Samochód – od lat jest wierny lexusowi.

Hobby – sport: pływanie, biegi, siatkówka

Dariusz Blocher

Rozmowa z prezesem Budimeksu S.A. Dariuszem Blocherem

– Wiadomość, że Budimex nie wybuduje autostrady A1 Stryków – Pyrzowice, delikatnie mówiąc, zirytowała polskich kierowców.

– Niestety, ziścił się jeden z prawdopodobnych scenariuszy, który także trzeba było brać pod uwagę.

– „Autostrada Południe”, której udziałowcem jest pańska firma, zakładała realizację w ramach PPP, czyli partnerstwa prywatno-państwowego. Szereg przykładów dowodzi, że w naszych warunkach takie rozwiązanie nie ma szans powodzenia.

– Nie chciałbym wywoływać kolejnej dyskusji na temat PPP. Jest to model, który sprawdził się w wielu krajach, ale w Polsce styk tego, co państwowe i prywatne, automatycznie wzbudza podejrzenia o niejasne interesy, co skutecznie zniechęca.  Przystępując do przetargu na budowę odcinka Stryków-Pyrzowice, byliśmy przekonani, że tym razem dobrze skonstruowany model PPP wreszcie sprawdzi się w praktyce.

– Stało się jednak inaczej. Dlaczego?

– Finansowe założenia tej inwestycji powstały w 2008 roku, zanim nadciągnął kryzys. Niewiele osób wie, że Autostrada Południe w przeciwieństwie do innych obecnych w Polsce koncesjonariuszy nie miała możliwości poboru od Skarbu Państwa stałej opłaty, niezależnej od natężenia ruchu. Umowa koncesyjna zakładała bardziej ryzykowny dla Autostrady Południe wariant , w ramach którego spółka pokrywałaby koszty obsługi kredytów, a także finansowałaby utrzymanie drogi z pieniędzy za przejazd pobieranych od kierowców. Fakt ten negatywnie wpłynął na ocenę ryzyka tej inwestycji przez banki. Koncesja miała trwać 35 lat. W przypadku znacznego wzrostu natężenia ruchu zakładaliśmy dobudowanie do obu jezdni kolejnego, trzeciego pasa. Kryzys pokrzyżował te założenia. Prognozy natężenia ruchu spadły aż o 18 proc., a koszt pieniądza wzrósł kilkakrotnie. Chociaż wiele banków skłonnych było finansować inwestycję, to jednak rachunek ekonomiczny przestał się zgadzać. Żeby projekt koncesyjny stał się rentowny, należało zmienić założenia umowy. A na to strona publiczna, działając w ramach obowiązującego prawa, nie mogła się zgodzić. Nie mam nic do zarzucenia Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, która bardzo się starała uratować inwestycję.

– Budimex dysponuje gotowym projektem.

– Jest szansa, że zostanie on wykorzystany, co mogłoby wyraźnie zmniejszyć opóźnienia związane z niepowodzeniem kontraktu Autostrady Południe. Do inwestycji przygotowywaliśmy się przez prawie 2,5 roku. Pracował nad tym duży zespół. Projekt przygotowaliśmy z wyprzedzeniem, żeby po załatwieniu wszystkich spraw formalnych natychmiast przystąpić do budowy. Od razu wyjaśnię, że nadal mamy szansę wziąć udział w realizacji A1. Kiedy GDDKiA rozpisze nowy przetarg na wykonawstwo, a jego warunki uznamy za akceptowalne, bezzwłocznie przystąpimy do prac. Jesteśmy do nich bardzo dobrze przygotowani. Zakładam, że naszymi najgroźniejszymi konkurentami mogą być firmy chińskie, którym zależy na wejściu na polski rynek. Obawiam się, że są gotowe zaakceptować nawet straty, co dla nas jest nie do przyjęcia. Naszym wielkim atutem jest bardzo duże doświadczenie w budowie dróg.

– Czy istnieje szansa, że A-1 pomimo wszystko będzie gotowa na Mistrzostwa Euro 2012?

– Należy skoncentrować się na oddaniu do użytku newralgicznych odcinków tej  autostrady. Najtrudniej będzie wykonać obwodnicę Częstochowy. Sukces przedsięwzięcia zależy od tego , czy uda się zbudować w terminie same drogi. Potem można zająć się resztą infrastruktury, np.: miejscami obsługi podróżnych. Warto wiedzieć, że w innych krajach nie wznosi się ekranów dźwiękochłonnych w miejscach, w których ustawia się je często w Polsce, czy też nie buduje się tylu obiektów inżynierskich służących jako przejścia dla dzikich zwierząt, co wydłuża czas budowy i oczywiście generuje znaczne koszty.

– Pomimo kryzysu i fiaska kontraktu na A-1 pańska firma może poszczycić się znakomitymi wynikami.

– To efekt dobrej strategii i jej realizacji. W przeszłości zdarzało się, że Budimex podpisywał kontrakty kierując się bardziej ambicjami, niż rachunkiem ekonomicznym. Zdecydowaliśmy się to zmienić. Poprawiliśmy kontrolę ryzyk, podchodzimy selektywnie do przetargów, a mimo to składamy więcej ofert, poprawiliśmy rentowność. Działamy w obszarach, które przynoszą zyski. Jeszcze 3 lata temu budownictwo drogowe stanowiło 30 proc. zaangażowania firmy, a obecnie już 70 proc. Realizujemy zadania na miarę naszej firmy, nierzadko bardzo trudne, jak np.: warszawski odcinek S-8, który jest czymś w rodzaju tunelu bez dachu. Koszt tej inwestycji to 1,76 mld zł netto. Realizujemy także autostradową obwodnicę Wrocławia za blisko 640 mln zł netto, odcinek E autostrady A2 Stryków – Konotopa za 350 mln zł netto, odcinek autostrady A1 Piekary Śląskie – Pyrzowice za 1,5 mld zł netto, odcinek autostrady A4 Jarosław- Radymno o wartości blisko 800 mln zł netto. W zakresie budownictwa ogólnego warto wymienić stadion piłkarski Arki Gdynia oraz realizowaną wspólnie z partnerem z Grupy Ferrovial oczyszczalnię ścieków we Wrocławiu za blisko 300 mln zł netto. Złożyliśmy też najtańszą ofertę na terminal lotniczy w Gdańsku.  W 2009 roku portfel zamówień Budimeksu wzrósł do rekordowych 5,3 mld złotych, a liczba kontraktów wzrosła do 83 z 60 w roku 2008.

– Coraz częściej ubiegacie się o kontrakty oparte na systemie: zaprojektuj i zbuduj.

–  Bo jest ich coraz więcej  i są adresowane do silnych, doświadczonych firm. Nie kryję, że dla nas system ten wiąże się ze sporym obciążeniem, tym bardziej, że chcąc szybko przystąpić do realizacji określonych zadań, często przystępujemy do projektowania, zanim przetarg zostanie rozstrzygnięty. Rozwiązanie to jest rzecz jasna bardzo korzystne dla zleceniodawców, którzy oszczędzają czas, mają mniej formalności do załatwienia. Jednak by kontrakty zawarte w tym systemie kończyły się sukcesem, potrzebne jest precyzyjne opisanie przedmiotu inwestycji, aby nie dochodziło do patowych sytuacji, w których klient i wykonawca nie mogą uzgodnić projektu.

– Jest pan szefem wielkiej firmy, z czym wiążą się specyficzne techniki zarządzania.

– Często powtarzam, że „execution is solution”, czyli inaczej mówiąc – trzeba do bólu egzekwować realizację zadań. Skłonny jestem tolerować pomyłki, a nawet poważne błędy, ale pod warunkiem, że mam do czynienia z osobami, którym zależy na pracy i które potrafią wyciągać wnioski. Pomimo dużych rozmiarów biznesu, staram się być blisko pracowników, często odwiedzam place budów, pracownie projektowe i inne działy. Koledzy żartują, że moja technika polega na wrzuceniu „granatu” lub „bomby”, czyli wprowadzeniu nowego tematu tam, gdzie biznes wyhamowuje lub zapanowała stagnacja. Jestem niecierpliwy, reaguję natychmiast, gdy czuję, że sprawy mogą pójść w złym kierunku. Sam mówię o sobie, że jestem bardziej dyrektorem zarządzającym, niż prezesem. Jestem przekonany, że rachunek ekonomiczny jest w biznesie ważniejszy od ambicji. Dlatego też świadomie rezygnujemy z prestiżowych, ale i ryzykownych kontraktów, które mogłyby narazić firmę na straty. Dotyczy to choćby przypadku budowy stadionu we Wrocławiu.

– Zdobywał pan doświadczenie zawodowe w amerykańskiej firmie.

– Z zawodowego punktu widzenia była to bardzo dobra inwestycja, zwłaszcza jeśli chodzi o wiedzę w dziedzinie zarządzania i HR. Ująłbym to następująco – wiedzę którą zdobyłem w „Pepsico” mogłem w praktyce wykorzystać dopiero w Budimeksie.  Dobrą podstawę dały mi też studia inżynierskie, które uczą dyscypliny. Oczywiście wiele uwagi poświęciłem też poszerzaniu wiedzy managerskiej, w tym  dokształcając się m.in. w Hiszpanii.

– W branży budowlanej obowiązuje nieco oldschoolowy styl zarządzania.

– Nie jest tajemnicą, że jeszcze kilka lat temu wiele kontraktów zawierano głównie dzięki znakomitym relacjom prezesów z klientami. Czasy się zmieniają i choć relacje są nadal bardzo ważne, zaczyna dominować inny sposób myślenia – nie ujmując wagi klientowi, jego satysfakcji i zadowoleniu, biznes opiera się w coraz większym stopniu na rachunku ekonomicznym, determinującego znaczenia nabiera rentowność. Twarde dane świadczą o tym, że taki model lepiej się sprawdza. Pamiętam jednak o tym, że za jakiś czas pojawią się „młode wilki” z koncepcjami lepszymi ode mnie. Na tym opiera się postęp. Pewnie dlatego staram się pracować z osobami, które mają własne zdanie i są w stanie go bronić.

– 59 proc. udziałów Budimeksu to własność Hiszpanów, jaki ma to wpływ na funkcjonowanie firmy?

– Ferrovial to dziś koncern globalny. 60 proc. jego aktywności biznesowej ulokowane jest poza Hiszpanią. Jedną z głównych zasad jest zarządzanie poszczególnymi firmami przez „local management”.  W praktyce oznacza to, że zarząd Budimeksu samodzielnie podejmuje decyzje biznesowe. Przedstawiciele Ferrovial w Polsce wykonują funkcje pomocnicze i doradcze, wynikające z naszej przynależności do koncernu. Dobra stroną współpracy z inwestorem strategicznym jest także możliwość skorzystania z jego środków finansowych wówczas, gdy są nam potrzebne, na przykład: kiedy przed laty potrzebowaliśmy pieniędzy na rozwój działalności deweloperskiej Ferrovial włożył do spółki Budimex Nieruchomości 320 mln zł  w gotówce w zamian za 50% udziałów w tym biznesie. W ubiegłym roku mając już pokaźny bank gruntów zakupionych w latach 2005 – 2006, dobre nowe projekty, niewielki zadłużenie spółki i sporo gotówki, zdecydowaliśmy się odkupić owe 50% udziałów z dyskontem i dwucyfrową stopą zwrotu z inwestycji.

– Ta część biznesu otwiera świetne perspektywy przed firmą.

– Widać już ożywienie. W 2005 roku dobrze zainwestowaliśmy pieniądze kupując działki, których wartość poszybowała w górę. Dobry przykład to 2,3 ha terenu byłej zajezdni w centrum Warszawy. Zapłaciliśmy 116 mln zł, co w chwili transakcji wydawało się znaczną kwota. Nasz konkurent kupił bardzo podobna działkę w tym samym miejscu rok później już za blisko 400 mln zł. Dysponujemy gruntami, na których można postawić 8 tys. mieszkań. Działalność developerska to dobry kierunek rozwoju, ponieważ pozwala osiągać dwa razy lepsze zyski niż budowa dróg.

– Kluczem do sukcesu Grupy Ferrovial jest dywersyfikacja biznesu.

– Rzeczywiście, budownictwo to obecnie zaledwie jedna trzecia zaangażowania koncernu. Ferrovial odniósł wielki sukces w dziedzinie oczyszczania wody, obsługi technicznej biur, utylizacji śmieci, zarządzania lotniskami i usług okołolotniskowych. Także i my nie stoimy w miejscu, tylko podążamy za pieniędzmi . Taką właśnie szansę stwarza budownictwo specjalistyczne – w dziedzinie kolei i energetyki, a w przyszłości podobna działalność, jaką prowadzi dziś Ferrovial.

– Budimex należy do czołówki firm w dziedzinie CSR.

– Ale nie CSR rozumianego potocznie, jako aktywność charytatywna, sponsoringowa. Zwłaszcza w tej pierwszej działamy bez rozgłosu, bo publicity podważałoby wiarygodność naszych intencji. Dla mnie CSR to działania w szerokim spektrum:  relacji z klientami, partnerami biznesowymi, pracownikami, to odpowiedzialność ekonomiczna, przejrzystość spółki, troska o naturalne środowisko, których celem jest optymalny i długofalowy rozwój firmy. Można go osiągnąć jedynie wówczas, gdy uwzględnia się potrzeby wszystkich interesariuszy. Podoba mi się koncepcja CSR, ponieważ za najpiękniejsze w biznesie uważam połączenie jego efektywności i zysku z satysfakcją i korzyściami tych, którzy mają z firmą coś wspólnego.

Co lubi Dariusz Blocher?

Zegarki – Maurice Lacroix, ma trzy dobre zegarki tej marki.

Długopis – Montblanc

Wypoczyneknarty we Włoszech, a latem aktywny urlop co roku w innym miejscu.

Kuchnia – włoska

Restauracja – San Lorenzo w Warszawie

Samochód – wymarzony: Aston Martin DB9, jeździ służbowym audi A6. Bardzo lubi prowadzić samochód.

Hobby – wszystkiego po trosze: prasa ekonomiczna, literatura s-f, kino, teatr oraz jazda na rowerze.

Ważne Informacje

Laboratorium Odzyskiwania Nadziei

Rafał Krawczyk, prezes Labdaty, opowiada o tym, jak jego firma pomaga odzyskiwać dane z uszkodzonych komputerów i telefonów Firm oferujących usługi odzyskiwania danych jest wiele....

V Europejskie Forum Handlu i Eksportu: polskie firmy w globalnej grze

11 grudnia 2025 roku w Hotelu Bristol w Warszawie odbyła się V edycja Europejskiego Forum Handlu i Eksportu – jednego z kluczowych wydarzeń poświęconych...

Rusza ogólnopolski projekt edukacyjny ZBADAI

Sztuczna inteligencja w szkole? Taka myśl przeraża zarówno wielu nauczycieli, jak i rodziców. Tymczasem AI może być sprzymierzeńcem w poznawaniu świata i zrozumieniu rzeczywistości....

Europejskie Forum Handlu i Eksportu: przyszłość europejskiego handlu, e-commerce i łańcuchów dostaw

Już 11 grudnia 2025 roku odbędzie się kolejna edycja Europejskiego Forum Handlu i Eksportu, jednego z najbardziej prestiżowych wydarzeń w Polsce poświęconych globalnemu handlowi,...

Open Source wg Red Hat

Dinko Eror, VP EMEA Central, North and Eastern Europe w Red Hat, opowiada o tym, dlaczego rozwiązania open-source’owe cieszą się coraz większą popularnością Jak Red...

Łukasiewicz i Dassault Systèmes razem na rzecz transformacji cyfrowej polskiego przemysłu

Centrum Łukasiewicz podpisało porozumienie o współpracy z Dassault Systèmes w zakresie cyfrowej transformacji polskiego przemysłu. Współpraca ma wspierać cyfryzację procesów badawczorozwojowych, wdrażanie nowoczesnych technologii w gospodarce i wzmacnianie kompetencji cyfrowych...