.
Strona główna Blog Strona 427

Ronald Binkofski

Rozmowa z Ronaldem Binkofskim, Dyrektorem działu Business & Marketing Organization Microsoft Polska.

– Zdaniem ekspertów, „cloud computing” to obecnie najważniejszy kierunek rozwoju informatyki. Dlaczego „chmura” jest tak istotna?

– „Chmura” to zupełnie nowa jakość w informatyce, a precyzyjniej rzecz ujmując, przetwarzanie w „chmurze”. To istotna zmiana w postrzeganiu informatyki jako dziedziny wymagającej tajemnej wiedzy, ogromnych nakładów organizacyjnych i ekonomicznych, i czasami będącej sztuką dla samej sztuki. „Chmura” to informatyka w formie prawdziwej usługi, gdzie nie musimy wnikać w to, jak jest naprawdę skonstruowana, gdzie znajduje się jej infrastruktura i jak działa.

Niepełnymi jej substytutami są outsourcing czy hosting. „Chmura” to coś więcej. To pełne rozproszone przetwarzanie. To moc obliczeniowa dostępna na wyciągnięcie ręki i w takiej ilości, w jakiej jej aktualnie potrzebujemy. A wszystko to w bardzo ekonomicznie korzystnych modelach biznesowych. Dzięki temu „chmura” potrafi zmieniać rynki i sposoby funkcjonowania przedsiębiorstw. Jest bardzo ważne, że poprzez istotną redukcję barier wejścia otwiera na rozwiązania informatyczne całkiem nowe, do tej pory nie osiągalne rynki. Redukując koszty, zwiększając elastyczność przedsiębiorstwa „chmura” przyczynia się także bardzo do wzrostu jego konkurencyjności. Na dzień dzisiejszy nie widzę tak bardzo kształtujących biznes trendów na rynku, jak „cloud computing”. Czyli teza dotycząca istotności „chmury” jest jak nabardziej prawdziwa. „Chmura” to także propozycja dla użytkowników prywatnych. Zdalne usługi kont pocztowych, narzędzi do wymiany informacji i komunikacji czy chociażby dyski sieciowe to już powszedność. A pamiętajmy, to także element „chmury”.

– Użytkownik nie wie, gdzie konkretnie przechowywane są jego dane.

– A czy wiedza ta ma jakiekolwiek znaczenie? Istotne jest bezpieczeństwo danych i łatwy do nich dostęp. Kolejna ważna kwestia to możliwość korzystania z określonego oprogramowania, bez konieczności wykupienia licencji w sposób nam obecnie znany. Przy wykorzystaniu „cloud computing” nie trzeba wiązać się z jedną konfiguracją wykorzystywanego środowiska, tylko, testując różne warianty, możemy dobrać optymalne jego zestawienie. Następnie wystarczy zapłacić wyłącznie za określony czas dostępu. Porównałbym to do wykorzystywania energii elektrycznej – płaci się tylko za określone zużycie i dostęp do sieci.

– Może to zrewolucjonizować planowanie zakupów informatycznych w firmach.

– Właśnie o to chodzi. Niejednokrotnie rozmawiałem z managerami, którzy zdecydowali się kupić na wyrost określone oprogramowanie, zakładając przyjęcie nowych pracowników. Kiedy zmieniali plany, nie wiedzieli, co zrobić z niepotrzebnymi licencjami. Proszę pamiętać, że dla małych i średnich firm inwestycje w informatykę oznaczają poważne wydatki. Związane z tym obawy mogą w konsekwencji hamować rozwój przedsiębiorstwa. Trudno sobie wyobrazić lepszy model niż ten, w którym dostawca hostuje np. system finansowo – księgowy, a użytkownik korzysta z tylu stanowisk, ile jest mu potrzebne w określonym czasie. Słowem – zamiast kupować pakiet oprogramowania za, powiedzmy, 10 tys. zł, firma może zapłacić stałą opłatę w wysokości np. 100 zł miesięcznie, jeśli tylko taka jest faktyczna intensywność używania. W konsekwencji oznacza to, że informatyka, która nadal dla niektórych managerów jest „wiedzą tajemną” i obiektem nie do końca zrozumiałych wydatków, stanie się wreszcie normalnym narzędziem, za pomocą którego realizowany jest biznes. Informatyka staje się dzisiaj faktycznie prawdziwą usługą dla biznesu.

– Dlaczego „chmura” jest utożsamiana z technologią przyszłości?

– Jesteśmy świadkami rewolucji w dziedzinie sposobu korzystania z Internetu. Dzięki „chmurze” użytkownicy urządzeń przenośnych mogą mieć dostęp do swoich danych w identyczny sposób, jakby korzystali z komputera stacjonarnego. Microsoft bardzo poważnie zaangażował się we wdrożenie tego modelu, proponując wizję „trzech ekranów i chmury”, która zakłada, że aplikacje dostarczane do komputerów PC, telefonów Windows Phone oraz telewizorów wyglądają tak samo i są połączone usługami „cloud computing”. Takie podejście wynika z aktualnego trendu na rynku, promującego rozwiązania hybrydowe, czyli kombinacji usług on – line z oprogramowaniem instalowanym lokalnie. Jest czymś niesamowitym, wbrew przepowiedniom autorów fantastyki naukowej ostatnich jeszcze lat, że w rozwiniętym technologicznie społeczeństwie XXI wieku komputery zejdą do podziemi i staną się niewidoczne dla swoich użytkowników. Tak właśnie się dzieje teraz. Dosłownie. „Cloud” jest wokół nas, my jesteśmy w „chmurze” i tak naprawdę nikt nie wie, gdzie się odbywa przetwarzanie. To jest największa rewolucja, właśnie to, że znika wiele obciążeń i barier, jakie klasyczne pojmowanie informatyki ze sobą niosło.

– Schodząc z chmur na ziemię wypada zapytać, jak teoria sprawdza się w praktyce?

– Z rozwiązania korzysta już kilka wielkich firm, m.in. Coca – Cola i Starbucks Caffe. W Polsce również przeprowadziliśmy pilotażowe wdrożenia. Jestem przekonany, że upowszechnienie się „chmury” to kwestia najbliższych dwóch lat. „Chmura” niesie ze sobą wiele zmian. Również, a może przede wszystkim, w obszarach koncepcyjnych i mentalnych biznesu. Jest to proces dość skomplikowany, jednakże bardzo konsekwentnie postępujący. Od „chmury” nie ma już odwrotu.

– Ma pan bogate doświadczenia biznesowe dotyczące Polski i Niemiec.

– Jestem Ślązakiem i w związku z tym intuicyjnie łączę elementy tradycji tych dwóch krajów. Kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice zdecydowali się wyjechać do Niemiec Zachodnich, gdzie, pomimo słabej znajomości języka szybko poczułem się jak ryba w wodzie. Już po roku napisałem najlepsze w klasie wypracowanie z niemieckiego. Realizując swoje zainteresowania, zacząłem studiować matematykę na Uniwersytecie we Frankfurcie. Coś jednak mnie ciągnęło do Polski. Chociaż rodzice mnie zniechęcali, przeniosłem się na Uniwersytet Jagielloński. Po dyplomie otrzymałem propozycję pracy naukowej na Politechnice Krakowskiej. Zaproponowano mi jednak pensję, za którą nie byłbym w stanie utrzymać rodziny. W związku z tym wybrałem pracę na uczelni w Darmstadt, gdzie też długo nie zagrzałem miejsca.

– I tak zaczęła się pańska kariera w firmie informatycznej…

– Podczas studiów programowałem na Unixie, byłem zafascynowany rozwojem informatyki, więc to, że trafiłem do centrum rozwoju oprogramowania w Software AG, było czymś najzupełniej naturalnym. Z punku wiedzenia firmy, moją wielką zaletę stanowiła znajomość języka polskiego oraz rosyjskiego, którego w odróżnieniu od kolegów chętnie uczyłem się w polskiej szkole, a potem doskonaliłem podczas studiów w Niemczech. Otrzymałem propozycję zajęcia się rozwojem biznesu Software AG w Afryce oraz w Europie Środkowo – Wschodniej, skupiając się na Polsce, Rosji, Czechach.

– To z kolei początek drogi managera.

– W moim przypadku był to proces naturalny. Mówiąc żartobliwie, nawet nie zauważyłem, kiedy zostałem managerem, choć, oczywiście, budowałem biznes, zatrudniałem pracowników, raportowałem wyniki. Najpierw zbudowałem polski oddział firmy, który szybko zaczął osiągać znakomite efekty. Następnie oddano mi oddział czeski i rosyjski. Zostałem Area Managerem. Tak więc zarządzania nauczyłem się w praktyce, dopiero później skupiłem się na teorii… Problematyka wydaje mi się tak interesująca, że w przyszłości z pewnością poświecę dużo energii na dalsze zgłębianie tej tematyki.

– Co jest najlepsza inspiracją dla managera.

– Zadanie, które trzeba wykonać. Należy po prostu podwinąć rękawy i zabrać się do roboty. Co więcej – dobry szef powinien udowodnić podwładnym, że gdyby zaszła taka potrzeba, w każdej chwili sam mógłby ich wyręczyć. Nie ma szans na zdobycie autorytetu manager, który nie potrafi od czasu do czasu konkretnym działaniem wspomóc członków zespołu w ich wyzwaniach. Kolejna, moim zdaniem, najważniejsza, sprawa to pasja. Bez niej nic nie może się udać.

– Za co zwalnia pan z pracy?

– Najbardziej niepokoi mnie brak zaangażowania. Rozumiem, że każdy popełnia błędy. Nie toleruję jednak osób, które obojętnie, automatycznie wykonują swoje obowiązki. Zdarza się, że przyjmuję kogoś, kto robi świetne wrażenie podczas rozmowy kwalifikacyjnej. A potem okazuje się, że nie umie się identyfikować z celami firmy, nie potrafi współpracować z kolegami. W takim przypadku proponuję: „Odejdź, to nie jest miejsce dla ciebie, gdzie indziej na pewno lepiej sobie poradzisz”. Cieszy mnie, że osoby, z którymi się rozstałem, nie zostają potem moimi wrogami. Jestem głęboko przekonany, że manager powinien ocenić potencjał pracownika, który sprawia problemy i uczciwie z nim o tym porozmawiać. Każdy ma szanse znaleźć miejsce dla siebie. Nie powinien więc na siłę tkwić w organizacji, w której źle się czuje.

– Potwierdza to regułę, że w biznesie ludzie są najważniejsi.

– Zwłaszcza w informatyce, gdzie prawdziwy specjalista to naprawdę „number one”. Tylko zmotywowani pracownicy mogą stworzyć silną organizację. A tylko na takiej bazie można budować naprawdę skuteczną strategię. Kolejny etap to już realizacja i egzekwowanie wyników.

– A gdzie miejsce na dystans, na czas dla siebie?

– Nigdy nie odpuściłem życia prywatnego. Co prawda, jako młody manager angażowałem się na 100 proc. i zapominałem o tym, że nie można być w ciągłym biegu. Szybko zrozumiałem, że to niewłaściwa droga. Manager, który nie ma życia prywatnego, nie umie się zrelaksować, po jakimś czasie staje się mało skuteczny. Na szczęście, potrafię dobrze zarządzać swoim czasem, by efektywnie pracować i odpoczywać.

Co lubi Ronald Binkofski?

Zegarki – IWC Portuguese z podwójnym chronografem oraz Omega

Pióra – Cartier i Montblanc

Ubrania – styl włoski. Zegna, Baldini i Boss.

Wypoczynek – golf na Gibraltarze, Bałtyk zimą, spacery z dwoma psami, które wziął ze schroniska

Kuchnia – śródziemnomorska, ryby

Restauracja – „Izumi Sushi” w Warszawie i „Polska Tradycja”, gdzie zawsze zabiera gości z zagranicy odwiedzających stolicę

Samochód – jest wielkim miłośnikiem Jaguarów, ma trzy auta tej marki. Szczególny powód do dumy to 420-ka (hybryda) z 1967 roku

Hobby – jest zapalonym golfistą, należy do pierwszej 50. handikapowej w Polsce. Regularnie gra też w tenisa. Zbiera gitary, których ma 15. Ozdoba kolekcji to Martin z 1914 roku ze spodem z podlegającego już dziś ochronie brazylijskiego palisandru. Sprezentował jedną z gitar Johnowi Porterowi, który często z niej korzysta. Sam o sobie mówi: „Nie jestem zbyt dobrym gitarzystą, ale nie lubię, kiedy moje instrumenty leżą bezczynnie.”

Achim Gabor

Rozmowa z Achimem Gaborem, CEO Gabor AG

– Mało kto wie, że firma Gabor, która produkuje ponad 7 mln par obuwia rocznie w czterech europejskich fabrykach, swoje początki miała w dzisiejszych Strzelcach Opolskich.

– To bardzo interesująca historia. Można o niej długo opowiadać, ale tak w skrócie: mój dziadek Pius Gabor posiadał w ówczesnym Groß–Strehlitz (Strzelce Opolskie) sklep z artykułami szewskimi i skórzanymi. Ręcznie wykonywano obuwie na tzw. obstalunek. Interes prowadził do 1945 r. Po wojnie, w 1949 r. mój ojciec i wujek utworzyli podwaliny dzisiejszej Gabor Shoes AG, budując od zera B.&J. Gabor Damenschuhfabriken (Fabrykę Obuwia) w północnoniemieckim mieście Barmstedt, niedaleko Hamburga. I tak to się zaczęło, ale początki były na Górnym Śląsku.

– Po latach wrócił pan do Strzelec Opolskich i odwiedził miejsca, od których wszystko się zaczęło. To był chyba wzruszający powrót do korzeni?

– Owszem, ale musze powiedzieć, że chociaż sam urodziłem się w Niemczech, towarzyszyło tej pierwszej wizycie w mieście moich przodków wiele wzruszeń, np. kiedy spotkałem ponad 90-letniego mężczyznę, który pracował przed wojną w sklepie mojego dziadka lub też kiedy oglądałem spektakl teatralny, w którym ukazano na wesoło scenki z dzieciństwa mojego ojca.

– W 2005 r. przejął pan od ojca – Joachima – kontrolę nad przedsiębiorstwem. To było zapewne duże wyzwanie?

– Przede wszystkim poczucie wielkiej odpowiedzialności, które w pewien sposób odczuwam do dzisiaj. Nasza firma ma charakter rodzinny i to rzutuje na wszystkie moje działania, jak i na familiarny stosunek do współpracowników. Przed objęciem zarządzania firmą, długo wcześniej w niej już pracowałem, krok po kroku nabierałem doświadczenia, poznawałem ją od podstaw. Po studiach, aby jeszcze bardziej poszerzyć horyzonty, nabywałem doświadczenia także w innych firmach. Do dzisiaj moim najcenniejszym doradcą jest ojciec, z którego bezcennych rad nadal korzystam.

– Czy branża obuwnicza na taką skalę wymaga jakiegoś specjalnego stylu zarządzania?

– W branży tej wielką rolę odgrywają przedsiębiorstwa rodzinne i to dotyczy zarówno producentów, jak i handlowców. Nie bez znaczenia jest fakt, że kontakty biznesowe z naszymi klientami trwają od dziesięcioleci i są przekazywane z pokolenia na pokolenie.Dlatego za optymalne uważam przystosowanie stylu zarządzania do tej tradycji. Mój styl określiłbym, jako opiekuńczo-familijny, ale także – jeśli jest to konieczne – rygorystyczny. Wielu z naszych współpracowników jest od wielu pokoleń związanych z naszą firmą. To wieloletnie doświadczenie pracy w jednej firmie, wzrastanie z nią, przekłada się na sukces firmy, ale także na sukces naszych pracowników. Proszę nie zapominać, że branża obuwnicza jest specyficzna. Mamy do czynienia z ogromną konkurencją, kolosalną produkcją i podażą. U naszych partnerów w salonach obuwniczych można spotkać około 17 różnych marek obuwia damskiego. Gabor z całą pewnością należy do największych graczy w branży obuwniczej, ale nasze obroty w porównaniu z innymi nie są aż tak wysokie.

– Jeszcze do niedawna marka Gabor była kojarzona w Polsce bardziej z Austrią niż Niemcami?

– Było to związane z faktem, że od 1960 roku produkowaliśmy nasze buty w Austrii i były oznakowane nalepką „Made in Austria”. Dzisiaj produkujemy je w naszych fabrykach w Portugalii i na Słowacji. Dla markowego produktu, jak obuwie Gabora, nie jest tak naprawdę istotne, gdzie jest produkowany, ale istotne jest zaufanie klientów do jakości. W Niemczech znajduje się centrala, gdzie projektuje się kolejne kolekcje, zarządza się produkcją, reklamą i IT.

– Mówi się, że przy okazji rozlicznych spotkań pański wzrok dyskretnie zatrzymuje się na butach rozmówców?

– Zgadza się. I myślę, że buty wiele mogą powiedzieć o ich właścicielu. Dla mnie nie jest sprawą najistotniejszą, jak modne jest to obuwie i ile kosztowało, ale jak ich właściciel o nie dba, w jakiej są kondycji. Tak, moje buty świadczą o mnie.

– W ostatnich latach widać dużą aktywność Gabora na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej…

– Ta część Europy jest ogromnym i bardzo interesującym rynkiem o wielkim potencjale. Nie ukrywam, że Rosja należy do naszych najważniejszych rynków zbytu. W Polsce jesteśmy od dawna. W ostatnim czasie dokonaliśmy restrukturalizacji naszego biznesu z polskim partnerem, firmą Intermax. Mnie osobiście bardzo cieszy, że Polki, podobnie jak inne Europejki, bardzo cenią sobie wysokiej jakości obuwie i, co muszę podkreślić, ubierają się modniej i odważniej niż Niemki.

– Jak kształtują się trendy w branży obuwniczej?

– Podobnie jak w innych branżach – decydują koszty i jeszcze raz koszty, bo klienci są bardzo wrażliwi na zdrowy stosunek ceny do jakości produktu. I to nie znaczy, że w przyszłości na rynku prym będą wiodły tanie buty, wręcz odwrotnie. Ale tymczasem należy poszukiwać miejsc, gdzie koszty wynagrodzeń są do zaakceptowania, optymalizować procesy produkcyjne i lokalizacje gwarantujące efektywną logistykę. Dlatego wytwarzamy nasze produkty w państwach Unii Europejskiej, a nie w Azji. Bardzo wzrosła świadomość nabywania wysokiej jakości towarów i świadomość wydawania pieniędzy na rzeczy dobre, albo bardzo dobre. Wytwarzanie obuwia nawet przy tzw. przemysłowej produkcji musi mieć po części charakter rzemieślniczy, to, co nazywamy hand made, co dzisiaj jest wartością dodaną, a kiedyś stanowiło istotny mankament. Rynek obuwniczy ewoluuje na całym świecie. Dlatego też poszukujemy nowych rozwiązań, nowych rynków zbytu i nowych linii produkcyjnych dla rozwijania przyszłościowych produktów, jak kolekcje „Welness” czy „Snipe”. To nasze odpowiedzi na nowe trendy rynkowe.

– Czy są istotne różnice w preferencjach klientów w Europie, USA, Rosji czy Chinach?

– Moda jednoczy kobiety na całym świecie i tak naprawdę przestał się liczyć regionalizm. Tu też mamy do czynienia z globalizacją stylu życia, a więc także i mody. Media, w tym kolorowe pisma, telewizja, spowodowały, że klienci są znakomicie zorientowani w światowych markach i trendach. Spotykam się z niewielkimi różnicami regionalnymi. I tak na rynkach wschodnioeuropejskich i rosyjskim wymagane są buty damskie bardziej eleganckie, na wyższych obcasach. W USA obuwie damskie o bardziej sportowym charakterze, w Chinach dużą wagę przywiązuje się do europejskiej jakości.

– Marka Gabor to nie tylko buty?

– Od prawie 10 lat udzielamy licencji na produkcję pod naszym szyldem torebek damskich, środków pielęgnacyjnych do obuwia oraz obuwia dziecięcego. Musze powiedzieć, że jesteśmy bardzo ostrożni przy rozszerzaniu oferty poza obuwie, ponieważ uważamy, że zbyt duża rozpiętość produktów pod jedną marką rzadko ma na nią samą pozytywny wpływ. Klient musi dokładnie wiedzieć, czego może oczekiwać pod konkretną marką – jakości powtarzalnej, i to jest nasza zasada.

– Czy artykuły prasowe mają wpływ na wysokość obrotów?

Bardzo często się zdarza, że pojawiający się w kolorowych gazetach celebryci dyktują pewne tendencje w modzie. Dla nas ważne są tendencje w ubiorach, ponieważ to but jest dodatkiem i zwieńczeniem całego stroju. Obecne trendy nakazujące nosić wąskie spodnie są więc optymalne dla naszego biznesu – akcentują i pokazują buty.

Co lubi Achim Gabor?

Zegarki – „Mechaniczne, szwajcarskie, w żadnym przypadku cyfrowe”

Pióra – nie używa, „proszę mi wierzyć, długopisy reklamowe firmy Gabor”

Ubrania – styl włoski

Wypoczynek – zawsze w kręgu rodzinnym

Kuchnia – „Zależy, w jakim jestem nastroju, ale zawsze chętnie na moim stole zobaczę okazały stek”

Hobby – podróże i cztery psy

Daniel Passent

Rozmowa z Danielem Passentem, publicystą i dyplomatą.

– W jednym z pańskich felietonów przeczytałem, że niewiele brakowało, a zostałby pan ekonomistą.

– W moim przypadku decyzja o wyborze studiów ekonomicznych wynikała z tradycji rodzinnych. Wychowywał mnie wuj – Jakub Prawin, który doktorat z ekonomii uzyskał na uniwersytecie w Wiedniu. Warto wspomnieć, że pochodził ze skromnej rodziny, jego ojciec był zawiadowcą stacji Pleśna koło Tarnowa. To, że po I wojnie syn kolejarza mógł studiować w Wiedniu, było dla mnie dopingiem. Wujek był wszechstronnie utalentowany – miał wielką wiedzę na temat antropologii i muzyki klasycznej. Bardzo mi imponował. Po powrocie z Berlina, gdzie mieszkałem z rodziną wuja, który kierował Polską Misją Wojskową, zamieszkaliśmy w Warszawie, w tzw. blokach bankowych na ul. Polnej, dziś Boya Żeleńskiego. Wśród naszych sąsiadów i znajomych byli wybitni ekonomiści – prof. Kazimierz Secomski i szef NBP, prof. Witold Trąmpczyński, syn przedwojennego marszałka senatu. Kończąc szkołę podstawową postanowiłem pójść w ich ślady i zostać uczniem technikum ekonomicznego. Wybił mi to z głowy wujek, który stwierdził: „Najpierw skończysz porządne liceum, a potem sam wybierzesz sobie studia.”

– Zdecydował się pan na studia w Związku Radzieckim.

– I tym razem byłem wierny tradycji rodzinnej. Wbiłem sobie do głowy, że podobnie jak wuj, który studiował w Wiedniu, i mój nieżyjący ojciec, który studiował w Paryżu, ukończę zagraniczną uczelnię. Maturę zdałem w 1955 roku. Miałem wtedy do wyboru tylko dwa kierunki: NRD i ZSRR. Do Berlina nie chciałem wracać, wystarczająco dobrze znałem język niemiecki. Z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się to fortunne, ale pozostały mi studia tylko w ZSRR. Było mnóstwo chętnych. Najpierw musiałem wziąć udział w obozie przygotowawczym w Gdańsku. O losach kandydatów decydowała komisja, egzaminowali nas… Leszek Kołakowski i Zygmunt Bauman.

– Czyli przyszli luminarze polskiej nauki…

– …którzy padli ofiarą komunizmu – systemu, jaki w młodości tworzyli. Wśród moich profesorów na uniwersytecie w Leningradzie byli też uczeni dużego formatu, m.in. historyk, prof. Rybakow. Ograniczenia ideologiczne nie pozwalały im jednak rozwinąć skrzydeł. Nawet ogłoszenie w lutym 1956 roku pamiętnego referatu Chruszczowa o zbrodniach Stalina nie zmieniło atmosfery na uczelni, noszącej wówczas imię Żdanowa, a dziś znacznie bardziej bezpiecznego Hercena. Po kilku miesiącach odwiedził mnie wuj, przejrzał moje podręczniki i przerażony tym, co nam wkładają do głów, zadecydował, że zaraz po egzaminach mam wracać do Polski. (Bał się też chyba, że ożenię się przedwcześnie z pewną Rosjanką). Jadąc pociągiem do Warszawy usłyszałem o wypadkach poznańskich. Początek mojej studenckiej kariery na Uniwersytecie Warszawskim zbiegł się z październikowym przełomem. Środowisko akademickie wywalczyło sobie wówczas szeroki zakres swobód, z czego korzystali nasi wybitni profesorowie – m.in. Oskar Lange, Witold Kula i Włodzimierz Brus. Na uczelni panowała duża wolność słowa. Korzystaliśmy z zachodnich podręczników. Nasi wykładowcy zaczęli wyjeżdżać na Zachód. To, czym się wówczas interesowaliśmy, nieźle ilustruje temat mojej pracy magisterskiej – program gospodarczy brytyjskiej Labour Party.

– A jednak nie został pan ekonomistą.

– Po śmierci dr. Prawina (1957 r.) musiałem sam się utrzymywać. W celach zarobkowych zacząłem pisać do gazet. Oczywiście, o ekonomii. Mój pierwszy większy tekst – „Czemu służy ta bariera?” – dotyczył ceł eksportowych i importowych wewnątrz RWPG, ceł, jakie państwo samo sobie płaciło, ponieważ miało monopol handlu zagranicznego. Mój ostatni ważny epizod w drodze do kariery ekonomisty to studia doktoranckie na Uniwersytecie Princeton w USA, w 1962 i 1963 roku, gdzie zajmowałem się ekonomią rolnictwa w Ameryce Łacińskiej. Byłem pod wrażeniem wykładów prof. Edmundo Floresa z Meksyku. Skłoniło mnie to, by po niemieckim, rosyjskim i angielskim, nauczyć się kolejnego języka – hiszpańskiego. Nie sądziłem, że kilkadziesiąt lat później pomoże mi zostać ambasadorem w Chile.

– W konkurencji z ekonomią wygrała „Polityka”, której pozostaje pan wierny do dzisiaj. Chciałbym pana zapytać o doświadczenia związane z zarządzaniem redakcją.

– Dwa razy sprawowałem funkcje kierownicze w „Polityce”. Byłem sekretarzem redakcji w latach 60., w okresie, gdy kierował nią Mieczysław Rakowski. Później zostałem zastępcą następnego redaktora naczelnego – Jana Bijaka. Dla „Polityki” pisali najlepsi polscy autorzy – m.in. Ryszard Kapuściński, Hanna Kral, Andrzej Krzysztof Wróblewski, Zygmunt Kałużyński. Nazwiska te działały jak magnes. Zgłaszali się do nas znakomici młodzi dziennikarze. Ci, którym udało się zdobyć etat, wiedzieli, że z „Polityki” generalnie nikogo się nie zwalnia. To dawało ogromny komfort pracy. Jedynym przewinieniem, jakiego nie tolerowaliśmy, była nielojalność. Po 1989 roku powstała spółdzielnia pracy, która dobrze sobie radzi na konkurencyjnym rynku. Z perspektywy kilkudziesięciu lat sądzę, że byłem niezłym sekretarzem redakcji, ale moją piętą achillesową były stosunki z ludźmi, byłem surowy, wymagający, podobno arogancki.

– Przez 4 lata był pan redaktorem naczelnym prestiżowego amerykańskiego magazynu.

– Nie planowałem tego. W 1979 roku, będąc stypendystą Fundacji Niemana na Uniwersytecie Harvarda, poznałem pracowników pisma „The World Paper”, wydawanego też w wersji hiszpańskiej jako „El Diario Mundial”. Był on dodawany raz w miesiącu do prestiżowych gazet i czasopism w wielu krajach. Projektodawcy chcieli otworzyć Amerykanom oczy na świat, ponieważ lokalne media koncentrowały się na sprawach wewnętrznych. Przyjęli, że artykuły powinni przygotowywać wyłącznie dziennikarze spoza USA. Kilkakrotnie prosili mnie o teksty z Polski, która w 1980 roku była w centrum uwagi. Po dziesięciu latach, podczas wakacji w Nowym Jorku zadzwoniłem do prezesa „The World Paper” – Crockera Snowa. Telefon odebrała sekretarka, która zaprosiła mnie w imieniu szefa na lunch. Nie miałem ochoty jechać do Bostonu, ale bardzo nalegała, więc uległem. Zaraz po powitaniu usłyszałem: „Czy zostałby pan redaktorem naczelnym naszego magazynu?” Byłem kompletnie zaskoczony. Umówiliśmy się, że przekażę decyzję za kilka tygodni, podczas spotkania, które miało nastąpić w Moskwie.

– Takiej szansy nie miał żaden polski dziennikarz.

– Rzeczywiście, trudno było odmówić, tym bardziej że wyjazd do USA stwarzał mojej córce szanse na studia na dobrym uniwersytecie, a mojemu pasierbowi – szkołę amerykańską. Ten argument przeważył. Proponowana pensja, z punktu widzenia Polski z 1989 roku, sprawiała wrażenie prawdziwej fortuny. Poprosiłem jednak o radę znajomą z USA, panią Irenę Pipes, żonę znanego profesora historii. Szybko podliczyła koszty utrzymania w Bostonie i powiedziała: „Proponują ci za mało.” Podczas kolejnej rozmowy z moim przyszłym szefem, która – na jego życzenie – odbyła się w… Moskwie, podjąłem więc negocjację warunków. Skończyło się na tym, że, co prawda, nie dostałem więcej, ale wydawnictwo zatrudniło również moją żonę.

– Jak odnalazł się pan w roli amerykańskiego managera?

– Nasze wydawnictwo, choć dostarczało magazyn do 20 krajów, łącznie z wersją chińską, nie mogło osiągnąć rentowności i było uzależnione od sponsorów. Na szczęście, nie musiałem zajmować się żebraniną o pieniądze i ogłoszenia. To robił prezes. Pomimo że magazyn był dotowany, wydawcy zdecydowali się wynająć bardzo drogi lokal w prestiżowym budynku w centrum Bostonu. Spędzałem w redakcji mnóstwo czasu wymyślając tematy, poprawiając testy, wyszukując nowych autorów. Nasz zespół był niewielki, w dodatku organizowaliśmy konferencje na całym świecie. Po raz kolejny bardzo przydała mi się znajomość kilku języków.

– Zdecydował się pan jednak wrócić do kraju.

– Kiedy kończyła się moja kadencja postanowiłem, że nie wystąpię o przedłużenie wizy. Potrzebna była specjalna wiza typu B1, umożliwiająca okresowe zatrudnienie w USA. Mój pracodawca musiał udowodnić, że w całych Stanach nie ma specjalisty, który nadawałby się na moje stanowisko. Choć w przypadku „World Paper” było to teoretycznie proste, ponieważ redaktor naczelny z założenia nie miał być Amerykaninem, procedura była skomplikowana, a firma opłacała kosztownych prawników. Po pięciu latach miałem dość – więcej nauczyć się nie mogłem, córka ukończyła studia, pasierb jest dwu-, a nawet trzy języczny, należało wracać.

– Wrócił pan po to, żeby znów wyjechać, tym razem jako ambasador w Chile.

– Zanim do tego doszło, zdążyłem przepracować kolejne trzy lata w „Polityce”. Uprzedzając pytanie wyjaśnię, że pełniąc rolę ambasadora, musiałem działać jak manager niewielkiej firmy, zmagającej się z ustawicznym brakiem środków. To nie żart: gdyby ktoś rozlał herbatę na fotel i trzeba było wezwać tapicera, musiałbym pytać o zgodę Warszawę. Oficjalne kolacje przygotowywała moja żona, a kierowca występował jako kelner. Na przyjęcia z okazji 3 Maja lub 11 Listopada panie z ambasady przygotowywały kanapki i gotowały wielki garnek bigosu.

– A jak czuje się pan w roli managera bardzo popularnego blogu?

Znakomicie, tym bardziej że do mojego blogu dopisują się codziennie znakomici autorzy. Jestem pod wrażeniem poziomu, jaki reprezentuje część z nich. Żałuję, że są to osoby, których nie znam osobiście.

Co lubi Daniel Passent?

 Zegarki – ma jeszcze swój pierwszy zegarek, szwajcarski Leonidas, jaki dostał używany, w spadku. Od 20 lat używa Citizena kupionego w Tokio za 100 dolarów

Pióra – nie używa, na pięćdziesięciolecie „Polityki” dostał w prezencie Aurorę

Ubrania – styl casual

Wypoczynek – przez wiele lat spędzał wakacje wspólnie z przyjaciółmi w Krzyżach. Ostatnio często odwiedza Berlin, miasto w którym mieszkał jako dziecko. Szczególnie lubi małe portowe miejscowości nad Morzem Śródziemnym

Kuchnia – włoska

Restauracje – „Dyspensa” (jeśli znajdzie sponsora), a także małe lokale przy Placu Inwalidów w Warszawie: „Kareta”, Żywiciel” i „Dziki Ryż”

Samochód – jeździ toyotą Yaris, ceni firmy BMW i Volvo

Hobby – pamiętniki, dzienniki, a także własny blog na portalu „Polityki”

Joanna Makowiecka

Delikatna blondynka stoi na maszynie drukarskiej i przemawia do pracowników, którzy mogliby być jej ojcami, a nawet dziadkami. Uzasadnia konieczność redukcji zarobków o 40 proc. Zebrani, po burzliwej dyskusji, przyjmują argumentację młodziutkiej szefowej kadr.

To jeden z licznych nietypowych epizodów w karierze zawodowej Joanny Makowieckiej – dziś członka zarządu, a zarazem dyrektora pionu zarządzania kadrami w giełdowej spółce Budimex SA. W gronie około 100 managerów jest jedyną kobietą. W dodatku branża budowlana, w której obecnie działa, posługuje się dosadnym językiem, a reguły postępowania obowiązujące na rozrzuconych po całym kraju budowach od dawien dawna ustalają twardzi faceci.

– Przeszłam twardą szkołę w kilku firmach, więc potrafię znaleźć wspólny język z niemalże każdym pracownikiem – podkreśla J. Makowiecka. – Bardzo wcześnie zaczęłam pracować. Silnie wspierała mnie w tym mama, która zajmowała wysokie stanowiska, m.in. zarządzała polskim i rosyjskim zakładem Frito Lay w koncernie Pepsico. Rodzice bardzo wcześnie zaczęli uczyć mnie i brata samodzielności. Wysyłając nas za granicę, planowali np. podróż z wieloma przesiadkami. Zachęcili mnie do wyjazdu na rok do Stanów Zjednoczonych, gdzie chodziłam do szkoły średniej. Myślę, że mogą być usatysfakcjonowani z efektów swych starań: oboje kontynuujemy tradycje managerskie, z tym, że brat zdecydował się na karierę w USA.

Jak żartobliwie wspomina pani Joanna, jej pierwszy minibiznes polegał na sprzedaży zabawkowych samolotów przed warszawską Halą Mirowską. Z kolei pierwsze doświadczenia z zarządzaniem to stanowisko przewodniczącej klasy. Funkcję tę łączyła z niestandardowym punkowym strojem, który budził sprzeciw nauczycieli w elitarnym liceum.

Podczas studiów w Wyższej Szkole Zarządzania i Marketingu podjęła pracę w firmie Mondi Packaging, w charakterze asystenta szefa produkcji. Do jej zadań należało rozliczanie efektywności maszyn poligraficznych. Ze względu na znakomitą znajomość języka pełniła też funkcję tłumaczki szefa, Anglika. Już wtedy zainteresowały ją zagadnienia HR. Gdy szefowa działu personalnego przeszła na urlop macierzyński, zaczęła pełnić jej obowiązki. Nie było łatwo przejąć całość zagadnień w ciągu miesiąca. Nowy szef, tym razem Węgier, zaproponował 21-letniej studentce stały kontrakt. Odmówiła, ponieważ wiedziała, że jej poprzedniczka zamierza wrócić na swoje miejsce. A poza tym kusiło ją wyzwanie w postaci większych organizacji. I tak trafiła do Japan Tobacco, po to, by poznać zasady działania korporacji. Następnie przyjęła pierwszą propozycję, jaką złożyła jej agencja headhunterska i objęła stanowisko dyrektora personalnego w Uniprom SA.

– Zaliczyłam trzy lata zarządzania kryzysowego – wspomina J. Makowiecka. – Dla managera o zacznie większym doświadczeniu mogłoby to być źródło potężnego stresu. Przez pewien czas prowadząca 2 drukarnie firma walczyła o utrzymanie się na rynku. Trzeba było ciąć koszty, obniżać wynagrodzenia. Prawdziwy dramat zaczął się podczas redukcji. Zatrudnieni – w większości z wieloletnim stażem – nawet nie chcieli słyszeć o zmianie pracy i możliwości zdobycia innych kwalifikacji. Robili co mogli, żeby utrzymać zakład przy życiu. Wielu z nich miało wysokie kwalifikacje, lecz nie potrafili szukać ulepszeń, zwiększać wydajności. Największym wstrząsem były dramaty osobiste niektórych ludzi, którzy nie widzieli dla siebie żadnej szansy poza drukarnią. Poczucie obowiązku spowodowało, że zostałam niemalże do końca na tonącym okręcie, wspomagając syndyka w likwidacji biznesu.

Kolejny etap też nie należał do łatwych. J. Makowiecka rozpoczęła pracę w TP SA prowadząc sprawy HR w pionie (Business Unit) zatrudniającym 5 tys. osób. I tym razem musiała przeprowadzić restrukturyzację, w ramach której zwolniono najpierw około 1 tys., a potem 600 osób. Pracownikom proponowano możliwość przekwalifikowania się. Ale czy z wieloletniej księgowej może być dobry handlowiec?

Tym razem pani Joanna przekonała się, na czym polega praca na najwyższych obrotach w korporacji zmieniającej strukturę organizacyjną. Siedziała w biurze przez cały tydzień, rzadko kończąc pracę przed godz. 21. „Była to karuzela, która nigdy nie zwalnia” – wspomina. Po kilkunastu miesiącach ogłoszono nową zmianę. Tym razem kierowała HR w Dywizji Usług dla Domu, a następnie również Dywizji Usług dla Biznesu. Miała trzech szefów, którzy chcąc nie chcąc musieli dopasować terminy spotkań swoich zespołów w taki sposób, żeby mogła brać w nich udział. To jeden z ciekawszych okresów w karierze zawodowej – wspomina – i szansa współpracy z profesjonalistami w każdej dziedzinie biznesu.

I znów zadzwonił head hunter. Tym razem z propozycją ze zdominowanego przez mężczyzn Budimexu. Początkowe wątpliwości rozwiały dwa spotkania. Pierwsze z Dariuszem Blocherem – wówczas prezesem Budimex Dromex (w ramach Grupy Budimex), dziś prezesem Grupy Budimex. Drugie z Hiszpanami, reprezentującymi głównego udziałowca firmy – Ferrovial. Wyzwanie było ciekawe i wreszcie nie łączyło się z niewdzięcznymi zadaniami. Firma wchodziła w okres dynamicznego rozwoju. Liczba kontraktów wzrosła pięciokrotnie. Budimex zaczął wypłacać imponujące dywidendy – za rok 2008 – 149 mln zł, za 2009 r. – 178 mln zł.

– Nowe zlecenia oznaczają stały proces rekrutacji – stwierdza J. Makowiecka. – W tej silosowej branży wcale niełatwo znaleźć na rynku inżynierów, chociaż będąc liderem rynkowym oferujemy bardzo konkurencyjne płace i warunki zatrudnienia. Nasza długofalowa inwestycja w ludzi buduje zaangażowanie i tak pożądaną lojalność. Efektem jest chociażby niska rotacja, co jest dużym sukcesem na tak bardzo rozgrzanym rynku.

J. Makowiecka jako członek zarządu odpowiada w Budimeksie nie tylko za HR, ale też za administrację i komunikację zewnętrzną i wewnętrzną. Skala zadań i tempo pozwalają wypełnić kalendarz po brzegi. Sama wyznaczyła sobie bardzo ambitne zadanie – chce, żeby HR stanowił kulturotwórczy element firmy. „Praca w takiej organizacji, jaką jest Budimex, przynosi dużo satysfakcji – dodaje – a w szczególności cenię sobie współpracę w zespole zarządu i moim własnym. To jeden z istotniejszych elementów, pracować z ludźmi, których się ceni”.

Co lubi Joanna Makowiecka?

Zegarki – Longines

Pióra – Montblanc

Ubrania – klasyczne, Boss

Biżuteria – nosi tylko jeden pierścionek z brylantem

Kosmetyki – zmienia firmy, ostatnio Gucci

Wypoczynek – nad wodą, aktywny. Trenowała wioślarstwo, ostatnio polubiła kitesurfing. Zimą – narty

Kuchnia – japońska, ryby, warzywa

Restauracja – San Lorenzo i Ale Gloria w Warszawie

Samochód – rodzinny Chrysler Grand Voyager lub terenowy: Land Rover Discovery, Volvo Cross&Country

Andrzej Jaskulski

Gabinet prezesa Asseco Systems w biurowcu na warszawskiej Ochocie mógłby należeć do szefa agencji fotograficznej. Na ścianach wisi mnóstwo znakomitych, profesjonalnych zdjęć z różnych części świata.

Fotografia umożliwia mi pełen relaks, oderwanie od problemów – mówi Andrzej Jaskulski. – Tajemnica dobrego zdjęcia to nie tylko światło i świetny kadr. Tkwi ona również w koncentracji, która pozwala skupić się na tym, co najważniejsze. Uważam, że tego rodzaju pasja może być bardzo pomocna dla managera. Był w moim życiu okres, gdy nie potrafiłem przestać myśleć o pracy. Wracając późnym wieczorem do domu rozmawiałem z rodziną, ale jednocześnie analizowałem zagadnienia biznesowe. Dziś wiem, że to niewłaściwa droga. Trzeba umieć sobie samemu powiedzieć: stop. Umiejętność odreagowania kwestii zawodowych powoduje, że następnego dnia znajdujemy znacznie lepsze rozwiązania.

Zainteresował się fotografią mając 12 lat. Razem z kolegą dokumentował wszystkie szkolne wydarzenia. Także i dziś bez problemu obsłużyłby zestaw do tradycyjnego wywoływania zdjęć. Na dalekie wyprawy, oprócz wysokiej klasy kamery cyfrowej, zabiera tradycyjny aparat. Jest wierny systemowi Canona, dokupuje kolejne profesjonalne obiektywy. Publikuje swoje prace w Internecie, jest też aktywnym uczestnikiem specjalistycznych forów, na których spotykają się miłośnicy fotografii z całego świata.

Nie porzucił swej fotograficznej pasji, choć od czasu ukończenia studiów zawsze pracował znacznie więcej niż inni. Jako początkujący inżynier telekomunikacji trafił do jednego z najnowocześniejszych zakładów epoki gierkowskiej – Polkoloru w Piasecznie. Został rzucony na głęboką wodę – do działu utrzymania ruchu. Wyspecjalizował się w egzotycznej wówczas dziedzinie cyfrowych systemów kontrolno-pomiarowych. W związku z tym, że nikt nie mógł go zastąpić, nierzadko w środku nocy przyjeżdżał po niego Żuk z zakładu, bo tylko on był w stanie usunąć awarię. W Polkolorze poznał Jacka Papaja, który kilka lat później został jednym z liderów i twórców polskiego rynku IT. Konsekwencją tej znajomości była praca w pierwszej komputerowej firmie J. Papaja. Najpierw na pół etatu, ponieważ Polkolor nie zgadzał się na zakończenie umowy.

– Przez cały tydzień kończąc pracę w jednej firmie, zaczynałem ją w drugiej – opowiada A. Jaskulski. – Po wielu staraniach udało mi się przejść w Polkolorze na pół etatu, ale u Jacka Papaja dostałem automatycznie cały etat. W Comp SA przeszedłem całą ścieżkę kariery – od szefa serwisu do dyrektora generalnego. Wiele się również nauczyłem. Był to okres gwałtownego rozwoju branży komputerowej w naszym kraju. Po kilku latach doszedłem do wniosku, że nie będę tylko odcinać kuponów od sukcesu. Powiedziałem Jackowi Papajowi, że w ciągu roku będę chciał zmienić pracę. Nie tylko zrozumiał moją decyzję, ale udzielił mi wsparcia. To wyjątkowa postawa, bardzo go za to szanuję.

Kolejnym przystankiem na drodze kariery był Sun Microsystems. Jak sam podkreśla, dogłębnie poznał tam zasady działania międzynarodowej firmy, ze wszystkimi jej plusami, ale też minusami. Proces rekrutacji był kilkumiesięczny, w końcu na placu zostało dwóch kandydatów, a po rozmowie z szefami już tylko jeden…

Praca w Sun Microsystems było pasmem sukcesów. Biznes urósł dwudziestokrotnie. Powstał znakomity, zmotywowany zespół. I pewnie byłoby tak do dziś, gdyby na stanowisku country managera nie pojawiła się businesswoman, której wydawało się, że wszystko wie najlepiej. Zaczęła od restrukturyzacji, nie biorąc pod uwagę tego, że polski oddział miał najwyższą efektywność.

– Przez pewien czas podpisywałem zwolnienia i z oczu ciekły mi łzy – wspomina prezes. – Decyzja o cięciach zespołu nie miała uzasadnienia biznesowego. Stwierdziłem, że tak dalej być nie może. Zadzwoniłem do szefowej. Składając dymisję powiedziałem: „Dalej radź sobie sama. Kiedyś zapłacisz za te błędy”. Niedługo potem okazało się, że miałem rację. Po rezygnacji znalazłem się w stanie dziwnego zawieszenia. Przez rok obowiązywał mnie zakaz konkurencji. Dostawałem całą pensję i po raz pierwszy w zawodowym życiu miałem mnóstwo czasu dla siebie. Ukończyłem Executive MBA University of Illinois i Uniwersytetu Warszawskiego. Mogłem wrócić do młodzieńczego hobby – znów wziąłem do ręki gitarę, co po jakimś czasie zaowocowało wspólnymi koncertami bluesowymi z kolegami managerami.

Już po dwóch miesiącach przymusowych wakacji zaczął odbierać telefony z propozycjami pracy. Przyjął ofertę Holendra, właściciela CompFort Meridian. Kilka dni później, a właściwie kilka dni za późno, spotkał Adama Górala, prezesa Asseco. Rozmowa ta wytyczyła kolejny etap kariery A. Jaskulskiego, ponieważ po 4 latach szefowania CompFortowi, trafił jednak do korporacji Asseco.

– Z prezesem Adamem Góralem znaliśmy się od wielu lat. Myślę, że każdy manager z branży IT z podziwem i niedowierzaniem patrzył na kolejne etapy rozwoju Asseco. Jest to jedyny na polskim rynku przypadek konsekwentnej realizacji wizji, która doprowadziła do powstania prawdziwej korporacji. Dziś Asseco jest jedną z najpoważniejszych firm w Europie i z powodzeniem ściga się z liderami branży. Jestem przekonany, że jednym z kluczy do sukcesu jest sposób motywowania managerów, którzy mają ogromny zakres samodzielności. Jesteśmy rozliczani według genialnie prostego schematu „profit and loss”. Aż 70 proc. mojej pensji zależy od realizacji planów. A że wyniki mamy bardzo dobre… Czy można lepiej związać kadrę zarządzającą z firmą?

Kolejny element sukcesu korporacji to umiejętność zachowania balansu między kosztami a przychodami. W tej branży szczególnie ważna jest polityka kadrowa. Trzeba umieć dopasować stan zatrudnienia do planowanej realizacji zleceń. Nie można więc zwolnić wysokiej klasy specjalistów, gdy kończy się okresowy kontrakt, ponieważ po uzyskaniu kolejnego trzeba by było na nowo kompletować zespół.

Asseco rośnie przejmując kolejne firmy. Powoduje to konieczność dopasowywania i optymalizacji dużych grup pracowników. Ktoś zauważył, że Asseco działa według podobnego schematu jak USA – czyli z sukcesem integruje różne kultury. Procesy te są szczególnie dobrze widoczne w Asseco Systems, choćby ze względu na szeroki zakres realizowanych kontraktów. Słowem – prezes Jaskulski także i w tej firmie ma niewiele czasu na ulubione fotografowanie.

Co lubi Andrzej Jaskulski?

Zegarki – sportowe Breitling i Omega, klasyczny Patek

Pióra – Montblanc

Ubrania – styl włoski, marki – Prada, Armani, D&G, ale i krajowe – ważne, by czuł się w nich dobrze. Ze względu na duży wybór i różnicę cen, garnitury kupuje raczej w USA

Wypoczynek – aktywny. Był kiedyś wioślarzem, nadal lubi sporty wodne, zwłaszcza żeglarstwo. Jeździ na rowerze. Zimą – narty. Lubi ciepłe kraje, ale docenia urodę północy, np. norweskich fiordów czy wysokich Alp

Kuchnia – włoska, bardzo lubi sam gotować „wszystko z polędwicy oraz ryby”. Uważa, że sztuka kulinarna to twórcza dziedzina

Samochód – służbowe BMW X5: bezpieczne i wygodne

Hobby – fotografia, muzyka, sport

Beata Stelmach

Rozmowa z Beatą Stelmach Prezesem Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, wiceprezesem MCI Management SA.

– Zna pani giełdę od podszewki.

– Mam to szczęście, ale i przywilej należeć do grupy osób związanych z rynkiem kapitałowym, a więc i warszawską Giełdą Papierów Wartościowych od samego początku, w tym od pierwszego notowania na giełdzie, w dniu 16 kwietnia 1991 roku.

– Wspaniały rodowód.

– W moim przypadku było to wynikiem dobrej chwili, kiedy zaczynałam swoją karierę zawodową. Rozpoczęłam naukę na SGPiS – dziś SGH – jeszcze w warunkach gospodarki socjalistycznej. Końcówka studiów to był kompletny przełom. Pamiętam spotkanie z rektorem na otwarciu roku akademickiego w 1989 roku, kiedy to powiedział: „Wyrzućcie z pamięci to, czego nauczyliście się przez ostatnie 4 lata. Musicie zacząć myśleć w inny sposób.” Z programu zniknął podział na ekonomię socjalizmu i kapitalizmu. Okazało się, że ekonomia jest jedna, a istotę stanowi sprawność gospodarki, a nie realizacja politycznych dyrektyw… Dla części wykładowców był to grom z jasnego nieba. Musieli przewartościować wszystkie wcześniejsze dokonania.

– Jak pani zareagowała na przełom 1989 roku?

– Chyba wszyscy wówczas czuliśmy, że czekają nas wielkie zmiany. Na czwartym roku studiów pracowałam w NBP, w komórce zajmującej się współpracą z Bankiem Światowym, którą kierował pan Andrzej Olechowski. Czuło się tam powiew świata i wielkich pieniędzy. Miało to niewątpliwie wpływ na mój sposób myślenia. Stanowiło dodatkowy impuls do nauki języków, z czym nigdy nie miałam problemów. Bezpośrednio po ukończeniu studiów podjęłam pracę w spółce, która handlowała z firmami z ówczesnego ZSRR. Często wyjeżdżaliśmy do Moskwy, albo Zurychu. Choć była to ciekawa praca, czułam, że powinnam zdobyć doświadczenie w dużej międzynarodowej firmie. Poszłam nawet na rozmowę kwalifikacyjną, chcąc na jakiś czas zostać sekretarką zarządu takiej wielkiej firmy (mając już dyplom magistra!). Szefowa HR zareagowała ze zdumieniem: „Dziewczyno, z takimi kwalifikacjami i umiejętnościami, jak twoje, powinnaś ubiegać się o merytoryczne stanowisko.” A jakież to były kwalifikacje?… Ale rzeczywiście, w tym okresie znajomość choćby tylko angielskiego i dyplom niezłej uczelni otwierały wszystkie drzwi.

– I tak trafiła pani do Komisji Papierów Wartościowych?

– Najpierw jeszcze postanowiłam uzyskać licencję maklera. Podeszłam do pierwszego egzaminu maklerskiego jaki był w Polsce zorganizowany i… zabrakło mi kilku punktów. Egzamin zdało wówczas zaledwie 12 osób. Po kilku latach sama zasiadałam w komisji egzaminacyjnej i muszę stwierdzić, że wymagania stawiane kandydatom na maklerów były bardzo wysokie. Ale wtedy okazało się, że giełda działa jak magnes, że nowy, dotąd nie funkcjonujący w naszym kraju rynek kapitałowy jest tak fascynujący, że nie było innego wyboru. Natychmiast przyjęłam propozycję pracy w nowoutworzonym urzędzie Komisji Papierów Wartościowych, której siedziba mieściła się w dawnym budynku cenzury przy ul. Mysiej. Biuro wyglądało mniej niż skromnie – w szarych pokojach ustawiono odrapane meble. Ale już stały pierwsze komputery (pamiętam jak sprzeczaliśmy się o wolne miejsce przy klawiaturze). Trafiłam do kierowanego przez Jacka Sochę Biura Inspekcji, czyli „giełdowej policji”, jak mawiali maklerzy. Nasze zadanie polegało m.in. na tym, by obserwować przebieg zawieranych transakcji pod kątem potencjalnych manipulacji, czy też wykorzystywania informacji poufnych. Szefem Komisji był wtedy Lesław Paga – postać niezwykle charyzmatyczna; to on przekonywał nas, że jeśli tylko będziemy tego chcieć, to polski rynek będzie kiedyś silny, liczący się w Europie i na świecie. A my chcieliśmy.

– Jak zapamiętała pani początki giełdy?

– Wtedy na rynku obecni byli głównie bardzo młodzi ludzie, najczęściej przed trzydziestką. Starsi dość nieufnie odnosili się do przekształceń, często mieli trudności, by się do nich dostosować. Myślę, że sukces, jaki udało się nam wypracować, polegał na braku obaw i kompleksów oraz niezachwianej wierze, że w Polsce musi powstać silny rynek. Co więcej, umieliśmy wykorzystać wiedzę zagranicznych doradców.

– Szczególnie aktywni byli wówczas Amerykanie.

– Niewątpliwie miało to wpływ na zaadaptowanie modelu nadzoru nad rynkiem podobnego, jak w USA, z dużymi uprawnieniami Komisji – nadzorcy i regulatora. System notowań przyjęliśmy francuski.

– Czy w pionierskim okresie giełdy Komisja Papierów Wartościowych (obecnie KNF) wielokrotnie podejmowała działania polegające na ściganiu nieuczciwych inwestorów?

– Niektóre sprawy zyskały szeroki rezonans, jak choćby „poznańska wirrówka”, dotycząca manipulacji na akcjach kilku spółek związanych z indeksem WIRR (indeks rynku równoległego). W większości przypadków jednak sprawy kierowane przez nas do prokuratury nie miały, niestety, zakończenia w sądzie. Organa ścigania nie umiały wówczas właściwie interpretować tych spraw. Proszę pamiętać, że nadzorca, niezależnie od tego, gdzie dane przestępstwo ma miejsce, w Polsce, w Ameryce, czy w Malezji, ma do czynienia z przestępstwami „białych kołnierzyków”, ludzi świetnie obeznanych z prawem i korzystających ze wsparcia wysokiej klasy specjalistów. Tak więc trudność prowadzenia takich postępowań polega najpierw na zidentyfikowaniu przestępstwa, następnie na zebraniu materiału dowodowego, a następnie na doprowadzeniu sprawy do wyroku sądowego. Każdy z tych etapów jest niezwykle złożony.

– Jak długo była pani – mówiąc żartobliwie – giełdową policjantką?

– Formalnie do 1994 roku, gdy Jacek Socha zastąpił Lesława Pagę na stanowisku szefa Komisji Papierów Wartościowych. Wraz z nim opuściłam Biuro Inspekcji. Przyjęłam obowiązki dyrektora Sekretariatu Komisji, pełniłam funkcję rzecznika prasowego Komisji (fantastyczne zajęcie!). Ale z tematyką nadzoru i wykrywania przestępstw miałam nadal do czynienia, zajmując się współpracą z innymi nadzorcami z całego świata w ramach International Organization of Securities Commissions (IOSCO), organizacją zrzeszającą instytucje regulujące i nadzorujące rynki finansowe z różnych krajów. Na forum IOSCO prowadziłam prace grupy roboczej ds. wymiany informacji i nadzoru nad rynkami (w tym wykrywanie przestępstw manipulacji i wykorzystywania informacji poufnych).

– Pani dalsza kariera dowodzi, że najchętniej pojawiała się pani tam, gdzie działo się coś nowego.

– W 1999 roku ruszyła reforma emerytalna. Uznałam, że warto się w to włączyć. Opuściłam Komisję i wzięłam udział we wprowadzaniu na rynek nowo utworzonego towarzystwa emerytalnego Pekao/Alliance PTE SA. A warto wiedzieć, że nigdy wcześniej nie wydano w Polsce w tak krótkim czasie tak dużych pieniędzy, przez tak niewielką liczbę podmiotów, na kampanie reklamowe. Chodziło o to, by w szybkim tempie przyciągnąć do siebie jak największą liczbę Polaków – przyszłych emerytów. Po tych doświadczeniach przeszłam do bankowej Grupy PBK, gdzie zostałam wiceprezesem spółki – domu maklerskiego, mającego zajmować się zarządzaniem aktywami. Usługi asset management dla zamożnych ludzi nie były wówczas tak popularne. Nasi doradcy zarządzali też środkami klientów Banku. To ciekawe, że często moje zadania polegały na budowaniu czegoś od samego początku lub wręcz przemodelowaniu biznesu. Tym razem uczestniczyłam w tworzeniu podmiotu, który właśnie starał się o licencję Komisji, wprowadzał procedury obowiązujące na regulowanym rynku kapitałowym. Bardzo ciekawe doświadczenie. A na pewno pomogła mi tu znajomość rynku od strony regulatora i nadzorcy.

– Co spowodowało, że podjęła się pani kierowania Warszawską Giełdą Towarową?

– Dałam się skusić wizji, by przekształcić WGT w instytucję na wzór Chicago Board of Trade – znów ta pokusa, by w Polsce był silny rynek kapitałowy!… Amerykanie z giełdy towarowej w Chicago byli gotowi zainwestować w Warszawie i dołączyć do akcjonariatu WGT. Podobnie nasz Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych – moje rozmowy z ówczesnym wiceprezesem KDPW, Ludwikiem Sobolewskim, były bardzo zaawansowane. Depozyt miałby wtedy przejąć funkcję izby rozliczeniowej także dla kontraktów terminowych. To był dobry czas, sprzyjały nowo wprowadzone przepisy prawne. Istniała wówczas realna szansa, że rozdrobniony rynek mięsno–zbożowy uda się skonsolidować, a na tej bazie stworzyć prawdziwy rynek terminowy; zwłaszcza że były już notowane instrumenty pochodne na walutę. Niestety, zderzyłam się z oporem prywatnych akcjonariuszy. Proponowałam rozwój na wzór amerykański, i co za tym idzie szansę na wielkie pieniądze. Moja wizja oznaczała jednak konieczność poddania się procedurom rynku regulowanego. Skutek jest taki, że do dziś WGT nie ma licencji giełdowej. Nie mając szansy na realizację swojej strategii, złożyłam rezygnację.

– Pani następcą na stanowisku prezesa został Waldemar Pawlak.

– Tak. Przekazanie obowiązków odbyło się w bardzo przyjaznych warunkach. A ja trafiłam do zarządu Prokom Software, gdzie odpowiadałam za relacje z rynkiem kapitałowym, uczestniczyłam w transakcjach fuzji, przejęć, odpowiadałam za właściwą komunikację i relacje z akcjonariuszami, słowem za wszystko, co wiązało się giełdą. Moim kolejnym miejscem był zarząd Intrum Justitia TFI, towarzystwa zarządzającego funduszem sekurytyzacyjnym, jednego z pierwszych tego rodzaju na polskim rynku. I znów budowałam od podstaw podmiot, który reprezentował nowatorskie podejście do zarządzania wierzytelnościami w strukturze rynku regulowanego. Od dwóch lat zasiadam w zarządzie MCI Management SA, spółki z obszaru private equity, notowanej na GPW. Odpowiadam za tworzenie innowacyjnych produktów inwestycyjnych z obszaru PE/VC, a także rozwój nowych funduszy.

– Pracując tam intensywnie, znalazła pani jednak czas, by dwukrotnie zaliczyć studia MBA…

– Tak – w obu przypadkach: zarówno w Calgary University, jak i studia w INSEAD, to były programy tzw. executive, czyli dla osób, które musiały wykazać się określonym stażem i doświadczeniem w biznesie. Zwłaszcza studia w INSEAD były niezwykłym doświadczeniem. W grupie prawie 60 osób byłam jedyna z Polski, nie wspominając, że w całej naszej grupie były tylko 4 kobiety. Poprzeczka stawiana kandydatom starającym się o możliwość zdobycia dyplomu MBA tego ekskluzywnego instytutu była niezwykle wysoka. A i same studia, trwające niemal półtora roku, też nie należały do łatwych. Ale warto było! Uważam, że dla każdego managera pragnącego rozwijać się bardzo ważne jest podnoszenie kwalifikacji. Bez względu na wiek.

– W biznesie jest stosunkowo mało kobiet. Zapewne chodzi o to, że trudno połączyć zrządzanie firmą z życiem rodzinnym.

– Zupełnie się z tym nie zgadzam. Moja rodzina nigdy nie ucierpiała (mam nadzieję, że moi domownicy to potwierdzą!) z powodu moich obowiązków. Ważne, by umieć podzielić się obowiązkami. Mój mąż zawsze mnie wspierał, przejmował wiele obowiązków domowych, choć miał własną pracę i własne pasje. Ja z kolei zawsze znajdowałam czas, by wspólnie z synem odrobić lekcje. Choć jest on już studentem, nadal spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu, razem jeździmy na narty, pływamy na deskach.

– A co myśli pani o kobiecym stylu zarządzania?

– To modny temat, zwłaszcza w dobie dyskusji nad wprowadzeniem parytetów płci do życia politycznego i gospodarczego. Uważam, że dobrym managerem może być zarówno kobieta jak i mężczyzna – to wynika z przygotowania merytorycznego, z doświadczenia, zdobytych kwalifikacji, ale też i z cech osobowych. Faktycznie, kobieta-manager kojarzy się z bardziej ciepłym sposobem zarządzania, z chęcią szukania kompromisów w miejsce konfliktu. Jest to widoczne najlepiej w niewielkich, na przykład rodzinnych, spółkach. Ale każda firma ma własną kulturę korporacyjną. Szczególnie w dużych przedsiębiorstwach płeć nie ma znaczenia – ważne, żeby prezes, szef, dyrektor miał cechy lidera i odpowiednie przygotowanie merytoryczne. A w Polsce statystyki mówią, że kobiety są lepiej wykształcone. Dlaczego więc jest ich tak niewiele na stanowiskach kierowniczych?

– Od 2006 roku jest pani prezesem Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

– Zrzesza ono spółki giełdowe, których papiery notowane są na GPW w Warszawie. Do Stowarzyszenia należą emitenci reprezentujący niemal 90 proc. kapitalizacji naszej giełdy. Choć reprezentują różne branże, to łączy je giełdowy parkiet. Ważnym zadaniem SEG jest dbałość o wysokie standardy naszego rynku. Przez to staramy się dawać możliwość podnoszenia kwalifikacji kadry zarządzającej w spółkach, organizujemy szkolenia, warsztaty, dostarczamy ekspertyzy prawne, uczestniczymy w tworzeniu prawa, występujemy z inicjatywą zmian regulacyjnych. Rynek wysoko ceni nasze eksperckie opracowania, raporty, wydawnictwa, które szczegółowo omawiają zagadnienia ważne dla managerów – np. jak prawidłowo zorganizować walne zgromadzenie przez Internet.

Co lubi Beata Stelmach?

Zegarki – nosi Omegę, prezent od męża

Pióra – w torebce zawsze ma dwa, najchętniej pisze starym Watermanem, od wielu lat używa fioletowego atramentu

Biżuteria – oszczędnie stosowana. Preferuje perły. Za to uzupełnia to dobrym zapachem perfum (od lat ten sam: Paloma Picasso)

Ubrania – styl klasyczny, ceni dobre marki, szczególną uwagę zwraca na buty

Wypoczynek – aktywny: żeglarstwo, windsurfing. Codziennie biega. Zimą każdą wolną chwilę wykorzystuje na wypad narciarski

Kuchnia – przede wszystkim, dobra! Ten wymóg spełniają kuchnie: polska, chińska, japońska i wiele innych…

Samochód – nieważne, jakiej marki: wygodny i niezawodny; bezpieczny

Hobby – literatura rosyjska, koniecznie w oryginale („Mistrz i Małgorzata” ponad wszystko!)

John Banka

Rozmowa z Johnem Banką, dyrektorem Działu Inwestycyjnego Colliers International

– John Banka najbardziej lubi miasta, które są największymi skupiskami Polaków na świecie. Wychował się i wykształcił w Chicago, od 13 lat mieszka w Warszawie. Pracuje w Colliers International Polska, gdzie pełni funkcję dyrektora departamentu kapitałowego.

– Jestem z kształcenia urbanistą, może dlatego tak bardzo cenię miejscowości, w których czuję ogromny potencjał rozwoju – mówi J. Banka. – Dotyczy to zarówno Chicago, jak i Warszawy. Pierwszemu z miast bardziej sprzyja aura. Częściej niż we Warszawie w zimie świeci tam słońce. ponieważ ciągle świeci tam słońce. Nie żałuję jednak decyzji o przeniesieniu się do Polski. Ze swojej perspektywy widzę wiele zalet, których nie dostrzegają sami rodowici Polacy.

 

 

Jako manager wysokiego szczebla J. Banka docenia polską umiejętność oddzielenia sfery prywatnej i służbowej. W USA wygląda to zupełnie inaczej. Chcąc zrobić karierę w dziedzinie zarządzania „młode wilki” muszą wyrzec się życia prywatnego. Praca przez 6, a nawet 7 dni w tygodniu, od 8 rano do 24 jest czymś zupełnie normalnym. Wielu początkujących managerów spędza w biurach całe dni. Zdarza się, że śpią na służbowych kanapach, biorą prysznic, wyciągają świeżą koszulę z szafy i są gotowi do dalszego wysiłku. Dla większości uczestników tego wyścigu całkowite zaangażowanie w sprawy firmy i wyrzeczenie się życia prywatnego to inwestycja na całe życie. Bywa jednak i tak, że inwestycja okazuje się klęską. Ci, którzy wygrywają, mogą liczyć na wyższe stanowiska, większe pieniądze i pracę w nieco mniejszym wymiarze godzin, ale i tak rodziny rzadko ich oglądają.

– Kończąc urbanistykę, a następnie MBA na prestiżowym Kellog School of Management, Northwestern University, gdzie wykłada m. In. Philip Kotler, otrzymałem propozycję pracy w Polsce. Natychmiast wyraziłem zgodę, choć mój kontakt z krajem, z którego pochodzili rodzice, był dość skomplikowany. Warto dodać, że droga do USA mojej matki i ojca nie należała do łatwych. Ojciec podczas II Wojny światowej został wywieziony na roboty do Niemiec. Po wejściu aliantów, został szoferem amerykańskiego generała. W latach 50. na statku wiozącym emigrantów do USA poznał moją matkę. Podobnie, jak inni przedstawiciele Polonii, ciężko pracowali – jako pielęgniarka i handlowiec. W domu Polska była częstym tematem, toteż, gdy podczas studiów trafiłem na jeden semestr do Wiednia, postanowiłem odwiedzić kraj przodków. Była to wyjątkowo pechowa wyprawa. Znajomy, z którym wybierałem się do Krakowa odebrał nasze  paszporty z polskiej ambasady w Wiedniu, ale nie zauważył, że urzędnik zapomniał wbić mi wizę. W związku z tym zostałem zatrzymany na kilka godzin na granicy. Z kolei wyjeżdżając z Krakowa, oddałem wszystkie pieniądze zakonnicy, prosząc żeby przekazała je na KOR. Myślałem, że złotówki nie będą mi potrzebne. Myliłem się, nie miałem za co wykupić wizy powrotnej, w końcu ulitowali się nade mną dobrzy ludzie…

Jak się łatwo domyślić po takich przygodach J. Banka nie miał już zamiaru wracać do Polski. Stało się jednak inaczej. Ojciec – zawzięty kibic polskiej piłki nożnej – namówił go na wyjazd na mecz w 1981 roku. Tym razem młody Amerykanin doświadczył w Polsce wszystkiego co najlepsze. Pomimo trudnych warunków Polacy tryskali energią, byli bardzo gościnni, w dodatku byli głodni  informacji z Zachodu. „Przytyłem 5 kilogramów” – żartuje pan John.

Tak wiec 15 lat później, w 1996 roku, gdy złożono mu propozycję objęcia nadzoru finansowego nad procesem deweloperskim Warszawskiego Centrum Finansowego odpowiedział pozytywnie. Po roku, gdy uznał, że zrealizował zadanie, zdecydował się uruchomić dla inwestora z Anglii firmę wyspecjalizowaną w zarządzaniu procesem budowlanym. Zleceniodawców – i to z najwyższej półki – nie brakowało.  Byli wśród nich inwestorzy „Złotych Tarasów” i „Holiday Inn”.

– Moje pierwsze tygodnie w Warszawie nie należały do  łatwych , ze względu na drobne, dokuczliwe uciążliwości – wspomina J. Banka. – Miałem konto w USA, a w stolicy było zaledwie kilka bankomaty. Brakowało restauracji na dobrym poziomie. Po jakimś czasie poczułem się tu jednak, jak u siebie w domu. I trudno się temu dziwić, przecież w Chicago też na ulicy słyszy się język polski.

Kolejne etapy „wsiąkania” Amerykanina w polski grunt były związane z rozwojem kariery: własny wyspecjalizowany portal budowlany, a następnie praca dla Arthur Andersen. A w życiu prywatnym – żona i troje dzieci. W 2002 roku trafił do Colliers International, gdzie od podstaw zbudował dział, który w ostatnich trzech latach przeprowadził transakcje o wartości miliarda euro. Rekordowy okazał się rok 2009, w którym padł rekord – 450 mln euro. Na spektakularny sukces, odniesiony w czasie najgłębszego kryzysu, złożyły się m.in. transakcje sprzedaży 2 centrów handlowych w Opolu, budynku „Deloitte” i biurowców przy ul. Marynarskiej w Warszawie.

Był to szczególnie dobry okres dla Colliersa, który – w odróżnieniu od innych firm z branży – nie tylko nie redukował zatrudnienia, ale przyjął nowych pracowników. Firma kupiła polski oddział Harvey Spack Field, brytyjskiej firmy specjalizującej się w wynajmie parków handlowych. Colliers przejął cały biznes firmy w Polsce, włączając w to rozpoczęte projekty oraz pracowników. Wzmocnił tym samym swoją ekspertyzę w obszarze wynajmu parków handlowych na obrzeżach miast. Warto dodać, że także w skali światowej Colliers wzmocnił znacząco pozycję dzięki fuzji z „First Service Real Advisors”. Obecnie firma zajmuje 3 pozycję w swojej branży na świecie, jest obecna w 60 krajach.

– Jako młody manager szukałem swojej drogi, relatywnie często zmieniałem pracę – wyznaje J. Banka. – Zmieniało się to od czasu, gdy związałem się Colliersem. Jestem obecnie partnerem, czyli inaczej mówiąc, mam pakiet udziałów firmy, co dla każdego managera stanowi dodatkową motywację do osiągania najlepszych wyników.

Z perspektywy kilkunastu lat zarządzania różnymi firmami, J. Bańka ironicznie wspomina: „Kiedy byłem młody, brakowało mi cierpliwości”. Dziś patrzy na to inaczej: „W kontaktach z pracownikami, trzeba starać się rozumieć ich stanowisko, sposób myślenia.” Za szczególnie ważne uważa unikanie niepotrzebnych konfliktów. Problemy należy omawiać, szukać takich rozwiązań, by nie wracały ze zdwojoną siłą. Stara zasada, że wszyscy uczymy się na błędach, sprawdza się w każdym aspekcie życia, ale też w praktyce biznesowej. Naczelne zadanie managera polega na tym, żeby stworzyć dobry zmotywowany zespół. Nie tylko zatrudnić odpowiednich ludzi, lecz ciągle ich wspierać w rozwoju zawodowym.

 

Co lubi John Banka?
Zegarki – klasyczne, kupowane na wiele lat, niezależnie od mody.
Ubrania – do biura zawsze chodzi w krawacie, w weekendy wkłada dżinsy i T-shirt.
Wypoczynek – nad morzem, najchętniej w Chorwacji. Lubi powroty do rodzinnego Chicago. W USA szczególnie upodobał sobie Południową Karolinę.
Kuchnia – babci. Ulubiony przysmak – bajgle z Chicago.
Restauracja – „Gene & Georgetti” i „Frontera Grill” w Chicago oraz „San Lorenzo” w Warszawie.
Hobby – literatura, wspólnie ze znajomymi prowadzi prywatny klub dyskusyjny. Podczas spotkań wspólnie wybierają książkę, którą warto przeczytać. Poza tym – lubi gotować. Gra w golfa. Jest melomanem – od Bacha do bluesa, od opery do rocka. Ulubieni artyści: Van Morrison i Jim Morrison.

Dietrich Mateschitz

Niedawno jeden z czołowych magazynów uplasował go w czołówce najbogatszych ludzi świata. Skromny, pozostający w cieniu przez ostatnie 20 lat, swoim uporem i niekonwencjonalnymi pomysłami zrewolucjonizował światowy biznes napojów energetycznych.

Dietrich Mateschitz, rocznik 1944, pomysłodawca i kreator potęgi Red Bulla. Dokonał – jak by się wydawało rzeczy niemożliwej – na jednym produkcie zbudował nowoczesne imperium finansowe, które dzięki baśniowym obrotom służy wielu innym przedsięwzięciom elektryzującym cały świat.

Bardzo chroni swoją prywatność, nie zgadza się na publikację swoich fotografii. Nie obnosi się z bogactwem. To uwielbiany przez współpracowników charyzmatyk i wizjoner. Niechętnie się pokazuje publicznie, nie udziela wywiadów, a jego nieliczne wypowiedzi dotyczą jedynie spraw biznesowych i zaangażowania w Formułę 1.

Krnąbrny i niepokorny. Później, w czasach studenckich typowy bonvivant. Studia na wiedeńskiej politechnice, a następnie na World Trade Institute. Pierwsze poważne pieniądze zarobił w korporacji Unilevera. Tam podobno dorobił się – jak na tamte czasy – fortuny – dzisiejszego odpowiednika 150 tys. euro, które później zainwestował w Red Bulla.

O Mateschitzu pierwszy raz usłyszałem prawie 20 lat temu, kiedy w Polsce pojawili się pierwsi inwestorzy z jego rodzimego Salzburga. Przedstawiano go jako niedościgły wzór managera, fenomen już wtedy nie tylko na skalę austriacką, wizjonera i człowieka, który dzięki umiejętności motywowania innych może przenosić góry. W opowieściach o nim nigdy nie było tak powszechnej w biznesowym świecie zawiści. Zawsze wywoływał pozytywne emocje. Różne są relacje na temat, jak wpadł na pomysł sprowadzenia do Europy energetyzującego napoju. Był to w jakimś stopniu przypadek, ale z drugiej, strony łut szczęścia i intuicja. Siedział ponoć w lobby hotelowym, kiedy zauważył, jak Tajowie zamiast porannej kawy opróżniają małe buteleczki jakiegoś napoju. Zainteresował się ich zawartością. Okazało się, że jest to kofeina i tauryna z substancjami smakowymi, jak sami Austriacy nazywali to „gummibärchen”, czyli żelkami landrynkowymi. Pomysł pomysłem, ale trzeba było jeszcze znaleźć finansowanie oraz przygotować cały skomplikowany proces technologiczny.

W kieszeni nie miał aż takich środków – wspomniane wyżej 150 tys. euro nie wystarczało, aby podołać tak dużemu przedsięwzięciu. Trzeba było znaleźć inwestorów strategicznych oraz firmę, która napełniałaby aluminiowe puszki czarodziejskim płynem. Nazwy tej firmy nie wymieniamy, ale do dzisiaj i na zawsze ma prawo do napełniania Red Bulla. To był jej trybut do biznesu, ale i jej gwarancja, że do końca świata będzie uczestniczyła solidarnie w podziale zysków za ryzyko, jakiego się podjęła.

A później poszło już prawie jak z płatka. Dzięki swoim talentom managerskim i grupie starych sprawdzonych przyjaciół udało się stworzyć team, który był od samego początku święcie przekonany o ostatecznym sukcesie. Promocją, najpierw w Austrii, a dzisiaj już na całym świecie, zajął się i do tej pory zajmuje Johannes Kastner. Przed pierwszą kampanią reklamową miał podobno zaprezentować ponad 50 projektów reklamowych, które notorycznie były odrzucane. Dopiero na setnym spotkaniu Kastner miał wyrzucić z siebie desperacko „Red Bull doda ci skrzydeeeełłłłł” i zaskoczyło. Mateschitz miał powiedzieć „to jest to, to będzie działać”. Zaraz potem, zamówił kreskówki u innego swojego przyjaciela Horsta Sambo. Do dziś ten artysta tworzy kreskówki Red Bulla, jak wiadomo – z wielkim sukcesem.

O majątku Mateschitza krążą legendy. Ma zapewne wiele nieruchomości, wiadomo zaledwie o kilku. Jedna w Fuschl am See, inna nieopodal Salzburga. Wiadomo, że wszystkie urządza mu znany światowy designer. Wolny czas spędza pilotując samolot lub uprawiając przeróżne sporty.

O jego talencie managerskim świadczy fakt, że jako jeden nie umoczył pieniędzy na zainwestowaniu w Jaguar Racing i w 2005 r. rozpoczął sezon formuły 1 bez strat. Bez niego nie byłoby formuły 1 Red Bull Racing, ani też szaleńczych przedsięwzięć, jak choćby Red Bull Air Race. Czego się nie dotknie, jak Midas zamienia w złoto.

Pieniądze z biznesu stanowią dla niego pożywkę i siłę motoryczną dla pasji, do których należą: sport, sztuka i wielkie przedsięwzięcia kulinarno-gastronomiczne. Tym trzem pasjom odpowiada ukochane dziecko Mateschitza, salzburski Hangar-7. Fokusuje on wszystko to, co ten charyzmatyczny manager chciał przekazać światu. Gdzieś w zakątkach tego hangaru realizuje się filozofia austriackiego miliardera – zarabiać owszem, ale dawać też frajdę innym…

Jedno z najciekawszych dzieł Dietricha Mateschitza – Hangar-7, to awangardowa budowla na lotnisku w Salzburgu. Mieści to, co duzi chłopcy lubią najbardziej…

Podczas budowy zużyto 1500 ton stali i szkła, pokrycie ma 7 tys. mkw. powierzchni – tworząc tzw. Nieboskłon, pod którym parkują samoloty, helikoptery, bolidy formuły 1. W dolnej części ulokowano z wielkim pietyzmem odrestaurowane samoloty, m.in. legendarnego DC-6B należącego kiedyś do marszałka Josipa Broz Tito.

Ale Hangar-7 to także gastronomia na najwyższym światowym poziomie. Restauracja Ikarus jest rekordzistą w zdobywaniu kolejnych gwiazdek Michelina. Wśród atrakcji baru Mayday były wirtualne kelnerki żywcem wyjęte z amerykańskich komiksów i reagujące na ruch palcem. Szczególnym powodem do dumy właściciela jest Hang ART-7, mecenat sztuki to kolejna wielka namiętność Mateschitza.

Wiemy też, czego nie lubi. Z nielicznych wypowiedzi dla mediów wynika, że nie nosi krawatów i garniturów oraz że nienawidzi korporacji i ich pionowych struktur zarządzania. Jest też przeciwnikiem instytucji małżeństwa.

Warto dodać, że bez Mateschitza nasz złoty Adam Małysz może nie leciałby tak daleko, i jemu Red Bull dodał skrzydeł… Jak nie tych prawdziwych, to na pewno finansowych.

Mam nadzieję, że kiedyś Mateschitz – geniusz marketingu i megamanager, przemówi i przekaże swoją wielką wiedzę innym. Na to liczymy…

Ważne Informacje

Laboratorium Odzyskiwania Nadziei

Rafał Krawczyk, prezes Labdaty, opowiada o tym, jak jego firma pomaga odzyskiwać dane z uszkodzonych komputerów i telefonów Firm oferujących usługi odzyskiwania danych jest wiele....

V Europejskie Forum Handlu i Eksportu: polskie firmy w globalnej grze

11 grudnia 2025 roku w Hotelu Bristol w Warszawie odbyła się V edycja Europejskiego Forum Handlu i Eksportu – jednego z kluczowych wydarzeń poświęconych...

Rusza ogólnopolski projekt edukacyjny ZBADAI

Sztuczna inteligencja w szkole? Taka myśl przeraża zarówno wielu nauczycieli, jak i rodziców. Tymczasem AI może być sprzymierzeńcem w poznawaniu świata i zrozumieniu rzeczywistości....

Europejskie Forum Handlu i Eksportu: przyszłość europejskiego handlu, e-commerce i łańcuchów dostaw

Już 11 grudnia 2025 roku odbędzie się kolejna edycja Europejskiego Forum Handlu i Eksportu, jednego z najbardziej prestiżowych wydarzeń w Polsce poświęconych globalnemu handlowi,...

Open Source wg Red Hat

Dinko Eror, VP EMEA Central, North and Eastern Europe w Red Hat, opowiada o tym, dlaczego rozwiązania open-source’owe cieszą się coraz większą popularnością Jak Red...

Łukasiewicz i Dassault Systèmes razem na rzecz transformacji cyfrowej polskiego przemysłu

Centrum Łukasiewicz podpisało porozumienie o współpracy z Dassault Systèmes w zakresie cyfrowej transformacji polskiego przemysłu. Współpraca ma wspierać cyfryzację procesów badawczorozwojowych, wdrażanie nowoczesnych technologii w gospodarce i wzmacnianie kompetencji cyfrowych...