.
Strona główna Blog Strona 393

Pozornie łatwe publiczne pieniądze

    Każdego roku przedsiębiorstwa sprzedają sektorowi publicznemu produkty i usługi za ponad 200 mld złotych. Prawdziwe eldorado, ale tylko z pozoru. Współpraca z sektorem publicznym to przeciągające się procedury wydłużające czas realizacji kontraktów, zatory płatnicze i trudne relacje z urzędnikami

    Popyt sektora publicznego na produkty i usługi przedsiębiorstw napędzają w ostatnich latach unijne fundusze. Jak wynika z danych Urzędu Zamówień Publicznych, jeszcze w 2006 roku wartość rynku wynosiła 80 mld złotych, żeby w rekordowym 2010 roku osiągnąć 167 mld złotych. To wtedy w ekspresowym tempie budowaliśmy drogi i stadiony przed nadchodzącymi mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Ale w latach 2011-2014 przedsiębiorcy w dalszym ciągu liczyć mogli na poważny zastrzyk gotówki ze strony sektora publicznego – średnio każdego roku urzędnicy rozstrzygali przetargi o wartości 138 mld złotych. W poprzednim roku wartość rynku spadła do około 117 mld złotych, co, z jednej strony, jest pochodną około rocznego opóźnienia w wydatkowaniu unijnych pieniędzy z perspektywy budżetowej 2014-2020, z drugiej, z podwyższenia z 14 do 30 tys. euro wartości zamówienia, które może być złożone z pominięciem prawa zamówień publicznych. Od 2013 roku Urząd Zamówień Publicznych gromadzi także dane dotyczące umów zawieranych przez stronę publiczną z pominięciem procedur ustawowych – czy to ze względu na niską wartość zamówień, czy możliwe wyłączenia zapisane w prawie. Wynika z nich, że łączna wartość rynku zamówień publicznych w 2013 roku wyniosła 218 mld złotych, w kolejnym roku wzrosła do 230 mld złotych. Pełnych danych za rok 2015 jeszcze nie ma, ale można przypuszczać, że także w tym wypadku granica 200 mld złotych została przekroczona.

    Rynek jednego oferenta
    Dokonywanie zakupów przez państwo i podlegające mu organizacje związane jest z wydatkowaniem publicznych pieniędzy. W założeniu system przetargów ma wprowadzać w ten obszar gospodarczej aktywności konkurencję i sprawić tym samym, że publiczne środki będą wykorzystywane optymalnie – zamawiający będzie w stanie kupić określoną usługę po możliwie najniższej cenie. Gdyby spojrzeć na polski rynek tej perspektywy to trudno stwierdzić, że dobrze spełnia on swoją rolę – do około 40 proc. przetargów zgłasza się zaledwie jeden oferent.

    – Przedsiębiorcom nie jest łatwo zdobyć zamówienie ze strony sektora publicznego. Tego rodzaju kontrakty stawiają przed nimi większe obowiązki i stanowią większe ryzyko, związane na przykład z koniecznością wypełnienia dużej liczby dokumentów, w porównaniu do rynku komercyjnego. Najpierw trzeba ponieść pewne koszty, zaakceptować ryzyko, a później stanąć do przetargu, bez żadnej gwarancji, że się go wygra – mówi Piotr Markowski z serwisu Zamówienia 2.0, analizującego rynek zamówień publicznych. To odstrasza od rynku zamówień publicznych przede wszystkim małe i średnie firmy, które nie są w stanie pokonać biurokratycznych wymagań lub postrzegają to jako zbyt wysoki koszt. W specyfikacji istotnych warunków zamówienia, która jest podstawą Każdego przetargu, zamawiający często stawiają przed firmami bardzo trudne do spełnienia wymagania, na przykład dotyczące doświadczenia. Zdarza się, że warunki przetargów od początku określane są w ten sposób, żeby wypełniał je określony dostawca, co sugeruje korupcję, ale najczęściej wynikają z braku rynkowej wiedzy urzędników – około 20 proc. przetargów kończy się ich unieważnieniem, bo nie zgłasza się do niego żadna firma. Wystartowanie w przetargu wiąże się też z wpłaceniem wadium, które może przepaść. To również jest element zniechęcający do walki o publiczne zlecenia przede wszystkim mniejsze przedsiębiorstwa.

    Także podniesienie tzw. progu bagatelności z 14 tys. do 30 tys. euro, wprowadzone przy okazji nowelizacji ustawy w październiku 2014 roku, zmniejszyło konkurencję na rynku publicznych dostaw. Z badania przeprowadzonego przez UZP wynika, że w 2015 roku aż 62 proc. instytucji publicznych kupujących na rynku produkty i usługi nie zgłosiło ani jednego zamówienia przekraczającego wyznaczony próg. W tej grupie 45 proc. organizacji nie wypracowało żadnych własnych kryteriów wyboru najlepszych oferentów, zawierając po prostu umowę z wybraną przez siebie firmą. W takim wypadku reszta przedsiębiorców nie ma nawet szans aby dowiedzieć się o możliwości złożenia oferty i tym samym nie można mówić o uczciwej konkurencji.

    – Przekonanie o tym, że wybór określonego dostawcy jest z góry przesądzony, to także jest jednym z czynników, które zniechęcają przedsiębiorców do ubiegania się o publiczne kontrakty – uważa Piotr Markowski. Zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej, także zamówienia o wartości niższej niż próg bagatelności powinny być ogłaszane publicznie, tak aby każdy przedsiębiorca mógł złożyć swoją ofertę. Pod względem odsetka przetargów, do których zgłasza się tylko jeden oferent, Polska ma jeden z najgorszych wyników w Unii Europejskiej, na poziomie takich państw, jak Cypr, Estonia, Luksemburg czy Lichtenstein, w przypadku których taką sytuację można wytłumaczyć wielkością gospodarki.

    – To istotny czynnik ryzyka na polskim rynku zamówień publicznych, bo pokazuje, że jest on niekonkurencyjny. Niewątpliwie duża część tego problemu związana jest z występowaniem nieprawidłowości i nadużyć w procedurach przetargowych – mówi Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego, która w zeszłym roku zapoczątkowała wyliczanie barometru Ryzyka Nadużyć w Zamówieniach Publicznych.

    Dyktat najniższej ceny
    Z punktu widzenia przedsiębiorstw ubiegających się o publiczne zamówienia czynnikiem zniechęcającym do startowania w przetargach może być praktyka wybierania przez zamawiającego oferty z najniższą ceną. Dyktat najniższej ceny był jedną z przyczyn problemów branży budowlanej, która zgarnia największą część środków rozdysponowywanych przez sektor publiczny. Z przeprowadzonej przez Fundację Batorego analizy niemal ogłoszonych postępowań dotyczących zamówień publicznych z lat 2010-2015 na łączną kwotę 344 mld złotych, aż 65 proc. dotyczyło prac budowlanych. Ale stwierdzenie, że budownictwo jest głównym beneficjentem zamówień publicznych byłoby nieprawdziwe – mordercza konkurencja o finansowane z unijnych pieniędzy kontrakty na budowę infrastruktury drogowej przed Euro 2012 sprawiła, że przedsiębiorstwa licytowały się na niskie ceny. Kiedy w górę poszły ceny surowców co podniosło koszty, a jednocześnie pojawiły się problemy z płatnościami za wykonane prace ze strony Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA), część branży utraciła płynność finansową.

    Firmy realizujące kontrakty przestały płacić podwykonawcom, przez budownictwo przetoczyła się fala bankructw, kulminująca w latach 2012-2013. Na granicy bankructwa znaleźli się tacy potentaci branży, jak PBG czy Polimex Mostostal. Procesy, w które zaangażowały się firmy realizujące kontrakty, ich podwykonawcy i GDDKiA do dziś nie zostały zakończone. To pod wpływem kryzysu w budownictwie znowelizowane zostało prawo zamówień publicznych, ograniczając kategorię zamówień, w których można stosować wyłącznie kryterium najniższej ceny. Wprowadzono również obowiązek uzasadnienia sytuacji, w których zamawiający posłuży się przy wyborze oferty jedynie kryterium cenowym. W teorii ta zmiana zadziałała – odsetek postępowań, w których tylko cena decydowała o podpisaniu kontraktu spadł z 85-90 proc. do około 30 procent. W praktyce jednak i tak najczęściej wygrywają najtańsze oferty, co według niektórych specjalistów jest najbezpieczniejsze z punktu widzenia podejmujących decyzje urzędników.

    – W przetargach pojawiają się kryteria jakościowe, ale ponieważ o takie kontrakty, do których my aspirujemy, ubiegają się z reguły duże firmy, z bogatym doświadczeniem – wszyscy te kryteria wypełniamy równie dobrze. W praktyce o wyborze oferty decyduje cena – mówi przedstawiciel firmy informatycznej tworzącej oprogramowanie. Sektor publiczny jest dla branży informatycznej ważnym klientem, a w kolejnych latach zamówień może być jeszcze więcej, bo postępująca cyfryzacja administracji publicznej będzie finansowana także ze środków unijnych. Ale nadchodzący boom może być dla firm IT równie problematyczny, jak wcześniej był dla budownictwa.

    Informatyczne problemy
    Administracja publiczna jest wymagającym zleceniodawcą, bo każde ministerstwo czy instytucja ma swoją specyfikę, co powoduje, że za każdym razem firmy informatyczne zmuszone są tworzyć rozwiązania szyte na miarę. Sprostanie oczekiwaniom klientów wymaga zbudowania do realizacji każdego zlecenia zespołu, liczącego nawet kilkudziesięciu informatyków.

    – Standardem jest przeciąganie procedur i zwlekanie z podejmowaniem decyzji, co wydłuża realizację projektów. Jeśli kontrakt zaplanowany na rok realizujemy przez dwa lata, to oznacza dla nas dodatkowe koszty – mówi nasz rozmówca z branży informatycznej. Ten problem zaostrzył się po wyborach parlamentarnych – zmiana władzy skutkowała wymianą kadr w ministerstwach i urzędach. Stanowiska stracili także pracujący dla strony publicznej ludzie odpowiedzialni za sektor IT.

    – Z jednej strony nie ma nowych przetargów, bo opóźnia się wydatkowanie pieniędzy unijnych, z drugiej, mamy kłopoty z rozliczaniem projektów zapoczątkowanych jeszcze za poprzedniej koalicji, bo pod byle pretekstem urzędnicy nie chcą od nas odbierać już zrealizowanych prac. To oznacza opóźnienia w płatnościach i kłopoty z utrzymaniem płynności – ocenia przedstawiciel branży informatycznej. Zatory płatnicze grożą powtórzeniem kłopotów budownictwa. W dużych kontraktach informatycznych około 50 proc. zadań realizują podwykonawcy – brak płatności dla głównych wykonawców oznacza, że oni także nie otrzymują pieniędzy.Z funduszami unijnymi wiążą się też ścisłe terminy ich wydatkowania. Jeśli urzędnicy zbyt długo przeciągają formalności, to firmy mają mniej czasu na wykonanie prac. Nie zawsze udaje się utrzymać terminy, cierpi na tym także jakość wykonywanych prac. Kończy się karami nakładami na wykonawców, ci z kolei próbują szukać sprawiedliwości w sądzie. Efekt końcowy jest taki, że projekty nie są dobrze zrealizowane, a jeśli przed sądem okazuje się, że wina nie leży jednak po stronie wykonawcy, to Skarb Państwa zmuszony jest płacić odszkodowania.

    – W kontraktach realizowanych dla sektora publicznego zapisane w umowie obowiązki dotyczą tak naprawdę tylko wykonawców. Strona publiczna nakłada na nas kary, nawet jeśli opóźnienia w realizacji kontraktu wynikają z faktu, że nie mamy z kim współpracować po drugiej stronie – uważa przedstawiciel branży informatycznej.Według jego opinii, jeśli taka sytuacja będzie utrzymywała się w dalszym ciągu, to część firm wycofa się z realizacji kontraktów dla sektora publicznego, a na placu boju pozostaną jedynie duzi globalni gracze. Co skutkować będzie znacznym wzrostem cen usług informatycznych.

    O tym, że problemy we współpracy na linii wykonawcy-zamawiający mają negatywny wpływ na jakość usług informatycznych realizowanych dla sektora publicznego, mieliśmy okazję przekonać się podczas wyborów samorządowych w 2014 roku. Zawiódł wtedy napisany dla Państwowej Komisji Wyborczej system zliczający głosy, czego wynikiem było opóźnienie w publikacji wyników i realne straty dla Skarbu Państwa. Sektor prywatny już dawno rozwiązał ten problem – realizacja kontraktów informatycznych od początku przebiega pod nadzorem niezwiązanych z wykonawcą specjalistów, nadzorujących jakość wprowadzanych rozwiązań. Sektor publiczny testowanie systemów zleca ich wykonawcy lub robi to we własnym zakresie, ale już po ukończeniu prac.

    – Nadzór nad realizacją projektu na każdym jego etapie, poczynając od napisania Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia, pozwala uniknąć błędów lub zmienić wykonawcę we wczesnej fazie, minimalizując straty. Testowanie systemu na końcu nie ma sensu, jeśli w trakcie jego tworzenia popełniono poważne błędy już na samym początku – mówi Tomasz Szadkowski z firmy Soflab Technology, zajmującej się testowaniem systemów IT. Prawdopodobnie nawet bez wprowadzania żadnych dodatkowych rozwiązań współpraca sektora publicznego z wykonawcami systemów informatycznych mogłaby wyglądać lepiej. Gdyby tylko tendencję do unikania odpowiedzialności po stronie urzędników przynajmniej częściowo zastąpiła wola do partnerskiej współpracy

    Sport i zdrowie

    Robert Korzeniowski o tym, jak planować karierę, mądrze uprawiać sport i walczyć z procesem starzenia

    Kiedy pytam managerów o hobby, prawie zawsze słyszę: sport.
    Aktywność ruchowa jest bardzo ważna dla osób, które większość dnia spędzają za biurkiem. Musi to być jednak zestaw ćwiczeń dostosowanych do możliwości fizycznych. Postanowienia noworoczne typu: za dwa miesiące przebiegnę maraton, często przynoszą efekty odwrotne od zamierzonych. Niestety, mało kto prosi o pomoc fachowca – inspirację stanowi opinia kolegi lub tekst znaleziony w internecie. W efekcie po dwóch, trzech tygodniach pojawiają się problemy z kolanami lub ścięgnem Achillesa lub poważniejsze urazy…

    Od czego należy więc zacząć przygodę ze sportem w średnim wieku?
    Znam osoby, które podjęły takie wyzwanie mając ponad 50, a nawet 60 lat. To najlepsze antidotum na starzenie. Sport – w odpowiednich dawkach – pozwala utrzymać doskonałą kondycję do późnej starości. Tak jak wszystko, należy to jednak robić w sposób przemyślany, mając kontakt z lekarzem i trenerem. Ostatnio poświęcam wiele uwagi tym sprawom jako manager programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych w Grupie LUX MED. W lipcu 2014 roku dowiedziałem się, że LUX MED został Głównym Partnerem Medycznym PKOl. Monitoring zdrowia i prowadzona na tym gruncie optymalizacja treningu zawsze mnie pasjonowały, więc kiedy we wrześniu tego roku prezes Anna Rulkiewicz zaproponowała mi kierowanie programem medycyny sportowej w Grupie, po prostu nie mogłem odmówić. LUX MED stał się już przecież firmą ,,olimpijską”, a ja olimpijczykiem nigdy nie przestałem być po Atenach. Tytuł mistrza olimpijskiego wiąże się z misją osobistą i zobowiązaniem propagowania sportu na całe życie… Program, który zaczęła wdrażać cała Grupa LUX MED, a którego naturalnym liderem jest warszawska klinika Carolina Medical Center – FIFA Clinic of Excellence, realizuje w wersji pełnowymiarowej obecnie 6 placówek w Polsce a w wersji konsultacyjno- -orzeczniczej kolejnych kilkanaście. To poważne przedsięwzięcie, w którym bierze udział ponad stu lekarzy. Warto podkreślić, że dziś medycyna sportowa, która dotąd była dziedziną elitarną, staje się egalitarna. Specjaliści, którzy dotąd koncentrowali się na sportowcach, służą pomocą również tym, którzy chcą zadbać o kondycję fizyczną, nie rujnując sobie zdrowia nieodpowiednimi ćwiczeniami.

    Zamiast do sklepu ze sprzętem sportowym, najpierw należy więc wybrać się na specjalistyczne badania?
    Koniecznie. Dopiero po serii badań i testów możliwe jest opracowanie odpowiedniego programu ćwiczeń. Nawet sprawa z pozoru tak banalna, jak zakup odpowiedniego obuwia, może mieć istotny wpływ na to, czy nie dojdzie do kontuzji. Od dawna powtarzam, że zanim zabierze się za uprawianie określonej dyscypliny, najpierw trzeba osiągnąć poziom zerowy. A to oznacza 2-3 miesiące intensywnej pracy. Trzeba też pamiętać, że nie każdy typ aktywności jest odpowiedni dla wszystkich. Dotyczy to na przykład bardzo ostatnio modnego wśród kadry zarządzającej triathlonu…

    A jak zaczęła się pańska przygoda ze sportem?
    Nietypowo. Będąc w liceum nawet nie myślałem o tym, że pójdę na AWF. Myślałem o historii lub kulturoznawstwie. Chodziłem do szkoły, w której trzeba było zasłużyć na uprawianie sportu. Choć intensywnie trenowałem i często wyjeżdżałem na zawody, nauczyciele wymagali ode mnie dobrych wyników. Na chód sportowy zdecydowałem się dość późno, mając 16 lat. W okolicach Tarnobrzega, gdzie zaczynałem moją przygodę ze sportem, a szerzej na terenie dawnej Galicji, marsze o charakterze sportowo-wojskiowym były popularne już przed I Wojną Światową. Wtedy organizowano zawody na trasie Przemyśł- Sokal. W drugiej klasie liceum uzyskałem tytuł mistrza Polski juniorów młodszych. Zawody odbywały się w pobliskim Rzeszowie, a o mnie napisały gazety. I w ten sposób zostałem kimś w rodzaju lokalnego bohatera. Potem przyszły kolejne sukcesy, uzyskałem stypendium państwowe. Zrozumiałem wówczas, że koncentrując się na sporcie mam szansę na niezależność finansową, co było ważne dla mojej niezbyt zamożnej rodziny z czwórką dzieci. Podjąłem więc studia na AWF w Katowicach i jeszcze intensywniej trenowałem. Jak wielu młodych ludzi, w czasie wakacji brałem udział w „wyjazdach handlowych” do krajów byłego RWPG. Wspominam o tym, ponieważ było to niezłą szkołą życia i ekonomii w praktyce.

    W 1991 roku wyjechał pan do Francji.
    Miałem 23 lata i czwarte miejsce na Mistrzostwach Europy. Kontrakt zaproponował mi paryski Racing Club de France, który jest znany przede wszystkim jako organizator turnieju Roland Garros. Dzięki temu, że w liceum chodziłem do klasy z rozszerzonym programem francuskiego, nie miałem problemu z barierą językową. Po dwóch latach dokonałem transferu do klubu w Tourcoing koło Lille. Zamieszkałem 500 metrów od granicy belgijskiej, którą podczas treningów mijałem kilka razy dziennie. Pamiętam, jaki to stanowiło szok dla moich gości z Polski – przyzwyczajonych do pogranicznych kontroli i zasieków, którzy nie zdawali sobie sprawy z ułatwień w strefie Schengen. Występowałem wówczas jako reprezentant dwóch klubów – wspomnianego wcześniej francuskiego i „Wawelu” Kraków, którego prezes, wierząc, że kiedyś wrócę, załatwił mi mieszkanie służbowe w tzw. gołębniku na ostatnim piętrze bloku.

    Porzekadło, że nie ma róży bez kolców, sprawdziło się także w pańskim przypadku.

    Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia wiem, że nie należy wierzyć we własny geniusz, ani też w to, co mówią pochlebcy. Jak grom uderzyła we mnie wiadomość o dyskwalifikacji za technikę. Co gorsza – różne życzliwe osoby usiłowały za pośrednictwem mediów kłócić się w moim imieniu z sędziami. Trudno o gorszy scenariusz. W 1993 roku zdecydowałem się zmienić sposób treningów. Sam zostałem szefem swojego zespołu, do którego zaangażowałem fizjologa, fizjoterapeutę, lekarza i sparring partnerów. Żyłem skromnie, dzięki czemu 30 proc. wydatków finansowałem z własnych dochodów. Bardzo pomogły mi środki z Fundacji Solidarności Olimpijskiej, bez nich nie zdobyłbym dwóch złotych medali w Sydney. Pojawiłem się też w światowej kampanii firmy Reebok, przejętej potem przez Adidasa, z którym związany jestem do dzisiaj.

    Cztery złote medale olimpijskie, trzy w mistrzostwach świata i dwa w mistrzostwach Europy. Co czuł pan zamykając w roku 2004 karierę sportową?
    Nie miałem czasu, by się nad tym zastanawiać. Otrzymałem bowiem propozycję objęcia kierownictwa redakcji sportowej w TVP 1. Zgodziłem się, z zastrzeżeniem, że nie będę figurantem, a szefowie telewizji zlecą mi misję stworzenia sportowego kanału tematycznego, który ruszył dwa lata później. Kolejne wyzwanie stanowiła zmiana sposobu nadawana – jako pierwsi w rozdzielczości HD relacjonowaliśmy igrzyska w Pekinie. Przychodząc do TVP jako człowiek z zewnątrz ze zdumieniem patrzyłem na sieć wewnętrznych relacji i ambicji, które przeszkadzały w pracy i generowały niepotrzebne koszty. Dążyłem do połączenia redakcji sportowych poszczególnych kanałów w jeden sprawny zespół. Rozwiązanie to sprawdza się dobrze do dzisiaj. W telewizji kierowałem początkowo 30, a później 120 osobami. W praktyce uczyłem się więc zarządzania. Szybko przekonałem się, że najlepiej sprawdza się metoda delegowania zadań. Raz w tygodniu organizowałem spotkanie całego zespołu. Kierownictwo TVP zlecało mi kolejne zadania – jak np. zakup licencji. Przez pięć lat w telewizji przetrwałem… sześć zmian na stanowisku prezesa, z czym za każdym razem wiązały się nowe pomysły, których przy takiej karuzeli kadrowej nie można było zrealizować. Przez dłuższy czas udawało mi się dogadywać z kolejnymi szefami na zasadzie gentlemen’s agreement. Kiedy w końcu okazało się to niemożliwe – zdecydowałem się odejść. Wcześniej postawiłem sobie za cel uzyskanie praw do emisji Euro 2012 i ekstraligi żużlowej.

    Jak rozwijała się potem pańska kariera?
    Przez 9 miesięcy obowiązywał mnie zakaz konkurencji. Po raz pierwszy w życiu mogłem pozwolić sobie na długie wakacje. Pojechałem m.in. do Australii i Wenezueli, zmieniłem mieszkanie, urodziło mi się dziecko. Wspólnie z Izą Barton-Smoczyńską napisałem książkę „Moja droga do mistrzostwa”. Dałem się też za piątym podejściem namówić do udziału w „Tańcu z gwiazdami”. Kiedy w końcu mogłem wrócić do pracy, zaangażowałem się na 1,5 roku w ciekawy i nowatorski na polskim gruncie projekt Corporate Hospitality – czyli sprzedaż pakietów biznesowych na Euro 2012. Wszystkie założenia organizatora, czyli UEFA, zostały zrealizowane, choć początkowo wielu moich znajomych managerów z niedowierzaniem patrzyło na ten projekt. Przez kolejne dwa lata zajmowałem się rozwojem biura ubezpieczeń na rynku sportowym. Kosztowało mnie to wiele pracy i starań, okazało się jednak, że nasz rynek nie jest jeszcze gotowy na takie rozwiązanie.

    Co lubi Robert Korzeniowski?

    Zegarki Omega do garnituru, Polar Monitoring podczas treningów
    Ubrania
    Diesel, Adidas
    Wypoczynek
    różne mało znane turystom zakątki Francji
    Kuchnia
    śródziemnomorska, włoska
    Samochód
    hybrydowy Lexus RX z napędem 4×4
    Hobby
    podróże, fotografia, historia – szczególnie kultury prekolumbijskie i II Wojna Światowa

    Państwo ma gorączkę

    ManagerOnline

    Kryzys systemów fiskalnych rozumiany jako bezwzględny spadek efektywności danin publicznych, który nie jest związany z kryzysem ekonomicznym kraju, jest z reguły głównym symptomem kryzysu funkcjonowania państwa, a przede wszystkim jego procedur decyzyjnych, w tym zwłaszcza ustawodawczych

    Dyskusja o systemie fiskalnym jest więc debatą o państwie i sposobie jego funkcjonowania, a w państwach demokratycznych jest pytaniem o stan naszej demokracji. Bezspornym jest to, że w ciągu ostatnich ośmiu lat nastąpił najgłębszy spadek efektywności fiskalnej systemu podatkowego, a minimalny szacunek utraconych bezpowrotnie dochodów wynosi co najmniej 3 procent PKB. Aby znaleźć klucz do uzdrowienia istniejącego stanu rzeczy należy dokonać następujących zmian o charakterze podstawowym:

     
    1. Przeciąć wszelkie związki, bezpośrednie i pośrednie, między organami oraz ludźmi władzy a międzynarodowym biznesem optymalizacyjnym, który obecnie ma istotny wpływ na kształt ustawodawstwa podatkowego, strukturę organów podatkowych państwa, a także na urzędową interpretację przepisów.

     
    2. Ujawnić proceduralnie oraz sformalizować działalność lobbingową adresowaną zwłaszcza do prawodawstwa podatkowego likwidując przede wszystkim niejawny sposób tworzenia projektów przepisów, które następnie są poddawane fasadowej procedurze demokratycznej („szara strefa legislacji podatkowej”).

     
    3. Poddać debacie publicznej oraz krytyce wszelkie działania klasy politycznej sprzeczne z interesem publicznym, a zwłaszcza te postawy oraz doktryny, zwane nie wiadomo czemu „liberalnymi”, których faktycznym celem jest osłabienie finansowe państwa i zmuszenie go w wyniku spadku dochodów budżetowych do wzrostu zadłużenia publicznego, a tym samym uzależnienia od tzw. rynków finansowych.

     
    4. Zapewnienie ustrojowe oraz prawne transparentności całego procesu legislacyjnego tworzenia przepisów prawa daninowego tak, aby opinia publiczna oraz media znały role oraz wpływ wszystkich rzeczywistych uczestników tego procesu.

     
    5. Propagowanie wśród członków klasy politycznej podstawowych pojęć oraz zasad chroniących interes publiczny, a zwłaszcza interes fiskalny państwa, co wiąże się z promowaniem postaw obywatelskich budowanych na szacunku dla obowiązków o charakterze publicznym, co zamyka się w klasycznym wizerunku obywatela podatnika.

     

    Przed wyborcami oraz klasą polityczną, stoi dziś najważniejsze zadanie wzmocnienia, a może nawet częściowo odbudowy naszej suwerenności, przede wszystkim poprzez stworzenie efektywnego systemu fiskalnego. Analogie historyczne są oczywiste – bez silnego „skarbu”, czyli bez pieniędzy publicznych stoimy na przegranej pozycji.

    Podatki: nie ma przebacz

    Podatki i wszystko co się z nimi wiąże to bodaj najbardziej zmitologizowana dziedzina polityki gospodarczej. Wywodzi się na wpół literackie paralele podatków i śmierci, rzekomo jedynych pewniaków na tym padole

    Efektownie brzmi sformułowanie, że o skali fiskalizmu świadczy nie wysokość podatków, ale wartość tego, co zostaje po ich zapłaceniu. Do sfery artystycznej należy zaliczyć też powiedzenie „płać i płacz”. Polityka podatkowa to dziedzina rozległa. Stwarza to wielkie pole do żonglowania liczbami. W miarę łatwo „udowodnić”, że podatki są wysokie lub niskie. Ale dwie liczby warto przytoczyć. Otóż według danych OECD, w 2012 roku łączne obciążenia podatkowe rodziny z dwójką dzieci wyniosły w Polsce 29,6 procent i były wyższe od średniej dla krajów OECD, gdzie wynoszą 26 procent. Z kolei według raportu Banku Światowego i PwC „Paying Taxes 2014”, Polska zajmuje w ogólnym rankingu 113. miejsce (na 189 badanych krajów; im dalej tym gorzej). Łączne opodatkowanie zysków sięgało w Polsce 42 procent i było wyższe od średniej dla krajów Unii Europejskiej i EFTA. Krytykę systemów podatkowych słychać zewsząd, z krajów najbogatszych i najbiedniejszych. Jeśli nie słychać, to mamy raczej do czynienia z państwem policyjnym, niż z zadowoleniem obywateli i biznesu z podatków. Pomiędzy tymi, którzy płacą, a tymi, którzy pobierają, różnica jest tak zasadnicza, że niemal naturalna, biologiczna. Jest to relacja drapieżnika i ofiary, pasożyta i żywiciela. Biolog wtrąci tu natychmiast, że nawet najbardziej wredny pasożyt żeruje tak, aby nie wykończyć żywiciela. Na niwie fiskalnej stosunki bywają bardziej bezwzględne. Spory zastęp udziałowców splajtowanych firm dochodzi w sądach swoich pretensji do urzędów skarbowych.

    Wielki VAT, nieduży PIT
    By zrozumieć znaczenie podatków dla państwa polskiego, wystarczy pobieżna wiedza o strukturze budżetu. Otóż wpływy podatkowe to aż 90 procent wszystkich wpływów budżetu państwa. To nakazuje wielką ostrożność przy planowaniu i wprowadzaniu wszelkich zmian w podatkach. Bo skutki takich zmian to zwykle niewiadoma, bywają i odwrotne od założonych. Tymczasem budżet państwa ma dwie strony – wpływy i wydatki. Czyli że każda złotówka z zaplanowanych wpływów ma z góry przewidziane przeznaczenie. Jeśli ta złotówka do budżetu nie wpłynie, to nie można jej wydać, a przecież ktoś już na nią czeka, bo mu ją obiecano – oświata, służba zdrowia, obronność. Odpowiedzialność to zatem nakaz numer jeden przy kształtowaniu polityki podatkowej.

    Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zapytać o znaczenie poszczególnych rodzajów podatków dla budżetu. Okazuje się, że najważniejszy jest VAT, przynosi aż 45 procent i więcej wpływów budżetowych. Akcyza daje ponad 20 procent wpływów, PIT 15 procent, a CIT, podatek dochodowy płacony przez firmy, niespełna 10 procent (powyższe liczby są dość mocno zaokrąglone, ale idzie o pokazanie struktury). To pokazuje, jak ważny dla państwa jest VAT. Spadek wpłat z jego tytułu to dla budżetu kataklizm. A właśnie tego doświadczamy od dwóch lat, gdy po najwyższych w historii wpływach z VAT w 2013 roku, wpływy z jego tytułu zaczęły gwałtowanie spadać. Ponad 40 lat temu amerykański ekonomista Arthur Laffer narysował (za pierwszym razem na serwetce w restauracji!) linię krzywą obrazującą zależność między wysokością stawek opodatkowania a dochodami budżetowymi państwa z tytułu podatków. Istnieje bowiem punkt, powyżej którego wyższe podatki nie skutkują wyższymi wpływami.

    Podatnicy ograniczają wówczas działalność, uciekają do rajów podatkowych, wchodzą w szarą strefę, itp., możliwości mają wiele. O szczegółowy kształt krzywej Laffera ekonomiści spierają się do dzisiaj sytuując jej punkt przełomowy wyżej lub niżej na skali stawek podatkowych, jednak sama zasada istnieje i działa. W Polsce doświadczyliśmy jej istnienia kilka razy, poza wspomnianym niedawnym przypadkiem VAT. Podwyżka akcyzy na samochody małolitrażowe w 2000 roku z 4 do 6 procent spowodowała, iż ich sprzedaż spadła o 26 procent. Wpływy z akcyzy od tej zmniejszonej sprzedaży wprawdzie i tak wzrosły, ale za to wpływy z VAT spadły i to w znacznie większej skali. Inny przykład – w 1998 roku rząd kilka razy podnosił stawki akcyzy na alkohol. W rezultacie wpływy z podatku akcyzowego rok później były… znacząco niższe. Dopiero zdecydowana obniżka obciążeń podatkowych ciążących na alkoholu dokonana w roku 2000 spowodowała powrót do konsumpcji opodatkowanego alkoholu i przyrost dochodów budżetu.

    Akcyza jest wygodna
    Przypomnijmy tu, że podatek akcyzowy nakładany jest na towary, które charakteryzuje wysoka akumulacja zysku. Koszt ich wytworzenia jest stosunkowo niewielki, natomiast przychody ze sprzedaży są bardzo duże. Poprzez akcyzę państwo przejmuje część zysku. Warto zwrócić uwagę, że rząd bardzo „lubi” podatek akcyzowy, przy którym łatwo jest mu manipulować, a przy tym pozostaje ukryty w cieniu producentów i handlu, na których spada całe odium ze strony opinii publicznej z powodu wzrostu cen. Trzeci pod względem ważności dla państwa, rozumianej jako wielkość wpływów budżetowych, jest PIT, podatek od dochodów osobistych. A właśnie ten podatek budzi największe emocje. Nic dziwnego, płaci go 25 milionów obywateli i wszyscy zawsze uważają, że jest za wysoki. PIT jest więc bohaterem mediów, choć nie budżetu, który ma z niego tylko 15 procent wpływów. PIT i jego obecny kształt krytykowany jest nie tylko przez płatników, ale i przez ekspertów. Podnoszą oni kilka kwestii. Po pierwsze, połowa wpływów z PIT do budżetu państwa naliczana jest od wypłat pochodzących z… tegoż budżetu (są to wynagrodzenia sfery budżetowej, administracji i świadczenia społeczne). Zatem państwo przekłada sobie pieniądze z kieszeni do kieszeni, ponosząc przy tym koszty obsługi tej czynności.

    Po drugie, regulacje tego podatku są niebywale skomplikowane, głównie wskutek narosłych zmian, interpretacji, poprawek, korekt tych poprawek, itd., itp. Znany jest przykład decyzji ministra finansów, że kto mieszka na parterze i nie korzysta z windy – nie płaci podatku. Niektóre terenowe urzędy skarbowe upierały się bowiem, że lokatorzy z parterów, którzy są zwolnieni z wnoszenia opłat za korzystanie z windy, uzyskują przez to nieodpłatne świadczenie od spółdzielni mieszkaniowej. Tym samym osoby te osiągają przychód w rozumieniu ustawy o PIT, a ten podlega opodatkowaniu, twierdzili uparci urzędnicy. Konflikt musiała rozstrzygnąć ministerialna centrala. Kolejny argument krytyków wynika z poprzedniego. Otóż na pobór, kontrolę i całą obsługę podatku dochodowego od osób fizycznych aparat skarbowy poświęca blisko 80 procent swoich sił i środków. Czy system pełen takich idiotyzmów można naprawiać? Nie, można go tylko zlikwidować, a PIT zastąpić prostym podatkiem pogłównym, liczonym od osoby, a nie od dochodu – twierdzą liberalnie nastawieni ekonomiści.

    Najpierw większe pensje
    Najmniej przychodu przynosi budżetowi CIT, podatek dochodowy od osób prawnych, czyli od firm. Ogólną tendencją jest spadek znaczenia tego podatku na rzecz podatków pośrednich (VAT i akcyzy). Jest on zarazem niezłym narzędziem polityki gospodarczej państwa, stąd długi katalog zniżek i zwolnień. Ciekawe, że np. w Niemczech znaczenie CIT dla budżetu jest jeszcze mniejsze, wręcz marginalne. Interesujące jest przy tym porównanie całej struktury wpływów podatkowych Polski i Niemiec, czyli kraju, którego gospodarka stanowi wzór dla innych. W oczy rzuca się jedna wielka różnica. Otóż w Niemczech wpływy do budżetu z VAT i PIT są zbliżone, niemal równe (31 i 32 procent). W Polsce, przypomnijmy, państwo uzyskuje z VAT trzy razy więcej niż z PIT. To najkrótszy komunikat o różnicy rozwojowej i gospodarek, i społeczeństw. Polak najpewniej z przyjemnością płaciłby dwa razy większy podatek – gdyby tylko dwa razy więcej zarabiał… Na to się jednak w możliwej do ogarnięcia perspektywie nie zanosi. Jeśli można spodziewać się zwiększonej aktywności rządu w dziedzinie podatkowej, to będzie ona dotyczyła VAT, bo ten ma dla państwa znaczenie strategiczne. A aktywność jest potrzebna, bo z VAT jest problem i to coraz większy. To on w lwiej części tworzy tzw. lukę podatkową, czyli różnicę między wpływami należnymi a faktycznymi. Skala oszustw, wyłudzeń i zwykłych obejść prawa jest niepokojąca. Ale nie mniej niepokojące jest, że dużo się o tym mówi, ale mało robi. Tak naprawdę fiskus wciąż „nie ma armat”. W miarę łatwo dopadnie drobnego oszusta, ale jest bezradny wobec wielkiej, ponadnarodowej korporacji.

    Eksportuje, czy ukrywa
    Najgorzej, że granica między tym co dozwolone a tym co zakazane nie zawsze jest ostra. Państwo promuje eksport i ma to odzwierciedlenie w regulacjach podatkowych. Ale czy każdy wywóz produktu jest eksportem sensu stricto? Zwłaszcza w dziedzinie obrotu usługami panuje potężny rozgardiasz. Zresztą, nawet gdy działalność eksportowa jest krystalicznie czysta, to wzrost jej skali – tak przecież pożądany – owocuje spadkiem wpływów z VAT. Ot, taki paradoks, nie jedyny Nie wszyscy podatnicy są wyrafinowanymi oszustami. To system podatkowy jest nieszczelny. Eksperci wskazują, że jedyną radą jest uproszczenie systemu, czyli obniżka wyśrubowanej dziś stawki podatkowej VAT do poziomu 15-16 procent, z jednoczesnym radykalnym skróceniem listy wyjątków i zniżek. Działalność typu policyjnego – złapać i ukarać – już od dawna jest mało efektywna. By jeszcze bardziej skomplikować proszę pamiętać, że istnieje jeszcze wiele innych podatków niż tu wymienione, najważniejsze z punktu widzenia budżetu państwa. Obywatele i firmy płacą jeszcze podatki: rolny, leśny, od nieruchomości, od środków transportu, od spadków i darowizn, od czynności cywilnoprawnych, od gier. Są wreszcie płatności, które formalnie podatkami nie są, ale potocznie są za takie uznawane. To m.in. cła, abonament rtv i tzw. użytkowanie wieczyste. O każdym z nich można napisać książkę. Przykładowo, warto by wreszcie sprawdzić, w jakiej części podatki lokalne służą społeczności, a w jakiej stanowią haracz dla armii zbędnych urzędników w gminach. Pewne jest jedno. Jeśli licealista zastanawia się właśnie nad wyborem zawodu, to niech rozważy sferę podatkową: prawodawstwo, aparat fiskalny, branżę doradztwa. Na pewno będzie co robić i to jeszcze długo.

    Top manager na czele Sygnity

    Jan Maciejewicz zastąpił Janusza R. Guya na stanowisku prezesa spółki Sygnity. Przeszłość zawodową ma tak bogatą jak jego poprzednik.

    Ze spółką jest związany od 2012 roku – właśnie wtedy Janusz Guy przeszedł z rady nadzorczej na fotel prezesa, zastępując Norberta Biedrzyckiego. Jan Maciejewicz w lutym tego roku został wiceprezesem Sygnity, a w branży IT pracuje od wielu lat. Przed przejściem do firmy był od 2010 roku szefem zarządu spółki Infovide-Matrix, niedawno kupionej przez Asseco Poland. Zaczął od pracy w SGPiS (dziś SGH), tam też uzyskał stopień doktora nauk ekonomicznych. Był doradcą Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą (jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku) i konsultantem takich organizacji międzynarodowych, jak ITC i UNCTAD. Po polskiej transformacji ustrojowej zajął się konsultingiem i otwierał pierwszy polski oddział Deloitte & Touche. Po pięciu latach kierowania firmą podjął się organizacji A.T. Kearney w Polsce i został w spółce partnerem zarządzającym. Dalsze kroki w karierze to wiceprezesura w PKN Orlen, a udział kapitałowy w ICENTIS Corporate Solutions. Z tej firmy przeszedł do Infovide-Matrix. Sygnity, spółka powstała z połączenia dwóch innych firm IT, przed laty była przymierzana do roli lidera w branży. Rzeczywistość okazała się znacznie trudniejsza: spółka przez lata nie przynosiła zysków, a pierwszą udaną restrukturyzację przeprowadził Norbert Biedrzycki. Janusz Guy przejął stery po próbie przejęcia firmy przez Asseco. Po trudnych latach firma ma przyzwoity portfel zamówień, dobrze radzi sobie w trudnym sektorze publicznym i ma widoki na przyszłość. Acz trudno jej będzie dorównać liderowi, czyli Asseco Poland, czy krakowskiemu Comarchowi, który w ciągu lat wyrósł na firmę międzynarodową.

    Lotos dla Roberta Pietryszyna

    Na czele Grupy stanął Robert Pietryszyn, który już jakiś czas zarządzał paliwową spółką oddelegowany z rady nadzorczej.

    Nieco wcześniej był członkiem zarządu PZU. Prawnik po Uniwersytecie Wrocławskim z dyplomem MBA. Sam w przeszłości był związany z bankiem PKO BP i KGHM Polska Miedź, akurat w czasie kiedy rząd tworzył PiS z koalicjantami. Zajmował się konsultingiem, zasiadał w radach nadzorczych m.in. Lotosu, Ruchu i Polcoloritu. Prezesował spółce Wrocław 2012 (Stadion Wrocław), udzielał się w takich firmach, jak Kronn, Profescapital, Dolfamex. Lotos w ciągu lat stał się nowoczesną spółką inwestującą w najnowsze rozwiązania techniczne i liczącą się w Europie. Ciąg dalszy inwestycji będzie należał do nowego prezesa. Z jakim skutkiem, czas pokaże.

    Nowy prezes Orange Polska

    W maju za sterami operatora telekomunikacyjnego Orange Polska zasiadł Jean-François Fallacher, który przed przybyciem do Polski pracował m.in. w Rumunii.

    Tam od 2011 roku był prezesem Orange Romania. W Grupie Orange działa od dwóch dekad, między innymi jako prezes Sofrecom, należącej do Grupy spółki konsultingowej oraz w Holandii jako dyrektor operacyjny w Wanadoo. Był też kierownikiem ds. marketingu segmentu B2B w EuroNet Internet. Francuz zastąpił swojego rodaka: w ostatnich latach spółką w Polsce kierował Bruno Duthoit, a firma pod jego batutą rozpoczęła szeroko zakrojone inwestycje, m.in. w internet światłowodowy i mobilny LTE. Cyfryzacja była niezbędna – konkurencja deptała po piętach, a dla sektora telekomunikacyjnego tracącego klientów usług tradycyjnych inwestycje w nowe technologie były koniecznością decydującą o dalszych losach. To także czas poszerzania oferty o usługi finansowe (Orange Finanse) i sprzedaż energii (Orange Energia). Od Orange Polska oczekuje się też, że będzie wiodącą spółką rozbudowującą infrastrukturę sieciową pozwalającą na dostęp do szybkiego internetu. Przede wszystkim chodzi o łącza światłowodowe. Telekomy są w punkcie zwrotnym. Zainteresowanie tradycyjną telefonią, zarówno stacjonarną, jak i komórkową, spada, klienci oczekują usług związanych z wykorzystaniem i przesyłaniem danych mobilnych, a także ofertą usług dla biznesu. Od cyfryzacji dziś odwrotu już nie ma, ale można założyć, że Jean-François Fallacher wie to doskonale.

    Prudential – zmiana na szczycie

    Jarosław Bartkiewicz stanął na czele spółki Prudential w Polsce. Matematyk po Uniwersytecie Warszawskim i studium ekonomii Uniwersytetu Columbia

    Certyfikowany aktuariusz. Zaczynał od Funduszu Inwestycyjnego Pioneer, a następnie związał się z branżą ubezpieczeniową. Najpierw w TUnŻ PBK, później w TUnŻ Zurich oraz ING Nationale-Nederlanden. Stał też na czele Axa Życie, skąd przeszedł do Prudentialu. Tradycje Prudentialu sięgają XIX w. W 1848 r. towarzystwo asekuracyjne założyło w londyńskim City kilku Brytyjczyków. W Polsce spółka pojawiła się w 1927 roku. Jej sławny biurowiec stał się symbolem nowoczesnej Warszawy. Prudential w Polsce poszukuje spadkobierców przedwojennych polis na życie, które czekają na realizację. Spółka ubezpieczała m.in. Titanica i po jego katastrofie w 1912 roku wypłaciła ponad 12,9 tys. funtów rodzinom prawie 300 ofiar. Dziś Prudential działa na rynkach międzynarodowych, zarządza ponad 509 mld funtów aktywów i obsługuje 24 miliony klientów.

    – Prudential to silna i znana marka, a dla mnie kierowanie taką firmą to wyzwanie biznesowe – powiedział Jarosław Bartkiewicz po nominacji na stanowisko prezesa Prudentiala w Polsce.

    Ważne Informacje

    Odporność biznesowa w erze przemysłowej AI

    W przededniu Forum Ekonomicznego w Karpaczu Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce, opowiada o tym, jak firmy mogą wzmacniać odporność operacyjną i...

    23. edycja Smart City Forum – miasta przyszłości muszą być nie tylko inteligentne, ale...

    21–22 października 2026 roku w hotelu The Westin Warsaw odbędzie się 23. edycja Smart City Forum. Tegoroczne wydarzenie koncentruje się na praktycznych aspektach cyfrowej...

    Stop the clock na rynku ESG

    ESG przechodzi transformację – od ambitnych celów i wzniosłych haseł do jakości danych i konkurencyjności europejskiej gospodarki. Nie chodzi o wycofanie się UE z...

    Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

    Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

    AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

    Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

    Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

    Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...