.
Strona główna Blog Strona 392

Usuwamy barierę finansową

Banki komercyjne są bardzo ostrożne, jeśli chodzi o finansowanie kontraktów eksportowych na rynki o podwyższonym profilu ryzyka. Naszą misją jest tę finansową lukę wypełnić – mówi Arkadiusz Zabłoński, zastępca dyrektora Departamentu Finansowania Strukturalnego w Banku Gospodarstwa Krajowego

Na jakiego rodzaju wsparcie ze strony BGK mogą liczyć eksporterzy?
Zagraniczna ekspansja z reguły wiąże się z pokonywaniem licznych barier. Finansując kontrakty eksportowe, usuwamy jedynie jedną z nich, tj. brak finansowania. W ramach funkcjonującego od 2009 roku rządowego programu Finansowe Wspieranie Eksportu udzielamy kredytów eksportowych, a od lutego 2014 roku finansujemy również inwestycje polskich firm na rynkach zagranicznych. Te działania mieszczą się w naszej misji państwowego banku rozwoju, który między innymi wspiera rozwój polskich przedsiębiorstw.

Jak działają takie kredyty eksportowe?
Kredytu udzielamy zagranicznej firmie zainteresowanej kupnem polskich dóbr czy usług. Udzielamy go bezpośrednio lub poprzez bank lokalny, działający na danym rynku. Tego rodzaju wsparcia udzielamy przede wszystkim firmom eksportującym na rynki o podwyższonym profilu ryzyka. Firmy z krajów rozwiniętych, np. Niemiec czy Francji, nie mają żadnych problemów z samodzielnym zorganizowaniem finansowania zakupu polskich produktów, ale już w przypadku firmy ukraińskiej, białoruskiej czy irańskiej może być z tym kłopot.

Skoro mówimy o podwyższonym ryzyku, to zapewne koszt takiego finansowania jest wysoki?
BGK udzielając kredytu na finansowanie kontraktu eksportowego ubezpiecza swoją wierzytelność z umowy kredytu w Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych i to przede wszystkim cena ubezpieczenia decyduje o całkowitych kosztach finansowania. Przykładowo, umowa długoterminowego kredytu w euro na usługi budowlane na Białorusi zakłada oprocentowanie w przedziale 3-4 proc. rocznie, podczas gdy koszt ubezpieczenia dla takiego okresu to 16-17 proc. wartości kredytu, płatne jednorazowo. Zorganizowanie finansowania dla nabywcy tego kontraktu na rynku białoruskim byłoby praktycznie niemożliwe, albo zdecydowanie droższe.

Czy te wysokie koszty ubezpieczenia wynikają z wysokiego odsetka niespłacanych tego rodzaju kredytów?
Minimalny poziom stawek ubezpieczenia wynika z międzynarodowych regulacji. To na poziomie Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OCED) specjaliści decydują o tym, do jakiej grupy ryzyka kwalifikuje się dany kraj, co bezpośrednio wpływa na koszt ubezpieczenia w danej grupie ryzyka. Do tego dochodzi jeszcze niezależna ocena dłużnika połąprzez agencję ubezpieczeń kredytów eksportowych. Idea porozumienia OECD zakłada minimalne stawki ubezpieczeń oraz minimalne poziomy kosztów finansowych, aby przewagi konkurencyjne eksporterów z poszczególnych krajów wynikały głównie z jakości produktu, a nie preferencyjnego systemu finansowania.

Czy tego rodzaju kredytów firmy nie mogą uzyskać w bankach komercyjnych?
Musimy rozróżnić dwie kwestie: finansowanie eksportu, w głównej mierze dotyczące rynków o podwyższonym ryzyku, w których ryzyko transakcji spoczywa na podmiocie zagranicznym lub jego banku oraz ekspansję zagraniczną, w której kredytobiorcą jest najczęściej polski inwestor planujący przejąć spółkę lub aktywa poza granicami kraju. To są dwie diametralnie odmienne struktury. Banki komercyjne są skłonne finansować ekspansję polskich firm na rynkach zagranicznych, bo ta z reguły dotyczy państw wysoko rozwiniętych. Ale jeśli chodzi o finansowanie kontraktów eksportowych na rynkach o podwyższonym profilu ryzyka, to tu obserwujemy bardzo daleko idącą ostrożność z ich strony.

Jest zainteresowanie przedsiębiorców Waszą ofertą?
Jak najbardziej tak, coraz więcej firm kieruje do nas swoje zapytania. Skala działania na przestrzeni dwóch ostatnich lat jest tego najlepszym przykładem. W 2014 roku udzieliliśmy kredytów eksportowych oraz sfinansowaliśmy inwestycje polskich firm na rynkach zagranicznych o wartości 200 mln złotych. W 2015 roku kwota ta wzrosła do 1,6 mld złotych.

Europejski Kongres Gospodarczy – Polski eksport zdobywa nowe rynki

Zanotowana w 2015 roku, pierwsza od czasów zmiany ustroju, nadwyżka w wymianie towarowej z zagranicą to nie tylko pochodna rosnącego eksportu do głównych partnerów handlowych – jak Niemcy. Coraz więcej sprzedajemy do Afryki, teraz celem jest otwierający się na współpracę po zniesieniu sankcji Iran

W ostatniej dekadzie eksport produkowanych w Polsce towarów rósł w tempie niemal 10 proc. rocznie, osiągając w 2015 roku wartość – wg danych Głównego Urzędu Statystycznego – 747 mld złotych. Głównym odbiorcą są Niemcy, do których kierujemy ponad jedną czwartą naszego eksportu. W 2015 roku pierwszą dziesiątkę najważniejszych dla nas rynków zbytu uzupełniały cztery inne państwa strefy euro (Francja, Włochy, Holandia, Hiszpania – łącznie na obszar wspólnej waluty przypada ponad połowa krajowego eksportu) oraz Wielka Brytania, Czechy, Rosja, Szwecja i Węgry. Ale sukces polskiego eksportu, który doprowadził do 15-miliardowej nadwyżki w wymianie towarowej z zagranicą, to także coraz odważniejsze wchodzenie na nowe, dotychczas słabo spenetrowane rynki. W ciągu dekady udział eksportu do krajów rozwijających się w całości zagranicznej sprzedaży zwiększył się z 6 do 9 procent. Wartość towarów sprzedawanych do Afryki rosła w tempie 15 proc. rocznie, osiągając 10,8 mld złotych w 2015 roku. Kolejnym rynkiem, na którym będą starały się mocniej zaistnieć polskie firmy, jest Iran.

Ursus wraca do Afryki

– Ekspansję w Afryce zaczęliśmy od kontraktu z firmą Metec w Etiopii. Wejście akurat na ten rynek znacznie ułatwia rozmowy w kolejnych krajach, ponieważ to tu znajduje się siedziba Unii Afrykańskiej, a Etiopia jest punktem odniesienia dla innych afrykańskich państw – mówi Karol Zarajczyk, prezes Ursusa. Wspólnie z ojcem, Andrzejem Zarajczykiem, w 2011 roku przejęli kontrolę nad upadłym państwowym producentem ciągników. Konsekwentnie odbudowują dobrze znaną w przeszłości, także na światowych rynkach, markę, która w Afryce wciąż ma silną pozycję – w Etiopii wszystkie ciągniki nazywane są ursusami. Pierwszy kontrakt, na dostawę 3000 maszyn, Ursus podpisał w 2013 roku. Do końca 2015 roku firma podpisała trzy umowy – dwie w Etiopii i jedną w Tanzanii – o łącznej wartości 175,7 mln dolarów. Ursus jest uczestnikiem rządowego programu Go Africa, promującego polskie produkty na rynku afrykańskim. Podpisanie kontraktu z Metec poprzedziło podpisanie międzyrządowego porozumienia, a kredytu na zakup ciągników udzielił etiopskiej firmie Bank Gospodarstwa Krajowego.

Ursusowi udało się zdobyć kontrakty w Afryce, bo był w stanie zaoferować produkt w porównaniu z ciągnikami zachodnimi atrakcyjny cenowo i łatwiejszy w obsłudze. Konkurencję ze strony, mających silną pozycję w Afryce, Chin polska firma pokonała lepszą jakością, która przejawia się m.in. długą żywotnością produktu: Karol Zarajczyk zapewnia, że ciągniki Ursusa mogą być użytkowane nawet 25 lat. To ważne, bo chociaż afrykański rynek jest bardzo perspektywiczny ze względu na wysokie tempo wzrostu gospodarczego w ostatnich latach, to w dalszym ciągu siła nabywcza tamtejszych konsumentów jest relatywnie niska. W 2015 roku Produkt Krajowy Brutto przypadający na mieszkańca, z uwzględnieniem różnic w poziomie cen, wyniósł w Etiopii 1800 dolarów i był niemal 15 razy niższy niż w Polsce. Pod względem wielkości gospodarki Etiopia zajmuje 71. miejsce na świecie, z PKB o wartości 62 mld dolarów, osiem razy mniejszym niż w przypadku Polski.

Ta przepaść w poziomie zamożności w ostatnich latach stopniowo się zmniejszała, ale nie musi tak być w najbliższych latach, bo rozwojowi Afryki nie sprzyjają niskie ceny surowców, których kontynent jest eksporterem. Znaczna część Afryki ogarnięta jest konfliktami zbrojnymi, religijnym ekstremizmem, u wybrzeży kwitnie piractwo. Choć z 10 najszybciej rozwijających się w ostatniej dekadzie państw świata aż 6 pochodziło z Afryki, to tempo wzrostu PKB całego kontynentu w 2015 roku spadło do 3,4 proc. i było najniższe od 2009 roku. Według Banku Światowego, afrykańska gospodarka jest bardzo wrażliwa na wszelkiego rodzaju globalne zawirowania. Ale Karol Zarajczyk na rozwój swojej firmy na kontynencie afrykańskim patrzy z optymizmem i w zeszłym roku w etiopskiej Adamie otworzył montownię ciągników.

– Partnerzy z Afryki oczekują, że kontraktom inwestycyjnym będzie towarzyszył dostęp do know-how inwestora, do jego wiedzy i nowoczesnych technologii – mówi prezes Ursusa. Etiopia i Tanzania, gdzie kontrakty zdobył Ursus, to relatywnie nowe afrykańskie rynki zbytu dla polskich towarów Tradycyjnie najwięcej sprzedajemy do RPA, Algierii, Egiptu, Maroka i Liberii – na te państwa przypada dwie trzecie polskiego eksportu do Afryki. W ostatnich latach naszą specjalnością eksportową w tym kierunku stały się zboża. W sezonie 2014/2015 sprzedaliśmy ich za granicą 6,5 mln ton, z czego blisko dwie trzecie stanowiła pszenica. Największymi jej odbiorcami są Arabia Saudyjska i Niemcy, ale w pierwszej dziesiątce nabywców znajduje się także Maroko, Algieria, Egipt i RPA. Zapotrzebowanie na polskie towary rolno-spożywcze zgłasza także Iran, który, po zniesieniu w styczniu sankcji nałożonych na ten kraj przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską w związku z programem atomowym, otwiera się na wymianę handlową z zagranicą.

Iran jako brama do regionu

– Irańczycy wysoko nas oceniają i zgłosili popyt na konkretne produkty i usługi – mówi Andrzej Piłat, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej, który był w Iranie z dwoma misjami gospodarczymi: we wrześniu 2015 roku i w marcu tego roku. Iran jest zainteresowany modernizacją infrastruktury i taboru kolejowego, rozbudową przetwórstwa rolno-spożywczego i zakupem dobrego materiału siewnego, w ramach unowocześniania służby zdrowia zgłasza także zapotrzebowanie na kompleksowe wyposażenie szpitali w sprzęt medyczny. Irańskie górnictwo jest zainteresowane zakupem polskich maszyn wydobywczych, nasze firmy mają także szanse na kontrakty przy budowie i remontowaniu przestarzałych irańskich gazociągów i rurociągów. Współpracę z firmą Iran Tractor nawiązał Ursus – Irańczycy mają dostarczyć podzespoły do montażu ciągników o wartości 5 mln dolarów. To ma być pierwszy etap współpracy, dzięki której Ursus chciałby wzmocnić swoją pozycję na Bliskim Wschodzie i w Afryce w rywalizacji z firmami hinduskimi i chińskimi.

– Irańczycy są bardzo zainteresowani tego rodzaju współpracą i tworzeniem spółek joint venture. Dla polskich firm to szansa na zaistnienie nie tylko w Iranie, ale także na rynkach ościennych, na które samodzielnie byłoby nam wejść bardzo trudno – podkreśla Andrzej Piłat.

Miliard dolarów
Iran ma dobre relacje handlowe między innymi z Afganistanem, Pakistanem czy Tadżykistanem, gdzie Polska eksportuje niewiele. Żeby jednak Iran mógł stać się przyczółkiem dla polskich firm do dalszej ekspansji w regionie, potrzebujemy zwiększenia skali współpracy z samym Iranem. W latach 90., kiedy kontakty handlowe między oboma państwami była najintensywniejsze, obroty sięgały 700 mln dolarów. Jeszcze w roku 2009 sprzedaliśmy w Iranie towary o wartości 450 mln złotych, a import wyniósł 120 mln złotych. Jednak pod wpływem sankcji wymiana handlowa stopniowo zanikała i w zeszłym roku sprzedaliśmy na tamtejszym rynku towary o wartości 190 mln złotych. Iran ledwo zmieścił się w pierwszej setce naszych partnerów handlowych, choć – biorąc pod uwagę potencjał ekonomiczny – wartość gospodarki w 2015 roku wyniosła 387 mld dolarów, co daje Iranowi 29. miejsce na świecie, cztery pozycje poniżej Polski. Mógłby być znacznie wyżej. Na razie udało się uruchomić bezpośrednie przepływy między polskimi i irańskimi bankami (w ostatnich latach rozliczaliśmy handel za pośrednictwem instytucji finansowych z państw trzecich), a Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych otworzyła polskim przedsiębiorcom możliwość ubezpieczenia kredytów eksportowych dla Iranu. Na jesień planowane jest uruchomienie bezpośredniego połączenia lotniczego między Warszawą i Teheranem.

– Wsparcie ze strony rządu w ekspansji polskich firm na nowe rynki oceniam bardzo pozytywnie. Ale przedsiębiorcy oczekują następnego kroku – żeby pomoc w ramach takich programów jak GO Africa czy GO Iran miała konkretny wymiar finansowy. W postaci, na przykład, preferencyjnych kredytów czy możliwości relatywnie taniego ubezpieczenia płatności eksportowych – dodaje Andrzej Piłat. Takie wsparcie bardzo pomogłoby osiągnąć ambitny cel, jakim jest zwiększenie obrotów handlowych z Iranem do wartości 1 mld dolarów.

Europejski Kongres Gospodarczy – Jak tanio spalić polski węgiel

Czy można w elektrowniach spalić węgiel z polskich kopalń, być w zgodnie z polityką klimatyczną Unii i mieć tanią energię elektryczną? To skomplikowane równanie, które energetyka i zarządzający nią politycy muszą rozwiązać w najbliższych latach.

Polityka energetyczna Unii Europejskiej jest jasna: mamy być zieloną wyspą, która przestawia się na produkcję energii ze źródeł odnawialnych i redukuje emisję zanieczyszczeń do minimum. Zgodnie z przyjętym przed dwoma laty pakietem klimatycznym – podpisanym także przez Polskę – do 2030 roku Unia ma zredukować emisję dwutlenku węgla o 40 proc. w stosunku do 1990 roku, a 27 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. Nie zapadły jeszcze decyzje, jak osiągnięcie zakładanych celów będzie egzekwowane wobec poszczególnych państw, ale kierunek został wytyczony. Dla Polski, produkującej ponad 80 proc. energii elektrycznej z węgla, który podczas spalania generuje więcej zanieczyszczeń niż inne źródła energii, to duży problem. Zgodnie z przyjętymi w zeszłym roku wytycznymi dla polityki energetycznej, od tego paliwa mieliśmy stopniowo odchodzić – w 2030 roku udział węgla w produkcji energii miał spaść do 57 proc., w 2050 roku do 38 procent. Ale rząd Prawa i Sprawiedliwości zamierza dokonać w niej korekt, zgodnie z założeniem, że bezpieczeństwo energetyczne ma nam zapewnić wydobywany w kraju węgiel. Jaki będzie efekt nieuchronnego zderzenia z Unią Europejską i jak wpłynie to na ceny energii w Polsce?

Zderzenie z Unią

– Dotychczasowe działania nowego rządu sugerują, że zamierza on stawiać na węgiel kosztem innych źródeł energii. Koncerny energetyczne zaangażowały się w ratowanie górnictwa, wróciliśmy do koncepcji rozbudowy elektrowni w Ostrołęce, możliwe są także dalsze inwestycje w energetykę węglową – mówi Wojciech Jakóbik, ekspert ds. energetyki z Instytutu Jagiellońskiego. Inwestycje są koniecznością, bo – według szacunków Polskich Sieci Energetycznych, operatora systemu energetycznego – do 2020 roku będziemy musieli wyłączyć przestarzałe bloki węglowe o mocy 7 GW, a po kolejnych 10 latach wielkość ta urośnie do 12 GW, czyli 30 proc. potencjału działających w Polsce elektrowni. Węgiel będziemy zastępować węglem – największe budowane bloki w Opolu, Kozienicach czy Jaworznie opalane będą tym właśnie paliwem. Ostrołęka to nowy-stary projekt. Właściciel elektrowni, koncern Energa, wielokrotnie odwlekał rozpoczęcie wartej 5-6 mld złotych inwestycji, ale po zmianie władz spółki w grudniu zeszłego roku zmieniło się także nastawienie do projektu. Choć przy cenie prądu na poziomie 160 zł za 1 MWh inwestycja jest ekonomicznie wątpliwa, nowy blok ma powstać. Jako jeden z warunków rozpoczęcia budowy zarząd Energi wymienia wsparcie ze strony państwa. Biorąc pod uwagę dekarbonizacyjną politykę Unii, uzyskanie zgody na pomoc publiczną może być bardzo trudne.

– Wytyczona w założeniach do polityki energetycznej Polski do 2050 roku ścieżka odejścia od produkcji energii z węgla jest zbyt ambitna, jej korekta wydaje się uzasadniona. Warto spróbować przekonać Unię, żeby w polityce energetyczno-klimatycznej uwzględniała specyfikę poszczególnych państw. Żebyśmy mogli od węgla odchodzić w tempie dla nas optymalnym – mówi Kamil Moskwik, ekspert ds. energetyki z Instytutu Sobieskiego. Unia w dalszym ciągu stara się poprawić mechanizmy wymuszające rezygnację z węgla. Jednym z podstawowych narzędzi polityki klimatycznej jest wprowadzony w 2003 roku system handlu emisjami CO2, który zakłada rosnące stopniowo obciążenia z tytułu emisji dwutlenku węgla. Ponad 10 tys. unijnych firm emitujących najwięcej CO2 otrzymuje pulę darmowych praw do emisji tego gazu, jednak z roku na rok jej wielkość maleje. Rosnąca – zgodnie z złożeniami pomysłodawców – cena uprawnień miała zachęcać najbardziej energochłonne przedsiębiorstwa do inwestycji w czyste technologie pozyskiwania energii. To się częściowo udało, ale proces zatrzymał się ze względu na kryzys ekonomiczny z lat 2008-2009, który spowodował spadek produkcji przemysłowej w wielu krajach i ograniczenie emisji CO2. Na rynku pojawiła się nadpodaż uprawnień i ich cena spadła z 15 euro za tonę w 2010 roku, do 5 euro w 2013 roku.

Unia postanowiła doprowadzić do wzrostu cen, ręcznie sterując rynkiem. Najpierw zawiesiła część rządowych aukcji, na których sprzedawane były uprawnienia, ograniczając podaż o 900 mln ton. W zeszłym roku ustanowiła tak zwaną Rynkową Rezerwę Stabilizacyjną, w ramach której od 2019 roku Unia w dalszym ciągu będzie ograniczała ilość uprawnień dostępnych na aukcjach. Według analityków firmy Carbon Plus, w 2020 roku cena osiągnie 17-20 euro za tonę, wobec 7-8 euro obecnie. Polska do 2030 roku będzie mogła 40 proc. pozwoleń na emisję rozdawać elektrowniom za darmo, ale pozostałe 60 proc. będą musiały kupować na rynku. Koszt produkcji energii z węgla wzrośnie, co może przełożyć się na wyższą cenę prądu dla końcowych odbiorców lub wpędzić w straty koncerny energetyczne. – Z roku na rok nadpodaż uprawnień na rynku rośnie, także nie zakładałbym, iż rezerwa stabilizacyjna będzie miała aż tak znaczący wpływ na ich cenę – mówi Kamil Kliszcz, analityk sektora energetycznego z DM mBanku.

Ile atomu, ile OZE

Wymaganiom Unii w zakresie ograniczenia emisji dwutlenku węgla łatwiej byłoby nam sprostać gdybyśmy potrafili wdrożyć czyste technologie węglowe, takie jak spalanie węgla w tlenie czy wytwarzanie energii elektrycznej w układach gazowo-parowych, zintegrowane ze zgazowaniem węgla.

– Jesteśmy w światowej awangardzie, jeśli chodzi o prace nad czystymi technologiami spalania węgla, ale na tę chwilę nie ma takiej technologii, którą można by wykorzystać na skalę przemysłową – mówi Wojciech Jakóbik. Unia od państw członkowskich oczekuje jednak przede wszystkim zwiększenia skali produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Celem jest osiągnięcie poziomu 27-procentowego udziału OZE w miksie energetycznym Unii w 2030 roku – w jakim tempie będziemy dochodzić do tego poziomu i czy wszystkie kraje będą musiały przekroczyć ten poziom, nie jest jeszcze przesądzone. Na razie mamy wyznaczony cel na 2020 rok – za cztery lata ze źródeł odnawialnych powinno pochodzić 15 proc. zużywanej w Polsce energii. Zgodnie z przyjętym w 2010 roku Krajowym Planem Działań, który wyznaczył poziom udziału energii ze źródeł odnawialnych dla sektora transportowego, energii elektrycznej i ogrzewania oraz chłodzenia, wymagania Unii spełnimy, jeśli w sektorze energetycznym udział źródeł odnawialnych sięgnie 19 proc., czyli o połowę więcej niż obecnie. W 2015 roku produkcja prądu z OZE wzrosła do 20 TWh, z czego połowa pochodziła z farm wiatrowych. Jednak kierunek w jakim rozwijać się będzie OZE nie jest jasny po tym, jak rząd odsunął o pół roku wejście w życie nowej ustawy, która wprowadzała system wsparcia dla produkcji tego rodzaju energii oparty na aukcjach.

– Rząd wysyła nam sprzeczne sygnały w sprawie nowej ustawy. Najpierw chodziło o drobne poprawki techniczne, później słyszeliśmy, że jednak trzeba dokonać korekty w systemie wsparcia, ale nie ma jasnych deklaracji, jak on będzie ostatecznie wyglądał. W takiej atmosferze niepewności nikt nie podejmie się inwestycji w nowe moce wytwórcze – mówi Wojciech Cetnarski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

 

Prezes Cetnarski podkreśla, że 80 proc. inwestycji w OZE realizowane jest przez prywatnych inwestorów, jedynie 20 proc. przez państwowe firmy. Jeśli prywatny kapitał się wycofa, to może być nam trudno w 2020 roku wyprodukować 30-32 TWh energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych i wypełnić tym samym wymagania Unii. Osiągnięcie celu byłoby jeszcze trudniejsze, gdyby w życie weszła tzw. ustawa odległościowa, pozwalająca budować farmy wiatrowe w odległości od budynków mieszkalnych nie mniejszej niż 10-krotność wysokości wiatraka wraz z wirnikiem i łopatami, czyli w praktyce od 1,5 do 2 kilometrów. Ustawa została wycofana z obrad Sejmu i jej dalszy los jest niepewny.

– Decyzja, czy mamy dotować produkcję energii z węgla, czy z OZE należy do polityków. Jeśli jednak znaczenie źródeł odnawialnych nie będzie w Polsce rosło, to nasz miks energetyczny coraz bardziej będzie różnił się od unijnego i tym samym coraz trudniej będzie nam się z Brukselą dogadywać w sprawach energetyki – zwraca uwagę Kamil Kliszcz. Tak samo jak niepewny jest kierunek rozwoju, tak nie do końca wiadomo, jak będzie się rozwijał projekt budowy elektrowni atomowej. Z tego źródła planowaliśmy produkować 10 proc. energii w 2025 roku i 20 proc. w 2050 roku. Minister energii Krzysztof Tchórzewski jest zwolennikiem kontynuacji programu, z zastrzeżeniem, że atom ma być jedynie „dodatkiem” do energetyki węglowej. Dawid Jackiewicz, ministerskarbu, zasugerował przeprowadzenie referendum w sprawie budowy elektrowni atomowej. Można przypuszczać, że nawet jeśli ostatecznie zdecydujemy się pójść w kierunku atomu, to cały program opóźni się w czasie.

Węgiel z polskich kopalń

Nie tylko dekarbonizacyjna polityka Unii sprawia, że produkcja energii elektrycznej z węgla może być w przyszłości nieopłacalna. Najszybszy postęp technologiczny dokonuje się w sektorze źródeł odnawialnych, co sprawia, że działające instalacje stają się coraz bardziej wydajne. Według raportu Międzynarodowej Agencji Energetyki Odnawialnej, technologie produkcji „zielonej” energii już dziś są w stanie konkurować cenowo z nowymi elektrowniami na paliwa kopalne. Średni światowy koszt produkcji energii z lądowych farm wiatrowych wyniósł w zeszłym roku 60 dol./MWh, wobec 80 dol./MWh w elektrowniach opalanych węglem kamiennym.

– Gdyby zabrać wszystkie dotacje i energetyce wiatrowej, i konwencjonalnej, to w najbardziej wietrznych regionach kraju jesteśmy w stanie produkować energię elektryczną taniej – uważa Wojciech Cetnarski. Jeśli uda się opracować technologie magazynowania energii produkowanej z OZE i tym samym wyeliminować największą wadę w postaci nieregularności dostaw, przewaga źródeł odnawialnych nad konwencjonalnymi jeszcze wzrośnie. Z punktu widzenia polskiej energetyki węglowej, trudna do pogodzenia z niskim cenami energii może być koncepcja oparcia bezpieczeństwa energetycznego o surowiec wydobywany w kraju. Już koalicja PO-PSL zarysowała koncepcję zaangażowania koncernów energetycznych w ratowanie górnictwa, nierentownego ze względu na wysokie koszty wydobycia. Rząd PiS wprowadził ją w życie: PGE, Energa i PGNiG, trzy kontrolowane przez państwo firmy, zadeklarowały, że wyłożą 1,5 mld złotych na dokapitalizowanie Polskiej Grupy Górniczej, która ma powstać na gruzach bankrutującej Kompanii Węglowej, największego górniczego przedsiębiorstwa w Unii. Warunkiem udzielenia pomocy przez energetykę miała być głęboka restrukturyzacja górnictwa, ale zawarte między rządem a związkami zawodowymi porozumienie takich działań nie zakłada. Górnicy zgodzili się na zawieszenie na dwa lata wypłaty czternastych pensji, 4 tys. pracowników, którym zostało mniej niż 4 lata do emerytury odejdzie na urlopy górnicze. Łącznie PGG zaoszczędzi około 500 mln złotych rocznie, ale Kompania Węglowa w ostatnich latach ponosiła straty rzędu 1 mld złotych rocznie.

 

– Negocjacje w sprawie PGG w 90 proc. zakończyły się po myśli górników – mówi Wojciech Jakóbik. Porozumienie nic nie mówi na przykład o konieczności zwiększenia wydajności. Tymczasem z wyliczeń analityków Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych wynika, że w przeliczeniu na jednego pracownika w polskim górnictwie produkujemy 700 ton węgla rocznie. Dla porównania, w Stanach Zjednoczonych na pracownika przypada od 2 tys. do 5 tys. ton wydobytego węgla, co pozwala utrzymywać się na rynku nawet kopalniom głębinowym, wydobywającym surowiec w warunkach równie trudnych, jak na Śląsku. Według WISE, polskie górnictwo będzie miało szansę przetrwać, jeśli do 2020 roku zatrudnienie w branży spadnie o połowę, czyli do 50 tys. osób. Przekształcenie Kompanii Węglowej w PGG zakłada redukcję zatrudnienia o 12 proc., a cała operacja zapewne tylko w niewielkim stopniu obniży koszty wydobycia tony węgla, które w polskim górnictwie dochodzą do 300 złotych. Co przy światowych cenach surowca na poziomie 160-200 złotych wpędzać będzie nową firmę w dalsze straty. Chyba, że górnictwo utrzymywać będzie energetyka, a w praktyce końcowi odbiorcy prądu. W takim scenariuszu grozi nam, że będziemy mieli relatywnie drogą energię, co niekorzystnie wpływać będzie na konkurencyjność całej gospodarki.

Europejski Kongres Gospodarczy – 100 debat o przyszłości

Ósma edycja organizowanego przez Grupę PTWP Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (European Economic Congress – EEC), czyli trzydniowy cykl debat, spotkań i wydarzeń towarzyszących z udziałem ponad 7 tysięcy gości z Polski i zagranicy, rusza 18 maja tego roku.

W blisko 100 sesjach weźmie udział kilkuset panelistów, komisarze unijni, premierzy i przedstawiciele rządów państw europejskich, prezesi największych firm, naukowcy i praktycy, decydenci mający realny wpływ na życie gospodarcze i społeczne.

– Definiujemy i przybliżamy najważniejsze problemy, o których rozmawiamy z przedsiębiorcami –podkreśla Wojciech Kuśpik, inicjator Europejskiego Kongresu Gospodarczego, prezes Grupy PTWP.

– O rozwiązaniach dyskutujemy z decydentami. Naszą ambicją jest wskazywanie nowych kierunków myślenia o przyszłości Europy, włączanie w dyskurs tematów ważnych z punktu widzenia gospodarki, konfrontowanie europejskich problemów rozwojowych z ich globalnym tłem. Skalę zainteresowania VIII Europejskim Kongresem Gospodarczym w Katowicach oddają liczby. Tylko przez pierwszą dobę od rozpoczęcia rejestracji chęć udziału w wydarzeniu zgłosiło 867 osób. W ciągu 7 dni liczba zarejestrowanych uczestników sięgnęła dwóch tysięcy…

Polski rząd reprezentować będą m.in. Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury i budownictwa, Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego, Katarzyna Kacperczyk, podsekretarz stanu ds. dyplomacji ekonomicznej oraz polityki amerykańskiej, azjatyckiej i europejskiej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W programie Europejskiego Kongresu Gospodarczego 2016 znajduje się około 100 debat ujętych w kilkunastu blokach tematycznych. Sesja inauguracyjna to próba zdefiniowania najważniejszych aktualnych problemów i wyzwań współczesnego świata oraz analiza sytuacji geopolitycznej i jej wpływu na gospodarkę. Poświęcona będzie takim zagadnieniom, jak: wspólne bezpieczeństwo polityczne, militarne, surowcowe i energetyczne Europy, migracje i kryzys humanitarny, kryzys strefy Schengen, zagrożenia terrorystyczne, zmiany na światowym rynku surowców energetycznych, sytuacja na wschodzie Europy, rynek wewnętrzny UE i globalna konkurencyjność jej gospodarki oraz alternatywne kierunki europejskiej aktywności gospodarczej.

Wśród głównych zagadnień, jakie poruszą między 18 a 20 maja uczestnicy katowickich debat, znajdują się także: globalna ekspansja europejskiej gospodarki, nowe kierunki gospodarczej aktywności, regulacje ochronne i ich praktyczna skuteczność w realiach globalnej wymiany towarowej, porozumienie transpacyficzne a wciąż niezakończone negocjacje TTIP, Nowy Jedwabny Szlak, europejskie inwestycje na rynku afrykańskim i na innych rynkach odległych. W ramach wydarzeń towarzyszących odbędą się także: Forum Współpracy Gospodarczej Afryka-Europa Centralna, spotkania gospodarcze: Polska-Kraje Półwyspu Arabskiego oraz Polska-Japonia. W agendzie Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach każdego roku kompleksowo uwzględniane są zagadnienia związane z energetyką. W pierwszym dniu ósmej edycji największej konferencji biznesowej Europy Centralnej zaplanowano debatę obejmującą energię i klimat w horyzoncie 2030 roku, pakiet klimatyczno-energetyczny w obecnym stanie politycznym i prawnym, dorobek COP21 w Paryżu, pakiet gazowy, bezpieczeństwo energetyczne i dostaw gazu w Europie. Nie zabraknie również dyskusji o przemyśle, źródłach dochodu narodowego krajów, reindustrializacji i sytuacji kluczowych branż przemysłu w Europie. Odrębnej debacie poddana zostanie współpraca międzynarodowa na rzecz zrównoważonego rozwoju.

Tematy dyskusji ósmego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach prowadzą także ku nowym obszarom, jak np. digitalizacja gospodarki oraz szanse, wyzwania i zagrożenia cyfrowej rewolucji. Czy gospodarcza aktywność przenosi się do świata cyfrowego i co to oznacza dla poszczególnych branż gospodarki? W jaki sposób robotyka, automatyka, Internet Rzeczy wpływają na efektywność, konkurencyjność, sprawniejszą dystrybucję? Zaplanowano też dyskusje o młodym pokoleniu w gospodarce i na rynku pracy, startupach, cechach nowych generacji i współpracy międzypokoleniowej w firmie. 19-20 maja odbędzie konferencja pod nazwą European Start-up Days, przestrzeń otwartego dialogu: start-up-inwestorzy-organizacje wsparcia biznesu; pierwsze tak duże wydarzenie łączące startupy i korporacje, twórców globalnych marek, biznesowych wizjonerów i odkrywców. Organizatorzy Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach kontynuują także projekt EEC – Liderzy Przyszłości (EEC – Leaders of Tomorrow), którego celem jest kreowanie i promowanie aktywnej postawy obywatelskiej oraz zwiększenie zaangażowania młodych osób w życiu publicznym. W Europejski Kongres Gospodarczy zaangażowane są duże firmy z Polski i Europy Centralnej, m.in: BASF, Budimex, CEZ Polska, Lotos, Kapsch, Penta Investments, PKP SA, Siemens, Skanska, a także czołowe polskie firmy, które realizują dynamiczną ekspansję na rynki zagraniczne: Famur, Maspex, Nowy Styl, OT Logistics, Track Tec, URSUS i Work Service. Areną dyskusji, spotkań, prezentacji i wymiany opinii będzie gmach MCK w Katowicach oraz połączona z nim Hala Widowiskowo- -Sportowa „Spodek”.

Nowoczesna armia

Prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej Arkadiusz Siwko o planie modernizacji technicznej polskich sił zbrojnych i szansach rozwoju eksportu.

 

Obejmując PGZ miał Pan zapewne własną wizję dotyczącą zarządzania polskim sektorem zbrojeniowym.
Wizję tak, ale podstawowym zadaniem, właściwie priorytetem, jest globalne unowocześnienie polskiego przemysłu zbrojeniowego. Jest to możliwe poprzez pełne wdrożenie planu modernizacji technicznej polskich sił zbrojnych. Musi on być oparty o transfer wysokich technologii do polskiego przemysłu zbrojeniowego, co da szanse na unowocześnienie całego segmentu gospodarki. Z drugiej strony wiadomo, że ten program modernizacji zostanie kiedyś ukończony i musimy się przygotować na konkurencję w środowisku cywilnym. I to są te dwa elementy, które decydują o kształcie i wizji tego sektora na najbliższe lata.

W swoich deklaracjach programowych mówicie Państwo, że stawiacie na ludzi młodych. Czy to element nowego otwarcia?
Trzeba to rozumieć jako klasyczny przykład stawiania na młodego ducha. Czyli ludzi, którzy poszukują w swojej pracy zawodowej możliwości rozwoju i progresu. Wiadomo, że implementacje nowych technologii muszą wykonywać managerowie, dla których te technologie mają jakieś znaczenie i są z nimi oswojeni. Widzą w nich szansę na rozwój swoich karier, ale też rozwój zakładu pracy czy spółki. W polskim sektorze obronnym pracuje duża grupa fachowców o ogromnym doświadczeniu zawodowym. Każda z tych osób niezależnie od wieku, jeśli posiada ducha czy żyłkę innowacyjności i potrafi wykorzystywać to w swojej pracy zawodowej, z pewnością zostanie przez nas dostrzeżona i doceniona.

Grupa zrzesza kilkadziesiąt spółek o różnym profilu działalności. Jak godzicie misyjność firmy z komercją?
Na koniec dnia firma ma przynosić dochody, czyli uzyskać korzystne wyniki finansowe. W tej materii obowiązują nas zdecydowanie kryteria ekonomiczne. Jako PGZ musimy utrzymać zdolności produkcyjne i stale je rozwijać. Oznacza to, że musimy utrzymać wszystkie nasze zakłady, a jest ich ponad 60, w pełnej zdolności produkcyjnej. Oczywiście, że jesteśmy zobowiązani do tego, aby zapewnić korzystny wynik finansowy Grupy. Szczęśliwie obecny czas dla sektora obronnego jest okresem, gdy możemy zagospodarować wszystkie siły produkcyjne reprezentowane w grupie w związku z wdrażanym programem modernizacji sił zbrojnych.

Jaki procent w transakcjach PGZ stanowią produkty rodzimych producentów?
To jest bardzo złożona sprawa. Nie ma takiego produktu wychodzącego z PGZ, w którym nie ma polskich komponentów, naszego wkładu intelektualnego czy produkcyjnego.

Czy sektor zbrojeniowy może w przyszłości stać się kołem zamachowym gospodarki?
Nie tylko może, ale wręcz musi. Państwo polskie, podejmując się dużego wysiłku, jakim jest modernizacja sił zbrojnych, musi mieć przekonanie, że nie tylko dokonuje poprawy bezpieczeństwa państwa, ale także, że przyczynia się w dużym stopniu do rozwoju gospodarczego. Polska Grupa Zbrojeniowa jest nastawiona na globalną kooperację z całym przemysłem w skali makro. Nie zamykamy się w obrębie naszej grupy, ale chcemy globalnie kooperować. Chcemy spowodować, aby beneficjentem współpracy z sektorem obronnym były wszystkie gałęzie przemysłu. Przykładem takiego owocnego działania jest współpraca z jakże wielkim partnerem, firmą Boeing, gdzie beneficjentem współpracy jest nasz narodowy przewoźnik LOT oraz inne firmy.

Mocno brzmi obowiązująca w PGZ zasada „zero tolerancji dla korupcji”.
Taki jest dzisiaj wymóg państwa polskiego i dlatego musi być konsekwentnie wdrażany. Wokół przemysłu zbrojeniowego narosło wiele legend i mitów. Częściowo prawdziwych, a częściowo nie. Porządkujemy ten system bardzo konkretnie i konsekwentnie. Zastaliśmy ponad 100 podpisanych agencyjnych umów prowizyjnych pośrednictwa transakcyjnego, związanych z reprezentowaniem poszczególnych zakładów przemysłu zbrojeniowego. Dotyczyły one pośrednictwa transakcyjnego na świecie i często zawierane były na zasadach wyłączności. W wielu przypadkach te działania miały charakter pozorny, bo nie szły za tym żadne zamówienia, albo zawierały bardzo wyolbrzymione kwoty prowizyjne. Porządkujemy ten system. Nastawiamy się na kooperację bezpośrednią z klientami, na zasadzie odbiorca-producent. Wprowadzamy standaryzację zawieranych umów. Jestem przekonany, że to przyniesie efekty.

Świat związany z przemysłem zbrojeniowym, przedstawiany w literaturze i filmie, to nie jest świat grzecznych chłopców. Państwo postulujecie wprowadzenie najwyższych standardów i norm etycznych, uczciwości, przejrzystości i odpowiedzialności.
Wysokie standardy dotyczą wszystkich sektorów gospodarki. Ale wprowadzenie tych zasad w tak dużej grupie podmiotów, do tej pory nieprzyzwyczajonych do obowiązujących standardów w globalnym świecie industrialnym, będzie wymagało czasu. Co w żadnym wypadku nie zwalnia nas z konieczności kontynuowania wdrożenia tego procesu.

 

Jakie produkty PGZ są tzw. przebojami eksportowymi i cieszą się największym zainteresowaniem?
Wymienię trzy produkty. Jeden z nich to Rosomak, czyli kołowy transporter opancerzony, produkowany w Siemianowicach Śląskich. Niedawno otwarto kolejny rozdział budowy Rosomaka – Scipio, ultranowoczesnej konstrukcji, cieszącej się ogromnym zainteresowaniem na świecie. Atrakcyjność Rosomaka polega też na tym, że jest oferowana szeroka gama wersji bojowych tego pojazdu, różne wyposażenie szyte na miarę. Jesteśmy też ogromnym zapleczem dla prac remontowych, przeglądów i napraw sprzętu wojskowego. Mamy w tej dziedzinie ogromne kompetencje. Jestem przekonany, że hitem eksportowym w przyszłości będzie Krab, armatohaubica samobieżna kalibru 155 milimetrów, produkowana w Stalowej Woli. Krab wchodzi do systemu uzbrojenia polskich wojsk rakietowych i artyleryjskich. Możemy też pochwalić się polskim przemysłem stoczniowym pracującym na potrzeby wojska.

Niektórzy eksperci twierdzą, że w najbliższej przyszłości nie wyprodukujemy ani własnego samolotu, ani czołgu.
To nie jest prawda, że Polska nie będzie miała własnego czołgu czy własnego samolotu. Po zakończeniu procesu modernizacji sił zbrojnych musimy wyjść z produktami mającymi polski charakter, także poprzez pozyskanie technologii. I dlatego uważam, że za kilka lat będziemy mogli się pochwalić własnymi produktami i efektami pracy polskich naukowców, inżynierów…

Jesteśmy potęgą w projektowaniu gier komputerowych. Czy istnieją plany wykorzystania potencjału drzemiącego w rodzimych programistach, bardzo innowacyjnym i progresywnym sektorze IT i software’u?
W Radomiu powstanie centrum innowacyjności.A w PGZ obecnie badamy możliwości i zastanawiamy się, które z nich moglibyśmy wykorzystać w przemyśle obronnym.

Mocno stawiacie na współpracę naukową z uczelniami?
Postawiliśmy na szeroką współpracę z uczelniami cywilnymi. Takim naturalnym rezerwuarem myśli technicznych, które mogą być wykorzystane w przemyśle obronnym i znajdują się na cywilnych uczelniach technicznych. Dziś rozwiązania dla przemysłu zbrojeniowego można znaleźć nie tylko na uczelniach wojskowych. Chcemy współpracować i korzystać z pomysłów, umysłów i innowacji naukowców, ale też studentów rozproszonych po licznych uczelniach cywilnych. A wychodzimy z założenia, że czym szersza penetracja, tym większa szansa na sukces. Dlatego też konsekwentnie nawiązujemy kontakty i podpisujemy z uczelniami stosowne porozumienia o współpracy.

 Co lubi Arkadiusz Siwko?

Wypoczynek „Wolny czas spędzam z rodziną.”
Kuchnia europejska: włoska, francuska, z polskiej uwielbia zupy
Samochód Audi
Hobby piłka nożna. Jest fanem Manchester United

Plus minus 500

Zaczęło się 1 kwietnia, i nie był to prima aprilis. Pierwsze wnioski o wypłatę świadczenia wpłynęły przez internet tuż po północy. Świtem przed gminnymi ośrodkami pomocy społecznej w wielu miejscowościach stały kolejki.

Niepotrzebnie, bo biurokratyczna machina ruszyła ociężale, ale w miarę skutecznie. Po miesiącu można ocenić, że start rządowego programu pomocy rodzinie w wychowywaniu dzieci nie odbiegał od wielu administracyjnych kampanii w przeszłości. Mieliśmy już wówczas za sobą potężną debatę, jaka towarzyszyła ogłoszeniu programu i jego ścieżce legislacyjnej. Niestety, argumenty merytoryczne w tej dyskusji zostały przygłuszone przez optykę swój-obcy, czemu towarzyszyło przywoływanie do porządku swoich, ale niepokornych. Ten stan trwa właściwie do dzisiaj. Największym pechem rządowego programu jest bowiem to, że dostał się w tryby bezwzględnej walki politycznej. Tymczasem opinia publiczna patrzy na sprawę inaczej. Zgodnie z badaniami CBOS, aż 80 proc. Polaków popiera rządowy program. Znaczy to, że popierają go także ci, którzy nie będą beneficjentami programu i nie liczą na pieniądze od rządu. Nie po raz pierwszy ogół jest rozumniejszy od polityków. Nie zawsze czysto grają obie strony sporu. Wygląda jednak na to, że program będzie żył własnym życiem i sam się obroni. Jakie ma wady, a jakie zalety?

Plus czy +

Zacznijmy od tego, że nie jest zupełnie jasne, jak ten program w ogóle się nazywa. Ustawa go wprowadzająca nosi tytuł „O pomocy państwa w wychowywaniu dzieci”. W dokumentach i oficjalnych wystąpieniach rządowych pada nazwa „Rodzina 500 plus”, w publicystyce i mowie potocznej częściej występuje jako „500+”. I tu tkwi pierwszy haczyk. W ustawie jest mowa o corocznej, inflacyjnej waloryzacji kwoty 500 złotych. Będziemy więc za rok mieli „Rodzinę 503plus”, a za dwa lata „507”? To pierwszy z brzegu dowód, że twórcom programu brakło czasu na myślenie (wariant: program jest bezmyślny – niepotrzebne skreślić zgodnie z własnymi sympatiami politycznymi). Ale wątpliwości terminologiczne to drobiazg. W bitwie o 500+ padają bowiem salwy najcięższej artylerii. Zamierzony jako jeden z licznych dodatkowych programów społecznych, program 500+ okazał się ważący dla fundamentów ekonomii państwa.

Ryba czy wędka

W wąskim ujęciu 500+ to – niestety – dawanie ryby, a nie wędki. Tyle, że poglądy na tę kwestię w świecie właśnie się zmieniają. Coraz więcej ekonomistów spoza kręgów liberalnych dopuszcza możliwość wręczania ludziom pewnych kwot pieniędzy za sam fakt, że są. Powstał nawet projekt „pensji obywatelskiej” na poziomie minimum socjalnego. Dla państwa, gospodarki i społeczeństwa traktowanych jako całość skutki takiego rozdawnictwa mają być pozytywne na wielu polach, także psychologicznym.Krytycy akcentują jednak, że są to pomysły realne tylko w bardzo wąskiej grupie najbogatszych krajów. Polska z pewnością do tej grupy nie należy. I właśnie dlatego wybraliśmy tylko tę część potrzebujących, której państwo ma największy interes pomagać – odpowiadają zwolennicy 500+. Na polskim gruncie najważniejsza jest odpowiedź na pytanie: co beneficjenci zrobią z pięcioma setkami, które im łatwo przyszły? Odpowiedź jest prosta: pójdą do sklepów. Istnieją analizy, z których wynika, że 80 proc. tych pieniędzy zwiększy wydatki konsumentów. A dodatkowych kilkanaście miliardów złotych rocznie na rynku po stronie popytu to istotny bodziec także dla podaży. Ministerstwo Finansów twierdzi, że środki z programu 500+ przyspieszą w najbliższych latach realne tempo wzrostu konsumpcji prywatnej do około 4 proc. Ryzyko inflacyjne w dzisiejszych realiach wydaje się mniej groźne.

Więcej dzieci
Tu dotykamy najdelikatniejszej kwestii całej sprawy. Istotą uruchomienia programu są cele społeczne, a nie ekonomiczne. Chodzi o zwiększenie dzietności, czyli skłonienie rodziców do decyzji o jeszcze jednym dziecku w rodzinie. Jest to niesłychanie ważne wobec już trwającego kryzysu demograficznego w Polsce. Odwrócenie złych tendencji warte jest każdych pieniędzy. Ministerstwo Finansów oszacowało, że 500+ przyniesie trwałe zwiększenie współczynnika dzietności o 10 proc., co ma przełożyć się w latach 2050-2060 na wzrost podaży pracy o 2,5 proc. Łatwo wyśmiać prognozy wybiegające 40 lat w przód, ale przyznać też trzeba, że jakieś ekstrapolacje są przecież potrzebne. Jednak czy do realizacji słusznych celów wybrano naprawdę najlepsze narzędzie? Z badań wynika, że na poziom dzietności wpływ mają nie tylko bodźce finansowe, lecz także przepisy prawa pracy, sytuacja na rynku mieszkaniowym, dostęp do żłobków i przedszkoli i wiele innych czynników.

Panie na lewo
Jeszcze dalej idzie koncepcja, w myśl której istnieją odmienne bodźce kierowane do kobiet i do mężczyzn. Te pierwsze to, na przykład, darmowe żłobki, łatwo dostępne przedszkola, itp. Męski charakter mają natomiast bezpośrednie transfery pieniędzy. Autorzy tego badania twierdzą, że dla osiągnięcia takiego samego wzrostu dzietności wystarczą trzy razy mniejsze nakłady na zachęty kierowane do kobiet. Program 500+ do tej grupy zdecydowanie nie należy. Wspomniane badanie prowadzone było w 19 krajach europejskich, w tym w Polsce. Z tej samej pracy naukowej wynika jeszcze, że to kobiety są bardziej niż mężczyźni niechętne powiększaniu rodziny. Różnicę tę udało się zniwelować tylko w Belgii, Francji i Norwegii. Są to kraje, w których udział ojców w opiece nad dziećmi jest najwyższy. Informacja dla panów: najwyższy udział oznacza tu wykonywanie około 40 proc. czynności przy dziecku.

Europa nie rodzi
Skoro jesteśmy już przy porównaniach międzynarodowych: Polska nie jest jedynym państwem, które usiłuje zwiększyć dzietność i uruchamia specjalne programy. Polski program wspomagania urodzin jest skromniutki i delikatny.Tu konieczne jest nieco teorii. Aby ludność państwa utrzymywała się na stałym poziomie, wskaźnik dzietności musi wynosić 2,1. Takiego wskaźnika nie osiąga żaden z krajów Unii Europejskiej, a przybliża się doń tylko Francja, wyraźnie odstająca od reszty. Poziom 2,0 wykazuje jeszcze tylko Irlandia. Polska ze wskaźnikiem 1,33 zajmuje w UE miejsce 25., czwarte od końca (dane z 2014 roku). Światowi rekordziści, kilka państw afrykańskich, legitymują się wskaźnikiem bliskim 7,0. Pozostając w gronie porównywalnych państw UE, warto przyjrzeć się systemowi francuskiemu, jedynemu efektywnemu. Otóż jest on bardzo rozbudowany (czytaj: kosztowny). Obejmuje system podatkowy premiujący rodziny, w których jedno z rodziców nie pracuje, lecz wychowuje dzieci. Państwo zapewnia także dodatki i ulgi podatkowe na opłacenie niań do dzieci. Rodziny z dziećmi taniej podróżują komunikacją publiczną i mniej wydają na bilety do kin, teatrów i muzeów. Ciekawe, że zasiłki bezpośrednie, wypłacane w gotówce, promują rodziny z dwojgiem, trojgiem dzieci, a nie większe. Istnieje przy tym dziwna prawidłowość. Podobne rozwiązania przynoszą w różnych krajach różne efekty. Niemcy mają system polityki prorodzinnej podobny do francuskiego i wydają na pomoc rodzinie nawet więcej pieniędzy. Tymczasem francuski współczynnik dzietności wciąż rośnie, a niemiecki od lat oscyluje wokół 1,4. To pokazuje, że konstruowanie programów prorodzinnych jest bardzo trudne i łatwo o pokusę odłożenia sprawy na później. Pozytywem jest zatem sama chęć zmierzenia się z problemem.

Pusta kieszeń
Jedna jedyna kwestia powinna spędzać rządowi sen z powiek i najpewniej tak się dzieje, chociaż na zewnątrz prezentowana jest pewność siebie. Tą kwestią jest zapewnienie pieniędzy na wypłaty w kolejnych latach. Nie da się bowiem ukryć, że – jak dotąd – rząd sięga do pustej kieszeni. Z zasad 500+ wynika, iż 2,7 mln rodzin wychowujących 3,8 mln dzieci otrzyma świadczenia. Oznacza to, że 1,8 mln rodzin i 3 mln dzieci jest wyłączonych z programu. Świadczenia będą kosztowały budżet państwa w pierwszym (niepełnym) roku 17 mld zł, a w następnych 22-23 mld złotych rocznie. Jak szybko policzono, taka decyzja zwiększy deficyt budżetu o blisko 1 procent i wyniesie on wtedy 4 proc. PKB. A wówczas Polska ponownie wpadnie w unijną procedurę nadmiernego deficytu. Skutki tego mogą być wielorakie; na przykład, zablokowanie niektórych transz środków z UE. Na pytania o źródła finansowania 500+ i innych zamierzeń odpowiedzi są, niestety, mało konkretne. Ewentualny zamiar tzw. finansowania deficytem, czyli dodatkowych emisji obligacji, wiąże się ze sporym ryzykiem, bo obligacje mogą nie znaleźć nabywców na światowych rynkach. Projekty uszczelnienia systemu podatkowego, zwłaszcza VAT, są jeszcze mgławicowe, nadto trudno tu liczyć na przychody, o jakich mowa. Zaś możliwość długotrwałego utrzymywania się dobrej koniunktur i stopy wzrostu wyższej od założonej, co przyniosłoby budżetowi dodatkowe nieplanowane wpływy, czyli tzw. rentę, to dzisiaj niestety bajkopisarstwo. Staje się oczywiste, że powstanie konieczność ostrego przykręcenia śruby fiskalnej i to w wielu miejscach. A to jest dla każdego rządu strzał w stopę. Trudno przyjąć, że rząd nie jest tego świadomy. Można tylko podziwiać jego odwagę i determinację.

Skutki pośpiechu
Wątpliwość co do źródeł sfinansowania to najpoważniejsza skaza programu 500+, ale nie najbardziej irytująca. Za taką trzeba uznać liczne, zbyt liczne, potknięcia i nieścisłości w programie, które dopiero teraz wychodzą na jaw i muszą być pojedynczo naprawiane drogą kolejnych specregulacji. Najgłośniejsza stała się kolizja z przepisami alimentacyjnymi, tu musiał interweniować prezydent. Ale są i inne wpadki. Przykładowo, samotna matka z minimalną pensją i alimentami 300 zł ma za duży dochód i już nie dostanie świadczenia. Także niewielki przyrost zarobków rodzica może wyrzucić dziecko z systemu. Stąd obawa, że niektóre osoby mogą rezygnować z legalnej pracy i zasilić szarą strefę. Inny problem to nagły przyrost uczuć rodzicielskich i mnogie wnioski o przywrócenie praw i powrót do domu pociechy przebywającej w domu dziecka. Każdego z tych błędów można było uniknąć, gdyby nie legislacyjny pośpiech. Bo program 500+ stał się, niestety, także kiełbasą wyborczą. A kiełbasa bywa smaczna, ale lepiej nie wiedzieć, jak jest robiona.

Globalna Polska, czyli jak osiągnąć sukces za granicą

Na 50. piętrze budynku Złota 44 w Warszawie, 21 kwietnia tego roku odbyła się Gala „Globalna Polska” zorganizowana przez Wydawnictwo Business Magazine Manager oraz Vision Group

W pierwszej części debaty wzięli udział przedsiębiorcy, którzy osiągnęli za granicą sukces. W drugiej części skupiono się na działaniach typu public affairs i lobbingu. Galę prowadził dziennikarz telewizji TVN Jarosław Kuźniar. W imieniu organizatorów powitali licznie przybyłych gości: redaktor naczelny magazynu „Manager” Piotr Cegłowski i Małgorzata Bogusz, dyrektor public affairs w Vision Group. W ostatnich 10 latach polski eksport rósł w tempie 10 procent. Od dekady jesteśmy na plusie w usługach w handlu z zagranicą. W zeszłym roku po raz pierwszy od zmiany ustroju byliśmy „nad kreską” w handlu towarami. Łącznie nadwyżka Polski sięgnęła 50 mld złotych. To sukces, który możemy przypisać polskim przedsiębiorcom. Pracowitym, zdeterminowanym i innowacyjnym. Dlatego też w dwóch panelach dyskusyjnych zastanowiono się, co zrobić, żeby polskie produkty miały na rynkach polskim i zagranicznych jeszcze mocniejszą pozycję. Pierwszą część debaty rozpoczął Tomasz Ślęzak, wiceprezes Work Service, firmy, która połowę swoich wyników finansowych wypracowuje za granicą.

od lewej: Sebastian Klimek, wiceprezes, Powszechny Zakład Ubezpieczeń; Joanna Łodygowska, szef Działu Komunikacji, Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena ERIS; Robert Zmiejko, dyrektor Biura Strategii i Relacji Międzynarodowych, PKO Bank Polski

Work Service działa od dziesięciu lat na rynkach zagranicznych – jak przypomniał wiceprezes Ślązak. Swój sukces zawdzięcza mądrej polityce akwizycji firm na rynkach np. środkowoeuropejskich. Czy polska firma reprezentująca usługi finansowe może z powodzeniem konkurować z firmami amerykańskimi, szwajcarskimi czy brytyjskimi? Okazuje się, że tak, a najlepszym tego dowodem jest wejście na rynek amerykański pół roku temu firmy Cinkciarz.pl. Piotr Kiciński, wiceprezes spółki, sukces firmy upatruje w jakości usług proponowanych w internecie i sposobie przekazywania komunikatów do klienta. Nie bez znaczenia są działania lobbingowe, które powodują, że zmienia się postrzeganie produktów z danego kraju. Charles Lewington, dyrektor zarządzający Hanover Communications, były rzecznik premiera Wielkiej Brytanii, podzielił się swoimi doświadczeniami w tej dziedzinie, a jako osoba blisko związana z ośrodkiem władzy ma ich sporo. Wspomniał też, jak ważną, kapitalną rolę odgrywa w dzisiejszym świecie lobbing, funkcjonujący wszędzie, od parlamentów krajowych począwszy, a na Brukseli kończąc. Łukasz Goździor, dyrektor zarządzający Fundacji Marka dla Polski, mówił o tym, czego brakuje produktom Made in Poland, żeby cieszyły się wysoką renomą i popularnością na rynkach zagranicznych.

Za przykład harmonii i mądrego zarządzania marką uznał firmy, które w ostatnich 27 latach osiągnęły niekwestionowany sukces – Fakro, Solaris, InPost, Pesa. A co dzieje się w przypadku zdobywania obcych rynków przez polskie banki? Na to pytanie odpowiedział Robert Zmiejko, dyrektor Biura Strategii i Relacji Międzynarodowych w PKO Banku Polskim SA. Nie jest to łatwe zadanie, ale polskim bankom coraz częściej udaje się wchodzić na zagraniczne rynki i osiągać sukcesy. Po 27 latach od transformacji ustrojowych Bank PKO Bank Polski SA podjął decyzję, aby podążać globalnie za klientami i dlatego 9 grudnia 2015 roku otworzył pierwszą placówkę banku we Frankfurcie nad Menem. Na rynku niemieckim jest 180 tys. polskich firm. Podkreślił: „interesujemy się nowymi rynkami, gdzie zamieszkuje wielu naszych rodaków, ale także interesujemy się rynkami alternatywnymi, gdzie jest szansa na ogromny progres w najbliższym czasie, czyli np. Iran.” O tym, dlaczego udało się uzyskać w zeszłym roku nadwyżkę w handlu z zagranicą, mówił Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. Polscy przedsiębiorcy świadomie używają nowych technologii i są bardziej elastyczni niż biznesmeni z UE. Mamy przedsiębiorczość w DNA i to nas odróżnia od wielu innych nacji. Charles Lewington za największy sukces uznał historię zdobywania rynku i budowania marki przez nasze browary w Wielkiej Brytanii. Dla Work Service największą przeszkodą, ale i zadaniem by wyjść za granicę było pokonanie naszych przywar narodowych – zauważył  wiceprezes Tomasz Ślęzak. Wchodząc na rynek amerykański Cinkciarz.pl w kampanii reklamowej wykorzystał wizerunek Lecha Wałęsy. Zauważono to w Polsce, co tu kryć – bardziej niż w USA.

 

Spółka twierdzi, że był to bardzo dobry pomysł. Łukasz Goździor wspomniał, że najczęściej, gdy mowa o produktach „Made in Poland” pojawia się polska wódka i dlatego czeka nas jeszcze długa droga do zbudowania silnych marek, także dobrego wizerunku Polski za granicą. Jak administracja rządowa może pomagać w rozwinięciu się polskich firm za granicą? Andrzej Sadowski zauważył, że polscy biznesmeni są często tam, gdzie nie ma polskich ambasad. Biznes wyprzedza administrację rządową. Zdarzają się, niestety, też wpadki, kiedy np. rząd podejmuje decyzję o likwidacji polskiej ambasady w Ułan Bator, w kraju, który dynamicznie się rozwija. . W drugiej części debaty skupiono się na ogromnej roli, jaką spełnia we współczesnej komunikacji, budowaniu marki, ekspansji biznesu public affairs i EU Relations. Małgorzata Bogusz zauważyła, że coraz więcej firm rozgranicza public affairs od public relations. Katarzyna Barańska odniosła się do kwestii sukcesu polskiej firmy za granicą w kontekście budowania globalnego biznesu. Za źródło sukcesu uznała efektywną i kreatywną strategię marketingową, która umożliwi nawiązanie i podtrzymanie dialogu marki i konsumenta. Szczególnie, aby osiągnąć sukces, trzeba zadbać o wewnętrzna spójność marki i jej odbioru. Piotr Schramm z kancelarii Gessel odniósł się do problemu wejścia na rynki zagraniczne polskich marek i tego, czy firmy potrzebują specjalnej pomocy i konsultacji prawnej. Lobbing jest zjawiskiem starym jak świat. W Polsce public affairs ma szansę zyskać na znaczeniu. „Polskie firmy coraz częściej zdobywają rynki wschodzące, wchodzą także do USA i na Bliski Wschód” – stwierdziła Małgorzata Bogusz. Spotkanie zakończyła uroczystość wręczenia dyplomów zwycięzcom plebiscytu przeprowadzonego wśród czytelników magazynu „Manager” na najbardziej rozpoznawalną polską markę i najbardziej utytułowaną markę polską kojarzoną z podbojem rynków światowych.

Trafiony, zatopiony

Przez czternaście lat Paweł Olechnowicz zarządzał Grupą Lotos. W fotelu prezesa zasiadł 12 marca 2002 roku, kiedy nikomu nie śniło się, że powstanie Grupa Lotos– istniała jedynie stosunkowo niewielka Rafineria Gdańska. Manager przetrwał rządy SLD, PiS-u z koalicjantami, dwie kadencje rządów PO i PSL, ale po 14 latach musiał rozstać się z Lotosem. Tymczasowo zastąpił go Robert Pietryszyn, przewodniczący rady nadzorczej. Nowego szefa wyłoni konkurs. Paweł Olechnowicz z niewielkiego przedsiębiorstwa stworzył mocną grupę paliwową. W jej skład poza Rafinerią Gdańską weszły rafinerie południowe zlokalizowane w Czechowicach, Jaśle i Gorlicach (Glimar), a także Petrobaltic – przedsiębiorstwo zajmujące się wydobyciem i poszukiwaniem ropy naftowej. Firma znalazła się w czołówce największych spółek Europy Środkowo-Wschodniej. Program inwestycyjny 10+ zwiększył zdolności przerobowe z 6 mln do 10,5 mln ton rocznie, firma ma najnowocześniejsze instalacje i realizuje kolejne, szeroko zakrojone inwestycje. Grupa składa się z kilkunastu spółek.

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...