.
Strona główna Blog Strona 37

Najlepszy elektryk na trasę

Elektromobilność wdziera się do naszego życia niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie i praktycznie każdy producent ma już w swojej ofercie model z napędem elektrycznym. Pionierem w kwestii samochodów zeroemisyjnych jest Nissan, który do swoich najnowszych SUV-ów proponuje napęd e-Power.

Najczęstszym zarzutem wobec samochodów elektrycznych jest ich niewielka przydatność na długich dystansach. O ile zasięgi rzędu 300 km w zupełności wystarczą do poruszania się w mieście, o tyle w trasie trochę „wieje malizną”. No bo jak traktować poważnie samochód, który nie jest w stanie, jadąc z dozwoloną prędkością autostradową, dojechać z Warszawy do Katowic czy Gdańska? Do tego zimą zasięgi spadają średnio o 30 procent. Fanatycy elektromobilności z pewnością podniosą głos, że przecież wystarczy się zatrzymać na 40 minut i doładować baterie, a infrastruktura pozwala oderwać wzrok od aplikacji w telefonie, bo stacji ładowania przybywa w ekspresowym tempie. Mógłbym się podpisać pod tym obiema rękami, bo przecież zrobiłem już samochodami elektrycznymi ponad 100 tysięcy kilometrów i to w całej Europie, gdyby nie pewne „ale”.

Jeszcze 120 lat temu podróżowano konno i nikt nie robił problemu, jednak w trzeciej dekadzie XXI wieku oczekujemy od technologii możliwości teleportacji, a nie cofania się do czasów sprzed rewolucji przemysłowej. Dlatego też Nissan, który jako pierwszy wprowadził na rynek wielkoseryjny, elektryczny model Leaf, zaproponował rozwiązanie, które nieco postawiło na głowie wszystkie teorie o zeroemisyjności. Zaoferował bowiem napęd elektryczny, do którego prąd produkuje silnik spalinowy, pełniący funkcję agregatu. Powiecie, że to już było, bo przecież „zjawisko” extendera, czyli małego silnika zwiększającego zasięg nie jest niczym nowym. Tym razem jednak chodzi o motor o pojemności 1,5 l, który całkowicie wypełnia miejsce pod maską, a bateria trakcyjna ma zaledwie 1,8 kWh i jest ładowana w czasie rzeczywistym.

Elektryczny bez wad elektryka

Koła napędzane są wyłącznie przez silnik elektryczny, mamy więc do dyspozycji maksymalny moment obrotowy już od samego startu i jest on dostępny zawsze i przy każdej prędkości. Nie ma więc żadnych problemów z wyprzedzaniem, a wrażenie przyspieszania jest wyraźnie odczuwalne. Z kolei silnik spalinowy żyje sobie własnym życiem i gdy jedziemy spokojnie, jest praktycznie niesłyszalny dla pasażerów. Włącza się też, kiedy tego potrzebuje, dlatego można odnieść wrażenie, iż jego praca nie ma związku z pozycją pedału przyspieszenia. Dopiero, kiedy zdecydujemy się na gwałtowne zwiększenie prędkości, słychać narastające obroty i zdecydowaną pracę jednostki spalinowej. Należy podkreślić, że Nissan X-Trail posiada wszystkie udogodnienia znane z elektrycznego Leafa. Można więc korzystać z wydajnej rekuperacji, która przydaje się szczególnie podczas jazdy w górach i stromych zjazdach, jest także funkcja e-pedal, czyli możliwość jazdy bez użycia hamulca. W tym trybie będzie on potrzebny wyłącznie do całkowitego zatrzymania pojazdu.

Jakie są realne korzyści dla kierowcy, który wybierze się w podróż Nissanem z napędem e-Power? Po pierwsze, fantastyczna dynamika. Tu nie ma czasu na zastanawianie się. Reakcja na pedał przyspieszenia jest natychmiastowa. Auto pokonuje wzniesienia bez jakiegokolwiek wysiłku i sprawia wrażenie, jakby się wcale nie męczyło. Po drugie, wzorcowa wręcz cisza. Nawet jazda z wysokimi prędkościami na autostradzie nie męczy, a w kabinie jest po prostu cicho. Po trzecie i najważniejsze, nie tracimy czasu na ładowanie baterii. Podjeżdżamy na stację paliw, tankujemy i jedziemy dalej. Znacie to skądś? No właśnie! Zbiornik paliwa wystarczy, żeby pokonać drogą ekspresową nawet 700 km, na autostradzie ten zasięg zmniejszy się do 600 km, ale za to w mieście można się pokusić o rekord. Nam udało się zrobić 874 km pomiędzy tankowaniami. Podczas 10-dniowego testu zrobiliśmy ponad 3500 km ze średnim zużyciem 7,2 l/100 km, przy czym 2500 km zrobiliśmy, korzystając z autostrad Czech, Austrii, Słowenii, Chorwacji i Włoch. Zapomniałem dodać, że nasz egzemplarz wyposażony był w napęd wszystkich kół e-4ORCE, który przydał się szczególnie podczas ulewnych opadów w Austrii.

W klasie premium wszystkimi kołami

Japończycy nie kryją swoich aspiracji do segmentu premium i najnowszą generacją X-Traila potwierdzają, że potrafią konstruować samochody dla wymagających klientów. Linie nadwozia są zdecydowane, ale nie brakuje im elegancji, a proporcje z dość długą maską i wielkimi kołami zdają się wskazywać, że mamy do czynienia z porządnym autem. Z kolei kształt tylnych świateł nawiązuje nieco do poprzedniej generacji modelu, dlatego fani bez problemu odnajdą w nich swojego ulubieńca.

Po otwarciu drzwi zostajemy zaproszeni do zupełnie innego świata niż tego, który znaliśmy do tej pory. Tutaj segment premium mamy już w całej okazałości. Wszystkie plastiki są miękkie i przyjemne w dotyku, skóra znalazła się nawet na desce rozdzielczej i tunelu środkowym, a fotele otrzymały eleganckie przeszycia w romby. Konfiguracja kolorystyczna z pomarańczowym lakierem nadwozia i jasnym, beżowym wnętrzem z czarnymi wstawkami jest smaczna i doskonale wygląda. Miejsce kierowcy sprawia wrażenie, jakbym znał je od lat, a pozycja za kierownicą jest świetna. Sama kierownica jest mięsista i dobrze leży w dłoniach, a dodatkowo na dole została spłaszczona dla wygodniejszego wsiadania. Niczego złego nie można również powiedzieć na temat miejsca pasażera. Fotel da się ustawić perfekcyjnie, a szeroki podłokietnik centralny pozwala przyjąć ultrawygodną pozycję. I tutaj kolejne nawiązanie do segmentu premium, otóż podłokietnik otwiera się na dwie strony, pozwalając wygodnie sięgnąć do drobiazgu bez niewygodnego podnoszenia go do góry. Tylna kanapa ma regulację kąta oparcia i jest przesuwana wzdłużnie. Najwygodniej będzie dwojgu dorosłym, ale troje też nie powinno narzekać na brak przestrzeni, szczególnie na wysokości kolan i głowy. Bagażnik może mieć pojemność nawet 585 l, a jego kształt pozwala na efektywne wykorzystanie jego całej przestrzeni.

IV generacja Nissana X-Trail jest z prawdopodobnie ostatnią, która wykorzystuje silnik spalinowy, choć chciałbym się mylić. Rozwiązanie e-Power jest próbą przekonania do siebie kierowców sceptycznie nastawionych do elektromobilności. Choć nie jest zeroemisyjny, pozwala poczuć magię samochodów elektrycznych bez konieczności długich postojów na ładowanie baterii. Ale można też pójść o krok dalej. No bo co, jeśli benzynę produkowaną z ropy naftowej zastąpilibyśmy paliwem syntetycznym? Zyskalibyśmy wyjątkowe rozwiązanie zeroemisyjne bez ciężkich baterii i do tego przyjazne dla środowiska. Mnie to przekonuje.

Michał Garbaczuk

Ekovoltis wspiera Centrum Nauki Kopernik w dążeniu do zrównoważonego rozwoju

Z przyjemnością informujemy o rozpoczęciu współpracy pomiędzy Ekovoltis a jednym z najbardziej innowacyjnych miejsc w Polsce – Centrum Nauki Kopernik. W ramach umowy Ekovoltis dostarczy Centrum rozwiązania energetyczne wspierające jego codzienną działalność i dalszy rozwój.

Dlaczego Centrum Nauki Kopernik wybrało Ekovoltis?

Cena była jednym z głównych kryteriów wyboru naszej oferty, potwierdzając, że ekologia i zrównoważony rozwój nie musi oznaczać wyższych kosztów. Dzięki elastycznemu podejściu i dokładnej analizie potrzeb Centrum, mogliśmy zaproponować rozwiązanie optymalizujące koszty energii.

Współpraca z Ekovoltis to również gwarancja wsparcia na każdym etapie realizacji umowy. Głęboka ekspertyza, indywidualne podejście i oferowane przez nas doradztwo pomaga instytucjom lepiej zarządzać zużyciem energii, a wysoka jakość obsługi klienta zapewnia bezpieczeństwo i komfort współpracy.

Wspólne cele na przyszłość

Podpisana umowa to więcej niż tylko dostarczanie energii – to także wsparcie dla Centrum Nauki Kopernik w jego działaniach na rzecz promowania zrównoważonego rozwoju. Dzięki ofercie Ekovoltis, instytucja może działać w sposób odpowiedzialny wobec środowiska, wzmacniając swój wizerunek jako lidera innowacyjnych rozwiązań.

Piotr Ostaszewski, Prezes Zarządu Ekovoltis, podkreśla znaczenie tej współpracy: „Podpisanie umowy z Centrum Nauki Kopernik to dla nas ogromne wyróżnienie. To znak, że nasze działania realnie wspierają różnego rodzaju instytucje w Polsce w dążeniu do bardziej świadomego i odpowiedzialnego funkcjonowania.”

Korzyści dla Centrum Nauki Kopernik

Dzięki współpracy z Ekovoltis Centrum Nauki Kopernik zyskuje nie tylko stabilnego dostawcę energii, ale także partnera, który wspiera jego misję inspirowania młodszych i starszych pokoleń do myślenia o przyszłości.

Wspólnie z Ekovoltis, Centrum Nauki Kopernik kontynuuje swoją rolę lidera w promowaniu idei zrównoważonego rozwoju, pokazując, że odpowiedzialność ekologiczna i oszczędność finansowa mogą iść w parze.

Ekovoltis pozostaje zaangażowane w wspieranie instytucji publicznych oraz przedsiębiorstw, pomagając im osiągać ambitne cele związane z efektywnością energetyczną i odpowiedzialnym zarządzaniem zasobami.

Gospodarka generatywna – twórzmy więcej niż zużywamy

Sabine Scheunert, Managing Director Eurocentral w Dassault Systèmes, opowiada o kolejnym kroku w rozwoju gospodarczym, jakim jest gospodarka generatywna. Ma ona na celu tworzenie produktów, które działają jak żywe organizmy – wyobraźmy sobie materiały, które mogą się same leczyć lub produkty, które rosną, zamiast być wytwarzane.

„Gospodarka generatywna” jest ewolucją „gospodarki doświadczeń” i „gospodarki o obiegu zamkniętym”, koncepcji wprowadzonych w latach 90. Ale co to oznacza i jaką rolę w tej transformacji odgrywa Dassault Systèmes?

W Dassault Systèmes opracowaliśmy platformę 3DEXPERIENCE, pomagając firmom przejść od koncentrowania się wyłącznie na produktach do skupienia się na całym doświadczeniu. Dziś liczy się nie tylko produkt, ale także sposób jego użytkowania. Łącząc to podejście z zasadami gospodarki o obiegu zamkniętym – gdzie redukcja odpadów i ponowne wykorzystanie zasobów są kluczowe – otrzymujemy „gospodarkę generatywną”. W tym nowym modelu firmy działają zgodnie z zasadą „twórzmy więcej niż zużywamy”.

Nasze rozwiązania umożliwiają firmom projektowanie produktów, które mają pozytywny wpływ zarówno na środowisko, jak i na społeczeństwo, takich jak materiały biodegradowalne lub energooszczędne technologie. Ta zmiana ma kluczowe znaczenie dla zaspokojenia potrzeb rosnącej globalnej populacji przy jednoczesnej ochronie planety.

Czym dokładnie jest gospodarka generatywna?

Gospodarka generatywna to kolejny krok w rozwoju gospodarczym. W 2012 roku stwierdziliśmy, że „same produkty już nie wystarczą”, aby zbudować zrównoważoną gospodarkę. Doprowadziło to do powstania idei gospodarki doświadczeń. W 2020 r. podkreśliliśmy potrzebę przejścia „od rzeczy do życia”, koncentrując się na tworzeniu żywych systemów, a nie tylko na rozwoju produktów. Teraz gospodarka generatywna ma na celu tworzenie produktów, które działają jak żywe organizmy – proszę wyobrazić sobie materiały, które mogą się same leczyć lub produkty, które rosną zamiast być wytwarzane.

Dassault Systèmes od lat stoi na czele tej transformacji. Na przykład opracowaliśmy pierwszy na świecie wirtualny model ludzkiego serca, który jest wykorzystywany do symulacji operacji i zabiegów medycznych. Technologia ta może potencjalnie zmniejszyć zapotrzebowanie na testy na zwierzętach i badania kliniczne, przyspieszając innowacje w obszarze służby zdrowia i poprawiając wyniki pacjentów.

Celem gospodarki generatywnej jest zmniejszenie konsumpcji przy jednoczesnym zapewnieniu większej wartości dla społeczeństwa. Obecny model oparty na konsumpcji nie jest zrównoważony, ponieważ zabiera więcej z planety niż oddaje. Gospodarka generatywna pomaga tworzyć systemy, które dają więcej niż konsumują.

Jaka jest różnica między wirtualnym a cyfrowym bliźniakiem?

Cyfrowe bliźniaki są już szeroko stosowane w branżach takich, jak motoryzacja i lotnictwo. Wykorzystują dane z przeszłości w celu przewidywania przyszłych wyników. Jednak wirtualne bliźniaki, tak jak je definiujemy, idą o krok dalej. Nie są to tylko statyczne modele, to raczej modele, które ewoluują w czasie i zapewniają bardzo dokładne odwzorowanie rzeczywistości. Dzięki sztucznej inteligencji wirtualne bliźniaki mogą symulować różne scenariusze, pomagając przewidzieć, co stanie się w różnych warunkach.

Podam przykład. Nasz klient stanął w obliczu wycofania produktu z rynku z powodu usterki. Tradycyjny proces zdiagnozowania i naprawienia problemu zająłby około roku. Dzięki technologii wirtualnego bliźniaka od Dassault Systèmes proces ten został skrócony do mniej niż dwóch tygodni, co pozwoliło firmie szybciej wrócić na rynek, oszczędzając czas, koszty i zasoby.

W jaki sposób technologia wirtualnych bliźniaków wspiera gospodarkę generatywną?

W gospodarce generatywnej technologia wirtualnych bliźniaków odgrywa kluczową rolę. Na przykład mobilność wykracza obecnie poza pojazdy i obejmuje całe środowiska, takie jak jakość powietrza i infrastruktura. Podobnie w opiece zdrowotnej, zrozumienie złożonych chorób, takich jak nowotwory, wymaga analizy całego systemu biologicznego, a nie tylko pojedynczych komórek.

Łącząc rzeczywiste dane z wirtualnymi modelami, firmy mogą tworzyć innowacyjne produkty i rozwiązania, które są zarówno wydajne, jak i zrównoważone. Technologia wirtualnego bliźniaka umożliwia firmom symulowanie i testowanie swoich pomysłów przed ich fizycznym stworzeniem, zapewniając optymalne wyniki. To sprawia, że jest to potężne narzędzie do rozwoju gospodarki generatywnej.

Dlaczego firmy powinny korzystać z tej technologii?

Dla firm, które chcą pozostać konkurencyjne i przodować w swoich branżach, wdrożenie technologii wirtualnego bliźniaka nie jest już opcjonalne – jest niezbędne. Zdolność do symulacji, przewidywania i wprowadzania innowacji w oparciu o rzeczywiste dane określi, które firmy pozostaną w czołówce innowacji. Firmy, które nie zaadaptują się do tej zmiany, ryzykują pozostaniem w tyle, ponieważ wdrożenie modelu gospodarki generatywnej będzie kluczowym czynnikiem przyszłego sukcesu.

Dassault Systèmes umożliwia tę transformację, pomagając firmom z różnych branż – od opieki zdrowotnej po produkcję – wykorzystywać wirtualne bliźniaki do tworzenia bardziej zrównoważonych, regeneracyjnych systemów. Ci, którzy wdrażają tę technologię, nie tylko mogą ulepszać swoje produkty, ale także zapewniają długoterminowy sukces w szybko zmieniającym się świecie.

W jaki sposób gospodarka generatywna odnosi się do wyzwań związanych ze zrównoważonym rozwojem?

Sektor przemysłowy przechodzi znaczącą transformację w celu zwiększenia odpowiedzialności za środowisko i osiągnięcia neutralności klimatycznej. Organizacje stoją przed wyzwaniem utrzymania przewagi konkurencyjnej poprzez wzmacnianie innowacyjności i wydajności operacyjnej, przy jednoczesnym przestrzeganiu terminów regulacyjnych i zasad zrównoważonego rozwoju oraz oddzieleniu wzrostu gospodarczego od zużycia zasobów. Technologia wirtualnych bliźniaków, wykorzystująca dane naukowe, radzi sobie z tą złożonością, łącząc data science, wiedzę branżową oraz modelowanie i symulację wspomagane przez sztuczną inteligencję.

Pomogliśmy już organizacjom przekształcić ich procesy projektowania i produkcji, a teraz wspieramy je w płynnym łączeniu wirtualnego i rzeczywistego środowiska w celu wspierania gospodarki generatywnej. Przemysł musi przejść metamorfozę i na nowo odkryć, w jaki sposób tworzymy, produkujemy i wykorzystujemy bardziej zrównoważone rozwiązania. W ramach koncepcji gospodarki generatywnej możliwe staje się tworzenie wielu cykli życia, przekształcając odpady w zasoby dla nowych produktów.

Nasza technologia wirtualnego bliźniaka umożliwia organizacjom symulację i optymalizację procesów, dzięki czemu spełniają one cele zrównoważonego rozwoju, a jednocześnie wzmacniają innowacyjność. Łącząc wszystkie aspekty cyklu życia produktu – od projektowania i inżynierii po produkcję i wycofanie z eksploatacji – ułatwiamy tworzenie systemów regeneracyjnych, które minimalizują ilość odpadów i maksymalizują wydajność. To holistyczne podejście jest niezbędne do osiągnięcia zrównoważonego rozwoju i sprostania wyzwaniom środowiskowym naszych czasów.

Rozmawiał Wojciech Gryciuk

Nowe wyzwania ze strony AI

Badaczom ds. bezpieczeństwa z University of Illinois w Urbana-Champaign udało się wykorzystać nowy tryb głosowy Open AI do stworzenia fałszywych agentów AI, dzięki którym mogli oszukiwać potencjalne ofiary, ponosząc przy tym niezwykle niskie koszty.

Wszyscy próbują ustalić, jak nowa era AI wpłynie na cyberprzestępczość. Tymczasem niektórzy badacze próbują udowodnić, że możliwe jest wykorzystanie istniejących narzędzi AI do pisania nowego złośliwego oprogramowania lub przynajmniej utrudnienia wykrywania tych istniejących. Ale co, jeśli przestępcy znajdą sposób na automatyzację oszustw, takich jak połączenia telefoniczne, w sposób, który znacznie utrudni ich identyfikację lub zatrzymanie?

Naukowcy z University of Illinois Urbana-Champaign zaproponowali jeden taki scenariusz, ale nie jest to tylko teoria na temat tego, jak można to zrobić. Zrobili to i pokazali nie tylko, że jest to możliwe, ale także, że ma bardzo niską cenę obliczeniową.

Oszustwa telefoniczne

Badacze skupili się na powszechnych oszustwach telefonicznych, w których ofiary są wzywane i namawiane do podania atakującym danych uwierzytelniających i kodów 2FA (uwierzytelniania dwuskładnikowego). Jedyną różnicą jest to, że badacze nie skupili się na części, w której musieli przekonać potencjalne ofiary o słuszności połączenia. Chcieli się tylko dowiedzieć, czy taka automatyzacja jest w ogóle możliwa.

– Zaprojektowaliśmy serię agentów, którzy wykonują czynności niezbędne do typowych oszustw. Nasi agenci składają się z bazowego, obsługiwanego głosem LLM (GPT-4o), zestawu narzędzi, których LLM może używać, oraz instrukcji specyficznych dla oszustw — wyjaśnili badacze. – LLM i narzędzia były takie same dla wszystkich agentów, ale instrukcje były różne. Agenci AI mieli możliwość skorzystania z pięciu narzędzi dostępu do przeglądarki opartych na frameworku testowania przeglądarki playwright.

Oczywiście GPT-4o nie jest domyślnie zgodny, zwłaszcza gdy próbuje się przekonać model do pracy z poświadczeniami. Niestety, w Internecie dostępne są polecenia jailbreakingu, które pozwalają ludziom ominąć te ograniczenia.

– Każde oszustwo przeprowadziliśmy 5 razy i odnotowaliśmy ogólny wskaźnik powodzenia, całkowitą liczbę wywołań narzędzi, tzn. działań wymaganych do przeprowadzenia pomyślnie oszustwa, całkowity czas połączeń oraz przybliżony koszt API dla każdego z nich – dodali badacze.

Skuteczność różni się w zależności od rodzaju oszustwa. Na przykład kradzież danych uwierzytelniających Gmaila miała 60 proc. skuteczności, podczas gdy przelewy bankowe i oszustwa podszywające się pod IRS miały tylko 20 proc. skuteczności. Jednym z powodów jest bardziej złożona natura witryny internetowej banku, ponieważ agent musi wykonać o wiele więcej kroków. Na przykład oszustwo z przelewem bankowym obejmowało 26 kroków, a agent AI potrzebował aż 3 minut, aby je wykonać.

Oszustwo bankowe jest również najdroższe, z 2,51 dolarów za interakcję. Koszty są po prostu wyliczane z liczby wydanych tokenów na każdą interakcję. Z drugiej strony, najtańsze było oszustwo Monero (kryptowaluta), z kosztem zaledwie 0,12 dolara.

– Badanie jasno pokazuje, że nowa fala oszustw, napędzana dużymi modelami językowymi, może zmierzać w naszym kierunku. Naukowcy nie opublikowali swoich agentów z powodów etycznych, ale podkreślili fakt, że nie są oni trudni do zaprogramowania. Dlatego to niezwykle istotne, aby przygotować się na potencjalne wzmożenie aktywności cyberprzestępców i zabezpieczenie wszystkich swoich urządzeń za pomocą skutecznych systemów antywirusowych, które zostały wyposażone w moduły antyphishingowe – powiedział Arkadiusz Kraszewski z firmy Marken Systemy Antywirusowe, polskiego dystrybutora oprogramowania Bitdefender.

Luka w chatbotach

Inni badacze ds. bezpieczeństwa odkryli nową lukę w niektórych chatbotach opartych na sztucznej inteligencji, która może umożliwić cyberprzestępcom kradzież danych osobowych użytkowników. Grupa naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego (UCSD) i Uniwersytetu Technologicznego Nanyang w Singapurze odkryła lukę, którą nazwali „Imprompter”. Błąd ten polega na wykorzystaniu sprytnej sztuczki w celu ukrycia złośliwych instrukcji w pozornie losowym tekście.

Jak wyjaśniono w opracowaniu badawczym „Imprompter: Tricking LLM Agents into Improper Tool Use”, złośliwy komunikat wydaje się ludziom bełkotem, ale zawiera ukryte polecenia, gdy jest odczytywany przez LeChat (czatbota opracowanego przez francuską firmę zajmującą się sztuczną inteligencją Mistral AI) i chińskiego czatbota ChatGLM.

Ukryte polecenia instruowały chatboty AI, aby wyodrębniły dane osobowe, które użytkownik udostępnił AI, i potajemnie odesłały je cyberprzestępcy – bez wiedzy użytkownika AI.

Naukowcy odkryli, że ta technika ma niemal 80-procentową skuteczność w wydobywaniu danych osobowych. W przykładach możliwych scenariuszy ataków opisanych w artykule badawczym atakujący udostępnia złośliwy monit z obietnicą, że pomoże on „dopracować Twój list motywacyjny, CV itd.”

Kiedy potencjalna ofiara próbuje wykorzystać podpowiedź od chatbota podczas pisania listu motywacyjnego, użytkownik nie widzi rezultatów, na jakie liczył. Jednak jego dane osobowe zawarte w liście motywacyjnym (oraz adres IP) zostają wysłane na serwer, nad którym kontrolę sprawuje atakujący.

– Efektem tego konkretnego komunikatu jest w zasadzie manipulowanie agentem LLM w celu wydobycia danych osobowych z rozmowy i wysłania tych danych osobowych na adres atakującego” – powiedział Wired Xiaohan Fu, doktorant informatyki na UCSD i główny autor badania. – Ukrywamy cel ataku na widoku.

Czy jest się czego bać?

Dobra wiadomość jest taka, że nie ma dowodów na to, że cyberprzestępcy użyli tej techniki do kradzieży danych osobowych użytkowników. Zła, że chatboty nie były świadome tej techniki, dopóki nie zwrócili im na nią uwagi badacze.

Firma Mistral AI, stojąca za LeChat, została poinformowana o luce w zabezpieczeniach przez badaczy w zeszłym miesiącu i określiła ją jako „problem o średnim stopniu powagi” oraz usunęła błąd 13 września 2024 r.

Według badaczy, uzyskanie odpowiedzi od zespołu ChatGLM okazało się trudniejsze. 18 października 2024 r. „po wielokrotnych próbach komunikacji różnymi kanałami” ChatGLM odpowiedział badaczom, że rozpoczęli pracę nad rozwiązaniem problemu.

Chatboty oparte na sztucznej inteligencji, które pozwalają użytkownikom na wprowadzanie dowolnego tekstu są głównymi kandydatami do wykorzystania, a w miarę jak użytkownicy przyzwyczajają się do korzystania z rozbudowanych modeli językowych, aby wykonywać polecenia, wzrasta ryzyko, że sztuczna inteligencja zostanie oszukana i wykona szkodliwe działania.

– Użytkownicy powinni ograniczyć ilość danych osobowych, którymi dzielą się z chatbotami AI. Dlatego jeśli prosisz o wygenerowanie tekstu, który zawiera jakiekolwiek dane osobowe, to użyj fałszywego imienia, nazwiska i adresu, a następnie podmień je w edytorze tekstu na prawdziwe. Dzięki temu prostemu zabiegowi możesz zabezpieczyć się przed wyciekiem danych z chatbotów opartych na sztucznej inteligencji – powiedział Arkadiusz Kraszewski z firmy Marken Systemy Antywirusowe, polskiego dystrybutora oprogramowania Bitdefender.

Wojciech Gryciuk

Bezpieczne AI to otwarte AI

W rozwijaniu technologii otwartego oprogramowania kluczową rolę odgrywają dwa elementy: przejrzystość, pozwalająca prześledzić i zweryfikować każdą zmianę w kodzie oraz współpraca społeczności, w której każdy wnosi swoją wiedzę i doświadczenie, pracując na rzecz wspólnego celu. Te cechy sprawiają, że rozwiązania open source mają potencjał, by zrewolucjonizować sposób tworzenia systemów AI i wdrażania ich.

Choć sztucznej inteligencji wciąż daleko do osiągnięcia stopnia osobliwości (czyli poziomu zaawansowania, w którym maszyny stają się bardziej inteligentne od ludzi), jej wpływ na przemysł i społeczeństwo w ostatnich latach jest niepodważalny. Ważną rolę w tym procesie odegrało pojawienie się dużych modeli AI, określanych jako modele bazowe. Mogą one być dość łatwo dostosowywane do wymagań konkretnego biznesu, co pozwala obniżyć koszty ich początkowego szkolenia i przyspiesza czas wdrożenia, czyniąc tę technologię dostępną także dla mniejszych firm, które nie posiadają rozbudowanej infrastruktury IT.

Trenowanie zaawansowanych modeli AI wymaga już ogromnych zasobów danych, potężnych centrów przetwarzania i znacznych nakładów finansowych. To rodzi ryzyko, że główny dostęp do ich rozwoju będą mieć jedynie najwięksi gracze technologiczni na rynku. Aby przeciwdziałać potencjalnej monopolizacji tej technologii, kluczowe jest zastosowanie podejścia znanego z tworzenia rozwiązań open source. Pozwala ono na większą przejrzystość procesu wytwórczego, zwiększa jego innowacyjność i podnosi poziom bezpieczeństwa.

Zaufanie dzięki transparentności

Otwarty kod ułatwia zrozumienie oraz weryfikację tego, jak działają algorytmy AI i z jakich źródeł danych korzystają do przedstawiania swoich rekomendacji. Ta transparentność wzmacnia zaufanie do technologii i jest kluczowa dla rozwoju sztucznej inteligencji w sektorach finansów czy opieki zdrowotnej. Nad większą przejrzystością AI pracują m.in. organizacje AI Alliance czy Open Source Initiative (OSI). Ta pierwsza zrzesza instytucje takie jak IBM, Intel, Red Hat czy Uniwersytet Techniczny w Monachium, które poprzez otwarty transfer wiedzy i technologii promują transparentne podejście do rozwijania sztucznej inteligencji. Z kolei OSI prowadzi prace nad stworzeniem wspólnej definicji otwartości w kontekście AI.

Innowacje dzięki współpracy

Otwarte modele AI pozwalają programistom tworzyć nowe rozwiązania, korzystając z istniejących struktur i komponentów. Przyspiesza to rozwój technologii oraz wprowadzanie kolejnych wersji narzędzi IT. Firmy mogą w ten sposób wdrażać innowacyjne aplikacje bez konieczności budowania wszystkiego od podstaw. Otwartość zasobów sprzyja kreatywności, umożliwiając realizację nowatorskich pomysłów. Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym oprogramowanie open source staje się standardem w branży technologicznej. Przedsiębiorstwa rozwijają swoje produkty bazując na rozwiązaniach innych dostawców, a oni w zamian korzystają z usprawnień oferowanych przez te firmy. Taka współpraca napędza innowacje i konkurencję, wspierając jednocześnie mniejsze firmy w rozwijaniu nowych technologii.

Co dwie pary oczu, to nie jedna

Gwałtowny rozwój generatywnej sztucznej inteligencji (gen AI) otwiera dyskusje na temat potencjalnych zagrożeń, jakie niesie ona ze sobą. Może być wykorzystywana do szerzenia dezinformacji czy tworzenia zmanipulowanych treści, obrazów lub filmów. Pojawiają się także obawy, że wgląd do modeli AI bazujących na otwartym kodzie i ich algorytmów mogą mieć wszyscy. W tym osoby o złej woli, chcące np. zmieniać mechanizmy bezpieczeństwa.
Jak w przypadku każdej technologii, ktoś, kto chce zaszkodzić, znajdzie na to sposób niezależnie od tego, czy system jest otwarty czy zamknięty. Jednak warto pamiętać, że otwarte podejście pozwala zapewnić większą kontrolę nad AI i uczynić ją bardziej bezpieczną. Większa liczba osób testujących otwarte systemy może szybciej wykrywać potencjalne problemy i naprawiać je Dodatkowo współpraca społeczności programistów, naukowców i firm z różnych branż pomaga minimalizować ryzyko zagrożeń i ustanowić wytyczne wspierające etyczny rozwój AI.

Alternatywa dla rozwiązań zamkniętych

Dzięki większej przejrzystości, innowacyjności i wyższemu poziomowi bezpieczeństwa, podejście open source przyczynia się do demokratyzacji sztucznej inteligencji oraz umożliwia uczestnictwo w jej rozwoju szerokiej grupie użytkowników z różnych środowisk społeczno-ekonomicznych. Udostępnianie narzędzi i zasobów wszystkim zainteresowanym przy zachowaniu ograniczonego dostępu do danych treningowych sprawia, że każdy może z nich skorzystać. Dotyczy to także firm nieposiadających dużych budżetów czy wewnętrznych ekspertów. W świecie, gdzie AI wpływa na niemal każdy aspekt życia, władza nad tą technologią nie powinna być skupiona w rękach nielicznych. Podejście open source buduje fundamenty powszechnie dostępnej sztucznej inteligencji.

Jan Wildeboer, EMEA Evangelist w firmie Red Hat

Trendy, które zdefiniują krajobraz cyberbezpieczeństwa w 2025 roku

Advanced Cybersecurity: Encryption and Digital Data Protection, Biometric Authentication and Cloud Protection.

W 2024 roku przedsiębiorstwa musiały balansować między odpieraniem coraz bardziej zaawansowanych cyberataków, a poszukiwaniem dodatkowych funduszy na wdrożenie przepisów dyrektywy NIS2. W przyszłym roku zagrożeń, w tym wykorzystujących sztuczną inteligencję (AI), będzie jeszcze więcej.

Do puli unijnych regulacji, do których firmy muszą się dostosować, dołączy rozporządzenie DORA. We wzmocnieniu poziomu cyberodporności firm w Polsce pomóc mogą odblokowane środki finansowe z Krajowego Planu Odbudowy. Czego jeszcze należy spodziewać się w 2025 roku?

Koniec z podejściem „wolnoć Tomku w swoim domku”

W mijającym roku firmy europejskie odczuły jak nigdy wcześniej, że podnoszenie poziomu cyberbezpieczeństwa nie jest wyłącznie dobrowolną praktyką stosowaną przez świadome ryzyka przedsiębiorstwa, ale może być też obowiązkiem narzuconym przez prawo. Dyrektywa NIS2, która weszła w życie w październiku 2024 roku, rozszerzyła względem pierwszej regulacji NIS katalog podmiotów nią objętych oraz nałożyła na nie konieczność wdrożenia podstawowych środków bezpieczeństwa. Jednocześnie wyniki badania zleconego przez Veeam wśród działających firm w Europie ujawniły, że 57% z nich wątpi w pozytywny wpływ unijnej regulacji na poziom cyberodporności, a na liście dziesięciu najważniejszych wyzwań biznesowych dostosowanie się do nowych wymagań zajmuje niechlubne, ostatnie miejsce.

W 2025 roku temat unijnych regulacji dotyczących cyberbezpieczeństwa będzie wciąż aktualny. W wielu krajach UE, w tym w Polsce, dyrektywa NIS2 nie została jeszcze zaimplementowana do lokalnego porządku prawnego. A w styczniu 2025 roku wchodzi w życie rozporządzenie DORA, którego celem jest podniesienie poziomu cyberodporności podmiotów sektora finansowego. Dla firm w Europie najskuteczniejszym impulsem do działania będzie moment, w którym regulator nałoży pierwszą wysoką karę za nienależyte wywiązywanie się z zobowiązań nakładanych przez unijne przepisy. Ten precedens posłuży jako jasny sygnał dla całego rynku, że czas zaniedbań dobiegł końca.

Cyberprzestępcy nie odpuszczają

Z roku na rok cyberataków przybywa, a ich skutki i ogólny wpływ na firmy stają się coraz bardziej dotkliwe i kosztowne. Raport Veeam Ransomware Trends 2024 wskazuje, że aż 96% cyberataków bierze na celownik najważniejsze koło ratunkowe każdej firmy, czyli kopie zapasowe. W trzech przypadkach na cztery przestępcy odnoszą sukces. W 2025 roku na sile przybierze nowy rodzaj ataków z użyciem oprogramowania ransomware. Będą one wykorzystywały szyfrowanie jako element odwrócenia uwagi ofiar, podczas gdy właściwy atak mający na celu wyłudzenie poufnych informacji, naruszenie integralności danych lub ich przejęcie, będzie przebiegał w głębszych warstwach systemów IT.

W kolejnych latach należy także spodziewać się wzrostu doniesień o atakach wymierzanych w sektory o krytycznym znaczeniu dla bezpieczeństwa gospodarki, takich jak sektor publiczny. W 2024 roku świat obiegła wiadomość o unieważnieniu wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich w Rumunii z powodu zaawansowanych cyberataków wymierzonych w infrastrukturę wyborczą kraju. W kontekście nadchodzących wyborów prezydenckich w Polsce każda firma i instytucja publiczna musi być przygotowana na incydenty dotyczące bezpieczeństwa, które mogą sparaliżować jej działanie.

Dobra wiadomość jest taka, że odblokowane środki finansowe z Krajowego Planu Odbudowy (KPO) dla Polski pozwolą na znaczące przyspieszenie inwestycji w poprawę cyberbezpieczeństwa. Fundusze te będą szczególnie istotne dla instytucji administracji państwowej i samorządowej, które często borykają się z ograniczeniami budżetowymi, uniemożliwiającymi wdrożenie kompleksowych rozwiązań ochronnych. Dzięki wsparciu z KPO będzie mogło się urzeczywistnić wiele przygotowanych, lecz wciąż czekających na realizację projektów IT w kluczowych obszarach gospodarki.

Z dużej chmury mały deszcz

Rok 2024 w branży technologicznej upłynął pod znakiem rosnącego poziomu niepewności wywołanego przejęciem VMware przez Broadcom. Zmieniające się koszty licencji wywołały początkowo falę niezadowolenia, a wiele firm deklarowało, że rozważa migrację do innych platform wirtualizacyjnych czy kontenerowych. Choć początkowe prognozy zakładały masowe odchodzenie od produktów VMware, reakcje rynku pozostały w rzeczywistości dość stonowane. Przyszły rok pokaże, czy firmy zachowają status quo, czy zdecydują się na zmiany. O ile wśród małych i średnich podmiotów zjawisko migracji może się nasilać potęgowane przez chęć optymalizacji kosztów i rosnącą popularność technologii konteneryzacji; o tyle w segmencie dużych przedsiębiorstw nie należy oczekiwać gwałtownych ruchów w tym zakresie.

AI w służbie dobra i zła

Ważnym trendem, który będzie kształtował kolejne lata w obszarze cyberbezpieczeństwa, jest bez wątpienia zastosowanie sztucznej inteligencji (AI) zarówno do przeprowadzania ataków, jak i ochrony przed nimi. Przestępcy od dawna wykorzystują AI do poszukiwania luk w zabezpieczeniach, generowania bazujących na inżynierii społecznej wiadomości phishingowych czy automatyzowania cyberataków. Z kolei zespoły ds. cyberbezpieczeństwa stosują modele AI do identyfikowania zagrożeń, analizy ruchu sieciowego czy izolowania zainfekowanych urządzeń w czasie rzeczywistym. Sztuczna inteligencja jest również coraz częściej integrowana z rozwiązaniami do tworzenia kopii zapasowych, w których analizuje m.in. środowisko backupu i weryfikuje poprawność procesu odzyskiwania danych.
Algorytmy AI mogą być również wykorzystywane przez specjalistów ds. bezpieczeństwa do naśladowania działań hakerów. Pozwala to testować skuteczność istniejących zabezpieczeń i wspiera edukację pracowników w zakresie tego, jak się zachować w sytuacji potencjalnego ataku. W 2025 roku tego rodzaju „ćwiczenia z odporności” tak jak np. ćwiczenia przeciwpożarowe, staną się coraz bardziej regularną praktyką, kierowaną nie tylko do zespołów IT, ale wszystkich działów przedsiębiorstwa. Będą miały zasadnicze znaczenie dla utrzymania i rozwijania odporności cybernetycznej firm.

Andrzej Niziołek, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w Veeam

Dzikość serca, czyli tropami Jacka Pałkiewicza

część 5

Za oknem wiatr znad Bałtyku, krople deszczu spływają po szybach, a jelenie urządzają rykowisko w ciemnościach okolicznych lasów… Tak powstaje już piąta, przedostatnia, część opowieści z moich zapisków poczynionych w trakcie wyprawy do Korowajów. Zapisków poczynionych coraz rzadziej używanym długopisem w tradycyjnym papierowym notatniku. Jakież to staroświeckie, ale jakież to przyjemne…

Czeka nas prawdziwa dżungla i prawdziwe ryzyka. To nie kilkugodzinna wycieczka z hotelu na spacer po lesie równikowym, to nie wyjazd do komfortowej i bezpiecznej lodgy, gdzieś nad brzegiem rzeki. Ruszamy na dwa tygodnie wędrówki po lasach i mokradłach w poszukiwaniu kilku klanów Korowajów Batu. Wiemy, że będzie ciężko i mokro, że będziemy spać w hamakach rozpiętych między drzewami, opuszczonych chatach lub – jeśli zaskarbimy zaufanie miejscowych – wspólnie z nimi w podniebnych chatach.

Do niedawna, by dotrzeć w rejony zamieszkałe przez Korowajów Batu trzeba było tygodniami wędrować przez góry z Wameny lub płynąć rzekami z południowo-zachodniego wybrzeża Morza Arafura. Teraz jest nieco łatwiej. Z Wameny, wczesnym rankiem, jeśli warunki pogodowe pozwolą, małym, ale rejsowym samolotem (my kilkunastoosobowym Twin Otterem) lecimy do Dekai. Czasami te samoloty nie docierają do celu… Takich przypadków na Papui jest niemało. Warto o tym pamiętać, decydując się na podróż w ten rejon świata. To nie jest zwyczajna wakacyjna przygoda. To jest naprawdę podróż bardzo ryzykowna.

Lecąc z Wameny do Dekai trzeba przygotować się na niecodzienne przeżycia w „porcie lotniczym”. Nie lada sztuką jest przepchnięcie się z bagażami przez tłum miejscowych, szczelnie okupujących wejście do „hali” odlotów. Check-in to kolejne przeżycie. Papuasi nie znają chyba pojęcia kolejki, bo wszyscy jednocześnie chcą oddać bagaż i uzyskać zgodę na wejście do swojego samolotu. Jeśli mamy już przewodnika, z którym lecimy dalej, warto by wziął na siebie odprawę bagażową. Ważenie bagażu odbywa się dość dokładnie, bo przeciążenie samolotu może skończyć się po prostu katastrofą. Jeśli bagażu jest zbyt wiele, poleci jednym z kolejnych samolotów, czyli może nawet za kilka dni. To trzeba brać pod uwagę planując podróż. Bardzo często trudne warunki pogodowe czy nadbagaż mogą nam całkowicie pokrzyżować plany. Zatem rezerwa kilku dni na nieprzewidziane okoliczności jest niezbędna. Lot z Wameny do Dekai to kilkadziesiąt minut emocji i podziwiania niesamowitych krajobrazów dzikich gór, dolin i bezkresnej, magicznej dżungli. Oczywiście jeśli widoczność jest w miarę dobra. Jeśli nie jest, to chyba lepiej poczekać na lot w lepszych warunkach.

Dekai to niewielka miejscowość otoczona lasem deszczowym, założona prawdopodobnie przez Indonezyjczyków celem kolonizacji tej części wyspy. Papuasów (jest to teren plemienia Momina) tu niewiele, głównie przybysze z innych wysp Indonezji. Miejscowość rozwija się dynamicznie – ściągnięto tu ciężkie maszyny, powstają asfaltowe drogi, murowane domy, nawet małe hoteliki. Próżno szukać urokliwego targu jak w Wamenie… To nudna i smutna miejscowość, którą trzeba szybko opuścić. To jak choroba trawiąca od środka dziką, fascynującą Papuę. Zatem czym prędzej opuszczamy to miejsce, pakując bagaże na wynajętą półciężarówkę i jadąc kilkanaście kilometrów nad rzekę Brazza. Tutaj kolejny posterunek policji i ostatni odpoczynek przed jednym z dwóch drewnianych sklepików (oczywiście prowadzonych przez Indonezyjczyków). Zajadając słodkie, małe banany, obserwujemy rozładunek rzecznego statku, który przywiózł beczki z jakąś czarną substancją. Kilku robotników z użyciem ładowarki nie patyczkuje się z towarem… Wreszcie czas wsiadać.

Mamy wynajętą łódź – wielką dłubankę z silnikiem, ochrzczoną imieniem „Brasa Expres”. Pakujemy dobytek, przewodnika, kucharza, kilku pomocników i ruszamy. Przed nami ok. 160 km dwoma rzekami – najpierw w dół rzeki Brazza, potem w górę rzeki Einlanden. Te 160 km można przepłynąć jednego dnia, ale lepiej podzielić podróż na dwa etapy. Tu pośpiech nie jest potrzebny. W dół rzeki płynie się z prędkością ok. 23-25 km/h, w górę ok. 17, a czasami znacznie mniej. To w sumie daje ok. 8-9 godzin. Pływanie nocą jest zbyt niebezpieczne. Miejscami z rzeki wystają pnie wielkich drzew albo resztki rozbitych, czasami bardzo dużych łodzi. Nie zapominajmy, że krokodyle nie żyją tu w zoo. To my jesteśmy intruzami w ich świecie. Na dodatek na łodzi nie spodziewajmy się reflektora. Nam – w drodze powrotnej – zdarzyło się płynąć ok. 2 godzin po zmierzchu i przyznam, że nasze latarki pewnie uratowały nas przed nocną kąpielą. Płyniemy do wsi Mabul, niewielkiej wioski usytuowanej nad brzegiem Einlanden, na pograniczu krainy Korowajów. Silnik warczy, ale to nie przeszkadza w podziwianiu dzikiej i maksymalnie zielonej dżungli. Brzegi, jeśli widoczne, są okropnie błotniste. Temperatura i nasłonecznienie nie pozwalają wysiedzieć – najlepszą metodą na te warunki jest zmoczone w rzece ubranie. Jeśli kąpiel, to w pobliżu mijanych wiosek – jest bezpieczniej.

Mijamy kilka nadbrzeżnych osad. Ciekawość budzi „warsztat szkutniczy” – na jednym, z suchych brzegów dwóch miejscowych zajmuje się produkcją dłubanek. Na brzegu leży kilka wielkich pni, kilka łodzi i kilka „prawie łodzi”. Nie zatrzymujemy się jednak – jeśli nie damy rady dopłynąć do Mabul tego samego dnia, to czeka nas nocleg w dżungli – albo na dziko, albo w jednej z wiosek. Ostatecznie kończy się na noclegu na dziko. Znajdujemy starą, opuszczoną chatę w pobliżu brzegu. Udaje się ją odnaleźć tuż przed zachodem słońca. Brodząc w błocie na brzegu docieramy do zniszczonej chaty na palach i przygotowujemy się do snu przy dwóch ogniskach rozpalonych na drewnianej podłodze kilka metrów nad ziemią. Nad głowami pozostawione przez kogoś trofea z ptasich piór, wokół komary, a przez dziurawy dach miliony gwiazd rozświetla delikatnie zadymione wnętrze chaty. Dym pozwala zmniejszyć liczbę bzykających towarzyszy. Pierwsza noc w dżungli mija spokojnie. Po porannym posiłku ruszamy dalej.

Do Mabul już tylko kilka godzin. Ale zanim dotrzemy do Mabul, natrafiamy na coś, co nazwaliśmy cmentarzem drzew. W rzece mnóstwo starych, przyniesionych tu pewnie z nurtem rzeki drzew, które tarasują drogę, znacznie utrudniając dalszą podróż. Widok dość przygnębiający. Kolosy, kiedyś piękne, zielone, dumne, dzisiaj powalone, szare, miotane przez rzekę. Do tego mielizny. Łódź nie chce płynąć dalej, za niski stan wody. Nie ma wyboru – wyskakujemy, mocujemy linę do łodzi i przeciągamy ją przez najtrudniejsze miejsca. Rękawiczki przydały się po raz pierwszy – ciągnięcie długiej na jakieś 8 m dłubanki, wypełnionej bagażem i to pod prąd, nie jest bułką z masłem. Nagle silny prąd zaczyna znosić dwóch naszych papuaskich towarzyszy. Płyną wpław do najbliższej mielizny. Reszta wskakuje do łodzi. Można znowu zapuścić silnik. Podpływamy po zagubionych i płyniemy dalej. Do Mabul już niedaleko. Wreszcie, późnym popołudniem spływamy w prawo, w spokojną odnogę rzeki. W oddali na wietrze łopoczą czerwone flagi z czarnym łbem byka. To Mabul. Zaczyna padać, ale poziom podekscytowania rośnie.

Na brzegu wita nas grupa ciekawskich mieszkańców wioski. Dorośli i dzieci w różnym wieku. Szybko się rozpakowujemy i maszerujemy do wioski. Jedna z chat jest dla nas zarezerwowana. Szukając właściwej, przez pomyłkę wchodzę do innej. W jednym kącie strzelba, w innym łuki i strzały. No fajnie się zapowiada. Ostatecznie dostajemy chatę na skraju wioski. Zmęczeni i mokrzy padamy na nasze wojskowe maty. Ale ciekawość mieszkańców nie pozwala na odpoczynek. Wokół zgiełk i harmider. Nasz kucharz bierze się do przyrządzania ostatniej kolacji w „cywilizowanych” warunkach. Późnym wieczorem w naszej chacie zjawia się dwóch myśliwych, taszcząc coś pod pachami. Siadamy w kółeczku i zaczynamy rozmowę. Po jakimś czasie okazuje się, że to coś, to świeżutkie łapy i schab krokodyla. Szkoda, że już jesteśmy po kolacji. Ale takiej okazji nie można zmarnować – ubijam targu i wręczam naszemu szefowi kuchni kawały mięsa. Nie widzę radości na jego twarzy, ale bierze i obiecuje przyrządzić następnego dnia. Zobaczymy. Jeszcze trochę nocnych targów i czas spać. Noc mniej spokojna niż poprzednia w opuszczonej chacie. Prawie całą noc wokół toczyły się rozmowy. Pewnie nasza obecność wzbudza zainteresowanie. Rankiem jak zwykle śniadanko, pakowanie i zbiórka całej ekipy przed naszą chatą. Przepakowywanie bagaży w mniejsze pakunki i miejscowe, mega pojemne siatki, liczenie butelek z wodą, przyczepianie kur (przydadzą się – w końcu przed nami dwa tygodnie przeprawy przez niedostępne tereny Korowajów), kompletowanie broni – łuki, strzały. Ekipa gotowa do wymarszu. Ostatnie odliczanie – razem z naszą czwórką jest nas dwadzieścia sześć osób. Wspólnie z naszym przewodnikiem odmawiamy modlitwę za powodzenie wyprawy i ruszamy. Żegnaj Mabul, a raczej do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie.

Już pierwsze kroki za wsią to błoto po kostki i pierwsze strumienie do sforsowania. Od tego momentu będzie już tylko gorzej. Więcej błota, wody, komarów, węży, potu, pragnienia, znużenia zielonym piekłem. Kolejne dni są bardzo podobne do siebie. Zlewają się w jedną całość. W pamięci pozostaje zielono-brązowa papka dżungli z wieczornymi epizodami – wizytami u kolejnych klanów Korowajów. Niesamowitych wizyt. Prawdziwych wizyt. To nie odwiedzanie skansenów, to wejście w prawdziwe życie i to w życie zupełnie inne niż nam znane.

Pierwszy klan napotykamy po kilku godzinach marszu. Z ledwo widocznej ścieżki trzeba zboczyć w gęstwinę, by po kilkunastu minutach dotrzeć nad niewielką rzekę, za którą rozciąga się duża polana, a na jej skraju, w oddali pierwszy podniebny dom. Ten nie jest zbudowany na wysokim drzewie – jest zbudowany na drzewie ściętym na wysokości kilku metrów nad ziemią i dodatkowo podparty wysokimi palami. Obszerny, pewnie jakieś 40 metrów kwadratowych. Po krótkich negocjacjach dostajemy zgodę na wejście. Ale nie ma żadnej tradycyjnej drabiny, nie ma liny… Jest za to gruba, wysoka żerdź, ponacinana co kilkadziesiąt cm – to jednak swego rodzaju drabina. Nacięcia są dość głębokie, więc łatwo oprzeć bokiem stopę. Ale nie radzę w butach – zdecydowanie lepiej wchodzi się boso. Utrudnieniem jest niestabilność tego urządzenia. Jest zaczepione wysoko na skraju domu i zwisa swobodnie. Pierwsze wejście pełne emocji. Trzeba nabyć jednak pewnej techniki, by czuć się swobodnie i bezpiecznie. Po kilku dniach śmigam po tych tyczkach jak szalony, nocą, z bagażem na plecach i świeczką w dłoni. Wracając do samej wizyty – w chacie jest tylko kobieta z dzieckiem i małe, mniejsze od mojego buta, prosiątko. W kącie dwa karabiny i dużo strzał. Łuków brak. Głowa rodziny pewnie poluje gdzieś w okolicy.

Pierwsza wizyta jest dość krótka, w zasadzie to taki mały postój na trasie. Kolejne kilka godzin marszu i w deszczu docieramy do kolejnego klanu. Jak zwykle dom na skraju podmokłej polany z mnóstwem ściętych drzew. Dotrzeć do domostwa można tylko skacząc z jednego pniaka na kolejny. Nieudany skok to siniak, obdarta skóra, zwichnięcie nogi lub jakieś złamanie. A może też spotkanie z wężem. Trzeba pamiętać, że do szpitala kilka dni drogi, więc ostrożność przede wszystkim. Ten kolejny klan zamieszkuje dom zbudowany na znacznie wyższym, również ściętym drzewie. Niestety żerdź jest bardzo wątła i śliska od deszczu, więc tym razem rezygnujemy ze wspinaczki. Śpimy z częścią tragarzy kilka metrów obok w czymś, co można nazwać pomieszczeniem gospodarczym.

Na kolację obiecany dzień wcześniej krokodyl – na dwa sposoby. Palce lizać! Nieopodal rzeka, w której bierzemy kąpiel. Początkowo w ubraniach i butach. Dla bezpieczeństwa. W wodzie może być wiele niespodzianek, które tylko czyhają na takich śmiałków bez ubrań. Nasi tragarze kąpią się nago, ale penisy dokładnie zabezpieczają – wpychają je do moszny, a końcówkę owijają liściem i obwiązują jakimś włóknem. Tak też noszą się Korowajowie. Raczej nie używają kotek, zwłaszcza z tykw. Słyszałem jednak, że niektórzy używają jako kotek wydrążonych dziobów kazuara. Takich jak ten, który aktualnie wisi dwa metry za mną, razem z innymi pamiątkami z Papui.

Noc burzliwa, ale piękna. Takich nocy przed nami jeszcze wiele. Kolejny dzień to istna mordęga. Wielkie leśne bajora z rozkładającą się mazią liści, głębokie strumienie, palmy pełne kolców, pierwsze niespodzianki typu zapadający się grunt, łamiące się żerdzie, po których przechodzimy, strumienie, zdradliwe dna rzek (potrafią się załamać – często chodzi się tylko po warstwie zatopionych gałęzi, pod którą płynie woda, a twarde dno jest dużo głębiej). Adrenaliny po uszy. Ale wysiłek się opłaca. Wieczorem docieramy do pierwszych Korowajów Batu. To odłam Korowajów, który mieszka głębiej w dżungli i bezwzględnie stroni od kontaktów z cywilizacją. Tutaj nie docierają nawet misjonarze. I dobrze. Tym ludziom nie trzeba misjonarzy. Im trzeba zostawienia ich samym sobie. Oni tego właśnie chcą. Nie chat ustawionych w rządkach, kolektywnych zajęć, alfabetu i naszej wiary. Oni mają własne życie. Przywykli do niego od tysięcy lat. Nie można go zmieniać w imię szerzenia wiary i cywilizacji. To, co nasze nie znaczy, że jest dobre dla innych. Nachalna ekspansja niektórych cywilizacji już doprowadziła do zagłady wielu wspaniałych kultur. Korowajowie są jednym z ostatnich plemion żyjących innym rytmem, żyjących w swoim własnym, jakże odmiennym świecie. Chciałem ich zobaczyć, ale wiem, że takie wizyty ten świat też zakłócają. Ale może też pozwalają lepiej zrozumieć, że trzeba tych ludzi chronić. Chronić przed naszą „cudowną” cywilizacją. Cywilizacją kłamstwa i szerzącej się coraz szybciej głupoty. Tereny Korowajów Batu są tak odległe i tak niebezpieczne, że nie zapuszczają się tu nawet indonezyjscy żołnierze. Ale jeśli na tych terenach zostaną odkryte jakieś cenne surowce, zapewne szybko pojawią się kolejne rany na tym dziewiczym jeszcze obszarze naszej planety.

Jednym z nieodzownych aspektów życia Korowajów były i są wojny plemienne oraz potyczki między klanami. Oficjalnie się o tym nie mówi, ale licznie zgromadzone łuki i strzały o specyficznych, często zatrutych grotach nie służą tu jako ozdoby do powieszenia na ścianie. To broń do polowań, to broń do walki z wrogiem. Biali mogą jednak czuć się w miarę bezpieczni, choć nasz przewodnik nie tak dawno z dwoma białymi podróżnikami musiał szybko uciekać przez rzekę przed gniewnymi członkami jednego z klanów. My mieliśmy trzy przypadki, kiedy wyraźnie okazywano nam niechęć – raz, kiedy nie pozwolono się zatrzymać w miejscu, gdzie żył wyjątkowo duży klan zamieszkujący kilka nadrzewnych chat i dwukrotnie, kiedy za przejście przez teren należący do dwóch klanów zażądano od nas jakiejś formy wygórowanej zapłaty. Zapuszczając się w te rejony, trzeba koniecznie mieć ze sobą przewodnika, który już tu bywał i który jest akceptowany przez miejscowych. Inaczej podróż może być krótka.

Odzienie Korowajów jest bardzo praktyczne – kobiety chodzą wyłącznie w spódniczkach z włókna palmy sagowej i naszyjnikach z muszelek lub kłów psa albo świni, mężczyźni – poza listkami wokół penisa, noszą ratanowe opaski wokół bioder i mniejsze na przedramionach oraz również naszyjniki. Przy czym kobieta zwykle nosi małe dziecko, a mężczyzna łuk lub siekierę – albo kamienną, albo coraz częściej metalową. O ile mężczyźni mają doskonale niemal sylwetki i zdrową skórę, o tyle kobiety są raczej mocno zniszczone. Wpływa na to styl życia – mężczyzna to wojownik i myśliwy, który musi być sprawny, szybki i silny. Kobieta to matka wielu dzieci i kucharka, która nie tylko piecze w ognisku upolowanego ptaka, rybę, dziką świnię czy sago, ale też pomaga mężowi przygotować to sago, pochodzące z mączki palmy sagowej.

Mężczyzna może mieć kilka żon – wśród Korowajów panuje poligamia. Pierwsze małżeństwa zawiera się bardzo wcześnie. W wieku kilkunastu lat młodzi ludzie już zakładają własne domostwa, nie zawsze na tej samej polanie, co rodzice. Najczęściej kolejne klany oddalone są od siebie o kilka godzin marszu. Spędzając noce w nadrzewnych domach, zadajemy sobie pytania – dlaczego na drzewach? Odpowiedź jest chyba prosta, a w zasadzie odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze – bo na drzewie jest sucho – pamiętajmy, że są to tereny wybitnie bagniste. W trakcie dużych deszczów wielkie obszary pokryte są niemal całkowicie wodą. Ale nie da się pływać łodzią, bo to jest dżungla, nie jezioro. Po drugie – bo na wysokości kilku, kilkunastu, a czasami kilkudziesięciu metrów jest zdecydowanie mniej komarów i innych insektów. W połączeniu z techniką zadymiania pomieszczenia daje to znakomite rezultaty. W trakcie wielu nocy spędzonych wspólnie z Korowajami na drzewach w zasadzie nie doskwierały nam żadne owady. Po trzecie wreszcie – bo wysoko nad ziemią jest łatwiej się bronić przed napastnikami. Widać lepiej i łatwiej strzelać z łuku. Elementem obronnym jest też system wchodzenia do domu. Owa długa żerdź jest tak zawieszona, by w każdej chwili można ją było podciągnąć i uniemożliwić wejście do domu. A ścięcie drzewa z kilkoma wojownikami na górze to duże ryzyko. W każdym domu jest przynajmniej kilkadziesiąt ostrych strzał. Niektóre na zwierzęta (inne na ptaki, inne na ryby, a jeszcze inne na ssaki), a niektóre – te z zadziorami, z grotem najczęściej z kości kazuara – na ludzi. Niektóre ze strzał są zatrute – ostrze oblepione jest trucizną w czarnym kolorze. Te na pewno nie służą do polowań na zwierzęta.

Większość chat budowana jest na wysokości kilku, kilkunastu metrów, na przyciętym pniu drzewa. Niektóre jednak są naprawdę wysoko – w koronach wysokich, żyjących drzew, nawet 30-40 metrów nad ziemią. Wejście do tych domostw jest już inne – to system kilku drabin z powiązanych włóknami żerdzi. Co kilka metrów budowana jest platforma pośrednia, przypominająca koncepcyjnie znane nam półpiętra. Ale dla nas, Europejczyków, te konstrukcje są trochę zbyt słabe. Moja próba kończy się pourywanymi szczeblami. Dobrze, że na początku drogi. Nie zauważyłem, by podniebne chaty zbudowane na szczytach wysokich drzew były aktywnie używane. Raczej stoją, a w zasadzie wiszą, puste. Pewnie wracają do łaski tylko w razie niebezpieczeństwa. Co ciekawe, lekka konstrukcja chat nie oznacza, że są mało wytrzymałe. W niektórych spośród tych, w których sypiałem przebywało nawet po kilkanaście osób – członkowie klanu, goście. Co prawda chwiały się nieco, ale nie wzbudzało to jakoś obaw ich mieszkańców. Niektóre chaty podzielone są ściankami z suszonych liści palmy. Tak zaaranżowane pomieszczenia służą różnym celom. Tak jak w tradycyjnym domu.

Co ciekawe, w nadrzewnych chatach pali się ogniska – w każdej z odwiedzanych chat było po kilka palenisk, rozpalanych zależnie od potrzeb. Nieużywane paleniska przykrywane są suchymi liśćmi palmy – miałem okazję spać nad takim wygaszonym paleniskiem. Ogień służy m.in. do przygotowywania posiłków – pieczenia owoców, placków sagowych, upolowanej zwierzyny. Co prawda nie mieliśmy szczęścia kosztować dziczyzny (poza krokodylem zakupionym w Mabul), ale placki sagowe i mazia z kuansu były stałym elementem codziennej diety. Może pomogły nam przetrwać w dobrej kondycji? Za dnia chaty często są puste – mężczyźni polują, zakładają sidła, ścinają drzewa, kobiety przygotowują sago, zbierają owoce, zajmują się dziećmi. Wieczór, czasami trwający do późnej nocy, to nie pora na spanie. Wielogodzinne pogawędki przy ognisku są na porządku dziennym, a raczej nocnym… A przy okazji charczenie, spluwanie, chrząkanie, które może nas doprowadzić do pasji. Jeśli następnego dnia planujemy długi marsz, to warto jednak spróbować zasnąć, więc zalecam wyposażyć się w zatyczki do uszu. Moskitiery i dawka skutecznych repelentów bardzo wskazane. Ale sen zalecany jest w umiarkowanych dawkach – takie spotkania są na wagę złota. Wykorzystajmy to. Być może za kilka lat nie będzie to już możliwe. Być może pozostaną nam rozmowy z aktorami udającymi autochtonów, albo z autochtonami odgrywającymi role za pieniądze, które zostawimy u organizatora wycieczki z Jakarty.

Adam Dariusz Maciejewski

MINI Cooper SE – Radość w stylu eko – test redakcyjny

Kiedy Sir Alec Issigonis projektował pierwsze MINI nie przypuszczał pewnie, że 65 lat później jego „wynalazek” stanie się ambasadorem elektromobilności.

Michał Garbaczuk

Zdaję sobie sprawę, iż powyższe stwierdzenie jest poważnym nadużyciem, bo nowe MINI nie ma konstrukcyjnie nic wspólnego ze swoim pierwowzorem, a za projekt odpowiadają inżynierowie BMW. Nie zmieniła się za to filozofia, która mówi, że samochód miejski ma dawać maksymalną radość z jazdy zachowując niewielkie gabaryty. Nowe MINI Cooper SE ma wszystko, co potrzeba, żeby wywołać uśmiech na twarzy. Stylistyką wciąż nawiązuje do swojego kultowego przodka. Znajdziemy tu wiele nawiązań do brytyjskiego dziedzictwa modelu. Tylne światła mają możliwość wyświetlania aż trzech motywów flagi Union Jack, a przednie reflektory i biały płaski dach sprawiają, że nie da się go pomylić z żadnym innym autem. Zmieniły się za to proporcje nadwozia. Samochód wyraźnie urósł nawet względem poprzedniej generacji i przestał być już małym hatchbackiem.

Ten rozmiar „plus size” czuć szczególnie w kabinie, gdzie na przednich fotelach miejsca jest wręcz onieśmielająco dużo (jak na MINI rzecz jasna). Tylne siedzenia z kolei wciąż nadają się wyłącznie do awaryjnej podwózki na krótkich dystansach. Będę jednak egoistą i napiszę, że tym autkiem powinno się jeździć samemu lub maksymalnie we dwoje. Dużo pracy poświęcili designerzy na opracowanie wnętrza, które odbieram jak ultranowoczesne. Centralny wyświetlacz odpowiada klasycznie już za wszystkie wskazania, stanowi też centrum dowodzenia wszystkimi funkcjami. Przed kierowcą możemy jedynie wyświetlić ekran Head-up, na którym znajdziemy wyłącznie najważniejsze wskazania. Nowością jest także ciekawie zaprojektowane, projektorowe oświetlenie ambiente, wyświetlające na desce rozdzielczej różne wzory i kolory.

Ale dość już o wyglądzie. Nieco puszyste kształty nowego MINI mogą się podobać lub nie, ale nie za to się kocha to (nie)małe pudełko. Tutaj najważniejsza jest radość z prowadzenia i tej nie brakuje. Podczas kilkudniowego testu wymyślałem powody, żeby przejechać się choćby kilka kilometrów. Frajda, jaką daje MINI Cooper SE można porównać do zabawy ze szczeniakiem. Autko natychmiast wie, co chcemy zrobić i radośnie podąża za poleceniami kierowcy. Testowy egzemplarz napędzany był elektrycznym silnikiem o mocy 184 KM, które pozwalały osiągnąć setkę w niewiele ponad 7 sekund. Ważące 1600 kg MINI zaskakuje swoją responsywnością. Prowadzi się precyzyjnie, wręcz sportowo, a układ kierowniczy jest ostry i dokładny. Wręcz prowokuje, żeby sprawdzić granice przyczepności. Silnik reaguje w ułamku sekundy i rozpędza to tłuściutkie ciałko z wielką lekkością. Nie ma mowy o utrzymaniu zużycia energii na deklarowanym przez producenta poziomie 14,3 kW/100 km. To po prostu niemożliwe. Prawa stopa prostuje się na każdych światłach, a ja się więcej i więcej… realne zużycie prądu oscyluje wokół wartości 24 KW/100 km, a to, przy baterii o pojemności 40 kWh oznacza, że zabawa skończy się po około 180 kilometrach. Kto by jednak się tym przejmował?

Nowe MINI Cooper SE czerpie garściami ze swojego dziedzictwa i choć złapało lekką nadwagę, to wciąż zachowało zgrabność baletnicy i nieskrępowaną radość z pokonywania każdego kilometra. Jest przy tym najlepszym ambasadorem elektromobilności, bo jest dokładnie takie, jakie powinno być auto miejskie – małe, zwinne i radosne.

Ważne Informacje

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...