.
Strona główna Blog Strona 151

Radisson: dynamiczny model biznesowy

Radisson Hotel Group wierzy w silny polski rynek i będzie kontynuować ekspansję w tym kraju – komentuje Valerie Schuermans, wiceprezes Business Development Central Europe.

Radisson Hotel Group jest jedną z największych grup hotelowych na świecie. Obejmuje ponad 1600 działających i rozwijających się hoteli w 120 krajach. Ma zasięg globalny i odpowiednie portfolio dziewięciu różnych marek, od budżetowych po premium. Opierając się na sukcesie swojego pięcioletniego planu transformacji, skoncentrowanego na 26 inicjatywach, firma jest gotowa na pełny powrót do podróży i mocno zdeterminowana, by stać się marką wybieraną przez właścicieli, partnerów i gości, dostarczając elastyczny model kosztów, najlepszy w swojej klasie system zarządzania przychodami oraz w pełni zaktualizowaną architekturę marki w każdym segmencie.

Silna pozycja firmy w Polsce obejmuje 15 hoteli i ponad 3500 pokoi. Ponadto trzy hotele są w budowie i w przygotowaniu, w tym dwa nowe ekscytujące hotele Radisson RED – w Krakowie i Warszawie. Ma mocną i zróżnicowaną reprezentację marki, w tym nasz wielokrotnie nagradzany flagowy Radisson Collection Hotel w Warszawie i osiem hoteli Radisson Blu, od 10 lat największą markę wyższej klasy w Europie. Z niecierpliwością czekamy na powitanie wiosną 2022 roku naszego najnowszego hotelu Radisson Blu w Ostródzie, rozległego ośrodka z 369 pokojami, własną przystanią i parkiem wodnym. Tym najnowszym dodatkowym hotelem i otwarciem Radisson Resort Kołobrzeg w sierpniu 2021 roku potwierdza pozycję największego międzynarodowego operatora kurortów w Polsce.

W ostatnim, niełatwym czasie dla branży jednym z kluczowych obszarów okazała się dobra reputacja Radisson Hotel Group. To dzięki niej szybko reaguje na pojawiające się możliwości i wyzwania oraz dostosowuje do zmian warunków rynkowych i opinii gości, które są codziennie gromadzone w systemach jakości.

Zwłaszcza w ostatnich miesiącach na pierwszym miejscu firma postawiła zdrowie i bezpieczeństwo, wprowadzając nasz „Protokół bezpieczeństwa hoteli Radisson”, we współpracy z SGS, wiodącą na świecie firmą testującą i certyfikującą. Była pierwszą grupą hotelową, która uruchomiła kompleksowy program testowy i usługę szybkiego testowania dla uczestników spotkań i wydarzeń w obiektach z naszego portfolio w regionie EMEA jako sposób na ułatwienie bezproblemowego powrotu do spotkań biznesowych i wydarzeń oraz kontynuowanie współpracy z SGS w celu ponownego, bezpiecznego powitania gości.

W ciągu ostatnich trzech lat firma zainwestowała ponad 400 mln dol. w dalsze wzmacnianie znaczenia swoich marek i opracowała nowe, innowacyjne oferty biznesowe, takie jak hybrydowe spotkania i sale, przyspieszyła rozwój Obsługiwanych Apartamentów i uruchomiła koncepcję miejskiego kurortu. Radisson Hotel Group zainwestowała również ponad 100 milionów dolarów w najnowocześniejszą infrastrukturę IT, aby zapewnić właścicielom i gościom najnowsze światowej klasy rozwiązania cyfrowe, które koncentrują się na obsłudze gości i zarządzaniu nieruchomościami, a także optymalizacji przychodów i kosztów.

Podczas gdy wiele grup hotelowych wstrzymało swoje plany rozwoju podczas pandemii, Radisson Hotel Group odnotowała od początku pandemii 250 podpisanych umów hotelowych w regionie APAC i EMEA, a także wprowadzenie nowej marki, Radisson Indywiduals, w październiku 2020 roku.

Firma zauważyła niszę na rynku, w której właściciele szukają rozwiązań ułatwiających konwersję, oferujących istniejącym hotelom możliwość dołączenia do silnej międzynarodowej sieci w poszukiwaniu większej widoczności i zaufania konsumentów. Od czasu uruchomienia Radisson Indywiduals marka rozszerzyła na całym świecie swoją obecność, z niedawnym kontraktami i otwarciami w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Hiszpanii, Austrii, Bułgarii i Afryce. Z niecierpliwością czekamy na wprowadzenie tej marki na polski rynek, gdzie idealnie nadaje się dla hoteli zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym.

Odniosła również wielki sukces dzięki Obsługiwanym Apartamentom, które dają inwestorom możliwość współpracy z nami w atrakcyjnym i rozwijającym się segmencie, przewyższającym resztę rynku. Radisson Hotel Group postawiła sobie za cel ponaddwukrotne zwiększenie swojego portfolio Obsługiwanych Apartamentów w ciągu najbliższych pięciu lat w regionie EMEA i wprowadziła ten segment na rynek polski w Gdańsku i Zakopanem pod markami Radisson i Radisson Blu.

Dynamiczny model biznesowy hoteli wynajmowanych, zarządzanych i franczyzowych oznacza, że możemy zaoferować właścicielom rozwiązanie szyte na miarę i zapewnić jedne z najwyższych marż GOP w branży. Do tej pory około 65 proc. naszych właścicieli posiada u nas więcej niż jedną nieruchomość. Te długotrwałe relacje opierają się na zaufaniu, zobowiązaniu i odpowiedzialności. W Polsce oferujemy również opcje finansowania kondominium, dające deweloperom większą elastyczność, a oszczędzającym atrakcyjne możliwości inwestycyjne w czasach wysokiej inflacji. Radisson wierzy w siłę branży i jest w pełni gotowy na bezpieczny powrót do podróżowania.

W magazynie – Nie jesteśmy chłopcami do bicia

O biznesie windykacyjnym, który jest oficjalną, pełnoprawną częścią rynku finansowego i pełni pozytywną rolę w udrażnianiu gospodarki, mówi Jan Kuchno, prezes zarządu Giełdy Praw Majątkowych „Vindexus” S.A.

Za nami podsumowane III kwartału 2021 roku. Czy wyniki są zgodne z pana oczekiwaniami?

Wyniki są zgodne z założeniami, chciałbym jednak podkreślić widoczne efekty reorganizacji, usprawnień oraz automatyzacji procesów w firmie. Szczególnie cieszy ponad trzykrotny wzrost zysku netto w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku, a także poprawa rentowności i zwiększenie efektywności naszej pracy. Przyjęta strategia wyraźnie się sprawdza się. Poza tym business as usual, robimy swoje…

Jeśli miałby pan uchylić rąbka tajemnicy – jakie są pana przewidywania co do II półrocza i całego roku?

Patrząc na wyniki trzeciego kwartału sądzę, że drugie półrocze będzie przynajmniej zbliżone do pierwszego. A dalsza automatyzacja, wykwalifikowana i stabilna załoga oraz wyważona polityka zakupowa powinny przynosić pozytywne efekty także w dłuższej perspektywie.

Czy biznes oparty na odzyskiwaniu wierzytelności to lekki kawałek chleba?

Na początku chciałbym sprostować jedną kwestię. Zajmujemy się zarządzaniem wierzytelnościami, a to proces znacznie szerszy i bardziej skomplikowany niż odzyskiwanie należności, które stanowi tylko jego niewielką część. Wracając do pytania, z pewnością nie jest to lekki kawałek chleba. Ważni są odpowiedni ludzie, których pozyskanie, wyszkolenie i związanie na długi okres nie jest łatwe. Bez profesjonalnej kadry zarządzającej oraz zaangażowanego w pracę zespołu nie przetrwalibyśmy na rynku tak długo i nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy teraz.

GPM „Vindexus” S.A. działa na rynku prawie 30 lat. Jak postrzega pan biznes windykacyjny z perspektywy czasu? Czy zmiany idą w dobrym kierunku, czy niekoniecznie?

Z pewnością nasza branża dziś jest czymś zupełnie innym niż 30 lat temu. Jest oficjalną i pełnoprawną częścią rynku finansowego, a nie ubogim krewnym. Cechuje ją duże zróżnicowanie pod względem wielkości podmiotów w niej działających, przyjętych przez nie modeli działania czy specjalizacji. Na pewno uległa też znacznej profesjonalizacji za sprawą wieloletnich doświadczeń i rozwoju, wejścia do Unii Europejskiej i adaptacji regulacji unijnych, czy też ostatnio automatyzacji działań bądź procesów. Z perspektywy minionych lat postrzegam te zmiany bardzo pozytywnie. Nasz rynek cały czas się rozwija i – w mojej ocenie – będzie przez najbliższe lata ciągle rósł. Nie wszystko wygląda jednak cukierkowo. Pomimo oczywistego przełożenia działalności branży windykacyjnej na poprawę dochodów Skarbu Państwa od dawna mamy pod górkę. Jednakże niedawne. mam na myśli okres ostatnich kilku lat, działania ustawodawcy spowodowały wręcz zachwianie pewnej równowagi we wzajemnych relacjach firm windykacyjnych i dłużników. Niestety, na korzyść tych drugich.

Co konkretnie zmieniło się na lepsze, a co na gorsze?

O pewnych pozytywach już wspomniałem. Okresowo pojawiają się jeszcze te będące pochodną bieżącej sytuacji społecznej czy gospodarczej. Pandemia spowodowała, że więcej podmiotów zdecydowało się na szybsze przekazywanie wierzytelności firmom windykacyjnym, zaś dobra koniunktura i stosunkowo niewielkie bezrobocie przyczyniło się do tego, że dłużnicy chętniej spłacali swoje zaległe płatności.

Jeśli zaś chodzi o zmiany niekorzystne dla naszej branży na przestrzeni kilku ostatnich lat, to jest to brak przychylności politycznej do prowadzenia tego typu działalności. Przykłady? Chociażby zmniejszenie okresu przedawnienia wierzytelności z 10 do 6 lat, uwzględnianie przez sąd przedawnienia z urzędu, wzrost opłat sądowych czy coraz większa ochrona osoby zadłużonej ze strony państwa.

Jaka jest dzisiaj kondycja rynku wierzytelności?

Rynek bardzo się ustabilizował. Wzrasta jego mobilność, śmiało wkraczają nowe technologie, rośnie wartość i cena transakcyjna kupowanych portfeli, co świadczy o dobrej kondycji naszej branży. Prawdziwym papierkiem lakmusowym był okres pandemii, z której, moim zdaniem, wyszliśmy mocniejsi, bardziej przystosowani do funkcjonowania w świecie techniki niż to było dotychczas. Jak wygląda sytuacja finansowa poszczególnych firm? To oddzielny temat, bardzo zależny od polityki i strategii każdej z nich oraz sposobów i technik zarządzania.

Jak widzi pan przyszłość biznesu windykacyjnego?

Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, to konieczna intensyfikacja automatyzacji w branży i zwiększenie w niej roli IT. Jest to o tyle istotne, że jesteśmy częścią sektora finansowego, który musi dźwigać coraz większe obowiązki informacyjne wynikające z wytycznych właściwych organów krajowych i zagranicznych. Krótko mówiąc, mierzy się z coraz większą papierologią, różnego rodzaju formalnościami, częstszym raportowaniem, itp. Muszą nas w tym wyręczyć komputery. Nowa technologia oznacza dla mnie wszelką możliwą automatyzację działalności i kontroling procesów. Uważam, że ten ostatni będzie w następnych latach priorytetem dla wszystkich firm. To oczywiście ma swoją cenę, potrzebne będzie też wsparcie państwa. Z pewnością na takie po cichu liczą przede wszystkim mniejsi gracze, ci wielcy poradzą sobie z tym sami. Brak pomocy dla małych firm oznacza, że będą zmuszone do konsolidacji bądź zmiany zakresu działania. Z ich perspektywy smutne jest to, że na tę chwilę temat jest dla decydentów marginalny i mało poprawny politycznie.

Wracając do negatywnych zjawisk, jakie dotykają firmy windykacyjne. Które wskazałby pan jako szczególnie uciążliwe?

Poza tymi, które już wymieniłem wcześniej, nie można zapominać o wciąż aktualnym, złym PR. Jesteśmy traktowani jak czarny charakter. Zarówno społeczeństwo, jak i ustawodawca zdają się nie dostrzegać naszej pozytywnej roli w udrażnianiu gospodarki poprzez usprawnianie przepływu finansowego. Pracujemy w coraz bardziej niekorzystnym środowisku prawnym i nikt nie chce realnie nam pomóc.

To jednak nie wszystko. Ostatnio zacząłem bliżej przyglądać się kwestii obowiązku alimentacyjnego, który nie działa właściwie za sprawą licznych luk. Niedoskonałości te są bez skrupułów wykorzystywane przez pewne grupy. Zastanawiający jest brak adekwatnej reakcji naszego państwa w tym zakresie. Alimenty są zasądzane w zasadzie bezwyjątkowo. Traktuje się je jako rzecz oczywistą, niemalże dogmat. Moim zdaniem przeczy to zasadzie sprawiedliwości społecznej. Odnoszę wrażenie, że wrażliwość tematu i idące za tym przyzwolenie społeczne góruje nad indywidualnym traktowaniem każdej ze spraw i w efekcie wypacza regułę sprawiedliwości dla wszystkich .

Czy mógłby pan nieco przybliżyć ten proceder?

Może narażę się wszystkim, ale zacząłbym od samej ustawy, której przepisy pozwalają na przyznawanie dla swoich dzieci astronomicznych kwot na co miesięczne alimenty dla zaspokojenia ich potrzeb.

Czy jest coś w tym złego? Każdy rodzic chce jak najlepiej dla swoich dzieci…

Oczywiście, to z pozoru nic zdrożnego. Sęk w tym, że duża część tego typu przypadków dotyczy ucieczki przed wierzycielami i ma służyć do zabezpieczenia przed nimi swojego majątku. Wiadomo – alimenty dla windykatora są nietykalne.

Mamy więc do czynienia, mogę to śmiało powiedzieć, z patologią, która powoduje, że finalnie wierzyciele nie mogą odzyskać swoich środków i tym samym finansują pośrednio alimenty swoich dłużników. I to zgodnie z wyrokiem sądów, które, mam wrażenie, mają świadomość nieprawidłowości. Jednak w większości przypadków akceptują taki stan rzeczy. Horrendalna wysokość tego typu świadczeń to element układanki, która prowadzi do upadłości konsumenckiej i bezkarności. Przecież dzieci powinny być traktowane tak samo. Rozbieżności alimentacyjne mogą być, jednak nie powinno być aż tak drastycznej różnicy. Jeśli rodziców na to stać, mogą przecież ustanowić alimenty „dodatkowe”, ale te powinny być już obciążone podatkiem dochodowym. Przecież chodzi tu o elementarną sprawiedliwość społeczną. Tę samą, która jest odmieniana przez wszystkie przypadki przez polityków. O dziwo jednak żaden decydent jeszcze się nad tym tematem nie pochylił. Może najwyższy czas określić maksymalną opłatę alimentacyjną? Wszystkie pozostałe zobowiązania byłyby wówczas płacone przez dłużnika alimentacyjnego, ale tylko w przypadku, gdy nie ma pokrzywdzonych wierzycieli. Obecne przepisy tego nie precyzują i dlatego są niesprawiedliwe. Uważam, że sądy przyznając ogromne opłaty alimentacyjne powinny uwzględniać pewne procedury, np. nadzór państwa nad sposobem pozyskiwania środków na te roszczenia.

Sytuacja patowa?

Cóż więcej mogę dodać? Poprawie sytuacji nie służą też społeczne emocje, które generowane są przy okazji prasowych rewelacji, bardzo często podkoloryzowanych do granic możliwości, dotyczących bezwzględnych i bezdusznych praktyk windykacyjnych. Jesteśmy w nich kozłem ofiarnym. Ten obraz jest tak zafałszowany, że nie oddaje nawet w przybliżeniu stanu rzeczywistego. W praktyce bowiem to my wyciągamy do dłużnika rękę i pomagamy mu wyjść z kłopotów finansowych. Dopasowujemy harmonogram i wielkość spłat do możliwości danego klienta. Nie jesteśmy komornikiem, który może zająć cały majątek. Sądy zdają się nie brać pod uwagę tego, że są różne rodzaje osób zadłużonych i jeden dłużnik nie musi być równy drugiemu.

Czy możemy z drugiej strony mówić o pewnej przychylności względem dłużników?

Mam wrażenie, że sądy i przy okazji wadliwe przepisy prawne, na podstawie których orzekają, nie są w stanie skutecznie odsiać oszusta od osoby rzeczywiście potrzebującej wsparcia. Wszyscy zostali tu zrównani i brak jest instytucji (np. prokuratury), która mogłaby to zweryfikować, eliminując w ten sposób różnego rodzaju nadużycia.

Sprawia to brak odpowiednich regulacji, wsparcia innych instytucji państwowych czy jeszcze coś innego?

Mam wrażenie, że projekt nie do końca został przemyślany i przygotowany. Nie wzięto pod uwagę skali zjawiska, a założono, że wszystko rozstrzygnie niezawisły sąd. Jego rolą nie jest jednak prowadzenie śledztwa, a postępowanie oparte na bazie przygotowanych dokumentów. Temu ma służyć sala sądowa. Wniosek o upadłość składa często dłużnik, niejednokrotnie dobrze sytuowany, a przy bierności wierzycieli, zazwyczaj instytucji finansowo-bankowych, które także nie posiadają możliwości śledczych, wniosek jest podtrzymany i wszystko kończy się po myśli bankruta. Po kilku latach okazuje się, że on i jego rodzina przez cały ten czas dysponowali odpowiednimi środkami, aby żyć na wysokim poziomie bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek. Gdzie tu jest zasada sprawiedliwości społecznej?

Drugą sprawą konieczną do rozwiązania jest problem składania przez dłużników wniosków o upadłość w razie niepowodzenia w kolejnych krajach. Znam przypadki, w których odmowa upadłości w Wielkiej Brytanii, nazywanej rajem upadłościowym, skutkowała wnioskiem i jego akceptacją w Polsce. Przecież to absurd.

Wszyscy o tym wiedzą, ale nikt z tym nic nie robi?

Temat jest skomplikowany. Państwo tworzy prawo i powinno pilnować jego przestrzegania. Do sprawowania kontroli ma przecież szereg powołanych do tego instytucji. Dodatkowo każda z nich powinna mieć inicjatywę ustawodawczą albo chociaż możność opiniowania pod względem zgodności z zasadami współżycia społecznego. Tak widziałbym też rolę regulatora, jakim jest KNF. Brakuje mi obowiązkowego udziału tej instytucji we wszelkich sporach korporacyjnych, ale też dokonywania oceny ustaw, które mają istotne znaczenie dla funkcjonowania rynku. W konsekwencji sądy, na bazie niepełnych informacji lub też świadomie wprowadzane w błąd przez jedną ze stron sporu, wydają często postanowienia oparte na pomówieniach. Smutne w tym wszystkim jest to, że strony często są reprezentowane przez kancelarie, które uprzednio brały aktywny udział w tworzeniu prawa. Dodatkowo wspomniane kancelarie oficjalnie reprezentują dłużników „pro publico bono”, czyli w ramach darmowej pomocy prawnej. Jednak to tylko są pozory. Rzeczywistość pokazuje nam, że ani osoby, które korzystają z tego rodzaju wsparcia nie są w tragicznej sytuacji, ani mecenasi w znakomitej większości nie wykonują tej pracy darmowo. Pobierają wynagrodzenie od klienta, choć z innego tytułu. Jest to czyn jak najbardziej naganny, ale niestety, sankcjonowany i przemilczany przez palestrę. To jest nieetyczne i rodzi poważne podejrzenia.

Czy problem mógłby się rozwiązać, gdyby KNF bardziej angażował się w postępowaniach sądowych i mógł opowiedzieć się po jednej ze stron?

Rola regulatora KNF i GIF jest określona w ustawie oraz regulaminach i sposobach działania. Zdaniem wielu, mając tak duży wpływ na rynek, regulator powinien być aktywnym jego uczestnikiem także w postępowaniach prawnych. Określone już role i znaczenie KNF powinny jedynie zostać doprecyzowane w ustawach. Sensowny byłby układ, w którym odgrywa on rolę animatora rynku, bo przecież to ta instytucja ma najlepszą wiedzę zarówno o nieprawidłowościach rynku, jak i o jego uczestnikach. Nie wykluczam, że takie działanie powinno skutkować powołaniem własnego zespołu prawników lub zaangażowaniem w sprawę Prokuratury Generalnej. Oczywiście jest to pomysł, który wymagałby szerszej dyskusji i przemyśleń. Szef tej instytucji (KNF), jako jedna z ważniejszych osób w państwie, musiałby mieć rozległą wiedzę dotyczącą realiów funkcjonowania na tym obszarze.

A czy branża windykacyjna odpowiednio silnie lobbuje w swoich sprawach? Może jest to kwestia lepszej organizacji, solidarności w celu działania na rzecz własnych interesów?

Ogólnie pojęte lobby jest, jak widać, niewystarczające. Generalnie problem polega na tym, że zmiany zależą od bardzo wielu czynników, w tym od przychylności sceny politycznej, a tej niestety nie ma. Pobłażliwość prawa wobec dłużników daje możliwość zjednania setek tysięcy wyborców, co jest kuszące dla każdej partii. I tu rywalizację przegrywamy na starcie. Biorąc jednak pod uwagę pozycję, z której musieliśmy zaczynać, nie jest źle. Z marginalnej branży o dużej niechęci społecznej, staliśmy się częścią sektora finansowego, czego dziś nikt nie kwestionuje. Na pewno umocnienie pozycji naszej branży leży w interesie całego sektora. Lepsze, bardziej dopasowane do realiów regulacje prawne dla windykacji byłyby wzmocnieniem skuteczności działania całego rynku.

Czego pan, jako przedstawiciel branży, oczekiwałby od państwa w kwestii naprawy tej sytuacji?

Chciałbym przede wszystkim, żeby kolejne pokolenia miały większą wiedzę odnośnie własnych finansów i zarządzania nimi. Dzisiaj co rusz obserwujemy przykłady ludzi, którzy przez brak podstawowych kompetencji w zarządzaniu własnymi finansami wpadają w spiralę długów. To im zazwyczaj staramy się pomóc wyjść na prostą. Tak więc większy nacisk na edukację finansową i konkretne działania ze strony państwa w tym obszarze są bardzo, bardzo pożądane. Liczę na to, że moje życzenie kiedyś w końcu się spełni.

EFEKT MOTYLA – felieton Ediego Pyrka

W Genewie 11 marca 2020 roku było zimno i sucho. W siedzibie WHO kłębili się dziennikarze z całego świata. Wyraźnie zmęczony i podenerwowany szef WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus oświadczył: „Powodowana przez koronawirusa SARS-CoV-2 choroba COVID-19 zostaje uznana za pandemię”. Tego dnia skończył się świat, który znaliśmy. Pandemia Covidu jest typowym „efektem motyla”. W teorii chaosu efekt motyla opisuje małą zmianę, która może mieć ogromne, nieprzewidywalne konsekwencje. Motyl trzepoczący skrzydłami w Afryce powoduje tornado na Florydzie. A zjedzenie nietoperza przez jakiegoś zapracowanego chińczyka z Wuhan powoduje, że Warren Buffet pozbywa się wszystkich akcji linii lotniczych i…

Jakieś 750 kilometrów od Genewy mieszka Ervin Laszlo. Pisarz, muzyk, wizjoner dwukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla oraz myśliciel uznawany za jednego z 50 najbardziej wpływowych nauczycieli duchowych XX wieku.

Jego dom, stara włoska, średniowieczna kaplica, stoi na wzgórzu. Pod nim dolina z wąską nitką rzeki. W domu tam, gdzie kiedyś był ołtarz, stoi otwarty fortepian. Laszlo właśnie skończył grać. Pod nim, pod grubą warstwą średniowiecznych kamieni, jest podziemna, kościelna krypta. Ervin nigdy jej nie otworzył. Nie chce wiedzieć, co tam jest. Jest to jego maleńki, podziemny kot Schrödingera, który mu przypomina, że zawsze będą rzeczy, których nie będziemy rozumieć i wiedzieć.

– Powrót do normalności, zachowań i praktyk oraz wartości i założeń z niedawnej przeszłości jest niemożliwy, a co więcej jest… samobójczy – mówił Laszlo. – Pandemia otworzyła dla nas nowe drzwi i możemy przez nie wejść. Nasz stary świat jest zdestabilizowany. Systemy społeczne, ekonomiczne, polityczne i kulturowe, które kształtowały nasze życie, zostały wstrząśnięte do korzeni. Ta przełomowa zmiana jest wstępem do całkowitej transformacji naszej rzeczywistości. Musimy więc przygotować się na nieznane.

Pandemia nie tylko zmusiła nas do zatrzymania i uświadomienia sobie, że nie da się żyć tak, jak przedtem, że coś musimy zmienić, inaczej żyć, myśleć, działać. Ale już zmieniła naszą codzienność na każdym poziomie.

Wydaje się, że jednak najważniejsze zmiany, bo systemowe, zaczęły zachodzić w sferze świadomości i religii. Bo wielu wiernych oczekujących pomocy i wsparcia ze strony Kościołów zawiodło się. Instytucje nie były zdolne do wystarczająco szybkiego dostosowania się do nowych potrzeb wyznawców. Do ich pytań.

Paul Tillich, jeden z najsłynniejszych teologów XX wieku, który opracował koncept teologii korelacji, powiedział: „Odpowiedzi, jakie oferuje religia, powinny odpowiadać na pytania, które stawia kultura”.

Dzisiejsza zinstytucjonalizowana religia miała z tym problem już przed pandemią. Teraz tym bardziej nie będzie w stanie odpowiedzieć na pytania, jakie stawi przed nami nowy świat.

Nawet w Polsce, gdzie blisko 90 proc. Polaków przyznaje się do katolicyzmu, tylko 5 proc. z nich jest tzw. katolikami prawdziwymi, wierzącymi w piekło, dziewictwo Maryi i nieomylność papieża. Reszta swój katolicyzm wzbogaca wiarą w horoskopy, karmę i reinkarnację. Powstają więc lawinowo „sałatkowe religie”, bo każdy komponuje swoją religię z tego, co chce. Miesza chrystusową miłość, karmę buddyjską, tarot i kabałę żydowską, mantry hinduskie i fizykę kwantową oraz wiarę w czarnego kota. Jeszcze większe zmiany w rozumieniu duchowości przyniesie pandemia.

Dr Diane Winston jest religioznawcą oraz medioznawcą i profesor nadzwyczajną na Uniwersytecie Kalifornijskim.

– Koronawirus będzie przełomowym momentem w historii religii oraz w historii naszej duchowości. Zostaliśmy zmuszeni do postawienia sobie pytań, których nigdy przedtem sobie nie stawialiśmy. I te pytania dotyczące moralności, śmiertelności i metafizyki będą częścią każdej opowieści o tej pandemii. Kto ma przeżyć? Kto ma umrzeć? Kto dostaje respirator? To są pytania religijne, pytania etyczne. A my zaczynamy powoli rozumieć, że za każdym razem wychodząc z domu podejmujemy decyzje moralne. Przecież przy kolejnej fali pandemii świat się już tak bardzo nie zatrzyma. Kiedy na jednej szali będą pytania o gospodarkę a na drugiej życie kilku osób wraz z ich chorobami towarzyszącymi to… Co zrobimy? Co wybierzemy?

W czasie kolejnych fali pandemii kilka europejskich krajów proponowało wprowadzić wskaźniki „przydatności społecznej” obywateli. W zależności od ilości punktów na skali przydatności podejmowane będą decyzje, co do wyboru ścieżki leczenia. Leczony będzie ten, kto będzie bardziej użyteczny. Kto włoży więcej do krajowego PKB.

Okazało się więc, że wartość naszego życie da się sprowadzić do prostego algorytmu. A my powoli zaczęliśmy to akceptować. Życie człowieka przestało być wartością bezwzględną. Nasze myślenie niezauważenie zaczęło się zmieniać. Nasze wartości ulegać transformacji. Nie da się już zatrzymać tych pytań i naszych na nie odpowiedzi.

Dlatego też wpływ na losy świata ma efekt Covidu, który często jest porównywany do efektu Czarnej Śmierci. Wtedy też motyl zamachał skrzydłami. I istniejące dotąd pewniki i instytucje tłumaczące człowiekowi świat zachwiały się.

Zakończyło się średniowiecze, a rozpoczęło Oświecenie. Zmienił się system polityczny i ekonomiczny – feudalizm zamienił się w kapitalizm, absolutyzm w demokrację, a wiara w szkiełko i oko. Powstały „Mona Lisa” i hiszpańska inkwizycja, reformacja i maszyna parowa. Zmieniła się nasza świadomość.

A ludzkość stanęła przed pytaniami, których dotąd sobie nie stawiała. Dżuma była prawdopodobnie pierwszą epidemią, która doprowadziła do zmiany paradygmatu. Covid będzie drugą.

Podkarpacie: wzorcowa transformacja

Władysław Ortyl, marszałek województwa podkarpackiego, o wielkich zmianach w Mielcu i w całym regionie oraz o kamieniach milowych swojej kariery

Podkarpacie to region, który kojarzy się z udaną transformacją gospodarczą.

Tak, to prawda, możemy mówić o sukcesie gospodarczym Podkarpacia. Dla mnie, jako inżyniera, szczególnie ważne są miejsca pracy w przemyśle, które powstały w ostatnich latach oraz innowacyjne technologie, wprowadzane w znajdujących się na terenie województwa przedsiębiorstwach. Firmy, które stawiają na badania i rozwój, lokując tu swą działalność wybierają właściwy adres. Jesteśmy otwarci na nowe technologie i tworzymy wszystkim dogodne warunki do działania.

Pan też ma doświadczenia i swój udział w tworzeniu dobrej przestrzeni dla biznesu?

Tak, pracując w Agencji Rozwoju Regionalnego byłem zaangażowany w powstawanie Specjalnej Strefy Ekonomicznej w Mielcu. Współpracowałem też z Agencją Rozwoju Przemysłu, która pozyskiwała kolejnych inwestorów. W Mieleckim Parku Przemysłowym działa obecnie wiele firm o znanych markach. Zasada „Jesteś innowacyjny i będziesz prowadził prace badawczo-rozwojowe, na pewno znajdzie się dla ciebie miejsce” ustalona na podstawie doświadczeń z mieleckiej strefy, obowiązuje dziś także w Parku Naukowo-Technologicznym w Jasionce.

Gdy wychodzi się z lotniska, od razu rzucają się w oczy budynki o nowoczesnej architekturze i świetna infrastruktura drogowa.

Z wielu względów jest to dla nas powód do dumy. Na Podkarpaciu mamy świetny klimat dla inwestycji, a co równie ważne, mieszkają tu pracowici, kompetentni i uczciwi ludzie. Ważnym czynnikiem, który pobudził rozwój gospodarczy naszego regionu, była specjalizacja w takich dziedzinach, jak lotnictwo, kosmonautyka, motoryzacja, informatyka i jakość życia. Ważnym elementem tego rozwoju było przemyślane wykorzystanie środków europejskich i budżetowych, które kieruje się przede wszystkim na badania i rozwój, innowacje, nowe technologie i na tworzenie miejsc pracy z tak zwaną wartością dodaną. Gdybyśmy popatrzyli na różnego rodzaju statystki, Podkarpacie sytuuje się obecnie bardzo wysoko. Myślę o danych dotyczących nakładów na badania i rozwój oraz naukę. To zasługa przedsiębiorców. W tej dziedzinie przegrywamy tylko z nielicznymi regionami, choć ciągle jeszcze trudno nam konkurować z Mazowszem, które ma nieporównywalny potencjał.

Jak widać, polityka zorientowana na innowacje daje świetne efekty.

Jak już wspomniałem, do Strefy Ekonomicznej i Parku Naukowo-Technologicznego pozyskujemy firmy, które rzeczywiście są innowacyjne. Pomagając im na wiele sposobów, inwestujemy w przyszłość regionu. Wierzymy, że w efekcie tych działań są szanse na powstanie innowacyjnych produktów i wartościowych prototyówy. A to z kolei może zaowocować eksportem. Właśnie w taki sposób staramy się nadrobić zaległości goniąc bardziej rozwinięte części kraju. W roku 2019 przesunęliśmy się w górę o jedną pozycję. Co ważne, mieliśmy najwyższy przyrost PKB w kraju.

Podkarpackie startowało z niskiego poziomu…

To prawda, byliśmy na ostatnim lub przedostatnim miejscu.

Dzisiaj region ma znakomity PR.

Jest to efekt konsekwentnego stawiania na innowacje, wspierania inwestorów, którzy wprowadzają nowe technologie i ich aktywnego poszukiwania. Niespecjalnie interesuje nas współpraca z podmiotami, które nie chcą wiązać się na dłużej z regionem. Zależy nam na firmach, które tworzą własne centra badawczo-rozwojowe i planują rozwój na długie lata, mądrze wykorzystując oferowane przez nas wsparcie oraz ulgi i preferencje. Kolejny nasz atut to dobra infrastruktura: lotnisko, autostrada, budowana obecnie droga szybkiego ruchu S19. To wszystko – w kategoriach decyzji inwestycyjnych – zdecydowanie przyciąga. Ktoś, kto u nas zaczyna budować firmę, wie, że może w sensowny sposób planować rozwój biznesu. Kiedy udało nam się pozyskać światowe marki, był to prawdziwy sukces, również w dziedzinie PR. To pomaga budować wizerunek naszego regionu. Te uznane firmy i marki potwierdzają, a nawet dają nam swoisty „certyfikat” – warto na Podkarpaciu inwestować.

Co stanowi kolejny priorytet samorządu?

W naszych perspektywicznych planach dużą rolę odgrywa kształcenie, lepsze przygotowanie młodzieży do pracy. Mamy politechnikę, uniwersytet i wiele innych wyższych uczelni, utworzyliśmy 12 centrów kształcenia praktycznego finansowanych z Regionalnego Programu Operacyjnego. Są to średnie szkoły techniczne, których uczniowie mają do dyspozycji m.in. obrabiarki sterowane numerycznie. To zupełnie inny typ placówek oświatowych, niż szkoły w starym stylu. Stanowią dużą wartość dla inwestorów, np. firma EME Aero (w niej udziałowcem jest Lufthansa), która zajmuje się naprawą i przeglądem silników lotniczych, nawiązała współpracę z Zespołem Szkół w Łańcucie w zakresie szkolnictwa zawodowego. Jest to godny promocji przykład kompleksowego działania na rzecz przemysłu i młodzieży, która wkrótce zasili, jako dobrze przygotowani pracownicy, nasze podkarpackie firmy.

Kolejny z naszych priorytetów stanowi infrastruktura. Spodziewamy się, że droga ekspresowa S19 na odcinku Rzeszów-Lublin zostanie oddana do użytku na początku przyszłego roku. Bardzo skróci to czas podróży z Rzeszowa do Lublina i dalej, do Warszawy.

Wasze Centrum Wystawienniczo-Kongresowe to ważne miejsce na eventowej mapie kraju.

Inwestycja ta została sfinansowana z Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej. To dla nas wizytówka regionu. Odbywa się tu dużo ważnych wydarzeń, z Kongresem 590 na czele. Jest to miejsce, w którym możemy w pełni zaprezentować nasz region. Centrum wielokrotnie gościło czołowych polityków, z prezydentem i premierem na czele, ale też najważniejszych przedstawicieli gospodarki. Lista imprez jest zbyt długa, by wymienić je wszystkie. Wspomnę jednak o Aerospace and Defense Meetings Central Europe, gdzie spotykają się firmy branży lotniczej i obronnej oraz o targach produktów i żywności wysokiej jakości Ekogala, na której prezentujemy nie tylko specjalności regionu, ale również prowadzimy działania ukierunkowane na prezentację oferty polskich i zagranicznych producentów żywności ekologicznej.

Na Podkarpaciu działa kilka inkubatorów przedsiębiorczości.

Ostatnio został uruchomiony bardzo nowoczesny inkubator technologiczny w Krośnie. Tam właśnie – podobnie jak w innych tego rodzaju placówkach, a jest ich na Podkarpaciu aż 7 – ulokowało się wiele interesujących startupów. Pojawiają się twórcze rozwiązania. Ich autorami zwykle są młodzi ludzie, którzy niedawno jeszcze studiowali. Kilka firm stworzyli przedsiębiorcy, którzy zdecydowali się wrócić z zagranicy i rozpocząć swoją działalność właśnie w naszym regionie. Za szczególnie cenną uważam możliwość wymiany doświadczeń między firmami działającymi w inkubatorach.

Kiedy zostanie uruchomione Podkarpackie Centrum Nauki „Łukasiewicz”, które wyróżnia świetna architektura?

W przyszłym roku. Uczcimy w ten sposób dwusetną rocznicę urodzin Ignacego Łukasiewicza, który zgodnie z decyzją Sejmu, będzie patronem roku 2022. Planujemy wiele wydarzeń upamiętniających postać tego wielkiego wynalazcy i jego zasługi dla rozbudowy przemysłu naftowego. Chcemy pokazać na Expo w Dubaju w przyszłym roku nie tylko osiągnięcia Łukasiewicza, ale też przypomnieć, że pierwsza kopalnia ropy powstała właśnie na Podkarpaciu, a nie w Teksasie.

Na czym będzie polegała działalność Centrum?

To nasz regionalny, nieco skromniejszy, odpowiednik warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Zależy nam na tym, by wspierało ono kształcenie nowych kadr dla przemysłu, pomagało uruchamiać twórcze myślenie i inżynierskie procesy. Podobną rolę pełnił nasz mobilny Podkarpacki Festiwal Nauki, który jeździł po całym regionie. Prezentacje odbywały się w szkołach, najczęściej w salach gimnastycznych. Widać było głód wiedzy wśród młodzieży, co warto wspierać i rozwijać.

Jak sam pan to ujął na wstępie – patrzy pan na świat jak inżynier.

Studiowałem na Politechnice Rzeszowskiej, ponieważ pociągała mnie motoryzacja, ale kiedy mieszka się w Mielcu, oczywistym wyborem jest WSK i lotnictwo. Przez prawie 10 lat konstruowałem samoloty w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym. Pracowałem m.in. nad Iskierką, Mewą i Skytruckiem. Bardzo cenię sobie tamto doświadczenie, lubiłem próby lotniskowe Kiedyś zastanawiałem się, czy słusznie zrobiłem rzucając tak ciekawe zajęcie. Ale dziś wiem, że umiejętności inżynierskie przydały mi się jednak w późniejszej karierze managerskiej, politycznej i samorządowej.

Co zadecydowało o zmianie zawodu?

W 1980 roku, wkrótce po rozpoczęciu pracy, zaangażowałem się w działalność NSZZ „Solidarność”, by po 1989 roku zostać wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w WSK Mielec, zatrudniającym wówczas ponad 20 tys. pracowników. Wkrótce potem zostałem przewodniczącym związku, działałem w krajowej sekcji przemysłu lotniczego. A to spowodowało, że zainteresowałem się problematyką rozwoju regionalnego. Brałem udział w szkoleniach i spotkaniach organizowanych przez Fundację Gospodarczą „Solidarność”. W tym okresie w WSK dużo się działo, walczyliśmy o przemysł lotniczy, wybuchły dwa potężne strajki, miałem kontakt z politykami z pierwszych stron gazet. Co ważne, zawsze uważałem, że powinniśmy nie tylko protestować, ale też coś konstruktywnego i wartościowego proponować. Jest to sposób myślenia, który zawsze był mi bliski. Tym pomysłem było stworzenie instytucji, która wspierała rozwój regionu i walczyła ze strukturalnym bezrobociem. Był to bardzo ważny problem – zatrudnienie w WSK spadło z ponad 20 tys. do prawie 12 tys. osób.

I tak powstała…

Agencja Rozwoju Regionalnego MARR S.A., trzecia w kraju. W Komisji Zakładowej Solidarności WSK powstał statut, stworzyliśmy pierwszy zespół i co szczególnie ważne – pozyskaliśmy akcjonariuszy, ponieważ MARR miała formę spółki akcyjnej. Korzystaliśmy z doświadczeń Fundacji Gospodarczej NSZZ „Solidarność” i współpracy z Agencją Rozwoju Przemysłu. Jako zupełni nowicjusze pożeglowaliśmy na bardzo głęboką wodę. Warto dodać, że jako aport rzeczowy otrzymaliśmy willę przedwojennego dyrektora WSK, co miało symboliczną wymowę. Dużym impulsem finansowym było wsparcie funduszy japońskich. A to z kolei pozwoliło nam stworzyć fundusz restrukturyzacyjny, pożyczkowy, promocyjny, szkoleniowy i inwestycyjny i wybudować właściwie pierwszy w kraju inkubator przedsiębiorczości. Dystrybucja tych środków była łatwiejsza niż dziś, gdy dzielimy pieniądze unijne. Dobrze je wykorzystaliśmy, m.in. na budowę światłowodu pomiędzy centralą telefoniczna miasta i WSK oraz stację ozonowania wody z Wisłoki, którą notorycznie zatruwały ścieki przemysłowe. Słowem, były to inwestycje prospołeczne i prorozwojowe. Opracowaliśmy też przy pomocy ekspertów z Warszawy program restrukturyzacji, zakładający powstanie wolnego obszaru przemysłowego, pierwowzór specjalnej strefy ekonomicznej i inkubatora przedsiębiorczości. Po raz pierwszy miałem wtedy okazję współpracować ze śp. Grażyną Gęsicką.

Później kierowała ona Ministerstwem Rozwoju Regionalnego, w którym pełnił pan funkcję wiceministra.

Zanim do tego doszło, dużo się wydarzyło w moim życiu. Przez osiem lat byłem prezesem Zarządu Agencji Rozwoju Regionalnego MARR S.A. pozyskując znaczne środki na jej działalność. Zdecydowałem się wystartować w wyborach do samorządu województwa podkarpackiego. Już jako radny otrzymałem propozycję wejścia do zarządu województwa. Stało się tak za sprawą moich doświadczeń związanych ze środkami europejskimi i rozwojem regionalnym. Wkrótce potem zostałem wicemarszałkiem. Po kolejnych wyborach wróciłem do mieleckiej agencji, już jako zwykły pracownik. W wyborach 2005 roku zdobyłem mandat senatora, a Grażyna Gęsicka zaproponowała mi stanowisko wiceministra.

Po raz kolejny został pan senatorem w wyniku wyborów w 2007 roku i ponownie w 2011 roku, by jednak złożyć mandat i objąć w 2013 roku stanowisko marszałka województwa. Obecnie jest pan marszałkiem już po raz trzeci…

Praca na rzecz regionu jest zgodna z moimi predyspozycjami. Lubię tę pracę, lubię negocjować, mediować, działać na rzecz Podkarpacia wykorzystując wcześniejsze doświadczenia ministerialne, parlamentarne i managerskie.

W tym miejscu samo nasuwa się pytanie o pański model zarządzania.

Kluczowa jest umiejętność współpracy z zespołem, którego członkowie nie mogą konkurować między sobą. Najważniejsza jest realizacja wspólnego celu. Wewnętrzna walka wyniszcza. To zasadniczy powód, dla którego czasami podejmuję decyzję o zerwaniu współpracy z określoną osobą. Jak wiadomo tego rodzaju sytuacje są trudne, ale można je rozwiązywać w taki sposób, by w przyszłości uniknąć zadrażnień. Ważna jest też otwartość i bezpośredniość w relacjach międzyludzkich. Współpraca ze wspomnianą wcześniej minister Gęsicką nauczyła mnie, by wymagać przede wszystkim od siebie, a dopiero potem od innych. Kolejna sprawa to zdolność pamiętania o tym, że nie zawsze jest się na „szczycie”. Powrót na zwykłe stanowisko w spółce, którą wcześniej kierowałem, spowodował, że także dzisiaj czasami sam wykonuję wiele zadań, które mógłbym komuś zlecić. Nie wolno tracić praktycznych umiejętności, które mogą się okazać niezbędne, gdy zostaniemy bez zaplecza, do którego przywykliśmy. Zawsze trzeba być gotowym do tego, by wziąć do ręki przysłowiową łopatę…

Co lubi Władysław Ortyl?

Hobby – „Moją pasją jest też majsterkowanie. Zacząłem od uruchomienia starego motocykla WSK, który dostałem od ojca. Kiedyś często, a dziś już tylko czasami sam wykonuję prace w domu i w ogrodzie. Wielką przyjemność sprawa mi modelarstwo, którym staram się zarażać wnuki. Sklejamy rakiety i modele latające.”

Wypoczynek – „Bardzo lubię wykorzystywać urlop na pobyt w Bieszczadach, na Roztoczu oraz Beskidzie Niskim. W tym roku, w czerwcu pływałem kilka dni po Solinie, poznając zalew znacznie lepiej, z zupełnie innej strony.”

Kuchnia – „Kocham tradycyjną kuchnię, najbardziej w wykonaniu mojej żony.”

Motoryzacja – To moja kolejna pasja. Ulubiona firma to FIAT, której jestem wierny od bardzo dawna. Zaczynałem od Fiata 126p, obecnie używam modelu 500. Preferuję małe samochody. Jeżdżę też na motocyklu Hondzie Shadow 125, który pomimo niewielkiego silnika świetnie sobie radzi. Niedawno, wspólnie z wnukiem i wnuczką, przejechaliśmy nim Pętlę Bieszczadzką.

IKE i IKZE, czyli bezpieczna emerytura

Mając 20 lub 30 lat niewiele osób zastanawia się, jak będzie wyglądało ich życie na emeryturze. Niesłusznie, ponieważ umiejętność myślenia perspektywicznego może przynieść znakomite efekty w przyszłości. Dlatego warto zainteresować się indywidualnymi kontami emerytalnymi (IKE) i indywidualnymi kontami zabezpieczenia emerytalnego (IKZE). Są to dobrowolne produkty, pozwalające na samodzielne gromadzenie oszczędności emerytalnych przy zastosowaniu korzystnych rozwiązań podatkowych.

Prawo do wpłat na IKE lub IKZE ma każda osoba fizyczna, która ukończyła 16 lat. Osoby w wieku od 16 do 18 lat mogą dokonywać wpłat na IKE lub IKZE tylko w roku kalendarzowym, w którym uzyskują dochody z pracy na podstawie umowy o pracę.

Instytucjami finansowymi prowadzącymi IKE lub IKZE są:

  • fundusze inwestycyjne (oszczędzający może zawierać umowy o prowadzenie IKE lub IKZE z różnymi funduszami inwestycyjnymi zarządzanymi przez to samo TFI i dokonywać konwersji jednostek uczestnictwa funduszy zarządzanych przez to samo towarzystwo),
  • podmioty prowadzące działalność maklerską,
  • zakłady ubezpieczeń,
  • banki (w takim przypadku umowa o prowadzenie IKE lub IKZE ma formę rachunku oszczędnościowego) oraz
  • dobrowolne fundusze emerytalne.

Oszczędzający może zmienić instytucję finansową prowadzącą jego IKE lub IKZE, dokonując wypłaty transferowej (bez obowiązku zapłaty podatku). Nadzór nad prowadzeniem IKE oraz IKZE przez instytucje finansowe sprawuje Komisja Nadzoru Finansowego.

Warto pamiętać, że na IKE lub IKZE może gromadzić oszczędności tylko jeden oszczędzający (nie może tego robić wspólnie np. małżeństwo). Oszczędzający na IKE ma prawo do zwolnienia podatkowego, jeżeli gromadzi oszczędności na jednym IKE, a oszczędzający na IKZE ma prawo do odliczenia od dochodu wpłat na IKZE, jeżeli gromadzi oszczędności na jednym IKZE. Podstawę prawną stanowi ustawa z 30 sierpnia 2019 r. o indywidualnych kontach emerytalnych oraz indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego (Dz.U. z 2019 r. poz. 1808).

IKE – roczny limit wpłat i wypłata bez podatku

W ramach IKE w danym roku kalendarzowym można wpłacać środki do limitu określonego w ustawie.

W 2021 r. limit ten wynosi 15 777 zł.

Wypłata środków zgromadzonych na IKE następuje na wniosek oszczędzającego:

  • po osiągnięciu przez niego 60 lat lub nabyciu uprawnień emerytalnych i ukończeniu 55. roku życia oraz
  • spełnieniu warunku dokonywania wpłat na IKE co najmniej w 5 dowolnych latach kalendarzowych albo dokonania ponad połowy wartości wpłat nie później niż na 5 lat przed złożeniem wniosku o wypłatę (tego warunku nie stosuje się do środków przeniesionych z PPE na IKE).
  • Wypłata może być, w zależności od wniosku oszczędzającego, dokonywana jednorazowo albo w ratach.
  • Oszczędzający, który dokonał wypłaty jednorazowej albo wypłaty pierwszej raty, nie może ponownie założyć IKE.
  • Oszczędzający nie może dokonywać wpłat na IKE, z którego dokonał wypłaty pierwszej raty.

W przypadku IKE ulga podatkowa przewidziana jest na koniec oszczędzania. Wypłacając środki z IKE oszczędzający nie płaci podatku (otrzyma całą kwotę zgromadzoną na IKE).

IKZE – roczny limit wpłat i odliczenia od podstawy opodatkowania

Również w ramach IKZE w danym roku kalendarzowym można wpłacać środki tylko do limitu określonego w ustawie. W 2021 r. wynosi on 6310,80 zł. Dla osób prowadzących działalność gospodarczą (pozarolnicza działalność w rozumieniu art. 8 ust. 6 ustawy z 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych) limit ten jest podwyższony – w 2021 r. wynosi 9466,20 zł.

Inaczej niż w przypadku IKE, przy IKZE przewidziano uprawnienie do odliczenia wpłat z danego roku kalendarzowego od podstawy opodatkowania podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Wpłaty na IKZE odliczane są od: dochodu – przez podatnika opodatkowanego według skali podatkowej lub 19-procentowym podatkiem liniowym, albo przychodu – przez podatnika opodatkowanego ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych. Jeżeli wysokość dochodu w danym roku podatkowym jest niższa od wpłaty na IKZE, podatnik dokona odliczenia do wysokości dochodu. Pozostała kwota nie podlega odliczeniu w latach następnych.

Podstawą rozliczenia ulgi związanej z wpłatami na IKZE są dowody wpłat, to jest dokumenty stwierdzające poniesienie wydatku, wskazujące w szczególności dane identyfikujące podmiot dokonujący wpłaty, odbiorcę wpłaty, jej tytuł i kwotę. Dowód ten powinien zawierać również datę poniesienia wydatku, co pozwoli ustalić prawo do ulgi w danym roku.

Wypłata środków zgromadzonych na IKZE następuje, na wniosek oszczędzającego, po osiągnięciu przez niego 65 lat oraz pod warunkiem dokonywania wpłat na IKZE co najmniej w 5 latach kalendarzowych.

  • Wypłata może być, w zależności od wniosku oszczędzającego, dokonywana jednorazowo albo w ratach.
  • Oszczędzający może w każdym czasie zmienić wniosek o dokonanie wypłaty w ratach i żądać wypłaty jednorazowej, o ile nie zostały wypłacone wszystkie środki zgromadzone na IKZE.
  • Wypłata w ratach środków zgromadzonych przez oszczędzającego następuje przez co najmniej 10 lat. Jeżeli wpłaty na IKZE były dokonywane przez mniej niż 10 lat, wypłata w ratach może być rozłożona na okres równy okresowi, w jakim dokonywane były wpłaty.
  • Oszczędzający, który dokonał wypłaty jednorazowej albo wypłaty pierwszej raty, nie może ponownie rozpocząć gromadzenia oszczędności na IKZE.
  • Oszczędzający nie może dokonywać wpłat na IKZE, jeżeli została dokonana wypłata pierwszej raty.

Przy wypłacie z IKZE pobierany jest podatek w wysokości 10% (nie pobiera się podatku od zysków kapitałowych, czyli tzw. podatku Belki).

Zwrot w każdym czasie i dziedziczenie środków

Oszczędzający może w każdym czasie wypowiedzieć umowę o prowadzenie IKE lub IKZE, co spowoduje zwrot zgromadzonych środków. Można wystąpić z wnioskiem o częściowy zwrot, jeśli te środki pochodziły z wpłat na IKE.

  • W przypadku, gdy na IKE oszczędzającego przyjęto wypłatę transferową z PPE, instytucja finansowa przed dokonaniem zwrotu – w ciągu 7 dni, licząc od dnia złożenia przez oszczędzającego wypowiedzenia – przekaże na rachunek bankowy wskazany przez ZUS kwotę w wysokości 30 proc. sumy składek podstawowych wpłaconych do PPE. Informacja o tej kwocie zostanie zaewidencjonowana jest na koncie ubezpieczonego jako składka na ubezpieczenie emerytalne.
  • Podlegające zwrotowi środki z IKE są pomniejszone o 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych.
  • Natomiast kwoty uzyskane z tytułu zwrotu środków z IKZE stanowią przychód z innych źródeł, opodatkowany według skali podatkowej.

W umowie o prowadzenie IKE lub IKZE oszczędzający może wskazać jedną lub więcej osób, którym zostaną wypłacone środki zgromadzone na IKE lub IKZE w przypadku jego śmierci. W razie niewskazania tych osób, środki z IKE lub IKZE wejdą do spadku. Nabycie tych środków w drodze spadku nie podlega podatkowi od spadków i darowizn.

PFR Portal PPK pomaga przedsiębiorcom

W promocję omawianych programów zaangażowany jest PFR Portal PPK, który prowadzi działania informacyjno-edukacyjne na temat PPK dla pracodawców i pracowników.

W ofercie edukacyjnej znajdują się także bezpłatne szkolenia dotyczące rozliczenia subwencji dla przedsiębiorców z sektora MŚP, którzy otrzymali wsparcie w ramach Tarczy Finansowej PFR 2.0. Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju 2.0 to program mający na celu pomoc finansową firmom, które musiały ograniczyć lub zawiesić działalność z powodu sytuacji epidemiologicznej związanej z COVID-19 (więcej informacji na stronie: www.pfrportal.pl/tarcza-finansowa-pfr-2-0/).

Eksperci PFR Portal PPK prowadzą online również cykle dot. wezwań do zawarcia umowy z PPK: „Wezwanie do zawarcia umowy o zarządzanie PPK” oraz „Jak wdrożyć PPK po terminie?” (więcej informacji: www.mojeppk.pl/wezwania).

foto: pixabay.com

W magazynie – Górska lekcja zarządzania

Michał Leksiński na co dzień wspiera korporacje w zakresie komunikacji i kryzysów wizerunkowych, wcześniej pomagał przy tworzeniu portalu Patronite w Polsce. Dzisiaj przekazuje wiedzę innym w ramach wielu projektów edukacyjnych.

Góry i biznes – te obszary mają naprawdę ze sobą tak wiele wspólnego?

Zdziwiłby się pan jak wiele ile. Jednak warto sobie to wszystko usystematyzować. Jest kilka filarów tej wiedzy: zarządzanie projektowe, działanie w warunkach wysokiego ryzyka i stresu, budowanie zespołu, fundraising, storytelling i w końcu najważniejsze – uniwersalne wartości, które wyniesione z gór mogą pomagać w życiu na nizinach. W każdym z tych obszarów jest wiele mechanizmów podobnych do siebie w kontekście działań korporacyjnych, komunikacji korporacyjnej, czy w końcu zarządzania dużymi projektami. Góry to mój poligon metafor i staram się go przenosić na co dzień do swojej pracy. Oczywiście działa to w dwie strony, ponieważ umiejętności zawodowe przekładam również na grunt planowania ekspedycji i mniejszych wypraw.

Zacznijmy od tego zarządzania projektowego, bo to chyba najpojemniejsza kategoria?

Zarówno w życiu zawodowym, jak i w górach jest ono fundamentem, na którym buduje się wszystko inne. Każdy projekt w kontekście komunikacji składa się z określonych cegiełek ułożonych w starannie zaplanowaną mozaikę, która na końcu ma przynieść określony skutek wizerunkowy. Planowanie wypraw w góry w tym przypadku jest podwójnie identyczne. Po pierwsze, tak samo wygląda planowanie i zarządzanie, a po drugie, identycznie wygląda sytuacja komunikacyjna: przy dużych wyprawach, gdzie praca ze sponsorami jest istotnym elementem. Adaptacja, umiejętność przewidzenia dalekosiężnych konsekwencji, wizualizacja potencjalnych kryzysów – wszystkie te składowe w obu przypadkach są równie ważne. Dla mnie to było pewne odkrycie dopiero po pewnym czasie. Gdy już miałem kilka wypraw za sobą, jak również trochę więcej lat doświadczenia zawodowego, wtedy zacząłem dostrzegać mnogość wspólnych mianowników. To fascynująca przygoda – porównywać te dwa światy i nieustannie dostrzegać podobieństwa. Sprawdzać co działa, na którym gruncie.

Wspomina pan o trochę bardziej abstrakcyjnych umiejętnościach, jak storytelling i fundraising. W pracy stratega komunikacji korporacyjnej to ważne komponenty?

Zawsze powtarzam, że dzisiaj bez lektury „Bohatera o tysiącu twarzy” Josepha Campbella trudno umiejętnie interpretować świat i zjawiska komunikacyjne. Przedstawiona przez niego struktura monomitu jest niejako podwaliną pod współczesny storytelling – trend mówiący o tym, żeby nasze idee, pomysły i produkty traktować w kategoriach wartościowych opowieści, a nie jednorazowych promocji. Storytelling ma w tym względzie niebagatelne znaczenie. Górskie przygody każdorazowo również staram się przekuć w wartościowe opowieści. Nie wspominając już o fakcie, że gdy rozmawiasz ze sponsorami, aby zaprosić ich do wspólnej przygody, takiej jak wyprawa na Antarktydę czy Everest, trzeba umieć zbudować wokół tego wartościową historię. Te umiejętności są nieodzowne dla specjalistów zajmujących się jakąkolwiek sferą komunikacji. Jeśli chodzi o fundraising, niewątpliwie nie ma przełożenia jeden do jednego w kontekście działań w obszarze komunikacji korporacyjnej, ale zdobyte doświadczenie pozwala lepiej zrozumieć rynek. Wysłałem prawie 2 tysiące ofert sponsorskich, rozmawiałem z przedstawicielami działów marketingu, prezesami wielkich i małych spółek, piąłem się po szczeblach działów komunikacji, wielokrotnie oczywiście mi odmawiano – taki urok tej dziedziny. Bywało też tak, że ostatecznie udawało mi się za trzecim lub czwartym razem przekonać kogoś do swojej idei. Fundraising daje ogromną znajomość rynku, sektorów i mechanizmów działania struktur korporacyjnych. To doświadczenie z pogranicza masowego networkingu.

Zatrzymajmy się tu i wróćmy do początku – skąd te góry i czym jest właściwie projekt Korony Ziemi?

Góry pojawiły się w moim życiu stosunkowo niedawno. Dokładnie 5 lat temu, gdy znajomy zaprosił mnie na wyprawę na Mount Blanc. Wtedy byliśmy całkowitymi żółtodziobami górskimi i nic nie wiedzieliśmy o wspinaczce wysokogórskiej. Zrobiliśmy sporo kursów i zaczęliśmy naszą przygodę z górami od nieudanej próby zdobycia Dachu Europy. Wszedłem na ten szczyt dopiero za trzecim razem. To spora lekcja pokory. Wtedy dość odważnie, żeby nie powiedzieć zuchwale, podjąłem decyzję, iż chcę podążać szlakiem gór Korony Ziemi – najwyższych szczytów poszczególnych kontynentów. Nawet obwieściłem to publicznie. To szalona przygoda i wielkie wyzwanie górskie, choć do prawdziwego himalaizmu takiemu wyzwaniu daleko. Przede wszystkim to siedem kontynentów i 9 gór. W wersji rozszerzonej zdobywa się po dwa szczyty w Europie i Australii – wynika to z rozbieżności definicji geograficznych. Tego projektu nie da się zaplanować od A do Z – to przygoda, która zawłaszcza dużą część twojego świata i jednocześnie żyje swoim własnym życiem. Wiedząc, ile to będzie kosztować czasu i poświęceń, uznałem, że chciałbym robić to w formule, która będzie umożliwia mi pomaganie innymi. By w większym lub mniejszym wymiarze ta wieloletnia górska wędrówka miała jakiś swój cel nadrzędny. Połączyłem siły z Fundacją Happy Kids zawiadującą kilkunastoma rodzinnymi domami dziecka, stworzyliśmy projekt „7 Happy Summits”, którego motywem przewodnim jest właśnie Korona Ziemi, a my realizujemy sporo działań dookoła na rzecz Fundacji.

Czyli warto pomagać?

Zdecydowanie. To jedna z ważniejszych prawd, jakie staram się przekazywać niezależnie od tego, czy spotykam się z uczniami, czy też z przedstawicielami korporacji. Jeśli mamy taką możliwość, warto pomagać innym i do naszych pasji czy aktywności dodać komponent charytatywny.

Realizuje pan wiele działań na polu edukacji – od najmłodszych po profesjonalistów.

Kiedyś poświęcałem dużo czasu na własną edukację. Z jednych studiów podyplomowych przeskakiwałem od razu na kolejne. 10 lat temu nie przewidziałbym, że tak potoczą się moje losy i sam będę stał po drugie stronie sali w roli wykładowcy. Początki były niewinne, zostałem pro bono zaproszony na zajazd Super Belfrów, aby opowiedzieć o górskich metaforach, które mogą być przydatne w edukacji i rozmowie z najmłodszymi. To był pierwszy mały kamień, który uruchomił całą lawinę. Miałem okazję spotkać się z setkami, jeśli nie tysiącami, młodych ludzi w całej Polsce i rozmawiać o tym, czego uczą góry. Chciałem też stworzyć od podstaw projekt edukacyjny kierowany do profesjonalistów – International Public Affairs Academy (IPAA). Jest to projekt realizowany przy współpracy z CEC Group i  TrendHous w Cambridge Innovation Center. IPAA to akademia lobbingu i komunikacji korporacyjnej, w ramach której zgromadziliśmy fantastycznych wykładowców, praktyków najwyższej klasy, którzy podczas dwumiesięcznego kursu przekazują profesjonalną wiedzę na temat polityki, mediów i otoczenia biznesowego. Wystartowaliśmy z pierwszą edycją w październiku i już dzisiaj planujemy kolejną na marzec 2022 roku – tak duże było zainteresowanie projektem. Nie ukrywam, że jestem bardzo dumny z tego projektu, widzę tu wielką przestrzeń do integracji środowiska specjalistów public affairs.

Wszystko to brzmi niezwykle interesująco, ale czy jest pan w stanie zarządzać taką ilością projektów i jeszcze myśleć o wyprawach?

Jest to jedno z najczęstszych pytań jakie otrzymuję. Jestem fanem list zadaniowych, więc mam swoją aplikację z serii To Do, na której mam co najmniej dziesięć kategorii, w których lokuję zadania. Każdego dnia rano i wieczorem robię rewizję tych punktów i przesuwam je do kategorii „Do zrobienia dziś”. Ma to, niestety, też ciemną stronę – muszę uważać, żeby nie stać się zakładnikiem listy zadań. Do tego dochodzi planowanie e-maili i ich kategoryzacja – tak, aby odpisywać i nie pominąć niczego. Bywa, że dzień wcześniej przygotowuję drafty maili do wysłania rano. Staram się, aby pod koniec dnia nie mieć żadnego SMSa, wiadomości na WhatsApie, Facebooku, czy maila bez odpowiedzi. No i na koniec kalendarz: próbowałem wielokrotnie używać papierowego kalendarza, ale nigdy mi to nie wychodziło. Zostałem przy wirtualnym, w którym mogę nadawać priorytety zdarzeniom.

A teraz w żołnierskich słowach: proszę o pięć krótkich lekcji zarządzania, które opiera pan na wiedzy wyniesionej z gór.

Przygotowanie i wiedza to podstawa, niezależnie, czy jest to projekt komunikacyjny, czy wyprawa. Wiedza pozwala przewidywać zdarzenia i szybciej się adaptować do zmieniającej się rzeczywistości. Nie przygotujemy się na wszystkie kryzysy – nie ma takiej możliwości, żeby wymyślić wszystkie potencjalne scenariusze zagrożenia. Liczy się zdolność adaptacji i szybkie podejmowanie decyzji. To one często definiują efektywne wyjście z kryzysu. Zespół jest kluczowy, bez niego nigdy nie osiągniemy tyle, ile byśmy próbowali osiągnąć sami. Współpraca, rozumienie potrzeb zespołu, wsparcie – to kluczowe elementy zarówno w górach, jak i w codziennej pracy. Mentorzy mają moc: otaczanie się ludźmi mądrzejszymi od nas samych jest szalenie ważne. Dzięki temu szybciej i lepiej możemy się uczyć i zdobywać doświadczenie, niezależnie od dziedziny. „Aby być zwycięzcą, należy nauczyć się być doskonały przegrywającym” – te słowa Simone’a Moro, włoskiego himalaisty w odpowiedzi na pytanie o to, jak ocenia porażkę Polaków pod K2 zimą 2017-2018, stały się moją mantrą. W każdej drodze rozwoju porażka jest naturalnym elementem. Umiejętność jej zrozumienia jest być może najważniejszym elementem na drodze do rozwoju zawodowego. W zarządzaniu projektami czy w górach – porażki będą się pojawiać. To nie pytanie „czy”, a bardziej „kiedy”. Musimy odpowiednio do nich podchodzić, aby wyciągnąć najlepsze lekcje z naszych potknięć.

Jakie są pana najbliższe plany zawodowe i górskie?

W styczniu 2022 roku ruszam na najbardziej skomplikowaną logistycznie wyprawę w ramach Korony Ziemi – na Antarktydę. To projekt, który zajął mi dwa lata przygotowań, więc jestem w kulminacyjnej fazie. Pozyskanie sponsorów, przygotowania logistyczne i sprzętowe to proces, który pochłaniał mój wolny czas bez reszty. Teraz już wszystko mam dopięte na ostatni guzik i ruszam 3 stycznia 2022 roku na ADATA Antarctic Expedition. Zawodowo każdy rok jest inny i przynosi nowe wyzwania. Rozwój branży i świadomość wagi komunikacji korporacyjnej są dzisiaj bardzo widoczne. To z pewnością sprawi, że rok 2022 nie będzie rokiem nudnym. To również dobrze wróży naszej akademii – ruszamy z II edycją w na przełomie lutego i marca 2022 roku i kto wie, może będzie też III i IV edycja jeszcze w tym samym roku.

Nie tylko tarcza antykryzysowa

Mariusz Jaszczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej PFR Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych, dyrektor Departamentu Finansów i Kontrolingu Polskiego Funduszu Rozwoju, biegły rewident, o tarczy antykryzysowej, nowoczesnych technologiach wspomagających zarządzanie i zaletach programu PPK

Proszę opowiedzieć o swojej roli w Polskim Funduszu Rozwoju.

Sprawuję pieczę nad finansami PFR, odpowiadam też za spółki w grupie kapitałowej pod kątem planowania wyników finansowych, oceniania, dopytywania, dociekania dlaczego gdzieś mamy różnicę… Słowem, za wszystko z wyjątkiem części sprawozdawczości statutowej, za którą odpowiada dyrektor Departamentu Rachunkowości. Konkretyzując odpowiedź na pańskie pytanie – jestem odpowiedzialny za zarządzanie płynnością, zbieranie i przedstawianie informacji zarządczych, obsługę obligacji i ich emisję.

Ma pan mnóstwo zajęć.

Rzeczywiście, nie narzekam na nudę.

Był pan aktywnie zaangażowany przy tarczy antykryzysowej.

Program ruszył w bardzo krótkim czasie, gdy tylko pojawił się covid. Biorąc pod uwagę szybkość reakcji, było to mistrzostwo świata, co jednak nie jest moją zasługą, ale Pawła Borysa, prezesa PFR oraz moich kolegów z PFR, którzy wdrożyli program, opracowali odpowiedni system i zautomatyzowali cały ten proces. Dołączyłem do PFR w chwili, gdy spółka musiała zdobyć finansowanie pod te programy. Przejąłem odpowiedzialność związaną z emisją obligacji przez PFR, żeby można było skutecznie udzielać wsparcia przedsiębiorcom.

Finalnie pomoc w bardzo krótki czasie otrzymało blisko 350 tysięcy firm. Na serio, uważam tempo w jakim program został wdrożony za mistrzostwo świata.

Na czym polegał ten program?

Byłem odpowiedzialny za pozyskanie finansowania na rynku. PFR nie dostał pieniędzy bezpośrednio ze Skarbu Państwa. Musieliśmy uzyskać dofinansowanie oferując obligacje emitowane przez PFR, gwarantowane przez Skarb Państwa. Gwarancja odegrała bardzo ważną rolę: chodziło nam o to, by zachęcić inwestorów. Podkreślaliśmy, że pieniądze przeznaczymy na wsparcie przedsiębiorstw podczas pandemii, a inwestorzy mogą czuć się bezpiecznie. Tutaj muszę wspomnieć o Bartłomieju Pawlaku, wiceprezesie PFR, który z ramienia Zarządu dowodził procesem emisji, i który nieraz w krytycznych momentach ratował sytuację.

PFR otrzymał możliwość emisji obligacji do 100 mld złotych. Program zamknął się kwotą mniejszą – 73,9 mld. Za tym, żeby pieniądze te pozyskać, kryło się sporo pracy wielu ludzi (PFR, Ministerstwo Finansów, polskie banki).

Jak będzie wyglądało wykupywanie tych obligacji?

Program wsparcia dla przedsiębiorców polegał na tym, że dostali oni, zwłaszcza MŚP, granty lub inaczej mówiąc dotacje. Znaczna część tej pomocy podlega umorzeniu długu po spełnieniu określonych warunków, które dotyczyły m.in. utrzymania stanu zatrudnienia i nieprzerwanego prowadzenia działalności. W Tarczy Finansowej PFR 1.0 można uzyskać do 75 proc. umorzenia. Zilustrujmy to prostym przykładem: jeśli otrzymał pan dotację w kwocie 100 zł, po spełnieniu wszystkich kryteriów, po 12 miesiącach od dnia otrzymania, musi pan oddać 25 zł rozłożone na 24 raty. Co miesiąc płaci się określoną, nieoprocentowaną kwotę. Część z tych pieniędzy wróci do PFR w miesięcznych ratach, zresztą już się to dzieje. Pieniądze ze spłaty możemy przeznaczyć na dalsze wsparcie, a jeżeli nie ma takiej potrzeby, możemy wykorzystywać je na obsługę zadłużenia, czyli w pierwszej kolejności zapłatę odsetek, a w drugiej, na ewentualne wcześniejsze odkupienie obligacji, bądź po prostu na uregulowanie zadłużenia w chwili wymagalności długu. Brakującą kwotę, czyli 75 proc. wypłaconych dotacji, pokryje w przyszłości Skarb Państwa. Warto przypomnieć, że maksymalne umorzenie sięgało 75  proc. otrzymanej dotacji, ale średnie to 63 proc. Pamiętajmy, że umorzenie w Tarczy Finansowej 2.0 dla wybranych grup przedsiębiorców, którzy zostali najbardziej dotknięci przez pandemię, sięga 100  proc.

Działania PFR to nie tylko tarcza…

Oczywiście. Zanim pojawił się covid, PFR koncentrował się, jak każda porządna spółka, na generowaniu wzrostu wartości dla akcjonariuszy: Skarbu Państwa i Banku Gospodarstwa Krajowego. Chciałbym podkreślić, że – poza wypłatami z tytułu tarczy – normalnie funkcjonujemy i profesjonalizujemy się w obszarze finansów. W tym roku uruchomiliśmy narzędzie do konsolidacji wyników nie tylko PFR, ale też spółek z grupy – PFR TFI, PFR Nieruchomości, PFR Ventures i PFR Portal PPK. Idziemy z duchem czasu, odchodzimy od prostych narzędzi, które wykorzystywaliśmy do konsolidacji wyników finansowych. Wdrażamy nowe rozwiązania automatyczne, które będą wykorzystywane przez wszystkie spółki z grupy. Pozwoli im to na bieżące raportowanie wyników bezpośrednio do centrali. Wcześniej odbywało się to na zasadzie przesyłania arkuszy excelowych, które potem ktoś konsolidował. Nasz cel polega na tym, żeby wszystko to działo się szybko i tanio. Zależy nam, żeby dane jak najszybciej analizować, nie poświęcając czasu na ich manualną obsługę. Słowem, tworzymy system informacji zarządczej, dostępnej od ręki. Krótko mówiąc, chodzi o to, by proste prace manualne, niewymagające myślenia, wykonywane były automatycznie.

PFR świetnie wypadł w tym roku w ratingu inwestycyjnym.

W ratingu jednej z najważniejszych agencji – Standard & Poor’s – uzyskaliśmy notowania równe ratingowi Skarbu Państwa. Uważam, że to duży sukces. Jesteśmy postrzegani jako stabilny partner, a to nam otwiera możliwości dalszej ekspansji, bo tarcza to nie wszystko. Moglibyśmy pozyskiwać finansowanie nie tylko w formie dokapitalizowania przez naszych akcjonariuszy, ale moglibyśmy finansować się długiem. Gdy zrobi się mix finansowania kapitału z długiem, rentowność dla akcjonariusza wzrasta.

Kryzys związany pandemią pokazał, że w trudnej sytuacji PFR świetnie sobie poradził. Jakie są cele dalszego działania spółki, na czym będziecie się koncentrować?

Jest to z pewnością dalsze edukowanie, że warto oszczędzać w PPK z myślą o przyszłości. Należy dalej propagować ten program jako znakomite narzędzie wspomagające budowanie oszczędności emerytalnych. PPK nie jest programem, który ma nam coś zastąpić. On nigdy nie zastąpi powszechnego systemu emerytalnego prowadzonego przez ZUS, ale go wspomoże. Mam nadzieję, że w niedalekim terminie do PPK zapisze się kolejna, znacząca grupa pracowników. Kolejne pole, na którym będziemy się koncentrować, to zarządzanie aktywami funduszy inwestycyjnych. Jako PFR inwestujemy w fundusze infrastrukturalne, które z kolei inwestują w duże lub średnie przedsiębiorstwa. Raz jeszcze przypomnę, że jesteśmy spółką, która ma zarabiać, więc na pewno nie odejdziemy od aktywności czysto komercyjnej. Musimy prowadzić inwestycje w najlepszym interesie akcjonariuszy. To, że zdarzył się covid i właśnie nam powierzono rolę związaną z obsługą tarczy finansowej, to dla nas wyróżnienie, a co więcej, udowodniliśmy jako organizacja, że jesteśmy skuteczni. Nie zmienia to jednak naszego core biznesu, którym jest inwestowanie i pomnażanie tej wartości dla akcjonariuszy.

Jak rozpoczęła się pańska kariera managerska?

Studiowałem finanse i bankowość w SGH. Wybrałem tę uczelnię z pełnym przekonaniem. W okresie, gdy zdawałem maturę, obowiązywała zasada, że dostajemy 3 świadectwa maturalne, żeby móc zdawać na różne uczelnie. W związku z tym złożyłem podania na Uniwersytecie Łódzkim i tamtejszej politechnice oraz SGH. Zdecydowałem się na najlepszą uczelnię ekonomiczną w Polsce, czyli SGH. Zaraz po dyplomie zacząłem pracę w KPMG, firmie z tzw. Wielkiej czwórki. Pracowałem w departamencie audytu instytucji finansowych. Audytowałem największe banki w Polsce. Był okres, kiedy nasz departament liczył około 50 osób, a zajmowaliśmy się 10 największymi bankami w Polsce. Z KPMG przeszedłem do Ernst & Young, gdzie brałem udział w transakcjach fuzji i przejęć firm w Polsce. W Wielkiej czwórce spędziłem 7 lat, w trakcie których zdobyłem uprawnienia biegłego rewidenta. Następnie podjąłem pracę w Empik Media & Fashion, firmy notowanej na GPW, będącej właścicielem sieci: Empik, Smyk, szkół językowych i sklepów modowych. Spędziłem tam 2 lata jako kontroler finansowy grupy. W tym czasie udało się mi ukończyć studia doktoranckie, również na SGH. Następnie przyjąłem ofertę pracy w PKO BP Powszechne Towarzystwo Emerytalne (PKO PTE), początkowo jako zastępca dyrektora Biura Finansów i Sprawozdawczości, a następnie jako jego szef. I właśnie od 2012 roku, kiedy zostałem dyrektorem, zaczęła się moja przygoda managerska. Zajmowałem się tam produktami długoterminowego oszczędzania, zapewne więc dlatego zostałem później poproszony o pomoc przy Pracowniczych Planach Kapitałowych.

Był pan szefem zespołu przy Ministerstwie Rozwoju pracującego nad ustawą o PPK.

Zespół ten łączył różne resorty, byli w nim pracownicy Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Socjalnej. Mieliśmy ścisłe kontakty z ZUS oraz KNF. Dużą rolę odgrywał w nim Robert Zapotoczny (dziś prezes PFR Portal PPK) ze swoją wiedzą o produktach ubezpieczeniowych. Upatruję w tym programie wielką szansę dla milionów Polaków. Można ująć to inaczej: PPK to konieczność, ponieważ częściowo sami musimy oszczędzać na emeryturę, żeby stopa zastąpienia dochodów w okresie po zakończeniu naszej aktywności zawodowej była na przyzwoitym poziomie.

Demografia jest nieubłagana, społeczeństwo się starzeje.

A poza tym żyjemy coraz dłużej, więc okres pobierania emerytur wydłuża się. A to nie może pozostać bez wpływu na ich wysokość. Każdy chciałby przestać pracować jak najszybciej, więc powinniśmy jak najwięcej odłożyć na ten czas. Obecnie nie zajmuję się już bezpośrednio PPK, ale nie potrafię przestać interesować się tymi sprawami. Wiem, że w tej dziedzinie mogę jeszcze coś zaproponować czy napisać. Warto w tym miejscu wspomnieć, że po pięciu latach w PKO PTE, przeszedłem do PFR TFI, gdzie przez dwa lata byłem dyrektorem finansowym, a obecnie jestem przewodniczącym Rady Nadzorczej.

A jednak odszedł pan z PFR TFI.

Bardzo dobrze wspominam okres współpracy z prezes PFR TFI, Ewą Małyszko, która odegrała znaczącą rolę w kształtowaniu mnie jako managera. Jednak, jak to w życiu, dostałem bardzo ciekawą propozycję wejścia do zarządu spółki technologicznej Telematics Technologies, gdzie przez kolejne dwa lata odpowiadałem za finanse i sprzedaż rozwiązań flotowych. Był to ważny krok w mojej karierze – w tamtym okresie stworzyliśmy od podstaw dla PZU system wykrywający wypadki drogowe i ratujący życie (PZU GO). Spółka ma główną siedzibę w Poznaniu, zatrudnia ponad 80 osób, głównie informatyków, developerów i testerów. Kiedy jednak przyszedł czas covidu i pojawiła się potrzeba pomocy w PFR, zgodziłem się bez wahania.

Co lubi Mariusz Jaszczyk?

Hobby – „Jestem nurkiem, mam uprawnienia do głębokości 40 m, wydane przez organizację CMAS założoną przez legendarnego Jacquesa Cousteau. Nurkowanie stanowi dla mnie formę wyciszenia i odskoczni od spraw bieżących. To sport, w którym otacza nas cisza, mamy bezpośredni kontakt z fauną i florą, ważny jest regularny oddech i brak gwałtownych ruchów. Uczy jednocześnie dyscypliny i opanowania.”

Wypoczynek – „W miejscu, gdzie można nurkować. W Polsce m.in. w jeziorze Powidzkim w Wielkopolsce. Cenię też inne destynacje typowo nurkowe: Dahab w Egipcie, Maltę ze względu możliwość nurkowania na licznych wrakach oraz jaskinie (cenoty) w Meksyku.”

Samochody – „Lubię auta sportowe, moje niezrealizowane marzenie to nieduże Porsche 718. Motoryzacją interesuję się od dzieciństwa, mam zbiór starych, nawet z lat 80., egzemplarzy tygodnika „Motor”. Obecnie jestem regularnym czytelnikiem „Auto-Świata”. Jeżdżę Škodą Superb i bardzo lubię to auto. Doceniam pomysły projektantów, którzy zadbali o mnóstwo udogodnień. Przy wlewie paliwa umieścili skrobaczkę, lampka bagażnika może służyć jako latarka, a w drzwiach kryje się parasol. Niby proste, a nikt na to wcześniej nie wpadł.”

Woda – przyszłość ludzkości i biznesu? Blue Boson idzie o krok dalej

Przedsiębiorcy coraz częściej poruszają temat ekologii przez pryzmat działań CSR, ale na rynku pojawiają się także gracze, którzy za cel funkcjonowania całej firmy stawiają sobie ukształtowanie całkowicie innego wymiaru planety. Jedną z nich jest Blue Boson, której CEO jest Robert Zagożdżon. W jaki sposób międzynarodowy start-up doświadczonego biznesmena jest w stanie przywrócić wodzie… nowe życie?

Woda, czyli my

Nie jest tajemnicą, że woda ożywia i napędza całą planetę, jednak w XXI wieku złoża naturalne także przeżywają swój własny kryzys. Według wyliczeń agendy Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) na Ziemi jest około 1,3 zetta litrów wody, ale tylko 0,12 proc. jest zdatnej do spożycia lub użytkowania w przemyśle i uprawach rolnych. Mimo iż 2/3 powierzchni planety zajmują akweny, to tylko 1 proc. złóż jest realnie dostępna ludzkości.

Analitycy z FAO szacują, że największe złoża wody znajdują się na terenie Brazylii, Rosji, Kanady, Indonezji, Chin, Kolumbii, Peru i Indii. Wśród ośmiu “wodnych gigantów” aż siedem ma również jedne z największych współczynników emisji gazów cieplarniach (rekordowe Chiny, a następnie USA, Indie, Rosja oraz Kanada, Brazylia i Indonezja). Ponadto ogromnym problemem okazuje się także sam dostęp do czystych źródeł – dla przykładu w ostatnich latach mieszkańcy São Paulo cierpią z powodu poważnego niedoboru wody pitnej. Powodem jest przede wszystkim brak odpowiedniej infrastruktury, chociaż z drugiej strony również źródła naturalne przeżywają swój największy kryzys w historii. Już w 2015 roku naukowcy alarmowali, że poziom rosyjskiego Jeziora Bajkał, a więc najgłębszego akwenu śródlądowego świata spadł do najniższego poziomu od 30 lat.

Wyliczenia Światowej Organizacji Zdrowia mówią o 8 mln ludzi na całym świecie, którzy nie mają dostępu do czystej wody pitnej, a każdego roku ponad 3,5 mln umiera na skutek chorób spowodowanych spożyciem płynów niefiltrowanych. Naukowcy zakładają, iż jeśli zjawisko przepływów wodnych będzie szło w parze ze stałym wzrostem liczby ludności, do 2025 roku aż do 1,8 mld mieszkańców Ziemi będzie zamieszkiwać obszary bez dostępu do czystej wody pitnej. Na to wyzwanie postanowił odpowiedzieć Robert Zagożdżon i jego projekt Blue Boson.

Symbioza środowiska z nauką i biznesem

Blue Boson to międzynarodowa spółka specjalizująca się w nowych technologiach, które są w stanie zapobiec największemu kryzysowi w dziejach świata, a to za sprawą rozwiązań hydrologicznych, umocowanych na trzech poziomach: fizycznym, chemicznym i energetycznym. Działania zespołu Roberta Zagożdżona wspierane są nie tylko przez wysoko wykwalifikowanych specjalistów, ale i badaczy z Europy, Azji, Stanów Zjednoczonych oraz Meksyku. Blue Boson nawiązał współpracę m.in. z Politechniką Warszawską, Wrocławską, Uniwersytetem Technicznym w Brnie i w Koszycach, czy też japońskim Uniwersytetem w Kobe i to właśnie dzięki tym jednostkom projekty spółki mają konkretne fundamenty w najnowszych ekspertyzach naukowych.

Spółka podjęła już pewne kroki, zmierzające do holistycznego zbadania potencjału wody, a także potencjalnych środków zaradczych obecnego kryzysu. Dzięki pracy naukowej z Laury Maestro (Uniwersytet Oksfordzki) i współpracy z fizykami kwantowymi z Włoch, Meksyku, Hiszpanii i USA grupa prowadzona m.in. przez Roberta Zagożdżona opublikowała raport, w którym przedstawia najbardziej palące problemy planety w kontekście zasobów wodnych, jak również realne narzędzia z potencjałem do wdrożenia na przestrzeni najbliższych lat. Cel? W krótkiej perspektywie połączenie własnego dorobku badawczego z technologią molekularną. W długiej z kolei – walka o lepsze jutro.

Pierwsza Liga innowacji

To jednak nie koniec powiązań Blue Boson z największymi graczami, ponieważ ostatnio spółka nawiązała ścisłą współpracę z globalnymi markami Evertis Ibérica S.A oraz Selenis Europe S.A z IMG Group. Ostatnim przedsięwzięciem, które może wywindować pozycje Blue Boson do poziomu światowych wizjonerów eco-bizu, jest nawiązanie ścisłej współpracy ze spółkami wchodzącymi w skład Grupy IMG. Właśnie z tymi podmiotami Zagożdżon inicjował pionierskie rozwiązania m.in. w zakresie restrukturyzacji przemysłu.

Dzięki technologii środowiskowej Blue Boson® Effector koncern z powodzeniem wdrożył projekt obejmujący całą Grupę IMG, mający na celu zwiększenie wydajności ich obiegów energetycznych jak ogrzewania, chłodzenia czy produkcji pary. Technologia ta działa od maja 2021 roku i w ciągu pierwszych 3 miesięcy Grupa zaoszczędziła 50 010 Nm3 gazu ziemnego w swoich jednostkach przemysłowych w Portugalii, co stanowi spadek o 6,86 proc. średniego rocznego zużycia gazu ziemnego. Jednocześnie emisja gazów cieplarnianych zmniejszyła się o 108 ton.

Czy Blue Boson będzie game-changerem rynku? A może na horyzoncie pojawią się podobne spółki, które będą chciały zawalczyć o przyszłość planety? Niezależnie od wyniku starcia o palmę pierwszeństwa, pewne jest, że ludzkość potrzebuje zdecydowanych inicjatyw ze strony przedsiębiorców – już wdrażane z kolei są na wagę złota.

Ważne Informacje

Odporność biznesowa w erze przemysłowej AI

W przededniu Forum Ekonomicznego w Karpaczu Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce, opowiada o tym, jak firmy mogą wzmacniać odporność operacyjną i...

23. edycja Smart City Forum – miasta przyszłości muszą być nie tylko inteligentne, ale...

21–22 października 2026 roku w hotelu The Westin Warsaw odbędzie się 23. edycja Smart City Forum. Tegoroczne wydarzenie koncentruje się na praktycznych aspektach cyfrowej...

Stop the clock na rynku ESG

ESG przechodzi transformację – od ambitnych celów i wzniosłych haseł do jakości danych i konkurencyjności europejskiej gospodarki. Nie chodzi o wycofanie się UE z...

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...