.
Strona główna Blog Strona 152

Raport Martis CONSULTING: Ranking influencerów i portali finansowych w mediach społecznościowych – Edycja 2021

Dziennikarz RMF 24  liderem wśród ekspertów biznesowych na Twitterze, najbardziej aktywnym influencerem finansowym – Michał Szafrański, a ubiegłoroczni zwycięzcy na LinkedIn nie do obalenia.

PKN ORLEN to najchętniej obserwowana spółka z WIG 30 na LinkedIn, jednak jej zasięgi na Twitterze są niemal dwa razy mniejsze od Orange Polska. Liderem spośród ekspertów biznesowych na platformie Twitter został Krzysztof Berenda – dziennikarz ekonomiczny RMF 24. Najbardziej aktywnym influencerem finansowym w całym Internecie jest natomiast Michał Szafrański. Money.pl wciąż odwiedza najwięcej internautów zainteresowanych finansami – to tylko niektóre z wyników drugiej edycji raportu opracowanego przez Martis CONSULTING.

Podobnie jak w pierwszej odsłonie, poza oddzielnymi portalami i blogami autorzy badania skupili się również na platformach LinkedIn, Twitter oraz YouTube. Analiza aktywności w nowych mediach objęła swoim zasięgiem 30 spółek notowanych na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, a także managerów, którzy aktualnie nimi zarządzają. Kryterium decydującym o pozycji tych podmiotów w rankingu była liczba obserwujących i subskrybentów. W przypadku ekspertów prowadzących blogi finansowe oraz funkcjonujących w tym obszarze portali, decydującym czynnikiem była miesięczna liczba wyświetleń na stronie.

 – Warto zauważyć, że spółki, które były liderami na danej platformie po ukazaniu się pierwszej edycji raportu, nie tylko utrzymały swoją pozycję, ale odnotowały także znaczny wzrost obserwujących ich osób. Świetnym przykładem jest tu PKN ORLEN. Liczba osób obserwujących tę spółkę zwiększyła się przez rok o ponad 15 tysięcy. Wyniki opublikowane w drugiej odsłonie raportu potwierdzają, jak ważna w kontekście strategicznym i utrzymywania rzetelnej relacji z otoczeniem jest komunikacja poprzez nowe media – zauważa Dariusz Jarosz, prezes zarządu Martis CONSULTING, główny autor opracowania.

Do najczęściej odwiedzanych portali internetowych o tematyce finansowo-giełdowej należą Money.pl, Bankier.pl oraz Pb.pl. Również tutaj można zauważyć ugruntowaną pozycję redakcji w stosunku do opracowania z roku poprzedniego. Może to świadczyć zarówno o ich popularności, jak również przywiązania internautów do treści publikowanych na tych stronach.

Ranking główny – eksperci

L.p. Imię i Nazwisko Nazwa SUMA PUNKTÓW
1. Michał Szafrański Jak Oszczędzać Pieniądze 38,0
2. Maciej Samcik Subiektywnie o finansach 35,7
3. Rafał Zaorski Tradingjam.pl 32,9
3. Tomasz Jaroszek Doradca.tv 32,4
5. Marcin Iwuć Marcin Iwuć – Finanse Bardzo Osobiste 32,1
6. Paweł Binkowski Bitcoin.pl / Krypto Raport 31,0
7. Albert Rokicki Longterm.pl 30,1
8. Cezary Głuch Independenttrader, Trader 21 29,8
9. Paweł Cymcyk DNA Rynków 29,5
10. Cezary Graf Cezary Graf Office 27,9

 

Ranking główny – portale finansowe

L.p. Nazwa SUMA PUNKTÓW
1. Money.pl 35,1
1. Bankier.pl 35,1
3. Pb.pl 34,7
4. Parkiet.com 28,3
5. Wnp.pl 25,5
6. Strefa Inwestorów 25,0
7. Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych 24,5
8. Comparic 24,1
9. Stockwatch.pl 20,4
10. Analizy.pl 19,4

 

Wszystkie dane zamieszczone w tej publikacji obejmują stan na połowę listopada 2021 roku. Rankingi zostały sporządzone na podstawie czterech subrankingów obejmujących: liczbę wyświetleń strony, subskrybentów na YouTube oraz obserwujących na portalach: Twitter i Linkedin.

Pełna wersja raportu z punktacją za poszczególne kategorie dostępna jest pod adresem: https://martis-consulting.pl/wp-content/uploads/2021/12/MC-analiza-rynku-w-mediach-2021.pdf

 

Po pierwsze gospodarka

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, mówi o ważnych inicjatywach i pracy urzędu, ustawie Polski Ład, a także o własnych doświadczeniach biznesowych i politycznych

Występuje pan w interesie przedsiębiorców jako pełnoprawny reprezentant tego środowiska.

Zostałem przedsiębiorcą, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. W 1989 roku skorzystałem z ustawy Wilczka umożliwiającej podejmowanie działalności gospodarczej. Jako absolwent Wydziału Maszyn i Urządzeń Górniczych na Politechnice Lubelskiej mogłem wybrać typową ścieżkę kariery. Przez pewien czas pracowałem jako inżynier, ale miałem zupełnie inne ambicje. Postanowiłem uruchomić własna firmę. Środki na start, czyli tysiąc dolarów, zdobyłem zbierając truskawki i jabłka w Szwecji. Wspólnie z dwoma kolegami założyliśmy hurtownię spożywczą. Z dzisiejszego punktu widzenia wyglądało to humorystycznie – przywieźliśmy z Warszawy Wartburgiem kombi i Żukiem trzy palety towaru, który rozłożyliśmy w wynajętej hali. I tak to się zaczęło. Przez pierwsze trzy lata interes rozkwitał. Urzędnicy skarbowi zachowywali się życzliwie. Podczas pierwszej kontroli inspektor poinstruował mnie, jak powinniśmy prawidłowo prowadzić księgę przychodów i rozchodów. Nie ukarał nas, tylko powiedział: „Panowie, trzeba to robić porządnie”.

Ten wybuch przedsiębiorczości procentuje do dziś…

Wszystko sprzyjało wówczas rozwojowi prywatnego biznesu: bardzo niskie składki na ubezpieczenie społeczne, zwolnienie z podatku dochodowego, słowem Eldorado. Powstawały tysiące firm, część z nich upadała, ale na ich miejscu pojawiały się kolejne. Dziś rynek jest tak poukładany, że gdy komuś się nie powiedzie, trudno mu wystartować ponownie. Początek lat 90. w Polsce kojarzy mi się ze złotym okresem przedsiębiorczości w USA.

Jak to wyglądało w pańskim przypadku?

Miałem cztery firmy, które zamykałem i otwierałem następne. Sprzedawałem książki, prowadziłem szkołę języków obcych. Moim najbardziej udanym biznesem była jednak wspomniana wcześniej hurtownia, która przekształciła się w sieć sklepów. Kiedy pojawiła się zagraniczna konkurencja, założyliśmy sieć detalistów „Nasze sklepy”. Działając w 23-osobowej spółce mieliśmy 200 sklepów franczyzowych na Ścianie Wschodniej.

Kiedy i dlaczego skończyło się Eldorado?

Złożyło się na to wiele czynników. W 1993 roku pojawił się VAT. Urzędników skarbowych zaczęto nagradzać premiami za kwoty naliczonych zaległości. Sam zostałem ofiarą tego rozwiązania, przez trzy lata walczyłem przedstawiając swoje racje. W końcu wygrałem, ale zadziałał efekt zaciśniętego hamulca. Mój biznes przestał się rozwijać i zostałem w tyle za kolegami.

Co skłoniło pana do podjęcia kariery politycznej?

Działałem wówczas w Białej Podlaskiej, której władze nie rozumiały, że w ich interesie jest prowadzenie polityki sprzyjającej lokalnym przedsiębiorcom i szeroko otworzyły bramy dla zagranicznych sieci handlowych. Śmialiśmy się wówczas z kolegami, że strategia prezydenta miasta to supermarket na każdym rogu. Chcąc temu przeciwdziałać uruchomiliśmy lokalną Izbę Gospodarczą, a następnie wystartowaliśmy w wyborach samorządowych. Jako jedyny z naszego grona zostałem radnym. Wyborcy docenili moje zaangażowanie, wsparli mnie, gdy kandydowałem do Sejmu. Warto podkreślić, że startowałem z piątego miejsca na liście PiS i wygrałem. Będąc posłem pracowałem w kolejnych komisjach gospodarki i założyłem zespół na rzecz wpierania przedsiębiorczości złożony z posłów różnych formacji. Moje doświadczenia z pracy w Sejmie były, delikatnie mówiąc, bardzo różne. Jako członek komisji Przyjazne Państwo kierowanej przez Janusza Palikota, miałem wielkie nadzieje na korzystne zmiany dla przedsiębiorców. Okazało się jednak, że ówczesne władze nie chciały tych zmian. Widziałem, jak wielokrotnie szef komisji odbijał się od różnych drzwi, nie mogąc załatwić najprostszych spraw. Po trzech miesiącach zorientowałem się, że ta komisja to zwykła zasłona dymna.

W końcu uzyskał pan jednak możliwość, by realnie wspomagać przedsiębiorców.

Kiedy uchwalono Konstytucję dla biznesu, premier Mateusz Morawiecki, doceniając moje zaangażowanie w sejmowym zespole, zaproponował mi w czerwcu 2018 roku objęcie funkcji Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw. Uwzględniając moje wcześniejsze doświadczenia, zwłaszcza z komisji Przyjazne Państwo, zapytałem: czy tym razem będzie to działanie na poważnie… Premier potwierdził. Złożyłem wiec mandat poselski i zacząłem budować od podstaw urząd, przy którym działa dziś 318 organizacji przedsiębiorców. Na początku nie było łatwo, słyszałem opinie, że stworzono kolejną synekurę dla polityków. Postanowiłem udowodnić, że tak nie będzie. Zaczynaliśmy we trzech – ja i dwóch wolontariuszy – w małym pokoiku w Ministerstwie Rozwoju. Kiedy w końcu udało nam się pokonać różne biurokratyczne, nierzadko absurdalne przeszkody, zacząłem kompletować zespół, w którym większość stanowią prawnicy. Wielką satysfakcję zarówno mnie, jak i moim współpracownikom sprawił prawdziwy wysyp nagród, jakimi uhonorowały nas organizacje przedsiębiorców. Udało nam się stworzyć urząd, który jest autentyczny, działa na rzecz środowiska.

Jak na co dzień funkcjonuje urząd Rzecznika?

Konstytucja Biznesu pozwala mi na wchodzenie do postępowań administracyjnych na prawach prokuratora. To ciężki kaliber. Korzystam z tych uprawnień, kiedy mam pewność, że urzędnicy w określonym postępowaniu łamią prawo. Wiele spraw kończy się pozytywnie dla przedsiębiorców. Na szczęście coraz więcej sędziów i urzędników rozumie reguły rządzące biznesem. Czasem samo zaangażowanie Rzecznika wystarczy, by urzędnik z definicji nie traktował już przedsiębiorcy jak przestępcy, szanował zasadę, że co nie jest zabronione, jest dozwolone i rozstrzygał wątpliwości na rzecz pokrzywdzonego. Wszystkim tym zajmuje się nasz Wydział Prawny. Kolejny z wydziałów, legislacyjny, ma możliwość opiniowania projektów ustaw. Szukając sojuszników przedstawia własne rozwiązania przedstawicielom rządu i klubów parlamentarnych. W związku z tym powołałem Radę Przedsiębiorców przy Rzeczniku, której członkowie pracują w zespołach roboczych zajmujących się problemami określonych branż. Co ważne, sporo naszych propozycji wchodzi w życie.

Niektóre z waszych interwencji są szeroko komentowane przez przedsiębiorców.

Niedawno, na nasze wnioski, NSA w tzw. siódemkowym składzie wydał dwie bardzo ważne dla przedsiębiorców uchwały, co jest niewątpliwym sukcesem instytucji Rzecznika MŚP. Stwierdzono, że sąd administracyjny ma prawo badać, czy przepisy karno-skarbowe nie zostały zastosowane wobec firmy instrumentalnie, tzn. tylko po to, by zawiesić bieg przedawnienia. Inny przykład to urzędnicza nadgorliwość, polegająca na próbie zmuszenia przedsiębiorcy, który prywatnie wynajmował kilka mieszkań, by zrezygnował z ryczałtowego opodatkowania najmu i włączył te kwoty do przychodów swej firmy. NSA potwierdził, że jeżeli mieszkania nie są w środkach trwałych firmy to można przychody z ich wynajmu opodatkowywać ryczałtem. Warto dodać, że działamy nie tylko na rodzimym gruncie, ale mamy też przedstawiciela w Brukseli. W Parlamencie Europejskim zapadają decyzje ważne dla naszego sektora, które naprawdę łatwiej zmienić na etapie tworzenia przepisów, niż po fakcie.

Codzienne zmartwienia przedsiębiorców dotyczą zwykle drobnych, przykrych spraw.

To prawda, z własnego doświadczenia wiem, jak tego typu historie potrafią utrudnić działalność. Każdy, kto prowadzi firmę musiał składać tzw. czynny żal w urzędzie skarbowym, w przypadku zmiany części ewidencyjnej JPK VAT. Wnioskowaliśmy aby usunąć ten biurokratyczny absurd. Ustawa Polski Ład wprowadza w tym zakresie istotną zmianę. W przypadku korekty faktury, lub błędu w dokumentach zmiana ewidencji nie będzie wymagała już składania czynnego żalu.

Nie sposób nie wspomnieć o waszym zaangażowaniu w proces powstawania tej, jakże ważnej dla przedsiębiorców, ustawy.

Polski Ład ma wiele zalet, ale też nie jest pozbawiony wad. Cenna zmiana to 30 tys. zł kwoty wolnej od podatku, czego od dawna się domagaliśmy. Kolejną zaletę stanowi podniesienie progu podatkowego. Trudno natomiast zgodzić się ze zmianami w podatku liniowym wprowadzonym w 2004 roku, który świetnie się sprawdził. Przez kolejnych pięć lat nastąpił stuprocentowy wzrost wpływów do budżetu z tego podatku. Podobnie wyglądało to w ciągu ostatnich pięciu lat. Słowem, sukces dowodzący, że koncepcja krzywej Laffera jest słuszna. Przypomnę, że krzywa ta pokazuje, jak rosną wpływy z podatków i jak spadają, gdy stają się one zbyt wysokie. Przygotowaliśmy petycję w obronie podatku liniowego i niepodwyższania go o 9 proc. składki, którą podpisało 55 tys. Polaków. A to najlepiej pokazuje skalę problemu. Nasze starania przyniosły częściowy efekt – składkę zmniejszono z 9 do 4,9 proc. W negocjacjach wspierał nas poseł PiS z Poznania Bartłomiej Wróblewski i skupiona wokół niego grupa posłów. Obawiam się, że budżet niewiele skorzysta na tych zmianach, ponieważ przedsiębiorcy będą szukali innych, korzystniejszych form opodatkowania przez zmiany organizacyjne w firmach.

Jako rzecznik występuje pan w interesie ogromnej rzeczy Polaków.

Sektor MŚP to 2,5 mln firm, z czego ponad 2 mln stanowią mikrofirmy. Definicja MŚP dotyczy firm zatrudniających do 250 pracowników. Trzeba jednak pamiętać, że działania rzecznika w dziedzinie legislacyjnej dotyczą wszystkich podmiotów, a nie tylko MŚP. Na spotkania rad konsultacyjnych, które mamy we wszystkich województwach, zapraszam zarówno przedstawicieli sektora MŚP, jak i dużych spółek, które dysponują cenną wiedzą i doświadczeniem w wielu dziedzinach. Organizujemy spotkania z dyrektorami izb skarbowych, żeby skrócić dystans między przedsiębiorstwami i urzędami. W tej dziedzinie obserwujemy pozytywne zmiany. Administracja skarbowa wprowadza wiele zmian ułatwiających podatnikom życie. Wkrótce potrzebne dokumenty, jak np. zaświadczenie o niezaleganiu w podatkach, będzie można załatwić w dowolnym urzędzie na terenie całego kraju lub przez internet.

Podkreślał pan wielokrotnie, że polityczne antagonizmy nie powinny się przekładać na gospodarkę.

Niezależnie do zapatrywań mamy przecież podobne cele. Chcemy, żeby polska gospodarka była silna i nowoczesna. Bieżąca polityka nie powinna mieć na nią wpływu. Rozumiał to znakomicie, pochodzący z lewicowej formacji, Mieczysław Wilczek, który pod koniec lat 80. głośno mówił, że jedyną szansą dla naszego kraju jest wolny rynek. Gdyby w 1989 roku nie przeforsował swojej ustawy, dziś bylibyśmy w znacznie gorszej sytuacji. Moje pokolenie weszło w kapitalizm podobnie jak bohaterowie „Ziemi obiecanej”. Wszyscy zaczynaliśmy od zera, wolność gospodarcza dała silną podbudowę tego, czym dysponujemy dzisiaj. Właśnie dlatego występujemy z inicjatywą budowy pomnika upamiętniającego pionierów transformacji gospodarczej w Polsce , który ma uhonorować ludzi, którzy – tak jak np. Stefan Kisielewski i Mirosław Dzielski czy Mieczysław Wilczek – walczyli o wolność gospodarczą.

Co lubi Adam Abramowicz?

Wypoczynek – „Na działce nad jeziorem Białym na Lubelszczyźnie. Podczas wakacji chętnie spędzam tydzień lub dwa w Chorwacji.”

Kuchnia – polska

Sport – „Bardzo lubię pływać, regularnie, kilka razy w tygodniu chodzę na basen. Dziesięć lat temu odkryłem jak wiele dla zdrowia daje sauna. Przestałem chorować na grypę.”

Hobby – „Nie ma lepszego lekarstwa na stres niż rock z lat 70. i 80. – Pink Floyd lub U2. Jestem też otwarty na nowe trendy, mam pięcioro dzieci i czasem to one mnie inspirują w dziedzinie muzyki.”

Na straży etyki i zasad Hipokratesa

Prof. dr hab. n. med. Paweł Piątkiewicz, wybitny diabetolog, a zarazem prezes Naczelnej Rady Łowieckiej Polskiego Związku Łowieckiego, o swojej pracy w szpitalu na Stadionie Narodowym, karierze zawodowej i zaangażowaniu w sprawy środowiska łowieckiego

Zanim pojawiły się szczepionki, a koronawirus mógł zaatakować każdego, podjął pan odważną decyzję angażując się w pracę szpitala na Stadionie Narodowym.

W grudniu ubiegłego roku zostałem tam koordynatorem klinicznym. Pracowałem do maja, a teraz znów dostałem powołanie na to samo stanowisko. 19 listopada – pojutrze – szpital znów się otwiera. Będziemy prowadzili szkolenia dla lekarzy i personelu pomocniczego. Pierwsi pacjenci z covidem mają zostać przyjęci 25 listopada. Jest to bardzo specyficzna jednostka, ponieważ wbrew temu, co opinia publiczna czasami słyszała, przebywali tam zarówno pacjenci o lżejszym, jak i najcięższym przebiegu choroby. Funkcjonuje tam duży sektor respiratoroterapii. Moje zadanie polega na nadzorze merytorycznym działalności internistycznej, zgodnej z kanonami leczenia covidu. Nie jest to proste, ponieważ pacjenci często wymagają bardzo różnych procedur terapeutycznych.

Z jakim zespołem pan pracuje na stadionie?

Są to głównie młodzi lekarze, często będący jeszcze na stażu lub w trakcie specjalizacji. Jestem pełen podziwu dla nich, ponieważ to bardzo trudna praca. Proszę pamiętać, że w początkowym okresie, kiedy zgłaszaliśmy się na stadion, mieliśmy świadomość, że wirus może zaatakować każdego z nas. Szpitalem zarządza trzech koordynatorów, ja jestem odpowiedzialny za jakość obsługi medycznej. Drugi z koordynatorów nadzoruje dużą grupę anastezjologów obsługujących respiratory, a trzeci to dyrektor administracyjny. Nasze centrum dowodzenia przypomina trochę kontrolę lotów – na monitorach pojawiają się informacje z całej Polski. Kiedy szpital powstawał, pandemiczna fala narastała, koledzy odbierali setki telefonów o kolejnych zachorowaniach. Wąskim gardłem systemu była konieczność badania tomograficznego w szpitalu na Wołoskiej, ponieważ nie dysponowaliśmy własnym urządzeniem. A jest to podstawowe badanie, które pozwala nam zobaczyć, jak wyglądają płuca.

Jak wyglądała praca na stadionie w okresie szczególnego natężenia covidu?

Podjęło tam pracę wielu młodych ludzi, którzy byli wspaniale zmotywowani. Przyjeżdżali z całego kraju. Kiedy pojawiła się największa, trzecia fala, wszyscy byliśmy już zmęczeni. Przypomnę, że szczyt – 35 tys. zachorowań jednego dnia – miał miejsce 1 kwietnia. Niestety, prognozy świadczą o tym, że to jeszcze nie był najwyższy wskaźnik i najgorsze chwile czekają nas w grudniu. Zupełnie inaczej pracowało się początkowo z 70-80 pacjentami, z ponad 300 w późniejszym okresie. Nasza praca na stadionie wygląda następująco: szpital jest podzielony na dwie strefy – zieloną i czerwoną. W pierwszej lekarze pracują przy komputerach. Przed wejściem do strefy czerwonej zakładają szczelne kombinezony, w których pracują jednorazowo przez 3 godziny. Dłużej naprawdę nie da się wytrzymać. Maksymalny czas dyżuru to 12 godzin. W tych trudnych warunkach zebraliśmy mnóstwo danych, które chcemy wykorzystać pod kątem naukowym. Hospitalizowaliśmy łącznie 1900 pacjentów. Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego niektórzy z nich, nawet najmłodsi i w doskonałej kondycji fizycznej, nie są w stanie przetrwać ataku wirusa. To jednostka chorobowa, która u podatnych osób rozwija się bardzo szybko i jest wyjątkowo zjadliwa. Uważam, że jest to jakaś hybryda, która w pewnych okolicznościach wymyka się poza granice naszej wiedzy. Myślę, że powolutku nasza cywilizacja poradzi sobie z tą epidemią. Mamy coraz lepsze, skuteczniejsze leki. Co szczególnie ważne, mamy sprawdzone szczepionki. Kolejna fala zakażeń, która nam zagraża, pewnie będzie więc mniej agresywna.

Co myśli pan o antyszczepionkowcach?

Nie rozumiem ludzi, którzy się nie zaszczepili. Tym bardziej, że zwykle są zaszczepieni na inne jednostki chorobowe. Jestem w stanie przyjąć, że mamy 5 proc. przekonanych, ideowych antyszczepionkowców, ale dziś problem dotyczy 50 proc. społeczeństwa. Są gminy, gdzie zaszczepionych jest około 20 proc. Jestem w stanie zrozumieć wspomniane wcześniej 5 proc. – podobnie jak ludzi, którzy nie jedzą mięsa, ryb, nabiału – ale skala 50 proc. jest niepojęta. Dziwi mnie skala tego problemu.

W niektórych krajach wprowadzono częściowy lockdown dla niezaszczepionych. Czy uważa pan, że Polska powinna pójść tą drogą?

Myślę, że tego rodzaju pełny lockdown nie ma sensu, ale powinniśmy wprowadzić ograniczenia np. na imprezach masowych. Niezaszczepiony wybierając się do kina, teatru, czy na koncert niepotrzebnie naraża innych ludzi. Prawdziwy problem stanowi masowa komunikacja. Jak sprawdzić, który z pasażerów jest niezaszczepiony? A w dodatku spotka się to z olbrzymim protestem. Łatwiej by było wprowadzić radykalne środki, gdyby skala problemu sięgała maksymalnie 20 proc. Polaków, ale to przecież prawie połowa naszego społeczeństwa. Największy odsetek niezaszczepionych występuje w woj. lubelskim, podkarpackim i w Małopolsce.

Proszę, cofnijmy się w czasie, by opowiedzieć o pańskiej karierze zawodowej.

Po ukończeniu warszawskiej Akademii Medycznej poszedłem na staż do Szpitala Bródnowskiego, gdzie przepracowałem 20 lat. Przeszedłem wszystkie szczeble kariery zawodowej: byłem młodszym asystentem, potem asystentem, starszym asystentem, adiunktem, docentem, profesorem uczelnianym. Szczególne znaczenie ma dla mnie tytuł profesora belwederskiego, który otrzymałem mając 41 lat. Moja pierwsza specjalizacja dotyczyła chorób wewnętrznych, a druga diabetologii, którą zainspirował mnie mój doktorat, jaki uzyskałem z wyróżnieniem w 2003 roku. Potem była habilitacja dotycząca współwystępowania cukrzycy z nowotworem jelita grubego, które to choroby dotykają wielu diabetyków. Była to praca, która miała bezpośrednie przełożenie na praktykę medyczną. Dzięki niej udało się przeforsować istotną zmianę w systemie badań – pacjentom z cukrzycą typu drugiego wykonuje się kolonoskopię raz na trzy lata, podczas gdy poprzednio robiono to co pięć lat. Niestety, wielu pacjentów w ogóle z tego nie korzysta. Cóż, nasze zalecenia zaleceniami, a pacjenci robią swoje…

Pan nie tylko leczy, ale też wykłada.

Oczywiście, od 2000 roku pracuję na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Prowadzę tam zajęcia z grupami studentów polskich i anglojęzycznych, stażystami, specjalizującymi się lekarzami, doktorantami, itd. Natomiast od 2019 roku również pracuję na Uniwersytecie kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, gdzie ruszył Wydział Medyczny. Początkowo zdecydowałem się na pół etatu. Obecnie już jestem tam na pełnym etacie profesorskim, angażuję się w prace Rady Nauki i oczywiście Rady Wydziału. Najstarsi studenci medycyny są już na trzecim roku, więc w przyszłym roku zaczynają zajęcia kliniczne. A to oznacza, że musimy stworzyć bazę kliniczną.

W jakim stopniu może się pan poświęcić pracy czysto lekarskiej?

Zdecydowałem się zrezygnować ze Szpitala Bródnowskiego, gdzie wcześniej byłem koordynatorem klinicznym Zespołu Oddziałów Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Endokrynologii oraz kierownikiem kliniki WUM. W 2019 roku stworzyłem Centrum Diabetologii Klinicznej w Konstancinie, gdzie obowiązują najwyższe możliwe standardy, pacjenci z cukrzycą mają ciągły monitoring glikemii.

Na czym polega specyfika zarządzania w służbie zdrowia?

Będąc kierownikiem i koordynatorem w szpitalu na Bródnie zarządzałem ponad 100 osobami, z czego lekarze stanowili 25 proc. Przejąłem tę klinikę jako świeżo upieczony docent, ponad połowę zespołu stanowiły osoby starsze ode mnie. Byli wśród nich koledzy, którzy pamiętali mnie jako młodego lekarza z okresu odbywania stażu specjalizacyjnego. Nie było to łatwe, ale dałem sobie radę głównie dlatego, że udało mi się stworzyć sensowny system motywacyjny. Ale to nie wszystko, uważam, że każdy manager musi mieć w życiu cel. Moim celem było uzyskanie tytułu profesora belwederskiego, co dla lekarza stanowi zwieńczenie pracy zarówno zawodowej, jak i naukowej. Były z tym związane działania ważne nie tylko dla mnie. Żeby otrzymać tytuł profesora, trzeba mieć niemałą liczbę swoich specjalizantów, którzy uzyskali stopień doktora. W moim zespole jest również docent, który zrobił u mnie habilitację.

Służba zdrowia to w naszym kraju „dyżurny chłopiec do bicia”.

Dzieje się tak nie bez powodu. Przez wiele lat nawarstwiło się sporo błędów. Za najpoważniejszy uważam przejście na wąskie specjalizacje i zgodę na to, by szpitale zamknęły się na tych najtrudniejszych pacjentów. To wielka bolączka. Wiele szpitali, odmawia przyjęcia pacjentów internistyczno-geriatrycznych, mówiąc np.: my zajmujemy się kardiologią. Właśnie kardiologia kilkanaście lat temu dostała olbrzymi zastrzyk finansowy, a jej procedury zostały wysoko wycenione. Dotychczasowi interniści przerzucili się na inne specjalizacje, a prawdziwa interna została sama sobie… Jako manager musiałem zmierzyć się z tym problemem. Szpitale z konieczności zaczęły zatrudniać personel o nie zawsze najwyższych kwalifikacjach. A to z kolei zaowocowało licznymi skargami i procesami. W związku z tym wiele razy udzielałem wyjaśnień w prokuraturze i sądach. Co z tego, że skargi w większości przypadków były bezzasadne. Zdarza się, że na izbę przyjęć trafia pacjent, który ma rozsiany proces nowotworowy i w ciągu doby umiera, a rodzina skarży szpital. Prokurator prowadzi postępowanie, które ma wyjaśnić, dlaczego pacjent zmarł. Choć sprawa jest ewidentna i nie ma w tym żadnej winy szpitala, to jednak właśnie w taki sposób kształtuje się zły PR.

Wspomniał pan o brakach kadrowych.

To bardzo poważny problem. Specjaliści nierzadko poprzenosili się do ośrodków, które lepiej płaciły. Przyjmuję pacjentów w wielu miejscach – prywatnie, ale też i na fundusz. Tam, gdzie nie trzeba płacić, tworzą się ogromne kolejki. Z konieczności przyjmuję nawet 32 pacjentów w ciągu jednego popołudnia.

Pańskie zaangażowanie w dziedzinie służby zdrowia zostało docenione.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało nieskromnie, ale wśród wyróżnień, jakimi mnie uhonorowano, są dwa, które dla mnie bardzo dużo znaczą: Medal Komisji Edukacji Narodowej, za moją pracę akademicką, a także Medal Zasłużony w Służbie Zdrowia.

Panie profesorze, rozmawiamy w siedzibie Naczelnej Rady Łowieckiej, nad stołem wisi skóra łosia, a ściany zdobią poroża. Nie sposób nie zapytać: jak pan znalazł się w tym miejscu?

Często jestem pytany, czy łowiectwo to moje hobby. Tymczasem to, co nazywamy łowiectwem, stanowi synonim ciężkiej pracy na rzecz wspierania bioróżnorodności, ochrony środowiska i zabezpieczania rolników przed różnego rodzaju szkodami. Jesteśmy poddawani ciągłej krytyce, zrzuca się na nas obowiązki wynikające z ustawy o zwalczaniu afrykańskiego pomoru świń. Byłbym więc ostatnim w kraju człowiekiem, który by powiedział, że łowiectwo to moje hobby. Owszem, kiedyś to było moje hobby, ale w tej chwili to ciężka praca, walka, tłumaczenie, wyjaśnianie dziesiątkom ludzi, redaktorom, posłom, senatorom, ludziom ze świata kultury i celebrytom – na czym naprawdę polega łowiectwo. Naprawdę nie jest to już żadna pasja, tylko ciężka praca. Narzucono nam obowiązki sprawozdawczości, sanitarne, epidemiczne. Jeżeli, przykładowo, pozyska pan dzika, musi pan go zabezpieczyć, zabrać w całości, zawieźć go do chłodni, następnie podzielić, pakując różne części do odpowiednich worków. Na tym jednak nie koniec – musi pan zawiadomić weterynarię, wypełnić dziesiątki papierów, potem być w łączności z weterynarią, czy wszystko zostało zrobione…

Jak to się stało, że zainteresował się pan łowiectwem?

Myśliwym był mój śp. dziadek, prof. Wiesław Barwicz, profesor elektroniki na Politechnice Wrocławskiej. Mówiąc o swoim pochodzeniu przytaczał dowcip: „Spotyka się dwóch panów. Jeden pyta: Skąd jesteś? Z Wrocławia. A, ja też ze Lwowa”. Dziadek kiedyś zaproponował mi wspólny wyjazd na polowanie. I tak się to zaczęło. Kiedy osiągnąłem pełnoletność, dziadek zaproponował: bierzemy cię na staż do naszego koła łowieckiego. Mając 18 lat odebrałem stosowne uprawnienia. Poluję już od 30 lat, jako członek Polskiego Związku Łowieckiego. Po jakimś czasie dojrzałem do tego, by założyć koło skupiające ludzi, którzy myślą i działają podobnie, jak ja. Jako prezes tego koła zostałem wybrany na Zjazd Delegatów Okręgu. A tam z kolei wybrano mnie na Zjazd Krajowy. Później otrzymałem propozycję, by zostać członkiem Naczelnej Rady Łowieckiej. Po niecałym roku działalności Naczelna Rada Łowiecka zaproponowała mi funkcję prezesa.

Podobno myśliwi to zgrane i wspierające się środowisko.

Nie zawsze się tak dzieje, w niektórych kołach – jak to w życiu – dochodzi do konfliktów. Nie akceptuję takich działań. Koło łowieckie powinna tworzyć grupa ludzi, która po prostu chce ze sobą współpracować. Nie rozumiem myśliwych, którzy między sobą wojują.

Złośliwi twierdzą, że w naszym kraju zostały dwa relikty sprzed 1989 roku – PZŁ i PZPN.

Zupełnie się z tym nie zgadzam. Polski model łowiectwa, choć atakowany z różnych stron, jest jednym z najlepszych na świecie. Opiera się na 3 filarach, z których zrezygnowały nasze kraje ościenne. Takiego modelu w Europie już nie ma. Pierwszy filar, najważniejszy, oznacza, że zwierzyna jest własnością Skarbu Państwa. W innych krajach funkcjonuje to tak: zwierzyna, która pojawia się na ziemi prywatnego właściciela, jest jego i może zrobić z nią co chce. Drugi filar stanowi zasada, że obwód łowiecki nie może być mniejszy niż 3 tys. ha. Dlaczego? Daje nam to możliwość prowadzenia gospodarki łowieckiej. Wyobraźmy sobie małe obwody po 100-300 ha, na których granicach siedzą myśliwi, polują jak chcą i patrzą na siebie ze złością czekając na zwierzynę. Takie obwody są w Czechach i system ten zupełnie się nie sprawdził. Był u mnie ostatnio czeski łowczy i prosił, byśmy otworzyli im możliwość zapisywania się do PZŁ. Trzeci z filarów określa strukturę organizacyjną: jest tylko jedna organizacja, która skupia i nadzoruje myśliwych i wydaje im zezwolenia. Taki właśnie system znakomicie się sprawdza, choć oczywiście nie brakuje mu przeciwników.

Na czym koncentrują się obecnie działania PZL?

Na walce z afrykańskim pomorem świń i organizacją wypłat odszkodowań dla rolników za szkody spowodowane przez zwierzynę.

Czym dla pana jest polowanie?

Jest to przede wszystkim przyjemność obcowania z naturą, ale też kontakt ze wspaniałymi ludźmi. Dla mnie przyroda stanowi najważniejszy uniwersytet. Można wiele książek przeczytać, ale trzeba pojechać do lasu, żeby zobaczyć, jak to wszystko współgra, zrozumieć harmonię świata. Znam wielu fantastycznych myśliwych, którzy są szlachetnymi ludźmi zaangażowanymi w ochronę przyrody. Wbrew temu, co się mówi, każdy myśliwy jest prawdziwym ekologiem. Nie chcę nikogo obrażać, ale trochę śmieszą mnie obrońcy przyrody, którzy robią show przywiązując się do drzewa lub koparki, przy okazji licząc na wsparcie finansowe. Znamienny jest przykład kanadyjskiego obrońcy grizli. Kręcił o nich filmy, ale chyba za mało o nich wiedział, bo skończyło się tragicznie – niedźwiedź go rozszarpał i zjadł. Najwyższy czas, by skończyć z bambinizacją, polegającą na czułych opowieściach o miłych i niegroźnych zwierzątkach, którym źli ludzie mogą zrobić krzywdę. Drugi problem stanowi humanizacja zwierząt połączona z dehumanizacją człowieka. Pokazuję tu podstawy światopoglądowe, z którymi się nie zgadzam, ponieważ uważam, że trzeba mówić prawdę, a nie to, co w danej chwili jest modne i dobrze widziane. Ludzie na ogół nie wiedzą wiele o świecie zwierząt, więc łatwo wierzą w nieprawdziwe stereotypy. Chcąc nie chcąc zarówno w kręgu medycznym, jak i w łowieckim próbuję – żartobliwie mówiąc – „nieść oświaty kaganek”.

Co lubi prof. Paweł Piątkiewicz?

Hobby – „Piłka nożna. Kiedyś bardzo aktywnie grałem w piłkę, jako student w Warszawskiej Lidze Szóstek. Niestety, miałem kontuzję i musiałem się wycofać z aktywnego uprawiania tej dyscypliny. Od dziecka kibicuję Legii Warszawa, choć w ostatnich tygodniach, ze względu na słabą kondycję drużyny, oglądanie meczy jest dla mnie przykrym doświadczeniem. Denerwuje mnie to w takim stopniu, że po kilku minutach przed telewizorem zabieram psa na spacer.”

Wypoczynek – „Najchętniej spędzam wakacje w Borach Tucholskich. Zimą jeżdżę na nartach w naszych polskich górach.”

Kuchnia – włoska

Restauracja – Chianti na ul. Foksal w Warszawie

Gadgety – „Mam kilkanaście jednostek broni. Strzelam głównie z karabinu Blaser R8 Professional Success. W dziedzinie broni śrutowej cenię starą niemiecką firmę Merkel.”

Zegarki – „Moja ulubiona firma to Rolex.”

Samochód – Audi A8

Etiopia, czyli kraj brunatnych twarzy

Najwcześniejsze wzmianki o starożytnej Aethiopii pochodzą z Iliady i Odesei Homera. Mianem tym określano wówczas obszary górnego Nilu i Rogu Afryki. Samo słowo pochodzi od greckiego słowa Αἰθιοπία (Aithiopia) i można go rozumieć jako brunatne twarze. I właśnie z brunatnymi, fascynującymi twarzami kojarzy mi się Etiopia. Nie z ubóstwem, głodem czy wojną domową, ale właśnie z niezwykłymi ludźmi, ich twarzami i spojrzeniami

Tekst i zdjęcia: Adam Maciejewski

Powszechnie Etiopia przywodzi jednak na myśl przede wszystkim biedę. Faktycznie, PKB na osobę wynosi w Etiopii ok. 600 dolarów, czyli jest na poziomie ok. 3 proc. analogicznego wskaźnika w Polsce i 0,7 proc. w Norwegii. Jest to też jeden z najniższych poziomów PKB per capita wśród państw afrykańskich. Ale to równocześnie jedno z najszybciej rozwijających się w Afryce. Kilka wizyt w tym fascynującym kraju nie pozostawiło w moich wspomnieniach wrażenia ubóstwa ani głodu. W pamięci pozostały obrazy przyjaznych i uśmiechniętych ludzi, wspaniałych kościołów, dzikiej przyrody i licznych inwestycji będących symptomem szybko rozwijającej się gospodarki, choć rozwój ten jest szczególny, bowiem oparty na idei tzw. kapitalizmu państwowego.

Wspomniane brunatne twarze mieszkańców Etiopii są bardzo różne, tak jak różne są plemiona zamieszkujące ten obszar, jak różne są ich wierzenia i jak zróżnicowana jest natura tego kraju. Zwykle są to twarze młode, bowiem Etiopia to kraj ludzi bardzo młodych. Średnia wieku oscyluje wokół 19 lat. Dla porównania, w Polsce już około 41 lat. Ale piękno tych twarzy nie jest domeną tylko młodości. Twarze osób starszych są również fascynujące. Szkoda tylko, że burzliwa historia tego kraju ponownie wraca i niszczy delikatną równowagę, jaka tam ostatnio panowała. Jeśli szczęśliwie pośród zalewu niezwykle ważnych informacji o barwnym życiu polskich celebrytów i niekończącym się potoku analiz sytuacji epidemicznej uda się nam wychwycić wieści z tego jednego z najstarszych krajów chrześcijańskich świata, to zauważymy, że na tych twarzach oprócz naturalnego tam kurzu, często pojawiają się teraz łzy i krew.

Mieszkańcy Etiopii to głównie chrześcijanie (przede wszystkim wyznawcy Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego i w mniejszym stopniu protestanci) oraz muzułmanie. Znajdziemy też wyznawców wielu odmian animizmu, a nawet sporą społeczność tzw. Czarnych Żydów. Od strony etnicznej największe grupy to Oromowie (wyznają głównie islam i zamieszkują południe kraju) i Amharowie (tworzą etiopski kościół prawosławny i zamieszkują centralne wyżyny Etiopii, od setek lat pozostają u sterów lokalnej władzy). Sporo mniej jest Tigrajczyków (tego samego wyznania co Amharowie, zamieszkują północną część kraju/pogranicze z Erytreą). Tigrajczycy, mimo stosunkowo niewielkiej liczebności, odgrywali przez ostanie lata kluczową rolę w zarządzaniu krajem, tworząc, a w zasadzie dominując niełatwą koalicję z Amharami i Oromami. Dzisiaj trwa jednak krwawa wojna domowa pomiędzy koalicyjnym rządem a zbuntowanymi Tigrajczykami, którzy próbują zawrzeć sojusz z ludami Oromo. Są też liczne inne grupy etniczne (Somalijczycy, Sidama, Gurage, Wolaytta, Hadiya, Afarowie, Gamo, Gedeo, Silte, Kaficho…), ale nie odgrywają tak wielkiego znaczenia, jak te wcześniej wymienione.

Najbarwniejsze dla nas, podróżników, są jednak ludy zamieszkujące Dolinę Omo na pograniczu z Kenią i Sudanem. Na mnie największe wrażenie zrobili członkowie plemienia Karo – ich tatuaże, fantazyjne i kolorowe malunki pokrywające ciała oraz niezwykłej urody ozdoby głowy z kwiatów i piór to świat jakby z bajki lub egzotycznej opery. Niestety jest to plemię bardzo nieliczne i zagrożone wyginięciem. Bardzo ciekawi są słynący z agresji i dziwnego zwyczaju kaleczenia kobiecych ust i uszu Mursi. Gliniane talerzyki w zdeformowanych ustach kobiet to ich znak szczególny. Hamerowie słyną z pięknych i dumnych kobiet. Wyróżniają je szczególne fryzury, ubrania ze skóry oraz niespotykane ozdoby na szyi i nogach. Może kiedyś wrócimy do ich znaczenia. Hamerowie znani są też z oryginalnego obyczaju – skoków przez byki wykonywanych przez młodych mężczyzn w ramach zabiegania o wymarzoną wybrankę. Ogromne wrażenie robi również koczowniczy lud Dassanech zamieszkujący północne brzegi jeziora Turkana, gdzie nocując w wiosce pośród setek wydających niemal diabelskie dźwięki kóz miałem okazję zobaczyć niesamowite, odbywające się tylko przy świetle księżyca, tańce skąpo ubranych, młodych dziewcząt.

Co ciekawe, w tym pełnym bydła, kóz i kurzu kraju na czele rządu stoi świetnie wykształcony laureat pokojowej nagrody Nobla z roku 2019 (przyznanej za zawarcie pokoju z Erytreą), wywodzący się z ludu Oromo, zielonoświątkowiec Abiy Ahmed Ali. Mimo jego wysiłków, sytuacja polityczna w kraju jest niezwykle trudna i dynamiczna, co niestety nie ułatwia teraz planowania podróży do tego zakątka Afryki. Zakątka niezwykłego, ale pogrążającego się ponownie w chaosie.

Myślę, że do opowieści o Etiopii jeszcze wrócimy, a tymczasem pozostaję z podróżniczym pozdrowieniem.

Mika Urbaniak – Muzyka blisko serca

Mika Urbaniak Znakomita wokalistka, nagrała 4 płyty, występowała z takimi artystami, jak Lenny White, Tom Browne, Al McDowell, Richard Bona i Hiram Bullock. Koncertowała też z Quincym Jonesem i jego Big Bandem. W Polsce współpracowała m.in. z Bebel Gilberto, Andrzejem Smolikiem i Liroyem. Victor Davies Jego album „Hoxton Popstars” był numerem jeden w Japonii. Jest znany jako muzyk i malarz, współpracował z wieloma znanymi artystami, jak m.in. Quincy Jones, Richard Bona, Roy Hargrove, Louie Vega, Smolik, Maryla Rodowicz, Marysia Sadowska, Skubas, Urszula Dudziak.

Wybitna wokalistka Mika Urbaniak opowiada o swojej karierze artystycznej, rynku muzycznym i zmianach, jakie wprowadził na nim internet

Bardzo wcześnie zaczęła pani karierę artystyczną.

Pierwszy utwór napisałam mając 12 lat, zarówno muzykę, jak i tekst.

Rzec można: noblesse oblige. Jako córka Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka nie mogła pani chyba wybrać innej drogi.

W moim przypadku było to bardzo naturalne. Mam wrażenie, że muzyka mnie przyciągała, zawsze śpiewałam i tańczyłam, a rodzice mnie wspierali.

Kariera muzyczna to jednak nie tylko to, co widzimy w mediach i na koncertach. Jest to również biznes i do tego niełatwy.

Rzeczywiście, w ostatnich latach wiele się zmieniło na niekorzyść, przede wszystkim dlatego, że płyty przestały się sprzedawać. Stały się one czymś w rodzaju wizytówek występów na żywo. Niektórzy artyści trafiają na top nie dzięki talentowi, ale ogromnym sumom, które są angażowane w ich promocję. Nie mogę jedna narzekać. Żyję z muzyki od ponad dwudziestu lat. Lockdown spowodował, że skurczyła się liczba koncertów, ale dla mnie był to czas twórczy – pod wpływem mojego artystycznego i życiowego partnera Victora Daviesa zajęłam się malarstwem. Bywa, że występuję w roli jego agentki, pomagając mu organizować kolejne wystawy.

Kiedy zaczęła pani zarabiać dzięki sztuce?

Kiedy miałam 14 lat zostałam zaproszona do nagrania płyty z Liroyem i otrzymałam moją pierwszą wypłatę. Żyję z muzyki od czasu, gdy ukończyłam 19 lat. Kilka razy pojawiłam się na płytach Andrzeja Smolika, dużo wspólnie koncertowaliśmy. Grałam też wspólnie z rodzicami. Potem zaczęłam wydawać swoje płyty, trzy solowe, jedną wspólnie z Victorem. Obecnie szykuję kolejną, ponownie solową.

Zapewne ma pani agenta, a jeśli tak, to gdzie – w Polsce, Anglii, czy też USA?

Jest to Arleta Olendrowicz, która odpowiada za organizację koncertów. Najnowszą płytę zamierzamy wydać sami z Victorem, korzystając tylko z firmy dystrybucyjnej.

Czy internet pomaga artystom?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, Pomaga, ponieważ twórca może być niezależny od wielkich wytwórni. Ale też internet krzywdzi – pomimo wielu wyświetleń trudno zarobić na życie. Nawet mając milion odsłon artysta zyskuje naprawdę niewiele. Obecnie rozsądne zyski przynoszą wyłącznie koncerty.

Postawiła pan na jazz, który ma jednak ograniczoną liczbę odbiorców. Czy mając tak znakomite warunki wokalne nie miała pani ochoty, by zaprezentować się szerokiej publiczności jako gwiazda muzyki popowej?

Muzyka, którą tworzę, musi być blisko mojego serca. Mój najnowszy projekt będzie inny niż wszystko, co robiłam dotychczas. Na płycie pojawi się dużo rapu. Pierwsze utwory będzie można usłyszeć już wiosną. Nigdy nie planowałam, by zaskoczyć świat czymś niezwykłym, ale jeśli tak się wydarzy, będę bardzo zadowolona.

Mając taką skalę i barwę głosu mogłaby pani pojawić się na scenie operowej…

Nigdy tego nie próbowałam i na razie nie zamierzam. Mój jedyny kontakt z tego rodzaju muzyką polegał na graniu utworów klasycznych na fortepianie. Za to czuję czarną muzykę, na której wychowałam się mieszkając w Nowym Jorku. Moimi idolami byli wtedy Ray Charles i Ella Fitzgerald.

A kto jest nim dziś?

 

Z artystów współczesnych największe wrażenie zrobiła na mnie Amy Winehouse.

Jakie ma pani plany na przyszłość?

Niecierpliwie czekam na ukończenie mojej autobiografii w formie wywiadu-rzeki, którego współautorką jest Magdalena Adaszewska. Książka ukaże się w przyszłym roku w wydawnictwie Znak Literanova.

Co lubi Mika Urbaniak?

Wypoczynek – Wyspy Kanaryjskie, wkrótce wybiera się na Teneryfę

Kuchnia – „Hinduska, uwielbiam niezwykłe przyprawy. Będąc w Warszawie często zaglądam do restauracji Guru przy ul. Widok, z kolei w Londynie często odwiedzam azjatycki Fusion Bar.”

Hobby – „Malarstwo, które może jednak przekształcić się w mój drugi zawód. Bardzo lubię chodzić z ojcem na basen, gdzie rozmawiamy o muzyce. Sporo czytam, zwykle książki poświęcone samokształceniu i thrillery”

O tym zapomina polski biznes

Katarzyna Jarczewska – Partnerka i współwłaścicielka założonej w 1997 roku agencji reklamowej i PR, Media Forum. Ekspert ds. komunikacji, public relations, zarządzania sytuacjami kryzysowymi oraz strategii marketingowych przedsiębiorstw.

Krajowi przedsiębiorcy nadal muszą się wiele nauczyć w aspekcie komunikowania własnej działalności – to akurat truizm, ale czy świadomość korzystania z m.in. usług agencji PR jest w ogóle na zadowalającym poziomie? Obawiamy się, że nie. Czy oznacza to, iż należy przekreślić dotychczasowe starania polskiego biznesu w kontekście kreowania własnej marki? Również nie! Choć przed nami jeszcze długa droga, najlepsi uczestnicy rynku już teraz mogą nadrobić kilka lat zaległości. O szansach krajowych przedsiębiorców rozmawialiśmy z Katarzyną Jarczewską, współzałożycielką agencji Media Forum.

Mówi się, że najlepszą inwestycją jest inwestycja w siebie. Czym na dobrą sprawę jest inwestowanie we własną działalność?

Definicji jest przynajmniej kilkanaście, choć i bez podręcznika do zarządzania intuicyjnie można stwierdzić, że tego typu inicjatywy mają na celu usprawnienie prac przedsiębiorstwa oraz pewien zwrot kosztów. Owy “zwrot” z kolei można rozumieć bardzo szeroko – od faktycznego powrotu pomnożonego kapitału na konto, poprzez znaczne wyprzedzenie konkurencji, a kończąc na otwarciu całkowicie nowego rozdziału w historii firmy. Szczególnie ten ostatni przykład ma wyjątkowo wymierne przełożenie w przypadku inwestycji w działania komunikacyjne.

Te z kolei mają paradoksalnie niekoniecznie dobry PR.

Na rynku mamy do czynienia ze znaczną liczbą podmiotów zajmujących się działaniami komunikacyjnymi, a więc już samo nasycenie jest przyczynkiem do walki cenowej, a co za tym idzie – jakościowej.

To prowadzi do dużych nadużyć.

Jako Media Forum głośno sprzeciwiamy się takim praktykom. Słyszy się, że PR jest niewystarczający w budowaniu marki, jednak nie zauważa się wszystkich składowych procesu budowania świadomości marki. Przez ponad 24 lata dokładamy wszelkich starań, aby nasze projekty spełniały najwyższe standardy – nie tylko krajowe, ale porównywalne do tych zachodnich. To był i nadal jest nasz cel.

Przez ponad dwie dekady nie pomyślała Pani “a może warto pójść tak jak inni – na skróty”?

Z całą stanowczością mogę zadeklarować, że nie. Nasza praca jest ogromną wartością dodaną nie tylko dla nas, ale także dla naszych klientów i partnerów. Najprawdopodobniej w tym leży klucz do “długowieczności” na rynku – w etyce pracy.

Czy zdarzali się Wam klienci, którzy przychodzili z już wyrobioną (negatywną) opinią na temat agencji PR?

Oczywiście, że tak, ale wszystkie te przypadki kończyły się naprawdę owocną współpracą. Takie przypadki to najbardziej znamienne momenty dla nas, przedsiębiorców z branży PR.

 Jak więc działacie? Na czym opiera się Wasz sukces?

Media Forum to przede wszystkim zespół doświadczonych ekspertów, który działa transparentnie i zgodnie ze wszelkimi standardami branży. Te dwa czynniki faktycznie przekładają się na obraz naszej agencji, jako przykładu działań etycznych, a zarazem skutecznych i uczciwych na poziomie relacji biznesowych. Nasi klienci nie mają powodów do zwątpienia w kontekście relacji dwustronnych.

Media Forum to miejsce dla biznesu, który ceni sobie transparentne warunki współpracy?

Oczywiście.  Jak już wspomniałam PR i budowanie komunikacji marki to pewien proces, na który wpływa wiele czynników. Zaufanie klientów to także pewien proces. Ten zaś przez ponad 24 lata uważam, że realizujemy zarówno transparentnie jak i uczciwie.  Nasze działania przewidziane są na dłuższy horyzont czasowy, ale także efekty utrzymują się przez kilka, jak nie kilkanaście miesięcy.

W odróżnieniu od tzw. SEM, czyli marketingu internetowego.

Nie należy porównywać działań public relations z m.in. reklamami na social mediach, ponieważ oba obszary mają całkowicie inny profil oraz cel. Faktem jest, że PR “utrzymuje się na powierzchni” o wiele dłużej, dlatego też biznes powinien dynamicznie inwestować właśnie w ten aspekt działań komunikacyjnych.

 Czy to oznacza, że marketing internetowy także leży w kompetencjach Media Forum?

Zgadza się. W naszej ofercie oprócz media relations, zarządzania kryzysowego, czy employer brandingu jest także SEO i SEM. Filozofia Media Forum obejmuje kilka aspektów. Trzymamy się holistycznego podejścia do kreowania marki w internecie. Nasz zespół współtworzą osoby, które mają na swoim koncie naprawdę znaczące osiągnięcia w kontekście pozycjonowania witryn internetowych, a także zarządzania reklamą. Te doświadczenia przekuwamy w kolejne projekty, które przynoszą wymierne efekty dla naszych klientów.

Oczywiście całokształt Waszej oferty brzmi bardzo obiecująco. Czy w dobie covid biznes inwestuje w budowanie marki?

Zacznijmy od powszechnie znanego faktu – część firm rezygnowała z planowanych inwestycji. Według raportów EY takie kroki powzięło ponad 50 proc. polskich przedsiębiorstw w roku 2020, a obecnie realizację nowych inicjatyw planuje wyłącznie 30 proc. firm. Pamiętajmy jednak, że są to dane statystyczne, a duża część branż już teraz chce zadbać o swój zespół, ponieważ widzi w tym szansę absolutnie bez precedensu. W tej kategorii mowa o e-commerce, energetyce, IT, czy start-upach. Dla tych branż komunikacja to najlepsza inwestycja najbliższych miesięcy.

Potwierdzają to badania?

Według wyliczeń analityków z londyńskiego Unilevera marki skutecznie komunikujące cel swojej działalności rosną o 69 proc. szybciej niż konkurencja. Te wskaźniki potwierdzają m.in. osiągnięcia klientów Media Forum.

Komu jeszcze poleciłaby Pani działania public relations?

Przede wszystkim biznesom, które nie chcą, aby w dobie covidu klienci o nich nie zapomnieli. W tak niepewnych czasach rozpoznawalność i stabilna marka to wartości na wagę złota.

Dziękuję za rozmowę.

Inżynieria środowiskowa i efektywność energetyczna

Po raz pierwszy w historii ludzkości środowisko naturalne staje się większym priorytetem w społeczeństwie niż ekonomia. Dziś rzeczywiście pokazuje to aktualna polityka Unii Europejskiej, która przejawia się w niespotykanym w swoich rozmiarach kryzysie energetycznym. Czy jednak możemy pogodzić te dwa tak ważne aspekty naszego życia?

25 lat rozwoju i badań nad technologią środowiskową i światowe doświadczenia firmy Blue Boson pokazują jak pogodzić inżynierię środowiskową z efektywnością energetyczną. Mimo, że innowacje rosną w hiperbolicznym tempie, a w przemyśle zdolność ich wdrażania jest na miarę zeszłej epoki, to znajdują się świadomi przedsiębiorcy, którzy rozumieją potrzebę zmian i kierują swoje wysiłki w takim kierunku. Do takich należą Dear Wise Earth Costa Rica SRL, Evertis Ibérica SA i Selenis Portugal SA, spółki Grupy IMG, czy polski Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin SA.

Firmy te pokazują światu, jak stawić czoła globalnemu wyzwaniu, jakim jest zmiana klimatu. Połączyły one siły z Blue Boson, aby opracować rozwiązania, które zostały również omówione podczas szczytu klimatycznego COP26 w Glasgow w dniu 31 października 2021 r.

Blue Boson skupia się na efektywności środowiskowej i energetycznej poprzez kwantową obróbkę fizyczną gazów, paliw, cieczy, w tym bez chemicznie modyfikowanej wody, co przynosi zarówno dwucyfrowe oszczędności energii, jak i rewolucję w środowisku naturalnym.

Dzięki inżynierii środowiskowej wykorzystując flagową technologie Blue Boson® Effector, Grupa IMG z powodzeniem wdrożyła pierwszy ogólnofirmowy projekt zwiększenia wydajności swoich obwodów chłodzenia i pary. Technologia ta działa od maja 2021 r. i przez pierwsze 3 miesiące grupa zaoszczędziła 50 010 Nm3 gazu ziemnego w swoich jednostkach przemysłowych w Portugalii, co stanowi prawie 7% spadek średniego rocznego zużycia gazu ziemnego. Ponadto emisje gazów cieplarnianych zmniejszyły się w tym okresie o 108 ton.

Firmy zgodziły się dalej rozwijać swoje partnerstwo poprzez rozszerzenie instalacji na wszystkie obwody technologiczne w zakładach przemysłowych w Portugalii, a także rozszerzenie projektu na wszystkie swoje zakłady przemysłowe w Europie oraz Ameryce Północnej i Południowej.

Celem współpracy jest tak dobre zarządzanie śladem środowiskowym spółek Grupy IMG, aby mogło przyczynić się do odtworzenia środowiska i ekosystemów, w których działają. W idealnej symbiozie z naturą chcą dostarczać swoje produkty o najniższych kosztach środowiskowych pod względem emisji CO₂, energochłonności i śladu wodnego.

Zmiany klimatu spowodowane przez człowieka mają katastrofalne skutki dla naszej planety. Energia jest kręgosłupem światowej gospodarki. Zarówno paliwa i energia wykorzystywane są w wytwarzaniu energii elektrycznej, ogrzewaniu i chłodzeniu, a także w przemysłowych procesach produkcyjnych. Sposób wytwarzania i wykorzystywania energii ma duży wpływ na jakość środowiska, zdrowie i bezpieczeństwo ludności.

Inżynieria środowiskowa firmy Blue Boson® pomaga przemysłowi zrozumieć wpływ procesów i produktów na środowisko. Towarzyszy również przedsiębiorstwom przemysłowym w okresie przejściowym, aby mogły stać się przedsiębiorstwami regeneracyjnymi i oprócz zwiększenia efektywności, zacząć przywracać równowagę środowiskową i zwiększać bioróżnorodność.

Fundamentem historii Blue Boson jest postać Roberta Zagożdżona, który od 1995 roku demonopolizuje rynki Europejskie poczynając telekomunikacja, finansami i energetyką aż wreszcie przyszła kolej na rewolucje o zasięgu światowym w obszarze efektywności środowiskowej poczynając regeneracją zasobów wody a na efektywności energetycznej kończąc.

W takiej to właśnie atmosferze kreatywności, innowacyjności i otwartego podejścia do budowania biznesu powstał projekt Blue Boson. Badania i wdrożenia we współpracy z licznymi klientami w EU, międzynarodowymi audytorami jak Engie i Uniwersytetami w Europie jak i japońskim Uniwersytetem w Kobe doprowadziły do szerokiej gamy aplikacji.

Dzięki takiemu podejściu, we współpracy z Blue Boson, przemysł może wnieść istotny wkład w kształtowanie lepszego świata i idei „Oczyszczenia planety”, o której tak żywo dyskutowano na szczycie klimatycznym.

Rynek suplementów diety przeżywa drugą młodość

Początek trzeciej dekady XXI w. rozpoczął się bardzo dobrze na polskim rynku suplementów diety. Według najnowszych danych PMR konsumenci kupują je coraz częściej, a do końca 2021 r. możemy spodziewać się wzrostu wartości tego sektora o 9% – do wartości 6,5 mld zł (kanał apteczny i pozostałe łącznie).

W listopadzie 2021 r. firma PMR przeprowadziła badanie, którego celem była m.in. analiza zachowań konsumenckich w zakresie stosowania suplementów diety w czasie pandemii. Aż 44% ankietowanych wskazało, że sięga po nie częściej, niż miało to miejsce przed pojawieniem się koronawirusa Sars-CoV-2. Dodatkowo, wzrost zakażeń związany z obecną (czwartą) falą COVID-19 spowodował, że blisko połowa Polaków (48%) chętniej kupuje suplementy diety w celu zwiększenia odporności.

To, jak deklaracje respondentów przełożą się ostatecznie na tendencje zakupowe suplementów diety w końcówce roku, zostanie dopiero zweryfikowane. Wyniki otrzymane przez PMR wskazują jednak, że następna fala wirusa to kolejny impuls do – i tak już wysokiego – wzrostu wartości tego obszaru rynku w 2021 r.

Co z boomem na zakupy online?

Warto zwrócić uwagę na fakt, że początek pandemii w dużym stopniu przekierował zakupy do internetu. W pewnym momencie pojawiła się jednak potrzeba wyjścia z domu i zakupów stacjonarnych. Obecnie konsumenci oczekują dużej elastyczności od producentów, aby ich produkty były dostępne zarówno w kanale online jak i offline.

W 2020 roku wartość rynku suplementów diety również wzrosła, jednak była ona bardzo zróżnicowana pod względem kanału i kategorii dystrybucji. W sprzedaży pozaaptecznej stacjonarnej zaobserwowano spadek wartości o 2%, natomiast kanał internetowy zanotował wzrost o prawie 40%. W kanale aptecznym sprzedaż rosła z podobną dynamiką, jaką obserwowaliśmy w roku 2019. Niezmiennie jednak, głównym miejscem zakupu suplementów diety pozostają apteki stacjonarne.

Nieco częściej niż w przypadku leków OTC, do zakupu suplementów diety dochodzi również w innych kanałach sprzedaży. Wynika to z tego, że sprzedaż pozaapteczna tych produktów nie jest ściśle ograniczona do listy substancji dopuszczonych do obrotu.

Ważne Informacje

Odporność biznesowa w erze przemysłowej AI

W przededniu Forum Ekonomicznego w Karpaczu Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce, opowiada o tym, jak firmy mogą wzmacniać odporność operacyjną i...

23. edycja Smart City Forum – miasta przyszłości muszą być nie tylko inteligentne, ale...

21–22 października 2026 roku w hotelu The Westin Warsaw odbędzie się 23. edycja Smart City Forum. Tegoroczne wydarzenie koncentruje się na praktycznych aspektach cyfrowej...

Stop the clock na rynku ESG

ESG przechodzi transformację – od ambitnych celów i wzniosłych haseł do jakości danych i konkurencyjności europejskiej gospodarki. Nie chodzi o wycofanie się UE z...

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...