.
Strona główna Blog Strona 139

Klamka w cenie domu

„Zrobiłem zestawienie, z którego wynika, że od drugiej połowy 2001 roku w Polsce nie było inflacji powyżej 5 proc. Przykładowo, w roku 2001 wynosiła 3,6 proc. Kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej i doszło do tak zwanego wyrównania cenowego, to osiągnęła ona przejściowo poziom 4,6 proc.” W najnowszym wydaniu magazynu MANAGER, Stanisław Kluza, prezes Quant Tank, wykładowca SGH, były szef KNF, minister finansów i prezes BOŚ, rozmawia z Piotrem Cegłowskim o inflacji.

Media poświęcają wiele uwagi inflacji, to dziś dyżury temat, podobnie jak covid. Niestety, funkcjonuje tylko jako hasło, a to przecież bardzo złożony problem.

W jakimś sensie każdy z nas ma swoją osobistą inflację. Chociaż wszystkich dotyka, to każdego w trochę innym stopniu. W każdym przypadku zależy ona od koszyka konsumpcji i posiadanych zasobów. Paradoksalnie ma mniejszy wpływ na dochody, ponieważ podążają one za zmianami cen. Jeśli jednak ktoś posiada zasoby pieniężne, odczuwa ją w bolesny sposób. Portfel to nie tylko to, co wpływa i wypływa, ale również to, co się posiada. Jeżeli byśmy się przyjrzeli państwom, które w jakimś dłuższym czasie doświadczały inflacji, to na tle krajów, które jej nie notują, wyraźnie ubożeją.

Dlaczego tak się dzieje?

Dochodzi do spadku wyceny aktywów kapitałowych i nieruchomościowych, ale także tak zwanych krajowych dóbr kolekcjonerskich. Jeżeli ktoś zbiera sztukę, zwykle koncentruje się na artystach pochodzących z jego kraju. Na przykład Jacek Malczewski nigdy nie będzie tak doceniany za granicą jak w Polsce. Jeżeli więc w naszym kraju zamożność obywateli spadnie, realna rynkowa wycena dzieł tego malarza będzie szła ku dołowi, a nie do góry.

Wspomniał pan na wstępie, że każdy z nas inaczej odczuwa inflację.

Różnicują to dochody, zamożność, indywidualne preferencje, ale w Polsce należy spojrzeć na to dodatkowo w kontekście międzypokoleniowym, czy też generacyjnym. Zupełnie inny stosunek do inflacji ma pokolenie naszych dzieci, które nigdy jej nie doświadczyły. Mój bardzo oszczędny syn dostał jakiś czas temu 200 zł. Stwierdził, że sobie je przechowa, bo planuje zakup jakiegoś gadżetu elektronicznego, którego nazwy nie wymienię. Technologia cały czas idzie do przodu, więc zaplanował, że za jakiś czas za tę samą kwotę będzie mógł kupić lepsze urządzenie. Minęło kilka lat i stwierdził, że nadal go stać tylko na bazowy model. Okazało się, że lepszy gadżet – w odniesieniu do wynagrodzeń – jest rzeczywiście tańszy, ale 200 zł w skarbonce nie ma takiej siły nabywczej. Opowiem jeszcze o swoich studentach, należących do grupy wiekowej 20+. Nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z inflacją, czytali o niej w podręcznikach. Ostatnio, chodząc do sklepów, zaczynają zauważać rosnące ceny, widzą, że będą musieli więcej wydać na wyjazd na wakacje. Inflacja nie jest jednak czymś, co naprawdę zabolało ich w życiu.

Trudno się temu dziwić. Pamięć historyczna pokolenia, które urodziło po transformacji systemowej odnosi się do XXI wieku.

Zrobiłem zestawienie, z którego wynika, że od drugiej połowy 2001 roku w Polsce nie było inflacji powyżej 5 proc. Przykładowo, w roku 2001 wynosiła 3,6 proc. Kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej i doszło do tak zwanego wyrównania cenowego, to osiągnęła ona przejściowo poziom 4,6 proc. Po wcześniejszym kryzysie, w roku 2011, raz się zbliżyła do 5 proc. Ale zwróćmy uwagę, że przez 20 lat XXI wieku w naszym kraju na koniec roku nie było inflacji powyżej 5 proc. Jeżeli byśmy zobaczyli skumulowany efekt wzrostu cen w ostatnich latach, to generalnie z punktu widzenia życia codziennego nie był on nadmiernie dotkliwy. Dostrzega się pewne fluktuacje cenowe, ale nie było widać presji na zmianę cen.

Czy inflacja jest podobna dla wszystkich branż?

Inflacja jest pewnego rodzaju agregatem. Dla gospodarki możemy ją określić, jeżeli się weźmie pod uwagę koszyk produktów, które zdrożały w różnym stopniu. Tak wylicza się średnią, która jest ważona naszą strukturą konsumpcji. Jeżeli np. spożywamy 60 proc. chleba i 40 proc. bułek, to uwzględniamy to w takiej właśnie proporcji. Pamiętajmy, że ceny chleba i bułek mogą inaczej rosnąć i tu się posłużę przykładem: duża sieć handlowa bardzo długo utrzymywał cenę chleba 1,99 zł za 550 g, co daje 3,6 zł za kilogram. W ostatnim czasie sieć podniosła tę cenę, bochenek kosztuje teraz 2,19 zł za 550 g, czyli 4 zł za kilogram. Jest dosyć duży wzrost, bo powyżej 10 proc. Jednocześnie sieć od wielu lat utrzymuje cenę kajzerki na poziomie 29 gr, podczas gdy koszty jej wyprodukowania i sprzedaży od lat się zmieniają. Dlaczego? Tania kajzerka to produkt, który przyciąga osoby z młodszej grupy wiekowej, które rzadko decydują się na cały bochenek, a kupując bułki robią też inne zakupy. A wydawałoby się, że w przypadku bardzo podobnych produktów wzrost ceny powinien być taki sam… Paradoksalnie, największym stabilizatorem inflacji w Polsce w ostatnich latach nie był bank centralny, tylko sieci sprzedaży detalicznej. Mają one długoterminowe strategie zakupowo-sprzedażowe, które bazują na zasadzie prekontraktacji.

Wróćmy do ciekawej kwestii pokoleniowych różnic w odczuwaniu inflacji.

Jak już wspomniałem, osoby w wieku 20-30 lat nie odczuły jeszcze inflacji. Ta grupa ma dzisiaj też najniższe oczekiwania w tej dziedzinie. Z kolei pokolenie czterdziesto- i pięćdziesięciolatków pamięta przynajmniej jedną dużą inflację, z końca lat 80. i początku transformacji. Przykładowo, inflacja w roku 1989 wyniosła ponad 600 proc. Z kolei w pierwszej połowie roku 1990 były miesiące, kiedy wzrost cen przekraczał 1000 proc. w skali rocznej. Oznaczało to ogromny spadek zasobów, utratę 90 proc. siły nabywczej pieniądza posiadanego w gotówce. Pamiętamy wszystkie konsekwencje tej wysokiej inflacji – obniżoną skłonność do oszczędzania, spiralę zadłużenia przedsiębiorstw, niepewność walutową. Można powiedzieć, że inflacja była główną barierą rozwoju i szybkości transformacji w Polsce. Stanowiła jeden z najbardziej bolesnych dla gospodarki elementów niechcianego spadku po systemie komunistycznym. Dopiero ustabilizowanie inflacji w XXI wieku przełożyło się na szybkie nadganianie luki cywilizacyjnej i rozwojowej Polski w stosunku do Europy Zachodniej i innych wysoko rozwiniętych gospodarek. Inflacja to pierwszy problem, z którym trzeba było się uporać.

A jak postrzega inflację pokolenie wchodzące w wiek emerytalny?

Zostało najbardziej dotknięte kosztami transformacji, ale też pamięta okres gierkowski i gomułkowski, czyli czas, kiedy mieliśmy do czynienia z pustym pieniądzem i pustymi półkami. Pieniądz nie miał pokrycia w towarach. Paradoksem komunizmu, który należy ocenić bardzo krytycznie, była wielowalutowość. Wydaje się, że jedynym pieniądzem był wówczas polski złoty. Ale to nieprawda. Polska miała też drugą walutę uznawaną przez państwo – bony dolarowe Pekao, za pomocą których można było kupować w sieci PEWEX. Kolejną walutą było w tamtym czasie złoto, a w nieoficjalnym obiegu – dolary i marki RFN. Gospodarka zmierzała w kierunku najbardziej prymitywnych form handlu wymiennego, co znaczyło, że kraj cofał się cywilizacyjnie. Kolejną walutą były słynne kartki na mięso, cukier, benzynę …i inne produkty w niedoborze. Co więcej, mieliśmy do czynienia z ukrytą inflacją. Ten sam maluch, na którego można było wpłacać pieniądze w wieloletniej perspektywie, kosztował zupełnie inną kwotę na giełdzie samochodowej. Oficjalna cena dolara w stanie wojennym wynosiła chyba pięć razy mniej niż czarnorynkowa. W najgorszej sytuacji było jednak pokolenie, którego przedstawiciele mają dziś 80-90 lat. Przeżyło wojenną inflację i późniejsze zawłaszczenie zasobów przez państwo poprzez nieuczciwy parytet wymiany pieniędzy. Słowem, każde pokolenie widzi inflację w różny sposób. Ale w każdym przypadku są to wyłącznie złe doświadczenia.

Inflacja nie zawsze jest złem wcielonym, może też mieć pozytywne skutki.

Badania ekonomiczne pokazują, że jeśli występuje niewielka, kontrolowana inflacja, to jest ona neutralna dla gospodarki, a nawet w jakimś sensie może stanowić bodziec do większej aktywności. Jeżeli jednak inflacja przekracza poziom 5 proc., wyraźnie szkodzi gospodarce.

A co z deflacją?

Ma także swoje negatywne skutki. Przede wszystkim generuje problem z nominalną sztywnością płac w dół. Efekt negatywny tego zjawiska polega na tym, że słabsze przedsiębiorstwa, które mogłyby się częściowo zrestrukturyzować w dziedzinie kosztów wynagrodzenia nie podwyższając płac, nie mogą tego zrobić. Inaczej mówiąc, kiedy pojawia się deflacja, firmy nie mogą obniżać płac, ponieważ pilnują tego związki zawodowe. W konsekwencji dochodzi do zwolnień i wzrasta bezrobocie. A to z kolei powoduje, że obniża się popyt. Jeżeli zbyt długo utrzymuje się deflacja, może to też być regresogenne. Dużo gorsze są jednak skutki zbyt wysokiej inflacji. A my ostatnio zbyt łatwo przebiliśmy wskaźnik 5 proc. i to po raz pierwszy od 20 lat.

Jest to powód do niepokoju.

Pamiętajmy, że cel inflacyjny w Polsce to 2,5 proc. plus-minus 1 punkt procentowy. Oznacza to, że ta inflacja powinna mieścić się w paśmie: 1,5-3,5 proc. Jeżeli przyjmiemy, że 3,5 proc. to jest jeszcze poziom, powiedzmy, akceptowalny, warto się zastanowić, jaki poziom powinien budzić niepokój. Odwołajmy się to skojarzenia z sygnalizatorami drogowymi: zielone światło to przedział 1,5-3,5 proc., żółty alert pojawia się powyżej 3,5 proc. Dla mnie granicę stanowi przedział 4,5-5 proc. Wtedy powinno zapalić się czerwone światło. Został on przekroczony w Polsce w drugiej połowie tego roku. Taki poziom inflacji zagraża rozwojowi gospodarczemu. Obniża też skłonność do oszczędzania i deprecjonuje majątek.

Banki wysyłają nam nerwowe SMS-y z o podwyżkach oprocentowania.

Jeżeli oprocentowanie w banku wzrośnie z 0 do 1 proc. albo 2 proc., a inflacja osiągnie 7-9 proc. to realna strata na depozycie wyniesie 5-7 proc. Co gorsza, mamy dziś najbardziej negatywną realną stopę procentową w Unii Europejskiej. Kraje Europy Zachodniej doświadczyły już wielokrotnie zerowych stóp procentowych i niewielkiej inflacji, mając niewielką, ujemną, realną stopę procentową na poziomie -1 proc. albo -2 proc. Nie powinniśmy dopuścić to tego, by mieć bardziej ujemną realną stopę procentową niż rozwinięte gospodarki. Jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych czynników dla stabilności kursu walutowego w przyszłości. Polska powinna w pierwszej kolejności obronić stabilność kursu walutowego, co jest zresztą zapisem w artykule 227 Konstytucji, podpunkt 1. Zgodnie z nim Bank Centralny jest odpowiedzialny za wartość polskiego pieniądza. Przy tak dużej presji inflacyjnej krytyczną zmienną do obrony może okazać się kwestia stabilności kursu walutowego. Należy też podjąć działania na rzecz odbudowy bazy depozytowej. Kryterium minimum to założenie, żeby realne stopy w Polsce nie były niższe niż w kluczowych gospodarkach strefy euro. Punktem odniesienia mogą być Niemcy, Francja albo Niderlandy.

Inflacja to problem, z którym świat walczy od stuleci.

Znakomicie ilustruje to okres hiszpańskich podbojów kolonialnych. Do Europy trafiło wówczas bardzo dużo złota i srebra. Zmieniły się relacje cenowe kruszców, bo nagle doszło do wzrostu zasobu, który był miernikiem cen. Pamiętajmy, że pieniądz pełni nie tylko funkcję płatniczą, ale jest również miernikiem cen. Przyjmuje się, że w wyniku wielkiego napływu kruszcu do Europy, w ciągu stu lat doszło do poważnej inflacji. Ceny wyrażone w kruszcu wzrosły o 100 proc. Zastanówmy się – jeżeli przez 100 lat ceny wzrosły o 100 proc., to jaka była inflacja średnioroczna? Jest to 0,7 proc. rocznie. Jeżeli byśmy przyjęli, że akceptowalna w dzisiejszych czasach inflacja byłaby na poziomie 2,5 proc., to znaczy, że w 100 lat ceny by wzrosły o 1000 proc. Ale jeżeli już byłaby na poziomie 5 proc., to w ciągu 100 lat to wskaźnik ten wyniósłby 13000 proc. Gdybyśmy doszli do inflacji dwucyfrowej, czyli do 10 proc., wówczas z perspektywy 100 lat byłoby to 1 378 000 proc. Zwróćmy uwagę, jak te niewielkie zmiany po przecinku wyglądają z perspektywy ich oddziaływania w dłuższym okresie. Dlatego tak ważne jest, żeby utrzymywać ceny w ryzach. Inflacja w różnych okresach historycznych może być bardzo poważną barierą rozwojową dla Polski. W latach 90. była szczególnie bolesna i możemy wskazać przykład, jak właśnie z tego powodu została zubożona, a nawet pozbawiona majątków klasa średnia w Polsce. Ludzie ci zostali ukarani za oszczędzanie, bo wysoka inflacja jest pewnego rodzaju podatkiem wymierzonym w oszczędzających. Z długoterminowego punktu widzenia jest czymś wysoce negatywnym. Inną konsekwencją jest wysokie bezrobocie lat 90.

W czasach poprzedniego ustroju wiele osób dokonywało wpłat na samochody, mieszkania i pieniądze te straciły wartość.

Gdybyśmy mieli odzwierciedlić dzisiejszą wartość wpłaty, na przykład na poczet segmentu albo małego domku jednorodzinnego z początku lat 80., z przedziału 250 tys. do pół miliona wyrażoną w ówczesnych złotych, to po kilkunastu latach wartość nabywcza tamtych pieniędzy byłaby… tysiąckrotnie niższa. Brak rewaloryzacji sprawił, że po kilkunastu latach inflacji lat 80. i początku lat 90. wszyscy, którzy w tamtym okresie w pełni wpłacili na dom i bezskutecznie czekali w kolejce na jego wydanie, następnie mogliby sobie za te pieniądze – czyli za 250-500 tys. zł – najwyżej kupić przysłowiową klamkę. Dlatego inflacja jest tak bardzo destrukcyjna z punktu widzenia stabilności makroekonomicznej. Deprecjonuje zamożność, wartość majątku obywateli.

Kia EV6 z tytułem Car of the Year 2022

Elektryczny crossover KIA zdobywa jedną z najbardziej prestiżowych nagród motoryzacyjnych na świecie, w finale konkursu Car of the Year 2022 Kia EV6 pokonując konkurentów, jak Renault Mégane E-Tech, Hyundai IONIQ 5, Peugeot 308, Škoda Enyaq iV, Ford Mustang Mach-E i Cupra Born. Jurorzy docenili EV6 za doskonałe połączenie dużego zasięgu z technologią ultraszybkiego ładowania podczas podróży na długim dystansie. Producent zapewnia, że na jednym ładowaniu elektryczna KIA jest w stanie zapewnić zasięg do 528 km, a ładowanie akumulatora na stacji szybkiego ładowania od 10 do 80 procent ma trwać zaledwie 18 minut.

Nowa Kia EV6 zdobyła tytuł Samochodu Roku 2022 w prestiżowym konkursie Car of the Year (COTY). Innowacyjny, elektryczny crossover zwyciężył głosami 59-osobowego jury, które składa się z szanowanych dziennikarzy motoryzacyjnych z 22 europejskich krajów.

Początkowo, Kia EV6 znalazła się na liście kandydatów do tytułu wraz z ponad sześćdziesięcioma innymi modelami, które debiutowały w 2021 roku. W listopadzie jury COTY wybrało siedmiu finalistów, z których sześć to samochody elektryczne (EV). Pokazuje to rosnące znaczenie tego rodzaju aut dla konsumentów, w miarę przechodzenia społeczeństw w kierunku nowej mobilności.

Kia EV6 otrzymała łącznie 279 punktów, zdobywając tytuł Samochodu Roku 2022. Kolejne miejsca zajęły Renault Mégane E-Tech (265 punktów), Hyundai IONIQ 5 (261 punktów), Peugeot 308 (191 punktów), Škoda Enyaq iV (185 punktów), Ford Mustang Mach-E (150 punktów) i Cupra Born (144 punkty).

Frank Janssen, przewodniczący jury Car of the Year, powiedział: „To miła niespodzianka, że tytuł Samochodu Roku zdobywa Kia EV6. Najwyższy czas, aby koreańska marka i grupa zostały nagrodzone. Ciężko pracowali nad tym samochodem. Tempo rozwoju Kii jest naprawdę imponujące”.

Jason Jeong, prezes Kia w Europie, powiedział: „To wielki zaszczyt zasłużyć na tytuł Samochodu Roku 2022. EV6 to pierwszy model w historii marki Kia, który zdobył tę prestiżową nagrodę. EV6 to naprawdę przełomowy projekt, który od początku został zaprojektowany tak, aby elektryczną mobilność uczynić przyjemną, wygodną i przystępną cenowo. Ten model łączy duży zasięg, bardzo szybkie ładowanie, przestronne i zaawansowane technologicznie wnętrze oraz znakomite właściwości jezdne. EV6 jest ekscytującą zapowiedzią modeli, które pojawią się w naszej dynamicznie rozwijającej się, zelektryfikowanej gamie samochodów”.

W historycznym sukcesie koreańskiej marki w konkursie Car of the Year swój udział ma również dwóch polskich jurorów – Roman Popkiewicz i Maciej Ziemek. Ten ostatni w uzasadnieniu przyznania pierwszego miejsca EV6 w swoim głosowaniu napisał m.in. „Atrakcyjny design z odważnymi detalami, bardzo dobra jakość wykonania wnętrza, ergonomiczna i prosta obsługa oraz znakomite – osiągi, właściwości jezdne i precyzja prowadzenia sprawiają, że Kia EV6 najlepiej spełnia wszystkie kryteria Samochodu Roku. Do tego dochodzą możliwość ultraszybkiego ładowania i zasilania innych odbiorników energią zgromadzoną w akumulatorze”. Kia EV6 zajęła pierwsze miejsce w głosowaniu polskich jurorów – w sumie otrzymała od nich 10 z 50 punktów, które mają do rozdysponowania.

Nowa platforma podwoziowa

EV6 jest pierwszym samochodem elektrycznym nowej generacji marki Kia, który skonstruowano na nowej platformie podwoziowej Electric-Global Modular Platform (E-GMP). Dzięki niej EV6 może pochwalić się wiodącą w swojej klasie przestrzenią we wnętrzu, imponującym zasięgiem do aż 528 km i możliwością ultraszybkiego ładowania prądem o napięciu 800 V, które zapewnia naładowanie akumulatora od 10 do 80 procent w zaledwie 18 minut.

Tytuł Samochodu Roku 2022 to najnowszy sukces EV6 z długiej listy prestiżowych nagród, które model ten zdobył na całym świecie od czasu jego wprowadzenia na rynek w zeszłym roku. Wśród innych, otrzymanych ostatnio, znajdują się: tytuł Samochodu Roku 2022 w Irlandii, wygrana w tegorocznym konkursie magazynu „What Car?”, tytuł „Crossover of the Year” w plebiscycie organizowanym przez TopGear.com w 2021 roku, zwycięstwo w kategorii „Premium” w konkursie Car of the Year 2022 w Niemczech, wygrana w plebiscycie  „Best Cars of the Year” 2021/2022, tytuł „Auto Klasy Średniej” w plebiscycie Auto Świat Moto Awards 2021.

EV6 jest pierwszym z siedmiu samochodów elektrycznych, które Kia planuje wprowadzić na rynek do 2026 roku. Elektryczny crossover odgrywa kluczową rolę w planach firmy, które zakładają, że Kia stanie się wiodącym dostawcą zrównoważonych rozwiązań z zakresu mobilności na świecie.

W magazynie- Sztuka kolekcjonowania

Piotr Bazylko, dziennikarz i manager, przekształcił hobby w profesję zakładając ze wspólniczką galerię. Opowiada o regułach rządzących rynkiem sztuki

Jako kolekcjoner pełnił pan wyjątkową rolę na polskim rynku sztuki. Pańskie teksty i opinie były swoistymi drogowskazami dla wielu osób. 

Bardzo się cieszę, jak słyszę takie słowa. Mój przykład pokazuje, że każdy może kolekcjonować sztukę i po pewnym czasie na tym się znać. W młodości sztuką się interesowałem tyle, ile powinien się interesować wykształcony człowiek, który nabrał obycia z kulturą. Kiedy odwiedzałem miasto ze znanym muzeum, zawsze korzystałem z okazji, żeby je zwiedzić. Chodziłem na ważne wystawy w Warszawie. Nie myślałem wówczas o kolekcjonowaniu sztuki, choć co jakiś czas kupowałem obrazy.

Biorąc pod uwagę nikłe zainteresowanie sztuką w naszym kraju, i tak wykazywał pan sporą inicjatywę. 

Myślę, że takich osób jest coraz więcej. Ale prawdziwy przełom stanowił dla mnie udział w kursie w Warszawskiej Szkole Fotografii Mariana Schmidta, który był prezentem urodzinowym od żony Aliny. Zabawne, ale niewiele z tego kursu wyniosłem, jeśli chodzi o naukę fotografowania. Zainteresowały mnie za to świetne zajęcia z historii fotografii i z jej kolekcjonowania. Stanowiło to dla mnie pierwszy impuls do kupowania klasycznej czarno-białej fotografii. Pierwsza tego rodzaju praca, jaką kupiłem na polskiej aukcji, to „Płacząca fontanna” Evy Rubinstein. Do dzisiaj wisi na ścianie w moim domu. Był to mój pierwszy świadomy zakup fotografii.

A malarstwa?

To był kupiony wcześniej obraz Marka Sobczyka „Mauzoleum Galii Placydii”. Później była właśnie fotografia kolekcjonerska. Na przełomie lat dwutysięcznych otworzyła się przede mną droga do młodej polskiej sztuki. Powstały pierwsze galerie, w tym warszawski Raster. Długo bałem się wejść do Rastra. Obawiałem się, że wiem zbyt mało, że mogę się ośmieszyć. Jak sądzę, takie rozterki przeżywa wiele osób, które zaczynają przygodę ze zbieraniem sztuki. Zupełnie niepotrzebnie. Szybko przekonałem się, że galerzyści zachowują się życzliwie, chętnie udzielają rad. Dziś mam wielu przyjaciół przede wszystkim wśród artystów i kolekcjonerów, ale też i niektórych galerzystów.

Pana zbiór bardzo szybko zaczął się rozrastać, uchodzi pan za największego kolekcjonera młodej sztuki w Polsce. 

Nie wiem, czy zasługuję na taki tytuł, tym bardziej że nie od ilości prac zależy jakość kolekcji. Przez 20 lat zgromadziłem prawie 700 prac. Gdyby pokazać je chronologicznie, powstałby obraz tego, jak kształtowałem się jako kolekcjoner. Zawsze zaczyna się tak, że najpierw kupuje się… uchem. Słucha się, co inni mówią, bo brakuje nam pewności własnych opinii i decyzji. Po jakimś czasie zaczynamy kupować to, co naprawdę nam się podoba. Dopiero wtedy prace układają w indywidualny zbiór, powstają między nimi intuicyjne związki. Kolekcjoner, który kupuje stosunkowo dużo, zaczyna się orientować, że jakieś rzeczy go interesują bardziej, a inne mniej. Zwykle jest to jakieś medium lub temat. I tak pojawia się kolejny etap ewolucji kolekcjonerskiej. Na początku drogi zastanawiamy się, jak obraz będzie wyglądał na ścianie. Później, już jako zaawansowani kolekcjonerzy, myślimy, czy będzie pasował do zbioru. Taka jest podstawowa różnica między wczesnym a dojrzałym etapem kolekcjonowania.

Najwybitniejszy powojenny kolekcjoner sztuki współczesnej dr Lech Siuda uważał, że obrazy powinny cieszyć każdego dnia. Konkurował więc z muzeami o najlepsze prace, uważając, że zamiast inspirować i zachwycać, trafią one do magazynów. 

Sporą część mojej kolekcji z konieczności trzymam w magazynie, ale co jakiś czas przywożę je do domu i zmieniam ekspozycję. Przy okazji warto zauważyć, że kolekcjonerzy i muzealnicy mają zupełnie inny stosunek do sztuki. Kiedyś wypożyczyliśmy pracę Jakuba Juliana Ziółkowskiego, która wcześniej wisiała u nas w toalecie, na jego wystawę „Hokaina” w Zachęcie. Moja żona Alina powiedziała o tym dyr. Agnieszce Morawińskiej, którą informacja ta wyraźnie zaskoczyła. My natomiast uważamy, że każde miejsce w domu jest dobre, by eksponować sztukę. I taka właśnie jest różnica między kolekcjonowaniem domowym i muzealnym.

Rozumiem to doskonale, ponieważ ja również trzymam część swoich obrazów w schowku Less Mess, a w domu wykorzystuję skrzętnie każdą ścianę. Wróćmy jednak do tematu tworzenia kolekcji…

Każdy kolejny zakup powinien pasować koncepcyjnie do zamysłu, którym się kierujemy. Kiedy ma się już naprawdę dużo tych prac, zmniejsza się kolekcjonerska zachłanność. Ważna jest odpowiedź: czy posiadanie nowej pracy coś zmieni w mojej kolekcji. W konsekwencji prowadzi to do świadomej selekcji, dużo silniejszej niż na wczesnym etapie tworzenia zbioru, kiedy myślimy: jakie to jest fajne, chciałbym to mieć. A później dostrzegamy, że prawdziwą radość dają nam rzeczy, które naprawdę nas interesują.

Kiedy znajomi pytają mnie co kupować, odpowiadam: to, co ci się do szaleństwa podoba, a jeszcze lepiej to, co cię wyjątkowo drażni i niepokoi, bo zwykle te prace okazują się najlepsze.

Coś w tym jest, że prace, które na początku mnie odrzucały, kiedy już się z nimi oswoiłem, to zostawałem z nimi na długo. Często prace, którymi zachwyciłem się w pierwszej chwili, dziś już omiatam wzrokiem i zastanawiam się, co mogłoby je zastąpić na ścianie czy na półce. Kiedy nasz zbiór jest duży, mózg dokonuje nieświadomej selekcji. Pojawia się myśl, czy bez kolejnej nowej pracy kolekcja będzie taka sama, czy lepsza?

Czy należy weryfikować kolekcję? 

Uważam, że to dobry pomysł. Właśnie dlatego w maju 2021 roku zdecydowałem się sprzedać ponad 60 prac ze swojej kolekcji na aukcji „kolekcji Piotra Bazylko” w domu aukcyjnym DESA Unicum. Podjąłem taką decyzję z dwóch powodów: odchodziłem z pracy, chciałem się pożegnać z wieloma pracami, które wisiały w moim biurze. Drugi powód był ważniejszy, musiałem zdobyć pieniądze na założenie galerii Import Export, w której rozmawiamy. Pieniądze przeznaczamy na to, żeby spokojnie budować pozycję galerii i aby przetrwała ona trudne chwile.

Czy zamierza pan organizować bardzo modne ostatnio aukcje młodej sztuki? 

Nie mam takich planów. Uważam, że systemy galerii i aukcji powinny być oddzielone. W ogóle nie wyobrażam sobie, żeby na aukcje trafiały obrazy, na których jeszcze nie zdążyła zaschnąć farba. Miejsce takich prac jest w galeriach. Aukcje młodej sztuki są ewenementem na skalę światową. Dobrym, czy złym? Mam negatywny stosunek do aukcji młodej sztuki i nie uważam, żeby z nich coś naprawdę wartościowego przetrwało za 20, 30 lat. Jeśli ktoś chce sobie kupić pracę do domu, żeby się nią cieszyć, to te aukcje młodej sztuki są OK. Jednak jeśli ktoś zamierza budować kolekcję lub kupować inwestycyjnie, to z czystym sumieniem odradzałbym takie działanie.

Znajomych, którzy proszą mnie o kontakt z artystą, konsekwentnie odsyłam do galerii. To właśnie tam twórcy zanoszą swoje najlepsze dzieła, słabe zostawiają w pracowniach. 

To prawda, galerzyści współpracując z artystami wybierają najciekawsze prace. Przy bliższej współpracy czasem nawet sugerują, żeby najgorszych prac w ogóle nie pokazywać, a może nawet należałoby je zniszczyć. Na tym polega pozytywna selekcja. Niestety, specyfiką polskiej sztuki jest to, że kolekcjonerzy za wszelką cenę szukają bezpośredniego kontaktu z artystami. Coraz więcej twórców dostrzega jednak pozytywne strony współpracy z galeriami i odmawia sprzedaży bezpośredniej. Dotyczy to, rzecz jasna, artystów współpracujących na stałe z galeriami, czy też przez nie reprezentowanych. Sam wielokrotnie kupowałem bezpośrednio, ale tylko wtedy, gdy artyści jeszcze nie byli związani umowami z galeriami. W interesie zarówno artysty, jak i kolekcjonera jest to, żeby kupować przez galerię.

Znane zagraniczne galerie inwestują duże kwoty w kariery młodych artystów. Sprzedając ich prace, zawierają umowy z prawem pierwokupu po to, żeby uniemożliwić spekulacyjne zmiany cen.

Chodzi o to, żeby ceny w galeriach nie różniły się dramatycznie od aukcyjnych. Wiadomo, że kwoty osiągane na aukcjach, czasami są kilkukrotnie wyższe od galeryjnych, ale to jest nie do utrzymania w dłuższym czasie, więc prędzej czy później te ceny spadają. Nie wszyscy artyści wytrzymują ciśnienie związane z tym, że ceny idą w dół, gdy popyt się nasyci. Dlatego galerie za wszelką cenę starają się zmniejszyć ryzyko spekulacji. Rzeczywiście, klauzule, o których pan wspomniał, istnieją. Są to bardziej umowy dżentelmeńskie, które obowiązują obie strony. Naturalnie, klient może złamać tę zasadę, ale dzieje się tak tylko raz, bo w tej galerii raczej nigdy nic już nie kupi. Mam kilka prac kupionych właśnie w taki sposób w galeriach zagranicznych, z klauzulą, że w ciągu 5 lat nie mogę odsprzedać ich inaczej niż przez galerię, oczywiście, zgodnie z obowiązującymi aktualnie cenami.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że praca określonego artysty, w identycznym formacie i wykonana tą samą techniką, jeśli jest słaba może być kilkukrotnie tańsza od bardzo dobrej.

Dzieje się tak na etapie wtórnego obiegu. Charakterystyczne, reprodukowane, pokazywane na wystawach dzieła osiągają na aukcjach znacznie wyższe ceny niż prace wtórne.

W środowisku kolekcjonerów funkcjonuje określenie „obraz o charakterze muzealnym”.

Czyli taki, który chciałoby mieć muzeum, publikowany w katalogach, wybierany przez kuratorów na wystawy. Wszystko to musi mieć wpływ na cenę. Dlatego warto wypożyczać prace na wystawy, aczkolwiek pamiętając, żeby zadbać, by galerie czy muzea ubezpieczyły je zgodnie z wartością rynkową. Wspominam o tym jako ważnym elemencie bezpieczeństwa, ale jednocześnie podkreślam, że należy pokazywać prace ze swojej kolekcji jak najczęściej, za każdym razem odnotowując ten fakt i gromadząc stosowną dokumentację.

Publikujemy na naszych łamach cykl rozmów z Marią Wollenberg-Kluzą o twórcach niesłusznie zapomnianych. 

Przypominanie artystów, o których rynek zapomniał, cały czas ma miejsce. I warto to robić. Rynkiem sztuki rządzi cykliczność. Mody się zmieniają, co jakiś czas rynek poświęca więcej uwagi artystkom i artystom przez długi czas nieobecnym. Dzieje się tak, gdy galeria, kurator czy jakaś instytucja zainteresują się twórczością danego artysty. Na rynek trafiają jego prace, nierzadko osiągając wysokie ceny. Zawsze stoi za tym jednak czyjaś ciężka praca. Kilka dni temu odbyła się świetna wystawa Krzysztofa Junga, artysty nie funkcjonującego dotąd w obiegu. To przykład, że mniej znane dzieła mogą wrócić i na nowo wzbudzać zainteresowanie.

Jaki jest program, ale też pomysł funkcjonowania pańskiej galerii?

O tym, że chcę być obecny na rynku sztuki nie tylko jako kolekcjoner, myślałem od dłuższego czasu. Zbiegło się to ze spotkaniem mojej wspólniczki Soni Jakimczyk, z którą poznaliśmy się, gdy organizowała w Londynie wystawę prac Andrzeja Wróblewskiego. Zaczęliśmy rozmawiać i stwierdziliśmy, że oboje chcemy tego samego, to znaczy planujemy założyć galerię. Nazwaliśmy ją Import Export. Zależy nam, żeby nasza galeria zdobyła mocną pozycję na rynku sztuki i dawała szansę pokazywania artystów spoza Polski w naszym kraju, a polskich za granicą. Chcemy pokazywać sztukę, która naszym zdaniem jest dobra i warta promocji, niezależnie od medium i przynależności narodowej twórców. Pierwsza wystawa to był pokaz wspólnych prac dwóch bardzo ciekawych artystek – Stefanii Batoevy i SAGG Napoli. Ta wystawa łączyła w sobie performance z malarstwem. Druga wystawa – fotografie, rzeźby i obrazy Mii Dudek. Trzecia – obiekty Przemka Branasa. Czwarta wystawa poświęcona będzie twórczości Veroniki Hapchenko, młodej malarki ukraińskiej mieszkającej w Polsce.

Pańska droga do własnej galerii była długa i nietypowa. Środowiskową rozpoznawalność zapewnił panu prowadzony przez wiele lat z Krzysztofem Masiewiczem portal ArtBazaar.

Pracowałem przez 10 lat jako dziennikarz prasowy, telewizyjny i agencyjny. Później przez 20 lat  byłem partnerem w agencji PR. Równocześnie z Krzysztofem pisaliśmy o kolekcjonowaniu sztuki, wydawaliśmy książki. Ale to już przeszłość. Kiedyś pytany o hobby zawsze odpowiadałem – sztuka współczesna. Dziś jest to już mój zawód.

 

Co lubi Piotr Bazylko?

Hobby – podróże

Wypoczynek – „Azja Południowo-Wschodnia. Tuż przed pandemią spędziliśmy z żoną i synem miesiąc w Indonezji, która tak nam się spodobała, że chcemy wrócić, kiedy tylko otworzą się granice.”

Kuchnia – tajska i japońska

Restauracja – „Chciałbym polecić wspaniałą zupę pho w Vietnamce oraz ramen w Yatta Ramen. Obie restauracje nie mają wyglądu, ale mają świetne jedzenie.”

Samochód – zawsze Volvo

Zegarek – „Omega Seamaster z 1968 roku, którą dostałem w prezencie od żony, bo jest to rok moich urodzin.”

Transformacja cyfrowa dzieje się teraz

O tym, co zmieni uruchomienie Local Zone AWS w Polsce, o transformacji cyfrowej w obliczu pandemii koronawirusa oraz przyszłości AWS rozmawiamy z Przemkiem Szuderem, dyrektorem generalnym na region Europy Środkowo-Wschodniej w Amazon Web Services

Rozmawiał: Michał Garbaczuk

Zacznijmy od prawdziwej rewelacji, którą usłyszeliśmy podczas dorocznego kongresu re:Invent. AWS, wraz z początkiem 2022 roku, otwiera w Polsce Local Zone. Co to oznacza dla AWS i co to oznacza dla klientów?

Lokalna Strefa AWS to zestaw najważniejszych i najczęściej używanych usług, z których korzystają nasi klienci. Są to zatem różnego rodzaju instancje i moce obliczeniowe, pamięci masowe i przestrzenie dyskowe, a także bazy danych, rozwiązania kontenerowe i inne. Wraz z uruchomieniem strefy lokalnej w Polsce zyskamy zupełnie nowe możliwości związane z dostępnością usług, które będą wówczas w równym stopniu służyć klientom polskim, jak i naszym partnerom globalnym.

Z lokalnych stref AWS w Stanach Zjednoczonych korzystają już m.in. Netflix oraz firmy z branży gier, jak Ubitus czy Edgegap. Firmy te dzięki temu rozwiązaniu mogły ograniczyć opóźnienia w przesyle danych, a przez to zapewnić swoim odbiorcom rozrywkę na najwyższym poziomie. Wiele światowych firm zauważyło ogromny potencjał polskiego rynku oraz zapotrzebowanie na usługi cyfrowe. Dzięki strefie lokalnej Amazon Web Services (AWS) będą one mogły zoptymalizować swoje usługi oraz wzmocnić konkurencyjność. To także szansa na pojawienie się i rozwój nowych dostawców usług i klientów.

Wraz z uruchomieniem strefy lokalnej w Polsce pojawią się nowe możliwości dla klientów z rynków regulowanych, szczególnie w zakresie sprostania regulacjom dotyczącym miejsca przetwarzania danych. To rozwiązanie dla klientów, którzy chcą, a w niektórych przypadkach muszą mieć dane blisko siebie w Polsce.

Pierwszą przewagę AWS nad konkurencją właśnie poznaliśmy. Jakie inne aspekty sprawiają, że klienci powinni wybierać wasze rozwiązania?

Chmura AWS istnieje 15 lat, czyli najdłużej na rynku. Dyrektor generalny Amazon Andy Jassy powtarza zawsze, że nie da się skompresować 15-letniego doświadczenia i tego, czego się nauczyliśmy, do kilku lat operacji w tym obszarze. Co to oznacza? AWS zapewnia szeroką dostępność usług oraz wysoki poziom niezawodności, który raportowany jest przez podmioty trzecie, i mówimy tu o danych obiektywnych. Jesteśmy liderem w tym obszarze. Dlatego nie tylko giełda papierów wartościowych NASDAQ, ale też wielu globalnych liderów brokeringu walutami, którzy wymagają ultrawysokiej niezawodności, korzystają z naszych rozwiązań. Dla takich instytucji kilkusekundowe opóźnienia mogą oznaczać wielomilionowe, a nawet miliardowe straty. Przykłady można by mnożyć, ale mówimy chociażby o takich klientach, jak firma ubezpieczeniowa Aviva czy TVN, który prowadzi transmisje w czasie rzeczywistym. Doświadczenie olbrzymich firm jest najlepszą rekomendacją i gwarancją bezpieczeństwa dla naszych wszystkich przyszłych partnerów biznesowych.

Kolejną przewagą AWS, o której muszę wspomnieć, jest paleta rozwiązań, które proponujemy klientom. My nie mówimy, że droga do sukcesu wiedzie z punktu A do punktu B, tylko przedstawiamy pięć różnych możliwości, uwidaczniając ich wady i zalety. Nie rekomendujemy żadnej z nich, ponieważ wierzymy, że każdy klient powinien wziąć pod uwagę swoje preferencje czy strategię biznesową i sam wybrać najlepszą opcję dla siebie. My nie „wymuszamy” na klientach jednego rozwiązania. Oferujemy merytoryczne wsparcie w procesie wyboru, ale zapewniamy pełną swobodę.

Macie wiele produktów, które oferujecie swoim klientom. Czy zapewniacie także pomoc od strony ludzkiej? Nie każdy jest specjalistą z dziedziny informatyki.

Jak najbardziej. Mamy dwa rodzaje stanowisk: z jednej strony jest Account Management, czyli takie tradycyjne wsparcie klienta, a z drugiej zespół architektów. To nie są osoby od sprzedaży, tylko specjaliści od baz danych, serwerów i uczenia maszynowego, którzy są nieodpłatnym wsparciem dla naszych klientów i prowadzą ich praktycznie od samego początku. Pomagają, doradzają rozwiązania i szkolą zespoły – są to obecnie bardzo popularne aktywności. W AWS nazywamy to immersion days. Nasi architekci odpowiadają za część merytoryczną szkolenia: opracowują treści warsztatowe i narzędzia, specjalne pakiety na użytek partnerów oraz ich klientów, a także przeprowadzają różnego rodzaju symulacje. Niezależnie od branży, w jakiej działa firma, a także miejsca, w którym aktualnie się znajduje w środowisku chmurowym, otrzymuje ona wsparcie od AWS. To sfera, która bardzo nas wyróżnia na tle konkurencji.

Dotknęła nas pandemia i wiele działalności przeniosło się ze świata realnego do sieci. Jak pandemia wpłynęła na AWS, jego rozwój? Czy obserwujecie wzmożone przenoszenie danych do chmury?

Podzieliłbym okres pandemii na dwa etapy: pierwszy to czas, w którym nikt nie spodziewał się tego, że przestaniemy pracować w biurach. Zaobserwowaliśmy szybko, że nasi klienci doświadczali bardzo skrajnych scenariuszy. Wiele firm zdecydowało się na rozwiązania chmurowe przechodząc na pracę zdalną. Mieliśmy też przykłady firm, takich jak polski startup Molecule.one, który pracował nad szczepionką na Covid.

Branża gier przeżyła okres dynamicznego wzrostu, bo dla wielu osób gry online stały się jedną z niewielu dostępnych form rozrywki, kiedy zostaliśmy zmuszeni nie opuszczać naszych domów.

Mieliśmy też wielu klientów z branży podróżniczej, na przykład Polskie Linie Lotnicze LOT, będące wiodącym operatorem lotniczym w Polsce. Dopiero co pomogliśmy im zmigrować i stworzyć na nowo cały system rezerwacji, system transakcyjny i e-commerce, czyli handel elektroniczny, a już w pierwszej fazie pandemii firma została – mówiąc metaforycznie – uziemiona. Nie tylko nie była w stanie przetestować nowego systemu, ale jej obroty z tytułu działalności spadły do zera! To wpłynęło także na nas. Jeśli klient nie ma obrotów, to my również nie zarabiamy – to jedna z podstawowych cech chmury obliczeniowej AWS. Dziś jednak obserwujemy odradzanie się branży lotniczej. Choć wciąż mamy pandemię, samoloty są pełne.

Wielu naszych obecnych klientów, którzy byli w chmurze AWS „jedną nogą”, zastanawiali się, dlaczego nie zdołali być szybsi, dlaczego nie zareagowali na tę niecodzienną sytuację wcześniej i bardziej zdecydowanie. Byliby teraz w innym miejscu i z dużą przewagą nad konkurencją. Spowodowałoby to ogromne przyspieszenie.

Z kolei większość pozostałych firm zaczęła się mocno interesować rozwiązaniami AWS. Nie jest jednak sztuką przenieść wszystko do chmury, wyzwaniem jest zbudowanie odpowiednich kompetencji, bowiem chmura – oprócz zmiany technologicznej – jest także ogromną zmianą mentalną. Dlatego organizujemy szkolenia i zapewniamy wsparcie specjalistów, aby nasi klienci czuli się przygotowani i bezpieczni.

No właśnie, czy to nie jest tak, że klienci cały czas reprezentują dawny tok myślenia, że to co mam u siebie, to ja to widzę, znam i czuję się bezpiecznie?

Taki tok myślenia jest rzeczywiście widoczny jeszcze w naszym regionie, co ma zapewne źródło w zależnościach historyczno-kulturowych. Mamy jednak w Polsce niesamowity kapitał i potencjał w branży IT. W niektórych aspektach, jak np. w bankowości online i transakcjach bezdotykowych, wyprzedziliśmy Zachód, przez to, że były one u nas wprowadzone później niż tam, przez co mogliśmy od razu wdrożyć najnowsze rozwiązania. Dysponujemy siłą 400 tysięcy światowej klasy deweloperów. Kiedy popatrzymy na HackerRank, narzędzie do oceny umiejętności programistów, to polscy deweloperzy są w top 3, w samej czołówce. Nasze zaangażowanie w budowę rozwiązań programistycznych jest ogromne, a wiedza jest na najwyższym światowym poziomie. Choć często tego nie widzimy, to rynek pracy w IT stał się globalny. Polskie firmy muszą teraz konkurować o najlepsze talenty na rynku z największymi światowymi graczami, bo po naszych specjalistów wyciągają ręce ciekawe startupy z Nowego Jorku, duże banki z Niemiec czy firmy deweloperskie ze Szwajcarii. Dlatego, wracając do pytania, pod względem technologicznym jesteśmy nadal za Zachodem, ale to się będzie zmieniać.

Bo dzięki wam da się szybko pracować na całym świecie…

To jest też przewaga w kategorii zasobów ludzkich, bo jeśli ktoś jest wybitnym ekspertem od rozwiązań AWS, to jest zwyczajnie rozchwytywany. Koszty pracy w Polsce nadal są relatywnie niskie i w niedługim czasie będziemy obserwować dwie prędkości rozwoju. W jednej z nich firmom, które nadal działają w modelu tradycyjnym, będzie trudniej pozyskać specjalistów, którzy stają się coraz drożsi. W drugiej, Polacy będą pracować nad fenomenalnymi produktami i platformami, które będą odnosiły sukcesy międzynarodowe. Wymienię choćby jednego z naszych dużych klientów, firmę Brainly z Krakowa, która przyspieszyła niewiarygodnie podczas pandemii. Podczas gdy mieliśmy 800 tysięcy uczniów zamkniętych w domach, odbywających lekcje zdalne, platforma do nauki w sieci równorzędnej peer to peer (każdy z każdym) okazała się strzałem w 10. Dziś Brainly ma 350 mln użytkowników – nie tylko w Polsce, ale na całym świecie – co pokazuje siłę chmury i jest tylko jednym przykładem globalnego sukcesu polskich inżynierów.

To krótko: która branża, lub branże najszybciej się rozwinęły?

Z pewnością najszybciej wciąż rozwija się branża gier, ale myślę, że ona zawsze była mocna. Ogromne przyspieszenie nastąpiło na pewno w handlu detalicznym i nie mówię tylko o przejściu na sprzedaż wysyłkową, ale o całej transformacji cyfrowej. Obserwujemy wciąż bardzo niskie marże na produkty i olbrzymią konkurencję, dlatego firmy szukają pomysłów na przyciągnięcie klientów. Świetnym przykładem jest Rossmann w Polsce, którego cała implementacja i transformacja cyfrowa są zasługą polskiej innowacji, wykonanej przez polskich projektantów, a nie czymś, co zostało zaimplementowane z zagranicznej centrali. Jest to faktycznie czymś, co wyróżnia sieć na tle konkurencji.

A tak poza protokołem, czy jest branża, której nie da się zaimplementować do chmury?

Nie widzę branży, w której nie da się tego zrobić. Weźmy chociażby taką firmę Sinergise ze Słowenii, która wytworzyła niesamowite rozwiązanie dla rolnictwa i leśnictwa. Kupuje ona od dostawców obrazów satelitarnych zdjęcia obszarów uprawnych, a następnie oferuje usługę z zakresu analizy Big Data, która służy zarządzającym obszarami leśnymi czy rolnymi do zmaksymalizowania zbiorów. Firma podpisała kontrakt z rządem Brazylii, który postanowił udostępniać dane wszystkim farmerom. Rządzący doszli do wniosku, że sam rolnik na własną rękę nie byłby w stanie skorzystać z takiego rozwiązania. Pokazuje to, że każdy, jeśli tylko posiada chęć, aby pójść w stronę cyfryzacji, jest w stanie to zrobić.

Jak wygląda proces wdrażania takiej usługi? Rozumiem, że jest jakaś forma audytu, i co się dzieje dalej?

Tu znów możemy przedstawić dwa scenariusze. W jednym, występującym znacznie częściej, firma chce uruchomić jakiś nowy proces cyfrowy, który wcześniej nie istniał w jej strukturach. Tradycyjny sklep mówi, że chce handlować online, więc musi powstać strefa e-commerce, nie tylko sam sklep, ale też cała komunikacja z nim związana, automatyzacja marketingu. Tworzymy więc coś zupełnie nowego i robimy to w chmurze. Zajmuje to mniej czasu, bo trwa, na przykład, miesiąc, a nie pół roku.

Drugi scenariusz wdrażamy, jeśli w firmie jakieś procesy są niewydolne, bo ktoś źle wyskalował moc obliczeniową albo zastosował aplikację, która jest archaiczna. Wtedy przychodzi do AWS i pyta, jak moglibyśmy zmigrować procesy do chmury. Wówczas zaczyna się nasza praca, której etapem startowym jest faktycznie swego rodzaju audyt. W 75 procentach nie dotyczy on jednak sfery technologicznej, tylko umiejętności w organizacji. Po jego zakończeniu przygotowujemy dla klienta raport, w którym pokazujemy obszary, o których trzeba pomyśleć w kontekście optymalizacji i modernizacji. I proszę mi wierzyć, te pierwsze kroki stawiane są wokół edukacji, wzbogacania wiedzy, certyfikacji ludzi, a dopiero potem przychodzi pora na rzeczy technologiczne. Potwierdza się teza, że każda zmiana siedzi w głowie i jest procesem mentalnym.

Spójrzmy jeszcze na rynek motoryzacyjny i to, jak szybko rozwija się względem tego, co klient dostaje w formie gotowego produktu. Polska nie ma własnej marki motoryzacyjnej, ale jest fantastycznym dostawcą specjalistów i know-how dla branży motoryzacyjnej. Jak ta branża rozwija się dzisiaj?

Branża motoryzacyjna jest bardzo ciekawa, a my mamy wiele do zaoferowania producentom aut. Przykładem może być platforma BMW ConnectedDrive oparta o rozwiązania AWS. Dzięki niej właściciel samochodu może dziś sczytać kluczyk smartfonem i przesłać dostęp do auta osobie znajdującej się w innej części miasta.

Cała Grupa Volkswagena to z kolei sto dwadzieścia fabryk na całym świecie. O ile design i systemy w samochodzie są wdrażane bardzo szybko, to sam proces produkcyjny wiąże się z gigantycznymi nakładami finansowymi. Jeśli ktoś inwestuje miliardy w linie produkcyjne, bardzo ciężko jest powiedzieć, że teraz musimy wszystko zmodernizować. AWS skupia się w dużym stopniu na usługach Internetu Rzeczy i w zeszłym roku udostępniliśmy całą linię usług z zakresu zamieniania obrazu z kamery analogowej na cyfrową. Można zatem powiedzieć, że tu proces transformacji dopiero się zaczyna.

Wspomnę jeszcze o monitorowaniu produkcji na poziomie poddostawców, które wejdzie na nowy poziom, gdy ruszą prywatne sieci 5G. Już dziś wielu specjalistów podkreśla wagę łączności 5G oraz wszystkiego, co się wokół tego dzieje, bo wiele procesów zostanie znacznie uproszczonych. Bardzo często spotykamy się z klientami, którzy mówią: „Chciałbym coś zrobić, ale nie mam tu zasięgu” lub „Wi-fi nie rozwiąże moich problemów”, bo nie da się olbrzymiej fabryki objąć routerami. Właśnie dlatego uważam, że prywatne sieci 5G umożliwią nam realne przyspieszenie. Problemem jest natomiast dostępność podzespołów. Wiele firm jest już przygotowanych na rozwiązania 5G i tak naprawdę tylko brak dostępności np. chipów do czujników będzie w stanie je wyhamować lub przesunąć proces ekspansji.

Jakie marzenia przed polskim oddziałem?

Mamy z pewnością wiele celów, ale wymarzona sytuacja to taka, w której strefa lokalna już działa, a my jesteśmy jeszcze bardzo zadowoleni z tego, co dzieje się w Polsce od 2017 roku, kiedy otworzyliśmy nasze biuro. Mamy w Gdańsku cały Alexa Development, w Warszawie otworzyliśmy Globalne Centrum Kompetencji, gdzie nasi inżynierowie wspierają klientów w zakresie Internetu Rzeczy, uczenia maszynowego i analityki danych. Rozbudowujemy też nasze biuro widząc olbrzymie zainteresowanie klientów naszymi rozwiązaniami. Wsłuchujemy się w potrzeby naszych klientów i trafnie reagujemy na ich potrzeby, a oni są zadowoleni ze współpracy.

 

Co lubi Przemek Szuder?

Samochód – BMW
Podróże – gdzieś, gdzie są góry i morze jednocześnie
Jedzenie – włoskie
Zegarek – smartwatch

Produkty premium łączące tradycję z innowacjami

Na krajowym rynku próżno szukać wyraźnych innowacji zarówno w segmencie produktów premium, jak i w liniach mainstreamowych. Z dotychczasowego modelu wydaje się wyłamywać spółka BZK Alco. Nowe propozycje wprowadzane na rynek przez tę firmę mogą sporo namieszać w aspekcie technologicznego podejścia do produkcji i łączenia klasycznych wzorców ze współczesnymi trendami.

Jakość w mainstreamie

Branża alkoholowa nie jest pierwszym skojarzeniem w dyskusji o innowacyjnym podejściu do biznesu. Wiele marek (często skutecznie) wykorzystuje konserwatywne wzorce, które ze względu na dotychczasowe powodzenie, nie ulegają większym modyfikacjom. Inną filozofię przyjęła spółka BZK Alco. W swoim portfolio firma prezentuje produkty łączące tradycyjne receptury, konsekwentnie udoskonalane techniki produkcji oraz trendy, które skutecznie poszerzają grono potencjalnych klientów.

Jednym z czołowych przykładów powyższej strategii jest najnowsza marka – “Dzika Kaczka”. Ściśle nawiązująca do produktów segmentu premium wódka, docelowo przeznaczona jest do szerokiej dystrybucji. Bardzo wyraźne nawiązania do klasy premium uwiarygodniają przesłanie marki oraz wychodzą naprzeciw oczekiwaniom szczególnie młodszych odbiorców, często zmęczonych dotychczasową ofertą innych producentów. Klucz do sukcesu? Przede wszystkim nieoczywisty dobór spirytusu bazowego, który według deklaracji samych twórców, cieszy się 99,9-procentową czystością. Dla porównania standardowe alkohole powstają na bazie spirytusu 96,6.

Odwaga poparta doświadczeniem

Najbardziej strategicznym momentem w procesie produkcyjnym nowej propozycji BZK Alco są prawidła znane z segmentu premium, czyli siedmioetapowa rektyfikacja spirytusu i wieloetapowy proces zestawiania. W tej kategorii “Dzika Kaczka” może się okazać absolutną debiutantką w skali kraju, ponieważ po sekwencji kilkukrotnego rozcieńczania i mieszania do gry wchodzą nietuzinkowe filtry. Płyn przechodzi przez powłokę węglową, następnie wchodzi w kontakt z platyną i kryształami górskimi. Trzeba przyznać, że taka strategia na krajowym rynku produkcyjnym uchodzi za co najmniej niszową.

Produkt końcowy to wyjątkowo miękka struktura ciesząca się wysoką jakością korespondującą z absolutnymi liderami światowych rynków. Czy zespół zachowuje proporcje między nowoczesnością a klasyką? Innowacyjny charakter procesów produkcyjnych nie przyćmiewa naturalnej nuty produktu, jako pozycji segmentu mainstream. W tej kategorii uwagę przykuwa również stonowany design samej butelki, która może uchodzić za jeden z bardziej udanych projektów wpisujących się w popularny ostatnio duch slow. To jednak niejedyna pozycja utrzymana w stylistyce najnowszych trendów.

Tradycja w duecie ze współczesnością

Innym przykładem skutecznego łączenia nieoczywistych motywów są alkohole linii “Folwark Janików”. Zamysłem powstania tej propozycji było przedstawienie prawideł polskiego gorzelnictwa w nieco innej, nowoczesnej odsłonie. Tak też powstał miks owocowych aromatów z klasycznymi alkoholami — BZK Alco oferuje śliwkę w zestawieniu z włoskim Amaretto, pigwę w akompaniamencie irlandzkiej whiskey oraz wiśnię, której towarzyszy Brandy.

– Sami selekcjonujemy surowce, z których produkowany jest Folwark Janików, a finalny produkt powstaje w naszym Zakładzie Wyrobów Alkoholowych w Janikowie. Dlatego mamy prawdziwą kontrolę nad tworzeniem alkoholi, które oddajemy w ręce konsumentów. Dzięki temu możemy zagwarantować wysoką jakość i rzetelne wykonanie naszych trunków – wyjaśnia Grzegorz Chojnacki, Prezes BZK Alco.

W bardzo podobnym tonie utrzymane są produkty z linii “Wokulski”. W tej kategorii BZK Alco nawiązuje do receptur przedwojennych, czym może sobie zaskarbić zainteresowanie kilku grup – począwszy od starszych pokoleń, a na szukających alternatyw millenialsach skończywszy. Najmocniejsze strony? Warianty wódek z surowców bezglutenowych oraz bio.

Jeśli BZK Alco w dalszym ciągu będzie rozwijać ofertę, wzorując się na technikaliach znanych już z ostatniej próby, krajowy rynek jest w stanie wejść na kolejny poziom prokonsumenckiego podejścia do własnego produktu. Wielopoziomowa strategia spółki alkoholowej może się okazać biznesowym must-have na przestrzeni kolejnych sezonów.

Biznes w Chinach – Jak odnieść sukces w azjatyckim świecie?

28 stycznia br. nakładem wydawnictwa MT Biznes ukazała się książka, która przynosi odpowiedzi na wiele pytań nurtujących polskich przedsiębiorców planujących ekspansję w Chinach i Azji

Autor: Wojciech Gryciuk

Radosław Pyffel, ekspert z zakresu polityki zagranicznej i Chin, przeprowadził wywiady z 20 biznesmenami z różnych branż, którzy dzielą się w nich swoim doświadczeniem współpracy z Państwem Środka, szczegółowo omawiając błędy, których mogli uniknąć. Dzięki temu poznanie i zrozumienie wschodniej kultury, norm i wartości, instytucji czy stylu prowadzenia biznesu może okazać się dla polskich przedsiębiorców mniej kosztowne i czasochłonne.

Chiny są obecne we wszystkich branżach i sektorach oraz w wielu aspektach naszego życia. Stało się tak za sprawą bezprecedensowego wzrostu gospodarczego ostatnich dekad i dokonującej się na naszych oczach rewolucji technologicznej. W Polsce rosnące znaczenie Chin na świecie jest często przyjmowane z niedowierzaniem lub zaskoczeniem, radykalną krytyką albo bezkrytycznym entuzjazmem. Dla przedsiębiorców XXI wieku Azja nie jest już kwestią wyboru, lecz oznacza konieczność wejścia w kontakt z tamtejszym biznesem, co bez poznania i zrozumienia wschodniej kultury, norm i wartości, instytucji, stylu prowadzenia biznesu i wyzwań z nimi związanych jest skazane na fiasko. Można tę wiedzę zdobywać przez własne doświadczenia i uczenie się na błędach, co – jak wiadomo – bywa kosztowne, czasochłonne, a nawet bolesne.

To wszystko jest powodem, dla którego autor postanowił porozmawiać z osobami, które wypłynęły na chiński ocean w ostatnich latach. Jego rozmówców łączy świadomość wielkiego wyzwania, do którego potrzeba głowy, charakteru, a czasem także wiary. Zderzyli się z rzeczywistością Państwa Środka i przeszli pozytywnie tę weryfikację, stając się mistrzami w swoich dziedzinach. Teraz chętnie dzielą się swoimi przemyśleniami, odpowiadając m.in. na pytania: w jaki sposób rozmawiać z Chińczykami, co wyróżnia chiński styl prowadzenia biznesu, czym różni się chińska etykieta biznesowa od europejskiej, na jakie wyzwania należy się przygotować wchodząc na rynek chiński, jakie są upodobania chińskich konsumentów, czego spodziewają się w relacjach Polska-Chiny, a także jaki wpływ wywrą Chiny na poszczególne branże i sektory świata, Europy oraz Polski. Książka jest jednak nie tylko kompendium praktycznej wiedzy o Państwie Środka i prowadzonym w nim biznesie, lecz także kroniką zmian ostatnich dekad i zapowiedzią przyszłości. Można polecić ją każdemu, kto już prowadzi biznes w Chinach, planuje nawiązać współpracę z Chińczykami, albo styka się z nimi w swojej pracy. Książka zainteresuje również wszystkich ciekawych świata pozaeuropejskiego, który otwiera zupełnie nowe możliwości stawiając nowe wyzwania.

Rozmówcy, którzy wypowiadają się na łamach książki zostali starannie dobrani, a łączy ich sukces, jak powiedzieliby Amerykanie, lub mistrzostwo, jak powiedzieliby Chińczycy. Mistrzostwo w tym, co robią, niezależnie od tego, czy to IT, finanse, logistyka, nieruchomości, handel, czy stosunki międzynarodowe. Każdy z nich ma za sobą lata doświadczeń, co gwarantuje, że zna się na rzeczy. To, co osiągnęli, mówi samo za siebie. Profesor Bogdan Góralczyk – autor wielu klasycznych już książek o Chinach, m.in. „Chiński feniks”. Jacek Bartosiak, który widząc zachodzące w świecie zmiany, porzucił lub przynajmniej znacznie ograniczył praktykę adwokacką, stając się najbardziej wpływowym komentatorem ds. polityki międzynarodowej, bezdyskusyjnie i trwale zmieniającym polskie myślenie o świecie. Profesor Marcin Piątkowski – starszy ekonomista Banku Światowego oraz autor wielu inspirujących książek. Są szefowie polskich firm z pierwszej setki najbogatszych Polaków, którzy operując w Polsce, stworzyli globalne firmy: Krzysztof Domarecki (założyciel Seleny) i Wiesław Żyznowski (szef Mercatora), a także rezydujący i odnoszący sukcesy w Szanghaju Michał Bielewicz oraz Krzysztof Jakimiuk, działający na polskim odcinku Nowego Jedwabnego Szlaku Bartosz Komasa i Bartosz Miszkiewicz oraz jeden z najlepiej mówiących po chińsku Polaków – Marcin Wielondek. Nie zabrakło też właścicieli polskich firm, którzy odwiedzili setki chińskich fabryk: Radosław Atlas oraz Paweł Falicki. Są też: Bartosz Ziółek z filmową historią pierwszej w Chinach polskiej restauracji, mecenas Łukasz Sosnowski, niezwykle doświadczony manager Marek Orzechowski oraz działający w nowych branżach: Grzegorz Zwoliński z SatRevolution (branża kosmiczna), Marek Dzikowicz (nieruchomości) oraz Filip Zieliński (nowe technologie). Łączy ich także to, że wszystkie opowiedziane przez nich historie są niesamowite i niezwykle pouczające.

***

Radosław Pyffel jest prezesem firmy konsultingowej Blue Dragon, a także ekspertem Instytutu Sobieskiego ds. polityki międzynarodowej i Azji. W latach 2016-2018 był z ramienia RP członkiem Rady Dyrektorów Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) w Pekinie, a w latach 2018-2020 pełnomocnikiem zarządu PKP Cargo ds. rynków Jedwabnego Szlaku. Od lat jest także przedstawicielem wielu polskich i europejskich firm w Chinach i Azji Wschodniej. Był stypendystą polskiego MEN na czołowych chińskich uczelniach, m.in. na Uniwersytecie Sun Yat-sena w Kantonie i Uniwersytecie Pekińskim. Przebywał też na stypendium językowym na Tajwanie. W 2008 roku wydał dwie książki poświęcone Chinom i Azji: „Chiny w roku olimpiady” oraz „Chińska ruletka i co dalej”. Jest także autorem programów edukacyjnych poświęconych Azji, w tym „Chiński biznes” i „Azjatycki Wiek”.

Polityka w cyfrowym świecie

Z miesiąca na miesiąc coraz więcej ważnych decyzji politycznych podejmowanych jest pod presją internetowej dyskusji publicznej. To, co kilkanaście lat temu wydawało się prodemokratycznym marzeniem, dziś przybiera formę labiryntu nowych narzędzi i technik, które bywają nadużywane

Autor: Jakub Szymik z Red Flag Consulting, doradca polityczny specjalizujący się w prowadzeniu kampanii, wspieraniu ruchów oddolnych i doradzaniu organizacjom obywatelskim.

Na sile nabiera też trend regulowania tej sfery wymiany opinii. Coraz więcej managerów zadaje sobie pytanie, jak zabierać głos online w najważniejszych sprawach, tak by być usłyszanym przez decydentów, wyborców czy klientów. Odpowiedzi na te pytania dostarcza profesjonalizująca się branża specjalistów cyfrowych kampanii politycznych.

Pierwsze jaskółki zapowiadające silny wpływ społeczności internetowych na wydarzenia polityczne pojawiły się podczas kampanii wyborczej Baracka Obamy w 2008 roku. To wtedy sztaby wyborcze robiły pierwsze kroki w celu wykorzystania social mediów jako narzędzi przyszłości, które pomogą dotrzeć do nowych wyborców i przedstawić kandydata jako progresywnego i przynoszącego prawdziwy wiatr zmian. W tym czasie entuzjazm odczuwalny był nie tylko w Stanach, wkrótce przyszła arabska wiosna, podczas której media z entuzjazmem rozpisywały się o nowych możliwościach organizowania zmiany politycznej, jakie niosą za sobą komunikatory online.

Dziś na podobne historie patrzymy z innej, bardziej dystopijnej perspektywy: słyszymy o nadużyciach w wykorzystaniu danych przez duże firmy cyfrowe, nieprzejrzystych algorytmach czy fałszywych kontach zakładanych w celach dezinformacji. Trudno odnaleźć się w tym gąszczu jako obywatel czy obywatelka, a co dopiero gdy nakładamy na to filtr biznesowy. Coraz częściej przed managerami i dyrektorkami działów komunikacji i marketingu stoi takie właśnie wyzwanie: etyczne i transparentne budowanie obecności na grząskim gruncie współczesnych mediów.

Jakub Szymik jest związanym z Red Flag Consulting doradcą politycznym specjalizującym się w prowadzeniu kampanii, wspieraniu ruchów oddolnych i doradzaniu organizacjom obywatelskim. Ma ponad osiem lat doświadczenia w pracy dla międzynarodowych marek, organizacji społecznych i aktywistów. Jego doświadczenie na polskim rynku obejmuje współpracę z Europejską Akademią Dyplomacji czy CEC Government Relations. Członek TrendHouse. Twitter: @jakubszymik

Marketing społeczny

Komunikacja w sieci wydaje się chlebem powszednim wielu organizacji. Mnóstwo trendów pojawiających się w tradycyjnym marketingu bywa również wykorzystywanych w kontekście politycznym. Nie sposób nie zauważyć rosnącej roli materiałów wideo, komunikacji w czasie rzeczywistym czy rosnących społeczności politycznych na TikToku czy Discordzie.

Warto jednak w firmie zapewnić wsparcie wyspecjalizowanych pracowników, świadomych, że mimo powierzchownych podobieństw między trendami polityki i marketingowej komunikacji wizualnej świat decydentów w sieci rządzi się nieco innymi prawami.

Przykładem z rodzimego podwórka może być relacjonowany przez portal 300polityka.pl finał kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy. W ostatnich tygodniach kampanii politycznej sztab kandydata przygotował i uruchomił ponad 2500 kreacji w sieciach reklamowych Google i Facebooka. Były one zróżnicowane pod względem demograficznym, zainteresowań odbiorców i odbiorczyń, różniły się także graficznie.

Podobne narzędzia częściej można spotkać też w mobilizacji ruchów społecznych prowadzonych przez fundacje czy stowarzyszenia. Organizacje te wykorzystują potencjał reklam dopasowanych do odbiorców, aby przyciągać nowych darczyńców, zbierać podpisy pod petycjami czy budować relację z administracją i politykami.

Aktorzy polityczni coraz wyraźniej zwracają też uwagę na branding i znaczenia, jakie identyfikacja za sobą niesie. Język wizualny polityki uniwersalizuje się w skali globalnej, jako że wykorzystanie konkretnych fontów czy kolorów wywołuje konkretne skojarzenia. I tak bezszeryfowe, pochylone fonty z fioletowymi akcentami połączyły Alexandrię Ocasio-Cortez z Frankiem Sterczewskim, a żywe emocje polityków rozpala kwestia pochodzenia logotypu Strajku Kobiet czy wymowa plakatów świątecznych miasta stołecznego Warszawy.

Warto uważać też na pułapki w najlepszym razie prowadzące do zakłopotania, w najgorszym – do poważnych kryzysów dla marek, organizacji branżowych czy pozarządowych. Na pewno warto trzymać się z dala od propozycji sztucznego pompowania społeczności w internecie, czy anonimowych działań, które nie spełniają podstawowych wymogów transparentności. Wiele dyskusji wzbudza konieczność oznaczania postów jako sponsorowane, przejrzysta informacja o wspieraniu przez biznes poszczególnych organizacji społecznych czy moderacja wrażliwych treści online.

Regulacje i ograniczenia?

Te problemy zaczęły być dostrzegane też przez regulatorów i same firmy starające się znaleźć rozwiązania dla rosnących problemów, które wynikają z coraz szerszej dystrybucji informacji online.

Jednym z pomysłów, który pojawił się na poziomie relacji europejskiej, jest wprowadzenie ograniczeń dla reklam politycznych – obejmujących zarówno reklamy wyborcze, jak i dotyczących konkretnych regulacji. Za wykorzystywanie danych wrażliwych bez zgody użytkowników i użytkowniczek sieci grozić będą, zgodnie z nowymi zasadami, kary. Nie mają jednak o co martwić się organizacje, które wykorzystują takie reklamy w celach non-profit oraz przyjmące wewnętrzne kodeksy dotyczące korzystania z tego typu treści.

W 2022 roku powinniśmy też dowiedzieć się więcej, jak w praktyce będą wyglądać efekty unijnego aktu o usługach cyfrowych. Mimo, że targetowane reklamy zapewne pozostaną częścią arsenału internetowych kampanierów, to sposoby weryfikowania wieku użytkowników i wpływ na projektowanie interakcji z nimi dziś pozostają jeszcze nieokreślone.

Dlatego, że branża komunikacji politycznej w skali globalnej intensywnie rośnie, odpowiedzialni przewodnicy po meandrach świata komunikacji online i polityki staną się w najbliższych latach poszukiwanymi współpracownikami zarządów i działów komunikacji. Wąska, lecz wpływowa specjalizacja może być przewagą konkurencyjną dla firm mających odwagę kształtować swoje środowisko regulacyjne i budować społeczności z wykorzystaniem nowych narzędzi.

 

Nissan JUKE z hybrydowym zespołem napędowym

Nissan JUKE, miejski crossover marki, wkrótce otrzyma nowy zespół napędowy. Będzie to konstrukcja hybrydowa, zapewniająca odpowiednie osiągi w połączeniu z niższym zużyciem paliwa oraz obniżoną emisją CO2.

JUKE Hybrid będzie wyposażony w hybrydowy zespół napędowy o wielu trybach pracy. W odróżnieniu od innych hybrydowych konstrukcji, w których silnik elektryczny jest tylko dodatkiem do silnika spalinowego, oferuje on użytkownikom istotne korzyści:

  • Rozpoczęcie jazdy tylko w trybie elektrycznym (za każdym razem)
  • Przyjemność prowadzenia w każdych warunkach
  • Wyjątkowo niskie zużycie paliwa dzięki inteligentnej skrzyni biegów o wielu trybach pracy, efektywnemu hamowaniu z odzyskiwaniem energii oraz wydajnemu akumulatorowi

Podstawowym założeniem przy opracowywaniu hybrydowego zespołu napędowego było zapewnienie nabywcom modelu JUKE wyjątkowej przyjemności z jazdy. Zadaniu temu sprosta nowy, mocny, szybko reagujący i oszczędny zespół napędowy.

Wydajny silnik spalinowy dzięki współpracy w ramach Aliansu

Nowy hybrydowy zespół napędowy w pełni wykorzystuje atuty Aliansu w zakresie rozwiązań technicznych. W skład zespołu napędowego wchodzi opracowany przez Nissana, zaawansowany technicznie silnik spalinowy nowej generacji, zaprojektowany specjalnie do pracy w układzie hybrydowym, który rozwija moc 69 kW (94 KM) i zapewnia moment obrotowy do 148 Nm.

Za napęd elektryczny odpowiada dostarczony przez Nissana silnik elektryczny o mocy 36 kW (49 KM) i momencie obrotowym 205 Nm. Z Renault pochodzą natomiast: 15-kilowatowy wysokonapięciowy prądnico-rozrusznik, falownik oraz chłodzony cieczą akumulator o pojemności 1,2 kWh, a także innowacyjna skrzynia biegów. Zespół ten rozwija moc o 25% większą niż aktualnie stosowany w modelu JUKE silnik benzynowy przy oszczędności w zużyciu paliwa dochodzącej do 40% w cyklu miejskim oraz do 20% w cyklu mieszanym (dane w trakcie homologacji).

Inteligentna automatyczna skrzynia biegów

Ważnym elementem zapewniającym przyjemność z jazdy Nissanem JUKE Hybrid jest zaawansowana przekładnia o wielu trybach pracy i obniżonym tarciu wewnętrznym, umożliwiająca optymalne wykorzystanie osiągów silnika elektrycznego, spalinowego lub obu jednocześnie.

Wrażenia z jazdy jak w samochodzie elektrycznym

Inteligentny system Nissana JUKE Hybrid steruje zespołem napędowym uwzględniając wiele parametrów i optymalizując czas działania trybu wyłącznie elektrycznego. Podczas testów inżynierom Nissana udało się osiągnąć nawet 80% czasu jazdy miejskiej w trybie w 100% elektrycznym. Krótkie fazy hybrydowe służyły doładowaniu akumulatora, po czym samochód znów przełączał się na zasilanie elektryczne. JUKE Hybrid nie tylko zawsze rusza w trybie elektrycznym – silnik elektryczny może go również rozpędzić do prędkości 55 km/h. System automatycznie maksymalizuje wykorzystanie trybu jazdy elektrycznej. Kierowca Nissana JUKE Hybrid może również sam włączyć ten tryb, gdy nie chce uruchamiać silnika spalinowego – na przykład podczas jazdy wśród budynków mieszkalnych, w pobliżu szkoły, na parkingu, przy okienku drive-through czy w korku ulicznym. Jeżeli tylko pozwoli na to stan akumulatora, hybrydowy JUKE będzie wtedy korzystał wyłącznie z napędu elektrycznego.

Płynna jazda po mieście z wykorzystaniem funkcji e‑Pedal

Podobnie jak w pełni elektryczny LEAF, również JUKE Hybrid będzie wyposażony w funkcję e‑Pedal Nissana, która umożliwia sterowanie przyspieszeniem i hamowaniem za pomocą jedynie pedału przyspieszenia. Gdy kierowca zdejmuje stopę z pedału przyspieszenia, samochód zaczyna hamować (z siłą do 0,15 g), aż do momentu osiągnięcia prędkości pełzania (ok. 5 km/h). W pewnych sytuacjach, oraz gdy trzeba zatrzymać pojazd całkowicie, może być konieczne dodatkowo wciśnięcie pedału hamulca (dla wygody można włączyć funkcję „auto hold” utrzymującą samochód w miejscu).

Przycisk funkcji e-Pedal znajduje się w konsoli środkowej, za przyciskiem elektrycznego hamulca postojowego, z kolei przycisk aktywujący tryb w 100% elektryczny kierowca znajdzie pomiędzy środkowymi kratkami nawiewu. Po włączeniu funkcji e-Pedal i EV odpowiednia informacja pojawia się na dole ekranu zespołu wskaźników.

Bagażnik wersji hybrydowej ma pojemność 354 litrów, czyli o 68 litrów mniej w porównaniu z wersją spalinową, ze względu na obecność akumulatora o pojemności 1,2 kWh. Po złożeniu tylnej kanapy bagażnik pozostaje największym w swojej klasie (1237 l). Nie zmieniła się także ilość miejsca na wysokości kolan (553 mm).

DANE TECHNICZNE*

NISSAN JUKE HYBRID Silnik spalinowy 1,6 l
+ silnik elektryczny
Moc KM (kW) 94 KM (69 kW) + 49 KM (36 kW)
Zużycie paliwa w cyklu mieszanym* l/100 km 5,2
Emisja CO2 w cyklu mieszanym* g/km 118

* dane w trakcie homologacji

Ważne Informacje

Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...