.

NIS2 nadchodzi szybciej, niż myślisz.

NIS2 nadchodzi szybciej, niż myślisz.
26.02.2026 | CIC Warsaw – Trend House

To nie będzie kolejna konferencja o cyberbezpieczeństwie.
To będzie najbardziej konkretne spotkanie o NIS2 w Polsce — z głosem, którego wszyscy chcą słuchać.

Marcin Wysocki,
Zastępca Dyrektora Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji,
pojawi się u nas, by powiedzieć wprost, jak państwo będzie egzekwować NIS2 i czego biznes musi się spodziewać.

Zero ogólników.
Zero teorii.
Tylko realne konsekwencje, obowiązki i kontrakty.

Biznes. Regulacje. Kontrakty.
Jeśli chcesz być przed zmianą, a nie pod nią — widzimy się 26 lutego.
Rejestracja: debaty.online

Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń funkcję tę będzie sprawował po raz drugi – prezesem PIPT był już w latach 2010-2011, następnie, aż dotąd, pełnił funkcję wiceprezesa.

Polska Izba Przemysłu Targowego zrzesza organizatorów wystaw i operatorów obiektów targowych, firmy zajmujące się projektowaniem i budową stoisk, marketingiem, transportem czy usługami informatycznymi. Łącznie tworzy ją 70 członków. Rdzeń branży stanowią ośrodki wystawiennicze. Zdecydowana większość, bo aż 70% udziału w łącznej wynajętej powierzchni wystawienniczej należy do MTP i Targów Kielce.

Nieco inaczej wygląda struktura zysków. Najnowsze dostępne dane (z 2024 roku) pokazują, że kielecki ośrodek wyprzedził konkurencję osiągając zysk na poziomie 18 milionów złotych. Kolejny wynik należy do ZIAD Bielsko-Biała, organizatora targów Energetab – ośrodek zarobił 2 miliony 200 tysięcy złotych. Trzecia pozycja w rankingu należy do Targów w Krakowie z zyskiem 46 tysięcy złotych. MTP, z ponad 14-milionową stratą, zajmują na liście przedostatnią pozycję. Większą stratę odnotował jedynie Ptak Warsaw Expo – 18 milionów.

Świetne wyniki finansowe kieleckiego ośrodka od kilku lat pozostają na stabilnym poziomie, między innymi dzięki zróżnicowanemu portfolio, ale także branżowej specjalizacji centrum – ośrodek wiedzie prym w branży obronnej, wydarzeniach dla służb mundurowych oraz przemysłu. Posiada szeroką ofertę wydarzeń B2B, spośród których część ma już ugruntowaną na rynku pozycję, a inne skutecznie ją budują. Dzięki stabilnej sytuacji finansowej ośrodka możliwe było rozpoczęcie największej inwestycji ostatniej dekady, czyli budowy hali wystawienniczej o powierzchni 18,5 tysiąca metrów kwadratowych, której ukończenie zaplanowano na czerwiec tego roku.

Kim jest Andrzej Mochoń? Funkcję prezesa Targów Kielce pełni od 20 lat. Z wykształcenia jest geologiem – ukończył studia na Uniwersytecie Wrocławskim, a stopień doktora uzyskał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 roku pełni funkcję prezesa zarządu Targów Kielce. Jest współtwórcą Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego (MSPO) – trzeciej po londyńskim DSEI i paryskim Eurosatory – wystawy obronnej w Europie. W ciągu 20 lat jego zarządzania kieleckimi targami, ośrodek stał się nie tylko jednym z najistotniejszych centrów na mapie Polski, ale także Europy. Zyskał nowoczesną infrastrukturę – między innymi za sprawą budowy Centrum Kongresowego w 2013 roku oraz hali nr 5 (dawniej hala E).

Obok pracy zawodowej, Andrzej Mochoń interesuje się fotografią – jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików. Jego pasją jest muzyka jazzowa – jest inicjatorem organizowanego od ponad 20 lat Memorial to Miles Targi Kielce Jazz Festival, a także jednym z pomysłodawców budowy pierwszego pomnika Milesa Davisa na świecie, który stoi przy Kieleckim Centrum Kultury. Uwielbia góry; jest zdobywcą Mont Blanc. Mówi w pięciu językach.

PSPS apeluje o merytoryczną ocenę postulatów zmian Warunków Technicznych

We wrześniu br. ma wejść w życie nowe rozporządzenie w sprawie warunków technicznych jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie (WT). Polskie Stowarzyszenie Producentów Styropianu (PSPS) skierowało do Michała Jarosa, Sekretarza Stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii pismo z apelem o merytoryczną ocenę uwag zgłoszonych w konsultacjach publicznych i pracach eksperckich nad projektem. Stanowisko jest odpowiedzią na kierowane w tym zakresie do resortu postulaty środowiska tzw. ekspertów do spraw pożarnictwa.

PSPS wskazuje, że proponowane zmiany dotyczące ocieplania budynków z uwagi na bezpieczeństwo pożarowe nie znalazły potwierdzenia w pracach eksperckich nad projektem rozporządzenia.

W ocenie PSPS apele do Ministerstwa o utrzymanie zapisów sprzecznych z analizami przyczyn pożarów oraz badaniami skuteczności i trwałości proponowanych rozwiązań z wełną są nieuzasadnione i szkodliwe dla rynku ociepleń. Wśród negatywnych skutków wejścia w życie takich zmian PSPS wymienia m.in. istotny wzrost kosztów budowy oraz spadek dostępności termomodernizacji, co negatywnie wpłynęłoby na sytuację milionów polskich rodzin. Tego samego zdania są organizacje i producenci pozostałych dominujących w ociepleniach termoizolacji oraz organizacja zrzeszająca producentów systemów ociepleń ETICS (SSO).

Przedstawiciele PSPS podkreślają, że propozycje ograniczenia stosowania płyt styropianowych uzasadniane względami przeciwpożarowymi nieprzypadkowo pojawiają się w przeddzień realizacji wyzwań związanych z ograniczaniem energochłonności polskich budynków. W ocenie ekspertów postulaty to element walki o rynek ociepleń, na którym trwałe, dostępne i sprawdzone płyty styropianowe o niskiej nasiąkliwości oraz innowacyjne grafitowe styropiany, pozwalające zmniejszyć grubość ocieplenia nawet o 30%, od lat dominują nad wełną w ociepleniach metodą ETICS.

PSPS zwraca również uwagę Ministra, że apele o utrzymanie zmian Działu VI WT zgłaszane na potrzeby tej dyskusji przez środowiska tzw. ekspertów ds. pożarnictwa, pochodzą od środowisk współpracujących i wspieranych przez producentów  wełny – potencjalnych rynkowych beneficjentów takich zmian.

Po miesiącach prac nad kształtem nowych przepisów, wyraźnie widać, że za postulatami  ograniczenia stosowania ociepleń ze styropianem nie stoją żadne twarde dane. Wykorzystywanie w dyskusji dot. nowych przepisów wybiórczych informacji nt. ostatnich przypadków pożarów oraz wiązanie tych wydarzeń ze styropianem jest nieuprawnione i narusza dobre imię naszej branży. Podważa też obiektywizm i zaufanie sektora ociepleń do grup i osób publicznie prezentujących takie wnioski z pozycji ekspertów. O zbadanie transparentności działań tych podmiotów wystąpiliśmy do właściwych służb i organów administracji. Polacy powinni mieć pewność, że troska o ich bezpieczeństwo nie jest wyłącznie narzędziem retoryki na potrzeby tej dyskusji – komentuje Kamil Kiejna, prezes PSPS.

PSPS zwraca jednocześnie uwagę, że ETICS ze styropianem są dominującym rozwiązaniem w zakresie ocieplania zewnętrznych ścian budynków w Polsce i większości krajów Europy, a ich bezpieczeństwo potwierdzają systematyczne badania wykonywane w niezależnych jednostkach.

***

Polskie Stowarzyszenie Producentów Styropianu z siedzibą w Warszawie, działa od 2010 roku i zrzesza 29 wiodących producentów izolacyjnych płyt styropianowych stosowanych w budownictwie, którzy reprezentują ok. 85% polskiego rynku tego materiału.

Organizacja współtworzy, opiniuje i konsultuje normy techniczne oraz przepisy prawne dotyczące produkcji i zastosowań styropianu do termoizolacji w budownictwie. Współdziała z krajowymi i zagranicznymi organizacjami branży budowlanej, instytucjami naukowo-technicznymi, organami administracji państwowej i samorządowej na rzecz rozwoju produktów styropianowych oraz ich zastosowań. Podejmuje liczne działania na rzecz jakości styropianu dla budownictwa na polskim rynku, wspierając i upowszechniając zasady uczciwej konkurencji oraz dobre standardy na rynku budowlanym.

PSPS reprezentuje polską branżę producentów styropianu w Europejskim Stowarzyszeniu Producentów EPS (EUMEPS).

Range Rover SV Intrepid LWB P615 – test redakcyjny

Luksus absolutny… z drobnymi niedogodnościami pierwszego świata. Przy samochodzie kosztującym około 1,7 mln zł wypada zachować się odpowiednio. Czyli: docenić perfekcję, a potem pozwolić sobie na narzekanie, bo przecież po coś ten luksus jest. I tak, w trakcie testu pojawiła się pierwsza rysa na marmurze.

Autor: Michał Garbaczuk

Walizka kontra barek

Okazało się bowiem, że do bagażnika nie da się zapakować dużej walizki. Powód? Tylna część lodówki, tej pięknej, chłodzącej szampana, wystaje dokładnie na środku przestrzeni bagażowej i skutecznie blokuje sensowne pakowanie. Rada konsumencka? Bierzcie mniejsze walizki, albo zostawcie to concierge’owi, a na trasę dom – lotnisko – prywatny jet wystarczy kabinówka. Bo przecież nikt rozsądny nie zrezygnuje z barku dla jakiejś „pierdoły” w postaci logistyki bagażu.

Wspinaczka alpinistyczna klasy premium

Druga niedogodność to wysoka pozycja foteli. Owszem, Range Rover jest królem szos, monumentalnym, ostentacyjnym, grubo ponad pięciometrowym klocem dominacji, ale jednak wsiadanie i wysiadanie wymaga opracowania pewnej techniki, bowiem nogawka ubrudzona o próg boli bardziej, gdy masz na sobie coś droższego niż komplet dresowy od Balenciagi. Według mnie ten samochód powinien po prostu jeszcze bardziej się obniżać, do poziomu, w którym nie muszę się zsuwać z fotela, żeby zeskoczyć na ziemię. Dosłownie. W konfiguratorze znalazłem opcję wysuwającego się z podłogi podestu, ale nie wiedzieć czemu ktoś zapomniał jej kliknąć, choć zapewniano mnie, że podświetlono okienko z napisem „zaznacz wszystko”.

Manewry? Proszę bardzo

I teraz paradoks: ten ponad pięciometrowy i prawie 3-tonowy kolos skręca genialnie. Tylna oś skrętna sprawia, że Range Rover zawija niemal w miejscu, manewrując na parkingach z gracją auta o dwa segmenty mniejszego. A że zajmuje dwa miejsca parkingowe? No cóż. Kto bogatemu zabroni? A potem widzisz swoje numery rejestracyjne na fanpage-u, gdzie udostępniane są zdjęcia samochodów zaparkowanych mówiąc delikatnie – nonszalancko. Drodzy internauci, zwracam się do Was tymi słowami: kochani, wierzcie mi, nie da się inaczej. Po prostu się nie da. Kierowcy dużych samochodów wybierają mniejsze zło, bo albo będą wystawać na pół pasa blokując przejazd, albo na chodnik utrudniając życie pieszym. Nie zna życia ten, kto nigdy nie zmierzył się z zaparkowaniem Pick-upa, kampera czy luksusowej limuzyny.

Reszta? Czysty luksus bez przypisów

Poza powyższymi niedogodnościami Range Rover SV to luksus pełną gębą. Wszystko, co znajduje się na pokładzie, jest najlepszej jakości, perfekcyjnie spasowane i wykonane tak, że konsolę środkową spokojnie postawiłbym w salonie. W zimny dzień grzeją się wszystkie fotele, kierownica, podłokietniki, a masaż… masaż robi rzeczy, których nie da się opisać bez popadania w poezję. Program „gorące kamienie” to przeniesienie do innego wymiaru wypoczynku. Wszystko dzieje się szeptem, Ty czujesz tylko ciepło, rytm i satynową miękkość masujących dłoni. Zaczynasz lewito… chociaż nie, zaczynasz unosić się nad rzeczywistością.

A Rzeczywistość? Też da się ogarnąć

W tym świecie wszystko mogłoby się wydarzyć naprawdę. Nawet sytuacja, w której nagle zabrakłoby płynu do spryskiwaczy. Wyobrażam to sobie tak: dzwonisz do concierge’a, po chwili nad Tobą pojawia się transportowy samolot, który uzupełnia płyn w locie, a Ty nawet nie musisz się zatrzymywać. To urodziło się w głowie. Ale nie widzę powodu, dla którego nie mogłoby się wydarzyć.

Zastanawiam się tylko nad jedną kwestią: Czy ten samochód powinno się prowadzić samemu? Bo skoro jest salonka i barek, i elektrycznie wysuwany stolik, i ekrany, a nawet tapicerka w różnym kolorze z przodu i z tyłu, która już po otwarciu drzwi mówi: Hej, wsiadłeś nie tymi drzwiami… to czy sąsiedzi powinni mnie oglądać wystającego zza kierownicy? Odpowiedź brzmi: czemu nie? W końcu pod prawą stopą mam potencjometr wyzwalający 615 koni mechanicznych, będących w stanie katapultować to wielkie cielsko od 0 do 100 km/h w 4,5 sekundy i rozpędzić się do ponad 260 km/h! Czysty obłęd w kolorowych skarpetkach! Ja wiem, że to jak zejść z komnaty do kuchni służby, żeby otworzyć lodówkę i wgryźć się w pęto podwawelskiej maczanej w musztardzie, ale jak smakuje!

Konkluzja (bez fałszywej skromności)

Range Rover SV Intrepid LWB P615 to samochód, w którym: narzekasz tylko dlatego, że możesz, problemy są luksusowe, a każda niedogodność brzmi jak anegdota do kolacji. To już nie jest auto, a stan umysłu okraszony satynowym lakierem za 66 460 zł. I tak – absolutnie nie zrezygnowałbym z barku. Nigdy.

Integracja a nie asymilacja

Prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prorektorka ds. nauki Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz dyrektorka Instytutu Statystyki i Demografii przypomina, że nie ma powrotu do dawnych norm społecznych. Musimy szukać nowych – takich, które pozwolą łączyć nowoczesność z odpowiedzialnością za przyszłość. Co więcej, musimy przestać bać się imigrantów i lepiej wykorzystywać tzw. silversów

Zacznijmy proszę od pani ścieżki zawodowej.

Jest ona dosyć nietypowa. Studiowałam w Szkole Głównej Handlowej na kierunku Metody Ilościowe i Systemy Informacyjne. Kontynuowałam naukę na studiach doktoranckich, jednocześnie podejmując pracę zawodową. Mój promotor, profesor Marek Góra, współtworzył wówczas Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Systemu Zabezpieczenia Społecznego – czyli agendę rządową zajmującą się reformą emerytalną. Zaczęłam tam pracować i to zaangażowanie w administrację publiczną przedłużyło się aż do 2009 roku.

Od 2002 r. kierowałam Departamentem Analiz Ekonomicznych i Prognoz w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, współpracując z profesorem Jerzym Hausnerem, pracując nad tzw. Planem Hausnera. Później byłam dwukrotnie wiceministrem pracy – w rządzie Marka Belki i w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Odpowiadałam między innymi za systemy emerytalne, politykę rodzinną, koordynację systemów zabezpieczenia społecznego i równe traktowanie. W 2009 roku wróciłam na uczelnię.

Po powrocie zrobiła pani habilitację?

Tak. Doktorat obroniłam w 2004 roku – jeszcze w czasie pracy w ministerstwie. Habilitację uzyskałam już po powrocie na uczelnię.

Czy w SGH nie powstał kiedyś pomysł, by stworzyć klub byłych premierów i ministrów? Macie ich przecież wyjątkowo dużo.

Nie liczyłam, ile jest takich osób, ale mam wrażenie, że rektor Piotr Wachowiak zna tę liczbę. Podejrzewam, że jest nas wielu – z różnych obszarów. W moim przypadku, czyli Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, chyba jestem wyjątkiem, bo większość naszych absolwentów działała raczej w ministerstwach gospodarczych czy w Ministerstwie Finansów. Ale rzeczywiście – to godna grupa. Myślę, że SGH jest wyjątkowa pod względem budowania etosu służby publicznej. To uczelnia, w której uczono nas odpowiedzialności – świadomości, że nasze decyzje mogą wpływać na polityki publiczne i że mamy wobec państwa pewną misję. Moje pokolenie jest wychowane na reformach związanych z planem Balcerowicza, którego asystentami byli moi koledzy z roku. Nasza uczelnia kształtuje liderów, również w sferze publicznej, i to kierowało moimi wyborami po studiach. Bardzo się natomiast cieszę, że po latach w administracji publicznej wróciłam do SGH.

Moi znajomi, którzy trafiali do administracji, podkreślali: niższa pensja, większa odpowiedzialność i gorszy samochód służbowy.

Trochę tak jest – zwłaszcza jeśli ktoś przechodzi z sektora prywatnego. Ja po studiach zaczynałam w sektorze publicznym, więc może nie miałam porównania, ale miałam poczucie misji. Byłam mianowanym urzędnikiem służby cywilnej i znaczek to potwierdzający nadal mam – choć raczej nie sądzę, bym do administracji wróciła. To było dla mnie ważne – poczucie, że robi się coś dla państwa. Inspirowali mnie tacy mentorzy, jak profesorowie Balcerowicz, Hübner czy Rosati. To osoby, które kształtowały nasze przekonanie, że służba publiczna ma znaczenie i powinna być apolityczna. Niestety, w Polsce ten ideał się nie udał – i zapewne już się nie uda – ale wciąż staramy się wspierać państwo naszą wiedzą i doświadczeniem.

W jaki sposób?

Obecnie jestem przewodniczącą Rządowej Rady Ludnościowej. Kontynuuję tradycję prof. Strzeleckiego z SGH, który przez wiele lat kierował Radą. Przewodniczę również Radzie ds. Polityki Rodzinnej i Demograficznej, którą wspiera minister rodziny, pracy i polityki społecznej. Tam, gdzie możemy wnieść głos badaczy – głos rozsądku, oparty na wiedzy i faktach – staramy się to robić, choć nie jest to dziś łatwe.

Od kiedy pełni pani funkcję prorektorki?

Od 2020 roku. Warto w tym miejscu przypomnieć, że kolejni rektorzy SGH są wybierani. Przedstawiają społeczności akademickiej swój zespół – prorektorów i dziekanów. Tak jest zapisane w naszym statucie, by społeczność wiedziała, z kim rektor zamierza współpracować.

Pełni pani wiele funkcji. Jak dużym zespołem pani kieruje?

To zależy od obszaru. Jako prorektorka ds. nauki nadzoruję pracę Działu Nauki, Działu Obsługi Projektów, Biblioteki, Wydawnictwa – czyli koordynuję kilka struktur administracyjnych. Współpracuję z Dziekanami Kolegiów i Radami dyscyplin. Kieruję też Instytutem Statystyki i Demografii, w którym pracuje około trzydziestu kilku osób, a także zespołami projektowymi, również w ramach projektów międzynarodowych. To wymaga łączenia wielu wątków, monitorowania efektów naukowych, zarządzania i pracy badawczej.

Zajmuje się pani demografią. Widzimy, że Polaków jest coraz mniej, a jednocześnie władze coraz bardziej obawiają się wpuszczania do kraju ludzi z zewnątrz – nawet tych kulturowo nam bliskich, jak Ukraińcy.

Rzeczywiście, sytuacja demograficzna Polski nie wygląda łatwo, choć demografowie powtarzają od dawna, że ludność Polski będzie się starzeć i Polaków będzie ubywać. Już w 1997 roku, gdy przygotowywaliśmy reformę emerytalną, zwracaliśmy uwagę – we współpracy z badaczami, m.in. prof. Ireną Elżbietą Kotowską – że starzenie się populacji jest procesem nieuniknionym. Dane z końca lat 90. wyraźnie wskazywały skutki spadku dzietności, który rozpoczął się na początku lat 90., a także wydłużania się życia i procesów emigracyjnych.

Polska jeszcze do niedawna była krajem emigracyjnym, co nasiliło się po akcesji do UE. Od lat zwracaliśmy uwagę na te wyzwania. Teraz widzimy, że kwestia demografii coraz mocniej przenika do dyskursu publicznego. W tym roku na Forum Ekonomicznym w Karpaczu temat ten wyraźnie był widoczny. W trakcie forum uczestniczyłam w czterech panelach poświęconych demografii – a było jeszcze kilka innych. To pokazuje, że świadomość problemu rośnie. Pracodawcy coraz wyraźniej widzą, że liczba osób w wieku produkcyjnym się kurczy, a rąk do pracy ubywa.

Bez wątpienia migracje – szczególnie z Ukrainy – bardzo pomogły polskiemu rynkowi pracy. Bez cudzoziemców nasz system ubezpieczeń społecznych funkcjonowałby gorzej – już niemal 8 proc. osób, które płacą składki do ZUS to cudzoziemcy. Gdyby nie migranci, liczba osób ubezpieczonych w ZUS zaczęłaby spadać. A to oznacza, że możliwości finansowania emerytur i rent byłyby jeszcze bardziej ograniczone. A przecież nawet teraz FUS potrzebuje wsparcia z budżetu państwa, by zbilansować swoje wydatki.

Czyli obecność cudzoziemców to czynnik stabilizujący?

Tak, zdecydowanie. I to nie jest zjawisko nowe. Już po aneksji Krymu, długo przed pełnoskalową inwazją Rosji, obserwowaliśmy wzrost liczby cudzoziemców w Polsce, także tych płacących składki.

Czy Polska mogłaby stać się miejscem pracy dla ludzi z innych regionów świata – np. z Afryki? Coraz więcej młodych Europejczyków też emigruje w poszukiwaniu pracy.

To możliwe. Coraz częściej mówi się o tym, że Polska staje się atrakcyjna także dla obywateli krajów południowej Europy – Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków. Widzimy wyrównywanie poziomów wynagrodzeń w Europie. Jednocześnie wciąż walczymy ze stereotypami. Polska bywa nadal postrzegana jako kraj o niższym poziomie rozwoju. Zdarzało mi się słyszeć pytania, czy mamy w Polsce kaloryfery, czy chodzą po ulicach białe niedźwiedzie. W świadomości wielu ludzi z południa Europy wciąż nie do końca uświadomiony jest poziom życia, jaki osiągnęliśmy. Zmieniamy to m.in. poprzez programy wymiany, takie jak Erasmus. Moja córka wróciła niedawno z wymiany we Włoszech i stwierdziła, że w Polsce żyje się lepiej – jest więcej zieleni, lepsze warunki mieszkaniowe, czy lepszej jakości woda w kranach.

Cóż, w krajach południowych kaloryfery nie są czymś oczywistym.

To prawda – tam ludzie w zimniejszych miesiącach często muszą dogrzewać się drogimi elektrycznymi piecykami. Więc z ich perspektywy pytanie o ogrzewanie ma sens.

Jakie rozwiązania w zakresie polityki demograficznej należałoby dziś proponować? Postawić na model prorodzinny czy raczej na imigrację?

Nie ma jednego rozwiązania. Polityka ludnościowa i demograficzna jest wielowątkowa i powinna być zintegrowana z innymi politykami publicznymi. Z jednej strony, mamy kwestie dzietności. Dziś barierą nie jest brak przedszkoli, lecz raczej niepewność młodych ludzi, ich lęki i obawy – ekonomiczne, społeczne, egzystencjalne. To także kwestie zdrowia prokreacyjnego, dostępu do mieszkań, stabilności zatrudnienia. Z drugiej strony, potrzebna jest rozsądna polityka migracyjna, która uzupełni niedobory na rynku pracy. Ale równie ważna jest refleksja o wydłużaniu aktywności zawodowej. Dyskusja o wyższym i równym wieku emerytalnym jest trudna, ale konieczna. Bez niej kobiety będą miały coraz niższe emerytury – w większości minimalne – i stracimy potencjał wykształconych kobiet w wieku 60+ na rynku pracy. Musimy też rozwijać system opieki długoterminowej i dostosowywać przestrzeń publiczną do rosnącej liczby osób starszych. To ogromne wyzwania.

Czy w Polsce istnieje spójna koncepcja polityki migracyjnej?

Trudno powiedzieć, że istnieje w pełni. I to nie tylko problem Polski. Widzimy w Europie przykłady zarówno udanych, jak i nieudanych polityk migracyjnych. Niemcy zdołali skutecznie zintegrować Turków czy Syryjczyków, podczas gdy Szwecja ma dziś ogromne problemy z przestępczością wśród imigrantów. Kluczem jest integracja, a nie asymilacja. Integracja oznacza włączenie migrantów w życie społeczne – zapewnienie dostępu do rynku pracy, edukacji, lokalnych wspólnot. Asymilacja natomiast wymagałaby przyjęcia tożsamości narodowej Polaków, co jest nierealne i niepotrzebne. Polska powinna tworzyć rozwiązania, które unikną błędów innych – i działać systemowo. Bo jeśli migranci będą pozostawieni sami sobie, to konflikty społeczne staną się nieuniknione.

Warszawa już dziś jest miastem wielokulturowym.

Tak, i to widać. Spotykamy ludzi z Indii, Afryki, Azji. Przedstawiciele tzw. czarnej Afryki to często jedni z najlepiej wykształconych i najbardziej pracowitych migrantów. Przyjeżdżają do pracy, często na określony czas, przesyłają pieniądze rodzinie, a potem wracają do siebie. Nie marzą o życiu u nas, tylko chcą godnie zarabiać. Dlatego powinniśmy ich wspierać, nie budować strachu. Lęk i nieufność tylko pogłębiają problemy.

Ilu imigrantów Polska potrzebowałaby, żeby gospodarka działała sprawnie?

To bardzo trudne pytanie, bo wszystko zależy od tego, jak wykorzystamy potencjał, który już mamy – także osób w wieku okołoemerytalnym. Dziś mamy około 1,7 mln cudzoziemców płacących składki w ZUS. Myślę, że w dłuższej perspektywie liczba 4–5 milionów imigrantów jest realna i możliwa do społecznego zaakceptowania. Oczywiście nie z dnia na dzień, ale stopniowo.

Czy rekrutacja imigrantów mogłaby się odbywać poprzez oficjalne programy – np. placówki rekrutacyjne w krajach afrykańskich?

Nie jestem specjalistką od polityki migracyjnej, ale taki kierunek ma sens – pod warunkiem, że rekrutacja dotyczyłaby osób o konkretnych kwalifikacjach, znajomości języka, chęci pracy. To mogłoby wspierać gospodarkę i jednocześnie ułatwiać kontrolowany napływ pracowników. Warto też pamiętać o studentach. Uczelnie mogą odgrywać dużą rolę, zapraszając młodych ludzi na studia w Polsce, dając im kompetencje i zachęcając, by po ukończeniu nauki zostali tu i pracowali.

Zajmuje się pani problematyką silver generation. Jakie są szanse na aktywizację zawodową osób starszych?

Ogromne. Stereotypy o tym, że osoby starsze są mniej produktywne, schorowane czy nie nadążają za zmianami technologicznymi, są niesprawiedliwe. Żyjemy dłużej, jesteśmy zdrowsi. Ludzie 50–60-letni to często osoby, które większość życia przeżyły w gospodarce rynkowej, dostosowując się do zmian i wykazując dużą elastyczność. To pokolenie z silnym etosem pracy. Młodzi mają dziś inne podejście – większe poczucie work-life balance – co też ma swoje zalety. Ale starsi pracownicy często nie mają już obowiązków rodzicielskich, są dyspozycyjni i doświadczeni. Ich kompetencje i wiedza są ogromnym potencjałem dla pracodawców. Starsi pracownicy potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach, pamiętają transformację ustrojową, inflację lat 90., mają świadomość, że dobra praca nie jest dana raz na zawsze. I potrafią ją docenić. Oczywiście pojawia się kwestia opieki nad starzejącymi się rodzicami – to też wyzwanie społeczne, które wymaga odpowiednich rozwiązań w polityce publicznej.

Jest to postawa godna wsparcia.

Dlatego musimy nauczyć się wykorzystywać ten potencjał – z korzyścią dla całego rynku pracy. Nie zwalniajmy ludzi, którzy jeszcze chcą pracować.

Wracając do silversów – ilu polskich seniorów mogłoby jeszcze aktywnie uczestniczyć w rynku pracy?

Jest to grupa sięgająca co najmniej miliona osób – a może nawet więcej. Wystarczy spojrzeć na demografię: w latach osiemdziesiątych rodziło się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie, więc dziś to właśnie te roczniki wchodzą w wiek okołoemerytalny. To ogromny potencjał.

 

Czy te osoby wymagają jakichś specjalnych kursów aktywizacyjnych?

Nie. Przede wszystkim wymagają tego, żeby ich… nie zwalniać. To nie są ludzie, którzy nie chcą pracować – przeciwnie, bardzo często zostają odsunięci od pracy tylko dlatego, że zbliża się okres ochronny. Kobieta po sześćdziesiątce, wciąż pełna energii i doświadczenia, słyszy, że może czas już na emeryturę. To ogromna strata kapitału, zarówno dla gospodarki, jak i dla firm. W sobotę byłam na Kongresie Kobiet, gdzie właśnie dyskutowałyśmy o możliwościach wydłużania aktywności zawodowej. Patrzyłam na dyrektorkę w wieku 60 lat – pełną energii, pomysłów, doświadczenia – która została przez swoją firmę poproszona o przejście na emeryturę. Trudno nawet opisać, jak wielką stratą jest taka decyzja. Ponadto część firm zwalnia pracowników tuż przed okresem ochronnym, żeby nie brać na siebie dodatkowych obowiązków. Znam przypadki dużych, międzynarodowych firm, w których ludzie byli zwalniani dwa–trzy miesiące przed wejściem w ochronę. To po prostu marnowanie zasobów. Oczywiście trzeba inwestować w kompetencje – zmieniają się technologie, dziś wszechobecna jest sztuczna inteligencja. Uczenie się przez całe życie powinno być standardem dla wszystkich.

To prawda – wielu pracodawców nie zdaje sobie sprawy, jak trudne jest dziś znalezienie młodych pracowników.

Wydaje się, że starszy pracownik jest droższy, ale to nieprawda. Bo jeśli na miejsce jednej doświadczonej osoby przyjmiemy dwóch młodych, może się okazać, że nie tylko nie zaoszczędzimy, ale też stracimy na jakości pracy i efektywności. Oczywiście wszyscy musimy się uczyć nowych technologii. Sztuczna inteligencja to wyzwanie dla każdego, bez względu na wiek. Ale gdy już się przełamiemy i zaczniemy z niej korzystać, okazuje się, że to fantastyczne narzędzie. Na SGH prowadzimy wspólnie z Google już drugą edycję programu „AI – Umiejętności Jutra”, w ramach której osoby w każdym wieku – także 50+ – pracujące w sektorze MŚP mogą uczyć się korzystania z rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. Zgłaszają się tysiące ludzi. To dowód, że wiek nie jest barierą, jeśli tylko damy ludziom szansę na zdobycie nowych kompetencji.

Czyli z jednej strony potrzebujemy mądrej polityki migracyjnej, z drugiej – wykorzystania potencjału silversów.

Do tego dochodzą jeszcze kobiety, które często wycofują się z rynku pracy z powodu obowiązków opiekuńczych – nad dziećmi lub starszymi rodzicami. To ogromna grupa, którą można lepiej wspierać poprzez rozwiązania umożliwiające godzenie pracy z życiem rodzinnym. Ponadto obserwujemy też rozpad więzi rodzinnych. Coraz więcej jest singli i związków nieformalnych. Rośnie także liczba osób, które nie mają dzieci To także element zmiany społecznej, który trzeba brać pod uwagę.

Związki nieformalne też stają się coraz powszechniejsze.

Tak i coraz więcej dzieci rodzi się właśnie w takich związkach. To wymaga stworzenia rozwiązań prawnych, które zapewnią tym rodzinom stabilność i bezpieczeństwo. W tym kontekście ustawa o związkach partnerskich jest bardzo potrzebna – nie tylko dla par jednopłciowych, ale także dla heteroseksualnych, które żyją razem, mają dzieci, ale nie zawarły formalnego małżeństwa.

To kwestia nie tylko równości, lecz także bezpieczeństwa socjalnego.

Musimy też pamiętać, że bariery dzietności nie wynikają z braku świadczeń czy infrastruktury, ale często z przemian kulturowych – z różnic w oczekiwaniach kobiet i mężczyzn, z niepewności, z lęków. Badania pokazują, że młodzi ludzie bardzo różnie postrzegają rolę rodziny, pracy i szczęścia. Dlatego nie zwiększymy dzietności, wyłączając prąd i zabierając kobietom dostęp do edukacji. Nie wrócimy do dawnych norm społecznych. Musimy szukać nowych – takich, które pozwolą łączyć nowoczesność z odpowiedzialnością za przyszłość.

rozmawiał Piotr Cegłowski

Ankieta Managera

Jakie wartości są dla pani najważniejsze?

Uczciwość i szacunek – to dwie kluczowe. Jeśli jesteśmy uczciwi i mamy szacunek do innych, potrafimy współpracować, to daje ogromny potencjał i satysfakcję.

 

A pani pasje, zainteresowania?

Lubię jogę, naturę, książki, rośliny – zarówno te w domu w ogrodzie zimowym, jak i w ogródku na zewnątrz. Kiedyś szydełkowałam i robiłam na drutach, ale teraz brakuje mi czasu. Chętnie też spaceruję z mężem i naszym psem – seterem irlandzkim – szczególnie poranne spacery dają dużo energii na cały dzień.

 

O czym najchętniej rozmawia pani ze znajomymi – poza pracą?

Często o polityce, choć to rzadko optymistyczne rozmowy. Ale też o codzienności – dzieciach, rodzinie, książkach. I o psach.

 

Którą z ostatnio przeczytanych książek mogłaby Pani polecić?

Ostatnio czytałam książkę profesora Marka Kowalkiewicza The Economy of Algorithms. AI and the Rise of the Digital Minions – bardzo ciekawą pozycję o tym, jak algorytmy mogą nam pomagać, jeśli tylko nad nimi panujemy. W październiku promujemy polskie tłumaczenie tej książki na SGH. Z lżejszej literatury polecam powieści Sławomira Gortycha – ostatnio czytałam jego najnowszą Schronisko, które zostało zapomniane. To już czwarta część cyklu, z elementami kryminału i pięknym tłem karkonoskich schronisk.

 

Gdyby nie istniały żadne ograniczenia – z kim chciałaby pani spotkać się?

Chętnie jeszcze raz spotkałabym się z profesor Janiną Jóźwiak – pierwszą kobietą rektorką naszej uczelni, która również kierowała Instytutem Statystyki i Demografii. Zmarła niemal dziesięć lat temu, bardzo mi jej brakuje.

 

Najważniejsze chwile w pani życiu?

Z pewnością narodziny trójki dzieci, a także obserwowanie, jak mądrymi i empatycznymi dorosłymi się stają. A zawodowo – telefon od mojego promotora, profesora Marka Góry, który zaproponował mi pracę przy reformie emerytalnej. To było jak początek filmu Hitchcocka – od razu w sam środek akcji. To były fascynujące czasy, pełne rozmów i rozwijania kontaktów i często przyjaźni międzynarodowych. Chwila, która na pewno zaważyła w moim życiu, chociaż nie wiedziałam, że tak będzie, to wieczór w 2008 roku, podczas debaty w Sejmie o wcześniejszych emeryturach, kiedy minister Andrzej Duda – wówczas w Kancelarii Prezydenta – powiedział, że „premier Tusk chowa się za ciężarną wiceminister”. Byłam wtedy tydzień przed porodem mojego najmłodszego syna. Odpowiedziałam: „Ciąża to nie choroba – swoje muszę zrobić.” Wiele osób zapamiętało tę chwilę i często wraca do niej w rozmowach, w bardzo pozytywny sposób.

 

Bucket list

Zawodowo – mieć więcej czasu na badania naukowe – szczególnie dotyczące starzenia się społeczeństwa. Chciałabym móc je rozwijać bez ciągłego szukania finansowania, a także dokończyć kilka rozgrzebanych artykułów i wreszcie złożyć wniosek profesorski. Prywatnie – więcej czasu dla rodziny. W lecie udało mi się z mężem zwiedzić Szkocję, odznaczone na bucket list. Kolejny kierunek – mam nadzieję w przyszłe wakacje – to kraje bałtyckie, śladami moich dziadków z Wilna i Rygi.

Jak Watykan zarządza pieniędzmi?

    Watykan nie opodatkowuje swoich mieszkańców ani nie emituje obligacji. Finansowanie stolicy Kościoła katolickiego odbywa się głównie za pośrednictwem darowizn, które pochodzą ze sprzedaży biletów do Muzeów Watykańskich, a także dochodów z inwestycji i słabo prosperującego portfela nieruchomości

    W zeszłym roku Stolica Apostolska opublikowała skonsolidowany budżet, z którego wynikało, że Watykan przewidywał wydatki na poziomie 770 milionów euro (878 milionów dolarów), z czego większość przeznaczono na ambasady na całym świecie i działalność mediów watykańskich. W ostatnich latach nie była w stanie pokryć kosztów.

    Papież Leon XIV staje więc przed wyzwaniem zebrania funduszy niezbędnych do wyciągnięcia swojego miasta-państwa z długów.

    Niknące darowizny

    Każdy może przekazać pieniądze na rzecz Watykanu, jednak regularne źródła darowizn występują w dwóch głównych formach, chyba już zanikających.

    Prawo kanoniczne wymaga, aby biskupi na całym świecie płacili roczną składkę, której wysokość jest zmienna i ustalana według uznania biskupów „według zasobów ich diecezji”. Według danych Watykanu, biskupi amerykańscy wnieśli ponad jedną trzecią z 22 milionów dolarów (19,3 miliona euro) zbieranych corocznie na mocy tego przepisu w latach 2021–2023.

    Drugim głównym źródłem corocznych darowizn jest bardziej znany przeciętnym katolikom jako: Peters Pence, specjalna zbiórka zwykle przeprowadzana w ostatnią niedzielę czerwca. W latach 2021-2023 poszczególni katolicy w USA przekazali średnio 27 milionów dolarów (23,7 miliona euro) na Peters Pence, co stanowi ponad połowę globalnej sumy.

    Amerykańska hojność nie zapobiegła załamaniu się ogólnych wpłat Peters Pence. Po osiągnięciu szczytu w wysokości 101 milionów dolarów (88,6 miliona euro) w 2006 r., wpłaty oscylowały wokół 75 milionów dolarów (66,8 miliona euro) w drugiej dekadzie XXI wieku, a następnie spadły do ​​47 milionów dolarów (41,2 miliona euro) w pierwszym roku pandemii COVID-19, kiedy zamknięto wiele kościołów.

    Darowizny pozostały niskie w kolejnych latach, pośród rewelacji o nieudanej inwestycji Watykanu w londyńską nieruchomość, dawny magazyn Harrods, który miał zostać przekształcony w luksusowe apartamenty. Skandal i następujący po nim proces potwierdziły, że zdecydowana większość wpłat Peters Pence została przeznaczona na pokrycie deficytów budżetowych Stolicy Apostolskiej, a nie na papieskie inicjatywy charytatywne, jak wielu parafian zostało przekonanych.

    Darowizny na rzecz Świętego Piotra nieznacznie wzrosły w 2023 r., a przedstawiciele władz watykańskich spodziewają się dalszego wzrostu w przyszłości, częściowo z uwagi na fakt, że bezpośrednio po wyborach papieskich tradycyjnie następuje wzrost.

    Nowi darczyńcy

    Bank watykański i gubernatorstwo miasta-państwa, które kontroluje muzea, również co roku przekazują papieżowi datki. Jeszcze dziesięć lat temu bank dawał papieżowi około 55 milionów euro (62,7 miliona dolarów) rocznie, aby pomóc w budżecie. Jednak kwoty te zmalały; bank nie dał papieżowi nic konkretnego w 2023 r., pomimo odnotowania zysku netto w wysokości 30 milionów euro (34,2 miliona dolarów), zgodnie ze sprawozdaniami finansowymi. Darowizny gubernatorstwa również spadły.

    Niektórzy urzędnicy watykańscy pytają, w jaki sposób Stolica Apostolska może wiarygodnie prosić darczyńców o większą hojność, skoro jej własne instytucje powstrzymują się od dawania pieniędzy.

    – Papież Leon XIV będzie musiał przyciągnąć darowizny spoza USA, co nie jest łatwym zadaniem, biorąc pod uwagę odmienną kulturę filantropii – powiedział pastor Robert Gahl, dyrektor Church Management Program w szkole biznesu Catholic University of America. Zauważył, że w Europie tradycja (i korzyści podatkowe) indywidualnej filantropii jest znacznie mniejsza, a korporacje i podmioty rządowe wykonują większość darowizn lub przydzielają wyznaczone podatki.

    Jeszcze ważniejsze jest porzucenie „mentalności żebraka” polegającej na zbieraniu funduszy na rozwiązanie konkretnego problemu i zamiast tego zachęcanie katolików do inwestowania w kościół jako w projekt – powiedział.

    Tuż po ceremonii inauguracji pontyfikatu Leona XIV na placu Świętego Piotra, w której uczestniczyło 200 000 osób, Gahl zapytał: „Czy nie sądzisz, że było tam wielu ludzi, którzy chcieliby przyczynić się do tego i do pontyfikatu (finansowo)?”. W USA kosze na datki są rozdawane podczas każdej niedzielnej mszy. W Watykanie jest inaczej.

    Nieruchomości niezagospodarowane

    Watykan ma 4249 nieruchomości we Włoszech i 1200 w Londynie, Paryżu, Genewie i Lozannie w Szwajcarii. Tylko około jednej piątej jest wynajmowane zgodnie z uczciwą wartością rynkową, według rocznego raportu biura majątkowego APSA, które nimi zarządza. Około 70 proc. nie generuje dochodu, ponieważ mieszczą się w nich urzędy Watykanu lub innych kościołów, a 10 proc. jest wynajmowane po obniżonych czynszach pracownikom Watykanu.

    W 2023 r. nieruchomości te wygenerowały jedynie 35 mln euro (39,9 mln USD) zysku. Analitycy finansowi od dawna identyfikują takie niedowartościowane nieruchomości jako źródło potencjalnych przychodów.

    Ward Fitzgerald, prezes amerykańskiej Papal Foundation, która finansuje papieskie organizacje charytatywne, powiedział, że Watykan powinien być również skłonny sprzedawać nieruchomości, zwłaszcza te, których utrzymanie jest zbyt drogie. Wielu biskupów zmaga się z podobnymi pytaniami o zmniejszenie powierzchni, ponieważ liczba wiernych w kościołach w niektórych częściach USA i Europy maleje, a niegdyś pełne kościoły stoją puste.

    W tym celu Watykan niedawno sprzedał nieruchomość, w której mieści się jego ambasada, znajdującą się w ekskluzywnej dzielnicy Sanbancho w Tokio, w pobliżu Pałacu Cesarskiego, deweloperowi budującemu 13-piętrowy kompleks apartamentowy, jak podaje branżowy dziennik Kensetsu News.

    Jednak od dawna istnieje instytucjonalna niechęć do rozstania się nawet z nieruchomościami przynoszącymi straty. Świadczy o tym ogłoszenie Watykanu z 2021 r., że szpital katolicki Fatebenefratelli w Rzymie, który boryka się z niedoborami gotówki i jest prowadzony przez zakon, nie zostanie sprzedany. Papież Franciszek jednocześnie utworzył fundację watykańską zbierającą fundusze, aby utrzymać ten i inne szpitale katolickie na powierzchni.

    – Muszą pogodzić się z faktem, że posiadają tak wiele nieruchomości, które nie służą misji Kościoła – powiedział Fitzgerald, który zbudował własną karierę w branży kapitału prywatnego zajmującej się nieruchomościami.

    Andrzej Mroziński

    Najwyższa klasa

    Hermitage Boutique to 240 metrów kwadratowych luksusu na ulicy Mysiej w Warszawie. Królestwo najlepszej jakości biżuterii z naturalnymi kamieniami w oprawie złota wysokiej próby

    W Hermitage Boutique rządzą brylanty. Nie tylko te białe, najbardziej popularne, ale i fantazyjne,  kolorowe. Są też szmaragdy, rubiny, szafiry, w pierścionkach, bransoletach, naszyjnikach. To miejsce, które fascynuje kunsztem i precyzją starannie wykonanych klejnotów.

    Znajdziemy tu luksusowe wyroby francuskiej marki Messika czy opatentowaną biżuterię włoskiej marki Serafino Consoli.

    Hermitage Boutique  to jeden z dwóch salonów biżuteryjnych w Polsce, który oferuje klejnoty marki Messika. To biżuteria delikatna, bardzo prosta, w której drobne brylanty błyszczą w 18-karatowym złocie. Lekkość połączona z nowoczesnym minimalizmem stanowi siłę i renomę tej marki, która w biżuteryjnym świecie zdążyła stać się legendą zaledwie w dwie dekady. Brylanty marki Maison Messika lśnią na hollywoodzkich czerwonych dywanach, podczas słynnych gali oskarowych, Golden Globe czy z okazji wręczenia nagród Grammys. Biżuteria tej marki sprzedawana jest w najbardziej luksusowych salonach jubilerskich na całym świecie. Sekret powodzenia tych niepowtarzalnych wyrobów tkwi w niezwykłej wyobraźni założycielki marki Valerii, dbałości o najdrobniejsze szczegóły i miłości do kamieni szlachetnych odziedziczonej po ojcu, Andre Messice.

    Jako jedyny salon w Polsce Hermitage Boutique sprzedaje również unikalną, opatentowaną biżuterię włoskiej marki Serafino Consoli. Pierścionki tej marki dopasowują się do każdego palca, a dzięki opatentowanemu mechanizmowi z bransoletki powstaje pierścionek albo odwrotnie. To jest klucz do jakości i wyjątkowości marki, która wymyśla, projektuje i produkuje prawdziwie pomysłową biżuterię. Nie ma więc obaw, że zmarnuje się zaręczynowy pierścionek odrzucony przez niedoszłą narzeczoną…

    Trzy czwarte biżuterii sprzedawanej w salonie stanowią luksusowe wyroby marki własnej – Hermitage. To biżuteria tworzona z naturalnych kamieni najlepszej jakości i wysokiej próby złota. Przeważają brylanty, wciąż najchętniej kupowane przez klientów.

    Pierścionki, bransoletki, naszyjniki z brylantami, by cieszyły oko swym niezwykłym blaskiem, wykorzystują brylanty. One z kolei, by stać się ulubioną biżuterią kobiety, muszą dostać się w ręce wykwalifikowanego złotnika. Ich niezwykły blask i kształt wydobywa odpowiedni szlif podkreślający urodę i elegancję naturalnego kamienia. Pierścionek z diamentem o pięknym szlifie to tradycyjny wybór na zaręczyny, wymarzony prezent i ponadczasowe akcesorium, które pasuje do każdego stroju i niemal każdych okoliczności.

    – Diamentowa biżuteria to nie tylko ponadczasowy styl i prestiż, lecz również lokata kapitału w niepewnych czasach. Polski rynek diamentów należy do grupy emerging, dlatego popyt na surowiec i biżuterię systematycznie rośnie. Analizy potwierdzają duże zainteresowanie diamentami wśród polskich klientów – podkreśla Paula Miszczuk, dyrektor zarządzająca Hermitage Boutique. Dodaje, że od początku 2022 r. obserwujemy wyraźny wzrost ruchu klientów, a nabywcy traktują biżuterię z brylantami również jako formę lokaty kapitału.

    W Polsce dominuje klasyka. Typowy pierścionek zaręczynowy to jeden kamień w sześciu łapkach. Manewruje się wielkością kamienia. Dziś na Mysiej największy dostępny brylant ma około 5 karatów i osiąga cenę około miliona złotych. Choć przeważają zakupy mieszczące się w granicach kilku tysięcy złotych, zdarzają się też transakcję sięgające kilkuset tysięcy.

    W Hermitage Boutique realizowane są też projekty indywidualne – klient może sam zaprojektować swoją biżuterię, która powstanie dzięki umiejętnościom złotników od lat współpracujących z salonem Hermitage. Dożywotnia gwarancja zapewni niezmąconą radość szczęśliwym posiadaczom tych niepowtarzalnych, najwyższej jakości klejnotów.

    Nie bój się Terminatora tylko bałaganu w danych

    Jeszcze rok temu managerowie bali się głównie inflacji i konkurencji. Dziś na listę obaw trafiło nowe zmartwienie: co, jeśli nie zrozumiem AI? Albo, co gorsza, jeśli zrozumie ją moja konkurencja?

    Media uwielbiają skrajności, co jest oczywiste. Z jednej strony czytamy o ludziach z Doliny Krzemowej budujących „bioschrony” przed morderczą superinteligencją. Z drugiej – mamy entuzjastów wieszczacych raj na ziemi.

    Pozwólcie, że sprowadzę nas na ziemię. Prawdziwe wyzwanie, jakie AI stawia przed Twoją firmą, jest dużo bardziej prozaiczne i wcale nie wymaga łopaty.

    AI nie jest mordercą tylko bronią

    Ten strach przed „świadomą AI” to strata czasu. To nie algorytm z zimną krwią odbierze Ci klientów. Zrobi to konkurent, który użył algorytmu, by szybciej analizować rynek, taniej obsługiwać zgłoszenia i w dwie godziny wygenerować kampanię marketingową, nad którą twój zespół siedziałby dwa tygodnie.

    Najważniejsze zagrożenie jest dosyć proste: to nie jest walka „AI kontra człowiek”. To walka „firma sprawnie używająca AI” kontra „firma, która jeszcze analizuje i czeka”.

    Cykl innowacji skrócił się z lat do miesięcy. Firmy, które nie znajdą na to odpowiedzi, obudzą się w świecie, w którym ich usługi są po prostu za drogie, a produkty przerażająco przestarzałe.

    Kolejny ważny problem to pułapka tzw. „SISO”, czyli śmietnik na wejściu

    Wszyscy chcą wdrażać „strategie AI”. Ale nikt nie mówi o fundamencie, na którym 90 proc. tych strategii polegnie. Nazywa się to SISO: Shit In, Shit Out (śmietnik na wejściu, śmietnik na wyjściu). Narzędzia AI nie działają „same”. One potrzebują profesjonalnego nadzoru osoby, która zna portfolia tychże, jak również umie ich używać i co najważniejsze „karmić” danymi. Dlatego większość firm nie rozbije się o brak strategii AI, ale o prozaiczny bałagan we własnych bazach danych, Excelach trzymanych na pulpitach i starych systemach, które ze sobą nie rozmawiają. Zanim zaczniesz więc snuć plany o agentach AI przejmujących obsługę klienta, zapytaj: czy mamy czyste, uporządkowane dane, na których ten agent ma się uczyć? Bo jeśli nie, to żaden automatyczny agent nie zoptymalizuje Ci procesów, tylko szybciej i na większą skalę pogłębi dotychczasowy chaos.

    Pułapka „lenistwa” i halucynacji

    AI potrafi kłamać z imponującą pewnością siebie. Te słynne „halucynacje” to nie są drobne błędy ortograficzne. To tworzenie wiarygodnie brzmiących, ale kompletnie fałszywych analiz, danych rynkowych czy fragmentów kodu.Media opisywały ostatnio przegrany kilkunastomiolionowy przetarg, a przyczyną było wymyślenie nieistniejących przepisów VAT w uzasadnieniu ceny, uzasadnieniu pisanym oczywiście przez AI. Jeden z sędziów w Portugalii „wydał” wyrok, a właściwie wydał go ChatGPT po przeczytaniu akt, których czytać się rzeczonemu sędziemu nie chciało. Znów system powołał się na paragrafy przez siebie wymyślone, sprawa zakończyła się skandalem i poważnymi problemami prawnymi.

    Jak widać największym ryzykiem nie jest więc to, że AI zastąpi pracowników. Największym ryzykiem są tacy pracownicy, którzy bezkrytycznie kopiują to, co podsunie im algorytm. Więc gdy zespół wpada w pułapkę lenistwa i przestaje weryfikować fakty, firma traci nie tylko wiarygodność i zdolność do samodzielnego myślenia, ale na końcu traci klientów i zyski, zamiast których przychodzą kłopoty prawne. Pamiatejmy, że AI ma być narzędziem, a nie zastępstwem dla mózgu.

    Strategia? Zacznij od jednego, irytującego problemu

    Hype na AI prowokuje do dwóch skrajności: „poczekajmy, to moda” albo „wdrażamy wszędzie!”. Obie drogi są złe.

    Prawda jest taka, że nie potrzebujesz 200-stronicowej strategii AI. Wystarczy znaleźć jeden, realny, irytujący problem w firmie – np. tworzenie miesięcznych raportów albo odpowiadanie na 100 tych samych pytań klientów – i spróbować rozwiązać go za pomocą dostępnych narzędzi. Mierz efekty, zbieraj wnioski i dopiero potem idź do kolejnego problemu. To ma być eksperyment, nie rewolucja.

    Powstaje taka nowa ludzka przewaga: sędzia, a nie wytwórca. Jeśli AI przejmie dużą część pracy analitycznej i twórczej (pisanie, kodowanie, projektowanie), to co nam zostaje? Słyszymy ciągle o „kreatywności” i „relacjach”.Ja widzę to inaczej. W erze AI naszą największą wartością nie jest „tworzenie”. Naszą wartością staje się wybór odpowiednich narzędzi, umiejętność zarządzania nimi i korzystania z nich, a także zdolność krytycznej oceny tego, co AI stworzyło. Nową supermocą człowieka jest umiejętność stawiania właściwych pytań (prompting) często za pomocą AI, wiedza, które aplikacje do czego służą i weryfikowania odpowiedzi (bullshit detection). To jest kompetencja, w którą firmy muszą inwestować – w ludzi, którzy potrafią wyszukać i użyć AI oraz być sędziami, a nie tylko bezrefleksyjnymi operatorami maszyny. A pamietajmy, że już dziś wszelakich opartych na silnikach AI narzędzi jest grubo ponad czterdzieści tysięcy!

    Podsumowanie

    Nie potrzebujemy bunkrów przed Terminatorami. Potrzebujemy wyjść z bunkrów własnej ignorancji i firmowego bałaganu.

    Prawdziwym zagrożeniem nie jest sztuczna inteligencja, ale ludzka inercja. AI nie zabije waszego biznesu, ale bardzo szybko zrobi to firma, która przestała się bać i po prostu zaczęła jej mądrze używać.

    Dariusz Chlastawa

    Ważne Informacje

    Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

    Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

    Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

    Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

    XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...

    Jubileusz 25-lecia Stowarzyszenia Polskich Mediów – ćwierć wieku w służbie wolnego słowa i dialogu

    Dwadzieścia pięć lat w świecie mediów to cała epoka. Przez ostatnie ćwierćwiecze krajobraz informacyjny Polski przeszedł fundamentalną transformację – od dominacji prasy drukowanej po...

    Andrzej Mochoń prezesem Polskiej Izby Przemysłu Targowego

    Prezes Targów Kielce, dr Andrzej Mochoń objął stanowisko prezesa Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Zastąpił Tomasza Kobierskiego, byłego prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich (MTP). Andrzej Mochoń...

    III Akademickie Mistrzostwa Europy w Programowaniu Zespołowym ICPC EUC 2026

    Najlepsi studenci informatyki z całej Europy zmierzą się w Warszawie podczas III Akademickich Mistrzostw Europy w Programowaniu Zespołowym – najważniejszego konkursu algorytmiczno-programistycznego w Europie,...