.
Strona główna Blog Strona 380

Kiedyś dystrybutor, dziś integrator

ManagerOnline

Jest pan laureatem nagrody Manager Award 2016. Jury wysoko oceniło nie tylko pańskie umiejętności w dziedzinie zarządzania, lecz także udaną sukcesję w firmie, którą od końca lat 80. do 2006 roku kierował pański ojciec.
Nie była to kontynuacja bezpośrednia, przez kilka lat spółką zarządzali inni managerowie. Objąłem stanowisko prezesa w maju 2011 roku. Zdecydowałem się na ten krok, mając własną wizję firmy. Nie znaczy to, rzecz jasna, że chciałem odciąć się od dokonań moich poprzedników. Kilka lat wystarczyło jednak, by gruntownie zmieniło się otoczenie rynkowe i w związku z tym pojawiły się zupełnie nowe wyzwania przed Grupą Arcus. Cieszy mnie natomiast, że udało się zachować wartości, które zawsze charakteryzowały naszą firmę – bezpośrednie kontakty z klientami oraz rodzinne relacje wewnątrz zespołu.

Skoro już mowa o rodzinie, pański brat Rafał jest członkiem zarządu, ojciec Marek – przewodniczącym rady
nadzorczej.
Co więcej, do naszej rodziny należy kontrolny pakiet akcji, ale na tym kończą się tego rodzaju uwarunkowania. Arcus od 2007 roku jest obecny na GPW i w związku z tym musi spełniać wszystkie wymogi, jakie stawia się spółkom giełdowym. Jako prezes odpowiadam przed akcjonariuszami, dla których najważniejsze są wyniki finansowe i wartość akcji. Nawet nie mogę marzyć o takim zakresie wolności, jaki ma szef prywatnej firmy, który może realizować długofalowe wizje, nie zwracając uwagi na bieżące wyniki. Co więcej, nie byłbym wiarygodny, gdybym nie zdobył odpowiedniego wykształcenia, nie miał przygotowania zawodowego, zanim przejąłem stery firmy. Ukończyłem finanse i bankowość oraz zarządzanie i marketing na SGH. Karierę zawodową zaczynałem jako handlowiec dystrybuujący jednostki funduszy inwestycyjnych, później zostałem szefem spółki Inforsys. Mój brat – z wykształcenia prawnik – ma również bogate doświadczenia managerskie.

Co odróżnia kierowaną przez pana spółkę od typowej korporacji?
Jestem daleki od lekceważenia tych wszystkich elementów, które stanowią o sile i skuteczności wielkich firm, ale czasem ich zarządom brakuje woli zwycięstwa. Jestem zwolennikiem sprawnego zarządzania i szybkich decyzji. Kiedyś irytowało mnie, że na planowane efekty czasem trzeba czekać bardzo długo. Nauczyłem się jednak cierpliwości…

Jaki jest kluczowy element pańskiej strategii?
Najbardziej naturalna droga rozwoju Arcusa to zmiana roli: z dystrybutora na integratora IT. Połączenie możliwości spółek, które tworzą naszą Grupę, pozwala nam przygotować ofertę kompleksowego zarządzania przedsiębiorstwem – od naszej specjalności, czyli druku, przez systemy do zarządzania flotą, systemy CRM i ERP, Cloud, do elektronicznego obiegu dokumentów. Już dziś wielu naszych klientów korzysta z kilku tych elementów. A to potwierdza, że wybraliśmy właściwą drogę rozwoju.

W jakiej kondycji był Arcus, gdy został pan jego prezesem?
Nie chciałbym przeceniać swojej roli, ale spółce i grupie kapitałowej potrzebny był jasny plan rozwoju. Zaczynałem ze 100 pracownikami, dziś jest ich 250. Liczba naszych oddziałów handlowych zwiększyła się z sześciu do ośmiu. Nie lubię oglądać się za siebie, postawiłem więc na rozwój głównie poprzez akwizycje, co pozwoliło nam poszerzyć także portfolio. Słuszność wyboru tej drogi potwierdza dobry wynik na koniec 2015 roku – 3,7 mln zł zysku. Z mojego punktu widzenia szczególnie ważny jest jednak inny wskaźnik – liczba naszych klientów zwiększa się o 30–35 proc. rocznie, a umowy są zawierane z reguły na kilka lat. Warto też wspomnieć, że co roku wystawiamy o 30 proc. faktur więcej. To dobre wskaźniki, które pozwalają mi patrzeć na przyszłość firmy z optymizmem. Proces akwizycji nie został jeszcze zakończony, możliwość przejęcia kolejnej firmy specjalizującej się w telematyce, usługach portalowych lub business intelligence oznacza dla nas nowe produkty i kolejnych klientów. A to z kolei ma ogromny wpływ na to, jak postrzegają nas instytucje finansujące naszą bieżącą działalność.

Czy zakup firmy rodzinnej to dobry biznes?
Wiele zależy od tego, jaką rolę odgrywa w niej właściciel. Nierzadko jest to człowiek orkiestra, który ma osobiste kontakty z klientami, sam podejmuje wszystkie decyzje. Kiedy przestaje się angażować, cała organizacja zaczyna mieć problemy. Wiem, że zabrzmi to zaskakująco, ale bardzo ostrożnie traktuję możliwość przejęcia tego rodzaju firmy…

A jak ocenia pan wejście spółki na giełdę i wynikające z tego obowiązki?
Była to dobra decyzja. Firma zyskała nowe doświadczenia i środki, które stanowiły dla niej ważny impuls rozwojowy. Mam taki sam cel jak nasi akcjonariusze – każdy rok rozliczeniowy ma się kończyć wzrostem wartości firmy i akcji.

Nie wspomnieliśmy jeszcze o roli Arcusa na rynku telematyki i inteligentnych sieci, w tym telemetrii.
Nasza spółka jest jednym z pionierów tej branży w Polsce. Od dawna współpracujemy ze specjalistyczną firmą ADD z Mołdawii oraz z innymi przedstawicielami branży inteligentnych liczników energii elektrycznej. Obrazowo mówiąc, chodzi o to, by zdalnie – bez udziału inkasentów – sterować wszystkimi procesami związanymi z poborem energii. Dzięki temu dostawcy mogą – w zależności od popytu – regulować za pomocą promocji cenowych zużycie w określonych godzinach. Wydawałoby się, że to biznesowy samograj, ale tak nie jest. System przetargów powoduje, że czasem mamy mnóstwo pracy, a potem miesiącami czekamy na kolejne zlecenie, płacąc pensje wysoko wykwalifikowanym specjalistom.

Inteligentne liczniki są tylko częścią oferty „Smart” Grupy Arcus.
Nowością wśród rozwiązań inteligentnych jest ITC (Intelligent Traffic Counter), którego podstawową funkcjonalnością jest automatyczny pomiar natężenia ruchu drogowego. To funkcja szczególnie przydatna dla zarządców dróg: samorządów i GDDKiA. Umożliwia ona również podejmowanie różnego rodzaju decyzji inwestycyjnych na podstawie zebranych danych, analizę ruchu osób w centrach handlowych, analizę ruchu pojazdów na przejazdach kolejowych, analizę obciążenia linii komunikacji miejskiej lub linii kolejowych, a także pomiar potoków ludzkich podczas dużych imprez (festiwali, targów, manifestacji).

Co lubi Michał Czeredys?arc-0230

Zegarek Zenith El Primero
Pióro Montblanc
Ubrania Canali
Wypoczynek nad Bałtykiem, świetnie czuje się w Sopocie
Kuchnia hinduska
Restauracja Na Lato w Warszawie
Samochód BMW M550
Hobby sport, biega 40–50 km tygodniowo,przygotowuje się do półmaratonu

Warto marzyć

Jak podoba się panu Rio podczas olimpiady?OMEGA_RIO16_011813.jpga
Dziś akurat nieszczególnie, bo co chwila pada, ale widzieliśmy kilka konkurencji pływackich i to naprawdę fantastyczne oglądać nowe miasto, w którym są zarówno góry, jak i ocean. Nie mamy tego na Florydzie.

Które z dotychczasowych wydarzeń podobało się panu najbardziej?
Wczorajsza rywalizacja pływaków. Na torach panuje niezwykła dyscyplina. Szczególnie podobały mi się ujęcia kamery spodwody, na których widać było dokładnie ruchy rąk i nóg pływaków.

Czy był pan świadkiem jakichś ekscytujących chwil podczas dekoracji?
Dwa razy! To był ten gość, który pływa już od dawna… Phelps. Wspaniały facet.

Z zegarkiem OMEGA Speedmaster na ręce nie tylko stanął pan na Księżycu, lecz także spełnił inne marzenia. Jakie?
Po pierwsze, zdobycie góry. Przelot nad oceanem. Wejście na pokład łodzi podwodnej i przyjrzenie się z bliska wrakowi „Titanica”. Byłem też na biegunie północnym i od jakiegoś czasu próbuję się dostać na południowy.

Czy marzenia są kluczem do ludzkiej duszy?
Niezależnie od tego, skąd się wzięliśmy – czy z rajskiego ogrodu, czy zeszliśmy z drzew – rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Chcieliśmy się dowiedzieć, co jest po drugiej stronie tej wody. Kiedy już odkryliśmy, że świat nie jest płaski, mieliśmy ochotę oglądać więcej. A wtedy zaczęliśmy spoglądać w górę. Najpierw wymyśliliśmy śmigło, a teraz jesteśmy w stanie latać. Zbudowaliśmy rakietę na Księżyc. Poszło nam całkiem nieźle, lecz teraz spoglądamy jeszcze dalej.

Prawdopodobnie niewielu ludzi widziało Brazylię z pokładu statku kosmicznego. Jak nasza planeta wygląda z Kosmosu?
Wszystko jest małe, włącznie z chmurami. A chmury są naprawdę blisko. Nawet w nocy podczas burzy z piorunami. Wtedy jest ciemno i jak na dłoni widać błyskawice. To nie ma nic wspólnego z lotem na 40 tys. lub 50 tys. stóp. Aby się dostać na orbitę, pokonujesz znacznie dłuższy dystans. Widzisz fantastyczne rzeczy. Jednak podczas wszystkich lotów, zwłaszcza promem Apollo, pozostawaliśmy na orbicie przez półtora okrążenia wokół Ziemi. Potem opuściliśmy Ziemię i udaliśmy się w stronę Księżyca.

Dzień na Marsie trwa 24 godziny i 39 minut. Czy jeżeli faktycznie się tam osiedlimy, OMEGA będzie musiała na nowo wymyślić zegarek?
Nie. Wystarczy, że poproszą o pomoc kogoś tak niekonwencjonalnego jak ja. Jakiegoś innowatora, który spojrzy na dostępne elementy i wymyśli, jak je wykorzystać.

Czego uczą nas igrzyska olimpijskie? Ma to coś wspólnego z Kosmosem?
Igrzyska są wyjątkowym spotkaniem wszystkich krajów świata. Obecnie wiele z nich prowadzi programy kosmiczne. Sądzę, że powinniśmy je rozwijać wspólnie, a nie rywalizować ze sobą. Jednakże chcielibyśmy się ścigać na poziomie projektów, a następnie współpracować na poziomie operacyjnym.

OMEGA wiele mówi o rejestrowaniu marzeń. Co jest kluczem do ich spełnienia?
Niezależnie od tego, czy jesteś astronautą czy sportowcem. To samo napędza wszystkich, którzy walczą o swoje przekonania. To świadomość, czego są w stanie dokonać. Jaki może być ich indywidualny wkład. Gdy chcesz dać z siebie wszystko, przy odrobinie szczęścia będziesz w stanie przekuć to na przyszły sukces. Czy to będą dobre stopnie w szkole, czy zdobycie pracy albo lądowanie na Księżycu – wszyscy na coś pracujemy. Można to też ubrać w inne słowa. Odkrywamy albo umieramy.

Kosmiczny event
OMEGA House w Casa de Cultura Laura Alvim w Ipanema Beach został przekształcony 10 sierpnia w unikalną przestrzeń dla „kosmicznego” wieczoru, podczas którego pojawił się legendarny astronauta i ambasador marki – Buzz Aldrin. Podczas lądowania Apollo 11 na Księżycu w 1969 roku Buzz Aldrin postawił słynny krok na powierzchni Księżyca z modelem OMEGA Speedmaster na ręce, czyniąc z niego pierwszy zegarek noszony na Księżycu. 47 lat później pojawił się w Rio de Janeiro, by podzielić się z gośćmi swoimi wspomnieniami. Przy tak bogatym dziedzictwie w eksplorowaniu Kosmosu prezydent firmy Raynald Aeschlimann powiedział: „Nawet w zegarkach, które tworzymy dziś, obecna jest historia Kosmosu i Księżyca jako istotny element naszego DNA. Jest to kluczowe znaczenie dla historii naszej marki. Dzisiejszy wieczór to świetny sposób, by uczcić ten związek. To, że jest z nami legendarny astronauta, sprawia, że wszystko jest jeszcze bardziej wyjątkowe”.

200 mln widzów

Jak finansista stał się filmowcem?
Finansistą w ścisłym tego słowa znaczeniu nie byłem nigdy. Skończyłem co prawda finanse i bankowość w warszawskiej SGH, ale od zawsze pociągał mnie bardziej kreatywny biznes. Dlatego od początku studiów prowadziłem firmę zajmującą się grafiką użytkową. Byliśmy podwykonawcą agencji reklamowych do 2002 roku, kiedy sprzedałem tę firmę. Przygodę z nurkowaniem zacząłem od robienia zdjęć, następnie pojawił się magazyn o nurkowaniu, który wydawałem przez dziewięć lat. Równolegle z magazynem otworzyłem biuro podróży dla osób nurkujących. Nurkowanie więc stało się trzonem kilku biznesów. Biuro podróży istnieje do dziś.

Łączenie pasji z zarabianiem pieniędzy jest najszczęśliwszą kombinacją, jaka może się nam przytrafić.
Tak. Miałem dużo szczęścia w życiu, bo pierwsza praca też była moim hobby. Początek lat 90. był pod tym względem zupełnie niesamowity. Gdy umiało się coś robić, łatwo taką umiejętność się monetyzowało. Kreśliłem coś na komputerze i to wkrótce stawało się towarem…

Ktoś stojący z boku, oglądający efekty pana pracy, może zazdrościć panu wiecznych wakacji.
To zapraszam na plan filmowy. Dopiero na nim można się przekonać, że nie jestem na wakacjach. Każdy, kto ma doświadczenie wyniesione z pracy na planie zdjęciowym, produkcji jakiegokolwiek filmu, wie, jaka to jest ciężka harówka. Poza tym filmowanie dzikiej przyrody jest bardziej nieprzewidywalne i trudniejsze niż produkcje fabularne. Na planie moich filmów nie da się zaplanować światła ani przygotować aktorów. Duże stacje telewizyjne dysponują czasami budżetami na kilka miesięcy, pół roku, by czekać na to jedno ujęcie.

Praca na planie pańskich filmów przypomina spektakl, w którym ciągle się czeka na swoje wejście, ale też ma swoją specyfikę, m.in. poważne wymagania sprzętowe.
Z tą różnicą, że to ja czekam na swoich „aktorów”, aż łaskawie przypłyną i wpłyną w zasięg moich obiektywów. Swoją pracę traktuję bardzo poważnie, bo zainwestowałem sporo czasu i sprzętu. Jestem związany z firmą RED i używam takiej samej kamery co Peter Jackson podczas kręcenia „Hobbita”. Technika stała się na tyle przystępna, że mogę używać takiej kamery. Oczywiście, nie mam takiego budżetu jak on, ale świetny sprzęt trafił pod strzechy.

7A3S2571a
Co pana najbardziej kręci w tej pracy?
Wyzwania. Przed przystąpieniem do kolejnego projektu tworzymy scenariusz. Nie tak dokładny jak w fabule, ale zarysowy, nakreślający, co chcielibyśmy pokazać i jak. Poprzednia produkcja „Magia wielkiego błękitu” miała siedem odcinków, bo prezentowała materiał filmowy pochodzący z siedmiu kontynentów. Obecna będzie miała sześć odcinków. To są duże produkcje, obejmujące pięć–sześć godzin materiału. Z ujęć, które finalnie otrzymujemy, jak z plasteliny lepimy końcową opowieść. Aktorzy nie wypowiadają swoich kwestii, nie ma ani dialogów, ani monologów. Rekin może być więc przyjazny lub wrogi. Fajne w tej pracy jest to, że ostatni etap produkcji jest bardziej elastyczny, można go poddać odpowiedniej obróbce według wizji i koncepcji.

Produkujecie dla Discovery. To wielki zaszczyt i wyróżnienie?
Robiłem wcześniej zdjęcia dla „National Geographic”. Kiedy wydałem album „Wielki błękit”, doszedłem do wniosku, że zrobiłem wszystkie zdjęcia, które chciałem. I przyszła pora na większe wyzwanie. Discovery jest światową marką, bardzo znaną, i zgadzam się, że to jest zaszczyt dla niej pracować.

Kamera oddaje klimat i kolory podwodnego świata?
Obiektyw nie przekazuje barw i atmosfery do końca. Ten świat jest zdecydowanie lepszy w naturze. Podwodne środowisko jest, niestety, niewdzięczne dla optyki. Widoczność jest ograniczona do 20–30 metrów. Na dodatek na głębokości 30 metrów wszystko jest zielononiebieskie. Przekładając to na obraz filmowy, wszystko robi się płaskie i mało plastyczne. Na żywo wygląda znacznie lepiej.

Powodzenie produkcji przełożyło się na sukces finansowy?
Robimy drugą serię, mamy w planach trzecią i czwartą. Na podstawie naszych doświadczeń możemy stwierdzić, że to jest opłacalne. Trafiłem w dobrym czasie na odpowiednich ludzi, którzy pokierowali surowym materiałem, jakim dysponowałem, i razem zrobiliśmy finalny produkt nadający się do pokazania w 78 krajach. Moje filmy obejrzało na całym świecie ponad 200 mln ludzi. Moi wspólnicy ustalili, że nasze filmy są najczęściej oglądaną polską produkcją telewizyjną na świecie.

Szkoda, że widzowie Discovery nie mają świadomości, że to jest produkt polski…
Nie, nie mają. Mamy inną konwencję niż np. w serii „Błękitna Planeta”, gdzie jest narrator i można go utożsamiać z krajem pochodzenia. Nasze filmy są w tym świetle międzynarodowe. Narracja jest w lokalnych językach i każdy widz może się wczuć w rolę prowadzącego. Z punktu widzenia producenta  jest to duży plus. Osobiście znacznie lepiej czuję się, gdy pracuję za kamerą niż przed obiektywem.

Patrząc na warunki, w jakich pan działa, wydaje się, że jest to praca niebezpieczna.
Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Najczęściej mówi się o rekinach jako zwierzętach najbardziej niebezpiecznych. Przy każdej okazji staram się obalać ten mit. One nie polują na ludzi. Wypadki, owszem, się zdarzają, ale dotyczą one w 90 proc. surferów, których rekiny mylą z fokami. Prowadziłem magazyn o nurkowaniu i proszę mi wierzyć, że ofiar rekinów na świecie jest około 10 rocznie. Nie słyszałem o przypadku, aby rekin zaatakował pod wodą nurka. Dla nich jesteśmy nieznajomo wyglądającymi stworami emitującymi dziwne sygnały. Aby nakręcić scenę z ożywionymi rekinami, trzeba je często do tego zachęcić albo wręcz sprowokować.

Niebezpieczne pod wodą nie są jednak jedynie rekiny.
Tak, są zwierzęta groźniejsze od rekinów. Najbardziej niebezpieczne są małe jadowite stworzenia, meduzy i ośmiornice. Pociechą jest to, że one nie atakują, tylko się bronią. Z moich doświadczeń wynika jednak, że to nie zwierzęta stanowią niebezpieczeństwo, tylko prądy, które mogą ponieść nas 20 km od miejsca nurkowania, co niestety może się skończyć tragicznie.

7A3S1455aMa pan swoje ulubione akweny?
Uwielbiam rejony, które są położone z dala od cywilizacji, jak Papua-Nowa Gwinea, archipelag Galapagos, Antarktyka. To są miejsca unikalne, zarówno na lądzie, jak i pod wodą.

Bałtyk w tym kontekście to nudziarstwo.
Nie zgadzam się. Bałtyk jest superatrakcyjny dla tych, którzy lubią nurkować, aby oglądać wraki. Nasze morze to ogromne cmentarzysko podwodne, chimeryczne ze względu na pogodę i mroczne. Z uwagi na to, że Bałtyk ma słabe zasolenie, świetnie przechowały się w nim drewniane wraki, które są ogromną atrakcją dla nurków.

Pod wodą spędził pan już kilka miesięcy?
Dokładnie nie wiem ile, ale ze cztery, bo ponad 3 tys. godzin.

Najbliższe miesiące zapowiadają się pracowicie.
10 sierpnia lecę na Filipiny, by kręcićzdjęcia do kolejnej serii. Na plan filmowy wybieram się zawsze sam. Na miejscu wynajmuję łódź i lokalnego przewodnika. Zdjęcia trwają od wschodu słońca i często kończą się nocnym nurkowaniem. W Polsce, po powrocie, w postprodukcji bierze już udział większy zespół profesjonalistów, gwarantujący najwyższą jakość produktu.

Co lubi Darek Sepioło?

DS

Zegarek IWC, wspierający fundację Galapagos
Wypoczynek na nartach we włoskich Dolomitach
Kuchnia „Polska: schabowy, ziemniaki i mizeria. Staram się nie jeść tego, co fotografuję”.
Samochód audi
Hobby tożsame z pracą

Czy warto być spółką giełdową notowaną w Polsce?

ManagerOnline

Upublicznienie przedsiębiorstwa to prestiż, a także wzrost jego wiarygodności – spółki giełdowe muszą spełniać wiele restrykcyjnych wymogów korporacyjnych i informacyjnych. To sprawia, że są one bardziej transparentne, a inwestorzy darzą je większym zaufaniem. Od początku lipca tego roku w Polsce obowiązują unijne regulacje MAR i MAD (wcześniej zaimplementowano dyrektywę Transparency), które ujednolicają funkcjonowanie giełd w Unii Europejskiej. Oznacza to, że obecnie na GPW obowiązują takie same uwarunkowania prawne jak na innych dojrzałych europejskich rynkach kapitałowych. Konieczność utrzymania najwyższych standardów przekłada się na inne sfery biznesu – poprawiają się relacje z klientami oraz kontrahentami. Pojawiają się również korzyści finansowe w postaci np. lepszych warunków kredytowych. Widoczny jest również efekt marketingowy. Firmy giełdowe są bardziej rozpoznawalne – wspiera to promocję zarówno marki, jak i oferowanych produktów oraz usług.

Dodatkowo obecność na giełdzie daje również bardziej wymierne korzyści. Spółka uzyskuje codziennie wycenę swojej wartości na rynku, która uwzględnia bieżącą sytuację w przedsiębiorstwie oraz przyszłe prognozy dotyczące jej rozwoju. Upublicznienie spółki daje dość elastyczny dostęp do finansowania, a im lepsze spółka ma perspektywy, im lepiej wypełnia obowiązki informacyjne, tym to finansowanie może być tańsze, a jego pozyskanie łatwiejsze. W Europie aktywność na rynku IPO w roku 2015 była najwyższa od 2007 roku, a łączna wartość przeprowadzonych ofert to 57,4 mld euro. To pokazuje, że przedsiębiorstwa aktywnie poszukują kapitału, który mogą pozyskać właśnie z giełdy. Oczywiście wiele zależy też od płynności samej giełdy. Przez wiele lat GPW rozwijała się niezwykle dynamicznie. Od pewnego czasu obserwujemy spadek zainteresowania inwestorów indywidualnych – ich udział w obrotach spadł do poziomu 13 proc. w pierwszej połowie 2016 roku. W rekordowych okresach drobni inwestorzy odpowiadali nawet za jedną trzecią obrotów. Widoczny jest odpływ inwestorów zagranicznych – wartość generowanych przez nich obrotów spadła w ostatnich kwartałach. Na tę sytuację składa się wiele powodów, m.in. sytuacja na światowych rynkach, ale także odpływ środków z OFE, które wcześniej były istotnym wsparciem dla giełdowej płynności w Warszawie. Okazuje się, że równie ważne są kwestie polityczne, a wszystkie te rodzaje ryzyka wpływają na poziom ocen ratingowych, uważnie śledzonych przez inwestorów.

Powyższe czynniki przekładają się na warunki pozyskania kapitału na rozwój – spółki walczą o wyższą wycenę przy sprzedaży swoich akcji, chcą jak najszybciej zbudować księgę popytu, co nie zawsze jest łatwe. W tym zakresie mamy doświadczenie: w tym roku udało nam się sfinalizować transakcję odwrotnego przejęcia Pfleiderer GmbH i proces re-IPO na GPW w Warszawie. Efektem tych zmian jest pełna integracja Grupy Pfleiderer, którą kierujemy z nowej siedziby we Wrocławiu. Posiadamy tu silną bazę klientów z branży meblowej, dlatego nadal mamy zamiar inwestować na rynku w Polsce. Przeprowadzenie oferty re-IPO na GPW w Warszawie było dla nas ważnym krokiem, a pozytywne reakcje naszych inwestorów są sygnałem, że polska giełda cały czas ma duży potencjał.

Giełda dziś i jutro

ManagerOnline

Giełda papierów wartościowych jest rynkiem bardzo zbliżonym do ideału – dzięki równemu dostępowi do możliwości zawierania transakcji i do informacji (o zawartych transakcjach i o zdarzeniach mogących mieć wpływ na kursy) następuje szerokie zderzenie popytu z podażą, dzięki czemu ceny notowanych akcji są najbardziej zbliżone do ich wartości. Tyle mówi teoria, a czy praktyka wygląda równie atrakcyjnie? Niestety, w praktyce do tego ideału bardzo dużo brakuje w każdym z wyżej wymienionych obszarów. Dostęp do zawierania transakcji nie tylko nie jest równy, ale dodatkowo wymaga jeszcze pośrednictwa domu maklerskiego, co w naturalny sposób wydłuża i podraża drogę zlecenia na giełdę. Równy dostęp do informacji jest o tyle problematyczny, że z uwagi na wymogi regulacyjne obowiązkowi publikacji podlega tak wiele danych, iż istotą jest czas ich analizy, nie zaś otrzymania. To szerokie zderzenie dwóch stron rynku także jest nie do końca prawdziwe, zwłaszcza w przypadku mniej popularnych spółek, gdzie często nie ma w ogóle zainteresowanych zawarciem transakcji. A w przypadku spółek płynnych, ta płynność jest często zdominowana przez algorytmy, ścigające się na mikrosekundy, które nie dążą do realizacji zysków w ciągu lat, tylko w ciągu minut. W oczywisty sposób wypacza to wyceny notowanych papierów wartościowych, odrywając je od ich rzeczywistej wartości.

Skoro giełda nie jest ideałem, to co możemy zrobić, aby była? Niestety, niewiele. Część ze wskazanych powyżej słabości możemy minimalizować, niektóre nawet eliminować, ale największym zagrożeniem dla kontynuacji tej ścieżki ewolucji jest utrata monopolu giełd na obrót instrumentami finansowymi. Przekłada się to na obniżenie obrotów,  a zatem także zysków, a ponadto ogranicza przyszłą atrakcyjność zarówno dla inwestorów, jak i dla emitentów.

Z punktu widzenia inwestora, im bardziej płynny obrót, tym bardziej trafna wycena, co daje komfort inwestycji i dezinwestycji praktycznie w dowolnym momencie, po cenie odpowiadającej z grubsza wartości akcji. Jeśli jednak płynność spada, to rośnie ryzyko, zwłaszcza ryzyko wyjścia z inwestycji po przyzwoitej cenie. I może się okazać, że część wcześniejszych inwestorów wybierze bardziej bezpieczne inwestycje (np. rynek obligacji), a ci bardziej skłonni do ryzyka wybiorą rynek bardziej płynny i bezpośredni, np. forex. Dla emitenta natomiast mało płynna giełda to jeszcze większy problem. Niższa płynność to niższe wyceny (bo inwestorzy przecież muszą mieć premię za utrudnienie wyjścia z inwestycji), a zatem mniej opłacalne emisje nowych akcji. Dodatkowo giełdy przy spadających przychodach z obrotów będą starać się maksymalizować przychody z opłat, głównie od emitentów właśnie, a zatem notowane spółki dostaną mniej korzyści, a będą musiały za nie więcej płacić. Skoro jest tak źle, to czy giełdy w ogóle przetrwają? W dłuższym okresie zapewne nie, ale na razie jeszcze nikt nic lepszego nie wymyślił, więc przed nami kilka kluczowych lat. Z jednej strony należy mieć nadzieję, że giełdy będą się starać być bardziej innowacyjne, że będą ułatwiać dostęp inwestorów, będą maksymalizować korzyści dla emitentów, że nie podzielą losu wielu monopolistów, którzy po starciu z konkurencją nie byli w stanie nawiązać walki. Z drugiej strony jednak będziemy obserwować coraz śmielsze zapędy różnych przedsięwzięć z branży fin-tech, które pożądliwym okiem patrzą na tak łakomy kąsek, jakim jest pośrednictwo w przepływie kapitału. Od lat powstają platformy peer-to-peer eliminujące pośredników w wielu obszarach usług finansowych, w tym bankowych czy ubezpieczeniowych, a nawet wkraczające w obszar alokacji kapitału.

Być może za chwilę pojawi się aplikacja na smartfon, dzięki której inwestorzy będą kupować akcje bezpośrednio od emitentów i w ramach tej samej aplikacji będą także mogli dokonywać pomiędzy sobą transakcji na rynku wtórnym. Technologicznie jest to już dziś możliwe, lecz przeszkodą są regulacje, które teoretycznie na coś takiego nie pozwalają. Ale od czego są kreatywni prawnicy, czy też serwery w egzotycznych krajach (albo choćby w Londynie, który po Brexicie będzie musiał agresywniej zawalczyć o rynek)? Dzisiejsze zagrożenie dla giełd może zatem jutro okazać się szansą dla rynku kapitałowego, który poszedłby inną linią ewolucji, w kierunku prostszego i tańszego obrotu. Jednak zanim tak się stanie, potrzebne jest możliwie sprawne funkcjonowanie obecnej infrastruktury rynku. Dlatego w najbliższych latach kluczowe jest utrzymanie roli giełd jako centralnych miejsc obrotu, aby przejście z jednej formy rynku dodrugiej było jak najmniej szokowe dla inwestorów i emitentów. W tym kontekście bardzo cieszy fakt, że wciąż są emitenci, którzy wierzą w dalszy rozwój giełd, a w szczególności giełdy warszawskiej. Jeszcze bardziej cieszy, jeśli rynek ten wybierają spółki, które z powodzeniem mogłyby być notowane na innych giełdach. Brexit nie spowoduje z pewnością, że City przeniesie się do Warszawy, ale może mieć jakiś wpływ na zwiększenie sensu notowań w Polsce, jako części Unii Europejskiej. Należy mieć nadzieję, iż pomoże to polskiemu rynkowi kapitałowemu przetrwać ten okres przejściowyw ewolucji rynku kapitałowego.

GPW i ekspansja zagraniczna

    Jesteście jedną ze starszych firm tej branży na rynku.
    Firmę założyłem w 1993 roku w Katowicach jako hurtownię z częściami zamiennymi do samochodów. Przez pierwsze sześć lat działaliśmy w magazynie o wielkości zaledwie 200 mkw. Po 15 latach działalności mogliśmy się pochwalić 16 filiami oraz eksportem do Czech, na Słowację i Ukrainę. Od tego czasu możemy mówić, że firma weszła w najbardziej dynamiczny okres rozwoju w swojej historii. Dzisiaj łączna powierzchnia magazynowa spółki, uwzględniając filie, przekracza 50 tys. mkw., a planowane są kolejne inwestycje.

    3
    Firm w tym segmencie jest sporo. Co wyróżnia was spośród konkurencji?
    Staramy się wsłuchiwać w oczekiwania i potrzeby naszych klientów. Dlatego w tej chwili największy nacisk kładziemy na dostępność części „od ręki”. Dla mechaników najważniejsze jest, czy szukana przez nich część jest dostępna od zaraz, czy będą na nią musieli czekać. Szeroka dostępność naszej oferty jest możliwa z kilku względów. Przede wszystkim mamy duże zaplecze magazynowe oraz nowoczesne systemy informatyczne. Gwarantują one, że dany produkt zostanie dostarczony klientowi w ciągu od kilkudziesięciu minut do kilku godzin, a w przypadku towaru dostępnego z centrali – następnego dnia rano. Cały czas inwestujemy oraz udoskonalamy systemy informatyczne i zarządzania, a także powiększamy dostępność towaru. To pozwala na stały rozwój oraz stawianie sobie nowych, coraz ambitniejszych celów.

    W tej branży logistyka jest podstawą skutecznego działania i końcowego sukcesu.
    Proszę sobie wyobrazić mechanika X, który naprawia auto w warsztacie Y. Po wstępnej diagnostyce wie on, że musi wymienić daną część, której akurat nie ma u siebie w warsztacie. Co robi? Sprawdza jej dostępność w filii jednego z dystrybutorów. W przypadku, gdy tego konkretnego produktu nie znajdzie u danego dystrybutora, nie będzie się długo zastanawiać i poszuka go u innego. Chcemy, by wszystkie potrzebne mu produkty do pracy znalazł w jednym miejscu – w naszym oddziale. Nie dość, że dokona zakupu u nas, to jeszcze na przyszłość w razie potrzeby staniemy się jego pierwszym wyborem.

    Co zaważyło na podjęciu decyzji o debiucie pańskiej firmy na GPW?
    Decyzja o debiucie na giełdzie była dla nas naturalnym krokiem. Na przestrzeni ostatnich lat, patrząc na tempo rozwoju oraz jego skalę, coraz bardziej zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to nasz następny ruch. Dobrze wiemy, po co debiutowaliśmy na giełdzie, i mamy wobec tego jasno określone oczekiwania i cele, jakie chcemy zrealizować. Jednym z nich jest ekspansja na rynki krajów sąsiedzkich, stąd też decyzja o rozwoju sieci logistycznej. Dodatkowo chcieliśmy również pokazać, że Auto Partner to godny zaufania partner biznesowy, natomiast renoma GPW ma w umacnianiu tego wizerunku dodatkowo pomóc.

    Czy rynek części samochodowych w Polsce ma tendencje wzrostowe?
    Rynek części zamiennych w Polsce rok do roku rośnie, co jest spowodowane kilkoma czynnikami. Po pierwsze, zwiększa się średnia liczba aut przypadających na gospodarstwo domowe. Pojazdy te potrzebują nie tylko okresowych przeglądów, lecz także napraw. Ponadto rynek części się powiększa, dzisiaj niemal każda część czy akcesorium mają po kilka zamienników.

    Tworzą państwo również własną sieć warsztatów samochodowych. W 2015 roku rozpoczęliśmy projekt zrzeszający sieć niezależnych warsztatów pod szyldem Maxserwis. Nasze cele to rozwój, ciągłe poszerzanie wiedzy mechaników i inwestowanie w najnowsze narzędzia oraz ukierunkowanie na zadowolenie klientów. Członkowie sieci mają dostęp do najświeższej wiedzy i najnowocześniejszych rozwiązań z zakresu naprawy pojazdów. Obecnie pod szyldem Maxserwis działa kilkanaście warsztatów, a w planach jest stworzenie sieci obejmującej kilkaset punktów na terenie całego kraju.

    Poza Polską firma działa również na rynkach zagranicznych.
    Owszem, jesteśmy obecni w Niemczech, Czechach, Austrii, na Słowacji, Z branżą motoryzacyjną związany jest od 1993 roku, w którym założył spółkę Auto Partner. Jest głównym akcjonariuszem firmy. Od początku istnienia spółki odpowiedzialny za jej rozwój, relacje z kluczowymi dostawcami i partnerami biznesowymi Aleksander Górecki Łotwie, Litwie oraz Ukrainie. Jednym z głównych założeń, jakie spowodowało decyzję o debiucie na giełdzie, była również ekspansja zagraniczna.

    Jakie ma pan plany na przyszłość po debiucie na GPW?
    Jestem przekonany, że firma za 10 lat wciąż będzie znajdować się na drodze rozwoju. Zakładamy dalsze inwestycje w logistykę firmy poprzez m.in. rozbudowę i usprawnianie sieci dystrybucji. W przyszłości stworzone zostaną własne oddziały i regionalne centra logistyczno-magazynowe, które będą wykorzystywane również w działalności zagranicznej. Uruchomione zostaną filie na terenie Łotwy i Czech, w których obecnie działamy. W przeciągu kilku następnych lat powiększy się również liczba Maxserwisów oraz prowadzone będą działania mające na celu podnoszenie poziomu wiedzy pracowników warsztatów.

    Co lubi Aleksander Górecki?

    fot. Dariusz Iwanski www.iwanski.com.pl tel. 0048 601 362 305 foto.iwanski@yahoo.com

    Wypoczynek zdecydowanie aktywny
    Kuchnia śródziemnomorska z dobrym winem
    Samochód wygodny mercedes
    Hobby golf

    e-Commerce: biznes większy, niż myślisz

      Dynamika rynku sprzedaży internetowej w Polsce rok do roku wynosi 20 proc. Kto korzysta na rozwoju e-commerce?
      Sprzedaż internetowa, pomimo że stała się już standardem i czymś oczywistym, nadal rozwija się niesłychanie dynamicznie. Wartość rynku e-commerce w Polsce, według Gemiusa, przekroczyła w 2014 roku 6,5 mld euro, a ponad 55 proc. użytkowników Internetu dokonało zakupu online. Na pewno oprócz samych klientów, dla których zakupy przez Internet to przede wszystkim wygoda i bardzo duży asortyment, a często także niższa cena niż w sklepach stacjonarnych, największymi beneficjentami są podmioty sprzedające przez Internet. Mam tu na myśli nie tylko sieci handlowe, lecz także tzw. pure players, czyli sklepy sprzedające tylko przez Internet. W tym dynamicznym ekosystemie świetnie rozwijają się również firmy świadczące usługi dla podmiotów prowadzących sprzedaż online, a więc branża logistyczna, dostawcy oprogramowania do sprzedaży internetowej, agencje prowadzące działania marketingowe online i wreszcie firmy procesujące płatności internetowe.

      Jeśli już mowa o branży logistycznej, czy mógłby pan przybliżyć, w jaki sposób na rozwoju sprzedaży internetowej korzysta FM Logistic, czyli operator logistyczny oferujący rozwiązania magazynowe, a nie usługi kurierskie?
      Faktycznie, firmy kurierskie, obok dostawców oprogramowania do sprzedaży internetowej, są związane z e-commerce od początku. Bez nich rozwój tego sektora rynku byłby niemożliwy. Dziś jednak ten rynek staje się coraz bardziej dojrzały. Sklepy internetowe oferują coraz większy asortyment, a obsługa klienta staje się dla nich priorytetem. Przy rosnącej złożoności procesów logistycznych oraz stale rosnących wymaganiach stawianych przez samych klientów sklepy internetowe decydują się na przekazanie zarządzania magazynem operatorom logistycznym, takim jak choćby FM Logistic, którzy zajmują się tym na co dzień. Decyzje tego typu nie są dyktowane tylko wygodą osób zarządzających sklepami internetowymi. Jak powiedziałem wcześniej, logistyka staje się coraz bardziej złożona. To wymaga z jednej strony zaawansowanych i profesjonalnych rozwiązań informatycznych i automatyzacji procesów, a z drugiej sprawdzonych pracowników obsługujących magazyny. Wszyscy wiemy, że o dobrych pracowników nie jest łatwo, co jest szczególnie widoczne w okresach, kiedy sprzedaż internetowa gwałtownie rośnie, czyli przed Bożym Narodzeniem i podczas wyprzedaży.

      Czy należy rozumieć, że rozwój rynku i jego dojrzałość oznacza coraz częstsze przekazywanie pewnych kompetencji i procesów firmom, które specjalizują się w rozwiązaniach wspierających sprzedaż internetową?Jacek Lipiński

      Myślę, że tak. Bez kurierów i bez oprogramowania sklepowego ten rynek nigdy by nie powstał. Oczywiście w teorii sklep internetowy może zbudować swoją własną sieć kurierów – i tak często się dzieje na rynku lokalnym, np. w obrębie danego miasta lub dzielnicy – jednak już stworzenie sieci ogólnopolskiej to bardzo duży koszt i zaawansowane kompetencje. Podobnie jest w przypadku oprogramowania. Można stworzyć zespół, który stworzy i będzie rozwijał oprogramowanie, jednak w obliczu gwałtownie rozwijających się technologii internetowych jest to trudne. Z uwagi na bariery finansowe i kompetencyjne samodzielnego wejścia w te obszary sklepy internetowe decydują się na przekazanie ich wyspecjalizowanym firmom. W przypadku magazynu mogłoby się wydawać, że takich barier tu nie ma. Przy niewielkiej skali działalności, oczywiście, można prowadzić magazyn choćby w garażu. Kiedy jednak skala operacji rośnie, pojawiają się bariery jakościowe. Coraz łatwiej bowiem o niedotrzymanie terminów wysyłek i pomylenie produktów w zamówieniach. Jeśli sklep internetowy chce tego uniknąć, konieczne są inwestycje w rozwiązania systemowe i procesowe.

      Pojawia się więc znów bariera finansowa i kompetencyjna, bo oprócz środków na zakup takich rozwiązań potrzebny jest także zespół, który to wszystko wdroży i będzie tym zarządzał. Poza tym, dzięki przekazaniu kompetencji, które nie stanowią core business sklepu internetowego, wyspecjalizowanym firmom zewnętrznym, kadra zarządzająca może się skupić na swojej głównej działalności, czyli na sprzedaży internetowej i jej rozwoju.

      Z tego, co pan mówi, widać, że e-commerce to nie tylko biznes dla sprzedawców internetowych, lecz także duży kawałek tortu dla dostawców usług dla e-commerce.
      Zdecydowanie tak jest. Proszę zauważyć, że oprócz operatorów logistycznych, takich jak FM Logistic, firm kurierskich i dostawców oprogramowania są także firmy hostingowe, na których serwerach znajduje się wspomniane oprogramowanie, oraz firmy procesujące płatności internetowe. Są także tysiące różnego rodzaju agencji oferujących rozwiązania marketingu online. Wreszcie nie można nie wspomnieć o firmach oferujących rozwiązania analityki internetowej i – hit ostatnich lat – rozwiązania big data. Jest to z pewnością bardzo duży biznes, który nadal będzie się rozwijał wraz z rozwojem e-commerce i pojawianiem się nowych technologii.

      Jak, według pana, ten rynek będzie wyglądał za pięć, 10 lat?
      Nie odważę się na tak odległą w czasie prognozę. Proszę pamiętać, że jest to rynek niesłychanie dynamiczny, na którym perspektywa roku to już bardzo wiele. Większość firm i oferowanych dziś rozwiązań nie istniała 10 lat temu. Dziś wiele firm sprzedających przez Internet i oferujących rozwiązania wspierające taką sprzedaż to bardzo duzi gracze. Jedno jest pewne, sektor ten będzie się dalej rozwijał, będą powstawać nowe firmy i upadać te, którym się nie udało. Pomimo tego, że na e-commerce można zarobić, to tak jak wszędzie przetrwają tylko najlepsi i to oni będą kreować internetowy biznes w przyszłości.

      Nowa marka, nowe wyzwania

        RWE FILIP THON FOT. BORYS SKRZYNSKI WWW.ARTZOOM.PL

        RWE FILIP THON FOT. BORYS SKRZYNSKI WWW.ARTZOOM.PL

        RWE zmieniło markę, markę, która ma bardzo długą tradycję. Dzisiaj jesteście innogy. Jak pan jako manager zarządza tą zmianą?
        Duże zmiany w europejskim sektorze energetycznym – takie jak wahania cen energii elektrycznej na rynkach hurtowych, zaostrzenie regulacji środowiskowych, ale przede wszystkim nowe trendy na rynkach konsumenckich – wpływają na zachowania firm energetycznych na rynku. Dzisiaj nie wystarczy wytwarzać energię i zaopatrywać w nią poprzez rynek hurtowy tak zwanych konsumentów. Dzisiaj trzeba bardzo dobrze znać potrzeby klientów, albo nawet je prognozować, umieć tworzyć nowe modele biznesowe i zręcznie oraz sprawnie wdrażać projekty.

        Jak to zrobić na rynku, który do niedawna o klienta nie walczył, gdzie funkcjonowała jedna cena energii dla wszystkich?
        Sektor energii przechodzi głęboką transformację związaną z szybszym niż kiedykolwiek rozwojem nowych technologii. Jest ona spowodowana stopniowym odejściem od paliw kopalnych w stronę energii odnawialnej, od scentralizowanego wytwarzania energii w stronę technologii rozproszonych i od dostarczania wyłącznie energii w kierunku zestawu innowacyjnych produktów i usług odpowiadających na całe spektrum potrzeb z nią związanych. Na naszych oczach klasyczny sposób komunikacji z klientem jest stopniowo zastępowany kanałem cyfrowym. Niektóre rozwiązania technologiczne, takie jak magazynowanie energii i jej wytwarzanie z odnawialnych źródeł, stały się przyczynkiem do trwałych zmian w modelach biznesowych firm z branży energetycznej.

        Jak więc konkurować na obecnym rynku energii?
        Jednym z rozwiązań jest oddanie sterów pracownikom, stworzenie kultury innowacji. Zapewnienie narzędzi, które pozwolą im realnie wpływać na rzeczywistość biznesową. To oni najlepiej wiedzą, czego oczekują klienci, i potrafią z nimi rozmawiać. Dlatego niedawno uruchomiliśmy program Rapid Prototyping. Nasi pracownicy mogą zgłaszać pomysły na produkty i usługi dla klientów. Każdy pomysł przechodzi przez cztery fazy, podczas których jest oceniany pod kątem biznesowym przez specjalny zespół doświadczonych managerów. Po ostatnim, czwartym etapie projekt wchodzi w fazę pilotażu i jest weryfikowany przez rynek. W tej chwili cztery projekty są już na zaawansowanym etapie, a napływają kolejne zgłoszenia. To dobre narzędzie, które nie tylko pozwala nam na sprawdzenie potencjału biznesowego pomysłu, lecz także aktywizuje naszych pracowników i pomaga nam w upraszczaniu procesów w organizacji.

        Procesy to wielkie wyzwanie dla dużych organizacji. Jak radzicie sobie z tym problemem?
        Dzięki procesom osiąga się cele swojej organizacji. Zmiana w powiązaniu z innowacją to proces, w którym trzeba połączyć tradycję z profesjonalnym know-how o rozwoju biznesu. Największy wpływ na to, czy przedsiębiorstwo odniesie sukces, mają czynniki wewnętrzne. Im większa organizacja, tym bardziej zajmuje się rozwiązywaniem swoich własnych problemów. Chcemy to zmieniać. Uruchomiliśmy program, który kieruje naszą uwagę na zewnątrz – to clou sukcesu. Znając świetnie swój cel, jakim jest dostarczanie usług i produktów, które pomagają klientowi, wspierają go, zaspokajają jego potrzeby, a nawet inspirują, wszystko podporządkowujemy tej myśli. Procesy agile’owe umożliwiają nam pójście na skróty w organizacji, pozwalają na wyznaczenie szybkiej ścieżki, na szybką reakcję i transparentny pomiar efektywności. To wymagające dla organizacji, ponieważ standaryzacja procesów wiąże się z wysokim stopniem automatyzacji i digitalizacji, ale kiedy każdy jasno widzi cel i na niego pracuje, szybciej i prościej jest go osiągnąć.

        Jak zmotywować pracowników, by weszli w tę zmianę?
        Kluczowe są inwestycje w rozwój ludzi, ich ciągłą naukę, doskonalenie umiejętności i tworzenie apetytu na innowacje. Tu szczególna rola przypada liderom biznesu, którzy muszą tworzyć kulturę organizacyjną sprzyjającą innowacyjności, motywowaniu pracowników do poszukiwania nowych rozwiązań i akceptującą ryzyko. Należy stworzyć środowisko pracy, które sprzyja kreatywnemu myśleniu i koncentracji na celu biznesowym. Zaczyna się to od miejsca pracy, a kończy na zaawansowanych narzędziach IT. Niedawno otworzyliśmy przestrzeń kreatywną w naszej siedzibie w Warszawie, gdzie odbywają się cykliczne warsztaty ideation, pomagające w kreowaniu kultury innowacyjności, inspirujące do działania i tworzenia nowych rozwiązań. Zachęcamy więc pracowników do aktywności. Kluczowe jest, aby organizacja, czyli głównie managerowie, dała przyzwolenie na popełnianie błędów. Bez tego nie będzie innowacji i nowych rozwiązań. Wszyscy jesteśmy w ciągłym procesie uczenia się, aby dzięki naszym doświadczeniom kreować lepsze produkty i usługi. Warto też sięgnąć po inspirację z zewnątrz.

        Z zewnątrz?
        Tak, w innogy stawiamy m.in. na współpracę ze start-upami. Polski rynek start-upów, chociaż niezwykle młody, jest bardzo obiecujący ze względu na wysoką dynamikę rozwoju i towarzyszącą jej ożywczą energię przedsiębiorczości. Innogy rozpoczęło już współpracę z młodymi firmami i planuje ją rozszerzać. Będziemy zachęcać start-upy do wspólnej pracy nad rozwiązaniami rynkowymi. Jako grupa mamy w tym już doświadczenie. Blisko 100 osób zatrudnionych w innogy Innovation Hub, m.in. w Berlinie, Tel Awiwie, Silicon Valley, pracuje nad nowymi modelami biznesowymi dla energetyki. Ewaluacja i wdrażanie pomysłów odbywa się we współpracy ze start-upami. To zdecydowanie daje nową, świeżą perspektywę, ale przede wszystkim pozwala działać szybko, testować, wdrażać i decydować o dalszej implementacji bądź zawieszeniu. Wierzę, że synergie, które wynikają ze współpracy ze start-upami, mogą być korzystne zarówno dla energetyki, start-upów, jak i – co najważniejsze – dla samych klientów.

        Jaka w tym jest dzisiaj rola managera?
        Manager ma inspirować zmianę, wzmacniać postawy kreatywne, dawać swoim pracownikom wolność i sprawiać, by czuli się odpowiedzialni za swój projekt, upraszczać procesy i pilotować projekty do czasu pierwszych faz wdrożeniowych. Musi też wiedzieć, kiedy powinien wypuścić proces z rąk, żeby nie zabić kreatywności i poczucia odpowiedzialności. To kluczowe z punktu widzenia zarządzania nie tylko kulturą innowacyjności, lecz także zmianą, bo o tym właśnie mówimy.

        Jak w to wpisuje się nowa marka?Daje nam nowy napęd, pokazuje kierunek zmian, pozwala na większe emocjonalne zaangażowanie pracowników i klientów. Dla pracowników jest deklaracją, kim chcemy być, a dla klientów obietnicą, którą spełniamy.

        Co lubi Filip Thon?

        Kuchnia lubi restauracje, w których podają wysokiej jakości steki wołowe i ryby
        Samochód ceni technokratyczne i precyzyjnie wykonane samochody europejskich producentów
        Hobby golf i podróże w dalekie kraje. Uprawia sport, prowadzi długie rozmowy z przyjaciółmi, czyta literaturę faktu, książki o historii Europy i Azji

        RWE FILIP THON FOT. BORYS SKRZYNSKI WWW.ARTZOOM.PL

        Ważne Informacje

        Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

        Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

        AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

        Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

        Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

        Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...

        Solidne wyniki finansowe Dassault Systèmes za drugi kwartał 2026

        Firma Dassault Systèmes ogłosiła szacunkowe wyniki finansowe wg IFRS za drugi kwartał 2026 roku i pierwszą połowę roku, zakończoną 30 czerwca 2026 roku. Całkowite...

        Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

        Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

        Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...