.
Strona główna Blog Strona 363

Niezmienny lider polskiego rynku: ŠKODA numerem 1 już ósmy rok z rzędu

2017_01_09_sprzedaz_s

ŠKODA była najchętniej wybieraną marką samochodów w Polsce w 2016 roku. Czeska marka jest liderem rynku już ósmy rok z rzędu i przez cały czas umacnia swoją pozycje. W ostatnich dwunastu miesiącach dostarczyła polskim Klientom 52 296 samochodów, to jest aż o 17,5% więcej niż w roku 2015, podnosząc swój rynkowy udział do aż 12,56%.

„ŠKODA kończy kolejny rok w Polsce ze spektakularnym wynikiem” – mówi Filip Figas, zastępca dyrektora sprzedaży marki ŠKODA. „To nasz wielki sukces, który jest efektem realizacji strategii obranej przez centralę marki oraz polskiego importera. Nie przyniosłaby jednak ona skutku, gdyby nie wytężona i pełna pasji praca całego zespołu ŠKODY: pracowników salonów sprzedaży i autoryzowanych punktów serwisowych marki, budujących dobre relacje z naszymi Klientami oraz pracowników ŠKODA Polska, którzy przygotowują dla nich najkorzystniejsze oferty.”

To był kolejny bardzo aktywny rok ŠKODY nad Wisłą: przez minione dwanaście miesięcy wprowadzono do oferty modele FABIA Scoutline i SUPERB Sportline oraz zakomunikowano zaplanowane na początek 2017 roku debiuty zmodernizowanej odsłony bestsellerowej OCTAVII i długo oczekiwanego, pierwszego dużego SUV-a w historii marki, modelu KODIAQ.

Ważnym dokonaniem było także oddanie do użytku ŠKODA Autodrom w Poznaniu, który, będąc uzupełnieniem ŠKODA Auto Szkoły i ŠKODA Auto Lab, daje szansę kierowcom z całego kraju powiększyć swoje umiejętności i poprawić bezpieczeństwo na naszych drogach.

ŠKODA kończy rok z wynikiem 52 296 samochodów dostarczonych w ciągu roku jako zdecydowany lider rynku. Na całkowity wynik składają się 13 863 samochody dostarczone na rynku indywidualnym oraz 38 433 na rynku flotowym, gdzie po rocznym wzroście na poziomie 26,8% ŠKODA zachowuje pozycję lidera ze zdecydowaną przewagą nad konkurentami. Najpopularniejszym samochodem polskiego rynku niezmiennie pozostaje wieloletni bestseller, model OCTAVIA. Trzecia odsłona czeskiego kompaktu trafiła w 2016 roku do 16 966 Klientów, to jest o 19,5% większej liczby niż przed rokiem. Na pozycji wicelidera polskiego rynku utrzymuje się model FABIA, który z wynikiem 15 079 samochodów zanotował wzrost o 24,9% wobec roku 2015. Obydwa modele niezmiennie przewodzą także rynkowi flotowemu. Rosnącą popularnością cieszą się także pozostałe modele gamy: z wynikiem 8 777 sztuk ŠKODA RAPID była w minionym roku dziewiątym najchętniej wybieranym samochodem na polskim rynku.

Na drogach pojawiło się 6 426 nowych egzemplarzy modelu SUPERB (aż o 55,7% więcej niż przed rokiem), 2 883 sztuki modelu CITIGO (wzrost o 25,2%) oraz 2 165 YETI (wzrost o 10%).

„Rok 2017 stawia przed nami jeszcze ambitniejsze wyzwania i cele dzięki debiutowi odświeżonej odsłony rynkowego lidera, modelu OCTAVIA, oraz premiery pierwszej ŠKODY w segmencie dużych SUV-ów, modelu KODIAQ” – mówi Filip Figas.

ŠKODY doskonale się sprzedają również dzięki ofercie finansowej bazującej na niskich miesięcznych ratach. W ofercie dla Klientów indywidualnych – ŠKODA Kredyt Niskich Rat – nabywcy co trzy lub cztery lata mogą zmieniać auto na nowe, jak w abonamencie. Miesięczne raty są przy tym zaskakująco niskie. W grudniu ubiegłego roku z tego kredytu skorzystało 57% Klientów salonów ŠKODY, którzy mieli do wyboru zróżnicowane formy finansowania w ofercie ŠKODA Financial Services (w tym tradycyjny kredyt samochodowy); w ciągu całego 2016 roku średnio w każdym miesiącu niskie raty kredytu na nową ŠKODĘ wybierała ponad połowa nabywców indywidualnych.

2017_01_09_sprzedaz1_s

Produkty finansowe ŠKODA Financial Services, przeznaczone dla firm, oferują nie tylko podatkowe zalety leasingu. Niewielkie raty za wybrany samochód i możliwość zerowej opłaty wstępnej pozwalają przedsiębiorcom przeznaczyć środki na inne cele, np. rozwój firmy czy inwestycje, a co trzy-cztery lata wygodnie przesiąść się do nowego auta. W 2016 roku po ŠKODA Leasing Niskich Rat sięgała co miesiąc prawie 1/3 Klientów. Najwięcej kontraktów podpisano w grudniu.

Gra na wielu instrumentach

ManagerOnline

Tego nie da się ukryć – żyjemy w biednym kraju. Polska legitymuje się poziomem krajowego brutto w przeliczeniu na mieszkańca w wysokości nieco mniejszej niż 70 proc. średniego poziomu Unii Europejskiej.

Jeszcze gorzej lokują nas wszelkie wskaźniki opisujące zamożność obywateli, takie jak poziom oszczędności, warunki mieszkaniowe, wiek samochodów na drogach i podobne. Po prostu w biednym kraju mieszkają biedni ludzie. Publikowane listy najbogatszych rodaków nie mają wiele do rzeczy, ta kasta to tylko wisienka na torcie. A raczej plasterek kiszonego ogórka na kaszance. Przyczyny takiego stanu rzeczy są – a przynajmniej powinny być – domeną historyków. Natomiast zmniejszenie dystansu, jaki dzieli Polskę i Polaków od średniej kontynentalnej, to jest absolutny priorytet każdej władzy. Jest, a przynajmniej powinien być.

Byłoby nieuczciwością twierdzić, że nic się nie zmienia. Za czasów PRL, zwłaszcza pod koniec poronionego ustroju, sytuacja była gorsza, i to w nieporównanie większej skali. Miesięczna pensja Polaka z trudem wystarczała na obiad w przeciętnej francuskiej czy szwedzkiej restauracji. Jedzenie we francuskich restauracjach nie było jednak problemem obywateli PRL. Był nim zakup butów, benzyny i pasty do zębów, a okresami wręcz podstawowych produktów żywnościowych. Dzisiaj to szczęśliwie kombatanctwo, a na podobne opowieści milenialsi (urodzeni około 2000 r.) i młodsi reagują zdziwieniem: „Niemożliwe… We wszystkich hipermarketach tylko ocet?”. Zmieniło się na korzyść naprawdę dużo, ale świat nie stał w tym czasie w miejscu. I nadal trzeba go gonić. Nasuwa się pytanie, kto to ma zrobić?

Eliminacja oczywistych idiotyzmów, co przeprowadził Balcerowicz, już się dokonała. Wyczerpały się też tzw. proste rezerwy, głównie tania siła robocza i (względna) dostępność podstawowych surowców. Dzisiaj trzeba grać na boisku, na którym występują najlepsi zawodnicy. To dobrze i źle. Dobrze, bo zasady są jasne. Gramy w czwartej lidze z nadzieją na trzecią, z ambicją na drugą, bo pierwsza jest poza zasięgiem. Wszystkich graczy obowiązują te same reguły i nadzorują ich sędziowie. Źle, bo brakuje jednego – kapitału, a pierwsza liga o tym doskonale wie i nie dopuszcza do swojego grona. Tyle generaliów. Teraz przenieśmy się do małego polskiego miasta, powiedzmy 5–7 tys. mieszkańców, w którym działa pewien przedsiębiorca. Idzie mu nieźle i chciałby zrobić krok do przodu, możliwie największy. Zna swoją branżę, jest pewien, że rozwojowy pomysł ma sens. To może być właściciel restauracji, który chciałby zbudować jeszcze hotelik albo kawiarenkę przy rynku. Może nim być szef mieszalni pasz albo producent części do maszyn rolniczych. Potrzebuje jednego – pieniędzy na inwestycje. Kto jest dla niego partnerem? Banki proponują warunki kredytowania raczej poza zasięgiem właściciela restauracji czy wytwórni pasz. Warszawa i rządowe programy inwestycyjne to fatamorgana. Pozostaje najbliższy urząd. Ten urząd jest samorządowy, z czego przeciętny interesant nawet nie zdaje sobie sprawy.

To kwestia fundamentalna. Wykonawcze decyzje dotyczące tzw. spraw życiowych, także w odniesieniu do biznesu, pozostają w Polsce w rękach samorządów. Rząd jest daleko i zajmuje się strategią. Jest też aktywny w gospodarce, ale jego domena to wielkie firmy, autostrady, kolej, energetyka. To inny pułap niż potrzeby biznesu w małym miasteczku. Tyle że suma tego, co się dzieje w gminach, prowincjonalnych miastach i miasteczkach bardziej rzutuje na obraz kraju niż sytuacja we wszystkich hutach i elektrowniach razem wziętych. Istnieje więc klarowna zależność: to samorządy mają decydujący wpływ na stan gospodarki i nastroje w kraju. Rolą państwa, rozumianego tu jako stołeczna centrala, jest tworzenie warunków, wyznaczanie kierunków, zapewnianie spokoju w skali makro. Czyli dla biznesu jest najlepiej, jeśli państwo się nie wtrąca i nie przeszkadza. W praktyce różnie z tym bywa, ale mówimy o sytuacji modelowej.

Potrzebne jest jedno uściślenie. Samorząd to szerokie pojęcie, obecne w wielu dziedzinach. Istnieją samorządy zawodowe, pracownicze, uczniowskie i gospodarcze. Te ostatnie stanowią swoiste kuriozum. Działa kilka organizacji krajowych oraz multum izb, związków, stowarzyszeń i zrzeszeń o charakterze głównie akademijno-dekoracyjnym. Dla prowadzących codzienny biznes w skali gminnej czy powiatowej ich rola jest znikoma. Wynika to z arcypolskiej nieumiejętności długofalowego działania na poziomie dobra ogólnego. Jakoś nie udaje się rodakom znaleźć tej granicy, powyżej której interesy są wspólne. Dlatego partnerem dla zdecydowanej większości polskiego biznesu są samorządy terytorialne, często zresztą traktowane jako przedłużenie urzędów państwowych. Samorząd terytorialny działa, jak wiadomo, na trzech poziomach: wojewódzkim (gdzie marszałek dzieli się kompetencjami z reprezentującym rząd wojewodą), powiatowym i gminnym (także miejskim). Te dwa niższe poziomy są w pełni samodzielne, przynajmniej w teorii. Ciekawe, że dla większości biznesu ważne są województwo i gmina (miasto). Powiat w sprawach gospodarczych się nie liczy, poza niektórymi decyzjami gruntowymi i architektonicznymi. To jeszcze jeden argument, by rozważyć istnienie powiatów. Specjaliści twierdzą w większości, że zadania powiatów znakomicie wypełniałyby gminy, ale większe, średnio 20-tysięczne. Wówczas należałoby też nieco zwiększyć liczbę województw. Istnieje jednak tak wielki, wręcz neurotyczny opór przed kolejnymi zmianami na mapie administracyjnej, że powyższy koncept jeszcze długo pozostanie teoretyczny. Tak więc mamy z jednej strony tysiące firm, z drugiej gminy i województwa. Ich relacje mają wiele płaszczyzn. Generalnie samorząd robi to, co musi, i to, co może.

Te pierwsze zadania jednostek samorządów dzielą się na własne i zlecone. Własne wyznaczone są przez potrzeby lokalnej społeczności, są to: edukacja, rekreacja, kultura, zaopatrzenie w media, dojazd do pracy, także mieszkania (dotąd raczej w teorii). Zadania zlecone to, przykładowo, prowadzenie rejestrów stanu cywilnego, wydawanie dowodów osobistych itp. Zadania te zlecane są przez państwo obligatoryjnie, z mocy ustawy lub na podstawie porozumienia. W drugim przypadku chodzi najczęściej o szczególne warunki lokalne i konieczność np. gotowości do akcji przeciwpowodziowej. Zadania własne gmina musi opłacić swoimi pieniędzmi. Zadania zlecone pociągają za sobą subwencję ogólną i dotacje celowe z budżetu państwa. Zdaniem gmin tych pieniędzy jest zawsze za mało.

Jednak z punktu widzenia biznesu sfera zadań własnych i zleconych samorządu ma charakter wtórny, niejako mechaniczny. Gmina jest urzędem, który ma załatwiać sprawy, i chodzi tylko o to, by czynił to sprawnie. A z tym bywa różnie, bo formalnie samodzielne samorządy związane są sztywnym gorsetem przepisów. Przykładowo do wykonywania swych zadań samorządy mają obowiązek powoływania jednostek organizacyjnych. Takich rozmaitych miejskich czy gminnych zarządów tego i owego, ośrodków, zakładów i centrów jest w tej chwili – uwaga – 59 tys. Każda z tych jednostek jest w istocie rzeczy firmą. Każda ma zarząd, biuro, administrację i księgową. Można powiedzieć, że załatwianie spraw urzędu to spory sektor gospodarczy. Specjaliści od dawna postulują, by gminy miały tu większą swobodę, przykładowo by jednostki takie mogły być wspólne dla kilku sąsiednich gmin. Na razie jednak wszystko pozostaje po staremu.

Dla biznesu o wiele ważniejsze od tego, co gmina robić musi, jest to, co gmina robić może. Tu istnieje duże pole dla inwencji oraz kuszące możliwości. Wspieranie biznesu przez gminy zwyczajowo dzieli się na finansowe i pozafinansowe.

Do podstawowych narzędzi finansowych należą:

  • instrumenty dochodowe polityki budżetowej, które mogą być kształtowane przez gminę, czyli podatki i opłaty lokalne;
  • inwestycyjne;
  • zewnętrzne źródła finansowania, czyli kredyty bankowe, obligacje i fundusze unijne;
  • specjalne strefy ekonomiczne;
  • partnerstwo publiczno-prywatne.

Główne narzędzia pozafinansowe wsparcia biznesu to:

  • efektywność promocji gminy;
  • jakość obsługi inwestorów;
  • polityka społeczna;
  • wspieranie innowacji;
  • zamówienia publiczne, w tym zwłaszcza wytworzony w danej gminie klimat wokół nich;
  • inkubatory przedsiębiorczości;
  • parki przemysłowe i przygotowane tereny pod inwestycje;
  • pomoc doradcza.

Wystarczy teraz potraktować tę wyliczankę jako miarkę i przyłożyć ją do sytuacji konkretnego miasta czy gminy. Od razu widać, że istnieje przepaść między średnimi i większymi miastami a małymi miasteczkami i gminami wiejskimi. W tej drugiej grupie hamulcem jest potencjał kadrowy władz i urzędników gminnych. Nadto słaba gmina, w której największym pracodawcą jest szkoła podstawowa lub ośrodek zdrowia (są takie), nawet marzyć nie może o kredycie lub emisji obligacji.

Na przeciwnym biegunie znajduje się kilka miast z przedziału 100–200 tys. mieszkańców, które przetrwały upadek tradycyjnych branż przemysłu, potrafiły ściągnąć nowe i dzisiaj są prężnymi ośrodkami promieniującymi na okolicę. Wszelkie narzędzia wsparcia mają to do siebie, że mogą być używane lub nie. Przykładowo gmina (a konkretnie rada gminy) może w pewnych widełkach ustalać stawki podatku od nieruchomości, a ponadto może udzielać wybranym podatnikom częściowych lub całościowych zwolnień od tego podatku, a także od podatku od środków transportu, podatku rolnego i leśnego. Możliwe są także jednostkowe ulgi uznaniowe (np. umorzenie podatku). Ciekawe, że prawo do tego ostatniego przysługuje jednoosobowo wójtowi, burmistrzowi lub prezydentowi.

Okazuje się, że jedne gminy korzystają z takich narzędzi dosyć hojnie, a inne w ogóle. Można też podzielić gminy na te, które biznesowi sprzyjają, i te, które próbują go skubać. Mówiąc językiem ekonomisty, istnieją ogromne różnice w konkurencyjności gmin. Takową tworzą zaś: wartość już wytwarzanych w danej gminie produktów i usług, atrakcyjność jej lokalizacji, zasoby naturalne, infrastruktura techniczna, biznesowa i społeczna, zasoby i jakość siły roboczej, stan środowiska naturalnego, wreszcie skala popytu lokalnego. O to wszystko pytają w pierwszej kolejności kandydaci na inwestorów.

Zdecydowanie niedocenioną formą kooperacji samorządów z biznesem jest w Polsce partnerstwo publiczno- prywatne. W teorii niesie ono same korzyści. Pozwala zwiększyć skalę inwestycji i rozłożyć ich ryzyko na większą liczbę podmiotów. Pomaga połączyć i zaangażować rozdrobnione kapitały, które osobno nie mają szansy zaistnieć w przestrzeni gospodarczej. Wreszcie – przez większe zaangażowanie i wzrost odpowiedzialności PPP powiększa kapitał społeczny, czym przyczynia się do budowy społeczeństwa obywatelskiego. W praktyce jednak PPP, wskutek nagłośnienia kilku nieudanych przedsięwzięć, stało się synonimem korupcji, nadużyć i wszelkiego zepsucia. Mniej wyrobieni urzędnicy i przedsiębiorcy omijają je szerokim łukiem. I tak pożyteczny instrument rozwojowy trafił na półkę z napisem „nie da się”. Gminy mają liczne możliwości stymulowania rozwoju przedsiębiorczości. Korzystają z nich jednak wybiórczo i okazjonalnie. Większości z nich brakuje planowej i długookresowej polityki finansowej i stabilnego systemu preferencji. Jeśli w ogóle plany takie istnieją, to zwykle zmieniają się w rytmie „od wyborów do wyborów”. Szkoda, bo sprzyjanie tworzeniu nowych przedsiębiorstw jest najlepszym sposobem ożywienia lokalnej społeczności, nie tylko na niwie gospodarczej, lecz także społecznej i kulturalnej. Na tym tle jak klejnoty błyszczą przykłady gmin i miast, w których biznes ma się dobrze. Gdyby tak innym udało się skopiować niektóre pomysły i rozwiązania…

Kolejny rekord sprzedaży na świecie – Volvo Cars podsumowuje 2016 rok

Rear Volvo Word mark Volvo S90 Mussel Blue

Po raz trzeci z rzędu Volvo Cars pobiło swój rekord sprzedaży. W 2016. roku na całym świecie sprzedano 534,332 samochody osobowe tej marki, co oznacza wzrost 6.2% w porównaniu do roku wcześniejszego. Wynik sprzedaży potwierdza udaną transformację marki i dobre przyjęcie nowych modeli w wielu krajach.

Przez wiele lat Volvo sprzedawało około 400 000 samochodów rocznie. W 2015 roku po raz pierwszy firmie udało się przełamać barierę pół miliona aut rocznie. W 2016 roku uzyskano jeszcze lepszy wynik, dzięki dużym wzrostom na wszystkich ważnych rynkach. W  Chinach i Stanach Zjednoczonych zanotowano dwucyfrowy wzrost. W osiągnięciu ambitnych celów sprzedażowych miała swój udział dobra sprzedaż flagowych modeli serii 90.  To właśnie te samochody stały się motorem napędowym wzrostów sprzedaży, w której kluczową rolę odegrał model XC90, którego sprzedaż wzrosła o 125% w stosunku do roku 2015. Zainteresowanie tym modelem potwierdza słuszny kierunek rozwoju marki. Nowy design i filozofia tworzenia samochodów spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem przez klientów.

W tym samym czasie, rekordową sprzedaż w historii zanotował obecny na rynku od dziewięciu lat model XC60. Ten niekwestionowany lider segmentu premium w kategorii SUV znalazł 161,092 nabywców.

Volvo's 90-range

W 2016 roku największym rynkiem dla Volvo były Chiny. Całkowita sprzedaż osiągnęła poziom 90,930 pojazdów (11,5% wzrostu YTD). Najchętniej wybieranymi modelami były produkowane w Chinach XC60 i S60L. W Stanach Zjednoczonych Volvo sprzedaż szwedzkiego producenta wzrosła o 18,1%. Amerykanie kupili 82,726 aut z logo Volvo. Najchętniej wybierali modele XC90 i XC60.

Sprzedaż w Europie Zachodniej wzrosła o 4,1% dzięki dużemu zainteresowaniu klientów na kluczowych dla Volvo rynkach: Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoszech. Sprzedaż samochodów w Europie wyniosła 206,144 samochody.

Rekordowa sprzedaż samochodów w 2016 roku, podkreśla udaną transformację marki i jej repozycjonowanie, które pozwala na konkurowanie z innymi producentami segmentu premium.

W ubiegłym roku Volvo Cars ugruntowało pozycję światowego lidera w dziedzinie systemów autonomicznych (AD), elektryfikacji i bezpieczeństwa.

W 2016 roku Volvo kontynuowało również budowę nowej fabryki w Karolinie Południowej wartej 500 milionów dolarów. Fabryka będzie produkowała modele bazujące na modularnej platformie SPA. Zatrudnienie w niej znajdzie 2000 osób.

Volvo Cars przedstawiło także, nową strategię produkcyjną dotyczącą Chin. Obecne i nowe fabryki w Państwie Środka mają zwiększyć moce produkcyjne Volvo Cars. To działanie jest niezbędne, aby zaspokoić coraz większy popyt rynków na całym świecie.

W nadchodzących latach Volvo Cars będzie kontynuowało wymianę wszystkich serii modelowych. Najbliższym nowym modelem, jaki zostanie zaprezentowany będzie następca kultowego modelu XC60 bazujący na architekturze SPA. Kolejnym modelem będzie najmniejszy w rodzinie SUV – XC40, nowy przedstawiciel serii 40 bazujący na nowej, mniejszej platformie CMA.

Swój innowacyjny charakter Volvo podkreśliło również ogłaszając, że w niedalekiej przyszłości wszystkie serie modelowe będą dostępne w wersjach plug-in hybrid. Całkowicie elektryczny samochód zostanie zaprezentowany w 2019 roku, a do 2025 roku Volvo chce sprzedać łącznie milion samochodów elektrycznych i hybrydowych.

Zrównoważony rozwój

    Jacek_Przybylski

    Jacek Przybyłowski, prezes Hellmann Worldwide Logistics Polska, o zrównoważonym rozwoju, doskonałych relacjach z klientami i pracownikach, którzy budują wartość firmy

    Branża logistyczna rozwija się w naszym kraju w imponującym tempie.
    Wpisujemy się w ten trend, rosnąc w tym roku o 10 proc. Staramy się planować nasz biznes tak, by w miarę proporcjonalnie wzrastały nasze przychody we wszystkich grupach produktowych. Naszym celem jest zrównoważony wzrost, który umożliwia realizację założonych celów na poziomie zarówno dynamiki przychodów, jak i osiąganych wyników finansowych. Planujemy długofalowo. Tworzymy strategie produktowe w perspektywie trzech–pięciu lat. W ciągu ostatnich sześciu lat podwoiliśmy przychody i to mówi samo za siebie, bo w tym czasie rynek nie przyrastał dynamicznie. Rozwijamy się bez akwizycji, ale otwieramy własnymi siłami nowe oddziały – w ostatnich latach uruchomiliśmy je w Szczecinie, Gdańsku, Krakowie i Poznaniu. Pracujemy w modelu Asset-Light. Korzystamy z wynajętych magazynów, biur, wózków widłowych, kontraktujemy środki transportowe. Wyjątek stanowi nasz 09oddział w Nowym Tomyślu, który należy do nas. To jednocześnie nasza brama do operacji na kierunku zachodnim.

    Co was wyróżnia na rynku?
    Kontakt z klientami na poziomie całego managementu firmy. Osobiście znam wielu z nich, także nasi dyrektorzy i kierownicy kontaktują się z naszymi klientami na bieżąco. Jesteśmy przekonani, że nic nie jest w stanie zastąpić takiego bezpośredniego kontaktu. Nasza firma jest wystarczająco duża, by obsługiwać bardzo wymagających zleceniodawców, ale jednocześnie na co dzień jesteśmy otwarci na ich sugestie, nie zamykamy się za murem korporacyjnych reguł…

    Najlepiej rozmiar biznesu ilustrują liczby.
    W globalnej skali przychody firmy to ponad 3 mld euro rocznie. Działamy w 157 krajach, w wielu miejscach bezpośrednio, w innych mamy rozbudowaną sieć partnerów lokalnych. Firma cały czas zachowuje rodzinny charakter, istnieje od 1871 r. i zarządza nią już piąte pokolenie Hellmannów. W naszym kraju zatrudniamy 430 osób, mamy też około 500 stałych współpracowników. Osiągniemy w tym roku obroty na poziomie 330 mln zł. Należy też podkreślić, że Polska to dziś jeden z najlepszych rynków w świecie Hellmanna. Dzieje się tak dzięki szerokiemu portfelowi oferowanych produktów, dynamice przyrostu przychodów i zysku oraz ocenie, jaką zdobywa nasza kadra pracowników.

    Jaka jest wasza specjalność?
    Transport morski i lotniczy to globalna wizytówka Hellmanna. W Europie silną pozycję mają także logistyka kontraktowa oraz transport drogowy i kolejowy. W Polsce wypracowaliśmy bardzo szeroki i jednocześnie zrównoważony portfel produktów, w którym bardzo istotne role odgrywają transport drogowy i kolejowy, logistyka kontraktowa, a także frachty morskie i lotnicze. W transporcie drogowym oferujemy drobnicę, a także ładunki całopojazdowe. W obu przypadkach krajowe i międzynarodowe. Tylko rynek niemiecki oferuje w Hellmannie tak szeroką gamę rozwiązań dla klientów. Istotny składnik naszej pracy to umiejętna dywersyfikacja ryzyka. Ten szeroki wachlarz usług pozwala nam je skutecznie omijać. Pracując na rynku globalnym, europejskim i polskim, na morzu, lądzie i w powietrzu, zawsze mamy konia pociągowego, który odpowiada za dynamiczny wzrost.

    Proszę o przykład.
    Transport morski przeżywa obecnie trudny okres. Wręcz ciężko w to uwierzyć, ale zbankrutował właśnie taki gigant jak Hanjin Shipping Co. Ltd., koreański armator zarządzający flotą 141 statków, w tym 97 kontenerowców. Odbywa się tu bezwzględna walka cenowa, a stawki zmieniają się tak, jakby to była kolejka górska. W tym samym czasie rynek drogowych transportów europejskich jest przewidywalny, stabilny i cały czas idzie w górę, a my z nim.

    Co jest waszym głównym aktywem?
    Znakomici specjaliści, z których wielu pracuje w firmie – niezależnie od zmian właścicielskich – od początku, czyli od 25 lat. Nasza załoga jest stabilna, świetnie zmotywowana. To ludzie, na których możemy liczyć. Wiedzą oni, że mogą liczyć na przejrzyste kryteria dotyczące przede wszystkim rozwoju zawodowego, awansów i ścieżki rozwoju kariery.

    A co, pana zdaniem, powinno stanowić cel działania członków kadry zarządzającej?
    Umiejętność pozyskania i utrzymania klientów to podstawa istnienia firmy. To daje przychód i zysk, więc to dla naszej kadry jest najważniejsze. Hellmann nie funkcjonuje jednak tylko po to, by właściciele byli zadowoleni z zysku. Jego nadrzędny cel działania polega na tym, by dawać pracę ludziom, by generować jasne cele i je osiągać, by się razem rozwijać. Ogromne znaczenie ma proces realizacji. Jest wiele firm, które potrafią napisać strategię, ale już nie tak wiele umie ją zrealizować.

    Kiedy zdecydował się pan na karierę managerską?
    15 lat temu. Może pan zapytać, dlaczego tak późno, przecież od prawie 25 lat jestem zawodowo związany z branżą transportową. Uważam, że do pewnych decyzji trzeba dojrzeć; manager odpowiada nie tylko za siebie, lecz także za cały zespół. To spora odpowiedzialność. Znakomitą szkołą zarządzania był dla mnie UPS, w którym przeszedłem całą ścieżkę kariery, od handlowca do dyrektora sprzedaży. Stamtąd przeniosłem się do zarządu Pekaes. Zajmowałem się restrukturyzacją, która stanowiła naturalną konsekwencję prywatyzacji. W Hellmann Worldwide Logistics znalazłem się sześć lat temu. Początkowo pełniłem funkcję dyrektora do spraw rozwoju, potem dyrektora zarządzającego, a od dwóch lat jestem prezesem.

    Co lubi Jacek Przybyłowski?

    Zegarek „Od 20 lat używam starego dobrego zegarka Junghans, który jest pamiątką rodzinną”.
    Wypoczynek Wyspy Kanaryjskie
    Kuchnia tajska i chińska
    Restauracja Dziki Ryż przy ul. Puławskiej w Warszawie
    Samochód Subaru Outback
    Hobby muzyka, jazz, przede wszystkim z lat 60.–80. Wysoko ceni nagrania wytwórni ECM

     

    Dane na sprzedaż

    KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

    KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

    Michał Iwan

    dyrektor zarządzający F-Secure w Polsce

    Dane klientów firm z branży e-commerce to łakomy kąsek dla cyberprzestępców. Adresy e-mail, numery kart kredytowych, adresy fizyczne – to cenne informacje, które można wykorzystać we własnym celu lub sprzedać za niemałe pieniądze na czarnym rynku. Firmy muszą zatem odpowiednio chronić swoje dane. Jeżeli gromadzą je na serwerach, a te są najczęstszym celem ataków, to potrzebują one mocnych zabezpieczeń przed włamaniem. Jeśli są w chmurze – warto wybrać jak najlepszego dostawcę, który gwarantuje bezpieczeństwo przechowywanych danych. Usługodawcy również mogą stanowić słabe ogniwo, gdyż usługobiorcy nie mają wpływu na poziom ochrony serwisów, z których korzystają. Jako przykład można podać Target Corporation, piątą pod względem przychodu sieć handlową w Stanach Zjednoczonych, która została zaatakowana poprzez zhakowanego dostawcę usług z branży inżynierii sanitarnej. Hakerzy z początku zaatakowali dostawcę usług HVAC, później uzyskali dostęp do systemów dostawcy w sklepach Target, a następnie z poziomu tych systemów zaatakowali terminale płatnicze firmy Target. Oznacza to, że trzeba mieć bardzo solidnie zabezpieczoną własną infrastrukturę, by chronić ją przed wszelkimi możliwymi niebezpieczeństwami.

    Konsumenci powinni inwestować w rozwiązania szyfrujące komunikację, np. usługi VPN oraz bardzo dobre oprogramowanie ochronne, które nie tylko strzeże przed wirusami, lecz także blokuje szkodliwe strony internetowe oraz uniemożliwia nawiązanie połączenia z innymi witrynami w czasie transakcji bankowych. Należy też pamiętać o trudnych hasłach do serwisów – inne do każdego z nich. Warto rozważyć korzystanie z managera haseł, który pomaga generować unikalne klucze i jednocześnie je przechowuje.

    4 razy lepsze…

    Zima za pasem, w niektórych częściach kraju sypnęło śniegiem i generalnie zapomnieliśmy już o złotej polskiej jesieni. W pośpiechu ustawiamy się do zakładów wulkanizacyjnych, gdzie fachowcy wymienią opony na zimowe, a do spryskiwacza lejemy już płyn niezamarzający. Skrobaczka w bagażniku i jesteśmy przygotowani do najgorszych warunków pogodowych

    Każdy z nas przeżył jednak na własnej skórze sytuację, gdy nie był w stanie ruszyć z miejsca spod świateł na jednocentymetrowej warstwie śniegu, gdy przód lub tył auta uślizgiwał się niebezpiecznie na boki, sprawiając, że oblał nas zimny pot. Podjazd pod niewielkie wzniesienie graniczył z cudem, a po wjechaniu w zakręt nie byliśmy pewni, czy wyjedziemy z niego przodem, bokiem czy tyłem… Oczywiście, przytaczam przypadki ekstremalne, ale musimy być przygotowani na najgorszy scenariusz. Kompletując wyposażenie naszego auta, sprawdzamy dwa razy, czy zamówiliśmy podgrzewane fotele, a przecież nie korzystamy z nich codziennie, może nawet robimy to kilka razy w roku. Zawsze zwracamy uwagę na zestaw audio, który umili nam podróż. A poduszki powietrzne… Też lepiej mieć ich więcej, choć raczej zakładamy, że nigdy ich nie zobaczymy w akcji.

    Wydaje mi się, że podobnie powinniśmy postępować przy wyborze napędu. Napędu, który jest elementem kluczowym, jeśli chodzi o zachowanie auta na drodze. To odpowiednie przekazanie mocy i momentu obrotowego na koła pozwoli poczuć się bezpiecznie na każdej nawierzchni. Naturalnie, kierowcy lubią się spierać, przytaczając argumenty typu: „ja nigdy nie zjadę z asfaltu” albo „jeżdżę tylko po mieście, więc przy niewielkich prędkościach co  może mi się stać?”. Otóż może. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy kilka minut przed nami z budowy wyjechała wywrotka i na łuku drogi zostawiła błoto, które pięknie pokryło asfalt. Sytuacja wyjątkowa, ale auto z przednim napędem traci przyczepność i wynoszone jest poza drogę. Uderzenie w krawężnik przy prędkości 50 km/h skończy się w najlepszym przypadku urwaniem zawieszenia…

    Auto z napędem na cztery koła przejedzie przez zakręt niewzruszone, utrzymując trakcję na każdym kole. Ktoś powie: „Ale ja mam ESP, więc elektronika mi pomoże”… Jestem świeżo po symulowanych jazdach na torze i matach poślizgowych i chciałbym wyrazić to dosadniej, ale napiszę jedynie, że te systemy są przereklamowane… Jeśli nie mamy do dyspozycji mocy choćby na jednym kole, to na mokrej nawierzchni suniemy pięknym slajdem prosto w krajobraz. Oczywiście, to nie jest tak, że jeśli mamy czteronapędowe auto, to nic nam nie grozi. Zachowanie zdrowego rozsądku wskazane jest w każdej sytuacji. Dzisiejsze konstrukcje napędów są tak dopracowane, że kierowca praktycznie nie jest w stanie powiedzieć, która oś jest napędzana, a nad naszym bezpieczeństwem czuwa komputer, który inteligentnie dozuje moment obrotowy na poszczególne koła.

    Żyjemy w klimacie umiarkowanym, a to oznacza, że przez ponad dziewięć miesięcy w roku pada deszcz lub śnieg. Sprawia to, że ryzyko poślizgu jest całkiem duże. Silniki osiągają coraz większą moc, a nawet małolitrażowe doładowane silniki osiągają moment obrotowy grubo powyżej 200 Nm. Siła przekazywana na koła jest tak duża, że na mokrej nawierzchni pojawiają się kłopoty z trakcją, zaczyna wkraczać elektronika, ASR, ESP i zabawa się kończy, bo silnik jest dławiony, a koła dohamowywane, aby zlikwidować ich uślizg. Rozkładając tę siłę na obie osie, uzyskujemy korzystniejszy jej rozdział, mniejsze naprężenia na układ napędowy, a tym samym lepszą trakcję i mniejsze ryzyko poślizgu. Praktycznie każdy producent ma w swojej ofercie auta z napędem na wszystkie koła. I nie muszą to być tak popularne obecnie SUV-y. Już auta kompaktowe możemy kupić z napędem na cztery koła. Volkswagen kusi Golfem, Škoda Octavią, przedstawiciel Audi zaproponuje nam oznaczenie Quattro na każdym modelu tej marki, z najmniejszym A1 włącznie (będzie to odmiana S1). Ford proponuje napęd na obie osie nie tylko w supersportowym Focusie RS. Znaczek 4 x 4 możemy mieć także w rodzinnych modelach S-Max i Galaxy.

    BMW świętuje w tym roku 25-lecie napędu xDrive, co świadczy o wielkiej wadze, jaką producent przykłada do tego napędu. Japończycy także od dawna specjalizują się w produkcji aut czteronapędowych. Subaru wraz z technologią symmetrical AWD to absolutna legenda rajdowych tras, dzisiaj przeniesiona do miejskiej dżungli. Auta bardzo cenione są szczególnie na terenach górzystych, gdzie wspinaczka i ostre zjazdy są na porządku dziennym. Oferta rynkowa jest zatem ogromna. Zainteresowanie klientów autami czteronapędowymi potwierdzają przedstawiciele producentów. Stanisław Dojs, PR Manager w Volvo Car Poland, przyznaje, że klienci od aut premium wręcz oczekują napędu na cztery koła. – Najlepiej sprzedający się model marki – XC60 – wyjeżdża z salonów praktycznie tylko z takim rozwiązaniem. SUV-y i crossovery stanowią ponad 70 proc. sprzedaży marki i ich popularność wzrasta każdego roku. Wciąż jednak są klienci, którzy wolą niżej zawieszone samochody. Dla nich mamy nasze najnowsze modele: S90 i V90. I tu ciekawostka. W Europie Zachodniej klienci wolą nadwozia kombi.

    W Polsce więcej zamówień mamy na limuzynę – S90 – tłumaczy. Aby dołożyć na koniec jeszcze łyżkę dziegciu do tej beczki miodu, muszę przypomnieć jeden znany fakt: samochody z napędem na cztery koła wykazują się wyższością praktycznie w każdej sytuacji, bez względu na rodzaj nawierzchni, jej stan i przyczepność. Proszę pamiętać jednak, że bez względu na rodzaj napędu samochód zatrzyma się na takim samym dystansie. Największe bezpieczeństwo podczas jazdy zapewni nam zatem zachowanie zdrowego rozsądku na drodze. Pamiętajmy o tym, ruszając za kilka dni na świąteczne przyjęcia i spotkania z rodziną.

    KGHM z nowym szefem

    Krzysztof_Skóra

    Radosław Domagalski-Łabędzki zastąpił Krzysztofa Skórę w fotelu prezesa koncernu KGHM Polska Miedź. Być może nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale odwołany prezes miedziowego potentata spróbował i skończył równie wcześnie jak za pierwszym razem. Kariera byłego prezesa jest szeroko opisana, a w skrócie to droga od pucybuta do milionera – absolwent wrocławskiej Akademii Ekonomicznej, przed pierwszym objęciem posady szefa międzynarodowego koncernu był skarbnikiem niewielkiej gminy Ruja. Szeroko zakrojone inwestycje międzynarodowe doprowadziły do problemów – los chilijskich kopalni miedzi, obciążających KGHM, jest niejasny. Nowy prezes, Radosław Domagalski-Łabędzki, od grudnia 2015 r. pełnił funkcję wiceministra rozwoju. Wcześniej, w latach 2006–2013, był prezesem w Magellan Trading w Chinach. Pracował również jako prawnik w GSP Group w Łodzi, a także w American Enterprise Institute w Waszyngtonie. Jest współzałożycielem Polsko-Chińskiej Izby Handlowej w Szanghaju. Absolwent prawa Uniwersytetu Łódzkiego, ukończył też studia w Westfälische Wilhelms-Universität Münster (International Business, Trade, and Tax Law), uzyskał EMBA w Rutgers, The State University of New Jersey-New Brunswick.

    Wiarygodność i transparentność

      Jan Kuchno, prezes Giełdy Praw Majątkowych Vindexus SA, o korzyściach z wejścia na GPW i o tym, jak firma zajmująca się zarządzaniem wierzytelnościami może pomagać zadłużonym przedsiębiorcom.

      Wielu przedsiębiorców i managerów, którzy na początku lat 90. tworzyli w naszym kraju branżę finansową, trafiło do niej przypadkiem.

      Podobnie wyglądało to w moim przypadku. Kiedy w 1976 r. rozpoczynałem studia na Politechnice Warszawskiej, byłem przekonany, że zostanę inżynierem. Wybrałem lotnictwo, kierunek – jak mi się wydawało – z przyszłością. Tymczasem jako świeżo upieczony absolwent trafiłem na załamanie rynku. Miałem szansę podjąć pracę w Mielcu, ale kiedy pojechałem tam, zrozumiałem, że czeka mnie szara egzystencja między blokowiskiem a zakładem… Postanowiłem więc zostać w stolicy i nie opuszczać studenckiej spółdzielni Universitas, w której działalność angażowałem się podczas studiów jako członek Rady Nadzorczej.

      Spółdzielnia ta, jako mała kapitalistyczna wyspa na oceanie gospodarki socjalistycznej, była kuźnią kadr dla firm powstałych po przełomie 1989 r.

      Rzeczywiście, wielu moich znajomych z tamtych czasów działa w biznesie. Co ciekawe, żaden z nich nie trafił do polityki. Warto podkreślić, że spółdzielnia działała na czysto rynkowych zasadach, niezależnie od uczelni i jakichkolwiek władz. Zarówno dla mnie, jak i dla moich kolegów Universitas stanowił świetne przygotowanie do tego, by przy pierwszej możliwej okazji założyć własne przedsiębiorstwa. W 1989 r. uruchomiłem firmę handlową, która zajmowała się obrotem artykułami spożywczymi, a potem produkcją drzewną i wędliniarską, a także rozlewaniem wody mineralnej. Następnie zostałem udziałowcem spółki wytwarzającej taśmy magnetofonowe, a naszym głównym partnerem był Stilon Gorzów. Niestety, zbyt późno dotarło do mnie, że państwowa firma z przerostem zatrudnienia i nieracjonalnie zarządzanym majątkiem to nieodpowiedni partner…

      Nie zraziło to pana do prywatnego biznesu.

      Nawet przez chwilę nie myślałem, żeby podjąć pracę etatową. Byłem dyrektorem handlowym i współwłaścicielem dużej spółki, której działalność utrudniały zatory płatnicze i kłopoty z niesolidnymi kontrahentami. Nałożyło się na to zamieszanie w sektorze bankowym, skutkujące licznymi zmianami właścicielskimi, co w konsekwencji spowodowało usztywnienie polityki kredytowej. W 1993 r. doszedłem do wniosku, że to znakomity czas, by rozpocząć działalność w zakresie obrotu wierzytelnościami. Niedługo potem powstał Vindexus, a rynek pozytywnie zweryfikował moje założenia. Szybko zrozumiałem, że to branża, z którą zwiążę się na długo. Zdecydowałem się więc na dodatkowe studia i ukończyłem rachunkowość zarządczą w SGH.

      W tej branży wysokie kwalifikacje to warunek sukcesu.

      W związku z tym wspieram współpracowników, którzy rozwijają swe kompetencje. Kilku z nich namówiłem na studia MBA. Wielu kontynuowało edukację prawniczą na aplikacjach zawodowych – obecnie znaczna część pracowników Vindexusa ma status radcy prawnego, adwokata lub jest w trakcie uzyskiwania uprawnień. Wbrew obiegowym opiniom, że pracownicy, którzy zdobywają wysokie kwalifikacje, szukają później nowych pracodawców, w Vindexusie tak się nie dzieje. Sporo osób pracuje ze mną już od kilkunastu lat. Moim, jako managera, celem jest stabilność kadrowa. Wiąże się z tym polityka wewnętrznych awansów. Kandydatów na managerów nie musimy szukać na zewnątrz. Dla moich współpracowników liczy się nie tylko wysokość wynagrodzenia, lecz także stabilność i atmosfera w pracy. Choć Vindexus jest notowany na GPW, nadal w pewnym sensie pozostaje firmą rodzinną. W pracy wspomaga mnie żona Grażyna Jankowska-Kuchno, absolwentka SGH, która pełni funkcję dyrektora finansowego. Nasz syn Piotr, który również ukończył SGH, jest przewodniczącym Rady Nadzorczej i dyrektorem działu nadzoru właścicielskiego. Z kolei córka Marta, która jest adwokatem i robi doktorat z prawa karnego, współpracuje z nami. W rękach naszej rodziny pozostaje kontrolny pakiet udziałów.

      Czy wejście na parkiet dało Vindexusowi wymierne korzyści?

      Każdy uczestnik giełdy liczy na pozyskanie nieoprocentowanego kapitału, który można przeznaczyć na rozwój spółki. Tak było również w naszym przypadku. To jednak tylko jeden z pozytywnych elementów obecności na GPW. W naszej działalności szczególnie ważne są wiarygodność i transparentność. A wymogi stawiane przez giełdę i KNF są bardzo wysokie. Różnego rodzaju kontrole i badania prowadzone przez biegłych trwają przez cały rok. Nasi akcjonariusze oczekują wzrostu i udaje nam się spełniać te oczekiwania – obroty spółki systematycznie rosną.

      Co stanowi specjalność Vindexusa?

      Przez długi czas koncentrowaliśmy się na obrocie kredytów detalicznych, żeby zająć się kredytami i wierzytelnościami korporacyjnymi. A to z kolei pociąga za sobą aktywny udział w restrukturyzacji zadłużonych przedsiębiorstw. Kupując wierzytelności od banków, wybieramy zazwyczaj jedną z dwóch dróg: rozkładamy należność na raty lub wchodzimy w układ kapitałowy. Ta druga metoda wymaga oczywiście znacznie większego zaangażowania z naszej strony, ale też przynosi wymierne efekty. Zdarza się, że wystarczy niewielkie dokapitalizowanie określonej spółki, by odzyskała równowagę i zaczęła przynosić zyski. Tak więc przejęcie przez nas wierzytelności bywa ostatnią deską ratunku dla przedsiębiorcy.

      Jakie ma pan plany dotyczące rozwoju biznesu?

      W związku z wymogami stawianymi spółkom giełdowym nie mogę o tym mówić szczegółowo, ale nie sposób nie wspomnieć o naszym zaangażowaniu na rynku deweloperskim. Vindexus jest współudziałowcem Fiz-Budu, który buduje mieszkania i lokale usługowe w Warszawie. Rozważamy możliwość akwizycji firmy pożyczkowo-faktoringowej. Poważnie myślimy o sklonowaniu naszego pomysłu na biznes w Chorwacji, na Ukrainie i Białorusi. Nie jest to jednak prosta decyzja. Chorwacja cierpi na brak rąk do pracy, a zwłaszcza wysoko wykwalifikowanych specjalistów, mnóstwo obywateli tego niewielkiego kraju zarabia za granicą. Rynek ukraiński, choć bardzo obiecujący, pozostaje niestabilny. W dodatku można tam wejść tylko przy pomocy lokalnego partnera. Z kolei inwestując na Białorusi, trzeba brać pod uwagę potencjalne zagrożenia związane ze sposobem funkcjonowania autorytarnej władzy…

      Wspomniał pan wcześniej, że o sukcesie firmy decyduje zespół.

      W małym przedsiębiorstwie można – mówiąc kolokwialnie – grać na lidera. W takiej spółce jak nasza każdy musi być odpowiedzialny za rozwój firmy. Wszyscy też powinni rozumieć rolę, jaką odgrywają poszczególne działy. Nikt, na przykład, specjalnie nie lubi kontrolingu, ale bez niego nie da się funkcjonować. Od moich współpracowników oczekuję kreatywności. Czasem żartem przypominam im czasy minionego ustroju, gdy w firmach działały komórki racjonalizatorskie. Dziś rolę tę pełnią managerowie.

      Co lubi Jan Kuchno?

      Zegarek Tissot, który otrzymał w prezencie od syna;
      Ubrania „Podoba mi się styl Bossa, ale zwykle szyję garnitury na miarę”;
      Wypoczynek na łonie natury. Planując podróże, akceptuje pomysły żony, która lubi wyjazdy nad polskie morze;
      Kuchnia polska i węgierska;
      Restauracja Buffo w Warszawie, szczególnie ciepło wspomina okres, gdy szefem tej restauracji był Maciej Kuroń;
      Samochód choć Vindexus robi zakupy flotowe w Volvo, nadal używa niezwykle wygodnego nissana maximy;
      Hobby „Gdybym nie czuł potrzeby prowadzenia firmy, na pewno zostałbym historykiem, zapewne napisałbym książkę poświęconą ostatniemu półwieczu w Polsce. Dzieje – zarówno dawne, jak i nieodległe w czasie – to moja wielka pasja”;

      Ważne Informacje

      Ostatnie dni rejestracji na Sustainable Economy Summit 2026: Bądź świadkiem wręczenia „Sustainable Economy Diamonds” Już tylko siedem dni dzieli nas od rozpoczęcia XII edycji „Sustainable...

      Plastpol 2026 pokaże, jak zmienia się europejski przemysł tworzyw sztucznych

      Cyfrowe fabryki, inteligentne maszyny, recykling i nowe materiały. Jubileuszowa edycja targów Plastpol od 19 do 22 maja w Kielcach stanie się miejscem prezentacji technologii,...

      Plastpol 2026 z najnowszymi raportami, debatami o branży i spotkaniami B2B

      Premierowy międzynarodowy matchmaking Connect Plast, pięć konferencji z najnowszymi analizami rynkowymi i debatami o kierunkach rozwoju sektora – 30. edycja targów Plastpol będzie silną...

      Dassault Systèmes i Deutsche Aircraft na nowo definiują proces projektowania samolotów

      Dassault Systèmes wspólnie z Deutsche Aircraft wspierają cyfrową transformację branży lotniczej. Przy pracach nad regionalnym samolotem D328eco Deutsche Aircraft wykorzystuje platformę 3DEXPERIENCE firmy Dassault...

      Plastpol 2026. Światowa branża przetwórstwa tworzyw sztucznych zjedzie do Kielc już w maju

      Przedstawiciele sektora z różnych stron świata – od Ameryki Północnej, przez Europę i Azję, po kraje arabskie, od 19 do 22 maja spotkają się...

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo – spotkanie liderów branży

      XVII edycja konferencji Infrastruktura Polska i Budownictwo odbędzie się już 19 marca 2026 roku w Regent Warsaw Hotel. Wydarzenie, organizowane pod patronatem m.in. Ministerstwa...