.
Strona główna Blog Strona 321

Tygrys zaklęty w technice

Nazwa Macan w języku indonezyjskim oznacza tygrysa i wyjątkowo dobrze pasuje do mniejszego z SUV-ów marki Porsche. Auto ma cechy drapieżnika i należy obchodzić się z nim bardzo umiejętnie. Jeśli jednak niczym treser zwierząt w cyrku delikatnie pogłaskamy go za uchem, będzie mruczeć potulnie jak mały kotek.

Porsche Macan Turbo to samochód sportowy z krwi i kości. Niech was nie zwiodą jego miękkie linie karoserii, bo pod nimi kryje się najnowocześniejsza technologia motoryzacyjna, jaką możecie sobie tylko wymarzyć. Długość nadwozia 4697 mm plasuje go w gronie średniej wielkości crossoverów i pozwala na wygodne przemieszczanie czterem osobom. Z przodu miejsca jest wystarczająco, a pozycja za kierownicą jest fantastycznym wyważeniem między wygodą SUV-a a sportowymi odczuciami. Elementem, który od razu zdradza torowy charakter Macana Turbo jest kierownica. Mała obręcz, do złudzenia przypomina tę z modelu 918. Trzy ramiona wykonane z chłodnego aluminium kryją w sobie przyciski systemu audio i komputera pokładowego. Zza kierownicy wyglądają łopatki zmiany biegów. Całości dopełniają okrągłe trzy zegary, z których centralnie umieszczony jest ten odpowiedzialny za wskazania obrotów.

Konsola centralna jest typowa dla sportowych modeli z Zuffenhausen i zawiera wszystkie niezbędne przełączniki związane z zawieszeniem i pracą napędu. Wrażenie jest takie, jakbyśmy siedzieli w modelu 911, tylko wyżej. I takie zapewne było zamierzenie projektantów, bo nawiązań do kultowego modelu marki jest bardzo dużo i są one oczywiste. Z tyłu spokojnie zmieszczą się dwie osoby, ale jak w każdym sportowym Porsche, i tutaj przestrzeń jest dokładnie wyliczona. Można powiedzieć, że wnętrze Macana jest szyte na miarę, ale wygoda podróżowania nie została wcale podporządkowana sportowym wrażeniom z jazdy. Jest przyjemnie i komfortowo. Ustawny bagażnik ma pojemność 500 litrów, a po złożeniu tylnej kanapy do dyspozycji mamy ponad 1500 litrów przestrzeni bagażowej. To na wypadek, gdybyście chcieli zrobić większe zakupy. Wróćmy jednak do wnętrza i jego wykończenia.

Na liście opcji wyposażenia Porsche umieściło kilka gatunków skóry i alcantary, ale jeśli bardziej od komfortu zależy wam na sporcie, możecie zamówić opcjonalne sportowe fotele przednie. Słowo, a nawet całe zdanie należy się spasowaniu elementów wnętrza. To, w jaki sposób auto zostało zmontowane w fabryce Porsche w Lipsku, należy nazwać mistrzostwem świata. Nie ma tu mowy o żadnych niedoróbkach, elementy deski rozdzielczej zespolone są idealnie, a szwy na fotelach równiutkie. Dbałość o szczegóły i najwyższa jakość materiałów są gwarancją niezawodności i bezproblemowego użytkowania samochodu przez długie lata. Klient decydujący się na Porsche jest świadomy zastosowanej w nim techniki. Silnik Macana Turbo to wyżyny możliwości inżynierów. Trzylitrowy, podwójnie doładowany motor ma sześć cylindrów w układzie V. Generuje on 400 koni mechanicznych mocy i 550 niutonometrów momentu obrotowego. Moc i moment dostępne są już od 1500 obrotów i zapewniają Macanowi wyśmienite osiągi. Wartości te są rozwijane jednak tak bardzo aksamitnie, że nie ma tu mowy o wyrywaniu głowy z karku.

Płynność i równowaga, to słowa opisujące wrażenia podczas przyspieszania. Jednak w błędzie jest ten kto myśli, że Macan Turbo nie jest szybki. Pierwsza setka osiągana jest już po 4,8 sekundy, a prędkość maksymalna to 266 km/h. Przypominam, że Porsche Macan Turbo to rodzinny SUV. Jeśli to za mało, producent oferuje pakiet Performance, który jest jak kilogram papryczek jalapeno wrzucony do garnka z już i tak pikantnym chili. Dodatkowe 40 KM i 50 Nm powodują, że Macan Turbo przyspiesza do stu kilometrów na godzinę w czasie 4,4 sekundy. Jeśli przemknęło wam przez myśl, że to wieczność, spieszę z informacją, że w takim samym czasie przyspiesza model 911 Carrera. Jednak pakiet Performance nie ogranicza się wyłącznie do mocniejszego silnika. Tak szybki samochód trzeba zatrzymać. Na przedniej osi zamontowano rowkowane tarcze hamulcowe o średnicy 390 mm, współpracujące z 6-tłoczkowymi zaciskami. Za sportowe właściwości jezdne dba Porsche Active Suspension Management (PASM). Prześwit zawieszenia zmniejszono o 15 mm w stosunku do „podstawowej” odmiany Macan Turbo, a jego nastawy zoptymalizowano pod kątem osiągów samochodu. Na życzenie dostępne jest także pneumatyczne zawieszenie z funkcją samopoziomowania i regulacją wysokości. I jakby jeszcze tego było za mało, producent oferuje pakiet Sport Chrono, który w trybie Sport Plus zmienia zestrojenie podwozia, silnika i przekładni na jeszcze ostrzejsze.

O doznania dźwiękowe dba fantastycznie zestrojony układ wydechowy. Generuje on dźwięki, które przyprawią o dreszcze nie tylko zagorzałych fanów Porsche. Silnik za sprawą wydechu drze się i grzmi jakby znajdowała się w nim chmura burzowa, przed którą ucieka całe stado rozbieganych surykatek. To po prostu trzeba usłyszeć. Aby silnik mógł przenieść tę całą moc na koła, potrzebna jest odpowiednia skrzynia biegów. W tym miejscu przedstawiam dzieło sztuki – dwusprzęgłową, automatyczną skrzynię PDK (Porsche Doppelkupplung). W zasadzie można powiedzieć, że PDK to dwie skrzynie biegów w jednej obudowie: gdy jedziemy na jednym biegu, skrzynia ma przygotowane już zapięte biegi wyższy i niższy, aby reakcja na pedał przyspieszenia była natychmiastowa. W efekcie normalny Homo sapiens nie jest w stanie zmienić przełożenia w krótszym czasie niż robi to PDK. Siedem przełożeń dzielnie walczy z momentem obrotowym i przenosi go na koła. W modelu Macan Turbo skrzynia została skonfigurowana pod kątem uzyskania błyskawicznych reakcji i optymalizacji punktów zmiany przełożeń. Na co dzień będzie więc delikatnie i niezauważalnie zmieniać biegi, nie dając znać o sobie, na torze zaś wyciśnie z silnika ostatnie poty i zapewni autu niezrównaną dynamikę.

Indywidualny charakter nowego Porsche Macan Turbo z pakietem Performance można dodatkowo podkreślić pakietem Turbo Exterior. Obejmuje on 21-calowe obręcze 911 Turbo z ramionami w kolorze lśniącej czerni, lusterka Sport Design oraz diodowe reflektory główne z systemem PDLS Plus. Oferuje on dynamiczne doświetlanie zakrętów, dróg pozamiejskich oraz osobny tryb oświetlenia dla autostrad i na złe warunki pogodowe. Bardzo pomocna okazuje się korzystająca z kamery funkcja automatycznej regulacji zasięgu podczas jazdy nocą. Pakiet Turbo Interior zawiera z kolei tapicerkę i wykończenia kabiny z czarnej skóry oraz alcantary, kolorowe aplikacje oraz elementy wykonane z włókien węglowych, jak na przykład listwy progowe z podświetlanym na biało logo modelu. Na koniec mała sugestia. Jeśli chcecie mieć na podjeździe swój własny egzemplarz Porsche Macan Turbo jeszcze w tym roku, radzę się pospieszyć, bo fabryka w Lipsku jest w stanie wyprodukować wszystkich modeli jedynie 50 tysięcy egzemplarzy rocznie. Porsche Centrum otwarte są od poniedziałku do piątku w godzinach 8:00-18:00 i w soboty w godzinach 9:00-14:00.

MACAN

Dwulitrowa, turbodoładowana jednostka modelu Macan osiąga moc 252 KM w zakresie od 5000 do 6800 obr./min. Standardowo współpracuje z 7-stopniową przekładnią dwusprzęgłową PDK. W rezultacie Macan zapewnia imponujące osiągi: od 0 do 100 km/h rozpędza się w ciągu 6,7 s, a z opcjonalnym pakietem Sport Chrono czas ten zostaje skrócony do 6,5 s. Prędkość maksymalna wynosi 229 km/h. Równie wydajny Macan okazuje się pod względem zapotrzebowania na benzynę: zależnie od rozmiaru zamontowanych felg i opon jego średnie zużycie paliwa waha się od 7,2 do 7,4 l/100 km (cykl NEDC).

MACAN S


Wyposażony jest w 3-litrowy silnik V6 biturbo o mocy 340 KM, napęd na wszystkie koła z kontrolowanym elektronicznie sprzęgłem wielopłytkowym. Ten napęd znajdziecie we wszystkich modelach Macana. Siedmiobiegowa przekładnia PDK pozwala pojazdowi przyspieszyć od 0 do 100 km/h w 5,4 s (lub 5,2 s z opcjonalnym pakietem Sport Chrono). Pojazd osiąga prędkość maksymalną 254 km/h, a zużycie paliwa wg NEDC wynosi od 9 do 8,7 l/100km.

MACAN GTS


Porsche Macan GTS imponuje charakterem i zapewnia wrażenia z jazdy, które wyróżniają go na tle pozostałych odmian modelu. Z mocą 360 KM plasuje się między wariantami Macan S a Macan Turbo. Pod maską pracuje 3-litrowy silnik V6 biturbo, połączony z przekładnią Porsche Doppelkupplung (PDK) oraz aktywnym napędem na cztery koła Porsche Traction Management (PTM). Wyższą moc, przeprojektowane zawieszenie i wzmocnione hamulce uzupełnia charakterystyczna dla modeli GTS stylizacja ze sportowym akcentami. Przyspieszenie do 100 km/h w 5,2 s, prędkość maksymalna 256 km/h.

MACAN Diesel


Macan S Diesel jest ukłonem w stronę najbardziej oszczędnych klientów. Jego 3-litrowy silnik wysokoprężny V6 osiąga 258 KM, a zużycie paliwa według normy NEDC wynosi od 6,3 do 6,1 l/100 km, co odpowiada wartości CO2 wynoszącej od 164 do 159 g/km. Macan S Diesel to również doskonałe osiągi. Auto przyspiesza od 0 do 100 km w ciągu zaledwie 6,3 sekundy (lub 6,1 sekundy z zainstalowanym pakietem Sport Chrono) i osiąga prędkość maksymalną 230 km/h.

Sercem systemu informacyjno-rozrywkowego, należącego do standardowego wyposażenia wszystkich modeli Macan, jest nowy, 7-calowy ekran dotykowy o wysokiej rozdzielczości. Przeprojektowany interfejs jest łatwy w obsłudze i przypomina rozwiązania znane ze smartfonów. Bluetooth oraz interfejsy USB i SD pozwalają na intuicyjną integrację smartfona oraz podłączanie do PCM nośników z danymi. Moduł Connect ze zintegrowaną konsolą na smartfona w centralnym podłokietniku oszczędza energię urządzenia dzięki wykorzystaniu anteny pojazdu i wzmacniania odbioru sygnału. PCM integruje się z iPhonem poprzez interfejs AppleCar Play®, włącznie ze sterowaniem głosowym Siri®. Moduł Navigation to nowy system nawigacji z imponującym widokiem map w wysokiej rozdzielczości – zależnie od lokalizacji, po raz pierwszy dostępnym w 3D. Nawigacją można wygodnie sterować głosowo. Jeszcze większą funkcjonalność zapewnia moduł Connect Plus, oferujący m.in. dostęp do informacji o ruchu drogowym w czasie rzeczywistym oraz usług Google. Funkcje z zakresu łączności uzupełnia możliwość wykorzystania PCM w funkcji Wi-Fi hotspot oraz rozbudowanej integracji ze smartfonem.

Cyberbezpieczeństwo i chmura

ManagerOnline

Marek Kobielski, prezes zarządu Dimension Data Polska, opowiada o tym, jak jego firma wspiera swoich klientów w obronie przez hakerami oraz przy przenoszeniu danych korporacyjnych do chmury obliczeniowej.

Rozmawiał Wojciech Gryciuk

Coraz częściej słychać o globalnych atakach złośliwego oprogramowania ransomware na różne organizacje, które dotykają także Polskę. Co Dimension Data oferuje w tym zakresie swoim klientom?

W ostatnich latach cyberprzestępcy włożyli wiele wysiłku w stworzenie najbardziej wyrafinowanych metod ataku, wykorzystujących coraz bardziej zaawansowane technologie. Nasi eksperci doświadczyli tego podczas odbywającego się w 2016 r. w Warszawie Szczytu NATO. Obsługiwaliśmy to wydarzenie od strony dostawy systemów bezpieczeństwa IT, ale także rozwiązań sieciowych, telekomunikacyjnych i wideokonferencyjnych, zapewniając usługi IT dla ponad 3 600 osób. Musieliśmy zmierzyć się z incydentami związanymi z atakami hakerów i próbami blokowania usług. Na szczęście przygotowany system zabezpieczeń wraz z Network Operations Center i Security Operations Center sprawdził się.

Skala zagrożeń rośnie z każdym dniem. Jak się przed nimi bronić?

Zdolność hakerów do przełamywania coraz doskonalszych zabezpieczeń wynika z tego, że ataki stają się bardziej złożone i ukierunkowane na wybrany obiekt. W wielu przypadkach posiadanie odpowiedniej technologii nie wystarcza do obrony, gdyż atakujący używa również innych narzędzi, m.in. socjotechnik.

Doświadczenie pokazuje, że dbanie o bezpieczeństwo to ustawiczny proces, który się nie kończy a fundamentem dobrego zabezpieczenia są zawsze kompetencje ludzi. Niestety, wiąże się to z coraz większymi nakładami finansowymi związanymi m.in. z dostępnością specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa.

Z tego powodu naszą ofertę z obszaru rozwiązań bezpieczeństwa wzbogaciliśmy na rynku polskim o nowy produkt – usługę CyberGuard. Łączy ona nasze kompetencje – doradztwo i wiedzę branżową z rozwiązaniami naszych partnerów, m.in. NASK S.A., Trend Micro, McAfee, Citrix oraz Intellix.

CyberGuard ma odpowiadać zarówno na aktualne problemy, np. dostosowania się do dyrektyw RODO i NIS, jak i te związane z tradycyjnym bezpieczeństwem IT, w tym dotyczące ochrony infrastruktury firmy czy zapobieganiu wyciekom danych. Klient może wybrać z usługi CyberGuard dowolny pakiet – oferujemy sprzęt oraz licencje na wiele produktów związanych z bezpieczeństwem IT i wynająć je na potrzebny okres czasu płacąc miesięczny abonament.

A co z cloud computingiem, w czym również się specjalizujecie?

W czerwcu br. podpisaliśmy z AGH w Krakowie umowę na dostarczenie komponentów platformy informatycznej wykorzystującej technologię chmury obliczeniowej do budowy usługi i treści edukacyjnych w ramach projektu „Małopolska Chmura Edukacyjna” (MChE).

Jest to bardzo nowoczesna inicjatywa, która ma zapewnić interaktywną współpracę pomiędzy szkołami i uczelniami na terenie województwa małopolskiego poprzez wykorzystanie nowoczesnych technologii, takich jak wideokonferencje, multimedia, czy mobilny dostęp. Przykładowo uczniowie szkół będą mogli korzystać z wiedzy ośrodków akademickich oraz uczestniczyć we wspólnych projektach w formie wirtualnych klas współdzieląc dokumenty i wyniki badań.

Zakończyliśmy również budowę prywatnej chmury obliczeniowej dla Grupy Kapitałowej PGE. Z tego, co wiem, to pierwszy tego typu projekt w sektorze energetycznym.

Coraz więcej dużych firm IT otwiera w Polsce swoje centra kompetencyjne oraz badawczo-rozwojowe. Czy wasza Grupa również docenia wiedzę polskich ekspertów IT?

Cieszę się, że idziemy zgodnie z trendem. Decyzją korporacji powstało w Polsce Customer Experience Centre of Excellence w zakresie rozwiązań contact center, Workforce Management, a także związanych z biometrią, procesami antyfraudowymi czy robotyką i automatyką. Stanowi ono wsparcie kompetencyjne dla wszystkich oddziałów Dimension Data w Europie.

Od wielu lat działamy na rynku Customer Experience, dzięki czemu mamy bogate doświadczenie i referencje, z których możemy korzystać wdrażając tego typu rozwiązania u klientów z innych krajów europejskich.

A jak doświadczenia z Tour de France, którego Dimension Data jest oficjalnym partnerem technologicznym przekładają się na rynek polski?

Szczególnie interesujące dla nas jest to, w jaki sposób pomagamy jego organizatorowi (firmie A.S.O. – przyp. red.) przyciągnąć nowych młodych fanów pokolenia cyfrowego oraz jak zaawansowane technologie, takie jak hybrid IT, IoT, digital workplace czy big data analytics otwierają nowe możliwości dostarczania informacji, których oczekują dzisiejsi kibice. Wybierając preferowany kanał – strona internetowa, aplikacja mobilna, media społecznościowe – mogą na żywo śledzić, analizować i jednocześnie komentować przebieg wyścigu, doświadczając emocji i wrażeń, jakie towarzyszą fanom na trasach wyścigu.

Od 2015 r. platforma analityczna danych opracowana przez Dimension Data we współpracy z A.S.O. coraz bardziej się rozwija. W tym roku obejmuje rozwiązanie machine learning i złożone algorytmy, które łączą dane o wyścigu na żywo z danymi historycznymi, m.in. aby przewidywać/analizować różne scenariusze wyścigu. W oparciu o te doświadczenia budujemy ofertę dostosowaną do polskiego rynku.

W tym roku Dimension Data Polska świętuje 25-lecie działalności. Jednak nazwa Dimension Data obowiązuje dopiero od 3 lat?

Działalność zaczęliśmy w 1992 r. jako Alcatel Business Systems, potem Alcatel Polska, Alcatel E-Business Distribution, a w końcu NextiraOne i Dimension Data. Ja zaś nieprzerwanie od 25 lat mam przyjemność kierować tą firmą. Dziś niewątpliwie pomaga nam efekt skali osiągnięty dzięki wejściu do Grupy Dimension Data, a pośrednio także jej japońskiego właściciela NTT. Ten ostatni posiada wyjątkowe kompetencje w zakresie rozwiązań cloud computing i bezpieczeństwa.

Ramka:
Chociaż Tour de France to jeden z najbardziej popularnych wyścigów kolarskich na świecie, jeszcze w 2014 r. ważne informacje były przekazywane ścigającym się kolarzom przez dyrektora wyścigu za pomocą kredy i tablicy, którą trzymał za sobą jadąc na motocyklu jako pasażer. Wszystko zmieniło się w 2015 r., kiedy partnerem technologicznym wyścigu została firma Dimension Data.

W tegorocznym wyścigu każdy ze 198 kolarzy miał zamontowany pod siodełkiem ważący zaledwie 10 dkg sensor, wyposażony w GPS, miniaturowe radio oraz odpowiednio mocną baterię. Ponieważ dane lokalizacyjne były generowane co 1 sek. w ciągu 21 etapów wyścigu przesłano ich w sumie ponad 3 mld. Dimension Data wzbogacając je o dane pogodowe i dotyczące ukształtowania terenu łączyło je z danymi historycznymi z dwóch poprzednich edycji i po przetworzeniu przesyłało w postaci pogłębionych statystyk do organizatorów wyścigu, stacji telewizyjnych i komentatorów, a także telewidzów i innych fanów kolarstwa. Dzięki technologii Hybrid IT system był w stanie realizować ponad 2 500 zapytań/sek. dotyczących przeglądarki obsługującej ponad 3,5 mln fanów odwiedzających internetowe centrum wyścigowe. A ponieważ kolarze zostali wyposażeni w miniaturowe słuchawki z anteną, również oni mieli dostęp do tych informacji.

W tym roku po raz pierwszy udostępniono też kibicom możliwość skorzystania z machine learning i analiz predyktywnych. Wykorzystując algorytmy opracowane przez zespół kolarskich ekspertów, data scientists oraz analityków sportowych, system mógł dokonywać prognoz zarówno przed, jak i w czasie wyścigu na bazie aktualnych i historycznych danych dotyczących kolarzy oraz stanu wyścigu, np. prawdopodobieństwa dogonienia ucieczki przez peleton.

Żeby było to możliwe, Dimension Data oddelegował do obsługi systemu zespół DevOps, który był odpowiedzialny za jego aktualizację w cyklu 24-godzinnym. Niejednokrotnie nowe wizualizacje danych były tworzone nocą w Australii i testowane w cloudowym centrum danych Dimension Data w Hongkongu, by móc je udostępnić zainteresowanym jeszcze przed rozpoczęciem kolejnego etapu.

Udaremnione cyberataki:
1 409 769 wykrytych podejrzanych zachowań
1 370 534 zablokowanych nieuprawnionych prób dostępu
147 powstrzymanych ataków typu „bad bot”

Czas na inwestycje

ManagerOnline

Marcin Zmaczyński, dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej, opowiada o tym, dlaczego Aruba uruchamia centrum danych w Warszawie.

Rozmawiał Wojciech Gryciuk

Włoska firma Aruba to potentat na europejskim rynku usług hostingowych, rejestracji domen oraz poczty elektronicznej, ale w Polsce działa od niedawna. Macie się już czym pochwalić?

W październiku miną dwa lata od rozpoczęcia działalności na rynku polskim, a to wystarczająco długi okres, by ocenić rozwój naszego biznesu. Dotychczas do polskich klientów docieraliśmy wyłącznie przez internet, a mimo to cele założone przez centralę zrealizowaliśmy z dużym wyprzedzeniem. Choć usługi świadczyliśmy poprzez centra danych ulokowane głównie w sąsiednich krajach, dla większości rodzimych klientów nie było to barierą i baza klientów systematycznie rosła. Część firm dopytywała się jednak, czy będą mogli ulokować swoje dane także w lokalnym centrum danych Aruby. Szybkie zrealizowanie wstępnego planu rozwoju na polskim rynku pozwala nam teraz przejść do kolejnego etapu ekspansji. Tym kolejnym krokiem jest uruchomienie w Warszawie centrum danych, co nastąpi już na przełomie września i października br. Będziemy inwestować też w zasoby ludzkie, zatrudniając inżynierów oraz dedykowanych sprzedawców, by wyjść poza aktywność online. Chociaż centrum jeszcze nie funkcjonuje, pierwsi chętni do skorzystania z niego już się do nas zgłaszają.

To wasz własny obiekt?

Zgodnie z globalną strategią firmy Aruba, na tym etapie inwestycja dotyczy uruchomienia partnerskiego centrum danych, które wyposażamy w infrastrukturę wyłącznie renomowanych producentów, z jakimi od lat współpracujemy w Europie. Bardzo ważne jest przy tym, że będziemy w nim oferować wszystkie rodzaje usług IaaS (Infrastructure as a Service), jakie już świadczymy na Zachodzie. W pierwszej kolejności są to trzy rodzaje usług chmurowych: wirtualne serwery w chmurze (VPS SSD), chmura publiczna (Cloud Pro) oraz prywatna (Private Cloud), ale też szereg innych narzędzi, w tym do tworzenia kopii zapasowych danych w chmurze. Wszystkie będą oferowane w promocyjnych cenach, a co ważne, klient po skorzystaniu z tej okazji zachowa promocyjne warunki tak długo, jak będzie użytkował wybrany pakiet.
Aruba Cloud kładzie duży nacisk na jakość usług. Na tle konkurencji wyróżniamy się np. tym, że w jednym fizycznym procesorze lokujemy jedynie dwa wirtualne, co przekłada się na wyższą wydajność i stabilność działania usługi Cloud Pro. Jest to standard obowiązujący we wszystkich centrach danych Aruby w Europie, więc w Polsce nie może być inaczej.

Dlaczego jednak centrum zostaje otwarte akurat w Warszawie, a nie w którymś z innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej?

Po pierwsze, to największy rynek w tej części Europy, po drugie, wg agencji PMR ma on rosnąć w najbliższym czasie w tempie 20 proc. r/r, a po trzecie, to świetny przyczółek do rozwijania naszego biznesu na Ukrainie, Litwie, Łotwie i w Estonii. Nie umniejsza to faktu, że np. w Czechach, na Słowacji i Węgrzech już znaleźliśmy się w ścisłej czołówce, działając także pod marką Forpsi.

W Polsce walka o pozycję rynkową jest znacznie bardziej zacięta. Konkurujemy tu nie tylko z gigantami typu Google, Amazon czy Microsoft, ale także z wieloma lokalnymi dostawcami, czego w innych krajach regionu praktycznie się nie spotyka. Rodzimi klienci uchodzą też za bardzo wymagających. To z jednej strony wyzwanie, ale z drugiej, szansa na rozwój, bo niejednokrotnie ci najbardziej wymagający podpowiadają nam, co można ulepszyć w ofercie. Aruba z szacunkiem podchodzi do konkurencji, ale jednocześnie jesteśmy przekonani, że – oferując świetną relację ceny do jakości usług – w najbliższych latach powiększymy udział w polskim rynku.

Łączą się z tym jakieś wyzwania?

Zainteresowanych chmurą jest coraz więcej, ale migracja do niej bywa złożona i wymaga odpowiedniego przygotowania, dopasowanego do potrzeb danej firmy. Dlatego też, wzorując się na naszych doświadczeniach z Europy Zachodniej, zatrudnimy wkrótce wyspecjalizowanych administratorów, którzy kompleksowo wesprą klientów w przygotowaniu i przeprowadzeniu procesu migracji do chmury. Oczywiście uwzględniamy też lokalną specyfikę, ale chcemy przenieść jak najwięcej dobrych praktyk, wypracowanych przez lata na innych rynkach. Migracja powinna bowiem przebiegać płynnie, być przyjazna firmie i nie zakłócać jej działania. Aruba wie, jak tego dokonać i właśnie dlatego we Włoszech jest nie tylko nr 1 na rynku hostingu i domen, ale także usług chmurowych.

Ale problemy mogą się pojawić, chociażby związane z koniecznością dostosowania się do regulacji unijnej GDPR/RODO…

Oczywiście, i żeby się na nie przygotować, Aruba bierze aktywny udział w pracach CISPE – organizacji zrzeszającej europejskich dostawców usług infrastruktury chmurowej. W szczególności wszystkie świadczone przez nią usługi są w pełni zgodne z zapisami kodeksu postępowania CISPE w dziedzinie ochrony danych, który wyprzedził wprowadzenie RODO. Jest on zgodny z wymaganiami określonymi w tym rozporządzeniu, mającymi na celu przede wszystkim oddanie obywatelom kontroli nad własnymi danymi osobowymi oraz uproszczenie środowiska ustawodawczego dla międzynarodowego biznesu poprzez ujednolicenie ustawodawstwa w obrębie UE. To ważne dla naszych potencjalnych klientów, bo z badań wynika, że aż 90 proc. obywateli z tego obszaru domaga się jednolitych regulacji z zakresu ochrony danych osobowych w Europie.

Kto jest waszym głównym klientem?

Przede wszystkim instytucje sektora finansowego, ale także software house’y, biura rozrachunkowe oraz e-commerce, a z czasem zapewne także firmy świadczące usługi medyczne czy małe firmy potrzebujące usług streamingu.
Centrum danych będzie mieścić się w Warszawie, ale zdajemy sobie sprawę, że mała firma software’owa obsługująca klientów z całego świata może być ulokowana wszędzie, byleby tylko miała dostęp do internetu. I dlatego, żeby do niej dotrzeć, musimy promować się nie tylko w stolicy, ale także poza nią.

Staracie się edukować i wspierać rozwój rynku w zakresie chmury?

Tak. Przykładowo, w tym roku uruchomiliśmy program We START you UP, którego celem jest wsparcie innowacyjnych startupów wykorzystujących usługi w chmurze w rozwoju działalności. Potrwa on trzy lata i ma pomóc nowym firmom nabrać rozpędu, a jego głównym elementem jest przekazanie startupowi doładowania konta na platformie Aruba Cloud na kwotę nawet do 200 tys. zł do spożytkowania na usługi w chmurze.

Czy polscy klienci szukają usług chmurowych w najbardziej bezpiecznym standardzie Rating 4?

Jeszcze nie, ale globalni – tak. Aruba takie centrum o nazwie Global Cloud Data Center oficjalnie uruchomi na początku października w Mediolanie i będzie ono jednym z największych w Europie. Zbudowano je z myślą o przekroczeniu rynkowych standardów bezpieczeństwa i wydajności, a szczególną jego cechą jest unikatowa specyfikacja, która zapewnia maksymalną efektywność energetyczną w oparciu o źródła odnawialne – własną elektrownię wodną i system fotowoltaiczny. Polskie firmy też będą mogły z niego korzystać.

Odwaga wyróżnia zwycięzców

ManagerOnline

Jacek Grzybek, dyrektor marki Porsche w Polsce, mówi o sukcesie, odwadze i spełnieniu, które nierozerwalnie wiążą się z autami tej marki.

Ma pan doświadczenie w pracy z najlepszymi motoryzacyjnymi markami premium. W 2016 r. przyszedł czas na ukoronowanie kariery, wisienkę na torcie, czyli Porsche.

Porsche to marka, którą znają i podziwiają wszyscy, a chłopcy fascynują się nią od najmłodszych lat. To korona w branży motoryzacyjnej i pracę dla tej marki traktuję w kategorii zaszczytu. Samochody Porsche zawsze budzą pozytywne emocje dlatego, że kojarzą się z pięknym, ponadczasowym designem i najwyższej klasy technologią. Nie wszystkie marki mają takie szczęście.

Jak pan ocenia dzisiaj postrzeganie aut z segmentu Premium?

Sprzedaż aut szybko rośnie, osiągając nawet kilkudziesięcioprocentowe wartości rok do roku. Jeśli chodzi o Porsche, będące marką ultrapremium, wynika to z kilku czynników: z jednej strony jest to wzrost możliwości nabywczych naszych przedsiębiorców, z drugiej odwaga, poszukiwanie oryginalności i prestiżu. Bardzo ważnym czynnikiem wpływającym na wzrost sprzedaży jest szeroka gama produktów finansowych ułatwiających zakup.

Sprzedawał pan samochody cenionych marek. Jak przekonałby pan dzisiaj tamtych klientów do zakupu Porsche?

Hasłem reklamowym nowego Porsche Panamera jest: „Odwaga. To, co wyróżnia zwycięzców”. I to jest, moim zdaniem, kwintesencja naszej marki – odwaga, wyróżnienie i zwycięstwo. Jeśli masz odwagę i chcesz się wyróżnić oraz czuć zwycięzcą, wybierz samochód, który jest inny, gwarantuje niepowtarzalne emocje i najlepszą na świecie technologię. O ile emocje są naszą indywidualną sprawą, o tyle osiągi są potwierdzone na wielu torach wyścigowych podczas testów oraz konkurencji w ramach oficjalnych i słynnych serii wyścigowych. Do tego dochodzą jeszcze wyjątkowe wykonanie i jakość materiałów. Nie bez powodu Porsche daje możliwość wykupienia przedłużonej gwarancji z 10 do 15 lat.

Czyli kupując 13-letnie auto, możemy mieć jeszcze dwa lata gwarancji. Według mojej wiedzy jest to unikalne na rynku. Czy Porsche to marka – nazwijmy to – „cywilna” czy sportowa?

Porsche wyrosło ze sportu motorowego, w każdym sprzedawanym dzisiaj modelu jest pierwiastek sportowy – oprócz trybu normal mamy sport i dla zaawansowanych sport plus. Oczywiście używanie tych trybów powinno być uzależnione od indywidualnych umiejętności kierowcy, ale każdy przy odpowiednich warunkach ma szansę spróbować. 911, 918 Spyder czy 718 Cayman i 718 Boxster to samochody sportowe, którymi można jeździć cywilnie. Pozostałe to auta najbardziej sportowe w swoich segmentach.

Porsche to sport i prędkość, ale również bezpieczeństwo.

Do systemów wspomagających bezpieczeństwo kierowcy przykładamy ogromną wagę; ich zadaniem z jednej strony jest ostrzeganie kierującego przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, z drugiej korekcja błędów kierowcy. Samochody naszej marki dysponują olbrzymią mocą i przez to oczywiście są wymagające. Chociaż sprawiają inne wrażenie dzięki swojemu wyważeniu masy, świetnym hamulcom i perfekcyjnie zestrojonemu zawieszeniu. Proszę mi wierzyć, że przeciętny kierowca prowadzący Porsche nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo zaawansowana technologia czuwa nad jego bezpieczeństwem. Można to sprawdzić na torze, gdzie jazda z wyłączonymi systemami wymaga sporych umiejętności. Zawsze odradzam porównywanie się ze sportowymi kierowcami, bo oni potrafią wspomagać systemy auta swoim doświadczeniem i talentem. Rekomenduję jednak test z kierowcą rajdowym nie po torze, ale po OS-ie. To bardzo uczy pokory. Podsumowując, warto podkreślić, że skoro nasze auta czerpią ze sportu i odnoszą tam sukcesy, przejeżdżając najtrudniejsze tory wyścigowe, poddając zawieszenie i napęd największym przeciążeniom, zdecydowanie możemy czuć się bezpiecznie, jeżdżąc nimi tak, jak pozwalają przepisy ruchu drogowego – auto sportowe zawsze daje więcej kontroli, a to właśnie bezpieczeństwo.

Co stanowi źródło sukcesu marki Porsche w Polsce?

Zdecydowanie źródłem sukcesu jest najwyższa jakość oferowanych przez nas samochodów i emocje, które dają każdemu użytkownikowi. Wskazałbym również ciągłe podnoszenie poziomu obsługi klienta. Co do sprzedaży, to mamy się czym pochwalić, ponieważ po sześciu miesiącach wzrost w stosunku do roku poprzedniego wynosił 40 proc.

Z czego wynika aż tak duży wzrost, bo przecież nie przybywa nam milionerów w takim tempie?

Wspominałem już wcześniej, jakie elementy wpływają na podjęcie decyzji zakupowej. W segmencie SUV możemy śmiało stwierdzić, że nasze modele są tą koroną. Klienci, którzy przez kilka lat jeździli samochodami konkurencji, z reguły wieńczą swoje zakupy modelem Cayenne. W segmencie limuzyn Porsche Panamera jest autem jedynym w swoim rodzaju. Możemy nim podróżować na długich trasach w bardzo komfortowych warunkach, a jeśli zapragniemy prawdziwych emocji, to przełączamy nastawienie samochodu na tryb sport i pompujemy się adrenaliną. 911 z kolei nie ma konkurencji w swoim segmencie – wyznacza standardy.

Porsche w Polsce dynamicznie rozwija sieć sprzedaży, czy z poziomu koncernu poziom inwestycji w infrastrukturę jest uzależniony od wielkości kraju i poziomu sprzedaży samochodów?

Nie, zmiany następują jednocześnie w całej Europie, a nierzadko obejmują świat. Co do zasady: standard sprzedaży i co najważniejsze, poziomu obsługi klienta który wszędzie powinien być taki sam.

Ma pan bogate doświadczenie jak ocenia pan poziom obsługi klienta w polskich salonach samochodowych?

Jest jednym z najwyższych na świecie, i to zarówno pod względem infrastruktury, jak i wyszkolenia pracowników sieci sprzedaży oraz serwisów. Zaangażowanie dealerów w swoją pracę daleko wykracza poza standardy narzucane przez koncerny oraz przepisy unijne i świadczy o perfekcyjnym podejściu do pracy polskich przedsiębiorców. I tu podkreślę jeszcze raz – poziom obsługi w polskich stacjach dealerskich może być benchmarkiem dla innych krajów.

Pochodzi pan z rodziny o silnych tradycjach górniczych.

Z granicy Małopolski oraz Śląska i jestem pierwszym mężczyzną w rodzinie od czterech pokoleń, który nie został górnikiem. Jeszcze do trzeciej klasy liceum myślałem o studiach na AGH w Krakowie, ale pociągały mnie biznes, ekonomia. Tak trafiłem na SGH, gdzie studiowałem międzynarodowe stosunki gospodarcze i polityczne.

Jakie w latach 90. były perspektywy znalezienia pracy po takim kierunku?

Był rok 1993, reforma gospodarcza, do Polski wkraczały zagraniczne korporacje i to z nimi wiązaliśmy nadzieje na zatrudnienie. W 1998 r., gdy kończyłem studia, nie miałem kłopotu z pracą. Dodatkowo, aby poszerzyć wiedzę i zakres swoich kompetencji, ukończyłem jeszcze podyplomowo prawo i zarządzanie finansami.

Karierę zawodową rozpoczął pan w warszawskiej centrali jednej z samochodowych marek premium.

Od zawsze fascynowała mnie motoryzacja. Nie byłem mechanikiem ani kierowcą rajdowym, ale bezproblemowo potrafiłem dokonać prostych napraw. W autach przede wszystkim pasjonowały mnie design i technologie. Do Mercedesa trafiłem z przypadku, ale cieszyłem się, że tą drogą zaczynam spełniać swoje motoryzacyjne marzenia. Zaczynałem jako asystent działu sprzedaży, pomagałem składać zamówienia w Niemczech na pojazdy Unimog i po dwóch latach prowadziłem już ten dział jako samodzielny specjalista do spraw sprzedaży. Jako ciekawostkę mogę przytoczyć, że byłem chyba jednym z ostatnich roczników, który pracował bez e-maili, tylko w oparciu o fax. Mój pierwszy służbowy telefon komórkowy ważył 2 kg i nazywany był cegłą. Trudno to sobie dzisiaj w ogóle wyobrazić, ale pokazuje to, jak gigantyczny postęp technologiczny dokonał się w ciągu ostatnich kilkunastu lat.

Następny był Shell i również dział sprzedaży.

Zawsze lubiłem pracować z ludźmi, a bycie sprzedawcą lub – jak to się dzisiaj mówi – handlowcem czy account managerem, zawsze dawało mi ogromną satysfakcję. Codziennie nowy klient i nowe wyzwanie – adrenalina związana z wynikami prawie jak na rajdzie. Zawsze bardzo mnie to nakręcało. Do dziś uważam, że każdy choć raz w życiu powinien być sprzedawcą, być „wyrzucanym drzwiami i wchodzić oknem”, zaliczyć nieudane transakcje, klienta wycofującego się w ostatniej chwili po długich negocjacjach i odwołującego zakupy. To jest codzienna walka, bez umiejętności radzenia sobie z przeciwnościami losu nie będzie dobrego managera. Hołduję zasadzie, że utracony biznes szybko trzeba zastąpić innym.

To znaczy, że porażka może być czynnikiem budującym?

Z pewnością powinna dać siłę i dystans oraz nauczyć szacunku do pracy, zwłaszcza jeżeli coś dostajemy, a nie budujemy od zera. Szczególnie młodzi powinni wziąć to sobie do serca.

W General Motors miał pan zajmować się Oplem, ale okazało się, że los postawił przed panem zadania związane z innymi markami.

Jako ciekawostkę wspomnę, że pracując w Mercedesie, uczestniczyłem w połączeniu z Chryslerem, więc miałem już doświadczenie pracy w łączących się firmach. W GM głównie zajmowałem się sprzedażą samochodów oraz integrowaniem Chevroleta i Saaba do naszej grupy. Było to bardzo ciekawe i rozwojowe zajęcie, w kontakcie z działającymi dealerami Opla instalowałem franczyzy dwóch pozostałych marek. Udało się, a Chevrolet odniósł spory sukces rynkowy.

Jak pan ocenia rynek aut amerykańskich? Kiedyś to właśnie USA wyznaczały trendy w designie i technologii. Później przyszedł kryzys lat 80., kolejny na początku XXI w.

Już widać, że ciężar rozwoju motoryzacji idzie w kierunku Europy i Azji. Jest to kwestia supernowoczesnych technologii, materiałów z jednej strony i uregulowań wprowadzanych w Unii Europejskiej z drugiej. Dzięki temu nie tylko USA, lecz także Azja podąża za trendami wyznaczanymi przez Europę.

Po GM trafił pan ponownie jako szef sprzedaży do Iberia Motors , a potem, jak mówią żeglarze, dokonał pan zwrotu przez rufę i w 2008 r. przeszedł do consultingu.

Poszedłem się uczyć i rozpocząłem pracę w Ernst & Young, dzisiaj EY. Moją specjalnością była sprzedaż, ale chciałem poszerzyć wiedzę o elementy związane z zarządzaniem i finansami. Moim celem było zapoznanie się od strony doradczej z tym, jak firmy funkcjonują od środka, jak je poprawiać, zmieniać i zwiększać efektywność działania. Do tego potrzebne mi było spojrzenie audytora, doradcy, który wspiera swojego klienta. Po zakończeniu pracy w EY przez jakiś czas prowadziłem własną firmę. Uważam, że każdy chociaż raz w życiu powinien spróbować zarobić pieniądze, opierając się na własnym pomyśle, wystawić fakturę, odprowadzić podatki, myśleć o strukturze kosztów i przychodów. Własna firma uczy pokory, ale daje też mnóstwo satysfakcji. W pracy na etat wakacje się należą, w pracy na własny rachunek są nagrodą. Świetnie realizowałem się w ten sposób, co nie zmienia faktu, że tęsknota za motoryzacją już wkrótce po raz kolejny dała o sobie znać.

Tym razem była to marka premium z Bawarii.

Dostałem propozycję szefowania działowi rozwoju sieci dealerskiej dla całej grupy. Przez trzy kolejne lata przebudowywałem ją i rozwijałem. Oczywiście wszystkie działania były ściśle związane ze zmianami standardów dealerskich w koncernach, a także lokalnymi usprawnieniami procesów obsługi klienta w stacji dealerskiej.

Za pana czasów nastąpił największy rozwój sieci dealerskiej BMW w Polsce – ponad 10 nowych salonów.

Nie było łatwo, ale dało mi to ogromną satysfakcję, zwłaszcza że działaliśmy na bardzo konkurencyjnym rynku.

Jest pan fanem Jamesa Bonda, ma pan nawet jego filmową Omegę.

Co jakiś czas robię sobie filmową sesję i po kolei oglądam całą serię. Jestem trochę tradycjonalistą, lubię
elegancki, lekko konserwatywny styl i indywidualizm głównego bohatera. On jest odważny, a to wyróżnia zwycięzców, może więc już czas, aby zakończył swoją motoryzacyjną wędrówkę właśnie na Porsche (uśmiech).

1. Zegarek – Omega Seamaster James Bond limited edition;
2. Ubrania – Vistula, Wólczanka (jeżeli nasza reprezentacja piłkarska, to dlaczego nie ja), ale lubię też czasami coś od włoskich producentów;
3. Wypoczynek – latem południowa Europa, zimą Alpy;
4. Kuchnia – azjatycka, sushi;
5. Restauracja – Izumi na Białym Kamieniu w Warszawie, Kyokai w Poznaniu;
6. Samochód – służbowe Porsche Panamera Turbo;
7. Hobby – dużo sportu (bieganie, narty, nurkowanie), dużo motoryzacji, dużo muzyki (słuchanie i praktykujący multi instrumentalista), dużo rodziny;

Miastolubna i wszechstronna

Škoda sukcesywnie odświeża swoje modele, aby mogły przez cały czas intensywnie walczyć o coraz bardziej wymagającego klienta. Czeskie auta, choć wciąż przede wszystkim funkcjonalne, powoli zaczynają odwoływać się do naszych emocji.

Nikogo nie zdziwię chyba twierdząc, że klient Citigo czy Rapida kieruje się przede wszystkim rozsądkiem i trzeźwym spojrzeniem na motoryzację. Nie skłamię również, że klient ten będzie obdarzony dużą dozą oszczędności. Nie zostanie jednak posądzony o nudziarstwo. Ostatnie liftingi mniejszych Czeszek pokazały, że hasło Simply Clever nie jest tylko pustym sloganem reklamowym i śmiało możemy oczekiwać od tych samochodów czegoś więcej niż jedynie funkcji transportowej.

Zacznę od mniejszego modelu. Citigo z zewnątrz różni się od poprzednika innym wyprofilowaniem maski, reflektorami, które otrzymały ledowe światła do jazdy dziennej, a także inaczej zaprojektowanym zderzakiem, w którym zostały zamontowane halogeny z funkcją doświetlania zakrętów. Nowe barwy lakierów nie pozwolą na zgubienie autka na parkingu. Soczysta zieleń kiwi, krystaliczny błękit czy ostra czerwień wersji Monte Carlo rzucają się w oczy i zabarwiają ulice pełne szarych i nijakich samochodów. We wnętrzu znajdziemy nowe materiały wykończeniowe, sprytny uchwyt na smartfona i gniazdo USB na górze deski rozdzielczej. Pod fotelem pasażera umieszczono parasolkę, która – będąc elementem filozofii Simply Clever – stała się już znakiem rozpoznawczym marki.

Mieliśmy okazję jeździć pięciodrzwiową wersją z mocniejszym, 75-konnym silnikiem. Choć nie posiada doładowania, mocy mu nie brakuje. Lekkie nadwozie całkiem żwawo się rozpędza, więc wstydu na światłach nie będzie. Przyczepić się mogę za to trochę do skrzyni biegów, która dobrana w taki sposób, aby oszczędzać paliwo, na wyższych biegach nie bardzo miała ochotę współpracować z silnikiem. Założeniem auta miejskiego jest jednak oszczędna jazda po zatłoczonych ulicach, więc wysokie prędkości będą osiągane sporadycznie. Jeśli chodzi o komfort jazdy to owszem, zawieszenie jest sztywne, ale pasuje do wesołego wizerunku Citigo. Fantastyczna jest za to zwrotność tego malucha. Samochód skręca w przysłowiowym miejscu i wciśnie się w praktycznie każdą wolną lukę.

Bardziej rodzinny charakter reprezentuje model Rapid. Występuje on nadal w dwóch odmianach nadwoziowych. Liftback charakteryzuje się przepastnym bagażnikiem, a Spaceback to ukłon w stronę młodszej klienteli, oczekującej ze strony stylistyki więcej sportowego wyrazu. Wraz z liftingiem zmienił się przód modelu, poczynając od wersji Ambition mrok przeszywać mogą teraz lampy biksenonowe. Reflektory mają także ledowe światła dzienne. Stylistycznym smaczkiem jest chromowana listwa przedniego zderzaka, która optycznie ma poszerzyć nadwozie. Spaceback otrzymał teraz dłuższą szybę tylnej klapy, co w połączeniu ze szklanym, panoramicznym dachem i czarnymi światłami daje ciekawy przestrzenny efekt. Zupełnie nowa jest doładowana jednostka o pojemności jednego litra, w dwóch wariantach mocy: 95 i 110 koni mechanicznych. Ze względu na dynamikę oraz 6-stopniową skrzynię biegów, rekomendujemy odmianę mocniejszą.

Naszą uwagę zwrócił także silnik 1,4 TSI, który połączony został z 7-stopniową skrzynia DSG. Przyspieszenie do setki poniżej dziewięciu sekund zapewni szacunek na światłach, a i jazda autostradą nie będzie męcząca. Wygodne są przednie fotele i, podobnie jak w Citigo, materiały wykończeniowe są lepszej jakości i milsze w dotyku. Zaskakuje za to ogromna ilość miejsca dla pasażerów tylnej kanapy, szczególnie przestrzeń na nogi. Odświeżony Rapid wyposażony został w szereg udogodnień z zakresu bezpieczeństwa i komfortu podróżowania. Na pokładzie mamy zatem system hamowania awaryjnego, rozpoznawanie zmęczenia kierowcy czy wspomaganie ruszania pod górę. Nowością są dwa gniazda USB do ładowania urządzeń elektronicznych umieszczone w tylnej ścianie tunelu środkowego. Dzieci wreszcie przestaną marudzić, że kończy im się prąd w tabletach.

Jeśli jesteśmy przy rozrywce, to Rapid otrzymał system infotainment drugiej generacji. Oprócz Škoda Surround, Bluetooth możemy skorzystać z Interfejsu SmartLink+ do smartfona, który obsługuje standardy Apple CarPlay, Android Auto i MirrorLink. Ten ostatni umożliwia korzystanie z wybranych aplikacji na wyświetlaczu systemu. Škoda odświeżając Citigo i Rapida posprzątała w swoim ogródku i przygotowała gamę modelową na kolejny sezon. Wygląda na to, że pozycja lidera sprzedaży aut w Polsce pozostanie niezagrożona.

Ofensywy ciąg dalszy

ManagerOnline

Przełom roku 2016/2017 to czas, w którym koncern Renault bardzo mocno odświeżył swoją gamę modelową. Oprócz klasycznych modeli kojarzących się z firmową flotą, Francuzi proponują też nowe podejście do samochodu służbowego.

Kierują do biznesu swoje auta wielkopojemne i crossovery, które stanowią doskonałą alternatywę dla klasycznych modeli. Oferta francuskiej marki dla biznesu nie zamyka się jedynie na modelach oczywistych z punktu widzenia flot. Modele Clio oraz Mégane radzą sobie na rynku bardzo dobrze, szczególnie ten pierwszy, który odnotowuje wciąż spektakularne wzrosty sprzedaży. Według danych za czerwiec 2017 r., nabywców znalazło 1106 egzemplarzy modelu, co dało Clio piąte miejsce w rankingu rejestracji aut nowych. Patrząc na ofertę Renault okazuje się, że ogólny wolumen sprzedaży budowany jest przez modele miejskie i kompaktowe, jednak to w obszarze samochodów dla kadry managerskiej koncern ma najwięcej do zaoferowania. Biorąc pod uwagę wielkość samochodu i jego prestiż, w salonie możemy wybierać z aż pięciu modeli.

Klasyczny sedan i kombi dla dyrektora to w ofercie Renault model Talisman oraz Talisman Grandtour. Samochód, który oficjalnie zastąpił model Laguna, jest czymś więcej niż tylko sedanem i kombi klasy średniej. Swoimi wymiarami zewnętrznymi – długość sedana to 4848 mm – i pojemnym wnętrzem – bagażnik ma pojemność 608 litrów – wyszedł daleko poza ramy segmentu D i obecnie bardzo chętnie porównywany jest z autami należącymi do klasy Premium. Aspiracji do tej klasy nie kryje sam producent. Eleganckie i bardzo nowoczesne linie nadwozia mogą się podobać. Auto zachowuje styl i powagę, dlatego doskonale nadaje się do roli wizytówki firmy. Najlepszym wyborem będzie silnik TCe 200, który połączony z dwusprzęgłową skrzynią EDC da poczucie panowania na drodze. Dla najbardziej oszczędnych kierowców producent przygotował wysokoprężny silnik dCi 110, który według producenta ma spalać średnio 3,6 l oleju napędowego na 100 kilometrów.

Jednak najwięcej propozycji znajdziemy pod szyldem crossoverów. Rodzinny charakter modeli Scénic i Grand Scénic doskonale pasuje także do wizerunku managera. Oba auta charakteryzują się obszernym wnętrzem, ale to wersja Grand najlepiej spełni swą rolę. Bagażnik o pojemności 596 litrów i możliwość szerokiej konfiguracji przestrzeni pasażerskiej pozwalają na przewiezienie większych i dłuższych ładunków, takich jak roll-upy czy ścianki konferencyjne. Komfortowe fotele zostały zapożyczone z modelu Espace i oferują funkcję masażu, a zaawansowane systemy z zakresu bezpieczeństwa pozwolą na komfortowe i bezpieczne dotarcie do celu. Skoro model Espace został wywołany do tablicy, nie można go pominąć podczas rozważań na temat wyboru auta do firmy. Kiedyś kojarzony głównie z ogromna przestrzenią i możliwościami przewiezienia rodziny, dzisiaj otrzymał trochę inną funkcję w gamie osobowych modeli Renault. Obecna generacja Espace to okręt flagowy, którym bezpiecznie i komfortowo dopłyniemy do każdego portu. Podwyższone zawieszenie będzie idealne na gorsze drogi i wysokie krawężniki, a niezwykle komfortowo zestrojone zawieszenie ukoi pasażerów podczas długich podróży. Trzeba przyznać, że zerwanie z etykietką wielkiego vana to dość odważny krok ze strony producenta, chociażby ze względu na nazwę modelu, który jednoznacznie kojarzy się z samochodem dla rodziny z piątką dzieci, psem i mnóstwem bagaży. Obecna generacja Espace to zdecydowanie luksusowy shuttle bus do przewożenia vipów i komfortowych podróży służbowych. Najlepsza opcja? Zdecydowanie Initiale Paris z silnikiem dCi 60 twin turbo i skrzynią EDC. Takie połączenie pozwoli wyłuskać z oferty wszystko to, co najlepsze ma do zaoferowania francuski producent.

To jeszcze nie koniec propozycji. Kadjar i Koleos to propozycje dla klientów poszukujących możliwości podróżowania również poza asfaltem. Mniejszy Kadjar będzie doskonałym wyborem dla dyrektorów niższego szczebla. Ten sympatyczny crossover sprawdzi się jako alternatywa dla kombi. Wnętrze jest obszerne, zawieszenie wysokie, a opcjonalny napęd na wszystkie koła zapewni bezpieczeństwo na śliskiej nawierzchni oraz możliwość dotarcia do wyżej położonych hoteli w Dolomitach. Rolę prawdziwej wisienki na torcie przyjął za to model Koleos. Samochód opisywany przeze mnie w sierpniowym numerze „Managera” to ogromny skok Renault w stronę klasy Premium. Niezwykle bogate wyposażenie wnętrza, atmosfera i zapach zarezerwowany dla klasy wyższej bez problemu wywołają uśmiech na twarzy swojego właściciela. Jeszcze większy uśmiech pojawi się, gdy wasz asystent powie: panie prezesie, przywieźli kostkę do domku nad jeziorem. Każecie wtedy odwołać wszystkie spotkania, rozluźnicie krawat i rzucając marynarkę na tylną kanapę ruszycie do swojej nowej posiadłości. Bardzo przyzwoita jest dzielność w terenie nowego Koleosa. Oczywiście, nie jest to auto przeprawowe, ale sprawny napęd na wszystkie koła pozwoli na zrobienie efektownego zdjęcia daleko od asfaltowej drogi. Jaką konfigurację zamówić? Bez zastanowienia odpowiem: najlepszą, ponieważ sens posiadania takiego auta jest tylko wtedy, gdy zamówicie go w wersji Initiale Paris. Oferta Renault dla kadry managerskiej jest bardzo szeroka. Sami więc musicie rozstrzygnąć, na który model się zdecydować. Oferta finansowa marki na pewno pomoże w wyborze najlepszej opcji.

Auto dla biznesu

ManagerOnline

Czym się kierować rozważając wybór floty samochodowej w firmie i jakie parametry uwzględniać?

Odpowiedź jest prosta i krótka: potrzebami firmy – wyjaśnia Pawel Powalski, PR & Communications Manager NSCEE Communications. Warto je dobrze zidentyfikować i określić również wybierając konkretny model samochodu. Od wielkości auta, poprzez rodzaj silnika, aż po stylistykę i jakość proponowanych rozwiązań – nowoczesna flota dzisiaj jest wręcz szyta na miarę. Duże znaczenie mają także niskie koszty użytkowania, np.: super ekonomiczne silniki Diesla w naszych modelach QASHQAI lub X-TRIAL są bardzo cenione przez firmy, które wybrały Nissana.

Wsparcie w obsłudze floty – niezależnie od jej wielkości – gwarantowane przez partnera oraz optymalna oferta w zakresie obsługi i finansowania parków samochodowych są równie ważnymi aspektami, jak rozwiązania technologiczne. A biorąc pod uwagę zagadnienia wizerunkowe i marketingowe, to auta o wyróżniającej się stylistyce, wyposażone w najnowsze rozwiązania technologiczne i niezawodne w działaniu mogą podkreślać atrybuty marki czy firmy. Coraz ważniejszym aspektem są również rozwiązania dotyczące ochrony środowiska, czy platformy nowych usług, np. car-sharing. Modele w stu procentach elektryczne, jak np. Nissan LEAF, są też częściej obiektem zapytań i zainteresowania firm.

Czego potrzebują duże, średnie i małe firmy w tym zakresie?

Na pewno różnych parametrów technicznych, które zawsze muszą być dostosowane do specyfiki i potrzeb organizacji. Modele wybierane jako samochody firmowe powinny być niezawodne i to jest kryterium wspólne dla wszystkich podmiotów. Pozostałe oparte są już na analizie potrzeb poszczególnych organizacji. Dealerzy i partnerzy Nissana są jednocześnie ekspertami, którzy doradzą rozwiązania flotowe optymalne dla każdej firmy, łącznie z kwestiami dotyczącymi finansowania. A marka Nissan, dzięki bardzo szerokiej gamie produktowej, od małego miejskiego samochodu, poprzez najpopularniejszego w Europie crossovera, aż po przełamującego standardy elektrycznego LEAF-a, jest w stanie odpowiedzieć na potrzeby każdej firmy i zbudować efektywną flotę, niezależnie od jej wielkości.

Samochód jako narzędzie motywacyjne, idealnie dobrany do potrzeb zawodowych i prywatnych, czyli jaki?

Zdaniem Pawła Powalskiego, powinien być dostosowany do potrzeb organizacji, ale i oczekiwań pracowników. Coraz częściej przy wyborze floty uwzględniane są potrzeby i preferencje poszczególnych osób, dla których auto jest przecież narzędziem codziennego użytku, również po godzinach pracy. Pasje, potrzeby rodzinne, styl życia – do wszystkich tych czynników można dobrać optymalne rozwiązanie i konkretny model. Przenosząc to np. na propozycje marki Nissan, mamy wyjątkowe, bardzo funkcjonalne i dynamiczne auta właściwie w każdym segmencie. Wysoki komfort jazdy, najbardziej zaawansowane technologie zapewniające bezpieczeństwo, czy wreszcie ich uniwersalność dobrze sprawdzą się zarówno jako samochód służbowy, jak i rodzinny, czy pozwalający na realizację życiowych pasji po godzinach pracy. Coraz częściej klienci flotowi szukają właśnie takich rozwiązań, a nie typowych propozycji, jak np. wersja kombi czy sedan, dominujących na rynku. Jeśli dodamy do tego bardzo dobrą ofertę serwisową, którą zapewnia Nissan, i dogodne warunki finansowania zakupu, to zarówno Qashqai, jak i X-Trail czy Micra mogą stanowić bardzo dobre rozwiązanie jako auto dla biznesu.

Reorganizacja i inwestycje

Ma pan doświadczenie zarówno w prywatnym biznesie, jak i w samorządzie.
Bardzo sobie cenię moją kartę samorządową. Musimy mieć świadomość, że problemy, które mamy w kraju w skali makro, w samorządach skupiają się jak w soczewce. Tam podejmowane są decyzje nie w sprawie konkretnych ludzi, których w większości zna się osobiście i którzy są bardzo wnikliwymi i nierzadko krytycznymi recenzentami. Dlatego uważam, że osoby z doświadczeniem samorządowym nie powinny być dyskryminowane, lecz wręcz przeciwnie, ich wiedza powinna być szeroko wykorzystywana również w biznesie.

Daniel ObajtekJest pan uważany za twardego gracza, człowieka, który potrafi podjąć się trudnych i ambitnych zadań. Z pewnością takim była dla pana praca w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, którą rozpoczął pan w listopadzie 2015r.
Myślę, że mało kto zdaje sobie sprawę, jak potężna jest to instytucja i jak wielki wpływ ma na gospodarkę całego kraju. Za mojej kadencji przeszło przez nią ponad 27 mld zł. Cieszę się, bo dzięki moim działaniom miałem wpływ na ożywienie rynku.

W jakim stanie zastał pan ARiMR?
Z przykrością muszę stwierdzić, że była to totalnie rozhermetyzowana instytucja, rządząca się jedynie polityką i kalendarzem wyborczym. 11 tys. pracowników, kilkaset struktur powiatowych i kilkanaście regionalnych. Zarządzali nią w ogromnej większości politycy tylko jednej partii. Więcej w niej było polityki niż realnej działalności na rzecz rolników. Zacząłem od oprogramowania dotyczącego dopłat bezpośrednich. Nie było gotowe, a to groziło opóźnieniami wypłat, do czego nie mogliśmy dopuścić. Pracowaliśmy pod wielką presją czasu i pieniędzy. Opóźnienie wypłaty 16 mld zł generowało karę w wysokości 10 proc. tej kwoty!

System działał źle?
Gorzej, po prostu go nie było, zamówiono go z niewykonalnym terminem. Jakby tego było mało, miałem jeszcze spór zbiorowy ze związkami zawodowymi.

Podjął pan twardą decyzję.
Tak, zdecydowałem o zwolnieniu 1,6 tys. osób. Była to bardzo radykalna decyzja, ale tylko takie działania dawały nadzieję na szybkie usprawnienie funkcjonowania tej instytucji. Odwołując ludzi ze stanowisk, starałem się, aby zrobić to w sposób maksymalnie łagodny i nikogo nie krzywdzić. Dzięki temu ponad 4 tys. ciężko pracujących pracowników podnieśliśmy pensję, co z kolei spowodowało, że udało nam się poskładać system informatyczny dosłownie z kawałków i na czas wypłacić rolnikom pieniądze. Udało nam się tak pójść do przodu, że stworzyliśmy system zaliczkowy, dzięki któremu pierwszy raz w historii udało nam się dodatkowo wypłacić 10 mld zł. W skali jednego roku z programu wyszło 27 mld zł. W tym samym roku uruchomiliśmy program rozwoju obszarów wiejskich, w którego ramach wypłaciliśmy dodatkowe 4 mld zł. Podsumowując, w ciągu roku w naszą gospodarkę zaangażowaliśmy 32 mld zł.

To ogromna kwota.
Udało się dzięki zaangażowaniu i ciężkiej pracy wszystkich pracowników. Konstrukcyjnie zmieniliśmy agencję, strukturę departamentów, wycofaliśmy setki spraw z sądów. Generowały koszty bez większych szans na sukces. Zaczęliśmy ratować niektóre grupy producenckie, co nierzadko wiązało się ze skierowaniem do prokuratury spraw przeciwko działającym w tych segmentach oszustom.

Żeby sytuacja z wypłatami się nie powtórzyła, zbudował pan dział tworzenia oprogramowania.
Ideą jego powstania było to, abyśmy sami byli w stanie utrzymywać nasz system, a na zewnątrz trzeba było zlecać jedynie jego modyfikacje. Dzięki temu, że to my mieliśmy kody źródłowe, mogliśmy negocjować ceny i trzymać je na poziomie rynkowym, oszczędzając podatnikom setki tysięcy złotych.

Jak by pan określił swój styl zarządzania?
Głębokie wejście w core business, czyli dogłębna wiedza o specyfice funkcjonowania firmy. Nie znam się na wszystkim, ale jeśli już wchodzę do przedsiębiorstwa, to chcę dosłownie detalicznie wiedzieć o nim jak najwięcej. Uczę się, zadaję mnóstwo pytań, czasami wydaje się, że nieistotnych, ale nie wstydzę się tego, bo wszystko to po to, abym mógł kompetentnie ocenić decyzje podejmowane przez moich współpracowników. Nie oznacza to oczywiście, że rozmieniam się na drobne. Jestem natomiast przeciwnikiem zarządzania z poziomu helikoptera. Manager, jeśli chce osiągnąć sukces, musi być blisko problemów i ludzi, którzy mają mu pomóc je rozwiązać. Bezpośrednio pod sobą mam najbardziej zaufanych ludzi. Nie oznacza to jednak, że w ciemno akceptuję ich pomysły. Muszą mnie do nich przekonać niejednokrotnie w trakcie zażartych dyskusji. Jestem wymagający, ale jeśli mnie przekonają, to zawsze ich bronię i jestem po ich stronie. Jeśli chodzi o działania zewnętrzne, to uważam za stratę czasu bywanie na bankietach, meczach, konferencjach i biznesowych obiadach. Czasami ludzie mają mi to za złe, ale jestem zdania, że jeżeli ktoś ma do mnie sprawę, to biuro moje lub jego jest idealnym miejscem, aby ją załatwić. Jeśli się uda, to wolę się wspólnie przejechać rowerem, niż iść na bankiet.

Od marca bieżącego roku podjął się pan kolejnego trudnego zadania i przyjął funkcję prezesa Grupy Energa SA.
Jest to dla mnie duże wyzwanie. To wielka firma, której ciągle się uczę, poznając niezbędne do jej funkcjonowania szczegóły.

Ponownie zderzył się pan 
z niewydolnym systemem 
informatycznym.
Nieumiejętne wprowadzanie systemu przez naszych poprzedników skutkowało kłopotami z systemem billingowym. W skrócie – niektórzy klienci nie otrzymywali faktur za energię nierzadko przez kilkanaście miesięcy. Przekładało się to na spadek dochodowości i zyskowność spółki. Co zabawne i czego najbardziej nie lubię w dużych korporacjach – wszyscy managerowie mieli wytłumaczenia i poważne raporty, dlaczego się nie udało. Dodatkowy kłopot polegał na tym, że Energa była otoczona wianuszkiem ponad 
40 spółek, które w założeniach miały ułatwiać jej funkcjonowanie.

Od czego pan zaczął?
Od całościowego spojrzenia na procesy zachodzące w spółce. To był pierwszy krok, drugim było doprowadzenie do ich maksymalnej unifikacji. Koniec z tym, że każdy sobie rzepkę skrobie. „Synergia” – to było najważniejsze słowo i, co za tym idzie, działanie, do którego musiałem przekonać managerów spółki i zarządy spółek z grupy.

Udało się?
Myślę, że tak, choć jak zwykle nie było łatwo. Po dogłębnej analizie okazało się, że część spółek, które zostały wydzielone z Energi i miały ułatwiać jej działanie, tak naprawdę opóźnia funkcjonowanie i generuje zbędne koszty. W tym roku połączyliśmy i zlikwidowaliśmy 
10 spółek, a do końca następnego roku ten sam los spotka kolejne 10. Celem tych działań jest oczywiście poprawa efektywności. Nie chodzi jednak o wizerunkowe oszczędności na etatach prezesów. Jeśli z czterech spółek wykonawstwa na sieci tworzymy jedną i podpinany ją bezpośrednio pod operatora, czyli spółkę, która ma największe przepływy finansowe, to automatycznie proces zarządzania tą spółką, koordynowania, zwiększania jej kompetencji mamy zdecydowanie szybszy. Zarząd operatora może bardzo szybko i efektywnie działać. To samo tyczy się logistyki i związanej z nią polityki zakupowej. Wiadomo, że w przetargach zakupowych siła całej grupy jest o wiele większa niż pojedynczych spółek, a to przekłada się na wielomilionowe oszczędności dla spółki i akcjonariuszy, czyli nas wszystkich. Jednym słowem, udało nam się dostosować ład korporacyjny spółki do generowania maksymalnych przychodów.

Pana działania nastawione są na restrukturyzację skierowaną na maksymalizację zysków, czyli tak jak w prywatnej firmie. Trochę to łamie stereotyp szefa państwowej spółki, który raczej ma pilnować narodowych klejnotów i się nie wychylać. 
Gdyby tak miało być, nigdy nie podjąłbym się pracy w biznesie. Jestem niespokojnym duchem, jedyna godzina, którą spędzam spokojnie, to niedzielna msza. Nie boję się trudnych decyzji, działam na bardzo konkurencyjnym rynku. Tu liczy się szybka decyzja, dobra lub zła, ale zawsze lepsza niż bierność spowodowana strachem o stołek. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim to się podoba, ale tym się nie przejmuję. Moim zadaniem jest dbanie o powierzone mi przedsiębiorstwo.

Nie ma pan kłopotów ze związkami zawodowymi?
Nie, jako jedna z nielicznych spółek podpisałem rozsądne porozumienie ze związkowcami, również płacowe. Zdecydowaliśmy się promować tych, którzy dla firmy są najważniejsi. Taki jest rynek.

Czego pan najbardziej nie lubi w korporacjach?
Bezmyślności. Dobrym przykładem mogą być plany rzeczowo-finansowe oparte na danych historycznych. Czyli w zeszłym roku wydaliśmy X, to w tym roku X plus. Dotyczyło to wielu segmentów i często wiązało się z bezmyślnym wydaniem zaplanowanych do wydania pieniędzy. Jestem przeciwnikiem tych planów i bezlitośnie je obcinam. Kupujmy, ale wykorzystując synergię grupy i tylko to, co jest nam niezbędnie potrzebne. Aby mieć kontrolę zarządczą nad całą grupą, rozwinąłem dział audytu wewnętrznego.

Jak te wszystkie reformy przełożyły się na wyniki spółki?
Bardzo dobrze, oczywiście ceny akcji ulegają ciągłym zmianom, myślę jednak, że nasi akcjonariusze powinni być zadowoleni. Bardzo pozytywne efekty organizacyjne, a także finansowe dają nasze działania konsolidacyjne.

Jakie wyzwania stoją przed Energą w najbliższych latach?
Reorganizacja. Chcemy, aby docelowo Grupa miała 22 spółki. Chcemy wzmocnić siły logistyki, aby firmy zewnętrzne wykonywały swoje zadania w oparciu o nasze materiałym a to bardzo ważne, bo powinno przynieść Grupie kilkadziesiąt milionów oszczędności. Kontynuowanie kluczowych inwestycji, zwłaszcza Ostrołęki. Jesteśmy już po pierwszych przetargach. W pierwszym kwartale przyszłego roku wyłonimy głównego wykonawcę prac związanych z elektrownią. Rozważamy potencjalne zaangażowanie się w prace nad projektami hydrotechnicznymi. Cały czas modernizujemy sieć, mamy bardzo śmiały plan inwestycyjny, który konsekwentnie wcielamy w życie. Nie jest to łatwy temat, tym bardziej że ostatnie huragany mocno poszczerbiły naszą infrastrukturę. Błyskawicznie włączyliśmy się w akcję pomocy, angażując ponad 600   pracowników. Musieliśmy odbudować ponad 100 km sieci – to ponad 500 słupów. Proszę zważyć, że zanim zaczęliśmy odbudowę, musieliśmy najpierw uprzątnąć teren. Uszkodzonych było około 8 tys. stacji. Wyciągamy wnioski z tego, co się stało, i zdecydowaliśmy, że na terenach leśnych będziemy kablowali. Ma to dwie podstawowe zalety – jest bezpieczniejsze i docelowo tańsze 
w eksploatacji. Na modernizacje sieci będziemy przeznaczali grubo ponad 1 mld zł rocznie. Udało nam się również pozyskać na te działania ponad 160 mln dotacji z Unii Europejskiej. Co ważne, prace projektowe wykonuje nasza spółka.

Czy jest pan przeciwnikiem farm wiatrowych i OZE?
Nie, sami mamy farmy wiatrowe i będziemy je rozwijać. Uważam jednak, że ich funkcjonowanie, a zwłaszcza ceny wytwarzanej przez nie energii, powinno być oparte wyłącznie na rynku. Nowa ustawa przywraca normalność w tym zakresie. Niestety, przed jej wejściem w życie część dużych podmiotów nie działała w oparciu o rynek, tylko dziwne, niemożliwe do wypowiedzenia umowy z abstrakcyjnymi cenami, wszystko to kosztem spółek Skarbu Państwa. Jeśli chodzi o Energę i współpracujące z nią firmy pozyskujące energię wiatrową, to w kilkunastu przypadkach wystąpiliśmy do sądu o uznanie nieważności łączących nas umów. Nie chcę tu wnikać w szczegóły, bo tym pewnie zajmą się powołane do tego instytucje kontrolne i śledcze. Najważniejsze jest to, abyśmy byli uczciwi wobec siebie i naszych akcjonariuszy, czyli wszystkich obywateli.

Strona Internetowa: http://grupa.energa.pl/grupa_energa.xml

Ważne Informacje

Odporność biznesowa w erze przemysłowej AI

W przededniu Forum Ekonomicznego w Karpaczu Ireneusz Borowski, dyrektor zarządzający Dassault Systèmes w Polsce, opowiada o tym, jak firmy mogą wzmacniać odporność operacyjną i...

23. edycja Smart City Forum – miasta przyszłości muszą być nie tylko inteligentne, ale...

21–22 października 2026 roku w hotelu The Westin Warsaw odbędzie się 23. edycja Smart City Forum. Tegoroczne wydarzenie koncentruje się na praktycznych aspektach cyfrowej...

Stop the clock na rynku ESG

ESG przechodzi transformację – od ambitnych celów i wzniosłych haseł do jakości danych i konkurencyjności europejskiej gospodarki. Nie chodzi o wycofanie się UE z...

Pierwszy raport wpływu Dassault Systèmes

Dassault Systèmes publikuje pierwszy raport wpływu, podkreślając rolę wirtualnych bliźniaków w działaniach na rzecz zrównoważonego rozwoju Firma Dassault Systèmes opublikowała pierwszy raport wpływu, przedstawiający...

AURA, LEO i MARIE, wirtualni towarzysze Dassault Systèmes, już dostępni na 3DEXPERIENCE

Dassault Systèmes rozszerza natywną dla AI platformę agentową 3DEXPERIENCE o nowe umiejętności wirtualnych towarzyszy, wspierając ludzi we wspólnym projektowaniu Dassault Systèmes ogłosił udostępnienie na...

Dassault Systèmes przejmie ArisGlobal, tworząc zintegrowaną platformę analityki AI dla branży life sciences, która...

Dassault Systèmes ogłosił podpisanie wiążącej umowy przejęcia ArisGlobal - wiodącego dostawcy platformy AI-native, wspierającej zarządzanie zgodnością z regulacjami przedsiębiorstw z branży life sciences. Zgodnie...